Issuu on Google+


DZIEWCZYNKO, ROZNIEĆ OGIENIEK


DZIEWCZYNKO, ROZNIEĆ OGIENIEK Przełożyła: Dorota Dobrew

WROCŁAW 2013


Martin Šmaus Dziewczynko, roznieć ogieniek Przekład: Dorota Dobrew Wydawca: Kama Margielska Redakcja: Elżbieta Regulska-Chlebowska Korekta: Magdalena Rudnik, Justyna Wodzisławska Konsultacja merytoryczna: prof. dr hab. Lech Mróz Projekt okładki: Justyna Boguś Skład: Violet Design

Ten projekt został zrealizowany przy wsparciu finansowym Komisji Europejskiej. Projekt lub publikacja odzwierciedlają jedynie stanowisko ich autora i Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialności za umieszczoną w nich zawartość merytoryczną. Tłumaczenie niniejszej publikacji zostało dofinansowane przez Ministerstwo Kultury Republiki Czeskiej Děvčátko, rozdělej ohníček © Copyright by Martin Šmaus 2005 © Copyright for Polish edition by Czeskie Klimaty (former Good Books), 2013 ISBN: 978-83-64168-02-4 Czeskie Klimaty ul. Mydlana 1/005 51-502 Wrocław www.czeskieklimaty.pl www.wydawnictwo.czeskieklimaty.pl


(1) Matkę Andrejka, piękną Marię, wydali za Dezydera Dunkę z cygańskiej osady pod Wyżną Polaną. W czasie zaślubin – mangawipen – stary Laco Dunka związał ich ręce chustką, a w dłonie nalał im palenki, żeby razem wypili i  w  ten sposób potwierdzili przysięgę wierności. Ale w czasie nocy poślubnej okazało się, że Maria już poczęła i rośnie w niej nowe życie. Jej mąż był człowiekiem honorowym, nie chciał narazić rodziny na hańbę i pośmiewisko, więc postanowił, że najpierw zabije żonę, a potem siebie. Wstał i poszedł do karczmy w Polanie, żeby zebrać siły, ale nic tam nie wskórał, bo już za dużo wypił na krechę, najpierw niech zapłaci, co jest winien. A Deżo zapomniał o bólu, który go tu przywiódł, i zawrzała w nim krew. – Nawet tej ostatniej miarki pożałują człowiekowi, gadzie kurewskie, pierdolone! Jeszcze wczoraj dla Cygana było, a dzisiaj już nie ma! – krzyczał. Po paru minutach wrócił do karczmy z braćmi Mirem i Gejzą. We trzech rzucili się na szynkwas i rozbili wszystko, co im wpadło w ręce, nawet okna wytłukli, a karczmarz ledwie uszedł z życiem tylnym wejściem. Ale chłopi z Polany też nie siedzieli z założonymi rękoma, kiedy Cyganie rozwalali im knajpę, i w końcu udało im się przegnać rozwścieczonych Dunków.

5


6

Bracia wlekli z  karczmy do osady nieszczęsnego Deża z  rozbitą głową, bezwładnie opadającą na ramię. Deżo pluł krwią i wymiotował, a jego oczy, czarne od dymu ognisk i  zaschniętej krwi, już widziały, jak parę kroków za nim kuśtyka zakapturzona starucha, chrzęszcząc kośćmi i wspierając się na przerdzewiałej kosie… Z przerażenia stracił przytomność. Mało kto w osadzie wierzył, że Deżo się z tego wykaraska. Maria troskliwie opatrzyła męża i przesiedziała przy nim całą noc. Uspokajała go, kiedy krzyczał przez sen, i  wymieniała zimne okłady na rozpalonej głowie. Miała na sobie białą suknię ślubną, bo szykowała się już do ostatniej drogi, więc kiedy następnego dnia Deżo otworzył oczy, zobaczył anioła. Wtedy zrobiło mu się wszystkiego żal i  nie miał już siły sięgnąć po nóż. Zwlókł się z łóżka, a potem długo klęczał pod ścianą, walił w nią głową, aż odpadał tynk, wymiotował i przeklinał cały ten pierdolony świat. W końcu rozpłakał się, a następnego wieczora przyjął Marię z powrotem pod swój dach. Ale nie dotknął jej, dopóki nie urodziła syna. Dali mu na imię Andrej.

