Issuu on Google+

Weneckie półdiablę ¶ Zabierając głos jako przedstawiciel mniejszości, której narodzinom towarzyszyło bicie w dzwony, powszechne ucztowanie, wróżby i radosne nabożeństwa – jednym słowem gaudium ⁴ powszechne w chatach i pałacach, należy bez zwłoki wyjaśnić, że miało to miejsce  grudnia roku . Dodajmy też, że na skutek jakiegoś widzimisię ojca lub babci w księgach jako datę mego urodzenia wpisano  stycznia , co niezaprzeczalnie o jeden rok mnie „odmłodziło”. A zatem, chociaż radowały się całe kontynenty, mnie ni chwały, ni pożytku to nie przysparza. Zresztą nawet ci, którym rzeczywiście fundowano bicie w dzwony i salwy honorowe, jacyś następcy tronów, infanci i inne delfiny, nie zawsze spełniali oczekiwania i nie wszyscy dorastali do roli jaką im najwspanialsze nawet powitanie wróżyło. ¶ Nie spełnił ich też pierworodny niezbyt majętnej, urzędniczej rodziny trapionej skutkami pamiętnego kryzysu, obchodzący urodziny  grudnia, czego zresztą trudno zazdrościć – boć prezenty, goście i przyjęcia nie są w takim dniu niczym wyjątkowym. By zaś pech solenizanta jeszcze wyraźniejszym uczynić, dodajmy, że zafundowano mu również i imieniny. Familijne konsylium, zważając na fakt, iż babcia była de domo Mickiewiczówna uznało, że wigilijny prezent – wzorem Wieszcza powinien zostać Adamem. Tu wtrąćmy, że babcia Jadwiga odegrała w  mym wychowaniu rolę decydującą. Przeniosła chyba, na osieroconego w wieku czterech lat, wnuka wszystkie uczucia jakimi niegdyś obdarzała mego ojca – jej ukochanego Jureczka. Tato, najmłodszy z czterech braci, był ponoć dość chorowity, ale łagodny i niesprawiający kłopotów. Było więc rzeczą zupełnie naturalną, że po śmierci mej matki w roku  babcia zamieszkała z owdowiałym synem zajmując się czteroletnim, o ile wiem, wielce niesfornym, bachorem. Warto przypomnieć, dla porządku, że wychowała sześcioro dzieci i doczekała się szesnaściorga wnuków. W rodzinie Bielnickich ostentacyjne okazywanie uczuć i  zewnętrzna czułostkowość nie były mile widziane, a pewien purytanizm w połączeniu z przysłowiowym „wbijaniem szpileczek” ⁴ radość

11


Fot. 4. Babcia Jadwiga, której, nie bez podstaw, zarzucano konsekwentne rozpieszczanie „weneckiego półdiablęcia”

