Page 1

MUZYKOW TRAKTUJE SIE zakiem Ko jem ze dr An . JAK.. Kozakiewiczem rozmowa

nr2

z

Fe st iw al ow e la to 20 13 Na sk rz y¿ ow an iu s³ ów

1


PARĘ SŁÓW Decyzja o wydawaniu „Cafe Sztok” okazała się przygodą wspanialszą niż wyobrażenia. Mimo, że pismo funkcjonuje, jak na razie, wyłącznie w internecie – na dwóch platformach medialnych issuu.com i scribd. com – to poziom zainteresowania czytelników sięga kilku tysięcy odsłon! Gdy macie Państwo ten numer przed oczyma jest to przeszło 4.500 wejść! Założony na Facebooku profil pisma ma średnią oglądalność na poziomie przeszło tysiąca osób tygodniowo. Dochodzą do tego ciepłe słowa i radość spotykania się z wieloma osobami, których „Cafe Sztok” zainteresowało. Za wszystkie te serdeczne reakcje – ale też i za uwagi krytyczne – serdecznie dziękuję. Mam nadzieję, że wspólna dyskusja o piśmie będzie procentowała w przyszłości. „Cafe Sztok” od początku było przewidywane jako pismo wydawane w internecie. W pewnym momencie w gronie kilku osób powzięliśmy plany, by wydawać je w  wersji papierowej. Wiele głosów utwierdziło nas w przekonaniu, że byłby to fajny pomysł. Jednak zbyt duże koszty druku spowodowały, że tę kwestię odłożyliśmy na bok, aczkolwiek nie zrezygnowaliśmy z niej całkowicie. Nie mam do nikogo pretensji, rozumiem, że pismo nie może być tańsze jeśli jest to kwestia raptem kilkuset egzemplarzy, ale liczę na to, że przyszłość podaruje lepsze perspektywy.

Pismo Cafe Sztok Redaktor prowadzący: Krzysztof Mączkowski Redaktor graficzny: Joanna Wolińska Serwis foto: Nikki Setnik Agata Jankiewicz Marika Kuncewicz zdjęcie na okładce: Nikki Setnik Teksty i zdjęcia prosimy wysyłać na adres: cafe.sztok@wp.pl Telefon kontaktowy: 601.76.70.30 Cafe Sztok www.issuu.com/cafe.sztok www.scribd.com/CafeSztok

„Cafe Sztok” to tytuł piosenki Strachów Na Lachy z płyty „Dodekafonia”, na używanie którego, jako tytułu pisma, wyraził zgodę jej autor – Krzysztof Grabaż Grabowski.

Każde spotkanie ze Strachami za każdym razem robi na mnie wielkie wrażenie. Mimo, żem stary koń liczący przeszło 40 wiosen, to rozmowa z Grabażem do nr. 1 i teraz z Kozakiem, to spore przeżycie. I nie dlatego, że rozmawiam z muzykami topowej kapeli muzycznej, nie dlatego, że rozmawiam ze sławnymi ludźmi – cokolwiek to znaczy – ale dlatego, że dzięki nim poznaję kawał polskiej rzeczywistości, dlatego, że są świetnymi, niezmanierowanymi kompanami do rozmowy, dlatego, że to normalni, skromni ludzie. Rozmowa z Andrzejem Kozakiewiczem to zbiór barwnych dygresji, które stanowią jednak całościową opowieść o tym, co zamyka się w pojęciu „muzyka”. Usłyszałem, że jestem jedynym, jak dotąd, który namówił go na tak długą rozmowę – traktuję to jako swoistego rodzaju komplement. Jak i to, że „Cafe Sztok” został sympatycznie odebrany przez cały Strachowy zespół. No to działam dalej. Oddaję Państwu numer 2 pisma, a zabieram się szybko do kolejnego. Przyjemności!


Muzyków traktuje się jako takich freaków, którzy nie pracują, a mają pieniądze z Andrzejem

Kozakiem Kozakiewiczem, gitarzystą Strachów Na Lachy rozmawia Krzysztof Mączkowski

Krzysztof Mączkowski: „Andrzej Kozak, znana postać medialna, tyci przy nim jest kosmos, gaśnie Gwiazda Polarna”. Jak się czuje człowiek, który trzęsie Wszechświatem? Andrzej Kozak Kozakiewicz: (śmiech) … Ale nieźle zacząłeś, ci powiem (śmiech). A wiesz? Ja nie trzęsę Wszechświatem. Wyciągnąłeś fragment sarkastycznego moim zdaniem tekstu, bardzo sarkastycznego tekstu pana G. Hmmm... No i nie odpowiem ci na to pytanie, bo nie trzęsę. Mam świadomość Wszechświata, wiadomo. Jak każdy człowiek, który ma jakieś tam IQ kojarzę, co się dzieje, nie boję się tego, co się dzieje naokoło, chociaż niektórych rzeczy nie rozumiem, ale człowiek nie jest w stanie wszystkiego zrozumieć. Podchodzę do większości rzeczy z dystansem, a sam też mam naturę sprawdzacza. Jeśli gdzieś pojawi się jakaś wiadomość, która mnie zaintryguje, to staram się ją sprawdzić z  każdej strony, bo niekoniecznie może się ona okazać do końca prawdziwa – zwłaszcza wiadomość medialna. Dużo trzeba się napocić, by sprawdzić, czy to jest prawdziwe. Czasami w  takiej wiadomości ważne są przecinek, jeden wyraz, akcent i już zupełnie się one zmieniają, prawda? Ale ten tekst nie powstał przypadkiem. Miał swoje uzasadnienie? Kolega Grabowski wykazał się dużą dawką sarkazmu... Wrócimy jeszcze do tej piosenki, ale wpierw chciałbym zapytać o  sprawy filmowe. Jesteś znany ze swojego uwielbienia dla sztuki filmowej. Jak to się stało, że zostałeś muzykiem? Nie pomyliłeś powołań? Pasja filmowa zaczęła się bodajże już w ogólniaku. Pojawiło się kółko filmowe w Pile, prowadzone przez teraz już kolegę, ale wówczas pana Mirosława Bociana – bardzo zapalonego artystę fotografika, a przy okazji też filmowca. I wokół niego zaczęło się skupiać pewne środowisko kumpli i  znajomych. Pierwsze kamerki, takie malutkie, takie na taśmę, ruskie… Jakoś zawsze mnie ciągnęło do tego, co można oglądać, niekoniecznie słuchać, ale oglądać właśnie. Do mnie obraz przemawia. Tak mi się wydaje, że dobry film – jak już tym wątkiem się bawimy – jest wtedy dobry, kiedy mówi do ciebie obraz. Tekst, jasne, jest istotny, ale jeśli nie ma napięcia w  ujęciach filmowych, w kadrach, to i dobry tekst niewiele filmowi pomaga. To sztuka bardzo wizualna. Przecież film mogą oglądać także głusi! To jest jeden z najbardziej uniwer-

salnych przekazów – zresztą daleko nie sięgając, przecież pierwsze filmy były filmami niemymi. Co jakiś czas pojawiała się wrzutka z napisem, ale całość był to film niemy. On przemawiał obrazem. To tak, jak malarz, który maluje coś na płótnie, co się nie rusza, tak film, ta sztuka, pokazuje ruch. Ruch, emocje i to kręci mnie właśnie w filmach. A to, co ja robię, to jest wynajdywanie sytuacji bardziej zabawnych – zresztą robię filmy o Strachach w większości, jak na razie. Coś tam sobie kombinuję na boku, ale tego na razie nie ujawniam (śmiech), bo kręci mnie zrobienie filmu fabularnego. I  to zrobionego przeze mnie od początku do końca. Powoli sobie zbieram materiały, coś tam sobie

3


dokręcam, taki normalny, amatorski film, który nie będzie trwał dłużej niż pół godziny. Wystarczy. A chcę to zrobić zupełnymi amatorami. Mam pomysły na sceny, jak to ma wyglądać, kto ma w tym zagrać, znam mniej więcej obsadę… Ale się rozpędziłem … O  czym to ja mówiłem? Aha, o tym, co robię dla Strachów. Staram się znaleźć takie momenty, które nas pokazują z innej strony, które nas odbrązawiają. Taki making of tego, co my robimy na scenie. Przy okazji wychodzą fajne sytuacje. Jak to później oglądam podczas montażu, to przychodzą mi na myśl podpisy, które jeszcze bardziej je nakręcają lub odkręcają. Dobrze się bawię, bo robię to dla siebie, no ale mogę to też pokazać innym, nie? Swego czasu opisywałeś na Facebooku najgłupszy teledysk Pidżamy Porno. Możemy do tej historii powrócić na chwilkę? Taaaak, to był teledysk kręcony do kawałka „Tom Petty spotyka Debbie Harry”. Cała zabawa polegała na tym, że my, jako Pidżama, nie byliśmy w  tamtych czasach przygotowani do kręcenia teledysków, ani też nie mieliśmy ochoty sami tego zrobić – teraz w Strachach mniej więcej już wiemy, co powinno, a czego nie powinno być i gdzie – i zdaliśmy się na „warszawkę”. Ja wtedy miałem chyba po raz pierwszy do czynienia z takim stylem pracy, którego w życiu sobie nie wyobrażałem – może dlatego, że pochodzę z Poznańskiego, a tu się trochę inaczej pracuje – w jaki sposób i jak łatwo tracić czas, nie robiąc nic. Ktoś tam był wynajęty do obsługi kamery, był tam jakiś reżyser, który pojawił się na parę minut i potem – że użyję tego słowa – spierdolił i nie pojawił się do końca. I to wymyślanie przez nas na miejscu, co powinno być, a czego być nie powinno. To było dla nas takie harcerstwo… Obawiam się, że dla tego pana reżysera było to jeszcze większe harcerstwo. Nie wiem kto go zaproponował, ale chyba on sam nie do końca wiedział, co robić. Przyszedł z jakąś tam wizją, jak dla mnie w chuj idiotyczną… Zresztą w teledysku to widać, że to się kupy nie trzyma. To są tylko ujęcia, które nic kompletnie nie mówią. I do tego miejsce było koszmarne, na jakichś targach budowalnych, albo centrum budowlanym. Nieeee no, dla mnie to była żenująca strata czasu. Jeszcze na końcu musiałem poświęcić swoje ubranie skacząc do basenu. A skok do basenu to była dla mnie kwintesencja tego wszystkiego, kwintesencja idiotyzmu. No, ale teledysk w  końcu się ukazał. Czy coś w  nim zmienialiście? No ukazał się, ukazał… Nie chcieliście nic tam zmienić? A co tam było do zmieniania? To było tak nakręcone, że nie panowaliśmy nad tym. Zresztą nikt chyba nie miał ochoty panować nad tym teledyskiem, bo jeszcze wówczas wchodziliśmy w świat teledysków, nie wiedzieliśmy, jak to ma wyglądać, nie mieliśmy tak naprawdę pomysłu na to, bo z drugiej strony, dlaczego mielibyśmy mieć pomysł na coś, na co pomysł miał mieć niby kto inny? A  tu okazało się, dupa blada, niczego nie było. To była tragedia… Czyli chcesz o tym teledysku jak najszybciej zapomnieć? Zapomnieć nie, bo to się w końcu wydarzyło i piosenka

4

jest fajna. Już głęboko w dupie mam obraz, ale to był na tyle fajny czas, że piosenka trochę polatała. Gdzieś tam nawet w telewizji ją widziałem, jak jeszcze były telewizje, które pokazywały polskie teledyski. Bleeeee… A teledysk nakręcony gdzieś na lotnisku? Podobno Was tam gonili… Tak, tak! To był pierwszy teledysk Strachów. „Krew Z Szafy”. Autorem zdjęć i pomysłu, żeby to robić, był Arek Szymański z  S.P.Records (wydawca płyt SNL – przyp. KM). Nie pamiętam dokładnie kto co podpowiedział, ja pewnie też coś swojego dopowiedziałem, ale wynajęliśmy od kolegi – jest on zresztą kierowcą na tym teledysku – samochód. Dość duży. Amerykański. Ładny ,wszyscy w nim się zmieściliśmy. Ale zapomnieliśmy o jednej, jakby poważnej kwestii – jak jest lotnisko, co prawda nieczynne, ale jest, to kto to lotnisko powinien ochraniać. No i  ochraniał. A  my przyjechaliśmy tam i  zaczęliśmy kręcić, jeździliśmy po tej płycie, po tych drogach i  nikt nas się nie czepiał – aż pojawił się szef ochrony, na rowerze (śmiech). Lotnisko jest dość duże, ale widocznie nie chciało mu się odpalać samochodu. A ja musiałem z nim pójść do budynku, gdzie mieści się ochrona , zagadać i przekonać, że nie zerwiemy płyty lotniska, że nic złego z tym lotniskiem nie zrobimy. A facet był na tyle przyjazny i w sumie uprzejmy, że powiedział: no dobra, tylko następnym razem proszę mnie poinformować. Jemu to chyba tak naprawdę wisiało, a  my nie robiliśmy nic, co by tam komukolwiek zagrażało. Oni, jako grupa ochraniająca, musieli chronić miejsce, gdzie nic się nie dzieje. To kolejny głupi pomysł – chronić takie miejsce. Przecież tam już nic nie było do wywiezienia! Jeśli ktoś coś miał, to ukradł to znacznie wcześniej! Może zagrażaliście sojuszom międzynarodowym? Nie, wtedy przecież było już po sojuszach. To lotnisko już wtedy było do niczego niepotrzebne, a  budynki tak rozplądrowane, że… Budynki stały się miejscem zamieszkania przez bezdomnych. Poznosili sobie sprzęty własne i byli jedynymi istotami, które utrzymywały się z lotniska. Były jakieś plany dotyczące tego lotniska, że miało być lotniskiem cargo, że miało być zapleczem lotniska na Ławicy w Poznaniu – ale to inwestycje, za które nikt nie chce wziąć odpowiedzialności. Miasto ma także pomysł, by wydzierżawić tereny przylotniskowe. Powstała tam zresztą filia poznańskiego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, akademiki. Coś tam zaczyna się dziać, ale w sensie lotniska – nie bardzo. Czy te wszystkie przygody z  teledyskami spowodowały, że zaczęliście dbać o stronę formalną ich nagrań, czy taka kowbojka zdarzała się Wam i później? Zaczęliśmy wymagać, by ludzie, którzy chcieli kręcić teledyski, byli do cholery przygotowani. Żeby to oni mieli propozycję spojrzenia na jakiś kawałek i  nam ją przedstawili, bo wtedy jest łatwiej coś akceptować. Teraz, pracując z  Guzik.Owcami, to oni mają gotowy scenariusz i to jest zajebista sprawa, bo coś, co byś „po warszawsku” kręcił parę godzin albo parę dni, można zrobić krócej. Bo wszystko jest wiadomo – co po czym i dlaczego. Ja tak lubię pracować, nie lubię czekać. Mnie czekanie nudzi i męczy – bo czekasz na coś pół dnia, na co możesz cze-