(2) Mniej więcej w  tym samym czasie, kiedy Andrejko się urodził, do karczmy w Zboju przybyli ze wschodu handlarze końmi. Pytali o drogę do Polany, o Deża Dunkę i  źrebaki, które im obiecał. Przy sąsiednim stole siedział Juraj Bielczik, któremu tej nocy zginęło ostatnie źrebię, najlepsze z tych, którym w życiu pomógł przyjść na świat. Juraj przełknął ostatni łyk borowiczki i  na swoim charczącym motorze ruszył


do Polany. Tam przed karczmą rzucił motor do rowu. Wysiadujących w niej chłopów nie musiał długo przekonywać, żeby szybko dopili swoje palenki. Już chwytali kije i ważyli je w dłoniach, jeden wyłamał z płotu sztachetę, drugi wyciągnął z gnoju widły, inny złapał siekierę – i jazda na Cygany! W cygańskiej osadzie nie znaleźli ani źrebaka Juraja Bielczika, ani Deża, więc przynajmniej obili każdego, kto im się nawinął, bez różnicy – duży czy mały, młody czy stary, bez litości i do krwi, bo czara ich cierpliwości się przelała. Potem przystanęli gdzieś pomiędzy chatami – wciąż burzyła się w nich krew, jeszcze im było mało. Uradzili, żeby puścić Cyganów z dymem. Ale w nocy padało, budy, szopy, stosy drewna i  kupy śmieci przesiąkły wodą, więc ogień nie chwycił. Kiedy trochę ochłonęli, wrócili do wsi. W cygańskiej osadzie zostały po nich plamy krwi na drzwiach i  unurzani w  błocie, skręcający się z  bólu ranni. A  także dwóch zabitych. Kulawy Imro, który nie zdążył uciec, i jego brat Gejza, którego wrzucili do potoku, a że był pijany do nieprzytomności, to utopił się w płytkiej wodzie jak kociak. Maria z  malutkim Andrejkiem uciekła do lasu. Biegła co sił w nogach, potykała się, padała w błoto i znów się podnosiła, ale nie przystanęła, póki z osady dobiegały ją krzyki i  jęki. Całą noc przeczekała z dzieckiem w olszynie nad osadą. Kuliła się z zimna, chuchała na małego i tuliła go, żeby tylko się nie rozpłakał, żeby nie dopadli ich chłopi ze wsi. Do domu wróciła dopiero następnego ranka. Słońce roztapiało poranną mgłę i sunęło w górę po niebie, a  przemarznięta do szpiku kości Maria przechodziła przez rozbite garnki i rozdarte pierzyny,

7


omijała wyłamane drzwi. Andrejko tulił się do niej, a ona głaskała go i dziękowała Bogu, że ich oszczędził. W ciągu dnia do osady wrócili ci, którzy przeżyli. Najpierw między rozstawione krzesła wetknęli deski, na tych deskach ułożyli Gejzę i Imra, a potem zaczęli zaganiać z  powrotem rozpierzchłe kury i  psy. Matka obu zabitych, stara Maryna, zanosiła się płaczem i nie można jej było uspokoić. Jeszcze przez kilka dni nad osadą unosił się jej lament. Ale nikt nie pofatygował się na posterunek. I tak by nie przyjechali, a zresztą nikomu nie były potrzebne kłopoty. Ani białym, ani czarnym. W tym czasie Dezyder Dunka przedzierał się przez Borsuczyny, prowadząc źrebaka Bielczika, ślicznego kasztanka z białą gwiazdką na łbie, i piął się pod górę w stronę polskiej granicy.

