Issuu on Google+

NIE MA

ja

NIE MA PROBLEMU


ANAM THUBTEN NIE MA

ja

NIE MA PROBLEMU

Pod redakcją Sharon Roe Przekład z angielskiego: Dariusz Adamowski

advaita press


Skład: Advaita Press

Projekt okładki: Dariusz Adamowski Przekład z angielskiego: Dariusz Adamowski Koretka: Alicja Rosé Zdjęcie autora na okładce: Benjamin Sherwyn, Dharmata Foundation Tytuł oryginału: No Self No Problem Copyright © 2009 by Anam Thubten Published by arrangement with Shambhala Publications, Inc. 300 Massachusetts Avenue Boston, MA 02115 Copyright for the Polish edition © Advaita Press, 2012 Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających bez pisemnej zgody posiadaczy praw autorskich. Wydanie I BIAŁYSTOK 2013 ISBN 978-83-934575-2-6 Druk: Drukarnia ReadMe w Łodzi Advaita Press www.advaita.pl


Niebo jest wolne. Ocean pełen ekstazy. Drzewa są boskie. Skały oświecone. Tak samo my. Kto wciąż poszukuje... i czego?


Spis treści

Wstęp:

8

Rozdział pierwszy:

9

Rozdział drugi:

14

Rozdział trzeci:

22

Rozdział czwarty: Rozdział piąty:

30 39

Rozdział szósty:

49

Rozdział siódmy: Rozdział ósmy:

60 67

Rozdział dziewiąty:

74

Rozdział dziesiąty:

83

Rozdział jedenasty:

91

Rozdział dwunasty:

99

Słowniczek:

107


Wstęp Poznałam Anama Thubtena wkrótce po tym, jak powrócił do San Francisco Bay. W tym czasie zapraszał uczniów do swojego pokoju w niedzielne poranki na wykład poprzedzony krótką medytacją. Wykłady te, poświęcone najbardziej zasadniczym prawdom opartym na osobistych doświadczeniach Rinpocze z jego duchowej ścieżki, były zawsze nie lada wydarzeniem. Prawda przebijała się przez warstwy spekulacji, bezkompromisowo podważała każdą utartą koncepcję, każde przekonanie, którego trzymaliśmy się niczym świętego dogmatu. Rinpocze zawsze docierał do sedna sprawy, używając przy tym prostych słów, zrozumiałych dla zachodnich myślicieli, którzy nie muszą być znawcami buddyjskiej praktyki, ani też być w nią zaangażowani. Ponieważ grupa uczniów powiększała się, w pokoju Rinpocze zrobiło się zbyt tłoczno. Niektórzy uczniowie siadywali nawet na zewnątrz, na werandzie. Dzięki szczodrości wielu ludzi zakupiona została historyczna kaplica w uroczym miasteczku Point Richmond w Kaliforni. Ta książka, oparta na wykładach udzielonych w Berkley i Point Richmond, odzwierciedla głęboką wiedzę Rinpocze i jego wgląd w ludzką kondycję. Przemawia on z ogromną klarownością, humorem i bezwzględną uczciwością, dzieląc się swoją duchową ścieżką otwarcie i szczerze. Praca z Rinpocze była dla mnie prawdziwą przyjemnością. Bardzo się cieszę, że mogłam przyczynić się do zaprezentowania szerszej publiczności nauk tego autentycznego i oddanego człowieka, który poświęcił swoje życie przekazywaniu w słowach i czynach głębokiej wiedzy oraz autentycznej mądrości i współczucia. Sharon Roe

8


Rozdział pierwszy: Czysta świadomość: nasza prawdziwa tożsamość

Identyfikujemy się z naszym ciałem, które składa się z tkanek, kości i innych elementów i w związku z tym wierzymy, że jesteśmy materialni, substancjonalni. Ten pogląd tak bardzo zakorzenił się w naszym systemie przekonań, że rzadko go kwestionujemy. Jego rezultatem są nieuniknione uwarunkowania związane ze starością, chorobami i śmiercią. Stajemy się od nich zależni tylko dlatego, że wierzymy, iż jesteśmy tym fizycznym ciałem. Zawsze płacimy wysoką cenę, gdy wierzymy w fałszywe idee. To postrzeganie nie dotyczy tylko jednostek; jest podtrzymywane z przekonaniem przez zbiorowy umysł społeczeństwa od wielu pokoleń. To dlatego jest tak głęboko utrwalony w naszej psychice. Nasze zwyczajne, codzienne postrzeganie siebie nawzajem jest wzmacniane przez język, którego używamy. Od wczesnych lat wpaja się nam, że pojęcie ja jest równoznaczne z naszym ciałem. Na przykład, gdy widzimy małe dziecko, mówimy: „Jaki on piękny. Ma wspaniałe włosy. Ona ma takie słodkie oczy”. Poprzez tego typu myśli i komentarze zasiewamy nasiona błędnej identyfikacji. Oczywiście nie ma nic złego w prawieniu komplementów. Są znacznie lepsze niż krytyka. Niemniej jednak jest to nadal forma błędnego myślenia. Prawda jest taka, że niezależnie od jakichkolwiek cech, dziecko jest naturalnie piękne od momentu swoich urodzin. I tak samo my wszyscy jesteśmy piękni. Żyjemy w czasach, gdy ludzie są oderwani od swojej prawdziwej tożsamości, a fałszywe postrzeganie jest wzmacniane z każdej strony. Każdy pragnie pięknego ciała i szuka go u innych. Na przykład, gdy idziecie do sklepu, widzicie kolorowe magazyny, pokazujące młodzieńczy, wyidealizowany wizerunek kobiet i mężczyzn. Ciężko jest się oprzeć takiemu przekazowi. Dociera on do nas zewsząd, pochodzi ze wszystkich aspektów życia społecznego i wzmacnia poczucie błędnego utożsamienia. Wzmacnia przekonanie, że naprawdę jesteśmy tym ciałem. Pod wpływem tendencji, by ustanawiać idealne, doskonałe standardy, wielu ludzi cierpi z powodu dumy, narcyzmu,

