Page 1

1

Czas Mosiny 1 (7) styczeń 2013

Wygrała wolność słowa Łukasz Kasprowicz (radny Rady Miejskiej w Mosinie i sołtys Dymaczewa Nowego) od 11 lat publikuje krytyczne wobec władzy artykuły w gazecie „Fakty Mosińsko-Puszczykowskie”. Od 2006 roku prowadzi też bloga (www.mosina.blox.pl). Jest to forum dyskusyjne, na którym on sam i mieszkańcy, często dość ostro, komentują wydarzenia polityczne, społeczne i kulturalne w gminie Mosina. Trzy lata temu Łukasz Kasprowicz otrzymał 100 stronnicowy akt oskarżenia. Burmistrz Zofia Springer poczuła się pomówiona 15 wpisami na blogu i wystąpiła na drogę sądową. Sprawa blogera z Mosiny stała się głośna w całej Polsce. 2 lata toczył się proces karny o zniesławienie. Ostatecznie 10 stycznia Sąd uznał, że obywatel ma prawo do krytycznej opinii na temat władzy i umorzył ostatni zarzut. W styczniu 2011 r. Sąd Rejonowy w Poznaniu uznał winę Kasprowicza i skazał go na 10 miesięcy ograniczenia wolności z obowiązkiem wykonywania 30 godzin prac społecznych w miesiącu, 500 zł nawiązki na PCK i roczny zakaz wykonywania zawodu dziennikarza. Został on też zobowiązany do przeprosin oraz pokrycia kosztów procesu. Wyrok oprotestowała m.in. Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Apelację złożyły obie strony. Z. Springer, mimo i tak surowej kary, którą wymierzył sąd, domagała się podwyższenia nawiązki do 10 tys. zł. Obrona apelowała o uniewinnienie. W czerwcu 2011 r. Sąd Okręgowy w Poznaniu uniewinnił Kasprowicza, uznając, że wpisy na blogu są opiniami obywatela na temat władzy. W przypadku dwóch wpisów Sąd umorzył zarzut ze względu na ich znikomą szkodliwość. Paweł Sowisło, szef kancelarii obsługującej gminę, który jednocześnie reprezentował panią burmistrz w jej prywatnym procesie, złożył od tego wyroku kasację

IPN szuka śladów zbrodni 19 listopada, w lesie pod Mosiną grupa badawcza z Instytutu Pamięci Narodowej, szukała śladów jednej z powojennych, komunistycznych zbrodni. To reakcja na artykuł „Ktokolwiek wie”, który ukazał się w poprzednim numerze „Czasu Mosiny”. Jak poinformowała kierująca badaniami dr Aleksandra Kuligowska z poznańskiego IPN-u, na wskazanym w artykule miejscu znaleziono 6 łusek karabinowych… Więcej na str. 8 RED

do Sądu Najwyższego. Domagał się zwrotu całej sprawy do Sądu Okręgowego. W październiku 2012 r. Sąd Najwyższy utrzymał wyrok uniewinniający. Uznał, że kasacja wobec 14 zarzutów jest bezzasadna i skierował tylko jeden wątek sprawy do ponownego rozpatrzenia. Chodzi o kwestię dotyczącą umorzenia z powodu znikomej szkodliwości wpisu blogera o „zmuszaniu urzędników do bezprawia”. 10 stycznia 2013 r. Sąd Okręgowy w Poznaniu, utrzymał swoje wcześniejsze rozstrzygnięcie wobec tego jednego zarzutu i ze względu na znikomą szkodliwość umorzył postępowanie w sprawie zniesławienia burmistrz Mosiny przez Łukasza Kasprowicza. Więcej na str. 3 RED

Komunalka zagrożona?

Mieszkańcy gminy Na terenie gminy Mosina jest zameldowanych 28 599 mieszkańców (stan na 31.12.2012r.) 55% osób mieszka na wsi. W ubiegłym roku zameldowało się 794 nowych mieszkańców. Urodziło się aż 409 dzieci (dla porównania w 2011 tylko 334). W 2012 r. nie zmieniła się liczba mieszkańców Bogulina, Głuszyny Leśnej, Jezior, Krajkowa i Sasinowa. Niewielki (1-10) spadek ilości mieszkańców zanotowano w Babkach, Baranowie, Baranówku, Bolesławcu i Nowinkach. Niewielki wzrost (1-10) miał miejsce z kolei w Borkowicach, Dymaczewie Nowym, Dymaczewie Starym, Konstantynowie, Kubalinie, Ludwikowie, Rogalinie, Sowińcu, Sowinkach, Świątnikach, Wiórku i Żabinku. Najwięcej mieszkańców przybyło w następujących miejscowościach: Rogalinek 12, Drużyna 16, Mieczewo 17, Krosinko 18, Radzewice 22, Daszewice 44, Mosina 58 Czapury 194 i Krosno 211. Ile osób mieszka na terenie gminy naprawdę – tego nie wiemy. Zachęcamy do meldowania się i płacenia podatków w miejscu zamieszkania. MK Informujemy, że:

Filia Wydziału Komunikacji w Mosinie została zamknięta.

Łukasz Kasprowicz Decyzja burmistrz Zofii Springer z 2004 roku, za sprawą której Zakład Usług Komunalnych w Mosinie został przeniesiony z ulicy Krotowskiego na tereny po Swarzędzkich Fabrykach Mebli, może drogo kosztować mosińskiego podatnika. Obecnie w sąsiadujących ze sobą halach funkcjonuje stacja diagnostyczna ZUK-u i Serwis KALEN prowadzony przez jednego ze współwłaścicieli działki. Przed wojną w tym miejscu istniał tartak parowy Władysława Urbaniaka, w którym pracowało 60 osób. Niemcy tartak skonfiskowali, a właściciela wysłali do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, z

którego już nie dane mu było wrócić. W 1951 r. cała nieruchomość wraz z majątkiem ruchomym została przez komunistyczne władze upaństwowiona. Po nacjonalizacji nie przeprowadzono postępowania wywłaszczeniowego, gdyż w księgach wieczystych nie ma takich zapisów. Widnieją tam jedynie prywatni właściciele. Przez kilkadziesiąt lat teren był wykorzystywany przez fabryki mebli i Swarzędz Meble SA (w upadłości likwidacyjnej) uważa, że stała się właścicielem tego terenu przez zasiedzenie. Póki co Sąd Rejonowy oddalił wniosek Spółki o zasiedzenie. Sprawa toczy się w Sądzie Okręgowym. Więcej na str. 4

Od 2 stycznia mieszkańcy gminy Mosina mogą załatwić sprawy związane z rejestracją pojazdów

w filii w Stęszewie, ul. Poznańska 20 (nowa siedziba) tel. 61-813-00-77 poniedziałek 9.00 – 16.30, wtorek – piątek 8.00 – 15.00 lub w siedzibie starostwa w Poznaniu oraz w pozostałych filiach na terenie powiatu (Tarnowo Podgórne, Swarzędz, Pobiedziska, Murowana Goślina).

Więcej o tej sprawie piszemy na str. 5


2

Czas Mosiny 1 (7) styczeń 2013

Szanowni Państwo „Czas Mosiny” jest pismem bezpłatnym, finansowanym ze środków własnych członków Stowarzyszenia na Rzecz Rozwoju Ziemi Mosińskiej i radnych Koalicji Samorządowej. Trafia do Państwa domów raz na kwartał. Wydajemy „Czas Mosiny”, by umożliwić mieszkańcom dostęp do rzeczowej informacji na tematy ważne dla naszej wspólnoty. Uważamy, że „Merkuriusz Mosiński” wydawany przez burmistrza za pieniądze podatników, tworzy idealistyczny obraz pracy urzędu i stwarza wrażenie, że w naszej gminie nie ma problemów, nad którymi należałoby się z większą uwagą pochylić. Na łamach naszego pisma prezentujemy swoją ocenę tego, co się dzieje w naszej gminie. Piszemy także o ciekawych inicjatywach i popularyzujemy historię i piękno naszej małej Ojczyzny. Zachęcamy do współpracy. Czekamy na ciekawe teksty i zdjęcia. Zapraszamy do lektury. Małgorzata Kaptur – redaktor naczelny

Wojciech Konieczny prezes Stowarzyszenia na Rzecz Rozwoju Ziemi Mosińskiej Radni Rady Miejskiej w Mosinie KOALICJA SAMORZĄDOWA

JAN MARCINIAK przewodniczący klubu radnych KOALICJA SAMORZĄDOWA • Komisja Budżetu i Finansów • Komisja Inwestycji, Mienia Komunalnego i Ładu Przestrzennego

tel. 607 592 858

e-mail: jpm8@wp.pl

MARIAN JABŁOŃSKI zastępca przewodniczącego klubu • Komisja Budżetu i Finansów • Komisja Edukacji, Kultury i Sportu

tel. 662 290 497, e-mail: marianjablonski@op.pl

MAŁGORZATA KAPTUR • Komisja Edukacji, Kultury i Sportu – przewodnicząca • Komisja Rewizyjna

tel. 512 334 157 e-mail: m.kaptur@wp.pl

Z prac Rady Miejskiej Jacek Szeszuła

RADA MIEJSKA w okresie od 25.10.2012 – 10.01.2013 odbyła 6 sesji, w tym 2 nadzwyczajne. Podjęto m.in. uchwały w sprawach: podziału gminy na jednomandatowe okręgi wyborcze i ustalenia obwodów głosowania, stawek podatków, aktualizacji Planu Rozwoju Lokalnego, przystąpienia do sporządzania miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego, zmian budżetu, Wieloletniej Prognozy Finansowej, nazewnictwa ulic, planu wydatków, które nie wygasają z upływem roku, budżetu na 2013 rok, programów zdrowotnych, pomocy finansowej dla szpitala w Puszczykowie.

Sesje nadzwyczajne dotyczyły spraw: odwołania z funkcji Przewodniczącego Rady Miejskiej oraz obwodów i siedzib komisji w okręgach wyborczych.

KOMISJE STAŁE RADY MIEJSKIEJ w omawianym okresie obligatoryjnie zajmowały się: analizą przygotowanego budżetu na 2013 rok, analizą realizacji planów pracy za 2012 rok oraz przygotowaniem planów pracy na 2013 rok. Oprócz tego, każda komisja realizowała na bieżąco ustalony swój plan pracy jak i również opiniowała przygotowane przez organ wykonaw-

czy projekty uchwał na sesje Rady.

KOMISJE DORAŹNE RADY MIEJSKIEJ Komisja Statutowa – od maja 2011 roku pracuje nad projektem zmian w Statucie Gminy. Jednocześnie przygotowuje projekt nowego statutu dla jednostek pomocniczych gminy. Komisja Inwentaryzacyjna – od lutego 2011 roku odbyła 4 posiedzenia związane z przygotowanymi materiałami przez referat geodezji i nieruchomości, które dotyczą działek przeznaczonych do komunalizacji.

Większość nie zawsze ma rację Małgorzata Kaptur Waldemar Waligórski nie podał się do dymisji. Uważa, że jest „przewodniczącym wszystkich radnych”. W listopadzie 6 radnych złożyło wniosek o jego odwołanie. Niestety „za” głosowało tylko 7 radnych, 12 było „przeciw” a 1 radny wstrzymał się od głosu (R. Rybicki był nieobecny). Zdaniem wnioskodawców Waldemar Waligórski: 1. Nie gwarantuje Radzie Miejskiej w Mosinie realizacji ustawowej funkcji kontrolnej w stosunku do organu wykonawczego. Reprezentuje w sposób jawny interesy burmistrza i wykonuje jego polecenia odnoszące się do sposobu kierowania obradami. 2. Przekroczył swoje kompetencje rozpatrując skargę na Burmistrza Gminy Mosina skierowaną do Rady

Miejskiej przez Samorządowe Kolegium Odwoławcze. 3. Nie przekazał radnym przed sesją absolutoryjną Wystąpienia pokontrolnego RIO z wykazem nieprawidłowości, które skutkowały upomnieniem dla burmistrza udzielonym przez Rzecznika Dyscypliny Finansów Publicznych. (Pismo trafiło do urzędu 31.05.2011 r., radni otrzymali je dopiero 6 lipca – tydzień po absolutorium). 4. Pełni funkcję przewodniczącego rady w sposób autorytarny, ogranicza udział w sesji mieszkańców, sołtysów i przewodniczących osiedli poprzez odmawianie im prawa głosu. Nierówno traktuje radnych. W trakcie sesji pozwala sobie na niestosowne komentarze i dowcipy. Szkodzi to wizerunkowi rady i wpływa destrukcyjnie na jej pracę.

5. Mimo rocznego harmonogramu, w którym została wyznaczona godz. 16.00, zmienił godzinę sesji na 11.00. Wniosek taki był już głosowany, ale nie uzyskał większości, gdyż utrudnia to radnym wywiązywanie się z obowiązków zawodowych, a mieszkańcom aktywnym zawodowo uniemożliwia korzystanie z prawa do udziału w sesji. Wynik głosowania tak podsumował radny Marian Jabłoński: – Dzięki głosowaniu zostali zdemaskowani radni, którzy niby byli za odwołaniem, a tak naprawdę odpowiada im styl kierowania radą przez Waldemara Waligórskiego. Rada za sobie znaną cenę pozbyła się faktycznie kontroli nad organem wykonawczym. Pozostaje tylko wpisać do Statutu Gminy, że rada jest podporządkowana burmistrzowi.

ŁUKASZ KASPROWICZ • Komisja Budżetu i Finansów • Komisja Ochrony Środowiska i Rolnictwa

tel. 697 896 383 e-mail: kasprowiczlukasz@gazeta.pl

JACEK SZESZUŁA wiceprzewodniczący Rady Miejskiej w Mosinie • Komisja Edukacji, Kultury i Sportu • Komisja Promocji Gminy

tel. 605 380 487 e-mail: szeszula@vp.pl

PIOTR WILANOWSKI • Komisja Inwestycji, Mienia Komunalnego i Ładu Przestrzennego • Komisja Edukacji, Kultury i Sportu • Komisja Ochrony Środowiska i Rolnictwa

tel. 600 618 300 e-mail: wilanowski@wp.pl „Czas Mosiny”. Wydawca: Stowarzyszenie na Rzecz Rozwoju Ziemi Mosińskiej, ul. Topolowa 11, 62-050 Mosina Redaktor naczelny: Małgorzata Kaptur, tel. 512 334 157, adres e-mail: czasmosiny@gmail.com Współpraca: Wojciech Konieczny, Jan Marciniak, Jacek Szeszuła, Łukasz Kasprowicz, Piotr Wilanowski, Marian Jabłoński. Druk: POLSKAPRESSE, Sp. z o.o. Oddział Poligrafia Drukarnia Poznań-Skórzewo, ul. Malwowa 158 Ukazał się drukiem 24.01.2013 r. Nakład: 8 tys. egz. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótu i opracowania otrzymanych materiałów. Zapraszamy do współtworzenia naszego pisma.

Rada od parady Piotr Wilanowski Dwuletnia praca w Radzie Miejskiej Mosiny pozwala mi wysnuć następujący wniosek: Rada nie radzi – to arena sporu między urzędem burmistrza, a radnymi opozycyjnymi. Podczas obrad rady gminy, rola burmistrza i wypowiadających się w jego imieniu urzędników powinna polegać na przedstawianiu wyczerpujących informacji oraz rzetelnych sprawozdań. Na ich podstawie radni rzeczowo dyskutowaliby i realnie oceniali efekty wcześniej podjętych uchwał. W takiej sytuacji, niezaangażowany w spór burmistrz, spokojnie śledzący dyskusję radnych, miałby większą szansę wysnucia istotnych wniosków. Byłoby najlepiej, gdyby radni dyskutując i spierając się o istotne kwestie „radzili” między sobą, a osiągnięty kompromis w postaci najlepszych z możliwych uchwał przedstawiali burmistrzowi. Niestety w mosińskiej radzie jest inaczej. Trudno jednoznacznie ocenić, czy to mała aktywność proburmi-

strzowskiej większości radnych, czy nadaktywność burmistrza sprawia, że opozycja dyskutuje w zasadzie wyłącznie z nim i jego urzędnikami. Radni proburmistrzowscy prawie nie dyskutują, nie przedstawiają polemicznych propozycji, dlatego nie znam ich poglądów. Są tacy, których nigdy nie usłyszałem na sesji, wiem tylko w jakim momencie głosowania podniosą do góry rękę. Myślę, że przywrócenie im głosu zasadniczo uzdrowiłoby sytuację i poprawiło samoocenę. Pani Burmistrz również nie traktowałaby tak osobiście polemicznych wypowiedzi opozycji. Wielokrotnie słyszałem jak burmistrz składając sprawozdania dziękuje radnym za udział w różnych akademiach, natomiast nigdy nie usłyszałem słów pochwały skierowanych do radnych za ciekawą uwagę, wniosek czy sugestię, którą dla dobra ogółu, wykorzystano w procesie zarządzania. Odnoszę wrażenie, że według Pani Burmistrz idealna rada nie dyskutuje, w pełni aprobuje wszelkie przedkładane projekty uchwał, niezwykle godnie

uczestniczy we wszelkich gminnych uroczystościach, a jeżeli zabiera głos to tylko po to, by dokonać akceptacji jej osoby i dokonań. Jak niebezpieczne są to poglądy przekonaliśmy się w sytuacji, gdy kierując się kryteriami absolutnego zaufania do burmistrza, rada głosami popierającej większości, zrezygnowała z możliwości kontroli procesu sprzedaży mienia komunalnego, jednocześnie ograniczając do minimum konieczność sprawozdawczości w tym zakresie. To klasyczne chowanie głowy w piasek. Postępując krok dalej rada mogłaby ogłosić akt bezgranicznego zaufania do burmistrza, scedować pozostałe kompetencje i w zaciszu własnych domów pobierać dietę. Wybór wariantu Rady Miejskiej w Mosinie pozostawiam tym, którzy zechcą pójść na wybory i zagłosować. Mam nadzieję, że na kolejną kadencję wybrana zostanie rada współuczestnicząca w procesach decyzyjnych, ufająca burmistrzowi świadomie, na podstawie życzliwej kontroli.


3

Czas Mosiny 1 (7) styczeń 2013

Imponujący impet? Wygrała

wolność słowa

Jan Marciniak Czy władze potrafią realnie ocenić sytuację w naszej gminie? Mam poważne obawy. Niedawno burmistrz zapewniała mieszkańców naszej gminy, że „inwestycje nie stracą impetu” (nasza-okolica. pl). Zachwytu nad budżetem nie krył też zastępca burmistrza W. Krzyżanowski, który poinformował mieszkańców powiatu, że budżet Mosiny jest imponujący (Nasz Głos Poznański).

Jaki jest naprawdę ten budżet? Rozbuchane wydatki bieżące, nieracjonalna polityka personalna, skutkująca ciągłym zatrudnianiem nowych pracowników, niezwracanie uwagi na zagrożenia dla budżetu wynikające z sytuacji społeczno-gospodarczej, lekceważenie słusznych, notorycznie zgłaszanych postulatów przez mieszkańców w zakresie utwardzania ulic. Strzelecka, Dworcowa, Krasickiego, Wysoka, Rzeczypospolitej, Piaskowa w Krośnie to przykład pozytywnego myślenia. A inne ulice, pani Burmistrz? Przecież na terenie miasta i gminy są takich ulic dziesiątki, jak nie setki. Co z nimi? Jaką burmistrz ma dla nich ofertę? Prze-

Wydatki na inwestycje w latach 2000-2013. Czy to wygląda imponująco? Czy inwestycje w gminie Mosina rzeczywiście nie tracą impetu?

cież przy takim tempie, jak obecne większość będzie utwardzana za 50, a może 100 lat. Dlaczego tak jest? Jak to zmienić?

Przełamać stereotypy Obecna struktura budżetu jest łatwa, miła i przyjemna. Zmienić go burmistrz nie potrafi, bo ma on być właśnie taki – łatwy, miły i przyjemny. Filozofia obecnych władz jest taka: najpierw załatwiamy wydatki bieżące, a co pozostanie – na inwestycje. Filozofia musi być zgoła

odwrotna. Na początek ustalamy, że nakłady inwestycyjne wynoszą 15% wydatków budżetowych. W kolejnych latach wskaźnik wzrasta, co roku o 5%. W ten sposób, po 3 – 4 latach dochodzimy do wskaźnika 30% i nie zmieniamy go już przez lata. W tym roku wskaźnik oscyluje w granicach 14%. Jak na taką gminę jak nasza, to wskaźnik zawstydzający. Czy na tak rewolucyjną zmianę stać obecnie rządzących? Nie wiem, ale powtórzę za wieszczem „Niech żywi nie tracą nadziei ”.

