Issuu on Google+

Je s t e s m y

ludzmi

ia n a k t o p s o g e br o d rozmowa

Mariuszem Mankiem Nalepa

z

Co z ty m Gr ab a¿ em ?

– roz mo wa z Krz ys zto fem Gaj d¹

nr3

Po ls cy IN DI AN IΠCI 1


ZAMIAST WSTĘPU Moja przygoda ze Strachami trwa już szósty rok. Obok wiernych fanów, obserwatorów i analityków działalności formacji, którzy są przy zespole od samego początku, mój „staż” jest mizerny. Ale może dlatego z taką dziecięcą radością odkrywam informacje dotyczące zespołu, ludzi, którzy są z nimi i  współpracują, miejsca i pojęcia ściśle ze Strachami związane. Spotkania w  Jarocinie podczas festiwalu rockowego, we Wrocławiu podczas festiwalu Biura Literackiego, na koncertach w wielu polskich miastach, to dla mnie wielkie przeżycie. Za każdym razem. Z tym większą radością i wdzięcznością odbieram zgodę Strachów i ich przyjaciół na spotkania i  rozmowy. W  tym numerze po raz pierwszy rozmawiam z  nie-Strachem Krzysztofem Gajdą (mam nadzieję, że mi wybaczy to określenie), który chciał podzielić się swoją ogromną wiedzą o  zespole, o  poezji Grabaża i  o kulturalnym tle, w  którym zespół funkcjonuje. Ten posiadacz klucza do duszy Grabaża, współautor dzieła „Gościu. Auto-Bio-Grabaż” i zręczny analityk Grabażowej poezji, w rozmowie o  pozycji pt. „Na skrzyżowaniu słów” mówi o  tym fenomenie w rzeczowy, ale i emocjonalny sposób. To niezwykle ciekawy rozmówca i mam nadzieję, że część aury tego spotkania udało się odzwierciedlić w tej rozmowie.

Pismo Cafe Sztok

Rozmowa z Mańkiem to przeżycie również niezwykłe. Z wielu powodów. Znamy się od bardzo dawna i mimo tego, że od ostatniego spotkania z  czasów „pierwszej młodości” do pierwszego naszego spotkania na trasie Strachów minęło –naście lat, to nie minęła serdeczność Mańka, jego otwartość i wielka życzliwość. Rozmowa z nim miała nie tylko walor spotkania z kolejnym – po Grabażu i Kozaku – Strachem, ale również przyjacielskiego spotkania po latach. Trwała kilka godzin, choć zarzekałem się, że zajmę mu tylko dwie. Gdyby nie późna pora, trwałaby kilka kolejnych. I tak nie porozmawialiśmy o wszystkim.

Redaktor prowadzący: Krzysztof Mączkowski Redaktor graficzny: Joanna Wolińska Serwis foto: Marika Kuncewicz Katarzyna Ulińska Krzysztof Mączkowski

Swoistego rodzaju uzupełnieniem jednego z wątków rozmowy z Mańkiem jest krótki materiał o indianistach – jako polskiej ciekawostki kulturowej.

zdjęcie na okładce: Katarzyna Ulińska

Wy sobie czytajcie, a my siadamy do kolejnego numeru.

Kolaż strona 15: Wojciech Świerdzewski / Biuro Literackie mail: cafe.sztok@wp.pl Tel: 601.76.70.30 Cafe Sztok na Facebooku: www.facebook.com/Magazyn.Cafe.Sztok „Cafe Sztok” to tytuł piosenki Strachów Na Lachy z płyty „Dodekafonia”, na używanie którego, jako tytułu pisma, wyraził zgodę jej autor – Krzysztof Grabaż Grabowski.


Je st eś my lu dź mi d ob re g o

spotkania

z Mariuszem Mańkiem Nalepą, bezwzględnym muzykantem, gitarzystą Strachów Na Lachy rozmawia Krzysztof Mączkowski Spotkanie z Mańkiem to niezwykłe przeżycie pod wieloma względami. Znamy się z dwadzieścia kilka lat, ale od czasu ostatniego spotkania pod indiańskim tipi do pierwszego spotkania na trasie Strachów minęło kilkanaście lat. Rozmowa dla „Cafe Sztok” była więc niezwykła – poprzedzona wspomnieniami jeszcze z  lat 80. XX wieku (jak to brzmi!), kiedy to właśnie Maniek ze swoją grupą indianistów z chodzieskiego „Klubu Dakotów” wciągnął mnie na dobre do środowiska indianistycznego, ludzi fascynujących się kulturami Indian. Przejrzeliśmy zdjęcia, zapaliliśmy fajki, zjedliśmy kolację i  nagle odległe wspomnienia stanęły nam blisko przed oczyma. Mam nadzieję, że część tej ciepłej atmosfery spotkania po latach udało się oddać choć trochę w tej rozmowie. KM. Cafe Sztok: Zacznijmy od sprawy, o którą pyta wiele osób. Co Cię łączy z TYM Nalepą? Zbieżność nazwisk? Mariusz Maniek Nalepa: Nie, nie jest to zbieżność nazwisk. W  portfelu mam przygotowaną całą rozpiskę, drzewo genealogiczne. Tadeusz Nalepa jest w  sumie moim kuzynem. Był moim kuzynem, czyli wychodziłoby, że nasi dziadkowie byli rodzeństwem. Czyli rodzina ze sporymi tradycjami muzycznymi? No tak, rodzina z tradycjami muzycznymi, z tym, że zanim doszło do kontaktu z Tadziem, to już byliśmy rodziną z tradycjami muzycznymi, bo mama zawsze brała udział z wielu przedsięwzięciach muzycznych i teatralnych. Ojciec z kolei bardzo lubił muzykę, zawsze przy nim była jakaś harmonijeczka. A  poza tym ojciec jeszcze malował. Był malarzem nieprofesjonalnym. Mamy dużo jego obrazów. Bardzo dużo jego obrazów jest w świecie… A ja, jako najmłodszy z miotu, to mogę tym bardziej mówić o muzycznej rodzinie, bo od najstarszego brata nauczyłem się gry na gitarze. Witas miał Defila ze strunami-szlifami. Często wyjeżdżał, a jak wracał, to ta gitara była w rozsypce, struny pozrywane (śmiech). Witas miał harmonijki, fleciki, i to wszystko mu zakaszałem (śmiech). Najmniej muzyczny był kolejny brachol, Darek, choć i on upatrzył sobie harmonijkę i trochę na niej pogrywał. I potem brat Mirosław. To absolutny muzyk, czynny do tej pory, znany, przynajmniej tutaj, w naszym makroregionie. Zresztą w  Poznaniu też, bo wiem, że w  Radiu Merkury jego kawałek zdobył kiedyś głosami słuchaczy pierwsze miejsce. Mariusz Kwas bardzo go lubi i ceni. Brachol ma dwa składy: swój autorski – Slovian’ski, no i  grają tam jeszcze z muzykami z Piły covery, takie tribute to Tadeusz Nalepa. Mańku, Ty masz dobrą pamięć? Wiesz co, miewałem…

Pytam o to, bo jak spotkaliśmy się po latach przy podpisywaniu „Dodekafonii”, to poznałeś mnie bez wahania. Myszak, bo to był najpiękniejszy okres w  życiu każdego człowieka! Młodość! Młodość do bólu! Pamiętasz przecież – pokazywałeś zdjęcia z „Wilków” – tam się gotowało od młodej męskości, to była szkoła „Młodych Wilków”, szkoła młodych wojowników. Myśmy tam przeżywali rzeczy, których w tej chwili młodzi nie mają szans doświadczyć. Ja wiem, że na swój sposób przeżywają jakieś inne historie, ale to właśnie wtedy, mając te kilkanaście lat, człowiek w  nocy, po godzinie dwunastej brał kościany gwizdek i  pióro, po to, by się nie bać, szło się do piwnicy po tipi (namiot Indian Równin – wyjaśnienie KM) i dziesięć kilometrów lasem, w  nocy, na Papiernię, gdzie samemu się rozbijało to tipi. I pojawia się pytanie: po co? Bo taka była potrzeba, człowiek żył wtedy potrzebą bliskości z naturą i potrzebował też jakiegoś duchowego … no nie wiem … przywództwa przy tej całej komunistycznej rozpierdusze. Indianie ze swoją filozofią mi to dali… Miałem wrażenie, że komuna i Kościół nam wszystko zabrały, wiesz? Ja już byłem z tego pokolenia, gdzie mama kazała chodzić do kościoła, ale do tego kościoła się nie chodziło, a pytało się zaprzyjaźnionego kolesia, który tam zawsze biegał, co było na mszy (śmiech). Za gzyka tak było.

3


A komuna nas odarła z jakiejś świadomości, kim się jest i  skąd się jest. Myśmy też wędrowali, rodzice niechętnie opowiadali skąd jesteśmy. Jesteśmy Polakami gdzieś z Ukrainy. No i pojawiało się pytanie: kim jesteśmy? Polakami? Słowianami? Oprócz tradycji muzycznych, to w mojej rodzinie są głęboko zakorzenione tradycje indianistyczne. Jak wspomniałem przed wywiadem, wraz z Leszkiem Michalikiem, Sat-Okh’iem, z  całą grupą sztumską i  starymi wygami z  Chodzieży, czyli Jackiem Przybylakiem, Janem Łażewskim, Markiem Kabatem, Romanem Mąką i – tu muszę namaścić mojego brata – to Witek Nalepa (Mokaszi) zakładał cały ten Polski Ruch Przyjaciół Indian, który zresztą do tej pory ma ogromny wpływ na życie wielu ludzi. To w Chodzieży odbyły się pierwsze zloty PRPI. I muzyka, i więź z naturą, i chęć do życia w harmonii, które przejąłem od kultur indiańskich, pozwalała mi żyć i zbudowała mnie takim, jakim jestem. Właśnie z  takich czasów znamy się, kiedy współtworzyłeś chodzieski Klub Dakotów, jeden z kilku ówczesnych Klubów Zainteresowań Kulturą Indian. Przecież Chodzież, obok Sztumu, była jedną ze stolic polskiego ruchu indianistycznego! O  Polskim Ruchu Przyjaciół Indian i o polskich indianistach piszemy w innym miejscu tego numeru Cafe Sztok. I tak sobie myślę, że duch tego czasu jest w Tobie cały czas, prawda? Pytam o serce… Nie no, jest bezwzględnie! Ale czy ja się czuję indianistą? Wiesz, bycie indianistą to może kwestia bycia w  jakichś strukturach, a ja w tych strukturach nie działam od XX Zlotu Polskiego Ruchu Przyjaciół Indian. Ale o serce pytasz i bardzo dobrze. Filozofię życia w zgodzie, filozofię bycia wojownikiem, walki, gdy trzeba i nie mącenia wtedy, kiedy nie ma takiej potrzeby, jest mi do dziś bliska. Pytam o  tę „formację indiańską”, bo kiedyś powiedziałeś, że nią kierowany zaproponowałeś w  jednej z piosenek na płycie „Zakazane Piosenki” motyw indiańskiego zawołania. Taak to było w ,,Idzie wojna” Siekiery. Muzycznie wykorzystywałem to już kilkakrotnie. W tej chwili gra z nami Tom Horn. I u Toma Horna na jego płycie „Two Spirit”, którą mam w  odtwarzaczu w  samochodzie, na jego życzenie zrobiłem jeden taki kawałek. Longin w tym czasie grał w kapeli Ikumraz i  tam również zostałem poproszony, by zrobić jakieś indiańskie zajawki. Zresztą bardzo chętnie je tobie puszczę. Ja w tamtych czasach wśród swoich przyjaciół robiłem za taką szafę grającą, byłem w stanie tylko z gitarą, harmonijką i  flecikiem prześpiewać całą noc, śpiewało się też kawałki indiańskie. Nie wiem, czy wiesz, ale razem z Grzesiem Dziabasem, chłopakami z Gdańska, Łukaszem Jankowskim i Januszem z Sierra Manty, założyliśmy kapelę La Novia! ??? Taaak, absolutnie andyjską! Ja byłem wtedy zafascynowany nagraniami, które za moich czasów nie były tak popularne, z  powwow, Carlosa Nakai [powwow – indiański festiwal muzyki i  tańca, Carlos Nakai – znany

