Issuu on Google+

Bez tytułu. Przewodnik po Kolekcji /Jan Kowalewicz/


bez tytułu. przewodnik po Kolekcji teksty / Jan Kowalewicz redakcja / Błażej Bauer Korekta / Karolina Więckowska Koncepcja / Anna Lebensztejn współpraca / Paulina Hyła fotografie / studio FILMLOVE, Wojciech Gilewicz Anna Lebensztejn, Rafał Sosin projekt graficzny i skład / Aleksandra Wiśniewska isbn / 978-83-62224-23-4 Galeria Sztuki Współczesnej Bunkier Sztuki PL. SZCZEPAŃSKI 3A, 31-011 KRAKÓW TEL.: 12 422 10 52, fax: 12 421 83 03 www.bunkier.art.pl Dyrektor Galerii / Piotr Cypryański Dofinansowano ze środków Ministra Kultury I Dziedzictwa Narodowego w ramach projektu „Otwarta Przestrzeń Sztuki. Edukacja kulturalna w Bunkrze”


Bez tytułu. Przewodnik po Kolekcji bunkier sztuki 2012

3


o przewodniku

>>> Tworzący w III wieku n.e. Filostrat Starszy w swoich Obrazach, prezentujących kolekcję pewnego wyrafinowanego neapolitańskiego mecenasa, sięgnął po technikę ekphrasis – barwnego literackiego opisu. Uczyniło to pełniejszą jego relację o dziełach sztuki, pozwoliło jej silniej przemawiać do wyobraźni czytelnika. W XVI wieku wenecki szlachcic i koneser sztuki Marcantonio Michiel w trakcie opisywania zbiorów gromadzonych przez zamożnych mieszkańców Wenecji i Padwy koncentrował się z kolei na ukazywaniu bogactwa kolekcji, podając przy każdym dziele jedynie najważniejsze fakty. Na przykład o słynnej dziś Śpiącej Wenus Giorgionego zanotował, że jest to płótno ukazujące nagą Wenus śpiącą w pejzażu z Kupidynem, namalowane przez Giorgia z Castelfranco, przy czym krajobraz i Kupidyna dokończył Tycjan. W powieści À rebours z 1884 roku Joris-Karl Huysmans przywoływał obrazy Gustava Moreau należące do kolekcji bohatera literackiego Jeana des Esseintes. Bogate w detale opisy scen i postaci przenikają się tam z cytatami, passusami z historii sztuki i barwnymi impresjami autora. A jak pisać o kolekcjach dziś? Jak ukazywać zgromadzone prace, aby zachęcić Odbiorcę do ich samodzielnego odkrywania i interpretowania na nowo? Jak sprawić, by prowokowały Czytelnika do przemyśleń? Proponowana Państwu książka Bez tytułu. Przewodnik po Kolekcji jest próbą stworzenia alternatywnej narracji na temat kolekcji dzieł sztuki współczesnej, niekoniecznie odwołującej się do krytyki artystycznej i opisów znanych z historii sztuki. Zadanie polegające na zderzeniu obrazu ze słowem powierzono Janowi Kowalewiczowi, młodemu pisarzowi i slamerowi występującemu pod pseudonimem Roman Boryczko. W rezultacie powstał cykl literackich impresji inspirowany pracami z Kolekcji Bunkra Sztuki. Prezentowane w Przewodniku teksty zabiorą Czytelnika w podróż wgłąb dzieł, w których autor znalazł to nieuchwytne coś, co skłania do zgłębienia ich istoty, a także pozostałej twórczości artystów. Wierzymy, że poszukiwania związku pomiędzy słowem a obrazem doprowadzą do wnikliwego przyjrzenia się poszczególnym pracom i odczytania ich na różnych, nie tylko artystycznych płaszczyznach. Ale cytując autora tekstów, nie ma co opowiadać, szkoda język strzępić. Lepiej przeczytać i przekonać się samemu.

Anna Lebensztejn

5


>>> Janek Simon, Carpet Invaders, 2002


Szimano O Janku Simonie Kiedy siedziałem w oknie, niebo się przelało. Wypadało to uczcić – dać sobie trochę luzu. Nie martwić się niczym i tak trzymać przez jakiś kwadrans. Złapać kilka głębszych wdechów i swobodnie zwiesić nogi z parapetu. Przerzucić je, jak wyślizgany chodnik przez trzepak, który z powrotem w łaskach po jałowym śnie zimowym. Darowałem sobie ten ostatni kaprys, bo tylko bym się pokłuł i wykazał mniejszą błyskotliwością od miejskich gołębi. Było wystarczająco beztrosko, aż zanadto jak na parapet. Swobodnie i bezpiecznie, jak w ziemiance wykopanej w zapomnianym sadzie z dziurą w siatce. Jak gdy z gipsem na ręce i dzwoniącymi drobniakami jechałem do sklepu po kolejne Calypso: z wysłużonym patyczkiem w ustach, na moim pierwszym rowerze z przerzutkami, by wracając, u kolegi mieszkającego dwie klatki schodowe dalej wymienić się na cartridge’e i przez następnych pięćset metrów myśleć tylko o tym, jakimi trzema literami się oznaczę, gdy stuknie high score.

7


>>> Monika Drożyńska, Między słowami, 2011


Możliwość przesiadki na inne linie tramwajowe i linie autobusowe o Monice Drożyńskiej Co za licho mnie podkusiło, żeby mieszkać przy tym neonie?! Tamci zresztą też… rąbnęli: tu teatr, a tu ten diabeł. Od niedzieli do niedzieli błyska. Boga w sercu nie mają! Nawet na noc zostawiają i tak chodzi. A jak mnie co zerwie spod pierzyny, to mam tak jasno, że nie potrzeba lampki świecić. Telewizję mam z satelity, to mi jest ganz egal. Przemek mi tak ustawił, że jak się program nie spodoba, to sobie przełączam. Ale okna? Zasłonki zaciągnę, szpilkami zepnę i nic: dalej wszystko widać! A jakie bzdury tam wyświetlają! Raz żeby kredyt wziąć, a zaraz żeby schab kupić albo majtki z okazji. Jakie majtki, kiedy kuse? „Okazja” za dwie tasiemki! I człowiekowi kłamią. Puściliby dziennik, coś z sensem. Człowiek zobaczyłby coś, dowiedział się czegoś, przyjrzał się czemuś sensownemu. W tramwaju niby są, ale maczkiem wypisane, że nie idzie czytać. Albo młodym daliby co zrobić. Niech sobie piszą, film jakiś wyświetlą albo teatrzyk. Przecież to całe miasto jest dla ludzi. Człowiek młodszy był, to był i czas: czytać, wychodzić i szukać. A teraz? Mój Przemek? Gdzie on ma czas? Tyle, co wokół siebie obrobić i spać. To jego trzeba szukać! Do niego wychodzić!

9


>>> Marcin Maciejowski, Lekarz powiedział‌, 2001


Żeby zdrowie było o Marcinie Maciejowskim Tomek jest studentem inżynierii środowiska. Jego ojciec, Mieczysław, lekarzem i zarazem radnym gminy (dziadek dotarł był na sam szczyt drabiny kariery rodzimego sołectwa). Żona Mietka, Gośka, matka Tomka, piastuje obecnie urząd brzemiennej księgowej w banku spółdzielczym. Wszyscy zawodowo podejmują ważkie decyzje, nadają znaczące szlify – to u nich rodzinne. Tomek jest Zadowolonym Ze Swoich Studiów, rodzice też. Matka akurat żadnych nie ukończyła, ale – jak to określa – jakoś żyje. Natomiast ojciec szczególnie dobrze wspomina okres niezdrowej edukacji i życia w akademiku. Życie w stadzie było wtedy na czasie i zgodne z prawem. A najbardziej z lewem. Tomek szczególnie zajmuje się tym, co lubi – rodziców to cieszy. Odzyskują wtedy czas, który stracili na tych wszystkich zebraniach. Matka bywała, bo miała przydział w kadrach. Ojciec brał wtedy dyżury. Biedny uwierzył w to wszystko na amen. Nikt by nie uwierzył, że będzie coś po tym! Niech będą pozdrowieni Ci, co nie widzieli, a biedni bogatymi. (A teraz, pełni wiary, razem z Tomkiem jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Wypada się zastanowić, co nam przyjdzie po tym.) Tomek znalazł sobie dziewczynę. Odnaleźli się w wielkim mieście – tym mniejszym z dwóch najważniejszych nad polską tętnicą. Teściów Tomka cieszy, że ich córka oczarowała sobie Śledzika, kiedy jeszcze był szczawiem. Ale to trzeba było wyjeżdżać?

11


>>> Olaf Breuning, Bez tytułu, 2006


Lin o Olafie Breuningu Lin miał dwie lewe ręce i jedną wyrastającą jakby z pleców. Dla ułatwienia nazwiemy ją „prawą”. Dzięki temu mógł więcej niż normalni (a właściwie to normalne, bo był „serce, nie człowiek”) ludzie (serca). Mógł wszystko prędzej, bo miał trzy ręce. Nasz wietnamski bohater rozbrajał spojrzeniem, niespotykanym fizis, które przewyższało inne kształtem, a w pewnych miejscach prze-szerzało, bo z twarzy był bardziej klepsydrzasty niż zwyczajny okrąg, latawiec, czy gruszasty; a w talii jak w klatce – miał to po ojcu. Skupiał się przede wszystkim na doznaniach słuchowych. Na węchowych mniej, a najmniej na smakowych. Na wzrokowych wcale, bo nie mógł: w miejscu oczodołów nic nie wyrosło. To też dostał po ojcu, chociaż ten akurat słynął z sokolich oczu – o ironio – służąc w grupie, w której notabene większość nie myślała strzelać inaczej niż z biodra. Lin taki się urodził i takim należało go akceptować, póki żył – był Wietnamczykiem podatnym na nowotwory. Na zachodzie, np. w Zjednoczonym Królestwie, mógłby dłużej przeżyć. Na jeszcze dalszym zachodzie, ale bliższym mu wschodzie, tj. w Stanach Zjednoczonych, niejeden Forrest będący w podobnej sytuacji dumnie swoje przeżył. Ojczyzna odpowiednio rzetelnie uczyła szacunku do życia. Strukturalny analfabetyzm odziedziczył po przodkach po dioksynach. Miał dwie wspomniane lewe ręce, a rozwiniętej wstęgi „prawej” nie wieńczyły palce. Zresztą nie przeszło mu przez myśl tak siebie traktować. Nie mógł pisać, to nie mógł. Znajdzie się ktoś, kto to wszystko odtworzy; albo nie znajdzie – mniejsza o większość, gdy idzie o życie. Historia dziecka spłodzonego gwałtem w jednym z wypalonych napalmem lasów poruszyłaby każdego. I to nie tyle zbyt naiwne, co geograficznie ciężko osiągalne: po prostu wejść tam, porozmawiać i nagrać materiał. Aby opisać coś okrutnie rzeczywistego, nierzadko potrzeba trochę fikcji, trochę zmyślić. A kiedy okazuje się, że życie dorównuje nierzeczywistością fikcji, wtedy można się łatwo odczarować: bańka twojego twórczego zaangażowania o zmiennej aktywności w problemy n-tego świata rozbija się o statystyczną nieistotność twoich akcji.

