Page 1

ORGAN PRASOWY BWA WROCナ、W

BIURO

nr 5 (2/2012)

1


W NUMER ZE

ROZM OW Y

12  Dres Bohema z Francisem Throburnem rozmawia Anna Mituś 18 Polska jest nie tylko biało‑czerwona z kibicami WKS Śląsk rozmawia Agata Kalinowska 26 Gatunek splotu bawełny z Michałem Korchowcem, rozmawia Michał Grzegorzek

M AT E R I A Ł Y W I Z U A L N E

31 Pot Zdjęcia: Łukasz Rusznica 35 Trening Zdjęcia: Łukasz Gawroński 42 Szatnia Zdjęcia: Łukasz Rusznica 56 S/S ‘18 zdjęcia: Justyna Fedec

BARW Y

68 Ślęza Jan Pelczar

TEKSTY

75 O dwóch takich, co szyli buty Maryna Tomaszewska 78 Dresy zza żółtych firanek Barbara Chabior 82 Goalkeeper Patrycja Sikora 86 Dres mniej przezroczysty Bartłomiej Zdunek 88 Dres kod Alicja Klimczak-Dobrzaniecka 89 Krótki zarys historii swetra Dominik Podsiadły

PIOSENKI

90 Bluza z kapturem, spodnie dresowe i buty sportowe Beata Bartecka


Na okładce oraz na s. 5–11: Mikołaj Długosz Ustawki: Bez tytułu Foto: Mikołaj Długosz Asystent: Robert Zydel Make-up: Ola Dutkiewicz Prezentowane na zdjęciach wydarzenie jest kreacją artystyczną i nikt nie ucierpiał podczas jej realizacji.

Biuro Nr 5, 2/2012, Organ Prasowy BWA Wrocław Biuro to magazyn wydawany nakładem BWA Wrocław poświęcony współczesnej kulturze wizualnej, sztuce, dizajnowi i przestrzeni publicznej. Strony BIURA to również dwuwymiarowa, niskonakładowa przestrzeń wystawiennicza.

Odtwarzanie odtwarzania Ustawki są najbardziej popularne w krajach wyzwolonych spod okupacji niemieckiej przez Armię Czerwoną. Mężczyźni, od dziecka, są w nich karmieni propagandą narodową, mitem żołnierskim. Trudno ten etos realizować, bo po prostu aktualnie nie ma tam wojny. Przy okazji pracy też nie ma za wiele. Bitwa to szczyt samorealizacji. Jeśli można podziwiać piękno „Bitwy pod Grunwaldem”, to czemu nie podziwiać piękna współczesnego rycerstwa?

Redaktor naczelna: Anna Mituś Sekretarz redakcji: Alicja Klimczak‑Dobrzaniecka Projekt graficzny i skład: Maciek Lizak Adres redakcji: galeria Awangarda BWA Wrocław, 50-149 Wrocław, Wita Stwosza 32 tel. 71 790 25 86, fax: 71 790 25 90 biuropress.blogspot.com ISSN: 2081-2434

Koncepcja numeru: Michał Grzegorzek, Katarzyna Roj, Łukasz Rusznica Prawa do tekstów i zdjęć o ile nie zaznaczono inaczej BWA Wrocław i autorzy.

BIURO wydawane jest nakładem BWA Wrocław Galerie Sztuki Współczesnej, miejskiej instytucji kultury, finansowanej z budżetu miasta Wrocławia. Dofinansowano ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

partner medialny


Wiesz już wystarczająco dużo. Ja też. To nie wiedzy nam brakuje. Brak nam odwagi, by zrozu­ mieć to, co wiemy, i wyciągnąć z tego wnioski. Wieczorem uznano, że pomysł, by biali pomalowali swoje twarze na czarno, który wcześniej wydał się jak najbardziej słuszny i sprawiedliwy, może jednak nie był krokiem we właściwym kierunku. *** Podbój ziemi, polegający przeważnie na tym, że się ją odbiera ludziom o odmiennej cerze lub trochę bardziej płaskich nosach, nie jest rzeczą piękną, jeśli się w niego wejrzy zbyt dokładnie. Odkupia go tylko idea. Idea tkwiąca w  głębi; nie sentymentalny pozór, tylko idea; i  altruistyczna wiara w  tę ideę – coś, co można wyznawać i  bić przed tym pokłony, i składać ofiary. Wysoko nad ziemią mieszka niespokojny naród. Gdy nad ścieżką przeprawia się to stado, ich zapach długo unosił się w powietrzu – ostry i stęchły, przypominający myszy. Jadąc dalej słyszy się nagle nad głową szum i świst. Gdy jednak ktoś zatrzyma się w miejscu, może dostrzec jednego, siedzącego bez ruchu przy drzewie, a po jakimś czasie cały las wokoło roił się od jego krewniaków. Wśród gałęzi wyglądają jak owoce, szare lub ciemne, zależnie od ilości dochodzącego w to miejsce światła, wszystkie z długimi, zwisającymi ogonami. Wydają szczególny głos przypominający cmokliwy pocałunek z następującym po nim lekkim kaszlem. Jeżeli ktoś na ziemi naśladuje ten odgłos, zaczynają rozglądać się zainteresowani na wszystkie strony. Odwiedziliśmy jeszcze kilka innych miejscowości o nazwach jak z farsy, gdzie śmierć i  handel wiodą wesoły taniec wśród cichej atmosfery nasyconej zapachem ziemi, niby w przegrzanych katakumbach. Z  daleka można było dojrzeć połyskujące białka ich oczu. Krzyczeli, śpiewali; ciała ich oblewał pot, twarze przypominały groteskowe maski; ale mieli kości, muskuły, dziką żywotność, intensywną energię w ruchach, co było równie naturalne i prawdziwe jak fale rozbijające się o brzeg. Ich obecność nie wymagała usprawiedliwienia. Widok tych ludzi stanowił wielką pociechę. Usłyszeć za sobą lekki brzęk i odwrócić głowę. Sześciu czarnych ludzi szło ścieżką gęsiego, dążąc z trudem pod górę. Szli powoli, wyprostowani, niosąc na głowie małe kosze pełne ziemi, a brzęk towarzyszył miarowo ich krokom. Wkoło bioder mieli przepaski z czarnych łachmanów, których krótkie końce chwiały się z  tyłu jak ogony. Można było policzyć wszystkie żebra tych ludzi; stawy ich członków wyglądały jak węzły na linie. Każdy miał na szyi żelazną obrożę, a wszyscy byli połączeni łańcuchem, którego ogniwa kołysały się między nimi rytmicznym dźwiękiem. Wychudłe piersi Murzynów dyszały równocześnie, rozdęte gwałtownie nozdrza drgały, oczy patrzyły kamiennym wzrokiem w górę przed siebie. Przeszli o sześć cali ode mnie, nie rzuciwszy mi nawet spojrzenia, z zupełną, śmiertelną obojętnością dzikich, którzy są nieszczęśliwi. *** Naokoło szyi miał zawiązane pasemko białej wełnianej przędzy. Dlaczego? Skąd je wydostał? Czy to był jakiś znak szczególny – czy ozdoba – czy amulet – czy akt błagalny? Czy była w  ogóle jakaś myśl z  tym związana? Dziwnie niepokojąco wyglądała na czarnej szyi ta odrobina białej przędzy. Czułem, że stawałem się interesujący dla nauk. Źródła cytatów: J. Conrad, Jądro ciemności K. Blixen, Pożegnanie z Afryką L. von Trier, Manderlay S. Lindqvist, Wytępić całe to bydło

4


5


6


7


8


9


10


11


ROZMOWY

DRES BOHEMA

z Francisem Throburnem rozmawia Anna Mituś

Brytyjski rzeźbiarz i performer Francis Thorburn zasł ynął jako MINISTER ALTERNATY WNEGO TRANSPORTU. Swoje akcje realizuje w przestrzeni miejskiej, angażując przechodniów w błazeńskie pochody, w których absurd i ekstrawagancja łączą się z rytualną formą procesji i epickim rozmachem. Centralną rolę odgrywają w nich skonstruowane przez artystę spektakularne wehikuły napędzane siłą ludzkich mięśni. We wrocławskim preformansie „Fiat 126 MK DRP1800 18202764” grupa rozbawionych półnagich facetów, ubranych jedynie w śmieszne sportowe czap‑ ki, spodenki i skarpety, pchała główną ulicą dziwny pojazd. Czym jest to, co nazywasz „dres bohemą”? „Dres” to przecież polskie słowo, prawda? Dres Bohema to odpowiedź na potrzebę nowego uniformu dla Sieci Alternatywnego Transportu (ATN), który to problem chciałem rozwiązać, budując swój pierwszy pojazd w Polsce – „Fiat 126 MK DRP1800 18202764”. Zainspirowała mnie grupa społeczna, którą nazywacie w Polsce „dresami”, a my w Anglii „chavs”, „pikies”, „scallies”, lista jest długa. Człon „bohema” pojawił się , żeby przekształcić utarte kono-

tacje określenia „dresy”. Chodziło o zdezorientowanie odbiorcy i nieco rozmazanie pojęcia, ale tak, żeby nie straciło całkiem czytelności. Do napędzania moich rzeźb-pojazdów podczas performansów, wykorzystuję zwykle grupy męskie. Tworzą oni za każdym razem coś w rodzaju plemienia wyróżniającego się strojem. Sądzę, że „dres bohema”, wykorzystując nietypowe wzorce męskości i stadną mentalność do pozytywnego działania, rzuca absurdalne i prześmiewcze wyzwanie wartości/przydatności takich kategorii, jak „dresiarstwo”. Ostatecznie definiuje ona człowieka jako człowieka, nie jako dresa. Jest apelem o solidarność i przełamanie bezwartościowych społecznych podziałów, które są źródłem braku empatii pomiędzy ludźmi.

12


13


ROZMOWY

o moją rządową zapomogę. Zawsze byłem zaskoczony i rozbawiony ilością nowiuteńkich Nike’ów i dresów, które nosili petenci tej instytucji. Może się to wydawać śmieszne, ale to objaw wynaturzonego społeczeństwa konsumpcyjnego, w którego rozwój wszyscy czasami inwestujemy. Performans odbył się 1 maja, dlaczego? Jakie znaczenie miał dla ciebie kontekst Święta Pracy? Szczerze? Musiałem przeprowadzić performans w  tym dniu, bo w  innym trudniej byłoby uzyskać zgodę od miasta na organizację tego typu przemarszu. Wykorzystałem zatem prawo do protestu ze względów logistycznych. Inna sprawa to, że Święto Pracy idealnie łączy się z koncepcją i językiem wizualnym, którego się trzymam. Praca jest w moich performansach estetycznie bardzo ważna, w końcu pojazdy napędzają „ludzkie chomiki”. Przez wykorzystanie ciężkiej pracy w  moich działaniach chciałem zwrócić uwagę na problem wpływu i  kierunku, jaki technologie nadają współczesnej komunikacji, biznesowi i stylowi życia. Mam na myśli zanik fizyczności i  pracy w  codziennym życiu społeczeństw. Człowieka zastępuje maszyna, rozmowę zastępuje SMS. Z kolejnym krokiem technologicznego postępu postępuje też separacja od naszej fizycznej rzeczywistości. Do czego to prowadzi? Twoje prace mają być zabawne, więc jest pewna dwuznaczność w przedstawieniu pracy w  twoich wehikułach. Zmieniasz ludzi w chomiki. W tym kontekście rów‑ nież dres jest śmiesznym uniformem...

Twoja żona pochodzi z Polski. Wiesz zatem doskonale, co w  języku polskim znaczy „dres” – to pejoratywne określe‑ nie osób należących do rozpoznawalnej społecznej grupy, marnie sytuowanych, pozbawionych wykształcenia, przeważ‑ nie bezrobotnych, a  więc ekonomicznie i  kulturowo pozbawionych znaczenia. Czy używając tanich podróbek znanych marek sportowych, chciałeś wskazać na te zjawiska i  wykluczenie miejskich społeczności? W  idealnym świecie użyłbym autentyków z górnej półki. Najdroższych spodenek, skarpet, czapeczek i  pasujących butów, ale niestety mimo hojnego wspar-

cia BWA Wrocław i miasta, lwią część budżetu na materiały pochłonęła produkcja rzeźby. Wydawanie większych sum na stroje, które miały jedynie imitować dres, wydało mi się nieproporcjonalne do osiągniętego efektu. Co ciekawe, zarówno brytyjska, jak i polska subkultura dresiarska przywiązuje dużą rolę do ceny ubioru, która wydaje się wyznacznikiem statusu. Wydaje się absurdalne, że ludzie bezrobotni i gorzej sytuowani społecznie, są skorzy do wyrzucania pieniędzy na tak drogie rzeczy po to tylko, żeby zaznaczyć pozycję w grupie. Kiedy skończyłem studia na akademii, przez pewien okres byłem bezrobotny. Co tydzień musiałem chodzić do pośredniaka, żeby się rejestrować i ubiegać

14

Humor jest rodzajem narzędzia, którym posługuję się w moich performansach. Celem jest sprowokowanie bezpośredniej interakcji z  publicznością. Absurdalne stroje, obiekty i działania są dwuznaczne, gdyż nie nazywają siebie „dziełem sztuki”. Śmieszność jest sygnałem dostępności. Maskuje na chwilę poważne społeczno-polityczne podteksty pracy i pozwala, mam nadzieję, na głębsze zaangażowanie, o ile widz zdecyduje się włączyć. Bezsens moich procesji ma sprowokować widza do kwestionowania sensów. Ostatecznie element absurdu powinien służyć do podważania struktur i  instytucji, którym podlegamy w codziennym doświadczeniu. To rebelia na wesoło.


DRES BOHEMA

s. 14–19: Dokumentacja performansu Fiat 126 MK DRP1800 18202764, zrealizowanego 1 maja 2012 roku, w ramach OUT OF STH VOL.3 (kuratorzy: Joanna Stembalska, Sławek Czajkowski ZBK). Zdjęcia: Maciej Kułakowski

15


16


17


ROZMOWY

POLSKA JEST NIE TYLKO BIAŁO‑CZERWONA

z kibicami WKS Śląsk rozmawia Agata Kalinowska

Kiedy szłam na swój pierwszy wywiad z kibicem WKS Śląsk, byłam przekonana, że trudno nam będzie się dogadać. Nie znałam nigdy nikogo, kto zagorzale kibicował, więc kibic był trochę moim Innym, otoczonym wianuszkiem stereotypów wyrytych w opinii publicznej. Kiedy ich poznałam, musiałam zmienić zdanie. Nie dlatego, że od razu złapaliśmy wspólny język – jeśli w ogóle – ale dlatego, że tam gdzie jest pasja, słowa płyną strumieniem. Poznałam ludzi na poziomie, potrafiących długo i wyczerpująco mówić o tym, co kochają – bardziej nawet o  wspólnocie niż o  piłce. Zjawisko, którego nigdy nie rozumiałam, pokazało mi się od najlepszej strony, podrasowane na pewno dobrym PR-em. Kiedy zapytałam o wartości, jakimi kierują się kibice, przy autoryzacji zasugerowano mi, żeby zmienić słowo „wartości” na „Zasady”. Paradoks polega na tym, że nieważne jakiego terminu użyjemy, cały czas mówimy o tym samym, dopiero kiedy w grę wchodzi rozumowanie kategoriami polityki, pojawiają się nieporozumienia i nieufność. Ja poznałam ludzi, którzy żyją według wartości – Zasad – takich, jak solidarność, lojalność, braterstwo.

