Page 1

NUMER 8 kwiecień - maj 2013

CooltURalni Magazyn Studentów Uniwersytetu Rzeszowskiego

Góry to choroba, z którą się umiera, albo na którą się umiera

10 zasad zdrowego odżywiania

Futbol amerykański

w pogoni za jajowatą piłką

CooltURalni 1


2 CooltURalni


SPIS TREŚCI

Słowo od redakcji

TEMAT NUMERU 4-5 KultURalia

ARTYKUŁY

6-7 Czy nić może mieć emocje? 8-9 10 zasad zdrowego żywienia 10-11 Góry to choroba, z którą się umiera, albo na którą się umiera 11 Wiersze 12-13 Sztuka ulicy 14-15 W pogoni za jajowatą piłką, czyli coś na temat futbolu amerykańskiego

TROCHĘ KULTURY?! 16 Marlena Dietrich - gwiazda i ikona kina 17 Welcome to Burlesque Z NASZYCH WOJAŻY

Drodzy Czytelnicy! Coraz dłuższe, cieplejsze i bardziej słoneczne dni są dowodem na to, że rzeczywiście przyszła wiosna i miasto zaczyna budzić się z zimowego snu. Wizja wakacji coraz częściej w naszych głowach. Słowem - żyć, nie umierać. Najwyższa również pora na odkurzenie roweru, który do tej pory stał samotnie w piwnicy i bezskutecznie domagał się dostępu do światła dziennego. A już 12 maja porzucimy książki, notatki i myśli o nauce, by przez kilka dni świętować KultURalia. W trakcie tej kilkudniowej imprezy będziemy mieć okazję wyszaleć się za cały rok ciężkiej pracy i psychicznie przygotować do „ostatecznego starcia” z egzaminatorami. Tymczasem zapraszam do lektury naszego nowego numeru. Znajdziecie w nim wiele interesujących artykułów.

18-19 Suchą stopą

Justyna Płonka

Kontakt: coolturalni.gazeta@gmail.com

R Napisz do nas, o tym co widzisz, słyszysz, o sprawach studenckich, sporcie, rozrywce. Zdjęcia? Mile widziane. E coolturalni.univ.rzeszow.pl D A facebook.com/magazyncoolturalni Znajdziesz tu wiele informacji, konkursy i kontakty do nas. K Wioletta Zawitkowska C Opiekunowie gazety: drdr Paweł Korzeniowski Redaktor naczelna: Justyna Płonka, Karolina Szkoła J Korekta: Justyna Piekło Sławomir Frączek, Edyta Kowalska, Beata Nowak, Andżelika Szczypta, Małgorzata SzpiA Redakcja: la, Mateusz Świder Współpraca: Samorząd Studentów Uniwersytetu Rzeszowskiego

CooltURalni 3


Temat numeru

I Podkarpacki Festiwal KultURalia I Podkarpacki Festiwal „KultURalia” to innowacyjne wydarzenie stworzone przez Samorząd Studentów Uniwersytetu Rzeszowskiego. Cały projekt będzie trwał aż 8 dni! Czas studenckich imprez zbliża się wielkimi krokami. KultURalia rozpoczną się 12 maja i potrwają ponad tydzień. Sama idea stworzenia „KultURaliów” wynikała z faktu, iż chcieliśmy nieco urozmaicić wielkie święto studenckie jakim są „Juwenalia”, które jak wiemy owocują w liczne koncerty plenerowe. Karolina, SSUR

Nie zabraknie również koncertów na miasteczku akademickim UR. Zagrają między innymi Enej, Kamil Bednarek, Hurt, Łąki Łan, Video, Jamal, Maleo Reggae Rockers, Kult, Treaser oraz zespół, którego piosenka o niej tańczącej dla niego ma ponad 60 mln odsłon w internecie (zna ktoś inną piosenkę Weekendu?). Szczegółowy program wciąż jest owiany nutką tajemnicy… Informacje o wydarzeniach na bieżąco pojawiają się na stronie internetowej i facebooku. Justyna Płonka

W tym roku każdy będzie miał okazję nie tylko pobawić się przy swoich ulubionych zespołach, ale również spotkać się z kulturą w filharmonii, teatrze, kinie, galeriach sztuki, muzeach i w wielu interesujących miejscach w naszym mieście. Znajdzie się również coś zarówno dla fanów sportu jak i koneserów kuchni. Osoby utalentowane będą miały okazję pokazać się przed społecznością akademicką, wziąć udział w licznych konkursach oraz różnorodnych warsztatach, w których podniosą swoje umiejętności, a najlepsi zostaną zauważeni i docenieni.

Źródło: lastfm.pl

4 CooltURalni


Za co się przebierzemy? Czego posłuchamy? Ile wypijemy?

Przerowadziliśmy sondę, z której dowiedzieliśmy się co nieco o marzeniach i obawach w związku z KultURaliami. Czy zamierzasz się za coś/za kogoś przebrać? Czy wybierasz się do innego miasta na Juwenalia? Ankietowani zapowiedzieli zmianę image’u na ava- 80% zostaje w Rzeszowie lub są jeszcze niezdecytara, kowbojkę, ogórka, Myszkę Miki, wampa. dowani. Kogo twoje uszy nie chciałyby usłyszeć, a oczy zobaczyć na scenie KultURaliowej? Zespołu Weekend i ogólnie pojętego disco polo. Kultu, zespołów reggae, Dody. Kogo chciałbyś usłyszeć na tegorocznej imprezie? Padały takie odpowiedzi: Kapela ze Wsi Warszawa, Happysad, Enej, Coldplay. Fot. Elżbieta Wójcikiewicz Ile butelek odnajdziesz w mieszkaniu po KultURaliach? Większość stwierdziła, że ciężko określić ilość butelek, bo znaczną część płynów wszelkiego rodzaju spożywa się poza miejscem zamieszkania lub też od razu wyrzuca opróżnione, by uchronić się przed potępieńczym wzrokiem właściciela lokum. Gdyby KultURaliów nie było, to… Studentom trudno było wyobrazić sobie rozwiązanie inne niż w czarnych barwach: „to byłaby straszna lipa”, „to byłoby beznadziejnie”, „byłby to upadek kulturalny dla Rzeszowa”. Ale są też wyjątki: „ludzkość by na tym nic nie straciła”, „nie ta, to inna impreza”.

CooltURalni 5


Artykuły

Tkane ze zmysłów Czy nić może mieć emocje?