Fot. 5. Matka – Stanisława z Bobrskich, kwiecień 1930

Fot. 6. Ojciec – ok. 1930

12


można było obserwować na każdym kroku. Toteż wyjątkowe przywiązanie babci do osieroconego Dudusia (później Dudka), jak byłem przez całe dzieciństwo nazywany, nie mogło nie budzić kontrakcji i przez wiele lat, w zależności od wartościującego, Dudek bywał określany jako babcin ukochany wnuczek, lub znacznie bliżej prawdy, jako weneckie półdiablę. ¶ W związku z owym infernalnym przydomkiem, nie od rzeczy będzie wtrącić, że ojciec – Jerzy Bielnicki urodził się był na Świętym Krzyżu, gdzie dziadek Stanisław pełnił funkcję „rządowego lekarza” (prawitielstwiennyj wriacz) tamtejszego, ciężkiego więzienia, zaś z parafialno-urzędowych względów jako miejsce urodzenia wpisano Jerzemu Stanisławowi: Łysa Góra! I podkreślając wściekły charakterek Adasia – Dudusia, co złośliwsi członkowie rodziny, z najgłębszym przekonaniem twierdzili, że Zły najwyraźniej zamanifestował się w drugim pokoleniu. A że było coś na rzeczy, niech świadczy całkiem spora awantura, jaką zafundowałem zgromadzonym z okazji mego chrztu gościom w kieleckiej katedrze. Z nieznanych mi względów stałem się katolikiem dopiero w wieku lat czterech, tak, że co nieco z owego wydarzenia pamiętam. I to, że mnie wierzgającego jakiś stary kościelny do chrzcielnicy ciągnął. Że na pytanie prałata Łapota (przyjaciela rodziny): „Czego żądasz od Kościoła bożego”, wrzasnąłem: „Puszczaj mnie, ja chcę do domu”! Że najpierw rzuciłem podaną mi świecą o posadzkę, by nie chcieć jej oddać, gdy nastąpił koniec owego spektaklu, który kieleckie dewotki długo jeszcze na swój sposób komentowały. Sam, ze swej strony, owe pogańskie manifestacje tłumaczyłem zawsze faktem, że może Łysa Góra, diabeł i  czarownice na Gołoborzu – swoją drogą, ale bardziej liczy się fakt, że do dziś, nieopodal świętokrzyskiego klasztoru, istnieje uroczysko zwane Bielnik, gdzie, ani chybi, moi praojcowie czcili Śwista i Pośwista, zanim ich Piastowie z ojcowizny nie wygryźli. Może więc, po wiekach, pogaństwo odezwało się w ostatnim z Bielnickich po mieczu. ¶ Podsunięte przez babcię imię – Adam przeznaczeń nie zmieniło. Nomen nie musi być – omen i z poezją, zwłaszcza liryczną, byłem zawsze na bakier, ale za to Panią Twardowską do dziś potrafię in extenso wyrecytować, chociaż wbiłem ją sobie w pamięć już zimą roku . A była to zima nad zimami… A wracając do muz, które nad kolebkami czuwają, to jeśli nawet muza poezji lirycznej unikała mnie z wielką determinacją, to polityka i historia wcześnie zaglądnęły do mej kołyski. No, z tą kołyską to może nieco przesadziłem, ale pamiętam swój pierwszy komentarz geopolityczny, gdy – mając lat sześć – na usłyszaną w radio wiadomość o pakcie o nieagresji z Niemcami, zacząłem się wymądrzać, że teraz już nic nie stoi na przeszkodzie, by ruszyć na Moskala. ¶ Nie pamiętam, czy i jak komentowałem doniesienia o wejściu wojsk generała Bortnowskiego na Zaolzie w pierwszych dniach października , ale sądzę, 13


Fot. 7. Z mamą. Sitkówka, lato 1932

14


Fot. 8. Rodzice. Zakopane, Wielkanoc 1934

15


Fot. 9. Od lewej: stryj Wacław, pierwszy, polski dyrektor słynnego Browaru Książęcego w Tychach, ojciec i Teresa Reczko. Sitkówka ok. 1934

