__MAIN_TEXT__

Page 1

Leokadia Urban, z domu Moszczeńska, była najmłodszą z sześciu córek Weroniki, jedną z dziewięciorga rodzeństwa. Weronika Moszczeńska, z domu Galikowska, urodziła Leokadię 24 maja 1921 roku w Czaplach, zmarła 23 lata później, w 1944 roku. Weronika była córką Zuzanny, została urodzona 1885 roku.

Leokadia Urban, nazywana przez mieszkanki i mieszkańców wsi Czaple Panią Urbanową, była moją prababcią, matką mojej babci Anny, babcią mojej mamy Mirosławy.

urbanowa


Urbanowa – pomnik społeczny to projekt skupiony wokół herstorii i historii mówionej, przypominania sobie drobnych, z pozoru nieistotnych wątków tworzących finezyjny splot opowieści o przeszłości. Pomnik społeczny jest pomnikiem żywym, daleko mu do nieruchomej figury – tętni, rozwija się i trwa, ożywiany energią osób, które zostały.

Historia i herstoria mówiona nie jest linearna – wspomnienia nie układają się chronologicznie, mieszają się czasy, pojawiają wątpliwości, wkradają pomyłki. Jest jednak opowieścią najbardziej osobistą i pełną emocji, wrażliwą i wybiórczą. Moja prababcia Leokadia na początku lat 50. została pierwszą sołtyską wsi, była matką dziewięciorga dzieci, gospodynią, opiekunką, poetką, społecznicą, lokalną

zima

liderką, członkinią Koła Gospodyń Wiejskich, pracownicą oddziałów dziecięcych szpitala psychiatrycznego. Jej herstoria stała się dla mnie inspiracją, a jednocześnie dzieliła los innych kobiet, z których wszystkie zasługują na bycie zapamiętanymi.

Kiedy zmarła, 15 kwietnia 2010 roku, miałam 19 lat, a przed dwoma laty, gdy wyprzedano już większość ziemi, usłyszałam opowieści, które sprawiły, że zdecydowałam się wrócić do wsi mojego dzieciństwa i zapytać o to, co zostało i o to, co utracone.

Zapamiętano kwiaty. Gladiole, z których trzy odmiany rosły dziko w tej części Europy, jednak jedną z nich uznaje się już za wymarłą. Gladiole były kwiatami szczególnie ukochanymi przez

Leokadię. Wybranymi. W pewnym momencie ten wybór, jej wybór i dla mnie stał się jasny i oczywisty. Żywy pomnik musi rosnąć, może przekwitać, jednak po to, by kolejnej wiosny ponownie móc go ożywić. Jest pomnikiem mobilnym – urośnie wszędzie tam, gdzie zostanie zasadzony. Będzie blisko ziemi, w której wszystko zaczyna się i kończy.

Dzięki współpracy z Panem Stanisławem Smoleniem, kolekcjonerem i hodowcą unikatowych gladioli, projekt Urbanowa – pomnik społeczny przybrał kształt cebulki, nad którą Pan Stanisław pracował od ponad pięciu lat. Unikatowej odmiany Gladiolus communis, która w Międzynarodowym Stowarzyszeniu Gladiris została zarejestrowana jako Leokadia Urban, a certyfikat rejestracji trzymacie właśnie w swoich rękach.


Lotka Mrozińska i jej rodzice, Pani Kwiecień, mieszkali we Wiągu. To też był chyba dom poniemiecki, za domem staw i huśtawka i tam lubiliśmy się bujać. Nie wiem jakim cudem ja to wyczytałam, kiedyś mówili, że w Sybilli – to taka księga przepowiedni – że koniec świata nastąpi wtedy, kiedy przyjdzie w środku lata taki mróz, że zamarznie woda. A ja sobie w wyobraźni utworzyłam taką wizję, że zamarznie to ich bagno. Ale czy ono jeszcze istnieje? Chyba nie. To już końca świata nie będzie. A tak naprawdę to się dzieje teraz, ta przepowiednia się spełnia. Kiedyś były cztery pory roku. Wyraźne. Mroźna zima. Długa wiosna. Gorące lato. I jesień. Teraz jesień tak bardzo się wydłuża, że nagle jest wiosna, bardzo krótka, a potem lato – upalne, afrykańskie i naraz ten chłód, ten chłód w środku lata.

Koniec świata


wiosna


Stowarzyszenie Gladiris

certyfikat rejestracji

odmiany unikatowej Gladiris communis

o nazwie Leokadia Urban

przez Stanisława Smolenia

w ramach projektu Pameli Bożek Urbanowa – pomnik społeczny

Czaple, grudzień 2019

CERTYFIKAT


Przygotowanie

Początki korzeni

Kiełkowanie

Początkiem kwietnia przenosimy pomnik-cebulkę z miejsca chłodnego (lodówki) do pomieszczenia o temperaturze 20–25°C i niskiej wilgotności, aby nie spowodować zwiększonego wzrostu korzeni. W tym czasie zdarza się, że na pomnikachcebulkach wyrastają kiełki i należy uważać, aby ich nie uszkodzić. Oczyszczanie cebulek-pomników z łusek okrywowych na tym etapie spowoduje kiełkowanie wcześniejsze o 5-6 dni.

Pomnik-cebulkę układa się na czyste, suche podłoże. Zbyt silny wzrost korzeni może doprowadzić do uszkodzeń podczas sadzenia i w rezultacie cebulki będą tracić czas i energię na odrastanie nowych korzeni, co opóźni prawidłowy rozwój roślin oraz ich okres kwitnienia. Najlepiej byłoby, gdyby cebulki miały guzki (kolce) nie większe niż 1-3 mm.

Prawidłowe podkiełkowanie cebulki-pomnika na 20-25 dni przed sadzeniem powoduje wyrośnięcie pędów o długości 1-10 cm i guzków lub kolców korzeni o długości 1-3 mm.

INSTRUKCJA


Ochrona

Sadzenie

Stanowisko

Przed sadzeniem przystępujemy do odkażania cebulki-pomnika z zarodników grzybów oraz mikroskopijnych zalążków wciornastków. Należy namoczyć ją w 0,3% roztworze nadmanganianu potasu (dostępnym w aptece) przez 1-2 godzin lub w denaturacie przez 0,5-1 godziny, w zależności od wielkości cebulki-pomnika.

Cebulkę-pomnik można wysadzić do gruntu lub donicy (postumentu), wskazane jest przygotowanie odpowiednich podpórek. Po przekwitnięciu donicę można wynieść do ogrodu, gdzie doczeka do jesieni. Aby nie doznać zawodu musimy zastosować duże pojemniki z odpowiednią ilością gleby, minimum 10-litrowych – w przeciwnym razie wyrosną gladiole-pomniki małe i ze skróconym kwiatostanem. Ważne jest, aby pojemniki miały dobry drenaż i otwór do odprowadzenia nadmiaru wody podczas nawadniania, gdyż gladiole-pomniki nie tolerują wody stojącej.

Ważne jest, aby wybrać dobrą lokalizację donicy (postumentu). Gladiola-pomnik wymaga ciepła i dużej ilości światła, ale nie może pozostawać na zimnym wietrze. Należy więc wybrać miejsce osłonięte od wiatru i dość jasne. Gladiola-pomnik lubi dużą wilgotności gleby, ale nie toleruje wody stojącej, a gleba w pojemnikach wysycha szybciej niż na otwartym terenie.