9


arogancji, wstydu, poczucia winy, poczucia niższości, z powodu swego stosunku do ciała i z powodu swych zdolności lub braku zdolności, by wcielić te standardy w życie. Czy kiedykolwiek to zauważyliście? Nasz umysł zawsze ocenia: „Och, kolejna zmarszczka. Ona jest zbyt gruba. On wygląda jakoś dziwnie. Ona jest piękna. On jest przystojny”. Te oceny są nie tylko ogromną przeszkodą na naszej duchowej ścieżce, ale także tworzą chmurę negatywizmu w naszej świadomości i trzymają nas mocno w okowach dualizmu. Ale nie musimy być na to skazani. W każdej chwili istnieje możliwość przekroczenia tej identyfikacji z naszym ciałem. Dopiero, gdy przestaniemy oceniać, uświadomimy sobie, że każdy człowiek jest boski w swej niepowtarzalności. Egotyczny umysł zawsze porównuje nas z innymi, ponieważ wierzy, że jest odseparowanym bytem i używa ciała jako linii oddzielającej nas od innych. Jesteśmy niematerialni, niesubstancjalni. Nie jesteśmy jak stół, który ktoś może połamać. Nasza istota wychodzi poza uwarunkowania rozpadu i nietrwałości. Tak, nasze ciało jest nietrwałe, ale nasza prawdziwa natura nie jest nietrwała. Nasza prawdziwa natura jest poza śmiercią, jest boska i przekracza wszystkie niedoskonałości. Z tego powodu wszyscy jesteśmy równi, wszyscy jesteśmy jednym. Nikt nie jest ani lepszy ani gorszy od innych. Kiedy ktoś manifestuje swoją prawdziwą naturę, żyje już tylko miłością, dobrocią i radością. Zadaje mniej bólu innym. Kiedy medytujemy, wcześniej czy później odkrywamy, że to nie jest tylko jakaś abstrakcyjna teoria. Ma to odniesienie do prawdy, do rzeczywistości. Jeśli nasza prawdziwa natura nie jest tym ciałem, to czym jest? Istnieje wiele słów na opisanie, czym jest nasza prawdziwa natura. Najprostszym wyrażeniem w buddyzmie jest Natura Buddy. Definicja Natury Buddy mówi, że już jesteśmy oświeceni. Jesteśmy doskonali tacy, jacy jesteśmy. Kiedy zdajemy sobie z tego sprawę, jesteśmy doskonali. Kiedy nie zdajemy sobie z tego sprawy, również jesteśmy doskonali. Nasza prawdziwa istota wychodzi poza narodziny i śmierć. Nigdy nie zachoruje. Nigdy się nie zestarzeje. Jest poza wszelkimi uwarunkowaniami. Jest jak niebo. To nie jest tylko teoria. To prawda, którą możesz zrealizować w przestrzeni oświeconej świadomości. Każdy z nas ma do niej dostęp. Kiedy przydarza się przebudzenie, nie ma już więcej pragnienia, by stać się kimś innym niż jesteśmy. Każde przeszłe wyobrażenie