Może to nie jest do końca tak, że nici posiadają emocje, jednak są one dla mnie nośnikiem do ich wyrażania. Jestem koronczarką, a bywam fotomodelką. Tworzeniem koronek zajmuję się już od 13-nastu lat i zamierzam zajmować się tym już „na zawsze”. Z fotomodelingiem nie wiem jak będzie, przecież kiedyś się zestarzeję. Poza tym pozowanie do zdjęć traktuję z mocnym przymrużeniem oka, na zasadzie chwilowego oderwania się od codzienności. Daje mi to możliwość, aby na chwilę stać się kimkolwiek zechcę. Brałam udział w kilku sesjach reklamowych, jednak głównie bawię się tym na zasadzie TFP. Powstał kiedyś pomysł połączenia moich obydwu fascynacji, pasji. Efektem pracy był kalendarz przedstawiający koronki klockowe umieszczone na poszczególnych częściach mojego ciała. Kalendarz został wydany z okazji X Międzynarodowego Festiwalu Koronki Klockowej, który odbywa się w mojej miejscowości.

6 CooltURalni

Koronki u mnie w domu były od „zawsze” albo raczej od kiedy pamiętam. Wszechobecne szpilki, nici czy szydełka plątające się po domu doprowadzały mnie do szaleństwa. Wiadome, że jeżeli mamy coś, przysłowiowo mówiąc, pod nosem, to się tym nie interesujemy, jest nam to wręcz obojętne. Tak też było w moim przypadku, gdyż koronki były dla mnie jedynie babciną serwetką wyciągniętą na stół podczas niedzielnego obiadu. W Bobowej, miejscowości, w której mieszkam, jest tradycja wyrobu koronki klockowej. Moją pierwszą nauczycielką była Hyle Dumon, Belgijka, która otworzyła mi oczy i pokazała, że koronka to nie jedynie serwetka, która jest płasko położona na stole. Przygoda z koronką zaczęła się od zrobienia przestrzennego wisiorka, gdzie zastosowałam materiał inny niż len, który jest głównie wykorzystywany do tworzenia tradycyjnych słowiańskich serwet.


Udało mi się wygrać kilka Ogólnopolskich Konkursów Koronki Klockowej, jednak za swój największy sukces uważam pracę dyplomową wykonaną jeszcze w liceum. Celem mojego projektu było stworzenie schodów, które pomogłyby w zrozumieniu drugiego człowieka, jak również siebie samych. Chciałam stworzyć coś, co byłoby opozycją do wieży Babel, która tak poróżniła ludzi. Jednak mój projekt nie wynika z chęci dorównania Bogu, tylko z chęci bycia bliżej niego.

Koronkom zawdzięczam również zwiedzenie wielu państw Europy, gdzie brałam udział w licznych festiwalach koronki klockowej. Były to między innymi Włochy, Belgia, Węgry, Hiszpania, Niemcy, Słowacja, Czechy czy Szkocja. To niesamowite jak różna może być koronka klockowa i jak bardzo może różnić się sam warsztat pracy. Pomimo tego, że mam ogromny szacunek do tradycji, to nie wykorzystuję charakterystycznego dla mojej miejscowości warsztatu pracy. Technika jaką stosuję, to technika Brugijska pochodząca z Belgii, którą umożliwia mi wykorzystanie cieńszych nici i większej ilości klocków. Małgorzata Szpila

Zdjęcia: Archiwum prywatne

CooltURalni 7


10 zasad zdrowego żywienia Żyjemy w czasach, które nauczyły nas, że czas to pieniądz. Niemalże w każdej dziedzinie życia staramy się wszystko przyspieszyć. Nie lubimy czekać na efekty jakiegoś działania tygodniami czy nawet miesiącami. Podobnie rzecz się ma w przypadku diet. Wydawać by się mogło, że skoro tyle mówi się o zdrowym stylu życia, organizuje się coraz to nowe kampanie promujące właściwe odżywianie, to nie powinno być z  tym problemu. Niestety, ciągle jest tak, że wiele osób zamiast podjąć walkę ze swoimi złymi nawykami żywieniowymi w  celu osiągnięcia wymarzonej sylwetki, woli stosować diety cud.  Dieta  kopenhaska, Kwaśniewskiego,  diety  monoskładnikowe, mogli byśmy tak je wyliczać bez końca, ale prędzej czy później doprowadzą orga-

nizm do ruiny. Są to takie diety, które nie zabezpieczają potrzeb organizmu zarówno pod względem ilościowym jak i jakościowym. Inaczej mówiąc, powodują niedobory witamin, związków mineralnych, co jest przyczyną zachwiania równowagi kwasowo-zasadowej ustroju. Co za tym idzie, poszczególne narządy zaczynają funkcjonować nieprawidłowo. Jeśli do tego dołączymy deficytową ilość przyjmowanej energii, możemy być niemalże pewni, że odczujemy pogorszenie samopoczucia i ogólnego stanu zdrowia. I nasuwa się nam pytanie: Jak powinniśmy się odżywiać, aby zachować pełnię zdrowia? Odpowiedź jest bardzo prosta, wystarczy, że będziemy przestrzegać 10 zasad zdrowego odżywiania:

1. Jedz co 2-3 godziny. Robisz to bez względu na wszystko? Nie musisz jeść pełnego dania co 2-3 godziny, ale 6-8 posiłków i przekąsek przestrzegających pozostałych dziewięciu zasad. 2. Za każdym razem jedz pełnowartościowe, chude białko. Czy za każdym razem jesz coś, co było zwierzęciem lub pochodzi od zwierzęcia? Jeśli nie, zmień to. Uwaga: Jeśli jesteś wegetarianinem, zasada ta nadal obowiązuje. Potrzebujesz pełnowartościowego białka i musisz znaleźć inne jego źródła. 3. Za każdym razem jedz warzywa. To prawda, oprócz pełnowartościowego, chudego białka, za każdym razem musisz jeść warzywa (czyli co 2-3 godziny, tak jest?). Gdzieniegdzie możesz dorzucić trochę owoców, ale nie pomijaj warzyw. 4. Jedz węglowodany tylko wtedy kiedy na to zasłużyłeś. Właściwie, nie wszystkie węglowodany – jedz warzywa i owoce kiedy tylko chcesz, a jeśli chcesz zjeść węglowodany, które nie są owocami ani warzywami (tu zaliczają się cukry proste, ryż, makaron, ziemniaki, chleb, etc.), możesz to zrobić, ale musisz poczekać z nimi do chwili kiedy będziesz już po ćwiczeniach. Tak, te często bardzo przetworzone ziarna są dietetyczną podstawą w Ameryce Północnej, ale choroby serca, cukrzyca i rak są najczęstszymi. Między nimi jest zależność! Żeby zatrzymać się w drodze do choroby serca, dobrymi węglowodanami nagradzaj się za porządny trening tuż po nim (twoje ciało najlepiej toleruje węglowodany tuż po wysiłku fizycznym). Przez resztę dnia jedz chude białko i pyszne zestawy warzyw i owoców.

