Page 1

Samotny pasażer w pustym przedziale ¶ Ostatnia dekada XX wieku i kres tysiąclecia, nastawiały refleksyjnie i wydawało mi się naturalnym, że również to i  owo w  moim życiu dobiegło końca. Nawiasem dodajmy, że ludzkość miała szczęście, iż nawiedzeni wariaci tym razem nie mieli tyle wpływów co ich poprzednicy władający umysłami pod koniec pierwszego tysiąclecia. Niemniej całkowite zaćmienie słońca latem  pięknie się w kalendarz wpisało. Ale podsumujmy ów koniec millenium z własnej perspektywy. I tak w połowie lat . nastąpił kres bytu politycznego, którego znaczenia przecenić nie podobna. Zawiesiła swą -letnią działalność Wolna Europa. Wprawdzie jej ostatni dyrektor Piotr Mroczyk twierdził, że przy bardziej życzliwym nastawieniu „czynników belwederskich” mogła była swą pożyteczną działalność kontynuować, ale na życzliwość, podobnie jak na wdzięczność, w polityce nie ma miejsca i uroczysta feta w auli uniwersyteu poznańskiego ten ważny etap politycznej publicystyki zakończyła. Z  leżącej na uboczu Danii w  Poznaniu zjawiło się aż troje współpracowników rozgłośni: pani Felicja Nowak, wieloletni kopenhaski korespondent Olgierd Zalewski pisujący pod pseudonimem Jan Korek i autor tych słów skromny free lance felietonista, któremu po raz ostatni dane było porozmawiać z  Janem Nowakiem, Tadeuszem Nowakowskim, Władą Majewską i  pożegnać się z wcale licznym gronem młodszych nabytków Sekcji Polskiej. Uroczystości pogrzebo… przepraszam, pożegnalne zaszczyciła obecnością pani Danuta Wałęsowa z mężem, do którego oczywiście dostępu dla szaraków nie było, ale z panią prezydentową udało się przez chwilę tamto nasze, „noblowskie” spotkanie na kopenhaskim lotnisku powspominać. ¶ Dobiegła także końca moja kariera w szeregach Obrony Terytorialnej, gdzie między innymi „dziecięca choroba” politycznej poprawności czyniła życie nieznośnym, a skuteczność formacji, w chwili ewentualnej próby, wielce iluzoryczną. Przestałem, po blisko ćwierćwieczu, udzielać się jako tłumacz policyjny, bo również i tu obecność nowych roczników funkcjonariuszy wpłynęła na pogorszenie atmosfery. Młodzi ludzie, którym w ramach politpoprawności każą się łasić do każdego „nowoduńczyka”, a jest ich już pół miliona, przenoszą niechęć 197