Z jednej strony zaimponował mi ich idealizm, z drugiej zdziwiła pewna plemienność, która u radykalnych kibiców przeradza się w  tworzenie barier, co w  ich wypadku uniemożliwia dialog. Rozmowy, które przeprowadziłam, pokazały mi dobrą stronę kibicowania, uświadomiły mi również, jak ważnym elementem bycia kibicem jest patriotyzm lokalny i przywiązanie do barw drużyny. Kibice nazywają się fanatykami, bo w ich przypadku oznacza to wierność i zaangażowanie, czyli cechy jak najbardziej pożądane u prawdziwego kibica. Nieporozumienie w ich odbiorze często więc rozbija się o słowa, a niestety o tym, co się mówi, a co się przemilcza, nie decydują jednostki, ale całe środowisko. W związku z tym, trochę naprawdę dobrego materiału przepadło w trakcie autoryzacji, a niektóre rzeczy nie zostały powiedziane wcale. Mimo wszystko to, co ukazuje się waszym oczom w tym numerze „Biura”, powinno przybliżyć wam ideologię towarzyszącą zjawisku kibicowania i jednocześnie oddać ich punkt widzenia.

18


Max i Tomek Figur, zdjęcie: Agata Kalinowska

19


ROZMOWY

J es teś k i b i c e m W KS Ś l ą s k o d d a w n a. J a k by ś s i ę czu­ła będąc wielkim fanem jakiejś drużyny ligowej z innego kraju Europy, np. Realu Madryt albo F.C. Barcelona? Anonimowa: Ideą kibicowania jest przede wszystkim uczestnictwo w  meczach na żywo, robienie oprawy, jeżdżenie na wyjazdy, co przede wszystkim nie byłoby do końca możliwe w  przypadku lig innych niż polska. Dodatkowo wynika tutaj kwestia przynależności do kraju, do miasta, do historii. Żeby to do końca zrozumieć, trzeba poczuć atmosferę stadionu. Oczywiście mogę sobie pooglądać dobrą piłkę w  telewizji, bo nie oszukujmy się, polskiej lidze daleko do ligi angielskiej lub hiszpańskiej, ale moją drużyną jest Śląsk, tutaj mam swoje korzenie.

ne z działaniami miasta i klubu, bo poza tym, że piłkarze podkreślają, jak fajnie jest grać, kiedy są pełne trybuny, to my po prostu ich wspieramy tym, że jesteśmy, dopingujemy i dodajemy im skrzydeł. W końcu wszystko się ze sobą połączyło – działalność kibiców, klubu, miasta, to że nagle dostrzeżono potencjał w  tym, że można promować całe miasto przez klub sportowy. Nie przypisywałabym zasług samym kibicom. Uważacie się za patriotów? Tak.

A jak to jest u was z zasadami? Powiedz­ my, że drużyna ma słaby sezon, nie idzie jej najlepiej i niektórzy przestają chodzić na mecze. To jest raczej postawa mało akceptowana czy zachowanie dość po‑ wszechne? Panuje przekonanie, że albo jesteś kibicem danej drużyny na dobre i  na złe, albo jesteś sezonowcem lub kibicem sukcesu, czyli osobą, która się pojawia, kiedy drużyna odnosi sukcesy. Wtedy jest modne chodzić na mecze i wspierać drużynę, ale prawdziwy kibic będzie kibicować niezależnie od tego, jak klubowi idzie. Przerabialiśmy już drugą, a nawet trzecią ligę i  prawdziwi kibice nie odwracali się od drużyny, tylko wspierali ją zawsze. Jak mniej więcej różnicuje się środowisko kibiców? Na pewno są Ultrasi. To są wyodrębnione formalnie grupy, które zajmują się robieniem oprawy i prowadzeniem dopingu na meczach. We Wrocławiu pierwsze grupy Ultras zaczęły powstawać jakoś po 2003 roku. Trwa też do tej pory pojęcie piknika, czyli osoby, która czasami przychodzi na mecze u siebie, ale nie jest stuprocentowym kibicem. Poza tym nie istnieje raczej jakiś sztywny podział, są grupy bardziej zżyte i  zaangażowane, które jeżdżą na wyjazdy i lepiej się znają oraz osoby, które pojawiają się głównie na meczach u siebie. Są też oczywiście wspomniani kibice sukcesu. Nie macie poczucia, że w  dużej mierze jest to wasz wkład, że WKS jest teraz mi‑ strzem Polski? Myślę, że to jest wszystko połączo-

Ale ile ma to wspólnego z nacjonalizmem, z jakim utożsamiają kibiców media? Ja mam takie odczucie, że powiedzenie „Jesteśmy patriotami” jest teraz strasznie niemodne i źle odbierane, od razu zaczyna się to przykładać do skrajnej prawicy i negatywnych zachowań. Z jednej strony, jako społeczeństwo, patrzymy z zachwytem na Stany Zjednoczone, gdzie dzieci od małego są uczone patriotyzmu: flagi wywiesza się wszędzie, jest się dumnym ze swojego kraju i z bycia Amerykaninem. Natomiast u  nas to jest trochę bardziej wstydliwe, patriotyzm od razu łączy się z  ortodoksyjnym katolicyzmem, z jakimiś neonazistowskimi poglądami. W moim odczuciu patriotyzm polega na tym, że jest się dumnym z bycia Polakiem i dumnym z naszej historii. Faktem jest jednak również to, że są osoby, które mają bardziej skrajne poglądy, i  to jest niestety niesprawiedliwie przekładane na całą grupę. Nie denerwuje was obraz kibiców w me‑ diach, który najbardziej radykalne posta‑ wy i  agresywne zachowania podczepia pod całą grupę społeczną? To są potępiane zachowania, ale chwytliwe medialnie. Weźmy na przykład absurdalną sytuację z Gdańska, gdy zdenerwowane dziecko zrzuciło z trybun banana, co poskutkowało tym, że od tej pory na mecze Lechii nie można wnosić bananów, bo jest to przejaw rasizmu. Podobnie było, gdy na meczu, który z trybun oglądały dzieci, padło pytanie „Czy uczą was w  szkole kim byli Żołnierze Wyklęci?” (zbrojne podziemie antykomunistyczne działające na terenie Polski po II wojnie światowej, prześladowane przez NKWD), wtedy „GW” napisała, że to jakaś fatalna

20

indoktrynacja. W informacjach medialnych podkreśla się zawsze, że sprawca kradzieży, pobicia etc., był kibolem (tak jakby to było ważniejsze od tego, czy był lekarzem, budowlańcem czy profesorem), pełno jest nierzetelnej dziennikarskiej nagonki, niepotwierdzonych w żaden sposób informacji o „czynach kibolskich”. W rzeczywistości na stadionie podczas meczu znajduje się 20 tysięcy osób, wśród których będziesz miała prawników, lekarzy, polityków, osoby z rodzinami, będziesz też miała wśród tego tłumu osoby problematyczne i wystarczy, że jedna z tych osób coś zrobi, wtedy tendencja jest taka, żeby od razu to nagłaśniać i podciągać pod całe środowisko. Znany jest też fakt, że pewien wrocławski dziennikarz – bez nazwisk – który pisze o kibicach i skandalicznych zachowaniach na stadionie, nigdy jeszcze na tym stadionie nie był. Jak jest na wyjazdach, są stosowane jakieś specjalne środki bezpieczeństwa? Wyjazdy są naprawdę bezpieczne z kibicowskiego punktu widzenia. Jedyne, co można zarzucić, to że na wyjazdach są przede wszystkim łamane podstawowe prawa obywatelskie kibiców. Potrafią nas trzymać w sektorze gości nawet po kilka godzin bez wody, jedzenia i  możliwości skorzystania z toalety. Z reguły jest tak, że kibice gości trzymani są na stadionie tak długo, dopóki kibice miejscowi się nie rozejdą. Rekordem był chyba Chorzów, gdzie staliśmy na sektorze kilka dobrych godzin. Jeżeli wracamy pociągiem, to często jesteśmy wpychani po kilkaset osób do dwóch wagonów i wtedy ulubioną rozrywką policji jest wpuścić gaz. Nieraz się to zdarzało i nie ma się co dziwić, że niektórzy reagują agresywnie. Natomiast, kiedy jedziemy samochodami, stacje benzynowe zamykają się przed kibicami, bo właściciele boją się kradzieży, chociaż na stacjach jest mnóstwo policji, więc można łatwo temu zapobiec – wystarczy wpuszczać nas na stację małymi grupami. Doprowadza to do napięć, bo kiedy nie można zatankować samochodu ani skorzystać z toalety, nawet najspokojniejsze osoby się denerwują, nie da się przecież jechać z pustym bakiem. Czy identyfikacja z grupą kibiców Śląska daje ci poczucie przynależności, bezpie‑ czeństwa?


POLSK A JEST NIE T YLKO BIAŁO-CZERWONA

Jest u nas takie hasło „Pasja godna poświęcenia” i myślę, że ono oddaje idealnie nasz stosunek do kibicowania. W pewnym momencie orientujesz się, że twoje życie toczy się praktycznie na stadionie i  ludzie, z którymi spędzasz czas prywatnie, to znajomi i przyjaciele ze stadionu. Jeśli chodzi o przemoc, to czy wyobrażasz sobie, że w jakiejkolwiek sytuacji zagrożenia zostawiasz swojego brata czy siostrę i wiejesz? Jest to kwestia zasad, chyba nie tylko w kibicowskim świecie, ale też normalnie w  życiu. Nieraz już przekonałam się, że można zaufać tym ludziom. Opowiedz mi trochę o kobiecym aspekcie bycia kibicem. Czy można czuć się kobie‑ co na meczu, jakie macie stosunki z kole‑ gami kibicami? Ciężko jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, bo z jednej strony jest się

traktowanym jak kumpel, z którym można napić się piwa i pogadać o meczach, z drugiej strony jest się takim kumplem pod specjalnym nadzorem. Trochę bardziej się o nas dba, bardziej martwi o nasze bezpieczeństwo, no i jesteśmy przepuszczane w większości kolejek. Powiedziałabym raczej, że w gronie znajomych jest się traktowanym jak taka młodsza siostra. Na stadionie zresztą nie zastanawiam się nad kobiecością, nie biegam tam w szpilkach i  spódniczce, bo to by było totalnie niepraktycznie, szczególnie podczas meczu na wyjeździe, tam jestem dla swojej drużyny i  emocji, które mnie przyciągają na stadion, a nie dla prezentowania się. Widzę, że masz kolczyki w  barwach Śląska, macie jeszcze jakąś biżuterię, ak‑ cesoria tego typu? Jest jakaś kobieca wer‑ sja outfitu kibica? Jak sobie radzicie z do‑ minacją bluz z kapturem i szalików?

Zasadniczo, aż tak nasza garderoba się nie różni od męskiej. Podstawą są bluzy, kurtki, koszulki, oczywiście bywają one w damskim kroju, ale i tak najwięcej ciuchów zarówno tych produkowanych przez klub, jak i przez samych kibiców, kierowana jest raczej do męskiego odbiorcy. Jest to zrozumiałe, patrząc na liczbę dziewczyn na stadionach. Dużo gadżetów produkują sami kibice, a typowo dziewczęce dodatki powstają z zapotrzebowania na nie, wystarczy zebrać kilka osób, żeby wyprodukowanie danej rzeczy było opłacalne. Tak powstają kolczyki, opaski, torebki dla dziewczyn, mam taką miejską torebkę w barwach WKS. W ostatnich latach wiele się w tej kwestii poprawiło. Moim zdaniem nawet za bardzo w  niektórych klubach, bo robią nawet różowe ciuszki z herbami albo stringi klubowe, a  to już dla mnie przesada.