8 CooltURalni


5. Naucz się jak lubić zdrowe tłuszcze. Są 3 rodzaje tłuszczów: nasycone, jednonienasycone oraz wielonienasycone. Zapomnij o powiedzeniu „od jedzenia tłuszczy jest się tłustym”. Jedzenie wszystkich trzech rodzajów w zdrowych proporcjach (czyli mniej więcej równych ilościach) może znacząco wpłynąć na poprawę stanu zdrowia, a nawet pomóc w pozbyciu się tkanki tłuszczowej! Tłuszcze nasycone powinny pochodzić z produktów odzwierzęcych, a do gotowania możesz też użyć trochę masła i oleju z orzechów kokosowych. Tłuszcze jednonienasycone powinny pochodzić z mieszanek orzechów, oliwek i oleju z oliwek, zaś tłuszcze wielonienasycone – z mieszanek orzechów oraz olejów: lnianego i rybiego. 6. Pozbądź się kalorycznych napojów (w tym soków owocowych). W rzeczywistości, tym co pijesz powinny być napoje niskokaloryczne. Soki owocowe oraz napoje gazowane i alkoholowe powinny zniknąć z twojej diety. Najlepszy wybór to woda i zielona herbata. Ewentualnie wino ale tylko wytrawne . 7. Koncentruj się na pełnych posiłkach. Większość tego co spożywasz powinna pochodzić z pełnych posiłków. Czasem przydają się suplementy i koktajle, ale w większości przypadków najlepszym rozwiązaniem będzie kompletny, nisko przetworzony posiłek. 8. Miej swoje „10% jedzenia”. Wiem, że przy kilku z powyższych zasad zgrzytałeś/aś zębami. Ale oto klucz: dla optymalnego postępu nie potrzeba 100% stosowania się do zasad. Różnica między 100% a 90% jest minimalna, możesz więc pozwolić sobie na 10% jedzenia lub napojów, które łamią powyższe zasady. Możesz je spożywać w 10% posiłków, dlatego pamiętaj o matematyce i dokładnie oblicz ile to jest 10% posiłków. Na przykład, jeśli jesz 6 posiłków dziennie przez 7 dni, daje to 42 posiłki tygodniowo. 10% z 42 to ok. 4, oznacza to, że przy czterech posiłkach w tygodniu możesz złamać narzucone zasady. 9. Opracuj sposoby przyrządzania jedzenia. Najtrudniejszą częścią zdrowego odżywiania jest konsekwentne przestrzeganie powyższych ośmiu zasad. I w tym miejscu w grę wchodzi przygotowywanie posiłków. Mimo, że wiesz co jeść, gdy nie umiesz tego przyrządzić, twoja dieta spali na panewce już przy pierwszym posiłku. 10. Codzienne wybory dietetyczne zrównoważ zdrową różnorodnością. Spójrzmy prawdzie w oczy, w ciągu tygodnia kiedy jesteś zajęty/a, nie będziesz spędzał/a całych godzin przygotowując wysmakowane potrawy. Wtedy będziesz potrzebował/a zestawu smacznych i prostych do przyrządzenia posiłków, które możesz jeść każdego dnia. Niemniej jednak, każdego dnia lub kilka razy w tygodniu musisz zjeść coś innego, oryginalnego i apetycznego żeby nie dopuścić do zastoju i znudzenia. Ale powinniśmy pamiętać o tym, że każdy z nas jest inny i dlatego nasze diety różnić się będą między sobą w zależności od wieku, płci, aktywności fizycznej czy stanu fizjologicznego w jakim się znajdujemy. Tym niemniej jednak, wprowadzenie tych kilku wytycznych w  życie i  dostosowanie swoich nawyków żywieniowych do nich, z pewnością zaowocuje zdrowiem, dobrym samopoczuciem i ładnym wyglądem. Najlepiej bowiem czujemy się i wyglądamy wtedy, gdy niczego nam nie brakuje i gdy permanentny głód nie psuje nam nastroju. Beata Nowak

CooltURalni 9


Góry i wspinanie to choroba, z którą się umiera, albo na którą się umiera Wychowały go góry, ukształtowały szczyty. Kochał je ponad wszystko. „Góry to moja miłość, wypełniają moje życie i stały się też moim zawodem” - powtarzał zawsze, gdy ktoś go o nie zapytał. Dodawał skromnie, że wspinanie, uprawianie alpinizmu to piękny sport, ale pełną satysfakcję daje mu on dopiero wtedy, gdy może nieść pomoc innym. „To idea wyciągnięcia pomocnej dłoni tam wysoko w górze, jest tak ważna w osiągnięciu sukcesu” - podkreślał. Szybko nawiązywał kontakty z innymi, do nikogo się nie uprzedzał. Dusza towarzystwa - tak mawiali o nim ci, którzy mieli choć raz możliwość wspólnej wspinaczki, cieszyli się, że spotkało ich to wielkie szczęście, a los postawił na ich drodze Maćka. Oczy pełne życia i uśmiechu, którego nie sposób było nie odwzajemnić. Wiecznie radosny i roześmiany, z głową pełną marzeń i planów na przyszłość. On jak nikt inny wiedział, że aby wędrować po górach nie wystarczy mieć tylko dobre nogi, ale także dobre oczy, aby podziwiać ich piękno, oraz dobre serce, aby je pokochać. Taki był właśnie Maciej Berbeka - polski himalaista, alpinista, zdobywca 5 ośmiotysięczników, najbardziej doświadczony uczestnik tegorocznej wyprawy na „Górę śmierci”. Wyprawy, która okazała się ostatnią w jego życiu. Dziś jest nareszcie to – KIEDYŚ!!! Tak pomyślałam, gdy spiker w radiu mówił, że nasi himalaiści dokonali pierwszego zimowego wejścia na szczyt góry, zwanej kiedyś K3. Była radość, szczęście i ogromny szacunek, który przeplatał się momentami z podziwem. You are the champions my friends, te słowa wypełniały w tym dniu nie tylko moją głowę, ale i serce. Choć nigdy los nie dał mi szansy ich poznać, byłam im niezmiernie wdzięczna za to, czego właśnie dokonali. Czułam, że zapisali piękną kartę historii i stali się wielkimi bohaterami „górskiego szaleństwa”. Adam Bielecki, Artur Małek, Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski, te nazwiska królowały na wszystkich portalach informacyjnych, a był