10


na temat tego, kim jesteśmy, znika wraz z bólem, poczuciem winy i dumą związaną z naszym ciałem. W buddyzmie nazywamy ten stan nie-ja. Jest to jedyne prawdziwe przebudzenie. Wszystko inne jest tylko duchowym bajpasem. Do przebudzenia powinniśmy zmierzać od samego początku naszej ścieżki. Dzięki temu nie wpadaniemy w niepotrzebne duchowe pułapki. Kiedy mamy otwarte serce i jesteśmy gotowi porzucić wcześniejsze postrzeganie naszego ja, wówczas duchowe przebudzenie może wydarzyć się w każdej chwili. Jest takie piękne porównanie. Wyobraź sobie ciemną jaskinię, która nie była oświetlona od milionów lat. A pewnego dnia ktoś wnosi do tej jaskini świecę. W tej samej chwili ciemności milionów lat rozpraszają się. W ten sam sposób, kiedy uświadamiacie sobie swoją prawdziwą naturę, nie ma już ja szukającego czegoś innego. Przebudzenie nie ma nic wspólnego z naszą przeszłością. Nie ma nic wspólnego z tym, czy medytowaliśmy długo czy nie. Nie ma nic wspólnego ze spotkaniem wspaniałych nauczycieli, czy guru. Zależy tylko od tego, czy jesteśmy na nie otwarci, czy nie. Ta otwartość, ta chłonność jest wyłącznie związana ze zdolnością do nienapędzania naszego ego koncepcjami i ideami. Prawdziwa ścieżka duchowa przekracza wszystkie koncepcje i systemy przekonań. Nie zajmuje się wzmacnianiem iluzji ja jako naszej tożsamości. Nie chodzi tu o bycie buddystą, świętym albo kimś lepszym. Chodzi tylko o bezlitosną dekonstrukcję wszystkich naszych iluzji. To bardzo ważne, by zajrzeć w głąb naszego umysłu, by sprawdzić, czego tak naprawdę poszukujemy, gdy zamierzamy otrzymać nauki duchowe. Kiedy nauczyciel duchowy robi na nas wrażenie, możemy odkryć, że nasze pragnienia stoją w opozycji do autentycznego przebudzenia. Może nasz umysł poszukuje wsparcia, uzasadnienia swego istnienia, duchowego odlotu, albo nowego zestawu przekonań. Czasami nasze ego przekonuje nas, że nie mamy już poczucia utrwalonego ja, ale jednocześnie trzymamy się kurczowo innej koncepcji, próbując być świętymi czy duchowymi. Granica między przywiązaniem się do koncepcji „świętości” lub „duchowości” a próbą przekroczenia przywiązania do ja, jest bardzo subtelna. Być może brzmi to jak żmudne, niewykonalne zadanie. Jednak przestaje nim być, gdy odnajdziemy tajemny składnik. A jest nim odkrycie, że ja jest fikcyjnym bytem, który uschnie, w chwili jak 11


tylko przestaniemy je podtrzymywać. Nie musimy jechać do świętego miejsca, by tego doświadczyć. Wszystko co musimy zrobić, to usiąść i zwrócić uwagę na nasz oddech, pozwalając, by opadły wszystkie fantazje i mentalne obrazy. Wtedy możemy doświadczyć połączenia z naszym wewnętrznym światem. Kiedy spoczywamy w medytacji i jesteśmy uważni, zaczynamy wszystko widzieć wyraźnie. Dostrzegamy, że nasze ja nie ma żadnej solidnej podstawy. Zdajemy sobie również sprawę, że wszystko, co w naszym życiu wydawało się prawdziwe, to jedynie historyjki obudowane wokół fałszywych tożsamości. „Jestem Amerykaninem. Mam trzydzieści lat. Jestem nauczycielem, taksówkarzem, prawnikiem... kimkolwiek”. Wszystkie te identyfikacje są historyjkami, które nigdy nie wydarzyły się w przestrzeni naszej prawdziwej natury. Obserwowanie rozpuszczania się tych identyfikacji nie jest bolesne. Nie jest bolesne patrzenie, jak wszystko rozpuszcza się na naszych oczach. Nie jest to jak patrzenie na pożar naszego domu. To byłoby bolesne, bo nie chcielibyśmy wszystkiego stracić. Duchowe rozpuszczenie nie wygląda tak, ponieważ to, co ulega zniszczeniu, to tylko poczucie fałszywej tożsamości. Ono nigdy nie było prawdziwe. Możesz to łatwo sprawdzić: obserwuj swój oddech w ciszy. Spoglądaj na swój umysł. Od razu zaobserwujesz, że pojawiają się w nim myśli. Nie reaguj na nie. Po prostu dalej obserwuj swój umysł. Zauważ, że pomiędzy jedną a drugą myślą pojawia się przerwa. Zauważ, że pojawia się przestrzeń, kiedy jedna myśl się kończy, a druga jeszcze się nie pojawiła. W tej przestrzeni nie ma ja ani mnie. To wszystko. Może się to wydawać niewiarygodne, jak łatwo prawda staje się realna. Już tybetański lama Ju Mipham powiedział, że nie potrafimy urzeczywistnić prawdy tylko dlatego, że wydaje się nam zbyt prosta. Jeśli rozejrzymy się uważnie dokoła, zobaczymy, że są setki, a nawet tysiące dowodów na to, że nasze wyobrażenie o ja jest nierzeczywiste. Popatrz na twarz nowonarodzonego dziecka albo na piękny, rozkwitający w ogrodzie kwiat. One wskazują na tę mistyczną realizację. Dobrze byłoby zastosować to proste badanie siebie samego, zawsze kiedy pojawiają się problemy. Jeśli czujecie się rozgniewani albo rozczarowani, po prostu zapytajcie: „Kim jest ten, który jest rozgniewany czy rozczarowany”? Podczas takiego badania może bez żadnego wysiłku zamanifestować się nasz wewnętrzny spokój. Jest wiele historii o ludziach, którzy przez długi czas bez skutku

