Page 1

ROZDZIAŁ 1

Pogoda dla myśliwego może być tylko dobra lub bardzo dobra; złej pogody dla myśliwego po prostu nie ma. Natalia Haber znała to powiedzenie swojego męża, dlatego nie przeszkadzała mu w przygotowaniach do polowania. Za oknem trzymał kilkustopniowy mróz, padał śnieg i wiał mocny wiatr, chociaż dopiero kończył się drugi tydzień listopada. Zanim Jarosław Haber zrobił poranną toaletę, na kuchennym stole czekało już parujące śniadanie: kawa, jajecznica, razowy chleb i konfitury z derenia. – Dziękuję, kochanie – powiedział, wchodząc do kuchni i przynosząc ze sobą zapach wiatru wymieszany z zapachem wody kolońskiej i pasty do zębów. – Jarek, może byś dzisiaj sobie odpuścił? Taka zawierucha, a ty już złapałeś przeziębienie. Myślę, że jedno polowanie może się odbyć bez ciebie – mówiła Natalia bez przekonania, patrząc jak mąż w pośpiechu niemal połyka śniadanie. 5


– Niestety, to niemożliwe. Przecież jestem jednym z organizatorów. A poza tym, kto będzie grał sygnały na trąbce? – Niepokoję się o ciebie, Jarku. Szczególnie po tym anonimie, że oni mogą ci coś zrobić. – Natalko, nie ma sensu przywiązywać zbyt dużej wagi do pogróżek kłusowników czy złodziei drewna. Jestem kierownikiem straży leśnej i muszę przeganiać ich z lasu – zrozum, to jest mój zawód. Niepotrzebnie się martwisz, bo oni nie mogą mi nic zrobić – bagatelizował sprawę Haber i uśmiechał się uspokajająco do żony. – No, muszę już lecieć; chodźmy na chwilkę do Justynki. W pokoju dziecięcym na niskim tapczaniku spała trzyletnia dziewczynka. Haber pocałował ją w czoło. Przytulił i ucałował też żonę. – Nie obawiaj się Natalko, na obiad będę z powrotem. No, mogę się spóźnić godzinę lub dwie, ale nie więcej – powiedział, uśmiechając się bardzo przekonująco, i wyszedł z pokoju. Natalia Haber patrzyła przez okno, jak ten wysoki, jasnowłosy mężczyzna, o wiecznie śmiejących się niebieskich oczach, który od pięciu lat był jej mężem, pakował do samochodu ekwipunek myśliwski i pomachawszy jej ręką, odjechał swoim terenowym oplem. Dzisiaj miała szczególnie niepokojące przeczucia. A te sprawdzały się zbyt często. W punkcie zbiorczym, na niemal pustym składzie drewna, stało już kilkanaście samochodów, kiedy 6


przyjechał tam Jarosław Haber. Witając się z obecnymi, zauważył kilku nieznajomych. – Mamy problem, Jarku – powiedział leśniczy Janusz Boruń, który w nadleśnictwie sprawował funkcję łowczego. – Problem z czym? – Chłopi, którzy mieli przyjechać z podwodami, spili się wczoraj do tego stopnia, że nie są w stanie ustać na nogach. – Cholerne opoje! – zdenerwował się Haber. – I co teraz zrobimy? – Może rozwieziemy ludzi terenówką? – W ostateczności można, ale urok pryśnie. Trzeba znaleźć kogoś innego… Zaraz… przypomniało mi się, że w stadninie koni wynajmują bryczki. – To jest myśl! Ale... słyszałem, że oni słono się cenią. – Tym się nie martw. Cenę wynegocjujemy później; najważniejsze, aby byli trzeźwi – roześmiał się Haber. Tymczasem wypogadzało się. Wiatr tracił energię, a pomiędzy śnieżnymi chmurami przebijało się od czasu do czasu słońce. Skład drewna znajdował się na szerokiej polanie, środkiem której przechodziła droga. Przy złożonych w sągi grabowych kłodach stali ludzie z nagonki. Byli to pracownicy leśni; na zimowe kurtki naciągnęli pomarańczowe kamizelki, dobrze widoczne w zimowej szarzyźnie. Trzech z nich trzymało na smyczach psy, a pozostali zadowolili się długimi ki7