13


>>> Bogusław Bachorczyk, POCAŁUJ MNIE W PIERŚCIONEK, 2010


Następna stacja: Służew o Bogusławie Bachorczyku

Piotrek od małego kurczowo trzymał się wodzy fantazji. Matka wyciągała go na obiad za nos z kolejnych ceglastych tomisk fikcji. Mały Piotr kolejne lata nauki kończył piątką z przyrody, potem biologii. Amatorce krzyżówek, dumnej ze swojego syna, od zawsze służył szeregiem nierozwiązywalnych haseł. Wszedł w dorosłość z kopyta, a miał za sobą dopiero dwa sakramenty. Świat mu przedstawiony zderzył się z jeszcze mniej realistycznym realnym światem zastanym. Nie pamięta, by kiedykolwiek miał kontakt z ojcem, chwiejącym się w pamięci, plotąc androny, odkąd padł był ofiarą Korsakowa. Tamten prędko wziął syna do galopu, fundując mu dzieciństwo na oklep. Prowizorycznie poprowadził wątki: prezentów pod choinką, wczasów pod gruszą, rozwoju zdolności interpersonalnych i ogniska domowego. Zamiast tego nauczył syna: szybko spać, kilku grypsów, jak przepijać i nie sparzyć, i pić na wdechu. Kiedy ojciec wyciągnął kopyta, Piotruś po raz pierwszy odetchnął pełną piersią. Dzieciństwo odeszło razem ze zmarłym i nikt mu tego nie odbierze. Kolejne wątki pisała samotna w swojej męskości dorosłość. Wszystko było po jego myśli i według zamysłu, bo tak być musiało. Na Piotrku – a właściwie to na Panu Piotrku – żaden szablon nie leżał. Bez kompleksów przyznawał się do braku parcia na szkło. Mógł pochwalić się tym, że już jako gospodarny mężczyzna do-chował z matką trzy podpalane krzyżówki owczarków niemieckich, odnowił elewację oraz wyremontował piwnicę i instalację gazową. Zdawał na studia, kiedy był na to czas. Kiedy spróbował polskiego szkolnictwa wyższego, uznał je za zbędnie stresujące i wyłączył z diety. Żył w ten sposób: bez odwołań do tego, co odeszło i marzeń o tym, co przyjdzie. Marzenia zostawmy marzycielom, zapomnijmy o tym, co było i róbmy, co się da. Nie ma co opowiadać, szkoda język strzępić. Było? Było. Jakoś to będzie, a póki co jest to, co teraz jest.

15


>>> Małgorzata Markiewicz, Wyliczanki, 2005


Frankowski Tosiek o Małgorzacie Markiewicz Podbiałostocka podstawówka zbudowana w formie klocka. Pięć lat do kresu wieku. Wszystkie samochody marki Łada i Polonez oraz zachodnie auta jeżdżą jeszcze na czarno-białych rejestracjach. Lekcja polskiego. Nauczycielka daje czas na własne refleksje, a w klasie cisza jak makiem zasiał. Tosiek: (przewrotnie) Nie wiem, co urzekającego jest w powieści o rybaku, który dopadłszy wreszcie morską legendę, niemalże złamał wędkę, proszę Pani, bo mój ojciec, Karol, łowił ryby ręką. Tosiek nie dał się oduczyć ignorować przekonań powszechnych na rzecz sag rodzinnych. Cisza znów się podnosi, a polonistce upada długopis. Odgłos jego uderzenia o blat idzie jak z procy, wierci w uszach, na bębnach tarabaniąc pochodem o świcie, wschodem, marszem w przyszłość – tak w pani pedagog rośnie nienawiść. Tosiek: (z przejęciem) A wczoraj, proszę Pani, to słyszałem, jak w klatce obok kręcili film! Ryża Bożena i jej mąż Orzechowski Ryszard (nie z włoskich Orzechowskich, ale z Orzechowskich od Sosnowskich) nakręcali film w swoim Fuji z okazji komunii swojej zbuntowanej córki, której wymarzonym prezentem jest ta sklepowa kaseta The Fugees. Ściany w blokach takie cienkie, że to wszystko słychać. Polska lat dziewięćdziesiątych może wydawać się dziwna. Miejscowość powstała wokół jednej z centralnych cukrowni może wydawać się obca. Tośkowi przykro, że większość urodzonych w tych dwóch zarazem stara się tego wyprzeć. Tosiek: (śmiejąc się) A ciotka Bolcia, sunąc po sumie zeszłej niedzieli, wlazła w placek! Wujkowi, co szedł z nią i niósł ciasto, i tak było już ciężko. Sam co chwila przystawał, aż od-sapał – i jeszcze ta krowa! Sytuacja okazała się dla ciotki Bolci tragiczna, a moralny dylemat tak fundamentalny, że Najstarsi Żydzi mogliby o nim nie słyszeć. Czy Bolesława winna dziękować Bogu, że wlazła w krowie odchody po nabożeństwie, czy może są one cynicznym komentarzem losu do próśb składanych razem z ofiarowaną modlitwą? Tosiek: A o tej ofierze, to mój przyszywany pradziadek Janek, wracając zza kałuży, przywiózł złoty zegarek i te... całe... środki, żeby dać dla sąsiedniej parafii, żeby Chrystusa ubrali. Po adwentowej szacie jeszcze zostało, ale złoty zegarek z resztą przepił. A osy łapał i miażdżył w dłoni! O tak-o! A jego syn, mój dziadek, do samej śmierci kuł dachy z blachy, aż z niej spadł! Wiejskie legendy znaczyły dla Tośka więcej niż tysiące stron literatury zaplątanej w sieć interdyscyplinarnych i intertekstualnych nawiązań. Nie nudząc, na czas obiadu zabawiał rodzinę swoimi historiami – przed rosołem, po nim, przed kiszką, po niej i przed sękaczem. Był młody, odważny i bez kompleksów jak mało kto. Z politowaniem patrzył na niedzielnych przyjezdnych z miasta, z szacunkiem odnoszących się do wiejskiego pochodzenia, nawiązujących elementami folklorystycznymi w wystroju swoich apartamentowych wnętrz. Tosiek: Srolklor, nie folklor!

17


>>> Wilhelm Sasnal, Bez tytułu, 2000


Punkt przegięcia o Wilhelmie Sasnalu Zadanie

Mirek miał cukiernię w podwarszawskim mieście powiatowym. Smażył najlepsze pączki w gminie. Mirka znali wszyscy na osiedlu, cenili wszyscy w rodzinie. Pączki, które sprzedawał były nietanie, ale i sam siebie też – słusznie – wysoko cenił. Najpierw był on, a potem pączki. Popularność cukierni Mirka szacuje się na dużą, przyjmując za zmienną liczbę dostaw do okolicznych wiosek, bo ta – nie dość, że wielka – ma wysoki, dodatni współczynnik. Na rynku Mirka popularność to sprzedaż, sprzedaż to dochód, a dochód przynosi zysk – po prostu. Pewnego okresu rozliczeniowego w swoim królestwie pączków Mirosław swój zysk z dochodu przeznaczył na garnitur i hurtowy zakup jabłek. Część z nich wykorzystał do produkcji konfitur, a wolne czynniki produkcji sprzedawał. Prosta strategia. Mówili, że ją przegiął – ale w którą stronę? Czy Mirek zrobił dobrze, odważywszy się zaatakować rozwinięty rynek dostawców owoców i warzyw? Wskazówka: Punkt przegięcia – moment przyspieszenia funkcji, w którym jego przyspieszenie równe jest zero. Punkt przegięcia może zapowiadać poprawę wartości lub ich załamanie w określonej dziedzinie.

19


>>> Piotr Lutyński, Ptasia kolumna, 2005


Z igieł widły o Piotrze Lutyńskim Mili Państwo! Doszło do pewnego językowego niedopatrzenia, które może być brzemienne w skutkach1. Dopóty będziemy tak błądzić, dopóki ktoś bezstronny nie rozsądzi, czy można, będąc jedynie zwrotnym, łatwo zmienić kierunek2. Powinniśmy szukać odpowiedzi, ale cały fach w tym, żeby wtórnie wykorzystać białe Białe i czarne Czarne3. Zeschnięte fakty zanurzyć w oleju, słoiki pasteryzować, po miesiącu otrzymany przetwór4 dodawać do świeżych sałat. Sam nie wymyśliłbym tego, więc musiałem usłyszeć, że współczesna rzeczywistość – w złym znaczeniu tego słowa – uwstecznia obecną sztukę5. Skoro to słyszałem i jeszcze pamiętam, to było to niedawno. Na obronę dodam, że jeszcze krótszy czas temu ogłoszono plan kolonizacji Marsa6. Można okazać się wtórnym, ale biorąc, co daje świat i wkładając to w nietypowe miejsca pośród dobrze skrojonych, gotowych form, nie można się uwstecznić7. I w tym tkwi sztuka8 współcześnie, i to chyba tyle.

1

Jego wynik może okazać się być zgubnym i się namnażać.

2

Możliwym jest przecież, pozostając na tym samym, nawet się uwstecznić.

3

Nie wygrzebywać tego, co było, ale wykorzystać je jako środek, zadbawszy o pieczę nad nimi u żółtego Żółtego i zielonego Zielonego.

4

W odpowiedniej zalewie białe i czarne oczywistości dają nowe odcienie żółto-zielonej jakości.

5

Sztukamięs w supersamie jest tym samym uwieńczeniem heroicznej walki o przetrwanie, co każdy jeden surowy udziec bez obróbki zeżarty w tajskich [sic!] lasów szumie.

6

Żyjemy w wielkiej kapitalistycznej bańce wolnych mediów. Mamy mały udział w rynku, więc najlepszą strategią jest wierzyć w to, co mówi większość i robić z tym

swoje. 7

Należy spodziewać się zróżnicowanie szybkiego zrównoważonego rozwoju bez wielkich punktów zwrotnych.

8

Na tym polega cały bajer.

21


>>> Edward Dwurnik, 163 rzeĹşbiarzy polskich, 1997


o Edwardzie Dwurniku

Dawno, dawno temu z lewej strony niczego, kiedy nikt nie widział (nie myślałby widzieć), Osiem legło na swoim lewym boku. Nikt na nie nie wpadł: jak stało, tak legło – ktoś uważny po prostu to zauważył. Ciężko określić jednoznacznie „kiedy”. Tak się akurat złożyło, że po drugiej stronie jednokładnie i równie dawno (tego jesteśmy pewni) to samo Osiem pokładło się na prawym boku. Z dodatnim jest już łatwiej. Można by gdybać, że jakoś to będzie – bo będzie, tak lub inaczej; ale to, co było, inne już nie będzie. Od tamtej pory wszystko poniżej zera – z lewej strony – bierzemy za „minus pół” z przewróconego Osiem, a powyżej zera – z prawej strony – za „plus pół” wszystkiego. Nadzy, ubrani, wykształceni, błogosławieni, niewyuczalni czy przeklęci, stanowimy w sumie jedynie sześć miliardów punktów Prostej. Nieskończenie wiele wydarzyło się przed nami i wszystko może stać się po nas. Objawiając sobie prawdy powszechne, mniej lub bardziej świadomi naszej nieistotności, próbujemy znaleźć absolutny wytrych – poukładać to, co Osiem nabałaganiło, kiedy legło. Najmądrzejsi Starcy by tego nie wymyślili, a kto by to wszystko uporządkował i zliczył?! Tyle piękne, co prawdziwe, bo choćby przyszło to komuś pojąć (chcącemu i potrafiącemu, niechcącemu i potrafiącemu, chcącemu i niepotrafiącemu lub niechcącemu i niepotrafiącemu) i choćby ten ktoś zjadł na tym tysiąc zębów, i choćby nie było już co liczyć, bo poznalibyśmy wszystko napisane na dwie półosie i wywrotne Osiem, to nie zabrzmią żadne trąby.