12


zmagali się z życiowymi problemami. A kiedy w końcu zasiedli do medytacji i zapytali: „Kto się zmaga z problemami”? zdali sobie sprawę, że od samego początku nigdy nie było żadnego problemu. Tak naprawdę jest to jedyne rozwiązanie, które może nam pomóc. Wszystko inne to tylko opatrunek, który daje nam przez chwilę fałszywe poczucie wyzwolenia. Ile to już razy próbowaliśmy tymczasowych napraw i rozwiązań? Nie mamy jeszcze dość? Gdyby wszyscy na naszej planecie, włączając w to polityków, biznesmenów i przywódców religijnych zaczęli pracować na rzecz urzeczywistnienia prawdy, na świecie od razu zapanowałby pokój. Ludzie staliby się dla siebie znacznie bardziej szczodrzy i mili. Kiedy odpadną od nas wszystkie warstwy tej fałszywej tożsamości, nie będzie już żadnej wersji starego ja. Pozostaje jedynie czysta świadomość. Nasza prawdziwa istota. To jest nasza prawdziwa tożsamość. Nasza prawdziwa natura jest niezniszczalna. Nieważne czy jesteśmy chorzy, czy zdrowi, biedni, czy bogaci – ona zawsze pozostaje boska i doskonała. Kiedy realizujemy swoją prawdziwą naturę, nasze życie ulega transformacji, jakiej nie moglibyśmy sobie wyobrazić. Realizujemy sens istnienia i kładzie to kres wszelkim poszukiwaniom. Wielu ludzi pragnie osiągnąć doskonałe życie w odległej przyszłości, jednocześnie trwoniąc każdą obecną chwilę swego cennego czasu, wytwarzając mentalne i psychologiczne problemy. Powinniśmy pamiętać, że każda chwila jest progiem doskonałego przebudzenia. Przebudzenie do naszej prawdziwej natury to klucz do otwarcia bram raju, który znajduje się w każdym z nas. Raj to nie jest jakaś magiczna kraina wypełniona kwiatami i muzyką. Nie jest to żaden duchowy Disneyland. Raj to nasza pierwotna czysta świadomość, wolna od wszelkich ograniczeń, ale uosabiająca nieskończoność, boskość. Pewnego razu zobaczyłem naklejkę na zderzaku samochodu z napisem: „Wierzę w życie przed śmiercią”. Dla mnie oznacza to, że nie musimy wyobrażać sobie przyszłego raju. Raj może się wydarzyć tu i teraz, w naszej ludzkiej inkarnacji. Wybór należy do nas.

13


Rozdział drugi: Medytacja: sztuka odpoczynku

Dobrze jest od czasu do czasu zadać sobie pytanie: „Czego poszukuję”? To potężne pytanie. Możemy być zdziwieni, a nawet zaszokowani, gdy okaże się, co tak naprawdę chodzi nam po głowie. Często odkrywamy, że ścigamy iluzje. Nieraz są one piękne, jak iluzja oświecenia i duchowej transformacji. Lecz tak długo jak pozwalamy naszemu umysłowi za nimi gonić, nie ma miejsca na prawdziwe wyzwolenie. Zdarzają się duchowe odloty, ale nie prawdziwe wyzwolenie. Łatwo jest doświadczyć duchowych odlotów. Czasami są bardzo miłe, jak na przykład kieliszek dobrego wina. Kiedy mamy depresję, lubimy napić się wina albo wstajemy o drugiej nad ranem i zapychamy się lodami. Podobnie jest z duchowymi odlotami. To taka antydepresyjna technika przeciwko konfliktom i smutkowi, która tak naprawdę nie odcina korzeni cierpienia w ostatecznym sensie. Musimy upewnić się, że to, czego szukamy, nie jest kolejną piękną iluzją. A jest ich wiele. Wierzcie lub nie, ale nasze życie jest napędzane iluzjami. Pewnego razu Budda powiedział: „Jestem poza przychodzeniem i odchodzeniem”. To była najgłębsza nauka, jakiej udzielił. Miał przez to na myśli, że wszystko jest iluzją. Taka jest właśnie prawda, niezależnie od tego, czy nasz umysł może to strawić, czy nie. Nawet sam Budda jest iluzją. Kiedy zaglądamy w naszą świadomość, widzimy, że umysł bez przerwy opowiada nam historie. „Urodziłem się w 1950 albo w 1960 roku. Chodziłem do tego czy innego collegu. Ożeniłem się. Rozwiodłem. Miałem dwójkę dzieci. Robiłem to czy tamto. Spotkałem tego wspaniałego nauczyciela dwa lata temu i odnalazłem ścieżkę do wyzwolenia”. To wszystko historyjki, iluzje, wyobrażenia, fikcje. Prawda jest taka, że nic się nie wydarza. Musimy zatem upewnić się, czy przypadkiem nasz egotyczny umysł nie ugania się po prostu za kolejną iluzją. Być może zauważyliście, że pojawia się w nas olbrzymi lęk i opór, gdy mamy poczucie, że coś tracimy. A tracimy nieustannie. Tracimy ludzi, których kochamy. Tracimy naszą pracę. Czasami tracimy miłość

