Page 1

lna J@ eksh ib i

cjo

m w sieci niz

Dogadane Maciej Maleńczuk

Inkluzywny Magazyn Studencki / ISSN 2083-4519

*02 *02/ /2011 2011

ak

wi

da

ko

Jaz

lM

mi Ka ne da ga Do

wo Do


3

*02

red. nacz.

Karolina Pawlak

dyrektor artystyczny/ współredaktor

Borys Kosmynka

konsultacja redakcyjna/ opieka wydawnicza grupa redakcyjna

Marek Miller

Barbara Kędzierska Agnieszka Krajewska Borys Kosmynka Julia Kosmynka Borys Kubiak Sylwia Mazanek Łucja Młynarczyk Jakub Olkiewicz Karolina Pawlak Piotr Stanisławski Daria Strzelczyk Olga Szymkowiak Wiktor Werner

ilustracje

Aleksandra Niepsuj Klaus Wittman Monika Godlewska

zdjęcia

Miłka Brzęczek Barbara Kędzierska Borys Kosmynka Zofia Mackiewicz Rafał Ramatowski/ Elite Producion

kontakt

wydawca

patronat

redakcja@lodzup.pl facebook.com/lodzup MOST Agencja Reklamowa Sp. z o.o. ul. Sucharskiego 1/16 c 91-744 Łódź

TYLKO DLATWO ICHOCZU Całkiem niedawno zapytaliśmy Łódź, tę obradującą przy samej Piotrkowskiej, czy zdarza się jej przeczytać dobrą, rodzimą prasę, czy miasto powinno być zawsze górą, czy wiedzą, że wydarzenie kulturalne to nie to samo, co Juwenalia i wreszcie, czy interesuje ich głos mieszkańców. Nie, nie ten, o który tak zabiega się przy zmianie kadencji, ale ten, wyrażający opinię, chwalący lub wytykający usterki. Okazało się, co być może dla większości oczywiste, że Łódź pracuje tylko przy wpływach, a że w mieście rzek jak na lekarstwo, trzeba sięgać po metaforę. Błąd leżał u podstaw. Miasto jest przecież tam, gdzie jego mieszkańcy. Nieskażeni biurokracją, kreatywni, ambitni. W tym numerze postanowiliśmy rozebrać ich na czynniki pierwsze. Czy słyszeliście, że Maćkowiak założył Fundację na rzecz Kultury, o czym opowiada w rozmowie o obłędzie, teatralnym ADHD i nostalgii za aktorstwem pokroju Modrzejewskiej. Podążając za ciosem, okazało się, że Łódź wychowała zespoły, którym blisko na przysłowiowy Broadway, i nie taka Abramka straszna, jak ją opisują. Z Maleńczukiem o gitarach i kobietach, dalej o poezji, o której nie śniło się filozofom i o tym, że lepiej żyć w realu niż tworzyć jego substytuty w cyberprzestrzeniach. Przecież prawdziwe życie jest właśnie tu. Nawet, gdy zdarza mu się popełniać błędy formalne.

red. nacz.:

Karolina Pawlak

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych i zastrzega sobie prawo do ich redagowania, skracania oraz opatrywania własnymi tytułami. Redakcja nie odpowiada za treść zamieszczanych reklam i ogłoszeń. Redakcja nie przyjmuje na siebie i nie ponosi jakiejkolwiek odpowiedzialności za wszelkie materiały dostarczone do Redakcji drogą elektroniczną lub tradycyjną. copyright 2011 © Borys Kosmynka & Karolina Pawlak All rights reserved / Produkcja MOST Agencja Reklamowa


su

o la ut o ur f ea sch ci oo ko l nk ur

52

U er s

ni w yt et u o

eg

zk i

e Pi (k)s ot pr r S ess ta o ni raz sła ! w sk i

yk

su g ar ar f ia re St e rz el cz

D

.

30

.

22

w an Ja ie ku po b fra O n lk cu ie sk w u ic z

ło

ca

m Bo ale ry ńcz sK u os k m 48 yn ka . no D wy ar ia tea St tr rz no el w cz y yk

40 .

g Łu od cj sav a e M th ły e na qu rc ee zy n k s

.

34

Łó d

er

w W bie ik gu to rW er n

.

32

.

54

sp

ód

ni ca

.

36

. sW k itt om m iks an

50 .

Kl au

32

ek sh O ibic lg jo a n Sz izm ym ko w s w iec ia i k

.

33

.

20

ja k

.

12

ko M cha on my ik – a in G fo od g le rafi w ka sk a

się

.

25

rb c ar iem a Kę na 10 dz uli . ek ie czk rs a Ba ran ka Ju n rb n lia o ar a ś i a w Ko se Kę ia sm in ł dz t y n ódź ie ka rs ka

ro p lin oz a szy Pa w fil w an m la i y k z O b lg ie 28 a ga . S z ni ym em ko w w tle ia k

Ka

j@

sk a

Ju ga lia d Ko ki s w sm zm pa yn atk sk i, ka i cz yl 42 id . Ka yplo ro m lin z a ub Pa io w ru la k

sk i/E lit a e cce Pr s od s d uc en tio ied ns

ow

at

am

łR

fa

Ra

k

la

g Ka en s ro oli lin sty a Pa w

t.

fo

.

26

re A zyd gn e ie nci sz ło ka d Kr zi aj ew

.

16

Ba

6.

4 Lodz Up


*02

5


6

Lodz Up

06/2011

tekst/zdjęcia:

Barbara Kędzierska

Po odhaczeniu wszystkich punktów w postaci muzeów, odrestaurowanych fabryk i obowiązkowych pubów, warto odłożyć wyidealizowany przewodnik po Łodzi i dać się wciągnąć w tkankę miasta na nieco innych zasadach. Mroczne zakątki czekają na odkrycie przez żądnych wrażeń „oglądaczy”. W tym numerze magazynu prezentujemy trzy ulice Śródmieścia, na których, jak głosi wieść gminna, lepiej nie pojawiać się po zmierzchu. Ogromne podziękowania dla twórców Przewodnika po filmowej Łodzi, który okazał się być bardzo przydatny i inspirujący.


Jazda Dowolna Plan B

7

*02

Plan

Miś z podejrzanie klapniętym uchem. Miejski przykład sztuki ulotnej w ogródku na Abramce.

B


8

Lodz Up

Włókiennicza Ulica pomiędzy Kilińskiego i Wschodnią. O tym, że czas się tutaj nie zatrzymał świadczą jedynie zaparkowane przed domami samochody. Chociaż ulica nie należy do bardzo długich (ma ledwie 300 metrów), przed wojną stało przy niej osiem żydowskich domów modlitwy, które, niestety, nie przetrwały do naszych czasów. Pod nr 11 znajduje się prywatna kamienica Hilarego Majewskiego, architekta miasta w latach 1872 – 1892. Po wejściu do środka napotkamy odstraszający odór. Wstrzymanie oddechu zostanie jednak nagrodzone niezapomnianymi doznaniami wizualnymi. Uderzająca jest też konsekwencja, z jaką w małych, ciemnych podwórkach ulicy Włókienniczej, poupychane są trzepaki. Włókiennicza, to dawniej ulica Kamienna. Pisała o niej Agnieszka Osiecka, studiująca w latach 1956 – 1961 reżyserię w Wyższej Szkole Teatralnej i Filmowej w Łodzi. Fragment jej utworu „Kochankowie z ulicy Kamiennej” znalazł się na płaskorzeźbie wbudowanej w ścianę jednej z kamienic. Przedstawia dwójkę ludzi, kryjącą się wspólnie przed deszczem. Na płaskorzeźbie wyryty jest fragment: „Kochankowie z ulicy Kamiennej pierścionków, kwiatów nie dają. Kochankowie z ulicy Kamiennej wcale Szekspira nie znają”. Płaskorzeźba z 2004 roku, która jest jednocześnie fontanną, sprawia wrażenie, jakby była tu „od zawsze”.

Piramowicza Wtłoczona pomiędzy Narutowicza i Jaracza. Cała wyłożona klinkierową cegłą przeniesioną tutaj z Al. Kościuszki w 1956 r. Nad dostojnymi, przedwojennymi kamienicami góruje złoty, cebulasty hełm cerkwi św. Olgi z końca XIX wieku. Do dziś odbywają się tutaj prawosławne msze, które są doskonałą i właściwie jedyną okazją do obejrzenia cerkwi od wewnątrz. Ulica Piramowicza została zauważona przez filmowców. To na schodach cerkwi stał znany ze „Stawki większej niż życie” gestapowiec Glaubel śledząc w trzecim odcinku tego serialu sekretarkę Basię Rewko. Ulicę zobaczymy też w filmie „Czerwone węże”. Część budynków mieszczących się przy ulicy Piramowicza już odrestaurowano, w pozostałych znajdziemy różnokolorowe warstwy farb, które, malowniczymi płatami, odpadają od ścian zabytkowych klatek schodowych. Interesujące okazać mogą się też literackie akty wandalizmu. Miejscami, na sypiących się tynkach ulicy Piramowicza, można znaleźć dające do myślenia napisy – obraźliwe, ale nie wulgarne.

Klatka schodowa przy ul. Włókienniczej 11. Na ścianach charakterystyczne elementy inspirowane antycznymi kolumnami.


8 Plan B

9

*02

PB

Abramowskiego

Literacka manifestacja kultury lokalnej ul. Piramowicza 12.

Podobnie jak Piramowicza i Włókiennicza, również Abramowskiego, z dwóch stron zamknięta jest ulicami i nie posiada żadnych wewnętrznych skrzyżowań. Tymi granicznymi ulicami są Kilińskiego i Sienkiewicza. Idąc Abramowskiego, łatwo przeoczyć architektoniczną perełkę, jaka znajduje się za bramami kamienic. Należy przejść przez budynki po nieparzystej stronie aby, schodząc w dół, zobaczyć biegnący przez całą długość ulicy zagłębiony w ziemię rząd komórek. Miejsce zapewne straciłoby na swoim majestacie, gdyby komuś przyszło do głowy je odremontować. Są to tzw. „katakumby” – prawie niezauważalne, nie tylko z powodu nietypowego położenia, (znajdują się poniżej wysokości ulicy), ale też dlatego, że prawie całkowicie przysłania je zieleń. Na dachach komórek mieszkańcy stworzyli małe ogródki. Komórki wybudowano w drugiej połowie ubiegłego wieku, od tego czasu cieszą się popularnością wśród artystów. „Katakumby” na „Abramce”, można zobaczyć m.in. w teledysku do utworu „Kreon” zespołu Maanam. Najlepiej jednak wybrać się osobiście.

Łódź nie podaje swoich walorów na tacy. Od przechadzających się jej ulicami oczekuje pokory, cierpliwości i mocnych nerwów, dopiero najwytrwalszym uchyla rąbka tajemnicy. Uważnemu odbiorcy dostarczy niezapomnianych wrażeń z wizyt w przestrzeniach pełnych grozy i wszechobecnego absurdu. Takich ulic jest w Łodzi znacznie więcej...

Zabytkowa posadzka z artefaktami pozostawionymi przez ludność autochtoniczną. Ul. Włókiennicza 11.


ekran na świat 10

Lodz Up

11/2010

06/2011

tekst/zdjęcia:

Barbara Kędzierska

Na terenie zabytkowej elektrociepłowni EC1, powstało kameralne kino MuBa Sema-for. Jest częścią słynnego, łódzkiego studia filmowego, którego początki sięgają 1947 roku. Kino nie ogranicza się jednak do pokazywania filmów rodzimej produkcji, otwarte jest na klasykę i nowości z innych wytwórni. Poza wyjątkową lokalizacją, w pofabrycznym budynku warsztatowym i zielonym światłem na sali kinowej, MuBa Se-ma-for od innych, łódzkich kin różni się, przede wszystkim repertuarem. Znajdziemy tutaj filmy dokumentalne, odkryjemy bogaty świat animacji i poznamy jakie są możliwości eksperymentowania z obrazem. O specyfice filmów wyświetlanych w najnowszym łódzkim kinie opowiedział Piotr Kardas – jeden z inicjatorów założenia MuBy, filmoznawca i dyrektor programowy Festiwalu Se-ma-fora. Barbara Kędzierska: W większości kin pokazywane są filmy fabularne, w MuBie zobaczymy też filmy dokumentalne. Czym tego typu produkcje pokazywane na salach kinowych różnią się od tych tworzonych na potrzeby telewizji? Piotr Kardas: Kinowe filmy dokumentalne mają niejednokrotnie większy budżet, co przekłada się na jakość realizacji. Nie jest to jednak regułą, telewizyjne filmy dokumentalne również potrafią zachwycać, dzięki czemu, mogą trafić na ekrany kin. Na to, czy film przedostaje się do obiegu kinowego, ma wpływ wiele czynników: dystrybutor, producent, istotna jest też tematyka. Jeśli film dokumentalny zaczyna się od skrom-

Piotr Kardas fot. Weronika Litwińska, 2011

nej produkcji, ale po zrealizowaniu dostaje Oscara, Złotą Palmę czy Złotego Niedźwiedzia, również ma szansę trafić do kina i zazwyczaj rzeczywiście tak się dzieje.

sceny hymnów narodowych. Dwumetrowi faceci, przypominający Wikingów, wrzeszczą np. hymn Kamerunu. Taki film dokumentalny trudno odebrać jako śmiertelnie poważny.

BK: Filmy dokumentalne, być może niektórym, kojarzą się z powagą, z podręcznikową formą przedstawiania rzeczywistości. Czy film dokumentalny może być rozrywką dla widza?

BK: MuBa pokazuje również filmy animowane. Czy zgodzisz się, że istnieje, niesłuszny stereotyp, który sytuuje animację w nurcie filmów dla dzieci?

PK: Zdecydowanie tak, na przykład „Yes-Meni naprawiają świat” Andy’ego Bichlbauma i Mike Bonanno, albo filmy Bartka Konopki, „Ballada o kozie”, czy „Królik po berlińsku”. To filmy, które poprzez sposób prowadzenia narracji potrafią bawić, ale ten śmiech ma jednocześnie czegoś nauczyć, poruszać kwestie, na które warto zwrócić uwagę. Są też produkcje Michaela Moore’a, „Fahrenheit 9.11”, czy „Roger i ja”. Nie zapominajmy jednak, że filmy „pierwszego skandalisty Ameryki” są z założenia propagandowe. Tylko, czyż nie jest to propaganda ironią podlana? Inny przykład to film „Wrzeszczący faceci” Mika Ronkainen’a, który graliśmy w MuBie. Nie był zamierzony jako film rozrywkowy, ale takim właśnie jest. To opowieść o chórze z Finlandii, w którym kilkudziesięciu mężczyzn specjalizuje się w wykrzykiwaniu ze

PK: Niestety tak. Dlatego większość festiwali filmów animowanych stawia sobie za cel zdjęcie tego infantylnego balastu z pleców animacji. Filmy animowane dla dzieci łatwiej jest sprzedać, więc częściej trafiają do kin i telewizji. Choćby dlatego wydaje się, że jest ich więcej, i stąd też bierze się stereotyp. W rzeczywistości jednak powstaje więcej filmów animowanych dla dorosłych niż dla dzieci. Animacja nie jest gatunkiem filmowym, jest techniką realizacji, która świetnie sprawdza się w przekazie kierowanym do każdej grupy wiekowej, jak również w każdym gatunku i rodzaju filmowym. Celem kina MuBa jest uświadomić widzom jakie bogactwo może kryć w sobie animacja. Pokazywaliśmy już m.in. animowany film dokumentalny „Walc z Baszirem” Ari Folmana, rubaszną „Lissi na lodzie” Michaela Herbiga, czy film „Metropia” Tarik Saleh, należący do gatunku science fiction. Również


Plan B

11

*02

PB

Danny Boy, 2010 SE-MA-FOR, Archangel reż. Marek Skrobecki fot. Basia Kędzierska, 2011

niektóre krótkometrażowe filmy animowane produkcji Se-ma-fora, które wyświetlamy w MuBie jako tzw. „dodatki”, skierowane są do dorosłych. Takie produkcje jak „Danny Boy” czy „Ichtys” Marka Skrobeckiego, nie powinny być pokazywane dzieciom ze względu na sceny, które mogą okazać się dla nich zbyt drastyczne. BK: Opowiedz o filmach eksperymentalnych. Co współcześnie kryje się pod tą nazwą? PK: Istotni są tutaj twórcy, którzy potrafią spojrzeć na pewne rzeczy w nowy, odkrywczy sposób. Jeśli nie na całość, to na jakiś element swojego filmowego dzieła, które będzie można potraktować jako eksperyment. Zdarza się, że takie filmy trafiają do obiegu kinowego. W MuBie prezentowaliśmy np. film „Głód” Steve McQueen’a. Sposób w jaki pokazał życie więźniów był eksperymentalny. Wcześniej nikt nie filmował przerażającego miejsca jakim jest więzienie w takiej formie. Tutaj każdy kadr mógłby trafić na wystawę fotografii artystycznej. Inny przykład to film „Tlen” Iwana Wyrypajewa, który właściwie nie wiadomo czym jest. Z jednej strony, mamy tam zauważalną fabułę, z drugiej, film wydaje się być zbiorem wideoklipów. „Tlen” również pojawił

się w MuBie, jednak podobnie jak animacja dla dorosłych, kino eksperymentalne nadal jest domeną festiwali. BK: Film eksperymentalny jest trudniejszy w odbiorze od najpopularniejszej formy jaką jest film fabularny? PK: Z tymi filmami trzeba popracować, nauczyć się je „czytać”, albo raczej, „doświadczać”. Nie chodzi tutaj o trudność, a o swego rodzaju „oswojenie”. Może zabrzmi to banalnie, ale chciałbym, aby ludzie zdali sobie sprawę z tego, że istotą filmowego medium nie jest „słowo” ale „ruch”. Film jako jedyna sztuka jest w stanie pokazać ruch. Czyż to nie jest fascynujące? Filmy eksperymentalne często nie wciągają fabularnie (bo nie to jest najważniejsze!), nie są literaturą, bazują na wygrywaniu ruchu. Tutaj ważne jest nastawienie, nie należy oczekiwać historii opowiedzianej od początku do końca, ale skupić się na innych elementach, które twórca przekazuje nam z ekranu. Mam nadzieję, że MuBa będzie z powodzeniem „oswajać” widzów z takim sposobem realizacji i odbioru filmów. BK: Nie boisz się, że Kino MuBa stawia zbyt wiele wymagań przed swoimi gośćmi?

PK: Wierzę, że są w Łodzi ludzie, którzy chcą spotkać się z taką sztuką, którzy chcą zobaczyć jak współcześni twórcy bawią się językiem filmu, jak zmieniają jego składnię. Nie oczekujemy od widzów filmoznawczej wiedzy zanim pojawią się w MuBie. To MuBa ma dawać tę wiedzę, uczyć szerszego spojrzenia na medium jakim jest film. Chcemy być przyjaznym kinem, które edukuje i jednocześnie nie przestaje być miejscem, do którego przychodzi się po prostu dla przyjemności. BK: Czy widzowie mają możliwość wpływu na to, co dzieje się w kinie? PK: MuBa powstała między innymi po to, aby dać przestrzeń tym ludziom, którzy tworzą i chcieliby skonfrontować efekty swojej pracy z szerszą publicznością. MuBa jest otwarta dla osób działających w filmowej materii, również tych tworzących coś, co wkracza w obszar szeroko pojętej sztuki video. Oczekujemy, że takie osoby będą się do nas zgłaszać. Jesteśmy także otwarci na wszelki kooperacje, tak więc jeżeli szukacie miejsca na realizację filmowego przeglądu, czy specjalnego pokazu – zapraszamy! Mam nadzieję, że zarówno dla widzów jak i twórców filmowych, MuBa stanie się ważnym punktem na kulturalnej mapie Łodzi.