Tomek: Można wulgaryzmy obrócić w inne słowa, np. „Kura” albo „Sędzia Emil” Tomek Figur: Jakie jest twoje podejście do kibicowania? Najbardziej zależy mi na na poczuciu wspólnoty kibicowania w regionie, w tym oczywiście na dużej frekwencji na meczach, dobrze zorganizowanych i imponujących oprawach meczowych i  pozytywnym przekazie medialnym. To jest moje marzenie. Niestety nadal panuje negatywny stereotyp kibica, który owocuje tym, że wychodząc na miasto w  koszulce lub bluzie z emblematami Śląska możesz budzić lęk, a ludzie mogą niechętnie z tobą rozmawiać. Zauważ, jak inaczej postrzega się ludzi noszących koszulki lub bluzy innych europejskich klubów, jak Chelsea, Barcelony czy Realu. Jest to wręcz modne w niektórych środowiskach i nie ma problemu z pojawieniem się w takim stroju na imprezie. Organizacje kibicowskie są najbardziej piętnowane w  niektórych mediach. Jaki jest stosunek kibiców do obrazu Śląska, jaki prezentują te media? Redaktorzy działów sportowych wrocławskich gazet piętnują Śląsk i jego najzagorzalszych kibiców uważając, że robią to na jego korzyść. Narzekają na łamach prasy, że na stadionach jest niebezpiecznie i  że frekwencja jest niska, a  faktem jest, że sami napędzają ten mechanizm poprzez negatywny obraz kibiców Śląska, jaki przedstawiają. Kiedy pewnego razu grupa kibiców z trybuny B przebiegła się po trybunie C, zostało to natychmiast na-

głośnione, chociaż nikt nie wspomniał, że nic się nie stało i żadne akty przemocy nie miały miejsca. Pewnego razu dzieci kibicujące na meczu zostały przykryte sektorówką (wielką flagą, przykrywającą cały sektor), która jest jedną z  największych w Polsce. Zorganizowali to Ultrasi, którzy są odpowiedzialni za oprawę. Dzieciaki były zachwycone, że mogą uczestniczyć w oprawie meczowej, zwłaszcza, że do tej pory widziały ten element tylko w telewizji. Mogły uderzać we flagę, sprawiać, żeby falowała i dawała radość innym kibicom na stadionie. Po całym tym zdarzeniu jedna gazeta opublikowała pełną wzburzenia relację, że przez rozkaz Ultrasów dzieci pozbawione zostały możliwości oglądania meczu, bo kazano im wejść pod sektorówkę. To typowe nieporozumienie w odbiorze zjawiska, jakim jest mecz i kibicowanie. Taki dziennikarz, nawet jeżeli pisze relację w dobrej wierze, robi to na niekorzyść Śląska. Masz na myśli, że kibicowanie to nie tylko oglądanie piłki, ale coś znacznie więcej? Kibicowanie na żywo i oglądanie meczu to dwie różne sprawy. Mecz mogę sobie obejrzeć w domu, przeczytać analizy, statystyki, zobaczyć skróty i upewnić się na przykład, że w danym momencie faktycznie był spalony albo faul. Kibicowanie natomiast to przede wszystkim poczucie wspólnoty, atmosfera meczu, sposób na wyładowanie emocji drzemiących w człowieku. Na stadion idziesz, żeby pokrzyczeć, porozmawiać z kumplami, z którymi

21

masz okazję widywać się niekiedy tylko na stadionie. Tworzymy silną grupę i to jest naprawdę odczuwalne, kiedy 5 tysięcy ludzi skanduje rytmicznie jakieś hasło lub przyśpiewkę. Emocje są porównywalne do wielkiego rockowego koncertu. Kiedy idziesz na koncert Iron Maiden, a  jesteś jego fanem, to masz gęsią skórkę, i  tak samo jest na meczu Śląska. Jest wiele dziedzin życia, w których doj‑ rzewasz i  masz różne poziomy emocji, tak jak pisarz dojrzewa jako pisarz albo muzyk dojrzewa muzycznie do nowych gatunków, jest taki proces dojrzewania u  kibica, jakieś poziomy inicjacji i  wta‑ jemniczenia? Nie zaobserwowałem jakiegoś uporządkowanego procesu inicjacji, ale faktycznie można zaobserwować, jak działa fenomen piłki na przykładzie ludzi, którzy swoją przygodę z kibicowaniem dopiero zaczynają. Weźmy choćby mojego kolegę z pracy. Z  nim było tak, że pracując z  nami codziennie widział nasz „ołtarzyk Śląska”, gdzie trzymamy różnego rodzaju gadżety, jak zdjęcia z wyjazdów, zdjęcie drużyny, autografy, szalik w barwach Śląska. Mamy synów w tym samym wieku, więc któregoś razu poszliśmy w  końcu razem na mecz z  dzieciakami. Od tamtej pory zarówno on, jak i  jego syn, chodzą na wszystkie mecze i mają karnety. Najważniejsza jest więc miłość do sportu, jeżeli poczujesz atmosferę meczu i  uwielbiasz sport, to możesz wsiąknąć głęboko. Każdy mecz budzi mnóstwo emocji, już trzy dni przed


ROZMOWY

dyskutujesz, ilu będzie kibiców, czy będzie oprawa i jak będzie wyglądać, kogo trener wystawi, etc. Emocje po meczu nie opadają szybko, w poniedziałek oglądamy skróty najciekawszych momentów spotkania, rozmawiamy zarówno o aspektach sportowych spotkania, jak i o skandalach w szatni. Wspólnota jest obudowywana takimi właśnie rzeczami, to łączy. Nie masz problemu z  żoną przez to, że ciągle gadasz o piłce, oglądasz mecze, za‑ bierasz pilota od telewizora? Żona też kibicuje, ale ona jest z  tych kibiców, którzy wolą oglądać mecze w domu. Żona pilota nie dotyka. Gosia: Nie mam z  tym problemu, ja w ogóle lubię piłkę nożną, jako kibic ewoluowałam razem z Tomkiem. Tomek: Gosia raczej lubi piłkę nożną jako piłkę nożną. Lubi się skupić na grze, obejrzeć Ligę Mistrzów, Mistrzostwa Europy albo Świata. Ja też lubię dobrą piłkę, oglądam ją jednak konesersko i nie traktuję tego tak emocjonalnie jak  mecze Śląska. Cały czas w kontekście polskiej ligi mówi się o kosie, zgodzie, meczach przyjaźni, ustawkach, albo inaczej – o ustawkach się raczej nie mówi. O ustawkach się oczywiście nie mówi (śmiech). Sprawę kosy i zgody najłatwiej wytłumaczyć na przykładzie historii. Wiadomo, że Polska od zawsze nie lubi się z Rosją i z Niemcami, podobnie jest ze sprawą drużyn, które mają ze sobą kosę. Jestem kibicem relatywnie młodym i  nie próbuję dochodzić źródeł konfliktów, które stanowią o  „kosie” między kibicami pewnych drużyn. Na pewno były bardziej przypadkowe niż zatargi historyczne. Faktem jest jednak, że kosa i zgoda podkręcają atmosferę i  są motywem chętnie podchwytywanym przez media. Mówi się o meczach derbowych, meczach przyjaźni czy meczach rywalizujących ze sobą drużyn i jest to trochę chwyt marketingowy, podkręcający frekwencję. Na jutrzejszy mecz z Zagłębiem, z którym mamy kosę, na pewno przyjdzie więcej ludzi. Głośniej się będzie śpiewało, kibice dadzą z siebie więcej. Mecze, w  których mogą uczestniczyć kibice drużyny przeciwnej, mają większy sens. Całą zeszłą rundę krzyczeliśmy w stronę pustego sektora gości, że Śląsk Wrocław jest najlepszy – o tym, że jesteśmy najlepsi, to my wiemy (śmiech). Trzeba to jednak wyartykułować kibicom drużyny przyjezdnej. I kibice przyjezdni mają w ogóle jakąkol‑ wiek szansę, żeby was przekrzyczeć?

Jeżeli już mają okazję, to chyba tylko w trakcie trwania tzw. „Szkocji”. Nie wiem, czy ktoś ci opowiadał, co to jest. Jest to rodzaj dopingu, który rozwija się w  rytm podawany przez gniazdowego. Cały stadion wtedy wstaje, nastaje cisza i  wszyscy zaczynają powoli, rytmicznie klaskać. Później coraz szybciej i  szybciej, aż kończy się to głośnymi oklaskami i krzykiem. Ten moment, gdy robimy „Szkocję” i na początku jeszcze jest cisza, kibice drużyny przyjezdnej wykorzystują do zaznaczenia swojej obecności na stadionie. Jeśli są to kibice, z którymi nie mamy większego zatargu, to zaczynają swój doping, jeśli natomiast mamy kosę... To przeszkadzają. Nam wtedy nic nie przeszkadza. Chodzi o to, że właśnie wtedy są słyszalni, chociaż stosunek liczby miejscowych do przyjezdnych to, powiedzmy, 20:1. W  normalnej sytuacji nie mają szansy nas przekrzyczeć, ale w tym momencie mogą zrobić wulgarną wrzutkę. Często wtedy spiker musi się odezwać, a w telewizji ściszają odgłosy trybun, bo niektóre rzeczy się nie nadają do przedstawienia w mediach. Nawet wtedy jednak, jeśli pojawiają się wyzwiska czy przekleństwa, to nie są pełne chorej nienawiści czy uprzedzeń. Te śpiewy rodzą się zazwyczaj spontanicznie. Pewne melodie czy okrzyki są podchwytywane, wyzwala to sporą dawkę adrenaliny, pozwala rozładować stres. To niestety jest minus, gdy zabiera się ze sobą dziecko na mecz. Ja zabieram syna na każdy mecz, ma nawet swój karnet.

rem będą w telewizji powtórki i  wywiady z  zawodnikami, to „odbijemy” sobie w domu. Ale on chyba nie rozumie tych wywia‑ dów? Wiesz, tu nie chodzi o to, co oni tam mówią. My znamy kilku zawodników Śląska osobiście. Kilku z nich mieszka na naszym osiedlu, Max przybija sobie z nimi piątkę w Żabce. Wielu z nich go zna, więc nie są to dla niego anonimowi ludzie. Mój młody chodzi do przedszkola z synem byłego kapitana Śląska, który też mieszka obok nas. W przedszkolu stworzyli nawet coś w rodzaju własnego fanklubu Śląska, w  salach są porozwieszane plakaty drużyny i kalendarze z emblematami. To jest właśnie budowanie tej pozytywnej mody na Śląsk. Absolutnie Maxa do niczego nie zmuszam. Chcę jednak, żeby dla niego było oczywiste, że w weekend jest mecz, tak samo jak my pamiętamy, że w niedzielę był „Teleranek”. Rodzicom się to nie do końca podoba, że wnukowi niedziela kojarzy się z meczem. A jesteście wierzący? Tak, jesteśmy. I co się dzieje w taką niedzielę meczową, idziecie do kościoła i na mecz, czy raczej wybieracie mecz? Niestety raczej to drugie. Pójść na mszę to już jest jakiś wysiłek dla dzieciaka, później jeszcze na stadion... Ale to nie będzie w jakiejś katolickiej gazecie (śmiech)?

I co wtedy, zatykasz mu uszy? Nie, no co ty. Niekoniecznie. Można wulgaryzmy obrócić w  inne słowa, np. „Kura” albo „Sędzia Emil”. Młody nie musi rozumieć, o co chodzi. Chociaż bywa, że podłapuje. Ostatnio mu się przypadkiem wymsknęło przy dziadkach i miał rozmowę „edukacyjną” z babcią. A  kiedy nie możesz Maxa zabrać na mecz, bo coś wypadnie albo jest chory? Denerwuje się wtedy, czy raczej przyjmu‑ je to ze spokojem? Raczej ze spokojem. To jest małe dziecko (Max ma 5 lat). Ma swoje etapy. Teraz mam wrażenie, że jest na etapie przesytu piłką, więc staram się go nie zmuszać. Kiedyś przyznał się babci, że to go trochę nudzi, więc postanowiłem na jeden mecz go ze sobą nie zabierać. Od razu zaczął się dopominać, kiedy idziemy na kolejny mecz, twierdząc, że wcześniej „mu się tak tylko powiedziało”. Jutro nie będę mógł go zabrać ze sobą, bo był chory, ale wieczo-

22

Żartuję. Niestety muszę się przyznać, że odkąd zaangażowałem się w kibicowanie, spadło mi zaangażowanie religijne. Jako ojciec jednak zwracam uwagę na zaangażowanie religijne mojego syna, które jest podtrzymywane choćby przez lekcje religii w przedszkolu. Pewnego razu siostra zakonna powiedziała synowi, że jak się nie chodzi do kościoła, to pan Bóg jest smutny, więc musiałem mu wytłumaczyć, że pan Bóg jest też smutny, gdy Śląsk przegrywa. Jesteś przesądny, masz jakieś rytuały przed meczem? Nie, żadnych rytuałów nie mam. Jestem z natury optymistą. Zresztą, co się może złego stać? Owszem, źle się dzieje, jeśli nam władze np. zamykają stadion. Jak już jednak jadę na mecz i mam bilet w kieszeni, to niczym się nie martwię. Przegrają? Trudno. Żaden klub nie może mieć płyn-


POLSK A JEST NIE T YLKO BIAŁO-CZERWONA

nej fali sukcesów, kiedy nie ma stabilności zarządzania i stabilności finansowej. A tak niestety jest w przypadku Śląska. Złe decyzje transferowe, oddawanie – tak jak ostatnio – za darmo najlepszego obrońcy, który teraz radzi sobie fantastycznie w lidze rumuńskiej, to może denerwować. Nie doszukiwałbym się źródeł niepowodzeń w tym, że piłkarzom się nie chce, to chyba nieprawda. Znam paru z nich i po rozmowach z  nimi mogę z  czystym sumieniem powiedzieć, że ich ambicją jest granie dobrej piłki. Trzeba jednak zrozumieć, że dla piłkarza to jest praca. Nie możemy na każdego piłkarza przekładać naszego przywiązania do klubu i barw, i mieć do niego pretensji, że odszedł do innego klubu. Możesz mi przybliżyć podziały na różne rodzaje kibiców?

Oczywiście istnieją nieformalne podziały. Są tzw. pikniki, kibice sukcesu budowlanego, turyści stadionowi i inni, którzy na mecz przyszli jak do teatru. Ponadto jesteśmy my – fanatycy (chodzi o fanatyzm w kwestii dopingu i kibicowania, o wspieranie i organizowanie opraw meczowych, udział w wyjazdowych spotkaniach drużyny etc.). Inną grupą są tzw. „kumaci”, którzy mają swoją „ligę”, i w tej „lidze” liczą się chyba inne rzeczy niż piłka nożna. A czemu „kumaci”? Bo wiedzą o  co chodzi (śmiech). Tak szczerze, to dopóki działają w ich własnym świecie i na ich zasadach – to ich sprawa. Mnie osobiście wystarcza pójście na mecz i doping na stadionie.

Wiesz, czemu tramwaje i autobusy we Wrocławiu są obklejone emblematami Śląska? To jakaś zakonspirowana akcja kibiców, jak malowanie graffitti czy coś w tym stylu? Te naklejki są w pełni legalne. Wrocław­ scy motorniczy mają swój własny, prężnie działający klub kibiców. Zorganizowali w ramach promocji miasta i klubu naklejki -emblematy Śląska i ponaklejali je na autobusy i tramwaje. Gosia: Ma to swój paradoksalny skutek w tym, że teraz kibice bronią tramwajów przed wandalami. Ostatnio byłam świadkiem sytuacji, kiedy ktoś zaczął kopać w drzwi – od razu zaczęło się skandowanie: „Zostaw tramwaj! Zostaw tramwaj!”.

Max: Lody! Cześć Max! Powiedz mi, czy lubisz kibico‑ wać Śląskowi?

A w  co będziesz grał, jak już będziesz mógł?

wa mecz? No nie, bo na stadionie nie ma.

Max Figur: Tak.

No może w taką... układankę hydraulika!

A co jest na stadionie?

A w piłkę nożną na komputerze nie bę‑ dziesz grał?

Hot-dogi i popcorn. Czasami mi tato kupuje hot-doga.

A jak bardzo? W skali od 1 do 10. Sto. I krzyczysz na stadionie „Hej, Śląsk!” Mało.

No może. W taką z pilotami.

Masz swój szalik, Max? Pilnujesz, żeby go nie zgubić?

A co lubisz jeść? Kurczaka, lody? Pilnuję! Lody!

A krzyczysz w domu? Więcej.

Jaka jest twoja ulubiona gałka?

Lubisz grać na komputerze? No dopiero… jeszcze nie grałem.

Czekoladowa.