23


>>> Tomasz Ciecierski, Bez tytułu (Bordo), 2003 >>> Tomasz Ciecierski, Bez tytułu (niebieski), 2003


Komary w wosku, pszczoła w bursztynie i muchy w nosie o Tomaszu Ciecierskim Pierwszego dnia, zamiast przysiąść fałdów, rozpiął swój nowy skórzany pasek, a uwolniona tarcza zegarka rozwinęła się po osi czasu jak dywan. Przestał myśleć cyklicznie i powtarzalnie. Odwrócił był prędkość, by uzyskane zwielokrotnić. W efekcie papieros przetrwał kąpiel, śniadanie i południową drzemkę, a wielkości fizyczne i wrażenia zmysłowe razem z ciałem uległy odkształceniu. Rozpoczął własny Wielki Tydzień – pozbawiony krępujących rzutów okiem na rękę, norm godnych zachowań i przeklętej trzeźwości. Dwadzieścia papierosów light i około dziesięć mocnych później nabrał swojego tempa i zgubił gdzieś rytm, by pod inauguracyjnym w tym tygodniu prysznicem uświadomić sobie, że znalazł to, czego szukał. Dwa obiady i dzbanek kawy od zdjęcia zegarka przyspieszone serce przypomniało o sobie lekkim skurczem treści w pojedynczym zdaniu. Nie szło go zrozumieć, chodził jak nakręcony, mówił jak potłuczona katarynka. Kiedy po raz pierwszy się wyspał, choć wcale nie chciał był zasnąć, zaczęły trząść mu się ręce, co dał po sobie poznać, z niepewnością myśląc o kresce… Przecież komiks wymaga pewności problemu, który chce się nakreślić! Dlatego w pracy ośmielił się, kiedy pozwolił był sobie na kuraż. Ukoił niespokojne dłonie i gonitwę pomysłów. A wtedy czas zaczął płynąć nadzwyczaj linearnie i z powrotem swoją drogą. Tak minęły mu pierwsze trzy dni i trzy noce – śniące, niemalże nieprzespane. Zaraz miał rozpocząć się finisz. Jął mylić imiona, znieczulił się na kolory i łatwo poddawał krytyce. Zresztą od dziecka był bardzo podatny na wpływy. Następne trzy rozwinięte po prostej cykle ciągnęły się, jakby miały się nie skończyć. Ciężko znosił brak regularnych posiłków, ale walczył dalej. Dotykał innych, rzeczywistości i siebie jak przez papierek. Na pamiątkę od lakmusu dostał wątrobowe plamy na bladej twarzy. Oczy śnieżyły, płuc brakowało, ale żołądek walczył do końca. Zniesmaczony psuł konwencję towarzyskiego ping-ponga, połykając piłeczki jak bajkowy potwór. Nie zamieniał zdań, a wszystko, co usłyszał zamykał na klucz od wewnątrz, w sobie. Napuchł jak balon. Udało mu się spłoszyć banalną powtarzalność w swoim Wielkim Tygodniu, a kiedy dumnie przysiadł i spojrzał, ile z tego złego może powstać dobra, uśmiechnął się nieśmiało i tak minęło sześć dni i sześć nocy przeciwko sobie, a dla innych. Siódmego dnia zmartwychwstał, by ósmego ukłonić się z pokorą niehumanitarnym niebiosom i przysiąść zapisać.

25


>>> Bartek Materka, Trupi kwiat, 2008


Ładneście sobie harce urządzili o Bartku Materce

Każdy bierze na siebie swoją odpowiedzialność, do plecaka duszę, torbę na ramię i coś w rękę. Idziemy na wycieczkę. Od teraz jesteśmy razem i nie sumą, ale częścią wspólną. Łukasz ma puszki z mielonką, a Patryk scyzoryk, który sam się w kieszeni otwiera, ale sprawuje dobrze wiele innych funkcji. Słowo na dziś to „kolektyw”. Kiedy w grupie ludzi cel każdego z osobna jest taki sam, wtedy najprościej go osiągnąć, działając wspólnie. Nie inaczej w sytuacji, w której każdemu przyświeca inna gwiazda przewodnia lub obiekt dążeń jest niepodzielny. Ale dzielić się trzeba wtedy, kiedy jest to optymalne. Tylko dzieci nie potrafią się dzielić. Potrafią cieszyć się przeżywaniem i bawić, ale nie dzielić. Z tymi, które lubiły się dzielić nigdy nie chciałem się bawić… Zbiórka. W szeregu kolejno odlicz. Idziemy kolektywnie na wycieczkę. Każdy z nas na końcu dostanie tyle, ile zechce, bo cel jest nieskończony. Aniu K., nie szantażuj Ani P., bo i tak nic bez niej nie zrobisz, tylko krzywdę – jak Patryk bez Łukasza. Zaszkodzisz sobie i jej, i nam. I zachowujcie się, bo idziecie w pierwszej parze. Marta, nie podstawiaj Kasi nóg, bo będziemy się tak wlec, a nikt nie może zostać w tyle, bo byłoby mu przykro. Nikomu nie może być przykro na wycieczce. Życząc źle komuś, życzymy źle sobie. Pomagając innym, ułatwiamy drogę sobie. Ubezpiecz się. Przestań zaglądać innym pod pościel, w portfel, grzebać w komodach. Oddychamy tym samym powietrzem. Nie musisz się uśmiechać, ale ciesz się i myj zęby: rano i wieczorem. Zrób zielnik, nakarm sąsiadce koty. Chociaż rzuć okiem na wszystkie te owoce, które naszemu życiu oddała ziemia, i idziemy, ale gęsiego!

27


>>> Jadwiga Sawicka, Chryste Panie, 2003 >>> Jadwiga Sawicka, Jezus Maria, 2003


Pawie oka o Jadwidze Sawickiej Siwa i pomarszczona wrażliwość targowisk miejskich – wykupiona z rupieciarni – z przejęciem wybrzmiewa raz jeszcze. Pyta i odpowiada, mając dokonać czegoś wielkiego, zatopiona w postaci: słupa-pytajnika, słupa-sądu i słupa-wyroku – kolejno: zadanego, wydanego i niewykonanego. Wszystko wygląda nie najgorzej. Ta poetyka może do kogoś nie przemawiać, ale z pewnością go łaskocze. Basen z kulkami w pierwszym kadrze z perspektywy ulicy Reformackiej. Od prawej: Matejko i kasyno, Bomba, Charlotte i Scandale, teatr, muzeum, lokalne Podhale, Taxi Kraków, Radio Taxi, lorneta, tatar, fontanna, cmentarz. Jeszcze tylko dziad, baba i mogiła, i mamy komplet. Człowiek czuje się najlepiej w otoczeniu znaczeń, które ocierając się o siebie, iskrzą. A teraz połącz kropki w dowolnej kolejności. Otrzymany w ten sposób kontur zapełnij, kolorując według własnego widzicisię. Co widzisz i co przez to rozumiesz? Czy znalazłeś pytanie? Wymień się obrazkami z najbliższą koleżanką lub kolegą. Co widzisz?

29


>>> Karolina Kowalska, Rave, 2008


Traditio pagana o Karolinie Kowalskiej To może wypijmy, a ja Wam coś opowiem. Każdy ma? Każdego liturgicznego roku w okresie kalendarzowej jesieni nadchodzi czas misji. Podejrzani mężczyźni rozkwitają romantyczni, a biedne kobiety po fachu w opinii innych są dalej nic, tylko Whoopie Goldberg. W zeszłym liturgicznym roku jego mesjanistyczny okres wcale mnie nie obszedł. Mężczyzna w damskim przebraniu nie dopadł mnie, bo padł stratowany gdzieś pod kopytami pstrego konia mojej odmowy. Właściwie to wysłużyłem się służącym u jego boku chłopcem. To trochę tak, jakbym mu – księdzu – głowę przystroił w rogi akteonowe, to znaczy wyjebał żonę, a że mój kościół nie uznaje żon, to poniekąd wyjebałem mu sługę. To teraz na drugą nogę, bo zawiewa, bo tu jest wschodnia Polska. Tamże, niezależnie od gminy, krąży legenda meta-yeti – niejakiej Tradycji. Ona jest i kultywuje się ją. Można być wbrew, ale to żadna oryginalność w czasach, kiedy Sara ma Jakuba, a kot jest Sary, to jest dziewczynka sprząta kuwetę po Jakubie i ani słowa o Alicji. Dziś rewolucji nie wywołasz – na pewno nie żeby krzesłem rzucać (por. tamże). No!, to kto ma i może, tego bardzo proszę! Co do środkowoeuropejskiego yeti, to musicie wiedzieć, że z końcem roku większość wygasłych ognisk domowych wznieca się na nowo dawaniem i jedzeniem, a w Białymstoku wypychaniem świńskich jelit ziemniakami, bo przecież nie kartoflami; natomiast tam, gdzie od 2004 moi i Twoi koledzy z osiedla spędzają ten okres mają zwyczaj nadużywać lovely, a w pierwszy dzień fali masowych zapaleń wątroby wspominać zeszłe święta – pogańskie cykle. Oddałem Ci serce i to tylko po to, żebyś bardzo następnego dnia oddał mi je z powrotem. Napisał o tym piosenkę jakiś gej, a kiedy greckie korzenie, to i tragizm. Korzenie. W domu sporo się dzieje, dużo je, ziemniaki sporadycznie, ale żadnych jelit i elit. Jak w każdym polskim domu: jemy tradycyjnie japońską rybę, pachnie zakalcem i chińskim plastikiem, który jakby reagował na mój śpiew o tannenbaum i o śmierci. Na stole nie wszystek Karpia opinii w rozmowie ze śmiercią mistrz wyrazić zdołał. I za to wypijmy, i za tych, co nie mogą.

31


>>> Marek Sobczyk, Pepo Geniusz, 1994


Halloween o Marku Sobczyku Gramy! Każdy wziął wolny wieczór, jasną koszulkę i czarne spodenki. Podzieliliśmy się na kilka drużyn i gramy! No to gramy! Choćby o złote kalesony. W składzie KS Zagłębie Znaczeń: trzech w napadzie, dwóch w pomocy i jeden w obronie. W bramie stanąłby Maciej, gdyby – pijany – nie przydzwonił był w domofon, wybierając numer spod siódemki, a wycinając orła, nie skręcił stawu w kostce i nie nabił sobie guza. Ale Maciek jest w tej historii bez znaczenia. Zupełnie jak piłka nożna, stroje i ustawienie początkowe. Chodzi o dobrą zabawę, o grę skojarzeń. Należy rozpuścić koła, połamać proste, uwolnić odcinki i zwielokrotnić wielokąty do środka – przekształcić piktogram w ideogram. Następnie w jego niezmiennych upchać losowość powszechną tak, aby każdy mógł ją wydobyć, otwierając czarne skrzynki kwadratowych komunikatów, używając własnego klucza – odczucia. Podsumowując: Komunikat daje się zredukować do figur płaskich. Kombinacje tychże można rozpisać na myśl, a ta stanowi przedostatnie ogniwo łańcucha wiążącego malującego z tym, który odczuwa. To brzmi jak plan.

33


>>> Shinji Ogawa, PERFECT SOUVENIR KRAKÓW, 2008


SPZOZ o Shinjim Ogawie

Obraz opowiada w skrócie historię Janka. Młody Janusz regularnie odwiedza swoją mamę w pracy. Po lekcjach gry na pianinie u lokalnego organisty (kościelnego, nie transplantologa) zagląda „pooglądać szkiełka”. Pani Elżbieta jest laborantką na oddziale patomorfologii. Janek wstępuje do Pani Elżbiety na herbatę, wymazy tkanek pod mikroskopem i spędzanie czasu z mamą. U mamy w pracy jest fajnie! Ciut niewyraźnie, sztywna atmosfera, śmierć w powietrzu, a mimo to Janek zachodzi chociaż na kwadrans, bo u mamy w pracy jest fajnie! Następnie Janusz dorasta i nie kończy szkół, żeni się nieszczęśliwie i jest przy pierwszym męskim przesileniu. Przychodzi na Janusza czas podsumowań i czas odwołań. To czas na modyfikację tego, jak było i pamiętanie wieczornych odwiedzin tak, jak mu się to podoba. Schodzimy z Jankiem do jego piwnicy, a w tej piwnicy straszy, ale to nic, bo momentami jest też ciepło, jak pod kołderką, więc pamiętamy i wywlekamy tylko to, co nam potrzeba: wszystko, co ciepłe i tę kołderkę. Dorosły Janusz pamięta pokój lekarski u matki zapachem nagaru fajki. Pamięta za bordowe firanki i za meblościanki, które potrafiły wszystko zmieścić, łącznie z Matką Boską. I za biurko, na którym stał mikroskop, do którego Janek musiał się wspinać. Solidny mikroskop – szwajcarski, precyzyjna maszyna. Jano pamięta szkiełka z szufladki i szkiełka z szafki, i szkiełka zza szklanego kredensu. Najciekawsze były te z szufladki – do niczego nie podobne kontynenty, wyspy, narzuty, spiętrzenia, przełęcze, wytopiska, zespoły komórek tworzące odkrywane przez Janusza fragmenty tkanek, które czytał jak mapę. Mama rzadko zostawiała mu kluczyk do szafki, w której było kilka kolejnych pudełek szkiełek. Tak czy owak, Janek nie lubił tej szafki. Komódka zostaje więc w piwnicy. Ale za to szkiełka zza szklanego kredensu były jak niedzielne ciasta, jak babcina roladka w cętki, z tym że zamiast biszkoptu, kremu i galaretki podglądał Januszek biopsje, nieświadomy, że w rzeczywistości jest odwrotnie i nie roladkami żyje człowiek, ale to człowieka zjadają te nowotwory. Tak pamięta Janusz odwiedziny u matki. Tyle z piwnicy Janusza można wyciągnąć. Pamięta dobry mikroskop i średnio Panią Elżbietę. Pamięta nieprzeciętne i lekkie obrazy, nanokadry budzące zachwyt i dające odczuć nie pokorę przed techniką i rozwojem człowieka czy potrzebę poznania popartą wiedzą, ale to, co nasze oko potrafi samotnie i bez obciążeń nam przekazać: iluzje, ciastka, mapy i plamy w histopatologicznych wymazach. A to wszystko u Janka w piwnicy.