jami i kołatkami. Niedługo zrobią taki harmider, że przestraszona zwierzyna popędzi wprost pod lufy ustawionych w szereg myśliwych. Łowczy skończył rozmawiać przez telefon komórkowy i skinął na Jarosława Habera. Ten wziął myśliwską trąbkę, którą miał przewieszoną przez ramię na skórzanym pasku, i zagrał sygnał Powitanie. Piękna melodia, trochę podobna do Koncertu na róg Mozarta, rozniosła się wokół i jakimś czarodziejskim sposobem zmieniła powszedni dzień w święto. – Witam panów na dzisiejszym polowaniu zbiorowym – powiedział łowczy, stając na grubym klocu, aby być lepiej widocznym. – Przypominam, że polujemy na dziki, łanie i kozy. Można strzelać do lisa. Ze względu na wykonane plany na razie nie strzelamy do byków jelenia szlachetnego. Szczególnie ciepło witam gości z innych kół łowieckich. Bliżej poznamy się na ognisku po zakończeniu polowania. Dzisiaj zaplanowaliśmy aż pięć miotów. W związku z tym, że mamy pół godziny, zanim dojadą podwody, proponuję teraz wylosować stanowiska dla wszystkich miotów. Myśliwi zgrupowali się w kręgu, w środku którego stanął Jarosław Haber. Włożył do swego kapelusza piętnaście ponumerowanych kartoników i potrząsnął nim kilka razy. – Panowie, podchodzimy i losujemy stanowiska na pierwszym miocie. Ja zadowolę się losem ostatnim. 8


Kiedy na drodze pojawiły się zaprzężone w pary koni bryczki głośno brzęczące janczarami, wszystkie stanowiska były już wylosowane, a na polanie zapachniało magią. Oto zaczynał się odwieczny rytuał zwany polowaniem; rytuał, w którym biorą udział prawdziwi mężczyźni – podobni do tych, którzy w prehistorycznej hordzie odpowiadali za dostarczanie pożywienia. Jarosław Haber zagrał sygnał Apel na łowy. Głos myśliwskiej trąbki dostojnie i radośnie rozniósł się wśród drzew zasypanych śniegiem. Po skończonej odprawie myśliwi wsiedli do bryczek i pomknęli w kierunku miejsca pierwszego miotu. Jest coś pięknego w takiej jeździe zaprzęgiem po zasypanej śniegiem drodze – kiedy konie biegną rytmicznie i wyrzucają z chrapów obłoki zamarzającej w powietrzu pary, a dzwoneczki zawieszone przy ich uprzęży zanoszą się od metalicznego śpiewu. *** Jelenie i sarny chętnie żerują na oziminach niezbyt dokładnie przykrytych śniegiem; dlatego łowczy zaplanował pierwszy miot niemal na skraju lasu. Razem z Jarosławem Haberem rozprowadzili myśliwych wzdłuż linii stanowiącej granicę pomiędzy młodnikiem a starym borem jodłowym. Haberowi przypadło drugie stanowisko od lewej flanki. Stanął pod grubą jodłą, wyjął telefon komórkowy i połączył się z kierującym nagonką. 9