Nad warstwą drenażu umieszczamy warstwę urodzajnej gleby – kruchej struktury, a jednocześnie posiadającej zdolność pochłaniania wody. Ziemię zakupioną w sklepie należy wymieszać z odrobiną piasku i ziemi z pola.

Podlewanie w najgorętszym czasie należy stosować 2-3 razy dziennie, a jednocześnie zapewnić, aby gleba była luźna i oddychająca, inaczej korzenie gladioli-pomnika mogą po prostu się udusić.

Prawidłowo przygotowane do sadzenia cebulki-pomniki sadzimy od połowy kwietnia – do końca maja do pojemników na głębokości 8-12 cm.

SADZENIA POMNIKA


pomnik


22 maja 2004

W Kościerzynie rozstrzygnięto V Konkurs Maryjny „Aby poezja ogarnęła nasze serca”, zorganizowany przez parafię św. Trójcy i kościerski oddział Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego.

„Fenomen, zwłaszcza polski, obecności Najświętszej Maryi Panny w utworach literackich, szczególnie w poezji, choć z jednej strony wciąż urzeka i zdumiewa niezliczoną wprost różnorodnością wykreowanego słowa, z drugiej wszak wydaje się mieć wielorakie uzasadnienie, począwszy od racji historyczno-kulturowych, a na uczuciowo-modlitewnych kończąc. (...) Cokolwiek by o Niej powiedziano w kontekście historii zbawienia i historii każdego jednostkowego człowieka, nigdy nie będzie to słowo ostatnie i ostateczne. (…)” Teksty w obu kategoriach, recytatorskiej i literackiej, były przedstawione w języku polskim i kaszubskim.

Wyróżnienie specjalne: Leokadia Urban – Czaple koło Świecia, za wiersz „Przyrzeczenia Apelowe”

konkurs


lato


jesień


Stanisław Smoleń

Lato, czterdzieści lat temu

syn Cecylii, wnuk Anny, prawnuk Anny – urodzony w Ladzinie, w województwie podkarpackim, w powiecie krośnieńskim, w gminie Rymanów; kolekcjoner i twórca 29 unikatowych odmian gladioli z czterdziestoletnim doświadczeniem

Żona nosiła mieczyki na cmentarz, a kupowała je w Rymanowie, gdzie wówczas mieszkaliśmy. Raz poszedłem z nią i zobaczyłem jak się je uprawia. Poprosiłem wtedy rodziców o kawałek pola pod uprawę kwiatów i warzyw, założyliśmy sad i kupiłem też trochę mieczyków. Kiedy zaczęły kwitnąć, żona nosiła je znowu na cmentarz, a ludzie chcieli od niej kupować, więc powiedziała, że w takim razie będziemy rozmnażać. I tak to się zaczęło. A potem podczas podróży służbowych do Warszawy, kiedy pracowałem w ZHP chorągwi krośnieńskiej, w wolnym czasie odwiedzałem sklepy ogrodnicze i kupowałem nowe cebulki.

Moja żona ma na imię Maria, ale wszyscy mówią na nią Ita. Jest gladiola nazwana jej imieniem – Ituszka. Jest Zuzanna – moja wnuczka. Trzydziesta jest Leokadia.

Dziesięć lat temu I tak to szło, do czasu aż zobaczyłem w internecie jakie piękne odmiany mają za granicą Czesi, Słowacy, Ukraińcy, Rosjanie. Spotkałem też na forum ogrodniczym Litwina, a ponieważ Litwa była już w Unii Europejskiej, zamówiłem u niego moje pierwsze kolekcjonerskie mieczyki. Odmiany pochodziły z jego własnej hodowli i z upraw rosyjskich, z czasów współpracy ze Związkiem

STANISŁAW

Radzieckim. To było ponad dziesięć lat temu.

Początek Wyrosłem w ogrodzie, w Ladzinie. (Jedna z gladioli nazwana jest na pamiątkę tego miejsca – Świt w Ladzinie – przyp. aut.) Od dziecka praktykowałem ogrodnictwo z mamą i babcią Marią, żoną Jana. Oprócz pomidorów w gospodarstwie uprawiało się wtedy marchewkę, pietruszkę, kapustę, rzodkiew czarną, fasolę, bób i oczywiście cebulę i czosnek. Gladiole pochodzą pierwotnie z Afryki i terenów Bliskiego Wschodu, ale przez Polskę przebiega zachodnia granica tego gatunku. Dziko występują dwa – mieczyk dachówkowaty i błotny. Trzeci, drobnokwiatowy jest już niespotykany.

Sześć lat pracy Stworzenie nowej odmiany zajmuje pięć – sześć lat. Na kwitnącym badylu po zapyleniu powstają nasiona, które zbiera się i wysiewa. Po pierwszym roku powstaje malutka cebulka, wielkości


paznokcia. W drugim roku wysadza się te cebulki, a część z nich daje już pierwszy kwiat i na tym etapie przystępuje się do selekcji. Jeśli odmiana jest ciekawa, to rozmnaża się dalej, a jak mało wartościowa wizualnie – przestaje się ją uprawiać. Różnicowanie odbywa się na etapie zapylenia, to rozmnażanie generatywne (płciowe – przyp.aut.), w wyniku którego powstaje nowa generacja o cechach innych niż mateczna. Powstaje wiele odmian i wiele się odrzuca, a zostają tylko te najładniejsze. Leokadia to też jedna z tych najlepszych. Żeby zarejestrować odmianę w stowarzyszeniu trzeba mieć chociaż pięćdziesiąt cebulek do sprzedania i jeszcze wystarczającą ilość do dalszej uprawy i rozmnażania. W Polsce Centralny Ośrodek Badania Roślin Użytkowych rejestruje nowe odmiany, jednak na skalę przemysłową i do rejestracji wymaganych jest piętnaście tysięcy wyhodowanych okazów. Jedna z pierwszych zarejestrowanych przeze mnie w stowarzyszeniu odmian to Polonez.

Zima, każdego roku Ogród pustoszeje. Trzeba odciąć pędy i wykopać cebulki, potem od razu zaprawić w preparacie na bazie czosnku.

Później się suszy i odrywa korzenie. Zimują w piwnicy, ale nie można po prostu zostawić ich na kilka miesięcy. Wymagają doglądania, kontroli temperatury, ochrony przed szkodnikami. Przed wysadzeniem w końcówce kwietnia najlepiej od razu zaprawić je na wciornastki, które bardzo je lubią i szpecą. Zdarza się, że latem i tak skądś przylecą i trzeba będzie użyć insektycydu. Wciornastek mieczykowiec, mała muszka, milimetr do półtora długości potrafi zeszpecić kwiat tak, że nie nadaje się nawet do domowego flakonu.

Kwiecień Można wysadzać cebulki do donic – dużych, dziesięciolitrowych. Trzeba jednak bardzo pilnować podlewania, bo mieczyki lubią dużo wilgoci. Należy zrobić drenaż donicy, żeby nadmiar wody zawsze wypływał. Jeżeli gleba jest kwaśna, może nawieźć wapna lub mąki dolomitowej. Na glebach gliniastych dodać torfu i piasku. W przypadku gleby piaszczystej dodać torfu lub próchnicy. Najlepszym przedplonem mieczyków są uprawy takich roślin jak truskawki, czosnek, pomidory, a z kwiatów aksamitka rozpierzchła i dalie, czyli kultury, na których nie występują choroby zagrażające mieczykom.