4

indiański muzyk z plemienia Navaho – wyjaśnienie KM]. Nie mogłem wtedy zdobyć oryginałów, ale starałem się na innych instrumentach te dźwięki wygrywać. Właśnie u Toma Horna wyraźnie to słychać. Ta płyta, choć stara, jest absolutnie do polecenia! Ten cały klimat indianistyczny, poza sferą duchową, był okazją do sympatycznego ciepłego kontaktu międzyludzkiego. Różne rzeczy się grało, hippisowskie… (śmiech). Panowie starsi, władając biegle językiem angielskim śpiewali The Trox, jakaś dziewczyna Joan Baez… W tych czasach nawiązałem dobre relacje z  Longinem. Wtedy Longin miał kruczoczarne włosy, czarne paznokcie. Słuchał The Cure, The Clash (śmiech). Nie wiem czego tam jeszcze słuchał, ale to był zawadiaka taki, że hej ho! (śmiech). Wtedy razem chodziliśmy nad jeziora, paliliśmy ognie, ja grałem na flecie… Pamiętam, że był też Jacek Olter, który potem grał z Miłością, człowiek z  Piły, doskonały perkusista, zachwycał mnie tym, co robił. A potem okazało się, że ja zachwycam jego. Mówił: Maniek, ja przyjeżdżam do ciebie, bo chcę byś mi rozpalił ogień i  zagrał na quenie nad jeziorem Strzeleckim! A nad tym jeziorem było i jest do tej pory najpiękniejsze echo. I te spotkania były bardzo fajne… Można by nawet powiedzieć, że Twoja droga muzyczna jest nieco egzotyczna. Zaczynałeś od klimatów folkowych, potem efektem Twojego spotkania z Longinem było Na Górze… Tak. Przedtem jeszcze z  Mirkiem i  Longinem mieliśmy taki epizod muzyczny, gdzie graliśmy takiego … eee … blues-rocka. Zespół nazywał się Nowy Czas. I tam w tym zespole nie odnalazł się do końca ani Longin, ani nie odnalazłem się ja (śmiech). Może i mam jakieś zacięcie bluesowe, ale generalnie lubię klimaty odjechane (śmiech). Natomiast, jak brał mnie Grabaż do kapeli, to nie do końca zdawał sobie z tego sprawy, że bierze takiego barda dość uniwersalnego. Ja dołączyłem do Strachów na instrumenty perkusyjne z polecenia Longina, bo już wtedy mieliśmy dość bogate doświadczenie z Na Górze. A Na Górze zaczęło się od tego, że byłem przy tym, jak ten ośrodek powstawał...Dom Pomocy Społecznej w  Rzadkowie. Po prostu grupę światłych ludzi zebrała, w tym i moja przez wiele lat, pani dyrektor Małgorzata Kwiatkowska, pełna entuzjazmu i  świeżego podejścia, bardzo otwartego, ale jednocześnie bardzo profesjonalnego i  postanowiła ten ośrodek powołać do życia. Znalazła bardzo ładne miejsce na wzgórzu morenowym z  pięknym widokiem na wschód słońca w  Rzadkowie. Były tam dzieci i  młodzież z  niepełnosprawnością intelektualną, no i  tam miałem z  tymi ludźmi wspaniałą przygodę. Byłem w grupie, która odrealniała ten ośrodek malując go w różne wzory, malunki i graffiti, które wtedy nie były jeszcze takie modne. Więc to wszystko, ten dom, wyglądało jak pokolorowany wóz hippisowski. No i mój przyjaciel, o którym trzeba na pewno wspomnieć, Wojciech Retz, który do tej pory cały czas działa w Na Górze, założył stowarzyszenie, by można było to wszystko jakoś ciągnąć. Od zawsze interesował się teatrem. Do teatru, żeby można było bezpiecznie poprowadzić sztukę


z  niepełnosprawnymi… Chociaż, brzydko mówię, bo z  tą „niepełnosprawnością” należałoby się jakoś rozprawić. Uczynię to nieco później, dla zachowania jakiegoś porządku… No i w każdym razie, żeby poprowadzić bezpiecznie sztukę chcieliśmy stworzyć na scenie bezpieczne warunki dla aktora. Chodziło o to, by można było wydobyć z  aktorów takie prawdziwie przeżywanie tego wszystkiego. I  ta prawdziwość została wreszcie w  Polsce ewidentnie doceniona. Założyliśmy grupę teatralno-muzyczną Na Górze, gdzie obok aktorów występowali jednocześnie muzycy. Na początku wśród aktorów był Wojtek, stwarzał im bezpieczne warunki na scenie, a ja ogarniałem temat muzyki. W pewnym momencie aktorom poszło tak dobrze – tak żywiołowo reagowali na muzykę – że zaczęliśmy się dzielić. Na aktorów i muzyków. No i tak poprowadziliśmy kilka pięknych spektakli, jak „Zapach piasku”, jak „Sny są samotne”, „Kolory wiatru”. Zostało to zauważone i docenione i powstało z tego kilka reportaży. Był czas, że mnie tam nie było, szkoła, i po pół roku wpadam tam. I  co? Zobaczyłem chłopaków, jak napinają, Woju gra na gitarze. Napisał jakieś fajne, proste teksty w rodzaju „ Rampampararam…Tu jestem ja, tam jesteś ty, a dookoła jesteśmy my”. I okazało się, że teksty Woja to najpiękniejsze haiku na świecie, jakie po polsku kiedykolwiek ktokolwiek napisał (śmiech). Zafascynowało mnie to tak bardzo, że mówię: kurde, ja chcę tu grać! Skończyłem szkołę i dyrektorka mówi do mnie: no to ja cię zapraszam, zatrudnię cię. I tak praktycznie z piętnaście lat tam pracowałem, mnie się zdaje… Masz nadal kontakt z grupą? Mam, mam kontakt z grupą, ale fakt faktem, że praca ze Strachami kazała mi się określić; albo w jedną albo w drugą stronę. Woju też chciał kontynuować całe to muzyczne zamieszanie i kontynuuje już beze mnie. Longin ich wspomaga, jak tylko może, ale też nie może określać się jako muzyk Na Górze, no bo priorytetem są Strachy Na Lachy. No i  koniec. Natomiast sercem jestem cały czas z  nimi. I  do dziś wspominam naprawdę piękne chwile. Zagrałem z nimi wiele wspaniałych koncertów. Ideą Na Górze jest to, by nie grać koncertów dla niepełnosprawnych, ale by z tego się wyzwolić. Ci ludzie mają taki power, taką siłę, taką charyzmę, że chętnie rozprawiam się z „niepełnosprawnościami”, bo nie trzeba się wielce uczyć, nie trzeba wielkich nauk od nikogo przyjmować, żeby po obcowaniu na co dzień z  ludźmi, którzy są zakwalifikowani jako „ludzie niepełnosprawni intelektualnie”, żeby stwierdzić, że intelekt tak naprawdę nie jest najważniejszym wyznacznikiem człowieczeństwa. Po prostu ci ludzie dostali czegoś mniej, ale czego im Bóg nie dał z jednej strony, to dał na pewno z drugiej i to w takiej mierze, jakiej nie znamy tego, powiedzmy, my, którzy mamy się za pełnosprawnych. Są szczerzy do bólu, megaspontaniczni nie potrafią krzywdzić… Więc są obszary, w  których to my jesteśmy niepełnosprawni. I tu jest koniec tematu. Nie ma tu miejsca na jakąkolwiek litość, do jakiegokolwiek utyskiwania, że mają pod górkę. Mają pod górkę przez nas – jeżeli już,

przez system, przez ludzi, którzy ich zostawiają. To są ludzie nie głęboko upośledzeni, ale głęboko niezrozumiani. Koncerty Na Górze miały taką lutę, taką moc, że narozrabialiśmy z  całych sił. Jestem w  stanie powiedzieć po czasie, że rozrabialiśmy na scenie rockowej, punk-rockowej, czy niezależnej, narozrabialiśmy jak cholera (śmiech)! Do tego stopnia, że oszalał tam Budzy, oszalał tam Litza i część ”warszawki”. Odzywali się do nas ludzie z różnych kapel i pytali co to, kurczę, za moc?! Zagraliśmy parę koncertów w Czechach, w Pradze, w Pilźnie, gdzie pozostawiliśmy po sobie „smród” (śmiech). Pozamiataliśmy tak równo (śmiech). Ludzi w Pilźnie pozostawiliśmy z rozdziawionymi gębami (śmiech). Zespół Na Górze miał, ma i będzie mieć potężną petardę w sobie. A kto ma petardę? Petardę mają dobrzy ludzie, jak się spotykają…i chcą na siebie pozytywnie oddziaływać. Niesamowite to było przeżycie! I z takim bagażem do kapeli – za zaręczeniem Longina - wziął mnie Grabaż. Ze skromności od początku starałem się nie zdradzać swoich umiejętności, tylko starałem się robić to, o  co mnie proszono. Tam faktycznie zacząłem od przeszkadzajek. Zafascynowani byliśmy tym, co na scenie przedstawia Manu Chao, bo wtedy Grabaż miał chyba taki zamysł. Ale od początku wiedziałem, że czegoś nam brakuje. No po prostu wiedziałem, że nie daję rady (śmiech). Słuchaj, byłem obwieszony janczarami na jednej nodze, wcisnąłem się w  tamburyno na drugiej, chomąto z  harmonijką i  tańczę (śmiech). Jedynka tu, dwójka tu, tutaj konga, tutaj harmonijka, tutaj wokal! No kurde, wiesz, po jakimś koncercie, chyba w Hybrydach, uznaliśmy, że jak to ma być Manu Chao, to muszą być jakieś space’y i mocny prosty bit, trzeba było kogoś dokooptować. Na gary wszedł Kuzyn, ze swoją petardą w łapie. I Anem na klawisze. Co tu dalej mówić o historii, którą znasz (śmiech). Inaczej wygląda historia wyczytana na stronie Strachów, czy w „Gościu”… Ale wiesz, o  historii Strachów tam za dużo nie pisz, bo od historii Strachów jest Grabaż. On ma swoją historię … (śmiech) Jej część wyłożył w „Gościu” i w pierwszym numerze Cafe Sztok… Słuchaj, przyjmij, że historia Grabaża jest najważniejsza i obowiązująca (śmiech)… Ale ja chciałem przy tej okazji zapytać o … Ale, kurcze, wiesz, że cały czas jeszcze jestem spięty, bo ja nie lubię wywiadów. Myślałem, że sobie zjemy, pogadamy i ty to wszystko spiszesz (śmiech). Dyktafon Cię peszy? Nie no, spokojnie, pracuję z  tym urządzeniem na co dzień (śmiech). Do czego zmierzam – inaczej wygląda historia wyczytana w książkach i na stronie internetowej, a inaczej opowieść z  emocjami. Po rozmowach z  Grabażem i Kozakiem niektórzy czytelnicy mówili, że czytali historie, które wcześniej już znali, ale dzięki ich dopowieściom poznali te same historie z nieco innej perspektywy. Nie przejmuj się więc, że część spraw powtarzasz

