__MAIN_TEXT__

Page 1

Numer 3

CÊch Mazurski Cejtunek

Mej 2019


SPIS TREŚCI Jek pospołu mozém retowacz mazurskó gádkie? Mecenasi Céchu Kolejny tom „Słownika Gwar Ostródzkiego, Warmii i Mazur” już dostępny! Kordák z giésziénkäni, czyli Wielkanoc po mazursku Mówiona historia Mazur: Wojna Węgorzewski spacerownik Fizjografia Mazur Historie po wsi zebrane Muszim niécz swojó radziostacÿjó! Mazurkä warżi, czyli mazurska kuchnia Agnieszki Grzybowskiej Szpaski na ziosne Krzyżówka wiosenno–wielkanocna Współtwórcy Céchu: ks. Dawid Banach Bartosz Borkowski (red.) Agnieszka Grzybowska Jerzy Łapo Agata Maskulak ks. Wojciech Płoszek Katarzyna Sobolewska Piotr Szatkowski v. Psioter ôt Sziatków (nacz.) Bartłomiej Śliz

3 4 5 6 9 10 12 17 22 23 26 27

Wydawca: Piotr Szatkowski Krasnołąka 34 13-200 Działdowo; e-mail: cech.redakcyja@gmail.com tel: 726 503 150

Projekt okładki i skład: Piotr Szatkowski Źródło fotografii na okładce: Pixabay; mrochnowska na licencji Creative Commons.

Poszukujemy osób skłonnych do pomocy przy składzie przyszłych numerów Céchu. Mile widziane także propozycje artykułów, relacje z mazurskich wydarzeń, fotografie, które możemy wykorzystać w następnych numerach.

Teksty zamieszczone na łamach czasopisma są własnością ich autorów. Wskazówki co do mazurskiej ortografii: á – MŚ pośrednio między a i o, Os.: o, MW, MZ: a ä – MŚ i MW: ia lub iä, MZ: a é – pośrednie między e oraz y lub między e oraz i ô – MŚ: ło, reszta regionu zazw.: o û – MŚ: łu, reszta regionu zazw.: u rż – połączenie r i ż lub samo ż sz, cz, dż, ż – półn. MŚ, MW, Os.: pośrednie między pol. sz i ś, cz i ć, dż i dź, ż i ź; reszta regionu zazw.

ś, ć, dź, ź ÿ – pośrednie między y oraz i lub zupełnie jak i. Skróty: Os. – Ostródzkie: pow. Ostródzki i gm. Olsztynek, MZ – Mazury Zachodnie: od Działdowa po Szczytno, MŚ – Mazury Środkowe: okolice Pisza, Białej, Mrągowa, Giżycka, Węgorzewa w stronę Olecka i Gołdapi, MW – Mazury Wschodnie:

Ełk, Olecko

2


Jek pospołu mozém retowacz mazurskó gádkie?

J

poziedżiécz, co me to fest porusÿło, za to ém jest Jém zielce dżiénkownÿ. Drugie: próbujta brukowacz dóma. Chocbi to buł jénén zac abo i razu jéne słówko niedzÿ słowóma jénséch szprachów – zawdi lepsi cokolziek jek nic nie poziedżiécz! To je wázná rżec nie tlo lá ôtrżimaniá mazurski gádki, ale téz i  po to, cobi cziéngiém, sztendich prżibácacz faméliji, a  ôsoblizie dżiecziukám, skiela ónÿ só i  ôt jeki kulturi pochodzó. Dżiecziuk moze z  psiérwotku trocowacz, ale zierżájta ni - za kilanászczie lát sobzie to wszio przibácÿ i wzád do mazurskoszczi prżidżie. Tak to wirkuje. Tocz nie na prózno Poláki mózió – cém za młodu skorupa nasziónknie, tém na staroszcz trónczi, jo? Trżeczie: brukujta apém z  drugiéni Mazurani abo téni, co majó woló szie ûcycz. Tamój, kiéni ziéta, co esteszta niedzÿ ludżiani, co moze szie jém nasa gádkä wdarżicz i  moze niechtórne nawet cószczi paniéntajó – gádájta z  niéni ô tem! Ónÿ szie béndó ûcÿcz ôt Wáju, a  Wi ôt niéch. To je nálepsÿ sposób, nálepse modło ûcbi naszladujóncéch mazurskiéch słówków, ale tégoz samégo, cobi zmocnicz kämrastwo niedzÿ Mazurani. Eszli ni máta nikogój do richtownégo pogádaniá ô téch sprawach, mozeta zawdi wnijszcz na mazurskie strónÿ na Facebooku: psista abo na „Mazurskie Słówko na Dziś”, abo na grupsie „Mazurská Gádkä”. Tamój sobzie cuzamén, społém prżibácami, jek to te anÿ, ómÿ i  ópi, ónkle i  tanti, ôjce móziwali. Cujta szie sérdecno ejnladowane!

ek to prżisło, com szie pocón docÿnkowacz z mazurskó gádkó? Nápsiérwu z  trżista słówków słisáłém dóma, esce za sziurkä. Niechtórne sztamowali ôt niéniecki gádki, lec w  dżiałdowskiém krejżie szie fejn ûchowałi, jénse bili staréni mazurskiéni słówkäni, chtórne w  polskiéch słownickäch stojeli ôpsisane nibi „archäjizmi”. Nie je to nic do dżiwu, bo nasa gádkä, skorno szie jó porówniwá do polski szprachi, to isto wiglóndá fest staro. Nó já ale te słowa zawdi trżimáł za normalne słowa brukowane na male w  kázdén dżiéń. I  takém w  licéjum esce pocón óne słówkä notérowacz. I  tu je te iste wirozuniénie, jek já bituje Wáma nasó rodnó szprachie ôpatriwacz. Po psiérse: zapsisacz wszio, co tlo bácÿta. Kázde mazurskie słówko moze szie pokázacz rżádkiém słowém, chtórne ûz tlo Wi i  Wáju famélijá moze do naséch casów bácÿcz! Já tak co robzie nawet, kiedi jade cugiém wzád z dómu mojéch ôjców. A casani nawet ôd malu w teléfónie notéruje, gádajónc z niéni, kiéj jekie intereszne mazurskie słówko bez prżitrafunek wipoziedzó. Bo ôjce majó ûsziłunek mózicz „cÿsto”, éno nie zawdi jém szie poziedżie i  to je prżede mnie zawdi nácziekäwse, anibi nadgroda. Tedi psista do hefczików na papsiérże abo w  teléfónie, abo kómputrże wszio. To je ta psiérsá prác – brák niécz swojó chrónÿk ôt mazurski gádki. Mozeta tedi do náju te słowa wisłacz, kiebiszta chczieli z  náma ô niéch pogádacz, abo dacz do ôtrżimaniá, cobi na zÿchier nie prżepadli. Adresa do pocti i  do e-mailów stoji napsisaná na psiérsÿ strónie. Nie muszi to bicz zapsisane w  ti ôrtograsiji, jek ajw já psise. Já wszio wirozunieje, nawet, kiedi jénác zapsiseta. Taki słownicek ûdarowali ni Antoni Szubzda ôde Łku społém z  jégo bziáłkó Irénó, co ôbidwa sziła z  mazurski gádki bácó i  muse

Wáju, Psioter, redachtór ôt Céchu

3


Mecenasi Céchu To dzięki Wam istniejemy! Dziękujemy!

Przegląd Bałtycki przegladbaltycki.pl

Związek Mazurski zaprasza! zwiazekmazurski.pl

Mecenasi Prywatni: Marek Duchna, Dawid Banach, Marcin Benke, Adam Staniek, Agnieszka Grzybowska, Tomasz Otocki, Andrzej Mrozicki, Wojciech Bogusławski Klaudia Przybyłek, Adam Rajkiewicz, Jerzy Alicki, Mirosław Szefer

4


Kolejny tom „Słownika Gwar Ostródzkiego, Warmii i Mazur” już dostępny! PSIOTER ÔT SZIATKÓW

U

ze wskazówkami zamieszczonymi we wstępie książki oraz z objaśnieniami najważniejszych skrótów i oznaczeń. Do słownika wchodzą także słowa notowane przez wcześniejszych badaczy, m.in. Kazimierza Nitscha, zwanego ojcem dialektologii polskiej, ale również te używane w  tekstach dawnych mazurskich działaczy, przykładowo mojego krajana z  Działdowszczyzny, Karola Małłka. Rzecz jasna, słownik nie obejmuje absolutnie całej wiedzy, jaka tylko jest do pozyskania na temat mazurskiego, ale nikt chyba nie oczekuje wykonania tak karkołomnego zadania. Jestem w  stanie przytoczyć co najmniej kilka takich źródeł, których SGOWiM nie podaje, głównie spisywanych w  okolicy Działdowa; również warto tu wspomnieć o  książce „Ta Swenta Woyna” Mazura Jakuba Sczepana, który dokonał pierwszego w  historii przekładu całej książki na mazurski, a stało się to już w 1900 roku. Książka ta po dziś dzień nie doczekała się pogłębionej analizy językoznawców. O  niej jednak znajdziemy czas i miejsce szerzej sobie opowiedzieć w  następnym numerze „Céchu”. Póki co radujmy się, że Zespół SGOWiM wciąż działa, publikuje i  nadal poszerza naszą wiedzę o  „macierzyńskiej” mowie. Jestem za tę pracę ogromnie wdzięczny, stąd ta moja bezinteresowna „laurka” na łamach Céchu. Książkę można zakupić na stronie sklepu księgarni Instytutu Języka Polskiego Polskiej Akademii Nauk.

kazał się kolejny, już siódmy tom słownika, który moją osobistą przygodę z mową mazurską zamienił w  coś o  znacznie głębszym wymiarze. Chodzi nie tylko o  skalę precyzji i  dokładności, niespotykanej przy żadnym innym projekcie dotyczącym naszej mowy. Mam tu na myśli również istną podróż w  czasie do tych Mazur, na których nasz język wciąż rozbrzmiewał na każdym rogu. Słownik nie tylko zawiera unikatowe już, nierzadko zapomniane słowa z  Warmii i  Mazur,  m.in. skrupulatnie zbierane przez zespół prof.  Doroszewskiego w  latach 50. XX wieku, ale także setki, jeśli nie tysiące fragmentów żywej mowy Mazurów i  Warmiaków oraz informacje na temat lokalizacji występowania danego słowa, różnych odmian i  lokalnych wariacji tegoż słówka. To pozwala uważnemu czytelnikowi na dogłębne poznanie i analizę mowy naszych przodków, a w niektórych przypadkach nawet prześledzenie, jak wyglądała mowa mazurska w  danej wsi, właśnie dzięki cytatom z  dawnych mieszkańców, które zostały niegdyś zanotowane przez dialektologów. Projekt ten kontynuowany jest pod redakcją dr  Katarzyny Sobolewskiej z  Polskiej Akademii Nauk, tej samej, która w każdym numerze przytacza nam autentyczne narracje Mazurów z  dawnych lat i  która naszej sprawie niezwykle sprzyja. „Słownik Gwar Ostródzkiego, Warmii i Mazur” to obecnie jedyne tego typu cyklicznie wydawane tak kompleksowe i  staranne dzieło o  charakterze naukowym. Jest jednocześnie napisane na tyle przystępnie, by czytelnik niezajmujący się sprawami języka po krótkiej wprawie też był w stanie odczytać z niego jak najwięcej. Należy w tym celu zapoznać się