10 CooltURalni

5 marca bieżącego roku. „Jest! Sukces Polaków! Zdobyli Broad Peak”, „Polacy zdobyli zimą Broad Peak”, „To był wyjątkowo dobry dzień”, „Broad Peak jest nasze, nie dokonał tego zimą nikt wcześniej!” To tylko nieliczne z tytułów jakie pojawiały się tego dnia w mediach. Teraz już tylko zejście do bazy, a później… zasłużone świętowanie. Wszyscy spekulowali właśnie takie zakończenie wyprawy, nikt nie przypuszczał bowiem, że straszna będzie cena za tryumf, a sukces przerodzi się w tragedię. Jest takie polskie przysłowie, że sukces jest po zejściu, a szczyt to dopiero połowa drogi. Lecz gdy stanie się już na wierzchołku góry, nikt nie bierze go na serio. Wszyscy wierzą, że nic złego stać się już teraz nie może. I tym razem miało być dokładnie tak samo, nic złego wydarzyć się już nie miało. Lecz los chciał najwidoczniej innego zakończenia. Piękny sen trwał krótko i przerodził się w koszmar. Ledwie kilkanaście godzin trwało szczęście ze zdobycia szczytu. Gdy do Polski zaczęły napływać niepokojące informacje, radosna atmosfera przerodziła się w niepewność, która gasła z każdą minutą. Szczyt co prawda zdobyty, lecz nie znany jest los dwójki himalaistów - Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego. Schodzili ze szczytu bardzo wolno, jeden meldował problemy z oddychaniem, tę informację w środowy poranek 6 marca przekazał organizator wyprawy Krzysztof Wielicki. Zaczęły się spekulacje i domysły, a nadzieja malała z każdą chwilą. Każdy wierzył, że to tylko kwestia czasu kiedy zaginieni dadzą oznaki życia. Złudne to były jednak marzenia, które nie doczekały się spełniania. Portale informacyjne obwieszczały coraz to gorsze fakty, które niestety, ale trzeba było przyjąć do świadomości. Nagle okazało się, że zamiast świętować zdobycie szczytu i  ogromne osiągnięcie, nastąpiła gorycz porażki. Najbardziej doświadczonym z całej czwórki himalaistów był wspomniany wyżej Maciej Berbeka. To była jego góra. Ćwierć wieku temu był bliski dokonania pierwszego zimowego wejścia na jej szczyt,


zakończył jednak wspinaczkę na przed wierzchołku zaledwie 23 metry od szczytu! „Historia Berbeki jest jak tragedia antyczna – mówią ci, którzy znali wspinacza z Zakopanego. Góra go wzięła dokładnie co do dnia, 25 lat po tym, jak go wypuściła. Sam na nią wrócił po swój los.” Jest marzec 1988 roku. 34-letni, choć jeszcze bardzo młody, to już niesamowicie doświadczony zakopiańczyk wspina się na Broad Peak. W Karakorum trwa właśnie zima. Jest pewien, że zdobył szczyt, podczas gdy w istocie znajduje się na przed wierzchołku Rocky Summit. Baza ma wątpliwości co do osiągnięcia właściwego wierzchołka, lecz nie przekazuje ich Berbece. Mówi mu, aby zawracać. Maciej, choć zostaje pierwszym człowiekiem, który przekroczył zimą wysokość 8000 metrów w Karakorum, nie jest z tego powodu usatysfakcjonowany. Czuje pewnego rodzaju rozżalenie. Mijają lata, a góra wciąż „przywołuje” himalaistę. Nie pozwala o sobie zapomnieć. I przychodzi rok 2012, a w głowie Krzysztofa Wielickiego rodzi się pomysł, aby w zimowej wyprawie, którą organizuje wziął udział właśnie Berbeka. Jak mówi Wielicki „Maciej ma największe prawo do tego, aby być członkiem wyprawy, aby dokończyć wspinaczkę sprzed ćwierćwiecza”. I tak właśnie się dzieje, wspinacz z Zakopanego dołącza do zespołu, aby dokończyć rozdział

książki rozpoczęty 25 lat wcześniej. Niestety, jak się okazuje, jest to ostatni rozdział pięknej i niezwykłej historii „lodowych wojowników”. Berbeka (razem z Kowalskim), zostaje uznany za zaginionego 6 marca: równo 25 lat po zdobyciu Rocky Summit. Dzisiaj można już tylko spekulować, co wydarzyło się tam na górze. Nigdy pewnie nie poznamy prawdy, gdyż będzie o nią bardzo trudno. Latem ruszą wyprawy, które mogą natrafić na jakieś ślady, czy też ciała, ale równie dobrze może to nigdy nie nastąpić. Jedno jest jednak pewne, już nikt nie będzie wspinał się tak jak Maciek. Bo to był styl i klasa sama w sobie. Geniusz ruchu i typ zwycięzcy, na którego zawsze można było liczyć, niezależnie od sytuacji. Łza ciśnie się do oka, gdy głowę napełniają myśli, że nie ma go już wśród nas. Ale on pewnie nie chciałby, aby go opłakiwano, bo doskonale wiedział, że góry i wspinanie to choroba, z którą się umiera, albo na którą się umiera. Już tak to jest z tym górskim szaleństwem, że to sytuacja bez wyjścia - ciężko z nim żyć, a bez niego po prostu się nie da. To tak jak niezbyt udana miłość przyzna każdy, kto jej zasmakował.

Czekając na Ciebie wbijam w skórę paznokcie Bo może jednak przyjdziesz. Boję się, że to będzie rano, a ja będę pić kawę palić papierosa I ty zobaczysz, że tak naprawdę jestem całkiem bosa. Mam nadzieję, że to nie będzie w nocy, gdy od kieliszka do obcych mężczyzn będą błądzić mi oczy. Nie chcę spotkać Cię też po południu, Bo pracuję, a wtedy nie czuję, że gdzieś tam serce funkcjonuje. Jedynie nie miałabym nic przeciwko byś przyszedł w śnie, Tam już niczego nie boję się.

pod dachem. słodko-gorzkich zdarzeń. w pokoju przeźroczystych marzeń. w popielniczce wypalonych przykrości w poszukiwaniu własnej ukrytej rzeczywistości uciekać muszę przed życia niedorzecznymi zakrętami.

Karolina Szkoła

Czasem się Boję. A kiedy się boję to śpiewam Lub krzyczę. Tak pół głosem żeby nikt nie słyszał. A gdy jakiś Pan lub jakaś Pani pytają, czym dla mnie jest strach. To milczę, przecież nie powiem im, że mam ponad 20 lat. I ciężko Mi w tłumie oddychać.