kać sekundę. Lepiej te sekundowe rzeczy robić od razu. I mieć wolne. I spadać (śmiech). To podajmy przykład dwóch najnowszych teledysków : „Mokotowa” i  „Ajkenta”. Ich scenariusze to wyłączne pomysły Guzik.Owców, czy na przykład Wy mieliście jakieś swoje pomysły, albo Ty, jako filmowiec, dorzuciłeś jakieś swoje trzy grosze? W trakcie kręcenia teledysku mam. Czasami coś tam Pitoldowi podpowiem. Najwięcej pracowałem przy Strachowym „Wariacie”. Przy tym z klocków lego. Na samym początku, jak powstał i go zobaczyłem, to myślałem, że mnie chuj strzeli. Tam rytmika się nie zgadzała, bo wiesz, Pitold jest jazzmanem, on trochę swinguje (śmiech). Pojechałem do niego i wszystkie dymki, jakie tam są, są mojego autorstwa. I dzięki temu ten teledysk się trochę ubarwił. A gdzie w „Ajkencie” i „Mokotowie” są Twoje trzy grosze? W obu teledyskach wszystko od początku do końca jest Guzikowe. Mieli na to patent, choć w przypadku „Mokotowa” wydawało mi się, że pójdą trochę w  inną stronę, w stronę rzeczy nie zgadzających się, które by nas trochę nawet ośmieszyły, a  oni zrobili to trochę na poważnie, jak dla mnie. Bo to miał być pastisz. I ja go sobie wyobrażałem na takiej zasadzie, że jest tu jakieś ujęcie, jest tam jakieś ujęcie, które się nie udało. I bardzo dobrze, że się nie udało. I właśnie to nieudane ujęcie powinno się wstawić zamiast tego udanego… No, a wyszło inaczej. Jest na poważnie. Takie napuszone. Trudno. Za efekt finalny jest odpowiedzialny twórca teledysku. Ale za efekt finalny tego teledysku jest odpowiedzialny ten, co w scenie finalnej wyrzuca wszystkich za drzwi, czyli Kuzyn… No ja właśnie myślałem, że to zwieńczenie będzie zwieńczeniem samych głupich, nie do końca udanych scen. Wtedy miałoby to ręce i nogi. I wtedy cały teledysk byłby fajny, a  nie tylko sama końcówka. Zrobiłbym to trochę inaczej, ale nie jestem autorem tego teledysku. Może kiedyś zrobię teledysk Strachów. Jak będę chciał (śmiech)… No właśnie, masz plan zrobienia teledysku? Słuchając każdego nowego kawałka, nawet tych z nowej płyty, to wyobrażam sobie je poprzez film. Zresztą, jakiejkolwiek muzyki słucham, to wyobrażam sobie film. W ten sposób muzyka do mnie przemawia. Nie mówię nie. Jestem takiej konstrukcji człowiekiem, że mam idee, mam pomysły, tylko nie chce mi się kurwa tego robić (śmiech). Wolałbym mieć ludzi, którzy by to robili, a  ja bym kierował i  oczekiwał efektu finalnego (śmiech). Scenariusz mogę napisać, reżyserem też mógłbym być, ale ktoś musiałby to nakręcić, zmontować. Nie muszę być omnibusem, sterem, żeglarzem i okrętem. Ja lubię pracować z  ludźmi, a  jeszcze bardziej z  ludźmi, którzy są lepsi ode mnie. Przynajmniej się czegoś człowiek uczy. No to zapytam teraz o te „making of”, o te filmiki, o których wspominałeś. To się łączy w jedną całość. Czy na tych paru odcinkach się skończy, czy będzie kontynuacja? A może zrobić z tego paradokumentalną, żartobliwą opowieść Waszej pracy? Wiesz co, nie wiem, jak to się skończy. Teraz na trasę zabieram kamerę, może więc będą następne odcinki. Może po-

wstanie taki „making of making ofa”. Wiesz, robię to po to, by zatrzymać czas. Czasami warto zatrzymać fajne chwile… Niech one sobie już tak zostaną. Dla mnie to dodatkowe ułatwienie, bo wtedy wiele rzeczy wyrzucam z pamięci (bo mam na filmie), a ponadto, myślę, że to fajne dla ludzi, którzy widzą coś innego – to nie jest zespół, który tylko stoi na scenie i gra albo stara się na oficjalnych wywiadach robić coś ładnie, mówić ładnie itd. Nie, to jest pokazywanie normalnego życia, od noszenia sprzętu poprzez to, co się dzieje wokół. A nie chciałeś z tego materiału zrobić jakieś wkładki DVD do którejś z płyt? Nie myślałem jakoś o tym, ale dziś to nie miałoby sensu, skoro wrzuciłem to do neta. Skoro jest to u mnie na YouTubie, to po jaką cholerę to jeszcze wrzucać do płyty? A przyszłościowo? Być może, być może, być może… Być może zrobię takie wydawnictwo pod tytułem „Wszystkie filmy, które wrzuciłem do neta” dla ułatwienia, by nie trzeba było szukać w sieci, tylko sobie z płyty odpalić (śmiech). Ale z drugiej strony wyobrażam sobie ludzi, którzy by to oglądali. Łatwo się to ogląda. Młodzi są do tego przyzwyczajeni – krótkie rzeczy, w  których jest maksimum treści. Pokolenie netu w ten sposób ogląda – szybko, treściwie i następna rzecz. Coś, co ma trwać dłużej niż pół godziny musi być … no … superzajebiste i superwciągające. A krótkometrażówki – fajna sprawa. Wiesz, ja czasami filmy oglądam na przyspieszonym podglądzie, bo często są słabe i mnie nudzą. Po cholerę mam tracić czas oglądając coś, co jest słabe? Wolę przejrzeć na podglądzie i potem zobaczyć coś fajniejszego. Czasami koledzy w busie mieli tego dość, więc od pewnego czasu postanowiłem spać, gdy coś leci, a nie oglądać, by im nie przeszkadzać przesuwając (śmiech). No to przejdźmy do DVD „Przejście”. To połączenie krótkiej opowieści o tym, co dzieje się poza sceną, jak wygląda koncert i  momenty między głównym koncertem a wyjściem na bis. Czy to rzeczywiście, jak mówił Grabaż, robota tak męcząca i niewdzięczna? Kręcenie DVD koncertowego bardzo nas spala. Jest coś takiego, że między nami a  publicznością rośnie nagle stado kamer, co też powoduje inne niż zwykle reakcje. Każdy człowiek przy kamerze troszkę inaczej się zachowuje. Nie jesteśmy aktorami tylko muzykami. Chcesz, tak jakby podskórnie, aby wszystko wyszło dobrze… I pojawia się pytanie: co jest ważniejsze, obraz czy dźwięk? Jak chcesz się bardzo ruszać na scenie, to czasami, wiadomo, ręka ci się omsknie i pojawiają się kiksy. Grabaż zawsze miał spinkę przed robieniem DVD, DVD Pidżamy choćby. Ja też osobiście już nie chcę robić DVD koncertowych, bo to jest… To jest… To trzeba… No nie wiem, jak to określić. Przy DVD Strachów był duży budżet, dzięki sponsorom udało się wszystko dobrze zgrać. Bez tego obraz byłby słaby, ale Arek Szymański pozałatwiał sponsorów, załatwił dobrą ekipę ATM z Wrocławia, było kilkanaście kamer i dlatego obraz wyszedł nienajgorszy… Bardzo ładny… To są informacje dla naszych fanów. Mamy ich sporo, Nienajgorszy. Fajny był ten ekran za nami, na którym się ciągle coś działo, nie? A potem godziny montażu, przy których ja bym nie chciał siedzieć… Montować siebie samego? Eee…

5


W ogóle nie siedziałeś przy montażu? na powierzchnię i ujrzała światło dzienne. I dla ludzi było Nie, kompletnie nie. W tym czasie robiliśmy też płytę. Nie to coś nowego, świeżego, choć zespoły z festiwalu grały można być w dwóch miejscach naraz i robić dwóch rze- wcześniej w  różnych konfiguracjach na różnych impreczy naraz. Zrobił to Arek od początku do końca i moim zach. To był taki chwilowy geszeft. Dzisiaj już bym nie zdaniem zrobił to bardzo dobrze. Wiadomo, że się kon- wziął w czymś takim udziału. taktowaliśmy co jakiś czas, coś tam podsyłał, jakieś Co było pierwsze? Rebelia? zrobione fragmenty. Wtedy sugerowało mu się w  jaką Tak, pierwsza była Rebelia, druga Kurwicha, trzecia Pistronę można pójść. Nie tak, jak na DVD Pidżamy, gdzie dżama, później Świat Czarownic, Spunkies, no i  teraz obrazy były rwane, od których oczy bolały. Tu staraliśmy Strachy. A tak w ogóle, to superpierwszy był Dur Brzuszsię trochę zwolnić tempo obrazu. ny, ale to trwało trzy dni (śmiech). Aaa, była jeszcze JarzęNie wierzę, że cała otoczka filmowa to jedno wielkie bina Czerwona! pasmo udręk, cierpień i męczących sytuacji… No dobrze, to jaka była Twoja droga muzyczna i dlaczego tak kręta na szczyt? Nie, jest jeszcze kupa dobrej zabawy. Eee nie… Na szczyt to ja się nie pcham, bo ze szczytu barNo właśnie o te dobre strony chciałem zapytać. Jest jeszcze kupa dobrej zabawy, ale jakimś dziwnym tra- dzo łatwo się spada. A  jak się siedzi na szczycie, to zaraz fem to nigdy nie zostaje w montażu. Wtedy czasami zaje- stamtąd ktoś chce kogoś wygryźć. biście się bawimy. Co do tego DVD – część ujęć kręciliśmy No to nazwijmy to drogą po labiryncie. dzień wcześniej, żeby potem nie było szału koncertowego No, która nadal trwa. Jeszcze z  niego nie wyszedłem. na scenie. Bo kamerzyści momentami przeszkadzają, nie- Pierwszy zespół stworzyłem jeszcze w 1981r. podczas Jastety. Trzeba było parę ujęć skręcić wcześniej, bo wiesz, rocina. Człowiek wrócił z niego strasznie podbuzowany, ktoś wchodzi, ktoś wychodzi, coś tam tu, tu ręka, tam że można grać w tym kraju, ja jebię, coś fajnego. Dużo lunoga… I potem to jest montowane w obraz, odpowiednią dzi jeżdżąc wówczas na Jarocin, i bardzo dobrze, wracało stylistykę. My stoimy w tym samym miejscu, ale kamerzy- wówczas do swoich mniejszych miejscowości i coś robiści już nie przeszkadzają w postrzeganiu całego koncertu. ło. Bo nagle się okazywało, że można coś robić, że można Powiedziałeś o  najgorszym teledysku Pidżamy Por- grać po swojemu. Jak się oglądało kapele punkrockowe no. A który teledysk oceniasz najlepiej? było widać, że się chłopaki nie pierdoliły, po prostu grali Najlepiej do tej pory – i nic go nie przebiło, moim zda- i chuj. A to, czy to wychodziło, czy nie, nie było ważne. niem – to też teledysk Pidżamy „Gdy Zostaniesz U Mnie Ważne było, że można coś robić samemu i  niekonieczNa Noc”. Opowieść wojenna. Raz że to było biało-czarne, nie musi to być wściekły, śmierdzący rock, taki pudela dwa… Nie no, kurde, wszystko mi się tam podobało. -rock nawet, ale coś zupełnie nowego. Pierwsze zespoły A  wymyśliłem to kiedyś lejąc obok stacji benzynowej metalowe, mniej znane polegały na tym, że zbierało się Nikki Setnik i patrząc na las. Akurat tak się sikało w stronę lasu, ładnie paru gości i mówili: zróbmy coś, grajmy coś. Czas, który tak było i pomyślałem sobie dlaczego nie zrobić teledy- możemy przeznaczyć na niezłą banię, może być przesku wojennego? Tekst „Gdy Zostaniesz U Mnie Na Noc” znaczony na coś lepszego. I ten zespół nazywał się Dur jest zupełnie o czymś innym, jest tekstem miłosnym, ale Brzuszny. I grałem w nim ja… To znaczy, nikt nie grał, ale pomyślałem, że można jako kontrę zrobić obraz wojen- w założeniu było, że grać będą: ja, mój kuzyn i jeszcze jeny, partyzancki, powstańczy. No i powstał najlepszy tele- den kumpel. Nawet, nie grając zupełnie, okładkę sobie dysk, jak do tej pory. zrobiliśmy do płyty. Dużej płyty, z napisem: Bur Brzuszny. No to teraz trochę o muzyce… Jaka była Twoja dro- Ale nic w  końcu z  tego nie wyszło. To była taka pierwga muzyczna? Twoje nazwisko na słynnym wykresie sza fascynacja, która szybko minęła. To był trzydniowy Pawła Dunina-Wąsowicza przewija się przez takie zespół, który nawet nie zdążył się zebrać. Przez trzy dni formacje, jak Kurwicha, Rebelia, Papierosy… siadaliśmy i się zastanawialiśmy jak to fajnie być zespoNie, w Papierosach mnie nie było. To był pomysł na na- łem i  zaczęliśmy snuć plany – kto co robić będzie. Ale zwę późniejszej Pidżamy, ale w tym nie brałem udziału. w ciągu tych trzech dni zrobiłem pierwszą perkusję elekSwego czasu głośnym wydarzeniem była organizacja troniczną. Nie było szans kupna, kasa była uuu, w  pizTwojego i Mikołaja Lizuta pomysłu – Punk Rock Later. du, a  próby miały być w  chacie, bo wtedy nie myślało Czy dzisiaj widziałbyś szanse na organizację podob- się jeszcze o  salach prób, bo to inne czasy były. Trzeba nego – nawet jednodniowego – wydarzenia? było więc sprzęt zminiaturyzować. No i pojawiły się raTakie imprezy dzieją się codziennie, wystarczy mieć tylko do- dia, a na radiach grało się świetnie na gitarze. Ja miałem bry pomysł. Akurat w czasie, kiedy Mikołaj wydawał tę książ- radio „Ślązak”, cudownie można było na nim grać, tylko kę siedzieliśmy, rozmawialiśmy i podczas tzw. burzy mózgów trzeba było wcisnąć odpowiednio szybko dwa przyciski. zrodziła się koncepcja tego koncertu. Wtedy to zagrało. Były one kompletnie z bani, ale wówczas wejściem słuKoncerty można wymyślać pod różnymi hasłami, różne chawkowym można było podłączyć gitarę – i to działało scenariusze można napisać, by ludzi przyciągnąć na faj- jako normalny wzmacniacz, z przesterem nawet! ny koncert. Punk Rock Later wspominam bardzo miło. No to wracając do tej perkusji, wymyśliliśmy sobie tak: Bardzo. Książka Mikołaja była pierwszą, która dotyczyła potrzebna była igła z gramofonu i puszki. Zwykłe blaszatego, co działo się w polskiej muzyce lat 80.; była pierw- ne puszki! No i ta igła na puszce, ta główka od gramofoszą książką, która przebiła się przez ściany offowe, wyszła nu, jak uderzała w puszkę, to miałeś dźwięk prawdziwej