35


>>> Justyna Koeke, Rycerze, 2008


Play/Pause o Justynie Koeke

Szabruję najsłodsze czereśnie z działek, biegam szybciej od światła i zostaję aż do po zmroku – jestem szefem bandy. Twoje są uwagi, ale moje jest uznanie i mój jest fotel w bazie – ja decyduję, kto i ile się bawi. W łokciach nie mam stawów, a potrójne teleskopy i sięgam ręką na sto kilometrów, okiem na dwieście, przez wszystkie ściany świata i pod każdą sukienkę. Potrafię stąpać ciszej od kota i tak mocno zamknąć oczy, że przestaje być mnie widać. Mam kamizelkę nieśmiertelnych na śmiercionośne mirabelki, którymi miotasz. Najpierw, płonąc piekielnym ogniem, topię lodowe kule, by zaraz rozbijać je oszroniałym pancerzem, kiedy zapłoną. Nie masz ze mną szans. Ja jestem superpostać z superkonsoli, a Ty kundlowaty Reksio i ołówkowy Dobromir zabrani na tamtą stronę przez zepsuty magnetowid. Mam dwa dynamiczne analogi, funkcję turbo i cztery dodatkowe przyciski w systemie zerojedynkowym. Wstrzymuję grę, kiedy zechcę albo zgłodnieję. Przeglądam obraz i przewijam do najciekawszych przeźroczy. Koleje własnego świata montuję sam. Jest tak, jak chciałem był, by było. Mój jest fotel w bazie i moje uznanie. Moja jest władza, bo mój jest pilot.

37


>>> Katarzyna G贸rna, Happy Birthday Mr President, 2004


Ćwierć pauzy o Katarzynie Górnej

Kadr nawet nie drgnie, kiedy zeskakuję na pierwszy plan z wysokości czwartego piętra. Za mną świat płonie albo inne pociągi, ale stać mnie jeszcze na gest, więc poprawiam mankiety. Marynarki mam takie, że nie sposób je potargać, więc zdejmuję je wyłącznie na basen i do łóżka. Raz na jakiś czas zmieniam kolor kochanki i twarz – ta zawsze ważna dla współczesnego kina. Od niedawna szklą mi się oczy na błękit głębi Pacyfiku, albo to tylko głupi wymysł producenta, ale to nieistotny szczegół. Jeżeli bankiet, to zawsze z muchą i vodka martini, i vodkatini, i kangaroo cocktail. I nie lubię, kiedy tłuste, dlatego dobrze wstrząsnąć i nie mieszać: w trosce o serce, oczy i by ustrzec się przed wylewem – z wiekiem coraz głębiej w grupie ryzyka. Każde pokolenie ma swojego mnie. Ja jestem olbrzym, co porywa świata konteksty i buduje nowe na gruzach zwietrzałych alegorii. Jestem gigant, na którego przyjście czeka masa i ginie pod nią ogłuszone być i albo, i nie być. A nazywam się Bond-pauza-James-ćwierć pauzy-Bond.

39


>>> Mikołaj Smoczyński, Fields in Transition, 1993


Tadek Optyk o Mikołaju Smoczyńskim Ustala się, że światło lgnie do zarysu rzeczy z odpowiedniej strony, dlatego świat daje taki obraz, jaki powinien, a nasz punkt widzenia zależy jedynie od kąta, pod jakim dany obiekt odbija się w naszych oczach. Niniejszym odgórnie wyklucza się różnie, a źródłem nieporozumień może być tylko czytający albo czytany1. Proszę zamknąć za sobą drzwi. Planszę rozpoczyna sylwetka Tadeusza, który odznacza się wyraźnym konturem, ciągnąc się pewną kreską na wskroś nienagannego zestroju cieni. Zakłada się, że komiksowy Tadek nie ma wpływu na fabułę, jednak diabeł swoim zwyczajem nakrył się ogonem i zaszył się w szczególe i w stycznych ścierających się znaczeń. W miarę upływu kadrów Tadeusz stoi i spogląda przez ramię. Widzimy ramię, ale nie wiemy, czyje. Ramię jest w cieniu Tadka, mało się różni i siedzi trochę bardziej, i czyta. Na tym etapie jeszcze słabo znamy ramię, ale możemy już stwierdzić, że Tadzio jest Rosjaninem niewychowanym albo wcale. Jeżeli na sali w dalszym ciągu są jacyś niezainteresowani, to mogą wyjść. Proszę tylko zamknąć za sobą drzwi. Trzeci obraz planszy wyklucza Tadeusza. Kadrujemy czytany przez ramię nagłówek i dziennik, ale nie potrzeba ich czytać, więc widzimy je jako wężyk. Minimum prawd powszechnych, głębi i pełni. Maksimum satysfakcji, szkieletów i instrukcji. I zero cukru. W związku z powyższymi wnioskujemy tramwaj. Tadzio wysiada i niosąc ze sobą kilka kolejnych kadrów naszej planszy, odkrywa przed nami swoje miasto. Miasto tworzy mozaikę witryn, w których niezmiennie odbija się Tadek. Wchodzi do domu, zapala światło i wita się ze zlewem pełnym naczyń. Zamyka drzwi. I mamy za sobą dziennik i ramię przed nim, i Tadeusza w tramwaju. I na niego zwrócone są oczy, i jego są spojrzenia – czego chcieć więcej? Teraz wystarczy skroić wszystko na miarę i wykleić kolaż. I zamknąć drzwi. Maksimum elementów z minimum obrazu. Trochę kleju do papieru i zero cukru.

1

Chyba że w tekście przewidziano inaczej.

41


>>> Oskar Dawicki, Okno, 2007


Życie to sen wariata, a jak się przyprawi, to zmienia się w kolorową telewizję o Oskarze Dawickim To nie są statyści, tylko najprawdziwsze naturszczyki w klubokawiarnianym teatrze, więc twarze mają prawo jawić się prawdziwie niezadowolonymi. Ale – codziennie Ciebie, Boże, proszę – ześlij mi przeważnie tych mówiących różnymi językami i wysłuchaj mnie, Panie, bo nie idzie mi o uśmiechy, branie, pieniądze, dawanie czy emocje. Niech wszystkie gęby tej zmiany ujadają, krzywią się i trzeszczą zębami. Mnie chodzi o słowo. – Proszę z dwudziestu. A im więcej interesujących twarzy, tym więcej skrzywień i nieporozumień. Tym ciekawszy wydźwięk twarzy, im bardziej interesujący język. Tym bardziej twarz przykuwa uwagę, im ciekawiej figuruje to, co mówi. Tym więcej drzew, im bardziej w lesie. Równanie musi równo ważyć. – W cienkim szkle i bez piany. Więc jest dziś wieczorem las, a w nim połowę z Was znam. Widzę Wasze natręctwa i znam każdy spektakl w reżyserii Pana Jurka, udziałem Pana Wieśka, a zaledwie epizodami Pana Janusza i Pana Edka, którego nikt nie zna, ale wita się na „cześć”. – Cześć! Niech wszystkie pyski tej zmiany ujadają, każdy zależny od kontekstu, stolika i krzesła. Niech puchną gęby od wydanych pieniędzy i czerwienieją od win, niech sinieją i niech sezam tym nienażartym zamyka dopływ powietrza. – Kawę czarną, ciepły sok jabłkowy, a jeśli nie ma, to z czarnej porzeczki. Połowę widzę pierwszy raz, setną część po raz ostatni. Jeden i drugi w połowie jest tu codziennie, w tygodniu w innym swetrze, w weekend w marynarce i zawsze w tej samej gębie, i pije nią to, co zwykle. – Ober, jeszcze raz! To nie są statyści, tylko najprawdziwsze naturszczyki w klubokawiarnianym teatrze i aż żal ich nie zapamiętać. – Jeszcze jedno i rachunek proszę. To nie są statyści, tylko najprawdziwsze twarze w klubokawiarnianym teatrze i aż chce się na nie patrzeć, nawet kiedy smutne.

43


>>> ANDREAS M. KAUFMANN, 40 Gestures, 2002


Wiktor o Andreasie M. Kaufmannie Razem z weekendem brakuje miejsc i żadne nie kwapią się zwalniać. Uwikłany w siatkę płaszczyzn W. siedzi wsparty na łokciach i się broni: zamknął przedramiona na krzyż, zasupłał kostki i spuszcza oczy ze smyczy, a te – rozpędzone – przepatrują krawędzie kolejnych postaci. Jeśli docierają ciut głębiej pod powierzchnię, to tylko po to, by zaraz się rozproszyć. W. mruży oczy. Raz w raz widzi gnące się ciała, za każdym razem we własny sposób. Dzieci, zwierzęta i najświętsze panienki nie mają prawa do głosu, bo swoje gesty biorą z powietrza, bo nie dojrzały, by się ujawniać. Komunikat w znaczącej części tkwi w ogóle, a kiedy ten nie rozwinięty, nie ma rozmowy. Pani kelner niezręcznie zapala zgaszoną przeciągiem świeczkę. W. siedzi sam nad czwartą szkocką z lodem przy czteroosobowym stoliku napchanej piątkiem knajpy i ma prawie sześćdziesiąt lat i pół wieku w związku z teatrem. Dokładnie pamięta, jak nazywał się jego pierwszy spektakl, ale to nieistotne – liczy się sam akt przejścia, a jeszcze dokładniej, to jego czas – to, kiedy W. poznał się na ludziach. Komunikat w znaczącej części tkwi w ogóle, w pantomimie. Postrzyżyny odprawiła nad nim na kolanie grupa zesztywniałych aktorów będących pod niezbywalnym wrażeniem swoich pierwszych przygód z filmem. Afektywny paraliż wywołany doświadczeniami z planu doszczętnie zruinował ich sceniczne gestykulacje. W teatrze to ciało i wyobraźnia ograniczają kreację, ale ta – nawet najdoskonalsza – gdy nazbyt zamaszysta, nie mieści się już w ruchomym kadrze. Tak czy inaczej, W. siedzi dzisiaj sam i podgląda ludzi, bo umie i może, i czuje się jak sześćdziesięcioletni gnój, i telewizor ma na full: HD, pełny pakiet, live, ale przy piątej rudej zaczyna śnieżyć – dlatego się mruży. Komunikat w znaczącej części tkwi w ogóle; wystarczy zarys. Widzimy więc już, że W. uczył się od mistrzów, jak rozumieć ruch i szczegół. Gdy przeoczamy większość, on dokładnie się przygląda. W tle słyszymy rytm i blues, puszczając mimo uszu skrzek zaciśniętych kłamstwem grdyk – przeciwnie do W. Nie widzimy, jak pan kelner gnący się nad klientem robi wyłącznie dużo szumu, podpierając się na pustym krześle, jednocześnie zamiatając stopą za drugą nogą poszanowanie gościa głęboko w swoje poważanie – notabene całkiem pojemne – i rozładowuje napięcie, stukając w parkiet palcami u stóp. Ignorujemy patowe ruchy sąsiadki z prawego stolika krótką szklanką jak jednym z dwóch ostałych króli szachownicy i to, jak niegrzecznie rozpycha się niedopitą filiżanką, w trakcie udając, że coś liczy. Niewiele robimy sobie z bliskich od kilku nocy znajomych rozstawiających się przeciwlegle wokół stołu, ubezpieczających się nawzajem, pilnując się zasięgu swojego wzroku. Ludzie przelatują nam przed oczami. Mijamy się z W. pewni, że niezauważani, ale on ma wielkie wrażliwe oczy, by lepiej widzieć, wielkie odstające uszy i patrzy. Komunikat w znaczącej części tkwi w ogóle i jeżeli ktoś daje znaki, to należy mu się przyjrzeć. Przepić kilka rudych z lodem i delikatnie, na dłużej zmrużyć powieki - i jest. Teraz odczytać wszystko tam, gdzie słowo nie przystaje do idei, a pojawia się gest.