Koniec lat 50. Mieczyka dachówkowatego widziałem wtedy w Ladzinie, w tak zwanym „Średnim Polu”, na miedzy pomiędzy polami uprawnymi. W następnych latach też tam zaglądałem, ale już nie zobaczyłem, pewnie wymarzł, lub ktoś wykopał.

Dziś Każdego roku do sprzedaży przeznaczam około trzech tysięcy cebulek. Po czterdziestu latach zadowolenie daje rejestrowanie własnych odmian, jednak gdyby nie pasja, nigdy nie dotarłbym do miejsca, w którym jestem dzisiaj. Poza pasją to również misja – postanowiłem rozpropagować w Polsce kolekcjonerskie mieczyki, bo znane są w większości odmiany holenderskie. Pracuję samodzielnie, kwiaty to sprawa osobistego zaangażowania. Niedługo, 14 lutego, skończę 72 lata i wiem, że czas już zmniejszać zakres działalności, bo nie mam jej komu przekazać – obaj synowie zajmują się elektroniką, komputerami, internetem. A jak kto się urodził na Świętego Walentego, to nie ma pociągu do biznesu.


anna


Anna Kończyńska córka Leokadii, wnuczka Weroniki – urodzona w Czaplach; dyplomowana pielęgniarka ze specjalnością psychiatryczną z 37-letnim stażem

Rocznik ‘44 Nie utrzymywałam za bardzo kontaktów koleżeńskich z dziewczynami, bo miałam dużo innych spraw na głowie. Si-bździu nigdy mnie nie pasjonowało. Miałam koleżankę, Ulę Trzeciakowską, mój rocznik. Jak mnie pamięć nie myli... cofnę się żeby to ustawić. Ula Trzeciakowska była córką pani Gałkowskiej. A pani Gałkowska to była… trudno powiedzieć. Była też taka pani Nast, i teraz nie wiem, czy to ona była matką Uli, a ta Gałkowska była matką Nast? W tym momencie mogłam je poprzestawiać. O tej Uli chciałam powiedzieć, że to wspaniała matematyczka. Przez jakiś czas była później dyrektorką banku w Dragaczu. Mieszkali w takim starym domu krytym strzechą, za Warpasami, teraz tam jest blok.

się nieporozumienia. Ten mówił, że on miał dostać, tamten mówił, że on. A wtedy moja mama wzięła to w swoje ręce i zrobiła podział. A jak to było, to nie wiem i nie chcę wiedzieć. Był jeszcze brat mamy, Paweł Moszczeński, zmarł na zapalenie płuc, chyba zaraz po wojnie. Nie było antybiotyków. Na cmentarzu leży tam teraz syn pani Ficek – no ale prochy zostały i wiem, gdzie ten grób jest. Była też Marta, siostra, co dwa razy za mąż wychodziła – Skibicka i Ruszkiewicz. Regina miała bardzo piękną cerę i pytali ją czym ona się myje, a ona mówiła, że niczym. Tylko kremem niwea. Nie miała zmarszczek. A brat mamy, Boleś, wypalał pod Wrocławiem różne takie naczynia kamienne i miał straszne żylaki.

Kiedy postawił dom Wanda mieszkała z bratem, Henrykiem. Lubili życie samotne. Podobno przodkowie Galikowskich, mojej babci Weroniki Galikowskiej, byli Szkotami. Oni mieszkali w Czaplach naprzeciwko siebie, ale później dziadek (Leonard Moszczeński – przyp. aut.) zdecydował, że na tej ziemi, którą mieli w Ernestowie na parceli, postawi dom. Kiedy postawił dom, zmarł i zaczęły

Dziewięcioro Nas było dziewięcioro. Najpierw byłam ja, potem był Edek, który mieszka na Śląsku, tam założył rodzinę. Ja, Edek, Elżunia, Mietek, Celina – Cecylia, ale tak na nią mówią Celina, Andrzej, Danuta, Jasiu, Marek. A tata chyba się urodził w 1905, mówili że 15 lat starszy mamy, ale wychodzi, że 14. To nie


wiem jak oni to liczyli, ale mniej więcej się zgadza. Pochodził z Rzeszowszczyzny.

Raz na rok Ciocia Wanda lubiła przyrodę, samotne życie. A wujek Henryk do kościoła chodził raz na rok, bo takie przykazania są, że przynajmniej raz do roku trzeba. Każdy człowiek jest inny, każdy szuka sposobu na to, by czuć swobodę i żyć tak, jak mu dyktuje sumienie.

Do dziś Pamiętam, że dziadek mój (Leonard Moszczeński – przyp. aut.) lubił łowić ryby, dużo czytać i podróżować. A wujek Henryk lubił pracować, sprzedawać jajeczka. Nie był zły, ale każdy miał swoje. Ja muszę powiedzieć tak, że zbyt mało była rozwinięta więź uczuciowa w rodzinie i to pokutuje do dziś. Teraz w niektórych punktach lód puszcza, ale ciągle nie jest tak, jak powinno być.

Na jesień Krawańska lubiła swój ogród, prenumerowała czasopisma, dawała sobie przesyłać pocztą różne nowości, cebulki, takie i owakie. I zawsze miała. Pamiętam, że od niej dostałam te zimowity, które miałam posadzone w Czaplach. Podobne do krokusów, ale kwitną jesienią, fioletowo. Nie znasz zimowitów? Są chyba w ogrodzie Saskim w Warszawie. Trujący kwiat. Nie pamiętam skąd on jest, to możesz sprawdzić. Występuje w Europie. W Polsce najczęściej jest spotykany w niższych położeniach górskich, poza górami występuje w przylegającym pasie wyżyn po Dolny Śląsk, w Wielkopolsce oraz na południowej części niżu. Lubi podmokłe gleby i słoneczne stanowiska. Rozmnaża się go z bulw w czerwcu-lipcu, sadzi się je do gleby w rozstawie co 20 cm (duże) lub 10 cm (małe). W każdym razie – jest to piękny kwiat.

Lata 50. Mama była sołtyską, ale wtedy tego tak nie notowałam.

Pamiętam, że byłam na tyle duża, że nieraz byłam wściekła. Pewnie niepotrzebnie, do dziś to mam. Pewnie miałam więcej niż 10 lat, może 12. Czyli połowa lat 50. Zajmowała się wszystkim, starała się wszędzie. I w jakimś sensie to było też niekorzystne przy tej ilości dzieci, nie było to wszystkim na rękę. Ale to nieważne.