14


innych ludzi, a czasami tracimy nasze fantazje. Nieustannie coś tracimy. W końcu tracimy nasze ciało. A razem z ciałem tracimy cały wszechświat. Nazywamy to „śmiercią”. Czy nam się to podoba, czy nie, prawda jest taka, że wcześniej czy później stracimy wszystko, gdy umrzemy. I nie będziemy mieli na to wpływu. Nieważne jak piękne są nasze iluzje – są tylko iluzjami. Piękna iluzja, która pojawia się w tej chwili wkrótce zginie. Nie ma ani jednej iluzji, która mogłaby trwać wiecznie. Wcześniej czy później stracimy wszystko. Poczucie, że coś przetrwa, jest tylko w naszym umyśle opowiadającym historyjki. Iluzje nie są prawdziwe. Są tylko projekcjami umysłu. Nie mają żadnego trwałego, niezależnego bytu. Kiedy popatrzymy, dostrzeżemy, że egotyczny umysł nieustannie podtrzymuje swoje tendencje, by poszukiwać iluzji, wszelkich form iluzji. Robi tak od wielu wcieleń. Prawdziwe poznanie to wiedza, że wszystko jest iluzją. Bez tego nie ma wolności. Zatem celem każdej prawdziwej ścieżki duchowej jest doprowadzenie naszych umysłów do urzeczywistnienia prawdy, a potem życie w zgodzie z nią. Celem jest nie posiadanie tej realizacji od czasu do czasu, ale uczynienie z niej sposobu na życie: spanie w tej realizacji, jedzenie w tej realizacji, branie prysznica w tej realizacji, a czasami nawet walka w tej realizacji. To też jest w porządku o ile wydarza się w jej kontekście. Nie zawsze mamy na twarzy piękny uśmiech i tańczymy ze szczęścia, kiedy żyjemy tą realizacją. Nadal musimy angażować się w codzienną rzeczywistość. Realizacja to serce wewnętrznego przebudzenia. Bez niej nie ma wolności. Nie ma wyzwolenia. Nawet gdy myślimy, że dokonujemy transformacji, że dokądś zmierzamy, tak naprawdę doświadczamy po prostu kolejnego duchowego odlotu, kolejnej duchowej iluzji. Prawda jest taka, że żadna transformacja nie może się wydarzyć bez tej realizacji. Pojawia się pytanie, jak możemy zrealizować prawdę? Jak możemy doświadczyć, że wszystko jest iluzją, zwłaszcza kiedy nasze cierpienie jest bardzo prawdziwe? Jak możemy doświadczyć, że wszystkie negatywne doświadczenia i nieprzyjazne okoliczności, takie jak choroba, są po prostu iluzjami? Niełatwo jest to pojąć i poczuć, nawet kiedy się świetnie bawimy. Czasami po medytacji mamy przebłysk prawdy, że wszystko jest iluzją. Ale kiedy wstajemy z podłogi i zaczynamy zmagać się z codziennym życiem, łatwo jest zgubić to doświadczenie. Czasem nasz egotyczny

15


umysł ma tendencję, by pracować bardzo ciężko, żeby gdzieś dotrzeć i zrealizować prawdę właśnie teraz. Brzmi świetnie, zwłaszcza, że nieustannie powtarzam: realizacja jest źródłem wolności. Ego podpowiada nam: „Postąpię słusznie, jeśli będę dążył do duchowej realizacji. Zrobię wszystko, by uzyskać duchową nagrodę”. Ego każe nam zdobywać wiedzę, ezoteryczną mądrość. Każe nam więcej ćwiczyć, osiągać większą duchową złożoność. Ego podpowiada nam: że im bardziej skomplikowane są duchowe instrukcje, im trudniejsze techniki, tym są głębsze. Ego podpowiada nam, że im trudniej tym lepiej. Im więcej bzdur, im więcej bełkotu, tym bardziej wszystko staje się święte. I w związku z tym nasze ego zmienia się w pracoholika, próbującego ogarnąć różne duchowe techniki i zbierającego całą tę konceptualną wiedzę. A potem myśli: „O, teraz z pewnością dokądś zmierzam, bo przecież płacę składki i tak ciężko pracuję”. Ale to tak nie działa. Czasami duchowe komplikacje i praktyki mogą być przeszkodą, odwracając uwagę naszego umysłu od realizacji tego, co już jest obecne. Indyjski mistyk Kabir rozpracował zagrywki ego już dawno temu. Pokazywał praktykującym w różnych duchowych tradycjach, na czym polegają te niebezpieczne pułapki. W jednym ze swoich wierszy powiedział: „Duchowy atleta często zmienia kolor swego ubrania, podczas gdy jego umysł pozostaje szary i pozbawiony miłości”. Możemy zatem postawić pytanie: „Jaka jest idealna ścieżka do przebudzenia”? Oczywiście nie istnieje żadna „doskonała ścieżka” ani „jedyna ścieżka” przebudzenia. Lubię na tę okoliczność przywołać obraz Buddy Siakjamuniego siedzącego w medytacji przez sześć długich lat. Dzięki temu osiągnął przebudzenie. Dlatego czasami najlepsza rzecz, jaką możemy zrobić, to po prostu usiąść i odprężyć się. Ego podpowiada nam: „To jest zbyt proste. Duchowość to nie może być po prostu relaks. Musi być w tym coś więcej”. Ale ostatecznie wszystko opiera się na odprężeniu. Dlatego też wielu buddyjskich mistrzów opisuje medytację jako sztukę odpoczynku i odprężenia. Kiedy odprężamy się kompletnie, zauważamy, że wszystkie nasze myśli zaczynają się rozpraszać. A egotyczny umysł automatycznie się rozpuszcza. Ego jest potężne i kiedy próbujemy się go pozbyć, nie dajemy rady. Ale kiedy po prostu siadamy i odprężamy się, ono samoistnie się rozpuszcza. Czasami mamy wrażenie, że ego to złoczyńca. Szczególnie jako