5


(śmiech). Ale o inną rzecz zapytam: jesteś multiinstrumentalistą. Grabaż w Cafe Sztok mówił, że Twój czemadan to pokaźny zbiór… Tak mówi? Kurde! To ja muszę się od obcych dowiadywać?! (śmiech) Co w takim razie wchodzi w skład Twojego muzycznego bagażu, legendarnego bagażu Mańka? Słuchaj, legendarny bagaż był kiedyś (śmiech). Nawet jeszcze nie tak dawno… Trzeba było zapakować timbalesy, do tego trzy konga, do tego były zawieszotka do pudełek akustycznych, które sam zresztą zrobiłem, do tego były jeszcze dwa talerze, bo czasami lubiłem poprzeszkadzać tymi tale-

6

rzami. Były fleciki, harmonijki, wszystkie melodika, szejkerki. Kiedyś nawet rurę deszczową woziłem, bo dobry klimat robiła, a czasami – jak w przypadku „Wojny” – didżeridu. No, było tego trochę… A jest coś, na czym nie grasz? No jasne, no bez przesady! Instrumentów jest przecież mnóstwo! A  poza tym jestem bezwzględnym muzykantem, skoro mi za to płacą od tylu lat, to w pewnym momencie kazali mi mówić, że jestem muzykiem. Ale bezpieczniej jest mi mówić, że jestem muzykantem, bo wtedy nie ma tej presji (śmiech). Ale presja jest, no. Trzeba się przyłożyć, żeby było porządnie. To ta poważniejsza strona wesołej działalności – że się trzeba przyłożyć (śmiech). Ale wychodzi wam to bardzo dobrze! Bo się przykładamy! Sfera profesjonalności jest bardzo pilnowana przez Grabaża i my widzimy, że to nie są przelewki. Nie wolno oszukiwać wiernego słuchacza, który w  pewnym momencie, po pierwszej lub drugiej płycie, która pomaga mu żyć, czeka na coś, co dalej będzie wiarygodne i dalej wartościowe. Poza tym my chcemy robić rzeczy wartościowe, ja też chcę robić rzeczy wartościowe. Nie chcę robić rzeczy byle jakich. Wiesz, w  ramach sztuki można zrobić wszystko, byleby to było absolutnie dobrze zaplanowane i  dopieszczone. No i  tak właśnie się staramy. No co mam dopowiedzieć? (śmiech) Oby tak dalej! Czy masz jakieś swoje ulubione grajotko? Na którym niekoniecznie grasz podczas koncertów, ale do którego wracasz w wolnej chwili? Tak! Tak! Moim podstawowym instrumentem był głos. Potem głos i gitara. Potem głos i charango. Ha, w La Novii grałem na charango! To taka mała gitarka dziesięcio-strunowa. Lubię operować głosem, ale instrumentem dla mnie najważniejszym, który pozwalał mi najbardziej zbliżyć się do natury jest quena. Quena i fleciki. Zawsze miałem taki zestaw: quena, flet z F i flet z C. Potem doszedł do tego jeszcze flażolet. I  tak zawsze chodziłem z nimi gdzieś nad jezioro. W Strachach quena nie była wykorzystywana za bardzo... Nie no, zaraz, quena była wykorzystana w „Ostatkach” chociażby! Przepuszczona wzmacniaczem VOXa. Wiesz, w Strachach nie pojawiają się tego rodzaju instrumenty, bo tu nikt nie przerzuca swoich pasji muzycznych w skali 1:1. Strachy to spotkanie ludzi inteligentnych, którzy chcą zebrać swoje zainteresowania i  bawić ulubionymi dźwiękami… A jak się tworzy utwór? Jest tak, że przychodzi Grabaż i ma generalnie jakiś pomysł i go dopieszczacie? Słuchacze dostają gotowy produkt. Czasami na youtubie widzimy filmiki z  procesu tworzenia jakieś piosenki – jakieś nagrania instrumentalne, jakieś chórki. Tworzenie utworu to zapewne fascynujący proces. Jak to się odbywa? Pytam o to chociażby dlatego, że jesteś w większym niż zwykle stopniu współautorem „!TO!” Wiesz, to jest takie nasze Strachowe gotowanie. Czepek kucharza, który nie tyle doprawiał, ale kroił produkty, miałem ja, ale nie chcę się przeceniać. Tym razem ciężar


gatunkowy płyty, ta lekkość, była mi bliska, bardziej niż to wypruwanie flaków, jakie było przy okazji „Dodekafonii”. Poza tym Grabaż pokazywał nam wszystkim, że jest po prostu zmęczony, że tam się wypruł, że potrzebuje normalnego ludzkiego wsparcia… Przy „Dodekafonii” – sam widzisz, jaki tam jest ciężar gatunkowy! – staraliśmy się jak mogliśmy i  robiliśmy co mogliśmy, by te słowa, by te emocje zostały wsparte odpowiednią muzą. Ja natomiast wolę słodkie smutki niż jakieś wypruwania. Natomiast uważam, że daliśmy radę. A przy okazji „!TO!” powiedział wprost: panowie, pomóżcie, ja też nie daję rady! No i bardzo fajnie wyszło, każdy jakieś swoje pomysły przyniósł. Jak już się dowiedziałem po kilku rozmowach, po pierwszym przesłuchaniu kapel, które w otwarty sposób reklamował Grabaż, po poznaniu pewnych klimatów, okazało się, że to wszystko zatoczyło pewien krąg. Myślałem, że wdepnąłem w klimaty punk-rockowe, a  okazało się, że przed nami praca nad „!TO!”. Grabaż podsyłał mi kawałki, które ukazywały dzieciństwo czy młodość mojego brata, moją młodość. To było „moje”! Może to było trochę hippisowskie, psychodeliczne, ale … kurde no … to były absolutnie kawałki z tamtych lat! I moje! Ja to po prostu rozumiałem i dobrze mi się przy tej płycie pracowało. W  związku z  tym miałem dużo pomysłów. I dość sporo z tych pomysłów przeszło. I tyle. Wiem, że ta płyta ludziom się podoba, że została odebrana dobrze, może nie tak dobrze, jak „Dodekafonia”, ale się podobała. Zawsze mówię, że muzyk w ręku ma oręż, by w imię dobra i wyciągania ludzi z dołka działał. Chociaż Strachy zawsze działały pozytywnie.

Wiem to po sobie, mnie też wyciągnęliście z dołka. No, no. Ja mimo wszystko jestem za piosenkami, które rozpalają ognie, rozumiesz? Niekoniecznie muszę podkreślać, że pada deszcz, że jest mróz, że zimno, że człowiek jest sam, że przyjaciele się odwrócili, że państwo mnie dyma… Z drugiej strony też nie lubię wiecznego banana na twarzy, no nie, też mam swoje przeżycia i jak każdy ja też bywam wkurzony, ale napatrzyłem się na ludzi, którzy spuszczają głowę, przeżyli dramaty, którzy ciągle się taplają. Chodzi o to, by wreszcie zobaczyć słońce! No rozumiesz, Myszak? No musisz mnie zrozumieć (śmiech)! Kurwa, ja tak gadam i gadam, a czasem chciałbym tak zwięźle… Ale wiesz, że czasami nie warto zwięźle? To nie jest pismo sformatowane, w  którym wszystko jest podporządkowane stronie i wymiarom. To ma być żywa rozmowa… Gdybyś chciał tworzyć sztuczne pismo, to nie nadawałbym się do takiej gatki. Do tego hodowani są celebryci. Oni tam mają za to siano albo słomę do żarcia. I są tam zgrzebłem czesani, żeby fajnie wyglądali. Kopytka są podbite i jak trzeba to w zadek i do boju, i heja (śmiech)! I od tego są celebryci, a ja nie. Ja zaprosiłem tu przyjaciela, a to, że ma jeszcze interes, no to… (śmiech) Ale sympatyczny interes! Nie no, sympatyczny interes. Wiem, że Cafe Sztok to pismo, które robisz dla ludzi, dla których coś znaczymy. Dla mnie to zaszczyt, dla mnie to przeogromny zaszczyt, że mogę porozmawiać sobie z tobą, a przy okazji coś przekazać dobrym ludziom, którzy przychodzą do nas, na nasze koncerty. Wróćmy na chwilę do warsztatu tworzenia piosenki. Mówiłeś, że byłeś kucharzem, który do płyty kroił

7


produkty. To jest tak, że rzucasz jakiś pomysł, który jest wałkowany przez resztę, czy każdy z Was dorzuca jakieś kawałki? Jak to wygląda, jeśli to nie jest jakaś tajemnica, ta praca nad płytą. Jak to wyglądało w przypadku ostatniej Waszej płyty? Najważniejszy był punkt zwrotny, gdy Grabaż dowiedział się, że nam zależy – jeśli już konkretnie o „!TO!” mówimy. I zaczął pisać piosenki. Tam jedynym kawałkiem, do którego muzyka jest moja to „Sympatyczny atrament”. I wygląda to tak, że Grabaż przesyła do nas to, co nagrał jednym palcem albo kostką i jest to zaśpiewane. No i my już tak dobrze znamy tego huncwota (śmiech), że z jego niedoskonałości muzycznych robimy efekt. To jest taka praca, którą nazwaliśmy „z defektu efekt” (śmiech). A te rytmiczne pomyłki, które zdarzają się Grabażowi, te takie cwancyki Grabażowe, takie grabażyzmy – to coś takiego, co go absolutnie odróżnia od innych! I potem to jest kwestia, jaki ma się na to pomysł. Odkąd kupiłem sobie recorder sygnowany dla muzyków mam z górki. Jest w nim bardzo dużo efektów gitarowych i na wokal, podstawowe bity i możliwość nagrywania wielu śladów i nim zapisuję zarys pomysłów. Nigdy nie prosiłem Grabaża o tekst, bo zawsze spisywałem to, co słyszałem z jego nagrań i czasami wychodziły takie bzdury, że się w pale nie mieści (śmiech)! I przerabiam to tak, jak sobie to wyobrażam. Pokazuję swój pogląd na dany kawałek. I potem puszczaliśmy to sobie – jak przy okazji „!TO!” – na próbie. Każdy z nas wnosił jakieś tam swoje pomysły i w pewnym momencie stwierdzaliśmy: dobrze, o  to możemy się zaczepić albo nie. Albo uznajemy, że, sorry, nie mamy jeszcze nic i wywracamy to dalej. Staramy się wiele robić na miejscu, ale część rzeczy wymyślamy w domach. Są czasami sytuacje srogie, że myślimy o  czymś dwa