6


fot. Nikki Setnik

perkusji! I przez to radio było słychać normalne dźwięki perkusji, takie pfum, pfum, ale początek był (śmiech). No, to był ten trzydniowy zespół. A później? Później korciło mnie… Wiesz, mnie zawsze korciło do muzyki. Jak byłem mały, takie jeszcze początki szkoły podstawowej, albo i wcześniej, znalazłem w chacie gitarę, bo wuja mi ją zrobił jako zabawkę. Wiesz, taka zwykła płaska decha robiona w kształt gitary, cztery gwoździe, cztery struny, nawet nie, tylko cztery kawałki jakiegoś metalu, bez progów, bez niczego takiego, taka zwykła zabawka. I  tak sobie teraz myślę, po latach, że prawdopodobnie mnie to sprowokowało do takiej myśli: ach kurwa, coś takiego będziemy robić w życiu. Wtedy, będąc małym dzieckiem, nie myślałem po co to, poza tym, że był to mój pierwszy kontakt z  jakimkolwiek instrumentem, poza trójkątem w szkole podstawowej… Zresztą każdy grał na trójkącie, na tamburynie, nie wiem na czym jeszcze… Na flecie i na jakichś gwizdunach… No i ten drugi zespół, który nawet zagrał trzy koncerty nazywał się Rebelia. Później zresztą z perkusistą z tego zespołu grałem w zespole Świat Czarownic. To były czasy ogólniaka i zawsze lubiłem ciągle coś robić. I żeby zająć się muzyką, która mnie interesowała. Grało się wtedy dużo punkrocka, a ważna była zasada, że chuj tam, nieważne, czy umiesz grać, czy nie umiesz grać, ale twórz coś. Takie klasyczne DIY, czyli Do It Yourself. I to było fajne, były sprzęty własnej produkcji… Gitarę już miałem, bo skądś udało się ją zdobyć, ale taka wiesz, psia gitara. Co prawda te gitary nadawały się bardziej do rąbania niż grania, ale… Gdybyś do niej dołożył, na samą końcówkę, obuch od siekiery, to sprawdzała by się w tej roli znakomicie, bo do grania wcale (śmiech).Potem z mydelniczki robiło się jakiś przester, a  schemat przesterów można

było zdobyć bodajże w „Młodym Techniku” – i to nawet działało. Trochę żenująco, ale działało! A w ogóle przed tą gitarą udało mi się namówić mamę, by kupiła mi gitarę klasyczną, które też były drogie. Ale mama pracowała w hucie szkła w Ujściu (pracowała na wózku widłowym i  woziła butelki) i  gdy przypływali tam goście barkami, które te butelki zabierały, to akurat znalazł się klient, który miał gitarę w miarę tanią. Mama nie bardzo się na tym znała, więc to kupiła. Tym się charakteryzowała, że odległość między progiem a strunami była około centymetra, półtora. Więc to prostu tragedia była przyciskać te struny. Ale jak się człowiek nauczył grać na takiej beznadziejnej gitarze, to każda następna wydawała się już cudowna. Byleby tylko nie bolały palce. Zresztą palce bolą do tej pory, nawet przy supergitarach (śmiech). No i wracam do tego zespołu. Rebelia zagrała trzy koncerty podczas dwóch lat, wszystkie koncerty były związane ze szkołą. Jak w szkole były akademie, to musiały grać zespoły szkolne i przy okazji my też. Później wyjechałem na studia i na pierwszym roku studiował ze mną koleś, który… Kurcze, jak on się nazywał? Marek Karpiński! Pozdrawiam go zresztą teraz! Ma brata Przemka Karpińskiego i oni postanowili założyć zespół. Taki punkowy. I mnie oni… Zaraz, zaraz, Kurwicha była w trakcie Pidżamy? Nie, po Pidżamie. Spokojnie, przypominam to sobie wszystko. I dobrze, zmusiłeś mnie do tego. No i z Kurwichą nawet pseudotrasę, po parę koncertów na pewno, z czego większość była przerywanych. Byliśmy bardzo punkowi, tak mi się wydaje. Raz że obrazoburcze teksty, a  dwa to grać my, kurwa, nie potrafiliśmy w  ogóle! Ja bym to przyrównał do DX, gdzie każdy napierdala noisa, by było tylko hałaśliwie, a nie miało to nic wspólnego z melodią. Myliliśmy się co chwila, nic nam nie wychodziło! Perkusista gubił rytm, był arytmiczny totalnie (śmiech) . Myśmy sami płakali z naszych koncertów, ale z drugiej strony takie mieliśmy podejście – by prowokować, by szokować. I to nam chyba się udawało. Zawsze jakieś bójki się tam działy… Stare czasy punkrocka, coś wściekłego. Bójki inicjowane przez publikę?! No oczywiście. Poczuli krew, poczuli hałas, to krew zaczęła buzować i  musiała mieć gdzieś ujście. Dzisiaj, po latach, stwierdzam, że nie było to fajne, ale wówczas była to immamentna cecha punkrockowych koncertów. Takie koncerty bez bójki, bez jakieś napadanki były słabe, nie? Czasami dochodziło do zwykłych nieporozumień, bo pogo to nie bójka, ale czasami komuś mogło się wydawać jak bójka, no i wiesz… Taaak, to była Kurwicha. Potem była Pidżama. Choć z Grabażem znałem się z czasów ogólniaka, to bardziej poznaliśmy się w  Poznaniu. Grabaż wiedział, że gram w zespole Kurwicha i może spodobał mu się mój styl grania, nie wiem… Ja starałem się zawsze grać najprościej – lubiłem grać melodyjnie, rytmicznie (jestem wściekły na tle rytmiki)… Nigdy nie lubiłem latać po gryfie, jak starzy wyjadacze. W ogóle mnie to nie przekonywało. No bo co z tego, że jest dźwięk po dźwięku, dźwięk po dźwięku, dźwięk po dźwięku, jak koleś pokazuje tylko, że jest sprawny technicznie, ale nie ma żadnego uczucia, żadnej myśli, tylko technika.

7


No i jak znalazłem się w Pidżamie, to zostałem wyrzucony z Kurwichy. Ale tylko na dwa dni… Wyrzucony na dwa dni? Tak, bo koledzy z Kurwichy stwierdzili, że nie mogę grać we dwóch zespołach, że mam być przywiązany tylko do jednego zespołu. I to do Kurwichy, a nie że mam coś robić na boku, bo to rozpieprzy zespół. I mieli w sumie rację. Ale jakoś po dwóch dniach znów było wszystko OK, ale Kurwicha już się nie podniosła, choć nagraliśmy kilka koncertów, przy zmienianych często basistach, bo nie szła nam z nimi współpraca. Pierwszy basista, który grał w Kurwisze wyemigrował do Berlina i stał się Niemcem, bo mógł, bo takie były czasy. A reszta basistów to tak grała trochę z  przypadku. Nawet jeden koncert zagrał z nami na basie niejaki Artur Stanielewicz, gitarzysta zespołu Ręce Do Góry, Grabaż w paru kawałkach grał z nami na basie, o ile pamiętam. Skład był mieszany, byleby tylko była naparzanka i czad. Potem była Pidżama. Na początku w  Pidżamie Porno grałem na basie, bo brakowało nam basisty. Na początku Pidżamy było w ogóle dwóch gitarzystów, ja i Bartek Ciepłuch. Potem nam gitarzyści jakoś wypadli, potem perkusiści się wysypali. No i  wówczas stwierdziłem, że przechodzę na gitarę basową, chociaż, powiem szczerze, mnie to wkurwiało, bo na początku nie czułem mięty do gitary basowej. Ale już po paru próbach stwierdziłem, że to fajny instrument. Zresztą gitarę basową zbudowałem sam, w Poznaniu. Pojechałem na Dębiec do zakładu rzeźnickiego, bo okazało się, że rzeźnik-sprzedawca para się też robieniem gryfów. No proszę… Nooo, ale gryf był taki rzeźnicki. Naprawdę. Był na tyle ciężki, że jak dechę sobie sam wystrugałem, to ten gryf powodował, że jak wieszałem ją na sobie, to ten gryf opadał. W dół. Był cięższy niż gitara, więc musiałem podokolejać trochę metalu na desce, by to się wyrównało. Przystawki też sobie sam robiłem. Wziąłem jakąś polską przystawkę Muza, która miała cztery tysiące zwojów, no to nakleiłem na to kolejne cztery tysiące zwojów ręcznie. I  wyszła z  tego całkiem niezła przystawka, do której nie miałem obudowy. No to wziąłem kawał kartonika, pomalowałem go lakierem i wyglądało to na rasową przystawkę. Nikt się nie kapnął, że tak została zrobiona! A  gitara działała i  … Co najfajniejsze, w ubiegłym roku dowiedziałem się od ludzi, że ta gitara jest już bardzo blisko mnie. Ona krążyła po ludziach, bo ją kiedyś sprzedałem. I nagle wróciła do Piły. I wiem, kto ją ma, wiem, że jej nie używa i staram się to wyciągnąć. Czyli produkcja pierwsza klasa, bo służyła bardzo wielu osobom… Tak! Przez tyle lat! Dla mnie to bardzo dziwne. Okazało się, że może powinienem zostać lutnikiem i  sam robić instrumenty? Wtedy jednak nie było sprzętu, nie było niczego… No, a teraz napiszesz, że słychać szczęk szklanek od herbaty (śmiech)… Tak, popijamy kawę. Popijamy kawę… Nie, ja kawy nie piję. A  właściwie zacząłem pić z  powrotem. Przez trzy lata pić nie mogłem

8

ze względu na ciśnienie – to są konsekwencje bycia artystą… Zdrowie się poprawia, ale choć nie byłem wielkim imprezowiczem, bo nigdy nie lubiłem pić jakoś specjalnie, to się okazało, że można być zdrowym i nagle chorym. No, ale wracajmy do zespołów. Była Pidżama, to jedziemy do Świata Czarownic. W momencie, gdy rozpadła się Pidżama, znaczy: zawiesiła swoją działalność, udało się zebrać skład, w którym graliśmy: ja, Dariusz Siedlok i ś.p. Michał Thiede – życie go do tego zmusiło, że umarł, że się tak wyrażę – no i mieliśmy wówczas wielkie szczęście, bo bardzo szybko zaczęliśmy grać koncerty. I to w całym kraju. Założyłem wówczas, że jeśli taki zespół ma grać, to musi zarabiać pieniądze, małe pieniądze, nieważne, ale żeby zarabiał. Mieliśmy niesamowite szczęście, że to co zaczęliśmy grać zaczęło się ludziom podobać i graliśmy trochę tych koncertów w kraju. Czasami w dziwnych miejscach i wiadomo, że nie przychodziły tam tysiące, czasem setki, a czasem mniej. Ale wydaliśmy dwie płyty, a właściwie kasety, nagrane na magnetofonie dwuścieżkowym, wyszło jak wyszło, ale dla mnie ważne było, że coś nagrywamy. Po nagraniu w studiu Złota Skała mieliśmy jeszcze więcej koncertów. I dzięki temu udało się nam pojechać do Anglii! I zagrać tam z dwa, trzy razy w roku! Nie po klubach polonijnych, gdzie są sami Polacy, ale w  prawdziwych klubach – pierwszy swój koncert zagraliśmy w  miejscu, gdzie grał Sex Pistols! I przyszło… 10 osób! (śmiech) Ale


już po roku grania na koncert w tym miejscu przyszło już 200 osób, co jak na polski zespół – powiedzmy sobie szczerze – z dupy, no bo kto tam kojarzy polski zespół, to było niesamowite wydarzenie. Ale też u  naszych angielskich znajomych, którzy nam to załatwiali, było widać zdziwienie, że zaczęło tylu ludzi przychodzić. Naszym atutem było to, że nie śpiewaliśmy po angielsku, bo zespołów grających po angielsku była cała masa i do tej pory tak jest. Ale wtedy wymyśliłem sobie coś takiego: skoro jadę tam, to dlaczego mam śpiewać po angielsku, skoro to nie mój język, nie jestem w  stanie przekazać moich emocji, (nie znalazłem dobrego tłumacza, który przełożyłby ducha piosenki), to stwierdziłem, że będę śpiewał po polsku. I bardzo dobrze na tym wyszliśmy. Graliśmy w bardzo różnych miejscach. Raz graliśmy na zlocie tamtejszych harleyowców, takich wiesz, łooo ja pierdolę, grubo było (śmiech)… Grubo, niebezpiecznie, ale impreza maksymalna. Bawili się jak wściekli. Oprócz nas zagrały tam jeszcze dwie, trzy kapele metalowe, a my reagge – okazało się, że i  ich takie coś kręci. Objechaliśmy z  połowę Anglii dzięki temu. Dzięki temu poznaliśmy fajnych ludzi, którzy przyjeżdżali swego czasu do Piły. Under The Gun, z którymi zacząłem później robić trasę koncertową po Polsce. Samo spotkanie z nimi było maksymalnie pozytywne. Kolega, który pojechał – ta historia jest nienajgorsza – z Piły do Anglii poznał jakichś tam ludzi, jakieś kapele, no i w pewnym momencie stwierdził, że zrobi zespołowi Under The Gun trasę po Polsce, tylko nikogo w Polsce o tym nie informując! Kompletnie. I któregoś wieczora siedzę sobie w domu i nagle telefon. Dzwonią jacyś Angole. Że przyjechali na koncerty. Jakie kurna koncerty? Ja nic o  tym nie wiem! Pytam ich, gdzie oni są, czy jeszcze są w Anglii, czy już w Polsce. A oni odpowiadają, że w Pile, stoją na wjeździe do miasta przy jakiejś knajpie i  są praktycznie w dupie, bo nie wiedzą, co mają robić. No dobra chłopaki, mówię, wezmę was na chatę. Były to dwa zespoły Blant’s Instruments i Under The Gun. Posiedzieli dwa dni w chacie, a w tym czasie starałem się uruchomić jakieś kontakty i coś szybko zrobić. Choć kilka koncertów, by wyjazd im się zwrócił albo by mieli w ogóle co robić! Mieli trasę w  Niemczech i  wtedy mieli kilka dni przerwy, no to na parę dni przyjechali do Polski. W ciągu dwóch dni udało się zrobić bodaj ze cztery koncerty. To było bardzo szybko. Organizowane były na zasadzie: jeden w Pile, jeden w Wągrowcu, jeszcze jeden gdzieś w  okolicy. Wszystko na zasadach typowo koleżeńskich, bez żadnego zaplecza finansowego, bez niczego, tylko zwołując ludzi. I powiem ci, że ludzie przyszli na te koncerty i było bardzo fajnie. Dla nich szokiem było, że można zrobić coś takiego z dnia na dzień. Byli przygotowani do czegoś innego, mieli inny system pracy, mieli zagwarantowane to i tamto, to i  siamto, mieli jakieś umowy podpisywane, a  tu przyjechali po prostu do dziczy i dzikusy zrobiły im fajną mini-trasę. Później, jak już miałem z nimi kontakt i przyjeżdżali kolejnym razem, to miałem całą trasę zorganizowaną. Oni jechali i jechał Świat Czarownic i tak w dwa bandy jeździliśmy po kraju. Też parę fajnych koncertów zagraliśmy, dużo fajnych rzeczy się wydarzyło.