45


>>> Mateusz Okoński, Puryfikacja, 2010


Szerokości o Mateuszu Okońskim Wyjeżdżam krajową siedemnastką za Lublin i z trasy. Robię przerwę na zmianę, kawę z termosu, kanapki z szynką solo i siku. Stoję i patrzę daleko przed siebie, i myślami jestem tam, gdzie tylko sięgam wzrokiem. Wracam do samochodu, a kolega mnie zmienia. Zamykam oczy i po chwili jestem we wiosce i na nią patrzę. Myślę gospodarstwo, gospodarzy i chlew, a pod nim świnię, którą już chyba śnię, kiedy poślizgnęła się i – sięgając nieba wzrokiem – stało się: świnia zobaczyła gwiazdy. Zwierzę jest pod wrażeniem i nie może, ale musi się z tym pozbierać, a potem przespać i przetrawić. Postanawia zostawić rodzinę i wyjeżdża z domu założyć swój. Świat obojętnie pędzi dalej swoim tempem, a ja zapadam w sen o świńskiej potędze. Bohaterka stoi w centrum świńskiej aglomeracji mijana przez tłum, pośpiech, pot, krwawicę, klaksony i dzwonki rowerów i kościołów. Na pierwszym planie miasto, na drugim zaś maciora w popołudniowych godzinach szczytu. Rozgląda się wokół i na swoim poziomie widzi tylko braci pędzących i siostry goniące. Śnię w taki sposób, żeby znowu pokazać jej niebo, a że wsparta tylko na czterech kołkowatych kończynach, to stoi na tym chodniku i tak jej głowa lata, żeby spojrzeć w górę jeszcze raz, że zaczyna boleć ją kark. Marzę więc o tym, że moja świnia ma dłuższe nóżki – dalej niechwytne, niezgrabne i paskudne, ale dłuższe – a że to sen i skoro chcę, to pstryk! i długie nogi. Następnie świnia ma stać tylko na dwóch i chodzić, bo przecież tylko mi się śni. No to pstryk: trochę stoi, a trochę idzie. Śnię o lepszym świństwie, gdzie staje dwunożna i – pstryk – zaczyna drugie życie. A teraz widzę ją na jednej z bardziej zatłoczonych przecznic świata, gdzie całość wyściela tapeta tych samych marek, a inne świnie przebiegają między nimi jak pod ostrzałem. I choć uciekają razem, to podkładają się sobie nawzajem. Wszystkie gdzieś biegną, a maciorka stoi i patrzy jak sroka, tyle że w niebo, bo teraz może się napatrzeć, i teraz właśnie odczuwa, jak to dobrze i jaka to ulga przyznać się do maleńkości i się poddać. Śnię, że myśli sobie, że nieskończoność i wieczność upatrują właśnie takie drobnostki. I świni należy pozwolić się zarozumieć: niech stoi i myśli, że wygląda z zadartym nosem. Szkoda jej zawracać nóg, głowy i dupy na świńskie sprawy. I wstaję i myślę, jak to dobrze raz na jakiś czas po prostu przepaść. Kolejna stacja na kanapki i sikanie, potem znów papieros, kawa i się zmieniamy.

47


>>> Wojciech Doroszuk, Reisefieber, 2007


Obłomowszczyzna o Wojtku Doroszuku Mam jeszcze kilka minut przeklętej pamięci na to, żeby odtworzyć sen, ale uchylam okno i przypalam pierwszego w łóżku. Wydycham go aż do czysta, a z nim mojego ojca, matkę i mnie – zalegamy razem jako koszmar od ponad tygodnia. Palę i dalej leżę, tyle że nie śpię. Gaszę i dopiero potem wstaję i dalej się męczę: nie mogę zebrać myśli, bo nic innego mi się nie śni. A wolne daję sobie w nocy, kiedy nie śpię. Życie nocne, więc nie śpię. Wpadaj, stary! Siedzimy na podłodze, gadamy o niczym i nic się nie dzieje. To, co miało się wydarzyć było tu przed nami. Róbmy wszystko, chociażby i nic, ale nie idźmy spać. Tyle mogę wyszarpnąć życia, co odejmę ze snu, a ten i tak wraca się odrobić. Daję sobie dwie godziny ciszy na dobę: wybrane w części losowo, ale częściej zależne od zmian; zawsze po przebudzeniu. Sto dwadzieścia minut spokoju o losowej porze dnia – dziś jest to rano. I byłoby wolne rano, i miał być spokój, ale razem z papierosem ktoś wyłamał okno, przez nie wszedł i tak zostawił. Za nim następny, a za nim kolejny, aż huczy jak na dworcu – akurat w chwilach mojej prywatności. Obce rozmowy spod klatki panoszą się tu bezczelnie, szabrując całą moją wolną przestrzeń. Słowa przelatują przez regał z książkami, nic nie znacząc pomiędzy tekstem. Tramwaje dzwonią na taksówki, kurierzy przez domofony i mam seks i kłótnie, i rock’n’roll w osiedlowym radiu. Jeszcze listonosze i ulica. Odbicia miasta poślizgnięte na kamienicach witają ze mną dzień; ja trochę mniej. Zostało mi do wyjścia jeszcze kilkanaście minut przeklętej samotności, i żeby zastanowić się, jak przeszyć swoje życie na swój rozmiar. Jeśli się nie uda, Drogie Państwo, to na Twoje ręce składam swój głos i ciało, a w tym moje dłonie. Teraz toaleta, paciorek i do roboty. Drogie Państwo, wykorzystaj nas jak najlepiej. Amen.

49


>>> ナ「kasz Jastrubczak, Need for Speed, 2012


Zderzenia światów o Łukaszu Jastrubczaku

Jest mała dziewczynka zapomnianym pomnikiem bajkowego Duńczyka i o niej opowiada mi Jens – mój klient, który przyszedł, by wypić jedno piwo, wiśniówkę i przepić kolą, a prawie wyszedłby, wypalając ze mną lolo. Siedzi na jednym z dwóch hookerów z rękoma założonymi na siebie i na bar, a głowa tonie mu w ramionach, ale zanim utonie, kolebie się nad poziomem barków niewyczuwalnie jak barka. Jensowi wydaje się, że pierwszy raz słyszę historię o małej dziewczynce i o zapałkach, więc objuczony poczuciem obowiązku streszcza historię, a ja mam chwilę, by pomyśleć i nalać mu ostatnie piwo. Myślę, że jak przedtem, tak i teraz przy ulicy Złotej głodna warszawianka umiera na klęczkach, przylegając do śródmiejskiego bagna. Obejmując się na krzyż, żebrze w czapkę i zamarza. Zarabia kartonik, bilet dobowy, grzebień i małą paczkę zapałek. I choć tak bardzo się prosi – bo tej historii brakuje tylko tęczy, kilku symboli i puenty – to nikt się o dziewczynkę nie potyka, biedna dalej marznie i nikt jej nie ocenia na więcej niż kartonik, bilet dobowy, grzebień i małą paczkę zapałek. Jens pyta, co myślę o historii, którą w tle opowiada, ale milczę, bo mi dziecko na ulicy umiera. Ale zanim umrze, jakieś desperackie zboczenie każe jej possać kartonik i – zanim zamarznie – wyczerpana Dziewczynka lekko się uśmiecha i na policzkach różowi, a mnie cała myśl się różowi. Mała upada. Pada jak wyczerpany pies, co złączył odpowiednio łapy przednie i tylne. Podwija się jej kożuszek, podnosi szaliczek i kąciki ust. Wołam do offu o pomoc, a z offu krzyczą, że owszem – sanitariusz mi pomoże i zaraz wniesie nosze, tylko musi zjeść, zmieść i podlać w studio kilka drzewek, no i doniczek. Drzewka przeżywają dzięki temu suchą noc, ale dziecko mi umiera. Jan mi przerywa i pyta, czy wiem, co było dalej, ale milczę. Kończy mi się beczka, a pomocy jak nie było, tak nie ma. Trzeźwiejący Duńczyk – blondyn taki, że rwie za plomby – dmie zatem w trąby, aż te zaraz przebrzmią, bo dziecko umiera. Więc brzmią trąby, Jens trzeźwieje, a dziecko umiera, ale przedtem podróżuje za kartonik. A kiedy odlatuje, w tle lekko tyka tykadełko. To z offu coś jakby dzwoni i tyka, ale nie wiadomo skąd ani do kogo. Dziewczynka umiera, a przedtem podróżuje, a wtedy spoza kadru takie tykadełko tylko tyka. W takim razie ja razem z Jensem i jego dziewczynką za kartonik, bilet dobowy i tak dalej. Zbieram brudne szkło, podkładam wafel i stawiam Jensowi pożegnalne z dużą pianą. Zmieniamy temat.

51


>>> Kinga Araya, Powołanie, 2012


Oddam/Zamienię o Kindze Arayi Twój ruch: teraz Ty wiedziesz prym i za nosy bez mała wszystko. Choćby wrażenia przekuwasz złotem, bo ładnie opowiadasz i bardzo Ci za to dziękuję, przedtem zazdroszczę, a w tym do twarzy. Chętnie postoję, tylko się oprę. Okiem nie drgnę, nie przerwę na sekundę, żeby zapamiętać to wszystko, o czym mówisz, a potem ręki nie zatrzymam, kiedy pójdę zapisać. No to gramy, póki czas rzuca się nam na kości, a my ścigamy się na śmierć i życie wyprzedza nas na milimetr. Ja postoję, tylko się oprę, a Ty usiądź i opowiadaj. Wezmę znajomych, a Ty rozstawisz nas na każdym z dziesięciu palców – to zamrozi obraz silniej niż katarynka – i będziesz kiwać o zaufanie i cierpliwość. Graj swój film, swoje romanse i odkrywaj kolejne pasje. Stać Cię na wszystko! Pewnie i mnie w to wciągniesz, ale wiedz, że nie wolno mi na przykład długo stać, bo noszę swój nadwyrężony krzyż, więc póki co nie będę się przysiadał, tylko się oprę i posłucham. Wolę słuchać. Nie wiem, czy Ci odpowiem, ale z pewnością dokładnie podpatrzę, dociążę, przetworzę i wykorzystam potem do własnych celów. I Twoje będą wszystkie uśmiechy, i to Tobie się należy, ale ja Ci to wszystko potem ukradnę.

53


>>> Karol Radziszewski, Backstage, 2011


Gender queen o Karolu Radziszewskim

A gdy zacząłbym być gender poprawny i gdy powkręcałbym w Twoje pory pokreślone ruloniki, tak jak byłobyś ciałem płaczu, to wtedy co? Przeczytałobyś? A gdy świeciłbym jak tabloid, android i tablet, czyli miał na imię Andre, przeczesywał nerwowo włosy i nosił koszule wkasane w short-jeans, to co? Dałobyś się zaskoczyć? A gdy wszystko, co bym mówił o długości i obwodach dzwoniłoby echem, jak na kanale w warsztacie w trakcie przeglądu podwozia, to czy chciałobyś mnie słuchać? A gdyby mój zapach przebijał się ślizgiem po ciałach prosto do ucha, jak glissandem po rzędach wiszących kluczy maszynowych: tęgich, wybrzmiewających odpowiednio do średnicy końcówki nasadowej i grubości warstwy skapującego z nich smaru, no to co, ciało? Byłobyś z tym szczęśliwe? Kolejne podziały i proporcje z dobrym smakiem padają jak muchy – w takim tempie, że powoli nie ma komu nad nimi latać. Sam już nie wiem, do kogo się zwrócić, co mówić i czy przyjąć jakąś opcję pod skrzydłem jakiejś frakcji, by mieć materiał na small-talk baloniasty, czy może rzeczywiście w tym wszystkim się rozpuścić. Ja chyba poczekam. Trochę pochłonę i ochłonę. A teraz czekamy.