Zawsze Mama ciągle była czymś zajęta – sprawami społecznymi, tak bym powiedziała, których tata nie tolerował. Nie zgadzał się. Mama chodziła na spotkania, na zajęcia, kończyła kursy rolnicze. Ale mama tak z tatą rozmawiała, że zawsze go jakoś wyprostowała. Dzieci było dużo i mama zawsze zabiegała o to, żeby starczyło na wyżywienie nas. A to chowała kaczki, drób ogólnie, a to jakieś warzywa uprawiała. Żeby starczyło na wyżywienie, żeby mogła nas ubrać i żebyśmy chodzili do szkoły. O to dbała. Szyła nam sama ubrania. Później jeszcze pracowała, umiała ładnie szyć, sama się nauczyła i na tym też dorabiała. I na różnych takich sprawach – jak komuś się krowa cieliła, a ludzie nie potrafili odebrać tego porodu, bo był ciężki – trzeba było ustawić łeb, wyciągnąć za nogi, to ona pełniła rolę


weterynarza. Szczepiła świnie, jak trzeba było. Jak ktoś miał we wsi jakąś sprawę do załatwienia, jak komornik chodził i chciał kogoś sprzedać za długi, to mama potrafiła pisać podania temu potrzebującemu, poradzić gdzie ma się udać, żeby to rozwiązać. Umiała ze wszystkimi rozmawiać – od tego trzeba zacząć, każdemu starała się pomóc. Więc mama wszędzie była – gdzie diabeł nie mógł, to mamę posłał.

Wtedy Płacono, tak jak i teraz, podatki rolne u sołtysa, więc przychodzili ludzie do domu. Wydaje mi się, że to druga połowa lat 50. Pamiętam, że trzeba było dużo pomagać. Ja chciałam iść do szkoły w Chełmnie, to była średnia szkoła, pięcioletnia po szkole podstawowej. Jan Ruszkiewicz, który był moim wychowawcą i już nie żyje, mówił mamie, że właściwie powinna mnie posłać do tej szkoły. Po niej niektórzy robili studia. No, ale… Był taki organizowany kurs księgowości w Bydgoszczy, przez kółka rolnicze chyba, i ja ten kurs ukończyłam. Przy ulicy Bronikowskiego w Klubie Sportowym

“Gwiazda”. Wtedy człowiek był młody, pełen werwy i to się zapamiętuje. Najpierw skończyłam szkołę zawodową dla asystentek pielęgniarskich – pielęgniarstwo psychiatryczne. Później ogólniak wieczorowy i maturę, bo jeden z profesorów chciał mnie wysłać do Torunia do wyższej szkoły administracyjnej. Ale prędzej było mi zrobić dyplom pielęgniarski w Bydgoszczy, bo pracowałam już w szpitalu psychiatrycznym w Świeciu. Od 1963 roku. Potem kurs oddziałowych i na końcu zrobiłam jeszcze specjalizację psychiatryczną u profesora Araszkiewicza. Zaczynałam od pracy w kuchni, potem jako pomoc dentystyczna, potem w izbie przyjęć, później jako pielęgniarka i w 82. zaproponowano mi pracę oddziałowej. Ale musiałam powiedzieć, że jestem w ciąży, bo byłam w ciąży i nie chciałam tego ukrywać. Ale temu człowiekowi, który mi tę propozycję złożył to nie przeszkadzało. I pracowałam tam aż do 2000 roku. Z takim terapeutą dużo podróżowaliśmy z chorymi psychicznie. Podejście szkoły terapeutycznej było inne niż szkoły pielęgniarskiej. Zwiedzaliśmy więc okolice. Nawet w Gdańsku byliśmy w oceanarium, i to pamiętam przez to, jak zareagowali pacjenci. Tu jest zdjęcie z jednej z naszych wycieczek, znad jeziora Deczno.

Kiedyś Mój tata był niskiego wzrostu, szczupły. I jak się raz upił to go mama wsadziła do fartucha i przyniosła do domu. To prawda. Się wkurzyła i go wkulnęła jak ulęgarkę i przyniosła. Kiedyś kobiety na wsi chodziły w fartuchach, teraz już mniej. Były takie szyte, wiązane z tyłu, z kieszeniami.

II Wojna Światowa Kiedyś taki Dzedzej Jan, a ona chyba Dzedzej Maria, opowiadała mi ich córka… Oni Żydów ukrywali w takiej studni, jakoś to tam przykrywali. W Czaplach. To są ludzkie drogi, życia. Wiadomo, że człowiek umrze. Ważne, żeby miał jakiś skromny pomnik, żeby nie zarosło całkiem. Żeby nie było tak, jak z tą babcią moją Weroniką, bo to czasy wojny i nikt się tym specjalnie nie interesował. Aż ja się dowiedziałam, że prawdopodobnie jej grób był później skopany i leżą jej szczątki tam, gdzie jest pomnik żołnierzy. Cześć bohaterom!


Ubiegłego roku Ubiegłego roku słoneczniki też były piękne, dorodne. Jedna malwa też wyrosła, taka fioletowo różowa. A po lewej stronie kwitły irysy, w kolorze ultramaryny, filetu i odcień banana. Takie wysokie wyrosły, że mówiłam do Eli (Elżbieta Urban, żona Jana – przyp. aut.), weź z tamtej strony idź i przywiąż do płotu.

3 listopada 2009 Świętej pamięci Sosnowska Todora. Jej syn, mój kuzyn, studiował z Hermaszewskim w Moskwie, był lotnikiem – jest lotnikiem, żyje w Zakopanem – Stanisław Sosnowski. Jego córka, Sosnowska Monika. Pamiętasz, kiedyś były przyznawane takie Paszporty Polityki i między innymi ta Monika też miała przyznany (2009 – przyp. aut.). Nie powiem ci dokładnie kochana za co, ale ona mieszka w Warszawie chyba. Czy ona jest artystką? Raczej nie. A może. Ona różne instalacje miała. Już pamiętam. Ktoś mówił, że Monika dostała Paszport Polityki za instalację – “Tylko pamiętaj, nie elektryczną!”

Moja ciocia jak wróciła z Rosji, babcia Moniki, i szła ze mną w Czaplach, to mówiła: “Ten komunizm jest tak silny, że jego nikt nie zwalczy”. Nie miała racji. Ale jak była tam u Stasia w Moskwie, u ojca Moniki, to tak myślała.

Od rana do nocy Wanda Moszczeńska pracowała od rana do nocy, zawsze zabiegana. I to wszystko była jej krwawica. Ale specjalnie nie chciała się dzielić i to, co wypracowała, to było jej. Piekła wspaniały chleb, robiła wspaniałe masło – pod tym względem była idealna. Kwaśna śmietana czy serwatka czy maślanka z grudkami masełka – to jest to, co pamiętam. I pamiętam jak Wanda (Sosnowska, córka Teodory – przyp. aut.), moja kuzynka, mi mówiła, że pracowała u ciotki Wandy i wujka Henryka przy żniwach na parceli i bardzo chciało jej się pić, więc ciotka Wanda przyniosła jej wino zrobione z żyta. Uważała, że tak jak chłop – napije się wina. A Wanda miała wtedy 16 lat i się upiła. Leokadia jak wiedziała, że ktoś nie ma, zawsze starała się pomóc. Kupowała jajka z kołchozu, takie stłuczki, bo były trochę tańsze i dawała.

14 lutego 1944 Urodziłam się w tym starym domu, drewnianym, pokrytym trzciną. A Krawańska mieszkała najpierw w takim domu poniemieckim, a dopiero później tam, gdzie ty ją poznałaś, u Sosnowskich. Tam gdzie mamy takie wspólne zdjęcie, ty jesteś małą dziewczynką i stoimy na podwórku koło orzecha.

