Issuu on Google+


ŻÓŁTE OCZY

PROWADZĄ DO DOMU


ŻÓŁTE OCZY

PROWADZĄ DO DOMU

Przełożyli: Tomasz Grabiński, Katarzyna Dudzic

WROCŁAW 2013


Markéta Pilátová Żółte oczy prowadzą do domu Przekład: Tomasz Grabiński, Katarzyna Dudzic Redaktor prowadzący: Kama Margielska Redakcja: Marta Woźniak Korekta: Iwona Kusiak, Elżbieta Jaroszuk Projekt okładki: Justyna Boguś Skład: Violet Design

Tłumaczenie niniejszej publikacji zostało dofinansowane przez Ministerstwo Kultury Republiki Czeskiej.

Žluté oči vedou domu © Copyright by Markéta Pilátová, 2007 © Copyright for the Polish edition by Good Books, 2011 © Copyright for the Polish edition by Czeskie Klimaty, 2013

ISBN: 978-83-64168-03-1

Czeskie Klimaty ul. Mydlana 1/005 51-502 Wrocław www.czeskieklimaty.pl


„Nie chcę mieć niczego na własność, dopóki nie będę wiedziała, że znalazłam miejsce właściwe dla mnie i moich rzeczy. A jeszcze nie jestem całkiem pewna, gdzie ono może być. Ale wiem, jak wygląda.” Holly Golightly przeł. Bronisław Zieliński


Osoby i wydarzenia przedstawione w książce są wyłącznie efektem wyobraźni autorki.


PANI HRUBESZOVA NIE PRZYSZŁA NA HERBATĘ [Marta]

I Pani Hrubeszova nie przyszła do klubu na herbatę. Zbliżało się południe i wszystkie damy, jak zwykle, zgromadziły się w pokoju z przodu nad kremowymi ciastkami z  czerwoną czereśnią bez pestki. A  pani Hrubeszovej ani śladu. To było dziwne, ponieważ podczas tych pięćdziesięciu lat, od kiedy mieszka w São Paulo, nie opuściła ani jednej herbaty. Teraz jej jednak nie ma. Wsiadłam zatem do samochodu i  pojechałam zobaczyć, co się z  nią stało. Mieszka niedaleko, więc po kilku minutach waliłam pięścią w  jej drzwi. W  końcu z  dozorcą musieliśmy je wyważyć, ponieważ nikt nie odpowiadał. Pani Hrubeszova leżała w  łóżku, cała powyginana i martwa. Jestem osobą praktyczną, więc pomyślałam, że zanim przyjedzie jej syn, pani Hrubeszova z  pewnością zesztywnieje i  trzeba będzie włożyć ją do trumny taką pozginaną. Szybko znalazłam w starej, solidnej szafie, pełnej kulek na mole, czarną jedwabną suknię. Założyłam ją

7


8

na panią Hrubeszovą i zamknęłam jej oczy. Miałam rację – zanim przyjechał syn, minęło sporo czasu i pani Hrubeszova całkiem zesztywniała. Znajduję się niemal na przełomie, na końcu siedmioletniego okresu. Nauczono nas tego w  szkole waldorfskiej położonej w  eleganckiej dzielnicy i niewątpliwie jest to prawda. Co siedem lat zmienia się osobowość człowieka, albo zmienia mu się życie, co zresztą wiąże się jedno z drugim. Po dwuletnim pobycie w Pradze moje życie zmieniło się w  parodię bycia opiekunką starych ludzi. Moja mama, którą się opiekuję, nagle ma prawie osiemdziesiątkę, a ciotki z klubu Nowy Słowianin, z którymi co środę się widywałam, niespodziewanie stały się starymi babciami, które dzwonią do mnie do domu i chcą, żebym je gdzieś zawiozła, coś im przywiozła albo z nimi porozmawiała. Zatem jeżdżę, rozmawiam i  zamykam oczy nieboszczykom. Tak wygląda moje życie. Takie, jakie przeżywam teraz. Źle zrobiłam, wracając. A  może dobrze? Tylko jak mogłam zmusić mamę, dzięki której co miesiąc pobieram rentę, żeby przeprowadziła się do Europy? Do Czech, do Pragi, do układów, których nie rozumie. Nie mam siły z nią walczyć, nawet nie chcę, nie jestem taka wygadana, nie mam jej sposobów, jej gestów, jej argumentów. Zatem znów jestem tutaj. Znów boję się pójść do banku, żeby nie przyczepili się do mojego samochodu motocykliści, porozumiewający się za pomocą gestów, którzy będą mnie śledzić aż do domu,