(3) 8

Andrejko miał prawie cztery latka, kiedy do domu powrócił wujek Fero. Dunkowie z osady bardzo go szanowali, bo tylko on spośród nich do czegoś doszedł. Na palcach miał wielkie złote sygnety, a garnitury szył u krawca, jak jakieś panisko, jak gadzio. Wujek przyszedł w nocy, żeby nie natknąć się na polaniaków, z którymi z powodu swoich lepkich rąk od dawna miał na pieńku. Fero jakiś czas temu musiał zniknąć, żeby nie ściągnąć na całą osadę gniewu wieśniaków, a ponieważ serce miał niespokojne i duszę włóczykija, zaczął pracować na kolei. Najbardziej lubił nocne ekspresy, stalowe koła, wystukujące na szynach obojętny na wszystko rytm,


ziemię uciekającą spod nóg nie wiadomo dokąd i ciemność, która kryje wszystko, co ma być ukryte. Bo droga z Humennego lub Medzilaborców do Bratysławy czy Pragi była długa, a  mało który murarz czy betoniarz wiozący do domu wypłatę, mało który student w drodze na święta do mamusi zdołał ustrzec się przed snem i  upilnować swojej walizki, plecaka czy torby. Fero dowlókł się do domu i  zwalił na krzesło, a kiedy złapał oddech, zaczął opowiadać. Jak wczoraj w pociągu trafił na inną ekipę: dranie złapali go za fraki i dali mu wycisk, któryś wyciągnął nóż i przeżegnał go po obu policzkach, a na koniec, kiedy Fero już przelewał im się przez ręce, wypchnęli go z pociągu przez okno. „I tak nie ma biletu” – pękali ze śmiechu w ciemnym korytarzu. – Wyśmiewali się ze mnie! Te kurwy, te świnie! – krzyczał Ferko, a Dunkowie skulili się w sobie, ale zaraz zaczęli wykrzykiwać, zaciskać pięści i wygrażać komuś gdzieś daleko, tam gdzie pokazywała posiniaczona ręka Ferka. Na szczęście pociąg już hamował na dworcu w Margecanach, więc wujek tylko dotkliwie się potłukł, ale przeżył. – Kot ma dziewięć żyć, a Cygan dziesięć. – Bił się z dumą w piersi, a pozostali ucichli i przytakiwali. Następnego dnia z  samego rana Fero stwierdził, że w nocy zniknął jego złoty zegarek, pamiątka z pewnej dość udanej akcji. Odruchowo sięgnął do szyi, by namacać ciężki złoty łańcuch, którego od kilku lat nie zdejmował, ale jego ręka niczego nie znalazła. Ferko poczuł się, jakby wpadł do lodowatej wody. Patrzył na pusty nadgarstek i  nie mógł uwierzyć własnym oczom, zapomniał o  obitych gnatach – bez zegarka

9


10

i bez złota na szyi czuł się jak bez spodni, jakby był zupełnie nagi. W oczach błysnął mu płomień. – Który z  was się ośmielił, który degesz, który chuj się na mnie poważył?! – wydzierał się wujek. – Żeby ziemia się pod nim zapadła, żeby do końca życia żarł psie gówna, miro kul tiri bacht te marel! Oczy wychodziły mu z  orbit, chwytał każdego po kolei za kołnierz i  obsypywał przekleństwami. Po chwili zorientował się, że krzykiem nic nie wskóra. Kazał wszystkich zwołać i przemówił: – Gdzieś między wami stoi ten, który jest lepszy i zręczniejszy niż ja. On was rozsławi, kiedyś będziecie z niego dumni. Zaskoczeni Dunkowie zamilkli na moment, ale zaraz zaczęli szeptać między sobą i wymachiwać rękoma. Dopiero po chwili zauważyli małego Andrejka, który przedzierał się do przodu pomiędzy ich nogami, a w jego utytłanych łapkach coś się złociło, jakby na zmarzniętej grudzie nagle zakwitł słonecznik, jakby z błota i dymu wyłoniło się słońce. Zapadło milczenie i wszyscy po kolei zaczęli się rozstępować, żeby chłopiec mógł przejść. Umorusany i zasmarkany Andrejko, w złachanej koszulinie i portkach, które trzymały się na nim tylko dlatego, że wisiały na przewieszonym przez ramię sznurku, stał przed zmaltretowanym Ferem, w  jednej ręce trzymał złoty łańcuch, w  drugiej zegarek i uśmiechał się od ucha do ucha. Dunkowie nie mogli się nadziwić, jaki z  niego śmiały spryciarz, i  w  końcu postanowili, że Fero zabierze go do Pragi, żeby nauczył się tam czegoś porządnego. Dezyder Dunka, mąż pięknej mamy Andrejka, stał całkiem z tyłu. Kiedy zauważył, jak bardzo stara twarz