Chcesz podzielić się z Czytelnikami mazurskim wydarzeniem z Twoich okolic? Napisz do nas! Dane kontaktowe znajdziesz pod spisem treści. Redakcja zastrzega sobie prawo do korekty i edycji tekstu. 5


Kordák z giésziénkäni, czyli Wielkanoc po mazursku PSIOTER ÔT SZIATKÓW

M

trimpos! (Nibork – Nidzica). Podstawową informacją, którą dzielą się moi informatorzy, jest fakt, że palmy wielkanocne na Mazurach albo nie występowały wcale, albo należały do rzadkości. Czasami zaś, zamiast palmy, w niedzielę palmową przynoszono do domu bazie. Zaczynało się od Wielkiego Czwartku (Zielgi Cwártek, Żielónÿ Cwártek). Był to dzień związany z pracami ogrodniczymi. To w ten właśnie dzień sadzono nowe rośliny, kwiaty. Przesadzano także już wyrosłe rośliny doniczkowe (prżeflancowacz – przesadzić, flanca – sadzonka). Wielki Piątek (Zielgi Psióntek lub Czichi Psióntek) był obchodzony w  niektórych stronach. Tam, gdzie obchodzono ten dzień, traktowano go jako czas zadumy i  modlitwy. Część Mazurów dodatkowo pościła, niektórzy bardzo ściśle, ale postawy były raczej zindywidualizowane w tej kwestii, post nie był tak istotnym elementem, jak przykładowo w  kulturze katolickiej. W ten dzień jadano ryby z ziemniakami, chleb z  najprostszą „pomaskó” – to mógł być dżem czy marmolada, konfitury. Z  Wielkim Piątkiem wiązał się także przesąd, jakoby nie wolno było w ten dzień się czesać (podobnie jak i  w  samą Wielkanoc). Niezastosowanie się do tego zakazu miało skutkować rozgrzebywaniem ziemi w ogrodzie przez kury. Ponieważ w Czichi Psióntek milczały dzwony, w  ich rolę dawniej wchodzili chłopcy z kołatkami. W  Wielką Sobotę (Zielgá Sóbota) przede wszystkim porządkowano obejście i  dom (rumowacz – sprzątać, porządkować). W  pracach domowych uczestniczyli wszyscy – dzieci i mężczyźni zajmowali się obejściem, kobiety zaś przygotowywały potrawy na niedzielę. Sobota to był także czas przygotowywania

azurzy to lud na wskroś synkretyczny. Wynika to przede wszystkim z położenia geograficznego i  historii tegoż małego narodu. Mazurzy w przeważającej liczbie byli luteranami (na początku XX wieku ok. 92-93% ludności Mazur wyznawało luteranizm), toteż znaczna część obyczajów wielkanocnych (a  także brak lub niewielka częstotliwość niektórych typowo katolickich zwyczajów) związana jest właśnie z  tym wyznaniem. Jednakże zarówno katolicyzm, jak i wierzenia przedchrześcijańskie odcisnęły w  pewnej mierze swe piętna na ludzie mazurskim. Żyjący na dawnych ziemiach Prusów, na styku kultury polskiej, niemieckiej i bałtyjskiej, Mazurzy wytworzyli własne wariacje na temat obyczajowości religijnej. Trudno jest zebrać wszystkie informacje na temat Wielkiej Nocy na Mazurach (Zielgónocÿ), ale warto pochylić się nad najważniejszymi obyczajami i przesądami. Przygotowania O  czasie przygotowań do Wielkanocy, szczególnie o  ostatnich dniach, mówi się dość niewiele. Sporo interesujących informacji udało się jednak zebrać dziewiętnastowiecznemu badaczowi Mazur Maxowi Toeppenowi, który w swoim dziele „Wierzenia Mazurskie” pokrótce opisał Wielki Tydzień na Mazurach. W  opisie tym będę się także posiłkował relacjami współczesnych Mazurów. Wielki targ przed Wielkanocą kończył się dziecięcymi zabawami, w  tym grą w  pytkę (jak podaje słownik prof. Doroszewskiego, był to rodzaj gry, w  którą angażowano rzemień służący do bicia – po mazursku zwany péta), w  której prowodyrami byli chłopcy wykrzykujący imiona pogańskich bożków: Perkunos, Pikollos, Po6


gniazd na jajka – dzieci, używając mchu i siana, tworzyły miejsca, w których w niedzielny poranek powinny znaleźć się ugotowane i pomalowane jajka (czasami jeszcze ciepłe!), smakołyki lub inne podarki (Schmackosten). A owe „giésziénki” przynosił Zajónc, w niektórych stronach zwany także Kordákiem. Inną wariacją tego obyczaju jest podkładanie prezentów dla dzieci w nieznanym im miejscu. Wtedy dzieci (bachi, dżiecziuki) musiały chodzić po całym obejściu i wyszukiwać gniazd z upominkami. Moi rozmówcy wspominają to jako czas doskonałej zabawy i frajdy. Radość była na tyle duża, że zdarzało się wręcz, iż niemazurskie dzieci dołączały do mazurskich, wijąc gniazda na posesjach Mazurów w nadziei, że także coś otrzymają. Co istotne, Mazurzy nie chadzali ze święconką, ten obyczaj na Mazurach pojawił się po wojnie wraz z ludnością mazowiecką.

niektórzy również pławili konie w noc wielkanocną. Woda zaczerpnięta przed wschodem słońca (wznijszcziém) miała posiadać cudowne właściwości. Zanoszono ją szczególnie tym, którzy byli zbyt chorzy, by dokonać samodzielnie oczyszczenia. Istniały miejsca, które miały szczególnie zdrowotne wody – na przykład sadzawka w pobliżu rozegrania się bitwy pod Grunwaldem. Dzieci natomiast o świcie próbowały wypatrywać tzw. baraniego skoku. Miał to być specyficzny sposób mienienia się światła wokół dopiero co wschodzącego słońca. Śniadanie wielkanocne nie miało jakiegoś stałego, tradycyjnego zestawu dań. Często jednak, podobnie jak na Kaszubach, wspomina się o jajecznicy (skwarkä). Jedzono oczywiście także jaja na twardo, chleb, produkty mleczne. Nieraz bardziej obfite od śniadania bywały kolacje i obiady wielkanocne, które składały się, szczególnie u zamożniejszych, z ciast i mięs, a także alkoholu. Przykładowym daniem mięsnym był klops składający się z warstw mięsa mielonego i ugotowanych jaj oraz boczku i słoniny na wierzchu. Oprócz tego pojawiał się drób – pieczona kaczka lub gęś. Z ciast Mazurzy wspominali serniki, babki, szarlotki, makowce. W niektórych domostwach chowano jajka czy skorupki po nich pod próg, by zapewnić powodzenie na przyszły rok. Jaja malowano (choć nie zawsze); do tego celu używano naturalnych barwników, np. z cebuli, a dokładniej wywaru z jej skorupy. Dla połysku nacierano jajo słoniną. Poniedziałek na Mazurach generalnie nie był lany. Zwyczaj oblewania się przyjęto z Mazowsza dopiero po wojnie. Wcześniej pojawiał się tylko przy polsko–pruskiej granicy. W międzywojniu o oblewaniu się wspominał Mazur z Działdowszczyzny, dr Adolf Szymański. Była to jednak dość odosobniona relacja w skali całego regionu. Chodziło się natomiast po smaganiu (w niektórych miejscach smagano już w nie-

Wielkanoc i Drugie Święto Niedziela Wielkanocna dla wielu zaczynała się o samym świcie, a czasem nawet i wcześniej. Wtedy wstawano i w zupełnym milczeniu szło się do najbliższego strumyka czy rzeki, najlepiej płynącej na wschód, by móc się tam zanurzyć. Wierzono, że taki rytuał ma zdrowotne i oczyszczające właściwości. Leczono tym sposobem wysypki czy choroby oczu. Milczenie było obowiązkowe, starano się więc na nikogo nie natrafiać podczas wyjścia i powrotu z kąpieli (by nie musieć odwzajemniać pozdrowień). Zamienienie słów z sąsiadami czy przechodniami miało niszczyć magiczną moc obrządku. Uważano też, że osoba, która dokona oczyszczenia jako pierwsza, niejako otrzyma największe korzyści, więc spieszono się, by wyprzedzić innych mieszkańców. W niektórych miejscach podczas samej ablucji wymawiano następujące słowa: wodo kristałowá, ôbmiwas wselke korżénie, ôbmij i me (przetłumaczyłem z polskiego na mazurski, oryginalna wersja się nie zachowała). Podobno 7


wy, synkretyczny charakter mazurskości, pięknej formy odrębności poprzez kreatywne łączenie tendencji z różnych stron. Dziś niestety nasza obyczajowość jest w zaniku, ustępując ogólnopolskiej, chowanie smakołyków to rzadkość, smaganie od lat nie jest praktykowane, niegdzie jeszcze trzyma się resztka tradycji wykupek. Dlatego warto wspominać i opowiadać, także najmłodszym, a może pewnego dnia część z tych tradycji ożyje.

dzielę). Chłopcy mieli przy sobie witki brzozowe, wierzbowe lub kädikowe (jałowcowe), którymi smagali po nogach młode dziewczęta. Te z jednej strony próbowały uniknąć smagania, a z drugiej jednak dawały się choć raz uderzyć gałązką, bowiem brak smagania mógł być złym omenem dla niezamężnej dziewczyny. Chadzano także po „wikupsie”, co pamiętam jeszcze z własnego dzieciństwa na Działdowszczyźnie. Wędrowano od domu do domu, z reguły do bliskich sąsiadów czy rodziny, z prośbą o wykup, czyli smakołyki, rzadziej pieniądze. Dawniej miała to być nagroda za smaganie witką mieszkanek danego domu, co ponoć przynosi pomyślność i zdrowie, a także za recytowane wierszyki i piosenki. Ze swojego dzieciństwa pamiętam już inną wariację. Wykup był nagrodą za to, że pani domu nie zostawała oblewana szerokim strumieniem wody, a raczej lekko skropiona, najlepiej perfumami. W poniedziałek odwiedzano także rodzinę (w niektórych domach obyczaj zakazywał spotykania się z niespokrewnionymi osobami), wspólnie pito i biesiadowano.