55


>>> Wojciech Gilewicz, Rewitalizacje, 2007


Bigos o Wojtku Gilewiczu

Przytomny i obecny pięćdziesięciolatek wychowany w jednomyślnie przyjętej idei społeczeństwa, w zaciszu egalitarnych meblościanek, pawlaczy i wersalek, u kresu wieku w pełni świadomie dojrzewa poetyckości swojej osoby. Doświadczenie świata rozpuszczone w sześciu piwach jasnych i naznaczone piętnem osiemnastych urodzin spędzonych przed „Porucznikiem Kolombo” przelewa w swoje opus magnum: „Mężczyznę z tatuażem z anakondą” – gore-kryminalny epos. Nie czuję się odpowiednią osobą, by pierwsze dzieło Jacka krytykować – jest to zbyt wybitne Opus: osadzone na motywach Kolombo, pistoletów magnum i wielu innych, ogółem zdominowane przez namnażające się karłowate symbole, które rozkwitają kolejno: na, przy i przeciw sobie, plotąc pętlę wokół szyi widza. Ciężko oczekiwać sztukmistrzostwa pióra, wywrotnego algorytmu narracji czy iście cyrkowo zakreślonych postaci, kiedy to krytyk – bo jest nim Jacek – składa kolaż. „Mężczyzna…” jest bigosem odwołań, gdzie sam bohater, będąc tytułowym, jest akurat mężczyzną z tatuażem z anakondą, bo „…anakondą” rymuje się i dobrze kojarzy z „…Kolombo” – jak ten porucznik. To cała w tym myśl i to całkiem jasne. Krytyk układa kolaż, ożywiając wszystkie utrwalone wcześniej w kinie obrazy. I choć sam autor jest z siebie zadowolonym – a warto rozmawiać o wszystkim, co piękne choćby dla jednej osoby – to tego filmu nie streszczę, bo choć było w nim wszystko, to nie minęło i trzeba go po prostu obejrzeć.

57


>>> Bogna Burska, A Heart So White, 2007


Zajączki o Bognie Burskiej Na samym przedzie przedziału dwie entuzjastki Erasmusa podniecają niezdrowo atmosferę. Sztuczny Paryż i Walencja i historie z nimi związane odbijają się po wagonie, głuchnąc z braku chętnych odbiorców. Jestem nieznośny i złośliwy dla powierzchowności, więc wychodzę zadzwonić i zapalić w toalecie z uchylnym oknem. Zamykam się na zamek od wewnątrz, zagrzewam i wdycham dwie używane lufki szklane niehartowane, wypalam papierosa i mogę wracać. Wracam na fotel-wehikuł do podróży w czasie i przestrzeni języków od korytarza. Kiedy siadam, jakby słabiej słyszę damy Europy. Teraz tematy elbląskie i mniej interesująca prywata, i jakby ciszej. Sąsiad po prawej ma Jacek, rozłożył fotel i jest po interview. Ma też koszulę business class niebiańskoszary błękit, nic do powiedzenia i granatowy stryczek, który nieoficjalnie się poluzował poznawać ciepłe i wilgotne zagłębia bębna. Spodnie garnituru pną go w kroczu i pewnie dlatego tak sapie. Strasznie sapie, dzwoniąc do matki albo siostry w sprawie kotów. Ten po lewej nosi selvedge. Sąsiad przed nim zamknął fotel tak, że nogę można śmiało na nogę, a na nich macbooka tak, że dobrze widzę szycie: niekiepski denim. On dobrze wie, że ja to widzę, bo chce, żebym to widział. Widzę też, jak pozuje z jack & coke w wysokiej szklance, Pink Floyd i Marlboro Gold w miękkiej paczce. Czeka na telefon. Jacek zagląda mi w komputer, bo nerwowo coś notuję. Ma chwilę: matka albo siostra szuka karmy, bo cała trójka ma kłopot, bo któraś z Pań od kotów ma kupić tę samą, tyle że light. W niezdrowej podniecie spisuję materiał, by rozwijać go, a z niego pleść. Kociara już wie, o co Jackowi chodzi, J. zabiera wzrok z mojego komputera i pyta, co u Kotów. Słucham. Ten od selvedge jest grafikiem i przyjmijmy, że Michał, żeby i Mike. Mike ogląda tabele, Jacek pyta. M. wycenia to, po co zaraz zadzwonią. Muszą zadzwonić. Do Michała ciągle dzwonią, że nie ma po co wstawać od stołu. A ja codziennie widzę Mike’ów, jak obciągają szklance, nie wstając od stołu. A w dzień siedzą w tabelach i dzwonią. Jestem nieznośny i złośliwy dla powierzchowności, więc muszę odpocząć. Wychodzę zadzwonić i zapalić w toalecie. Lufki niehartowane, papieros i wracam na fotel-wehikuł od korytarza przodem do kierunku podróży w czasie i przestrzeni języków. Wrzeciona łomoczą w całym wagonie, plotąc kalambur pozbawiony kontekstu. A ja splatam materiał i go rozwijam.

59


o sobie

>>> Nazywam się Boryczko i jestem kelnerem z przyuczenia. Nie zostałem nikim szczególnym z wykształcenia, ale nie tracę nadziei i czasu: rozwijam język i uczę się pokory. Mieszkam w kamienicy na Piasku, w Garbarach w Krakowie. Rzucam palenie, wzmocnię włosy i paznokcie, ale przestałem zapuszczać wąsy. Od kilku lat – nie niezmiennie, bo z roczną przerwą na gabaryty – noszę naczynia przez znaczną część wieczorów i nocy. Jeżeli śpię, to prędzej jest dzień. Dużo w pracy podglądam międzyludzkich negliżów. Dużo wtedy jest ze mnie od Dygata, między innymi sen o walizce, liściu, przepustce i liście, ale mam też trochę od Himilsbacha – tę purystyczną logikę. No i rzecz jasna, że jest też Kurtyka – przyklejony jak plakietka, jak kartka na czole czy w portfelu. Obecnie się gołowąszę i – jak od zawsze – lubię trochę zmyślać historie, ale więcej mam radości, kiedy te przepisane skrawki, zlepki, mozaiki wypowiadam, kiedy w nie wierzę i wymodlam.

Nazywam się Jan Kowalewicz. Urodziłem się w 1988 roku w Wołominie, a wychowuję się i mieszkam w Krakowie. Studiowałem ekonomię i polonistykę. Pracowałem jako magazynier, szatniarz, kierowca, pikolak, ale najczęściej i obecnie jako kelner. Literatura jako pasja zjawiła mi się wcześnie, natomiast poezję slamową uprawiam od 2010 roku – dosyć krótko, ale przeważnie regularnie. Uczestniczyłem w polskiej realizacji Alzheimer’s Poetry Project, wystąpiłem w slamie i filmie „Baczyński”, nieoficjalnych mistrzostwach Europy w poezji slamowej, publikacji słowackiej antologii poezji Grupy Wyszehradzkiej oraz innych tyle ciekawych, co mało efektywnych formach komunikacji z ludźmi. Lubię koty, gotować, sport, jeść, muzykę, czytać, psy, sztuki plastyczne i spędzać czas poza domem.

www.romanboryczko.com

61


Lista prac zakupionych do Kolekcji w ramach projektu Podzielmy się Kolekcją! Rozbudowa kolekcji Bunkra Sztuki, dofinansowanego ze środków MINISTRA Kultury i Dziedzictwa Narodowego

1. B. Bańda, Codzienne wiadomości, 2012, kolaż na papierze, 30 elementów, 20 cm x 20 cm każdy: Chłopiec przeleżał noc w rowie. Chciał zamarznąć, 19.11.2012 Czy przy Kampusie spotkasz dzika. A może to nie dzik?, 28.11.2012 Czyżyny wydają wojnę wrakom i szczurom, 3.11.2012 Góral ze śmiertelną dawką alkoholu we krwi jechał samochodem, 7.11.2012 Groźne zatrucie czadem rodziny przy ulicy Sarmackiej, 29.11.2012 Jazzowe Zaduszki, 2.11.2012 Kradnie dziwne przedmioty. Pieniądze i biżuteria są nudne?, 15.11.2012 Mężczyzna z Wybrzeża pobił kobietę w Nowym Targu, 26.11.2012 Na Podhalu halny wieje od nocy i nie ustaje, 11.11.2012 Odpowie przed sądem za znęcanie się nad uczniami, 30.11.2012 Pasażerka straciła nogę pod kołami pociągu, 5.12.2012 Psy rozszarpały w Tatrach świstaka, 28.08.2012 Robocomp. Walki i pokazy robotów na AGH, 12.11.2012 Ratownicy TOPR upamiętnili zmarłych kolegów, 3.11.2012 Skoczył z mostu Zwierzynieckiego? Wznowią poszukiwania, 4.11.2012 Stężenie pyłków w krakowskim powietrzu nadal wysokie, 19.11.2012 Strażak – sprawca podpaleń sam zgłosił się na policję, 5.11.2012 Studentka spadła z łóżka. Dostanie 15 000 zł odszkodowania, 6.11.2012 Śnięte ryby w rzece Białej – śledztwo umorzone, 6.11.2012 TOPR wznowił poszukiwania turysty, 7.12.2012 Tragiczny finał kłótni małżonków w Krakowie, 13.11.2012 Uczniowie dręczyli nauczycielkę. Ale to ona miała być ukarana, 8.12.2012 Uszkodził 36 aut. Prokurator, więzienie i naprawa szkód, 3.12.2012 Wyrok w zawieszeniu dla dwudziestolatka za zabicie psa, 23.11.2012 Wzywał pomocy, zsunął się do schroniska. Wypadek w Tatrach, 9.11.2012 Zabójstwo na ulicy Budryka. Policja szuka nożownika, 21.11.2012 Zaginęła w okolicach Wielkiej Krokwi, 2.11.2012 Założono nadajniki niedźwiedziom, by śledzić ich ruchy, 14.11.2012 Zatrzymali wędkarzy kłusowników. Mieli ryby i sieci, 8.11.2012


Żurek z półgęskiem i gęś gajowego. Czas na gęsinę także w Krakowie, 12.11.2012 2. T. Baran, Bez tytułu, 2012, akryl na płótnie, 95 cm x 73 cm 3. T. Baran, Bez tytułu, 2012, gwasz, 150 cm x 115 cm 4. A. Baumgart, Paragraf 1000, 2012, wideo / DVD, 14’39” 5. M. Drożyńska, Pomnik, 2009, instalacja dźwiękowa, 0’08” 6. W. Gilewicz, Rewitalizacje, 2007, olej na płótnie, płyta wiórowa, 75 cm x 75 cm 7. N. Grospierre, Dom, który rośnie, 2012, dibond, pleksi, cięcie do formatu, 6 części, różne wymiary: 36 cm x 21 cm, 36 cm x 27 cm, 67 cm x 34 cm, 81 cm x 54 cm, 67 cm x 34 cm, 101 cm x 34 cm 8. Ł. Jastrubczak, Need for Speed, 2012, wideo / Blu-ray, 46’ 9. B. Kokosiński, Bez tytułu, 2012, ołówek na papierze, 17,5 cm x 12 cm 10. B. Kokosiński, Bez tytułu, 2012, ołówek na papierze, 50 cm x 40 cm 11. B. Kokosiński, Obraz pożerający pejzaż, 2011, technika własna, 127 cm x 155 cm x 40 cm 12. L. Krawczyk i W. Kubiak, z cyklu Genderqueer: H., 2008, druk lambda, dibond, pleksiglas, 100 cm x 66 cm 13. L. Krawczyk i W. Kubiak, z cyklu Genderqueer: Kalejdoskop, 2008, wideo czterokanałowe / DVD, 10’02” 14. C. Malik i P. Pawlus, 6 Rzek, 2012, wideo / Blu-ray, 53’ 15. A. Okrasko, Platforma, 2012, kolaż na papierze, storyboard, 71 elementów w formatach A3 i A4 umieszczonych na 23 białych planszach, wymiary różne 16. L. Pawela, z cyklu Otke Notive (I), 2011, wydruk na papierze archiwalnym, 56 cm x 85 cm 17. L. Pawela, z cyklu Otke Notive (II), 2011, wydruk na papierze archiwalnym, 56 cm x 85 cm 18. L. Pawela, z cyklu Otke Notive (III), 2011, wydruk na papierze archiwalnym, 56 cm x 85 cm 19. A. Senkara, Dog Porn, 2010, odbitki fotograficzne czarno-białe, 3 sztuki, 30,5 cm x 30,5 cm każda 20. A. Senkara, Szlachcic, 2010, wideo / DVD, 25’ 21. G. Sztwiertnia, Sekretne życie instytucji, 2012, obiekt multimedialny, 83 cm x 190 cm x 100 cm 22. H. Zamojski, Magnetic Man, fragment projektu MDRNBDSM, 2012, zin, Munken Print Cream 115 gsm, 25 egzemplarzy, 16,5 cm x 23 cm każdy 23. H. Zamojski, Modernism, fragment projektu MDRNBDSM, 2012, wideo / DVD, 10’ (pętla) 24. H. Zamojski, praca bez tytułu, fragment projektu MDRNBDSM, 2012, fotografia, wydruk na papierze solution 230, 60 cm x 90 cm 25. H. Zamojski, praca bez tytułu, fragment projektu MDRNBDSM, 2012, fotografia, wydruk na papierze solution 230, 67,3 cm x 90 cm 26. H. Zamojski, praca bez tytułu, fragment projektu MDRNBDSM, 2012, fotografia, wydruk na papierze solution 230, 90 cm x 77,8 cm 27. H. Zamojski, praca bez tytułu, fragment projektu MDRNBDSM, 2012, fotografia, wydruk na papierze solution 230, 90 cm x 72,1 cm 28. H. Zamojski, praca bez tytułu, fragment projektu MDRNBDSM, 2012, fotografia, wydruk na papierze solution 230, 90 cm x 77,4 cm