16


buddyści, wierzymy nieraz, że ego to złoczyńca. Mamy różne nazwy dla ego, jak na przykład Mara, co oznacza kosmicznego diabła. To najgorsze imię, które można komukolwiek nadać i właśnie tym imieniem nazywamy ego. Krytykowaliśmy i prześladowaliśmy ego przez te wszystkie lata. Uważamy, że musimy z nim walczyć, stawiać mu opór albo wyjść poza nie. Tak naprawdę jednak, im bardziej staramy się je przekroczyć, tym silniejsze ono się staje. Dzieje się podobnie, gdy prosisz kogoś, żeby nie myślał w tym momencie o małpie. Oczywiście natychmiast o niej pomyśli. Dlatego czasami dobrze jest po prostu odpuścić sobie wszystkie wysiłki, by podporządkować sobie, zwyciężyć i pozbyć się ego i zamiast tego zwyczajnie odpocząć. To takie proste. Wszyscy wiedzą, jak się odpoczywa. Wiedza ta nie jest żadnym novum. To bardzo stare przesłanie, stare jak świat. Jeśli pozwolimy sobie po prostu pozostać w spokoju, w naturalnym stanie świadomości, tu i teraz, wówczas zupełnie spontanicznie osiągniemy uważność, a oświecony umysł ujawni swoją obecność. Oświecenie przydarza się nieoczekiwanie, w ten sam sposób, w jaki czasami zadziwia nas obraz wyskakujących ponad powierzchnię oceanu wielorybów. Zapiera nam po prostu dech w piersiach. Od wieków medytujący mieli takie doświadczenia. Często się o tym wspomina w buddyjskiej tradycji. Piękno tego polega na tym, że nie wymaga to żadnych specjalnych technik czy metod. Często wydarza się, kiedy najmniej się tego spodziewamy. Wewnętrzny odpoczynek jest świętym miejscem, w którym spotykamy światło oświecenia. To wrodzona wiedza, którą posiada każdy z nas. Opisuje to piękna buddyjska metafora, w której wyczerpany, zrozpaczony podróżnik niespodziewanie znajduje cień pod pięknym drzewem pośrodku rozległej pustyni. Cień i drzewo symbolizują Dharmę albo ścieżkę do oświecenia. W ten sposób ścieżka do oświecenia jest bardzo prosta, chociaż nie zawsze musi być łatwa. Nie mamy więc żadnych dobrych wymówek, by nie być w stanie doświadczyć takiego umysłu. Każda wymówka jest zupełnie nieuzasadniona i jest po prostu przykładem oporu naszego ego. Tak naprawdę, wszyscy wiemy, jak się przebudzić, ponieważ wszyscy wiemy, jak odpoczywać. W medytacji chodzi o to, by w pełni odpoczywać. Nie tylko fizycznie, ale całkowicie. Całkowity odpoczynek polega na zaniechaniu jakiegokolwiek wysiłku. Nasz umysł nieustannie jest czymś zajęty. Ma do wykonania ogromną pracę. Musi podtrzymywać wszechświat.