Źródła: Max Toeppen – Wierzenia Mazurskie Anna Szyfer – Zwyczaje, obrzędy i wierzenia Mazurów i Warmiaków Blog „Neidenburg-Nibork-Nidzica” – Wielkanoc na Mazurach Blog „Prowincja Pełna Marzeń” – Jak to „u nasz” było Radio 5 – „W Wielki Piątek Mazurów budził dźwięk kołatki”

A także wspomnienia własne i informatorów ze społeczności facebookowej grupy Mazurská Gádkä. Szczególne podziękowania dla p. Matyldy Stasiłowicz – Mazurki z pow. łeckiego (ełckiego). Wstawki językowe – opracowanie własne na bazie źródeł etnolektu mazurskiego

Podsumowanie Jak widać, dawna mazurska Wielkanoc łączyła liczne elementy – religijne i ludowe, germańskie, słowiańskie, a nawet i bałtyjskie. To święto jak mało które pokazywało wielokulturo-

Ten kod QR zaprowadzi Cię na stronę Węgorzewskiego Spacerownika. Więcej o tej inicjatywie przeczytasz na stronie 10.

8


Mówiona historia Mazur: Wojna KATARZYNA SOBOLEWSKA W latach 1950–1953 na Warmii i  Mazurach przeprowadzono pierwsze po II wojnie światowej, i, jak się okazało, jedyne, solidne zespołowe badania gwaroznawcze, obejmujące niemal czterysta miejscowości i  ponad tysiąc informatorów. W  ostatniej chwili przed rozpadem tej pogranicznej wspólnoty utrwalono miejscową gwarę oraz zapisano pismem fonetycznym oryginalne wypowiedzi autochtonów. Fragmenty tych rozmów o życiu konkretnych osób – Mazurów, historii ich rodzin, rodów, wsi i  całego regionu będę przedstawiać w  kolejnych moich artykułach. Jedni umarli, inni wyjechali, ich kultura uległa zatracie. Ale pozostały przejmujące opowieści o mazurskim losie, publikowane w tej formie po raz pierwszy po blisko siedemdziesięciu latach od ich zanotowania. *** Wojna opowieść Hermana Biernata, lat ok. 45, zamieszkałego w Sucholaskach zanotowała Halina Koneczna 20 VIII 1951 r.

Zandes], as kuniec wojna była. Tam na dworze nigdy nie spałem, zył jak w domu, lepi jak w domu, bo w domu było na ostatku licho. Jek sie wojna skonciła, tom wydzierali, wyjmalim miny, co były na pancry załozone i na piechote, to tszy niesiunce, ksinzyce wybieralim. Tedy nas tak dobrze otpuścili, dali nam papiery, esteśta otpuscone. Zazieźli nas do Niemcóf, tam w lagier przydziem i bedziem otpusceni. Tedy nas wzieli i spszedali nas do Francji. Bez Ren most był poderty. Psześlim piechtu bez most płynoncy [pontonowy]. Tedy nas wzieli w  lagier i mózili, co tam dostaniem ftencas papsiery i bedziem otpuscone. Tedy wzieli nas ffaladowali f cuk [pociąg] i  dalej do Francyji. Zamkneli całkiem wozy i  zieźli. Jechalim az do Maca [Metz] i  tam dwa młode chłopaki, to fsio Niemce byli, uciekli i byli precz. Zazieźli f srogi lagier do Porcir [Poitiers?], to tedy tam był mocno głót, to było jedzenie: woda i  marchef troske. Chleba tszysta gramóf nie było zrazu, potem było ziencej. To było coras lepiej, podglondał [obserwował] Cerwuny Kszysz. Tedy rozbchierali [rozdzielali] nas do gospodarzóf, do drogi budowanio. Potem nas pszesadzili w drugi lagier Gere [?]. Tam byłem na pracy rok i pół roku. Szosy budowalim, to tam było dobrze, można mówić, było pracy, ale jeść było. Poceli otpuscać te starsze. Tom pszyset tedy stamtela pociungiem as do Lejpcich [Leipzig, Lipsk]. W  Lejpcich tomem mniał list ot bźałki i  na ten listek dostałem pozwoleństfo, co moge do domu jechać. Ja sie nie otjenocył tam ziela [nie zmieniłem się wiele]. Jek do domu psziset, tom zapomniał fsio, co dobre i liche, i tak pracuje jak fpszódy, jek f spokojnem casie. W  domu nalepi. Chto chce stela prec, niech idzie. Chto stamtela – niech pszydzie.

Jak sie wojna naceła, tom był w domu, bo mnie wypisali, a  potem jek licho sło z  wojno, to mnie wciongneły czterdziestego drugiego roku f februarze. To byłem w  Modlinie osiem tygodnióf do ucenia, a tedy mnie wysłali do Norwegóf, a tamem był f pokoju, zył sobie, tam był przepchisany z  miasta do miasta. Potem na pracym był, festunkim [twierdze] budowali as tam gdzie całkiem dnia ni mas i nocy ni mas, w Norwik i gdzie to esce, esce daleko..., z  panieńci wysło. Był dwa tygodnie na kursie, nas ucyli jek f kanieniach ziercić, to tam było esce zinniej. Putora lata tam byłem, tam gdzie zimno, a potem tam gdzie było ciepło, Zandnis [Sandnes?, w  dublecie zapis: 9


Węgorzewski spacerownik JERZY ŁAPO

M

kafli; 7. Bethesda; 8. Drewniana wieża ciśnień i węgornia; 9. Cmentarz na Wzgórzu Saksońskim nad Święcajtami; 10. Wyspa Zamkowa; 11. Stara rzeźnia. W ten sposób powstała sieć punktów, na bazie których można planować różnotematyczne trasy, doskonałe do spacerów, a  także wycieczek rowerowych, motocyklowych czy samochodowych. Górna powierzchnia każdego ze słupków została ścięta ukośnie, kształtem przypominając szminkę, i  umieszczono na niej metalową tabliczkę z  informacjami o  danym punkcie wraz z  monochromatyczną grafiką. Tekst uzupełniony został o QR Code, który umożliwia połączenie ze stroną internetową „Węgorzewskiego Spacerownika” i  poszerzenie wiadomości o konkretnym miejscu, ale i wgląd w informacje o  kolejnych punktach projektu. Umieszczenie spacerownika w Internecie (w tym także na Facebooku) pozwala na korzystanie z  niego w świecie wirtualnym, zza biurka.

azurska przestrzeń krajobrazowa ulega ciągłym zmianom, w związku z  czym pewnym problemem jest sposób opowiadania o ważnych elementach dziedzictwa kulturowego – budowlach, pomnikach etc. Tablice informacyjne nie zawsze są estetyczne i dopasowane do lokalnych warunków. Co gorsza, czasami wręcz zasłaniają opisywane obiekty lub przyczyniają się do powstania lub zwiększenia chaosu przestrzennego w ich sąsiedztwie. To, że zamieszczane są na nich bałamutne lub nieprawdziwe informacje, to już inna, lecz równie poważna sprawa. Kolejnym problemem jest to, że o wielu ważnych dla dziejów i kultury Mazur miejscach, zjawiskach, obiektach trudno opowiadać, bo z różnych przyczyn „zniknęły” z krajobrazu. Próbując rozwiązać te wszystkie problemy, piszący te słowa wraz ze Zbigniewem Śmierzyńskim wymyślili projekt „Węgorzewski Spacerownik”. Został on skierowany do mieszkańców Węgorzewa i  okolic, jak również do turystów. W 2016 r. w przestrzeni miasta i gminy umieszczono jedenaście kamiennych słupków, przypominających formą dawne słupy milowe, które wskazywały niegdyś odległości do dużych miast (m.in. do Rastemborka/Kętrzyna i  Barsztyna/Bartoszyc). Osadzono je w  okrągłych betonowych podstawach wykończonych kostką brukową, które z  jednej strony stabilizowały właściwe słupki, a  jednocześnie montowane były w  warstwie humusu bez naruszania nawarstwień kulturowych. Każdy ze słupków stanął w  miejscu ważnym, ciekawym, intrygującym, związanym z regionalną historią, kulturą, podaniami ludowymi. Były to: 1. Szkoła dla dzieci głuchoniemych; 2. Góra Konopki; 3. Anielski Kamień (Węgielsztyn); 4. Tartak Teppera (Kolonia Rybacka); 5. Kolumna Kalska; 6. Fabryka

„Węgorzewski Spacerownik”, słupek nr 2, Góra Konopki – frotażowanie. Fot. Jerzy Łapo 10


Odbiorcami projektu są nie tylko osoby obeznane z najnowszymi technologiami cyfrowymi. Na powierzchni bocznej każdego ze słupków umieszczono również symboliczne ryty związane z  tematyką konkretnego miejsca, np. węgornia – węgorz, Góra Konopki – sanki (gdyż na sankach diabeł miał latem wciągać na owo wzgórze Konopkową). Utrwalenie metodą frotażu wszystkich jedenastu symboli w  specjalnym zeszycie – do pobrania w  Informacji Turystycznej – nagradzane jest drobnymi upominkami związanymi z  Węgorzewem (kubek, podkładka pod myszkę komputerową etc.).

„Węgorzewski Spacerownik”, słupek nr Cmentarz na Wzgórzu Saksońskim frotażowanie. Fot. Jerzy Łapo

„Węgorzewski Spacerownik” można uważać za produkt regionalny. Pomysł narodził się w Węgorzewie i  został zrealizowany w  ramach działalności Zrzeszenia Przedsiębiorców Ziemi Węgorzewskiej. Słupki zostały wytoczone przez miejscowego kamieniarza Andrzeja Feszaka, który ufundował słupek nr 11. Dziesięć pozostałych wykonano ze środków Gminy Węgorzewo. Materiał na tabliczki przygotowali panowie Łohutko z firmy „Topiko”, a lasera do wypalania napisów i ikonografii użyczył Jarosław Dużyński ze „Studia Fokus”. Zabawa z „Węgorzewskim Spacerownikiem” nie tylko poszerza wiedzę o Mazurach, ale także umożliwia integrację rodzinną, pobudza ruch turystyczny, zatrzymuje zwiedzającego w mieście i okolicy. Kamienne słupki nawiązują do dawnej tradycji słupów przydrożnych i nie ingerują w sposób znaczący w przestrzeń. Kto „nie szuka” spacerownika, może przejść obok słupka obojętnie, nie zauważając konstrukcji. Projekt nie jest zamknięty i umożliwia dostawianie kolejnych słupków, które mogą być fundowane przez podmioty prawne, ale i osoby prywatne. Pomysłodawcy mają także zarejestrowany „Mazurski Spacerownik”, bo przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby podobne słupki pojawiły się także w innych rejonach Mazur. Słupki zostały uwzględnione na najnowszej mapie atrakcji turystycznych i kulturowych zatytułowanej „Węgorzewo. Zakamarki historii Mazur”. Zebrały także pozytywną ocenę Katarzyny i Macieja Marczewskich z portalu turystycznego „Ruszaj w Drogę”. Czy spacerownik z Węgorzewa ruszy w dalszą drogę? Zapewne przekonamy się już wkrótce.