12

Lodz Up

06/2011

tekst:

Julia Kosmynka

Industrialny charakter Łodzi był inspiracją dla wielu artystów i wielu z tych, którzy zaczynali właśnie w Łodzi jest teraz znana w całym kraju. Chcielibyśmy przedstawić Wam jakie dźwięki obecnie kryją się między łódzkimi murami – O czym pisze i śpiewa łódzki music noise.


Plan B

13

*02 Maszyny Lipski – wokal Łysy – bas Rysia – skrzypce Vojko – perkusja Zły – gitara fot. Karolina Szczepocka

PB

Masz yny Gatunek: poetry punk „Maszyny nakręcają i napędzają system.” Mało znany poetry punk znalazł swoich przedstawicieli w dźwiekach łódzkich Maszyn. Zespół proponuje nam na pozór kontrastujące połączenia. Punkowe gitary mieszają się z lekko teatralnym wokalem. I wszystko to nie zaskakiwałoby, gdyby nie teksty. Proste, nieco absurdalne, zabawne, rozczulające. Jest to zespół, który zdawałby się być połączeniem Ramonsów lub Buzzcocks i nieśmiertelnej audycji radiowej Trójki „Powtórka z Rozrywki”. Maszyny są niewątpliwie zaskakującym wybrykiem techniki – godnym zauważenia. Inspiracje: „Inspirującą dla nas jest Łódź. Większość z nas słuchała kiedyś punk-rocka.

Lipski i Vojo są fanami nowoczesnych rytmów muzycznych, w których rzadko pojawiają się „żywe” instrumenty. Łysy to jedyny w zespole prawdziwy fan metalu. Ja i Rysia interesujemy się muzyką ludową z Polski. Myślę, że to, co nas łączy, to uwielbienie dla abstrakcji, absurdu i zabawy. Z pewnością największą inspiracją jest rozentuzjazmowana publiczność, jej żywe reakcje i energia, jaką nam daje podczas występów. Po każdym udanym koncercie mamy apetyt na więcej.” Teksty/Przekaz: „Większość tekstów należy do Lipskiego i te są zwykle bardzo liryczne. Czasem dotykamy poważniejszych problemów: ostatnio pracujemy nad piosenką o Witoldzie Pileckim. Przy tej okazji uda-

ło się nam stworzyć muzykę psychodeliczną i „ciężką”. Większość piosenek jest jednak lżejszego kalibru. Nie mamy ochoty nikogo wychowywać. Lubimy, gdy ludzie mówią nam, że piosenka wpada im w ucho, że dobrze się jej słucha. Chyba jesteśmy jeszcze zbyt młodzi, żeby przekazywać coś naszemu pokoleniu.” Co dalej? – plany na przyszłość: „Naszym marzeniem jest wydanie porządnej płyty, najchętniej wyprodukowanej przez nas samych. No i koncerty. Grać mnóstwo koncertów zwłaszcza tam, gdzie jeszcze nigdy nie graliśmy! Ja sam chciałbym, żeby Maszyny były rozpoznawalne w Polsce. A w przyszłości.... kto wie? Off festival, Open Air może nawet festival w Roskilde;).“


14

Lodz Up

Gatunek: Indie rock/ shoegaze Jeżeli uważacie, że muzyka indie jest martwa, jej czas już minął, lub po prostu, że indie potrafią grać tylko brytole, proponuję posłuchać Coffee Radio. Gdyby The Cure grali w 2011 roku to właśnie taką nazwę przyjęliby i zamieszkali w Łodzi. Ostre gitary o brytyjskim brzmieniu, wokal oscylujący między Pete’m Doherty a Brian’em Molko, proste i szczere teksty, których nie możesz przestać słuchać. W ten sposób powstaje kompozycja, która silnie pobudza zmysły, a nogi same zaczynają się ruszać. Nie wiem czy energia zespołu jest wynikiem muzyki jaką grają czy hektolitrów

06/2011

wypitej kawy, ale na pewno chłopaki potrafią nią zarażać! Zespół sam o sobie: Inspiracje: „Inspirujemy się szeroko pojętą muzyką brytyjską, od britpopu po indie rock, elektro, ale i też cięższe brzmienia. Każdy z nas sięga po zupełnie inne kategorie rocka w rezultacie czerpiemy zatem z takich zespołów jak Bloc Party, The Cure, Queens of The Stone Age, P.O.D czy Metallica. Inspiruje nas także miłość, codzienność oraz sama idea rock&rolla. Teksty/Przekaz: „Głównym tematem tekstów jest miłość, różnie interpretowana

i obserwowana z różnych punktów widzenia. Dotykamy także tego co codzienne, mówimy o tym co nam przeszkadza, przeciwko czemu się buntujemy, o bezrobociu, patologiach społecznych czy próżnych kobietach. Czasem mówimy też po prostu o naszej miłości i pasji do muzyki.” Co dalej? – plany na przyszłość: „Mamy zamiar koncertować gdzie się da i pokazywać wszędzie, gdzie to tylko możliwe. Chcemy dotrzeć do jak największego grona słuchaczy. Moim marzeniem jest Reading Festiwal, ale na początek może być i Open’er.


Revl overs

Plan B Coffee Radio Adrian Szymajda – bass Chris Korczak – guit Paweł Zawierucha – drums Kamil Kornix Gorzeń – voc, guit, synth fot. Kacper Kaczmarek

Gatunek: alternative/elektro pop Revlovers to zespół o bardzo nowoczesnym brzmieniu. Artyści tworzą lekkie, elektroniczne kompozycje, ubarwione dźwięcznym i miękkim głosem wokalistki, zdającej się śpiewać z oddali. Ich utwory są lekko niepokojące, a jednocześnie napełniają dobrą energią. Słuchając Revlovers przychodzą mi na myśl tacy artyści jak Caribou, The XX, Hot Chip, jednak u artystów z Łodzi elementy elektroniki są uzupełniane delikatnym brzmieniem gitary. Na deszczowe i słoneczne łódzkie ulice trzeba się uzbroić – więc koniecznie Revlovers w kieszeni.;) Zespół sam o sobie: Inspiracje: „Nasze muzyczne inspiracje zawierają wiele świetnych zespołów. Kochamy taki artystów jak The Beatles, Ra-

Revlovers Sebastian Stasiak Basia Kuźnik Darek Grabowski Michał Szafarz fot. Kasia Łomża

*02

diohead, Daft Punk, Pixies, Wilco. Cenimy artystów, których muzyka jest dla nas odkrywcza i naturalna. Inspirują nas także nasze uczucia i emocje, to w jaki sposób odbieramy życie.”

Teksty/Przekaz: „Nasze teksty są mroczne, będące mieszanką introwertycznego spojrzenia w głąb siebie z codzienną obserwacją zmieniającego się świata. Najważniejszą zasadą wyznawaną przez Revlovers jest miłość” Co dalej? – plany na przyszłość: „Obecnie skupiamy się na przygotowaniu materiału na płytę. Nie myślimy narazie o festiwalach i podbojach. Chcemy zgromadzić jak najwięcej utworów, nagrać je i pokazać światu w postaci płyty. To cel na dziś. Przyszłość? Narazie skupiamy się na teraźniejszości.”

15


fot. Borys Kosmynka, 2011

rezydenci łodzi tekst:

Agnieszka Krajewska Borys Kosmynka

zdjęcia:

Brzydko, szaro, brudno i śmierdzi. Łódź mi się kojarzy przede wszystkim z tym, że jest brudna i śmierdząca. No, bardzo mi przykro, ale tak jest. Staram się tak nie myśleć, w takim szerszym kontekście, ale ciężko...


Jazda dowolna Same pijaki i „kibole”. Mam taki wizerunek miasta, że połowa to są dresiarze, a druga połowa – żule. Gwałty, kradzieże i rozboje. Dzieci w beczkach, łowcy skór, istna Sodoma i Gomora. Strach i zgrzytanie zębami! Nie czuję się bezpiecznie w Łodzi. Jak kiedyś pojechałam do Głównego Urzędu Statystycznego w Łodzi, na Dąbrowie. Totalne siedlisko patologii wszelkiej, naprawdę. A więc nie Wschodnia, ale tam też jest podobnie momentami, bo idziesz sobie normalną ulicą Piotrkowską i nagle tam wchodzisz, i totalnie inna rzeczywistość. Bezrobocie. Bieda, aż piszczy, a w samym centrum miasta slumsy. I ta zatrważająca liczba bezdomnych, których się spotka zaraz, jak się wychodzi z Fabrycznej, idąc koło Filharmonii na przykład. Albo potykanie się o płytki gdzieś tam, niszcząc buty! Skrzywdzone miasto, ruina, cmentarzysko. Brzydko też w Łodzi. I nic tam nie ma. Tylko Manufaktura, Piotrkowska i koniec. W zimę nikt nie odgarnia, nikt nie sypie piachem. Latem nie zrasza trawników, ulic, chodników. Wiosną? Nie sprząta po pupilach. Jesienią… na pewno coś się znajdzie. O! Rozkład jazdy niedostosowany do rozpoczynającego się roku szkolnego. Z początkiem roku akademickiego – bez zmian. I to całe MPK sra-ta-ta. Jeździ jak chce, według jakiegoś wyimaginowanego rozkładu. Całe brudne i śmierdzące. No, ale jeżdżę, jaki mam wybór? Miasto, które tonie. A Piotrkowska to ulica, gdzie są same banki. „Na wygnaniu w mieście Łodzi, gdzie nawet bieganie psom szkodzi” – jak mówi mistrz Koterski ustami Adasia Miałczyńskiego. Wszystkimi drogami […], które biegły ze wszystkich krańców świata do tej „ziemi obiecanej”, wszystkimi ścieżkami […] ciągnęły tłumy ludzi, setki wozów skrzypiało, tysiące wagonów leciało jak błyskawice, tysiące westchnień wznosiło się i tysiące rozpalonych spojrzeń rzucało się w ciemność z upragnieniem i gorączką szukając konturów tej „ziemi obiecanej”... – W. Reymont, „Ziemia obiecana” Stara, odrapana, niszczejąca. Łódka plebsu dryfuje pomiędzy biznesową Warszawą, kulturalnym Krakowem, klimatycznym Wrocławiem i pięknym Gdańskiem. Być może najbardziej oksymoroniczne z miast polskich. Medialne siedlisko patologii i zła, wszelkich nieszczęść i upadków. Trochę zapomniana, a trochę niechciana. W samym centrum, a jakby niewidzialna. Mimo wszystko, z każdym kolejnym październikiem, Łódka cumuje i otwiera swoje podwoje dla kwiatu mło-

*02

dzieży polskiej, by następnie wypłynąć wraz z nimi na głębokie morze wiedzy.

bo tam są te Cztery Kultury, Komiksy, w ogóle Człowiek w Zagrożeniu, no, naprawdę.

Uczy, a w międzyczasie bawi. Daje schronienie, karmi, a także tuli do zbolałej piersi. Matka Łódka. Serce ma wielkie i pojemne. W jej ramionach, każdej jesieni, odnajduje miłość tłum adeptów szkół wyższych, którzy opuszczają swoje domy, rodziny, przyjaciół i z tobołkami wyruszają przed siebie. Marynarki ich miast stały się dla nich za ciasne. Wyrośli.

Ja myślę, że Łódź to jest takie miasto, które przeraża swoją estetyką, ale myślę, że ona się estetycznie rozwinie, już się rozwija! Po prostu została strasznie zaniedbana przez ostatnie lata. Ale myślę, że pod tym względem ma duży potencjał, by naprawdę przyciągać i zaskakiwać ludzi z zewnątrz. I myślę, że ma też duży potencjał taki historyczny, jak kiedyś wyglądała i sposób w jaki powstała, w jaki się rozwinęła, jest ewenementem na skalę krajową.

Bo co może ci zaoferować takie małe miasteczko? Pewnie, zawiązujesz wielkie przyjaźnie, masz tam całe swoje dotychczasowe życie, ale jak chcesz coś więcej, coś tylko dla siebie, to musisz wyjechać. Zaczęli się dusić ciągle tym samym wdychanym i wydychanym powietrzem. Nie wyobrażałam sobie dłużej tam mieszkać. Tam nic się nie działo, posucha. Uciekli od życia, które musieliby wieść, pozostając w swoim mieście, miasteczku, wsi, pod czujnym okiem rodziny. A może na odwrót, może jak nowa tradycja rodzinna nakazuje, trzeba im było ruszyć w drogę, kuć swój charakter. Mój brat wyjechał, siostra wyjechała, to i ja chciałem. Przystań odnaleźli w Łodzi. Po pierwsze w Łodzi mieszka część mojej rodziny. Po drugie jest to najbliższe miasto mojego rodzinnego miasta, a jestem z Tomaszowa Mazowieckiego. Po trzecie studiował tam mój brat na Politechnice i do niego jeździłam. I na Juwenalia, i na jakieś weekendy szalone, studenckie, więc właściwie nie brałam innego miasta pod uwagę. Spójrzmy studentowi prosto w oczy. Co jest tak naprawdę dla niego ważne? Jakie warunki musi spełniać miasto, aby przez tych, jak dobrze pójdzie, pięć lat, przypodobać mu się na tyle, by zaczął nazywać je „swoim”? Łódź jest tania. Żarcie, autobusy, piwo. I to jest naprawdę super! A przy tym oczywiście „dobra”. Dobrze mi się w Łodzi mieszkało. Tania i dobra, czego chcieć więcej? Wyjdziesz sobie na Piotrkowską i co dwa kroki masz inny klub, możesz obskoczyć dziesięć klubów jednej nocy, dziesięć pubów i tak dalej. Ta Piotrkowska, mimo wszystko, ma klimat, bo w jednym miejscu masz wszystko. I to życie akademickie… Wiesz, Lumbumbowo… Tygrys, Balbina. Każdy weekend, nawet w kapciach! Dużo rozrywki i trochę kultury. Jakieś tam kulturalne możliwości też Łódź daje. Na przykład te wszystkie festiwale w Łodzi. Łódź mi się bardzo festiwalowo kojarzy,

Tylko to jest całe miasto, a więc w pewnym sensie cały świat. – K. Kieślowski o Łodzi w filmie biograficznym „I’m so, so” Łódź kusi wonią, niczym przed momentem wyjęte z pieca ciasto. Zawsze jak wysiadaliśmy w Łodzi, to zawsze mówiliśmy: „O, jak tu cudownie pachnie!” Tu jest zupełnie inny zapach, taki domowy. A w tym cieście same rodzynki! Manufaktura jest takim miejscem, gdzie faktycznie dużo rzeczy się dzieje, jest to udany projekt, bo patrząc na popularność tego miejsca, sympatie mieszkańców, organizowane wycieczki autokarowe, to jest to bardzo ważne miejsce. Natomiast, no, Piotrkowska jest sercem. No i Piotrkowska! Sławetny deptak, jak jakieś zabawy, to tam, jakieś puby, gdzieś się spotkać, to zawsze tam. Niektóre z nich są naprawdę wyjątkowe. Duże, mięsiste, słodkie. Są takie miejsca, jak Księży Młyn, lofty, park Źródliska, ten, który jest bardziej uporządkowany. To miejsca mi bardzo bliskie, które kojarzą mi się tak pozytywnie, bo to takie moje miejsca. W ogóle tam ten park Źródliska, jak mieszkałam tam blisko, to było tak, że szłam tam zarówno sama usiąść, pomyśleć i odpocząć albo wkurzona wyładować jakoś tam energię. Albo takim miejscem, gdzie kupowałyśmy lody i szłyśmy pogadać, posiedzieć. Każdy kolejny kęs to nowe doznanie. Pierwsza moja wizyta w Łodzi to były dni otwarte na Uniwersytecie i do dziś pamiętam, że pojechałam, by zobaczyć jakie tam egzaminy i w ogóle jak wygląda to miasto. Pojechałam z koleżanką, która miała tam rodzinę, bo jakoś tam razem się zaczepiłyśmy z liceum, to jej rada była taka: „Trzymaj głowę wysoko.” Chodziło tu o bardzo praktyczną radę, by patrzeć na kamienice wyżej niż parter i to był taki plus, aby szukać w tej Łodzi czegoś ładnego, że ta secesja jest wyżej, a nie tylko te witryny, te bramy, a w górze znajdziesz te cudeńka i rzeczywiście tak było. I pierwsze, co pamiętam, to jedną, wielką burzę na Dworcu Fabrycznym zaraz po egzaminach wstępnych. Buty w rękę i biegiem, aby dojechać do domu.

17

JD


18

Lodz Up W Łodzi się raczej nie patrzy na innych. W Łodzi to raczej tak ukradkiem się patrzy, jak coś obserwujesz, a nie prosto w oczy. Tak po prostu jest chyba takie zjawisko. W Łodzi to takie zerkanie i na przykład bardzo często miałem tak, że spotkałem się z kimś wzrokiem, to od razu głowa idzie w dół. Zapach ciasta unosi się w całym domu. Klimat tego posiedzenia sobie w wakacje na murku i wypicia piwa. Ten klimat domowych imprez u przyjaciół. Nie wiem, czy to klimat Łodzi, ale w moim odbiorze tak; takie luźnie, nieśpieszne spotkania ze znajomymi. W Łodzi mam bardzo dużo takich swoich miejsc. Właściwie cała Łódź, jak jej miejscami nie lubię, to jest takie moje miejsce. Emocje tu są takie pozytywne i negatywne też, ale są jakieś emocje. Emocje. Nie od dziś wiadomo, że ciasto może być afrodyzjakiem. Bardzo lubię różnego rodzaju miejsca w Łodzi, jest ich bardzo, bardzo dużo. To jest związane z tym, że tam poznałam swojego chłopaka i mamy tam jakieś swoje miejsca, takie tylko nasze. Często jeździmy, nawet specjalnie, do Łodzi na jakiś spacer do parku naszego ulubionego, gdzieś tam na osiedle studenckie albo w okolice. I nie byle kogo zapraszamy do wspólnego pieczenia. Mam w Łodzi koleżankę, z którą tak naprawdę mieszkałam przez większość czasu na studiach i mogę stwierdzić, że jest to jedna z moich lepszych koleżanek ze studiów, moja przyjaciółka. Mamy tam wiele naszych sekretnych miejsc, wspomnień. Piekąc ciasto z rodzynkami, pamiętamy, by nie było za dużo dodatków. Łódź jest miastem pozbawionym rzeki, wszystko zostało schowane. Nie ma Starego Miasta i nie ma Rynku. To mi się bardzo w Łodzi podoba. Co za dużo, to niezdrowo. Czasami brak może działać na korzyść. Lepszy smak. Ale nie zawsze. Bywa, że z pieca wyjmujemy zakalec.

fot. Borys Kosmynka, 2011

Nie, w Łodzi nie czuję się bezpiecznie, nie, nie, nie, nie. I zawsze jak wracam nocnymi,