Obowiązki radnego a praca zawodowa Małgorzata Kaptur Radny Marian Jabłoński pełnił przez 6 lat funkcję przewodniczącego komisji rewizyjnej. Kiedy przewodniczący zmienił godzinę rozpoczynania sesji na 11.00, zrezygnował z tej funkcji. Swoją decyzję uzasadnia następująco: – W 2006 r. kiedy proponowano mi start w wyborach samorządowych pierwsze moje pytanie dotyczyło godzin obradowania mosińskiego parlamentu. Okazało się, że rada i jej komisje obradują w godzinach popołudniowych. Uznałem, że w takiej sytuacji moja praca zawodowa nie będzie kolidowała z obowiązkami radnego i na tej podstawie podjąłem

decyzję o kandydowaniu. Zmiana godziny rozpoczęcia sesji utrudnia mi możliwość udziału w obradach. Uznałem, że w tej sytuacji najlepszym dla mnie rozwiązaniem będzie rezygnacja z funkcji. Nie chcąc zawieść moich wyborców będę robił wszystko, aby brać udział w sesjach. Moja nieobecność nie skomplikuje jednak obrad Rady Miejskiej w sytuacji kiedy głos – z racji zajmowanej funkcji – będzie musiał zabrać przewodniczący Komisji Rewizyjnej. Przewodniczący nie widzi problemu, bo radny otrzymuje dietę, a pracodawca ma obowiązek go zwolnić, kiedy wykonuje obowiązki

radnego... – Mój przykład dowodzi, że pieniądze to nie wszystko. Są sytuacje, ze moja obecność w godzinach pracy z racji posiadanych uprawnień jest po prostu nie do zastąpienia i nawet nie próbuję przekonywać pracodawcy, że jest jakieś inne wyjście. W zdecydowanej większości gmin powiatu poznańskiego sesje odbywają się po południu. Pozostaje wyrazić ubolewanie, że przewodniczący swoimi decyzjami zmusza radnych do dokonywania takich wyborów. Może to negatywnie wpłynąć na przyszłe decyzje wyborcze młodych, aktywnych zawodowo ludzi.

CYTATY DEMOKRATY

Mosiński wzorzec demokracji Przypomnijmy znaczenie słowa, które robi ostatnio wielką karierę w naszej gminie. DEMOKRACJA – z greckiego ludowładztwo („demos” – lud, „kratos” – siła, władza). To lud w wyborach kreuje okresowo władzę, dzięki znikomej nieraz większości głosów wyborców; przy czym ta władza najczęściej zapomina, że nic nie jest wieczne: ani miłość, ani ondulacja, ani pióro, ani zwłaszcza ONA – WŁADZA.

Ale skoro się ją chwilowa ma, to się z niej korzysta, przegłosowując, co się chce, bez względu na przesłanki racjonalne Zatem bywa i tak, że władza zapominając o „demosie” realizuje dosłownie siłę, opacznie pojmując słowo „kratos”, a często w ogóle pojmując niewiele. Czego więcej w naszej gminnej demokracji – głosu ludu, czy siły władzy, musisz Szanowny Czytelniku, określić sam na podstawie faktów i cytatów z naszego podwórka.

Otwieramy rubrykę, w której zamieszczać będziemy in extenso wypowiedzi przewodniczącego Waldemara Waligórskiego na sesji rady miejskiej.  A co ja mam zrobić? Zabić panią burmistrz i zjeść? Jeżeli burmistrz nie chce odpowiadać, to, co ja mam jemu, temu burmistrzowi zrobić? Za okno wystawić głową na dół i go zmusić do odpowiedzi?  Czy dzisiaj odbył pan już stosunek? (pytanie do radnego)  Proszę, żeby pan zgasił uśmiech na swojej twarzy, jak pan takie coś mówi, bo mi to przeszkadza. Był taki film „Batman” tam też chodził taki Joker. Mnie to przypomina to samo, mimika twarzy dziwna.

Łukasz Kasprowicz tak skomentował wyrok sądu: – Żal mi straconego czasu na przesiadywanie w sądach, stresu i straty pieniędzy. W kwietniu 2009 burmistrz Zofia Springer przysłała mi liczący około 100 stron akt oskarżenia. Zawarła w nim 15 zarzutów. Uważała, że ją pomówiłem na blogu. Nie poszedłem na ugodę. Podjąłem walkę o prawo do wyrażania opinii o władzy. Walka trwała przeszło 3 lata, burmistrz ją przegrała z kretesem. Nie czuję się zwycięzcą. Wygrała sprawiedliwość

i wolność słowa. Inni za nią giną, ja na szczęście nie musiałem. W tym miejscu, chciałbym przeprosić mieszkańców gminy Mosina, że na skutek tego procesu nasza mała Ojczyzna stała się znana w świecie ze złej strony. Zawdzięczamy to tylko pani Zofii Springer. Piętnaście armat, które miało mnie zmieść z powierzchni ziemi, nie zmiotło mnie, stoję. Paradoksalnie ich wybuch trafił rykoszetem samą panią burmistrz. Klęska na całej linii. Nie pomogła jej nawet renomowana kancelaria z Poznania.

CZYTELNICY KOMENTUJĄ

www.mosina.blox.pl

SERCEM MOSINIAK: Będąc urodzony i wychowany w Mosinie, a mieszkając przez ostatnie 30 lat poza granicami, śledzę z uwagą, co dzieje się w moim rodzinnym mieście. Chciałem pogratulować Panu całkowitego uniewinnienia. Byłem wstrząśnięty tym, że w Polsce można kogoś wziać do sądu kryminalnego za, nawet jeśli rzeczywiste, zniesławienie, że można kogoś wsadzić za to do więzienia. Tyle co wiem, to w krajach zachodnich procedura taka jest często wszczynana, ale wyłącznie w procesie cywilnym i rzadko dotyczy krytyki osób publicznych, które raczej powinny wziąć krytykę ich poczynań za społecznie budującą niż unosić się z prywatnego punktu widzenia. Jestem zadowolony, że prawo w końcu wzięło górę nad prywatą i mam nadzieję, że Polska zmieni ustawę na zakazującą frivolous wysyłanie oponentów do więzienia za inne przekonania. Z drugiej strony tiny bit of moderation, który widzę w Pańskich ostatnich wpisach nikomu jeszcze nie zaszkodził. Owocnej współpracy w zarządzaniu tą ciekawa gminą. OBSERWATOR: Gratuluję! Mam nadzieję, iż przegrana da możliwość Pani Burmistrz wyciągnięcia odpowiednich wniosków. Burmistrz nie zawsze jest na pozycji uprzywilejowanej. Takie czasy się definitywnie skończyły, pełni funkcję służebną wobec społeczeństwa. W dobie Internetu, społecznościowe ruchy mają ogromne znaczenie a lekceważenie ich to duży błąd. Życzę wytrwałości i ciekawych tematów. THE NATURAT: Zofia Springer poniosła totalną klęskę, niczym Goliat. Mały wyśmiewany przez wielu człowieczek – Łukasz - znokautował władzę, p. Zofię i kancelarię prawną, co za ironia. Zwłaszcza, że w KM burmistrz pisała, że opozycji nie obchodzi wyrok sądu, bo niczym Pawlak sprawiedliwość ma własną. I o ironio, sąd wydał inny wyrok:) niż kancelaria

CZYTELNICY KOMENTUJĄ

www.czasmosiny.pl

ORWELL: Dobrze, że sprawa się skończyła. Gratuluję Łukaszowi Kasprowiczowi. Sprawa dla niego nie była łatwa, przede wszystkim po pierwszym wyroku Sądu Rejonowego. Na pewno dużo zdrowia stracił. Cała ta historia, jak widać po jego obecnych wpisach na blogu, dużo go nauczyła. Nie wiadomo jakby się zakończyła, gdyby nie została tak mocno nagłośniona. Solidaryzowali się z Kasprowiczem dziennikarze, sprawą zainteresowała się Helsińska Fundacja Praw Człowieka, dzięki której Łukasz otrzymał mocne wsparcie prawne w osobie prof. Górskiego. Sąd Okręgowy za pierwszym razem i teraz był w ocenie jednoznaczny. Pani Springer: zdaję sobie sprawę, że wpisy na blogu panią uwierały i to mocno (mnie by też uwierały), ale ludzie wchodzący do polityki muszą sobie zdawać sprawę, że są po pręgierzem publicznym i dziennikarskim. Chcieliśmy wolności, w tym wolności słowa, to ją mamy. Nieograniczona wolność słowa mi też się nie podoba, ale nic na to nie poradzę. Ludzie sympatyzujący z p. Springer też, wykorzystując wolność słowa, dokonują wpisów na blogu Łukasza nazywając go idiotą, burakiem, bucem, itp. Tak, pani Springer, to pani ludzie. Nie byłoby żadnych procesów, gdyby zachowałaby się pani jak polityk i podjęła polemikę. MIESZKANIEC: Gratuluję Łukaszowi, bo chociaż razi mnie używanie wulgaryzmów, to dużo bardziej razi mnie buta i arogancja władzy mosińskiej. Razi mnie dużo bardziej umizgiwanie się władzy, żeby żyć spokojnie i (lub) dostatnio. Razi mnie postawa radnych nowoczesnych, którzy udają, że każda pokazana m.in. przez Łukasza patologia w urzędzie mosińskim, to wymysły wiecznie niezadowolonej opozycji. Cenę za niezależność i krytykę władzy płaci Łukasz (i jego rodzina) dużą. Symptomatyczne jest, że poglądy Łukasza są dużo bardziej wyważone niż kiedyś. Natomiast Zofia Springer staje się w wypowiedziach coraz bardziej napastliwa np. w Kurierze Mosińskim, czy na sesjach. Mimo, że nie zawsze się zgadzam z formą wypowiedzi Łukasza, mam szacunek dla niego, za to, że ma odwagę dochodzić prawdy, bez względu na to, czy to się podoba władzy, czy nie.


4

Czas Mosiny 1 (7) styczeń 2013

nie zgłosiła Komunalka zagrożona? Burmistrz żadnych zastrzeżeń Łukasz Kasprowicz

Decyzja burmistrz Zofii Springer o przeniesieniu ZUK na tereny po SFM, może drogo kosztować mosińskiego podatnika. Czyste Księgi W księdze wieczystej działki 2032 (7 513m2), której znaczną część zajęła gmina, widnieli właściciele – spadkobiercy, można więc było ich ustalić i podpisać z nimi stosowną umowę dzierżawy, czego gmina nie zrobiła. Ponadto, żaden z działów KW nie wykazywał jakichkolwiek obciążeń i nie było wpisanych żadnych ostrzeżeń.

Radni nie znają prawdy Burmistrz tłumaczy, że w sądzie toczy się sprawa o zasiedzenie. Ma nadzieję, że Swarzędz Meble SA sprawę wygra i kłopoty się skończą. Gmina płaciła od 2004 roku tej spółce dzierżawę za zajmowany teren. Jest to o tyle dziwne, że dzierżawę można płacić tylko podmiotowi mającemu tytuł prawny (właścicielowi terenu), a tym nigdy nie był nikt, poza osobami ujawnionymi w księdze wieczystej. Tym właścicielem nie jest więc żadna spółka. Burmistrz utrzymuje, że podpisała umowę z użytkownikiem terenu. Wychodzi na to, że gmina prawdopodobnie wydała duże pieniądze, płacąc niewłaściwemu podmiotowi. Póki co nie jest znana treść umowy pomiędzy gminą, a Swarzędz Meble SA na dzierżawę tego terenu. Choć radni wystąpili o nią do Zofii Springer, to wątpliwe, aby ujrzała światło dzienne, bo jej zapisy mogą być kompromitujące dla włodarza i ujawnić szczegóły podjętej przed laty niekorzystnej dla gminy i ZUK-u decyzji. Od zeszłego roku gmina płaci 8.000 złotych miesięcznie do depozytu sądowego, a conto przyszłych roszczeń.(właścicieli działki 2032, red.)

Przyjedzie telewizja Spotkaliśmy się ze współwłaścicielem spornego terenu. Jego żona jest wnuczką przedwojennego właściciela działki. Krzysztof Nyckowski posiada pełnomocnictwo od wszystkich spadkobierców do ich reprezentowania. Twierdzi, że gmina nie traktuje go poważnie, bezpodstawnie nasłano na niego policję, a urzędnicy kazali opuszczać teren. – Czas na rozmowy się skończył, zawołam telewizję i pokażę na szerokim forum to, co wyprawia się w waszej gminie. Tu nie szanuje się prawa własności – mówi zdenerwowany K. Nyckowski. – Swarzędzkie Fabryki Mebli nigdy nie były wpisane do ksiąg wieczystych. Sprawa jest pod względem prawnym prosta i jasna i władze gminy o tym wiedzą – dodaje.

Blokada ZUK – kilka faktów W grudniowym numerze lokalnej gazety można było przeczytać, że dojazd do ZUK został zablokowany.

Wyjaśniamy, że blokada bramy do stacji diagnostycznej trwała około półtorej godziny. Stacja póki co funkcjonuje i jest nadal działem, który przynosi spore zyski zakładowi. ZUK nie zaprzestanie (tak twierdzi burmistrz) działalności diagnostycznej nawet, gdyby w wyniku wyroku sądowego musiał opuścić zajmowany obiekt i wybudować nowy w innym miejscu. Jest jednak pewien istotny problem – na wybudowanie nowej stacji diagnostycznej potrzeba czasu i pieniędzy. Co się stanie z pracownikami stacji? Jak ten wydatek wpłynie na kondycję finansową ZUK? Zdaniem władz gminy, Krzysztof Nyckowski nie przedstawił wiarygodnych dokumentów potwierdzających jego umocowanie prawne, co do reprezentowania pozostałych współwłaścicieli. Na jakiej więc podstawie prezes ZUK udostępnił mu halę, w której wcześniej stały m.in. wszystkie autobusy szkolne? Jeśli gmina przegra spór z właścicielami, a wiele na to wskazuje, będzie musiała zapłacić za wieloletnie, bezumowne korzystanie z terenu i hal.

Tajemnicza transakcja W kwietniu 2004 roku burmistrz Zofia Springer podpisała umowę ze Swarzędz Meble SA, na mocy której włodarz podjęła decyzję o umorzeniu należności (podatkowych, red.) w wysokości 976 122,53 zł (kwota główna wraz z odsetkami). W zamian za to gmina stała się użytkownikiem wieczystym gruntu oraz posiadaczem części hal i budynku administracyjno–biurowego. Jakie konkretnie nieruchomości przejęła wówczas gmina i czy ta transakcja była dla samorządu korzystna, póki co nie wiadomo. Czy dojdzie do porozumienia między właścicielami a Zakładem Usług Komunalnych i ile ta sprawa będzie kosztowała mosińskich podatników pokaże czas.

O uchwalaniu budżetu Jan Marciniak

Rada Miejska w Mosinie uchwaliła taki budżet na 2013r, jaki zażyczyła sobie burmistrz Springer. Nie przeszła ani jedna poprawka zgłoszona przez opozycję. W Mosinie ciało przedstawicielskie, jakim jest rada miejska, jest zbędne. To nic nieznaczący teatr. Rada swą większością przyklepuje to, co wymyśli burmistrz. Po co tracić czas na komisjach, sesjach, po co rocznie wydawać z budżetu 320 tys. zł. na diety dla 21 radnych, kiedy kilkumiesięczna praca radnych opozycyjnych nad budżetem okazała się dla pozostałych radnych nic nie znaczącym bezsensownym wysiłkiem. Burmistrz przedłożyła budżet i został on przegłosowany przez jej zwolenników, tak jak sobie tego życzyła, bez mrugnięcia okiem, bez jakiejkolwiek refleksji, bez jakiejkolwiek dyskusji. Czy radni są wybierani przez burmistrza, czy przez społeczeństwo? Czy mają służyć burmistrzowi, czy społeczeństwu? Spyta ktoś: Czego wy chcecie? Przecież urząd, szkoły, przedszkola, straż miejska, ośrodek

kultury, biblioteka, zakład komunalny funkcjonują, Mosina wygląda ładniej niż 10 lat temu. Chcemy podmiotowego traktowania. Chcemy budżetu, pod którym podpisze się 21 radnych. Społeczeństwo żywiło i żywi nadzieję na merytoryczną współpracę wszystkich radnych i burmistrza, a jak jest?

Dlaczego opozycja była przeciw budżetowi? Poddaliśmy krytyce niepodjęcie przez burmistrza jakichkolwiek działań w kierunku obniżenia wydatków bieżących oraz błędną, niskonakładową, w stosunku do potencjału naszej gminy i naszego budżetu, politykę inwestycyjną, przede wszystkich w zakresie utwardzania ulic. Byliśmy przeciw również dlatego, że pozostali radni odrzucili wszystkie poprawki przez nas zgłaszane. „Tak

bywa w demokracji, demokracja to większość” – padnie odpowiedź. Można tę odpowiedź uznać za prawidłową, choć nie do końca. Nie będę tutaj przypominał większości demokratycznej w parlamentach na przestrzeni wieku i do czego, ślepo wybrana większość doprowadziła. Sprawa dotyka zupełnie innej materii: bezkrytycznego, bezmyślnego odrzucania przez radnych sympatyzujących z burmistrzem, naszych poprawek. Gdyby nad nimi toczyła się dyskusja, jakaś forma polemiki, gdzie ścierałyby się racje stron, to rozumiem, ale polemiki, dyskusji nie było żadnej.

Głosowanie nad poprawkami Koalicja Samorządowa zgłosiła 50 poprawek. Drugi opozycyjny klub Praworządna Gminy zgłosił

Jan Marciniak Dyrektor Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Poznaniu 9 sierpnia 2012 r. wydał rozporządzenie w sprawie ustanowienia strefy ochronnej ujęcia wody w rejonie MosinaKrajkowo. Zawiera ono katalog zakazów i ograniczeń. Jak się okazuje burmistrz nie podjęła w tej sprawie działań we właściwym czasie. Rozporządzenie to zaskoczyło władze tak bardzo, że jeszcze miesiąc po jego ukazaniu się w Dzienniku Urzędowym Województwa Wielkopolskiego zastępca burmistrza Sławomir Ratajczak, nie potrafił wytłumaczyć radnym o co chodzi w poszczególnych jego zapisach. Wielokrotnie powtarzano informację, że urząd nie wiedział o tym, że takie rozporządzenie jest przygotowywane i władze nic nie mogły zrobić. Zarzucano brak konsultacji, mimo że prawo przy wydawaniu rozporządzenia ich nie przewiduje. O tym, że burmistrz nie ma się czym „pochwalić”, przekonaliśmy się, gdy odmówił udostępnienia radnym korespondencji w tej sprawie. Nagłośnienie sprawy przez radnych spowodowało przygotowanie przez burmistrza Apelu krytykującego owo rozporządzenie. Apel w dniu 27 września przyjęła Rada Miejska. Rozesłany został „do wszystkich posłów, senatorów, radnych Poznania, do wszystkich osób wpływowych i decyzyjnych”. – Wcześniej zastrzeżenia, które mamy do rozporządzenia wysłaliśmy do wicepremiera Waldemara Pawlaka, kilku ministerstw: środowiska, rolnictwa, zdrowia, administracji i cyfryzacji, transportu, budownictwa i gospodarki wodnej – poinformowała radnych na sesji burmistrz Zofia Springer.

Posłowie: Tadeusz Dziuba, Krystyna Łybacka i Tadeusz Tomaszewski interweniowali u Ministra Środowiska i Dyrektora RZGW. Udzielili obszernych wyjaśnień i radni mieli możliwość się z nimi zapoznać. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy z odpowiedzi Ministra Środowiska kierowanej pismem z dnia 9 października 2012 r. do posła Dziuby dowiedzieliśmy się rzeczy niebywałej: „Zgodnie z informacjami uzyskanymi od Dyrektora RZGW w Poznaniu, niezwłocznie po przygotowaniu projektu rozporządzenia, został on umieszczony w dniu 26 lipca 2012r. na stronach internetowych Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Poznaniu, o czym Burmistrz Mosiny został poinformowany pismem z dnia 23 lipca 2012r. [...] Dyrektor RZGW stwierdza również, że w okresie dwóch tygodni, kiedy projekt przedmiotowego rozporządzenia dostępny był na stronach internetowych RZGW w Poznaniu (26 lipca – 9 sierpnia) nie zostały do niego zgłoszone żadne zastrzeżenia.” I kolejny fragment, tym razem z pisma Dyrektora RZGW z dnia 21 listopada 2012r. do posła Tadeusza Tomaszewskiego: „w chwili przedstawienia poprawionego pod względem formalno-prawno-merytorycznym projektu rozporządzenia w sprawie ustanowienia strefy ochronnej ujęcia Mosina-Krajkowo (Dyrektor RZGW) udostępnił niniejszy projekt na stronach internetowych RZGW Poznań. Pragnę nadmienić, iż mimo 14 dniowego okresu, w którym możliwe było zapoznanie się z zapisami przedmiotowego projektu rozporządzenia, żadna z zainteresowanych stron, w tym Burmistrz Mosiny nie wniosła w żadnej formie swoich uwag, zastrzeżeń i wniosków w przedmiotowej sprawie.”

5. Rozpoczęło się głosowanie. My zgłaszaliśmy poprawkę, a radni proburmistrzowscy reagowali jedynie na słowa: kto przeciw. Ręka w górę i pełne zadowolenie z wykonanego zadania.

strażników, • skreślenie 250 tys. zł z projektowanej budowy schroniska dla psów w Borkowicach, w związku z tym, że gmina od 4 lat wpłaca składki na wspólną z innymi gminami budowę, która rozpocznie się już w tym roku schroniska na terenie gminy Kostrzyn, • obniżenie o minimalny procent innych pozycji budżetowych.