– Jak tam u was? Gotowi? No to zaczynajcie – powiedział. Następnie zdjął z ramienia trąbkę i zagrał sygnał Nagonka naprzód. Słysząc go, myśliwi odbezpieczali broń, jaką kto miał – czy to zwykłe kniejówki, czy też drogie sztucery z celownikami optycznymi. Mijały minuty i nic się nie działo. Nad lasem zapadła niemiłosiernie dłużąca się cisza. Dopiero po niemal kwadransie z daleka dobiegło przytłumione szczekanie psów, a później odgłosy kołatek i pokrzykiwania nagonki. Niespodziewanie huknął strzał, gdzieś na prawej flance, a po nim drugi i trzeci. Z gęstego młodnika wyskoczył odyniec i sunął niczym mały czołg. Jarosław Haber nie miał szans, aby celnie strzelić, dlatego uskoczył w bok. Dzik pobiegł dalej, wściekle fucząc, i znikł pomiędzy jodłami. Rozległo się kilka strzałów. Jazgot psów gończych był już bardzo bliski, toteż Haber uniósł trąbkę do ust i zagrał sygnał Rozładuj broń. Miot okazał się bardzo dobry – strzelono dwa dziki i łanię. Myśliwy zajmujący pierwsze stanowisko od lewej flanki ustrzelił łanię. Był to gruby i starszy już mężczyzna, a cieszył się jak dziecko. Jarosław Haber odłamał gałązkę jodły, rozdzielił ją na dwie części. Jedną włożył do pyska łani jako ostatni kęs, a drugą położył na ranie. Od gałązki pomazanej krwią zwierzęcia odłamał kawałek i podał myśliwemu na własnym kapeluszu. Ten wziął gałązkę i umieścił ją za otokiem swojego nakrycia głowy. – Darz Bór! – powiedział Haber i mocno uścisnął dłoń szczęśliwca. 10


Ten podziękował i z wielkim zapałem zabrał się do patroszenia zdobyczy. *** Drugi i trzeci miot odbyły się w niewielkiej odległości od siebie, kilka kilometrów w głąb lasu, ale nie były tak dobre, jak pierwszy. Myśliwym udało się strzelić tylko dwie sarny i lisa. Przed udaniem się w rejon czwartego miotu myśliwych i nagonkę poczęstowano piekielnie mocną i słodką kawą z termosów. Psy otrzymały po kawałku kiełbasy. Las bukowy, w którym mieli zasadzić się na grubszą zwierzynę, znajdował się kilkanaście kilometrów dalej. Nagonka pojechała na miejsce wcześniej starym łazem i ładą nivą. Myśliwi, rozsiadłszy się wygodnie na rzemiennych siedzeniach bryczek, opowiadali sobie kawały o polowaniach i wybuchali raz po raz salwami wesołego śmiechu. – A znacie to, jak poluje sędzia? – zapytał jeden z gości. – Nie!? – No to posłuchajcie: krótkowzroczny sędzia przyjeżdża na polowanie. Strzela do zająca. Czy trafiłem tego szaraka? – pyta gajowego. – Nie, pan sędzia raczył go ułaskawić. Kolejny wybuch śmiechu wystraszył dzięcioła, który na dłuższą chwilę przerwał swoją pukaninę na przydrożnej sośnie. Humor dopisywał wszystkim 11


– zarówno tym, którzy już coś ustrzelili, jak i tym, którzy dopiero mieli taki zamiar. Jeszcze przecież była szansa na zdobycie myśliwskiego trofeum – tym bardziej, że pogoda poprawiała się. Chmury odpłynęły za horyzont, a słońce zapalało iskierki na wszechobecnych płatkach śniegu, aż oczy bolały od patrzenia. *** Dwadzieścia minut później byli na miejscu. Stanowiska myśliwych w tym miocie zaplanowano wzdłuż bocznej drogi prowadzącej na wzgórze porośnięte starym lasem mieszanym z przewagą buka. Droga ta była przejezdna tylko dla potężnych ciągników zrywających kloce. Można było przejść nią pieszo, ale głębokie koleiny, teraz zasypane śniegiem, bynajmniej nie ułatwiały tego. Jarosław Haber tym razem sam rozprowadzał myśliwych, bo łowczy coraz bardziej odczuwał ból w nodze, która widocznie jeszcze nie całkiem dobrze się zrosła po złamaniu. Myśliwi szli gęsiego. Wszyscy byli ubrani ciepło; przeważnie w grubych kurtkach moro, skórzanych butach z cholewami, a na głowach mieli uszanki lub kapelusze, obwiązane widoczną z daleka pomarańczową szarfą. Haber wskazywał każdemu jego stanowisko, zgodnie z wylosowanym numerem. Jemu przypadło stanowisko piętnaste, ostatnie, które znajdowało się w połowie dość stromego wzniesienia. Kiedy tam 12