przyłożą dozorcy pilnującemu naszych domów broń do głowy i  każą mi oddać wszystko, co wybrałam z  konta, jak to kiedyś zdarzyło się sąsiadom. Znów dociera do mnie cukrowy zapach melonów na targu, uśmiechy otaczających mnie ludzi, lekkie napięcie dusznego lata. Jem owoce, które podczas praskiej zimy widywałam w  snach. Znów tu jestem. Znów. Przedzieram się przez smród tysiąca fabryk, chodzę na obowiązkowe wybory, zastanawiam się, czy mój pies jest wystarczająco zły, by przepędzić wszystkich, którzy się do mnie zbliżą, wożę babcie na targ i z powrotem oraz słucham coraz bardziej pokręconych teorii antropozoficznych mamy. Mój dylemat właściwie nie jest moim dylematem. Po prostu go odziedziczyłam. Wrócić czy nie wrócić, słyszałam to milion razy, milion razy te same wątpliwości, te same wyrzuty, te same lamenty za ojczystą ziemią i równocześnie ta trudna do zdefiniowania niechęć wobec niej. Moja ziemia ojczysta to São Paulo, a ich z kolei to była Praga, albo Zlín, albo Brno, albo Pilzno, czy jak nazywają się te wszystkie mityczne miejsca.

II Matka była blondynką z  małym tyłeczkiem i maską spawalniczą. Zakładała ją, by zademonstrować robotnikom w  brazylijskich fabrykach twardość stali, którą sprzedawał mój ojciec. Był

9


10

to chwyt reklamowy, który działał bez zarzutu, ponieważ, kiedy przyjechali tu w czterdziestym ósmym roku, São Paulo było dziurą niemającą nawet miliona mieszkańców. A  z  tego miliona ponad trzy czwarte stanowili wielcy faceci z  porażającą skłonnością do uznawania blondynki za Maryję Pannę lub Marię Magdalenę. Moja matka zatem spawała, ojciec sprzedawał, ale ponieważ był z niego bardziej księgowy niż przedsiębiorca, to wkrótce zaczął swojej Maryi Pannie liczyć nawet gramy mięsa na karmę dla psów. Mama nie byłaby sobą, gdyby nie szukała ucieczki od takich rozliczeń. On ją tu przywiózł, uratował przed komunistami i myślał, że będzie mu wdzięczna tak, jak brazylijskie kobiety. Tyle, że się przeliczył, mama, zamiast być wdzięczną, zrzuciła maskę spawalniczą i czerwone buty na obcasie, w których odgrywała to całe spawalnicze show na żywo, i zrobiła coś dla siebie. Najpierw się rozwiodła, potem ubrała strój roboczy i zaczęła sprzedawać narzędzia w garażu. Zanim jeszcze machnęła ręką na swojego księgowego, oświadczyła, że już nic od niego nie chce. Zostawiła mu wszystko, fabrykę narzędzi, warsztaty i nie zabrała nawet tej słynnej maski. Zaczęła powoli, ale wszystko, czego dotknęła, zamieniało się w złoto. Faceci bali się jej, bo wprawdzie wciąż była blondynką z  małym tyłeczkiem, ale jednocześnie stała się ich szefową, dającą im na chleb dla ich kobiet, które są im wdzięczne.


Moje życie w  żaden sposób nie trzyma się kupy, ponieważ z powodu nieustannych rozważań, czy mój dom jest tu, czy tam, jego sens jakoś umknął. Nie jestem tu szczęśliwa. Matka była, i zapewne wciąż jest, choć obraża wszystkich naokoło i  zawsze pilnuje przede wszystkim tego, by ludzi wokół siebie trzymać w ryzach i o stopień niżej niż ona. Jej obsesją jest „poziom”, tego słowa używa najczęściej. São Paulo ma poziom, Praga jest nic niewarta, choć trochę też ma poziom, ten sklepikarz go nie ma, a ten z kolei ma. Nienawidzę jej za to, jak jest szczęśliwa, będąc arogancką.

III Przyjechał syn pani Hrubeszovej. Załatwił wszystkie formalności pogrzebowe i  teraz jest w  moim domu pełnym niemieckich rustykalnych mebli, które mama przywiozła z  Pragi. Jechał przez cały dzień i  całą noc z  odległego amazońskiego stanu, gdzie właśnie zbankrutowała mu firma. Teraz umarła mu też mama i opowiada mi w kuchni, jak właściwie wszystko stracił. Pani Hrubeszova nauczyła go gotować, potrafił zagnieść knedliki nawet z  niejadalnej mąki z manioku i przez lata pracował jako kucharz na statku. Kiedy zaoszczędził jakieś pieniądze, postanowił, że zbuduje w dżungli amazońskiej jadłodajnię dla robotników leśnych, którzy