Edyta Kowalska

CooltURalni 11


Szuflada

Sztuka ulicy „Graffiti nie jest najniższą formą sztuki. Chociaż wymaga skradania się w nocy i okłamywania mamy. Jest tak naprawdę najbardziej uczciwą formą sztuki, do tego ogólnodostępną. Nie ma w niej hipokryzji ani nadęcia, jest wystawiana na najlepszych ścianach w mieście, nikogo nie razi cena biletu. Nigdy z resztą nie było lepszego miejsca dla sztuki niż ściana.” Banksy, Wojna na ściany Poczynając od malowideł naskalnych w jaskini Lascaux, hieroglifów w piramidach, czy napisach na ścianach domów w Pompejach, później wypisanych imion na trasie podróży dostrzeżonych przez samego hrabiego Jana Potockiego, sentencji zamieszczanych wewnątrz domów na głównych belkach chat lub dworu – graffiti towarzyszy ludzkości od zarania dziejów. To technika wykonawcza, ale też styl życia oraz forma ekspresji artystycznej i ideologicznej. Zjawisko graffiti i street artu mają w sobie zdolność kreowania przestrzeni publicznej i potencjał krytyczny. Aby móc kontynuować temat należy wspomnieć o samej przestrzeni, w której funkcjonuje sztuka ulicy. Każdy z nas ma na co dzień doczynienia z tak zwaną szatą graficzną, czyli wywieszkami, tablicami, ogłoszeniami, neonami i plakatami, które w bezlitosny sposób wdzierają się do naszej świadomości. Podświadomie taka forma transmisji komunikatów traktowana jest jako bardziej prawdziwa – to, co napisane jest trwałe. Im większa aglomeracja, im bliżej centrum, tym większe zagęszczenie informacji. Ale są też takie miejsca, które nie będąc zagosopdarowane odstraszają szarymi płaszczyznami, niewykorzystanymi ścianami budynków. Wtedy do akcji ruszają graficiarze. Źródła współczesnego graffiti pochodzą z USA i jego narodziny wiąże się z pojawieniem się na rynku w latach 60. wodoodpornych flamastrów. Opiera się ono na tworzeniu tagów i malowideł. Jedne napisy namalowane są niedbale w pośpiechu, inne to staranne kompozycje składające się z tagu, rysunku i podpisu artysty. Głównym zadaniem jest stworzenie kreatywnego hasła mającego mocny przekaz lub jak najbardziej wymyślnej czcionki. Jednym z pierwszych king of the city był Taki 183, szybko znaleźli się jego naśladowcy. Oprócz tagów pojawiły się throw-upy, czyli dwukolorowe podpisy,

12 CooltURalni

następnie piece – najbardziej rozbudowane, trójwymiarowe i czasochłonne, wymagające współpracy grupy. Wykorzystywano flamastry, spray, farbę, z czasem zaczęto stosować technikę szablonów, vlepek (ręcznie robionych naklejek) i cut-outów (malowania na dużych formatach papieru i przyklejania go na murach). Niestety graffiti stopniowo się wyczerpuje z powodu poważnych zaostrzeń prawnych i prywatyzacji przestrzeni publicznej. Obok niego pojawił się trudny do zdefiniowania street art bądź postgraffiti, jako szereg nowych zjawisk – wykorzystujący konekst otoczenia. Dodatkowo na rozróżnienie między graffiti a street artem wpływa element estetyczny wyraźnie pojawiający się w tym drugim. Można wyróżnić wiele jego rodzajów, ja skupię się tylko na kilku. Funkcjonuje podział na street art wizualny i performatywny. W ramach pierwszego wymienię murale, czyli trójwymiarowe, często wielkoformatowe malowidła, chyba najbardziej czasochłonne i z racji tego wymagające pozwolenia miejscowych władz na realizację. Inna formuła to biżuteria dla miasta, która polega na umieszczeniu w przestrzeni publicznej ozdobnych detali większych bądź mniejszych, wykonanych różnymi technikami. Dużą kreatywnością można się wykazać we flash mob – wersja performatywna – polegającym na wykonywaniu określonej, niekoordynowanej przez zewnętrzną insytucję czynności, w grupie przypadkowych ludzi. Wspólne akcje – guerilla gardening - mające na celu pod osłoną nocy upiększanie przestrzeni za pomocą szpachelki, konewki i nasion także należy do sztuki ulicy. Sztuka ulicy przyjmuje różną formę, dlatego też miejsca na nią przeznaczane/wybierane to ulice, chodniki, metro, pociągi, tunele, mosty, przystanki autobusowe, kontenery, znaki drogowe, tablice informacyjne, przyroda, symbole firm, reklamy (billboardy), mury, ściany i tak dalej... Banksy - jeden


które w zestawieniu z konkretnym problemem społecznym wywołują szok u odbiorcy – zazwyczaj przypadkowego przechodnia. Z racji tego, iż graffiti wiąże się z subkulturą, integracją grupy ludzi, funkcjonuje kodeks graficiarzy, mówiący międzi innymi o niestosowaniu wulgaryzmów, niemalowaniu na prywatnych posesjach, budowlach zabytkowych i sakralnych, niekopiowaniu oraz niezamalowywaniu dzieł innych artystów czy grup. Niestety graffiti ma różne oblicza i nie wszycy stosują się do tych kilku prostych zasad. Stąd też negatywne podejście wielu ludzi do sztuki ulicy. Przecież do graffiti zaliczane są wszelakie napisy na klatkach schodowych, ławkach szkolnych, drzwiach toalet, które często zawierają niestosowne słownictwo i rysunki. Taką formę działalności uważam za mało świadomą merytorycznie w kontekście przekazu i mocno ukierunkowaną na wandalizm. Graffiti i street art są formą ekspresji praktykowaną przez niezliczoną rzeszę młodych ludzi prezentujących bunt szeroko pojęty, ale też świadomych swej twórczości artystów. Dla przykładu wymienię tych, których najbardziej cenię: Banksy, NeSpoon oraz M-City (polecam gorąco zapoznać się z ich twórczością). Tym, którzy wolą bezpośrednią formę kontaktu z tą ekspresją proponuję spacer wzdłuż Wisłoka w pobliżu Hali Podpromie – tam na szarych betonowych studzienkach Masz (absolwent UR) przedstawił swoje „charaktery”. Justyna Piekło