W TAMTYCH CZASACH Co mogę powiedzieć – gdyby mama w tamtych czasach była bezczynna mając tyle dzieci, a rolnicy nie otrzymywali żadnych dotacji, chorobowego, to ciężko byłoby nas wyżywić i ubrać. Więc siłą rzeczy, przez ten ustrój wówczas panujący, ona była zmuszona jeśli chciała, żeby jej dzieci mogły chodzić do szkoły, jeść i być ubrane. To było koniecznością. Była na tyle zaradna. Tata nie miał skończonej żadnej szkoły i nie dałby sobie rady. To ona tym rządziła, ona zarządzała, ona była motorem. Wszystko było jej podporządkowane. Tata tylko zgadzał się z nią, a jeśli miał jakieś zastrzeżenia, to ona wytłumaczyła mu to po swojemu na tyle, że on rozumiał, że trzeba było tak a nie inaczej działać.


Chodziła tylko do szkoły podstawowej, nie pamiętam czy do Sartowic czy do Czapelek, ale po prostu była samoukiem. Jej matka i jej rodzina pochodziła podobno ze Szkocji i osiedlili się gdzieś tu, w okolicach Kozłowa. Z kolei rodzina jej taty pochodziła z Warszawy, mieli gdzieś nawet zakład fotograficzny na Nowym Świecie, Leonard był jakimś obywatelem ziemskim. Dziadek bardzo dużo czytał, miał bardzo dużo książek i po prostu był “do przodu”, bardzo bystry. Znał trzy języki, jeździł po świecie.

NIGDY U nas były tak zwane spółdzielnie produkcyjne. PGR-y istnieją do dziś, chyba w Lubiewie jest. Chcę powiedzieć, że czy to życie w PGR-ach, czy w spółdzielniach produkcyjnych, to nas zniewoliło. Mój wujek Henryk nigdy nie chciał zapisać się do spółdzielni produkcyjnej, bo uważał, że to zniewolenie człowieka. Taki był – wolność, wolność i jeszcze raz wolność. Nic na siłę, nic z przymusu.


LEOKADIA


DOROTA


Leokadia MrozińskA córka Bronisławy, wnuczka Józefy – urodzona w Mościskach; gospodyni

Iwona Karczewska używa imienia Dorota, córka Leokadii, wnuczka Bronisławy, prawnuczka Józefy – urodzona w Grucznie; sołtyska wsi Czaple od 2011 roku

Jakby Urbanowa była, to ona by naopowiadała. Jak żem Was wysyłała po coś do Urbanowej i Urbanowa w gadkę weszła, to Was już nie było.

15 kwietnia 2010 roku Bratowa mówiła, że była wtedy w szpitalu, jak babcia Urbanowa zmarła i szła korytarzem, sala była otwarta i zobaczyła taką wielką postać nakrytą prześcieradłem i to na pewno była Urbanowa.

Tysiąc lat Religia była u Pani Urbanowej, tu, gdzie Tomek ma ten rogowy pokój. A jak mieszkała jeszcze po drugiej stronie ulicy, to mieszkał u niej nauczyciel. Mieszkało ich we wsi kilku – i u Cieplaka i u Nowaka, u Sępławskich. Szkoła była wtedy w środku wioski, tam gdzie jest sklep, u góry. I w budynku naprzeciwko krzyża. Szkoła kiedy była oddana? W ‘60 roku, w ‘61? ‘60 rocznik pierwszy poszedł do szkoły, więc ‘67. Ty mi zawsze mówisz, że ‘67, ale to był ‘66, to była szkoła “tysiąclatka”. To religia jeszcze

wtedy nie była u Urbanowej, dopiero w latach 70. Najpierw u Urbanowej, potem u Sterbickiej i dopiero potem była w chlewni, w tej bibliotece, gdzie Mila (Emilia Sieg – przyp. aut.) mieszkała. Dopiero wtedy religia wróciła do szkoły. A za Waszych czasów to pewnie była w szkole. Przecież tu nawet biskup był u babci, dwa razy był czy trzy, wtedy jak była religia. Teraz to już przyjeżdżali księża do Pani Urbanowej na obiad. Był ten ulubieniec babci, ksiądz Marek. Ostatni raz go widziałam na pogrzebie babci Urbanowej. Był, był, jeszcze rozmawialim – ojciec mu zmarł czy chorował mocno? Wcześniej był chory. Pewnie coś więcej wie o nim organista, z tego kościoła Boboli w Świeciu. On mieszka w organistówce, a jego żona i ksiądz Marek pochodzą z jednej wioski, to zawsze kontakt mieli.

Ile lat Babci Dzieniowej nie ma, Madejki nie ma, Nowaczki też nie ma.


Krzmniecka też dużo wiedziała, ale ile lat już ona nie żyje. Teraz to już nie, Pamela. Z tych, co są bardziej w wieku babci, to są już przybysze. Alinka… ale ona to tak nie chodziła tutaj. Tam gdzie mieszkają Siudzińscy, jeszcze byli Ramiarze, ale oni też już nie żyją. Nieraz śmiali się, jak się tak chłopy popiły… Bo Urban to drobny był taki i lubił sobie wypić. A babcia miała fartuch i dziadka w tym fartuchu podobno do domu nosiła. Ale u nas też, dziadka na taczkę wsadzili i taczką go przynieśli do domu. Pamiętam, że jak już dziadek Urban trochę chorował, a zawsze były kolejki w sklepie, to babcia Urbanowa ciągle gdzieś jeździła – a to części do ciągnika musiała załatwić, a to z Jasiem coś naprawiali. Miała w głowie całe katalogi, całe budowy ciągników, wszystkiego. I jak się spieszyła to jednym autobusem wyjechała, drugim przyjechała i tak się śmiali, że Pani Urbanowa do jednego wsiada i ma zieloną torebeczkę, do drugiego wsiada ma czerwoną torebeczkę. A jak się spieszyła do sklepu, bo już późno było i trzeba było jakiś obiad ugotować to mówiła: “Szybko! Szybko! Bo mój Antek chory!”. Teraz też mi się tak przypomniało, widzisz.

Tu gdzie była przyległa działka, gdzie ten stary dom stał, to Urbany chciały coś później budować. Sadzili tam warzywa, narobili się w tych warzywach. I kwiaty. A ten co kupił, to z tej strony wyciął wszystko, nie chciał, ale nasiadził drzewek tam dalej za jeziorkiem. I sarenki weszły i poobgryzały drzewa. Tu za naszymi garażami mieli kawał truskawek, i jak już sprzedali to i sąsiad i my zawsze żeśmy chodzili na te truskawki, a Urbanowa kazała je zrywać, bo już nie przyjdzie sama rwać, już nie zaprawiała. Te dzieci wychować i oprać i wszystko, i te pola mieli, to ciężko było. On gotował obiad, Urban, ona do pracy jeździła, szyła tam w zakładzie. Narobili się ludzie. Każdy jakoś koniec z końcem wiązał. Ładnie się siedzi, nie? Mogę Wam zrobić zdjęcie?