11


12

myślą, że drzewa są tu po to, żeby je wycinać, a zwierzęta, żeby je jeść. Czeski kucharz zresztą też tak myślał. Zbudował piękną leśną kuchnię z  jeszcze piękniejszą jadalnią, do której chętnie przychodzili robotnicy. Pogryzieni przez komary i inne dziwne robactwo czuli się dobrze pod wielkimi siatkami, przez które nie przenikało nawet bzyczenie komarów. Jedli knedliki z maniokowej mąki, opychali się plackami ziemniaczanymi o smaku cupuaçú i wydawało im się, że są w  jakimś egzotycznym hotelu. To był strzał w dziesiątkę, zanim nieostrożna pomoc kuchenna zapomniała zgasić światło i porządnie zabezpieczyć siatki na górnym piętrze jadalni. Kucharza obudził straszny łomot i wrzask. Do kuchni nawłaziły małpy oraz leniwce i zrzucały pełnymi garściami sztućce i talerze, pchały łapy na przyciski od mikserów i miksowały wszystko, co popadło, głównie siebie. Była to obrzydliwa jatka, uratował się tylko jeden leniwiec, pozostałe małpy, pocięte i  zmiksowane, trzeba było zawieźć do schroniska dla dzikich zwierząt, a leniwiec ze zranioną łapą siedział w ogromnej skrzyni w samochodzie kucharza. Zatem do tych babek, które wożę na uroczystości buddyjskie i  do kościołów baptystów lub do katolików na mszę, doszedł mi jeszcze w  domu kucharz z  leniwcem. Niech sobie tu będzie, póki się trochę nie pozbiera i  póki nie zapomni o  tym, że pani Hrubeszova umarła i nie minie mu złość na wszystkie małpy świata.


Zastanawiam się, co będzie ze mną za jakichś siedem lat, czy mama umrze, czy przeprowadzi się do mnie do domu, bo już nie będzie mogła być sama. Nie cieszę się na myśl o tym, nie potrafię sobie wyobrazić, jak kłócę się z nią o każde głupstwo, przede wszystkim o to, co Steiner miał na myśli i  co należy uczynić dla dobra przyszłego społeczeństwa antropozoficznego. Przykro mi, że nigdy jej nie zrozumiałam, a  przede wszystkim wkurza mnie to, że ona nawet tego nie zauważyła. Palę dziś już drugą paczkę, a  mama zaczyna trzecią. To chyba jedyna rzecz, którą jesteśmy w stanie robić razem. Siedzimy i palimy, mama klnie na komunistów, przez których musiała opuścić ojczyznę Libuszy, ma bowiem fioła na punkcie poszukiwania genius loci, zawsze zatem spędzamy bezsensownie godziny, w jeszcze bardziej bezsensownych miejscach, które obchodzimy z góry na dół, z północy na południe, by matula czuła dobre wibracje energii kosmicznej. Leniwiec łazi po podwórku i po raz sześćdziesiąty trzeci ściągnął sobie opatrunek z łapy.

13


BŁĄD [Lena]

I Siedzę na koniu, nie potrafię zliczyć, który to już raz w życiu. Ale dzisiaj jest tak jak za pierwszym razem. Serce ogarnia mi niepokój. Wpatruję się w  oczy moich nowych współpracowników, czy raczej pracowników, czy też kowbojów. Breta, Zé, Dó i zaledwie szesnastoletni Slavomir. Moja paczka, moi wrogowie, moi podwładni, moja drużyna. W ich oczach koloru kakaowego proszku czytam wszystkie ich myśli. Są napięci jak młody byk tuż przed pierwszym atakiem. Dla nich jestem starą babą, choć mam dwadzieścia pięć lat. Według nich, powinnam mieć dziecko, męża i  oponę na brzuchu, jak wszystkie Indianki i  Mulatki z  okolicy. Dó ma dziewiętnaście lat, żonę i roczne dziecko. Czuje się jak prawdziwy mężczyzna. A  ja jestem dla nich dziewczyną, która zawsze kręciła się przy krowach, przeszkadzała, jeździła jak wariatka na tych najbardziej narowistych koniach, a potem na jakiś czas wyjechała gdzieś do miasta, na

15


Marsa, skąd teraz, ku ich potwornemu nieszczęściu, spadła. Patrzą na mnie, nie wiedzą, co powiedzieć, podciągają rękawy umorusanych koszul, próbują się gdzieś schować, jest im wstyd. Wstydzą się, że będzie im rozkazywać stara baba, o której już nie pamiętali. Nie wiem, co powiedzieć, nie wiem, czy właściwie jeszcze umiem jeździć konno na tyle szybko, by od nich nie odstawać, nie wiem, czy nie boję się byków, nie wiem, czy na coś się tu przydam, ale jedno jest pewne, wiem, kim jestem. Jestem Lena. Zdecydowana, by żyć na farmie i coś zrobić. Pomóc mamie w jej prowadzeniu i zrobić coś użytecznego dla farmy i dla zwierząt tutaj. Czy to dużo, czy mało, cholera wie i cholera by to wzięła. Spoglądam ostatni raz na te twarze i usta, które rozpowiadają o mnie po okolicznych wioskach, że do pół roku farma pójdzie pod młotek. Popędzam konia. 16

II Strasznie długo to trwało, zanim wszystko się ułożyło. Dni oczekiwania na każdy mój błąd, obłudne spojrzenia połączone ze strachem, że wybuchnę, wyrzucę ich wszystkich i najmę nowych ludzi. Tylko że gdybym faktycznie to zrobiła, to i tak będę borykać się z tym samym. A tych chłopców przynajmniej znam od dzieciństwa, pamiętam, który z  nich wrzucił mnie do rzeki


Markéta Pilátová - Żółte oczy prowadzą do domu