Poprawki Czy poniższe, zgłoszone przez nas poprawki są nieracjonalne? • ograniczenie zatrudnienia w urzędzie i innych jednostkach organizacyjnych o 5% w latach 2013 – 2018, • zmniejszenie o 8% dotacji dla m. Poznania na komunikację autobusową i rozpoczęcie prac nad zracjonalizowaniem kursów autobusowych, z których kilka kursów wozi przysłowiowe powietrze, • obniżenie o 1/3 diety radnego, • obniżenie o 5% wydatków na wynagrodzenia w urzędzie, by zablokować tworzenie nowych etatów, • obniżenie o 10% kwot na podróże służbowe, • obniżenie o 60% wydatków na promocję gminy, • obniżenie o 40% wydatków na Merkuriusza Mosińskiego, • obniżenie zaplanowanego wynagrodzenia dla Straży Miejskiej, by zablokować tym samym powiększanie stanu osobowego z 9 do 11

1.642.000 zł na rozbudowę Zespołu Szkół w Krośnie W wyniku zgłoszonych przez nas poprawek gmina zaoszczędziłaby 1.642.000 zł. Chcieliśmy tę kwotę przeznaczyć na rozbudowę budynku Zespołu Szkół w Krośnie zlokalizowanego w Mosinie przy ul. Krasickiego, ponieważ dzieci uczą się tam na dwie zmiany. Burmistrz obserwuje ten stan rzeczy od kilku lat i odkłada rozpoczęcie budowy. Takim ruchem budżetowym chcieliśmy, przyspieszyć realizację tej bardzo potrzebnej inwestycji. Radni odrzucili nasze pomysły na oszczędzanie. Ta kuriozalna, całkowicie dla nas niepojęta postawa podkopała nadzieję na współpracę dla dobra wspólnego, jakim jest gmina Mosina.


5

Czas Mosiny 1 (7) styczeń 2013

Trudno o optymizm Komunikacja odjechała Jan Marciniak Wieloletnia Prognoza Finansowa na lata 2013-2018, uchwalona na wniosek burmistrza przez radę zawiera m.in. wykaz zadań inwestycyjnych, które będą w tych latach realizowane. Jedną z bardziej interesujących pozycji jest budowa ulic, a więc ich utwardzanie. To nie jest optymistyczny plan. Potrzeby są wielkie, a środków mało. Wyjątkowymi względami w stosunku do pozostałych ulic z terenu

miasta i wsi cieszy się kilka ulic na osiedlu Czarnokurz. Nic dziwnego, bo na tym osiedlu mieszka Zofia Springer. Aby wykonać w tych latach utwardzenie ujętych w planie ulic zaplanowane pieniądze nie wystarczą. Dla przykładu ulica o długości 850 mb, kosztuje ok. 3,5 - 4 mln zł. W 2013 roku zaplanowano budowę ulicy Lipowej w Krosinku ok. 4 mln (wkład gminy 50%), ul. Koziej

2013

2014

2015

2016

2017

2018

Ulice ujęte w Wieloletnim Planie Finansowym

w Pecnej oraz budowę kolektora w ul. Strzałowej. I jeszcze jedno, dla jasności – w latach 2013-2018 mają szanse być zrealizowane ulice z powyższego wykazu, tylko pod warunkiem, że nakłady finansowe będą pięciokrotnie wyższe od zaplanowanych. Czy są szanse na to? Wątpię. Pozostałe ulice gruntowe z terenu miasta i wsi nie są przewidziane do realizacji w tym okresie.

-

0,9

0,9

-

-

-

Mosina - Czarnokurz: część Wodnej, Czarnokurz, Kopernika, Świerkowa, Chopina

0,05

1,3

1,2

1,0

2,1

1,0

Mosina: Torowa, Ogrodowa, Jesionowa, Cisowa, Dębowa, Strzałowa, Mieszka I, Łazienna, Kanałowa, Reymonta, Prusa, Sienkiewicza, Chodkiewicza, Gałczyńskiego, Czereśniowa, Wiosny Ludów, Sowińskiego, Krosińska, Jasna, Kwiatowa, rondo Sowiniecka -Wawrzyniaka - Niezłomnych, tzw. „Czerwonka”; Czapury: Dębowa, Spokojna; Rogalinek: Podgórna; Rogalin: Prezydialna, Szkolna; Pecna: Kozia; Krosinko: Lipowa, Krosno: Leśna, Jasna, Polna, Tylna; Dymaczewo Stare: Bajera.

3,5

2,0

2,0

2,0

1,9

2,0

DASZEWICE: Poznańska, Szkolna, Żwirowa

0,1

-

0,05

-

0,3

1

Mosina: Skryta

Uprzejmie donoszę Marian Jabłoński W Kurierze Mosińskim, ukazał się artykuł pt.: „Opozycja chce odebrać dzieciom z Krosna subwencję oświatową”. Artykuł opisuje historię tej sprawy w taki sposób, aby czytelnik uwierzył, że złem tej gminy są radni Koalicji Samorządowej. Autor pisze m.in., że zanim gmina zaczęła pobierać podwyższoną subwencję oświatową, zwróciła się do Ministerstwa Edukacji Narodowej o zajęcie w tej sprawie stanowiska. MEN uznało prawo do pobierania wyższej subwencji informując jednocześnie gminę o braku podstaw do wypłacania nauczycielom zatrudnionym w budynku w Mosinie przy ulicy Krasickiego tzw. dodatku

wiejskiego. Rzeczywiście, Ministerstwo Edukacji Narodowej zajęło takie stanowisko, ale tylko dlatego, że burmistrz podał, iż uczniowie Zespołu Szkół w Krośnie uczą się zarówno w budynku w Mosinie jak i w budynku w Krośnie. Kontrola przeprowadzona przez Kuratorium Oświaty i Wychowania w Poznaniu kontrola potwierdziła, że przekazane przez Burmistrza informacje nie są zgodne z prawdą. Trzeba być co najmniej bezczelnym, aby atakując mnie, moją koleżankę i kolegów z Koalicji Samorządowej posługiwać się nadal kłamstwem, które zostało zdemaskowane i udokumentowane. Bezczelnym także dlatego, że rozpowszechnia

je pismo, które chce uchodzić za biuletyn informacyjny (chyba dezinformacyjny) dla mieszkańców gminy Mosina. Nowoczesna Rzeczpospolita Mosińska uważając siebie za awangardę Mosiny, krytykuje stosowanie się obywatela, a zarazem radnego, do obowiązującego w Polsce prawa. To przecież przepis art. 304 § 1 kodeksu postępowania karnego zobowiązuje każdego, kto dowiedział się o przestępstwie, do zawiadomienia prokuratora. Takie zachowanie NRM piętnuje i nazywa donoszeniem. Na co liczy Kurier Mosiński manipulując faktami? Liczy na odwrócenie uwagi mieszkańców i przeniesienie odpowiedzialności z burmistrza na opozycję. Podobny zabieg zastosowała burmistrz w wypowiedzi dla „Głosu Wielkopolskiego” z 18.12.2012 r. określając tym razem „głównym sprawcą całego zamieszania” Ministerstwo Edukacji Narodowej.

Przepis na „pozytywną” gazetkę przyjazną władzy samorządowej, czyli „pismo prawdomówne i bezkompromisowe”.

ZaTRZĘSIENIE na rynku Jak przystało na eksstolicę, z ambicjami na aktualną, w Mosinie rozkwita bujnie rynek prasowy. W gminie wychodzi 5 gazet lokalnych. Nowa gazeta ugrupowania burmistrzyni gminą jednak nie zatrzęsła. Powstały jednak różne formy reagowania: • jedna zatrzęsła się ze śmiechu, oglądając album najpiękniejszych w gminie, • druga zatrzęsła się z obu-

rzenia na zbyt odważne mijanie się z prawdą, • jeszcze inna zatrzęsła się z zimna, bo jedną darmową gazetką samorządową – nawet pełną gorących uczuć – pieca nie rozgrzejesz, a zima coraz sroższa... Najważniejsze jednak, że sejsmograf w okolicy, ani nawet w centrum Mosiny, trzęsienia ziemi nie zanotował. Byle tak dalej!

Potrzebne składniki: 2 kg kadzidła 1 kot (może być żywy) 1 puszka czarnej farby 1 tubka wazeliny 1 tytka rodzynek 1 „słup” w roli redaktora naczelnego Sposób przyrządzenia: • na każdą stronę gazetki sypiemy kadzidłem aż dymi; • na klęczkach podajemy burmistrzyni pytania smarowane wazeliną; • odwracamy kota ogonem; • czarną farbą malujemy opozycję, która „jest bardzo potrzebna”; • cały materiał przetykamy rodzynkami pięknie retuszowanych zdjęć ukochanej władzy. I tak wymieszany materiał oddajemy do drukarni.

Najnowszy numer „Merkuriusza Mosińskiego” (grudniowy) dotarł do czytelników 10 stycznia 2013 roku. Miesięcznik, którego zadaniem jest przekazywanie istotnych dla społeczeństwa gminy informacji nic nie wspomina o tym, że: w Mosinie został zlikwidowany Wydział Komunikacji prowadzony przez powiat poznański. Od 1 stycznia interesanci są zmuszeni załatwiać sprawy związane z rejestracją samochodów, wymianą dowodów czy tablic rejestracyjnych w starostwie w Poznaniu lub w jednej z filii Wydziału Komunikacji: w Stęszewie, w Murowanej Goślinie, Pobiedziskach, Tarnowie Podgórnym lub Swarzędzu. Mają luksus wyboru jednej z tych miejscowości. Wymienione wyżej gminy stworzyły odpowiednie warunki do funkcjonowania tego typu jednostek. Jedną z głównych przyczyn „wyprowadzenia” wydziału komunikacji z Mosiny były właśnie urągające wymogom warunki lokalowe. Mamy informację, że władze wiedziały, że jeśli we właściwym terminie nie wskażą na swoim terenie odpowiednich warunków, zostaną pozbawione filii. Jednak dopiero po podjęciu przez starostę decyzji o likwidacji filii wydziału komunikacji w Mosinie burmistrz Zofia Springer wystąpiła z pismem wyrażając oburzenie zaistniałą sytuacją. Zapewniała, że w mosińskim urzędzie „dla klientów były przygotowane

miejsca siedzące, możliwość wypicia napojów. W pobliżu biura filii zorganizowano kącik malucha.” Jak widać te wygody okazały się zdaniem starosty niewystarczające, bo filii w Mosinie już nie ma. Póki co nie ma też odpowiedzi na pisma burmistrza do starosty (a może jest, ale nie nadaje się do publikacji, bo nie zamieszczono jej na stronie internetowej gminy). Wygląda na to, że komunikacja na linii: Burmistrz Gminy Mosina – Starosta Poznański kuleje. Tracą na tym mieszkańcy gminy. Obniża się też prestiż Mosiny w aglomeracji poznańskiej. (Wkrótce jeszcze jedna placówka prowadzona przez powiat – Poradnia Psychologiczno-Pedagogiczna opuści Mosinę i przeniesie się do Puszczykowa.) Na koniec stawiamy pytanie, czy „Merkuriusz Mosiński” nie powinien już w grudniu poinformować mieszkańców o tak istotnej dla nich sprawie, jak nowy adres, numer telefonu, godziny urzędowania Wydziału Komunikacji w Stęszewie? RED.

Nie będę „Zofią S.”* Piotr Wilanowski Powyższy tytuł nie jest deklaracją na temat zmiany płci, ale odniesieniem się do pewnego dość kontrowersyjnego artykułu zamieszczonego w „Kurierze Mosińskim” wydawanym przez Stowarzyszenie Nowoczesna Rzeczpospolita Mosińska. W artykule „Rogalin musi się rozwijać”, którego autor podpisał się jako Piotr W., zawarto tezy całkowicie sprzeczne z moimi poglądami dotyczącymi istotnej dla mnie przyszłości tej miejscowości. Jako radny Rady Miejskiej w Mosinie, swoje poglądy opatrzone nazwiskiem Piotr Wilanowski prezentowałem w licznych, kierowanych do Urzędu zapytaniach i wnioskach radnego, artykułach prasowych w kwartalniku „Czas Mosiny” oraz w poświęconych temu tematowi audycjach radiowych. Na szczęście, otrzymywane dowody sympatii, poparcia i jednocześnie oburzenia na tak nieudolną próbę zdyskredytowania mojej osoby pozwalają wysnuć wniosek, że ten sposób uprawiania polityki jest nieskuteczny, przynoszący rezultaty przeciwne od zakładanych przez anonimowych autorów. W zasadzie, całą sprawę mógłbym pozostawić bez komentarza, ale zastanawia mnie szczególne „wyróżnienie” spośród radnych opozycji tą bezpośrednią, osobistą prowokacją. Może to próba wywołania u mnie gwałtownej, nieprzemyślanej reakcji

obronnej, w której padną niepotrzebne słowa, łatwe do wykorzystania przeciwko sprowokowanemu. Obserwuję jak tę metodę, niestety często i ciągle skutecznie, stosuje się wobec innych oponentów zręcznie przekształcając się z winnych w „bezpardonowo atakowane ofiary” Przyznaję, że długo zastanawiałem się czy w odwecie nie napisać zjadliwy, np. ośmieszający Panią Burmistrz artykuł, który podpisałbym „Zofia S.”. Oczywiście byłoby to łatwe i dopuszczalne prawem, ale jakże płytkie i niestosowne. Dlatego deklaruję, że tak jak dotychczas nigdy nie stanę się „Zofią S.”, nigdy nie będę obrażał, pomawiał i dyskredytował swoich oponentów. Będę, tak jak do tej pory, głosował „za” propozycjami burmistrza, ale tylko wtedy, gdy będę uważał je za słuszne i dobre dla społeczności gminy. Tak właśnie postrzegam rolę radnego, mimo że absolutnie nie aprobuję wielu decyzji Pani Burmistrz, np. tej o sprzedaży za marne pieniądze tzw. ziemi sołeckiej w Rogalinie, która skazuje przyszłych mieszkańców wydzielonych tam posesji na życie bez podstawowych udogodnień (chociażby brak dostępu do wody pitnej), to w kolejnych sprawach postaram się zachować zdolność racjonalnej oceny, czego życzę wszystkim uczestnikom mosińskiej sceny politycznej. * dobór imienia i pierwszej litery nazwiska zupełnie przypadkowy


6

Czas Mosiny 1 (7) styczeń 2013

Plagi rogalińskie

O związanych z tą inwestycją zagrożeniach, potrzebie ochrony krajobrazu kulturowego, historycznego i przyrodniczego nawet nie wspomnę. Na szczęście i tym razem zdecydowana, jednomyślna postawa społeczności ustrzegła Rogalin.

Piotr Wilanowski

Przez szereg ostatnich lat władze gminy traktowały Rogalin po macoszemu. Sprzedano, co było do sprzedania, ignorowano ochronę krajobrazu kulturowego, historycznego i przyrodniczego, a w zamian próbowano osadzić niechcianą w Mosinie inwestycję. Wychowałem się w Poznaniu. W miarę dorastania coraz intensywniej postrzegałem mankamenty miejskiego życia. Decyzję podjętą 27 lat temu o przeprowadzce do Rogalina w pełni doceniłem po mniej więcej trzech latach, wtedy już byłem pewny, że dobrowolnie do miasta nigdy nie wrócę. Wiodłem w miarę ustabilizowane życie – rodzina i praca związana z rewaloryzacją przypałacowego parku, która pozwalała mi w pełni docenić zachowane piękno tej miejscowości. Polityka mało mnie zajmowała – udział w wyborach i bieżące śledzenie polityki krajowej. Zapewne byłoby tak nadal, gdyby w wymiarze lokalnym „nie przyszła” do mnie, chcąc nieodwracalnie, a przede wszystkim niekorzystnie, zmienić miejsce gdzie żyję. Władze gminy planując, bądź realizując swoje zamiary, prowokowały do wyrażenia sprzeciwu lub próby podpowiedzi, jak dany problem z miejscowej perspektywy wygląda, jak z korzyścią dla wszystkich można go inaczej rozwiązać. Jednak głos zwykłego obywatela niewiele znaczy, można go łatwo zignorować. Na ogół tak właśnie było, mimo że aktywnie uczestniczyłem w zebraniach wiejskich, w posiedzeniach komisji i sesjach rady miejskiej, w społecznych konsultacjach programu NATURA 2000 oraz konsultacjach zmierzających do utworzenia mikroregionu skupionego wokół WPN. Lekceważenie obywatelskich opinii oraz niewłaściwie pojmowanie i realizowanie zasady zrównoważonego rozwoju sprowokowały mnie do kandydowania w 2010 roku na radnego Rady Miejskiej w Mosinie. To miara dziejących się tutaj nieprawidłowości doprowadziła do wyboru kandydata, który próbował się im przeciwstawiać. Również osiągnięte w drugiej turze wyborów wyniki obecnej Pani Burmistrz, która przegrała w Rogalinie ze swoim kontrkandydatem w stosunku 1:5, co było najgorszym wynikiem na terenie całej gminy, są wielce wymowne. Czy to kwestia przypadku? – raczej nie, to odruch obronny szczególnie doświadczonej społeczności. Gdyby zgodnie z rzeczywistymi możliwościami naszej gminy, skromnie, logicznie i harmonijnie zarządzano rozwojem Rogalina, obecny burmistrz uzyskałby dużo większe poparcie. Na nieszczęście dla lokalnej mało licznej społeczności nie została ona włączona w krąg strategicznie ważnego elektoratu, który przed każdymi wyborami należy „dopieścić” ułatwiającymi życie inwestycjami. Przez szereg ostatnich lat władze gminy traktowały Rogalin po macoszemu. Sprzedano, co było do sprzedania, ignorowano ochronę krajobrazu kulturowego, historycznego i przyrodniczego, a w zamian próbowano osadzić niechcianą u siebie inwestycję. Dla potwierdzenia przytoczę kilka przykładów:

Osiedle „Pod Dębami” Osiedle Grzegorczyka, realizowane w otulinie Rogalińskiego Parku Krajobrazowego, miało spełniać szereg

Sprzedaż „ziemi sołeckiej” – ostatniej, istotnej rezerwy gruntu komunalnego w Rogalinie. Tym razem wyrażony jednomyślny sprzeciw mieszkańców, sołtysa z radą sołecką, oraz aktualnego radnego z tego okręgu, okazał się niewystarczający. Na otarcie łez, niejako mierząc wagę „głosu ludu” pozostawiono zaledwie ok. 6000 m² na realizację w przyszłości podstawowych potrzeb cywilizacyjnych dla nieuchronnie rosnącej wsi (np. przepompownię ścieków, świetlicę, pocztę, ośrodek zdrowia itp.). Przyszłych mieszkańców wyznaczonych tam działek budowlanych skazano na życie bez dostępu do wodociągu.

Wytyczenie dróg dojazdowych do planowanych osiedli przez prywatne grunty mimo protestów ich właścicieli.

Planowana budowa kompaktowej oczyszczalni ścieków

Fot. P.Wilanowski

Główna oś widokowa przypałacowego parku krajobrazowego.

proekologicznych i krajobrazowych warunków. Jak do tej pory (upłynęło 12 lat) udało się zrealizować tylko jeden - zachowano rezydencjonalny charakter działek. Jednym z wielu niespełnionych warunków było doprowadzenie kanalizacji do osiedla, a tym samym do Rogalina. To właśnie nadzieja na rychłe skanalizowanie wsi zdecydowała o ostatecznym poparciu idei stworzenia osiedla przez mocno wahającą się w tym względzie lokalną społeczność. Wieś do tej pory nie jest skanalizowana.

Zagospodarowanie turystyczne łęgów Prof. Marian Waigt na zlecenie gminy Mosina opracował projekt pt. „Ogród natury i sztuki Rogalin”, który przewidywał realizację rozbudowanej infrastruktury turystycznej na terenach zalewowych (gastronomia, wypożyczalnia riksz, rowerów, przystań kajakowa, przeprawa łodziowa, pole namiotowe z polaną biwakową itd.). Wszystko po to, by po drugiej stronie Warty uruchomić teren gminny, przekształcając go w parking dla gości pałacu w Rogalinie. To kuriozalno-absurdalne rozwiązanie doprowadziłoby do kompletnego zadeptania niezwykłej ostoi przyrody, w której dzisiaj funkcjonują aż dwie dyrektywy ochronne Natury 2000. Zakładano przemarsz (tam i z powrotem) przez okresowo zalewane łęgi ok. 120 tys. osób, które corocznie odwiedzają założenie pałacowe. To kompletny brak zrozumienia powszechnie obowiązującej zasady nie zabudowywania przyrodniczych atrakcji turystycznych, bo tracą swój charakter i przestają być atrakcjami. Na szczęście ówczesny gremialny opór mieszkańców Rogalina okazał się skuteczny.

Pole golfowe Mimo wielu instytucjonalnych i prywatnych sprzeciwów udało się Urzędowi wprowadzić do Studium uwarunkowań i zagospodarowania przestrzennego ideę budowy wielohektarowego pola golfowego położonego po drugiej stronie Warty dokładnie naprzeciwko głównej osi widokowej przypałacowego parku w Rogalinie. Zignorowano nie tylko potrzebę ochrony powiązań widokowych tej ważnej rezydencji, zaakceptowano nieodwracalne zniszczenie bioróżnorodności licznych chronionych siedlisk, co będzie miało miejsce w momencie budowy pola golfowego. Odrzucano informacje, że nawozy mineralne i inne środki chemii rolnej używane w jego bieżącej pielęgnacji w sposób nieuchronny i długotrwały skażą obszar wodonośny i zanieczyszczą liczne studnie, z których AQUANET czerpie wodę pitną dla aglomeracji poznańskiej, w tym mieszkańców gminy Mosina. Nadal nie przyjmuje się do wiadomości, że taka lokalizacja jest sprzeczna z wytycznymi Planu Zadań Ochronnych dla obszaru sieci Natura 2000 - specjalny obszar ochrony siedlisk -Dyrektywa Siedliskowa „Rogalińskiej Doliny Warty”. To właśnie w odpowiedzi na tę nieprzejednaną postawę wprowadzono rygorystyczne zapisy chroniące pośrednią strefę ujęcia wody.

Wytyczenie kolejnego osiedla na granicy Rogalina i Świątnik bez odpowiednich dróg dojazdowych. Używany przy budowie sprzęt budowlany, powodował dalsze straty w krajobrazie i środowisku (np. dzikie dojazdy przez dukty leśne, rozjeżdżanie pól, tratowanie upraw).