Zdjęcie: Archiwum prywatne

z najsłynniejszych twórców street artu - ścianę wyniósł do rangi jedynego stosownego miejsca na sztukę. Jakie warunki powinna spełniać najlepsza ściana? To przestrzeń niczyja i wyobcowana, najlepiej trudnodostepna oraz pierwotnie nie mająca przeznaczenia na graffiti, istotna jest jej reprezentatywność, a więc usytuowanie na przykład w centrum miasta. Kim jest twórca graffiti i street artu? To osoba, która swoją postawą sprzeciwia się zastanej rzeczywistości, której twórczość stanowi kontrkulturę polityczną i ideologiczną. Początkowo graffiti parali się ludzie wykluczeni społecznie, bezrobotni. W latach 80. nastąpił podział graficiarzy na tych wiernych korzeniom - anonimowi i utożsamiający się z kulturą hip-hopu oraz na grupę, która przeniknęła do świata sztuki. Sytuacja ta zmieniła też status twórcy postgraffiti, to już artysta, którego dzieła cieszą się dużym zainteresowaniem i osiągają wysokie ceny. Celem takiej działalności jest wyrażenie siebie, zdobycie uznania wśród towarzyszy. Ważne zadanie to oswojenie przestrzeni – nadanie jej wymiaru ludzkiego. Zaznacza wspólny teren. Pozwala na konstytuowanie się tożsamości indywidualnej i grupowej, przyczyniając się dodatkowo do wytwarzania pluralistycznej przestrzeni publicznej. Wprowadza poważny durkurs nad stosunkami społecznymi. Inspiracje czerpane są zewsząd, często to sama popkultura podsuwa artystom symbole,

CooltURalni 13


Sport łką, i p ą t a w o j a j go e i k s ń a k y r e W pogoni za u am l o b t u f t a m e t czyli coś na Witajcie!!! Nadeszła wiosna. Bardzo oczekiwana pora roku przez wszystkich sportowców. Po zimowej przerwie do życia budzi się piłkarska brać, żużlowcy wznawiają treningi, wielu z nas wyciąga z piwnic rowery, aby cieszyć się pogodą i aktywnie spędzać czas. Pośród tych wszystkich rodzajów aktywności jest jedna specyficzna dyscyplina, która w USA bije rekordy oglądalności, ale również w Polsce (też w Rzeszowie) zaczyna gromadzić coraz szersze grono entuzjastów. Jest nią futbol amerykański. Może najpierw odrobina historii. Futbol amerykański zrodził się na Wyspach Brytyjskich w 2 połowie XIX wieku. Niech Was nie zmyli nazwa tej dyscypliny. Nie chodzi w niej o „kopanie” jak może Wam zasugerować angielski termin. Wbrew pozorom większość akcji w meczu, wykonywana jest za pomoc rąk. Pierwszy mecz futbolowy odbył się 1869 roku w Nowym Brunszwiku, w stanie New Jersey, pomiędzy dwoma drużynami uczelnianymi. W 1920 roku powstaje liga American Professional Football Association, aby dwa lata później zmienić nazwę na NFL (National Football League). Prawdziwy „futbolowy bum” ma miejsce po II wojnie światowej. W roku 1960 powstaje AFL (American Football League), która w 1966 łączy się z NFL. Po tym połączeniu, następuje cały czas rosnące zainteresowanie futbolem (co trwa aż do dziś). Żeby Was nie zanudzić historią, przejdę do podstawowych zasad rozgrywki futbolu amerykańskiego. Zacznijmy może od tego gdzie i czym się gra. Otóż cała zabawa toczy się na prostokątnym boisku o szerokości 53 i 1/3 jarda i długości 120 jardów (1 jard = 91 cm). Pole to jest podzielone na mniejsze prostokąty z cienkimi liniami, narysowanymi w poprzek boiska co 5 jardów. Jak łatwo się domy-

14 CooltURalni

Rys. Mateusz Świder

ślić skoro jest boisko, to musi być i piłka. No i jest, ale nie byle jaka. Powiem wprost: piłka ma kształt jaja! No dobra, żeby nikogo nie urazić powiem inaczej: piłka do futbolu amerykańskiego jest owalna. Czemu taki kształt, nie wiem, ale mogę się domyślać, że chodzi tu o ergonomię, a tym samym o łatwiejsze rzucanie i łapanie. Zostawmy piłkę w spokoju, a przejdźmy do samej rozgrywki. Gra w futbol amerykański podzielona jest na trzy etapy: grę po kopnięciach, grę w ataku oraz grę obronną. Pierwszy etap to tak zwany kickoff. Każdy mecz futbolu amerykańskiego zaczyna się wykopem piłki przez jedną z drużyn. Ustawia się ją na specjalnej plastikowej podstawce 30 jardów od pola punktowego drużyny wykopującej. Następuje wykop, piłka leci i leci, aż któryś z 11 graczy drużyny odbierającej ją złapie. Ten, który złapał piłkę, biegnie z nią w stronę pola punktowego przeciwników.


Kolejnym etapem gry jest gra w ataku. Drużyna będąca aktualnie w posiadaniu piłki stara się tak przeprowadzać akcje, aby dojść z piłką do pola punktowego przeciwników. Zadanie to utrudnia najważniejszy przepis w futbolu amerykańskim, który mówi, że atakująca drużyna musi w czterech kolejnych próbach przejść minimum 10 jardów boiska. Jeśli jednak to się nie uda, piłkę przejmie drużyna przeciwna i to ona w kolejnej akcji będzie atakować. Tu warto jeszcze wspomnieć o dwóch rodzajach zagrań w ataku to jest zagraniu typu pass (czyli podanie) i zagranie typu rush (czyli bieg). O tym, jaki rodzaj zagrania będzie w danej akcji stosowany, decyduje rozgrywający (quarterback). I na koniec gra obronna. Jak nie trudno się domyślić, głównym zadaniem formacji defensywnej jest uniemożliwienie zdobywania jardów drużynie atakującej. Jak to w każdym meczu bywa, drużyna, która zdobędzie więcej punktów przed upływem regulaminowego czasu gry, wygrywa. Poniżej zamieszczam tabelkę i objaśnienie, za co można dostać punkty w meczu futbolu amerykańskiego: Zagranie Touchdown Field Goal Safety Two-Point Conversion Extra Point/Point-After-Touchdown • Touchdown (przyłożenie) – wbiegnięcie z piłką w pole punktowe. • Field Goal - kopnięcie piłki do bramki przeciwników z miejsca, w którym skończyła się poprzednia akcja. • Safety – wyjątek, w którym formacja obronna może zdobyć punkt, poprzez zatrzymanie (przewrócenie na ziemię) zawodnika biegnącego z piłką w polu punktowym jego drużyny. Dwa rodzaje podwyższeń: • Extra Point - trafienie do bramki przeciwnika z linii oddalonej 2 jardy od jego pola punktowego. • Two-Point Conversion - rozegranie jednej akcji z linii 2 jardów i próba ponownego dotarcia z piłką do pola punktowego przeciwników.