16


że w domu mówiło się raczej o familijnym aspekcie wydarzenia. Ponoć w sztabie Bortnowskiego był nasz dalszy powinowaty, pułkownik Romiszewski. Samo Zaolzie dane mi było zobaczyć latem , bowiem ojciec, w ramach zasiedlania odzyskanego dla Polski skrawka Śląska, został przeniesiony na jakieś stanowisko do trzyniecko-bogumińskiej fabryki… stali, drutu, zbrojeń czy innych im podobnych cacuszek. I tak oto kawałek ostatniego, przedwojennego lata spędziłem w Cieszynie – zwanym ówcześnie Zachodnim. ¶ Sierpień . Upalne dni, pełne entuzjazmu kopanie „rowów” – jak określano prymitywne schrony dla mieszkańców małomiasteczkowych, pozbawionych piwnic, domów. Oklejanie szyb paskami papieru, by zapobiec rozpryskowi szkła. ¶ Innymi słowy, wcale rozsądne środki ostrożności, na poziomie doświadczeń poprzedniej wojny. Rozmowy starszych o  doniesieniach z  Niemiec, o  jakichś polskojęzycznych audycjach z Wrocławia. O tym, że Hitler wyznaczył swych następców: Göringa, Hessa i  „najdzielniejszego żołnierza” armii niemieckiej. ¶ Pierwszy września – piątek, w Skarżysku-Kamiennej – ciepło i bardzo mglisto oraz warkot wielkiej liczby samolotów. Żadnych objawów niepokoju sobie nie przypominam, mimo iż Skarżysko to ważny węzeł kolejowy, no i przede wszystkim niemała fabryka amunicji… Bombardowanie okolicy dworca kolejowego nastąpiło dopiero w niedzielę, przed południem. Było chyba niedbałe i niezbyt skuteczne, bowiem już po południu zaczęło się wędrowanie ciekawskich do jedynego spalonego budynku, apteki położonej nieopodal terenów kolejowych. ¶ Mobilizacja – ojca i stryja Kazika. Ewakuacja do Skarżyska Kościelnego. Przejazd jakąś chłopską furmanką nocą przez zaciemnione miasto, pierwsze z wojennych doświadczeń – totalne zaciemnienie i zupełna pustka – laboratoryjny przykład miasta wymarłego. ¶ Pobyt babci, cioci Duni, Jędrka, Dzika, Marka i Dudusia u gościnnego gospodarza, pewnie jakiegoś klienta stryja Kazika, acz przyjemny, trwał może dobę… Bowiem jedną z atrakcji owej miłej wioski okazało się być jej położenie – zaledwie o  kilkaset metrów od strategicznie ważnej towarowej stacji kolejowej obsługującej fabrykę amunicji! Ktoś się widocznie w porę zreflektował i zostaliśmy, bez większych ceregieli, przeniesieni do równie przyjaznych włościan, ale tym razem w wsi Wzdół Rządowy, ukrytej w samym sercu świętokrzyskiej prowincji. W stronach, o których jeszcze w połowie XX wieku, gdy gomułkowcy majaczyli o budowaniu jakiegoś real-socjalizmu mawiano, że tak na dobrą sprawę to nawet chrześcijaństwo się tam jeszcze nie zupełnie przyjęło. Przyjęli się i to całkiem sprawnie Niemcy. Tam właśnie, a musiało to być około  września, spotkaliśmy się z niekończącymi się zmotoryzowanymi kolumnami pędzącymi po piaszczystych, świętokrzyskich drogach – z  reguły bez zatrzymania – no i oczywiście bez śladu konfliktów. 17


Fot. 10. Dwuletni Duduś

Fot. 11. Wuj Zygmunt Bobrski. Zawodowy wojskowy. Zaginął w r. 1942

18


¶ Starcia były gdzie indziej. Do dzieci docierały urywki rozmów starszych – o okrucieństwach Niemców, o horrendalnych stratach – „w Łącznej na stacji było trupa na chałupę…”, o ogromnych zniszczeniach skutkiem bombardowań. Naocznie oglądałem z bliska tylko jeden rozbity, niemiecki myśliwiec, na polach pod Pogorzałem. ¶ Ciekawostki z pierwszych tygodni okupacji to nocne wyprawy dorosłych po chleb do piekarni, do kolejek formujących się na długo przed świtem, a także słonie i inne cyrkowe zwierzęta pasące się na pokrytych pierwszym śniegiem łąkach nad Kamienną. Nie pomnę nazwy owego cyrku, który wojna zaskoczyła w prowincjonalnym Skarżysku. ¶ Inne signum temporis ⁵ to pierwsze rozstania, ucieczki do Francji, która „lada moment przyjdzie nam z pomocą”. Z najbliższej rodziny pierwszy był stryj Kazik, oficer rezerwy. Zwolniony z  niewoli wraz z innymi obrońcami Modlina, krótko zabawił w domu. Już po kilku dniach ruszył w drogę w kierunku Słowacji, w drogę do Sikorskiego. Oficerskie szczęście zawiodło go jeszcze przed granicą. Wydany przez ukraińskich kolaborantów, figuruje na liście straconych w pobliżu Sanoka. ¶ Codzienność okupacyjna dla dzieci to uruchomienie szkół, do których poszliśmy gdzieś w połowie października, ja do klasy drugiej, jako że do pierwszej się ponoć nie nadawałem, ale zbyt długo naukami się nie cieszyliśmy. Przerwa świąteczna przeciągnęła się gdzieś do wiosny. Bowiem nowoczesny budynek zajął Wehrmacht – w sobie tylko znanych celach, a nauki podjęliśmy już w tak zwanej „kolejówce” – położonym koło stacji, drewnianym budynku pamiętającym pewnie czasy Apuchtina, a wyglądającym jak dacza jakiegoś czynownika z przedmieść Saratowa czy Kaługi. ¶ Zresztą o eksmisji szkoły na pewno wiele się nie myślało owej wielce mroźnej i śnieżnej zimy –. Wprawdzie Boże Narodzenie pamiętam jako całkiem „przedwojenne” i  tak wystawne, że podobnego nie przeżyłem przez wiele lat następnych. Niewielkie miasto żyło owej zimy pierwszą falą aresztowań, tak licznych, że na długo pozostały miarą dalszych, których w ciągu najbliższych lat nigdy nie brakowało. Najgłośniejsze było nocne najście na podmiejski klasztor Franciszkanów, zatrzymanie jednych zakonników, dramatyczne ucieczki innych, a nade wszystko stanowcza postawa zadzierżystego księdza – Japończyka, na owe czasy zjawisko niezwykle egzotyczne, który zapewne przybył do Polski wraz z Maksymilianem Kolbe. Otóż onże samuraj w habicie podobno mocno się Niemcom postawił, ułatwiając ucieczkę kilku polskim współbraciom. Traktowanie Schupo czy Gestapo z  tupetem nie wydaje się w  tym ⁵ znak czasu