Fot. 94. Reklama kawy

198


Fot. 95. Reklama banku

199


Fot. 96. Reklama telefon贸w

200


i nieufność na każdego „innego”. A w chwili złego humoru nie ma znaczenia, co to za „nowoduńczyk”: Polak, Burkino-Fassyjczyk czy „Terraincognitajczyk”, któremu akurat przyszła ochota osiedlić się w Danii. Widać to jeszcze wyraźniej, gdy się porówna restrykcyjne traktowanie Polaków, którzy tu przyjeżdżają, by pracować za trzech, na dwie zmiany i pół pensji w porównaniu z niewyczerpanymi pokładami tolerancji dla żyjących z  zasiłków smagłolicych bisurmanów, od których oczekuje się jedynie prokreacji. ¶ Zmieniają się nawet stosunki i  sentymenty sąsiedzkie. Mieszkając w  swym domku, w naszej zielonej dzielnicy od lat ponad , zaskarbiłem sobie, mimo bijącej w  oczy inności, całkiem wiele sympatii i  respektu. Ale gdy w  wyniku zmiany pokoleń i naturalnych przeprowadzek zabrakło większości starych znajomych, „piszczałka zabrzmiała innymi tonami”, jak mówi duńskie przysłowie. A dodajmy, że prawie wszyscy sąsiedzi i lepsi znajomi wyprowadzili się na cztery strony świata. Na przykład Jørgen już przed kilku laty wyniósł się nad brzeg morza na południowym wybrzeżu Zelandii. Starych sąsiadów można policzyć na palcach jednej ręki, podczas gdy młodzi nowoprzybyli spoglądają na „obcego” z nieufnością, a błahostki miewają tendencję do powodowania konfliktów. Dodajmy, na koniec tej litanii, w nadziei, że młodzież do tego fragmentu nie dotrze, że tuż przed Nowym Rokiem  kosza dała mi Karin, ostatnia sympatia i muza, z którą przyjaźniliśmy się przez blisko dekadę. ¶ A tymczasem kończy się i Dania, jaką znaliśmy od wieku. Zsuwamy się gładko po równi pochyłej przygotowanej w  roku  wraz z  uchwaleniem liberalnego prawa azylowego. A wbrew coraz głośniejszym, niewczesnym żalom, wypadałoby za to winić nie kolejne tysiące Hannibalów ante portas ⁵², lecz rodzimą piątą kolumnę tzw. kulturradykałów szerzących zarazę w  murach nordyckiej Grenady. Owych niegdysiejszych hippisów i  wyzwolone walkirie zasiadających dziś w  opiniotwórczych gremiach, w  kolegiach redakcyjnych i  komitetach partyjnych – na lewo od centrum, per fas et nefas ⁵³ zamieniających ten mały kraj w  „raj multikulturowy” przy pomocy obucha zwanego integracją. Integracją, która coraz częściej polega na przystosowaniu niewdzięcznych „rasistów i ksenofobów” do norm jakie co aktywniejsi przybysze z dalekich pustyń przynoszą. ¶ No, ale jeśli współczesne pokolenie Duńczyków ma zamiar zatopić swoją nawę, to czyż „przyszywany” Duńczyk ma prawo, by ich krytykować i od eksperymentu odwodzić? Z pewnością nie, a jeśli tyle się nad tym rozwodzę, to raz dlatego, że piszę dla „przyjaciół koła” niewiele poza obwód krakowskich Plant ⁵² u bram ⁵³ prawem i lewem

201


Fot. 97. Czas emerytury, czas przeglądu przepastnych archiwów i wspominania dawnych wędrówek. Od jeziora – wulkanu Taal na filipińskiej wyspie Luzon…