I nie jest za duży, nie boisz się, że się za‑ plączesz i udusisz? Jest duży, ale nie boję się.

Tata zabiera cię na lody, jak Śląsk wygry‑

Od kiedy kibicujesz Śląskowi Wrocław? Paweł Parus: Tak naprawdę chyba od dziecka. Urodziłem się we Wrocławiu i za sprawą mojego brata, który był piłkarzem ręcznym Śląska Wrocław, zaraziłem się sportem. Miało to też wpływ na to, że stałem się fanem sportu i na zawsze zacząłem kibicować drużynom z Wrocławia.

Czy uważasz się za patriotę? Tak, jestem patriotą. Z pewnością z tym pojęciem nie utożsamiam słowa rasista i daleki jestem od tego, żeby jakąkolwiek grupę społeczną dyskryminować. Wartości patriotyczne natomiast z  pewnością we mnie drzemią.

Mam takie pytanie, które mnie intryguje od dawna: jakie są emblematy Śląska, co jest na waszej fladze?

Jaki jest twoim zdaniem stereotyp kibica i dlaczego się z nim nie zgadzasz?

Przede wszystkim każda flaga Śląska powinna być w barwach zielono-biało -czerwonych, bowiem to są barwy Śląska. Bardzo często znajduje się tam herb, który również jest ułożony z tych kolorów, oraz orzeł, który kiedyś był w herbie Wrocławia.

Stereotyp kibica stworzony został na bazie społecznej historii ruchu kibicowskiego, który w Polsce pojawił się prosto z Anglii. Przez wiele lat samo środowisko kibiców sprawiło, że zaczęto ich postrzegać jako bandę kiboli, która się tylko ze

23

sobą bije. Kiedyś na stadion przychodzili tylko szalikowcy we flyersach. Od pewnego czasu to środowisko uległo bardzo dużej zmianie. Niestety, wciąż wiele osób i instytucji tego nie dostrzega i wciąż wydaje im się, że na stadionie znajduje się grupa rasistów czy skinheadów. Jest to oczywiście kompletną bzdurą, czego przykładem jest choćby nasze stowarzyszenie (Klub Kibiców Niepełnosprawnych). W naszym środowisku jest mnóstwo osób, które są studentami, lekarzami, nauczycielami i  chodzą na mecze Śląska Wrocław. Uważają się za kibiców. Absolutnie nie popieram tego stereotypu, na który co prawda, sami kibice zapracowali sobie w  latach 80. czy 90. Wydaje mi się, że przede wszystkim sam wrocławski sta-


ROZMOWY

Paweł Parus, zdjęcie: Agata Kalinowska

24


POLSK A JEST NIE T YLKO BIAŁO-CZERWONA

dion udowadnia, że wiele się w tej materii zmieniło. Teraz na stadionie jest 20 tysięcy ludzi, z czego niepoprawnie zachowuje się kilkaset osób. Powiem więcej, na ostatnich dwóch meczach, które odbyły się we Wrocławiu, np. na meczu z  GKS Bełchatów, przez 180 minut nie pojawiła się ani jedna bluzga. Warto o tym mówić, bo kiedyś te bluzgi były na stadionach non stop. Teraz na szczęście jest ich wyraźnie mniej. Mam pytanie o KKN, bo słyszałam pogło‑ ski, że jesteście jedną z najbardziej impre‑ zowych grup kibiców, co roku macie swój bal. Jest wiele okazji do zabawy? Wydaje mi się, że obszar aktywizacji poprzez zabawę jest jednym z  wielu obszarów. My po prostu jesteśmy grupą przyjaciół, a skoro jesteśmy grupą przyjaciół, to się wspólnie spotykamy. Nie tylko na stadionie, nie tylko na koncertach muzycznych, ale też na imprezach, na urodzinach, imieninach, Wigilii. Meczów jest wiele i sądzę, że te, na których się spotykamy, to jedna strona tego ruchu. Drugą są prywatne kontakty. A skoro są prywatne kontakty, to są wspólne imprezy, które jeszcze bardziej zacieśniają nasze relacje i sprawiają, że nasza grupa jest bardziej zgrana. O  potrzebie wspólnej zabawy świadczy fakt, że chętnie wstępują do nas nowi ludzie. Co ciekawe, specyfiką tej grupy jest to, że jak ktoś do niej trafia, to raczej już z niej nie odchodzi. Klub Kibiców Niepełnosprawnych liczy w tym momencie ponad 300 osób. Wspominałeś, że lubicie wyjść na koncert, na czym ostatnio byliście? Tak się składa, że na ostatnim koncercie byliśmy w  środę, był to koncert Raya Wilsona, któr y prezentował reper t uar Genesis. Fantastyczny koncert. Dał nam mnóstwo relaksu i  pozwolił odetchnąć od codziennej pracy. Dość duża grupa osób z KKN była ponad miesiąc temu na koncercie

Scorpionsów. 11 listopada wybieramy się do Hali Orbita na Wrockfest. A jak to jest z podziałem na „wózkersów” (osoby na wózkach) i „chodzików” (osoby w pełni sprawne)? Jak się do siebie odno‑ sicie nawzajem?

przeczytanie codziennej gazety. Co wcale nie oznacza, że nie czekamy na te mecze z niecierpliwością. Nie masz problemów z dostaniem wolne‑ go w pracy, kiedy chcesz iść na mecz?

Przede wszystkim mamy do siebie dystans i określamy się wielokrotnie różnymi nazwami. Bardziej lub mniej śmiesznymi. Oczywiście nie lubimy tego stereotypowego pojęcia kaleka albo inwalida. Czasem żartujemy ze swojej niepełnosprawności. Na przykład z  tego, że nie możemy się oparzyć, bo tego nie czujemy. Często robimy sobie żarty. Rzeczywiście mówi się w  środowisku osób niepełnosprawnych o  wózkersach, o  chodzikach, o  ślepych. Absolutnie nam tego typu nomenklatura nie przeszkadza, jest to na porządku dziennym, bo jak mówiłem, mamy do tego dystans.

Nie, nigdy. Człowiek, który faktycznie potrzebuje pójść na mecz, dla którego jest to hobby, jest w stanie wywalczyć sobie wolne u  pracodawcy. Na szczęście w większości przypadków te terminy nie kolidują z obowiązkami zawodowymi. Ja akurat zajmuję się projektem, który jest związany z organizacją meczów, więc nie potrzebuję brać sobie wolnego. Sam o tym decyduję. Życie pokazuje, że inni też nie mają z  tym problemu. Oczywiście jeden korzysta z urlopu, żeby pojechać w góry, drugi, żeby posprzątać mieszkanie, trzeci na remont, a czwarty po prostu na mecz, bo to kocha. Tym się różnią kibice od tych, którzy w inny sposób spędzają wolny czas.

Chciałabym się dowiedzieć, jaka jest róż‑ nica dla was między meczem Śląska a me‑ czem reprezentacji Polski.

A co robisz w czasie wolnym, lubisz się wyspać, oglądasz telewizję, siedzisz na necie?

Dla większości osób mecz Śląska jest bliższy sercu i koszuli. W większości pochodzimy przecież z Wrocławia. Na te mecze chodzimy regularnie. Mało tego, to my organizujemy wyjścia na wrocławskie spotkania, przez co mamy możliwość zgromadzić na nich dużo więcej osób. Mecz reprezentacji jest jednak pewnego rodzaju świętem. Po pierwsze dlatego, że zdarza się dużo rzadziej, po drugie jest to reprezentacja Polski, która reprezentuje nasz naród w rozgrywkach międzynarodowych. Mecz reprezentacji jest ogólnopolskim świętem piłkarskim i chyba to jest ta główna różnica. Nie ukrywam, że w  swoim życiu byłem przynajmniej na 30 meczach reprezentacji Polski. Jeżdżę na nie regularnie od 1993 roku i  za każdym razem było to coś niezwykłego. Mecze Śląska są naszą powszechnością, więc wielu z nas traktuje to wręcz jak pójście do pracy lub

Lubię długo pospać, ale niestety nie mam na to zbyt wiele czasu, dlatego marzę o długim urlopie. Korzystanie z Internetu to z kolei część mojej pracy, trudno dziś wyobrazić sobie promocję organizacji bez częstego korzystania z Internetu. Telewizja? Nie pamiętam już kiedy ostatnio obejrzałem jakiś film lub mecz od pierwszej do ostatniej minuty. Owszem, telewizor jest włączony, ale żebym się na nim szczególnie skupiał... Jesteś rodowitym Wrocławianinem, na pewno masz swoje ulubione miejsca w mieście, nie licząc oczywiście stadionów? Poza stadionem najbardziej lubię halę sportową. Tak na poważnie, to jak każdy Wrocławianin kocham Rynek, Ostrów Tumski i Park Południowy. Najchętniej jednak wolny czas spędzam u swojej dziewczyny w Smardzowie. Niestety, zbyt rzadko.

25


ROZMOWY

GATUNEK SPLOTU BAWEŁNY

z Michałem Korchowcem, scenografem spektaklu Tęczowa Trybuna 2012, rozmawia Michał Grzegorzek

Osoba, którą poprosiłem o rozmowę z Tobą, nie zgodziła się na to. Po obejrzeniu spektaklu i zapoznaniu się z kostiumami, zdecydowała, że nie podejmie się tego zadania. Usłyszałem, że „to tylko shopping plus garderoba teatru”. Kibic jest ubrany jak kibic, ksiądz jak ksiądz itd. Nie ma w tym innowacyjności. Osoba, którą poprosiłem o rozmowę z Tobą, nie zgo‑ dziła się na to. Po obejrzeniu spektaklu i zapoznaniu się z kostiumami, zdecydowała, że nie podejmie się tego zadania. Usłyszałem, że „to tylko shopping plus garderoba teatru”. Kibic jest ubrany jak kibic, ksiądz jak ksiądz itd. Nie ma w tym innowacyjności. W  kostiumach, które tworzę, ważna jest przede wszystkim użyteczność. Nie jestem projektantem modowym, nie interesuje mnie także zjawisko street fashion. Ważne jest dla mnie budowanie postaci - zastanawiam się, co bohater może mieć w szafie. Ważnym aspektem jest integralność kostiumów ze scenografią. Są to czynniki, których nie można rozdzielić. Scenografia, nawet jak podaje wikipedia, to oprawa plastyczna, składająca się z przestrzeni i kostiumów.

Projekt scenografii jest zatem dla Ciebie ważniejszy? O scenografii trzeba myśleć jak o  instalacji, co w  trybie pracy nad naszymi spektaklami jest dosyć łatwe. Nie mam dostępu do tekstu, na podstawie którego powstaje przedstawienie, ponieważ rodzi się on w trakcie prób. Ważna jest natomiast idea, o której dyskutujemy. Ja muszę znaleźć wizualną odpowiedź na postawiony problem. Nie jestem w stanie wyłączyć kostiumów z myślenia o całej przestrzeni. Co do innowacyjności, to nie widzę potrzeby, żeby aktora „przebierać”. Aktor musi być po prostu „ubrany”, a wprowadzenie na scenę stroju ulicy jest w gruncie rzeczy czymś innowacyjnym, bo porzuca myśl o kostiumie, jako sztucznym „przebraniu” oderwanym od rzeczywistości.

26


Nie pasuje do tego postać Hanny Gron­ kiewicz-Watz... No tak, jednak należy zwrócić uwagę na to, co dana postać reprezentuje. Hanna Gronkiewicz Walc nie jest już prezydentem Warszawy, ale jej królową-właścicielką. Dla niej normalne jest zakładanie sukni z turniurą. Chodzi o wartość naddaną. I tu, dzięki kostiumowi, mogę separować pewną postać, dać jej coś szczególnego, co powoduje, że staje w opozycji do reszty bohaterów. Dzięki temu przerysowaniu, ona staje się uosobieniem władzy feudalnej. Zastanawiam się, czy taki wybór nie jest zdeterminowany budżetami? Nie, lubię magazyny, tu można znaleźć niezwykłe i niepowtarzalne rzeczy. Nie widzę nic złego w odnajdowaniu i przetwarzaniu już niepotrzebnych przedmiotów. Do tego dochodzi również tryb produkcji spektaklu. Nie mamy na to wielu miesięcy, tylko dwa. Nie ma czasu na to żeby np. jedna pani krawcowa zajmowała się dopracowywaniem szczegółów jednej sukni przez pół roku, a kostiumy sprzed wielu lat najczęściej takie są- wyszywane pieczołowicie, z dobrych materiałów, prawdziwych koronek, To są w wielu przypadkach prawdziwe skarby.

nieustannie sprowadzając rolę scenografów do dodatku do przedstawienia, w ich mniemaniu, tworzonego tylko przez reżysera, aktorów i autora tekstu. Nie mówię tu tylko o scenografii, ale również o muzyce, świetle, ruchu scenicznym i  wielu innych czynnikach. Wystarczy spojrzeć na recenzje i brak jakichkolwiek prób interpretacji tych zjawisk. „Po prawej stół, a po lewej krzesła, słychać psychodeliczną muzykę w tle”. Przecież to tylko opis. To tak, jakby teatr się jedynie opowiadało. Zupełnie inne podejście dostrzegalne jest, na przykład w  dziedzinie sztuk wizualnych. Proszę spojrzeć choćby na nagrody teatralne. Kto je dostaje, kto jest nominowany. Zgodziłbyś się zinterpretować swoją sce‑ nografię? Oszalałeś. Traktuję ją jako pełnoprawny przejaw sztuki, więc to tak, jakbyś zapytał malarza o  interpretację swojego obrazu. Poza tym Tęczowa... nie jest zbyt dobrym przykładem. W tym przypadku cała przestrzeń miała syntetycznie pokazywać polskie błoto. W oczywisty sposób łączy się z wymową spektaklu, jednak nie zawsze tak działam. W jednej z poprzednich realizacji na scenie pojawił się fluorescencyjny dinozaur, który pozostawał w kontrze do treści.

Kiedy pojawia się scenografia i kostium? Tak jak wspomniałem, w  naszych produkcjach zaczyna się od idei. Długo rozmawiamy o  spektaklu, nie tylko o scenografii. Dzięki temu czuję się pełnoprawnym twórcą naszego teatru. Tego jednak zdaje się nie zauważać krytyka,

W tym polskim błocie i codziennych ko‑ stiumach pojawia się szczególna grupa, niemal wielcy wykluczeni. Dlaczego zde‑ cydowaliście się, że to akurat homoseksu‑ alni kibice staną się ofiarą alienacji wła‑ dzy?