Próba lokalizacji bloków socjalnych Zamiast rozwiązywać problemy aktualnych i przyszłych mieszkańców Rogalina dążono do ich zwielokrotnienia. Biedni, czasami nieporadni życiowo ludzie, mieli zamieszkać na wsi odcięci komunikacyjnie od rynku pracy, pomocy społecznej, tanich zakupów w sklepach wielkopowierzchniowych i innych udogodnień cywilizacyjnych.

Deklarowany przez pracowników urzędu na komisjach i sesjach pomysł budowy kompaktowej oczyszczalni ścieków w Rogalinie jest bardzo kontrowersyjny. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że Rogalin i okoliczne wsie winny zostać jak najprędzej podłączone do kanalizacji. Jednak, ze względu na chroniony zabytkowy i turystyczny charakter tej miejscowości, należy unikać infrastruktury, która może okazać się szczególnie i trwale uciążliwą – np. przez stałe generowanie odoru. Tytułowe „plagi” pewnie zarezerwowane są dla opisu większych nieszczęść, ale przecież Rogalin jest dużo mniejszy od Egiptu i proporcjonalnie, w sensie biblijnym, „winy” jego mieszkańców są dużo skromniejsze.

Przyroda na sprzedaż

8 lutego 2013 r. gmina zamierza sprzedać za 1,5 mln zł. 40 ha gruntu między Sowińcem a Baranowem naprzeciw pałacu w Rogalinie. Działka została wystawiona na sprzedaż, gdyż jest osoba zainteresowana jej kupnem. Burmistrz pozbywa się najcenniejszego przyrodniczo i krajobrazowo gminnego terenu, bo potrzebuje

pieniędzy na inwestycje, ale też i na kolejne etaty urzędnicze, na wydawanie Merkuriusza, na promocję... Czyż to nie paradoks, że wydajemy pieniądze, by ściągnąć do siebie turystów, a jednocześnie sprzedajemy teren, który jest magnesem dla przyrodników, wędkarzy, fotografików oraz kochających piękną przyrodę turystów i mieszkańców gminy Mosina?


7

Czas Mosiny 1 (7) styczeń 2013

Rogalin powinien pozostać Rogalinem Mikołaj Pietraszak Dmowski prezes zarządu „Majątek Rogalin” Sp. z o.o., sekretarz i członek zarządu Fundacji Raczyńskich

Najsłynniejszym miejscem na terenie gminy Mosina jest niewątpliwie Rogalin, a jego głównymi atrakcjami: pałac, galeria obrazów i dęby. Lech, Czech i Rus Gdy mówi się o tych ostatnich, przed oczyma stają trzy najsłynniejsze, w parku pałacowym: Lech, Czech i Rus. Stojące raczej, niż rosnące: Czech usechł w roku rozpadu Czechosłowacji, a jego bracia są u schyłku długiego żywota. W parku jest jeszcze Dąb Edwarda, nazwany tak na cześć ostatniego Edwarda Raczyńskiego z Rogalina – dyplomaty, ministra spraw zagranicznych, prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie i twórcy Fundacji im. Raczyńskich przy Muzeum Narodowym w Poznaniu. Jakież było moje zdziwienie, gdy przed dwudziestoma ponad laty, przy okazji rozmowy w Londynie ze śp. panem Prezydentem, zorientowałem się, że nazwy dębów Lech, Czech i Rus nic Jemu nie mówią. Zapytany wprost, jak właściciele nazywali przed wojną trzech parkowych Matuzalemów, odparł: zwyczajnie – dęby, bezimiennie. Po prostu „stare dęby w parku”. Cała trójka stała zaś na „polanie z dębami”. Skąd zatem legenda o trzech braciach książętach, założycielach narodów słowiańskich – Polan, Czechów i Rosjan? Z socjalistycznej powojennej propagandy! Złośliwcy mówili, że zabrakło czwartego brata – Enerda.

Łęgi Rogalińskie – obszar unikatowy w skali Europy Ale dęby w parku pałacowym to zaledwie kilku przedstawicieli licznej zbiorowości dębów rogalińskich, obliczonej dwadzieścia lat temu na 1435 ewidencjonowanych, żywych

i martwych egzemplarzy, z których około 900 to pomniki przyrody. Większość z nich rośnie na łąkach i pastwiskach majątku Rogalin, zwanych powszechnie Łęgami Rogalińskimi (a w Rogalinku: Dębówiec). Położone w dolinie Warty łęgi, jak tradycyjnie, z gwary wielkopolskiej, nazywa się te czasowo zalewane łąki i pastwiska nadrzeczne, od ośmiuset lat stanowią część Majątku Rogalin, dawnych rogalińskich dóbr rycerskich. Skupiska drzew różnych gatunków i liczne, pojedynczo rosnące stare dęby rozrzucone wśród łąk i starorzeczy budują niezapomniany, charakterystyczny krajobraz. Z powodu tego wyjątkowego miejsca cały Rogaliński Park Krajobrazowy nazwany został od Rogalina. Łęgi Rogalińskie objęte są kilkoma ważnymi formami ochrony przyrody. Oprócz parku krajobrazowego stanowią także Zespół PrzyrodniczoKrajobrazowy „Łęgi Rogalińskie”. Wchodzą w skład europejskiej sieci ochrony ptaków i siedlisk przyrodniczych NATURA 2000. Tak więc, licząc podwójnie ochronę w ramach systemu NATURA 2000 (dwie tzw. dyrektywy ochronne), dęby jako pomniki przyrody, park krajobrazowy i zespół przyrodniczy, łęgi są chronione przez pięć różnych form prawnych. Niektóre drzewa uznane zostały ponadto za „zasób genowy województwa wielkopolskiego”.

Fot. 3 x S. Szyszło, www.migawka.info

następcy najsłynniejszych właścicieli Rogalina. Za pomocą przedsiębiorstwa fundacja wypełnia ważną część swoich celów statutowych, nałożonych na nią przez jej fundatora, prezydenta Raczyńskiego. Rolnictwo nie jest dla gospodarstwa

kosiarkami: równo i stosunkowo krótko strzygą trawę, przerabiając ją na nawóz i udeptując ziemię. Te zalety doceniane są w pełni już po drugiej stronie Odry. Państwo niemieckie szczodrze płaci za wypas owiec na terenach zalewowych i wałach

Turysta na łęgach

Działalność rolnicza w służbie ochrony przyrody Łęgi znajdują się w posiadaniu spółki z o.o. „Majątek Rogalin”, należącej do Fundacji Raczyńskich,

liwić przetrwanie i rozsianie się rzadkich gatunków roślin. W Rogalinie na szczególną uwagę zasługują łąki selernicowe i szuwary. Chroniąc łęgi utrzymujemy także warunki dla innych gatunków roślin oraz rzadkich gatunków owadów, ptaków czy ssaków. A tradycyjny krajobraz trwa dalej.

i fundacji celem samym w sobie, lecz celem pośrednim do realizacji strategii, jaką jest ochrona krajobrazu historycznego Rogalina i jego wielkich walorów przyrodniczych i kulturowych. Tak jak ochrona gatunków możliwa jest pod warunkiem ochrony ich środowiska naturalnego, siedliska, tak i ochrona Rogalina musi polegać na utrzymaniu dotychczasowej działalności rolniczej. I nie chodzi tu o metody, które z powodu zmieniających się warunków ekonomicznych, czy klimatycznych, muszą być odpowiednie, nawet nowoczesne. Nie będzie jednak Rogalin Rogalinem jeśli zacznie przypominać banalne przedmieścia Poznania, czy podmiejskie, urbanizowane wsie, jakich pełno wokół Poznania. Także łęgi wymagają utrzymaniu dotychczasowego, odwiecznego sposobu wykorzystania, a więc pokosów traw i wypasu zwierząt. Do tego ostatniego służy wypas odpornych owiec specjalnie dobranej francuskiej rasy „biała Masywu Centralnego” i koni. Szczególnie owce są doskonałymi

przeciwpowodziowych. Niemiecki pasterz owiec, zapytany kim jest z zawodu, powie z dumą i zgodnie z prawdą, że jest „pielęgniarzem krajobrazu” (Landschaftspfleger) i dopiero doda, że hoduje owce. Bez wypasu bowiem tradycyjne łąki i pastwiska w szybkim tempie ulegną naturalnej sukcesji roślin, a więc porosną drzewami i krzewami. Ich krajobraz ulegnie trudno odwracalnym przemianom, a wiele cennych gatunków zwierząt i roślin zniknie z dotychczasowych siedlisk. Dotyczy to także Rogalina. Żeby jednak jeszcze lepiej opiekować się tym miejscem, „Majątek Rogalin” Sp. z o.o. od wielu lat realizuje różne programy rolnośrodowiskowe. Od dwóch lat są to także tzw. programy przyrodnicze. W ich ramach rolnik całkowicie podporządkowuje gospodarowanie potrzebom ochrony środowiska. Stąd też niektóre fragmenty Łęgów są koszone tylko co kilka lat, a inne w opóźnionych, często jesiennych terminach. Wszystko po to, by umoż-

Na koniec pozostaje przypomnieć, że Łęgi Rogalińskie są dostępne dla wszystkich. Nie są jednak publicznym miejscem, a użytkami rolnymi. Wiele form ochrony przyrody dodatkowo narzuca określone zasady korzystania z nich. Piesi, rowerzyści i jeźdźcy są mile widziani, natomiast wjazd pojazdami silnikowymi jest zabroniony, tak samo, jak hałasowanie, śmiecenie i palenie ognisk. To ostatnie stwarza duże zagrożenie dla drzew i traw. Na te wciąż zdarzające się naruszenia porządku skarżą się również liczni turyści i fotografowie, którzy przyjeżdżają w to miejsce często z bardzo daleka, by rozkoszować się piękną przyrodą i krajobrazem. Parkują w Rogalinku lub Rogalinie. Wjeżdżające na łąki samochody czy motocykle są tym, od czego ci miłośnicy Rogalina uciekają. Niestety, zakazu nie respektują głównie wędkarze, bez uzasadnienia przekonani, że mają wyjątkowe przywileje i stoją ponad prawem. A trzeba przypomnieć, że wolny dostęp do rzeki nie oznacza dojazdu. Dlatego apeluję, by dla wspólnego dobra respektować przepisy i nie wjeżdżać na Łęgi Rogalińskie autami i motocyklami. Nie zostawiać śmieci. Trzeba uszanować to wyjątkowe miejsce, jego mieszkańców, gospodarzy i gości. I myśleć przy tym także o pokoleniach, które przyjdą po nas. Rodzina Raczyńskich zaczęła chronić dęby w drugiej połowie osiemnastego wieku, gdy były o wiele młodsze i w całej okolicy stosunkowo pospolite. Tylko dzięki perspektywicznemu, wyprzedzającemu epokę myśleniu właścicieli Rogalina dęby przetrwały. Jak widać właśnie tu. I niemal tylko tu. Gdzie indziej zniknęły. To dla nas wszystkich lekcja i zobowiązanie.


8

Czas Mosiny 1 (7) styczeń 2013

Dowozić, czy nie dowozić? Małgorzata Kaptur – przewodnicząca Komisji Edukacji, Kultury i Sportu

Tematem posiedzenia Komisji Edukacji Kultury i Sportu w dniu 14 stycznia było bezpieczeństwo uczniów. Na spotkanie przybyli przewodniczący rad rodziców, dyrektorzy szkół oraz rodzice dzieci z Osiedla nr 5 (Nowe Krosno), którzy byli zdenerwowani tym, że od 28 stycznia ich dzieci będą musiały do szkoły chodzić na piechotę. Poirytowanie rodziców było tym większe, że dowiedzieli się o zmianie z dzienniczków uczniowskich w ostatnim dniu przed feriami. Nikt z nimi na ten temat nie rozmawiał. Na przystanku powieszono ogłoszenie o wycofaniu autobusów, a na stronie Zespołu Szkół w Mosinie można było przeczytać zdawkowy komunikat:

„Wstrzymanie dowozów” Od 28.01.2013 r. (II półrocze) dowożenie będzie zorganizowane zgodnie z Ustawą o Systemie Oświaty art.14 a ust.3 i art.17 ust2,3. – dzieci 5 letnie do 3 klasy od 3 km, – uczniowie od IV klasy do III gimnazjum od 4 km. Prawo oświatowe w tym zakresie nie zmieniło się od wielu lat. Wygląda na to, że prawo istniało, ale pani kierownik nie miała o nim pojęcia. Kiedy powzięła wiedzę na ten temat, postanowiła natychmiast wcielić ją w życie.

Trochę historii: Na wniosek rodziców i radnej kadencji 2002-2006, Magdaleny Wojciechowskiej, zaczęto dowozić uczniów z Nowego Krosna, mimo że odległość do szkoły jest minimalnie mniejsza niż ustawowe 3 km. Gmina postawiła przy ul. Śremskiej wiatę i znak „Przystanek szkolny”. Czy teraz okaże się zbędna? Miejmy nadzieję, że nie.

Wniosek Komisji

Fot. M. Kaptur

Przystanek szkolny przy ulicy Śremskiej.

Bez konsultacji, bez wyliczeń Członkowie komisji byli zaskoczeni sytuacją, ponieważ 17 listopada temat dowozów był analizowany, ale nikt wtedy nie wspominał o zamiarze likwidacji kursów. Kierownik referatu oświaty była obecna również na grudniowym posiedzeniu, ale nie poinformowała komisji o planach w tym zakresie. Pani Kasprzyk nie była w stanie określić ile gmina zaoszczędzi rezygnując z dowożenia uczniów z tego rejonu. Radny J. Rogalka obliczył, że będzie to kwota ok. 30 tys. zł. Rodzice byli oburzeni oszczędzaniem na bezpieczeństwie dzieci i proponowali, by burmistrz oszczędzał na fajerwerkach,

oświetleniu świątecznym (nadal się świeci, mimo, że już o świętach wszyscy zdążyli zapomnieć), dożynkach, Merkuriuszu i straży miejskiej. Jedna z rozżalonych matek proponowała nawet likwidację tej służby. Rodzice zwracali uwagę na to, że obniżył się wiek dzieci rozpoczynających naukę, zdecydowanie natomiast zwiększył ciężar uczniowskich plecaków.

Decydenci nieobecni, a kierownik nieprzygotowany Obecny na posiedzeniu komisji zastępca burmistrza Waldemar Krzyżanowski nie znał sprawy, obiecał udzielić wyjaśnień na kolejnym spotkaniu. Nie przybył jednak na nie. Rów-

Ranking Zrównoważonego Rozwoju JST Małgorzata Kaptur Rozwój zrównoważony, to taki, w którym poszczególne rodzaje zasobów (w tym zasoby naturalne) są wykorzystywane racjonalnie, co sprawia, że rozwój jest trwały i odbywa się bez szkody dla przyszłych pokoleń. Od 2003 r. pod patronatem Wydziału Administracji i Nauk Społecznych Politechniki Warszawskiej i Fundacji Godła Promocyjnego “Teraz Polska” organizowany jest prestiżowy Ranking Zrównoważonego Rozwoju JST”. Mosina zajmuje w nim 133 miejsce. W Polsce jest 2.478 gmin: 1.570 wiejskich, 306 miejskich i 602 takich jak nasza, czyli miejsko - wiejskich. Mosina zajmuje w grupie gmin miejsko-wiejskich 133 miejsce w Polsce i 6 miejsce w powiecie poznańskim. W powiecie poznańskim przodują w rankingu Kórnik i Swarzędz. Wyżej od nas jest jeszcze Buk, Kostrzyn i Stęszew. W kategorii gmin wiejskich w czołowej dziesiątce są 3 gminy z powiatu poznańskiego: Tarnowo Podgórne, Suchy Las i Komorniki. Dopiewo zajmuje dobre 26 miejsce, Czerwonak 52, Rokietnica 75 i tylko Kleszczewo nie mieści się w pierwszej setce. W kategorii gmin miejskich Puszczykowo zajmuje 107 miejsce, a Luboń 158. 133 miejsce w tegorocznej edycji jest najsłabszym wynikiem, jaki osiągnęła gmina Mosina w ciągu 9 lat w

rok miejsce

2003 72

2004 85

nież Burmistrz, Zofia Springer, mimo iż była zaproszona, nie pojawiła się. Rodzice poczuli się zlekceważeni. 21 stycznia, pani Małgorzata Kasprzyk poinformowała, że jest zmiana decyzji i część dzieci (tylko tyle, ile się zmieści w autobusie wiozącym dzieci z Żabinka) będzie dowożona. Niestety nie znała ani liczby dzieci jadących z Żabinka, ani ilości dzieci w poszczególnych rocznikach mieszkających na Osiedlu nr 5, więc przybyli na drugie spotkanie rodzice mogli jedynie zamanifestować swoją dezaprobatę do działań urzędu i niekompetencji urzędniczki. Oczekiwali konkretnej informacji i ogólniki ich nie zadowalały. Chcieli mieć pewność, czy dziecko oczekujące na przystanku pojedzie autobusem. Stracili czas, a wyszli z niczym.

2005 128

2006 93

Komisja jednomyślnie przyjęła wniosek, by, jeśli takie uregulowanie okaże się konieczne, wdrożyć je od 1 września, a wcześniej (w maju-czerwcu) we właściwej formie powiadomić rodziców. Wszyscy byli zgodni, że decyzja, wprowadzona w środku zimy bez uprzednich rozmów z rodzicami jest szkodliwa społecznie i zagraża bezpieczeństwu dzieci.

Komunikacja gminna w Mosinie Gdyby u nas funkcjonowała komunikacja gminna, która łączy dowożenie uczniów do szkół z przewożeniem pozostałych mieszkańców, nie byłoby problemu. Większość gmin na terenie powiatu takie rozwiązanie wdrożyło. Pora i w Mosinie pomyśleć jak za te same pieniądze w wyższym stopniu zaspokoić potrzeby mieszkańców. Zdaniem Ministerstwa Edukacji Narodowej gminy mogą, jeśli je na to stać dowozić dzieci mieszkające bliżej a także uczniów realizujących obowiązek szkolny w innej szkole niż ta, w obwodzie, której mieszkają. Regionalna Izba Obrachunkowa jest jednak zdania, że to zbędny wydatek i stawia gminom, które go ponoszą zarzut niegospodarności. Ministerstwo zapewnia jednak, że przy najbliższej nowelizacji Ustawy o Systemie Oświaty zostanie wprowadzony zapis, który sprawę dowożenia uczniów doprecyzuje, by usunąć wątpliwości interpretacyjne

Szukali śladów zbrodni W poprzednim numerze naszej gazety, ukazał się artykuł Joanny Nowaczyk „Ktokolwiek wie…”, w którym na podstawie relacji naocznego świadka, przedstawiona została zbrodnia czasu komunizmu, jaka miała miejsce niespełna kilometr za Mosiną. W marcu 1946 r. dokonano tu zabójstwa kilku osób. W sprawie tej, w latach 2001-2002 toczyło się śledztwo w Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu poznańskiego IPN-u. Niestety w powodu niewykrycia sprawców, ani też ofiar zbrodni, śledztwo zostało umorzone. Intencją artykułu opublikowanego na łamach „Czasu Mosiny”, było odnalezienie innych, żyjących świadków lub mieszkańców znających okoliczności tej sprawy, co być może pomogłoby w jej wyjaśnieniu. Dotychczas nikt z takich osób nie odpowiedział na apel autorki. Jednak wkrótce po publikacji, z redakcją oraz z autorką, skontaktowała się dr Aleksandra Kuligowska z poznańskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej uczestnicząca w ogólnopolskim projekcie badawczym poszukiwania śladów ofiar komunistycznego terroru. Jak poinformowała, to właśnie

artykuł „Ktokolwiek wie..” spowodował podjęcie przez instytut działań poszukiwawczych w terenie. W toku prowadzonego przed 10-cioma laty śledztwa, takich działań prokuratura nie zleciła z powodu nieustalenia ofiar ani sprawców. Teraz, w ramach ogólnopolskiego projektu poszukiwania śladów ofiar komunistycznego terroru, IPN posiada dyspozycje do poszukiwań w terenie przy użyciu specjalistycznego sprzętu. 19 listopada, grupa badawcza przeczesywała fragment lasu w rejonie Gądek miejscu egzekucji kilkudziesięciu skazanych przez Wojewódzki Sąd Rejonowy w Poznaniu w okresie stalinowskim. W tym samy dniu, szukano także śladów zbrodni popełnionej w lesie pod Mosiną, w miejscu wskazanym w naszym artykule, które zbadano wykrywaczem metalu. Znaleziono tam 6 łusek po nabojach z karabinu Mauser. Aleksandra Kuligowska zapewnia, że poszukiwania śladów tej zbrodni będą prowadzone dalej. Artykuł „Ktokolwiek wie” można przeczytać także w elektronicznym wydaniu Czasu Mosiny nr 3, na stronie www.czasmosiny.pl REDAKCJA

tym rankingu. Ranking jest oparty na analizie 16 wskaźników GUS obejmujących trzy zasadnicze obszary funkcjonowania wszystkich jednostek samorządowych: gospodarczy, społeczny oraz ochronę środowiska. Dobór wskaźników jest uzasadniony wymogami zrównoważonego rozwoju. Ranking pozwala ocenić poziom rozwoju naszej gminy w relacji do innych gmin.

2007 121

2008 110

2009 79

2010 72

2011 133

Fot. Przemysław Zwiernik

Z archiwum IPN.