8

dni, a  okazuje się, że wychodzi potwór i  ma tyyyle rogów, z taaakim jęzorem! (śmiech) Następuje wymazanie wszystkiego gumką myszką z bani i zaczynamy wszystko od nowa. Są rzeczy, nad którymi mozolimy się do pewnego momentu, a  potem są sytuacje, przy których się bawimy, jak na przykład przy nagrywaniu chórków. Jak wszystko idzie dobrze, to dorzucamy też sporo naszego entuzjazmu. Tak to wygląda. Mi się udało w „!TO!” wiele razy przynieść pomysł i  było: tak, to jest to! Do dzisiaj czasami Lo mówi: kurwa, w Courtney Love udał ci się ten riff. Ale to przełamał Kozak. Było tak, że do mojego riffu, który był już tuż tuż, taki fajny, Kozak jeszcze przypierdzielił taką zajawkę, jak ze Stonesów i  jedno z  drugim dopiero dało pożądany efekt. Tak więc jesteśmy sobie bardzo potrzebni. Współpracujesz z Kozakiem… My wszyscy ze sobą współpracujemy! Ale Wasza współpraca jest szczególna. Bo dwaj gitarzyści? Jak to w wywiadzie z nim powiedziałem „gitarowcy” (śmiech). I Kozak się ze mnie lekko naigrywał… A może… Kto wie, czy może czasami nie masz racji (śmiech)? Już wiem, że nie macie sztywnego podziału na gitarę prowadzącą i tę drugą, ale że się wymieniacie… O, my bardzo się wymieniamy! Staramy się grać to, kto co lepiej czuje. Często nas sądzi Lo, wiesz? Lo musi z nami grać, z jednym i drugim. Czasami bardziej z jednym, czasami bardziej z  drugim. I  czasami mówi nam: tej, ty to lepiej czujesz, lepiej ty to zagraj! Każdy gra to, w  czym może bardziej, dogłębniej się wyrazić. Było wielu recenzentów, którzy próbowali nakreślić jakiś generalny rys muzyczny Strachów. Byli tacy, którzy mówili, że gracie folka, muzykę alternatywną, punkrocka… Czy jest w ogóle sens określać rodzaj muzyki,


który grają Strachy Na Lachy? Tak naprawdę najlepiej na to pytanie odpowiesz ty, bo przecież… Zaraz, który ty robisz w  tej chwili wywiad, chłopie? Z Tobą jest trzeci. Trzeci. No to masz trzech różnych zajobów, każdy z innej bajki …a zostało jeszcze trzech kosmitów. No to czego tutaj oczekiwać? Jeżeli nie jesteśmy muzykami-wykształciuchami, muzykami wykształconymi, uniwersalnymi do zrzygania, no to jesteśmy skazani na to, co potrafimy i na to, co nam w naszych głowach gra i na co nam pozwala nasze poczucie estetyki. No to ja się nie biorę za odpowiedź na to pytanie. Uważam po prostu, i zawsze to mówiłem broniąc honoru Strachów, że jesteśmy dobrym spotkaniem fajnych ludzi. I z tego wynika nasza siła. Manieczku, a dlaczego nie ma Ciebie na Facebooku? Chłopaki już tym stwierdzeniem rzygają, ale zawsze mówię, że znam bory sosnowe, lasy dębowe, bardzo fajne. Bardzo lubię brzezinki, lasy bukowe, u nas zresztą przepiękne. Natomiast do Facebookowego lasu nie wchodzę, bo jak mi ktoś mówi: spotkajmy się na Facebooku, to nie wiem gdzie mam pójść. Ostatnio zabrałeś się za obserwację ptaków… Nie, nie ostatnio. Bardzo przepraszam, ale nie zgadzam się, że ostatnio. To pasja, czy przypadek? Nie, to nie jest przypadek. To nie jest nawet kwestia, że ja się nagle zabrałem za obserwacje, bo przyrodę obserwuję, patrzę na nią największymi gałami, jakie potrafię zrobić, od dawna. Zawsze blisko przyrody mieszkałem. Będąc na spacerze z psem albo chodząc po lesie i odrabiając Strachowe zadania domowe i słuchając muzyki, zawsze idę gdzieś, gdzie jest cisza. Mam przyrodę dookoła. Ty mnie zrozumiesz, ale nie zrozumie ktoś, kto mieszka np. w Poznaniu – mam wciery od Poznaniaków (śmiech) – bo dla niego jest to wysiłek. Cały czas mieszkałem przy jeziorze, w  sąsiedztwie lasów, po stronie wschodniej z widokiem na zachód. Teraz mieszkam w miejscu, gdzie widuję przepiękne wschody słońca. To chyba nawet obszar sieci Natura 2000 i siedlisko żurawia, nie znam dokładnie tej nomenklatury. Te stawy obfitują w mnóstwo gatunków ptaków. No mnóstwo! Począwszy od mnóstwa kruków, są kormorany, czaple siwe i białe, bielik, no oczywiście żurawie, perkozek, ogorzałki. Widziałem tu też łabędzia krzykliwego. Bywają tu przelotem bociany czarne. Są tu rozległe tereny stawów z groblami, wysepkami, wałami i tam te ptaki się gnieżdżą. Ciekawa rzecz! Muzyka jest, że tak powiem, obszarem Twojej aktywności zawodowej. Czy to oznacza, że gdy „kończysz pracę” kończysz z muzyką? Co muzyk robi z muzyką poza koncertami, próbami i nagraniami? W pewnym momencie w  mym życiu powstała luka, jak trzy lata temu zrobiłem sobie krzywdę. Pewnie nikt tego nie kojarzy… Jak nie kojarzy?! Pół Polski zamarło, jak Grabaż ogłosił, żeś sobie prawie palec odciął! (śmiech) Zawsze byłem czynny zawodowo, pracowałem w  domu pomocy społecznej w  Rzadkowie, gdzie wła-

śnie z Wojtkiem Retzem uprawialiśmy tzw. artoterapię, czyli bawiliśmy się w teatr i zaczęliśmy grać muzykę przy pomocy Longina. Jednocześnie byłem palaczem kotłów wysokociśnieniowych w  chodzieskim szpitalu. Stamtąd przeniosłem się do Warsztatu Terapii Zajęciowej w Chodzieży, gdzie chciałem nauczyć się czegoś innego, takiego męskiego. Tam jako instruktor terapii prowadziłem warsztat stolarski i  zająłem się stolarką, mniej lub bardziej użytkową i, kurde, toczyłem jakąś lampkę dla Wojtka. I sromotnie się upierdoliłem w palec. I strasznie mocno się przestraszyłem. Tak naprawdę obsrałem sobie zbroję po pachy. Musiałem jeszcze zadzwonić do Grabaża i chłopaków, bo wiedziałem, że są zakontraktowane koncerty, a tu dupa, nie ma szans, bym przyjechał… Słabe przeżycia. I ta historia mnie nauczyła, że albo rybki albo akwarium. I chłopaki też tak twierdzili. Poszedłem na urlop wychowawczy, bo mądrość mojej szefowej mówiła: spokojnie, poczekaj, tobie za chwilę dziecko się urodzi i zastanów się, co dalej robić. Ale nie było się nad czym zastanawiać. Ale myślę, tak a’propos pasji pozamuzycznych, że na starość będę garncarzem! Chciałbym wtedy się zająć ceramiką (śmiech)! Poważnie. W końcu najlepsze garnki nieświęci lepią! To na pewno będzie mi wychodzić (śmiech).

9


Ale teraz mamy mnóstwo roboty w  Strachach. Teraz zrobiła się bardzo fajna przestrzeń. Ile tylko mam pary – i każdy z nas! – i pomysłów w głowie, no to dawaj do szefa, pobudzać jego… No nie wiem, co tam takiego trzeba, by go pobudzić, by zaczął pisać… Siłę i wiarę, że jest fajnie! Czyli muzyka dla Ciebie to wielkie zamieszanie do tworzenia czegoś dobrego, a  nie kategoria trudu, tak? Czy masz jej czasami, na wakacjach, dość? Nie wyłączasz radia i  nie chcesz odseparować się od dźwięków? Gdzieś w mózgu tkwi mi jakaś taka niezgoda, że jest to praca. Dla mnie to nie tylko praca i nie ma w tym żadnej pomyłki. Ja uważam, że jeśli robię to, co lubię, to nie muszę na siłę z tego robić jakiegoś przymusu, jakiejś roboty. Mam teraz plany na to, by swoje pomysły zapisywać, pracować i z chłopakami się gilać (śmiech), żeby zaczęło swędzieć nas i żebyśmy zaczęli myśleć o czymś nowym i następnym. No bo powiem tobie szczerze, że to jest już dobry czas. Drzewa umierają stojąc. Jest już rok po wydaniu, jest o czym myśleć. Na pewno coś ciekawego się ulęgnie. Jak się czuje człowiek Strachów grający kawałki Pidżamy Porno? Przyznam, że Pidżamy nie słuchałem w ogóle. Nie podchodzę do tego z jakimiś dużymi emocjami. Ostatnio nawet doszło do małego nieporozumienia, bo z Kozakiem nie zdołałem się umówić co do gitary i  przywiozłem tę niewłaściwą (śmiech). A ja gram to, co grał Dziadek. Nie doszukuję się żadnej sensacji w tej sprawie, a po prostu pytam z  ciekawości. Nasze pismo nie wartościuje jednej kapeli względem drugiej, ale wśród

10

części czytelników jest taka tendencja do oceniania, że Strachy są fajne, ale Pidżama to było coś extra. Ja tego nie rozumiem, ale jestem ciekaw, jak to jest u niepidżamowych muzyków w Strachach? Prowokacyjne pytam. A tam prowokacyjnie… Ja tam się ludziom nie dziwię, bo Pidżama była pierwsza i ludzie się na niej wychowali. Ale Strachy to zupełnie inny byt. To, że graliśmy Pidżamę to pomysł Grabaża, by dać ludziom dodatkową frajdę, może coś tam powspominać. A mi dobrze się gra te Pidżamowe kawałki, to fajna muza … Staram się, by mistrz Dziadek nie musiał się za mnie wstydzić, no… (śmiech) Szanuję człowieka, choć niewiele się spotykaliśmy, ale myślę, że mamy podobny bajaż, chociaż jesteśmy trochę z  dwóch półkul tego świata. Myślę, że parę rzeczy mogłoby nas wiązać (śmiech). Mańku, czy nadal powracasz o świcie? Wiesz co, nie zdarza mi się to już tak często, to prawda. Bo to chyba taki czas. Będę jednak podtrzymywał moc tej ksywy, tego imienia, które zostało mi nadane w Strachach, ale na to będzie trzeba jeszcze trochę poczekać. Czyli czekamy na drugą młodość (śmiech). Zdarza mi się, ale już nie po koncercie Strachów, ale w  Chodzieży, z  przyjaciółmi. Ale napisz, że tak, że tak, oczywiście, że się zdarza (śmiech)! Mańku, bardzo serdecznie dziękuję Ci za tę miłą rozmowę. Przegadaliśmy mnóstwo czasu! To ja dziękuję i  cieszę się, że mogliśmy porozmawiać i przekazać tę atmosferę tym, co nas słuchają. My też jesteśmy ludźmi dobrego spotkania.