06/2011 to nie zawsze czuję się bezpiecznie. I tak wydaje mi się, że miałam szczęście, że nigdy mi się nic nie stało. Niekiedy da się coś odkroić, ale… U siebie na osiedlu czuję się bezpiecznie, ale bliżej tych Starych Bałut to raczej omijam te regiony. …smak już nie ten. W Łodzi to tak, wiesz, łatwiej jest spocząć na laurach, że wiesz, jakichś tam mam klientów, jakoś to będzie, nie jest źle, taki marazm bardziej. W Łodzi to większość moich znajomych w listopadzie to depresja. Przychodzisz do pracy – ciemno, wracasz do domu też ciemno. Dół. I nie ten sam zapach. Oni są tak bardzo widoczni, myślę o jakichś biednych, pijanych, czy ta taka patologia, która jest gdzieś tam skoncentrowana w Śródmieściu w Łodzi. I to jest na tyle takie rzucające się w oczy dla osoby, która coś zwiedza, gdzieś chce pójść, odstrasza. I jeszcze śmierdzą. Chociaż niektórzy kochają zakalce! Bo myślę, że dużo mieszkańców lubi to miasto i ja się nawet spotkałam nie w Łodzi z taką opinią, z takim zarzutem, że o co chodzi z tą Łodzią; że jest taka brzydka, a ci ludzie ją tak bardzo lubią. Większość jednak nieudane ciasto odstawia na bok lub, co gorsza, wyrzuca. Miasto jak kamień rzuciłem za siebie - J. Przyboś, „W góry” Student pierwszego roku jest wielkoduszny i dużo Łodzi wybaczy. A co mu będzie siedzieć na sercu, obgada, wykpi i zapije tanim piwem na Piotrkowskiej. Student pierwszego roku da sobie radę. Zegar świata jest przecież w jego rękach. Jak wszystko. Przecież to on będzie zmieniać świat. Ale to jutro, nie dziś. Jeszcze, jeszcze trochę. Student ostatnich lat studiów zakasał rękawy i chce się wziąć do roboty, dzisiaj budować jutro. Zaczyna rozglądać się trochę dalej niż Studencka Mapa Łodzi pokazuje. Chce zapuścić sondę trochę głębiej, pró-

buje wejść tam, gdzie do tej pory go nie było i nagle, trafia na mur. Mapa Przyszłości w Łodzi okazuje się być niewiele większa od tej Studenckiej. Znów coś go zaczyna uwierać, uciskać. Kolejna marynarka za mała. Następna do oddania młodszemu bratu. W Łodzi jest trudno o pracę. To znaczy, wiesz, jeśli chciałabyś być księgową albo przedstawicielem handlowym, to zawsze znajdziesz tam pracę, ale ja na przykład szukałam czegoś innego, coś w swoim fachu, a ponieważ szukałam jakiś czas w Łodzi i jej nie znalazłam, stwierdziłam, że czas ruszać dalej, tym bardziej, że nie mam w Łodzi jakiejś rodziny. Mam przyjaciół, znajomych, ale wszędzie ich mogę mieć. Nowa marynarka jest większa, droższa i bardziej funkcjonalna. Tu jest wszystkiego więcej, bardziej, mocniej niż w Łodzi. Więcej jest pracy generalnie, a i się więcej zarabia. I to w każdym zawodzie. Każdy tu coś dla siebie znajdzie, tu jest tyle możliwości. Student przyodziany w modną marynarkę, opuszcza pokład. I zakłada rodzinę. Przyjechałam do Łodzi na studia i przebywałam w niej sześć i pół roku. Po skończeniu studiów jeszcze półtora roku pracowałam i w związku z tym też siedziałam w Łodzi. A potem zdarzyło się tak, jak się zdarzyło, poznałam mężczyznę i był szybszy; wziął kredyt tutaj i jakoś tak się stało, że przyjechałam. Zresztą branża przyciągnęła mnie bardzo do Warszawy. Nieraz jest to masowy wymarsz. Ale jakoś inni znajomi, to nie wiem, czy było im przykro, że wyjeżdżam, bo jeden kolega pojechał do Krakowa, drugi też, koleżanka też wyjechała. A więc tych osób, z którymi się kolegowałam na studiach, mało zostało w Łodzi, właściwie tylko Dorota. Bywa, że Łódź wyrzuca za burtę. Mieszkałam daleko, dojazd był zły i jeszcze przesiadka w centrum cudownym, rozkopanym i tak dalej. Więc wszystko tak na mnie działało, wypychając mnie z Łodzi, i tak też się stało. Może nawet zacząć tonąć.


Jazda dowolna

19

*02

JD

fot. Borys Kosmynka, 2011

W Łodzi wydawało mi się, że są za małe możliwości, że tam są ciągle ci sami ludzie i musiałabym być jakaś tam znajomą, by zacząć pracować. Tak to nic nowego się nie dzieje, a wręcz przeciwnie – dużo firm się wycofuje.

gdzie się dużo dzieje, jest wysokie tempo życia, ruch i ja w tym uczestniczę. A jak mi się znudzi, to kolejne może być moje.

Rozbitkowie najczęściej dopływają do portu Warszawa. Już na zawsze? Tak na stałe?

Co tu dużo gadać, pieniądz lepszy. I wiesz, ta świadomość, że nie musisz ciułać od pierwszego do pierwszego, a idziesz do sklepu i kupujesz, co chcesz.

Nie wiem, czy jest coś takiego jak moje miasto. Tak w zasadzie, to ja tak sobie mówię, że owszem, dzisiaj mieszkam tutaj, ale za rok nie wiem, gdzie będę mieszkać. Każde miejsce może być moje, byleby tam byli ludzie, z którymi bym się dobrze porozumiewała, z którymi byłoby mi dobrze. Więc chyba nie ma czegoś takiego. Jak to pisał Jasieński: „Bo mnie niesie coś wiecznie, notorycznie i przed”. W sukurs śpieszy mu Olga Tokarczuk: „Bieguni – odłam prawosławnych starowierców. […] Uważali, że zło ma największą moc, gdy człowiek stanie w miejscu. Jedynym sposobem ratunku przed złem jest podróż, ruch. Kim są współcześni «bieguni»? Jak wielu jest ich wśród nas?” Moje miasto to jest miejsce, gdzie się czuję dobrze, gdzie mam dużo znajomych, gdzie możemy wyjść do wielu miejsc. Miasto, które mi zapewnia komfort pod tym względem, że jest różnorodne. Nie nudzę się, mogę odkryć nowe miejsca, bo ciągle one powstają,

Bywa i tak, że powód jest zgoła inny, mniej wyszukany.

Polscy nomadzi: młodość popycha, pieniądze przyciągają, a dorosłość podpowiada. Proza życia. Przeprowadzka była zdecydowanie trudną decyzją, do której dojrzewałam. Dlatego, że Łódź oswoiłam, miałam swoich znajomych, miałam pracę, którą lubiłam i z ludźmi, z którymi pracowałam, super się dogadywałam i oczywiście było to fajne. Wiedziałam, że jadąc ryzykuję, skreślając dotychczasowe wszystko w jakimś stopniu. Skreślając, to głupio zabrzmiało, ale zrywając takie bliższe kontakty, relacje, tracąc trochę poczucie bezpieczeństwa, znanego, trochę siebie. Moje miasto to syf Czasami myślę że żyję w piekle Czasami myślę że to zaszczyt […] Nie mogę mieszkać gdzie indziej Gdzie byłoby sto razy lepiej Bo gdybym mieszkał gdzie indziej Nigdy nie byłbym sobą C.K.O.D., „Uciekaj”

Niektórzy, choć na początku mocno zaciskają piąstki na wiosłach i z zacięciem płyną raz przy lepszych, raz przy gorszych wiatrach, ostatecznie odkładają wiosła na bok i dają się ponieść falom. Byłam w Łodzi, studiowałam w niej, pracowałam, miałam w niej spędzić X lat, a stało się inaczej. Są i doświadczeni piraci, którzy nadal żeglują tą starą, odrapaną, niszczejącą Łódką, którą kochają i nienawidzą jednocześnie. Lądu nie widać. Ja chyba generalnie nie lubię Łodzi. Albo po prostu taki jestem bardziej na nią zły, że nie jest taka, jaką być powinna. Albo to jest taka miłość, wiesz, trudna, toksyczna trochę. No, wiesz, ja jakieś tam emocje mam do Łodzi, ciężko mi to nazwać. No, bo lubię ją i czuję, że jestem u siebie, a z drugiej strony nie lubię i widzę tę szarzyznę, ten brud, ten smród i jest mi przykro, a więc tutaj są emocje. I ja jestem nadal. I nigdzie się póki co nie ruszam. *** Z początkiem najbliższego roku akademickiego na pokład Łodzi wmaszeruje rzesza młodych, jurnych, zwartych i gotowych do działania ludzi. Część z nich będzie deklarować: „na zawsze”, „aż po grób!”. Apiać od nowa?


20

Lodz Up

06/2011

J@

ekshibicjonizm w sieci tekst:

zdjęcia:

Olga Szymkowiak Zofia Mackiewicz

Znajomi – Moja Generacja Zofia Mackiewicz / Pracownia Fotografii prof. Grzegorza Przyborka


Jazda dowolna

*02

21

JD

Korzystam z Internetu po to, żeby kontaktować się ze znajomymi oraz znaleźć potrzebne mi informacje – tak z pewnością brzmiałaby większość odpowiedzi udzielonych na pytanie: „Po co korzystasz z Internetu?” A jednak, w dobie sieci Web 2.0., czyli takiej, w której znaczna część informacji jest wytwarzana przez Internautów, sytuacja wydaje się być odwrotna. Nie szukamy, tylko kreujemy; nie komunikujemy, tylko demonstrujemy. Ten rodzaj internetowego ekshibicjonizmu został opisany przez brytyjskiego autora i przedsiębiorcę – Andrew Keena – jako „cyfrowy narcyzm”, czyli aktywność w Internecie, polegająca głównie na autoemisji. Idealnym przykładem miejsca stworzonego w celach komunikacyjnych, a przekształconego w królestwo sieciowych megalomanów jest Facebook, obecnie posiadający około 500 milionów użytkowników na całym świecie. Facebook, jak i inne portale społecznościowe, daje nam możliwość stworzenia siebie samych od nowa. Poprzez kilka prostych czynności, możemy wyróżnić te cechy czy zainteresowania, które uważamy za najbardziej godne zaprezentowania, a ukryć inne, uważane za mniej pozytywne.

Wszystko to oczywiście dzieje się pod płaszczykiem „komunikowania się z innymi”. A jednak komunikowanie to przekaz dwustronny, wymiana pewnych znaczeń. Czym jest natomiast publikowanie zdjęć z miejsc uważanych za fajne czy „wrzucanie” linków z ulubionymi piosenkami, jeśli nie przekazem jednostronnym, wręcz autoreklamą? Dlaczego działamy w taki sposób? Odpowiedź wydaje się być dość oczywista – żeby podnieść poczucie własnej wartości, zdobyć jak najwięcej komentarzy czy kliknięć opatrzonym hasłem „Lubię to!”. Na dłuższą metę taka aktywność okazuje się być jednak niewystarczająca, a Facebook staje się zwykłym złodziejem czasu. Najbardziej przerażający wydaje się jednak fakt odzierania się na portalach społecznościowych… z prywatności. O ile zamieszczanie w Internecie zdjęć z wakacji nie jest jeszcze skrajnym przejawem ekshibicjonizmu, tak eksponowanie części alkowy czy opisywanie swojego dnia, godzina po godzinie, można by zaliczyć do skrajnej głupoty. W prezentowaniu codziennej rutyny specjalizują się autorzy blogów, nierzadko poważne osoby na poważnych stanowiskach. Lifestylowego bloga założyła ostatnio córka premiera – Kasia Tusk. Dziewczyna doradza internautom, przede wszystkim, w sprawach mody (czy słusznie…?), ale nie tylko. Ze strony http://www.makelifeeasier.pl/ dowiedzieć się możemy także o ulubionych książkach, filmach, potrawach czy

kosmetykach autorki. Potwierdza to tylko „kult amatora”, o którym pisał Keen. Każdy może polecić innym coś, co jego zdaniem, jest godne uwagi. Ma to oczywiście swoje dobre strony, często dostarcza inspiracji, chęci do spróbowania czegoś nowego. Problem polega jednak na niewielkiej ilości portali rzeczywiście wartościowych, a przedzieranie się przez gąszcz śmieci może być tak samo męczące jak zniechęcające. Wróćmy jednak do Facebooka. Wcześniejsza krytyka serwisu nie oznacza oczywiście, że nie ma on zalet, sama przecież z niego korzystam. Facebook umożliwia nam skontaktowanie się z wieloma osobami na raz, co nierzadko bywa przydatne. Dzięki niemu możemy też dowiedzieć się o ciekawych wydarzeniach, dziejących się w mieście. Wniosek nasuwa się więc sam – to, o czym musimy pamiętać przy korzystaniu z portali społecznościowych to, przede wszystkim, umiar. Nie tylko w emitowaniu samych siebie, ale też w podpatrywaniu innych. I jeszcze jedna rzecz, o której należy pamiętać – dystans do treści, które docierają do nas z Internetu. Ku przestrodze, warto obejrzeć nagrodzony Oscarami i Złotymi Globami film o twórcy Facebooka – „The Social Network”. Nie w samotności, nie w domowym zaciszu, nie na laptopie, gdzie w każdej chwili możemy sprawdzić e-maila, tylko w grupie, ze znajomymi. Najlepiej tymi prawdziwymi, a nie setkami twarzy znanych wyłącznie z Facebooka.


22

06/2011

fot. Miłka Brzęczek, 2011

Lodz Up

„Żadne pitu – pitu o kwiatkach, chmurkach i pszczółkach” odpowiedział jeden z ankietowanych zapytany jaką poezję lubi. Reszta odpowiedzi (jeżeli już ktoś przyznał, że „czytuje” wiersze) była podobna – „brutalną”, „bezpośrednią”, „prostą”, „weltschmerzowi i martyrologii mówię NIE”. No i okej, tyle że większość dopisywała potem, że lubi Szymborską, Różewicza (te dwa nazwiska pojawiały się niemal u każdego), Herberta, Pawlikowską-Jasnorzewską. Z łódzkich poetów pojawił się raz Piotr Macierzyński. Dobrze, że w ankietach nie zapytałam o ulubione wiersze, domyślam się jakie mogłyby być odpowiedzi: Śpieszmy się, Nic dwa razy, a przy dobrych wiatrach jeszcze Ocalony. Czy poezja wymienionych autorów jest bezpośrednia i brutalna? To już oceńcie sobie sami. Niewątpliwie jednak znajomość poezji przeciętnego studenta (to ich poprosiłam o udział w doświadczeniu) kończy się na wierszach omawianych w liceum. Dlatego odpowiedzi minimalnie się różniły – tam gdzie pani polonistka zdążyła omówić Świetlickiego, tam się czasem pojawiał. Po głębszym zastanowieniu, na myśl przychodzi mi jeszcze jeden wniosek: Młodzi ludzie czują, że powinni lubić poezję, bo wymieniają tą „szkolną”, którą jednocześnie są znudzeni. Podsumujmy fakty: 1.Młodzi nie znają współczesnej poezji (łódzkiej w szczególności). 2.Młodzi chcą wierszy prostych, niekonwencjonalnych, o innej tematyce niż te, które mieli przyjemność czytać do tej pory. Ale na chęciach zabawa się kończy, bo świeżego spojrzenia na sprawę ani widu ani słychu. A zapewniam, że takowe istnieje. Nasuwają się proste pytania: Dlaczego tak jest? Jak to zmienić? Ale po kolei.


su gar fr ee 23

Jazda dowolna

podobno 20% Polaków nie rozumie tego co czyta ch** z nimi Piotr Macierzyński

tekst:

Daria Strzelczyk Miłka Brzęczek

zdjęcia:

fot. Miłka Brzęczek, 2011


24

Lodz Up

Dlaczego tak jest? Wydaje mi się dość normalne, że żeby coś lubić trzeba najpierw w ogóle wiedzieć, że to coś istnieje. Młodzi nie czytają współczesnej poezji, bo jej nie znają. Jest jednak coś na usprawiedliwienie – znalezienie dzisiaj liryki, która ma w sobie trochę więcej kreatywnoBaby baby baby Make The Girl Dance Popołudnie pachnie wtorkiem, W twoich oczach granatowe śmigłowce, Oh, baby, that’s all, that’s it. (w tym miejscu Bierezin z Baczyńskim Trzepią bogobojnie kapucyna; Sorry: In modern polish poetry They are doing blowjob) So, what’s the problem? Let’s do it, quick ści, a przede wszystkim treści, niż „Winiary. Pomysł na…” jest niełatwym zadaniem. Kondycję współczesnej poezji najlepiej podsumowuje wiersz Grzegorza Wołoszyna: Coś niepokojącego dzieje się z współczesną poezją. Wszyscy piszą tak samo, nie można odróżnić stylu jednego autora od drugiego. Bierezin i Baczyński to patroni dwóch, najważniejszych konkursów literackich w Polsce (nota bene odbywają się one w Łodzi). Obcojęzyczność w wierszu ma pokazać, że współczesnemu poecie wyczerpały się tematy, że nie ma już nic nowego do powiedzenia. Często też epatuje tanią, wulgarną prowokacją, gdzie forma jest ważniejsza niż treść (ma to podkreślić, wykorzystany w utworze, opis onanizmu). Grzegorz Wołoszyn tę, występującą u wszystkich poetów, manierę określa mianem „nowotworu”, który „drąży teksty”. Ciężko określić czy jest to wina artystów, którzy chcą zaistnieć za wszelką cenę, czy organizatorów konkursów, którzy narzucają wszędzie bardzo podobne kryteria i preferują określone style pisania. I takim oto sposobem powstaje ciężkostrawna papka, która gdzieś się rozmywa, bo i tak wszystkie wiersze są takie same. Idąc tym tropem zaczynam rozumieć dlaczego w ankietach padały takie nazwiska jak Szymborska, Herbert czy Różewicz – każdy z nich pisał inaczej, miał odmienny styl i język, nie sposób było ich pomylić czy się znudzić. Kolejną przeszkodą czyhającą na poetów są konkursy tematyczne. Jak pisał Piotr Macierzyński w jednym ze swoich felietonów, nawet organizacja zwykłego turnieju jednego wiersza może okazać się wyczynem ponad siły dla pracowników Śródmiejskiego Forum Kultury w Łodzi. Pisanie według ściśle określonych, paranoicznych reguł, nie jest chyba zbyt kreatywne, prawda? Poeci dostają kartki i mają pół godziny na napisanie wiersza. Prawie jak zaliczenie z wf-u w podstawówce, kiedy to trzeba było biegać wokół szkolnego boiska, właśnie pół godziny, jeżeli chciało się mieć piątkę „na koniec”. Traumatyczne przeżycie. Tyle że wyobraźnia wuefistki kończyła się na przymusie nosze-

06/2011 nia białych skarpetek. Organizatorzy konkursów są bardziej pomysłowi, szczególnie jeżeli chodzi o tematy wierszy np. Święta Bożego Narodzenia czy Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej. Ich kreatywność przejawia się również w doborze jury, w skład którego wchodzą np. dyrektor ośrodka, animator kultury i akustyk. (Przyczynia się to do tego, o czym wspomniałam wcześniej. Takie jury, zazwyczaj, nie ma pojęcia o literaturze, więc wygrywają wiersze mało odkrywcze, poprawne, a wręcz nudne). No tak, obiektywizm i fachowość przede wszystkim, nie zapominając o sprawiedliwości (zwycięskie wiersze nie są nawet odczytywane, więc nie wiadomo jaki był poziom turnieju).

Jak temu zaradzić? Rozmawiając z łódzkim lirykiem Maciejem Robertem (na swoim koncie ma dwa tomiki, trzeci pojawi się niebawem) nie mogłam pogodzić się z jego słowami, że poezję czytają poeci, którzy otaczają się tylko w swoich kręgach, a z czytelnikiem nie mają nic do czynienia. – Poezja to nie jest piła nożna, żeby się nią tłumy entuzjazmowały i chodziły na mecze – powiedział mi wprost. (Hej! A gdzie w tym wszystkim jestem ja?). Po paru dniach doznałam olśnienia, albo raczej poznałam bolesną prawdę.