17


Musi podtrzymywać egzystencję, bo kiedy nasz umysł zginie, zginie również cały wszechświat. Jak powiedział Budda: „Nic nie jest prawdziwe. Nie ma nirwany. Nie ma samsary. Nie ma cierpienia. Nie ma zniewolenia”. Nie istnieje nic, w momencie gdy umysł przestaje podtrzymywać tę wirtualną rzeczywistość. Nie ma wszechświata. To jak jazda na rowerze. Kiedy jedziesz, musisz nieustannie pedałować. Jeśli przestaniesz, rower nie będzie mógł dalej jechać. Przewróci się. W ten sam sposób, jeśli nie podtrzymujemy wymyślonego świata, wymyślonej rzeczywistości, ona po prostu znika. Jakbyś tego nie nazwał – samsara, rzeczywistość czy iluzja – to po prostu znika. Znika, ponieważ nie ma już nikogo, kto nieustannie pracuje, by to wszystko napędzać. Z tego powodu umysł myśli, że dźwiga wielką odpowiedzialność. Czuje, że musi nieustannie stwarzać i napędzać ten świat iluzji. A więc odpoczynek oznacza przerwę, przerwę od ciężkiej pracy, przerwę od nieustannego konstruowania świata iluzji, tego dualistycznego świata, który opiera się na rozdziale między ja i innymi, mną i tobą, dobrem i złem. Kiedy znika egotyczny umysł, czyli stwórca świata iluzji, wtedy od razu pojawia się realizacja, prawda natychmiast się manifestuje. Zatem sercem buddyjskiej praktyki jest relaks i odpoczynek. Myślimy, że wiemy, jak odpoczywać. Jednak, kiedy zaczynamy medytować, odkrywamy, że nasz umysł ma tendencję, by nieustannie pracować, by dokonywać jakiegoś wysiłku i bez przerwy próbować przejąć kontrolę nad rzeczywistością. Umysł nie jest całkowicie spokojny i zrelaksowany. Siedząc w medytacji, z zadziwieniem odkrywamy coraz to nowe warstwy umysłowego wysiłku. Na początku myślimy: „Och, mój umysł jest pełen spokoju”. Ale jeśli nadal będziemy zwracać uwagę na naszą świadomość, dostrzeżemy bardzo subtelny wysiłek. To nasz umysł próbuje przejąć kontrolę nad rzeczywistością. Może umysł poszukuje oświecenia. Może umysł próbuje przekroczyć ego. Albo może myślimy: „Nie podoba mi się to, czego teraz doświadczam. Bolą mnie stawy”. Może nasz umysł próbuje... czegokolwiek... zakończyć sesję medytacyjną. Umysł bez przerwy wymyśla historyjki. Bez przerwy pisze kosmiczny scenariusz. Ale idea odpoczynku wymaga zaniechania jakiejkolwiek aktywności. Rezygnacji z myślenia. Odpuść sobie cały umysłowy wysiłek i pozostań w naturalnym stanie. Prawda, „to co jest” i realizacja już są tu obecne.

18


Czasami doświadczenie siedzenia jest bardzo piękne. Buddyjski trening zaczyna się od praktykowania siedzącej medytacji tak, jak to czynił Budda Siakjamuni, siedząc latami w medytacji. Jest to umowa wiązana, którą podpisujemy, wchodząc na buddyjską ścieżkę. Wcześniej czy później będziemy musieli poświęcić trochę czasu na siedzenie. Zachęcam wszystkich, by przeznaczyli pewną ilość czasu każdego dnia na zwykłe siedzenie. Możemy siedzieć dwadzieścia minut, czterdzieści minut, godzinę albo kilka godzin. Siedzenie powstrzymuje naszą buzię przed plotkowaniem, bezsensownym paplaniem i modlitwą. Modlitwa może czasami być kolejnym mentalnym hałasem, albo wyrazem ślepej wiary i sztywnego systemu przekonań. Ponieważ modlitwa zawsze była używana w dualistycznych, fundamentalistycznych tradycjach religijnych, bardzo łatwo jest jej nadużyć. Oczywiście nie znaczy to, że nie powinniśmy się modlić. Prawdziwa modlitwa to porzucenie wszystkich naszych koncepcji, łącznie z ideą wyższej siły, która albo odrzuci, albo przyjmie modlitwę. Proszę nie myślcie, że sugeruję, byście się nie modlili. Możecie się modlić, ile tylko chcecie. Mówię tylko, że ważne jest, by znaleźć czas w codziennym życiu, aby posiedzieć w ciszy. To ważne, by codziennie znaleźć moment, kiedy możemy wszystko odłożyć na bok i zachować ciszę. Da nam to siłę, która wprowadzi nas w stan głębokiego spokoju, w którym dostrzeżemy rzeczy takie, jakimi naprawdę są. Pewnego razu odwiedziłem słynną katedrę Notre-Dame w Paryżu. Byłem pod wielkim wrażeniem jej piękna i poczułem potrzebę, by się pomodlić. Jestem buddystą, więc nie odmawiam chrześcijańskich modlitw, ale równie dziwnie byłoby w tym świętym miejscu recytować modlit wę buddyjską. W naturalny sposób wyciszyłem się i poczułem ogromny spokój. Stało się to samo z siebie. Nie sposób popełnić błędu, gdy praktykuje się siedzącą medytację. Tak więc sercem buddyjskiej praktyki jest praktyka medytacji. Czym jest medytacja? Jest po prostu sztuką relaksu i odpoczynku. Zawsze opowiadam taką historię. To historia o małpie, która przyszła do miejsca, gdzie Budda medytował, siedząc w doskonałej pozie. Budda pogrążony był w głębokiej ciszy i bezruchu, więc małpa nie wiedziała, czy był żywy czy martwy. Był tak zrelaksowany, że kiedy małpa go połaskotała, nie zareagował. W końcu małpa zaczęła go przedrzeźniać. Usiadła w doskonałej pozie ze skrzyżowanymi nogami i nieco pochyloną głową. Zaczęła śledzić swój oddech i wkrótce