9

Czas Mosiny 1 (7) styczeń 2013

Pożegnanie Ojczyzny Nina McDonald

To trzecia, ostatnia część reportażu napisanego przez Ninę McDonald, dziennikarkę pisma „Eagle & Times”, po jej wizycie z ojcem w Polsce w maju 2005 roku. Autorka jest córką Mariana Dobrowolskiego, byłego mieszkańca Mosiny, uczestnika powstania warszawskiego, którego wojenne losy rzuciły najpierw do Londynu, a następnie do Stanów Zjednoczonych. Muzeum Powstania Warszawskiego Kiedy przekroczysz próg Muzeum Powstania Warszawskiego, pierwszym dźwiękiem, jaki usłyszysz jest łomot ludzkiego serca. Czuję jak narasta we mnie napięcie. Mój puls rośnie, zrównując się z głośnym pulsowaniem głośników. Nagle znajduję się w centrum Warszawy w 1944 r. Stoję obok kulami przeszytej ściany i słyszę przeszywający swym wyciem powietrze złowrogi warkot niemieckich Sztukasów, samolotów, którymi Hitler bombardował Polskę,. Jedyne, o czym mogę myśleć to, że moja mama nigdy nie mogłaby odwiedzić tego miejsca. Dorastałam słysząc jej opowieści o tym, jak złowieszczy świst Sztukasów podrywał całą jej rodzinę do szukania ukrycia. Nie zniosłaby tego dźwięku ponownie. Zawsze oznaczał on, że śmierć i zniszczenie są o chwilę stąd. Moje gardło ściska się na tę myśl. Muzeum stworzone jest z myślą dania namacalnego, do szpiku kości przeszywającego, doświadczenia tamtych dni w okupowanej przez nazistów Warszawie. Wystawy prezentują taśmy filmowe z nagraniami wspomnień ludzi, którzy przeżyli te dwa miesiące terroru. Wszystkie są opatrzone napisami w języku angielskim. Zastanawiam się ilu Amerykanów odwiedzi to muzeum? Niewielu przecież wie o tej walce. Normandia, Midway, Okinawa - to punkty odniesienia dla większości Amerykanów, gdy myślą o II wojnie światowej. Ale tutaj zaczyna się i kończy życie mojego ojca. Z okresu lat 1939 do 1944, to właśnie te 63 dni najbardziej oddziałują na jego życie po dzień dzisiejszy, pomimo upływu 61 lat. Znajduje się tu imitacja włazu i kanału, przez które można się przeczołgać, ale jest czysto i sucho. Trudno mi sobie nawet wyobrazić jak wyglądało przejście kanałami podczas sierpniowych upałów, kiedy tysiące ludzi korzystało z nich, jako jedynej drogi ucieczki, pod nosem Niemców. W ubiegłym roku, dla uczczenia 60-ej rocznicy wybuchu powstania, muzeum zostało otwarte w obecności czterech tysięcy powstańców, tych, którym udało się je przeżyć. Były to pierwsze, na większą skalę, obchody tego wydarzenia od czasu wybuchu powstania. Przez prawie 45 lat Polsce nie wolno było pamiętać i czcić męstwa swoich wojowników o wolność. Po powolnym, uważnym przejściu wszystkich trzech poziomów zaczyna mnie ogarniać poczucie winy. Nawet nie chcę tu być w tej chwili. Czuję, że powinnam przeprosić moich rodziców, za to, że wstydziłam się kiedyś ich i mojego

dziedzictwa. Jak mogłam, choć w części, zrozumieć to, co oni przeżyli? Tutaj, pośród tych przyciemnionych korytarzy, twarzą w twarz z czarnobiałymi, pełnowymiarowymi obrazami przedstawiającymi okrucieństwa wojny, czuję się udręczona. Czuję, że w pewnym stopniu zdradziłam moich rodziców. Jako dziecko wstydziłam się za nich. Tutaj odnajduję, że są oni właściwie moimi bohaterami; tylko że nigdy przedtem nie zdawałam sobie z tego sprawy.

czas obiadu, spotkam około tuzina ludzi należących do dwóch rodzin. Jedna, to rodzina najserdeczniejszych przyjaciół mego ojca, a druga, to rodzina jego pierwszej młodzieńczej sympatii. Nie łączą nas więzy krwi, ale jesteśmy przyjmowani jak swoi i czuję się jakbym odnalazła dawno zagubioną rodzinę. Ania, dwudziestojednoletnia studentka architektury mówi biegle po angielsku. Staje się od razu moją łączniczką, tłumaczącą przez następ-

W drodze na Wawel. Nina i rycerz.

Jest to kłopotliwe i „niewygodne” dla mnie miejsce. Wydaje mi się jakby grunt usuwał mi się spod nóg. Mój ojciec nie towarzyszy mi podczas tej wizyty w muzeum, pozostał w pokoju hotelowym, by odpocząć. Jestem zadowolona, że go tutaj ze mną nie ma. Chcę być teraz sama, by uporządkować wszystkie swoje doznania i uczucia. Chciałabym wyjść, ale czuję, że muszę tu pozostać tak długo, jak tylko się da. Potem, przez całe popołudnie próbuję opanować napływ łez.

Mosina – rodzinne miasto ojca Wyruszamy do Mosiny, niewielkiego miasteczka oddalonego o 30 minut od Poznania, dużego miasta przemysłowego zachodniej Polski. Podróż pociągiem trwa około czterech godzin. Ojciec śpi, a ja oglądam krajobrazy za oknem. W przedziale jest czysto i przytulnie. To dla mnie chwila wytchnienia przed kolejnym tygodniem wypełnionym wizytami u nigdy przedtem mi nieznanych przyjaciół i rodziny. Mosina jest miasteczkiem dzieciństwa i wczesnej młodości mojego ojca. Powiedział mi, że z tym miejscem wiążą się jego najszczęśliwsze wspomnienia. Następnego dnia, pod-

nych kilka dni zawiłości językowe, szczególnie, kiedy rozmowa dotyczy polityki i ekonomii. Potrafię sobie poradzić z: „proszę podać chleb” i “dziękuję”, ale czuję się głupio demonstrując swoją ignorancję w tym, co powinno być przecież moim ojczystym językiem. Rodzina Ani jest wspaniała. Jej mama i trzy ciocie od razu wciągają mnie w rozmowę na wiele tematów. Przy uginającym się od potraw stole rozmawiamy w dwóch językach i po czterech godzinach czuję się jak w domu. Nie mogę się jednak oderwać od przeszłości mego ojca, gdyż nasi przyjaciele zapowiadają odwiedziny kolejnego miejsca martyrologii narodu polskiego. Kiedy hitlerowskie wojska wkroczyły do Polski, rozpoczęły się masowe egzekucje. Podczas uroczystości upamiętniających te wydarzenia w Domu Kultury mój ojciec otrzymuje odznaczenie kombatanckie. Później, wraz z innymi weteranami i członkami rodzin, maszerujemy w kierunku głównego placu miejskiego. Ania wyjaśnia, że obelisk i tablica pamiątkowa znajdująca się na ścianie po przeciwległej stronie upamiętnia piętnastu niewinnych mieszkańców zamordowanych z zimną krwią na

oczach ich rodzin. Ten scenariusz powtarzał się w wielu miastach całej Polski podczas pierwszych tygodni inwazji. Mój ojciec podchodzi do obelisku i składa pod nim wiązankę kwiatów, staje na baczność i oddaje honory wojskowe. Uświadamiam sobie, że znał przecież większość z tych piętnastu ludzi. W czasie, gdy doszło do tej masakry, on, jako podchorąży, przyszły oficer, wycofywał się już w głąb Polski, starając się nawiązać, wśród chaosu, kontakt z innymi oddziałami wojskowymi. Powiedział mi później, iż przypuszczał, że jego ojciec mógł być jedną ze straconych tu ofiar. Na szczęście, jego rodzice przetrwali okupację.

Polska okiem turysty Przez ostatnie dwa tygodnie mojego pobytu w Polsce zanurzam się w doznania odwiedzającego kraj turysty. Poznań jest żywym, kolorowym miastem. Mój ojciec zatrudnia dla mnie przewodnika mówiącego po angielsku, który chce mi pokazać wszystko w swoim ukochanym mieście i porywa mnie w wir dwunastu wieków lokalnej historii. Odwiedzamy katedrę, jemy pierogi i soczystą kaczkę z wiśniami w historycznej restauracji pod ceglanym, gotyckim łukiem. Zatrzymujemy się w muzeum instrumentów, gdzie oglądam odlew dłoni Chopina wystawionej tuż obok klawikordu, na którym kiedyś grał. Ania i ja wychodzimy jednego wieczoru na rozmowę przy kawie i naleśnikach, w jednej z wielu kawiarenek otaczających Stary Rynek w Poznaniu. Chciałaby studiować architekturę w Stanach Zjednoczonych, a ja zastanawiam się czy mogłabym jej w tym jakoś pomóc. Ania jest ładna, kształtne kości policzkowe, ładna cera i migdałowe oczy, tak charakterystyczne dla wielu słowiańskich dziewcząt. Jest nowoczesna i szykowna, a przy tym, tuż pod tą powierzchownościa, kryje się w niej coś z czaru „starego świata”. Jest Polką posowieckiej ery, wrośniętą w dzisiejszą atmosferę wolności i indywidualności. Jednak pamiętając najnowszą, smutną i tragiczną, historię swego kraju, niczego nie traktuje za rzecz do końca pewną. Żegnam się z Anią z prawdziwym żalem. Mam nadzieję, że ją jeszcze kiedyś zobaczę. Z obecną wymianą dolara w stosunku do złotówki Polska jest prawdziwym rajem dla turystów. Po drugiej stronie ulicy niedaleko hotelu, w którym mieszkamy znajduje się, przebudowane ze starego browaru wielkie, supernowoczesne centrum handlowe. Na parterze znajduję tanie stoisko ze słodyczami. Przed samym wyjazdem z Poznania kupuję tu około 3 kg. różnych smakołyków dla moich dzieci. Pod względem jakości nie ustępują one w niczym renomowanym wyrobom belgijskim czy szwedzkim. Wydaję około siedmiu dolarów amerykańskich. Piękny i wiekowy Kraków jest swojego rodzaju nagrodą po tak wielkiej dawce mrocznej historii. Historyczne miejsca, piękne kościoły, nastrojowe kawiarenki, kluby jazzo-

Fot. Nina McDonald

Ojciec autorki, Marian Dobrowolski oddaje hołd rozstrzelanym.

we i liczne butiki z galanterią mieszają się w szykowną całość. Przypomina mi to nieco Wiedeń z jego szerokimi, wysadzanymi pięknymi parkami, ulicami i białymi dorożkami. Spędzam cztery dni wchłaniając wszystkie widoki, dźwięki i smaki miasta. Trudno mi zdecydować się na tylko jedną parę bursztynowych kolczyków z tysięcy ozdób połyskujących na stoiskach Sukiennic, starego centrum handlowego położonego pośrodku rynku. Ceny są trzykrotnie niższe od tych, jakie musiałabym zapłacić w Stanach. Spotykamy się z przyjaciółmi na obiedzie w nastrojowym wnętrzu hotelu “Copernicus”, w którym mieszkał prezydent Bush podczas swojej wizyty w Polsce w 2003 r. Dwunastowieczne freski zdobią ściany tego, piętnastopokojowego hotelu. Atmosfera jest magiczna, przy migocącym świetle świec Madonna i anioły przyglądają mi się sączącej powoli puchar wina i zajadającej się dziczyzną. Czuję się jak średniowieczna dama. Potrzebny jest mi tylko rycerz w błyszczącej zbroi, który uniósłby mnie daleko na swoim rączym rumaku. Rankiem, mój przewodnik zabiera mnie na Wawel. Zwiedzamy zamek, przechodzimy do zbrojowni i tam dostrzegam zbroję husarza. Orle pióra, w całej okazałości lekka srebrzysta zbroja - wygląda jak wyjęta prosto ze stron epickiej legendy. Zbroja godna czarodziejskiego księcia. Czyżby Tolkien odwiedził Polskę przed napisaniem “Władcy Pierścieni”? Wyobraźnia niesie mnie teraz na pole bitwy. Oczyma duszy widzę setki skrzydlatych rycerzy na ognistych rumakach, kolano przy kolanie, prących do przodu, gotowych do ataku. Są w mniejszości, ale zdyscyplinowani i stanowczy. Trąbka gra i nieprzyjaciel ucieka w popłochu, kiedy jeźdźcy uderzają do boju a wiatr świszcze w ich skrzydłach. Znowu zwycięstwo! Jak romantycznie, jak bohatersko! Cóż za podnoszący na duchu obraz! Być Polakiem - to nagle staje się wspaniałym uczuciem!

Pożegnanie ojczyzny Ostatnie trzy noce spędzamy w Warszawie, a następnie wyruszamy na dwa dni do Londynu, by spotkać przyjaciół. To była intensywna, męcząca, ale i fascynująca podróż. Podczas przelotu do domu zastanawiam się, kiedy tu znowu powrócę. Muszę znaleźć sposób, by przywieźć tu wszystkie moje dzieci. Chcę, by zobaczyły ten cudowny kraj i jego wspaniałych mieszkańców, by i oni mogli odkryć swoje dziedzictwo. No, bo przecież, z historią tak bogatą, tak interesującą i przemawiającą do wyobraźni powinni być dumni, że są Polakami, nieprawdaż? Ja teraz wiem, że jestem!


10

Czas Mosiny 1 (7) styczeń 2013

Miejskie Gimnazjum Koedukacyjne Jacek Szeszuła

25 stycznia mija 68 rocznica wyzwolenia naszego miasta spod okupacji hitlerowskiej. Już 1 marca 1945 r. rozpoczęła się w Mosinie nauka dla około 800 dzieci na poziomie szkoły podstawowej. Wczesną wiosną 1945 r. władze miasta podjęły również starania o powołanie do życia gimnazjum miejskiego, które miało umożliwić miejscowej młodzieży zdobywanie wykształcenia na miejscu, w Mosinie.

Poznaniu, w latach 1930-31 profesor Prywatnego Liceum im. Królowej Jadwigi w Poznaniu, na początku 1945 roku nauczyciel w Państwowym Gimnazjum w Zakopanem, od 1.09.1945 do 31.09.1946 nauczyciel matematyki, fizyki i przyrody w mosińskim gimnazjum. Halina Kościńska ur. 4.03.1901r.

ORGANIZACJA GIMNAZJUM Zarząd Miejski pracujący pod kierunkiem burmistrza Macieja Nowaczyka, widząc olbrzymie zapotrzebowanie społeczne w zakresie uzupełniania wykształcenia, postanowił utworzyć miejskie gimnazjum. Dużą przysługę dla tej sprawy oddał nauczyciel Edmund Adamski, który wrócił do Mosiny wraz z rodziną pod koniec marca 1945 r. z wysiedlenia w Generalnym Gubernatorstwie. 10 kwietnia 1945 roku, zaledwie 2 i pół miesiąca po wyzwoleniu, Zarząd Miejski ogłosił, że 12 i 13 kwietnia tego roku w budynku poniemieckiej szkoły przy ul. Kolejowej Pan Adamski będzie zapisywał wszystkich chętnych, którzy chcą podjąć naukę w tworzonym gimnazjum. Zapisy miały wykazać skalę potrzeb i miały charakter sondażowy. W oparciu o zebrane dane, Zarząd Miejski w Mosinie wystąpił 8.05.1945 r. do Kuratorium Okręgu Szkolnego Poznańskiego o wyrażenie zgody na utworzenie gimnazjum państwowego. Jak na ówczesne warunki, odpowiedź była wręcz błyskawiczna. Już 25 maja Kuratorium stwierdziło, że nie jest możliwe utworzenie gimnazjum państwowego, lecz tylko miejskiego. Kuratorium nie przewidywało utworzenia takiego typu szkoły w Mosinie ze względu na konieczność poniesienia kosztów organizacji i utrzymywania takiej placówki oświatowej. Miasto zostałoby zmuszone do pokrycia wszelkich kosztów związanych z procesem przygotowania i adaptacji odpowiedniego budynku i terenu, zakupem mebli, doborem i opłaceniem zatrudnionej do nauczania kadry. W tym układzie do Kuratorium należałby tylko nadzór pedagogiczny nad prowadzoną działalnością dydaktyczną w gimnazjum. Ówczesny Zarząd Miejski wcale tym się nie przeraził i konsekwentnie kontynuował prace organizacyjne. Do współpracy wciągnięto również ostatniego przedwojennego proboszcza mosińskiej parafii – ks. Lucjana Hoendschke, który już wstępnie wyraził zgodę na korzystanie przez przyszłe gimnazjum z pomieszczeń Domu Parafialnego (Katechetycznego), wraz z sanitariatami (postawiony wymóg). Już 15 lipca 1945 r. o godz. 10, odbyło się w budynku Szkoły Powszechnej przy ul. Kościelnej zebranie organizacyjne kandydatów do I i II klasy gimnazjalnej. Zebranie prowadził Edmund Adamski. Zapisy trwały jeszcze przez miesiąc. Na ich podstawie, do klasy I przyjęto 35 uczniów, utworzono również klasę II. W tym krótkim okresie czasu, aż 108 kandydatów zgłosiło się na kursy przygotowawcze prowadzone przez Edmunda Adamskiego. Zarząd Miejski zaplanował również otwarcie szkoły zawodowej.

Poświęcenie gimnazjum – w środku ks. proboszcz Roman Hildebrandt.

Jeszcze w sierpniu tego roku Rada Miejska na sesji w dniu 9.08.1945r. podjęła jednogłośnie uchwałę o utworzeniu MIEJSKIEGO GIMNAZJUM KOEDUKACYJNEGO z dwiema klasami I i II. Szczęśliwie wszystko się składało, ponieważ dzień wcześniej miasto przejęło, jako mienie poniemieckie majątek Budzyń wraz z pałacykiem, którego ostatnim właścicielem był Bogdan Neneman. Obiekt ten, wybudowany w II połowie XIX wieku, położony w dobrze utrzymanym i zamykanym na noc ogrodzonym parku, został przeznaczony na gimnazjum. Wymagał jednak remontu i przystosowania do pełnienia nowej funkcji. Początkowo nauka odbywała się w Domu Katolickim. W tym czasie tj. do przełomu 1945/46, trwał intensywny remont pałacu, wykonywany przez mosińskich rzemieślników. I tak: stolarz Surdyk wykonał i uzupełnił stolarkę drzwiową oraz wstawił brakujące szyby w oknach, malarz Chmielewski wymalował stolarkę okienną i drzwiową, ówczesna Mosińska Fabryka Mebli kierowana przez Andrzeja Zabla wykonała 12 stołów uczniowskich o wartości po 800 zł każdy. Zarząd Miejski z mebli magistrackich podarował 9 stołów i 13 krzeseł, 1 biurko oraz 1 szafę. W efekcie tych działań, w styczniu 1946 roku, uczniowie gimnazjum wprowadzili się do wyremontowanych pomieszczeń. Były i wydatki niespodziewane. W maju 1946 roku, gwałtowny huragan uszkodził część pokrycia dachowego, co trzeba było naprawić nie patrząc na koszty. Budżet gimnazjum wynosił w 1946 r. 123 400 zł a w 1947 roku już 275 500 zł. W tym okresie subwencja ze Starostwa Powiatowego w Śremie wynosiła 20 000 zł. W 1948 roku dochody gimnazjum z różnych wpłat wynosiły 252 000 zł a wydatki 329 800 zł. O determinacji władz miejskich

w tym zakresie świadczy fragment przemówienia burmistrza Macieja Nowaczyka na sesji Rady Miejskiej w dniu 31.01.1946 r. „Podjęliśmy się dzieła wielkiego. Stworzyliśmy coś, czego miasto nasze przed wojną nie posiadało. Placówkę tę podtrzymamy i odpowiednio rozwiniemy. Wierzę, że nie tylko nasze dzieci, ale i przyszłe pokolenia wdzięczne nam będą, że daliśmy im możność uczenia się na miejscu. Dojeżdżająca młodzież wie doskonale, jak bardzo utrudnia im pracę, osłabia ich siły i zdolność myślenia uciążliwy dojazd do szkół pozamiejscowych. Te wszystkie przeszkody usunęliśmy naszej młodzieży tworząc jej gimnazjum na miejscu.”

KADRA NAUCZYCIELSKA Z terminem od dnia 1.09.1945 roku, Kuratorium Okręgu Szkolnego Poznańskiego powołało na dyrektora placówki Pana Karola Peruckiego, emerytowanego wizytatora Kuratorium, urodzonego 25.09.1885 r. w Puszczykowie i tam zamieszkałego. Karol Perucki był absolwentem Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Poznańskiego z 1924 roku. Kadrę nauczycielską w tym okresie stanowili: Witold Feigel ur. 16.11.1911 r. mgr filozofii z zakresu historii i łaciny, nauczyciel w Państwowym Liceum i Gimnazjum w Mielcu, w latach 19391944 zaangażował się w prowadzeniu tajnego nauczania w Mielcu. Ks. Tadeusz Myszczyński ur. 29. 09.1914 r. absolwent Seminarium Duchownego w Poznaniu, w latach 1941-1944 prowadził tajne nauczanie w Warszawie. Emilia Hoppe ur.10.1907 r. absolwentka Wydziału Filozoficznego z zakresu matematyki Uniwersytetu w

profesor Liceum im. Dąbrówki w Poznaniu, dyplomowany nauczyciel języków obcych w gimnazjum. Edmund Adamski ur. 27.07.1902r. w Krajkowie, ukończył Seminarium Nauczycielskie z zakresu matematyki, fizyki i zajęć praktycznych, od 1924 r. nauczyciel w Mosinie. Zmarł 27.09.1995 r. K a z i m i e r z M y s z k i e r u r. 21.01.1907r. w Rawiczu, ukończył Państwowy Kurs Nauczycielski w Poznaniu. Od 1.09.1929 r. do wybuchu II wojny, nauczyciel szkoły powszechnej w Mosinie. Zmarł 24.07.1996 r. Łucja Beisert ur. 8.10.1910 r. ukończyła Seminarium Nauczycielskie w Poznaniu, od 1930 r. pracowała w Szkole Ćwiczeń Nr 1 w Poznaniu, następnie w Chorzowie, Śremie i od 1934 roku w Mosinie. W różnych okresach, w zależności od potrzeb, byli dodatkowo zatrudniani: Helena Wolska nauczyciel j. angielskiego od 1.09.1946 – 31.09.1947, Zygmunt Michałowski, jako anglista od maja do czerwca 1947, Zbigniew Miczko, który został zatrudniony w charakterze nauczyciela matematyki oraz Mieczysław Feigel w latach 1946-1947. W 1948 roku zatrudnione były również: Helena Dolata - nauczyciel śpiewu i rysunków oraz Maria Dybizbańska. Z zachowanej szczątkowej dokumentacji dotyczącej gimnazjum wynika, że umowę o pracę z nauczycielami tej szkoły zawierał Zarząd Miejski. Uposażenie dyrektora wynosiło 2000 zł a nauczycieli 1300 zł na 1 etat. Utrzymaniem obiektu w czystości i porządku zajmowały się sprzątaczki, panie Pelagia Olejniczak i Janina Fajfer.