A czemu nie. Pokażesz tam, jak wyglądamy teraz. Przed śmiercią. Głupi! Dziadek ma 82 lata, a ja 78. No a co, to długo? Niech kobita żyje i sto lat. Ale to raz i nie ma. Renia była, rak przyszedł i znikła. Mietek teraz też już nie żyje. Mietka nie ma. I Krzysiu Sosnowskich. Ale siano ładne zebrali teraz, pogoda była. A piorun z gospodarkami cholernymi. Trzeba było w mieście siedzieć, ciepło mieć. Wszyscy w mieście nie mogą przecież być.


mila


Emilia Sieg nazywana Milą, córka Zofii, wnuczka Katarzyny – urodzona w Czaplach; prowadziła gospodarstwo rolne, członkini Koła Gospodyń Wiejskich

Przed południem komunia, po południu do chrztu Szyła mi sukienki, a ja byłam taką dziewczynką dziesięcioletnią, do przyjęcia. Rodzice się znali, zapraszali na różne uroczystości. Na przyjęcie, pamiętam, dostałam trzy gotowe sukienki, jedną na pewno od Sosnowskiej (Teodora Sosnowska, siostra Leokadii – przyp. aut.), bo ona też szyła i do niej chodziłam na przymiarki, więc wiedziałam, że to na pewno będzie dla mnie. U Sosnowskich później mieszkała Krawańska (Helena Krawańska, siostra Leokadii – przyp. aut.). Kiedyś tak było, taka była moda, że dawało się sukienki albo materiały na sukienki. Od Pani Urbanowej dostałam wtedy materiał. A później, jak już byłam taką panienką starszą, to też szyła i dwie sukienki od niej pamiętam. Ładnie szyła. Chodziło się tam do niej do domu na przymiarki. Tam chyba były dwa pokoje, ale dobrze nie pamiętam. Pamiętam wejście, duży pokój i potem następny. A tego dnia, kiedy ja byłam przyjęta, to moja siostra Krystyna była chrzczona, bo między nami jest 10 lat różnicy. Do południa komunia, a po południu do chrztu.

Kiedy nie było pielęgniarek Powinnam jeszcze mieć jedno zdjęcie – tu na tej drodze z Andrzejem, naszym kuzynem. Moja siostra, Krysia, kolegowała się z Danką (Danuta Urban, córka Leokadii – przyp. aut.), chodziły razem do szkoły, więc ona może częściej tam bywała. Pani Urbanowa dużo opowiadała, można było porozmawiać o różnych sprawach. Była też sołtysową. Zastrzyki dawała, bo pracowała przez jakiś czas w szpitalu psychiatrycznym. Bańki stawiała, przychodziła do domu. Nie było tak wtedy pielęgniarek, więc przyjeżdżał jeden pan i była Pani Urbanowa.

Kiedy nie było telewizji Tu się urodziłam i tu mieszkałam. Rodzice się znali, nawet przyjaźnili i wtedy się chodziło do siebie – nie było telewizji, więc się spotykali wieczorami. Radio kto miał to miał, ale to nawet nie było radio, tylko takie głośniki, pudełeczko małe podłączane do prądu. A nawet nie do gniazdka, tylko do specjalnej linii i o jakiejś godzinie był nadawany program.


18 lat Bez rękawków, tu guziczki były, tu kołnierzyk. Czy mi ona projektowała tę sukienkę czy ja, to nie pamiętam. Ale pamiętam, że jechałam do Elbląga na wesele. Tu była rozkloszowana, z paseczkiem. Tak bardzo ją lubiłam, bardzo. W kwiatki i biała, ale też ani czerwona ani różowa… nie pamiętam, jaki to był kolor. Miałam może 18 lat. Potem uszyła mi jeszcze jedną, ale ja już jej nie nosiłam. Już nigdy jej nie ubrałam, a sama ją sobie wymyśliłam. To był taki Milanówek cieniutki jak jedwab. Niebieski w białe groszki. Tu taka falbana miała iść (z przodu, od dekoltu). Uszyła mi tę sukienkę tak, jak chciałam, ale ja jej nie nosiłam.

Później Była bardzo gościnna, zawsze częstowała, ciastem, ciastkami. Jak dzieci biegały to też zawsze po cukierku tam dała, ale to już później. Ona tam miała kapustę! po kapustę się do niej chodziło, spiczastą, trochę jak pekinka teraz. Pamiętam, że jak zmarł ojciec Leokadii, to byłam w tamtym domku, drewnianym, gdzie jej

rodzice mieszkali. Ale po co? Nie pamiętam. Pani by już nie mogła pamiętać. Ja mam takie przebłyski, byłam chyba starsza niż moja wnuczka teraz.

Może 20 lat temu Wcześniej nie było kaplicy, msze były w szkole. W miejscu gdzie jest kaplica był magazyn i my wybieraliśmy tam zboże, bawiliśmy się tam, pod wiatą, jak padało. Był taki ksiądz młody, Marek, to mogło być 20 lat temu. Może być tyle, bo moja mama nie żyje już od 14 lat. Wtedy jeszcze przychodziła tu w niedziele i stąd szła na mszę do szkoły, ale już chorowała i miała zaniki pamięci. Więc raz ją tam zamknął woźny w szkole, bo msza miała być po południu, a ona poszła rano i nie wróciła. Pobiegłam, pamiętam, że było ślisko, a ona w oknie stała i czekała. Woźny mieszkał tu, przed szkołą, Sokołowski, i głupio mu było, ale to przecież nie jego wina. Ale Urbanowa już nie chodziła na te msze, ksiądz przyjeżdżał do niej.

Bardzo dawno Mało ją pamiętam, żeby chodziła. Jeszcze tak dawniej to do autobusu chodziła.

Była postawną kobietą, wysoką i chyba miała takie predyspozycje. Bo Sosonowska to była szczupła, Skibicka też szczuplutka, Krawańska też, to pamiętam. Wanda Moszczeńska też nie była gruba. Pięć ich było. Brata jednego pamiętam (było trzech braci – Paweł, Bolesław i Henryk – przyp. aut.). To najdłużej żyła Urbanowa. Sosnowska wcześnie zmarła, Skibicka to bardzo dawno i wydaje mi się, że młodo. Helena to też była dobra kobieta. Wszystkie je trochę znałam, i Urbanową i Sosnowską i panią Krawańską. Moszczeńską to mało, bo najpierw tu mieszkała, ale potem się tam wyprowadzili z bratem, Henrykiem, na ubocze. Nie znałam jej.


Jednego roku

Kiedyś

Jednego roku przyszedł pan Krawański, mąż Heleny i prosił żeby mu pomóc pohakować brukiew. Czysto było na tym polu, ale poszłam, chyba z siostrą. Wakacje były, zawołał nas. Oczywiście zrobiłyśmy na tym polu, to tam, tam, za Urbanami. I potem żeśmy wróciły do domu i pamiętam, że pani Krawańska mi taką naręcz kwiatów dała, bo jak tu mieszkała to miała bardzo dużo kwiatów. Ona kochała kwiaty, naprawdę. Kwiatów to miała zawsze bardzo dużo. Więc dostałyśmy zapłatę i pamiętam, że jeszcze robiła kolację.