27

To prawda, ta grupa stanowi większość pośród innych bohaterów, a mimo wszystko jest wciąż mniejszością dla władzy. Zależało nam na stworzeniu ikonicznej hybrydy nietolerancji. To zestawienie może nie jest standardowe, ale działa jak soczewka. Do tego dochodzi poczucie, że mimo wszystko to kibice są bardziej nieakceptowani przez społeczeństwo. Kibic da ci w ryja, jest niebezpieczny. Owszem, istnieje teoria, że homoseksualiści od środka niszczą fundament rodzin polskich, ale to przecież mit. Natomiast kibice, a raczej kibole, mogą być traktowani jako realne zagrożenie. A to razem sprowadza się do prostej myśli, że władza wszystkich nas traktuje jak pedałów i kiboli. Jeśli chodzi o TT 2012 i jej wymowę, to trzeba jasno powiedzieć, a  powiedziało to już wielu, o  skandalicznej sytuacji niedostępności Euro dla kibiców. Te igrzyska opierały się głównie na losowaniu. Dla nas kusząca była sytuacja zażądania czegoś, buntu pewnej grupy społecznej - w  tym przypadku zażądania tęczowej trybuny. Absurdalne wydają się głosy, że to rodzaj getta. Czy ktoś w ten sposób nazywa strefę vip? Następuje odsłonięcie mechanizmu dialogu, który społeczeństwo prowadzi z warstwą rządzącą. Nie ma między nami zrozumienia, przez co jesteśmy wykluczani z kolejnych przejawów wolności. Kostium w TT 2012 to prosty komunikat. Od razu wskazuje typ bohatera. Czy tak samo prosta jest identyfikacja poprzez ubiór w życiu? Myślę, że historycznie społeczeństwo zawsze wydzielało grupy przynależne do danego terenu poprzez strój - łowicki,


ROZMOWY

góralski, stroje plemienne itp., ale też poprzez klasy społeczne. W czasach uogólniania, sprowadzania wszystkiego do jednego poziomu, wyrównywania, także jeśli chodzi o ubiór, większość wydziela „subkultury”, i to one potrafią emancypować się odzieżą, która staje się wtedy jasnym komunikatem. Czego manifestem jest dres? Odrzucając wszystkie przywary dresu, a patrząc tylko na parametry, dres powinien być manifestem wygody, aktywności, ruchu, dynamiki... 

Instalacja złożona z nowej polskiej rzeczywistości w czasach modernizacji. Płyta OSB, stal, plexi, trawa na orliki, wydmuszki od jaj, glina, folia… Teraz i ja zastanawiam się, co bohatero‑ wie Tęczowej mogą mieć w szafie. Myślę, że u wielu znajdziemy garnitur z pierwszej komunii świętej, który musieli jeszcze długo po niej ubierać na wszystkie uroczystości szkolne. Mam pewne przeczucie, że może też być sukienka, powiedzmy w typie Courtney Love. Schowana jest gdzieś bardzo głęboko.

Jest szansa, że to w nim odnajdziemy dzi‑ kość? Jeśli rozmawiamy o  gatunku splotu bawełny, to jest to zbyt abstrakcyjne, choć tak, jak z bawełną wiąże się historia o Afrykańczykach sprowadzonych siłą do Stanów Zjednoczonych, tak chyba i współczesne społeczeństwo lubi wydzielać z siebie grupy słabsze, które nazywa „dzikimi”. Michał, w  galeriach sztuki na tablicach informujących o autorze i tytule ekspona‑ tu, znajduje się również opis materiału, z którego dany obiekt został wykonany. Z czego wykonana jest TT 2012?

28


GATUNEK SPLOTU BAWEŁNY

Tęczowa Trybuna 2012 Pawła Demirskiego Reżyseria :Monika Strzępka Scenografia i kostiumy: Michał Korochowiec Muzyka: Jan Suświłło Choreografia: Rafał Urbacki Premiera w Teatrze Polskim we Wrocławiu 5 marca 2011 Zdjęcia: Natalia Kabanow

29


30


MATERIAŁY WIZUALNE

POT

Zdjęcia: Łukasz Rusznica Koncepcja sesji: Michał Grzegorzek Tekst: Bartłomiej Zdunek W sesji udział wzięła grupa Cheerleaders Wrocław. Dziękujemy za pomoc w sesji Teatrowi Polskiemu we Wrocławiu i Pani Agacie Stańczyk

Pot jest wydzieliną gruczołów potowych. Składa się przede wszystkim z wody, w stanowiącej jeden procent reszcie składu mieszczą się: tłuszcze, mocznik, kwas mlekowy, węglowodany i składniki mineralne (potas, wapń, magnez, żelazo). Dochodzi do tego jeszcze sól, ale to wie każdy, kto oblizuje ciało kochanka/kochanki bądź swoje wargi latem. Innymi słowy – pot to życie. Jest ewolucyjną bronią przeciwko przegrzaniu. Nie dyszymy jak psy, oblekamy naszą skórę delikatną warstwą przezroczystej substancji. Wydzielamy ją podczas wysiłku fizycznego, a w upale nawet przy biernej postawie. Także, gdy jesteśmy podnieceni lub zdenerwowani.

Dzień po dniu nawet do półtora litra potu. Sam pot nie śmierdzi, nie ma żadnego zapachu. Za wrażenia węchowe odpowiedzialne są rozkładające go bakterie, żerujące na skórze. Ludzie wydzielają pot. Ludzie to kobiety i  mężczyźni. Wszyscy razem, pachnący bądź nie, uzbrojeni w instynkt, pieniądze i inne gadżety, wkraczamy do dżungli z nozdrzami szeroko otwartymi.

31


MATERIAŁY WIZUALNE

TRENING

Zdjęcia: Łukasz Gawroński Asystent fotografa: Jan Zawadzki Stylizacja: Ola Topczewska, Stylizacja asystent: Aleksandra Kwiatkowska W sesji udział wzięli: Rafał Gikiewicz, Jasiek Klapa

CRASH 1. (krãsh) v. <<angielski: crasshe / staroangielski: crasshen, crashen>> zgrzytać, trzeć, gruchotać, łamać, zgrzytać [zębami]. CRASH 2. (krãsh) ad. << Crash 1.>> głośny, ostry, różnorodny dźwięk masywnych rzeczy upadających i rozbijających się: trzask upadającego drzewa lub walącego się domu, lub każdy podobny dźwięk. Crescendo (wł. kreszendo) muz. coraz głośniej. CRASH 3. (krãsh) n. <<pochodzenie niejasne>> mocna, gruba tkanina lniana używana do produkcji ręczników lub do pakowania.

KRESZ n. tkanina z włókna poliamidowego, fabrycznie gnieciona.

34


35


36


37


38


39


41


MATERIAŁY WIZUALNE

SZATNIA

Zdjęcia: Łukasz Rusznica W sesji udział wzięli: Krakowski Klub Sportowy Krakersi; DNDK Multiaction

Środowisko profesjonalnego, zawodowego sportu budzi u osób o odmiennej orientacji seksualnej sprzeczne odczucia. Gotowi na coming out i wspierani poprawnością polityczną sportowych organizacji mimo wszystko boją się zaszkodzić swojej karierze. Wrocławskie stowarzyszenie Multiaction powstało jako samorządne, apolityczne, dobrowolne zrzeszenie osób z kręgu LGBT (Lesbians, Gays, Bisexuals, Transgenders). Pragną uprawiać sport hobbystycznie, bez presji i  jednocześnie spełniać społeczną misję przełamywania stereotypów. Koszykarska drużyna dziewczyn – DNDK – która powstała spontanicznie wiosną 2010 roku – zyskała swoją nazwę z  potrzeby rejestracji w  turnieju koszykówki ulicznej. Bardzo szybko przyciągnęła nowych ludzi, szukających innych form integracji niż imprezy.

Ten początkowy okres wspominam bardzo dobrze, a poczucie solidarności i przynależności, które rodziło się z  tych spotkań, pozwoliło historii DNDK potoczyć się nowymi torami. W środowiskach mniejszości seksualnych sport staje się najlepszą metaforą walki, odbywającej się nie tylko na boisku, ale także w nas samych – przełamywania swoich granic i ciągłego redefiniowania własnej tożsamości. Agata Kalinowska

42


43


44


45


46


47


49


50


51


52


54


55


MATERIAŁY WIZUALNE

S/S ‘18

Foto: Justyna Fedec Stylizacja i tekst: Michał Niechaj Make-up & włosy: Ewa Bober Modele: Antoni Wajda, Maria Zuba, Wojciech Kruzel, pies Jackie Wszystkie ubrania pochodzą z kolekcji Spirit of 69 marki Maldoror, zainspirowanej fetyszem skinhead. Za pomoc w realizacji sesji dziękujemy klubowi WKS Śląsk Wrocław

Subkultura zabija nudę i ożywia modę. Spędzanie czasu oparte na jego utracie – przesiadywanie i szlajanie się – sprzyja szczególnemu pozowaniu. Reprezentacja ubiorem sprawia, że cała obecność na scenie jest rodzajem pokazu, a jego groźna atmosfera chroni wrażliwość grupy przed wzrokiem innego. Nijakość przebywania w zdegradowanej i przypadkowej przestrzeni to czysta afirmacja własnej tożsamości – tego jak się siebie samego definiuje. Bezcelowość jest celem samym w sobie.

56


57


58


59


60


61


62


63


64


65


66


67


BARWY

ŚLĘZA

Jan Pelczar

Ślęza Wrocław, pierwszy polski klub piłkarski założony we Wrocławiu tuż po II wojnie światowej, powoli odbija się od dna. Oficjalnego wsparcia brak, chociaż drużyna gra w żółto-czerwonych barwach, w odcieniach znanych z flagi miasta. W herbie ma orła, jak Śląsk, ale białego, piastowskiego. Pierwszy klub sportowy w polskim Wrocławiu powstał pięć tygodni po kapitulacji „Festung Breslau”, do której tak chętnie odwołują się kibole Śląska, w czerwcu 1945 roku. Prezesem został Jan Gorgos. Drużyna funkcjonowała  m.in  pod nazwami I KS We Wrocławiu, KS Samorządowiec, KS Ogniwo, I KS Vroclavia. Ślęzę wspierają lokalni przedsiębiorcy, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by w  krótkim czasie stała się drużyną modną w artystycznych kręgach. Ostateczną nazwę klubowi wybrali przed laty czytelnicy „Słowa Polskiego”, po największy sukces w jego historii sięgnęli nie piłkarze, a koszykarki. Dziś, tak jak w przypadku Śląska, pozostałe sekcje sportowe tworzą nie-

zależne byty, które używają tej samej nazwy lub po prostu nie istnieją. Wizyta na stadionie przy ulicy Wróblewskiego, czy na stronie internetowej klubu uświadamia z jaką pasją utrzymywany jest przy życiu i udoskonalany sportowo najstarszy wrocławski klub. Jednocześnie widać, że w otoczeniu Ślęzy można niemalże od podstaw budować identyfikację wizualną, planować działania artystyczne wokół stadionu i meczu. W tej chwili strona i stadion wyglądają jak pamiątki z lat 90. XX wieku. To, co niemożliwe w zetknięciu ze światem wielkich stadionów, korporacji i decyzji politycznych, jest wciąż wykonalne w lokalnej społeczności, utrzymywanej przez drobnych przedsiębiorców. Jeśli komukolwiek będzie na tym zależało, może zbudować we Wrocławiu swoje Sankt Pauli i  swój Bohemians.

68


69


70


71


73


TEKSTY

O DWÓCH TAKICH, CO SZYLI BUTY

Maryna Tomaszewska

Rudolf Dassler

Adolf Dassler

„Podłe dranie wróciły” – to zdanie na zawsze zmieniło oblicze współczesnej odzieży sportowej. Miał je wypowiedzieć w piwnicy swojego domu w 1943 roku ADOLF DASSLER, komentując alianckie bombardowanie rodzinnego Herzogenaurach. Jednak jego starszy o dwa lata brat RUDOLF, schodzący w tej samej chwili do kryjówki, odebrał te słowa jako potwarz skierowaną do własnej rodziny. Nieporozumienia nie rozwiązano, a pięć lat później rodzinny interes został podzielony na dwie odrębne firmy, zwalczających się przez kolejne 60 lat gigantów: ADIDASA i PUMĘ. Bracia już nigdy ze sobą nie rozmawiali. Wszystko zaczęło się w małej, bawarskiej miejscowości położonej 23 kilometry od Norymbergii. Tutaj, na przełomie wieków, Adolf i Rudolf Dasslerowie przyszli na świat jako najmłodsi z  czworga rodzeństwa. Ich ojciec Christof był tkaczem, ale z powodu rewolucji

przemys łowej zosta ł pozbaw iony moż liwości zarobku i musiał zatrudnić się w  fabryce obuwia. Matka Paulina, chcąc pomóc w utrzymaniu rodziny, prowadziła pralnię na tyłach domu, w  którym mieszkali.