I przy okazji zacząłem organizować koncerty w Pile innym zespołom. Była taka paczka, która zaczęła zajmować się organizowaniem koncertów i kurde, dużo zagranicznych zespołów dzięki temu przyjechało do tego miasta. Fugazi, Mister Day… Fugazi zrobiliśmy koncert na sali bokserskiej. Czasem można było zrobić coś za darmochę, ale trzeba było umieć pokazać właścicielom różnych lokali że to ma jakiś wyraz, że to ma jakiś sens, jakąś skalę, że świat będzie o tym mówić. Poza tym fajnie było tych gości mieć w domu, z nimi siedzieć. Fajnie się gadało z Ianem McKeyem, który wtedy grał w Fugazi… Poznałem wtedy mnóstwo ludzi, których normalnie bym nie poznał, gdybym tych koncertów nie robił, albo nie jeździł na koncerty. A ja lubię poznawać ludzi. Z  każdej rozmowy można czegoś się nauczyć. Nawet z rozmowy z głupim. No i  jeszcze jedna ciekawostka. Na wszystkie koncerty do Anglii te trzy lata jeździliśmy maluchem. Moim. Ja, dwaj koledzy z zespołu i moja żona. We czwórkę w maluchu (śmiech). Wiele się do malucha nie mieściło. Gitary za siedzeniami, między nogami. Na szczęście wówczas nie byliśmy grubi (śmiech). Plus mały bagażnik u  góry. Trochę to kosmicznie wyglądało. Pamiętam jedną z  takich scen: dwóch najebanych Belgów, jak zobaczyło ten samochód tak objuczony, tak się śmiało, że się wyjebali. Położyli się na chodniku i lali ze śmiechu. Inna rzecz: przy wjeździe na prom okazało się, że nie ma samochodów czteroosobowych. Ja deklarowałem samochód czteroosobowy, ale nie, Angole twierdzili, że to samochód pięcioosobowy. I tak jeździłem po Anglii maluchem jako samochodem pięcioosobowym. Pierwszą rzecz, którą zrobiłem po zjeździe z promu, to zapomniałem, że tam jest system lewostronny i zacząłem jeździć po polsku. Na szczęście inne samochody nie jechały, a trafiliśmy na taryfiarza, który nas zatrzymał i wyjaśnił: nie, nie, nie, w Anglii jeździ się tą stroną, i po pewnym czasie udało się nam jeździć w miarę normalnie. Innym razem jechaliśmy w dwa samochody – wówczas z Aliansem – w takiej kolumnie: jakiś angielski samochód, później Alians, później my moim maluchem i … jakoś się zgubiliśmy. Bez mapy, w Londynie, szybciej trafiliśmy na miejsce, gdzie mieliśmy spać, niż Angole z Londynu, wyobraź to sobie! Tak jakoś na czuja: wpierw w lewo, teraz może w prawo, a teraz tak i tak. A jeszcze, by nam psycha kompletnie nie siadła z powodu, że jesteśmy sami, bez telefonów, w nocy, włączyliśmy sobie Clashów „London Calling” i  jedziemy, niech się dzieje co chce, gdzieś na pewno dojedziemy. No i  zupełnym przypadkiem dojechaliśmy na miejsce. A po drodze wszedłem do jakiejś knajpki, a  właściwie piekarni, bo to była noc – znałem ulicę i  numer domu. Wchodzę i coś mi nie pasuje, bo sami Azjaci tam pracują. Zaczynam swoim łamanym angielskim pytać, co, gdzie, gdzie ta ulica, a oni nic. Zupełna cisza. Nie ruszają się. Nagle z jakiegoś kantorka wychodzi jakiś gość, też Azjata, z kartką w ręku. Myślę sobie: o, jesteśmy uratowani, gość pokaże drogę. A on wychodzi z kartką: „tutaj nie mówimy po angielsku” (śmiech). Potem jedziemy dalej, jedziemy, jedziemy i  w pewnym

9


momencie nadjeżdża do nas policja, przodem na światłach, to ja wyskakuję szybko z samochodu i pytam o drogę, a  oni mówią, że nie wiedzą, gdzie ta ulica, ale mają jedną poważną sprawę. Otóż od pół godziny jedziemy ulicą kierunkową pod prąd. Na szczęście było widać nasze przerażone twarze, że kazali tylko obrócić samochód i jechać w prawidłowym kierunku (śmiech). No i wracamy do głównego wątku. Potem pojawiła się Pidżama Porno pierwszego wyklucia. Jeszcze z Jackiem Kąkolewskim na basie. Koledzy ze Świata już podejrzewali, że coś będzie nie tak, że odejdę ze Świata… Aaaa, jeszcze jedna historia ze Świata Czarownic! Pojawił się swego czasu taki pomysł: jednym muzykiem dwóch zespołów był śp. Michał Thiede – jak zaczęliśmy jeździć po Polsce w dwa zespoły, to stwierdziliśmy, że skoro ten zespół gra tak, ten gra tak, to może byśmy założyli sobie jeszcze trzeci zespół. Mieliśmy jazdę na folkowe granie, ale takie prawdziwe folkowe granie. Nie takie tam Mazowsze i tego typu sprawy, ale byliśmy zafascynowani irlandzkim folkiem, taką fajną zabawową muzą. I stworzyliśmy Spunkies, w którym ja grałem na pudle i śpiewałem i jakoś mi to się udawało, na basie grał Rafał Kasprzak z Aliansu, na perkusji grał Tomek Korabol, akordeonista z  Aliansu, a  przy okazji zajebisty perkusista, no i Michał na basie. Było fajnie, bo były dwa zespoły plus ten trzeci złożony z  tych dwóch i mogliśmy grać dłuższe koncerty. Ostatni zawsze grał Spunkies, bo był najbardziej zabawowy i grał muzykę najlżejszą, a to, czy wpierw grał Alians, czy Świat Czarownic, nie miało specjalnego znaczenia. Okazało się, że po naparzonych zespołach z  przekazem, nagle wchodził zespół, który robił zabawę, bo muzyka był taneczna, pod nóżkę, taki fajny folk. Mieliśmy kiedyś szczęście zagrać na Africa is Hungry w składzie Spunkies z  Chrisem MacCluskim, Anglikiem, który fantastycznie grał na skrzypcach i przy okazji śpiewał. I wtedy Spunkies nabrało innego wymiaru. Stało się takim rasowym zespołem, który gra ostry folk, w  stylu bardzo irlandzkim. Ten gość grał wyśmienicie na skrzypcach, śpiewał i brzmiałby naprawdę świetnie, nawet gdyby grał sam. Ale mieliśmy tę możliwość – i on się na to zgodził – grania razem. Ale musiał niestety w pewnym momencie wyjechać do Anglii, bo miał tam jakiejś swoje sprawy i ten zespół się zatrzymał. Wiedzieliśmy, że nie znajdziemy już nikogo takiego, kto tak fajnie zagra, by tę jazdę podtrzymać. I zespół po prostu się rozleciał. Nie chciało się nam grać w tym zestawie, bo mieliśmy już inne zajęcia. Alians grał swoje, my graliśmy swoje. To musiało się w ten sposób rozpieprzyć… W tym czasie, gdy grałem w  Świecie Czarownic, ze strony Grabaża pojawił się pomysł na reaktywację Pidżamy. W  nowym składzie z  Jackiem Kąkolewskim na basie, ze Sławkiem Mizerkiewiczem na gitarze. No i Grabaż przyjechał do Piły i spytał mnie, czy dołączyłbym do składu. No to ja: czemu nie, spróbować zawsze można. Nawet przyjechałem na parę prób do Poznania, ale stwierdziłem, że za dużo dzieje się w Świecie i ja mam jeszcze za dużo rzeczy do zrobienia ze Światem, żeby się pakować na nowo w Pidżamę i zrezygnowałem. Zbastowałem, stwierdziłem, że nie, że to jeszcze nie jest czas dla mnie, by do Pidżamy

10

wracać, że mam swoje życie, które już sobie jakoś zorganizowałem i swój zespół, że chcę to ciągnąć. Chłopaki nagrali „Zamiast burzy” beze mnie, no ale po pewnym czasie znowu pojawił się Grabaż w Pile, znowu z tym samym pomysłem, że „a może jednak?”, że może wrócę do Pidżamy, że jakoś tam pogodzę istnienie dwóch zespołów. A ja podskórnie czułem, że tego nie da się pogodzić, że któryś z zespołów dostanie w dupę. No i tak się stało, że zespołem, który dostał w  dupę był Świat Czarownic. Pidżama już w  pewnym momencie ruszyła na takie obroty koncertowe i zajmując tyle czasu, że ja już nie byłem w stanie pogodzić dwóch rzeczy. Musiałem z jednej zrezygnować i odpuścić. A że w Świecie byłem odpowiedzialny praktycznie za wszystko, od początku do końca, no to ten zespół tak trochę usunął się w cień, a w pewnym momencie po prostu zaprzestał działalności. To była moja wina, wiem… Zdaję sobie z tego sprawę, ale z drugiej strony też nie było ciśnienia ze strony chłopaków, żeby nadal to kontynuować i jakby nie było z ich strony czegoś takiego: OK, teraz my się zajmiemy pewnymi sprawami, choćby organizacją koncertów… Nadal spotykaliśmy się na próbach, ale już normalnego codziennego życia koncertowego już nie było. Ja nie miałem czasu już tego robić, to chłopaki też nie ciągnęli w  tę stronę. Im było wygodnie, że ktoś za nich to robi, a oni mogli sobie po prostu przychodzić i grać. I tak zespół wziął i zdechł, tak po prostu, śmiercią naturalną rozłożył się. I tak się skończył Świat Czarownic i moje życie z tymi zespołami. No to jak już doszliśmy do Pidżamy to zapytam o Twą wypowiedź dla „Teraz Rocka”. W jednym z ostatnich numerów powiedziałeś, że męczące jest ciągłe przyrównywanie Pidżamy Porno do Strachów Na Lachy. Czy to rzeczywiście jest tak odczuwalne? Odczuwalne w tym sensie, że jeśli się gada z kimś o muzyce, to nagle słychać, że to jest Pidżamowe, a to nie jest Pidżamowe. No to mówię, kurwa, to nie może być Pidżamowe, albo niepidżamowe, zacznijcie traktować ten zespół nie przez pryzmat Pidżamy! Nie mówię o wszystkich, ale są takie głosy. Może to jest tak, że trzy osoby są z Pidżamy, reszta nie. No i ciągnie się za nami cały czas ten casus Pidżamy, ale, kurwa, to jest inny byt, inny zespół, inni ludzie. A że mamy takie korzenie, no to co, to nasza wina? Tak jest po prostu… Nie wiem kurcze, jak to dokładnie wyjaśnić… Wiemy, że to odczuwalne, ale czy męczące? Czy to jest męczące? Nie, nie jest to męczące, ale mi to osobiście przeszkadza, bo mam wrażenie, że słuchacz, który słucha Strachów jest słuchaczem wyrobionym i wie, że to nie ma nic wspólnego z Pidżamą. A że mu się kojarzy … Może przez wokal Grabaża… Nie wiem już przez co już może komuś się coś kojarzyć, lub nie z Pidżamą, że gdzieś słyszy lub nie Pidżamę. No nie wiem, ja tego po prostu nie rozumiem… Teraz przyrównuje się !TO! to dźwięków Pidżamy…No właśnie, czego już totalnie nie rozumiem, bo Pidżama nigdy czegoś w taki sposób nie grała, ani nie miała takiego brzmienia. A  że się gra szybciej, wolniej, no to każdy zespół gra szybciej i wolniej i nie każdy zespół jest Pidżamą