POLSCY INDIANIŚCI Mówisz ,,Indianie", myślisz ,,Winnetou", ,,Apacze", ,,Siuksowie", ,,wigwam", ,,Manitu", ,,squaw" itp. Wiedza przeciętnego zjadacza chleba o  świecie Indian ogranicza się do bardzo stereotypowych pojęć i  określeń. Tymczasem istnieje w  Polsce całkiem liczne, bo sięgające ok. 2000 osób, środowisko zajmujące się propagowaniem kultur i  tradycji różnych plemion indiańskich. Obszar tych zainteresowań jest bardzo rozległy. Polscy indianiści, bo tak ich się określa (w żadnym wypadku nie „polscy Indianie”!), odtwarzają tańce i rękodzieło indiańskie, interesują się przemianami społecznymi i politycznymi współczesnych Indian, historią plemion, sprawami religijnymi i duchowymi w tradycjach indiańskich, a niektórzy bardzo aktywnie wspomagają Indian w staraniach o samostanowienie w USA, Kanadzie i innych państwach amerykańskich. Polskich indianistów najczęściej interesują Indianie Ameryki Północnej, choć wśród nich są i tacy, których fascynują społeczności Ameryki Środkowej i Południowej. Polscy indianiści to ludzie różnych zawodów, doświadczeń i  pozycji społecznych. Tworzą liczną, choć nieformalną grupę o nazwie Polski Ruch Przyjaciół Indian. PRPI nie posiada formalnej struktury i władz, statutu i tym podobnych atrybutów formalnego stowarzyszenia. Założycielami, choć lepiej byłoby stwierdzić: osobami wokół których tworzył się Ruch, są znany w  Polsce, choćby z racji licznych popularnych książek o Indianach, Stanisław Supłatowicz, Sat-Okh, nieżyjący już dziś Polak indiańskiego pochodzenia (o którym się mówi, że jest synem Polki zesłanej na Syberię, która przedostała się do Kanady i tam poślubiła wodza z plemienia Shawnee) oraz Stefania Antoniewicz, „Indiańska Babcia”, która jako jedna z  pierwszy Polaków nawiązała kontakt z  Indianami i  dzięki której do Polski dochodziły informacje o ważnych wydarzeniach lat 60. I 70. XX w., kiedy to przez Amerykę Północną przetaczała się głośna rebelia indiańska – ze słynnymi okupacjami wyspy Alcatraz w  1969r. i  wioski Wounded Knee w  1973r.; to liczne środowiska indianistów skupione w klubach zainteresowania kulturą Indian w  Poznaniu, Sztumie, Chodzieży (środowisko Mańka) i innych polskich miastach. „Kluby indiańskie” w Polsce przestały istnień na początku lat 90., ale indianiści do dziś prowadzą działalność w ramach PRPI lub stowarzyszeniach i  grupach rozsianych po całej Polsce. Jedną z najbardziej widocznych form aktywności polskich indianistów są tzw. wioski indiańskie – miejsca, gdzie prezentuje się różne aspekty indiańskich kultur. Można posłuchać indiańskiej muzyki, zobaczyć

tradycyjne indiańskie tańce, dowiedzieć się czym się różni tipi od wigwamu (tipi to stożkowaty namiot Indian Równin, a  wigwam to okrągła chata charakterystyczna dla Indian leśnych), usłyszeć, że nie ma czegoś takiego jak „fajka pokoju” (co najwyżej jest święta fajka, palona przez wiele plemion w  ważnych momentach, również jako przypieczętowanie pokoju, stąd myląca nazwa), zobaczyć i kupić wyroby rękodzielnicze, wzorowane na indiańskich. Polscy indianiści z bogatą wiedzą tłumaczą tam, że Manitou to nazwa indiańskiego bóstwa, znana dla algonkińskiego kręgu kulturowego, a  np. „squaw” to słowo – też pochodzenia algonkińskiego – oznaczającego kobietę, choć dzisiaj znane jako wulgarne jej określenie. We wioskach prezentowana jest historia wielu plemion, indianiści mówią o  współczesnych Indianach (żyjących z rezerwatach i w miastach), którymi mają niekiedy stały kontakt. Właśnie z racji tego, że Indianie to nie tylko relikt historii, ale ludzie do dziś kultywujący swoje tradycje, polscy indianiści prezentują tylko niektóre tradycje, na pokazywanie których dostali zgodę od Indian. Powiew egzotyki powoduje, że w Polsce są też i tacy, niestety, którzy żerują na Indianach, podtrzymują wszystkie głupie i krzywdzące stereotypy, zakłamują przez to rzeczywistość. To zwykli hochsztaplerzy, których niekiedy trudno rozpoznać, gdy nie wie się na co zwracać uwagę. Rok aktywności polscy indianiści rozpoczynają w Uniejowie wiosennym PowWow. To festiwal tańca i  kultury Indian Ameryki Północnej, gdzie prezentowane są oryginalne tańce odwzorowywane przez tancerzy ubranych w ręcznie wyrabiane indiańskie stroje. Gośćmi PowWow w  Uniejowie często są Indianie z  różnych plemion zapraszani do Polski, jak i indianiści z innych europejskich krajów Podobnie jest z jesiennym PowWow w Pszczynie, które kończy „sezon” indianistycznych wydarzeń. Najdonioślejszym momentem aktywności różnych grup indianistycznych jest letni zlot PRPI, odbywający się co roku w  różnych częściach kraju, gdzie rozbijanych jest kilkadziesiąt tipi. To często jedyna okazja, by spotkali się indianiści z różnych grup i różnych części Polski; okazja do wzajemnej nauki i dowiadywania się „co nowego w Kraju Indian”. Aktywność polskich indianistów przejawia się również w  formie organizowanych sesji popularno-naukowych,

11


Polscy indianiści kilka razy w roku spotykają się na PowWow, festiwalach kultur Indian Ameryki Północnej

wykładów organizowanych w szkołach i uczelniach, występach grup tanecznych. Jedną z najnowszych form aktywności polskich indianistów jest Bieg Na Rzecz Ziemi – nawiązujący ideowo do indiańskiego Świętego Biegu Na Rzecz Ziemi i Życia – propagujący idee ochrony środowiska i szacunku dla ludzi. Święty Bieg prowadzący w 1990r. z Londynu do Moskwy, przebiegający przez Polskę, był generalnie pierwszym spotkaniem Polaków z tak dużą grupą Indian i okazją do uczestnictwa w  wybranych obrzędach. Od tego czasu polskie kontakty z Indianami nabrały realnego wymiaru i stały się normą. Kilku indianistów brało udział w kolejnych Świętych Biegach organizowanych w Ameryce i na świecie, a kilkoro z nich po dziś dzień mieszka w Indianami w rezerwatach i uczestniczy w ich normalnym życiu. Popularność Facebooka owe kontakty tylko ułatwia i intensyfikuje. Indianiści dzięki tym globalnym formom kontaktu uczestniczą w  różnych akcjach wspierania indiańskich akcji protestacyjnych, przeciwko aktom agresji na ich społeczności lub przeciwko dewastacji środowiska. Od lat rozlegają się – ponawiane co jakiś czas i podejmowane również przez Polaków – apele o uwolnienie znanego indiańskiego więźnia politycznego, aktywisty American Indian Movement, Leonarda Peltiera, niesłusznie oskarżonego o zamordowanie dwóch agentów FBI. Od przeszło roku polscy indianiści wspierają inicjatywę Indian kanadyjskich pod nazwą Idle No More! (dość bier-

12

ności!) przeciwko zdejmowaniu statutu ochronnego z wielu jezior i  miejsc ważnych dla Indian. Ruch INM rozlał się po całej Ameryce i jest dziś synonimem indiańskiego i nie-indiańskiego protestu przeciwko niszczeniu środowiska. Polski indianizm to również aktywność naukowców i publicystów popularyzujących kultury indiańskie. Do niedawna wychodził w Polsce kwartalnik „Tawacin” skupiający autorów i  tłumaczy prezentujących różne aspekty zainteresowania Indianami: historią, kulturą, wierzeniami, zmianami społecznymi i aktywnością polityczną Indian. Dziś rolę propagatora spraw indiańskich w Polsce pełni pismo „Indigena” z  Krakowa. Istniejące od kilkudziesięciu lat Wydawnictwo Tipi wydaje książki o Indianach – najczęściej są to tłumaczenia wielu znanych dzieł: autobiografii, monografii i  pozycji antropologicznych. Również inne polskie wydawnictwa wydają wiarygodne pozycje o Indianach – i nie mam tu na myśli kolejnych wznowień „Winnetou”. Indianie to egzotyka przyciągająca uwagę bajecznymi kolorami, strojami, piórami na PowWow i festynach, trudną, acz ciekawą historią i rezerwatową współczesnością. Maniek ze Strachów Na Lachy współtworzący swego czasu chodzieski „Klub Dakotów” też dał się ponieść tej egzotyce, aczkolwiek pewne uniwersalne przesłanie tradycji indiańskich, jak widać to po rozmowie z  nim, trwa w nim do dziś. Krzysztof Mączkowski


Młoda Polska Martyna Szczepaniak kończy Liceum Ogólnokształcące w Kruszwicy. Kocha żeglowanie, łowienie ryb, biegi, grę w siatkówkę i jazdę na rolkach. Mówi o sobie, że jest marzycielką: „Bujam w obłokach zawsze, kiedy mam wolną chwilę - czasem nawet, jeśli jej nie mam”. W kontaktach z  ludźmi jest osobą otwartą, towarzyską i  dynamiczną. Zaczęła pisać bardzo wcześnie, bo już w szkole podstawowej „Piszę zazwyczaj, gdy w moim ży-

ciu dzieją się rzeczy sprawiające mi ból, dlatego wiersze odgrywają w moim życiu istotną rolę i szczerze mówiąc, potrzeba wiele czasu, zanim dany wiersz wyciągnę z tzw. szuflady”. W wypowiedzi dla jednej z lokalnych gazet przyznała, że jedną z inspiracji dla jej poezji jest poezja Grabaża. Nam udało się namówić Martynę do opublikowania dwóch wierszy w Cafe Sztok.