75


TEKSTY

Afroamerkanin, ku rozpaczy Hitlera, pobił w skoku w dal Niemca, Lutza Langa, a na podium obaj dumnie wystąpili w korkach z charakterystycznymi paskami bawarskiej fabryki. Bundesarchiv, Bild 183-G00630 / CC-BY-SA

Sport na początku XX wieku praktycznie w Niemczech nie istniał. Jedyną tolerowaną dyscypliną była, mająca długą tradycję, gimnastyka. Konserwatywni Niemcy nie wyobrażali sobie, że można wykonywać jakiekolwiek ćwiczenia fizyczne, a  zwłaszcza na świeżym powietrzu. W szczególności piłka nożna, propagowana przez nie cieszących się popularnością Anglików, była postrzegana jako niższa forma aktywności. Adi Dassler, jako młody chłopak, nie przejmował się powszechnie panującą opinią i  większość wolnego czasu spędzał, organizując improwizowane zawody sportowe – w lecie biegi przełajowe, zimą skoki narciarskie. Ale ojciec miał inne plany wobec najmłodszego syna i mimo protestów wysłał go, by terminował u piekarza. W 1917 roku, po trzech latach pracy, Adolf, tak jak pozostali dwaj bracia, został wysłany na front. W 1920 roku Adi wrócił do domu, lecz nie do piekarni. Choć nie posiadał żadnych funduszy, postanowił założyć własną firmę obuwniczą. Pierwszymi materiałami, z których korzystał, były resztki wyposażenia wojskowego: plandeki samochodowe

służyły do szycia kapci, skórzane chlebaki do produkcji podeszew. Ponieważ częste braki prądu uniemożliwiały ciągłość pracy, przycinarka do skóry była zasilana mechanicznie przez specjalną konstrukcję na bazie roweru. Po trzech latach do młodszego brata dołączył Rudolf i odtąd działali jako Gebrüder Dassler Schuhfabrik z siedzibą w  byłej pralni matki. Początki nie były łatwe. Gospodarka kulała, a  bezrobocie w ich mieście dochodziło do siedemdziesięciu procent. Jednak sport dawał szansę, a mecze piłkarskie przyciągały tłumy. Sam Adi grał w lokalnej drużynie, której członkowie nosili, rzecz jasna, buty produkowane przez braci. Interes powoli się rozkręcał. Rudolf nawiązywał kontakty z klubami sportowymi w całym kraju, oferując im buty po dużych zniżkach. Pod koniec lat dwudziestych firma zatrudniała około 25 pracowników i  zmieniła siedzibę. Dom rodzinny został rozbudowany, aby pomieścić nowych członków, których przybyło po tym, jak bracia znaleźli sobie żony. 1 maja 1933 roku bracia wstąpili do partii NSDAP. Wizja Hitlera bardzo odpowiadała interesom Dasslerów. Sport stał

76

się narzędziem propagandowym, mającym „poprawić morale i wydajność robotników niemieckich” – jak pisał Hans von Tschammer und Osten, prezes organizacji NSRL, zrzeszającej odgórnie wszystkie kluby sportowe Niemiec. Teraz uprawianie sportu uznane zostało za przejaw patriotyzmu i oddania partii, a kulminacją miała stać się Olimpiada w Berlinie w 1936 roku. Dzięki znajomościom, Adiemu udało się odziać większość reprezentacji niemieckiej w  buty swojej produkcji, jednakże jego marzeniem było, aby Jesse Owens, znakomity lekkoatleta amerykański, wystartował we flagowym produkcie Gebrüder Dassler. Afroamerkanin, ku rozpaczy Hitlera, pobił w skoku w dal Niemca, Lutza Langa, a na podium obaj dumnie wystąpili w korkach z charakterystycznymi paskami bawarskiej fabryki. Od tego momentu bracia zaczęli ekspansję międzynarodową, doprowadzając roczną sprzedaż do 200 000 par. Wojna przerwała dobrą passę, nie tylko pod względem produkcji, ale także więzów rodzinnych. Adi, mimo powołania do wojska, wrócił do fabryki, przekonawszy władze, żeby pozwoliły mu nadzorować


O DWÓCH TAKICH, CO SZ YLI BUT Y

produkcję obuwia, które teraz w większości było przeznaczone dla armii. Rudolf nie miał takiego szczęścia i jako członka SS wysłano go do Łodzi. W powojennych Niemczech, na skutek denuncjacji, został aresztowany przez wojska amerykańskie. Rudolf nie miał wątpliwości, kto stał za jego zatrzymaniem. Gdy po odsiedzeniu rocznego wyroku w  obozie jenieckim, powrócił do Herzogenaurach, nie było już mowy o wspólnym interesie. Rudolf zabrał swoją rodzinę i przeniósł się na drugą stronę rzeki Aurach. Od tej chwili stała się ona zarówno symboliczną, jak i fizyczną linią demarkacyjną. Pracownicy mieli wybrać, z  którym z  braci chcą pracować dalej. Technicy wybrali młodszego, podczas gdy dział sprzedaży postanowił pójść za starszym z Dasslerów. Miasto na długie lata zostało podzielone na zwolenników Adolfa i  Rudolfa, a  tutejsza legenda głosi, że mieszkańcy zaczynali rozmowę od sprawdzenia, której firmy buty ma na nogach ich rozmówca. Bracia – za pomocą prawników – ustalili, że żaden nie będzie używał nazwiska Dassler w  swoich produktach. Wówczas powstał Addas, później przekształcony w Adidas oraz Ruda, również szybko zmieniona na lepiej brzmiącą Pumę. Był rok 1948, w  kraju napiętnowanym wojną i nazizmem dopiero teraz na dobre rozpoczęła się bratobójcza walka. Walczono na polu związanym ze sportem, dziedzinie stawiającej na fairplay i uczciwość. Lecz, jak się szybko okaże, żaden z członków rodziny nie będzie przestrzegał tych zasad, począwszy od pań Dassler, które robiły wszystko, by pomóc swoim mężom. Dzięki temu żona Adiego zyskała wśród pracowników przydomek die Cheffin, a jej szwagierka po drugiej stronie rzeki: die Puma-Mutter. W 1956 dwudziestoletni Horst Dassler, reprezentujący Adidasa, został oddelegowany do Melbourne na Olimpiadę. Jego zadaniem było rozpowszechnienie marki wśród sportowców. Igrzyska, będące wtedy czysto amatorskimi zawodami, zakazywał y olimpijczykom jakichkolwiek korzyści materialnych związanych z  uczestnictwem. Horst ominął zakaz, rozdając buty za darmo i  twierdząc, że wspiera zawodników jedynie od strony technicznej. Jak chwalił się później, ponad 70 medali zostało zdobytych w butach produkcji Adiego. Dziwnym trafem, w tym samym czasie buty Pumy zostały zatrzymane na cle i nie wypuszczone aż do końca Olimpiady. P uszka Pandor y została otwarta. Łapówki dla sportowców za noszenie wyrobów obuwniczych Pumy lub Adidasa na zawodach stały się codziennością. Niektórzy brali nawet pieniądze od obu

producentów, startując w butach jednej firmy, a  medal odbierając w  konkurencyjnych. Nikt oficjalnie nie mógł mieć pretensji, gdyż pieniądze szły pod stołem. Kulminacją była kolejna Olimpiada, w  1968 roku w  Meksyku, gdzie sportowcy już bez żadnych oporów kasowali czeki na pokaźne sumy. Rosnące żądania rozpoczęły dyskusję o  zasadach finansowania zawodów amatorskich. Nikt nie miał wątpliwości, kto doprowadził do takiego stanu. Kolejne brudne zagrania towarzyszyły firmom przez lata, spory toczyły się również wewnątrz skłóconych rodzin. Horst, wbrew woli ojca, rozpoczął produkcję odzieży pływackiej pod nazwą Arena, a  Armin, syn Rudolfa, pokłóciwszy się z  nim, wyjechał z  rodzinnego miasta do Austrii. Założyciel Pumy do tego stopnia był poróżniony z  synem, że w  ostatniej chwili zmienił testament, zapisując cały majątek córce Gerdzie. Arminowi udało się jednak podważyć wolę ojca i  przejął 60% udziałów w firmie. Spory wewnętrzne i nieczułość na nowe trendy pozwoliły rozwinąć się amerykańskiemu Nike. Mimo wszystko, aż do lat osiemdziesiątych, Puma i Adidas pozostawały największymi graczami na rynku. Kiedy jednak Amerykanie podpisali kontrakt z Michaelem Jordanem i firmowane przez niego Air Jordan zostały najlepiej sprzedającymi się butami do koszykówki w  historii sportu, okazało się, że dla Niemców nie ma już miejsca w  Stanach Zjednoczonych. Dasslerowie – w Adidasie i w Pumie – zmuszeni byli do odsprzedania wszystkich swoich udziałów. Po chudszych latach obu firmom udało się wyjść na prostą. Adidasowi dzięki Robowi Strasserowi, wcześniej pracującemu w Nike. Pumie, dzięki przejęciu przez francuskiego giganta PPR, do którego należy między innymi Gucci. W 2009 roku w Herzogenaurach po raz pierwszy rozegrany został towarzyski mecz piłkarski, na którym wspólnie wystąpili przedstawiciele obu korporacji, tworząc drużyny o mieszanych składach. Spotkanie wygrał 7 do 5 zespół Czarnych, w którym wystąpił zarówno prezes Adidasa Herbert Heiner, grający w ataku, jak i szef Pumy Jochen Zeitz, stojący na bramce. Na zakończenie wszyscy pracownicy podali sobie ręce w  geście pojednania. Tak, po sześćdziesięciu latach sporów i walk, zakończyła się między firmami epoka nienawistnej rywalizacji, a rozpoczął czas handlowej konkurencji.

77

W następnych numerach:

6 To co się liczy czyli sztuka i moralność

7 Skóra

8 Wrocław


TEKSTY

DRESY ZZA ŻÓŁTYCH FIRANEK

Barbara Chabior

Te rysunkowe projekty ubrań wyglądają jak kostiumy do filmów science-fiction. Biała narciarska kolekcja przywołuje na myśl film „Seksmisja”. To nie do wiary, ale w tym naprawdę chodziło się po ulicach i śmigało po polskich stokach! I być może znów będzie, bo ten styl powraca. I to w wielkim stylu. Śmiałe, rysowane odważną kreską odzieżowe projekty wyszły spod ołówka Wiesława „Sokoła” Koreckiego pod koniec lat siedemdziesiątych. W  siermiężnych, ponurych dla polskiego wzornictwa czasach największego od powojennych lat niedostatku na rynku. W latach, kiedy jedynie cukier zapewniały w podstawowej dystrybucji kartki, reszta – od smakowitej szynki (niezachwianie dostępnej jedynie w sklepach dla prominentów, zwanych „za żółtymi firankami”), po kupony materiałów pozwalających zręcznorękim Polkom wytworzyć metodą DIY odzienie dla całej rodziny. Więc rodaczki szyły nocami, chodziły do domowych krawcowych, zaopatrywały się na bazarkach w produkcje „sztruksowych prywaciarzy” lub – w desperacji – „zdobywały”, jak wszystko wówczas, rzucane (to słowo było magiczne) sporadycznie do sklepów rodzime wytwory odzieżowe. A  wśród magmy nieprzeoranej rzeczy typowych, nieciekawych, skazujących na standard, zdarzały się w  sklepach w  tym kraju kolekcje jak z  bajki. Projektowali je autentyczni wizjonerzy, którzy nie tylko mieli talent i wyobraźnię, ale również i oko do ciucha.

Ten krój, ten sznyt – To było życie jak w filmie, pełne niezwykłych – jak na owe czasy – radości. Łatwe, atrakcyjne i przyjemne, ale też bardzo twórcze. Wspaniałe było to, że w ten szary, siermiężny świat można było wnieść trochę koloru. Choć nie każdy mógł się na te kolory i modny sznyt załapać – tak swoją pracę we wrocławskiej firmie odzieżowej OTiS wspomina Wiesław Korecki – „Sokół”. Po jego kolekcje Polacy tłoczyli się w  państwowych sklepach tak, że pod naporem kolejki pękła niejedna sklepowa witryna. Jednak w modnej kreacji paradować po ulicy nie mogli wszyscy, choć państwowa produkcja była na obywatelską kieszeń. Trzeba było mieć chody, koneksje, „swojego człowieka” w sklepie. – Szkoda, że nie można było zaspokoić tak wielkiego popytu. Ale przecież brakowało wtedy wszystkiego, z zaopatrzeniem w materiały do produkcji odzieży też było krucho – wspomina Wiesław „Sokół”. Made in Wrocław OTiS, czyli firma produkująca odzież turystyczną i sportową, była wrocławskim sztandarowym przed-

78


79


80


DRESY ZZA ŻÓŁTYCH FIRANEK

siębiorstwem, prawdziwym hitem eksportowym, a jego wytwory, praktycznie niedostępne lokalnie, robiły furorę na zagranicznych rynkach i pokazach mody. – Jeśli zdarzało mi się spotkać na wrocławskich ulicach kogoś ubranego w strój mojego projektu, czułem się naprawdę szczęśliwy. Żałowałem, że nie jest to codzienne przeżycie: cóż by szkodziło, żeby te ubrania miał każdy, kto chciałby je kupić? – mówi projektant. Swoją przygodę z tworzeniem designu – wtedy tego słowa nikt jeszcze nie stosował do określenia wyglądu czegokolwiek w  polskiej rzeczywistości – zaczął jako student wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych. Wygrał w 1979 roku konkurs na stanowisko projektanta odzieży sportowej w  państwowym przedsiębiorstwie. Lata były chude, pozbawione już nadziei na wsparcie Zachodu, a daleko przed jutrzenką solidarnościowej nadziei. – A  ja chciałem chwycić los w  swoje ręce – mówi Wiesław Kornacki. – Byłem świeżo po ślubie, chciałem ulepić chałupę. Ciężka praca była dla mnie szansą na zapewnienie bytu rodzinie, nadzieją na posiadanie i stworzenie domu. Gdzieś trzeba było zamieszkać… Zaczęło się więc życie niemal jak w filmie. Intensywna praca sprawiła, że trzeba było przejść na indywidualny tok studiów, robić dwa lata w jeden rok. Szare ulice, szare kamienice W  Polsce w  tym czasie panowała komunistyczna szarość. Prawie nikt nie śmiał wyłamać się ze smutnych standardów zewnętrznej rzeczywistości. – Ta szarość przytłaczała. A ja wyjechałem na pierwsze zagraniczne targi odzieżowe i zobaczyłem świat pełen nowinek, kolorów, form. Zatkało mnie najpierw, a potem poniosło. Oszalałem… – opowiada Kornacki. – Wielu ludzi wyskakiwało

z mundurków, do głosu dochodzili polscy hipisi z tymi farbowanymi pieluchami z  tetry, zamienianymi na ubrania. Mnie też chciało się pracować w nowym, choć niezbyt dostępnym tworzywie: nowych materiałach, strukturach, barwach. To był wielki dysonans. Nie byłem sam: współpracowali ze mną we Wrocławiu fantastyczni ludzie, w projektach na przykład znakomita była pani Eugenia Subotowicz. Życie bogate, pełne sekretów, szary człowieku Dla polskiego wzornictwa przemysłowego i użytkowego – między innymi dla projektowania odzieży lata 60., 70. i 80. nie były, wbrew pozorom, złym czasem. To wielki dysonans pomiędzy jakością (i kolorem!) życia zwykłego obywatela i światem kreowanym przez media. Z  modą nigdy nie byliśmy na bakier. Nawet w powojennych latach kobiety potrafiły sobie radzić, szyjąc modne stroje z płótna ze spadochronów „z demobilu”, czy malując na gołych nogach kreski, udające pończochy ze szwem, będące na topie w europejskich stolicach mody. W latach 70. życie dopuszcza do głosu naturalny zew światowych trendów, nawet jeśli granice są szczelnie zamknięte na obce napływy. Lada moment Barbara Hoff założy pierwszy autorski dom mody w warszawskich domach handlowych. O jej ubrania będą bić się nastolatki z całej Polski, czasem specjalnie przyjeżdżające ze szkolną wycieczką po najnowszą kolekcję. W publicznej (i jedynej wówczas) telewizji, alfą i omegą od mody stanie się Jerzy Antkowiak w  nieśmiertelnym, wówczas absolutnie ekscentrycznym szaliku owiniętym wokół szyi. – Nastały strategiczne czasy. Dostałem propozycje od szwajcarskich i niemieckich firm produkujących odzież. Tam nie trzeba

81

było już toczyć bojów o te wszystkie niedostępne na polskim rynku szczegóły: zamki, napy, rzepy. Musiałbym jednak wyjechać z kraju, a wtedy było to postrzegane jako zdrada. Nastąpił stan wojenny. Straciłbym prawo powrotu, a nikt z mojej rodziny nie mógłby już nawet na moment przekroczyć granicy tego państwa. Czułem zbyt wielką odpowiedzialność za takie decyzje: nie mogłem tego zrobić najbliższym – mówi projektant. Mogę wszystko Wiesław Kornacki nie projektuje dziś odzieży, choć jego wizje urzekały Polaków jeszcze na początku lat 90. Tworzył bowiem kolekcje strojów narciarskich i sportowych na najwyższym światowym poziomie. – Czas minął – mówi. – Po roku 89’, po transformacji, zawalił się cały polski przemysł odzieżowy. Ale mam jeszcze jedno marzenie, taki ostatni strzał: zrobić najlepszą w moim życiu kolekcję, która zmierzy się z dzisiejszym rynkiem. Nawet nie projektując odzieży, Wiesław Korecki stworzył sobie nowy, pełen aktywności świat. Prowadzi firmę inżynierską, stworzył i opatentował podnośnik – windę dla niepełnosprawnych (to dlatego, że osoba z bliskiego kręgu na skutek stwardnienia rozsianego traci sprawność). Prowadzi niezwykle aktywny tryb życia: jest w zespole, który Gołębiewskiemu (temu od hoteli) maluje niesamowite basenowe plafony, rekonstruuje (z  zachowanych starych dokumentów) wraz z Andrzejem Jarockim wystrój nieistniejącej, zburzonej w latach wojny filharmonii w Warszawie, współtworzy scenografię do ogólnopolskich programów telewizyjnych dla wrocławskich producentów.