(śmiech). Może to jakaś tęsknota za czasami buntu, na który wielu się nie załapało? Ale jest wiele innych zespołów, przy których można się nieźle buntować. No to może chcesz coś powiedzieć wprost tym, którzy przyrównują Strachy do Pidżamy? Czy ja coś powiem, czy czegoś nie powiem, to nic tego nie zmieni. Mówię ci o osobistych odczuciach, a nie chcę nikogo namawiać, żeby słuchał w ten sposób, albo w inny. Nad tym nie da się zapanować. Takie porównania będą się pojawiać dopóki istnieć będą ci, którzy słuchali Pidżamy. Po prostu. W tej sprawie pewnie każdy z  muzyków ma inną opinię, ale Ciebie zapytam o  miejsca, gdzie koncerty gra się najlepiej, a gdzie najgorzej? Ja osobiście nigdy nie kategoryzuję miejsc, w których gramy. Mi się gra wszędzie dobrze i czasem niedobrze, ale nie chcę pamiętać miejsc, w których grało się niedobrze. Nie chcę też wskazywać miejsc, w których gra się dobrze, bo mógłbym o jakimś miejscu zapomnieć. I zrobić przykrość ludziom, którzy te koncerty organizują. Każde miejsce to pole walki. Albo się tę walkę wygrywa, albo przegrywa. W każdym miejscu można polegnąć. Jeśli to jest supermiejsce, to może się zdarzyć, że przyjedziesz tam za jakiś czas i dasz dupy. I co, nagle ci się to miejsce przestanie podobać? Czynnik ludzki jest najważniejszy. Czyli my i ludzie, którzy przychodzą na koncert. I to wszystko tworzy atmosferę koncertu. Obojętnie w jakim miejscu. Nawet w takim, w którym jest taka akustyka, że nic nie słychać, bo jest taki hałas. Ale jeśli tworzy się taka fajna więź – i to się czuje – z ludźmi, to już cała reszta nie ma już najmniejszego znaczenia. Jednym z  elementów utrzymywania więzi zespołu z  ludźmi jest znakomity, moim zdaniem, duet rozrywkowo-dialogowy, który tworzysz z  Grabażem. Czy te wszystkie zabawne historyjki, które dzieją się między Wami, to spontan, czy macie jakieś umówione kwestie? (śmiech) Nie, to jest na sto procent kwesti spontaniczności. Kiedyś w busie koledzy nazwali nas… Pamiętasz Muppety? Tak jest! Pamiętasz taką lożę i  dwóch starych piździeli, którzy wszystko komentowali, którym nic się nie podobało? Waldorf i Stattler. I nasze zachowanie czasami może tak wyglądać. Że stoi takich dwóch pokracznych ludków nie do końca młodych, że tak powiem, takich jebanych zgryźliwców, tetryków… To jest spontaniczne. Ja lubię z Grabażem gadać na scenie, bo to też trochę tworzy atmosferę koncertu. Że to nie jest tak, że zespół wychodzi, gra swoje, pach, pach, pach, schodzi i tyle go widzieli. Pojawia się jakaś interakcja między nami, że on coś zagada, mi przygada, ja się odbijam i może to wyglądać, że się spieramy. Ale to jest tak, jak byśmy gadali prywatnie, ale wszyscy to słyszą. No to odpowiem tym wszystkim, którzy się dziwią, że jeżdżę na Wasze koncerty do różnych miast – właśnie po to, by chłonąć atmosferę koncertu, bo każdy z  nich jest inny. Bo inaczej będziecie się zagadywa-

li… Jak wtedy w Kruszwicy, gdy popłakaliście się ze śmiechu na początku koncertu dożynkowego. Czasami są też koncerty, w  których nie gadamy, bo ani on nie ma na to ochoty, ani ja. Dlatego to nie jest przygotowane, to się dzieje nagle. To się może wydarzyć w piątej minucie koncertu, w pięćdziesiątej, albo w ogóle. Jesteśmy spontaniczni, mimo upływu czasu i mimo wieku, jaki posiadamy już (śmiech). Zapytam teraz o  „gitarowy podział ról”. Jesteście z Mańkiem gitarowcami… Ja bym nawet powiedział, że gitarzystami, dla ułatwienia. A jak powiedziałem? Gitarowcami. Ale „gitarowiec” jest niezłe (śmiech)! Już mi się podoba „gitarowiec” (śmiech). I teraz pytanie mam takie – jaki jest Wasz podział ról gitarowych? Wiadomo, że Lo jest basowcem, basistą… Basowcem (śmiech)?! Basowiec i  gitarowcy, jest dobrze… (śmiech). Z przejęcia się plączę (śmiech). No patrz, teraz dzięki tobie można określić zespół w ten sposób: basowiec, gitarowcy i  perkusowiec (śmiech). I jest jeszcze wokalowiec (śmiech)… Tylko klawiszowiec tu nie pasuje (śmiech). Klawiszowiec jako klawiszak? (śmiech). Klawiszak OK (śmiech). No dobrze, to jaki jest podział ról między Wami „gitarowcami”? Najczęściej jest tak, że ja staram się układać gitary rytmiczne, a z kolei Maniek jest gitarzystą melodyjkowym. Mi to pasuje, jemu to pasuje. Nie odczuwamy takiej potrzeby, że ja muszę odegrać jakąś cudowną melodyjkę, a on zagrać cudowną solówkę… Nie, to nie ma znaczenia, to jakoś samo z siebie wychodzi. A czy specyfika Waszego grania nie powoduje, że się czasami zamieniacie? Oczywiście, że tak! Czasem ja zagram jakiś kawałek instrumentalnie, a on w tym czasie zagra coś podpokładowego, bo tak nam się lepiej gra, bo tak czujemy dane momenty. Nawet w Pidżamie ze Sławkiem Mizerkiewiczem nigdy nie konkurowaliśmy w byciu „gitarowcami”. W dobrym zespole polega to na współpracy, a nie na sileniu się na maksymalny indywidualizm. Zespół to pewna całość. I tak jest w przypadku Strachów. A że bardziej medialnie kojarzony jest Grabaż, no to luz. Jest wokalistą. Wiadomo, że dziennikarze wpierw przychodzą do wokalisty, bo to jest twarz pierwsza, ta która wydaje z siebie dźwięki. A jeśli potrafi wydawać dźwięki i potrafi śpiewać, to może ma jeszcze coś do powiedzenia. Mi nawet nie chodziło o  podział ambicjonalny, ale o kwestię różnic gitarowych. Tak, mamy różne gitary, różne piece i niektóre rzeczy lepiej brzmią, gdy on je zagra, inne – gdy ja zagram. To też wynika z natury naszego grania. Jesteśmy totalnie różni, ale spotykamy się w  jednym zespole i  współpraca jest maksymalna. Czasami są takie momenty, że on mi coś pokaże, że coś można tak zagrać tak, czasami ja mu pokaże, jak coś można zagrać. Na tym polega współpraca. Właśnie o tę współpracę i więź w zespole chciałem teraz zapytać. Część Strachów to dawny skład Pidżamy,

11


fot. Nikki Setnik

część nie. Jak wyglądał sam początek, jak wyglądało to Wasze zgrywanie się? Sam początek był taki, że wracając po jakimś tam koncercie Pidżamy z Warszawy, z Grabażem, pociągiem, jakoś takoś po drodze wyszło, że on ma ochotę robić coś innego, ja też ochotę robić coś nowego, a że okazało się, że obaj mamy ochotę robienia tego samego, czyli stworzenia innego bytu… A był moment fascynacji tym, co robi Manu Chao, to stwierdziliśmy, że fajnie byłoby spróbować takich rzeczy, by mieć odskocznię od tego, co robi Pidżama. Może już podświadomie czuliśmy, że Pidżama w  pewnym momencie stanie i  tam już więcej nic ciekawego się nie wydarzy, że zaczynamy żyć w  takim getcie, bo cokolwiek byśmy chcieli zrobić innego, to nagle mogłoby to być niepidżamowe, albo po prostu słabe. No to stwierdziliśmy, że warto powołać nowy twór. Ja znałem Lo z zespołu Inri – kiedyś przez parę koncertów grałem z Inri, nawet na trasę do Niemiec z nimi jechałem – więc zadzwoniłem do niego, czy nie miałby ochoty na takie inne granie. A  założenie było takie, że gramy akustycznie, ale inną muzę, o wiele lżejszą, klimaty Radia Bamba, Manu Chao… Z kolei Longin znał Mańka. A Maniek był od początku odpowiedzialny za wszystkie instrumenty rytmiczne, czyli za cokolwiek, co wydaje dźwięki, a  nie jest gitarą, ani basem: bębenki, do nóg przywiązaliśmy mu zestaw dzwonków, jakie mają owce, żeby to też wydawało dźwięki. I  pierwszy koncert w  Legnicy – nie pamiętam, jak to się nazywało, „Spotkanie Poetów”, czy jakoś tak – zagraliśmy jako czteroosobowy skład ludków. Wystąpiliśmy w kapturach na głowie, by stworzyć inny klimat, co było najgłupszym pomysłem, bo słabo było słychać. Nie dość, że chujowo wyglądasz, to jeszcze słabo słyszysz… Ale jakoś udało się to zagrać, a  ja zauważyłem, że ludziom zaczęło się to podobać. Ludzie wiedzieli kto w tym składzie gra – to się wówczas nazywało Grabaż I Ktoś Tam Jeszcze. A jak się w dupie zrobiło fajnie, że wychodzi akustycznie – próby wówczas robiliśmy u Mańka żony w Chodzieży, w pracowni krawieckiej, dla czterech osób nie potrzeba było zbyt wiele miejsca: Grabaż grał na pudle, ja grałem na pudle, mieliśmy jeden piecyk basowy Lo, a reszta przeszkadzajek to Maniek, nie potrzebowaliśmy mikrofonów do śpiewania – to zaczęliśmy próbować czegoś mocniej. Tak sobie myśleliśmy, że gdyby kawałki zagrane akustycznie zagrać normalnie,

12

nabrałyby jeszcze innego wymiaru. I pierwszy telefon wykonaliśmy, wiadomo, do Rafała, perkusisty z Pidżamy. A to taki człowiek, że gdy mówisz mu, że dobrze by było, by zagrał, to on przyjeżdża i po prostu gra. Jest jednym z  najbardziej bezproblemowych perkusistów, jakich udało mi się poznać. Powiesz mu co ma zagrać i kiedy, to on sobie jeszcze kilka swoich rzeczy wymyśli i nie stwarza żądnych problemów. Genialnie z  takimi ludźmi się pracuje. Masz zawsze tę pewność, że zawsze będzie pod ręką i  że zrobi wszystko, by być. Nawet, gdy ma swoje jakieś wielkie problemy, jak każdy normalny człowiek, no to na pierwszym miejscu jest zespół. Szerzej powiem: jedna z najtrudniejszych rzeczy, jest bycie muzykiem, jeśli masz rodzinę, jakąś kobietę, no bo niestety, by zespół trwał, musi być na pierwszym miejscu. Niestety, na tym cierpią ludzie najbliżsi, ale jeśli tego nie potrafią zrozumieć, to sorry… to też jest rodzaj pracy, ale nie takiej, że idziesz na sześć lub osiem godzin i  kończysz o  14.00 i  potem masz wolne, ale czasami pracujesz dwadzieścia cztery godziny na dobę. Bo przychodząc po próbie do domu też o tym myślisz, układasz sobie kawałki. To ciężki kawałek chleba i trudno niekiedy to niestety pogodzić. Ja tego jeszcze nie rozgryzłem i może nigdy tego nie rozgryzę, ale muzyków traktuje się jako takich freeków, którzy nie pracują, a mają pieniądze. A trzeba poświęcić mnóstwo czasu, by efekt finalny, jakim jest płyta, się pokazał. Po raz pierwszy na Rock In Arena stałem bardzo blisko sceny i po raz pierwszy widziałem, jakie napięcie towarzyszy Wam podczas występu! Był luz, oczywiście, ale było widać, jak wzajemnie kontrolujecie się wzrokiem, jak wspomagacie gestami Horna, który zresztą zagrał z Wami taki koncert po raz pierwszy. No Horn był usrany na samym początku. Mimo, że jest zawodowym muzykiem, mimo, że gra w  zespole The Cuts, no to wczoraj miał takiego fefra, że ja cię pierdzielę! Można na występ muzyków spoglądać na zasadzie „wchodzą-grają-zgarniają kasę”, ale po koncercie na Rock In Arena widać było, jaka to praca. Napięcie nie przeszkadzało w utrzymaniu więzi z publiką, ale wysiłek było widać. U nas podstawą takich zachowań jest to, że jesteśmy kumplami. Nie jesteśmy muzykami sesyjnymi, którzy spotykają się po to, by zrobić jakąś tam rzecz, ale jesteśmy normalnymi kumplami. Rzadko spotykamy się poza próbami i  koncertami, ale jak już się spotkamy, jak ze sobą przebywamy, to są to przede wszystkim więzi przyjacielskie, a dopiero później, użyję takiego stwierdzenia, więzi pracownicze (śmiech). Przyjaciel przyjacielowi prędzej powie, że coś mu się nie podoba, że coś jest nie tak, że coś idzie nie w  tę stronę. A  z kolei osoba, której to mówisz, nie jest twoim przyjacielem, to tego nie zrozumie. Jak w przyjaźni międzyludzkiej – przyjaciel, jak dla mnie, to taki człowiek, który ci powie wszystko, ale zrobi to w taki sposób, że pójdzie ci to wszystko w pięty. A z kolei ty nie możesz odrzucić tej opinii, bo wiesz, że to gościu, który cię lubi, cię ceni i musisz to przyjąć, nie? Dochodzimy do Horna. O to, jak się czuje w zespole, zapytam za czas jakiś jego samego, ale Ciebie chcę


zapytać o to… Dlaczego on? Z jednej strony dlaczego on, ale też o  to jak go odbieracie? Widać Waszą sympatię dla niego i to, że się wspieracie. Przede wszystkim sami – i to w czasie, gdy nie było jeszcze Horna, a gdy był Areczek – staramy się na scenie wzajemnie wspierać. Jak coś się spieprzy, trudno, razem idziemy do przodu, nie przerywamy. Ale są też czasem momenty zabawne, jak ktoś puści jakiegoś fałsza, to wszyscy z niego leją, niestety, że wrócę do tego Muppet Show… Największa jest wówczas zabawa, gdy komuś coś nie wyjdzie, wówczas wszyscy z niego lejemy: no nie poszło ci kolego (śmiech). Pytałeś o Horna. Przychodzi nowy człowiek do zespołu, choć Tomek nie stał się człowiekiem zespołu, tylko muzykiem, który z nami gra po tym jak Arek zrezygnował z grania z nami, to stwierdziliśmy, że nie szukamy już następnych członków zespołu, że stawali się członkami zespołu sensu stricto, tylko wolimy jak najszybciej znaleźć kogoś, kto będzie z  nami grał. A  najbliższy temu wszystkiemu był Tomek, który raz, że nas zna bardzo dobrze, nagrał wszystkie nasze płyty, a dwa: potrafi bardzo szybko wejść w  nasz klimat. Założenie było też takie, by nie grał tak samo, jak Areczek, nie używał tych samych brzmień, ale by dał też coś od siebie, to w czym on najlepiej się czuje. Nie powiem, że to świeża krew, bo było by to złe sformułowanie, ale to taka wartość dodana. Nawet w starych kawałkach gra nieco inaczej. Bez sensu byłoby, by był takim samym Areczkiem, bo się nie da. Arek to był Arek, Tomek to jest Tomek, dwie różne osoby, dwa totalnie różne style i podejścia do muzyki i style grania i niech tak będzie. Wiadomo, że będziemy Tomka cały czas wspierać, chcemy by dobrze się u nas zaaklimatyzował. Kiedy będziemy się spotykali 24 godziny na dobę. Myślę, że damy radę. Czego oczywiście życzymy! Na strachowym DVD rzuciłeś taką kwestię, że cieszysz się, że płyty, które nie podobają się Grabażowi, w rzeczywistości są udane. Na czym polega różnica w  postrzeganiu przez Was efektów Waszej pracy? To takie ścieranie się negacji z aprobatą. Grabaż ma taki rys charakterologiczny, że on jest na „nie”. Zawsze wychodzi i  dzień zaczyna na „nie”. A  z kolei ja go trochę znam i  wiem, że jeśli u  niego jest „nie”. To efekt finalny jest taki, że jest wszystko OK. Że jest o  wiele lepiej niż jemu na początku się wydaje. On zresztą też sam do tego dochodzi – choć nie mówi – że to „nie” na początku było niepotrzebne. On woli na zapas się obawiać albo myśleć o rzeczach gorszych, złych, niż aprobować wszystko. No taki człowiek. Ja jednak wolę wszystko zaczynać na „tak”, najwyżej później będzie na „nie”, no trudno (śmiech). Może o to chodzi, byśmy się od siebie różnili? I to różnili ładnie (śmiech)! A’propos negacji i  aprobaty… Chciałem zapytać o  Piłę z  „Piły Tango”. Opowiada o  konkretnych ludziach… No nie, to nie jest o konkretnych ludziach. Na tym polega cała zabawa, że jest to opowiadanie o postaciach, które