UCZNIOWIE Marian Obierski: „pamiętam jak pod koniec nauki w szkole podstawowej w 1945 roku, pan Adamski

chodził po klasach w budynku przy ul. Kościelnej i pytał, kto chciałby kontynuować naukę w gimnazjum w Mosinie. Mój brat, Kazimierz, zgłosił się od razu. Był o dwa lata starszy. Ja przedyskutowałem sprawę z rodzicami i też zapisałem się. Początkowo tj. od września do grudnia, nauka odbywała się w Domu Katolickim przy ul. Kościelnej, obok ruin spalonego kościoła. Od stycznia 1946 roku przenieśliśmy się do pałacu na Budzyniu. W sali na parterze, po lewej stronie od wejścia, uczyła się II klasa. Był tam mój brat Kazimierz. Po stronie prawej, w większej sali byliśmy my – I klasa gimnazjum”. W życzliwej pamięci uczniów zachowały się jeszcze dwie osoby: ks. Wikary Stopa – sportowiec, organizator licznych wycieczek i rozgrywek sportowych oraz biskup Walenty Dymek, który udzielał mieszkańcom Mosiny w tym gimnazjalistom - sakramentu bierzmowania. Uroczystość ta miała miejsce w drewnianym kościele - baraku, który został postawiony na placu przy ul. Spokojnej. Jerzy Nowotny z Kalisza, w liście z 23.01.1999 r. napisał: „w gwarze uczniowskiej to „mosińska buda”wspaniała, ale i równocześnie jak dla nas niełatwa. Należy pamiętać, że większość z nas praktycznie nie uczęszczała do szkoły podstawowej /powszechnej/, gdyż przeszkodziła wojna. Realizowaliśmy równocześnie wówczas program klasy „0”, którego celem było wyrównanie poziomu nauczania miedzy szkołą podstawową a gimnazjum. Do końca życia będę pamiętał egzamin z matematyki, gdzie spośród kilku zadań nie potrafiłem wykonać tylko jednego – zamienić 5/7, na ułamek dziesiętny – to było bardzo przykre, ale dzisiaj … zabawne. Szkołą zarządzał niskiego wzrostu, b. dostojny p. Karol Perucki z Puszczykowa, doraźną opiekę medyczną sprawował lekarz p. dr Murkowski. Naszą szkołę odwiedzał często ks. proboszcz Hildebrandt, a ks. Stopa – istotnie popularyzował idee sportu. O ks. Stopie krążyły wieści, że – jako kapelan wojskowy – służył w Anglii w Dywizjonie Nocnym 307 w czasie wojny.” Warto też wspomnieć, że uczniowie aktywnie włączali się w prace związane z porządkowaniem i odgruzowywaniem spalonego kościoła. Do pewnego czasu byli przecież sąsiadami jego wypalonych ruin. Wiodącą ówczesną organizacją skupiającą uczniów było harcerstwo, które w Mosinie miało bogate, rodzinne, przedwojenne tradycje. To przekładało się na jej powojenną kontynuację i aktywność młodzieży gimnazjalnej. W miarę swoich możliwości i posiadanych środków, szkoła starała się pomagać finansowo uczniom. W marcu 1946 roku stypendia otrzymali: Barbara Skibińska z klasy II – 2000 zł, Adam Lichota z klasy I – 1000 zł, Jerzy Wacławik z klasy I – 1000 zł (repatriant z Wołynia, syn leśniczego z Ludwikowa), Hieronim Różański – 1500 zł. W ciągu trzech lat istnienia z nauki w gimnazjum skorzystało około 100


11

Czas Mosiny 1 (7) styczeń 2013

dokończenie ze str. 10 uczniów, którzy mieszkali w Mosinie i okolicznych wioskach, ale również młodzież z Puszczykówka i Puszczykowa. Niektórzy z nich osiągnęli poważne sukcesy w pracy zawodowej. Niestety, ograniczona ilość miejsca uniemożliwia pokazanie chociażby niepełnej listy uczniów.

RODZICE GIMNAZJALISTÓW Rodzice uczniów chętnie wspierali swoimi działaniami nową szkołę. Już 15.11.1945 roku powstało Koło Rodzicielskie. Jako cel działania postawiło sobie, aby codziennie dożywiać młodzież przez ciepłe posiłki. Celem szczegółowego zorganizowania tej akcji, powołano komitet w składzie: Andrys, Wosińska, Jerzakowa. Na tym zebraniu omawiano też uroczystość poświęcenia gimnazjum. Zaplanowano to wydarzenie na 15.12.1945 roku. W tym celu Koło Rodzicielskie wyłoniło spośród siebie Komitet Organizacyjny. Jego skład był następujący: Andrys - przewodnicząca, Nisson - zastępca, Łasecka - ławnik, Neldnerowa – skarbnik, Nowotna – zastępca, Jerzakowa – członek, Olszańska – członek, Wosińska – członek, Kałkowa – członek, Węcławkowa – członek (skład w wersji oryginalnej). Uroczystość miała miejsce 6 tygodni później, 31 stycznia 1946 roku. Poświęcenia dokonał ks. Roman Hildebrandt. Rodzice uczniów starali się partycypować w kosztach utrzymania gimnazjum, wnosząc opłaty na Koło Rodzicielskie i uiszczając tzw. wpisowe. W 1947 r. 100 rodziców wpłaciło wpisowe w wysokości 100 zł od ucznia. Dało to kwotę 10 000 złotych. Koszty jednak rosły i przerastały ofiarność…

Białe szaleństwo na Górze Pożegowskiej Joanna Nowaczyk

W czasie zlodowacenia środkowopolskiego, ponad najbliższą okolicę Poznania wyrosła Morena Pożegowska z kulminacyjnym punktem Osową Górą 132 m n.p.m. Wzgórze to, zwane również Pożegowską Górą, ze względu na swoje naturalne ukształtowanie, w okresie zimowym od dawna cieszy się powodzeniem wśród amatorów sportów zimowych, nie tylko z najbliższej okolicy… Już w roku 1938, Jan Kilarski w swoim „Przewodniku po Wielkopolsce” pisał o Morenie Pożegowskiej: Piękno krajobrazu tej okolicy zwabia mieszkańców Poznania o każdej porze, nie wyłączając zimy, kiedy uwijają się tu narciarze korzystając ze skłonów Pożegowskiej góry (przy stacji Ludwikowo i ze skłonów morenowego wału na południowym skraju lasu (…) W porze letniej i w okresie zimowym, narciarskim kursują specjalne pociągi wycieczkowe; wychodzą one w Poznaniu z dworca wycieczkowego (bilet turystyczny, ulgowy) i mijając Mosinę, wjeżdżają w lasy na wysoki wał ponad jeziorem Budzyńskim… Również w okresie powojennym, Morena Pożegowska stała się dla

rozszerzył wniosek inż. Zalisza, proponując wykorzystanie dla celów raczej ściśle narciarskich stoków północnego wzgórza, na których śnieg zalega dłużej, niż na stoku południowym, proponowanym na tor saneczkowy. Jak czytamy dalej w tym czasopiśmie, wizja lokalna w terenie potwierdziła jego wysokie walory dla proponowanych celów, a bliskość „przystanku kolejowego” Mosina-Pożegowo, dogodny dojazd dla aut i motocykli oraz plany budowy kawiarni w pobliżu wzgórza, utwierdziły zebranych o celowości podjęcia starań o realizację projektu. Jasnym jest, że MRN [Miejska Rada Narodowa – przyp. autor] m. Mosina nie podoła sama w wykonaniu rozle-

EPILOG Trzeba pamiętać, że Zarząd Miejski przy pomocy swoich funduszy utrzymywał gimnazjum, co było dużym wysiłkiem budżetowym. 31 maja 1948 roku, w związku z zapowiedzianą reformą systemu oświaty, Zarząd skierował zapytanie do Kuratorium Oświaty w Poznaniu dotyczące zasad funkcjonowania Miejskiego Gimnazjum Koedukacyjnego w Mosinie w roku szkolnym 1948/49. Pismem z dnia 2 lipca 1948 r. Kuratorium odpowiedziało, że „nie przewiduje się istnienia gimnazjum miejskiego w Mosinie”. (w podpisie Franciszek Załachowski). Los gimnazjum został przypieczętowany. Spowodowało to rozpoczęcie procedury likwidacyjnej oraz rozwiązywanie umów o pracę z nauczycielami. Przed uczniami dotychczasowego gimnazjum pojawiło się pytanie: co dalej? Decyzja Kuratorium pozbawiła mosińską młodzież szkoły średniej w miejscu zamieszkania. Konsekwencją tego były m.in. tułaczki pociągowe, stresy i upokorzenia, stracony czas, czego doświadczały liczne roczniki młodzieży zdobywające wykształcenie poza Mosiną. 1 marca 1949 r. Maciej Nowaczyk, który był przewodniczącym Koła Rodzicielskiego, zdał w Urzędzie książeczkę oszczędnościową z wkładem 20 213 zł. 28 lipca 1949 r. Zarząd zadecydował o przeznaczeniu w/w kwoty na rozbudowę budynku szkolnego przy ul. Szkolnej. Artykuł ten jest poprawionym przedrukiem materiału, jaki został napisany w marcu i maju 1998 roku dla gazety ZIEMIA MOSIŃSKA. Zdjęcia opracował Jakub Szeszuła.

Fot. archiwum rodzinne autorki

Sezon narciarski na Janosiku – koniec lat 70-tych.

mieszkańców Poznania i najbliższej okolicy saneczkowym i narciarskim rajem. W połowie lat 60. minionego stulecia, pojawił się pomysł wybudowania na stoku Moreny Pożegowskiej torów zjazdowych dla narciarzy i saneczkarzy. Zgłosił go inż. Andrzej Zalisz z Mosiny, pasjonat „białego szaleństwa”, który miał kontakty również z narciarzami z Poznania, ściślej z sekcji narciarskiej Oddziału PTTK w Zakładach im. Hipolita Cegielskiego. – W tamtym czasie – opowiada dziś Andrzej Zalisz – narciarstwo było bardzo popularne. Do Osowej Góry na narty przyjeżdżało bardzo dużo ludzi z Poznania, chodzili tam i Mosiniacy, także i ja. Informator miesięczny Oddziału PTTK – HCP „Kociołek” z października 1965 r. podaje: W wyniku zgłoszonego wniosku, w dniu 1 bm. odbyła się w sali posiedzeń Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Mosinie narada połączona z wizją lokalną w terenie.(…)Dyrektor WPN

głych prac, konieczna będzie pomoc społeczeństwa m. Poznania, które tak licznie odwiedza tereny WPN, pomoc zakładów pracy naszego miasta, organizacji społecznych, młodzieżowych i itp., a „rzecz” naprawdę warta jest zachodu… . Do realizacji tego zamierzenia wówczas jednak nie doszło. Dopiero wiosną 1970 roku, „Gazeta Poznańska” „rzuciła” hasło budowy na północnym stoku Moreny Pożegowskiej wyciągu narciarskiego typu „Janosik”. Propozycja ta została szybko podchwycona przez poznańskich i okolicznych narciarzy. We wrześniu tegoż roku, gazeta pisała: Dotychczas zapadły już decyzje dotyczące lokalizacji wyciągu narciarskiego, schroniska z bufetem oraz parkingu samochodowego. Grupa inżynierów z Wielkopolskiego Biura Projektów, której największym entuzjastą Janosika jest inż. Zbigniew Rutkowski, przy wydatnej pomocy dyrektora WBP inż. Jerzego Matuszewskiego, opracowała w ramach czynu społecz-

Źródło: youtube.pl, autor: „Barsoliss”

Grudzień 2010 - tłok na stoku.

nego wstępną koncepcję zagospodarowania terenu… Wyciąg linowy miał być zlokalizowany w zachodniej części stoku. Według tego projektu, w dolince poniżej wyciągu planowano budowę bufetu z ciepłymi napojami. Lokalizacja taka wydaje się nam najszczęśliwsza. Tam skupia się zimą większość przyjezdnych z uwagi na piękno krajobrazu, osłonięcie od wiatru i dobre nasłonecznienie. Stąd jak na dłoni widać cały stok slalomowy. Czekając w kolejce do wyciągu, będzie można skoczyć do odległego o kilkadziesiąt metrów bufetu na łyk herbaty… – pisała „Gazeta Poznańska”. W budowę „Janosika” włączyło się czynnie społeczeństwo, o czym zaświadczają nie tylko materiały prasowe, ale m.in. również „Kronika Szkoły Podstawowej nr 2 w Mosinie”: Grudzień 1970 – Z inicjatywy Gazety Poznańskiej na terenie Osowej Góry przystąpiono do budowy wyciągu narciarskiego typu Janosik. Pomoc zadeklarowały poznańskie zakłady pracy i społeczeństwo i na 13 grudnia 1970 r., zaproszono wszystkich chętnych do prac na stoku. Z naszej szkoły było30 członków SKS - Szkolnego Klubu Sportowego. Autor wpisu Jacek Szeszuła – emerytowany nauczyciel i dyrektor tej szkoły, wraz z grupą uczniów uczestniczył w pracach społecznych przy budowie „Janosika”. Praca ta polegała na kopaniu rowka pod kabel do zainstalowania wyciągu. Także pracownicy Wojewódzkiego Biura Projektowego włączyli się czynnie w budowę. – Była to praca społeczna, dobrowolna. Przygotowywaliśmy teren pod wyciąg wyrównując go – wspomina Mirosława Jungerman, wówczas pracownica WBP. Elementy wyciągu zbudowali narciarze z „Cegielskiego”, po godzinach pracy. Mechanizm był prosty. Składał się z silnika elektrycznego z przekładnią, zasilanego od słupa energetycznego zlokalizowanego nad Jeziorem Kociołek. Napędzał on stalową linę, na którą, chcąc podjechać pod górkę, narciarze wpinali się zaczepami z drewnianą rączką… Projektowany schron z bufetem nigdy nie powstał, ale wyciąg działał

przez kilkanaście lat. Od niego też, wzniesienie stanowiące zwieńczenie zachodniej części Moreny Pożegowskiej przyjęło potoczną nazwę „Janosik”, jaką okoliczni mieszkańcy i dawni bywalcy, zwykli nazywać ten stok do dzisiaj. Wspominając czasy dzieciństwa i wczesnej młodości i ja pamiętam dziesiątki zimowych kursów pociągiem relacji Poznań – Osowa Góra. Jako mieszkanka poznańskiego Dębca, przyjeżdżałam tam najpierw z rodzicami, potem przyjaciółmi na saneczki, by pozjeżdżać z właśnie z „Janosika”… Jednak wyciąg stanowiący jak na ówczesne czasy atrakcję, rozczarował nieco narciarzy. – Gdy zimy były ubogie w śnieg, ścieżka wzdłuż wyciągu szybko wycierała się i nie można było podjeżdżać pod górę – opowiada A. Zalisz. – Ludzie spodziewali się, że ten wyciąg będzie lepszy, a z kolei koszty jego modernizacji były zbyt wysokie. Jak wspomina dalej inż. Zalisz, po jakimś czasie wielu narciarzy przeniosło się na stok południowy, poniżej „Studni Napoleona”, gdzie jednak po zjeździe trzeba było podchodzić pieszo pod górę. Obecność wyciągu na stoku północnym powoli straciła też przychylność dyrekcji Wielkopolskiego Parku Narodowego… W roku 1984, Inspektorat Nadzoru Technicznego Polskich Kolei Państwowych, który był administratorem obiektu, wydał decyzję o zamknięciu „Janosika”, gdyż nie spełniał już wymogów technicznych i przepisów związanych z bezpieczeństwem użytkowników. Z powodu braku środków na zakup nowych urządzeń, wyciągu już nigdy nie uruchomiono. Zapewne przyczyniła się do tego także perspektywa usypania toru saneczkowego i uruchomienia wyciągu nad Maltą planowana wówczas na rok 1988. Od roku 1991 północny stok narciarski porasta las nasadzony przez WPN. Ale pasjonaci zimowych sportów, nie porzucili skłonów Góry Pożegowskiej. Przy śnieżnych zimach i sprzyjających warunkach, południowy stok staje się rajem dla narciarzy, saneczkarzy, czy snowboardzistów – amatorów białego szaleństwa….


12

Czas Mosiny 1 (7) styczeń 2013

Tu na razie jest ściernisko, czyli...

Budowa na ziemi rolnej Monika Cybal

Grunty rolne są często położone w malowniczym otoczeniu łąk, pastwisk, lasów. Zamieszkanie w takim miejscu jest marzeniem wielu ludzi. Budowa na ziemi rolnej jest ciekawą inwestycją dla osób, których nie odstraszają urzędowe formalności, mają czas i motywację, żeby zgłębić temat. Zakup ziemi rolnej Zgodnie z obowiązującym prawem, Agencja Nieruchomości Rolnych (ANR) ma prawo pierwokupu w stosunku do gruntów o powierzchni większej niż 5 ha. Działki mniejsze możemy kupić bezpośrednio od sprzedającego bez zgody ANR, dzięki czemu sam zakup ziemi rolnej jest dużo łatwiejszy niż kilka lat temu.