wuja Fera jest podobna do gładkiej buźki Andrejka, schował głowę w dłoniach i gorzko zapłakał. Płakała też Maria, bo poturbowany wuj po kilku dniach doszedł do siebie, a ona musiała pożegnać się ze swoim jedynaczkiem. Siedziała przy nim całą noc, głaskała go i ściskała za rączkę, po policzkach spływały jej łzy, które w migotliwym świetle lampy naftowej błyszczały jak koraliki. Kiedy rano szykowała śniadanie, wszystko leciało jej z rąk, potem usiadła na wprost chłopca i patrzyła, jak mały pałaszuje placki ziemniaczane, rozmazuje marmoladę na koszulce i  wyciera paluchy o włosy. Sama nie mogła nic przełknąć. Zjadł, a ona czule go objęła i pocałowała. – Ty mój dzieciaczku, mój, mojusieńki… – szeptała cała roztrzęsiona. Nagle mocno go do siebie przycisnęła, jakby chciała go zgnieść, zmiażdżyć, żeby już na zawsze z nią został, w jej objęciach. Całowała go po włosach, płakała i krzyczała, aż w końcu chłopca musieli siłą wyrwać z jej ramion. Wujek Fero już przestępował z  nogi na nogę, zniecierpliwiony spoglądał na zegarek, ten, co przepadł, a potem się znalazł, i pokazywał ręką na drogę. Maria zdążyła jeszcze zawiesić Andrejkowi na szyi srebrny krzyżyk, jedyną cenną rzecz, jaką miała – dostała go od mamy, zanim Deżo przyprowadził ją do Polany – a  już wepchnęli ją z  powrotem do chaty i drzwi podparli od zewnątrz deską. Tłukła w nie pięściami, krzyczała i płakała, ale wszystko na darmo. Potem osunęła się na polepę i zaczęła posypywać zgarniętą z niej ziemią rozplecione włosy i zapłakane oczy. Cały świat rozpłynął się we łzach i ciemności. – Bachtalo tiro drom, Andrejko… Szczęśliwej drogi, mamrotało kilka bezzębnych staruch o  pomarszczonych twarzach, a  wśród nich

11


stara Marika, czarownica, wiedźma, znachorka, która znała cudowne zioła i umiała wróżyć z ręki, i której w  zeszłym roku o  mało nie pogrzebali żywcem, gdyby w  trumnie nie obudziły jej lamenty i  płacze żałobników. Baby wspierały się na laskach, patrzyły na ścieżkę, którą odchodził wuj Ferko razem z chłopcem, i z zatroskaniem kiwały głowami. – Bachtioraha sastipnoreha dzia, aw pale… Powodzenia, wracaj zdrów.

12

Po południu Andrejko siedział już obok Ferka w  pierwszej klasie pociągu pospiesznego z  Humennego do Pragi przez Koszyce, Poprad i Żylinę. Koła wystukiwały obojętny rytm, jakby gdzieś blisko biło niespokojne serce mamy, jakby po wypalonej słońcem równinie cwałował źrebak wujka Laca… Na stacjach pod wysokimi latarniami kłębiły się chmary komarów, pijacy zataczali się od słupa do słupa, pociąg zatrzymywał się i znowu ruszał w ciemność, a oszołomiony gorącą nocą Andrejko chłonął z  szeroko otwartymi oczami wyłaniające się z ciemności widoki, głosy i zapachy. Wszystko – samotne światła w oddali, migotanie robaczków świętojańskich, rechot żab i granie świerszczy – zostawało gdzieś z tyłu, a z przodu otwierał ramiona świat, który jeszcze dziś rano kończył się w cygańskiej osadzie pod Wyżną Polaną, za ostatnią budą skleconą z pordzewiałych blach, desek i wierzbowych witek oblepionych brudną gliną. Wujek Fero tej nocy również nie próżnował – chciał dać Andrejkowi dobry przykład. Kilka razy przeszedł tam i z powrotem przez pogrążony we śnie pociąg. Kiedy rano wyciągał z kieszeni czyjeś dowody osobiste i  liczył pogniecione banknoty, małemu Andrejkowi wydało się to czymś całkiem naturalnym.