Obcojęzyczność w wierszu ma pokazać, że współczesnemu poecie wyczerpały się tematy, że nie ma już nic nowego do powiedzenia. Często też epatuje tanią, wulgarną prowokacją, gdzie forma jest ważniejsza niż treść

ski, Adam Wiedemann, Krzysztof Varga czy Tadeusz Dąbrowski. Na koniec coś, co tygryski lubią najbardziej – slamy! Są one skrzyżowaniem poezji z performancem. Slamerzy walczą ze sobą na słowa, a o wyniku decyduje publiczność. Zdania na ich temat są podzielone. Jedni uważają, że uwłaczają one „prawdziwej” poezji i jak mówi Maciej Robert – w slamie nie chodzi o tekst, a jak padnie słowo „kurwa”, to już wszyscy biją brawo. Drudzy głoszą natomiast, że slam ma być zabawą (i rzeczywiście jest!), która ma zachęcić ludzi do uczestniczenia w wieczorkach poetyckich i do czytania poezji. I teraz, Drogi Czytelniku, pomyślisz sobie zapewne (o ile nie pomyślałeś już wcześniej) „Co ona tak ciągle ten Macierzyński i Macierzyński?”. Odpowiedź jest prosta. Jest moim ulubionym poetą, a co najważniejsze jego wiersze regularnie zażywają lewatywy z kawy, więc nowotwór im nie grozi („Nierzadko ludzie wyśmiewają taką terapię, ale musicie wiedzieć, że w Klinice Onkologicznej w Vancouver znane jest uzdrawiające działanie lewatywy z kawy w terapii nowotworowej” informuje zapis na stronie internetowej.) Jego poezja łamie szkolny stereotyp nudnych wierszy, które czytało się z przymusu. Mówi o rzeczach normalnych, ludzkich, prostych. Można czytać ją w tramwaju i dzięki niej zapomnieć na chwilę, że wokół są ludzie, którzy rzucają dziwne spojrzenia kiedy nagle wybucham śmiechem, a zaraz potem, zamyślam się, tępo patrząc w szybę. Oto przykład: XXX urodziłem się na 52° szerokości geograficznej północnej i 20° długości geograficznej wschodniej wylosowałem Polskę w pokerze po takim rozdaniu mówi się pas

Przy Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich działa Koło Młodych – „mŁÓDŹ LITERACKA”, które organizuje warsztaty oraz wieczorki poetyckie. Niby fajnie, tyle że… spotkania przygotowują sami sobie. Frekwencja na tych spotkaniach jest niska, a głównymi uczestnikami są osoby należące do stowarzyszenia i akolici.

Aaaaaa! I zapomniałam jeszcze wspomnieć o jednym, dość istotnym fakcie – 70% osób, które poprosiłam o wzięcie udziału w ankiecie (pomyślicie sobie pewnie „skąd ona wytrzasnęła tyle osób?” – spokojnie, znajomych na facebooku ci u nas dostatek), odmówiło. To chyba najlepszy dowód na to, że poezja trafia do nielicznych . Może tak musi być? Maciej Robert twierdzi, że do poezji nie trzeba, a nawet nie wolno zachęcać. Macierzyński podcina mu skrzydła – Zależy do jakiej – mówi.

Nie znaczy to oczywiście, że jest to jedyny organizator wieczorków poetyckich w Łodzi. Są też pozytywne, rozwijające inicjatywy np. w ciągu 8 lat Piotr Macierzyński zorganizował ponad 100 spotkań, z których jedynie 7 było poświęconych łódzkim poetom. Dawało to szansę poszerzenia swojej wiedzy i poznania poezji autorów z różnych miast i środowisk, twórców takich jak Janusz Rudnicki, Ernest Bryll, Krzysztof Jawor-

A ja tam myślę, że tak jak powiedział Piotr Macierzyński w wywiadzie z Jakubem Winiarskim – poetą się jest, a nie jak niektórzy twierdzą, jedynie bywa. Gdy się jest poetą nie trzeba nawet pisać wierszy. To pewnien sposób bycia, podejścia do tworzywa, szacunku do słowa, języka. A jak zachęcić do czytania wierszy tych, którzy poetami nie są? Powiem (a raczej zacytuję) krótko: chuj z nimi.


Jazda dowolna

25

*02

infografika:

Monika Godlewska


26

Lodz Up

06/2011

gen solisty Urodziłem się w Bydgoszczy, mając niespełna rok przeprowadziliśmy się z rodzicami do Trójmiasta. Od dekady jestem już w Łodzi. Tu jest mój pierwszy dorosły dom, taki, który sam stworzyłem. Do Łodzi przejechałem na studia, na drugim roku PWSTiTV chciałem przenieść się do Krakowa, wtedy dyrektor Waldemar Zawodziński zaproponował mi angaż w Jaraczu. To nie było miasto, w którym zakochałem się od pierwszego wejrzenia, ale aktor teatralny jest tam, gdzie jest jego teatr. W Łodzi mam przyjaciół, swoje miejsca, chociaż od czasu do czasu buntuję się i zaczyna uwierać mnie to przywiązanie, ten mój warzywniak. Teraz jest też tu moja fundacja, i wszelkie autonomiczne plany zawodowe, ale przede wszystkim, moja publiczność. Karolina Pawlak: Twoje kreacje w łódzkim Jaraczu można określić mianem teatru jednego aktora.

W teatrze nie akceptuję martyrologii. Po dwu godzinnej sztuce kłaniam się publiczności z uśmiechem na twarzy, bo ze sceny schodzi Kamil Maćkowiak, nie Niżyński, a ten jest całkiem zadowolony, że spektakl się skończył i że dostaje brawa.

Kamil Maćkowiak: To przede wszystkim kwestia propozycji, które otrzymywałem – z wyrazistymi pierwszoplanowymi rolami. Bardzo lubię teatr oparty na aktorze, czerpiący z jego osobowości i charyzmy. Moja „solistyczność” to spadek po balecie. Tam syndrom „pierwszej linii” był naturalny. Pracujesz po to, żeby tańczyć duże role. W teatrze też lubię się zmęczyć i żeby było mnie widać, tak już mam. KP: Niżyński nie schodzi z afisza już szósty sezon, czy nadal lubisz go grać? KM: Ta dekada w teatrze była dla mnie bardzo autoterapeutyczna. Miałem okazję zmierzyć się z tematyką choroby psychicznej, która od dziecka mnie fascynowała i przerażała. Trafiłem na Dzienniki Wacława Niżyńskiego, które stały się inspiracją do napisania scenariusza monodramu. Wszystko pięknie się uzupełniło. Niżyński to spektakl bardzo już doceniony. Był dla mnie przełomowy w wielu wymiarach. Grałem go także w języku angielskim i rosyjskim. To moja autorska koncepcja, która wzięła się z oswajania pewnych lęków. Sformułowanie lubię grać Niżyńskiego jest nieadekwatne. Lubię dawać widzom ten spektakl, mam w tym olbrzymią przyjemność aktorską. Oczywiście jest we mnie instynkt samozachowawczy, który chciałby darować sobie ten wysiłek i emocje. Mógłbym odpowiedzieć barwnie, tak, kocham tę rolę, ale to nie jest takie jednoznaczne. Mam

świadomość, że ma ona sens tylko wtedy, gdy ja dam z siebie wszystko, a to kosztuje. KP: Prawie dwie godziny balansowania na najwyższym rejestrze bólu. KM: Wejście w tę rolę wymaga dużego wysiłku fizycznego i psychicznego. Nie uprawiam jednak martyrologii. Niżyński jest historią umierania, geniuszu i obłędu. Fizjologia uwiarygodnia jedynie historię, sprawia, że wszystkie elementy są ze sobą kompatybilne. Ten monodram to moje prywatne zobowiązanie wobec łódzkiej publiczności, która przychodząc na spektakl, również decyduje się ponieść razem ze mną jego ciężar. KP: Wyznaczasz dla siebie granice w sztuce? KM: Staram się nie przekraczać granic zatracania się w sztuce, gram bardzo bezpiecznie. Sam Niżyński ewaluował. Na początku jego grania bardzo mocno byłem w swojej postaci, z biegiem czasu pojawił się konieczny dla zachowania higieny pracy dystans. Lubię udowadniać, że mam w sobie profesjonalizm. W teatrze nie akceptuję martyrologii. Po dwu godzinnej sztuce kłaniam się publiczności z uśmiechem na twarzy, bo ze sceny schodzi Kamil Maćkowiak, nie Niżyński, a ten jest całkiem zadowolony, że spektakl się skończył i że dostaje brawa. Moje jedyne obawy związane są ze stroną fizyczną, wątek baletowy sprawia mi coraz większą trudność. KP: Od niedawna jesteś również Prezesem Fundacji na rzecz Kultury sygnowanej twoim nazwiskiem. KM: Fundacja ma spinać różnego rodzaju przedsięwzięcia. Firmuję ją swoim nazwiskiem, gdyż najbliższe realizacje związane są z moja osobą. Mam nadzieję, że nazwisko Maćkowiak jest kojarzone w Łodzi z konkretnym rodzajem aktorstwa. Fundacja na rzecz Kultury powstała między innymi po to, by zmienić tradycyjne myślenie o teatrze. Jestem w trakcie prac nad autorskim monodramem. To monorewia w formie nieco bardziej uniwersalnej niż Niżyński, znajdzie się w niej miejsce na ruch, taniec, wokal. Pozornie muszę być bardzo atrakcyjny dla widza, by móc przekazać głębsze, kontrowersyjne treści, przygotować go na drugie dno opowiadanej historii.


Dogadane

27

*02

Mam ambicje stworzyć spektakl i bardzo silnie postawić na jego promocję. Jako aktor, nigdy nie zabiegałem o docenienie mojego nazwiska, przy fundacji nie mam już tych obaw. Mam pełną świadomość, że spektakl to również produkt, pozbawiony pejoratywnej konotacji tego słowa. Za każdym przedsięwzięciem muszą stać odpowiednie pieniądze. Nie zorganizuję spektaklu dla kilku osób w salce pod schodami, po którym sam posprzątam. Nie jestem aż tak offowy.

n De a d ga

Do

KP: Inicjatywa Fundacji jest dużym krokiem w kierunku Łodzi prokulturalnej. Miasto cię w niej wspiera? KM: Nie odczuwam szczególnego zainteresowania władz miasta moją działalnością. Fundacja na rzecz Kultury i związane z nią projekty nie są dotowane środkami miejskimi. Dopiero po rok działalności możemy startować w różnych konkursach. Coraz więcej osób ostrzega mnie, żebym przestał mieć złudzenia, że to, co ma sens dla mnie i dla mojej publiczności, znajduje jakiekolwiek odzwierciedlenie w planach ludzi u władzy. Chcę jednak wierzyć, że Łodzi zależy,żeby mieć inicjatywy kulturalne silnie związane z miastem i będzie to wspierać, jak np. stolica wspiera Projekt Warszawiak. Liczę także na prywatnych sponsorów. KP: Widzisz dla siebie przestrzeń poza aktorstwem? KM: Obecnie talent i ambicja legitymizują już tylko w teatrze. Wyidealizowałem sobie ten zawód. Może gdybym wychowywał się na siostrach Olsen, a nie Helenie Modrzejewskiej byłoby mi łatwiej, zawodowe wybory byłby bardziej oczywiste. Nie jestem idolem dla nastolatek, nie interesuje mnie aktorstwo, które stanowi bardziej wyszukaną formę dla zarabiania pieniędzy. Dlatego coraz częściej zastanawiam się, czy istnieje dla mnie forma zawodowego bytu poza teatrem. Jako aktor potrzebuje wyzwań, które nie muszą przekładać się na słupki popularności. Męczy mnie to rozdwojenie jaźni. W teatrze gram role wielopoziomowe, wymagające, telewizja przynosi jedynie jednowymiarowe propozycje, które niespecjalnie mnie fascynują. Zdarzyło mi się nie dostać angażu, usłyszałem, że byłem za mało glamour. Jeśli aktorstwo to dziś oglądalność, seriale i bankiety, to pozwolę sobie funkcjonować jeszcze przez chwilę na swoich zasadach.

rozmowa z Kamilem Maćkowiakiem Kamil Maćkowiak rocznik 1979, dyplomowany baletmistrz, absolwent łódzkiej PWSFTViT, aktor filmowy, telewizyjny, nade wszystko teatralny. wywiad:

Karolina Pawlak

fot. Sławomir Bergański, 2005


28

06/2011

pozszywani

Lodz Up

tekst:

Karolina Pawlak

Nazywa się borderline, ale właściwe nadal zwracają się do niego Kuba. Taka jedna powiedziała mu kiedyś, że jest za mało dojrzały, inna nabawiła się nerwicy, te z początków studiów po prostu się bały. Dziś Kuba i jego osobowość skrajna dobiegają właśnie trzydziestki. Historie zasłyszane Sąsiad chorował. Kuba nie wiedział jeszcze wtedy wiele o zjawisku. Na co dzień funkcjonował normalnie. Taki osiedlowy wesołek. Kwiaty w mieszkaniu podleje, karnisz zawiesi. – Dzień dobry, uszanowanie! Serdeczny uścisk dłoni, żart na do widzenia. Potem pół roku ciszy. Zza zaciągniętych zasłon podmiejskiego osiedla nie przedziera się życie. Wieczorami podjeżdża do niego starsza kobieta, która regularnie wyrzuca mu śmieci,

uchyla balkonowy lufcik. Zasłony ani drgną. Sąsiadki już nie zostawiają mu dzieci do pilnowania. Po pół roku Kuba wyprowadza się do innego miasta. Historia faceta spod trójki zostaje z nim na znacznie dłużej. BPD lub inaczej border personality disorder ma status jednego z dziesięciu oficjalnych zaburzeń osobowości czyli, powtarzając za fachowym źródłem: głęboko zakorzenionego wzorca zachowania, który powoduje cierpienie oraz wpływa destruktywnie na relacje z innymi. Problemy towarzyszące borderom są dwa: Po pierwsze, trudno jednoznacznie zakwali-

fikować objawy choroby, mnogość znamion powoduje, że psychiatrzy i psychologowie toną w domysłach, stawiają różne diagnozy i proponują terapie, od zastrzyków farmaceutyków po oddział zamknięty. Drugi wymiar zjawiska, to tradycyjnie społeczna niewiedza, a za nią już szablonowo: strach, wykluczenie, alienacja.

Patrzę, oczom nie wierzę XXI wiek oswaja chorobę. Podekscytowani tym, że Europejczycy nie umierają już na dżumę z dumą pokazujemy statystyki efek-


Pod lupà tywności badań profilaktycznych. Budujemy podjazdy do kin i muzeów, ustępujemy miejsca w tramwaju kulejącemu. Dotujemy para olimpiady i wysyłamy dzieci do szkół integracyjnych, tłumacząc im, że wózek inwalidzki to żadne tabu. Unaoczniona niepełnosprawność nas wywyższa, instruuje nasze zachowania i popędy. W tej estetycznej poprawności nie ma miejsca na niepewność. Dzisiaj lepiej urodzić się bez ręki, niż przyznać, że sobie nie radzisz z nimi obiema. Dotkliwość utraty pracy można porównać do bólu ukłucia szpilką w obliczu ukrzyżowania. Korporacje potrzebują liderów, nawet gdy ci, obsługują jedynie ich parkingi. Może gdyby Kuba zdobył się na tę szczerą rozmowę z przełożonym, chroniony już rozległymi ramionami Temidy, ze zwolnieniem lekarskim w portfelu, dziś wyjmowałby jedynie gwoździe z dłoni. W rozmowie z szefem padało: nie możemy, doceniamy szczerość, współczując problemów, z którymi pan się boryka. Łyk kawy po obu stronach biurka. Kontynuuje. Słodzi pan? Spoczywa na naszych pracownikach olbrzymia odpowiedzialność, nie możemy sobie pozwolić, zaufanie klientów, wieloletnia marka. Wypowiedzenie za porozumieniem stron. Kawa wystygła. Poklepanie po plecach, kalendarzyk firmowy na odchodne. A co panu tak właściwie dolega?

Usłysz mnie Chyba od początku wiedział, że jest inny. Jeśli odczuwał zimno, to całą powierzchnią ciała. Podobnie odczuwał smutek i przygnębienie. Borderline okazał się dla niego życiową katastrofą. Choroba, która zawładnęła emocjami, kontroluje zachowania, zniekształca osobowość, a dodatkowo, nie pozwala w siebie uwierzyć. U wielu borderów występuje syndrom wyparcia. Niekonwencjolanym zachowaniom towarzyszy przeświadczenie o niskim poczuciu własnej wartości. Zdrowo funkcjonujący człowiek posiada w sobie pokłady emocji, które obwarowane są specjalnymi kodami dostępu, tak odtrącenie wyzwala uczucie smutku, miłość szczęście, komplement docenienie. Tu katalizator emocji stanowią własne lęki. Smutek nie jest odpowiedzią na zadane cierpienie, a pochodną własnego wyobrażenia o rzeczywistości, która odrzuca. Odczuciom brak jest podstaw, co powoduje narastającą agresję, boi się – chociaż nie wie czego, chciałby powiedzieć, że kocha, ale może druga strona nie odwzajemni uczucia. Na końcu jest sumienie, przepraszam, mam borderline. Przez całe swoje dorosłe życie Kubie udało się zbudować kilka poważnych związków, takich ,,dopóki śmierć nas nie rozłączy”. Często stanowił dla kobiet wyzwanie, jednego dnia przeświadczony o swoim uczuciu, by następnego nie pozostawić złudzeń co do jego istnienia. Jego trudny charakter po-

strzegany był jako cecha ludzi atrakcyjnych, bogatych wewnętrznie, ale ból jaki potrafił sprawić, często nie był tylko psychiczny. Charakterystyczne dla borderów jest pokładanie wielkich nadziei w życiowym partnerze, obarczanie go odpowiedzialnością za własne nastroje, co stanowi pułapkę dla ich wrażliwych osobowości. Idealizacja towarzysza życiowego często kończy się rozczarowaniem, które potęguje tylko problem wewnętrznego dialogu bordera, dominujące uczucie pustki, często niezależne od wydarzeń realnego świata. Społeczna mentalność, o ile nie jest nadużyciem, uogólnienie sposobu myślenia i odnoszenia się do rzeczywistości tak zróżnicowanej populacji, dorasta. Od kiedy odkryto mechanizmy pojawiania się depresji, nauczono się wskazywać predyspozycje osobowości i czynniki zewnętrzne towarzyszące zmianom zachowania, nikt już nie ośmieli się lekceważyć ich ofiar. Wszystkie zachowania, związane z niedyspozycją ośrodkowego układu nerwowego, zaczęto wrzucać do wspólnego worka z napisem depresja. Tymczasem medycyna kliniczna nie traktuje

Charakterystyczne dla borderów jest pokładanie wielkich nadziei w życiowym partnerze, obarczanie go odpowiedzialnością za własne nastroje, co stanowi pułapkę dla ich wrażliwych osobowości. ludzkiego mózgu po macoszemu. Załamania nastroju zrzuca się często na kanwę traumatycznych wydarzeń doznanych w okresie dzieciństwa, tu istnieje przestrzeń wspólna z borderline. Geneza borderów często bywa spójna. Ich współczesne problemy są pochodną traumatycznego przeżycia z dzieciństwa, i o ile są w stanie sięgnąć do niego pamięcią, istnieje szansa na skuteczną terapię. Kuba nie wie, kiedy jego świat nakrył szklany klosz. W dzieciństwie zaczytywał się w Sylwii Plath, hodował kaczki i marzył o tym, żeby prowadzić autobus. Czasem opowiadał o tym matce, w odpowiedzi słysząc tylko suche nie garb się. Szybko więc przestał słuchać. Może więc byli to rodzice, którzy nigdy nie wiedzieli, do której właściwe klasy chodzi. Po części wychowanie. Takie polskie. Żadna patologia, ale nadal trudno to nazwać rodziną. Lekarze są zgodni co do jednego. Przyczyn zaburzeń osobowości należy szukać w okresie dzieciństwa, w szczególności w dużej ilości doświadczeń niezgodnych z oczekiwaniami dziecka, brakiem stabilizacji, poczucia bezpieczeństwa.