Spełnij się Przecinku mój drogi chmuro na niebie grosiku w fontannie me słodkie marzenie Gdybyś był w mej przyszłości gdzieś zawile wplątany byłabym pewnie dziś tulipanem Wstaję dziś w płaczu słów w śmiechu łez w Twoich oczach widzę się Wczoraj niech będzie nam bardzo odległe niech snem się wydaje koszmarem obojga przestrogą i trwogą szumem fal w górach gdzieś stokrotką na skarpie i Bogiem na jawie Przecinku mój drogi chmuro na niebie grosiku w fontannie me słodkie marzenie

13


Gdybyś chciał Założyłam sobie pętlę. Swoją dłonią. Twoją pętlę wokół mojej szyi. Twoim sercem, sama sobie daje mocno w kość i wyrywam się z objęć Twych, które kocham ponad się. A Ty już mnie nie chcesz, nie kochasz, tylko masz i nic więcej. A gdybyś chciał. No chciej mnie, ciut więcej. Jak chcesz to Ci dam. Nie chcesz? Przecież wiesz, że Ci dam. Swój poranek, swój obiad, swe serce i łzę, swoją chęć, swoją miłość, swój smutek i krew. Przez siebie się dzielę by Tobie się dać. Choć Ty już mnie nie chcesz, nie kochasz, tylko masz i nic więcej. A gdzie Twoje serce? Twa miłość, Twa chęć? Na brzegu słów, czy w górach gdzieś, na szczytach nieświadomych łez? Zawęziłeś bieg wokół moich ust, by spojrzeć tam, gdzie znajdziesz się, gdy odejdę. Bo Ty już mnie nie chcesz, nie kochasz, tylko masz i nic więcej. Odchodzę więc, wyrywając się z objęć Twych, które kocham ponad się. Lecz gdybyś mnie chciał... Choć ciut więcej, pamiętaj - odeszłam lecz jestem.

14


Co z tym Grabażem? z Krzysztofem Gajdą, literaturoznawcą, autorem artystycznych biografii Jana Krzysztofa Kelusa, Jacka Kaczmarskiego i współautorem książki ,,Gościu. Auto-Bio-Grabaż" rozmawia Krzysztof Mączkowski Jesteś autorem wyboru twórczości Krzysztofa Grabowskiego. Tym razem jest to „Na skrzyżowaniu słów”. Dlaczego Grabaż? Dlaczego Grabaż? To historia znacznie dłuższa niż ten wybór, bo jest on właśnie odpowiedzią na pytanie „dlaczego Grabaż?”, zadane już parę lat temu. Ten wybór wziął się z tego, że jakiś czas temu miałem przyjemność pracować z  Grabażem nad jego wspomnieniami, nad książką „Gościu. Auto-Bio-Grabaż”. Dlatego pewnie, kiedy Artur Burszta potrzebował kogoś do dokonania wyboru 33 wierszy, to padło na mnie. A dlaczego Grabaż w ogóle? To długa historia. Zajmuję się piosenką od połowy lat 90. Najpierw napisałem pracę magisterską o Janie Krzysztofie Kelusie. Magisterka była na tyle udana, że powstała książka. Było to odświeżenie tej postaci po latach nieobecności w  mediach. Później, jak się okazało, miałem możliwość startowania na studium doktoranckie na polonistyce, i kiedy przyszedł czas myślenia o doktoracie, pojawił się Kaczmarski jako naturalny dla mnie, słuchany od lat artysta. Napisałem o nim doktorat, później także jego biografię i  parę artykułów i  tak – siłą rzeczy – w  świecie piosenki się znalazłem. Najmilej, najwygodniej i najprościej byłoby zostać przy Kaczmarskim – jest to tyle materiału, że do końca życia mógłbym porządkować, opisywać i przetwarzać po swojemu. Jednak wymyśliłem sobie, że chciałbym to wszystko skomplikować i  zacząłem szukać artystów z  trochę innej przestrzeni. Oprócz tego, w czasie, kiedy pracowałem nad biografią Kaczmarskiego, Grabaż zaczął pracować nad płytą „Autor”. Organizowałem wtedy konferencję o Kaczmarskim i tak sobie pomyślałem, że mogę się zgłosić do Grabaża, dzięki pośrednictwu jego dźwiękowca, a mojego kolegi z czasu studiów, Grzesia Sikorskiego, żeby może Grabaż podczas tej konferencji zaśpiewał. Tak nawiązałem z  nim kontakt, choć z  tej współpracy przy okazji konferencji nic nie wyszło – powiedział, że jeszcze nie jest gotów, że nie będzie gotów na marzec 2007, kiedy to było potrzebne – ale znajomość podczas pracy nad „Autorem” zadzierzgnęła się i często rozmawialiśmy. Któregoś razu przyszedł mi do głowy pomysł, że niespisane jest dość ciekawe artystyczne życie Grabaża. Zadzwoniłem do niego, a  on powiedział: hohoho, teraz to nie, ale pomyślmy, zobaczymy, jak ci nie przejdzie, to może pogadamy za pół roku. No i mi nie przeszło, usiedliśmy więc i zaczęliśmy gadać i stąd wyszła książka „Gościu. Auto-Bio-Grabaż”, o czym zresztą we wstępie do niej piszę. A „Na skrzyżowaniu słów” jest naturalną konsekwencją tej współpracy.

Współpisząc „Gościa”, a  teraz dokonując wyboru 33 piosenek, nie stajesz się, chcąc nie chcąc, swoistego rodzaju kronikarzem jego drogi muzycznej? W pewnym sensie tamta pierwsza, tak duża, autobiografia Grabaża jest jakąś formą kroniki, ale czy ja się staję kronikarzem? Mam nadzieję, że pewnym osobom przyda się to, co pomogłem Grabażowi powiedzieć i uporządkować, bo to ciężko jest samemu siedzieć i pisać, tym bardziej jak się ma takie rock’n’rollowe, pełne przygód życie. Więc w tym sensie moja pomoc była cenna, ale nie przypisuję sobie jakichś specjalnych zasług. Mam świadomość, że jest to pierwsza biografia Grabaża, ale czy będzie ich więcej, będzie zależało od wielu czynników, także od niego samego. Jest to dość opasłe, jak na obecne standardy, tomisko i tam, jak ktoś chce szukać, dużo znajdzie… Poza tym, wiadomo, że Grabaż udziela kilkuset wywiadów rocznie. Ale, jak mówiłem, nie przypisuję sobie żadnego specjalnego miejsca w tej artystycznej biografii. Ten tomik (33 piosenki) nie był moim pomysłem, a była to odpowiedź na zapotrzebowanie wydawnictwa Biuro Literackie, które ma ideę wydawać ciekawych artystów piosen-

15


ki na papierze; podejrzewam, że to autorski pomysł Artura Burszty. Na tegoroczny (2013r. – przyp. KM) Port Literacki ukazały się tomiki Lecha Janerki, młodego Waglewskiego, Fisza, i Grabaża właśnie. Do każdego wstęp pisał i wyboru dokonał ktoś inny – do Janerki Filip Zawada, do Fisza – Wojtek Bonowicz, w przypadku Grabowskiego padło na mnie, bo Grabaż zaproponował mnie, jako osobnika znającego tę twórczość. I z tego powodu jest mi bardzo miło. W posłowiu do tego wyboru napisałeś między innymi, że Grabaż jest przede wszystkim autorem piosenek, bo „wie, że będzie to śpiewał”. Tymczasem sam zainteresowany twierdzi, że pierwszą płytą, na której znalazły się typowe piosenki, to najnowsza - !TO! Jak zestawić te dwie informacje? Grabaż od zawsze pisze piosenki. Śmiem twierdzić, że jest całkiem świadomym artystą piosenki. W  rozmowie ze mną, jeszcze w trakcie „Dodekafonii”, zarzekał się, że nie uważa się za poetę i myślę, że w innych wywiadach z  nim też bardzo często można ten wątek spotkać. Po pierwsze więc: nie uważa się za poetę, po drugie: nie czuje się uczestnikiem reguł gry, które określają, czy ktoś jest poetą, czy ktoś jest tekściarzem. Ja to jestem w stanie zrozumieć… To znaczy, spór o to, czy ktoś jest poetą, czy ktoś jest tekściarzem ożywa przy okazji prób kategoryzowania różnych artystów. Ta wielość określeń, moim zdaniem, wynika z tego, że poruszamy się w przestrzeni bardzo niedookreślonej. Piosenka nie jest tak po prostu jednolita, mamy najróżniejsze jej odmiany, nie ma dziś jednorodnych, czystych gatunków. Piosenka od kilkudziesięciu lat się komplikuje, wytwarza rozmaite formy. Nawet w takiej poezji śpiewanej mamy rozmaite nurty. Na różne sposoby możemy definiować tę poezję śpiewaną, bo czyż Niemen śpiewając Norwida „Bema pamięci rapsod żałobny” nie uprawiał w  jakimś sensie poezji śpiewanej? A  Demarczyk? A  Grechuta? Grabaż też czasem śpiewa czyjeś wiersze. Kaczmarski, dla odmiany, nie