19


Fot. 12. Ciotka Irena Bobrska przed zesłaniem do Oświęcimia. Stachów 1943

Fot. 13. Autor ma lat pięć

20


wypadku niemożliwe. Wszak do tej pory nikt sobie jeszcze możliwości terroru nie wyobrażał, a poddanemu cesarza Hirohito prowincjonalny Szkop niewiele mógł zrobić. ¶ Nieco inaczej sprawy się miały, gdy rozpoczęła się fala systematycznych aresztowań – głównie nocami. Pamiętam pełne napięcie czuwanie dorosłych, pośrodku mroźnej nocy, w całkowitej ciszy i zupełnych ciemnościach nasłuchujących warkotu motorów, łomotanie do drzwi i głośne krzyki… Oraz westchnienie ulgi, że nas ominęli… W takich nastrojach pomniejsze niedogodności schodziły na plan dalszy. Konfiskata radioodbiorników, wysiedlenia z lepszych mieszkań – przeznaczonych dla Niemców. Aresztowania za posiadanie nawet części munduru wojskowego czy harcerskiego. ¶ Kwestia żywności stawała się z wolna dominującym aspektem życia. Kartkowe zaopatrzenie trzeba było uzupełniać, oczywiście nielegalnie, na rodzącym się właśnie wtedy (a mającym nam towarzyszyć przez  lat) czarnym rynku. Małe miejscowości graniczące opłotkami ze wsią żyły nieco lepiej niż taka na przykład Warszawa, ale tzw. szmugiel – przewożenie żywności połączone z łapankami na szosach, dworcach i targowiskach – był przez całą wojnę zajęciem tyleż dochodowym, co niebezpiecznym. Przypomnijmy, że kara śmierci lub co najmniej obóz groziły za obrót mięsem, lepszymi gatunkami mąki, spirytusem i dziesiątkami innych towarów, podobnie jak za nielegalny przemiał zboża i  posiadanie żaren. Do legendy przeszedł węzeł kolejowy w  Skarżysku, który jesienią  stał się centralnym kanałem przerzutowym dla wielkich ilości nielegalnie zdobywanej marmolady z  zakładów w  Dwikozach. Przez całą wojnę szmuglarze stali się nadzwyczaj ważnym czynnikiem umożliwiającym nieco lepsze życie, które niemniej stawało się coraz cięższe. ¶ Jak po każdej klęsce nastała moda na wróżby i przepowiednie. Nie omijała nawet dzieci i dokładnie pamiętam domorosłych Wernyhorów interpretujących sojusze „lewka z kogutem…” ⁶. Wieszczenia te wcale skutecznie podsycały przekonanie o rychłym wybawieniu przez Anglię i Francję, podobnie jak docierające przez Czerwony Krzyż listy ze świata, donoszące, że „niedługo wrócimy do zdrowia, bo ciocia Ania i Frania obiecują wizytę na wiosnę…”. Nic nie utkwiło mi natomiast w pamięci odnośnie nastrojów po klęsce Francji – najważniejsze było w owych dniach rozpoczęcie wakacji i promocja do trzeciej klasy. ¶ Nowy rok szkolny stanął pod znakiem przybierających na sile trudnościach dnia codziennego. Godzina policyjna, zakaz używania elektryczności przed . wieczorem i związany z tym popyt na lampy karbidowe. Zakupy na kartki, piece trocinowe i kartki żywnościowe… ⁶ Symbolizujących Anglię i Francję.