8, –

„Węgorzewski Spacerownik”, słupek nr 4, Tartak Teppera w Ogonkach – słupek na pierwszym planie, na drugim willa i tartak, należące niegdyś do Georga Teppera. Fot. Jerzy Łapo 11


Fizjografia Mazur RYSZARD KARUZO

N

Wschodnie, Południowe i Zachodnie. Stanowią nieregularny półksiężyc z  rogiem znacznie wysuniętym na północny wschód. Najdalsze punkty położenia regionu na: północ to Trójstyk Wisztyniec (u  zbiegu granic Polski, Rosji i  Litwy); południe – ok. 4  km na południowy zachód od Iłowa-Osady; zachód – ok. 3  km na północny wschód od Zielkowa w pow. iławskim; wschód – ok. 8 km na północny wschód od Kalinowa w  pow. ełckim. Geometryczny środek województwa położony jest w  pobliżu miejscowości Rasząg, na wschód od Olsztyna i na historycznej granicy Warmii z  Mazurami. Ów w  żaden sposób nie wyróżniony w  krajobrazie środek leży w  linii prostej z  historycznym, geometrycznym środkiem Europy, znajdującym się w  miasteczku Suchowola w  woj. podlaskim i  oznaczonym obeliskiem. Na mazurskim niebie obserwowano w  ciągu wieków rozmaite zjawiska astronomiczne i  meteorologiczne. Niektóre można uznać za aktualia. Należą do nich obserwowane – szczególnie z  wyniosłości, przy dobrej przejrzystości atmosfery – tzw. białe noce. Można je podziwiać np. z wierzchołka Gołdapskiej Góry (271,84 m Trójstyk granic: granica polsko–rosyjsko–litewska, n.p.m.), która zyskała popufot. Grzegorz Sudomir, Wikimedia Commons CC–BY–SA 4.0 Za przyczyną powojennych zmian administra- larne miano Pięknej Góry. Zaiste, widok jest cyjnych jedynie skrawki krainy znalazły się na przedni, gdy odsłoneczny blask z  feerią Suwalszczyźnie (Mieruniszki i  okolice), a  także barw,  m.in. pomarańczową, niebieską sięga po północny horyzont. Mieszkańcy pobliskiej GołMazowszu (na południe od Wielbarka). Warmię łukiem „otulają” Mazury dapi nazywali to wzniesienie również Kalendaarodowy Spis Ludności z 2011 r. wykazał, że w  Polsce za Mazurów uznaje siebie 1376 osób. Tak więc, możemy przyjąć, znają i  szanują tradycyjne barwy Mazur w  postaci ułożonych poziomo pasów w kolejności: niebieski, biały, czerwony. Wiedzą, że hymnem mazurskim jest utwór Fryderyka Dewischeita „Dziko szumią jeziora” (pierwotnie znany jako „Pieśń mazurskiego wędrowca”). Oprócz jednak kulturowych wyróżników regionu warto pamiętać także o charakterystycznych cechach jego fizjografii. Ich krótki opis zawiera niniejszy tekst, w formie wymienionych niżej ciekawostek. Mazury są regionem geograficzno–historycznym położonym w  większości w  granicach woj. warmińsko–mazurskiego.

12


rzową Górą, jako że na podstawie obserwacji różnych zjawisk z nią związanych przewidywali pogodę i następstwa fenologicznych pór roku. Na Mazurach Wschodnich były najlepsze warunki do obserwacji całkowitego zaćmienia Słońca, które nastąpiło 30.06.1954 r. o godz. 13.59 i  trwało 111 sekund. Wcześniej wszyscy zaopatrzyli się w  przyciemnione kawałki szkła, przez które spoglądano na gwiazdę. Nad Mazurami pojawiła się latem 1812 r. nader rzadko występująca potrójna tęcza. Niektórzy Mazurzy uznali taki znak za prognostyk nieudanej wyprawy Napoleona na Moskwę. Najsilniejsze znane rozbłyski na Słońcu wywołały taką jasność, że nocą z 1 na 2.09.1859 r. można było funkcjonować jak za dnia. Nad regionem pojawiły się zorze polarne, a  mieszkańcy odczuli skutki zakłócenia swoich biorytmów. Takie zjawiska pojawiły się na całym świecie.

Mazurach 30.01.1868 r., mimo opadu ok. 100 tysięcy odłamów meteorytu w okolicach Pułtuska. Upadek słynnego meteorytu tunguskiego 30.06.1908 r. spowodował, że  m.in. na Mazurach mieszkańcy mogli nocami czytać gazety. W  kolonii wsi Sołtmany (pow. giżycki) 30.04.2011 r. spadł ok. kilogramowy meteoryt. Uszkodził dach budynku. Kolejne fakty dotyczą geologii i tektoniki regionu. Kilka kilometrów w głąb ziemi pod naszymi stopami znajduje się Platforma Wschodnioeuropejska powstała w  prekambrze. Położone są na niej młodsze skały, z  najmłodszymi powstałymi podczas ostatniego zlodowacenia oraz współczesnych procesów naturalnych, w  tym tych z  udziałem człowieka. Wydawać by się mogło, że w tak spokojnej pod względem tektonicznym formacji nie powinny wystąpić nagłe przemieszczenia mas skalnych, a  tymczasem trzęsienie ziemi dotknęło okolice Gołdapi w 1909 r. Kolejne, sensorycznie odczuwalne, miało miejsce niemal 100 lat później, 21. września 2004. Sejsmograf w  nieodległych od Wschodnich Mazur Suwałkach odnotował wstrząsy  m.in. 24. stycznia 2006 r. i 16. grudnia 2008 r. Z  bogactw mineralnych oprócz kruszywa naturalnego wykorzystywanego m.in. w budownicSzeskie Wzgórza, widok na Tatarską Górę, fot. Erebusso, twie i  drogownictwie, Wikimedia Commons, CC–BY–SA 3.0 Deszcz gwiazd spadających, jak go wów- wspomnieć należy o  darniowych rudach żelaza czas nazywano, miał miejsce nad Prusami stosowanych od wczesnego średniowiecza do Wschodnimi w  1833 r. Uznany został za zjawi- wytopu surówki żelaza. Pozostały po tej dawnej sko atmosteryczne i  był dobrze widoczny na technologii doły ziemne i wysoce cenione przez 13


zbieraczy szare, z sinawym odcieniem, grudki szlaki żelaznej, które wciąż spotyka się w  Puszczy Boreckiej.

zostało wyeksploatowane. Niektóre, przeważnie pokaźnej wielkości, zyskały swoją otoczkę kulturową, najczęściej w postaci legendy. Mamy więc kilka Diabelskich Kamieni, m.in. w Gierłoży, Puszczy Boreckiej, Jakunówku. W  pow. ostródzkim znajduje się Kamień Żydowski. Spotyka się ułomki skalne, zwane granitem pismowym lub hebrajskim, o  zrostach skalnych na kształt liter tego pisma. Czasem natknąć się można na głazy z  krzyżem utworzonym przez żyły pegmatytu. Ciekawe są tzw. boże stopki, kamienie z  naturalnymi, rzadziej wykutymi wgłębieniami w  kształcie ludzkiej stopy. Jeden z  nich, Czarna Stopa, znajduje się w  Srokowie w  pow. kętrzyńskim. Największym głazem narzutowym na Mazurach jest Tatarski Kamień w pobliżu wsi Tatary (pow. nidzicki). To różowy granitognejs o  obwodzie 19  m, długości 6,5  m, szerokości 4 m i wysokości 1,8 m. Wzgórza Dylewskie są położone na obszarze największych na świecie deformacji glacitektonicznych, które miały miejsce w  skałach osadowych trzeciorzędowych i  czwartorzędowych. Najwyższym wzniesieniem Mazur jest Dylewska Góra, 312 m n.p.m., druga co do wysokości na Niżu Europejskim. Najbardziej płaska jest Niecka Skaliska położona w  pow. węgorzewskim i gołdapskim. Różnice wysokości względnej sięgają zaledwie 8 m. Co się tyczy hydrografii, wybrano kilka ciekawych informacji: Pisa jest jedyną w  tej części Europy rzeką płynącą na całej długości (79  km) na południe. Na marginesie: trzy cieki na terenie woj. warmińsko-mazurskiego noszą miano „Pisa”. Szlak wodny Krutyni jest najdłuższym takim rzecznym na Mazurach, uchodzi za najpiękniejszy w Polsce. Występuje tam zjawisko rozdwojenia rzek nazywane bifurkacją. Nurt rzeczki Sobiepanki podąża na północ do jeziora Lampasz i na południe do jeziora Kujno. Ciek rozdwaja się, więc

Tatarski Kamień k. Nidzicy, fot. Witold Olbryś Jeszcze w pierwszej połowie XIX w. czynne były kopalnie bursztynu w  Puszczy Piskiej. Po burzy znajdowano go na brzegach mazurskich jezior. Większych używano do wyrobu ozdób, mniejszych – do wędzenia ryb, co nadawało im niezrównany smak i  aromat. Pozyskiwanie bursztynu stało się tak intratnym zajęciem, że np. w 1867 r. obniżono o 5,6 m lustro wody jeziora Szóstak. Z nowszych odkryć warto odnotować, że w  północnej części Mazur znajdują się złoża łupków gazonośnych, m.in. w pobliżu Kętrzyna, Węgorzewa, Gołdapi. W  Barkowie k. Niedrzwicy pozyskuje się dla celów leczniczych borowinę. Wiercenia wykazały również obecność wód mineralnych w okolicach Gołdapi. Pozostałością po ostatnich zlodowaceniach są m.in. głazy narzutowe, odkute od podłoża odłamy skalne różnej wielkości, wykorzystywane często jako surowiec gospodarczy. W związku z tym największe głazowisko na Mazurach między wsią Kwik a  Śniardwami 14