63


Kolekcja Bunkra Sztuki. Spis alfabetyczny

1. K. Araya, Diada, 2012, druk pigmentowy na papierze fotograficznym, folia UV, dibond, 16 elementów, 50 cm x 50 cm każdy 2. K. Araya, Of the Roof, 2012, wideo / DVD, 3’55” 3. K. Araya, Salty Walk, 2011, dwie rzeźby z soli kamiennej 4. K. Araya, Self-withdrawal, 2012, wydruk na folii do podświetleń, 2 elementy, 14,8 cm x 21 cm każdy 5. K. Araya, Spacerując po Ostrzyhomiu, 2012, wideo / DVD, 5’15” 6. K. Araya, Spacerując po Tamiami Trail, 2012, wideo dwukanałowe / DVD, 50’44” 7. K. Araya, Spacerując z Kingą, 2012, 4 nagrania audio: w języku polskim, węgierskim, angielskim i włoskim, 2’25” każde 8. K. Araya, Spis, 2011, wideo / DVD, 13’58” 9. K. Araya, Powołanie, 2012, wideo / DVD, 2’04” 10. B. Bachorczyk, Limahl, 2009, technika mieszana, 30 cm x 30 cm 11. B. Bachorczyk, Pocałuj mnie w pierścionek, 2010, technika mieszana na płótnie, 30 cm x 50 cm 12. O. Breuning, Bez tytułu, 2006, rysunek, ołówek na papierze, 10 elementów, 25 cm x 15 cm każdy 13. R. Bujnowski, z cyklu Malowanie – Odnawianie: Odnowiona Galeria Bunkier Sztuki, 2001, olej na płótnie, 119 cm x 180 cm 14. B. Burska, A Heart So White, 2007, wideo / DVD, 38’40” 15. T. Ciecierski, Bez tytułu (bordo), 2003, fotografia kolorowa na PCW, 165 cm x 122 cm 16. T. Ciecierski, Bez tytułu (fioletowy), 2003, fotografia kolorowa na PCW, 165 cm x 122 cm 17. T. Ciecierski, Bez tytułu (niebieski), 2003, fotografia kolorowa na PCW, 165 cm x 122 cm 18. O. Dawicki, Alternaria fastidiosa, 2005, akryl na płótnie, 60 cm x 80 cm 19. O. Dawicki, Bagnet na broń, 2005, wideo / DVD, 1’ (pętla) 20. O. Dawicki, Cladosporium inops, 2005, akryl na płótnie, 120 cm x 100 cm 21. O. Dawicki, Myrothecium luxuriosum, 2005, akryl na płótnie, 100 cm x 120 cm 22. O. Dawicki, Okno, 2007, instalacja z 9 wydruków: 26,4 cm x 22,6 cm, 51,9 cm x 69,9 cm, 40,9 cm x 52,4 cm, 32,1 cm x 28,9 cm, 40,9 cm x 40,9 cm, 35,3 cm x 32,5 cm, 37,7 cm x 52,4 cm, 35,4 cm x 30,4 cm, 62,4 cm x 50,9 cm oraz DVD 23. O. Dawicki, Portrety uliczne, 2001–2003: Autoportret: Kraków II (2003), ołówek, kredka na papierze, 58 cm x 43 cm Berlin (2002), pastel, akwarela na papierze, 43 cm x 32,5 cm Gdańsk I (2003), ołówek na papierze, 43 cm x 32,5 cm Gdańsk II (2002), pastel na papierze, 43 cm x 32,5 cm Kraków I (2002), pastel na papierze, 43 cm x 32,5 cm Olsztyn (2002), akwarela na papierze, 43 cm x 32,5 cm Paryż (2002), pastel na papierze, 58 cm x 43 cm Praga (2002), ołówek, kredka na papierze, 58 cm x 43 cm Sopot (2002), pastel na papierze, 43 cm x 32,5 cm


Ustka (2001), pastel na papierze, 43 cm x 32,5 cm Warszawa (2002), ołówek na papierze, 43 cm x 32,5 cm Warszawa II (2002), ołówek na papierze, 43 cm x 32,5 cm Dokumentacja projektu, wideo / DVD, 30’39” 24. M. Deskur, Czy można bawić się zakonnicą?, 2000, duratrans na pleksi, 104 cm x 150 cm 25. M. Deskur, Ostatnia wieczerza, 1999, duratrans na folii, 150 cm x 1000 cm 26. M. Deskur, Trzej Królowie, 1999, duratrans na pleksi, 151 cm x 241 cm 27. W. Doroszuk, Reisefieber, 2007, instalacja: volkshochschule city west (Berlin), wideo / DVD, 11’05” sümela restaurant, wideo / DVD, 6’30” cosy-wasch, wideo / DVD, 5’40” 2006/07, wideo dwukanałowe / DVD, kanał lewy: 8’23”, kanał prawy: 6’23” (pętla) Lot, wideo / DVD, muzyka: Michał Gorczyca, 14’ Reisefieber, wydruk cyfrowy, 70 cm x 100 cm 28. M. Drożyńska, Między słowami, 2011, haft ręczny na płótnie, nagrania dźwięków, 534 cm x 42,5 cm 29. E. Dwurnik, 163 rzeźbiarzy polskich, 1997, olej na płótnie, 148 cm x 148 cm 30. W. Gilewicz, Obrazy 2002–, 2012, olej na płótnie: #44, 2012–, 35 cm x 69 cm #48, 2012–, 19 cm x 20 cm #81, 2012–, 44 cm x 86 cm #91, 2012–, 11 cm x 31 cm #100, 2012–, 7 cm x 7 cm #142, 2012–, 59 cm x 59 cm 31. K. Górna, Marilyn, 2004, fotografia kolorowa na PCW, 2 elementy: 50 cm x 840 cm, 80 cm x 300 cm 32. K. Górna, Happy Birthday Mr President, 2004, wideo / DVD, 9’32” 33. K. Górna, Portret podwójny, 2001, fotografia czarno-biała na PCW, 3 elementy: 75 cm x 75 cm, 75 cm x 47 cm, 75 cm x 63 cm 34. E. Jabłońska, Pomaganie, 2004, wideo / DVD, 32’58” 35. A. Janicki, Litwo, ojczyzno moja, 2005, wideo / DVD, 3’ (pętla) 36. A. M. Kaufmann, z cyklu 40 Gestures (I), 2002, druk na płycie aluminiowej, 56 cm x 70 cm 37. A. M. Kaufmann, z cyklu 40 Gestures (II), 2002, druk na płycie aluminiowej, 56 cm x 70 cm 38. A. M. Kaufmann, Thinking Intermission (I), 2002, druk na płycie aluminiowej, 50,5 cm x 73 cm 39. A. M. Kaufmann, Thinking Intermission (II), 2002, druk na płycie aluminiowej, 50,5 cm x 73 cm 40. L. Kessler, The Life of Others (Nowa Huta, Kraków), 2008, wideo / PAL 4:3, 8’29” 41. J. Koeke, Rycerze, 2008: Piesek, obiekt, 40 cm x 30 cm x 15 cm Rycerz I , obiekt, 160 cm x 40 cm x 20 cm Rycerz II, obiekt, 160 cm x 40 cm x 20 cm Rycerze, wideo / DVD, 3’ (pętla) 42. K. Kowalska, Miss White Bluebird of Happiness, 2007, technika własna, 50 cm x 50 cm 65 43. K. Kowalska, Okno na zimę, 2004, okno drewniane, podświetlony wydruk komputerowy, 62 cm x 50 cm x 20 cm


44. K. Kowalska, Rave, 2008, wideo / DVD, 4’20” (pętla) 45. K. Kowalska, Średnie okno, 2004, okno drewniane, podświetlony wydruk komputerowy, 52 cm x 128 cm x 20 cm 46. K. Kowalska, Stock, 2005, lightbox, 5 elementów, 16 cm x 13 cm każdy 47. J. Kozłowski, z cyklu Recycled News – The Times, 2007–2009, akwarela na gazecie, 20 elementów, 47 cm x 68 cm każdy 48. L. Krawczyk i W. Kubiak, z cyklu Genderqueer: A., 2008, druk lambda, dibond, pleksiglas, 100 cm x 66 cm 49. L. Krawczyk i W. Kubiak, z cyklu Genderqueer: A., 2008, druk lambda, dibond, pleksiglas, 100 cm x 66 cm 50. L. Krawczyk i W. Kubiak, z cyklu Genderqueer: B., 2008, druk lambda, dibond, pleksiglas, 100 cm x 66 cm 51. L. Krawczyk i W. Kubiak, z cyklu Genderqueer: J., 2008, druk lambda, dibond, pleksiglas, 100 cm x 66 cm 52. L. Krawczyk i W. Kubiak, z cyklu Genderqueer: K., 2008, druk lambda, dibond, pleksiglas, 100 cm x 66 cm 53. L. Krawczyk i W. Kubiak, z cyklu Genderqueer: L., 2008, druk lambda, dibond, pleksiglas, 100 cm x 66 cm 54. L. Krawczyk i W. Kubiak, z cyklu Genderqueer: Ł., 2008, druk lambda, dibond, pleksiglas, 100 cm x 66 cm 55. L. Krawczyk i W. Kubiak, z cyklu Genderqueer: M., 2007, olej na płótnie, 195 cm x 195 cm 56. L. Krawczyk i W. Kubiak, z cyklu Genderqueer: T., 2008, druk lambda, dibond, pleksiglas, 100 cm x 66 cm 57. P. Książek, N.N. 14, 2007, olej na płótnie, 40 cm x 49 cm 58. P. Książek, N.N. 27, 2008, olej na płótnie, 20 cm x 20 cm 59. A. Kurant, Czas Apokalipsy, 2010, wideo / DVD, 10’ (pętla) 60. P. Lutyński, Bez tytułu, 2003, akryl na płótnie, 5 elementów, 213 cm x 920 cm 61. P. Lutyński, Bez tytułu, 2003, akryl na płótnie, 270 cm x 270 cm 62. P. Lutyński, Bez tytułu, 2003, akryl na płótnie, 270 cm x 270 cm 63. P. Lutyński, Projekt KR 736 EJ, 2009, wideo / DVD, 10’ 64. P. Lutyński, Ptasia kolumna (tryptyk), 2005, akryl i olej na sklejce, 41 cm x 137,5 cm x 5,5 cm 65. M. Maciejowski, Lekarz powiedział..., 2001, olej na płótnie, 97 cm x 124 cm 66. M. Markiewicz, Krasawice, 2007: spódnice, 3 elementy, średnica 150 cm każdy obiekt, standy fotograficzne, 5 elementów: 170 cm x 53 cm, 160 cm x 88 cm, 170 cm x 51 cm, 165 cm x 55 cm, 165 cm x 60 cm 67. M. Markiewicz, Kwiaty, 2005, lightbox, 5 elementów, 25 cm x 25 cm x 15 cm każdy 68. M. Markiewicz, z cyklu Słabość ma w sobie szczególne piękno, 2006: fotografia kolorowa na PCW, 2 elementy, 50 cm x 70 cm każdy fotografia czarno-biała na PCW, 8 elementów, 50 cm x 70 cm każdy 69. M. Markiewicz, z cyklu Utrata miękkości powoduje śmierć za życia, 2007, 5 obiektów, 150 cm x 75 cm x 15 cm każdy 70. M. Markiewicz, z cyklu Wyliczanki, 2005, 3 obiekty, tkanina, średnica 150 cm każdy oraz warkocze 71. M. Markiewicz, z cyklu Podomki, 2002, obiekt, cerata 72. B. Materka, Trupi kwiat, 2008, olej na płótnie, 160 cm x 120 cm 73. S. Ogawa, Perfect Souvenir Kraków, 2008, iris print, 52 cm x 46,5 cm 74. S. Ogawa, z cyklu Perfect World, 2008, pióro, marker na papierze, 31 elementów, 29,7 cm x 21 cm każdy 75. S. Ogawa, z cyklu Perfect World – Perfect Grand Place (Kraków), 2008, akryl na pocztówce, 9 cm x 13,6 cm 76. M. Okoński, Puryfikacja, 2010, model rzeźby z drewna i gipsu, 200 cm x 100 cm x 150 cm 77. J. Pawlik, Bez tytułu (Most), 2010, wydruk na papierze archiwalnym, 125 cm x 187,5 cm 78. J. Pawlik, Fake Leg, 2009, c-print, tryptyk, każda część 50 cm x 70 cm