21


Fot. 14. Rok 1938 Skarżysko – Place: „…A ciotki żegnały się mówiąc, że po świecie jeździ weneckie półdiablę, na welocypedzie” (dowolnie, za Panem Tadeuszem)

22


¶ Trudno się przeto dziwić, że drugie wojenne Boże Narodzenie już nie kojarzy mi się z dostatkiem, ale z kopnym śniegiem na ulicach i pierwszym kontaktem z Trylogią. Cóż może robić -latek w drugi dzień świąt, gdy dorośli siedzą przy brydżu a kuzynki bawią się lalkami? Zaczyna myszkować w książkach wypełniających stryjową bibliotekę. Przypadek lub Klio sprawiają, że trafia na drugi tom oprawnego w  skórę Potopu – wydanego z  błogosławieństwem rosyjskiej cenzury chyba w roku . Słowo potop zawierało szczyptę pikanterii, a to za sprawą skąpo odzianych grzeszników (a zwłaszcza grzesznic), których oglądałem ratujących się w czasie biblijnego Tsunami, na freskach pana Styki na ścianach kieleckiej katedry. ¶ Kąpiących się pań w obozie pod Ujściem latem  oczywiście się nie doszukałem, ale facecje błazna Ostróżki i zdrada wojewody Opalińskiego wciągnęły mnie w atmosferę Sarmacji i historii w ogóle na lat blisko ! Na równi z Panią Twardowską wydrukowaną na łamach pisemka „Ster”, które z  błogosławieństwem niemieckiej cenzury wydawane było jako surogat podręcznika do nauki języka ojczystego dla polskojęzycznych mieszkańców Generalnego Gubernatorstwa. Zainteresowanie wzbudziła ostentacyjna ingerencja cenzora, która strofę: Diabeł to był w wódce na dnie Istny Niemiec, sztuczka kusa. Skłonił się gościom układnie, Zdjął kapelusz i dał susa. zastąpiła kulawym dwuwierszem i dwoma liniami kropek: Diabeł to był w wódce na dnie. Skłonił się gościom układnie. …………………………… ……………………………

¶ Ocenzurowanie nie mogło nie zachęcić do bliższego zapoznania się z resztą niezrównanej ballady, którą do dziś potrafię w całości wyrecytować nawet zbudzony pośrodku nocy… ¶ Rok  stanowi cezurę tak w życiu naszej rodziny, jak i całego kraju. W marcu przenieśliśmy się do Kielc, na przedmieście Baranówek, naówczas sielską dzielnicę małych domków, bynajmniej nie o  charakterze wsi, na tyle jednak rustykalną, że stryj Stefan z powodzeniem trzymał dwa konie i przy pomocy wozu na gumowych kołach, rzecz będąca w tamtych latach budzącym podziw fenomenem, zapewniał rodzinie wcale godziwe utrzymanie. Piszę o rodzinie, 23


Fot. 15. Klan Bielnickich. Skarżysko ok. 1932. 1. Jadwiga z Mickiewiczów Bielnicka, 2. Wacław Bielnicki, 3. Zofia z Bielnickich Łagoszowa, 4. Stefan Bielnicki, 5. Kazimierz Bielnicki, 6. Jerzy Bielnicki, 7. Irena z Zalewskich Bielnicka, 8. Zofia z Amsterów Bielnicka, 9. Józef Reczko, 10. Franciszek Łagosz, 11. Klaudia z Grelów Bielnicka, 12. Danuta z Bielnickich Reczko, 13. Ewa Bielnicka (Grychowska), 14. Wanda Bielnicka (Keilowa, Kubiakowa), 15. Teresa Reczko (Barszowska), 16. Krzysztof Łagosz, 17. Wojciech Łagosz, 18. Andrzej Bielnicki, 19. Włodzimierz Bielnicki