Prosto z  dworca Ferko zaprowadził Andrejka na Żiżkow, do mieszkania swojego brata Sztefana. Zaspany chłopczyk dreptał po chodniku, cały świat huśtał się i  kręcił, a  kiedy maluch podniósł głowę i spojrzał w górę, z przerażeniem odskoczył na jezdnię, bo przeraził się, że te wszystkie wysokie domy zaraz zawalą mu się na głowę. Po raz pierwszy w życiu zobaczył tłumy ludzi na ulicach, auta i tramwaje podzwaniające na przystankach i  skrzyżowaniach. Nigdy przedtem nie widział rozpiętych w  powietrzu drutów, z których strzelały iskry. Osada została gdzieś daleko, nie było też mamy o pięknych, zapłakanych oczach ani błyszczących w słońcu potoczków, ani złotych liści na przecudownych górach. Andrejko z otwartą buzią zatrzymywał się na każdym rogu, do tego kleiły mu się oczy, ale Ferowi się spieszyło i ciągnął go za sobą za rączkę. Ludzie na ulicach oglądali się za nimi, co to za dziwna para: kulejący, obwieszony złotem, wytatuowany mężczyzna ze świeżymi bliznami na policzkach, a przy nim umorusany chłopczyk w  podartych, wiszących na sznurku portkach, plączący się przechodniom pod nogami. Fero przekazał wystraszonego Andrejka swojej szwagierce Idzie. Na progu zamienił z nią parę słów, odliczył trochę pieniędzy z nocnego utargu i zniknął. Ruszył z  powrotem na dworzec, na tory, w  dalszą drogę. Praga to był zupełnie inny świat niż osada pod Wyżną Polaną. Na Żiżkowie wysokie dachy cięły niebo wzdłuż wąskich uliczek i podwórek, a za oknem zamiast błękitu widać było otaczającą podwórko galeryjkę z popękanym daszkiem, gdzie tylko w południe na chwilę zaglądało słońce.

13


14

Andrejko cały dzień przesiedział w  kącie i  słuchał, jak mu burczy w brzuchu, pod koszulką ściskał krzyżyk od mamy i brudnym rękawem rozmazywał po buzi łzy. Tęsknił do dzieci z osady, do błota między chatami, w którym jeszcze wczoraj drążył rowki, i do potoku, gdzie starsi chłopcy łowili raki. Ale najbardziej tęsknił do mamy, swojej najpiękniejszej, najukochańszej mamusi, która co wieczór śpiewała mu piosenki, obejmowała go, kiedy był smutny albo w  nocy przychodziły do niego straszydła, i  zawsze podmuchała mu na kuku. Do mamy mógł się przytulić, w jej objęciach mógł się wypłakać, tak bardzo brakowało mu mamy… Na Żiżkowie nikt go nie przytulał ani nie głaskał. Tutaj dzieci musiały radzić sobie same. A ich świat – ulice, podwórko i  biegnąca wzdłuż każdego piętra galeryjka – miał stać się jego nowym domem. Na widok zasmarkanego, zaryczanego malucha z odstającymi uszami nawet kamień by zmiękł, więc Sztefan i  Ida postanowili, że skoro już go mają na głowie, trzeba to wykorzystać. Gadzie są głupi, mawiał Sztefan, wyciągnięta ręka kłuje ich w oczy, wolą odżałować tych parę koron i  cieszyć się, że spełnili dobry uczynek. Ciotka zabierała małego do parku przed Dworcem Głównym albo wchodziła z nim do nowej hali dworcowej, czasem zaniosło ją na Winohrady albo w dół w okolice ulicy Opletala. Dalej już się nie zapuszczała, bo tam zaczynał się obcy świat cinkciarzy, paserów i dziwek, tajniaków, kelnerów z lepszych lokali i różnych typów spod ciemnej gwiazdy. Stamtąd zawsze ktoś ją przeganiał i czasem jeszcze przyłożył na drogę, żeby zapamiętała, gdzie jest jej miejsce. Nawet Sztefan nic nie mógł na to poradzić. Mętne