16

uprawiał poezji śpiewanej, bo on nie śpiewał cudzych wierszy, tylko swoje teksty, które zresztą dla niektórych są równoważne z  najświetniejszymi osiągnięciami polskiej poezji XX wieku. I teraz co z tym Grabażem? Poeta czy tekściarz? Cały problem tkwi w wartościowaniu. Cały czas nam się wydaje, że poetą jest ten, kto tworzy coś lepszego, a tekściarz to taki rzemieślnik. W tym sensie możemy znaleźć coś pośrodku w  przypadku Grabaża. Niektóre frazy, które on układa to przepiękna, czyściutka poezja, ale przecież on całkiem świadomie, praktycznie od samego początku, pisze piosenki. W  piosence tekst jest podporządkowany założeniom muzycznym. Piosenka musi mieć refren, a  wiersz nie. W  wierszu ten refren nawet nie powinien się pojawiać, bo każde powtórzenie w poezji ma swoją poważną literacką funkcję. Współcześnie wiersz nie potrzebuje ani rymu, ani rytmu. A Grabaż jednak większość tych rzeczy wykorzystuje. Lecz powiedzieć o nim, że jest po prostu tekściarzem, to też nieprawda. Tekściarz to taki ktoś, kto zawodowo składa słowa, żeby wypełnić muzykę, zazwyczaj też pisze teksty dla kogoś innego, kto ma to profesjonalnie zaśpiewać do profesjonalnie napisanej muzyki. A my współcześnie mamy i Kazika, i Pablopavo, mamy Spiętego, mamy Nosowską i Peszek, żeby nie było tylko o facetach – oni wszyscy rozszerzają przestrzeń piosenki. Piszą teksty, ale jednak bardziej dla siebie i o sobie, i  nierzadko o  sprawach ważnych, a  na dodatek jeszcze ciekawie, niebanalnie, mając wysoką świadomość językową Ale przecież dla nich prymatem jest muzyka, kiedy piszą tekst to ze świadomością, że to będzie zaśpiewane, na scenie, na płycie… Inaczej wpasowuje się tekst w muzykę, a inaczej kładzie go na papier… To strasznie zawiłe, no … (śmiech). Wybór tylko 33 piosenek to koncepcja Biura Literackiego. Ale Ciebie chciałem zapytać, dlaczego te piosenki? No i pytanie towarzyszące: dlaczego po ten wybór warto sięgnąć? Warto po niego sięgnąć, bo to pozycja z tekstami Grabaża (śmiech). Dlaczego te piosenki? Najbardziej żal tych piosenek, których tu nie ma. I powiem ci szczerze, że mój pierwszy wybór, który uznałem za zbiór tego, co powinno się ukazać, bo było równo 66 piosenek. Uznałem je na tym etapie za piosenki najbardziej reprezentatywne dla Grabaża. I od tego momentu, na pytanie dlaczego nie ma tej czy tamtej piosenki, odpowiadam, że mój wybór padał – na tej ostatecznej liście, często po rozpaczliwych wyborach – na takie teksty, gdzie przede wszystkim widzę pracę nad słowem… W takim zadanym oglądaniu tych piosenek, z założenia odrzucałem melodię. Możesz sobie wyobrazić, ty i wszyscy nasi czytelnicy, kochający piosenki Grabaża, jak trudno jest te znane i ukochane teksty oddzielić od muzyki. Czytasz, a w głowie ci gra. I mi też tak grało, ale starałem się, w miarę możliwości, oddzielić tę muzykę i skupić się na tym, co jest w słowach. Wydaje mi się, że teksty, które wybrałem, to właśnie te najbardziej intensywne językowo. Miałem świadomość, że dokonuję sztucznego aktu oddzielania słów od melodii, która jest


w nie, moim zdaniem, wpisana (czyli wracamy do tego, o  czym wyżej). I  żeby ocalić, jak najwięcej takich ciekawych fraz, wybrałem te konkretne utwory. Ale powtórzę, byłbym w stanie równie dobrze wyobrazić sobie i obronić tę drugą trzydziestkę trójkę. Patrząc na całą dotychczasową twórczość Grabaża, spoglądając na ten wybór, chciałem zapytać o to, czy jest coś, co łączy jego utwory, coś, co jest wspólnym mianownikiem jego twórczości... Nooo, jest parę rzeczy, które są wspólnym mianownikiem tej twórczości, które, moim zdaniem, są bardzo charakterystyczne. I tak, tematycznie są to dwa kluczowe problemy, które zajmują mu głowę – i przez to jest mi tak bliski, bo i  mi one głowę zajmują. Pierwsze wymienię sprawy społeczno-polityczne, tak to nazwijmy. Grabaż jest z ducha społecznikiem i jest tym wszystkim bardzo zainteresowany. Z wykształcenia jest historykiem i patrzy na pewne procesy społeczne w sposób bardzo świadomy. Druga rzecz, która jest charakterystyczna dla piosenki w ogóle, ale w przypadku Grabaża obecna w sposób szczególny, to kwestie uczuciowe, miłosne. To właśnie dwa problemy, które zaprzątują mu głowę i właściwie każdą z płyt można podzielić na utwory mówiące o tym i o tym. On piosenkowo, w tych sprawach, bardzo często mówi to, co ja myślę, co chciałbym powiedzieć, gdybym umiał tak piosenki pisać, jak on. Cecha poetyki, charakterystyczna dla Grabaża, to komplikacja języka. To język bardzo często nieprzezroczysty, co znaczy, że chce on skupiać na sobie uwagę. Są też – jak sam je nazywa – grabażyzmy. W  tym tomiku nazywam to językiem szorstkim. Grabaż jest już z tego pokolenia, które nie obawia się w piosence językowych eksperymentów. Są też te wszystkie nieoczywistości, słowa, które pojawią się zaskakująco, których nikt inny by nie wymyślił. Cechą Grabaża jest też to, że potrafi języka używać w sposób zaskakujący. Czasem aż skóra cierpnie – używa takich banalnych, młodzieżowych określeń, niekiedy wulgaryzmów, nie wiem jak to określić… Modelowy przykład to „dzień dobry, kocham cię, już posmarowałem tobą chleb”. Fenomen tej frazy polega na tym, że jest to takie i niepiosenkowe, i nieliterackie, a Grabaż potrafi nawiązać taki kontakt z odbiorcą, tak to wpisać w cały kontekst, że nagle z potencjalnej katastrofy rodzi się przebój x-lecia. Właśnie tą banalnością zbliża się do swego odbiorcy i  jednocześnie ten odbiorca znajduje w  tym swój język. On potrafi tę banalność znakomicie wygrywać, a nie każdy to umie. On te dwa bieguny potrafi doskonale zestawić i  połączyć… Albo na przykład takie określenie jak „buziakowcy” –ja nigdy bym tego nie wymyślił, ani tym bardziej nie użył! I takimi rzeczami umie wygrywać piosenkę. Jemu to wychodzi i jemu to uchodzi… Chadzasz na koncerty Strachów … Owszem… … ale z  pewnością jesteś innym odbiorcą koncertu od całej rzeszy innych uczestników. Na co zwracasz uwagę będąc na koncercie Strachów? To wszystko zależy od sytuacji, od dnia, od konkretne-

go okresu. Przeszedłem różne etapy słuchania Strachów, przeszedłem różne etapy w relacjach z Grabażem i całym zespołem. Na początku bywało, że poszalałem pod sceną, później dzięki magicznej bransoletce mogłem i mogę poruszać się po całej przestrzeni dostępnej dla zespołu i obserwować różne rzeczy od strony zespołu, od zaplecza. Na przykład to, jak ludzie są wpatrzeni w  półboga, jakim staje się wokalista na scenie. Dla mnie jest fascynujące to panowanie nad tłumem, to jak dobrze Grabaż czuje się na scenie, jak potrafi tymi ludźmi zawładnąć, a jest to publika niełatwa, biorąc pod uwagę, że Grabaż nie jest ich rówieśnikiem. Wiadomo, tak to już jest, że nie jest to muzyka wyłącznie dla nasto- czy dwudziestolatków, ale dla sporej części tej publiki taki Kazik, Grabaż, Maleńczuk, Świetlicki, Waglewski, czy Janerka to są starsi panowie (śmiech). To też mnie interesuje. Oczywiście patrzę na to, jak wygląda funkcjonowanie zespołu. I interesujące jest to, że uprawianie rock’n’rolla jest bardzo poważnym i  skomplikowanym przedsięwzięciem logistycznym! Już nie mówię o Rolling Stonesach poruszających się kilkunastoma ciężarówkami i  samolotami, ale nawet w przypadku takich zespołów jak Strachy Na Lachy jest to poważne wyzwanie – przecież to jest prowadzenie przedsiębiorstwa, miejsca pracy dla wielu osób. Niektórzy z muzyków i ludzie z ekipy technicznej są jedynym żywicielami rodziny. I jeśli to wszystko sobie zsumujemy, to taki zespół pod względem organizacyjnym jest jak poważna firma. Taki lider, manager zespołu, jakim jest Grabaż, to nie tyko artysta, alei szef przedsiębiorstwa, jak byśmy na to nie spojrzeli. I tutaj zaczyna się magiczne słowo „profesjonalizm”. Nie ma chlania, ćpania, orgiastycznego imprezowania. Dziś są takie realia, że zespół, który nie może się utrzymać na nogach, na pewno nie utrzyma się na scenie. Oczywiście, nie jest to też smutna praca biurowa, ale jakiś „porzundek” musi być… I oczywiście zawsze słucham piosenek. Przyznam, że od początku znajomości ze Strachaniu jestem zaskoczony tym, jak to funkcjonuje. Wyobrażałem sobie całego tego rock’n’rolla tak, że faceci wychodzą na scenę, mają jakiś tam zarys w głowie i potem jest miejsce na improwizację, tworzenie na scenie jako pewnego rodzaju szaleństwo. Tutaj to wszystko jest przećwiczone i ograne. I musi zagrać, bo jak nie, to zawsze mogą się pojawić kłopoty. Przyjąłem zasadę, że w  „Cafe Sztok” nie wartościujemy co jest lepsze – Pidżama Porno, czy Strachy Na Lachy. Jednak takie głosy, jak widzę na przykład na Facebooku, czasami się pojawiają. Czy Ciebie też nie brała nigdy pokusa zestawiania jednej formacji wobec drugiej? Nie, tego nie miałem. Nawet w  przypadku tworzenia „Na skrzyżowaniu słów” określiłem sobie takie zadanie, by równoważyć. Zestawienie w  tym tomiku polega na zebraniu utworów od najświeższych po te najpierwsze. Sam Grabaż, jak dostał do ręki ten mój wybór i zobaczył jak dużo jest z Pidżamy powiedział: wynika z tego, że kiedyś pisałem lepsze teksty. A ja mu, że to nie tak, że kiedyś pisał lepsze teksty, ale że bardziej skupiał się na komplikowaniu, na tych swoich grabażyzmach… A teraz, z cza-