24


bowiem także ojciec współpracował ze stryjem jako „wozak” – do czasu znalezienia pracy odpowiedniejszej do wykształcenia i niezbyt dobrego zdrowia. Czerwiec  na dobre zapadł mi w pamięci, jako że  urodził się ojcu drugi „jedynak” – Jacek, zaś  rozpoczęła się wojna niemiecko-rosyjska. ¶ Nie bardzo pamiętam jakie były nastroje pierwszych dwóch lat wojny, a o powiedzeniu, że „im słoneczko wyżej – tym Sikorski bliżej” dowiedziałem się znacznie później, ale pamiętam, że w obliczu niemieckich sukcesów na wschodzie atmosfera tymczasowości i nadzieja na rychły koniec wojny zaczęła ustępować przekonaniu, że zaciągnęło się na dobre. „Zapierające dech w piersiach wielkopomne zwycięstwa armii niemieckiej…” – jak to wdzięcznie ujął duński minister spraw zagranicznych Scavenius – zgasiły resztki irracjonalnej nadziei i kazały zająć się szukaniem sposobów na jakie takie przeżycie. Na przetrwanie w rzeczywistości łapanek ulicznych, aresztowań i ograniczeń w każdej niemal dziedzinie życia. ¶Paradoksalnie jednak niemiecka wyprawa na wschód, mimo kolejnych sukcesów, traktowana była jako pomyślny omen. Starsi nieustannie przywoływali przykład pierwszej wojny nabierając pewności, że i obecna musi się skończyć podobnie, a my, naród wybrany zostaniemy wybawieni przez niezawodnych Aliantów. Zyskiwała na popularności wspomniana już „Przepowiednia Wernyhory”, w której czarno na białym stało, że „Czarny orzeł gdy oczy na wschód obróci… ze złamanym skrzydłem powróci…”. Niezmąconego przekonania o pomyślnym końcu wojny nie podważały ani niezwykłe postępy Niemców na froncie, ani coraz częstsze łapanki (na roboty do Niemiec), ani bezwzględna likwidacja gett w  mniejszych miasteczkach i spędzanie coraz większej ilości Żydów do niewielkiego getta kieleckiego, ani nasilające się represje w odpowiedzi na działania partyzantki, na Kielecczyźnie wyjątkowo aktywnej, aresztowania i publiczne egzekucje. Te ostatnie przybrały formę publicznego wieszania zakładników „na Młyńskiej”. ¶ Czupurne nastroje i niezachwiana wiara w pomyślny koniec wojny były namacalnym faktem, jednakowoż, patrząc z  perspektywy dziesięcioleci, widać wyraźnie, że właśnie wtedy, mniej więcej po dwóch latach wojny, zakończyła swój byt Polska „przedwojenna” i zaczął się pięćdziesięcioletni okres tymczasowości i oczekiwania na pomoc, z Nieba, z Zachodu czy czego tam jeszcze. Symbolem tego stawało się coraz powszechniej używane słowo p r z e d w o j e n n y jako desygnat wszystkiego co lepsze, solidniejsze i  będące przedmiotem westchnień. Przedwojenne towary, przedwojenni, rzemieślnicy, przedwojenne koleje, przedwojenni nauczyciele… Wybiegam tu nieco w przyszłość, ale czyż jeszcze w latach . przedwojenny profesor nie był autorytetem, przedwojenne PKP niedościgłym wzorem dla gomułkowskiej szmelc-tandety, a przedwojenny radioodbiornik produkcji wileńskiej firmy Elektrit przedmiotem westchnień 25


Fot. 16. Jedyne świadectwo szkolne autora z bardzo dobrym stopniem ze sprawowania. Kielce, czerwiec 1941