Zmiana przeznaczenia gruntu rolnego na budowlany Grunty rolne wszystkich klas położone w granicach administracyjnych miast oraz grunty klasy V i VI na obszarach wiejskich są odrolnione z mocy prawa. Właściciele tych gruntów rolnych mogą je jednak w dalszym ciągu wykorzystywać na cele rolne i płacić podatek rolny, ale jeśli zaniechają produkcji rolnej, będą płacić wyższy podatek od nieruchomości. Zmiana przeznaczenia gruntów rolnych na cele nierolnicze odbywa się na etapie uchwalania miejscowego planu zagospodarowania

przestrzennego (MPZP). Gdy dla interesujących nas terenów plan miejscowy nie istnieje, możemy wystąpić o wydanie decyzji o warunkach zabudowy dla działek, dla których zgoda na zmianę przeznaczenia gruntu została udzielona przy okazji opracowywania planu, który wygasł z mocy prawa z końcem 2003 r. Ponadto zgody tej nie wymagają grunty o klasie gorszej niż III. Jeżeli interesuje nas grunt pod budowę, który musi zostać odrolniony, możemy napotkać wiele proble-

mów, ponieważ nie ma w prawie polskim określonego terminu, w jakim gmina jest zobowiązana rozpatrzyć nasz wniosek. Działka rolna przekształcona w budowlaną zyskuje na wartości kilka, a nawet kilkanaście razy, a urzędnik ziemię odrolnić może, ale nie musi. Najwyższa Izba Kontroli wielokrotnie wskazywała na obowiązujący stan prawny, który nie zabezpiecza przed sprzyjającą korupcji dowolnością postępowań w sprawach o odrolnianie gruntów. Niektóre z polskich gmin ustaliły

Razem chrońmy środowisko! Jacek Kałek Zwracam się do mieszkańców gminy Mosina, pracujących poza jej terenem, o wsparcie inicjatywy utworzenia ugrupowania, w skład, którego weszliby chemicy, prawnicy, urzędnicy oraz osoby mające doświadczenie w walce o zdrowe środowisko. Pomogliby oni burmistrzowi w podejmowaniu prawidłowych decyzji w sytuacji zagrożenia mieszkańców. Wspieraliby urzędników oraz kancelarie prawne zatrudniane przez burmistrza. Obecnie ich sukcesy można zaobserwować tylko w przypadku walki z szeregowymi mieszkańcami. Z większymi firmami, które stanowią zagrożenie, burmistrz przegrywa lub najczęściej wcale nie podejmuje skutecznych działań. Wydawać by się mogło, że większości mieszkańców to nie dotyczy. Nic bardziej mylnego. Przypomnijmy sobie próbę ulokowania w Mosinie spalarni opon. Często zaczynamy działać dopiero wtedy, gdy zagrożeni jesteśmy sami lub nasze rodziny. W przypadku spalarni sukces został osiągnięty, dlatego że zakład miał być zlokalizowany w centrum Mosiny. Mieszkańcy zagrożonego terenu otrzymali wtedy wsparcie od ludzi, których problem nie dotyczył. Istnieje w gminie wiele enklaw, gdzie kilku lub kilkunastu mieszkańców jest zostawionych samym sobie. Nie

potrafią skutecznie walczyć o zdrowe środowisko w miejscu, w którym mieszkają. Od ośmiu lat obserwuję zatruwanie środowiska w Czapurach. Mieszkańcy wysyłają pisma, organizują protesty. Działania te są jednak źle ukierunkowane. Pisma powinny być adresowane do burmistrza a ewentualne protesty powinny się odbywać pod urzędem gminy. To burmistrz jest odpowiedzialny za środowisko na terenie gminy. Pozorowane działania urzędników doprowadziły tam do rozwiązania problemu dopiero po wielu latach. Burmistrz wsparty kancelarią prawną, już dawno powinien to zrobić. Wizyta burmistrza oraz sołtysa w LUVENIE była zupełnie nieuzasadniona i nastawiona na propagandę. Po ośmiu latach od pierwszego zgłoszenia problemu firma zamontowała filtry, które nie satysfakcjonują mieszkańców. Kosztowało to LUVENĘ 400 tys. Czy LUVENA montowałaby filtry w przypadku, gdyby nie zatruwała środowiska? Co upoważnia mnie do wypowiadania się na ten temat? Kilka lat temu mieszkałem koło odlewni aluminium, działającej tak jakby znajdowała się na głębokiej prowincji Chin, a nie w centralnej Europie. Potężne kłęby dymu, wylewisko ścieków poprodukcyjnych zagrażało zdrowiu mojej rodziny. Wraz z

sąsiadami oraz kilkoma lokalnymi autorytetami w przeciągu sześciu miesięcy doprowadziliśmy do likwidacji zagrożenia. Firma zamontowała filtry. W całej akcji największe problemy mieliśmy z burmistrzem, który działał chaotycznie i nieprofesjonalnie. Niewłaściwie zdiagnozował problem. Byłem nim ja, a nie truciciel. Dwa lata później nawiązałem kontakt z sołtysem wsi Runowo z gminy Kórnik. Sytuacja była tam równie tragiczna. Wystarczyło kilka spotkań, kilkanaście maili oraz telefonów. Burmistrz Kórnika, który we wcześniejszych latach się nie angażował, pod wpływem perswazji podjął współpracę z mieszkańcami. Doprowadził do zamknięcia odlewni do czasu uregulowania wszelkich formalności prawnych. Firma nie była wstanie spełnić wymagań i się przebranżowiła. Te dwa przykłady pokazują w jak różny sposób może zadziałać burmistrz. W każdym działaniu liczy się skuteczność. Mieszkańcy gminy mając wsparcie grupy, o jakiej wcześniej wspominałem, mogliby skuteczniej walczyć o swoje zdrowie. Wszystkie osoby, które są zaniepokojone działaniem na szkodę środowiska i chciałyby się zaangażować w jego ochronę, proszę o kontakt Jacek_Kalek@poczta.onet.pl

jasne zasady np. dla budowy osiedli deweloperskich i nie wyrażają zgody na budowę osiedli w oparciu o warunki zabudowy (niezależnie od klasy gruntu), tylko nakładają na inwestora obowiązek zlecenia sporządzenia planu miejscowego, którego koszt projektu ponosi inwestor. Uchwalanie miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego jest zdecydowanie korzystniejsze dla gminy. Gdy wartość nieruchomości wzrosła, co jest oczywiste, gdy ziemia rolna staje się budowlaną, a właściciel lub użytkownik wieczysty zbywa tę nieruchomość, burmistrz pobiera jednorazową opłatę ustaloną w planie miejscowym, określoną w stosunku procentowym do wzrostu wartości nieruchomości. Opłata – zwana rentą planistyczną – nie może być wyższa niż 30% wzrostu wartości nieruchomości i gmina może jej żądać przez 5 lat od dnia, w którym MPZP stał się obowiązujący.

Wyłączenie gruntów z produkcji rolnej Wiele osób decydując się na zakup ziemi rolnej posiada wiedzę o konieczności załatwienia zmiany przeznaczenia gruntu rolnego na budowlany, ale nie zdaje sobie sprawy z tego, że to jeszcze nie koniec procedur administracyjnych i kosztów, gdy kupuje się grunty wysokiej klasy. Niestety dodatkowo musimy wyłączyć grunty z produkcji rolnej. Decyzję tę wydaje starosta przed uzyskaniem pozwolenia na budowę. Od tej decyzji przysługuje nam odwołanie do samorządowego kolegium odwoławczego, a następnie skarga do wojewódzkiego sądu administracyjnego. Uzyskanie decyzji oznacza konieczność zapłacenia wysokich opłat za wyłączenie najcenniejszych gruntów (dochodzących do 437 tys. zł za 1ha dla klasy I). Zwolnione

z opłat są grunty na cele budownictwa mieszkaniowego do 0,05 ha – w przypadku domu jednorodzinnego i do 0,02 ha – na każdy lokal mieszkalny w przypadku budynku wielorodzinnego. Z tego powodu ważny jest plan zagospodarowania działki, – ponieważ płacić będziemy za powierzchnię działki, na której znajduje się budynek, tarasy, powierzchnia utwardzona, itp., czyli przy budowie domu najkorzystniej jest zgrupować całość tak, żeby nie przekroczyć 500 m2, a resztę działki zostawić jako ziemię rolną.

Zabudowa zagrodowa na działce siedliskowej Działka siedliskowa jest gruntem rolnym, na którym istnieje możliwość zabudowy związanej z prowadzeniem gospodarstwa rolnego. Gdy nie ma MPZP pozwolenie na budowę otrzyma jedynie rolnik. Jeżeli wielkość gospodarstwa rolnego przekracza średnią powierzchnię gospodarstwa w danej gminie określoną przez radę gminy wymóg dobrego sąsiedztwa przy uzyskiwaniu decyzji o warunkach zabudowy nie musi być spełniony. Dla osób niebędących rolnikami rozwiązaniem może być wstrzymanie się z zakupem działki do momentu uzyskania pozwolenia na budowę przez rolnika, który wraz ze sprzedażą ziemi przeniesie na nowego właściciela pozwolenie na budowę. Nowy inwestor przejmuje wszystkie warunki zawarte w decyzji, ale ze względu na fakt, iż nie jest on rolnikiem musi wyłączyć grunt spod produkcji rolnej. Wyżej opisane zagadnienia są uregulowane w aktach prawa, z których podstawowe to: ustawa o ochronie gruntów rolnych i leśnych, ustawa o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym i ustawa o kształtowaniu ustroju rolnego.

CZYTELNICY KOMENTUJĄ

www.czasmosiny.pl

KOMUNIKACJA PAWLOK: Nie potrzebujemy szerokiej 430! 4 pasy nic nie dadzą. Potrzebujemy sprawnego transportu publicznego, czyli: 1) Szynobus z Pożegowa (ba, gdyby włodarze mieli otwarte umysł już powstałaby koncepcja wyprostowania/przedłużenia toru do TBS- ów) w takcie 30 minut w dni robocze z nowym przystankiem na Czarnokurzu. 2) 651 w tej sytuacji skrócony do szpitala (obsługa minibusami) i stamtąd właściwa linia do Poznania. 3) Połączenie Mosiny z miejscowościami jej gminy i Starołęką linią autobusową w takcie co 30 minut w dzień roboczy (alternatywa dla pociągu dla dojazdu do lewobrzeżnego Poznania). 4) Linia nocna 2-3 kursy. 5) Mosina w strefie B ZTM (jedna strefa podmiejska) - w cenie biletu ZTM możliwość komunikacji kolejowej (wzór warszawski). A 430 generuje korki tylko w Mosinie dzięki jej skrzyżowaniom. Należałoby utworzyć ronda upłynniające ruch: 430 z droga na Rogalin, z Poniatowskiego I Poznańską, i potem kolejne rondo Wawrzyniaka...Korki zginą, bo będzie płynny ruch. EYE: wzdłuż trasy 430 jest park i natura 2000, nie ma szans na poszerzenie do czterech pasów. Tak naprawdę wystarczyłaby „reorganizacja” tej drogi np. stworzenie lewoskrętów na odcinku Puszczykowa, zakaz ruchu ciężarówek na odcinku od wirów do ronda w Mosinie, budowa wiaduktu w Luboniu (ten akurat powstanie za kilka lat przy okazji przebudowy linii kolejowej). Budowa „ekspresówki” z Lubonia (sic!) do Mosiny (sic!!) to wieczna kiełbasa wyborcza do zjedzenia przez prostaczków.


Czas Mosiny 1 (7) styczeń 2013

Bardzo droga droga Większość mieszkańców Mosiny jest zainteresowanych przebudową drogi 430 do Poznania, ponieważ oznacza to krótszy czas dojazdu do pracy. Mieszkańcy Puszczykowa widzą jednak w tych planach wiele zagrożeń. Czy jest możliwe rozwiązanie satysfakcjonujące mieszkańców obydwu miejscowości? Proszę o przeczytanie listu, który nadszedł do redakcji: W listopadzie do rąk mosinian trafił pierwszy numer „Kuriera Mosińskiego“, wydawanego przez Stowarzyszenie Nowoczesna Rzeczpospolita Mosińska, którego przedstawiciele sprawują władzę w gminie Mosina oraz posiadają większość w radzie miejskiej. Od tego typu wydawnictwa można by oczekiwać rzetelności w przedstawianiu faktów oraz choćby pozorów bezstronności w omawianiu problemów. Niestety, cała publikacja ma charakter laurki w tekstach omawiających wiekopomne dokonania samorządowców i lekceważącego pamfletu w miejscach, gdzie odnosi się do argumentów adwersarzy. Jako mieszkańcy Puszczykowa zaangażowani w działania przeciw rozbudowie drogi wojewódzkiej nr 430, czujemy się zmuszeni sprostować informacje przedstawiające nas w niekorzystnym świetle. Otóż, w tekście zatytułowanym „Wyczekiwana przebudowa drogi 430“ przedstawiono inwestycję jako niesłychanie niezbędną i wręcz zbawienną dla mieszkańców Mosiny, ale niestety, blokowaną przez grupę kilkudziesięciu mieszkańców Puszczykowa. Napisano o nas między innymi: „Niestety plany przebudowy uruchomiły już pierwsze protesty. Grupa mieszkańców Puszczykowa domaga się np., aby na terenie ich miasta droga pozostała w jak najmniej zmienionym kształcie. W tle tego protestu pojawia się oczywiście słowo wytrych „ekologia i ochrona środowiska“.“ Zacytowany fragment po pierwsze dezawuuje znaczenie protestujących przedstawiając ich jako bliżej nieokreśloną grupę mieszkańców. Prawda jest taka, że przeciw planom rozbudowy drogi protestuje Stowarzyszenie Ochrony Krajobrazu i Tradycyjnego Charakteru Puszczykowa i Mosiny, które zebrało około 1000 podpisów przeciw inwestycji. Działania te wspiera także Stowarzyszenie Przyjaciół Puszczykowa oraz specjalnie założony blog Zielone Puszczykowo, który już zgromadził blisko 400 fanów, a odnotowuje stale rosnącą liczbę wyświetleń. Po stronie mieszkańców opowiedział się także poseł Arkady Fiedler, członekzałożyciel Stowarzyszenia Ochrony Krajobrazu. Jakkolwiek byśmy nie definiowali słowa „grupa“ zasięg naszych działań przekroczył z pewnością ramy tego pojęcia. Po drugie, autor tekstu sugeruje, że przeciwnicy rozbudowy chowają się za argumentami ekologicznymi, jednocześnie lekceważąco je zbywając. Jeśli już redakcja „Kuriera“ chce się odnieść do naszych argumentów, to niech najpierw uważnie je przeczyta i postara się zrozumieć. Owszem, podnosimy argumenty, że rozbudowa drogi to zagrożenie dla Wielkopolskiego Parku Narodowego

nikację w Berlinie czy Kopenhadze i zaczną lobbować za naprawdę nowoczesnymi rozwiązaniami? Indywidualna komunikacja samochodowa to jest pomysł najmniej opłacalny zarówno z punktu widzenia ekologii jak i ekonomii (no chyba, że chodzi o interes sprzedawców aut). Argumenty komunikacyjne i ekologiczne uzupełniamy argumentem

Fot. Jacek Gulczyński

Droga przebiega w bezpośrednim sąsiedztwie ściśle chronionych rezerwatów.

oraz terenów chronionych w ramach europejskiego programu Natura 2000. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby stwierdzić, że Wielkopolski Park Narodowy przecięty szeroką drogą szybkiego ruchu z potężnymi rondami to nie jest sensowny pomysł. Słabiej zorientowanym przypominamy, że droga przebiega w bezpośrednim sąsiedztwie ściśle chronionych rezerwatów. Nie jesteśmy malowanymi ekologami, naprawdę zależy nam na tym, żeby WPN się rozwijał i lepiej chronił resztki podpoznańskich lasów, przytaczamy jednak także argumenty z ekologią bezpośrednio niezwiązane. Ważnym argumentem przeciw rozbudowie drogi 430 jest przykład zachodnich aglomeracji. Otóż przez jakiś czas rozwijały się one w sposób lansowany do dziś m.in. przez władze Mosiny. Mieszkańcy opuszczali centra miast i przenosili się na przedmieścia, gdzie za mniejsze pieniądze mogli nabyć mieszkania lub domy o wyższym standardzie. Jedynym mankamentem był trudny dojazd do centrum, w którym pozostała większość funkcji administracyjnych, rozrywkowych, edukacyjnych i usługowych. Na to lekarstwem miały być szerokie arterie rozchodzące się gwiaździście na przedmieścia. Ich powstawaniu przyklaskiwali mieszkańcy, ale i deweloperzy, którzy mogli budować coraz więcej osiedli, ponieważ poprawiał się dojazd do nich. W ten sposób coraz więcej mieszkańców wynosiło się na przedmieścia, centrum aglomeracji marniało, a drogi korkowały się znowu, bo działał mechanizm więcej dróg – więcej osiedli – więcej

mieszkańców – znowu więcej dróg itd. Poznań „dzięki“ bezrefleksyjnej i krótkowzrocznej polityce władz już stał się podobnym obwarzankiem – w środku coraz bardziej pusty, na zewnątrz obudowany wianuszkiem nowych osiedli. Nie jesteśmy Don Kiszotami, wiemy, że nie powstrzymamy mieszkańców przed wynoszeniem się z Poznania. Zrobić to mogą tylko władze tego miasta, które już nieśmiałe próby w tym celu podejmują. Jesteśmy natomiast pewni, że można ten proces zracjonalizować, jeśli położy się większy nacisk na rozwój komunikacji publicznej. W tej chwili istnieje ona w szczątkowej i karykaturalnej formie. Zaniechania, jakich dopuściły się władze województwa, powiatu i gmin w tej kwestii wołają o pomstę do nieba. Mamy do czynienia z sytuacją, gdy władze województwa chcą lekką ręką wydać 500 milionów złotych na poszerzenie drogi, podczas gdy do tej pory nie potrafiły uruchomić sensownej kolei aglomeracyjnej zintegrowanej z komunikacją autobusową, infrastrukturą parkingową i rowerową. Dziś wydaje się pieniądze na autobus jeżdżący z Mosiny przez Puszczykowo do Dębca, który nie jest żadną konkurencją dla jazdy samochodem. Nie trzeba dużej wyobraźni, żeby pomyśleć o krótszych trasach autobusów (czy nawet busów) dowożących mieszkańców na pociąg, który w 15-20 minut dowiezie nas do centrum miasta. Władze Mosiny dużo mówią o rozwoju i nowoczesności – może zatem pojadą sobie obejrzeć komu-

urbanistycznym. Wiemy, że władze Mosiny będą miały kłopot z jego zrozumieniem, bo stawiają osiedla gdzie popadnie, nie zaprzątając sobie głowy nie tylko przyrodą czy urbanistyką, ale nawet infrastrukturą drogową, mamy jednak nadzieję, że mieszkańcy wykażą się większym zrozumieniem. Puszczykowo, przez które ma przebiegać poszerzona droga 430 to przykład letniska, które z czasem przekształciło się w oryginalne założenie miasta pełnego ogrodów i pięknych willi. Zarówno układ ulic, jaki i charakter oraz krajobraz miasta powinien być pieczołowicie chroniony, ponieważ próżno szukać podobnego przykładu nie tylko w okolicach Poznania, ale i w całej Polsce. Poszerzona droga przetnie miasto na dwie oddzielne części, nie tylko niszcząc delikatną strukturę miasta, ale też separując skutecznie jego położoną na wzgórzach część od dolnej części z infrastrukturą handlową i administracyjną. Również wycięcie starych drzew i wyburzenie domów będzie sporym uszczerbkiem dla naszego miasta. Nie rozumiemy, dlaczego Mosina chce koniecznie zniszczyć nasze miasto. Rozumiemy, że trzeba się rozwijać, ale dlaczego jedni mają się rozwijać kosztem drugich? Istotne znaczenie dla naszej argumentacji ma także ochrona naturalnych polderów, na których rozlewa się rzeka Warta, co chroni przed zalaniem pobliskie miejscowości. Poszerzenie drogi kosztem polderów nie tylko zniszczy piękny krajobraz, ale wystawi na niebezpieczeństwo po-

13

wodzi i podtopień tereny w Łęczycy i Puszczykowie. Niestety, projektanci obecni na konsultacjach zamiast rozwiać nasze obawy tylko je wzmocnili. Podobnie jest zresztą z obawami dotyczącymi podcięcia skarp nad drogą, które mogą spowodować osuwiska oraz przejściami dla zwierząt, które projektanci umieścili w taki sposób, że zwierzęta wejdą w środek podmokłego i często zalewanego terenu. Tyle o naszych argumentach, które od roku są dostępne i dokładnie uzasadnione na blogu Zielonego Puszczykowa oraz pojawiały się w publikacjach prasowych. Redakcja „Kuriera Mosińskiego“ w żaden sposób się do nich nie odniosła, pisząc jedynie, że budowa - rozbudowa drogi i większy ruch, który spowoduje jest mniej szkodliwa dla przyrody niż samochody stojące w korkach. Ale my nigdy nie twierdziliśmy, że korków nie należy zlikwidować, postulujemy natomiast delikatniejsze środki realizacji tego celu, takie jak np. przebudowa przejazdu w Lasku (to najbardziej korkogenne miejsce na trasie), usprawnienie przejazdu przez skrzyżowania na wysokości Puszczykowa (wydzielenie pasów do skrętu, inteligentna sygnalizacja) oraz przebudowa układu ulic w samej Mosinie, bo to na wjeździe do tego miasta tworzą się duże korki i nikt nas nie przekona, że przestaną się tworzyć, jeśli na wysokości Puszczykowa będą dwa pasy ruchu. Argumentację redakcji „Kuriera Mosińskiego“ najlepiej oddaje taki fragment: „Jednak o ile puszczykowianie fatalną sytuację na drodze mają właściwie na stosunkowo krótkim odcinku – tylko do przejazdu kolejowego, bo potem mogą się już dostać do Poznania przez Luboń, mosinianie mają do pokonania znacznie dłuższy odcinek korkującej się drogi 430“. O co tu chodzi? Przecież przez Luboń mogą jeździć zarówno mieszkańcy Mosiny jak i Puszczykowa. Ani to nie jest lepsze rozwiązanie, ani jakoś szczególnie zarezerwowane dla puszczykowian. Odcinek, jaki muszą pokonać mieszkańcy Mosiny, aby dojechać do Poznania jest raptem od 1 do 4 km dłuższy, przy czym większość tego dodatkowego odcinka prowadzi przez las i jeśli zdarzają się na nim korki, to już na rogatkach Mosiny. Doprawdy nie widzimy powodu, dla którego w Puszczykowie trzeba burzyć domy, wycinać drzewa i niszczyć układ urbanistyczny, żeby rozwiązać problem Mosiny z jednym skrzyżowaniem, zaspokoić nieposkromiony apetyt deweloperów na zyski z nowych osiedli (czytelnikom zwracamy uwagę, że dziwnym trafem największym reklamodawcą „Kuriera Mosińskiego“ jest czołowa firma deweloperska) a władze samorządowe różnych szczebli zwolnić z obowiązku zapewnienia komunikacji publicznej na odpowiednim poziomie. Gabriela Ozorowska, prezes Stowarzyszenia Przyjaciół Puszczykowa Piotr Wojnowski, prezes Stowarzyszenia Ochrony Krajobrazu i Tradycyjnego Charakteru Puszczykowa i Mosiny Marcin Muth, redaktor strony zielone-puszczykowo.pl


14

Czas Mosiny 1 (7) styczeń 2013

Świąteczne bombki dnia powszedniego Piotr Wilanowski

Jeżeli zależy nam na obecności ptaków w naszym otoczeniu, powinniśmy je zimą dokarmiać. Najlepszym sposobem na to jest tworzenie wokół różnorodnych, rodzimych siedlisk, w których mogłyby przetrwać samodzielnie. W świąteczny poranek, w cichym, zaspanym domu, słuchając szeptów płonącego drewna, spoglądam to na choinkę, to na uwijające się w karmniku i całym ogrodzie ptaki. Odnoszę wrażenie, że ta fruwająca, kolorowa gromada musiała być inspiracją dla powstania choinkowych bombek. Podziwiam sposób, w jaki stworzenia te, w skrajnie dla nich niekorzystnym o tej porze roku środowisku, po „cudownym” odnalezieniu góry jedzenia, bez większego stroszenia piórek i czupurzenia się, w wielogatunkowej harmonii spożywają zaserwowany posiłek. Aż strach pomyśleć, jak my ludzie przyzwyczajeni do luksusu, zachowalibyśmy się w tak ekstremalnych warunkach. Obserwując ptaki możemy przekonać się o naturalnym, pierwotnym pochodzeniu zachowań pozbawionych nadmiernej, bezpośredniej agresji. Co i kiedy utraciliśmy? To dla nas bardzo ważna lekcja i zapewne nie jedyna, jaką mamy szansę przyswoić podglądając naturę. W tym kontekście pytanie, czy należy dokarmiać ptaki wydaje się zbędne, ale wciąż wielu je zadaje argumentując, że ptaki miały się dobrze na długo przed momentem, kiedy ludzie zaczęli je dokarmiać. To prawda, ale nieuwzględniająca faktu, że człowiek zmienił swoje otoczenie w niezaistniałej do-

Zanim zdecydujemy o dokarmianiu ptaków powinniśmy zapoznać się z następującymi zaleceniami:  Zadbajmy o obecność w naszym otoczeniu roślin wspomagających zimowe przetrwanie ptaków.  Lepiej nie dokarmiać ptaków, niż robić to źle.  Karmnik należy zamontować w bezpiecznym miejscu, które utrudni drapieżnikom polowanie, a karmionym ptakom umożliwi sprawną ucieczkę.  Karmić należy tylko zimą, ale co istotne regularnie – codziennie, porcjami zjadanymi podczas jednego karmienia. Dłuższe przerwy w dokarmianiu mogą być dla ptaków niebezpieczne.  Karma nie może być stara, zepsuta i zapleśniała, gdyż wtedy może powodować schorzenia układu pokarmowego. Nie należy używać produktów solonych, świeżego pieczywa w tym pieczywa robionego na kwasie chlebowym i innych resztek z naszego stołu.  Ptaki wróblowate/śpiewające należy dokarmiać mieszankami nasion, np.: słonecznik, proso, pszenica, owies. Nasiona mogą być zatopione w niesolonym łoju lub smalcu zwierzęcym.