Mój tata był też Ignacy (jak Ignacy Bożek, syn Pameli – przyp. aut.), wracają te stare imiona. Teraz to mi się podoba, ale kiedyś! I to moje imię, Emilia. Moi rodzice pochodzą z krakowskiego, spod Krakowa, ze Słomników. Z mamy strony znamy rodzinę, ale ze strony taty nic nie wiemy. Tyle tylko, że ta babcia miała panieńskie dziecko, ale potem jeszcze były dwie siostry i czy wyszła za mąż czy nie? Nie wiem. Ale mój tata nigdy nie opowiadał o tych siostrach, jakby był tylko on, a my nie dopytywałyśmy. Z kolei z mamy strony dziadek trzy razy się żenił i z każdą żoną miał dzieci, w sumie dziesięcioro. Tę rodzinę znamy.

Pamiętam jak szłam przez wieś i miałam taki bukiet – wtedy mi się wydawało, że on taki wielki – pełen tej drobnej, białej kaszki, gipsówki. I tak szłam przez wioskę i myślałam sobie “Boże, jak mnie ktoś zobaczy, to pomyśli, skąd żem ja tyle narwała!”.

Siedemnaście lat i dłużej Moja mama miała dziewięć lat, tyle co moja wnuczka, jak poszła na służbę i służyła u księdza. Jak takie dziecko dać na służbę, teraz myślę, ale takie były czasy ciężkie. Może tam gęsi pasła, bo cóż ona mogła robić – dziewięcioletnie dziecko? Krowy się pasło i gęsi. Ale tata już był dorosły i u tego samego księdza jako stajenny woził księdza bryczką, był służącym. Mama wyszła za mąż jak miała dwadzieścia sześć lat, a była tam cały czas u tego księdza, więc chyba siedemnaście lat. A tata jeszcze dłużej. Tam się pobrali i przyjechali tutaj. Dostali wyprawkę – konie, pierzynę i po wojnie przyjechali na pomorze, i potem spłacali tę ziemię, to gospodarstwo. Więc korzenie nasze są gdzieś tam i tam się jeździ od czasu do czasu. Ostatni raz byłam pięć lat temu.

Poniedziałki, środy i soboty Chleb jeszcze przyjeżdża z Jeżewa, w poniedziałki, środy i soboty. Dzisiaj też byłam po chleb. O siódmej rano tu jest, za dziesięć. I zwykle biorę kostkowy i na cały tydzień. Ale zanim zamrożę, to jeszcze tak postoi na stole i ten zapach chleba czuć wszędzie. Dawniej przyjeżdżał codziennie, a teraz tylko trzy razy w tygodniu. Więc jakby pani nie dostała w poniedziałek, to proszę się nie krępować i ja pani dam ten jeden zamrożony, to sobie pani zabierze.


Stefan Warczak

Piętnaście – dwadzieścia lat temu

syn Alicji, wnuk Katarzyny, prawnuk Alicji – urodzony w Bydgoszczy; nauczyciel szkoły w Czaplach od 1988 roku, z zamiłowania botanik i entuzjasta ogrodów

Dzisiaj, żeby zabrać dzieci na wycieczkę trzeba specjalnego przygotowania – zgody rodziców, ubrań na zmianę, uprzedzenia, że mogą wrócić brudne. Kiedyś mówiło się: proszę przynieść kalosze. I zabierałem dzieci na łąki praktycznie codziennie. Wtedy występowały tu dzikie mieczyki.

31 lat temu Zakładałem ogród, ale byłem wtedy jeszcze specjalistą od roślin domowych. Miałem za sobą co prawda epizod pracy w poznańskiej palmiarni, ale to było za mało, ot – wakacyjna historia. Postanowiłem zacząć od sadzenia gatunków najmniej wymagających, a wszystkie rośliny miałem właśnie z Czapel. Podczas spacerów z dziećmi przyglądałem się i myślałem: “O! To chciałbym mieć!”. Setki bukszpanów, które rosną dzisiaj w ogrodzie, mam z odnóżki, którą dostałem od jednej z nielicznych autochtonek wsi. W ciągu dziesięciu minut nauczyła mnie, jak z tą rośliną postępować. Nazywała się Krawańska. (Helena Krawańska, z domu Moszczeńska, siostra Leokadii – przyp. aut.)

STEFAN


Ostatnie 15 lat życia

Początek lat 90.

1988

Poznałem ją, kiedy mieszkała już sama. To był trzeci dom licząc od sklepu – najpierw są Krzemnieccy, później była mleczarnia, przekształcona następnie w budynek mieszkalny, a za nią dom, w którym mieszkali wtedy Rosoły. U góry mieszkał ojciec, a do mieszkania Krawańskiej wejście było od szczytowej ściany. Już tego nie ma, ale zajmowała tam wtedy pewnie pokoik z kuchnią. Wcześniej to był chyba jej dom, ale jak to potem było? Nie pamiętam.

Mój ogród był wtedy ogrodem kwiatowym. Byłem młody, chodziłem tam często pieszo i trasa biegła właśnie przy Urbanach, na Belno, potem do Krąplewic i jak nic nie złapałem, to szedłem jeszcze dalej i czasami docierałem tam pieszo. Z czasem byłem zmuszony przestawić ogród na takie gatunki roślin, żeby dawał sobie radę sam i były to drzewa, krzewy, gdzieniegdzie rosły mieczyki. To w sumie półtora hektara powierzchni i w pewnym momencie miałem nawet 150 odmian roślin iglastych.

Kolorowe Wsie to była impreza organizowana w Świeciu, która wypadała mniej więcej we wrześniu i odbyła się w historii trzy razy, powiedzmy, że do czasu aż Czaple wygrały. W 1988 roku odbył się drugi konkurs i ja wtedy uczyłem dzieciaki tańczyć i śpiewać. A kolejnego roku przygotowywałem już całą wieś i wtedy wygraliśmy. Koniec Kolorowych Wsi przyszedł razem ze zmianą ustroju.

Myśmy się sobie kłaniali, natomiast ciężko się z rozmawiało, zdecydowanie nie miała tendencji do opowiadania. Nie było mowy o takiej sytuacji jak ta nasza, teraz. Zajmowała się ogródkiem przed domem, ale robiła to w sposób tak dyskretny, że prawie w ogóle jej w nim nie było widać. Przed południem przebywałem co prawda w szkole i wtedy nie mogłem jej zauważyć, ale później też zdarzało mi się niezwykle rzadko. To nie był już spektakularny ogród w ostatnich 10-15 latach jej życia. Był taki moment, że rośliny stały się bardzo drogie i moim zdaniem to była właśnie kwestia ekonomiczna.