*02

29

Shopping &Fucking Przeciętni ludzie nie rozumieją tych, którzy rzeczywistość postrzegają inaczej. Społeczeństwo stało się samonapędzającą się maszyną, w której nie ma czasu na usterki, wszystko to spięte szeroką klamrą pod nazwą postęp cywilizacyjny. Wiele miejsca poświęca się znamionom chorób psychicznych, mało kto wskazuje na ich przyczyny, które paradoksalnie, tkwią po ,,zdrowej” stronie. Społeczeństwo oczami bordera pozbawione jest uczuć, mimo że ludzie z wyższym pierwiastkiem wrażliwości widzą szerzej. Nadal funkcjonuje mit społeczeństwa otwartego, a słowo integracja odmieniana jest przez wszystkie przypadki. Tymczasem w dziedzinie empatii osiągnęliśmy poziom Wieków Średnich. Wyprowadzamy się do domów pod miastem, kupujemy gigantyczne plazmy, rozpalamy grilla. Na trzymetrowej plazmie, w kanale informacyjnym zabijają na żywo Bin Ladena. Popocorn się kończy. Ameryka mówi, że wygraliśmy walkę z terroryzmem. Wrzuć na facebooka fotkę z Pakistanu. Potem wegetujemy.

Diagnoza Nie istnieje test, który jednoznacznie wskazywałby na obecność syndromu borderline. Dlatego psychologowie często traktują go jako wyjście awaryjne, dla wszystkich, nie zdiagnozowanych dolegliwości o podłożu psychicznym. Borderom wręcza się receptę z farmaceutykami, ale brak w niej przepisu na życie. Tymczasem społeczeństwo potrafi być dla bordera trudnym środowiskiem. Niemożność poradzenia sobie z własnymi uczuciami, chroniczne uczucie pustki, problemy w miejscu pracy, niezrozumienie wśród najbliższych to codzienność. W rezultacie wielu cierpiących na pograniczne zaburzenie osobowości, którzy nie zasięgają pomocy specjalisty, targa się na własne życie. A przecież diagnoza lekarska brzmi: jestem wrażliwszy niż przeciętny człowiek, czy to już prognozuje śmierć? Badania wskazują, że około 27 procent dorosłych obywateli Europy doświadcza, w ciągu roku, przynajmniej jednej dolegliwości związanej ze zdrowiem psychicznym. Mogłoby się zdawać, że społeczeństwo oswoiło już depresję, jako pochodną stylu życia, który przyjęła większość cywilizowanego świata. Duża część dolegliwości towarzyszy chorym przez całe życie, ale nie musi przy tym powodować trwałego wyłączenia. Paradoksalnie, największe problemy rodzi to po stronie tych, którym nie przyszło się borykać z chorobą osobiście. Ludzie dotknięci chorobami psychicznymi stanowią swoiste lustro, w którym dokładnie widać odbicie społeczeństwa. Nie tego, które podbija kosmos i tworzy nowe technologie. Zamkniętego, przestraszonego, zabobonnego. Tego, które boi się podać ręki schizofrenikowi, z obawy przed zakażeniem.

PL


30

Lodz Up

06/2011

presso raz! tekst:

Piotr Stanisławski Borys Kosmynka

zdjęcia:

Tańczące kozy Historia kawy w Europie sięga XVI wieku. Nie od razu stała się gorącym, aromatycznym napojem. Z początku gotowano ją z masłem i solą. Pierwszą kawiarnie otwarto w Oksfordzie w Anglii, dwa lata później w Londynie. Do Polski dotarła dopiero w XVII wieku. Z odkryciem jej niezwykłych właściwości wiąże się legenda o etiopskim pasterzu Kaldim. Pasąc swoje kozy zauważył, że skaczą jak szalone. Spróbował więc liści i jagód, które przed chwilą jadły i doświadczył uczucia euforii, przypominającego mu stan upojenia winem.

Miliony aromatów Istnieją dwa główne gatunki krzewu kawowego: arabika i robusta. I to od tego w jakim stosunku są zmieszane, zależy smak i aromat napoju. Powszechnie uważa się, że najlepszy aromat osiąga się ze 100% arabiki, ale to nieprawda. Smak kawy zależy od sposobu jej zbioru, suszenia oraz co najważniejsze – palenia. Im mocniej wypalona kawa, tym mocniejsza się staje. W zielonej kawie ukrytych jest 250 aromatów. Proces palenia pozwala wydobyć ich znacznie więcej, bo ponad 700. Każdy barista posiada własną, unikalną mieszankę, która według niego najlepiej eksponuje wszystkie aromaty.

„No crema, no serve” Ludzie kochają kawę za jej szczególne właściości pobudzające. Dla większości to sposób na senność, zwiększenie koncentracji, często także ból głowy czy problemy żołądkowe. Dla innych kawa to pewien rodzaj dzieła sztuki, które pobudza ich kubki smakowe.

Jedno ekspresso proszę! To zdanie, które baristę może doprowadzić do pasji. W kraju, gdzie kultura picia kawy dopiero się kształci, ludzie nie doceniają wartości dobrze zaparzonej i podanej kawy, nawet nie potrafią nazwać espresso. Dla większości słowo kawa oznacza dwie łyżeczki brązowego proszku wsypanego o poranku do kubka, zalanego wrzątkiem. Często z dodatkiem cukru i mleka. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że na całym świecie pije się 400 miliardów filiżanek kawy.

W Polsce najczęściej wybierany rodzaj kawy to latte i cappuccino. Obie sporządzane na bazie espresso, pierwsza z dodatkiem spienionego mleka, druga z mleczną pianką na wierzchu. Samo espresso w Polsce cieszy się bardzo małą popularnością. Wiele ludzi, zamawiając espresso, nie spodziewa się malutkiego, parującego naparu kawowego z delikatną pianką na wierzchu. Część nie wie nawet, jak poprawnie wymówić tę nazwę. A to właśnie espresso jest sercem sztuki baristycznej i to w nim tkwi sekret smaku każdej kawy. Espresso parzone jest wedle ściśle określonych reguł, wyłącznie w ekspresie ciśnieniowym. Podawane zawsze z wodą do popicia. Receptura na idealne espresso

to 7-8,5 g. mieszanki, ciśnienie 9 barów, temperatura parzenia: 88ºC-92ºC, czas parzenia 25 sekund i 25 ml wody. Parametry mogą ulec zmianie w zależności od typu mieszanki. Dobrze zaparzone espresso ma na wierzchu tzw. cremę, jest to gęsta i elastyczna pianka, której zadaniem jest utrzymanie cennego aromatu. Słowa „No crema, no serve”, to motto każdego baristy. Nie wszyscy mogą jednak pozwolić sobie na ekspres ciśnieniowy. Nie oznacza to, że jesteśmy wtedy skazani na kawę sypaną do kubka i zalewaną wrzątkiem. Moka i french press to urządzenia, które pozwolą na zaparzenie dobrej kawy w domu. Moka, znana także jako kafetierka czy kawiarka, to mały czajniczek do kawy, który podgrzewamy na wolnym ogniu. Woda pod ciśnieniem ma kontakt z mieszanką kawy tylko przez chwilę, przez co otrzymujemy napar podobny do espresso. French press to dzbanek z filtrem, pozwalający oddzielić wolno pływające fusy od kawy.

Kawa bez ciśnień Kawiarnia „MS Cafe” jest organizatorem cyklicznych imprez kawowych. Ostatnie tego typu spotkanie odbyło się 16 i 17 kwietnia pod hasłem „Kawa bez ciśnień”. Bariści Michał Siwak, Radosław Darnowski i Iwo Łukasik prezentowali uczestnikom warsztatów nie tylko tradycyjne sposoby parzenia kawy z ekspresu ciśnieniowego, lecz także sposoby alternatywne. „Kiedyś uważało się, że espresso jest pewnym wyznacznikiem jakości kawy, jednakże obecnie odchodzi się od tradycyjnych sposobów parzenia kawy” – mówi Michał Siwak. „Smak kawy zależy od mieszanki. W dobrej kawiarni barista jest w stanie określić jej skład i nuty smakowe, które się z niej wydobywają w trakcie zaparzania.” Uczestnicy warsztatów mieli okazję samodzielnego przyrządzenia kawy, a także spróbowania się w sztuce malowania spienionym mlekiem. Odbyły się także zawody cup tastingu.

Barista, zawód czy pasja „Zostać baristą nie jest ciężko. To raczej kwestia świadomości. Do parzenia dobrej kawy, w podstawowym stopniu, wystarczy przejść najprostszy kurs i znać pewne parametry espresso. Dopiero później ta wiedza bardzo się rozwija. To kwestia samozaparcia i poszukiwania nowych dróg w świecie kawy.” – odpowiada barista


Life Profusion

31

*02

n

Life

sio u f o Pr

fot. Borys Kosmynka, 2011

Michał Siwak zapytany o swoją profesję. Według niego, zawód ten nie jest zbyt skomplikowany, choć dobrzy bariści są niezwykle cenieni na rynku pracy i są świetną reklamą dla kawiarni. Szczególnie jeśli ktoś oczekuje czegoś więcej od kawy podawanej w coffee shopach, gdzie stosunek mleka do kawy jest znacznie wyższy, niż w kawach przyrządzanych na styl włoski. „Ludzie nie lubią wyrazistych smaków. Wolą czuć podstawowy aromat kawy, bez ekstremalnych smaków działających na nasze zmysły.” Do tworzenia wzorków na kawie, nie potrzeba specjalnych zdolności plastycznych. To kwestia ćwiczeń i wiedzy na temat spieniania mleka. Jeśli kogoś to nie interesuje, znajdzie w baristyce coś dla siebie, bo profesja ta dzieli się na inne specjalizacje, jak na przykład szukanie walorów smakowych i porównywanie smaków espresso. „Bariści to osoby, które nie palą papierosów, bo to zabija kubki smakowe. Są osobami, które cały czas poszukują. I osobami, które łączą cechy barmana, ale bardziej skupiają się na wątku kawowym. Potrafią powiedzieć

coś o kawie, którą podają. To muszą być ludzie zafascynowani kawą, którzy mogą o niej rozmawiać godzinami.” – podsumowuje barista Michał Siwak w rozmowie podczas warsztatów organizowanych w MS Cafe.

Codzienne rytuały

Za bastion kawy uważa się Włochy, ale to w Finlandii i krajach skandynawskich jej spożycie jest największe i przekracza 12 kg na osobę. W Polsce szacuje się, że jest to około 3 kg.

Dla wielu ludzi picie kawy to pewnego rodzaju rytuał. Często jest to chwila odpoczynku, czasem refleksji, zawsze przyjemności. Palacze zawsze do kawy, jeśli tylko mogą, zapalają papierosa. Zawsze w ulubionym kubku, bo taka smakuje najlepiej. Często z jakąś słodkością – ciastem albo czekoladą. Kawa ma swoje pory. Może to być poranek tuż po przebudzeniu, czasem wieczór z książką. Niektórym wystarczy tylko intensywny zapach kawy – nie muszą jej pić.

Polscy studenci, to grupa, która powoli zmienia kulturę picia kawy. Dla wielu z nich, kawa to nie tylko poranny obowiązek. Statystyczny student wypija dziennie dwie kawy, choć zdarzają się tacy, którzy deklarują, że nie piją jej wcale – nawet w trakcie sesji. Zmienia się także stosunek do espresso. Kiedyś uważane za napój dla hardcorowców, obecnie coraz częściej jest przez nas zamawiane. Inne najczęściej kupowane kawy to oczywiście latte, macchiatto, mocca i różne wariacje mrożonych.

„Jedyny sposób na zabicie stresu, to dwie łyżeczki rozpuszczalnej albo z ekspresu” W dowolnej postaci, czy to espresso, czy rozpuszczalna, kawa staje się powoli z pobudzającego naparu, sposobem życia. Towarzyszy nam na każdym kroku i kusi niezliczoną ilością aromatów. Pita codziennie, staje się przyzwyczajeniem, bez którego nie rozpoczniemy dnia. Z tego wniosek, że przy porannym kawoparzeniu, możemy zanucić słowa piosenki Łony: „Mam jeden niewinny nawyk, codziennie pije niezliczone ilości kawy”.

Kawa, a studenci


32

Lodz Up

06/2011

Filmy z bieg aniem w tle tekst:

Olga Szymkowiak

Nie jest to kino drogi, bo nie o podróż tak naprawdę w nim chodzi. Nie znajdziemy tam też przemierzania bezkresu za kierownicą rozklekotanego cadillaca. A jednak są to filmy dynamiczne; takie, w których nie ma miejsca na postój i odpoczynek. Jakie? Filmy z bieganiem w tle.

“Samotność długodystansowca” (The Loneliness of the Long Distance Runner), reż. Tony Richardson, 1962 Wywodzący się z nurtu kina brytyjskiego, określanego jako „Kitchen Sink Cinema”, film „Samotność długodystansowca” bieganie traktuje, przede wszystkim, jako formę ucieczki. Już w pierwszej scenie bohater

mówi, że bieg istniał w jego życiu od zawsze, głównie poprzez przymus ukrywania się przed policją. Nie o takim rodzaju ucieczki traktuje jednak dzieło Richardsona. „Samotność długodystansowca” to opowieść o szukaniu własnej drogi, na której mogą pojawić się próby ucieczki przed samym sobą. A wszystko to opatrzone obrazami Wielkiej Brytanii, w której rodzi się konsumpcjonizm i usiłowanie odejścia od patriarchatu… Obowiązkowo!

„Forrest Gump” reż. Robert Zemeckis, 1994 Podobnie jak bohater filmu Richardsona, Forrest też ucieka. Głównie jako dziecko przed kolegami, którzy się nad nim znęcają. Scena, w której Forrest wyrywa się rów-

W biegu Pędzimy, biegniemy, spieszymy się do szkół, biur, tramwajów, w biegu przyswajając informacje, odżywcze substancje i myśli, przeglądając nagłówki gazet i – nieomal wyrwane z rozpędu – pojedyncze strony książek. Czy przekaz, którejkolwiek z nich, będzie w stanie za nami nadążyć?

Wielki Marsz W 1979 roku ukazała się książka, której przez kolejne dwadzieścia lat próżno było szukać w naszych księgarniach. Jej autor, Richard Bachman, czyli znany nam dziś doskonale Stephen King, przedstawił obraz groteskowej rywalizacji: grupa uczestników rozpoczynała wielki marsz, u końca którego zwycięzca otrzymywał dowolną rzecz, której zażyczyłby sobie w nagrodę. Marsz musiał przebiegać z prędkością nie mniejszą niż pięć kilometrów na godzinę, bez żadnych postojów. Złamanie tej reguły oznaczało śmierć z rąk towarzyszących pochodowi żołnierzy, zaś ostatni z żywych uczestników stawał się zwycięzcą.

„Wielki marsz”, gdyż taki tytuł nosi owa powieść, ukazuje nam społeczeństwo zachłyśnięte konwencją oglądanych na żywo spektakli, z zafascynowaniem śledzące każdy krok zawodników, załatwianie przez nich potrzeb fizjologicznych, ostatecznie zaś, ich śmierć, będącą prawdziwym sensem tego show, jedynym, który może ich jeszcze poruszyć. Dużo okrucieństwa, psychologii, surrealizmu. Ciężki egzystencjalizm? Niezupełnie, choć przekaz niewątpliwie trudny i wymagający. Na ile ta krytyka pogoni za sensacją przekłada się na dzisiejsze czasy...?

Metro 2033 Świat skończył się w atomowym armagedonie, niedobitki ludzkości schroniły się w wielkim bunkrze moskiewskiego metra. Ludzie, odwykli od światła, nawykli do strachu i instynktownego egoizmu, walczą o przeżycie w podziemiach, zabijani przez promieniowanie, choroby, cywilizacyjny regres, powstałe z szaleństwa i desperacji idee, czające się na powierzchni mutan-

nieśnikom i biegnie jak najszybciej tylko potrafi, przeszła do historii kina, bowiem chłopcu odpadają wtedy metalowe szyny ortopedyczne, których od tej pory nie będzie potrzebował. Właściwie cała historia Forresta tak wygląda – jest nierealistyczna, bajkowa i przez to nieco kiczowata. Pomimo to, warto obejrzeć tę obsypaną Oscarami produkcję. Jej naiwność nie jest denerwująca, lecz raczej urocza.

„Biegnij Lola, biegnij” (Lola rennt), reż. Tom Tykwer, 1998 Dlaczego Lola biegnie? Bo chce uratować swojego chłopaka. 20 minut? pełne dynamiki, ryzyka, niezwykle szybkiego tempa, wgniata widza w fotel. Nie tylko za pierwszym razem…

„Bieg” reż. Tomasz Bagiński, 2009 „Bieg” to wyjątkowy film w tym zestawieniu, bowiem wyreżyserował go Polak. Co więcej, jest to animacja zrobiona w technice 3D, powstała w niespełna 4 miesiące! Jej bohater przypomina postać z gry komputerowej – pokonuje kolejne etapy swojego życia, aby dotrzeć na sam koniec i stoczyć pojedynek ze śmiercią, a to wszystko w rytm niezwykle energetycznej piosenki zespołu The Hives – „Hate To Say I Told You So”.

tekst:

Wiktor Werner

ty oraz siebie nawzajem. Gdy mieszkańcy metra stają w obliczu kolejnego, tajemniczego zagrożenia, w poszukiwaniu rozwiązania zostaje wysłana osoba, mogłoby się zdawać, najmniej do tego odpowiednia – młody chłopak imieniem Artem. Spiesząc przez kolejne stacje, każda o innym ustroju, społeczności, koszmarach – tych ludzkich, jak i nadprzyrodzonych – odkrywa przed nami ludzi, których jedynym sensem życia jest przetrwanie, nieważne za jaką cenę. „Metro 2033” Dymitrija Glukhovsky’ego to opowieść mroczna, dynamiczna, świetnie łącząca horror z fantastyką, skłaniającą do refleksji jak wiele dzieli nas od postapokaliptycznego wyścigu o przetrwanie, rozpoczętego przez nasz wrodzony popęd śmierci. Biegnę, wsiadam, czytam. Przekładam książkę z kolana na kolano. Spoglądam na numer strony, potem na zegarek – zdążę, przynajmniej kilka stron. To norma na dziś, potem nie będzie już czasu. Pytanie tylko, co tak naprawdę mi ucieka...?