Widok z Dylewskiej Góry, fot. Werdersen, Wikimedia Commons, CC–BY–SA 3.0 się na wys. 248 m n.p.m. Jezioro pochodzenia kosmicznego na Mazurach? Gołdopiwo na wschód od Mamr ma kształt wydłużonej regularnej elipsoidy. Czyżby powstało wskutek upadku jakiegoś obiektu kosmicznego, zwłaszcza że w skałach wokół zbiornika stwierdzono obecność rzadko występujących pierwiastków? Kolejna ciekawostka dotyczy geografii historycznej. Na jeziorach mazurskich pomiędzy 1554 a 1572 r. nastąpił znaczny przybór wód za przyczyną budowy urządzeń piętrzących na ciekach, wylesiania pobliskiego obszaru, a  przede wszystkim podnoszenia się terenu na północ od Wielkich Jezior. Po ustąpieniu lądolodu trwa do dziś proces unoszenia się lądu uwolnionego od ucisku. „Potop” pogrążył w wodnej toni Śniardw 100 włók pobliskiego lasu, wyspy na Mazurach, Niegocinie, osiedla (np. Sztynort I), użytki rolne, w tym grunty orne. Jeszcze w  XV w. mieszkańcy wsi Kal udawali się do kościoła w  Węgielsztynie (w  pobliskim Węgorzewie budowę świątyni zakoń-

trzeba płynąć pod prąd. Na rzece Dziękałówce, na wschód od Śniardw, jedno ramię o takiej nazwie wpada do jeziora Kocioł, drugie – Czarna Struga – do jeziora Roś. Podziemne rzeki na Mazurach? W  pow. nidzickim w  rezerwacie Koniuszanka I  Napiwodzka Struga płynie dwukilometrowym odcinkiem pod ziemią, w piaskach sandrowych. Największym jeziorem w Polsce są Śniardwy, 113,83 km2 (w  granicach Niemiec było drugim co do wielkości po jez. Müritz, 117  km2). Na Śniardwach podczas szkwału fale sięgają nawet do 2 m wysokości. Największym w  Polsce naturalnym zbiornikiem wodnym są Mamry, 1747  mln m3 wody. Najwięcej wysk na śródlądowych zbiornikach wodnych znajduje się na Mamrach – 33, o łącznej pow. 2,13 km2. Najwyżej położonym w  Polsce nizinnej jest Jezioro Tatarskie na wys. 293 m n.p.m. na Tatarskiej Górze (na południe od Gołdapi). Wytopiskowe, kształtem przypomina krater. Jezioro Francuskie na Wzgórzach Dylewskich znajduje 15


czono w 1611 r.) „drogą kościelną”, złożoną ze skrawków lądu, głazów, a  wokół rozciągał się wodny przestwór Mamr. Na dnie jeziora zachowały się jedynie kamienie wytyczające szlak. Lokalizację istniejącej wsi Przystań dwukrotnie wyznaczano na wyżej położonym terenie wskutek przyboru wód; ostatni raz miało to miejsce w latach 30. XIX w. Wieś Sosnówka położona na półwyspie o  takiej samej nazwie przestała istnieć. Owe pasemka lądu zostały zalane. Naturalny bilans wodny Mamr jest dodatni, a  gdyby nie regulowano odpływu – jezioro byłoby coraz większe. Ekstrema klimatyczne nękały mieszkańców Mazur szczególnie podczas trwania tzw. małej epoki lodowcowej w XVII w. Podczas srogich zim tęgie mrozy powodowały zamarzanie śródlądowych zbiorników i cieków wodnych, bo wszak nawet Bałtyk stawał lodem na tyle, że np. podróżowano nim przy brzegu do krajów ościennych. Po „zeszklonych” płaszczyznach jezior odbywano peregrynacje pomiędzy osiedlami położonymi  m.in. przy dzisiejszym szlaku Wielkich Jezior. Bywało, że szynkarze przy owych lodostradach rozstawiali tymczasowe gospody ku pokrzepieniu zziębniętych podróżnych strawą i  okowitą. Trzeba dodać, że przed nadejściem mrozów drogami lądowymi starano się wyrównać błotnistą powierzchnię, aby uczynić ją bardziej przejezdną. Podobnych anomalii było więcej. Prawdopodobnie wybuch wulkanu Tambora (Indonezja) w  1815 r. i  co za tym idzie – zapylenie atmosfery, stało się przyczyną ochłodzenia klimatu w 1816 r. Na Mazurach rzeki i jeziora były zamarznięte do czerwca. Wiosną przeważały jeszcze ujemne temperatury. Zima 1837/38 r. na Mazurach była mroźna i długotrwała. Wodociągi odmarzły dopiero w  początkach czerwca. Niektóre bryły lodu rozproszone na polach i lasach przetrwały do kolejnej zimy, jako że lato było wyjątkowo chłodne. Opad śniegu w dniu 2

czerwca 1928 r. pokrył bielą Mazury Wschodnie. Najniższą temperaturę w regionie, -42 st. C, zanotowano w  Puszczy Boreckiej w  1929 r. W  marcu 1943 r. kra zablokowała szosę Węgorzewo-Giżycko. „Zima stulecia” 1978/79 r. zakłóciła normalne funkcjonowanie społeczeństwa na Mazurach. Zaspy w  okolicach Bań Mazurskich sięgały 8 m. Rzadziej doskwierały wysokie temperatury. W najbardziej upalnym dla Europy 1540 r. na Mazurach wysychały jeziora, rzeki i  bagna. Przykładowo, przez jezioro Łuknajno można było przejść lub przejechać. Wicher dmący z  okrutną mocą 10.06.1767 r. zdewastował zabudowę i  las miejski w  Mikołajkach. Najsilniejszy w  Europie w  XIX w. huragan zniszczył 17.01.1818 r. wiele mazurskich zabudowań i  spustoszył lasy. Wichura szalejąca 04.07.2002 r. tylko w Puszczy Piskiej powaliła 3–4 mln. drzew; był to największy kataklizm w dziejach polskiego leśnictwa. Biały szkwał spowodowany wiatrem o  sile 12 st. w  skali Beauforta spowodował 21.08.2007 r. śmierć 12 osób na jeziorach mazurskich. Jednym z  jego następstw było zbudowanie systemu alarmowego przy mazurskich akwenach. Pozostaje jeszcze wiele ciekawostek przyrodniczych z  królestwa roślin i  zwierząt. Zarówno powyższa publikacja, jak i ta dotycząca przyrody ożywionej, stanowi fragment już istniejącej, jakkolwiek nieopublikowanej dotąd większej całości. Od Redakcji: niniejszy tekst został nadesłany za zgodą Autora przez naszą Czytelniczkę, p. Alinę Romańską, za co pragniemy serdecznie Państwu podziękować!

16


Historie po wsi zebrane AGNIESZKA GRZYBOWSKA d najmłodszych lat lubiłam słuchać historii krążących po wsiach. Większość z nich świadczyła bardziej o bujnej wyobraźni opowiadających, niż o  wiedzy historycznej. Jednak prawdą jest, że często w  legendach ukrywa się odrobina prawdy. Lubię czasami wpaść na pogawędkę do znajomych Mazurów, tak pogadać o  starych czasach. Ostatnio odwiedziłam panią Elizabeth, która pochodzi z  Doby. Miejscowość tę kojarzę z  niesamowitych opowieści, więc postanowiłam trochę podpytać panią Elę o  pewne fakty, by się upewnić, jak to było. W  dzieciństwie często słyszałam o Baronowej von Schenk zu Tautenburg, która chodziła co wieczór balsamować ciała swoich bliskich drogą do ich rodowego grobowca prowadzącą wzdłuż alei lipowej.

O

ronowa dotarła do końca alei, znikały najpierw psy, a później baronowa. Często zdarzało się, że groby były plądrowane przez poszukiwaczy skarbów lub po prostu bezmyślnych małolatów poszukujących przygód, ale zawsze przez noc jakaś tajemnicza siła doprowadzała groby do porządku. Słyszeliśmy też opowieści, jak powstała wyspa Gilma, o  starym krzyżackim zamczysku, które zapadło się pod ziemię, a na jego miejscu postawiono „Świątynię Dumania”, w której członkowie rodziny von Schenk odprawiali dziwne rytuały. Długo by opowiadać, takie tam opowieści, wszystko czary i dziwy. Z  opowieści Mazurów, którzy jako dzieci mieli zaszczyt znać Baronów von Schenk zu Tautenburg, słyszałam, że byli to ludzie z  klasą. Pani Baronowa była prawdziwą damą, nic zresztą dziwnego, należała do niemieckiej arystokracji. Ludzie zatrudnieni w  majątku czuli się tam swobodnie, jak w domu, każdy znał swoje miejsce. To zmieniło się niestety w objętym po wojnie przez państwo majątku. Mazurzy opowiadają, że rzeczywiście baronowa wieczorami spacerowała wzdłuż alejki lipowej prowadzącej do grobowca rodzinnego. Resztę historii ludzie już sami sobie wymyślili. Opowieści głoszą, że na wyspie Gilma za czasów Prusów znajdowała się warownia, którą Krzyżacy zdobyli i  w  tym miejscu postawili zamek krzyżacki, by pokazać Prusom, kto tu teraz rządzi. Po sekularyzacji, w roku 1529 książę Albrecht Hohenzollern nadał wieś baronom von Schenk zu Tautenburg. Nowi właściciele rozebrali krzyżacki zamek, a z odzyskanych cegieł wybudowali kościół, pałac i  grobowiec rodowy. Na początku XIX w na wyspie założono park w stylu angielskim i  wzniesiono dwie budowle, w  których podejmowano gości. Informacji, ja-

Aleja lipowa w Dobie, zdjęcie ze zbiorów Agnieszki Grzybowskiej Po zmierzchu można było tam ujrzeć baronową, której towarzyszyły dwa wielkie psy. Zanim ba17


koby Gilma była połączona z brzegiem drewnianym mostem, starzy mieszkańcy nie potwierdzają. Na wyspie i  na plaży w  Dobie były pomosty, do których przycumowane były łodzie, którymi można było się dostać na wyspę.

to nie do zabawy”. Po czym oddaliła się dystyngowanym krokiem. Tragedia, która rozegrała się w tym miejscu podczas ofensywy radzieckiej na Giżycko, ominęła baronów. Co działo się z  baronem, nie wiem. Baronowa już dużo wcześniej wyjechała z  Doby, by pielęgnować swojego syna WolfaDietricha ranionego pod Stalingradem. W  majątku znajdowały się kobiety, starcy i  dzieci. Po ogłoszeniu ewakuacji na początku stycznia wyjechali praktycznie wszyscy. Tragedia sowieckiej ofensywy nie ominęła także moich bliskich. Gdy w  1945 r. Armia Czerwona zbliżyła się do granic Prus Wschodnich SA Obergruppenfuehrer Erich Koch rozkazał stawić się wszystkim mężczyznom, bez względu na wiek i  stan zdrowia, w  celu usypywania wałów i  kopania rowów przeciwczołgowych. Wśród powołanych znalazł się także mój mocno schorowany, stary już pradziadek Karl, zamieszkały we Wronce. Załadowano go w  pośpiechu na ciężarówkę, tak jak stał, nawet nie zdążył pożegnać się ze swoimi rodzicami mieszkającymi nieopodal. Wywieziono go na wschód. Już nigdy nie wrócił. Moja prababcia Luise nie otrzymała renty po mężu, bo nigdy nie odnaleziono jego ciała. Została sama. Na jej utrzymaniu pozostali jeszcze dwaj najmłodsi synowie (których zdążyli z  pradziadkiem ukryć w  lesie, gdy zbierano mężczyzn do kopania okopów) i  wnuczek. Po wojnie pracowała jako woźna w szkole, gdy się rozchorowała i musiała przejść na emeryturę, okazało się, że babcia nie była wcale zatrudniona na etacie, nie miała ubezpieczenia i emerytura jej się nie należała. Na babci stanowisku była zatrudniona pani dyrektorka, której liczyło się półtora etatu, a  babcia została na starość bez środków do życia. Pani dyrektorka wyjaśniła, że myślała, że babcia wyjedzie do Niemiec, gdzie jest jej miejsce, i  nie będzie jej potrzebna renta z  Polski. Prababcia zmarła w 1969 r. w wieku 75 lat. Przez cały okres powo-

