Issuu on Google+

Stan wyjątkowy 2010.11.08 / Dana Parys-White TAGI: kultura Pytanie: dlaczego?, często pojawia się w naszych umysłach. Jesteśmy dociekliwi. Chcemy poznać przyczynę, nawet zanim zastanowimy się nad skutkiem. Dlaczego boli? Dlaczego powstało? Dlaczego nie ma? Dlaczego jest?

Październikowy wieczór poetycki Anny Marii Mickiewicz, na którym zostało zaprezentowane drugie wydanie tomiku wierszy z okresu stanu wojennego pod nowym tytułem „Proscenium”, skłonił mnie do refleksji. Nieznośnie zagnieździło się w mojej głowie pytanie, dlaczego autorka wznawia publikację sprzed 25 lat? Czy to czysty sentyment, czy też coś znacznie istotniejszego, znacznie głębszego? Chciałam poznać odpowiedź. Na dodatek prezentacja ta miała być swoistym poetyckim amalgamatem pod hasłem „Oblicza przyjaźni”, gdyż została połączona z promocją książki „Moja droga na księżyc”, autora zamieszkałego na stałe w Brazylii Tomasza Łychowskiego. Na spotkanie przybyło wyjątkowo dużo osób, z przekroju co najmniej trzech pokoleń, choć z reguły spotkania poetyckie nie przyciągają tak wielu różnorodnych słuchaczy. Wszak tkwimy w wyraźnie rozwarstwionym społeczeństwie polonijnym, izolującym się od siebie z własnej woli, więc skutecznie. Czyżby istniała platforma, na której może jednak siedzieć obok siebie były żołnierz armii Andersa i współczesny wojownik ostatniej


dziesięciolatki, migracyjny poszukiwacz smaczniejszego chleba i lżejszego życia? Sama myśl, że jest to możliwe, podziałała na mnie jak wszechmocny Amol. Wieczór poprowadził prezes Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie Andrzej Krzeczunowicz, a wprowadziła słuchaczy w atmosferę prezentowanej w „Proscenium” poezji Urszula Chowaniec, doświadczony wykładowca literatury polskiej. Jej analiza tomiku Anny Marii Mickiewicz zaintrygowała mnie. Poruszała bowiem (oprócz oczywistych wartości literackich) z pozoru marginesowy aspekt publikacji, mianowicie jej szatę graficzną: – Mamy przed sobą tomik dziwny, który już był, już się wydarzył, miał swój czas i miejsce. Miał nawet swój tytuł. To już było. Ale, który, przychodzi do nas, Czytelników, raz jeszcze. Przychodzi na nowo i to w potrójnym znaczeniu, w potrójnej inności: w innej szacie […], z innym tytułem. W tym momencie został przekazany do rąk uczestników spotkania jedyny zachowany egzemplarz oryginalnego wydania z lat osiemdziesiątych XX wieku pod pierwotnym tytułem „Dziewanna”. Wiotki i kruchy papier, jak weselny welon mojej babci, zachował w sobie ducha tamtych lat i budził nieodpartą ciekawość. Cieniutka broszura, małego formatu, bez wyrazistej okładki, obłożona symboliczną bibułą wydawała się przedstawiać nagą prawdę dnia codziennego tamtych lat. Otworzyłam go delikatnie i przeczytałam parę wersów: Nawlekaj paciorki łez mych na nitkę – niech dźwięczą w nocy […] niech mówią, że to nie koniec. Obok mnie siedziała dosyć młoda dziewczyna. Okres stanu wojennego mogła zapamiętać jedynie oczami dziecka. Mgliście, jak wyrwane z kontekstu stopklatki. To mogła być radość z tego, że nie musi myć zębów, bo mama nie wystała w kolejce szczypiącej język pasty do zębów marki „Nivea”. Ale mógł to też być dziwny skurcz w klatce piersiowej na odgłos nocnego szurania maminych kapci, nerwowo zmieniających kierunek od okna do okna, kiedy mijała godzina 22, a jej taty jeszcze nie było w domu. Potem odgłosy tłumionych rozmów kuchennych i cichy szloch jej mamy jak pisk pluszowego misia, którego (być może) przytulała wtedy mocno do siebie. Potem ranny telefon z informacją, że ktoś bliski został aresztowany, bo sąsiad doniósł... i popłoch, i skurcz żołądka. A potem jeszcze ciężar milczenia podczas mijania tego sąsiada z ulicy i wzrok jej mamy dziwnie wbity w rozbiegane oczy mężczyzny, gdy jego: – Dzień dobry!, pozostało bez odpowiedzi. Wróciłam myślami do teraźniejszości. Rozpoczęła się bowiem prezentacja wybranych wierszy z „Proscenium” przez Monikę Lidke i Włodka Fenrycha. Wróciłam myślami do wstępnych słów Urszuli Chowaniec: – Oto wiersz pisany w sierpniu 1984 roku, w czasie smutnym, po euforii i straconych nadziejach Solidarnościowych i po czarnych chwilach stanu wojennego. W czasie zastygłym, jakby powiedział poeta, czasie szarym, naznaczonym