byś znalazł w każdym innym mieście. Obojętnie, jak by one miały na imię, jakby się je nazywało. Dlatego, moim zdaniem, ta piosenka zrobiła taką furorę, dlatego stała się tak powszechna. Właśnie przez to – każde miasto ma swoich przedstawicieli w tej piosence. Każde miasto ma takiego Kozaka, który jest postacią medialną, każde miasto ma kogoś innego z tej piosenki. Działa to na zasadzie: u mnie w Pcimiu jest taki człowiek, jak w tej piosence tylko użyte są inne imiona. Ale nie wierzę, że ta piosenka nie zrobiła żadnego wrażenia wśród znajomych albo wśród tych, którzy zostali w niej opisani… Na początku zrobiło to wrażenie na znajomych, szczególnie tych, którzy poczuli się opisani. Ale starałem się tłumaczyć to w ten sposób: stary, to nie o tobie, nie właź na piedestał, nie chciej być sławny. Piosenka jest o postaci, o sytuacji, ale nie bezpośrednio o tobie. Niektórym z tych wymienianych było to nie na rękę, bo im się to nie podobało, ale tłumaczyłem: to nie o tobie, ale o postaci zachowującej się jak ty, ale tylko tyle… No dobra, ale pojawia się ktoś, kto biegał z cegłówką, pojawiają się miejsca, jak „U Budzików”, pojawia się INRI, czyli realne byty… Gdyby ktoś podłożył w  każdym mieście nie „U Budzików”, na przykład „U Skarabeuszy”, gdyby takich Zbigów i Baców, których w całym kraju jest o wiele więcej, zastąpić realnymi postaciami, to wychodzi nam, że to piosenka o pewnych sytuacjach, a nie o osobach z krwi i kości. To jest właśnie poetyka – piszący część rzeczy bierze ze swojego życia, część wymyśla, by sytuację ubarwić, żeby sprowokować… W pubie zaczyna grać „Piła Tango”. … (śmiech) no kurwa…! No patrzcie, siedzę w  knajpie z  członkiem formacji, której piosenka leci w tle. Jak się to odbiera? Na początku mnie to wkurwiało. A teraz? Wiesz, czasem chcę się poczuć osobą prywatną, która nie słucha efektów swojej pacy. Górnik też nie przynosi węgla do chaty, no chyba, że ma piec, to trochę wówczas przyniesie, wiadomo… Ale teraz już tego nie słyszę, nie chce mi się już na to zwracać uwagi. Wlatuje jednym uchem, wylatuje drugim. Nauczyłem się tego nie słuchać. Hmmm, a gdyby ta muzyka trafiała do lokali z karaoke, to też byś się tak czuł? Już trafia! I jak to odbierasz? Niech trafia! Jeśli ktoś ma coś takiego ochotę zaśpiewać, to niech śpiewa, mój Boże! Ostatnio kolega napisał do mnie, czy mógłbym mu podesłać funty jakichś kawałków, bo chciałby je sobie pograć. Proszę bardzo! Nie tworzymy tego tylko dla siebie i  mnie zamykamy tego tylko pod postacią płyty, tyko możemy się tym z ludźmi dzielić. No to o co chodzi? Nawet zespoły weselne niektóre kawałki grają! A szczególnie „Dzień Dobry Kocham Cię” – szlagier. Fajnie jest, że ktoś się odezwie i  zapyta, czy może to zagrać. To jest przyjemne. Już o tę rzecz pytałem Grabaża, ale i Ciebie zapytam – o te prześmiewcze dialogi na końcu piosenek na pły-

13


cie „Piła Tango”. Dlaczego tylko tam to się pojawiło? Bo mieliśmy wówczas taki pomysł, by między kawałkami, zamiast przerw, pojawiło się coś jeszcze, by coś się zdarzyło. No to wymyślało się te skecze na miejscu, w studiu, na zasadzie pełnej spontaniczności. Po co? To miało być tylko na tej płycie. Zrobienie tego jeszcze raz byłoby powtarzaniem tego, nie wywołałoby już takiego wrażenia. Stałoby się tylko kopią, kolejnym odcinkiem. Tak jak tysiąc siedemset którymś tam odcinkiem „Bogatych i biednych”, czy jakoś tam. Śpiewaliście w  duetach z  Renatą Przemyk, z  Vinim Corsini, z Kazikiem czy Natalią Fiedorczuk. Wiemy już, że macie pewien przesyt grania w duetach… Nie tyle w duetach, ile z kimś... Ale tak z perspektywy czasu, jak to oceniacie? Były to fajne przygody, naprawdę fajnie się z tymi ludźmi współpracowało. Jednak organizacyjnie zajmuje to tyle czasu i  tak wiele wysiłku, że stwierdziliśmy, że na razie nie. Ten etap współpracy z różnymi ludźmi już przeszliśmy. Może to jeszcze kiedyś powróci, nie wiadomo. Jesteśmy na tyle wolni w tym co robimy, że możemy zrobić wszystko, pójść w każdą stronę, nawet zagrać kawałki od tyłu (śmiech)… Cytat z „Gościa”: „Andrzej znany jest ze swojej chorobliwej niechęci do ruszania się”. Czy ta opowieść o  przejęciu piętnastu poduszek w  busie to prawda, czy przerysowanie? Jest to olbrzymie przerysowanie, bo nie piętnaście, a trzy, ewentualnie cztery. Ponieważ jako normalny człowiek lubię w samochodzie mieć wygodnie, skoro siedliska są mało wygodne, to człowiek otacza się tym, co jest wygodne. Dwie poduszki mam przy lewej ręce, ponieważ tam jest blacha samochodowa, która jest zimna. No to dlaczego zawsze mam mieć zimny łokieć nie wystawiając go z samochodu? (śmiech). Używam więc poduszek z tej jednej strony, używam poduszki pod dupę, by nie bolała przy długim jeżdżeniu. A jeszcze jedna pod głowę, bym mógł sobie wygodnie przysnąć. Skoro spędzamy dużą część swego życia, to niech to będzie pewna namiastka miejsca, w którym człowiek dobrze się czuje. A faktem jest, że poduszek mam najwięcej. A co do niechęci do ruszania się? A na scenie też nie ruszasz się za dużo… Ale wczoraj ruszałem się (śmiech)! I  to niemało! Teraz wchodzę w etap tańca, bo mam na to ochotę, ale wiesz, ja nie jestem tancerzem, który ma tańczyć, podrygiwać i skakać, a przy okazji grać. Robię to, na co mam ochotę. I czy się ruszam, czy nie, to zależy od tego, jak się w danym momencie czuję. Jak nie mam ochoty się ruszać, to się nie ruszam, bo jak mi wygodniej. Tak jest i tyle, no… Twoja znajomość z Grabażem od początku stanowiła siłę Pidżamy i  Strachów. Gdybyś miał użyć jednego słowa na określenie tej przyjaźni to byłoby to… Przyjaźń. Znamy się jak łyse konie, chociaż wydaje mi się – i  bardzo dobrze – że nie znamy się tak naprawdę do końca. Że istnieją takie sfery, na które ani ja, ani Krzychu nie mamy ochoty wchodzić. Na tyle, na ile potrzeba żeby się znać, to się znamy, ale są obszary w których o sobie

14

wiedzieć nie musimy wszystkiego. To nikomu nie jest potrzebne. W przyjaźni też musi być odrobina prywatności. Kiedyś mi wygarnąłeś – i  słusznie – że zajmowałem się polityką, ale Ty w  roku 1989 byłeś kandydatem Kolektywu Zbitych Psów do parlamentu studenckiego UAM. Czy pamiętasz program? Oczywiście… No to słucham. … że nie pamiętam (śmiech). Kolektyw Zbitych Psów powstał jeszcze w trakcie strajków studenckich. Spokojnie użyję słowa, że była to organizacja anarchistyczna. Ale w tym dobrym tego słowa znaczeniu, taka trochę bakuninowska: nie tyle burzenie i rozpierdol, co negacja zastanego stanu rzeczy. Uczestnicząc wówczas w strajkach wiedzieliśmy, że takie skrajne rzeczy, jak my proponujemy straci sens dla nas samych, bo w pewnym momencie znajdą się tacy, którzy robią wszystkim tylko po to, by sytuacja ucichła. Jest to w ludziach bardzo dziwne, bo w pewnym momencie, jak się pojawi okazja, że można coś dla siebie zrobić, uzyskać – nawet nie o pieniądzach myślę – to przestają myśleć i walczyć o innych. Bo czujesz się syty i czym więcej żresz, tym żreć chcesz jeszcze więcej. Masz pięć telewizorów, chcesz mieć szósty. No i wracam do Kolektywu Zbitych Psów – w akademiku w  kręgu kilku osób stwierdziliśmy: tu jest NZS, tam jest ktoś inny, tam jeszcze kto inny, no to czemu nie pójść z ciemną flagą z literą A? zresztą dzięki Kolektywowi Zbitych Psów wyjechaliśmy z  Grabażem i  jakimś tam jeszcze kolesiem na wymianę międzynarodową do Niemiec. Razem z nami jechało jeszcze kilka innych osób z innych organizacji. I my tam występowaliśmy jako goście, którzy mają wyjebane na wszystko (śmiech). I dzięki temu zrobiliśmy furorę. Fajnie było tworzyć coś, co nie było nachalnie na „nie”, ale próbujące uruchomić w ludziach takie przekonanie, że buntować się można zawsze. Z wiekiem rodzaje buntu są inne. Przecież rozwój nie polega na wojnach, bo to karykatura rozwoju, ale na tym, by nie zgadzać się na stan zastany, bo każda sytuacja zastana kończy się marazmem i przyzwyczajamy się do czegoś, co jest złe. I lepiej nie przyzwyczajać się do złych rzeczy, by cały czas dążyć do poprawy takich sytuacji. Taki bunt ma różne oblicza, w naszym przypadku był to Kolektyw Zbitych Psów. Zresztą nazwa z beczki, ale robiła wrażenie… No, ale udział w budowie wolnego Poznania macie. Oczywiście! Przecież przejęliśmy strajk okupacyjny tutejszego Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Ale liberałowie wszędzie nas wyjebywali – ci buntownicy-ugodowcy, tak bym ich nazwał, w pewnym momencie przejęli rolę. W każdej rewolucji ci najbardziej zaangażowani potem tracą głowę i idą na szafot, jak w Rewolucji Francuskiej. Wyście nie zginęli, ale uniwerek Wam nie podziękował. Nikt nam nigdy za nic nie dziękował, ale też żadnych takich podziękowań nie oczekiwaliśmy (śmiech). Na koniec pytanie o koncert w więzieniu. Rzecz niesamowita… Jak dla mnie, to jedna z  najbardziej traumatycznych


przeżyć, bo powiem ci, że trochę się wahałem. Przecież w więzieniu siedzą – obok tych, co siedzą za niewinność – też tacy ludzie, którzy jednak coś w swoim życiu spieprzyli, czasem nawet bardzo grubo. I  zastanawialiśmy się, czy robimy dobrze, w tym sensie, że akceptujemy to, że jest to miejsce dla osadzonych, a nasz koncert będzie taką pochwałą dla tego, co zrobili w  swoim życiu. Ale z drugiej strony stwierdziliśmy – i przekonał nas do tego tamtejszy wychowawca – że jest też grupa osadzonych którzy już zrozumieli, że coś spieprzyli i starają się myśleć w  inny sposób. To była bardzo wyselekcjonowana grupa ludzi uczestniczących w  koncercie, którzy zaczynają powoli myśleć o  rzeczywistości. Zrozumieli swoje błędy, że teraz za nie odpowiadają, ale i rodzi się w nich taka małą iskierka, żeby zacząć coś z tym swoim życiem robić. Coś nowego. I  dlatego też zgodziliśmy się. Sam koncert odbywał się dla ludzi, którzy mogli klaskać, ale musieli stać w miejscu. I pomimo swojego wyglądu, że na ulicy portfel byś takiemu na kiju podał, by tylko do ciebie nie podchodził, widzi się w ich oczach jakiś rozum. Były zajebiste reakcje – dostaliśmy od niech też trochę prezentów: jakieś rysunki, pamiątki wyrabiane przez nich. Oni też współorganizowali ten koncert. Trzeba było te wszystkie rzeczy przenieść, scenę zbudować. Sami się w ten sposób resocjalizowali. Były jakieś sygnały po Waszym koncercie? Tak, tak! Wyświetlił się jeden gość, który wtedy akurat siedział i  był na tym koncercie, teraz już na wolności, i napisał, że to było dla niego niesamowite przeżycie. Nie tyle to odmieniło jego życie, ale coś w nim zadrgało. Nie wiem, co z nim się teraz dzieje, bo nie muszę, ale jak wyszedł od razu dał znać: chłopaki, dzięki. Taki koncert w więzieniu zagraliśmy raz i nie wiemy, czy chcielibyśmy do takich miejsc wracać. Taki świat jest nie do pomyślenia dla kogoś, kto sobie chodzi wolno na ulicy. Wchodzisz do takiego budynku i tak on przygniata. Widzisz kraty, pozamykane drzwi, są cele, gdzie siedzi dwanaście osób! Na małej przestrzeni! No to na sam koniec zapytam o Piłę. Jakbyś ją zareklamował? Hmmm… Nie, nie będę reklamował tego miasta. Niech się zajmą tym ci, którzy powinni to miasto reklamować. W tym mieście nikt nam nie pomaga i może bardzo dobrze, bo nic nikomu nie musimy zawdzięczać, ani pojawiać się na imprezach, na których nie chcemy. Ale to jest miasto do życia, jak dla mnie. Mam tu grupę znajomych, przyjaciół. Wszędzie jest blisko (śmiech), nie jest to miasto najdroższe do życia. Tylko to miasto upada… Nie ma zakładów, które zatrudniałyby ludzi. Został praktycznie tylko Philips, ale też pewnie będzie powoli będzie się zamykać, bo jako prywatna firma pójdzie tam, gdzie jest taniej. Ludzie tracą pracę, a w miastach, w których nie ma pracy, tam jest najwięcej knajp na jednego mieszkańca. Dopóki władze miasta nie zrozumieją, że najważniejsze jest tworzenie nie tyle miejsc pracy, bo miasto nie tworzy miejsc pracy, miejsca pracy tworzą ludzie, ale stworzenie warunków dla tych, którzy chcą tworzyć miejsca pracy, by im się to opłacało, no to miasto nie będzie się rozwijało.