79. K. Radziszewski, Backstage, 2011, wideo / DVD, 38’24” 80. K. Radziszewski, Studium do Rannego powstańca, 2010: fotografia czarno-biała, 5 elementów, 30 cm x 20 cm każdy rysunek, ołówek na papierze, 30 cm x 20 cm 81. J. Robakowski, Akustyczne jabłko, 1994, wideo / DVD, 4’ 82. J. Robakowski, Bliżej – dalej, 1984, wideo / DVD, 3’ 83. J. Robakowski, Byłem chłopcem w Nowym Jorku, 1989, wideo / DVD, 5’ 84. J. Robakowski, Chodź do mnie, 1989, wideo / DVD, 5’ 85. J. Robakowski, Jadziu! Odbierz telefon…, 1992, wideo / DVD, 5’ 86. J. Robakowski, Jestem elektryczny!, 1986, wideo / DVD, 14’ 87. J. Robakowski, LA-LU, 1985, wideo / DVD, 2’30” 88. J. Robakowski, Manifest energetyczny, 2004, wideo / DVD, 2’ 89. J. Robakowski, Moje video-masochizmy, 1989, wideo / DVD, 4’ 90. J. Robakowski, Ojej, boli mnie noga…, 1990, wideo / DVD, 5’ 91. J. Robakowski, O moich palcach, 1982, wideo / DVD, 5’ 92. J. Robakowski, Samochody, samochody…, 1985, wideo / DVD, 2’30” 93. J. Robakowski, Taniec z drzewami, 1985, wideo / DVD, 3’ 94. W. Sasnal, Bez tytułu, 2000, olej na płótnie, 42 cm x 43 cm 95. W. Sasnal, Bez tytułu, 2000, olej na płótnie, 42 cm x 43 cm 96. W. Sasnal, Concorde Is Dead, 2003, sitodruk, 99 cm x 59,5 cm 97. W. Sasnal, Życie codzienne w Polsce, 2003, sitodruk, 58,5 cm x 84 cm 98. J. Sawicka, Brzuch, 2003, fotografia kolorowa na PCW, 106 cm x 150 cm 99. J. Sawicka, Batman, 2005, olej na płótnie, 50 cm x 40 cm 100. J. Sawicka, Chryste Panie, 2003, wydruk podświetlony na folii, 300 cm x 80 cm x 80 cm 101. J. Sawicka, Garniturek, 2003, fotografia kolorowa na PCW, 135 cm x 92 cm 102. J. Sawicka, Jezus Maria, 2003, wydruk podświetlony na folii, 300 cm x 80 cm x 80 cm 103. J. Sawicka, Marynarka, 1998, olej na płótnie, 100 cm x 120 cm 104. J. Sawicka, Pogrzeb Wyspiańskiego, 2007, obiekty, 6 lightboxów, 30 cm x 20 cm x 20 cm każdy 105. J. Sawicka, Skórzany płaszcz, 2003, fotografia kolorowa na PCW, 175 cm x 125 cm 106. J. Sawicka, Spodnie, 1999, olej na płótnie, 120 cm x 100 cm 107. J. Sawicka, Znów zabija, 2000, olej na płótnie, 40 cm x 60 cm 108. J. Simon, Bałwanek, 2003, program komputerowy, instalacja interaktywna 109. J. Simon, Carpet Invaders, 2002, program komputerowy, instalacja interaktywna 110. J. Simon, Hotel Ryugyong, 2007, obiekt, 134 cm x 80 cm x 80 cm 111. J. Simon, Krakowiacy lubią czystość: Obiekt I, 2005, obiekt, 110 cm x 60 cm x 20 cm 112. J. Simon, Krakowiacy lubią czystość: Obiekt II, 2005, obiekt, 110 cm x 60 cm x 20 cm 113. W. Shawky, Digital Church, 2007, wideo / DVD, 18’04” 114. Ł. Skąpski, Przewodnik po Krakowie: część 1, 2005, wideo / DVD, 7’51” część 2, 2005, wideo / DVD, 6’10”

67


część 3, 2006, wideo / DVD, 3’48” 115. Ł. Skąpski, Volvo, 2007, wideo / DVD, 7’35” 116. Ł. Skąpski, z cyklu Bez tytułu (Audi UV G9R), 2006, blacha lakierowana, 50 cm x 110 cm 117. Ł. Skąpski, z cyklu Bez tytułu (BMW 184), 2006, blacha lakierowana, 50 cm x 110 cm 118. Ł. Skąpski, z cyklu Bez tytułu (BMW 392), 2006, blacha lakierowana, 50 cm x 110 cm 119. M. Smoczyński, Fields in Transition, 1993, fotografia czarno-biała na papierze, 2 elementy: 68 cm x 95,5 cm, 79 cm x 107 cm 120. M. Smoczyński, Podwójny horyzont, 1995, fotografia czarno-biała na papierze, 74 cm x 97,5 cm 121. M. Smoczyński, „.”; „..”; „…”, 1995, fotografia czarno-biała na papierze, 3 elementy, 105,5 cm x 85,5 cm każdy 122. M. Sobczyk, Pepo geniusz, 1994, olej na płótnie, 150 cm x 210 cm 123. K. Wodiczko, Biblioteka Publiczna, St. Louis, 2004, wideo / DVD, 22’50” oraz dokumentacja projektu 124. K. Wodiczko, Bunker Hill Monument, Boston, 1998, wideo / DVD, 15’34” oraz dokumentacja projektu 125. K. Wodiczko, Centrum Kulturalne IMAX, Tijuana, 2001, wideo / DVD, 24’01” oraz dokumentacja projektu 126. K. Wodiczko, Kopuła Bomby Atomowej, Hiroshima, 1999, wideo / DVD, 19’13” oraz dokumentacja projektu 127. K. Wodiczko, Wieża Ratuszowa, Kraków, 1996, wideo / DVD, 11’53” oraz dokumentacja projektu 128. A. Żebrowska, z cyklu Kiedy inny staje się swoim, fotografia nr 2, wersja robocza, 1999, wydruk komputerowy na PCW, 110 cm x 168 cm


spis treści WSTĘP / Anna Lebensztejn s. 5 :

O przewodniku

TEKSTY / Jan Kowalewicz s. 7 s. 9

s. 11: s. 13: s. 15 s. 17 s. 19: s. 21: s. 23: s. 25: s. 27: s. 29 s. 31: s. 33: s. 35: s. 37: s. 39 s. 41 s. 43: s. 45: s. 47 s. 49: s. 51 s. 53 s. 55: s. 57 s. 59 s. 61

Szimano. O Janku Simonie Możliwość przesiadki na inne linie tramwajowe i linie autobusowe. O Monice Drożyńskiej Żeby zdrowie było. O Marcinie Maciejowskim Lin. O Olafie Breuningu Następna stacja: Służew. O Bogusławie Bachorczyku Frankowski Tosiek. O Małgorzacie Markiewicz Punkt przegięcia. O Wilhelmie Sasnalu Z igieł widły. O Piotrze Lutyńskim ∞. O Edwardzie Dwurniku Komary w wosku, pszczoła w bursztynie i muchy w nosie. O Tomaszu Ciecierskim Ładneście sobie harce urządzili. O Bartku Materce Pawie oka. O Jadwidze Sawickiej Traditio pagana. O Karolinie Kowalskiej Halloween. O Marku Sobczyku SPZOZ. O Shinjim Ogawie Play/Pause. O Justynie Koeke Ćwierć pauzy. O Katarzynie Górnej Tadek Optyk. O Mikołaju Smoczyńskim Życie to sen wariata, a jak się przyprawi, to zmienia się w kolorową telewizję. O Oskarze Dawickim Wiktor. O Andreasie M. Kaufmannie Szerokości. O Mateuszu Okońskim Obłomowszczyzna. O Wojtku Doroszuku Zderzenia światów. O Łukaszu Jastrubczaku Oddam/Zamienię. O Kindze Arayi Gender queen. O Karolu Radziszewskim Bigos. O Wojtku Gilewiczu Zajączki. O Bognie Burskiej O sobie

69


DZIEŁA s. 6 : s. 8 : s. 10: s. 12 s. 14 s. 16 s. 18: s. 20 s. 22 s. 24: s. 26: s. 28 s. 30: s. 32 s. 34 s. 36 s. 38 s. 40 s. 42 s. 44 s. 46: s. 48 s. 50: s. 52 s. 54 s. 56 s. 58

Janek Simon, Carpet Invaders, 2002, fot. Rafał Sosin Monika Drożyńska, Między słowami, 2011, fot. Rafał Sosin Marcin Maciejowski, Lekarz powiedział…, 2001, fot. Rafał Sosin Olaf Breuning, Bez tytułu, 2006, fot. Rafał Sosin Bogusław Bachorczyk, Pocałuj mnie w pierścionek, 2010, fot. Rafał Sosin Małgorzata Markiewicz, Wyliczanki, 2005, fot. StudioFILMLOVE Wilhelm Sasnal, Bez tytułu, 2000, fot. Rafał Sosin Piotr Lutyński, Ptasia kolumna, 2005, fot. Rafał Sosin Edward Dwurnik, 163 rzeźbiarzy polskich, 1997, fot. Rafał Sosin Tomasz Ciecierski, Bez tytułu (bordo), 2003, fot. Rafał Sosin Tomasz Ciecierski, Bez tytułu (niebieski), 2003, fot. Rafał Sosin Bartek Materka, Trupi kwiat, 2008, fot. Rafał Sosin Jadwiga Sawicka, Chryste Panie, 2003, fot. Rafał Sosin Jadwiga Sawicka, Jezus Maria, 2003, fot. Rafał Sosin Karolina Kowalska, Rave, 2008, kadry z filmu Marek Sobczyk, Pepo Geniusz, 1994, fot. Rafał Sosin Shinji Ogawa, Perfect Souvenir Kraków, 2008, fot. Rafał Sosin Justyna Koeke, Rycerze, 2008, kadry z filmu Katarzyna Górna, Happy Birthday Mr President, 2005, kadry z filmu Mikołaj Smoczyński, Fields in Transition, 1993, fot. Rafał Sosin Oskar Dawicki, Okno, 2007, fot. Rafał Sosin Andreas M. Kaufmann, 40 Gestures, 2002, fot. Rafał Sosin Mateusz Okoński, Puryfikacja, 2010, fot. Anna Lebensztejn Wojciech Doroszuk, Reisefieber, 2007, fot. Rafał Sosin Łukasz Jastrubczak, Need for Speed, 2012, kadry z filmu Kinga Araya, Powołanie, 2012, kadry z filmu Karol Radziszewski, Backstage, 2011, kadry z filmu Wojciech Gilewicz, Rewitalizacje, 2007, kadry z filmu, dzięki uprzejmości artysty Bogna Burska, A Heart So White, 2007, kadry z filmu

KOLEKCJA s. 62: s. 64:

Lista prac zakupionych do Kolekcji w ramach projektu Podzielmy się Kolekcją! Rozbudowa Kolekcji Bunkra Sztuki, dofinansowanego ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Kolekcja Bunkra Sztuki. Spis alfabetyczny


Bez tytułu. Przewodnik po Kolekcji

71


Isbn / 978-83-62224-23-4


Przewodnik po Kolekcji