Fot. 98. …do Narviku

202


Fot. 99. …lub Nilu w południowym Egipcie

203


Fot. 100. Od tajlandzkich świątyń…

204


Fot. 101. …po katedrę we Florencji

Fot. 102. …lub w Paryżu

205


Fot. 103. Od białych murów Akropolu…

206


Fot. 104. …po Biały Dom w Waszyngtonie

207


Fot. 105. Od Arktyki…

Fot. 106. …po rajskie Sao Tome

208


Fot. 107. …lub nowojorski Manhattan, gdzie jeszcze nie było wieżowców WTC

209


sięgającego, a po wtóre ze względu na pamięć wcześniejszych wydarzeń mego długiego żywota. Boć tak się przecież złożyło, że w latach – zawaliło się na moich oczach i przepadło państwo, z którym, na miarę dziecinnego rozeznania, już się identyfikowałem. W , w drodze świadomego, choć w niemałej mierze wymuszonego, wyboru pozbawiłem się ówczesnej, wielce ułomnej i  rozdeptanej przez czerwonych Hunów, Ojczyzny. A  teraz, po raz trzeci, po półwieczu spędzonym w tym sympatycznym, zamieszkałym przez oświecony proletariat i oślepione elity kraju, muszę patrzeć, jak z obsesyjną wytrwałością nawiedzone oszołomy kruszą jego fundamenty i wiercą dziury w kadłubie państwowej nawy. ¶ Natomiast niezaprzeczalnej satysfakcji dostarcza fakt, że doczekało się epokowego przełomu politycznego i spełnienia z nawiązką półwiecznych, nierealnych zdawało się, oczekiwań i  surrealistycznych marzeń. Jednak „wyszło na moje”. Rację miał niesforny kozielski gimnazjalista z końca lat czterdziestych. I cieszy nawet fakt, że przyszło zrewidować i to zrewidować radykalnie, wieloletnie polityczne sympatie i sentymenty. Bo skoro pojęcie „socjalizm” nie zakłada już lojalności wobec Moskwy czy nieograniczonych uprawnień dla tajnej policji, to cóż stoi na przeszkodzie, by szanować i zgadzać się z lewicowcami, którzy wodzą się za głowy z  nowobogackimi, nieuczciwymi pracodawcami czy żarłocznym kapitałem? Nie ma też sowieckiego Sztabu Generalnego, więc i w tych stronach trudno znaleźć obiekt wrogości. Dla równowagi nie sposób nie przyznać się do postawienia na złego konia i oddawania czci załganemu bóstwu. Bo oto z drugiej strony diabli wzięli mit o szlachetnych Anglosasach, „twierdzy wolności” i przyjaciołach uciśnionych. Tu wyidealizowany świat niegdysiejszego gimnazjalisty legł w gruzach wraz z kamienicami w centrum Bagdadu… ¶ Ilość czasu, jaki spędziłem we wszelkiego rodzaju środkach lokomocji sprawia, że patrzę na życie jak na wielce urozmaiconą podróż pociągiem. Zmieniającymi się wagonami, z bogactwem widoków przesuwających się za oknami i – co najważniejsze, z coraz innymi towarzyszami podróży. Z tymi, którzy mnie do przedziału przyjęli i z całą resztą, która sukcesywnie się zjawiała, by w ten czy inny sposób moją „podróż” formować. A ponieważ podróż nadspodziewanie się wydłuża, coraz częściej trzeba doświadczać pożegnań, rozstań i odejść. Im dalej w las… Od kilkunastu lat nie ma już „papy Nielsena” i całego tuzina lotniskowych kolegów, czasem nawet całkiem młodych. A ostatnie dziesięciolecie to właściwie jedna wielka lista pożegnań. Z reguły w oddali. Od  lat nie ma Maćka Reczki, profesora Batowskiego, Eli Laszczyk z San Diego… A pierwsza dekada wieku to odejście Jacka, którego kiedyś musiałem kołysać w wózku. Brakuje Andrzeja „Gałązki” Grychowskiego i jego drugiej żony Joli. Od dwóch lat nie ma Krzyśka Łagosza, Włodka Bielnickiego, Teresy Barszowskiej i Mai 210


Dzięciołowskiej. Z szesnaściorga wnucząt babci Bielnickiej zostało nas tylko czworo, a z uniwersyteckich kolegów…, a z lotniskowych kamratów…? ¶ Pociąg wprawdzie porusza się całkiem sprawnie, ale „człowiek poczciwy”, mając długi żywot za sobą, odsuwa się od okna, by nie widzieć i  nie słyszeć przeobrażającej się scenerii. Nie musieć zajmować stanowiska wobec świata, w którym każdy dźwięk wolno nazwać muzyką, każdy ruch – tańcem, każdy bełkot – mową, a każde międzynarodowe szelmostwo zaprowadzaniem wolności i demokracji. Powtarzam sobie z coraz większym przekonaniem pewne, staropolskie powiedzenie ojca, który z troską obserwował moje światoburcze poglądy i wcale nienajspokojniejsze poczynania: „Nie bądź bocianem i nie zabieraj się do czyszczenia świata”. ¶ Oczywiście, trzy ćwierci wieku temu puszczało się takie nauki mimo uszu, ale dziś, gdy jestem „starszy” od mego rodziciela o lat , mądrość wieku doceniam, z funkcji bociana rezygnuję i zaciągając jeszcze szczelniej firanki w mym pustym przedziale z najgłębszym przekonaniem winszuję komu trzeba: Upojnej zabawy… na dolnym pokładzie Titanika! Hafniae, IX III MMX


Spis treści

„Czasu” początki

5

Weneckie półdiablę

9

Anglik z Ko…źla

31

Wróg ludu

41

Magister czy emigrant?

65

Biel-Jensen

89

Ten sympatyczny Norweg

129

Persona nieco mniej grata

185

Samotny pasażer w pustym przedziale

193

9. Samotny pasażer w pustym przedziale  

9. Samotny pasażer w pustym przedziale