Miasto myśli tak zwanym interesem miejskim, co „nam się z tego opłaci”. A jest to dla mnie głupie myślenie, bo jeśli pojawi się choć jedna osoba, która zatrudni pięć osób i da mu się na pewien czas zastosować ulgę podatkową, że pozwoli mu się na rozwinięcie działalności, to po jakimś czasie ta osoba zatrudni następnych piętnaście osób, czy pięćdziesiąt, sto czy pięćset, a  to już ma znaczenie , bo mający pracę zaczynają napędzać rynek, bo zaczynają te pieniądze wydawać, wynajmować mieszkania. I  to jest napęd dla gospodarki, a  nie to, że ktoś za metr kwadratowy zapłaci miesięcznie dwieście złotych. Takie myślenie to relikt komunistyczny, że miasto coś z tego musi mieć. Miasto zawsze będzie coś miało, jeśli ludzie będą się bogacili. Ostatnie pytanie dotyczące !TO! Od początku zakładaliście, że ta płyta będzie zupełnie inna niż „Dodekafonia”, czyli ma być lżejsza? Miała być inna. By się nie powielać. No bo mogliśmy wydać jakieś sto „Dodekafonii”, albo siedemdziesiąt „Pił Tango”. Czy po reakcjach i recenzjach, które czytacie czujecie zrozumienie dla Waszego pomysłu o innej płycie? Z tego, co czytam, to wydaje mi się, że znowu zrobiliśmy krok do przodu. I wcale nie staliśmy nad przepaścią, tylko nadal podążamy w swoim kierunku. Robiąc płytę nie myślę, czy będzie się podobać, czy nie – płyta to zapis pewnego stanu emocji w  danym momencie. I  próba podzielenia się tymi emocjami z  tymi, którzy będą jej słuchać. A już cała ocena, to ocena słuchających. Każdy ma prawo inaczej odbierać teksty i każdemu ma prawo podobać się zupełnie coś innego. Jestem przekonany, że to płyta dobra. Na ten moment, w którym ją skończyliśmy. Zajmując się z Longinem produkcją tej płyty mogliśmy ją produkować jeszcze długo. Bo za każdym razem, gdy robiliśmy jakiś miks, to raz nam się to nie podobało, tamto nie podobało i  trzeba było poprawiać. W pewnym momencie powiedzieliśmy sobie – dobra, stop. Bo to by trwało do końca życia. Dziękuję za rozmowę. Jakaś myśl na koniec? Jakaś kropka nad i? Dziękuję również. Myśl na koniec? Myślcie pozytywnie i narodzie nie wkurwiaj się, bo jak się wkurwiasz, to przede wszystkim niszczysz siebie samego.

15


19-21 lipca 2013

HUNTER / BEDNAREK / WŁOCHATY / MARIA PESZEK FA R B E N L E H R E / M E L A K O T E L U K / M U C H Y THE MENZINGERS / FRANK TURNER / I AM GIANT DR MISIO / OCN / TRÉS B / CHEMIA / SKUBAS L E N I W I E C / B R U D N E DZ I E C I S I DA / C F 9 8 POWER OF TRINIT Y / R AGGAFAYA / RUST CURLY HEADS / LOVELOT / Z A Z U Z I CLINTWOOD / P O R N O PA R A R I C A R D O ORGANIZATOR ORGANIZATOR ::

PARTNERZY: PARTNERZY

: :

SPONSOR SPONSOR

PATRONI PATRONI : :

16

WWW.JAROCINFESTIWAL.PL

Bilety: www.jarocinfestiwal.pl, www.ebilet.pl, www.ticketpro.pl, www.eventim.pl, JOK


Dlaczego warto w tym roku przyjechać do Jarocina? W tym roku przyjechać do Jarocina, ponieważ Jarocin, jak co roku, toi specjalnymi programami. Jest to festiwal, gdzie zespoły nie odgrywają kolejnych koncertów, tak jak zawsze w klubach, tylko mają specjalne występy. Najbardziej chyba dumni jesteśmy z tego, że Hey w całości zagra „Fire”, czyli debiutancki album z 1993r., z okazji 20-lecia tego krążka. Długo ich namawialiśmy, ale udało się nam grupę przekonać i zagrają tę płytę w całości. Będą też inne super-koncerty. Na pewno będzie to występ Izraela z gośćmi, których zaprosili Robert Brylewski, Darek Malejonek – będą m.in. Muniek Staszczyk, Milo Kurtis. Będzie koncert Moskwy z  okazji 30-lecia kapeli – będą też goście specjalni, jak Titus z  Acid Drinkers, będzie młody chłopak z punkowego zespołu z Torunia, który gra na płycie „Tribute to Moskwa”. Dodatkowo, atrakcyjne zespoły z  zagranicy: Suicidal Tendencies, Misfits, Marky Ramone’s Blitzkrieg, legendy

punkrocka, hardcore’a, które rzadko można w Polsce zobaczyć. To czas i powód, by jechać do Jarocina. Warto pamiętać, że bilety i karnety do końca czerwca są tańsze, od 1 lipca o 10 zł droższe. Oczywiście na samym Festiwalu też można je nabyć, ale przestrzegam przed sytuacją sprzed dwóch i trzech lat, kiedy wszystkie bilety i karnety zostały wyprzedane przed festiwalem. Nie warto więc czekać do samego końca. Na stronie internetowej Festiwalu jest informacja o polu namiotowym i namiary na osobę, która zajmuje się jego prowadzeniem. Tradycyjnie już trzeba pamiętać, że na teren Festiwalu nie wolno wnosić alkoholu i swojego jedzenia – są tam specjalne punkty gastronomiczne i z nich można korzystać. Zapraszam! Tomasz Waśko, Go Ahead

FESTIWALOWE LATO 2013

Lato to tradycyjnie już czas festiwalu. Muzycznych, teatralnych, filmowych… Czego dusza zapragnie. Nie będziemy na wszystkich, nie o wszystkich da się napisać, przedstawiamy jednak kilka najciekawszych, na których warto być, bo dają gwarancję wspaniałych przeżyć. Subiektywny przegląd festiwalowego lata Cafe Sztok Brave Festival, 7-12 lipca, Wrocław „To festiwal o świecie, który umiera, odchodzi i zginie, jeśli nie zrobimy czegoś, aby ten proces choć trochę powstrzymać. Festiwal ludzi, którzy nie godzą się na wzorce lansowane przez kulturę masową, ludzi, którzy szukają najgłębszych z możliwych źródeł inspiracji – inspiracji wewnętrznej” – dyrektor artystyczny Grzegorz Bral Tegoroczna edycja odbywa się pod hasłem ”Przeciw wypędzeniom z kultury”. http://2013.bravefestival.pl/ Seven Festival, 11-14 lipca, Węgorzewo Najdalej wysunięty na północny wschód kraju festiwal rockowy, łączący muzykę i ekologię. Podczas dni festiwalowych swą działalność promuje między innymi znana światowa organizacja ekologiczna – WWF. http://www.sevenfestival.com/ Reggaeland 2013, 12-14 lipca, Płock Największy polski festiwal muzyki reggae. W  tym roku będzie grało ok. 50 wykonawców z kraju i ze świata. Podczas festiwalu będą prezentowane różne odmiany tej muzyki – roots reggae, dub, ragga, dancehall, jungle, ale również ska i rocksteady. www.reggaeland.eu/ Jarocin Festiwal, 19-21 lipca, Jarocin Najbardziej znany, prestiżowy i  największy polski festiwal rockowy, posiadający najdłuższą historię. Występują na nim

znane kapele z kraju i świata. To właśnie festiwal jarociński zespoły wybierają na miejsce świętowania swoich najważniejszych rocznic. Wypowiedź Tomasza Waśko poniżej. www.jarocinfestiwal.pl Przystanek Woodstock, 1-3 sierpnia, Kostrzyn Nad Odrą 10. edycja Przystanku w Kostrzynie to jednocześnie 19. edycja w jego historii. To od początku swoistego rodzaju podziękowanie za Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy w formie festiwalu muzycznego. http://www.wosp.org.pl/przystanek_woodstock OFF Festival Katowice, 2-4 sierpnia, Katowice Założony przez Artura Rojka festiwal jest dla wielu początkujących kapel początkiem długiej i wspaniałej drogi po polskich scenach. Tak będzie i w tym roku… http://off-festival.pl/ Solidarity Of Arts, 17 sierpnia-8 września, Gdańsk Polska tradycja „Solidarności” – wolnościowego ruchu w  Europie Środkowej – przyciąga światowych artystów, świata muzyki, teatru. W  Gdańsku, miejscu polskiego zrywu, odbywają się prezentacje, koncerty, występy, speklakle. http://www.solidarityofarts.pl/ Roger Waters, 20 sierpnia, Warszawa „The Wall” to jeden z  najważniejszych albumów rocka. Zawita również do Polski w formie rockowej opery. A z nią Roger Waters, współtwórca największych sukcesów Pink Floyd. Bilety drogie, choć dla zainteresowanych cena zapewne warta poniesienia. Cieszanów Rock Festiwal, 22-25 sierpnia, Cieszanów Jeden z  najbardziej rozpoznawalnych festiwali rockowych w Polsce. Podkarpacki Woodstock – to jedno z najbardziej jego znanych określeń. Gra również w tym roku. www.cieszanowrockfestiwal.pl/

17


ROCK IN Poznański ROCK IN ARENA rozpoczyna sezon krajowych festiwalu muzycznych w Polsce. Tegoroczna edycja - 9 lutego 2013r. - zebrała znakomitości polskiego (i nie tylko) rocka. Tym razem dla poznańskiej publiczności wystąpili ILLUSION, DOG EAT DOG (US),HAPPYSAD, LAO CHE, JELONEK, RUST, a gwiazdą wieczory były STRACHY NA LACHY.

Lao Che wystąpiło spokojnie i w aurze magii...

Happysad miał specjalne pozdrowienie dla Poznania

18

Żywiołowy występ

Dog Eat Dog


N ARENA e

Illusionistyczni

Niekwestionowana , gwiazda wieczoru y! Strachy Na Lach

19


Koncert charytatywny

LE SZ NO

Jako pierwsi informujemy i zapraszamy do udziału w Koncercie Charytatywnym Strachów Na Lachy! Zapraszamy w  piątek 6 września 2013r. o  godzinie 19.00 w  Lesznie, w Miejskim Domu Kultury przy ul. Bolesława Chrobrego 3a. Koncerty charytatywne Strachów Na Lachy grane we wrześniu to już tradycja. Strachy grają na rzecz podopiecznych leszczyńskiej Fundacji Chorych Na Zespół Dandy Walkera. Fundacja jest organizacją non-profit stawiającą sobie za cel działalność edukacyjną i informacyjną oraz wspieranie działań mających na celu zwiększenie świadomości społecznej na temat zespołu Dandy-Walkera. Wspiera działania służące określeniu przyczyny choroby oraz poszukiwania sposobów leczenia dla złagodzenia jej skutków.

Każdy z nas może pomóc tym dzieciom – szczegóły dotyczące działalności Fundacji i związane z chorobą na witrynie internetowej http://www.fundacja.dandy-walker.org.pl Cena biletów 35 zł – można je zarezerwować telefonicznie w Fundacji i odebrać przed wejściem do MDK. Czytelników „Cafe Sztok” zachęcamy też do kupowania biletów – cała sprzedaż jest przeznaczana na dzieci. To może być nasza symboliczna pomoc dla potrzebujących! Wpłaty prosimy dokonywać na konto Fundacji w Kredyt Banku S.A. o/Leszno nr konta 21 1500 1517 1215 1005 5150 0000. W imieniu Fundacji serdecznie dziękujemy i cieszymy się na spotkanie w Lesznie!