Grobowiec rodowy, zdjęcie ze zbiorów Agnieszki Grzybowskiej Mieszkańcy nie potwierdzają też, by znajdowała się tam jakakolwiek świątynia. Budynki, które tam się znajdowały, były bardziej przeznaczone do urządzania tam bankietów i wypoczynku dla gości. Wnętrza sali bankietowej miały bogaty i gustowny wystrój. Pani Elżbieta, która pamięta baronową jako mała dziewczynka, ilekroć widzi w  telewizji przejeżdżającą ulicami Londynu rodzinę królewską w  swojej karecie, zaraz ma przed oczyma obraz powozów z  Doby. Obite czerwonym aksamitem, z  błyszczącymi guzikami. Często wspomina, jak pewnego razu bawiła się z  dziećmi w  wozowni w  takiej karecie. W  tym czasie przechodziła pani baronowa. Zauważyła dzieci. Podeszła, wytłumaczyła bardzo spokojnym tonem: „To jest wyjątkowy pojazd, którego nie wolno pobrudzić lub uszkodzić. Bo 18


jenny bardzo ubolewała nad tym, że nawet nie wie, gdzie jest grób jej męża. Z czasem dowiedziała się, że pradziadek zginął pod Dobą, ludzie opowiadali jej, że jest tam zbiorowa mogiła żołnierzy, którzy tam polegli. Prababcia bardzo chciała tam pojechać, ale czasy były takie, że niewiele osób posiadało samochody, a  i  ona z biegiem lat traciła siły. Moja mama zawsze też nad tym ubolewała; nie mogła zrozumieć, czemu któryś z  wujków nie postarał się, żeby starą matkę tam zawieźć. Dziś, po tym, jak się dowiedziałam, jak to było, rozumiem, czemu tego nie zrobili. Przeglądając książki historyczne, nie mogę nigdzie znaleźć wzmianki o  bitwach pod Dobą. Zaczęłam więc pytać ludzi, czy może coś pamiętają o starym zbiorowym grobie. Okazuje się, że opowiadano o  tym zdarzeniu tak: 23.01.1945 r., gdy Rosjanie doszli do Giżycka, Niemcy wycofali się na Piękną Górę. Jeden oddział Volkssturmu był aż pod Fuledą. Gdy Rosjanie dotarli tam, złapali do niewoli wysokiego rangą niemieckiego oficera, który był dowódcą tegoż oddziału. Rosjanie mieli już dość przelewu krwi i  dogadali się z  Niemcem, że oni go puszczą wolno, a  on zbierze swoich ludzi i  się podda. Niemiec zebrał ludzi i uciekł do Doby. Rosjanie zaszli go jednak od strony Radziej i  zastrzelili wszystkich. To musiała być okrutna rzeź, trupy leżały rozsiane po polu za wsią. Był mroźny styczeń, nie można było wystarczająco głęboko kopać, a  i  ludzi nie było do grzebania zwłok. Zrobiono więc jeden zbiorowy grób i postawiono na nim kilka brzozowych krzyży. Reszta synów tej ziemi zasiliła pole pod plony dla nowo przybyłych mieszkańców Doby. Opowiadano mi, że jeszcze przez lata, na wiosnę, gdy zboże było jeszcze młode, w tych miejscach, gdzie byli pogrzebani ludzie, zboże rosło bujniej i  zarysowywały się postaci ludzkie. Podobno było mnóstwo takich postaci. Zbiorowy grób istniał do lat sześćdziesiątych, później któryś z  dyrektorów

PGR polecił grób zaorać. Ludzie opowiadają, że długo jeszcze można było znaleźć na polu, między bruzdami, jego fragmenty. Po „wyzwoleniu” Doby Rosjanie stacjonowali tam jeszcze przez jakiś czas. W kościele trzymano konie, z  zakrystii zrobiono wędzarnię. Na ogół jednak kościół nie został zdewastowany. Obiekty na wyspie Gilma też nie uległy zniszczeniu. Rosjanie byli bardziej zainteresowani wywozem pojazdów i maszyn. To, że z budowli przedwojennych została w  Dobie tylko kuźnia i  kościół, zawdzięczamy bardziej polskim szabrownikom i rybakom ze Spółki Rybackiej, którzy w czasie połowów stacjonowali na Gilmie. Po odejściu Rosjan majątek został przejęty przez PGR. Mazurzy, którzy nie zdołali lub nie chcieli uciekać do Niemiec, powrócili do swoich domów. W sumie były to głównie kobiety i dzieci; mężczyźni albo zginęli, albo nie powrócili jeszcze z  niewoli. Wraz z  nową władzą zaczęli przybywać Polacy, najczęściej repatrianci zza Buga. Zaczął się nowy rozdział w  dziejach naszej historii. Najbardziej intrygujący mnie temat całej powojennej historii Doby, to kościół. Wybudowany został przez rodzinę von Schenk zu Tautenburg. W  internecie można znaleźć jedynie taką wzmiankę: „Kościół rzymskokatolicki odbudowany w  1985 r na fundamentach zrujnowanej świątyni z 1574 r.”. Hmmm... w XVI w. w Dobie kościół katolicki. Interesujące. I znowu pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy, to popytać po wsi. Ale to już nie było takie proste. Wiara i kościół to śliska sprawa, a już na pewno na Mazurach. Ogólnie we wsi uważa się, że za fakt, iż kościół popadł w  ruinę w  70 latach, współodpowiedzialny jest Kościół EwangelickoAugsburski i  urzędujący w  tym czasie ksiądz. Opowiada się, że ksiądz nie interesował się kościołem, nie odprawiali tam nabożeństw i  tak powoli budynek zaczął popadać w ruinę. Katolicy chcieli przejąć kościół w  latach pięćdzie19


siątych i sześćdziesiątych, ale ewangelicy się nie zgadzali. Jakoś mi ta historia się nie trzymała kupy. Niewiarygodne było dla mnie stwierdzenie, że katolicy nie mogli odebrać kościoła ewangelikom, którzy się tymże obiektem nie interesowali. Pochodzę z  parafii giżyckiej i  znam te klimaty. U  nas w  domu ciągle panowała atmosfera niepokoju o kościół. Nie było niedzieli, żebyśmy nie poszli do kościoła. Zawsze ze świadomością, że wkrótce kościół mogą przejąć katolicy. W  domu nigdy się nie przelewało, ale

ale obiecał poszukać informacji na ten temat. Po kilku dniach zadzwonił do mnie z informacją, że o kościele w Dobie pisze w swojej książce pod tytułem „Kościół Ewangelicko-Augsburski po II Wojnie Światowej” katolicki ksiądz Krzysztof Bielawny. Okazuje się, że po 1945 r. cały majątek wraz z  kościołem przejął PGR. Ks. Krzysztof Bielawny w  swojej książce na str.  204, pisze, że we wrześniu 1954 r ks.  Jan Szczech zwraca się z prośbą do władz wojewódzkich o przekazanie świątyni do celów religijnych. W  swej motywacji wspomina o  tym, że kościołem opiekują się wierni, ale nie odbywają się żadne nabożeństwa. W  tej samej książce możemy znaleźć opinię władz powiatowych wystosowaną do województwa: „Ponieważ kościół jest własnością tegoż, należy go przekazać do majątku, a ludność na pewno nie będzie rościć, jeżeli ks.  Szczech Jan ich nie ustawi. W  związku z  tym należy ostrzec księdza, żeby nie szukał w całym dziury, a  pilnował tych parafii, które [ma] Giżycko, Sterławki i Rydzewo”. Dalej czytamy, że „Kościół przekazano PGR w Dobie, mieści się tam magazyn materiałów pędnych, składowano beczki z ropą i innymi substancjami”. W rzeczywistości do połowy lat 50. odbywały się tam nabożeństwa, może nie regularnie, nie zawsze z  księdzem, ale się odbywały. Jeszcze w  1951 r. była ochrzczona tam siostrzenica mojej znajomej, w  tymże też roku brała tam ślub Lisse Barra, z domu Gardllowska. Z opowieści wiem, że osoba ta dzielnie przeciwstawiała się komunistycznym władzom PGR-u i nie dopuściła przez lata do przerobienia kościoła na magazyn. Z  kartotek dowiadujemy się, że w  roku 1954, w  Dobie było 7 rodzin ewangelickich, ile było w  rzeczywistości, nie wiadomo. Na pewno ewangelicy nie byli w większości. Jednak przykład pani Lissy Barry, pokazuje, że mieszkańcy potrafili przeciwstawić się komunistom. Pani Barra w latach 60. wyjechała do Niemiec. Czy zrobiła to dobrowolnie, tego nie wiemy. Czy miała karto-

Kościół w Dobie, zdjęcie ze zbiorów Agnieszki Grzybowskiej mama zawsze pilnowała, żeby były zapłacone składki kościelne. Zawsze nam powtarzała, że ten kościół i nasza wiara to jedyne, co nam Mazurom jeszcze zostało. Jak zabiorą nam kościół, to już nas nie będzie. Nie chciało mi się wierzyć, że ewangelicy z Doby tak po prostu pozostawili swój kościół na pastwę losu. Szukałam dalej. Kontaktowałam się z  ks.  biskupem Janem Szarkiem, który był przez wiele lat proboszczem w  naszej giżyckiej parafii. W  pierwszym momencie w  ogóle nie skojarzył kościoła w  Dobie, 20