19


doznała oświecenia. To piękne porównanie. Jest bardzo głębokie, a jednocześnie proste. Mówi nam tylko tyle, że serce oświecenia nie jest skomplikowane. Nie wymaga wysiłku. Jest zbyt proste i dlatego tak trudno jest czasami docenić siedzącą medytację. W swoim życiu przesiedziałem dużo czasu w medytacji i często myślałem, że siedząca medytacja nie wystarcza, ponieważ nie ma w niej żadnych fajerwerków. Nie działo się nic specjalnego. A kiedy ktoś nas pyta, co porabialiśmy przez ostanie lata, żenująco brzmi, kiedy mówimy: „Och, po prostu siedziałem”. Lepiej jest przecież mówić o naszych osiągnięciach. Miło jest przedstawić listę naszych osiągnięć. Poinformowanie kogoś, że zwyczajnie siedzieliśmy może być bardzo zawstydzające. Po prostu siedzieliśmy przez pół roku albo przez rok. Nazwanie tego duchowym osiągnięciem może być dla ego bardzo zawstydzające. Kiedy już zaprawimy się w medytacji, myślę, że przebudzenie będzie bliskie. Spróbuj wyrobić w sobie nawyk siedzącej medytacji. Codziennie praktykujcie siedzenie. Najpierw pojawią się różne reakcje. Ego będzie próbowało przekonać nas, że siedzenie to za mało. Będzie się opierało. Powie nam, że jesteśmy zbyt zajęci, że nie mamy dość czasu. Będzie nam ciężko wstawać rano. Będziemy odkładać to na później. Być może ego powie nam: „Dzisiaj nie muszę medytować. Może zrobię to jutro. Może pomedytuję za miesiąc”. Ego zawsze stawia opór. Tworzy oczywiste formy oporu, które czasami łatwo zauważyć. Ale tworzy również subtelniejsze formy oporu, które wymagają więcej uwagi, by je dostrzec. Wszystkie jednak będą miały na celu powstrzymanie nas od wytworzenia regularnego nawyku medytacji. Więc być może na początku będziemy musieli się do niej zmuszać. Jeśli naprawdę zależy nam na przebudzeniu, możemy złożyć ślubowanie, że będziemy medytować codziennie. Jeśli naprawdę zależy nam na prawdziwej realizacji, wówczas będziemy mieli tylko jeden wybór: praktykować medytację każdego dnia i stanie się to priorytetem w naszym życiu. Często dobrze jest się do czegoś zobowiązać. Czasami daję ludziom poduszki medytacyjne, żeby wesprzeć ich zobowiązanie. Kiedy siedzą, poduszka przypomina im, że zobowiązali się siedzieć każdego dnia przez pół roku. Czasami dobrze jest złożyć tego typu ślubowanie w obecności duchowego nauczyciela albo nawet przed jakimś świętym wizerunkiem, na przykład Buddy

20


Siakjamuniego. Nie musimy być nikim specjalnym, ani znać się na czymś niezwykłym, żeby praktykować siedzącą medytację. Medytacja to po prostu sztuka odpoczynku i relaksu. Jest tak prosta, że czasami czujemy, że nie może być ostateczną techniką. Czujemy wewnątrz, że musi być coś więcej. Mówię tu o głębokim odpoczynku, o wewnętrznym odpoczynku, odpoczynku, w którym odpuszczamy sobie wszel k ie for my umysłowego wysiłku, łącznie z wysiłkiem umysłowym, by podtrzymywać to iluzoryczne poczucie ja. Mówię tu o głębokim odprężeniu, w którym już nie próbujemy trzymać się czegokolwiek. Kiedy patrzymy na święty wizerunek Buddy, możemy złożyć ślubowanie, że zachowamy tę uważność, ten oświecony umysł, każdego dnia, w każdej chwili. Jesteśmy w stanie dokonać tego zarówno wtedy, gdy medytujemy, jak również wtedy, kiedy zajmujemy się naszymi codziennymi sprawami. Możemy zobowiązać się i poświęcić nasze życie i serce pełnemu, trwałemu przebudzeniu. Kiedy składamy taką obietnicę, dostrzegamy, że w każdym z nas jest siła, która pomaga nam pokonać wszelki opór, wszystkie strategie używane przez ego, by przeszkodzić nam na ścieżce do przebudzenia. Wewnętrzna siła pomaga nam pokonać strach, poczucie niepewności, wątpliwości i rozproszenie. Pomaga nam przezwyciężyć wszystko.

21


Nie ma ja nie ma problemu