TEKSTY

GOALKEEPER

Patrycja Sikora

Zdzisław Sosnowski Goalkeeper 1975

Po osiągniętym przez Polaków złotym medalu igrzysk olimpijskich w Monachium w 1972 roku, nastał wyjątkowy rok 1974 i  Mistrzostwa Świata. Wtedy to odwieczny rywal, czyli Niemcy, na własnym boisku, w ostatniej chwili powstrzymał polską drużynę. Lato został królem strzelców. Polacy pokonali Brazylię w  walce o  trzecie miejsce. W  tym samym roku

Zdzisław Sosnowski obronił dyplom na wrocławskiej PWSSP. Wtedy też, w atmosferze futbolowej euforii powstawał Goalkeeper, bramkarz – spreparowane alter ego Zdzisława Sosnowskiego, postać o wymyślonym życiorysie, zacierającym granice między fikcją i rzeczywistością. Chodziło oczywiście o stworzenie postaci, której biografia będzie odzwierciedleniem splotu spek-

82


Zdzisław Sosnowski Goalkeeper 1976

Miałem przy tym świadomość, że sytuacja ta, aby wyróżnić się spośród innych, rzeczywistych, musi posiadać takie cechy, jak: atrakcyjność wizualna, swoboda wchodzenia (...) podjąłem próbę, w obiegową trwającą do dzisiaj, informację, łatwość praktycznego reprodukcji zrealizowania i wiarygodność rzeczywistości graniczącą z prawdą. nieistniejącej, Tak więc od tego a funkcjonującej czasu jestem jedynie w reprodukcji. bramkarzem.* takularnych sukcesów sportowych i artystycznych. Sosnowski wyszedł z założenia, że świat sztuki i sportu rządzi się podobnymi prawami, przynajmniej jeśli chodzi o  mechanizmy kreacji gwiazd i  uzależnienie ich istnienia od siły mediów. Jest to zresztą zgodne z przywoływaną przez niego, przy różnych okazjach, McLuhanowską diagnozą kultury masowej, w której środek przekazu sam staje się jego istotą, w myśl słynnego hasła „medium is a message”. Innymi słowy przekaz fotograficzno-filmowy odgrywa niebagatelną rolę społeczną, w  momencie przekazu informacji tworzy określony wizerunek, powołuje go do życia i staje się jego sensem. W tekście z 1977 roku Sosnowski pisze:

83

Ważnym elementem strategii artystycznej było stworzenie dress code’u odpowiedniego dla kreacji wizerunku supersportowca, gwiazdora rodem z okładek zachodnich magazynów. Sosnowski ubrany w biały, dobrze skrojony garnitur, w Beuysowskim kapeluszu, modnych okularach przeciwsłonecznych i  z  wielkim kubańskim cygarem w  zębach, pozował wówczas do setek zdjęć, występował przed kamerą, udzielał wywiadów. Przypominający amerykańskiego dandysa, z niemałą dozą nonszalancji bronił bramki na murawie (oczywiście wciąż w okularach i z cygarem). Sportowe fetysze, takie jak piłka czy rękawice, w obecności pięknych i skąpo odzianych kobiet, stawały się akcesoriami w erotycznej grze, rozgrywającej się nie tylko na boisku, ale gdzieś na backstage’u, w  hotelowych pokojach czy na zapleczu piłkarskiego klubu. Sosnowski jako artysta i sportowiec w jednym mógł więc mieć wszystko – modne ciuchy, kobiety, sławę. Jeśli tylko obiektyw kamery zwrócony był w jego stronę. Stworzony przez niego image prawdziwego człowieka sukcesu lat siedemdziesiątych był materializacją marzenia o spektakularnej karierze artystycznej, fantazją o spełnieniu „American Dream” w realiach epoki Gierka, w momencie kiedy właśnie wprowadzono kartki na cukier. *  Zdzisław Sosnowski, Goalkeeper, 1977 [w:] Zdzisław Sosnowski, Goalkeeper vs. Robokeeper, kat. wyst. Muzeum Narodowe we Wrocławiu, Wrocław 2012, s. 17.


TEKSTY

Zdzisław Sosnowski Goalkeeper 1976

84

na sąsiedniej stronie: Zdzisław Sosnowski Goalkeeper 1976


85


TEKSTY

DRES MNIEJ PRZEZROCZYSTY

Bartłomiej Zdunek

Przedmiot pożądania, syndrom postępu i zmiany jakości życia dynamicznie bogacących się społeczeństw. Smutne przebranie biedy, kostium tych, co pragną niemożliwego. Jogging, endorfiny, zieleń, powietrze, zdrowy tryb życia. A z czym tobie kojarzy się dres? Dres W  latach 60. XX wieku nadchodzi okres rozwoju i stabilizacji zachodnich gospodarek, oznaczający coraz większy dobrobyt oraz znaczną poprawę jakości życia. Kiedy zakres podstawowych potrzeb zostaje zaspokojony, obywatele i obywatelki zaczynają zwracać uwagę na swoje ciała. Higiena, dieta i kultura fizyczna zaczynają mieć znaczenie. Dostrzeżony zostaje wpływ fizycznego wymiaru egzystencji na wzajemne relacje. Coraz większe staje się także przyzwolenie na eksponowanie ciała, związane z szerzącą się kontrkulturą i postępującą rewolucją seksualną. Jogging i  fitness nabierają znamion religii, której wyznawcy – ćwiczący, cierpliwie wykonują polecenia kapłanów – trenerów. Bardziej sfeminizowany aerobik otrzymuje twarz znanej aktorki Jane Fondy, której programy telewizyjne i nieodłączny, perłowy uśmiech zarażają entuzjazmem miliony kobiet na świecie. W połowie lat 70. dres wychodzi z parków, kortów, sal gimnastycznych i staje się, obok dżinsów, garniturów i wzajemnych kombinacji, strojem noszonym na co

dzień. Damska wersja – legginsy – zaczyna interesować kreatorów mody. Polska nie należy jeszcze do zachodniej kultury. Kapitalizm dociera do Polski na przełomie lat 80. i 90., a  wraz z  nim rodzi się potrzeba posiadania. Polacy szybko odkrywają, że ich potrzeby konsumpcyjne są spore. Na rynek wchodzą znane koncerny odzieżowo-sportowe. Okazuje się, że adidasy to nie rodzaj butów sportowych, ale nazwa własna. Odzież markowa staje się nie tylko przedmiotem pożądania, ale i swoistym fetyszem. Jej posiadanie jest źródłem przyjemności i znakiem aspiracji. We wczesnych latach 90. nie stać jeszcze przeciętnych Polaków na markową odzież, dlatego jej substytutu szukają na bazarze – miejscu symbolicznym dla krajów Europy Wschodniej. W podróbkowym raju rozwija się kultura prowizorki, przemytu, szemranych interesów, brutalnej rywalizacji, tandety, zmęczonych ludzi wstających o czwartej nad ranem, marznących przez większość roku nad blaszanymi „szczękami”, późniejszym symbolem polskiej przedsiębiorczości.

86


W takim krajobrazie, w  sąsiedztwie blokowisk, rodzi się “subkultura posiadaczy”. Posiadaczy dresów, czyli dresiarzy. Dresiarz Chód nie znoszący sprzeciwu, szeroko rozstawione ręce, gotowość do konfrontacji przede wszystkim z obcym, słabszym, ale też z ziomkiem z klatki obok. Nie ma problemu, będzie trzeba, to będziemy lać po gębach, przy akompaniamencie małpopodobnych pohukiwań przeplatanych kurwą. Oto pułapka oczywistości. Pisanie o dresiarzach narzuca tryb żartobliwie-ironiczny. Pojawia się potrzeba ocieplenia i oswojenia tematu, zmniejszenia strachu przed przypadkową konfrontacją. Inaczej się nie da. Nad marnością trzeba się pochylić. Dresiarze są zbiorową ofiarą, doskonałymi wykluczonymi. Nikt o nich nie myśli dobrze, nikt od nich niczego nie chce (prócz pragnień negatywnych – „nie pobij mnie”, „nie ukradnij mojego auta”, „nie zniszcz klatki schodowej”). Dresiarz niczego nie kontestuje, niczego nie popiera. Nie podważa żadnego ładu społecznego, za żaden nie dałby się także pociąć. Postrzegamy go jako pokracznego, ogolonego na łyso reprezentanta osiedlowej biedy i szarzyzny, cechującego się skłonnością do wyolbrzymionych i negatywnych form zachowania. Jeśli jest posiadaczem samochodu, to najlepiej szybkiego i byle jak stuningowanego. Jeśli mówi, to krzyczy i klnie. Jeśli pije, to na umór. Jeśli ćwiczy, to korzystając ze sterydów. Jeśli ćpa, to wpada w ciąg. Jeśli się tłucze, to do nieprzytomności. Subkultura? Mike Brake, znany ekspert od subkultur młodzieżowych, opisuje dwa źródła ich powstawania. Są nimi kultura gangów i  ruchy awangardowe. Kulturę gangów charakteryzuje silna spoistość grupowa. Niezmiernie ważny jest w niej podział na swoich i obcych, naszych i wrogów. Istotna jest hierarchia grupowa – boss wskazuje wrogów oraz stymuluje autoidentyfikację grupową. Kręgi takich kultur zasila przede wszystkim młodzież z klas biedniejszych, robotniczych. Szeregi ruchów awangardowych, jak łatwo się domyślić, zasilają chłopcy i dziewczęta z  klas wyższych. Stawiają na kreatywność, wolną ekspresję.

Zewnętrzny styl subkultur opiera się na przeniesieniu istniejących już obiektów zarówno symbolicznych, jak i rzeczywistych, w nowy kontekst, w którym zyskują nowe znaczenie. W sferze stroju subkultury nie wymyślają niczego nowego, zestawiają jedynie rzeczy w  nieistniejące wcześniej mieszanki, bądź nadają przedmiotom i  ozdobom nową symbolikę. Taką drogę przeszedł na przykład tatuaż, przeszła ją również punkowa agrafka. Wygoda dresu ma wymiar symboliczny. Nie krępuje ruchów, sprzyja osiąganiu tężyzny i  sprawności fizycznej. Odsyła też do wartości – męskiej siły. Staje się również przebraniem pewnej grupy ludzi. Traci swoją przezroczystość i staje się czynnikiem wyróżniającym (oprócz dzieci i sportowców nikt w nim nie chodzi na co dzień). Ubiór ma, wraz z  normami obyczajowymi i zasadami postępowania, tworzyć subkulturę, ale czy możemy mówić o subkulturze dresiarzy? Polacy są społeczeństwem homogenicznym mentalnie przy postępującym rozwarstwieniu ekonomicznym. To znaczy, że mimo różnic w  posiadaniu i  statucie, stosunkowo łatwo nam się dogadać. Ma to swoje źródło w dziesięcioleciach społeczeństwa deklaratywnie bezklasowego. Dziś wszyscy jednakowo pragniemy posiadać, a wspomniane rozwarstwienie wciąż jest dla wielu wydumaną abstrakcją. Pośród tego oceanu równości ubranie dresu przestaje być wyrażaniem czegokolwiek. Po prostu, kiedy pojawiła się kolorowa nowość w postaci dresu, ludzie zaczęli się w nią ubierać. Biedni, bogaci, wszyscy. Dopiero później dopada dres stygmatyzacja, staje się przebraniem ludzi, którym nie do końca się udaje. Ale widzą to tylko ci, którzy z dresu się uwolnili, wskakując w mniej lub bardziej dopasowane garnitury i casuale. Stąd ciężko identyfikować dres jako przebranie pewnej grupy społecznej czy subkultury. Po prostu niektórzy w nim zostali. Punkowcy walczą z  konglomeratem norm, nakazów, zakazów i regulacji, czyli systemem. Skinheadzi, czy też narodowcy, pragną ojczyznę uczynić silniejszą, wyczyścić ją z inności etnicznych i obyczajowych, rastamani palą święte zioło, nawet lekarze (według Wikipedii jest taka subkultura) organizują się, przynajmniej teoretycznie, wokół ideału niesienia pomocy w problemach zdrowotnych.