piętnem ciągnących się w nieskończoność kolejek, długich rzędów zmęczonych twarzy. [...] Ale może to tylko jedna z narracji? Jedno tylko opowiadanie o tamtym czasie? Być może był jakiś innych czas, choć tego samego roku? Spokojny i słoneczny, którego wspomnieniem zaskakuje nas poetka na pierwszych stronicach swojego tomiku? Moje uszy chłonęły teraz recytowane przez Monikę i Włodka słowa-klucze. Zastanawiałam się, czy budziły podobny zgrzyt w umysłach skupionych słuchaczy, czy też czas zmienił ich wydźwięk i ich znaczenie? Wyobrażałam sobie, że dla jednych wiersze te otwierały zapomniane komnaty z osobistymi zmorami, dla innych rozchylały kotary nieznanego im horyzontu. Cokolwiek by to było, zmuszało do zastanowienia. Wieczór dopełniły piosenki Moniki Lidke z akompaniamentem Maćka Pysza. Kiedy słuchałam dźwięków gitary, jak wykaligrafowanych znaków fonetycznych, harmonijnie zestawionych z głosem Moniki, a skupione twarze trzech polonijnych pokoleń zdawały się łączyć podobną wrażliwością, pomyślałam o moim pytaniu, które męczyło mnie jeszcze przed spotkaniem. Odpowiedź wydawała się formować w stan wyjątkowy. Taki stan, który progresywnie kształtuje oblicze naszego życia. Jak odmienny stan świadomości powracający nieustannie, choć zawsze nieco inaczej. Stan, kiedy: życia rytm tak szlifuje z nas brylanty jak chce, świat szlachetnie zdobimy lub pękamy na dnie (fragm. własnego wiersza „Szlifowani na brylanty”), bo: W kruszynie ciała błyszczy diament istnienia, jak pięknie podkreśliła Anna Maria Mickiewicz w wierszu „Diament”. Jeden wniosek nasuwał się nieodparcie, że każda powtórka jest stanem kształcenia, stanem szlifowania spójności i jedności naszego życia. Chwilę później Andrzej Krzeczunowicz przedstawił poetę i malarza intrygującego pochodzenia i niezwykłych losów, urodzonego w Angoli, od lat mieszkającego w Brazylii – Tomasza Łyczowskiego. Ujrzałam dystyngowanego pana na tle jego malarskich płócien. Ciepły wyraz jego twarzy pięknie harmonizował z gamą kolorów na jego obrazach, które zdawały się tańczyć gorącą sambę. – Moja matka była Niemką, ojciec Polakiem – podkreślił Tomasz Łychowski na wstępie swojej wypowiedzi. Był czas wojny i czas walki z wrogiem, a w sercach jego rodziców wciąż kwitła przedwojenna miłość. Byli więzieni na Pawiaku wraz z siedmioletnim wtedy Tomkiem. Wojna zesłała jego ojca do Auschwitz, a potem do Buchewaldu. Przeżyli i chcieli wierzyć, że da się zbudować harmonijny dom w Polsce. Czy ojciec Łychowskiego mógł wtedy liczyć na błogosławieństwo swoich rodaków, na zrozumienie? Czy dlatego opuścili Polskę? Nie było to teraz istotne. Ważniejsza była istota pokoju i przyjaźni, jaka gościła w sercach rodziców Łychowskiego i przekazana synowi. Teraz to jego syn, Roderigo towarzyszył ojcu w jego „Drodze na księżyc”, bo taki właśnie tytuł nadał Łychowski swojej najnowszej publikacji. Intrygujące


motto książki: „3 x Teraz – wczoraj, dzisiaj, jutro” (św. Augustyn), kusiło, by zajrzeć do środka. Opowieść rozpoczynały słowa: Rok 1934. Na fermie Quissala nieco oddalonej od Nova Lisbona w Angolii (Afryka Portugalska), kilkumiesięczne niemowlę walczy o życie. Dalej opowieść snuła się wątkiem na kształt gawędy z „Pożegnania z Afryką”: Plantacja kawy mojego taty jakoś nie bardzo prosperpwała (…). Z ogromną przyjemnością wysłuchałam fragmentu książki w wykonaniu Roderigo. Płynność jego języka budziła uznanie, a w moim sercu nadzieję, że mój syn z takim samym pietyzmem będzie kiedyś pielęgnował znajomość języka swoich przodków. Spontaniczność Łychowskiego zainspirowała Reginę Wasiak-Taylor do nadprogramowego wystąpienia, by podzielić się ze słuchaczami garścią refleksji z ostatnich lat współpracy i przyjaźni członków Związku Pisarzy z tymże poetą, który publikuje z reguły w trzech językach, polskim, brazylijskim i angielskim. Kiedy wróciłam do domu, siadłam w bujanym fotelu, który kołysze się od wieków, choć za każdym razem obiera nieco inny kierunek. Jego ruchy pozostawiają ścieżkę lekko przesuniętych znaków na podłodze. Czasami zygzakowatych, a czasami centrycznych. To znaki, których nie da się ani wyprostować, ani wytrzeć z podłogi. Są i zawsze będą. To właśnie te znaki, jak znaki-wiersze Anny Marii i twórczość Tomasza Łychowskiego – uświadamiają harmonię i ciągłość ludzkiego istnienia. Dana Parys-White


Stan wyjatkowy