Life Profusion

33

*02

komiks:

Klaus Wittman


34

Lodz Up

Łucja Młynarczyk Aleksandra Niepsuj

tekst: ilustracje:

Królowa ludzkich serc Piękna, krucha blondynka o ujmującym uśmiechu. Szlachetnie urodzona przedszkolanka, mając dwadzieścia lat, bierze bajkowy ślub z księciem, nieświadomie wkraczając do świata rodziny królewskiej. Lady Di, Diana Spencer, księżna Walii, zginęła razem ze swoim kochankiem w wypadku samochodowym, spowodowanym przez paparazzich. Ikona stylu, bohaterka skandali i ulubienica największych brukowców na Wyspach i na świecie. Wyszła za mąż z miłości, choć Karol nawet noc przed ślubem spędził z Kamillą Parker-Bowles. Zawsze samotna, szukała oparcia w mężczyznach, z którymi romanse opisywały tabloidy i wśród „przyjaciół”, którzy po jej śmierci zbili majątki na sprzedawaniu jej sekretów (od kamerdynera na osobistej terapeutce kończąc). Początki były bardzo trudne. Krytykowano jej sposób ubierania, teściowa nie kryła swojej niechęci, mąż z roku na rok, coraz bardziej się od niej odsuwał. Nie potrafiła

06/2011

God Save the Queens! Gwiazda – to określenie często nadużywane. Beztalencia aspirują do tego tytułu, tocząc bezpardonową walkę na słowa, biusty i skandale. Są jednak osobowości, które tego nie potrzebują. Postaci, których twarze znają ludzie na całym świecie. Z okładek gazet, z wielkiego i tego trochę mniejszego ekranu. O swojej sławie decydują same. wejść w rolę pięknej lalki, jaka przypadała żonie następcy tronu. Im bardziej angażowała się w różne inicjatywy, im bardziej usamodzielniała, tym szersza stawała się przepaść między nią a rodziną królewską. Elżbieta zmusiła ją nawet ponoć do potwierdzenia badaniami genetycznymi ojcostwa Karola w przypadku młodszego z ich synów, Harry’ego. Paradoksalnie, to Diana, jej charyzma, oddanie dla dobra sprawy i niezwy-

kły dar zjednywania sobie ludzi ociepliły wizerunek królowej i całej monarchii, co pozwoliło władczyni bez szwanku przejść przez kryzys lat 80- tych. Ludzie na całym świecie uwielbiali ją za wdzięk, oddanie dzieciom, pracę na rzecz chorych i ubogich, współczuli po rozwodzie. Dopiero po śmierci wychodziły na jaw informacje o jej wieloletniej walce z anoreksją i bulimią, załamaniach nerwowych, trudnej


Life Profusion sytuacji w jakiej stawiała ją Elżbieta, od początku zdegustowana jej, zbyt swobodnym, jak na dworskie standardy zachowaniem. Całą sobą wzbudzała zainteresowanie, omawiano każdą nową kreację, wypad na narty z dziećmi, każde zdjęcie, na którym obejmował ją mężczyzna. Tych ostatnich nigdy nie brakowało. Przyciągała spojrzenia, wzbudzała chęć opieki – głośno było o jej domniemanych związkach z królem Juanem Carlosem, Giscardem D’Estaingiem, Johnem F. Kennedy’m Juniorem, za mentora uważano między innymi Henry’ego Kissingera. Jej śmierć wstrząsnęła światem. Do rangi publicznej debaty podniesiono skandaliczne zachowanie papparazzich, ryzykujących czyjeś życie dla zrobienia jednego zdjęcia, dla wywołania nowego skandalu. Do historii, tak jak ślub, przeszedł pogrzeb Diany Spencer – ostatni wspaniały, i chyba jedyny taki gest, na jaki zdobyła się wobec niej Elżbieta.

Thoroughly American royalty Tak, znany nie tylko ze swej prezydentury, Bill Clinton nazwał Elizabeth Taylor podczas jej wizyty w Białym Domu. Prawdziwa gwiazda. Diva Hollywood, bohaterka niezliczonych skandali i notek prasowych, pięciokrotna rozwódka, dwukrotna laureatka Oskara. Mieszano ją z błotem, grzmiał nad nią sam papież, przyjmowali prezydenci, a Elżbieta II nadała tytuł szlachecki. Od dwóch lat właściwie nie pojawiała się w mediach, za to barwnie opisując swoje życie na Twisterze. Od paru tygodni przestała pisać. Zmarła 23 marca dobiegając osiemdziesiątki. Myśląc o złotych latach Fabryki Snów, pierwszych celebrytach – trudno jej nie wspomnieć. Od dziecka była szykowana przez matkę do roli gwiazdy – balet, castingi, występy trzylatki na rautach dla znajomych. Najpierw stała się dziecięcą primadonną kina, później wydano 17-letnią Liz za potomka klanu Hiltonów, Nicka. Nieważne, że nigdy nie chodziła do normalnej szkoły, a pierwszy mąż, wiecznie pijany ją katował. Dobra prasa, przebicie się do pierwszej aktorskiej ligi – cel uświęca środki, czyż nie? Burzliwe romanse i rozwody, jej słynne kaprysy na planach zdjęciowych, liczne choroby i operacje (w sumie ponad 70, nie wyłączając guza mózgu, raka, tracheotomii i trzech operacji stawu biodrowego) – jej życie ciężko byłoby zmieścić na kartach jednej książki. Nie można zapomnieć o jej największej miłości, za którą została niemal wyklęta – Richardzie Burtonie. On kupował jej jachty i diamenty wielkości jajka, ona porzuciła męża i dwoje dzieci. Zagrali razem w jedenastu filmach, bili się, kłócili, pobierali i rozwodzili dwa razy, ich romans potępił Jan XXIII, cała Europa i amerykańska society. Nie mogli ze sobą, nie mogli bez siebie. W życiu Taylor wszystko było jak w największej kinowej produkcji. Kochankowie przystojni i bogaci, miłość gwałtowna i bolesna, przyjaciele najsławniejsi (jak Michael Jackson), blichtr, diamenty i rozmach. Ale także narkotyki, alkohol, próby samobójcze (cztery), paparazzi zwieszający się z każdej latarni wokół jej domu. Trzeba przyznać, że umiała sobie z nimi radzić – zawsze nieskazitelna, perfekcyjnie piękna, z gotowym na każdą okazję bon motem. „Sukces jest jak dezodorant. Zaciera wszystkie poprzednie nieprzyjemne zapachy.”, „Nie sztuka pokochać, znacznie trudniej wytrwać.” Potrafiła genialnie wykorzystać media na swój użytek, także dla dobra innych. Zaangażowana w walkę z AIDS (wielu jej przyjaciół zmarło z powodu HIV), założyła własną fundację, otwarcie krytykowała polityków, namawiała do testów na obecność wirusa, zebrała na samą walkę z prawdziwą epidemią ponad 270 milionów dolarów. Pod koniec życia przestała uczestniczyć w życiu publicznym, z uwagi na coraz gorszy stan zdrowia, relacjonując dni spędzane na sadzeniu pomidorów i zabawach z wnukami na Twisterze. O sensację zadbała również po śmierci. Spóźniła się na własny pogrzeb. Zgodnie z wolą zapisaną w testamencie. Nie zostało wiele takich gwiazd.

*02 Ponoć już w szkole wykazywała nieprzeciętne uzdolnienia artystyczne. W Detroit ciężko było rozwinąć skrzydła, więc dwudziestoletnia panna Ciccone wyruszyła podbijać świat tam gdzie wszyscyw Nowym Jorku. Udało jej się zawojować amerykańskie dyskoteki prostymi, rytmicznymi piosenkami, wzbogaconymi o dźwięki syntezatora i od tamtej pory jest wciąż na szczycie, wyznaczając trendy w muzyce, teledyskach, modzie. Jaka jest jej recepta na sukces? Skandal, medialny szum, zawsze czymś nas zaskakuje. Wije się w welonie, wisi na krzyżu, rzuca po parkiecie, w garsonce czyta dziewczynkom swoją książkę o różyczkach. Jak kameleon, nieustannie zmienia wizerunek – wie jak przyciągnąć uwagę tłumu. Próbowała przebić się również w kinie, z jednym właściwie sukcesem, wspaniałą rolą tytułową w „Evicie”– pozostałe jej dokonania nie należą do wybitnych, choć warto wspomnieć o np. „Brooklyn Boogie”– jej śpiewający telegram zwala z nóg. Oczywiście romansuje. Głośne było jej małżeństwo z Seanem Pennem, z Guy’em Ritchiem, ostatni związek ze sporo młodszym modelem. Z pierwszym mężem byli jedną z głośniejszych i najbardziej obleganych par Hollywood – pierwszy Bad Boy kina i skandalista razem. Z Ritchiem spędziła prawie 9 lat, jednak ten związek również się rozpadł. Jak widać, Madonna jest zbytnią indywidualistką. Ma dwoje własnych dzieci i 50 lat za sobą, a figury i kondycji mogłaby jej pozazdrościć niejedna nastolatka. Może dlatego, że Madonna od lat poddaje się katorżniczym treningom, ćwiczy jogę, zdrowo odżywia, dba o rozwój duchowy. Skalpel też pewnie zrobił swoje, ale tym żadna gwiazda zbytnio się nie chwali. Od piętnastu lat należy do Międzynarodowego Centrum Kabały – wiernie hołduje jej zasadom (ponoć), składa hojne datki na wszelkie inicjatywy, sama angażuje się w działalność charytatywną. Głośno było ostatnio o defraudacji, jakiej dopuścili się właściciele Centrum, przywłaszczyli prawie 4 miliony dolarów, które gwiazda wpłaciła na budowę szkoły dla dzieci w Malawi. O końcu sprawy jeszcze nic nie wiadomo, ale Madonna na pewno źle na tym nie wyjdzie. Cokolwiek by mówić o jej talencie i poziomie dokonań, od lat nikt poważnie nie zagroził jej pozycji na rynku muzycznym. Miliony sprzedanych płyt, setki nagród, rzesze fanów, nieudolnie kopiujące ją, aspirujące gwiazdki. Wie jak się sprzedać, nie brak jej siły, ambicji i talentu. Ewenementem i ikoną popkultury jest i będzie.

Matka Boska Kabalistka

***

Nie ma takiej drugiej. Wątpię w istnienie państwa, w którym o niej nie słyszeli, skoro nawet prostytutki w tajskim więzieniu znają „Like a virgin”. Królowa popu, kiczu i skandalu. Madonna, bo o niej mowa, urodziła się w rodzinie włoskich imigrantów w stanie Michigan w 1958 roku (tak, dokładnie), po śmierci matki wychowywał ją dość surowy ojciec.

Oto prawdziwe gwiazdy. Świadomie kreujące swój wizerunek, pewne siebie kobiety, które mimo przeciwności losu, załamań, upadków, nie dały się ze szczytu strącić. Talent i osobowość to najcenniejsze co mogą zaoferować, oprócz siebie, światu.

35

LP


36

Lodz Up

06/2011

Rafał Ramatowski/ Elite Productions stylizacja: Julia Kosmynka pozowała: Karolina

zdjęcia:


Contents

*02

37


40

Lodz Up

06/2011

MALEŃCZUK

CZYLI WYRAŻAĆ SWOJE ZDANIE wywiad:

Borys Kosmynka


Dogadane

Kiedy miałem 14 lat wpadła mi w ręce płyta Pudelsów „Wolność Słowa“. Mimo, że mało kto wtedy wiedział o co chodzi w Tango Libido, to wraz z kumplami chcieliśmy je śpiewać. Miałem okazję usiąść do rozmowy z Maciejem Maleńczukiem, człowiekiem, który sprawił, że byłem 14 letnim hipsterem. Borys Kosmynka: W wywiadzie Piotra Stelmacha przeprowadzonym z Tobą przy okazji Męskiego Grania pojawił się temat utworu Johnny Casha. Czy udało się zrealizować plan nagrania Ring of Fire? Maciej Maleńczuk: W skrócie powiem, że planujemy nagrać całą płytę w tym stylu. W tej chwili skończyłem pracę nad przekładami Wysockiego, który był z drugiej strony globu. Na jesień wejdziemy do studia i nagramy album z Johnny Cashem, którą planowaliśmy od dawna. Ten Wysocki wskoczył nam trochę znienacka. BK: Tematem tego numeru magazynu jest ekshibicjonizm. Czym dla Ciebie jest obnażanie się? MM: Fizyczne? BK: Nie, nie. Psychiczne, artystyczne, medialne... MM: Czy ja to robię? Chyba nie. Myślę, że obnażanie się to jest wpuszczanie kamer do domu, obnażanie się to jest Michał Wiśniewski, który sprzedaje urodziny każdego ze swoich dzieci do gazet. To jest obnażanie się, wpuszczanie prasy i mediów w prywatne życie. To co on robi to jest bardzo dobry przykład, ale on to chyba lubi. Ja trochę mniej. BK: A obnażanie się emocjonalne, na scenie? MM: No wiesz, od tego są aluzje, żeby się nigdy do końca nie rozebrać. BK: Jak, gdzie i kiedy powstają poezja, teksty i muzyka Pana Maleńczuka? MM: Odpowiem na to dwa razy, raz cytatem z Kazika: Jak mnie ktoś jeszcze raz spyta to pierdolnę z pięści i poprawię z kopyta! A po drugie to wiesz: Daj mi ścierwo a rozszarpię je na strzępy. BK: Czy prawdziwy rock&roll, punkrock wymaga buntu i tego, żeby mieć się przeciw czemu buntować? MM: To znaczy, ja już bym sobie darował, bo ostatnio miał to samo do mnie pan Najsztub. Czy ja się przeciwko czemuś buntuję, czy nie? Ja wyrażam swoje zdanie. Jeśli już mamy do tego wrócić – z pewnością buntuję się przeciwko hipokryzji, przeciwko łgarstwu, nadmiernemu obnażaniu się, sprzedawaniu swoich dzieci do prasy. I z pewnością buntuję się przeciwko wysyłaniu ludzi na wojnę. Bo tak chętnie to robiliśmy w przypadku Iraku czy Afganistanu, gdzie w sumie nic się takiego nie działo, oprócz tego, że Saddam trochę poszczekiwał. A jak teraz trzeba pomóc Libijczykom

to nie ma nikogo! I tak naprawdę wiesz, wszystkie siły tam właśnie powinny pojechać, ale nikt tego nie zrobi, bo to właśnie Kadafi nauczył Berlusconniego bunga-bunga. Cały ten flirt Kadafiego z Europą, to że w pewnym momencie potrząsnął sakwą i wypłacił kasę ofiarom Lockerbie powoduje, że cała Europa wstrzymuje oddech i nie zamierza pomóc powstańcom, a on nas może wykończyć. Przeciw czemuś takiemu z pewnością się buntuję! BK: Ludzie zapytani z czym kojarzy im się Maciej Maleńczuk odpowiadają: bunt, melancholia. MM: Czyli romantyk? Trochę już antyk, ale wciąż romantyk.

Moje źródło tej drogi to jest blues. Coś w rodzaju Life is a bitch, unless you die. BK: No właśnie, co więc myślisz o sobie jako o artyście odbieranym przez ludzi? MM: Generalnie jestem romantykiem, a to polega na tym, że czasem wyjmujemy szpady i walczymy o swój honor, więc czasami leje się krew. BK: Czy bycie artystą to w takim razie obrona czy kontratak? MM: Moim zdaniem, najlepszą obroną jest atak. Ale bycie artystą to do pewnego momentu hmmm. Najważniejszy jest moment kiedy dochodzisz do tego. W momencie kiedy już jesteś, już to masz, tak jak ja teraz, bo ja już to mam, to właściwie nie jest już walka. Raczej jest to obserwacja terenu i pewnych z góry ustalonych pozycji. Natomiast wcześniej była to walka, trzeba było do czegoś dojść i w moim przypadku, była to wielka wojna z całym światem, łącznie z Ludowym Wojskiem Polskim. Potrafiłem się przeciwstawić całej takiej instytucji i dziwi mnie, że tak mało ludzi zauważa, że obecnie w Polsce nie istnieje pobór do wojska. Od jakichś dwóch lat nie istnieje pobór. BK: Doświadczyłem tego już na własnej skórze. MM: Ja również doświadczyłem tego na własnej skórze i zazdroszczę młodym ludziom teraz. Mogą sobie spokojnie jeździć

*02

41

cadillaciem i podrywać panienki. Dlaczego więc jadą do Iraku? BK: Jakie było więc miejsce kobiet w życiu Maleńczuka w latach młodzieńczych i teraz. MM: Wiesz, niezwykle poczesne, chociaż obecnie feministą już nie jestem. Zmieniłem zdanie, ale to nie jest moja wina tylko dziewcząt czy raczej kobiet. Zawsze było to jednak dla mnie niezwykle ważne. Przez to właśnie, że ważne, to miałem wiele problemów. Niestety, kobiety nawzajem się nie tolerują. Nie jesteśmy w Arabi Saudyjskiej, nie jestem mormonem, bo mógłbym mieć tych kobiet więcej naraz i w ogóle w domu, gdyby były w stanie się nawzajem porozumieć. Ale ok, udajemy monogamistę. BK: Rock to dla kolejnych pokoleń naturalna forma ekspresji światopoglądu. MM: Rock? Rock&roll? To takie ciężkie gitarowe granie? Ja myślę, że to już jest lamus. BK: Nie zgadzam się – myślę, że on ewoluuje wraz z poglądami i ideami subkultur. MM: Niech Ci będzie. BK: Jakie są Twoje źródła tej drogi? MM: Moje źródło tej drogi to jest blues. Generalnie akustyczna gitara i opowieść o życiu. Coś w rodzaju Life is a bitch, unless you die. BK: A co widzisz patrząc na współczesne, młode pokolenie, które odbierane jest jako bezideowe? MM: Wiesz, wielu młodych ludzi ideologie sprowadziły na manowce. Spójrzmy chociaż na sytuacje typu Badermeinhoff, czy Czerwone Brygady i w ogóle młodych ludzi o właściwie, powiedzmy, hipisowskim rodowodzie, którzy doprowadzili do tego, że powstały takie organizacje. Jest teraz np. GreenPeace. Idee robią krzywdę młodym ludziom, a oni faktycznie są podatni na idee. Moja idea w tej chwili dla młodego człowieka, jeśli sam bym nim był, albo jeśli któryś z nich by mi zadał takie pytanie, to zająłbym się podrywaniem panienek i normalną balangą. Oprócz tego, czytałbym książki, może pisał wiersze, ale z pewnością, nie angażowałbym się w nic poważnego, ideologicznego. Bo ideologie mają krótkie nogi. Jeżeli z czegoś takiego jak pacyfizm mogło się zrodzić coś takiego jak Rote Armie, to chyba coś tu jest nie tak! BK: Od zawsze byłeś rockmanem. W jakiej innej roli mógłbyś się spełnić, czy kiedykolwiek próbowałeś? MM: Wiem na pewno, że mógłbym się spełnić w roli kelnera, ale nigdy jeszcze nie próbowałem. BK: Czy trafiłeś na swoją ulubioną gitarę w życiu? MM: Wiem na pewno, że jeśli chodzi o akustyczne gitary to nie ma lepszych niż te firmy Guild. Ale jeśli chodzi o elektryki to jestem absolutnym fanem Gibsona. Może to być nawet tradycyjny, standardowy model ze sklepu. Każdy Gibson jest good enough. Oczywiście, jeśli jest made in USA.

D


42

Lodz Up

06/2011

G sz

Ciężka skóra a może futro w panterkę? Convers’y czy nowe Najacze? Jeansy skinny czy luzackie baggy? Pokaż mi swoje ciuchy a powiem ci kim jesteś!


Fabryka J´zyka

43

*02

Gadki zmatki ka

zy ę J ka y r b Fa

pozowali:

Igloo Marta Olczak Klaus Wittman Jarzębina Ski Lula

Czy, kiedy idąc ulicą, zwracasz uwagę na buty, kurtkę, torbę lub jeansy mijanych ludzi? I nie jest to przejaw materializmu, czy pociągu do drogich gadżetów. Ubiór mówi bardzo dużo o człowieku, bez względu na to czy dany osobnik sobie tego życzy, czy też nie. Szczególnie w czasach nam współczesnych, kiedy kobiety nie muszą już walczyć, aby założyć spodnie, kiedy nie dziwią nikogo zielone włosy, tatuaże czy kolczyki na twarzy, kiedy nawet chłopak w damskich ciuchach nie budzi kontrowersji – ubiór staje się naszą drugą skórą, staje się pewną informacją o tym kim jesteś i jaki jesteś. Również ten, który chcąc się zbuntować przeciw trendom, nie przykłada uwagi do tego co nosi i wyciąga „pierwsze lepsze” szmatki z szafy, też opowiada o sobie swoim strojem. Ubiór może pokazywać zarówno twoją ignorancję, jak i zaangażowanie w świat mody, pozytywny bądź negatywny pogląd na rzeczywistość. Ale czy można powiedzieć, że moda identyfikuje i wyraża osobowość?