Jak wspomniałem na początku, sport ten cieszy się ogromną popularnością w USA. Świadczą o tym dwie rzeczy. Pierwszą rzeczą jest fakt, że w amerykańskiej kinematografii powstało wiele dobrych filmów o tej tematyce. „Męska gra”, „Tytani”, „Sezon rezerwowych”, „Wykiwać klawisza” to tylko niektóre tytuły, z dość długiej listy filmów z wątkiem futbolowym w tle, a które na pewno „obiły” Wam się o uszy. Drugą rzeczą jest duże zainteresowanie czasem reklamowym, emitowanym podczas transmisji Super Bowl. Jak donoszą media średnia cena 30-sekundowego spotu reklamowego to kwota około 3,7 mln dolarów. Bajońska suma! Ale co tam, my w Polsce też mam swoją ligę futbolu amerykańskiego – PLFA. Może jeszcze nie osiągnęła ona takiej popularności jak NFL, ale może cieszyć fakt, że dzięki niej w naszym kraju wzrasta zainteresowanie tym widowiskowym, energetyzującym, dynamicznym i emocjonującym sportem. Jako ciekawostkę powiem Wam, że również Rzeszów ma swojego reprezentanta w PLFA. Jest nim drużyna Globinit Ravens Rzeszów. Punkty 6 3 2 2 1 Mam nadzieję, że w choć w drobnym stopniu przybliżyłem Wam ogół rzeczy związanych z futbolem amerykańskim i w jakiś sposób zachęciłem, może nie do gry, ale choćby do obejrzenia jakiegoś meczu. Na koniec dwa cytaty:

„Futbol nie jest sportem kontaktowym,

jest sportem kolizyjnym. Sportem kontaktowym jest taniec.” Vince Lombardi, legendarny trener „Poza wszystkim futbol jest wspaniałym sposobem na to, żeby wyładować agresję i nie pójść za to do więzienia.” Heywood Hale Broun, dziennikarz Mateusz Świder

CooltURalni 15


Trochę kultury?! Marlena Dietrich – gwiazda i ikona kina.

W piątek 22 marca miałem okazję obejrzeć sztukę w reżyserii Romualda Wilcza-Pokojskiego pod tytułem Złamane paznokcie. Rzecz o Marlenie Dietrich w wykonaniu Anny Skubik. Spektakl ten był wystawiany w Rzeszowskim Teatrze „Maska”. Przed rozpoczęciem sztuki, jak co roku, wyróżniający się pracownicy teatru otrzymali nagrody Prezydenta Miasta Rzeszowa oraz dyrektora Teatru „Maska”.

Złamane paznokcie. Rzecz o Marlenie Dietrich

jest monodramem przedstawiającym sylwetkę niemieckiej artystki – Marleny Dietrich – gwiazdy będącej również symbolem piękna i sukcesu. To, co czyni spektakl nietypowym jest fakt, że na scenie aktorce towarzyszy duża lalka tytułowej artystki. Anna Skubik, która wciela się w postać Glorii – młodej dziewczyny będącej służącą sławnej artystki, jednocześnie animuje lalkę będącą podobizną Dietrich i śpiewa jej piosenki. Spektakl przedstawia niemiecką artystkę w najtrudniejszym momencie jej życia. Jest samotna, opuszczona przez wszystkich przyjaciół, zgorzkniała i nieszczęśliwa. Jedyną jej towarzyszką jest właśnie wspomniana wcześniej Gloria, którą jednak popularna gwiazda nie darzy wielką sympatią. Podczas spektaklu przyjemne i radosne wspomnienia przeplatają się ze smutną i brutalną teraźniejszością. Jesteśmy świadkami nierównej walki sławy i piękna z niepowstrzymanym i okrutnym prawem przemijania. Aktorka płynnie przechodzi z jednej roli w drugą, pokazując walkę młodości z przemijającą legendą, zmaganie się doświadczonej kobiety z niewyrobioną dziewczyną, która wielu rzeczy nie jest jeszcze świadoma. W pamięć najbardziej wryło mi się brawurowe wykonanie utworu „Mein Herr”, kiedy to aktorka dzieli z lalką czarne, obcisłe

16 CooltURalni

Źródło: www.teatrmaska.pl body oraz swoje nogi, które stają się nogami Dietrich. Ciekawie prezentuje się również scenografia – walizka, która znajduje się na scenie od początku spektaklu, po otworzeniu i postawieniu w pionie zamienia się w szafę i kobiecą toaletkę z podświetlanym lustrem i niewielką półeczką. Jeśli chodzi o współpracę z lalką i sposób jej animacji, to nie pozostawia on żadnej wątpliwości, co do umiejętności Anny Skubik. Jej świetny występ na pewno na długo zapadnie mi w pamięć. Podczas ostatniego monologu Gloria wyznaje widzom, że wszystko to wymyśliła, że wyobraziła sobie, iż jest uczennicą Dietrich, która daje jej wskazówki dotyczące kobiecości i charakteru. Spektakl Złamane paznokcie. Rzecz o Marlenie Dietrich był pokazywany i nagradzany już na wielu festiwalach, zarówno krajowych jak i zagranicznych. Po obejrzeniu sztuki sam pragnę przyznać, iż była ona naprawdę fascynująca. Jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję obejrzeć Złamane paznokcie. Rzecz o Marlenie Dietrich to nie wahajcie się ani chwili, bo naprawdę warto! Sławomir Frączek


Welcome to Burlesque!

Źródło: https://www.facebook.com/BurlesqueCabaretShow Forma teatralno-taneczna, jaką jest Burleska towarzyszy nam już od XVIII wieku, często jednak kojarzona jest jedynie z Ditą von Teese, amerykańską gwiazdą tego gatunku sztuki. Okazuje się jednak, że nie musimy szukać gwiazd za oceanem, gdyż i u nas w Rzeszowie działa grupa młodych, pięknych kobiet prezentujących to niezwykłe muzyczne show, a mianowicie - Burlesque Cabaret Show. Już niebawem sami będziemy mogli się o tym przekonać, a to za sprawą organizowanego spektaklu, wystawianego 6 kwietnia w Teatrze Maska, w dwóch edycjach - o godzinie 17:00 i 19:00. Artyści tworzący grupę przedstawiają różne osobowości, jednak całość prowadzi do spójności i precyzyjnego zgrania. Główną postacią Burlesque Cabaret Show jest żywiołowa, a zarazem zmysłowa Lady Margaret, którą kreuje Małgorzata Boć. Oprócz niej program swoim niezwykłym tańcem uświetnią Katarzyna Krupa, Kinga Konefał, Paulina Bester, Klaudia Oczoś i Mateusz Ostrowski. Jak mówią