Jan Jarosz syn Marii, wnuk Marii, prawnuk Leokadii – urodzony w Świeciu; student II roku archeologii na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, z zamiłowania historyk i genealog

jan

Rozpocząć musiał będę od Heleny Moszczeńskiej (której zdjęcie zresztą posiadacie). Jest to od razu skok na głęboką wodę, jako że przynajmniej wszyscy Sosnowscy utrwalili w pamięci rodzinnej obraz szlachetnego (wręcz magnackiego) pochodzenia ich mamy, co zresztą miały potwierdzać odwiedziny prababci Teodory przez swoje kuzynki z warszawskiego przed wojną, tzn. przyjeżdżającymi w bogatych karocach i w wytwornych strojach. Moszczeńscy mieli być szlachcicami, którzy zupełnie niedawno mieli zubożeć. Kłam temu obrazowi zadały niestety moje badania genealogiczne. Jest to bardzo intrygujące, że w jednej księdze urodzeń z parafii w Kozłowie w woj. Świętokrzyskim roku 1890 widniały aż cztery akty urodzeń jedno po drugim, całej czwórki dzieci Heleny. Spis rozpoczynał Leonard urodzony w 1881 roku w Wojszynach koło Janowca, zaś pozostała trójka urodziła się już na miejscu w Czostkowie par. Kozłów (Leonard czekał na chrzest aż 9 lat!). W każdym z tych akt Helena jest niezamężna. Wnioski mogą być dwojakie: albo dama lekkich obyczajów, albo utrzymanka. Pierwszemu przeczyłoby zdjęcie w bogatym stroju i tradycja rodzinna. Bardzo niestety utrudnione dalsze badania (głównie bazujące na aktach zaślubionych) uniemożliwiają jak na razie stwierdzenie czegoś poza to, istnieje jednak ciekawa poszlaka w postaci aktu urodzenia być może właśnie naszej Heleny z 1858 roku w Błędowie (na wyżej wspomnianych aktach występowała jako 32-latka). Jej matką miała by być niejaka Franciszka Moszczeńska, panna, będąca służącą. Byłby to bardzo ciekawy trend w naszej rodzinie i wcale niezaprzeczający szlacheckim korzeniom. Dalej pora na samego Leonarda. Byłem bardzo zawiedziony, że nie znalazłem aktu ślubu Leonarda z Weroniką,


tak w samym Świeciu, jak i jego okolicach, ale wytłumaczeniem może być informacja mojej babci – Wandy, że poznali się wzajemnie we Francji. Być może tam znajduje się akt ich małżeństwa? Będę musiał to sprawdzić. Mamy pewność, że żył w okolicach Świecia dopiero od 1910 kiedy to rodzi mu się pierwsza córka, również Wanda. Z wcześniejszego okresu nie mam żadnej informacji. Z relacji rodziny Sosnowskich wiem, że mieszkał w Czaplach po lewej stronie naprzeciwko kowala (cokolwiek to znaczy – muszę sprawdzić w starostwie dokładne miejsce). Miał to być drewniany dom obok którego znajdował się staw, w którym łowił ryby. Według cioci Ewy Sprady był postawnym mężczyzną, zupełnie małomównym. Zresztą na każdym kroku powtarza mi się, że dawniej starzy nie rozmawiali z młodymi co mogłoby to tłumaczyć. Jeśli Twoja Mama, albo Ty posiadacie zdjęcia Leonarda, albo ogólnie rodziny z tej strony, to byłbym bardzo wdzięczny (widziałem do tej pory zdjęcia wstawione na Facebooku przez Twoją Mamę). Od strony Praprababci Weroniki Galikowskiej ograniczę się tylko do ciekawszych faktów pominiętych w drzewie. Józef Glaza w 1803 roku posiadał w Śliwiczkach nadział ziemi od 1 do 1,5 łana ("Sekrety sołectw gminy Śliwice"). Sami Glazowie zaś, według autora książek o Śliwicach i jego okolicach – Adama Węsierskiego, wybitnie przyczynili się do powstania Śliwiczek w połowie XIV wieku, a następnie przez wiele generacji piastowali stanowisko Sołtysie tejże wsi. Małżonka Józefa, Katarzyna Glaza pochodziła z Gordonów co najprawdopodobniej jest związane ze szkockim pochodzeniem tej rodziny. Przechodząc dwa pokolenia dalej pojawia się Tomasz Galikowski, który był członkiem patriotycznego Towarzystwa Oświaty Ludowej, krzewiącej przywiązanie do


polskości na tych terenach. Wraz z żoną Zuzanną miał co najmniej ósemkę dzieci, jednak te urodzone jeszcze w Śliwicach bardzo szybko po urodzeniu umierały. Przenieśli się do Kozłowa koło Świecia pomiędzy 1883 (śmierć Marianny w Śliwicach), a 1885 (urodziny Weroniki w Kozłowie). Tam zaczął się budować, ale według relacji rodzinnej nie dał rady spłacić którejś raty kredytu (spóźnił się?) i grunt został mu odebrany. Pierwszy akt związany bezpośrednio ze Świeciem pochodzi z 1902 roku i jest to śmierć Zuzanny, jeśli się nie mylę w domu pod numerem Friedrichstrasse 1 (dzisiejsza Mickiewicza). Na temat Bartłomieja Kelbratowskiego nie mogę zbyt wiele powiedzieć, choć zastanawia tak krótka długość życia. Jego partnerka Katarzyna Osowicka z Osówka może mieć za to bardzo ciekawych przodków. Do dnia dzisiejszego zachowała się treść przywileju: "Starosta świecki Jan Stanisław na Jabłonowie Jabłonowski wobec upadku przywileju od przodków, w dniu 15 maja 1698 roku po odtworzeniu utraconych dokumentów nadał przywilej na karczmę sztafetową w Osówku oraz ziemie i inne przywileje małżonkom Kazimierzowi i Jadwidze Osowickim vel Ossowickim i ich małżeńskim sukcesorom. Dokument zatwierdzony został przez króla Augusta II Mocnego 10 sierpnia 1698 roku." Przechodząc do samej Weroniki Galikowskiej, interesującą historię o jej śmierci przedstawiła mi babcia. Sama niestety już szczegółów nie zna. Weronika miała się nabawić zapalenia płuc (wymienionego jako przyczyna śmierci) przez opór jaki stawiała wobec rozkazów Niemców. Godzinami miała w ramach kary stać lekko okryta w czasie zimy. Choroba musiała powoli zbierać swoje żniwo, ponieważ zmarła 13 lipca 1944 roku. To na razie wszystko o czym mogę sobie w tym momencie przypomnieć.


Twórczynie

Rozmówczynie i rozmówcy

Specjalne podziękowania dla

koncepcja, redakcja

Anna Kończyńska

Moniki Orłowskiej

Emilia Sieg

Mirosławy Bożek

projekt graficzny

Leokadia Mrozińska

Elżbiety Urban

Agata Biskup

Dorota Karczewska

Marii Urban

Stefan Warczak

Agnieszki Ciesielskiej

Stanisław Smoleń

Jacka Krzyżanowskiego

Jan Jarosz

Elżbiety Łuckiej

Pamela Bożek

fotografie kolorowe Alicja Kozak

uczennic i uczniów Szkoły Podstawowej w Czaplach

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

IMPRESSUM

nauczycielek i nauczycieli Szkoły Podstawowej w Czaplach


Pamela Bożek córka Mirosławy, wnuczka Anny, prawnuczka Leokadii – urodzona w Stargardzie; artystka wizualna

leokadia

Profile for Pamela Bożek

Urbanowa - pomnik społeczny  

Publikacja towarzyszące projektowi Pameli Bożek "Urbanowa - pomnik społeczny" zrealizowanemu w ramach Stypendium Ministra Kultury i Dziedzic...

Urbanowa - pomnik społeczny  

Publikacja towarzyszące projektowi Pameli Bożek "Urbanowa - pomnik społeczny" zrealizowanemu w ramach Stypendium Ministra Kultury i Dziedzic...

Advertisement