wody półświatka – na to był za krótki. Ci, którzy tuż po wojnie całymi rodzinami ściągnęli do Pragi, rozdzielili między siebie lepsze ulice, pasaże i place, a Dunkom musiał wystarczyć dworzec. Andrejko był mały i chudy, ciągle trząsł się z zimna, bo ubierali go tylko tak, żeby nie zamarzł. Chodził wiecznie zasmarkany, zęby szczękały mu jak rozklekotana taczka na kocich łbach i  z  zimna ciągle popuszczał w majtki, ale ciotka przebierała go dopiero wieczorem, bo szybko zauważyła, że im gorzej wygląda, tym więcej pieniędzy da się od ludzi wyżebrać na jedzenie albo na pociąg do Berouna czy Rokican. Andrejko się dziwił, bo przecież nigdy żadnym pociągiem nigdzie nie jechali, ale kiedy ciotka zastąpiła komuś drogę ze słowami: „Daj pieniążki!”, jak na zawołanie wykrzywiał buzię do płaczu i od razu wierzył, że ktoś ich okradł albo zgubili pieniądze, a w Berounie czekają na nich dzieci, które są bardzo, bardzo głodne. Andrejko spał pod jedną kołdrą z  siostrzyczką Jolanką, a  ponieważ ciągle był przeziębiony i  sikał w łóżko, pościel śmierdziała. Cuchnęła też mała Jolanka, bo ciotka prała tylko wtedy, kiedy miała czas i ochotę, czyli niezbyt często. Za każdym razem Jolanka tłukła Andrejka albo wykopywała go z  łóżka i mały resztę nocy musiał spędzić na ziemi. Za dnia chodził głodny i burczało mu w brzuchu, ale nie wolno mu było brać od ludzi jedzenia. Kiedyś jakaś pani pochyliła się nad nim i chciała dać mu bułkę z kiełbasą, prosto z budki, jeszcze w papierowej torebce, ale ciotka wytrąciła jej tę torebkę z  dłoni i  rozdeptała z wściekłością na chodniku, krzycząc, żeby dała lowe, pieniądze, a bułkę może sobie wsadzić w dupę. A mały uczył się reguł obowiązujących w nowym świecie. Że nie wolno brać jedzenia, choćby burczało

15


w  brzuchu. Że trzeba dygotać niby z  zimna, nawet kiedy na dworze jest nieznośny upał. Że cały utarg ma trafiać do wujka Sztefana, który zawsze kręcił się gdzieś w pobliżu, popijał piwo, uważał na gliniarzy i przeganiał konkurencję.

(4)

16

Sztefan pochodził z tych samych okolic, co Andrejko. Ich osada leżała niedaleko Sniny, była większa od tej polańskiej, bardziej kłuła w oczy i pewnie dlatego zaraz po wojnie jako pierwsza w powiecie została wysiedlona. Dunkom i Lakatoszom ze Sniny urzędnicy zamydlili oczy wizją lepszego, szczęśliwego jutra, nowymi mieszkaniami z bieżącą wodą, prądem i centralnym ogrzewaniem, żłobkami dla dzieci, pracą dla dorosłych, a przede wszystkim pieniędzmi, które wyciągną ich z biedy, brudu i błotnistych wylęgarni komarów, uchronią przed zimnem i głodem. Już nigdy nie będą musieli grzebać swoich dzieci zaraz po urodzeniu, bo tam, na zachodzie – pokazywali gdzieś w  dal – jest ziemia obiecana. Na Szumawie zostały domy po Niemcach, opuszczone huty szkła i  napędzane wodą kuźnie, a na nowych gospodarzy czekają całe wsie i osady. Tyle że Dunków nie interesowała praca, nie wiedzieli, gdzie jest Szumawa i jak wygląda kuźnia, ale kiedy słyszeli: „pieniądze”, w ich oczach pojawiał się błysk. Urzędnicy wyciągali z teczek kolejne papiery i znowu pokazywali w dal, mówiąc, że najwięcej pieniędzy czeka ich w hutach i kopalniach Kladna, w  kombinatach chemicznych w  Uściu oraz w  Ostrawie – w  tym rozżarzonym, stalowym sercu nowego państwa.


Martin Šmaus