same artystki: „Pomysł zrodził się z pasji i miłości to tańca, sztuki, teatru i tworzenia.” Burleska wszak łączy ze sobą elementy z pogranicza tych właśnie dziedzin. Jest niezwykle stylowa, widowiskowa i przesiąknięta kobiecą atmosferą. Łączy w sobie między innymi taniec kabaretowy, musicalowy, broadway, jazz i klasykę. Zapewnia niepowtarzalną atmosferę, zmysłowy, a zarazem zabawny klimat i ogromne wrażenia. Wyrazu i smaku bez wątpienia dodają stroje - boa z piór, gorsety, długie rękawiczki i koronkowe rajstopy; genialny wokal Małgorzaty Boć, profesjonalizm i doświadczenie tancerek, a przede wszystkim wielka pasja, temperament i zaangażowanie. Wszystko to składa się na wysokiej klasy widowisko i niezapomniane przeżycia. Pozostaje nam więc tylko jeszcze raz zaprosić wszystkich na spektakl, a Burlesque Cabaret Show życzyć samych sukcesów i dalszego rozwijania tej wyjątkowej pasji. Andżelika Szczypta

CooltURalni 17


Z naszych wojaży....

Suchą stopą Przygotowując się jakiś czas temu do dwutygodniowego wyjazdu do Dublina, biłam się z myślami, czy do walizki spakować - oprócz wielu bardzo potrzebnych kobiecie do przeżycia przedmiotów - parasolkę. Znając z geografii i relacji naocznych świadków aurę pogodową jaka panuje w stolicy Irlandii (mam na myśli wiatr z nad morza lub od strony gór, zwłaszcza porą zimową towarzyszący częstym opadom deszczu), ostatecznie zrezygnowana podjęłam decyzję o ciut lżejszej walizce, chroniąc przy tym parasolkę od połamania na silnym wietrze. I rzeczywiście, przemierzając ulice Dublina spotkałam tylko kilka osób z parasolką, nawet podczas ciągłych opadów deszczu. Dublin architektonicznie nie zachwyca, ścisłe centrum to głównie kamienice kilkupiętrowe, wszystkie podobne do siebie, a nad całością góruje dublińska iglica. Na obrzeżach miasta dzielnice także wyglądają nieciekawie; szeregi identycznych domów rodzinnych ciągną się w nieskończoność. Są też skupiska nowoczesnych, ale raczej nie grzeszących imponującą wysokością biurowców. A więc spacery po dublińskich ulicach okazały się mało atrakcyjne. W takiej sytuacji można bez wyrzutów sumienia oddać się pasji zwiedzania przepastnych muzeów, bibliotek, zabytkowych kościołów... Irlandia to kraj mocno kojarzony z pobożnością, co oddaje krajobraz miejski gęsto zaopatrzony w budowle sakralne. Najsłynniejsza jest Katedra Św. Patryka z 1191 roku. Niestety miejsce to odpycha fatalnym oświetleniem. W zamian warto być w Anglikańskiej Katedrze Kościoła Chrystusowego – najstarszej katedrze w stolicy. Tutaj premierowe wykonanie miało oratorium Mesjasz Haendla. W średniowiecznej krypcie przygotowana jest wystawa starodruków i cennych przedmiotów z wyposażenia katedry. Co mnie bardzo zaskoczyło, przemierzając las filarów natknęłam się na zmumifikowane zwłoki kota i szczura – kompozycja przedstawia pogoń kota za swoim potencjalnym posiłkiem. W opozycji do konserwatyzmu religijnego jest The Church - kultowa restauracja i bar - mieszczą-

18 CooltURalni

cy się w dawnym kościele. Muszę przyznać, że po indoktrynacji jaką przeszłam w dzieciństwie, degustowanie Guinnessa w takim miejscu było dla mnie nowym doświadczeniem. Jeśli chodzi o symbol i główną markę eksportową Dublina, nie można pominąć w planie zwiedzania Guinness Storehouse, czyli raju dla amatorów ciemnego trunku. Po poznaniu procesu ważenia piwa można przejść krótki kurs fachowego nalewania Guinnessa, otrzymując na koniec dyplom (polecam, wcześniej będąc proszonym o napisanie imienia i nazwiska, by zrobić to czytelnie i wielkimi literami, pomijając polskie znaki – niestety obsługa ma z nimi problem). Podążając tym szlakiem każdy powinien być też na Temple Bar gdzie znajduje sie niezliczona ilość tradycyjnych pubów z pokazami oryginalnych tańców i muzyki irlandzkiej. Obierając inny kierunek wskazane jest poświęcić kilka dni na muzea, w które miasto obfituje. Rewelacyjne jest Dublinia pokazujące świat Wikingów i rzeczywistość średniowiecznego Dublina w sposób bardzo interaktywny, co pozwala nam przymierzyć stroje, założyć zbroję, uczyć się pisma runicznego, czy poznać pracę archeologa od kuchni. Bogatym zbiorem eksponatów z różnych zakątków świata może pochwalić się Muzeum Narodowe. Dla przykładu w oddziale Muzeum Sztuk Dekoracyjnych i Historii można znaleźć cudowne bibeloty i przedmioty codziennego użytku pochodzące z różnych kultur. A dla panów ciekawą propozycją może być Więzienie Kilmainham, które obecnie jest udostępnione dla zwiedzających, jednak proszę przygotować się na „chłodne przyjęcie” – więzienne mury nie stwarzają nawet pozornego ciepła. Oczywiście podczas pobytu w Dublinie znalazły się także dni pozwalające pogodowo na odwiedzenie Narodowego Ogrodu Botanicznego, co bardzo polecam, ale zdecydowanie porą letnią, by móc cieszyć oko w pełni feerią barw kwiatów egzotycznych roślin. Obowiązkowo należy zajrzeć do Phoenix Park. Jeśli ktoś nie widział, ale bardzo tego pragnie, może zobaczyć na żywo stado danieli. Trzeba przyznać, że widok ten wywołał u mnie stan spląta-


nia – stado danieli w parku, w mieście… niestety są to płochliwe zwierzęta. Pozostając w tematyce fauny i flory, sugeruję wizytę w Zoo. Wiem, że wszystkich obrońców praw zwierząt mam teraz za największych wrogów, ale spokojnie - zoo dublińskie jest mocno nastawione na edukację (sprawdźcie sami). Gdy dobrze zaplanuje się zwiedzanie miasta, można uniknąć nadmiernego przemoczenia, a nawet jeśli dopadnie nas deszcz, to myślę, że Dublin jest godzien takiego poświęcenia. Justyna Piekło

Zdjęcia: Archiwum prywatne

CooltURalni 19


20 CooltURalni

CooltURalni  

Magazyn Studentow Uniwersytetu Rzeszowskiego

Advertisement