Fot. 2 x P.Wilanowski

W karmniku grubodzioby, dzwońce, wróble i czyżyk.

tychczas skali. Dziś, dziką naturę zamykamy w nielicznych rezerwatach, a na pozostałym dominującym obszarze walczymy z „chaszczami, krzaczorami i chwastami” uważając, że porośnięty nimi teren to „dzicz, skansen, bądź teren niezagospodarowany” pilnie wymagający naszej zbawczej „cywilizującej” interwencji. Nie wiemy, bądź nie chcemy przyjąć do wiadomości, że właśnie takie obszary są najcenniejsze dając możliwość przetrwania niezliczonej rzeszy stworzeń, bez której dotychczasowa wersja świata nie mogłaby istnieć. Wcześniej, gdy byliśmy bardziej złączeni z naturą, nasze ogrody skupiały w bliskim

otoczeniu rośliny rodzime, potrzebne z różnych smakowych, leczniczych lub magicznych względów. Dziś często w otoczeniu naszych domów nie tworzymy ogrodów, a raczej „dekoracje” pełne obcych iglastych roślin rosnących na nisko koszonych trawnikach. Próżno szukać tam roślin, których owoce bądź nasiona karmiłyby zimą ptaki (np. bylica, komosa, szarłat, głóg, itp.). Jeżeli zależy nam na ich obecności w naszym otoczeniu stworzony przez nas, zubożony krajobraz musimy wzbogacić w każdym możliwym miejscu o różnorodne, rodzime siedliska, w których ptaki mogłyby przetrwać samodzielnie.

 Sikorom i dzięciołom można wywiesić niesolone płaty słoniny, które nie powinny wisieć na dworze dłużej niż 2 tygodnie.  Ptakom wodnym należy podawać rozdrobnione warzywa, ziarno, kaszę, płatki owsiane itp. Wszystkim zagubionym w podanych jadłospisach radzę kupić gotowe karmy dla ptaków zimujących. Osobiście polecam te zawierające słonecznik, proso, kukurydzę, które razem ze słoniną do mojego karmnika zwabiły aż 19 gatunków ptaków między innymi: sikory, wróble, grubodzioby, dzwońce, czyżyki, sójki, kowaliki, dzięcioły, trznadle a nawet kanię. Kolejnych 10 gatunków zwabił do siebie mój ogród, w którym rosną ptasie rarytasy, czyli głóg, sosna, brzozy, ogniki, irgi, cisy, słoneczniki, malwy i borówki.

Wielkopolskie gotowanie, czyli...

Gawędy kulinarne cz.IV Od pyry rozpocząłem felietony i po trzech odcinkach czas już pomyśleć o zasadniczej zmianie w menu. Jednakoż, by pewną ciągłość wątków kulinarnych zachować, skoro o kaszaka w poprzednim odcinku zahaczyliśmy, to i w tej krwawej konwencji proponuję pozostać. Dziś słów kilka o potrawie, która nagły renesans przeżywa. Zaprawdę, niemal zapomnianą już się zdawała, aż tu nagle w ekskluzywnych jadłodajniach zaczęła się pojawiać. Czernina – zupa z krwi - triumfalnie na stoły powraca! Jeszcze niedawno wiedzę o tym, gdzie zupkę tę wykwintną podają, tylko nieliczni smakosze między sobą w konspiracji wymieniali. A wiedza ta znaczenie wielkie miała, wszak w każdym lokalu specjał ten inaczej był przygotowywany. By kryptoreklamy nie uprawiać wspomnę tylko, że przyzwoitą czerninę w Mosinie dwa punkty gastronomiczne onegdaj serwowały, a w okolicy jeszcze dwa znaleźć było można. Niestety, ta zupka magiczną właściwość posiada, a mianowicie, jak kto w domu jej

uroku zaznał to i potem pół świata zjechawszy, ciągle tego jednego, najpierwszego domowego smaku, który w pamięci mu zapadł, odszukać nie może. Wszędy czernina za słodka mu będzie, albo dla odmiany za kwaśną podadzą. Bywa, że podrobów aż nadto w zupie znajdziesz, lub prawie gołą, jako ten barszcz postny naleją. Ot rady innej nie ma, jak samemu właściwy smak wypraktykować i przy kuchni stanąwszy, do dzieła przystąpić. Pokolenie najmłodszych gospodyń z babciami niech częściej rozmawia, boć to w ich pamięci wiedza ta magiczna zdeponowaną jest, a niechaj młode gospodynie przepisów dokładnie się trzymają, bo każdy dom inną czerninę warzy i wszelako o TRADYCJĘ rodzinną tu idzie. Dość marudzenia. Bierzmy się do gotowania. Ten przepis jest mój własny i taką właśnie czerninę lubię.

CZERNINA Najsampierw zaopatrzyć w krew się musim; najlepiej kaczą, wszelako czerninę na króliku lub gęsi

też można uczynić, a podobno i z wieprzowej krwi niektórzy ją robią. Jeśli stwora sami oprawiamy, to z upuszczoną krwią postępuje się tak, że w misce na szklankę krwi dodać trzeba, co najmniej dwie łyżki zimnej wody i dwie łyżki octu, by krew nie skrzepła. Tak przygotowaną możemy zużyć lub zamrozić. Z kupną jest nieco trudniej, bo nieznaną nam jest ilość octu, jaka została dodana, a to ważne niezmiernie jest, wszelako nikt surowej krwi próbował nie będzie, a często octu jest w niej za dużo i potem już nic zrobić się nie da. Ot, trzeba wybrać stałego dostawcę, który krew zakwasza tak, jak nam to odpowiada. Etap drugi to specjalny rosół. Przygotować go trzeba co najmniej 3 litry. Rosół ten na skromnej włoszczyźnie się robi, bez pory, jeno sama marchew i seler z pietruszką doń idzie. Kapusty w żadnym wypadku dodać nie wolno, choć pół cebuli nie wadzi zbytnio. Do włoszczyzny dochodzą jeszcze specjalne składniki, a to śliwki suszone (jeśli mocno odymione to jeno kilka), morela

czerstwa oraz gruszka takoż suszona (ten składnik jest nieodzowny i bez niej, ja czerniny nie uznaję) z przypraw ziele angielskie i liść laurowy oraz pieprz w ziarnach, a i szczypta majranki się zda. O soli też dobrze pamiętać. Rosół ten na podrobach zez stwora, z którego krew pochodzi, jest czyniony a to i na okrawkach: skrzydłach, skórkach, i szyjach onego. Gdy już dobrze się podgotuje odławiamy wszystko, co w nim pływa i na bok odkładamy, a do czystego rosołu jeszcze dwie łyżki miodu oraz przekrajane na pół jabłko bez pestek wrzucamy i dalej na małym ogniu gotujemy. Dalej krew bierzemy na wstępie rzeczoną i doń łyżkę solidną mąki dodajemy, zgrabnie roztrzepując ją wew krwi a bacząc przy tem, by kuchni zbytnio nie przystroić. Z rosołu odlewamy kwartę i lejemy weń łyżkę octu i przez drobne sitko zaprawioną krew, czyniąc to niespiesznie i wąskim strumieniem, stale w kwaterce mieszając, by zupa się nie zwarzyła. Na koniec zawartość kwaterki do reszty rosołu wlewamy

i wszystkie odłowione składniki, które zjeść się dadzą, atoli wątrobę, żołądek, serce, skórki, mięso od kości obrane i warzywa wszelkie w drobne kroimy i do rosołu na powrót dodajemy. Całość zagotowujemy i zdejmujemy z ognia. Pozostaje jeszcze kwestia jak oną zupę podać. Podobno wew całej Rzeczypospolitej czarną polewkę uczynić potrafią, atoli dla wygody zazwyczaj z makaronami oną na stół wykładają. U nas wszelako w Wielkiej Polszcze inaczej czynić zwykli i jako inne polewki na gotowane pyry, pokrychane jeno w talerzu leją, albo co znacznie przyjemniejszym jest, na kluski kładzione, ziemniaczane. Tak oto do głównego motta zgrabnie powróciliśmy, pyrę za główną istotę kulinarnych felietonów znacząc. Kończąc, przypomnieć już tylko wypada, że najznamienitsze te warzywa podziemne w Mieczewie uprawiają, co powszechnie jest wiadomym w powiecie i co przy zakupach owych skarbów kulinarnych na uwadze mieć należy. (quod erat demonstrandum) Batat


15

Czas Mosiny 1 (7) styczeń 2013

niczym metropolia Po Daszewicach oprowadza

Marian Jabłoński Często spotykam się pytaniami o przebieg nowo powstałych ulic w Daszewicach. Obietnica Urzędu Miejskiego w Mosinie, co do ustawienia tablicy z planem Daszewic, wobec ciągłych zmian nie może się zmaterializować. Spróbuję więc, póki co, wcielić się w rolę przewodnika. Obecnie we wsi są 24 ulice. Przebieg takich ulic jak: Dolna, Górna, Leśna, Piaskowa, Piotrowska, Poznańska, Rogalińska, Szkolna czy Żwirowa jest raczej powszechnie znany.

Nie wszyscy już jednak wiedzą, że ulice: Radosna, Pogodna i Słoneczna, są na tzw. Osiedlu Ryczka. Ulica Zakątek jest krótkim odgałęzieniem ulicy Piotrowskiej (na wysokości nieruchomości p. Zdzisława Stefaniaka – byłego sołtysa). Takim odgałęzieniem jest też ulica Cicha biegnąca nad rowem melioracyjnym i pośród zabudowy nowego osiedla (za przepustem w lewo jadąc w kierunku Piotrowa). Ulica Przy Lesie to ulica na granicy Kamionek i Daszewic na wysokości mniej więcej tzw. Kopyla. Ulica Wierzbowa łączy ulicę Piotrowską z ulicą Przy

Lesie i biegnie nad łąkami, tuż obok boiska do piłki nożnej. Ulica Wodna położona jest na zamkniętym osiedlu powstałym na terenie byłej betoniarni ( na tyłach ulicy Żwirowej, vis a vis byłej żwirowni). Ulica Lipowa jest prostopadłą do ulicy Poznańskiej (tuż przed Centrum Ogrodniczym „Socha”, po lewej stronie jadąc do Kamionek) i na końcu styka się z ulica Kasztanową, przy której położone jest nowo powstałe prywatne przedszkole. W okolicach tego przedszkola jest też położona ulica Klonowa, która jest prostopadłą do ulicy Kasztanowej. Ulica Sosnowa jest prostopadłą do ulicy Poznańskiej (po lewej stronie jadąc do Głuszyny na wysokości transformatora). Ulica Polna to z kolei droga wiodąca do Kubalina. Ulica Wiosenna odchodzi od ulicy Dolnej i przebiega w bezpośrednim sąsiedztwie i na tyłach zabudowań p. Mirosława Korcza (okolice apteki). Ulica Jesienna jest kolejnym odgałęzieniem ulicy Dolnej (równoległa do ulicy Wiosennej) i prowadzi do stawów po byłej żwirowni p. Kędziory ( tzw. droga na ,,Błota”).

Poszukujemy informacji

Kapliczka Joanna Nowaczyk

W jednej z akacji stojących wzdłuż drogi na Pożegowo, tuż przy skrzyżowaniu z „asfaltówką” prowadzącą z Mosiny do Jezior, czas lub też inne czynniki, wyżłobiły dużych rozmiarów dziuplę. W tej dziupli, ukrywa się przed okiem mniej spostrzegawczych przechodniów kapliczka – płaskorzeźba wykonana prawdopodobnie z tego samego drewna akacjowego. Niełatwo ją zauważyć, zwłaszcza z okna jadącego samochodu, bo zarówno barwą, jak i materiałem wtapia się ową dziuplę, stanowiąc prawie jedną z nią całość. Choć nie wiadomo jak długi czas zatarł częściowo jej wizerunek, z pewnością przedstawia ona Madonnę z Dzieciątkiem… Jaka jest historia tej kapliczki i tego miejsca? Takie pytanie skierował do mnie jeden z zaciekawionych mieszkańców. Może ktoś z Czytelników podzieli się swoją wiedzą na ten temat? Czekamy na informacje…

Fot. J. Nowaczyk

Olęderskim szlakiem...

Borkowice Małgorzata Kaptur To już kolejna wieś na olęderskim szlaku. Została założona w części na wykarczowanych, w części na podmokłych gruntach

przez olędrów w 1750 r. jako Borkowskie Olędry. W 1789 r. było tu 15 dymów (zagród) i około 100 mieszkańców, (obecnie 204 ).

Fot. M.Kaptur

Cmentarz w Borkowicach.

Potomkowie olęderskich osadników żyli w zgodzie z nielicznymi polskimi sąsiadami. W siarczyste mrozy w styczniu 1945 roku Niemcy w pośpiechu uciekli na Zachód. Zostało we wsi tylko kilku starców, których rozstrzelali żołnierze rosyjscy po wejściu do wsi. Na miejsce ludności ewangelickiej przybyli nowi mieszkańcy, których przywiał tu ze Wschodu wiatr historii... Mogiłami i nagrobnymi pomnikami pisane są dzieje narodów. Świadectwem uwikłania ludzkiego losu w dramaty historyczne są tak naprawdę wszystkie cmentarze... Cmentarz w Borkowicach, schowany za wiatą przystanku autobusowego, jest zarośnięty zdziczałą roślinnością. I tak jak wszystkie inne zapomniane cmentarze ewangelickie, niby jeszcze jest, a jakby go nie było. Trudno doszukać się płyt nagrobnych. Kilkanaście omszałych betonowych obramowań i walcząca z czasem (już pewno niedługo) jedyna w gminie kaplica cmentarna. Jesienią ubiegłego roku sołtys z grupą młodzieży rozpoczęli prace porządkowe. Tradycyjna architektura, w tym szachulcowe ponad stuletnie stodoły, ulegają naturalnej destrukcji. Były plany stworzenia skansenu, ale niestety nic z tego nie wyszło.

Do sol mi i fa so(l) la Anna Balcerek-Kałek

- nauczyciel edukacji wczesnoszkolnej, inicjatorka i organizator XI edycji Gminnego Przeglądu Piosenki

Czy zastanawialiście się Państwo, dlaczego jednego dnia lubimy słuchać muzyki wesołej, o szybkim tempie i zróżnicowanej barwie, a w innym momencie wybieramy utwory skomponowane w tonacjach łagodnych, relaksacyjnych? Ten, kto od dziecka obcował z muzyką zapewne bez wahania odpowiedział – to zależy od mojego nastroju. Tak – to prawda, ale wiemy też, że sami dobierając odpowiedni gatunek muzyki, możemy na ten nastrój, na swoje emocje, wpływać. Dlatego wiele osób, gdy chce się zrelaksować, odizolować od codziennych problemów, czy złagodzić stres, słucha swych ulubionych utworów muzycznych. A teraz spójrzmy na nasze dzieci. One intuicyjnie, od najmłodszych lat (nawet te dzieci, które nie podlegają szczególnej edukacji muzycznej) odnajdują w muzyce swoisty język rozumienia dźwięków. Poddając się jej nastrojom, wyczuwając zmiany agogiki, dynamiki, odpowiadając ruchem na jej rytm, tempo. Bez trudu rozpoznają swoje odczucia związane z muzycznym nastrojem. Muzyka jest więc naturalnym sposobem wyrażania i odczytywania uczuć, emocji. Słuchanie jej od najmłodszych lat kształci wrażliwość, a nauka gry na instrumencie nie tylko pozwala wyrażać emocje, które trudno ująć w słowa, ale rozwija możliwości poznawcze małego człowieka. Wychowanie przy wsparciu muzyki sprzyja kształtowaniu właściwych relacji społecznych, uczy współdziałania i daje dzieciom wiele radości. Wspólne muzykowanie i wykonywanie muzyki wymaga od dzieci koncentracji i wymusza działanie zespołowe. Dzieci szybko dochodzą do wniosku,

że aby efekt był jeszcze lepszy, ich działania własne (jednostkowe) muszą być podporządkowane i zgrane z całym zespołem. Muzyka jest dla dzieci środkiem komunikacji niewerbalnej, który posiada bardzo potężne działanie aktywizujące. Wywołuje spontaniczne reakcje emocjonalne i ruchowe. Muzyka stymuluje rozwój umysłu, porusza ciało do działania, zaprasza do współpracy poprzez taniec i śpiew. Posłuchajmy dziecięcych wyliczanek. Są one rytmiczne, odtwarzane w melodyjny, śpiewny sposób, tworzone spontanicznie i z wielką radością. Takie rytmiczne zabawy stymulują właściwy oddech i zaspokajają naturalną potrzebę ruchu młodszych dzieci. Melodyjne śpiewanie piosenek wzbogaca zasób słownikowy dzieci i rozwija słuch fonematyczny (potrzebny przy nauce czytania). Im młodsze dziecko, tym łatwiej nam, dorosłym wpływać na muzyczne zainteresowania naszych pociech. Sama muzyka jest przecież komunikatem, który człowiek rozumie, zanim jeszcze sam potrafi mówić. Ważne więc, abyśmy stymulowali aktywność muzyczną najmłodszych dobierając słuchane melodie do wieku i zainteresowań naszych pociech. Po kilku latach nastolatek zrobi to sam pod wpływem rówieśników i mody. Jednak usłyszane i zapamiętane z dzieciństwa utwory muzyczne pozostaną w jego pamięci i wpłyną na rozwój późniejszych gustów muzycznych. I na koniec… Oglądając ulubiony film spróbujcie Państwo obejrzeć go bez podkładu muzycznego… Tytuł sugerujący treść artykułu o „małym co nieco” był zamierzony. W końcu więcej osób interesuje się gotowaniem niż śpiewaniem;-)

KONKURS MOSINA Z PRZYMRUŻENIEM OKA

I miejsce – autor zastrzegł nazwisko do wiadomości redakcji.


16

Czas Mosiny 1 (7) styczeń 2013

UKS ORLIK MOSINA Klub sportowy powstał we wrześniu 2012 r. Obecnie na zajęcia uczęszcza 55-cioro dzieci z klas 1-4 szkoły podstawowej, w tym 10 dziewczynek. Zajęcia w okresie zimowym odbywają się 3 razy w tygodniu na salach sportowych OSiR w Mosinie, Zespołu Szkół nr 2 przy ul. Sowinieckiej oraz Zespołu Szkół przy ul. Topolowej. W okresie wiosennym, letnim oraz jesiennym treningi prowadzone są na boisku sportowym Orlik przy ul. Krasickiego. Dzieci trenują w dwóch grupach wiekowych : Żaki (klasy 1-2) i Orliki ( klasy 3-4). Opiekę nad dziećmi sprawują trenerzy z przygotowaniem pedagogicznym oraz osoby związane z lokalnym sportem. Po 4 miesiącach zajęć widoczne są u dzieci duże postępy. Zarówno Żaki jaki i Orliki brały

już udział w turniejach na terenie Wielkopolski zajmując miejsca na podium. Jednak klub UKS Orlik Mosina nie jest ukierunkowany na osiąganie sukcesów dzieci za wszelką cenę. Podstawowym zadaniem klubu jest krzewienie u dzieci świadomości wpływu sportu na zdrowie, nabycie umiejętności pracy w grupie oraz oswojenie ze współzawodnictwem i związanym z nim stresem. Chcielibyśmy zachęcić rodziców do przyprowadzenia dzieci na nasze zajęcia. Pragniemy podziękować rodzicom trenujących już dzieci za pomoc w prowadzeniu drużyny oraz sponsorom (JUSTMAR OIL i Panu DARIUSZOWI JESIONKOWSKIEMU ) za finansowe wsparcie klubu umożliwiające nam pracę z dziećmi.

Czas Mosiny nr 1 (7) styczeń 2013  

Czasopismo Stowarzyszenia na Rzecz Rozwoju Ziemi Mosińskiej czasopismo Stowarzyszenia na Rzecz Rozwoju Ziemi Mosinskiej

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you