14 marca w Biurze Literackim odbyła się premiera książki Krzysztofa „Grabaża” Grabowskiego ,,Na skrzyżowaniu słów”. Znajdziemy w niej teksty piosenek jednego z najbardziej znanych polskich tekściarzy w wyborze Krzysztofa Gajdy. Koncert zespołu Strachy na Lachy zakończy drugi dzień 18. Europejskiego Portu Literackiego Wrocław. Będzie to drugi tom nowej serii BL „33. Piosenki na papierze”, w której wcześniej ukaże się Śpij aniele mój / Bez kolacji Lecha Janerki. Celem serii jest prezentacja najciekawszych lirycznych dokonań znanych polskich muzyków, dla których warstwa tekstowa piosenek stanowi istotny element twórczości. Podczas festiwalu zobaczymy i  posłuchamy Grabaża, który wystąpi z zespołem Strachy na Lachy. To powrót do Portu, gdyż pierwszy w historii koncert grupy dziś znanej właśnie jako Strachy na Lachy odbył się na festiwalu w Legnicy w 2001 roku. Muzyk mówił o tym w wywiadzie-rzece udzielonym Krzysztofowi Gajdzie „Zadzwonił do mnie Artur Burszta z  Fortu Legnica. Wymyślił sobie do kolejnej edycji swej imprezy dwa songwriterskie koncerty: Tomka Lipińskiego i mój”. Grabaż zaprosił do Legnicy Andrzeja „Kozaka” Kozakiewicza – współzałożyciela Pidżamy Porno, do projektu przystał także „najlepszy basista w Pile” Longin „Lo” Bartkowiak, który przywiózł ze sobą na próbę Mariusza Nalepę. W  Legnicy akustyczna wówczas czwórka zagrała czternaście kawałków jako Grabaż + Ktoś Tam Jeszcze. Już po koncercie Krzysztof Grabowski mówił Marcinowi Andrzejewskiemu „Uczestniczyłeś w absolutnym początku czegoś zupełnie nowego. To właśnie w  Legnicy przesze-

dłem w te miejsca, które Alicja spotkała po drugiej stronie lustra. Dawno już chciałem tam się znaleźć. W Legnicy upewniłem się tylko, że warto się z tej drogi nie wycofywać”. Grabaż od zawsze podkreśla, że nie czuje się poetą. W książce Gościu. Auto-Bio-Grabaż mówił „Cały czas wracamy do tego, że ja nie uważam siebie za poetę. Nie jestem świadomym uczestnikiem zasad, które określają, czy dane słowa są wierszem, czy są tekstem piosenki”. Jednak już w 2001 roku w rozmowie z Marcinem Andrzejewskim stwierdził „Nie obrażam się, kiedy ktoś mnie nazwie poetą”. Krzysztof Gajda zaznacza, że w  książce nie znalazły się utwory najpopularniejsze, lecz te najlepiej oddające pracę nad słowem, poszukiwanie zaskakujących metafor, wyjątkowego obrazowania i intensywnych współbrzmień. Więcej miejsca przypadło utworom mniej znanym, w których widać elementy wyróżniające Grabaża od innych tekściarzy. „Rzadko jednak zdarza się, by autor tak szorstki w języku, tak zaangażowany w konkret społeczno-polityczny (…), był jednocześnie tak często autorem lirycznym, opisującym uczucia z taką paletą emocji – od słów najczulszych, po najbardziej pozbawione nadziei wyrazy niemożności egzystencjalnego spełnienia”. Na skrzyżowaniu słów nie ma udzielać odpowiedzi na pytanie, czy Grabaż jest „rockowym poetą”, lecz ukazać, chociażby fragmentarycznie, „słowną drogę” Krzysztofa Grabowskiego – od pierwszych płyt Pidżamy Porno, poprzez „Piłę Tango” aż po ostatni krążek Strachów „!TO!”, którego premiera zaplanowana została na 9 lutego. Autor wyboru zaproponował, aby tę podróż po 33 piosenkach Krzysztofa Grabowskiego rozpocząć od tekstów najnowszych. Dlatego trzy pierwsze wiersze książki pochodzą z nie wydanej jeszcze płyty. Na oficjalnej stronie zespołu możemy przeczytać, jak muzyk odbiera teksty z „!TO!”: „Nie ma w  nich wiele poezji, są to tylko zwykłe teksty piosenek. Chciałem napisać taką płytę – nie napinałem się, żeby pisać poezję. Chociaż kilku gości, którzy słyszeli tę płytę mówi, że to wciąż poezja jest”. I prawdopodobnie właśnie „brak napięcia” sprawia, że czytanie Grabaża przynosi taką samą dawkę przyjemności, jak słuchanie jego piosenek.


21


RECENZJE

Szaj szubidu szaj szubidu szaj szubidu szaj...

Taaak… Minęło już kilka miesięcy od czasu premiery najnowszej płyty Strachów Na Lachy, a ja nadal mam z nią problem. Nie, nie dlatego, że mnie rozczarowała lub że mi się nie podoba. Wręcz przeciwnie – to zachwycający zestaw piosenek o jaskrawych kontrastach nastrojów. Raz wyrywają do żywiołowego tańca, radości i harców, raz usadzają w fotelu i każą myśleć, jeszcze innym razem – wyciskają łzy i wywołują dreszcze. Niezwykły to zbiór emocji, barw i dźwięków. Muzycznie tę płytę ustawiają pierwsze dźwięki „Mokotowa” – gitary w większym stopniu niż dotychczas kolorują twórczość Strachów. Ewidentnie zastąpiły wszechobecne dotąd klawisze, choć te nie zniknęły całkowicie, a wyciszone grają bardziej dyskretnie. Gitary dominują – w  !TO! czarują bogactwem dźwięków, przeskoków i barw. W każdej piosence brzmią inaczej – raz jak tęcza zdobią obrysy muzycznego nieba, innym razem malują całe tło piosenki. Raz stopniują emocje i  twardo przygrywają Grabażowi, innym razem – delikatnie pobrzmiewają w tle. Po raz pierwszy – właśnie na tej płycie – słychać, jak gitary ze sobą .. rozmawiają. Tak, rozmawiają! Słyszeliście dialog gitar z  perkusją w  piosence „Bloody Poland”? Nie? To posłuchajcie jej jeszcze raz. Wyraźnie słychać, jak perkusja na zmianę z jedną z gitar twardo wygrywają rytm i prowadzą jakby spór, które z nich mocniej zabrzmi. Na początku perkusja jakby zaczepia gitarę, a ta jej zadziornie odpowiada, a potem – jakby nieśmiało – do tej swoistej rozmowy dołącza kolejna gitara, bardziej melodyjna. W kolejnej piosence zaś, „Najpiękniejszej Katastrofie” rozmowa między gitarami i perkusją jest już lżejsza, bardziej skoczna i dźwięczna – jakby chciały pokazać, że poza prowadzeniem sporów i na lżejszą rozmowę je stać. Wielki wór z dźwiękami rozsypuje się w „I Can’t Get No Gratisfaction” – gdy będziesz miał, drogi czytelniku, okazję odkręcić radio na cały regulator usłyszysz istny wehikuł dźwięków. Tam gra wszystko – gitary, bębny, talerze, wszystkie struny świata, klawisze, dzwonki, basy, trąby, trąbki… – istne rydwany dźwięku! I gdyby to dźwięki miały decydować o kolejności piosenek na krążku, to właśnie „Ajkent” mógłby stanowić swoistego rodzaju muzyczne podsumowanie całej płyty. Pewną ciekawostką są dźwięki wyraźnie przypominające … smyczki. Posłuchajcie od pierwszych sekund Dźwięki, jak chyba nigdy dotąd, malują nastroje poszczególnych utworów. Czy to inny wymiar muzyki, niż dotąd grany przez Strachy? Nie znam żadnej recenzji, bo nie czytałem dotąd żadnej z nich, by nie sugerować się głosami innych – starannie odkładam je na półeczkę i zabiorę się do nich po publikacji swojej. Nie bardzo jednak uznaję, by była to płyta mocno odmienna od poprzednich, a zdarzający się tu i ówdzie głos próbujący określić !TO! jako płytę Pidżamową traktuję bardziej jako pewne myślenie życzeniowe. To nadal Strachy, choć tym razem generalnie weselej brzmiące. Słuchać tu cały dotychczasowy muzyczny dorobek formacji, są mocne rockowe brzmienia. Jest rock’n’roll stylizowany na lata 60, gdzieś tam pobrzmiewa blues… Grabaż w  kilku rozmowach przed wydaniem !TO! – również w wywiadzie dla pisma Cafe Sztok – mówił, że ma być to pierwsza płyta z piosenkami, a nie „na poważnie”, płyta

22

z tekstami do piosenek, a  nie z  poważną poezją. Powiedział wówczas tak: „Teraz postanowiłem nagrać płytę popową […] Teraz zrobiłem piosenki o dużo lżejszym ciężarze gatunkowym”. Niespecjalnie to autorowi do końca się udało. Owszem, „Mokotów”, „Sympatyczny Atrament” czy „Żeby Z Tobą Być” to piosenki pełne radości, filuternego puszczania oka do publiczności, ale są też teksty o niezwykłej nośności. Grabaż jako autor tekstów zawsze był znany z trafnych metafor i niezwykłej zdolności obserwacji polskiej rzeczywistości. Obecnie objawił swoje kolejne zdolności – jako opowiadacz stanów nieoczywistych. Krzysztof Grabowski jest znany z tego, że w kilku słowach oddaje to, co wielu z  trudem zmieściłoby na czterech kartkach. Tak jest i w przypadku opowiadania o … imprezowaniu i poalkoholowym kacu. Ile z nas przeżyło płynięcie w chmurach, ilu z nas planowało polec, bo tak zakłada plan? Podróże na chmurze, Chmura zabierze nas Tam gdzie są nory chmurze Gdzie mieszka wiatru wrak. Jeśli ktoś doszukuje się podobieństw do „Dodekafonii”, znajdzie je w  piosence „Bankrut”, poważnym dźwiękowo i tekstowo utworze. Smutno u mnie jest, tu nic nie dzieje się Czasem siąpi deszcz, a kiedy spadnie śnieg Zimniej u mnie jest, zamarzłabyś na śmierć Nie potrafię skoczyć w dół Nie umiem wyjść na brzeg. Na tej płycie znajduje się kilka ważnych tekstów – polemik z polską rzeczywistością, jak „Bloody Poland”, gdzie wskazuje na polską bylejakość, ale i  debat z  kilkoma pokoleniami. Jednym z najdonioślejszych głosów polemicznych z jego przeciwnikami i maruderami jest utwór „Gorsi”. Grabaż wielokrotnie w przeszłości musiał się zmagać z zarzutami, że „zdradził” i się skomercjalizował za nadto. W prze-


szłości próbował delikatnie to zawrzeć w słowach „Ty ciągle i wciąż masz mi za złe, że już nie mieszkam w Punk Rock City. Mieszkam w całkiem innym miejscu Polski i cierpię na syndrom sztokholmski”, teraz stawia otwarty zarzut swym polemistom. Że są bezideowi, że są gnuśni, że nie stać ich na zbudowanie żadnej idei, która by zaiskrzyła. Nie masz mi nic do powiedzenia Czy coś się w twojej głowie tli Identyczne świeczki bez płomienia Siedzi Pokolenie Pic Hej dziewczęta i hej chłopcy Kliknąć myszką – ma się wszystko … Nie możecie się zapalić Nic nie wyczytam z waszych twarzy Nie ma w tym pokoleniu woli walki i pracy – wszystko, na co wielu stać, to owo kliknięcie myszką w komputerze. ... Środkowy palec w oczy chłystkom … Możecie pora się obrazić? Jesteście gorsi niż wasi starzy. Inny wymiar dyskusji został zawarty w „I Can’t Get No Gratisfaction”. To znacznie lżejsza polemika z  hejterami zarzucającymi internet falą nienawiści. Grabaż tu obśmiewa wszystkie „sensacyjne” opowieści o znanych ludziach… A ten jeden Gienek Loska Z butów mu wystaje wioska Ten co śpiewa w Happysadzie Się porzygał na wywiadzie Tam gdzie dobrze płatna sztuka Zawsze znajdziesz Maleńczuka Popatrz Paweł Kukiz dzisiaj Od tej wódki już wyłysiał! Stałą sferą twórczości Grabaża jest miłość ze wszystkim jasnymi i ciemnymi jej stronami. Tak było za czasów Pidżamy Porno, tak i  jest w  Strachach Na Lachy. Jednym z  jej wymiarów jest niestety rozstanie. Przejmująco pisze o  tym np. w „Moralnym salcie”, czy „Dodekafonii”, ale potrafi też napisać o  niej w  sposób niezwykle lekki, jak uczynił to w „Najpiękniejszej Katastrofie”. Potrzeba było Grabaża, by uświadomić sobie, że… Nie liczyłem się z tym Że do komina iskry nie wracają … Chciałem tego sam więc mam Moją katastrofę widzę z bliska To fatalny był plan Z popiołu nie rozpali się ogniska… Wpadlibyście na to sami? Taaak, już to widzę… Poezja Krzysztofa Grabowskiego nosi w  sobie wiele siły poprzez konsolidację w  kilku wersach wielkiej, wielowymiarowej opowieści, ale też przez użycie słów i skojarzeń, które są wyjątkowo charakterystyczne dla Grabaża i jego narracji. Płyta nie zawiedzie więc miłośników grabażyzmów – tyle ich tu, i  na wesoło, i  na poważnie. Jak tu – w „Za Stary Na Courtney Love”:

Potem już byliśmy w łóżku parą oszustów Dramatycznie przypadkową szajką Nie utopiliśmy smutku Dwoje odludków na bezptasiej wyspie w smutnej bajce… Piosenka, która – mimo różnorodności emocjonalnej poprzednich – wyraźnie się odznacza od innych to przerażająca opowieść „Dreadlock Queen”. Słowami Młody płomień wolno obleka się w dym A kiedy tonie trudno pogodzić się z tym z damskim towarzyszeniem wokalnym wywołuje dreszcze i  przygnębienie. Narracja tej opowieści to historia dziewczyny, która zostaje zabita. Całość spina piękna, acz strasznie przejmująca do szpiku kości solówka gitarowa. Za każdym razem, gdy słucham tej piosenki w samotności, puszczonej „na głośno” przechodzą dreszcze, a w oczach pojawiają się łzy…. Na tej piosence cała płyta mogłaby się zakończyć, ale skoro założenie było „lżejszej płyty”, to nie mogło na niej zabraknąć „Żeby Z Tobą Być”. Ta prosta opowiastka ma w sobie szczerą moc autentycznie zakochanego, który zrobi wiele, by z nią być – a to z krokodylem powalczy, a to skoczy z mostu w Pile, a to whisky będzie pić bez coli, a to zapamięta jej charakterystyczne znaki. Nawet – co nie zawsze jest oczywiste w naszym życiu – karierę poświęci: Żeby z tobą być ogolę się na łyso Żeby z tobą być przestanę biec ku szczytom… Jeśli chciałby ktoś określać na podstawie !TO! jakiś nowy kierunek muzycznego rozwoju Strachów, to podejmie się daremnego trudu. Wszystkie kolejne płyty na dobrą sprawę zaskakiwały, każda z nich była inna od poprzedniej, żadna z nich nie tyle nakreślała nowy kierunek, co otwierała Strachy na nowe motywy. Których tu akurat nie zabrakło. Po ostrej i mocnej „Dodekafonii” przyszedł czas na lekkie, ale i nie unikające trudnych tematów !TO! Tyle tu wesołości, co i myślenia, tyle tu radości, co i refleksji. Gdyby próbować spiąć tę płytę jakąś klamrą, to byłoby nią „życie” – ze wszystkimi jego barwami, smakami i zapachami, jego radościami i utrapieniami, jego blaskami i  ciemnymi stronami. !TO! to opowieść o  nas samych, o  naszych przywarach, marzeniach, pragnieniach, kłopotach i upadkach. Grabaż pokazuje cały czas wspaniałą formę intelektualną i poetycką. Byli tacy, którzy na płycie kreskę nieroztropnie położyli po „Mokotowie”, pierwszym singlu tej płyty. Ci, którzy spodziewali się zestawu „lekko-wesoło-przyjemnie” musieli przyznać, że nie jest to takie oczywiste. Wspaniałą formą muzyczną zabłysnął Maniek, który jest z jednym z autorów linii muzycznej tej płyty. Twórczości Strachów towarzyszą emocje przyjaciół i znajomych formacji. Widać je na płycie – jakby formacja chciała poprzez nie porozmawiać ze swoimi przyjaciółmi i  znajomymi. Niezwykła to rozmowa! Szaj szubidu szaj szubidu szaj szubidu szaj…. Krzysztof Mączkowski

23


24

cafestok02