dotarł, poczuł, jak pot spływa mu strużkami po plecach. Rześkie leśne powietrze, nawet po intensywnym wysiłku, szybko przywracało utraconą energię, a smolisty aromat sosnowej żywicy przyprawiał o zawrót głowy. Haber zatrzymał się przy potężnym buku, pozbawionym teraz listowia. Udeptał trochę śnieg wokół drzewa, aby poruszać się pewnie. Niestety, nie było tu zasięgu sieci komórkowej. Dlatego dwa razy najgłośniej, jak potrafił, odegrał sygnał Nagonka naprzód. Dźwięk trąbki daleko rozniósł się w lesie oszronionym tchnieniem przedwczesnej zimy. Teraz trzeba było poczekać kilkanaście minut. Haber rozłożył składane krzesełko i usiadł na nim, opierając się o pień buka. Z wielką przyjemnością odpoczywał w tak pięknym otoczeniu. Niespodziewanie gdzieś z tyłu trzasnął złamany suchy patyk nadepnięty czyimś butem. Haber odwrócił się, jednak nie zobaczył nikogo; tylko gałązki młodej jodełki drgały, jakby poruszone przez uciekającą sarnę. Ale przecież nie było tam śladu kopyt. Widocznie duży ptak wystartował z gałęzi, na której przedtem siedział. Niebawem dały się usłyszeć pierwsze odgłosy nagonki, ledwie wybijające się ponad horyzont ciszy, które przybliżały się i rosły w miarę upływu czasu. Psy ujadały coraz gwałtowniej, naganiacze walili kijami o pnie drzew, pokrzykiwali, a niektórzy terkotali kołatkami. Słychać też było szum przedzierania się 13


poprzez niskie gałęzie i stukot kopyt o zamarzniętą ziemię. Pierwszy wystrzał gruchnął na drugim lub trzecim stanowisku, a po nim następny gdzieś na środku linii myśliwych. Haber zerwał się z krzesła, ale nie sięgał jeszcze po broń, bo wiedział, że jeśli w ogóle jakiemuś zwierzowi będzie się chciało wspinać pod górę, to z pewnością zajmie mu to więcej czasu. Nagle drgnął przerażony, zobaczył bowiem na swojej kurtce tańczącą czerwoną kropkę. Co to miało znaczyć?! Uniósł głowę i w odległości jakiś trzydziestu kroków, pod jodełką, z której wcześniej osypał się śnieg, dostrzegł mężczyznę trzymającego w dłoniach wycelowany w niego sztucer z celownikiem laserowym. Chociaż ten mężczyzna ubrany był, podobnie jak większość myśliwych, w kurtkę moro i kapelusz z pomarańczową wstęgą, to na pierwszy rzut oka można było poznać, że nie jest to żaden z nich. Więc kto to jest?? Haber pojął zbyt późno, z kim ma do czynienia, i rzucił się do swojej broni. Niestety, intruz był szybszy. Jego sztucer wypalił, a Jarosław poczuł potworne uderzenie w piersi i przewrócił się na ziemię. Nie mógł już wstać ani poruszyć nawet palcem. Kątem oka spojrzał w górę, w kierunku słońca wiszącego nad koronami drzew. Smugi światła, przedzierając się przez gęstwinę konarów, wyglądały jak spływające z góry świetliste wodospady. Przed oczami umierającego jak żywa stanęła jego żona Natalia, a jego córeczka Justynka poprosiła go cichym, drgającym głosikiem: 14


„Tatusiu, przeczytaj mi Calineczkę!”. – Boże! – zdążył jeszcze wyszeptać, zanim śmierć na zawsze pokryła jego oczy warstewką krzepnącego szkła.

15


Polowanie na myśliwego  
Advertisement
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you