87

A dresiarz? Czy cokolwiek organizuje jego grupową samoświadomość? I czy w ogóle istnieje taka grupa? Dresiarz, jeśli za dużo nie pije, bądź nie ćpa, chciałby popracować za jakieś godziwe pieniądze. Na ogół nie może, i to nie zawsze ze swojej winy. To wersja uczciwa. Jeśli jest bardziej zdeterminowany, to zgłasza akces do jakiejś grupy przestępczej, w  której królują chamstwo, cwaniactwo, przemoc, oszustwa, kradzieże, walka, rywalizacja, nieufność, używki. Przyświeca temu prosta potrzeba poprawy statutu. Bo dres żyje na krawędzi. Pozostał w dresie, ale fakt, że Pan Heniek – szef, dla którego kładzie kafelki od czasu do czasu – rozumie te same sprośne żarty, utwierdza go w  przekonaniu, że on też może się dorobić. Legalnie czy nielegalnie, byle szybko. Każdy sobie, tu i teraz To właściwie jedyna potrzeba i  jedyna wartość, jaka łączy tę grupę. Mieć trochę kasy. Ciężko doszukiwać się form kultury. Twoja niemoc rodzi przemoc – śpiewał niegdyś zespół alternatywno-kpiarsko-kabaretowy. A dresiarstwo jest bliskie przemocy. Rzeczywistość obchodzi się z dresem brutalnie, dlatego ten oddaje tę energię – skumulowaną w fizycznej formie pięści. Mentalne getto. Znikoma cyrkulacja pozytywnych emocji. Królestwo frustracji, zręczny obiekt manipulacji. Taką siłę łatwo wprawić w ruch, ale ciężko zatrzymać. Nic się jednak nie dzieje. Bo nie ma żadnych grupowych emocji. Są małe prywatne dramaty wraz z małymi prywatnymi sukcesikami. Każdy sobie, tu i teraz. Dlatego ostatecznie zrezygnujmy z  nazywania dresiarzy subkulturą. Pochylmy się nad dresiarzem i współczujmy mu. To przynajmniej nowa postawa. Różna od obezwładniającego strachu, bądź protekcjonalnej kpiny. Dresiarza trochę nie ma, a trochę jest. Spogląda się na niego z zainteresowaniem podszytym dreszczykiem emocji, a jednocześnie odwraca wzrok. Jest jak ofiara wypadku, na którą chcemy patrzeć, ale jednocześnie zamykamy oczy. Posiadacz staje się przezroczysty.


TEKSTY

DRES KOD Alicja Klimczak-Dobrzaniecka

Żeby odnieść sukces w art worldzie należy odpowiednio wyglądać. Miejsce, gdzie sztuka spotyka się z pieniądzem, jest przestrzenią walki. Znalezienie się w takim miejscu to prawdziwy trening. Profity mogą być znaczne. Look Ostatni papieros przed otwarciem bramy dla publiczności to okazja by szybko przyjrzeć się pozostałym gościom: kto przybył, kogo znamy, jakimi językami mówią inni i czy ich styl bycia jest bardziej swobodny (niż nasz?). Szybka ocena własnej atrakcyjności: bycie na czasie, umiejętność sprawiania wrażenia człowieka obytego, zupełny luz, a  najlepiej obojętność. Dizajnerskie okulary w grubych oprawkach są jak “mała czarna”, do tego torba podróżna LV (wciąż modna) lub w wersji skromnej – płócienna z prowokacyjnym napisem, autorstwa alternatywnego projektanta. Kolekcjonerzy z Włoch noszą wypucowane lakierki Gucci, my poprzestajemy na markowych trampkach. Gasimy papierosa, wchodzimy. Intro Hierarchia wkraczania na teren imprezy jest bardzo istotna: najważniejsi dostają zaproszenia i  wchodzą wejściem dla VIP-ów, z honorami. Dla prasy są przewidziane drzwi boczne, co sytuuje ją na niższej pozycji niż VIP-a (to zrozumiałe, dziennikarz niczego nie kupi), ale za to w pakiecie są gratisy: materiały, katalog oraz torba. Najniżej w hierarchii stoją ci, którzy musieli kupić bilet w kasie – nie znaczą tyle by dostać zaproszenie, nie reprezentują mediów. Najczęściej są zwykłymi miłośnikami sztuki, którzy przyszli pooglądać (czyli także nic nie kupią). Idziemy dalej. Dobre wrażenie Żeby zostać dopieszczonym, warto udawać kolekcjonera. Dziennikarze powinni schować identyfikatory oraz press kit, osoby które kupiły bilety niech je wyrzucą. Należy sprawiać wrażenie bardzo ważnego gościa imprezy, którego zaproszono i który jest tym faktem nieco znudzony, ponieważ tym samym oderwano go od poważnej pracy. Przerzucamy marynarkę przez rękę, w drugiej dzierżymy Iphone’a. Krążymy. Galerzyści przypominają wygłodniałe tygrysy w  zoo: siedzą w  boksach, bacznie obserwując odwiedzających. Dokonują błyskawicznej oceny, czy mają przed sobą potencjalnego klienta, dziennikarza, czy tylko zwy-

kłego miłośnika sztuki. Jeżeli to akurat dwa ostatnie przypadki, wracają do bębnienia w klawiaturę komputera. Potencjalny klient napina w nich wewnętrzna strunę – prostują się, uśmiechają, zagadują, wyciągają ze schowka wszystko, co mają najlepsze. Towar Każdy z galerzystów ma określone wyobrażenie o potencjalnym kolekcjonerze i o jego gustach artystycznych, stara się zatem trafić w  nie jak najprecyzyjniej. Klient galerii amerykańskich to człowiek, który nie lubi eksperymentów, chce pewnych inwestycji. Podsuwa mu się Warhola, Baselitza lub Immendorfa. Brytyjska tradycja posiadania najznamienitszych domów aukcyjnych oraz przywileju kreowania popytu na najdroższych artystów zobowiązuje: Damien Hirst jest zawsze w ofercie kilku galerii, a jego nazwisko jest gwarantem uzbierania dużej ilości czerwonych kropek. Ultrakonserwatyści znajdą bezpieczną klasykę we francuskich galeriach – Picabia, Dubuffet, Magritte, Duchamp. Pamiętajmy, nawet jeżeli coś bardzo nam się spodoba, nigdy nie okazujmy szczenięcego zachwytu. Jedynie kontrolowane malkontenctwo wzbudza szacunek i niepewność u sprzedawców sztuki. Antrakt Wybór sztuki jest duży. Tak duży, że po kilku godzinach oglądania, przerywanego popijaniem kawy oraz wina (10 Euro kieliszek) w champagne bar, wszystko zaczyna nam się mieszać i już nie jesteśmy pewni czy to co nam się na początku podobało, nie jest jednak artystycznym obciachem. Postarajmy się jednak wykrzesać trochę więcej energii i przechadzajmy się po targach z kieliszkiem w ręku. To robi wrażenie. Outdoor Nie samym kupnem (oglądaniem) sztuki człowiek żyje, bezgotówkowa konsumpcja intelektualna doda nam niezbędnego blasku. Dlatego też zanotujmy sobie spotkania z artystami, wykłady kuratorskich celebrytów, otwarcia wystaw towarzyszącym czy pokazy w mieście. Dyskutujmy i bywajmy.

88


TEKSTY

KRÓTKI ZARYS HISTORII SWETRA Dominik Podsiadły Współczesny sweter jest typem bluzy wełnianej. Jak podają źródła, wywodzi się z irlandzkich wysp Aran i po różnych modyfikacjach ustaliło się kilka jego podstawowych wzorów i krojów. Każda miejscowość lub osada posiada odrębny wzór swetra, wykonanego zwykle z surowej, nieoczyszczonej owczej wełny, charakteryzujący się silnym zgeometryzowaniem elementów, zapożyczonych z okolicznego pejzażu. Widzimy w nim nawiązanie do abstrakcyjnych fal, pagórków, sieci rybackich i takielunku. Z wzorami miejscowych swetrów jest związana anegdota o tutejszych rybakach, którzy w większości nie umieją pływać*. Potocznie twierdzono, że różnice w ubiorze pomagają rozpoznać topielca, ale udokumentowano tylko jeden przypadek identyfikacji człowieka przy pomocy ornamentów na swetrze. To historia z  1904 roku, kiedy wyłowione z  wody zwłoki rozpoznano przy pomocy charakterystycznego, używanego w danej miejscowości wzoru. Symbolika wyróżnia grupy rodzinne na kształt naszego nazwiska, herbu czy zawołania bojowego. Rytuał nazwiska jest osadzony w regionalno-folklorystycznej tradycji, stojącej u podstaw więzów lokalnych. Zależności te kształtują historię i kulturę ludzkości. W mikro skali widzimy to też na przykładzie mody, jej historii i funkcji. Jedną z gałęzi swetrowego drzewa genealogicznego są swetry sportowe. Można je podzielić na praktyczne

ciepłe swetry narciarskie, używane dawniej do jazdy na nartach i bardziej reprezentacyjne, wywodzące się z tradycji sportów anglosaskich- swetry do polo czy golfa. Spotykamy też przypominające rybackie, klasyczne swetry marynarskie, używane przez osoby uprawiające żeglarstwo. Tradycja i przeznaczenie wywarły wpływ na wzory i  kroje. Swetry wywodzące się ze Skandynawii, będące typem ciepłej bluzy ochronnej, posiadają często tradycyjne wzory norweskie. Swetry do gry w golfa są z reguły lżejsze, w typie lekkiej bluzy, często z charakterystycznym ornamentem w romby** zwanym Argyle. Wzór ten wzięty został z tartana klanu Campbell z hrabstwa Argyll w zachodniej Szkocji. Aktualnie sweter sportowy zatracił swoje pierwotne przeznaczenie i został zastąpiony przez bluzy z lekkich bawełnianych i syntetycznych materiałów. Odnaleźć można również swetry sportowe w formie reprezentacyjnych bluz wełnianych, wykorzystywanych jako gadżety fanowskie.

*  Temperatury morza w okolicy wysp Aran powodują, że człowiek wytrzymuje w nim od 1 do 15 minut w zależności od pory roku. **  Tkanina w kratę będąca wizualnym identyfikatorem przynależności do konkretnego klanu szkockiego.

Na zakończenie, aby wyprowadzić Czytelników z osłupienia i załagodzić wściekłość po przeczytaniu tego koszmarnego elaboratu, Autor prezentuje się w dresie i swetrze kupionym przez jego babcię na nielegalnym targowisku w Paryżu w latach 70 . Do czego służy to zdjęcie? To zdjęcie można sobie ustawić na tapecie w komputerze lub smartfonie. Tu link do obrazków: (https://www.dropbox.com/sh/gt2blwygpim4r8w/mrgVmhzlCb/Tapety). Gdyby wam było mało, to sobie to wydrukujcie. Świetnie się sprawdzi jako tarcza do rzutek.

89


PIOSENKI

BLUZA Z KAPTUREM, SPODNIE DRESOWE I BUTY SPORTOWE

Beata Bartecka

Staram się znaleźć najlepsze słowa, najbardziej pojemne wyrażenia, które oddadzą istotę „dresu”, jego bogatą historię i symbolikę, cały lokalny i  globalny kontekst, a także inspiracje i marzenia, które kryją się za tym kawałkiem ubrania. Łatwo ulegam pierwszym skojarzeniom: Eros i Tanatos w jednym kawałku materiału, przeznaczonego i do celebrowania życia (sport), i  celebrowania śmierci (gangsterka)? Dlatego dresy są pociągające. Dlatego tak mocno wkraczają w subkultury, stając się nie tyle ich narzędziem, co pełnym znaczącym zbiorem. Dlatego tak dużo emocji skrywają i odkrywają jednocześnie.

Próbuję jednak dalej. Dalej jest tylko zachętą do ciągłego szukania kolejnych przeciwieństw, w które wkracza „dres”: bieda i bogactwo; kicz i wzniosłość; prostactwo i prostota. Jednak gdzieś pomiędzy myślami pojawia się przeczucie, że to ciągle nie to. Nawet jeśli w „dres” mogę włożyć całą kulturę ostatnich dziecięciu lat, to i tak umknie źródło i sens. I w końcu nadchodzi, wypowiedziane wprost i banalnie – błysk jasności, pełni, która umyka przed pustką słów. Pozornie, ale i tak wrażenie jest prawdziwe: Dres jest wygodny.

We moseyin, sweatsuit Adidas, best believe —Wu-Tang Clan („Heaterz”) Have a nigga thinking that he met you in a past life Sweat pants, hair tied, chillin’ with no make up on —Drake (Nicki Minaj „Best I Ever Had”) Spot on my sweatsuit, it must be semen. — The Game („Ecstasy”) 90


Gray cotton Louie sweatsuit, with the Ralph Lauren waistline — The Game (Ghostface Killah „Drama”) Go back in the day British Knights and gold chains — Missy Elliot („Back in the day”) OK fair enough, the streets is flarin’ up ‘cause they want gun-talk, or I don’t wear enough baggy clothes, Reebok’s, or Adidas — Kanye West („Everything I Am”) I’m like Adidas on a zebra mothafucka way too many stripes — Young Jeezy („Amen”) I use to wear my hoodie like that (like that) — Jay-Z („30 something”) T-shirt white, three stripes with all ice — Lil’ Wayne („Look at me”) Wolf Gang got the ink on me now it’s banged out Box Logo hoodie — Tyler, The Creator („Steak Sauce”) While police and community watchmen justify why they shot Emmit Till and Malice Green, Rekia Boyd 91


PIOSENKI

and Trayvon Martin Better not wear that hoodie while shopping for a carton — Lupe Fiasco („Ayesha Says Intro”) 3 stripes but not like tesco Addidas hoodies are d bes do My dress code don’t involve dresses I got a hoodie fetish — Lady Sovereign („Adidas Hoodie”) I’m a wheeler dealer Hash brown & wine T-shirts, 9 tracksuit With tha black Fila — Wiley (N-Dubz „Na Na”) 3 wolf moon shirt, two shoes one sock Wore the same hoodie everyday like Mumra — Aesop Rock („Tetra”) Then he became highly civilized and spent time amongst the wise, went through a garment renaissance and stopped wearing Benetton Tommy Hill, Perry Ellis, Nautica, or Liz Claiborne Ocean Pacific, Fila, Bill Blass and leave fitted Quit the Armani sweaters with the Gucci wool knitted 92


Now all he buys, Kani’s, Cross Colours, Shabazz Brothers Mecca, Pelly Pell, 88, North Q, Bear and a few others For the new year, strictly Wu-Wear — RZA („Wu-Wear: The Garment Renaissance”) Say bye to Reebok, say hi to Chanel Say hi to Gucci, Prada as well — Jay-Z („Get Your Mind Right Mami”)

93


95


96


WYKRÓJ

Dres projektu marki Maldoror pochodzi z kolekcji Spirit of 69. Materiał użyty w projektach to farbowany nylon uzyskany z recycklingu wojskowych spadochronów. Kolor nawiązuje do ostrzegawczych podszewek w kurtkach pilotów amerykańskich, kojarzących są głównie z subkulturą „skin”. Wybór materiału, z którego można wykroić swój egzemplarz, jest dowolny. (więcej na s. 57)


DRES

98

Biuro # 5 DRES  

Tematem numeru jest dres, rozumiany przez autorów jako symbol pewnego zjawiska, subkulturowy kod, narzędzie protestu, rezyduum miejskiej dzi...

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you