że po odsiedzeniu wyroku, pozwolono jej wyjechać do Niemiec. W roku 1946 r została powołana ORMO, w Dobie także powstał taki oddział. Członkowie ochotniczej rezerwy zostali uzbrojeni w  karabiny i dzielnie pilnowali porządku. Pewnego razu do Doby przyjechali na kontrolę ważni sekretarze z centrali. Dyrektor urządził zabawę wiejską, były tańce, hulańce i swawola. Wiadomo, że gdy trwa huczna zabawa, czujność strażników jest osłabiona. Z takiej to okazji postanowili skorzystać okoliczni szabrownicy i  włamać się do kościoła. Dzięki Bogu, nieustraszony oddział ORMO przyłapał ich na tym procederze. Doszło do strzelaniny, nie wiem, jak to się skończyło dla szabrowników, ale na pewno źle dla dzielnych ormowców. Sekretarz usłyszał strzały, zapytał, co się stało. Szef ORMO pochwalił się z  dumą, że obronił kościół przed szabrownikami. Sekretarz aż poczerwieniał ze złości. Podobno wrzeszczał na cały PGR: „Ty durniu, żebyś ty knajpy bronił, to rozumiem. Kościoła broniłeś? Ty durniu”. W konsekwencji tego niefortunnego zajścia dzielny oddział ORMO został natychmiast rozbrojony. Wiem, że te moje opowiastki wydają się banalne. Jednak opowiadają naszą historię. Wkrótce nas zabraknie, nasze ziemie zasiedlą Nowi Mazurzy. Będą chcieli wiedzieć, jacy byliśmy, co było dla nas ważne, czym się zajmowaliśmy. Jeśli im tego nie opowiemy, to sami ułożą sobie opowiastki o nas. Takie na wzór barona von Schenk – satanisty, czy ewangelickiego księdza, który wolał, żeby kościół popadł w ruinę, niż żeby posiedli go katolicy. Ku przestrodze opowiem jeszcze jedną historię, W ramach modernizacji PGR postanowiono założyć w majątku radiostację krótkiego zasięgu. Miała ona służyć do komunikowania się pracowników przebywających w terenie z biurem. W tym celu zlecono jednemu z pracowników zamontowanie masztu, na którym można

tekę i jaka mogła być jej treść, nie wiemy. Jej postawę znamy jedynie z opowieści ludzi, którzy ją znali i oceniali według uczynków, a nie ubeckich kartotek. Z  kartotek znamy za to losy ks.  Jana Szczecha, oraz jego poprzednika ks.  Rudolfa Mrowca, który był nękany i  straszony przez tamtejsze władze. Wiosną 1954 r został wyrzucony z diecezji mazurskiej, a w żadnej innej też nie znalazł zatrudnienia. Ks. K. Bielawny podaje w  swojej książce, że kościół został zniszczony dopiero w  1970 r. Wtedy to zabrakło już Mazurów, którzy pilnowali świątyni. Katolicy myśleli, że to własność kościoła ewangelickiego, mieli żal do ewangelików, że im kościoła nie chcą oddać, więc nie chronili go już przed szabrownikami. Z opowieści wiadomo, że kościół miał na wyposażeniu zabytkowe organy, piękną ambonę, chrzcielnicę oraz ołtarz z  pięknym obrazem. Wszystko zostało rozkradzione i  głupio zniszczone. Dawny pracownik kuźni opowiadał mi, że piszczałki z organów przetapiano na garnki. Ławki, ambona i  inne drewniane elementy przydały się na opał. Z  czasem zaczął zaciekać dach, nikt tego nie dopilnował, kościół popadł w ruinę. Opowiadano mi też o  losach Mazurki o  imieniu Maria. Pani Maria nie znała języka polskiego, jak można się domyślić, było jej dużo trudniej odnaleźć się w  nowej, polskiej rzeczywistości. Była sumienną pracownicą, dobrze gotowała, więc została zatrudniona jako kucharka na stołówce. Latem, gdy było więcej pracy, zatrudniano pracowników sezonowych, którym trzeba było gotować posiłki. Pewnego razu zabrakło drewna i pani Maria nie dała rady ugotować posiłku na czas. Rozwścieczeni robotnicy poszli na skargę do dyrekcji PGR-u. Bogu ducha winna kobieta dostała za to wyrok dwóch lat więzienia. Oskarżono ją o sabotaż, rzekomo powiedziała, że Polakom nie będzie gotowała jedzenia. Kobietę aresztowano, już nikt o  niej w Dobie nie słyszał. Można mieć tylko nadzieję, 21


będzie umieścić urządzenie nadawcze. Pracownik wmurował metalowe zespawane ze sobą szyny. W środek wbił drewniany słup, na którym zamontował urządzenie. Radiostacja służyła pracownikom przez lata, jednak z czasem biuro PGR przeniesiono w inne miejsce, a starodawne urządzenie zastąpiły nowoczesne. Po latach ruiny dworu, gdzie mieściło się dawne biuro, kupił ktoś z zewnątrz. Kilka lat temu

mieszkańcy Doby dowiedzieli się z lokalnej gazety o odkryciu cokołu, na którym stał prawdopodobnie pomnik. Odkrywca został nawet nagrodzony za to szczególne odkrycie. Mieszkańcy Doby mają się z czego pośmiać, ale za kilka lat, gdy zabraknie świadków, którzy mogą zaprzeczyć tej bzdurze, może zostać uznane to za prawdę. W końcu o odkryciu pisano nawet w gazecie.

Muszim niécz swojó radziostacÿjó! PSIOTER ÔT SZIATKÓW

C

zawdi do dobri redi prżindó. Co mi, Mazuri, takzes samo culim brák swojéch medijów, to zidżim po tém, co szie náma poziodło zrobzicz Céch. Doch to Wase gieldi náma dozwoliłi zrobzicz. Alecz já naków dumam, co to esce je mało. Muszim bildowacz radzio (radijo). Nie takie, co w Agnesÿ wizÿ stojóncém artiklu nieli w  pegieerżu niedzÿ trekrani i  bazó, éno takie richticne, z  áudicjani. Muszielibim je trżimacz w  Internecÿ, bocz normalnie na FM, bez luft wisyłacz, to bi kostowało dicht niemozne psiejéndze. Nawet z niechtórnéni ûz ô tém redżiłém. Dumam, co muszim niécz jekie áudicÿje z  muzÿkó i  zÿcbani ôt słucháców, ale téz takie z  nachrisztani, pozietrżém na prżisłi cas, téz z  nabozénstwani ôt  mazurskiéch parasijów. Nie wszio muszi bicz po mazursku, moze bicz téz i po polsku, i po niecku. Ale muszi bicz to cósz naségo, mazurskiégo. Tu muszielibim nakowo dostacz wspomozénie ôt rżóndżiczielów – mózim boziém ô gieldach duzéch na 10 tiszióndzów złotéch ô jénén rok. Cÿ jeki rżóndżicziel bi niáł ôdwaznoszcz az tak dopomagäcz Mazurám? Já jes ajw za zielgiégo wóntpsicziela. Miszlájmi ale ô tém pospołu, co mozno zrobzicz w ti sprazie. Ôstaziam Wás z tó miszló, co moglibiszta jeszcz tén codżiénnÿ zrénkowi frisztik z mazurskiém radijém.

énsto ôbzerwuje medija drugiéch małéch ludów. Zorgi wséndi só jédnakie – wséndi ludżie rozziewajó szie niedzÿ jénséni grupani, a dżiecziuki nie bácó gádki grózków, ómów i  ôjców, wséndi próbujó szie naków jekosz retowacz. Só ûcbi rodnÿ gádki, majó téz ûsziłunek bildowacz własne cejtunki i  radija. Psiénknie sobzie rede dawajó Farerozie (Ôwce Ôstrowi), chtórne nie tlo majó kila priwatnéch i panstwowéch radijów, ale i razu swojó TV. Medija to je fodrunek kóniecnÿ, cobi jekie bóndż moderne społecnoszczi mogli zÿcz. To cale nie je zielgi naród, bo jéch dá na seszczdżiesziónt tiszióndzów, ale jéch nálepsém kämratém je to, ze só gieôgrasicnie patrżónc fest ápárt ôd rżóndżiczielów z  Daniji i  ôgólnie móziónc, całi Ojropi. Swoje medija majó téz i  cénsto razÿ Psiérse Amerikánÿ, niechtórne małe ludi w Azÿji i Africe, Áustraliji. To dá téz taki ôstrów Guam, kiénim zidżiáł seszcz stacÿjów. Só téz takie ôstrowi Falklandi, kiéni só 2 radzia, psiérse englijskie prżed sziedzóncéch tamój zołniérżów, drugie priwatne prżed cÿwilistéch. Ziéta, sziła tamój je do pospoła ludżi? Tak na trżi tiszóndze. Tedi ni mozém mózicz, co do radija brák sziła słucháców, náwáznijsá je zawdi chiéncz do roboti i  dobre pomiszlénie, jek to, co biło zamiszlóno, wiprowadżicz. Eszli poténcjalne słucháce majó woló, to społém z  ûsadnikäni 22


Mazurkä warżi, czyli mazurska kuchnia Agnieszki Grzybowskiej

C

są. Trochę jeszcze postnie, bo ze śledziem, ale już z kiełbasą i  jajkiem – symbolem nadziei i nowego życia. Poranek Wielkanocny zaczynamy od obfitego śniadania z  jajkiem wielkanocnym, białą kiełbasą i klopsem z jajkami. W naszej kulturze nie zakorzeniła się tradycja święcenia posiłków ani innych rzeczy, danych nam od Boga. Z  nauki luterańskiej wynika, że każdy posiłek jest poświęcony przez Słowo Boże i  modlitwę odmawianą przed jego spożyciem. Na wielkanocnym stole dominuje pieczona karkówka z kminkiem, pieczona kaczka ze śliwkami, klops z  jajkiem, ziemniaki i  duszone warzywa. Nie może też zabraknąć babki drożdżowej z bakaliami, sernika, czy zimnego psa.

zas pasyjny i Wielki Tydzień to wyjątkowy okres. Jest to dla nas czas pokuty, ale w sensie refleksji i wyciszenia się wewnętrznego. Nie chodzi przy tym o nakazy kościelne, narzucanie określonych potraw czy napojów. To wejrzenie wewnątrz siebie i zweryfikowanie własnej postawy względem drugiego człowieka, naszych „braci mniejszych”, przyrody, Boga. Święta Wielkanocne rozpoczynają się dla mnie od wieczornego nabożeństwa pasyjnego w  Wielki Czwartek. Po powrocie z  kościoła nakrywamy stół białym obrusem; nie ma na nim miejsca dla wyszukanych ozdóbek. Tak się w naszej rodzinie przyjęło, że jemy na kolację klops z  patelni z ziemniakami puree i sałatkę z czerwonych buraczków, a  na deser rodzynkowe ślimaczki z czerwonym winem. Wielki Piątek jest dla nas największym świętem. W  tym dniu nie żartujemy, nie śmiejemy się. Nie słuchamy radia ani nie oglądamy telewizji. Ubieramy się raczej w  tonacji ciemnej, stonowanej, na znak żałoby. Przed nabożeństwem nie spożywamy żadnego posiłku. W  tym dniu milczą kościelne dzwony, na ołtarzu i  kazalnicy dominuje czerń, a krzyż na ołtarzu jest przesłonięty kirem. Wierni w  powadze i  skupieniu przystępują do Wieczerzy Pańskiej. Po nabożeństwie następuje wspólny rodzinny posiłek przy nakrytym białymi obrusem stole. W  tym dniu zdejmuje się też kwiaty ze stołu. Ja pozwalam sobie robić wianuszek z  pędów jeżyny, który wygląda jak korona cierniowa. Zastawa stołowa jest raczej biała, bez kwiatków i  wzorków. Na obiad zazwyczaj podajemy zupę z suszu i śledzie na duszonej cebuli. Deser stanowi ryż na mleku. Wielka Sobota to dzień łączący gorycz pamiątki męki Pana Jezusa z pełnym nadziei oczekiwaniem na zmartwychwstanie. Może dlatego jada się w tym dniu sałatkę ze śledziem i kiełba-

KLOPS Z JAJKIEM Na Wielkanoc przygotowuję podwójną ilość mięsa mielonego. Jedną połowę przeznaczam na kolację wielkoczwartkową. Z  drugiej przygotuję klops, który będzie zimną przystawką na wielkanocnym stole. 2 kg mięsa mielonego (jeżeli jest ono bardzo chude, dodaję kilka łyżek oleju rzepakowego) 6 jajek 2 cebule 2 suche bułki lub 10 łyżek bułki tartej do klopsa + 2 łyżki bułki tartej do posypania pieczeni w blaszce ok. 500 ml wody sól, pieprz, majeranek, pęczek natki pietruszki Bułkę namoczyć w ciepłej wodzie. 4 jajka nakłuć z  obu stron igłą, wrzucić do wrzącej wody i  gotować 5–6  min, zalać zimną wodą, obrać. Wszystkie składniki wyrobić na jednolitą masę. 23


Jeżeli masa jest zbyt sucha, dodać wody. Masę na klops z jajkiem podzielić na dwie połowy. Jedną ułożyć na dnie wcześniej wysmarowanej tłuszczem i  posypanej bułką blaszki keksówki (25 cm długości). Na środku ułożyć jajka, przykryć resztą mięsa. Na powierzchni odcisnąć widelcem wzorek i  posypać bułką tartą. Piec ok. 50–60 min w rozgrzanym do 180°C piekarniku. Z  pozostałego mięsa uformować okrągły klops. Rozgrzać średniej wielkości patelnię, wlać odrobinę oleju i obsmażyć go z obu stron. Gdy klops uzyska ciemnobrązową barwę, przykryć pokrywką i  zmniejszyć ogień, tak żeby mięso się dosmażyło.