17


sem, stał się specem od robienia świetnych piosenek. On jest już na tyle dojrzały, że wie, w którym momencie co i jak rozegrać, gdzie wrzucić refren, jakiś mostek, wszystko to wypełnić i rozegrać, żeby było dobrze. Tak więc, pod tym względem, kiedyś był bardziej poszukującym twórcą z  gęstym tekstem, pewnie nawet miał większe ambicje poetyckie, a później świadomie stał się twórcą piosenek, stawiających jednak inne wymagania niż wiersz. Natomiast, jeśli o  mnie chodzi, o  moje podejście do Pidżamy i  Strachów, to Grabaża, poznałem dość późno, jak na „grabażologa”, Ja się zajmowałem w życiu innymi sprawami i piosenkami z zupełnie innej bajki. Oczywiście, że Pidżamę się znało, bo trudno w Poznaniu nie znać niektórych piosenek Pidżamy, ale nie śledziłem na bieżąco. Kiedy Pidżama się rozpadała, to ja sobie akurat żył nie podcinałem, bo Grabaża bezpośrednio poznałem w momencie, gdy istniały już Strachy. W  przeciwieństwie do innych fanów, którzy by mnie zagięli z „wczesnej Pidżamy”, ja się „cofałem” od Strachów, Pidżamę poznawałem wstecz. PP to nie jest historia mojej młodości. Dla mnie naturalnym kontekstem dla Grabaża są Strachy i na Pidżamę patrzę, jak na piękny, ale miniony okres. Na szczęście pozostają nagrania, płyty, piosenki, zawsze można sobie włączyć i posłuchać. Grabaż ma teraz inny zespół, w ten zespół wkłada energię, z tym zespołem wydaje płyty, dla tego zespołu co dwa lata pisze piosenki i tyle. Dzisiaj słuchałem sobie w  samochodzie „Bułgarskiego Centrum”, które dla mnie jest takim idealnym łącznikiem pomiędzy Strachami a Pidżamą. Tam są piosenki „strachowe” i Grabaż na pytanie „dlaczego”, odpowiada w jedyny rozsądny sposób: bo i ten, i ten zespół jest mój. Tam Grabaż pisał piosenki i tutaj także on pisze piosenki. W latach 2000. doszedł ze swoją wrażliwością do takiego etapu, że choć „Bułgarskie Centrum” jest takie dosyć ostre, zawiera też taką piosenkę, jak „Koszmary”, które, jak każdy mówi, mogłyby być Strachowe. Po wydaniu „!TO!” pojawili się tacy odważni, którzy w recenzjach próbowali się silić na rysowanie pewnej ewolucji w  twórczości Grabaża. Czy zwykłe porównanie „Dodekafonii” i „!TO!” wystarczy? Czy jest to możliwe? Nie, to za mało, by wytyczać na tej podstawie kierunki jakieś ewolucji. Ja takiej nie widzę. Mogę scharakteryzować „!TO!” na tle innych płyt, w szczególności „Dodekafonii” w takim sensie, że po dziele tak dla niektórych genialnym – bo „Dodekafonia” to rzeczywiście petarda – następna płyta staje się jego ofiarą. Tamta płyta była na tle innych dokonań Grabaża w jakimś sensie doskonała i powstaje oczekiwanie, że każda następna płyta ma być równie doskonała. Jest to co najmniej niesprawiedliwe, bo oczekujemy, że artysta każdorazowo ma sobie żyły podcinać, specjalnie dla nas. Ja tego zupełnie tak nie widzę, natomiast widzę „!TO!” jako swego rodzaju continuum albo uzupełnienie „Dodekafonii”. Wbrew pozorom. Tam mamy „Chorego na wszystko”, „Dodekafonię”, „Radio Dalmaciję”, tam mamy wulgaryzmy w „Żyję w kraju”. Tu ich nie ma, ale myślę, że Grabaż bardzo świadomie uznał, że tym razem nie użyje niczego podobnego, a nowa pły-

18

ta będzie inna. Myślę, że nie jest przypadkiem zupełna zmiana w wizerunku zespołu przy płycie „!TO!”. Spójrzmy na fotosy –wszyscy są uśmiechnięci, Grabaż radosny, w  jasnej koszuli. Przewalczył coś swojego, przewalczył jakieś swoje problemy, zespół też zmienił wizerunek, teraz są to mili goście, uśmiechnięci i sympatyczni. I bardzo dobrze! Mają do tego prawo! Ma ta płyta kilka radosnych momentów w stylu „szajszubiduszaj…”, czy „Sympatyczny Atrament”, kiedy możemy się uśmiechnąć. Nie wszystko musi być wbijaniem sobie noża w serce. W tym sensie, ci którzy oczekiwali, że będziemy dostawali coraz więcej ciosów dodekafonicznych, są pewnie zawiedzeni, ale na „!TO!” przecież jest kilka utworów, które są bardzo dobre i  które także mówią o czymś. Mamy „Dreadlock Queen”, który jest bardzo mocnym utworem, mamy „Bloody Poland” – taką siostrę „Żyję w kraju”, mamy „Za stary na Courtney Love”, czyli trochę bliźniaczą „Dodekafonię”. Mamy „I Can’t..”, „ Gorszych”, „Bankruta”. No przecież są to wszystko utwory o jakimś ciężarze gatunkowym, nie można koło nich przejść obojętnie, bo zostały skonstruowane według podobnych reguł, jak te najlepsze z „Dodekafonii”. I zresztą każdy z nich mógłby się na tamtej płycie znaleźć. Tak naprawdę myślę, że cały myk polega na tym, że „Dodekafonia” została zbudowana tak, że otwierający ją „Chory na wszystko” od razu nadaje nastrój całości. Skoro „!TO!” zaczyna się od „Mokotowa”, to już dla ludzi jest sygnał, że i nastrój płyty jest jakiś niesmutny, więc inny, niewłaściwy. „Mokotów” dostał odpowiednią ilość – jak to określiłby sam Grabaż – zjebek , ale i one są niezasłużone, bo artysta ma czasami prawo zaśpiewać jakąś miłą, sympatyczną i pozytywną piosenkę. Piosenka jest od tego, by czasami sprawić człowiekowi radość, a nie tylko zaciskać sznur na szyi. Po Mokotowie mamy „Sympatyczny atrament” i  dla wielu ludzi to był sygnał do wyłączenia życzliwości dla „nowych dokonań” zespołu. Zakończenie „Szajszubidaj” tylko potwierdza diagnozę. A tam w środku, po drodze, naprawdę dużo się dzieje i to wcale nie tak odległego od „DD” jak się niektórym wydaje. A w  jaką stronę to pójdzie, czy w  następnej piosence Grabaż użyje trzech brzydkich wyrazów, czy nie, czy będzie bardziej gitarowa czy nie, nie wiem. I on sam tego pewnie jeszcze dziś nie wie. Niechętnie kończę w tej chwili rozmowę, bo tematem – w założeniu – było „Na skrzyżowaniu słów”. Ale czy możemy umówić się na kolejną rozmowę, tak za rok, i wtedy pogadać o „Gościu”? Ależ proszę cię bardzo! Jak widzisz, jestem bardzo chętny do rozmawiania nie tylko o „Gościu”, ale i  Grabażu. Może do tego czasu jeszcze coś się napisze? Chyba powinienem już…

Czyli należy się spodziewać, że w 2014r. pojawi się coś nowego? Myślę, że powinno…. Jeżeli możemy być, jako „Cafe Sztok” pierwszym tytułem, który to ogłosi, to bardzo dziękujemy. Dziękuję również.


Wokół BABILONU

Jeszcze niedawno zachwycałem się biografią Grabaża pt. ,,Gościu. Auto-Bio-Grabaż". Dzisiaj z  podobnymi emocjami reaguję na biografię Roberta Brylewskiego pt.,,Kryzys w Babilonie". Formuła podobna; wywiad-rzeka, wspomnienia od lat najdawniejszych, mnóstwo ciekawostek. Najświeższa moda na biografie i wspomnienia, nie tylko muzyków, zasypała ostatnio Polskę różnego rodzaju tytułami. Piszą lub mówią o sobie aktorzy, celebryci, modystki, politycy, kto tam jeszcze ma co ciekawego do opowiedzenia. No właśnie, ciekawego. Moda oznacza wysyp różnych jakościowo pozycji. W zdecydowanej większości są to słabe książki, mdłe opowiastki. Na tym tle biografie Grabaża, czy właśnie Brylewskiego są prawdziwymi perełkami. Nie ma sensu porównywać biografii Grabaża i  Brylewskiego, bo to inne opowieści, w innych czasach i niekiedy w innych miejscach. Brylewski, legendarny muzyk takich kapel, jak Kryzys, Brygada Kryzys, Armia i Izrael, w tej opowieści jest całkiem zwyczajny. Nie kreuje się na specjalną gwiazdę, choć ma świadomość tworzenia rzeczy niezwykłych. W wielu miejscach tej książki opowiada o ludziach, których spotkał i którzy stali się inspiracją dla jego działalności i z ich wielkości i niezwykłości czerpał. Autobiografia „Kryzys w  Babilonie” to opowieść o  całym jego dotychczasowym życiu, od momentu urodzenia w  1961r. do 2012r. Czego tam nie ma! Nagrania płyt ze wszystkimi swoimi kapelami, życie rodzinne ze swoimi rodzicami i perypetie życiowe ze swoją rodziną, życie w różnych polskich miastach, trasy koncertowe i  występy na festiwalach, sesje nagraniowe i zwyczajne wiejskie życie, bo i takie prowadzi(ł) Brylewski. Wartością książki jest opowieść o czasach, w których przyszło Brylewskiemu żyć. Dla najmłodszych czytelników szokiem mogą być PRL-owskie klimaty i obyczaje. Realia stanu wojennego, odwoływanie blokad telefonicznych i znoszenie ograniczeń w poruszaniu się między miastami dla najmłodszych pokoleń brzmi jak opowieść rodem z XIX w., a dla Brylewskiego to ówczesna codzienność. Każdy rozdział to osobna opowieść o ludziach, z którymi się spotykał, współpracował, przyjaźnił, ale i tymi, których pamięta jako typki nieciekawe; o  miejscach, w  których chciał lub musiał przebywać; o inspiracjach muzycznych, którymi sycił się. Liczącą prawie 600 stron autobiografię czyta się, jak to się mówi, jednym tchem, bo pamięć Brylewskiego jest imponująca, a narracja niezwykle ciekawa i wciągająca. Nie ma w niej żadnej zbędnej linijki i myśli. Opowieść Brylewskiego smuci, gdy wspomina o zalewie pierwszej fali narkomanii w Polsce i o apelach w rodzaju „Odrzućcie strzykawki!”, jakie zdarzało się im wykrzykiwać ze sceny; opowieść Brylewskiego rozbawia, gdy wspomina o różnych śmiesznych chwilach, jak ta, kiedy przyszło im grać występ dla japońskiej telewizji grany… z playbacku: Japończycy byli nami zdruzgotani. Przed samym nagraniem podszedł do nas jeden facet: „Wiecie, różnych artystów tu gościliśmy, ale pierwszy raz widzimy takich, którzy mają trzy próby i za każdym razem wykonują utwór inaczej”. […] Zapytali nas, z czym chcielibyśmy ten występ skojarzyć, żeby mogli przygotować scenografię. Ja walnąłem tak ni z gruchy,

ni z  pietruchy: „Dużo ognia!”. Przychodzimy na pierwszą próbę, zaczynamy grać. Jak walnęły słupy ognia, gitary nam z rąk powypadały. Wokół sceny były kolumny, huczał z nich ogień wysoki na trzy metry, prawie jak w rafinerii. Było całkiem sympatycznie i zarobiliśmy kasę na benzynę. I takich opowiastek w tej książce jest co niemiara. Gdy czytałem Kryzys w  Babilonie przypominała mi się co chwilę krótka, w porównaniu z książką, bardzo krótka rozmowa z Robertem Brylewskim podczas festiwalu w Jarocinie w 2011r., kiedy był bramkarzem w drużynie Armii podczas piłkarskiego turnieju granego dla Stopy, zmarłego wówczas perkusisty Armii. Zwyczajny człowiek robiący sobie żarty z prostego faktu jedzenia pieczonej kaczki. Postać niezwykła. Tak, jak i jego książka. Ktoś, kto ogłasza swe muzyczne zainteresowania polską sceną rockową, nie może nie przeczytać „Autobiografii. Kryzysu w Babilonie”. KM. Robert Brylewski, Kryzys w Babilonie. Autobiografia. Rozmawia Rafał Księżyk. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.

19


IV BIEG Na rzecz Ziemi

POZNAŃ -PUSZCZYKOWO

nda e m o

e cj

rek

4 października 2014

21


22


Cafesztok03