Julia Kosmynka Borys Kosmynka

tekst:

zdjęcia:


44

Lodz Up

06/2011

Ubiór mówi bardzo dużo o człowieku, bez względu na to czy dany osobnik sobie tego życzy, czy też nie.

Bunt i pierwsze formy niezależnego ubioru Początek „modowej rewolucji” miał miejsce w latach 60. i 70. Wtedy właśnie, młodzi ludzie zaczęli poszukiwać odrębnego stylu, który wyraziłby ich bunt, idee w jakie wierzyli i to wszystko, co różni ich od reszty świata pochłoniętego pracą, polityką i pieniędzmi. W tych właśnie latach, ubiór klasyfikował ich do danej grupy społecznej czy subkultury. Ubranie stało się formą wyrazu – zakładając wąski krawat i kapelusz, określało się siebie jako „modsa”, kolorowe, zwiewne koszule i kwieciste wzory charakteryzowały hipisów, skórzane kurtki, kabaretki, podarte t-shirty i spodnie – styl punk. O ile w latach 60./70. ten uliczny dress code był naturalny i jasny dla wszystkich, dzisiaj mamy absolutny collage stylów, subkultur i trendów. Styl punk miesza się z vintage, strój wieczorowy z casual, ubrani w kraciastą koszulę okrywamy się kwiecistą chustą. Współczesna moda staje się coraz bardziej indywidualna, a jej uczestnicy mają na nią większy wpływ. Zastosowanie kolażu w ubiorze oczywiście zeszło prosto z wybiegów, od V. Westwood czy J.P. Gaultier’a. To oni pokazali, że wszystko zależy od zestawienia. To właśnie łączenie ze sobą tkanin, krojów, różnorodnych stylów i dodatków tworzy niepowtarzalny styl i pozwala wyrazić to co jest w nas w środku – to jak czujemy, odbieramy modę. Jeżeli przyjmiemy

też, że sztuka polega na zestawianiu (farb z płótnem, kolorów w obrazie, kreski z plamą etc.) to właśnie moda i ubiór jest sztuką.

jest twoją pasją. Ubiór może krzyczeć ale i mówić spokojnie, nieco ściszonym głosem – możliwości są niezliczone.

Hipster – contemporary Ubiór jest sztuką ale czy jest także informa- subculture Moda zaangażowana

cją, formą przekazu? Cofnijmy się znowu do późnych lat 50. i 60. Ubiór mówił wtedy o poglądach, ideach – czarny sweter, w latach pięćdziesiątych był symbolem egzystencjalisty, barwne ubiory hipisów – manifestacją zmian percepcjii, a ostre i niechlujne ciuchy punków znakiem ich agresywnej ekspresji i buntu. Różne formy ubioru stały się niemal hasłami ideologii poszczególnych ugrupowań i ich orientacji poglądowej. W odniesieniu do ubioru, symbolizującego ideały i przekonania, podkreślającego twórczy stosunek do świata, możemy użyć określenia moda zaangażowana. Składa się na nią, nie tylko ubiór ale i styl bycia, rodzaj ekspresji, muzyka i sztuka. Jednak to właśnie ubiór pełni rolę powszechnego i lapidarnego znaku, informacji. To właśnie tę informację czyta się jako pierwszą. Strój i image jaki tworzysz określa cię bez słów. Jest zapisem twojej osobowości. Jak powiedział Sailor, bohater „Wild at heart” Davida Lyncha – „This jacket represents a symbol of my individuality, and my belief in personal freedom.”. Za pomocą stroju możesz wyrazić bunt, idee, przekonania, ale także nastrój, stan umysłu, status związku, to czym się zajmujesz i co

Kolejnym zjawiskiem zachodzącym w modzie współczesnej jest styl hipster. Termin ten był pierwotnie używany w latach 40., dla określenia alternatywnej grupy społecznej – słuchaczy ostrego jazzu. Obecnie zostało ono przywrócone w nieco innym znaczeniu – hipster określa ludzi z kultury independent. Muzyka indie, kino alternatywne, ubiór vintage, mieszający w sobie punk, hippie, grunge. Styl rozpowszechniony głównie w Wielkiej Brytanii, promowany przez magazyny Vice i Lula, w ostatnim czasie trafił również do nas. Hipstersi inspirują się zarówno sposobem ubioru gwiazd muzyki indie np. Foals, Vampire Weekend, ale także ikonami oldschoolu i stylu vintage jak Edith Sedgwick lub Twiggy. Modowy ekshibicjonizm a społeczeństwo Istnieje też grupa ludzi, których pozwolę sobie nazwać „modowymi ekshibicjonistami”. Są to wszyscy ci, którzy ubierają się kontrowersyjnie, z komiksowym przerysowaniem, z przesadą, wszystko po to, by zwrócić na siebie uwagę, szokować innych. W tym przypadku strój ma podkreślać ich odrębność, inność. Prawdopodobnie potrzebują czuć się zauważeni. Często odbierani jako


Fabryka J´zyka

*02

45

FJ


46

Lodz Up

06/2011

Jeżeli przyjmiemy też, że sztuka polega na zestawianiu (farb z płótnem, kolorów w obrazie, kreski z plamą etc.) to właśnie moda i ubiór jest sztuką.


Fabryka J´zyka

47

*02

Autorska koncepcja strojów i dodatków osób pozujących.

FJ

Bawmy się strojem i własnym wyglądem, żeby nie zależał on od śmiesznego Pana w Kapeluszu – eksperta mody, żebyś to Ty mógł mu powiedzieć „Ściągnij wreszcie ten kapelusz, zdejmij szaliczek, wyglądasz śmiesznie i to już jest passe”. I może za kilka lat, jak wykształci się w pełni i dorośnie współczesna generacja X, nasz kraj doczeka się młodych i kreatywnych projektantów, wyrażających siebie, łamiących trendy, których kolekcje nie składają się tylko i wyłącznie z „Cotton” i „Silk”, w kolorach „Naturals / Ecological”. Osobowość przede wszystkim. Bo czemu innemu ma służyć moda jeśli nie wyrażaniu poglądów i indywidualności.

fot. Rafał Ramatowski, 2011

dziwolągi, tak naprawdę, mają po prostu bardzo krzyczące osobowości, potrzebę manifestacji własnego ja. A społeczeństwo? Opiniotwórcze i zniewolone przez trendy, nienawidzące oryginalności, tworzy obraz idealnej kobiety, szykownej, eleganckiej, seksownej i oczywiście znającej się na trendach. Stoi ona u boku idealnego mężczyzny w typie super bohatera, będącego nowoczesnym biznesmanem. W ten sposób za kilka lat będziemy mieć atak klonów – idealne kobiety z idealnymi mężczyznami i żadnych osobowości, oryginałów. A przecież, każdy z nas jest inny, dlaczego więc mamy wyglądać tak samo? I czemu mamy być zniewoleni i ograniczani przez trendy i opinie pseudo-znawców tak zwanej mody? Modę tworzymy my wszyscy i powinna być ona maksymalnie zróżnicowana, indywidualna, tak jak nasze osobowości. Otwórzmy się na zestawienia i współczesny collage stylów, bądźmy artystami w wyrazie, każdy dla siebie, począwszy od klasycznego nerda, poprzez dzieci kwiaty, styl punk na modowych ekshibicjonistach kończąc.


nowy Teatr Nowy 48

Lodz Up

06/2011

Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi, przeszedł ewolucję, odkąd funkcję dyrektora sprawuje Zdzisław Jaskuła. Zmiany dotyczą nie tylko repertuaru, ale również organizacji i inicjatyw teatralnych. tekst:

Wszystko to ma jeden cel – zmienić nadszarpnięty wizerunek teatru. O skuteczności przeprowadzanych działań najlepiej świadczą wypełnione po brzegi miejsca na widowni.

Było, minęło Teatr Nowy ostatnio nie cieszył się najlepszą renomą. Podczas prezydentury Jerzego Kropiwnickiego mówiono o nim w kontekście skandali. W 2003 roku, w związku z obsadzeniem na stanowisku dyrektora, nieakceptowanego przez zespół, Grzegorza Królikiewicza, a w 2009 roku z powodu odwołania ówczesnego dyrektora artystycznego Zbigniewa Brzozy. Wizerunek teatru uległ zmianie odkąd funkcję dyrektora pełni ponownie, poeta, społecznik, pisarz i reżyser, Zdzisław Jaskuła (01.10.2010). Poprzednio (w 1999 roku), po dwóch latach zarządzania teatrem, został zwolniony dyscyplinarnie. Jego sentyment do łódzkiego Teatru Nowego jednak pozostał, bo kiedy usłyszał, że nie ma żadnych kandydatów na stanowisko dyrektora, zdecydował się na powrót aż z Niemiec. Powiedział sobie „Skoro nikt nie chce tego teatru, to ja na pewno go chcę” (Dziennik Łódzki, 02.10.2010). Udowodnił, że świetność teatru jest możliwa do odbudowy. – W poprzedniej dekadzie teatr miał sześciu dyrektorów artystycznych, którzy zwalniali, przyjmowali, co powodowało konflikty. Chciałbym ten etap zamknąć. Spojrzeć na to, co mamy, rozejrzeć się. Rozwijać teatr, rozwijając siebie – mówił (Dziennik Łódzki, 02.10.2010). Sam przyznał, że zastał teatr w nie najlepszym stanie.

Wynikało to z wielu rzeczy: słabości marketingowej, znacznego spadku frekwencji i braku wizualnej identyfikacji teatru. Przez ostatnie lata placówka realizowała repertuar rozrywkowy, Zdzisław Jaskuła zwraca się ku klasycznemu doborowi sztuk, który nawiązuje do tego, proponowanego przez Kazimierza Dejmka. Jego marzeniem jest teatr poruszający kwestie społeczne i polityczne, oparty na dobrej literaturze, zakorzeniony w wielokulturowej Łodzi.

Sezon hybrydowy Już z początkiem listopada nowy dyrektor zaprowadził zmiany w organizacji teatru, między innymi powołano Radę Artystyczno-Programową. Jej członkowie komentują działalność teatru, co pozwala na zachowanie dystansu i obiektywizmu. Zaproszenie do rady przyjęli między innymi pisarz Andrzej Bart, poeta, tłumacz i literaturoznawca Jerzy Jarniewicz, Ewa Bloom Kwiatkowska, scenograf i wykładowca ASP w Łodzi oraz prof. Anna Kuligowska-Korzeniewska. Obecny sezon nazywany jest przez Zdzisława Jaskułę hybrydowym. – Niektóre premiery musiały się odbyć ze względu na wcześniejsze ustalenia. W pewnym sensie teatr zaczyna od zera, na pewne spektakle ludzie po prostu przestali przychodzić – mówi scenograf Konrad Szczęsny. – Nowy dyrektor stworzył doskonałe warunki do zrealizowania świeżych pomysłów. Kolejny sezon będzie niezmiernie ciekawy, zostaną wystawione sztuki, które spodobają się szerokiej grupie odbiorców, w których każdy znajdzie coś dla siebie.

Daria Strzelczyk

Pierwszym spektaklem, który wyszedł spod ręki Zdzisława Jaskuły jest „Kto nie ma, nie płaci” Daria Fo, w reżyserii Piotra Bikonta, który miał swoją premierę 9 kwietnia. Od 13 maja, na deskach Teatru Nowego, będzie wystawiana „Pippi Langstrumpf”. W Sezonie 2011/2012, zobaczymy „Świętą Joannę Szlachtuzów” Bertolta Brechta, wyreżyserowaną przez Jarosława Tumidajskiego, „Don Carlosa” Fryderyka Schillera w reżyserii Katarzyny Raduszyńskiej. Szymon Kaczmarek przygotuje „Samuela Zborowskiego” Juliusza Słowackiego. – Ten sezon był rozgrzewkowy, następny będzie z większym przytupem – zapowiada Konrad Szczęsny.

Teatr bliżej ciebie Czekając na rozmowę słyszę dochodzące z korytarza pospieszne kroki i głos: „W tym teatrze za dużo się dzieje”. Rzeczywiście, Nowy tętni życiem. Największą niespodzian ką jest zmiana wizerunku teatru. Stara się on zbliżyć do publiczności, wpływać na nią, kształtować jej postawy. Jest otwarty na widza, a z szerokiej gamy akcji w nim przeprowadzanych każdy wybierze coś dla siebie. Spotkania ze sławnymi osobami ze świata kultury i sztuki odbywają się w ramach projektu Mała Literacka, która cieszy się coraz większą popularnością. – Zaczynaliśmy od 20 osób, na ostatnie spotkanie przyszło już ponad 300 – podkreśla Mateusz Sidor, Kierownik Działu Wydarzeń. Spotkania, oparte na swobodnej rozmowie, prowadzi łódzki poeta Maciej Robert. Gośćmi Małej Literackiej byli już między innymi prof. Władysław Bartoszewski oraz Adam Michnik. Mateusz


Fabryka J´zyka

*02

49

FJ Sidor uchyla rąbka tajemnicy i zapowiada, że w maju będziemy mieli niepowtarzalną szansę porozmawiania z uznanym, czeskim prozaikiem Petrem Šabachem. Teatr nie zapomina również o młodzieży. Specjalnie dla niej powstał edukacyjny projekt „Scena 14+”. Młodzież gimnazjalna nie należy do najłatwiejszej widowni, można do niej dotrzeć tylko poprzez coś ciekawego – mówi Mateusz Sidor. Obecnie w ramach „Sceny 14+” można obejrzeć „Belfra” w reżyserii Marka Cichuckiego. Po spektaklu przewidziane są dyskusje, z udziałem np. psychologa, o problemach bliskich młodemu widzowi. - Jest to taka pierwsza próba skonstruowania programu wokół tematów ściśle związanych z rzeczywistością młodych ludzi – powiedziała PAP Anna Ciszowska, konsultantka ds. edukacji w Teatrze Nowym im. Kazimierza Dejmka. Teatr podpisał też umowę z Uniwersytetem Łódzkim, która zakłada, między innymi, niższe ceny biletów dla studentów uczelni oraz organizowanie specjalnych Premier Uniwersyteckich. Ich cykl otworzył „Mord” Hanocha Levina w reżyserii Norberta Rakowskiego (cena biletu normalnego wynosi 45zł, podczas gdy wykładowcy i studenci zapłacą tylko 15). Teatr Nowy stawia na różnorodność, rozwijając swoją publiczność wielopłaszczyznowo. W foyer Dużej Sali została otwarta „Noffgaleria”. – Chcieliśmy stworzyć galerię, która będzie odwiedzana nie tylko podczas otwarcia. Jest to nasz pomysł by zachęcić różne środowiska artystyczne do odwie-

dzania teatru. Staramy się, by propozycje dla naszej publiczności były jak najbardziej różnorodne – mówi Mateusz Sidor. Konrad Szczęsny, opiekun „Noffgalerii ”, dodaje, że jest ona otwarta na młodych, twórczych artystów, którzy kreatywnie interpretują rzeczywistość. Zaprezentowane już zostało malarstwo znanego, łódzkiego artysty Dariusza Fieta. Obecnie możemy podziwiać zdjęcia fotografa teatralnego Jerzego Neugebauera. Organizatorzy zapowiadają już kolejną ekspozycję: wystawę wybitnego plakacisty Tadusza Piechury.

w Atenach, Centrum Choreograficzne Caroline Carlson w Roubaix Nord-Pas de Calais oraz Teatr Bourg Neuf z Awinionu.

Młodzi artyści zostaną dopuszczeni do głosu podczas projektu Debiuty.pl, realizowanego wraz z Teatrem Współczesnym z Wrocławia, Teatrem Nowym z Krakowa oraz z Warszawskim Instytutem Teatralnym. Jeden reżyser z każdego teatru pojedzie do innego miasta, by pracować z początkującymi artystami. Końcowy efekt pracy uwieńczy wymiana przedstawień między partnerskimi teatrami.

Niedawno mianowany dyrektor teatru Zdzisław Jaskuła zamknął etap sporów i kłótni, budując pozytywny wizerunek „Nowego”.

„Homme@Home. Człowiek wobec żywiołów” to czerwcowy festiwal odbywający się w przestrzeni miejskiej. Jest to teatr nowoczesny, w którym taniec przenika się z grą aktorską. – Żyjemy w epoce, w której, by wzbudzić refleksję w widzu, nierzadko trzeba go zbulwersować. Słowo mówione niekiedy nie wystarcza. Przekaz trzeba zwielokrotnić. Tu wkracza język ciała – mówi Elizabeth Czerczuk, dyrektor artystyczny projektu (Dziennik Łódzki, 21.01.2011). W projekcie udział biorą również PWSFTviT, Centrum Choreograficzne Isadory Duncan

Kontynuowane będą również Spotkania Teatrów Miast Partnerskich. Jesienią zostaną zaprezentowane najciekawsze dokonania teatralne europejskich miast partnerskich Łodzi. Teatr Nowy był również koordynatorem projektu „Dotknij Teatru”, w którym niedawno mogliśmy uczestniczyć.

(Re)ewolucja

Zmiany są widoczne. – Coraz więcej ludzi przychodzi do teatru i coraz więcej ludzi interesuje się tym, co się w nim dzieje. Wcześniej nie było tylu projektów. Nowy dyrektor wykorzystał potencjał teatru i rozszerzył go na inne działania – podsumowuje Mateusz Sidor. Zapytany o plany na przyszłość, odpowiada, że Teatr Nowy chce brać czynny udział w życiu społecznym, a jego działania będą jeszcze bardziej różnorodne. – Planujemy więcej mniejszych akcji, więcej multimediów, sprawnych działań, które uatrakcyjnią inne projekty – zachęca Sidor. Teatr będzie również… kolejny raz zaskakiwać. Organizatorzy nie zdradzają szczegółów, jednak zapowiadają, że we wrześniu czeka nas kolejna odmiana wizerunkowa, którą łodzianie z pewnością będą pozytywnie zaskoczeni. Czekamy z niecierpliwością.


50

Lodz Up

06/2011

Spódnica w paski, dyplom z ubioru

1.

Scenografia miejska. W Łodzi często gra się w ale to już było. Olga Mieloszyk. Olsztynianka: Pierwszy raz do Łodzi przyjechałam mając 17 lat. Tuż przed Fabryczną stał sklep Społem, na wystawie proszek Pollena Rex, którego już jakiś czas nie produkowano. Dalej kubki z kefirem i barierka, odgradzająca klientelę od pani sprzedawczyni. Takiego miasta w życiu nie widziałam. Miejsce, w którym się rodzimy jak i to, gdzie przychodzi nam żyć, determinuje często nasz charakter i późniejsze wybory Dostałam się na Projektowanie Ubioru do Akademii Sztuk Pięknych. Pięć lat temu był to jedyny państwowy wydział tego typu w Polsce. W ten oto sposób egzaminy wstępne zrobiły ze mnie łodziankę. Polubiłam to miasto – jego odmienność, oryginalność i postindustrialny klimat.

50

umiejętności. Pierwszy rok jest ogólnoplastyczny, można liznąć po trochę wszystkiego, ukierunkować się i wybrać swoją dziedzinę. Pierwszy rok pozwolił mi rozwinąć skrzydła, jednak przyjeżdżając tu wiedziałam, że chcę studiować projektowanie ubioru. Specjalizacja, którą wybrałam będąc już niejako ukształtowana, a przynajmniej nie goła – hołdując zasadzie, że projektant nie powinien zajmować się tylko projektowaniem. Inaczej jest na Zachodzie, gdzie pierwsze kroki kieruje się od razu do profilowanych szkół projektowych. Zawodowy artysta. Seryjny morderca. Trzymam się z daleka od określenia artysta, biorę je w głęboki nawias. Może ktoś kiedyś tak o mnie powie, ale sama wolę unikać ironicznych konotacji tego słowa. Ciągle jestem na początku swojej drogi, wciąż się uczę.