ŚLIMACZKI WIELKOCZWARTKOWE 500 g mąki 40 g drożdży 2 jajka 125 ml mleka 250 g masła 150 g cukru 300 g rodzynek 100 g migdałów siekanych i 50 g płatków migdałowych 1 cytryna 1 jajko do posmarowania ślimaczków Sól Przygotować zaczyn z  drożdży, mąki i  połowy podgrzanego mleka. Postawić w  ciepłym miejscu do wyrośnięcia. Jajka, cukier, szczyptę soli, skórkę cytryny dokładnie utrzeć, dodać mąkę, resztę mleka i  zaczyn. Ciasto wyrobić. Jeszcze raz odstawić do wyrośnięcia. Rozwałkować. Na połowie ciasta ułożyć pokrojone w plasterki kawałki zimnego masła i złożyć. Czynność powtórzyć trzy razy. Następnie rozwałkować ciasto, posypać namoczonymi rodzynkami i  posiekanymi migdałami. Placek zwinąć w  rulon, następne pokroić w  trzycentymetrowe plasterki. Plasterki ułożyć na blasze, posmarować roztrzepanym jajkiem i  posypać płatkami migdałów. Piec na złoty kolor w 175°C.

ZIEMNIAKI PUREE ½ kg ziemniaków 3 łyżki masła 50 ml mleka Sól, gałka muszkatołowa Ziemniaki ugotować w  niewielkiej ilości wody z  solą, odlać. Mleko zagotować w  oddzielnym garnku. Do ziemniaków dodać masło i  ubić je na gładką masę (osobiście nie używam blendera, ponieważ wtedy ziemniaki robią się zbytnio kleiste). Zalać gorącym mlekiem, wymieszać, doprawić do smaku solą i gałką muszkatołową. SAŁATKA Z BURACZKÓW CZERWONYCH 800 g buraków 1 cebula 4 łyżki oleju Cukier, sól, pieprz czarny i sok z cytryny

ZUPA Z SUSZU 250g suszonych owoców (jabłka, gruszki, śliwki, rodzynki, morele itp.) 500 ml wody 4 łyżki cukru Pół cytryny 1 łyżka mąki ziemniaczanej Kawałek świeżego korzenia imbiru 2 goździki, 2 ziarenka ziela angielskiego, szczypta cynamonu

Buraki ugotować w skórce. Ostudzić i  obrać. Zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Cebulę pokroić w  drobną kostkę. Wymieszać z  olejem i  doprawić solą, cukrem, pieprzem i  sokiem z cytryny do smaku.

24


Owoce zalać ½ l wody i  pozostawić przez noc. Na drugi dzień odcedzić wodę, zagotować z  cytryną i  cukrem. Dodać owoce, starty imbir. Przyprawy rozdrobnić w  moździerzu, wsypać do zaparzarki do herbaty i  wrzucić do garnka. Zupę gotować 20  min  na wolnym ogniu. Rozmieszać mąkę ziemniaczaną w  zimnej wodzie i  wlać do zupy. Krótko zagotować. Podawać z kluskami.

Solone matiasy oczyścić i zalać zalewą na 12 godz. Ziemniaki ugotować w mundurkach. Pokroić cebule w plasterki i usmażyć na oleju, na silnym ogniu na złoty kolor, następnie zmniejszyć temperaturę, doprawić do smaku solą, pieprzem, majerankiem i  dusić pod przykryciem aż zmięknie. Z  jabłek wydrążyć gniazda nasienne, nie obierać. Pokroić w  krążki. Na dobrze rozgrzanym maśle obsmażyć na złoty kolor. Duszoną cebulę wyłożyć na półmisek, a  na nią obsmażone, gorące krążki jabłka (które w środku powinno być chrupiące, a na zewnątrz zarumienione). Na samej górze układamy filety śledziowe.  Podajemy z gorącymi ziemniakami.

KLUSKI DO ZUPY Z SUSZU 40 g masła 400 g mąki 125 ml mleka 3 jajka Sól Łyżeczka proszku do pieczenia Masło utrzeć, wbić kolejno jajka, wciąż ucierając masę, dodać resztę składników. Ucierać do momentu, aż ciasto stanie się jednolitą masą. Zagotować w  garnku wodę, nabierać ciasto łyżeczką do herbaty i  rzucać na wrzątek. Krótko zagotować na silnym ogniu, następnie zmniejszyć temperaturę i na bardzo wolnym ogniu gotować 12 min.

RYŻ NA MLEKU 1 szklanka ryżu 1½ szklanki mleka 1 szklanka wody Szczypta soli 2 łyżki cukru 2 łyżki budyniu śmietankowego 2 łyżeczki cukru waniliowego ⅓ łyżeczki cynamonu Wiśnie w cukrze

ŚLEDŹ Z CEBULĄ I JABŁKIEM 3 cebule 3 jabłka 4 płaty śledziowe z zalewy octowej Sól, pieprz, majeranek Ziemniaki typu A lub AB Olej i masło

Zagotować w garnku wodę z solą, wsypać ryż i gotować, co jakiś czas mieszając, do momentu wyparowania wody. Wlać połowę mleka, dodać cukier, cynamon oraz cukier waniliowy. W międzyczasie w  połowie szklanki mleka rozdrobnić budyń. Kiedy ryż zgęstnieje, dodać mleka, zamieszać i  jeżeli ryż jest już miękki, dodać mieszankę z  budyniem. Zagotować i  odstawić do wystygnięcia. Ryż nałożyć do szklanych pucharków, na wierzchu ułożyć wiśnie w cukrze.

ZALEWA DO ŚLEDZI 3½ szklanki wody ½ szklanki octu 10% ½ łyżki soli ½ szklanki cukru 4 ziarenka jałowca, 4 ziarenka ziela angielskiego, liść laurowy. 25


SAŁATKA JARZYNOWA 6 ziemniaków typu A lub AB 2 marchewki 3–4 ogórki kiszone 1 jabłko 5 jajek 1 puszka groszku lub czerwonej fasoli 1 sztuka kiełbasy jałowcowej 4 płaty śledziowe ½ cebuli białej 1 łyżka musztardy sarepskiej 4–5 łyżek majonezu Sól i pieprz

Wszystkie składniki zagnieść. Ciasto odstawić do schłodzenia na 2 godz. Następnie rozwałkować ciasto cieniutko, tak, żeby wyszły z tej ilości dwa placki. Ułożyć w formie 21×28. Przed pieczeniem nakłuć widelcem, żeby ciasto podczas pieczenia się nie unosiło. Piec ok. 15 min w temp. 175°C. Wybierać z blaszki dopiero po ostygnięciu. MASA 450 g gorzkiej czekolady 300 g mlecznej czekolady 400 g masła 4 jajka 150 g cukru pudru 40 g kakao 60 g słodkiego popcornu

Ziemniaki i marchew ugotować w mundurkach. Wszystkie jarzyny, kiełbasę i śledzie pokroić w kostkę. Wymieszać wszystkie składniki, doprawić do smaku solą i pieprzem. Odstawić do chłodnego miejsca na klika godz.

Czekoladę gorzką i mleczną pokruszyć. Rozpuścić czekoladę i masło w kąpieli wodnej. Jajka, cukier puder i kakao utrzeć na pianę. Formę wyłożyć papierem do pieczenia. Krem z rozpuszczonej czekolady i tłuszczu powoli wymieszać z kremem z jajek i cukru. Blaszkę wypełnić ok. ¼ masy, ułożyć na tym upieczone ciastko i zalać następną porcją masy. Przykryć drugim ciastkiem, zalać ciastko resztą masy i posypać słodkim popcornem. Odstawić na 15 min do lodówki. W tym czasie rozpuścić 50 g gorzkiej czekolady i polać popcorn. Odstawić na 6 godz.

CZEKOLADOWY ZIMNY PIES CIASTO 300 g mąki 150 g masła 100 g cukru 2 żółtka 50 g tartej czekolady Szczypta soli

Szpaski na ziosne – Je! – To prose półowe.

Prżichodżi kordák do ládi niedżwedżia: – Cÿ je dwakilowi chléb? – Nie, je tlo kilogramowi. Na drugi dżiéń: – Je dwakilowi chléb? – Nie, éno kilogramowi. Niedżwedż zamiszluł upsiec dwakilowi chléb. Ówtén znowa prżiset do ládi: – Je dwakilowi chléb?

*** W Zielgónoc wchodżi chłop do stodołi i mózi do klémpi: – Poziédz cósz! – Nic z tégo! Já gádam éno w Zilijó.

26


Krzyżówka wiosenno–wielkanocna

Pionowo: 2. ziosna 3. kordák 4. sziuchna, drakä 5. Żielónÿ Cwártek 7. kszcziécz 10. wóndół 13. kädik

Poziomo: 1. mejkifer 6. Czichi Psióntek 8. jegniák 9. best 11. kuch 12. zierżba 14. zóraź

Ułożyła: Agata Maskulak

27


28

Profile for Céch - Mazurski Cejtunek

Céch - Mazurski Cejtunek (nr 3)  

W nim między innymi: felietony po mazursku, polskojęzyczne artykuły o mazurskich zwyczajach wielkanocnych, węgorzewskim spacerowniku, inform...

Céch - Mazurski Cejtunek (nr 3)  

W nim między innymi: felietony po mazursku, polskojęzyczne artykuły o mazurskich zwyczajach wielkanocnych, węgorzewskim spacerowniku, inform...

Advertisement