Wszystko jest sztuką, każdy jest artystą

Dyplomowany projektant to pojemne określenie i szeroki wachlarz możliwości.

To duża satysfakcja łączyć ze sobą pasję i pracę. ASP jest niezłym kompresorem

Edukacja daje mi dużo, na pewno kierunkuje mnie w zakresie projektowania i dzięki

Karolina Pawlak z archiwum projektantki

rozmawiała: zdjęcia:

4.


51

*02

Art Profil temu nabieram ogłady w tej dziedzinie. Zdarzają się samorodne talenty, których nie trzeba już kształtować. Artysta bez dyplomu to nie lekarz bez specjalizacji. Jego podstawową kwalifikacją jest w końcu talent. Inspiracje. Podpatruję wszystko. Inspiracje nie zawsze muszą płynąć z wybiegów. Oczywiście mam swoich mistrzów. Kto? Mój bezsprzeczny idol: Dreis van Noten. Jego projekty są zarówno monochromatyczne, jak i eklektyczne. To minimalista, który zachwyca i zaskakuje. Nie mniejszych wrażeń dostarcza ulica. Zatłoczony tramwaj. Na drugim siedzeniu płaszcz z lat 70- tych, podchodzę bliżej, obserwuję, zwracam uwagę na konstrukcyjne aspekty ubioru. Takie zboczenie zawodowe. Moje ubranie mówi za mnie. Strój definiuje człowieka. Każdy indywidualnie decyduje o tym jak wygląda. Potrafię oddzielić moje projekty i stylizacje od tego, jak ubieram się na co dzień. Dziś wkładam spódnicę w paski tuż za łydkę i jadę pracować nad moim dyplomem. Z ubioru.

blog: olga-mieloszyk.blogspot.com Olga Mieloszyk, studentka V roku Pracowni Projekotwania i Ubioru łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych; laureatka Art & Fashion Festival w kategorii Fashion Drawing; półfinalistka Lexus Fashion Award; półfinalistka Fashion Designer Award; stypendystka Escola Superior de Artes e Design; cholernie zdolna dziewczyna

l P fi A o r P Art.

2.

3.

5.

1-3 Ilustracje inspirowane kolekcją Kenzo jesień/zima 2010. 4-5 Ubiór męski 2009.


52

out of school Lodz Up

06/2011

MU

fot. Emilia Aranowska, 2011

fot. Paulina Pankiewicz, 2011


*02

Misja Uniwersytet

Byłą to już trzecia edycja konkursu fotograficznego Uniwersytetu Łódzkiego. Patronował mu Fotofestiwal. Jury wyłoniło 20 osób, których prace zaprezentowano na wystawie w Pałacu Biedermana. Prezentujemy prace nagrodzonych osób.

fot. Łukasz Janisiewicz, 2011

fot. Andrzej Jabłoński, 2011

53


54

Lodz Up

06/2011

całowanie po francusku Erasmus… Dla jednych program naukowy umożliwiający efektywną edukację połączoną z poznawaniem obcej kultury, dla drugich semestr, bądź cały rok imprezy. Dla wielu okazja do zawarcia nowych znajomości, dla innych do uzupełnienia swoich kompetencjiczy nabycia nowych umiejętności. Nawet jeśli to tylko nowe sposoby otwierania butelek z piwem, czy ściemniania pięknych Polek. – Będzie o czym pisać. – fachowo stwierdza opiekunka kilkunastu „żabek” jak pieszczotliwie określa francuskich studentów. – Będzie. – potakuję słuchając o wyczynach obcokrajowców. Jakub Olkiewicz ilustracje: Klaus Wittman tekst:

Misja rozpoczyna się w momencie pierwszej rozmowy z Anią, duchowym przewodnikiem zbłąkanych dusz z Francji po łódzkim życiu, które przecież takie pospolite wcale nie jest. Chlejusy, awanturnicy, podrywacze, wozidupy – opinia o zagranicznych studentach wśród chłopaków z „Łodzi-miasta” nie zawsze jest pochlebna. Z drugiej strony to przecież przystojni, wrażliwi, czuli, przebojowi i pewni siebie mężczyźni, o błyszczących oczach i nienagannym image’u – subiektywne spojrzenie łodzianek nieco różni się od męskiego obrazu stereotypowego Erasmusa. – Może wyjść na to, że oni tylko imprezują, a Polki rzucają im się do łóżek. – krzywi się Ania. Dwóch gentlemanów z Lyonu, jeden z Tuluzy, szybka adnotacja od Ani, iż ten ostatni chce mnie zabić, bowiem dotarł do zdjęć, na których stoimy obok siebie. Rozeznanie zostało przeprowadzone szybko, fachowo i absolutnie bez pudła. Okazuje się, że młodzian z Tuluzy zdążył mocno zaprzyjaźnić się z opiekunką. – Jest wspaniały. – fachowo stwierdza Ania i na tym, póki co, kończymy temat ludzi, z którymi mam zamiar spędzić parę chwil, by niczym Cejrowski, wejść boso w świat zagranicznych studentów w naszym pięknym mieście. – Imprezują głównie w Bedroomie, do Gossipu nie idziemy, bo jeden z nich nagrabił sobie na bramce. – tłumaczy Ania, a ja już odczuwam poważny stres związany z moimi, nieszczególnie zaawansowanymi, zdolnościami lingwistycznymi w języku synów Albionu. Humor psuje także wspomnienie wyjściowego zatargu z jej przyjacielem oraz reputacja prawdziwych bawidamków, jaka zdążyła do mnie dopłynąć w odniesieniu do dwóch pozostałych Francuzów. – Grają w „alfabet”. Wiesz, to taka gra, że musisz

uzbierać dziewczęta na każdą literę, dla ułatwienia gry, do„zaliczenia” literki wystarczy się z nią pocałować. W ogóle oni sądzą, że pocałunek to nie zdrada. – wyjaśnia Ania, która kulturę francuską zdążyła już świetnie poznać przez niemal dwa lata współpracy z Erasmusami. Już samo umówienie się na spotkanie graniczy z cudem. W końcu udaje się ustalić wspólny termin. Cedrick, Max i Fabien mają mi opowiedzieć o swoim łódzkim życiu podczas urodzin ich opiekunki i mojej znajomej. Nauczony wieloletnim doświadczeniem, zdobytym na łódzkich scenach klubowych, umawiam się na godzinę 20-tą, licząc, że zdążę jeszcze przed głównym natarciem roztańczonych studentów.

Quite boring, czyli kiepski początek Akademia to jeden z najbardziej szanowanych przez „klasę średnią” lokali studenckich. Nie ma tam miejsca na patologiczne zachowania, znane z niektórych popularniejszych dyskotek, z drugiej strony nie spotkamy tam ekskluzywnych kapeluszy nakrywających wyłysiałe od pogoni za zarobkiem głowy. Umówiłem się na 20-tą, więc punktualnie o 20.13 wsiadłem w tramwaj wiozący mnie niemalże wprost pod wrota zacnego lokalu. Docierając spóźniony, mniej więcej o dwa kwadranse akademickie, od razu rzuciłem się w wir wydarzeń. Ktoś podrzuca Anię licząc do czterdziestu, mimo że to jej „oczko”, inni ludzie tkwią przewieszeni przez bar w karykaturalnej pozie człowieka znającego już marność swojego jutrzejszego losu, o ile przy łóżku nie postawi półtoralitrowej butli wody mineralnej. Odszukanie Francuzów nie było w tym wypadku wielkim


Erasmus problemem, ponieważ zbili się już wówczas w zwartą grupę, a w dodatku siedzieli na honorowych miejscach, tuż obok najbardziej lojalnych przyjaciół Ani, których znałem jeszcze z okresu liceum. Póki szczęśliwa jubilatka była jeszcze obracana na dolnej sali, ja zdążyłem wysłuchać historię ostatnich lat od wszystkich starych znajomych. Obserwując ruchy, gesty i nade wszystko ukradkowe spojrzenia, wiedziałem już jednak z kim przyjdzie mi dziś porozmawiać o moim ukochanym mieście. Fama ludzi niebywale otwartych, szczególnie na kobiety, zdawała się pokrywać z wyglądem zewnętrznym. Choć jestem typem narcyza, muszę przyznać, że każdy z trzech Francuzów mógłby swobodnie stanąć ze mną w szranki. Lepkie spojrzenia kobiet siedzących przy stole tylko potwierdzały, że obcokrajowcy w tym mieście cieszą się sporą sympatią. Nadszedł moment zapoznania, potem krótkie poszukiwania odpowiedniego miejsca i wreszcie wywiad. Ania – z założenia tłumaczka, Fabien, jej bliski przyjaciel z Tuluzy, Cedrick – sympatyczny i rozgadany blondyn oraz Max, niższy brunet o bystrym spojrzeniu – obaj z Lyonu. Łamanym angielskim, nieco niepewnie rozpocząłem „odpytkę” ze stopnia „złodziaczenia” kochanych obcokrajowców. Pytanie nasuwające się od razu zadałem może nieco zbyt banalnie i sztampowo, na samym początku, bez jakiegokolwiek zwodzenia i podchodów – jak to możliwe, że trafiliście do Łodzi, która przez wielu uważana jest za kompletną zakałę kraju, uważanego za kompletną zakałę regionu, uważanego za kompletną zakałę Europy. Sam kocham kulturę i aksjologię Wschodniej i Centralnej Europy, ubóstwiam i kultywuję naszą Ojczyznę, a miłością szczerą obdarzam każdą dziurę ulicy Limanowskiego i wszystkie narożne sklepy monopolowe wraz z ich stałym ekwipunkiem w postaci lokalnej ekipy opartej o okiennice. Pożądałem więc odpowiedzi – och, jesteśmy entuzjastami Łodzi, słyszeliśmy o niej od naszych kolegów, zafascynował nas XIX-wieczny rozwój, szałowa teraźniejszość i niesamowite perspektywy na przyszłość. – Eee… Yyy… Uuu… - Każdy z Francuzów użył innej samogłoski, by ostatecznie wykonać zamaszysty cios w moją łódzką dumę. – To było jedyne miejsce, gdzie mogliśmy uczyć się w języku angielskim. Właściwie była alternatywa, ale wyjazd do RPA wiązałby się ze zbyt wysokimi kosztami i olbrzymim skokiem kulturowym. – serce krwawi. Trafili tu kompletnym przypadkiem. – Cóż, miałem jeszcze do wyboru Walię, Budapeszt, Warszawę, ale ostatecznie padło na Łódź, także ze względu na ceny oraz profil uczelni. ­– marne pocieszenie, choć dające światełko w tunelu. Może uda mi się dowartościować samego siebie, siebie jako oddanego, wiernego i do szaleństwa rozkochanego Rodowitego Łodzianina. Właśnie przez wielkie R i właśnie przez wielkie Ł.

Study hard, go pro! – Nie pytaj ich za dużo o studia, bo mogą nie wiedzieć o co chodzi. Wątpię, czy często są na wykładach. – z obrzydzeniem obserwując rozpalone papierosy w rękach Fabiena i Ani poruszam, mimo wszystko, temat politechnicznych studiów, na których moi rozmówcy mieli szczęście się znaleźć. – Ciężko jest porównać polskie i francuskie

*02 wykształcenie. W naszym kraju od początku kształcimy się w jednym kierunku, my na przykład odebraliśmy edukację typowo inżynierską. Zdaje się, że u Was uczycie się zdecydowanie bardziej wszechstronnie. – ożywił się Cedrick lustrując jednocześnie koleżanki Ani składające jej wylewne życzenia. W połowie wypowiedzi traci delikatnie wątek, choć z drugiej strony istnieje również spore prawdopodobieństwo, że to ja straciłem zdolność rozumienia specjalistycznej i fachowej angielskiej nomenklatury, określającej szkolnictwo w Polsce i Francji. Nie drążę tematu bojąc się niezrozumienia kolejnych odpowiedzi i schodzę w stronę akademików. Z ulgą obserwuję dogaszane papierosy i dopijane piwo, które w obliczu mojego pustego kufla bezustannie nęciło złocistym kolorem. Liczne remonty jakie ostatnio odnotowaliśmy w Mieście Włókniarzy nastrajają mnie pozytywnie i ponownie wlewają nadzieję w serce. Jak się okazuje – nieco przedwcześnie. – Nie mieszkamy już, na szczęście, w akademiku, wynajmujemy wspólne mieszkanie. – komentują Max i Cedrick. – Warunki w domach studenckich były o tyle ciężkie, że prawie nikt nie mówił po angielsku. ­– „no, mi też to idzie raczej średnio” – przemknęło mi przez głowę. – Ania pomogła nam więc w wyprowadzce. Gratka, Internet i córka właściciela mieszkania, która posiadła język angielski przyczyniły się do rychłych przenosin do „own flat”. – to jednak obaj Francuzi sobie chwalą. Nieco cichszy Fabien nadal mieszka z kolei w akademiku, ma jednak o nim nieco lepsze zdanie. Dowiaduję się przy okazji, że chłopcy z Lyonu w Łodzi są już ponad pół roku, podczas gdy Fabien dopiero rozpoczyna na dobre przygodę z „miastem Tuwima, białej broni i seksu”, jak rzekł Adam Ostrowski, znany również jako OSTR.

Długie noce, krótkie dni Rzetelne i świeże spojrzenie na Łódź wyzwoliło w analitycznym mózgu sporą ciekawość, postanowiłem więc drążyć tematykę miejskiego życia. Obcokrajowcy w nowym otoczeniu zapewne chcieli zobaczyć wszystko, co ciekawe w swoim miejscu zamieszkania. W duchu modlę się, żeby nie zagięli mnie jakimś zwiedzonym, zapomnianym zabytkiem, który będę musiał potem googlować, by w ogóle móc się na jego temat wypowiedzieć. Ania spuszcza jednak wzrok, Fabien patrzy w sufit, a Cedrick i Max, prawdopodobnie zorientowani już, iż Łódź to moja miłość i pasja spróbowali możliwie najdelikatniej zaprezentować mi sytuację. – Wiesz… Jest Manufaktura, Piotrkowska… Byliśmy także w Warszawie i Krakowie! Było naprawdę bosko, mnóstwo zwiedzania. ­– koledzy, jaśniutko przecież pytam o Łódź. – Tak właściwie to chyba nie ma tu za bardzo co zwiedzać. Były momenty kiedy strasznie się nudziliśmy i czekaliśmy tylko na nadejście nocy. Wtedy robi się o wiele ciekawiej. ­– przerywam na moment

55

E


56

Lodz Up rozmowę i trochę dla Ani, a trochę dla siebie prowadzę szybki wykład na temat niedostępności łódzkich zabytków i konieczności determinacji w ich odszukiwaniu. Przecież nasze miasto nie jest ubogie, tylko te nasze perełki są tak głęboko „skitrane”, nie znam zbyt dobrze slangu współczesnych studentów, ale wydaje mi się, że skit rany znaczy wystraszony więc może lepsze byłoby inne określenie ukrycia perełek, tak sprytnie i przemyślnie rozmieszczone, by obce i niewprawne oko nie mogło ich zobaczyć. Ania, prawdopodobnie pogodzona z moim wrodzonym optymizmem, potakuje mi i potwierdza, czym częściowo łagodzi zadrę, jaką wbili swoim bezkompromisowym sądem jej podopieczni. Czas więc na grande finale i gwóźdź programu. Co sądzą panowie o łódzkim życiu nocnym. Od razu odnotowuję groźne spojrzenie wymierzone przez Anię Fabienowi, który w lekkim stresie garbi się mocniej nad pustym kuflem i pełną popielniczką. – Och, to naprawdę największa zaleta Waszego miasta. – w oczach wszystkich trzech zapłonęły charakterystyczne iskierki, te które sam czuję w swych źrenicach obserwując nieprzewidywalne wykończenia elewacji na Gdańskiej czy Więckowskiego. Naprawdę lubią nightlife. – Tak naprawdę wszystko rozbija się o pieniądze. We Francji samo wejście do klubu to dziesięć euro, trzy euro szatnia, potem kolejne banknoty na alkohole, jakieś jedzenie. Koszta mnożą się w nieskończoność, w związku z czym wyjście do klubu to prawdziwe święto. Tu jest inaczej – prawdziwie udana impreza za około 40 złotych? Nie ma problemu. – do podnieconych głosów dołącza zamaszysta gestykulacja, szczególnie widoczna u Cedricka. Kluby to jego żywioł, co widać w każdym mięśniu jego uśmiechniętej twarzy. Piwo za pięć pięćdziesiąt, wejście za dychę. – Przecież to nie są prawdziwe pieniądze. – boleśnie gładzę się po swoim pustym portfelu, lecz doskonale rozumiem sytuację moich rozmówców. Sami zresztą szybko ją wyjaśniają. – Po prostu jesteśmy bogaci jak na te warunki. Możemy pić do woli i wydawać nasze zarobione pieniądze. Imprezujemy praktycznie codziennie. – Ukradkiem obserwuję lekkie skrzywienie na twarzy Ani i jednocześnie nerwowy uśmiech Fabiena. Porozmawiajmy więc o tym jak przyjmują Was Polacy…

Wow! I love France! Cedrick głośno się śmieje i piszczy – Wow! I love France! Uuuhuuu! – naśladując rozentuzjazmowane fanki zespołów rockowych, które w podobny sposób reagują na swoich ulubieńców. Pogłoski o olbrzymiej popularności francuskich amantów zdają się być uzasadnione i prawdziwe. – Serio, naprawdę rzadko spotykamy się z chłodnym przyjęciem. Łodzianie to znakomici ludzie, w dodatku niesłychanie otwarci. Jedynym minusem są późne powroty z imprez, które mogą być niebezpieczne. – zaczepki ze strony osiedlowego establishmentu nie są

06/2011

rzadkością. – To nieszczególnie miłe, gdy ktoś podbiega do Ciebie i głośno krzyczy machając rękoma. Staramy się nie wracać w pojedynkę. – przyznaje Max, po chwili podkreśla jednak, że nie może to wpłynąć na ich świetną opinię o mieszkańcach naszego miasta. Ludzie to zresztą – jak się okazuje – nasz największy kapitał. Widząc znudzenie na ich twarzach postanawiam bowiem skonstruować krótkie i optymistyczne podsumowanie, czyli dlaczego wrócicie do Łodzi. – Cóż, chcielibyśmy wrócić do Polski. Może niekoniecznie do Łodzi, choć oczywiście ludzie, których tu pozostawiamy na zawsze pozostaną w naszych sercach i będziemy utrzymywać z nimi kontakt. – zapewniają Max i Cedrick. Fabien w Mieście Włókniarzy jest krócej, dlatego też podchodzi do kwestii z większym entuzjazmem. – Chłopaki są tu ponad pół roku, ja jeszcze nie jestem gotowy, by opuścić Łódź. Zdecydowanie mój czas w tym mieście jeszcze nie minął. – potwierdził, a ja w myślach pogratulowałem Ani. Jeszcze przed wyjściem z klubu zaobserwowałem Cedricka ukrywającego w ramionach blondynkę oraz Anię siedzącą na kolanach Fabiena. Max gdzieś się skrył, podejrzewam jednak, że również nie próżnował. Może i erasmusi nie kochają tego miasta tak jak ja, może nie poznali go w takim stopniu w jakim powinni i przede wszystkim nie wiedzą co tak naprawdę jest w nim najlepsze. Nie ulega jednak wątpliwości fakt, że nasz największy atut mają całkiem nieźle obcykany. Przecież Łódź to przede wszystkim kapitał ludzki…

Kluby to jego żywioł, co widać w każdym mięśniu jego uśmiechniętej twarzy. Piwo za pięć pięćdziesiąt, wejście za dychę. – Przecież to nie są prawdziwe pieniądze.


Lodz UP *02  

The second issue of Lodz UP Magazine

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you