26


posiadaczy topornych stolic czy pionierów? I to mimo kilkunastoletniego skoku w rozwoju techniki radiowej. ¶ Po dwóch latach okupacji rzeczywistość zaczęła dawać się we znaki w miarę jak owe przedwojenne rzeczy i zjawiska zaczęły znikać bezpowrotnie. Zniszczone buty, podarta książka, płaszcz, z którego się wyrosło… nie mogły być zastąpione, powodowały schodzenie na dziady utrwalając zarazem legendę „przedwojennej” obfitości, solidności i beztroskiego bytu… Pozytywną stroną była natomiast skłonność do oszczędności, szanowania i „chomikowania” wszystkiego, co mogło być ostatnim egzemplarzem z dotychczasowych zasobów. ¶ Był jeszcze jeden aspekt ówczesnej rzeczywistości, tyleż ważny, co niewyobrażalny dla ludzi dorastających i żyjących mniej więcej od połowy lat pięćdziesiątych… Oto jakkolwiek nieprawdopodobnie by to dziś brzmiało, rośliśmy i  dorośleli bez jakiegokolwiek kontaktu z  muzyką. Ani z  tą prawdziwą z pięciolinii, ani z tą nowszą, mierzoną w decybelach, której ostatnio dzielni jankesi używają do torturowania więźniów. Dość powiedzieć, że w moim przypadku kontakty z muzyką na przestrzeni kilku lat policzyć można na palcach jednej ręki. Jakaś wizyta u sąsiadów, którzy mieli walizkowy gramofon na korbkę i kilka płyt (-ki o czasie grania trzech minut), jeden czy dwa przemarsze niemieckiej orkiestry wojskowej i babcia grająca na pianinie u wujostwa Łagoszów w  Stachowie… Jak na okres sześciu czy ośmiu lat – imponujące to nie było. Przypomnijmy, że przez całą wojnę posiadanie radia było zabronione pod karą śmierci, do kina się nie chodziło, a jakiekolwiek koncerty były surowo wzbronione (podobnie jak imprezy sportowe). Także instrumenty muzyczne były rzadkością, a jeśli ktoś sobie prywatnie przygrywał, to przecież nie robił tego dla dzieci… W tym kontekście pada czasem pytanie o muzykę w kościele i osławione „lekcje śpiewu”. Jeśli się weźmie pod uwagę jakość zawodzenia babin w podmiejskim kościółku z fisharmonią zamiast organów oraz przeraźliwie nudne lekcje śpiewu, to na cud zakrawa moja pasja do muzyki mimo „drewnianego ucha” i totalnego braku wyczucia rytmu. ¶ Wojenna rzeczywistość, nawet oglądana oczami dziesięciolatka, nie ograniczała się oczywiście do materialnych braków i  niewygód. Wprawdzie nasz dom: ojciec, jego druga żona, „mama Helena” i ich jedynak Jacek – wraz ze mną najgorszego uniknął, ale reszta rodziny podzieliła w stopniu dość proporcjonalnym losy narodu. ¶ Brat ojca – stryj Kazik zginął rozstrzelany w Sanoku przy próbie przedzierania się przez Słowację do wojska we Francji. Starsza siostra, ciotka Zosia Łagoszowa zmarła w Oświęcimiu a jej mąż, wuj Franciszek, zasłużony przedwojenny nadleśniczy zginął najprawdopodobniej w  Buchenwaldzie. Starszy brat matki Zygmunt Bobrski, zawodowy wojskowy, aresztowany jesienią , 27


zginął ponoć w lubelskim Zamku, gdzie go rzekomo widziano wraz z serdecznym przyjacielem panem Gołasem, ojcem znanego dziś aktora, Wiesława. Siostra matki, Irena Bobrska przeżyła Oświęcim i przy pomocy Czerwonego Krzyża znalazła się w Szwecji, by wrócić do kraju już w  wielce rozczarowana skandynawskim życiem. Bardzo mnie to – wielbiciela wszystkiego, co północne dziwiło i dopiero po kilku dziesiątkach lat spędzonych nad Sundem w  duńsko-szwedzkim SAS-ie zrozumiałem, że nasza hurrapatriotka wiele racji miała. Ostatnią ofiarą niemieckich represji stał się stryj Stefan, który złapany w wielkiej obławie kieleckiej we wrześniu  spędził ostatnie pół roku wojny na przymusowych robotach w jakiejś fabryce koło Osnabrück. Jak widać, cienko przędła wtedy Trzecia Rzesza, skoro potrzebny jej był blisko -letni chodzący o  lasce (po kontuzji na wojnie bolszewickiej roku ) i używający dość silnych okularów mężczyzna! Ojca, również aresztowanego we wspomnianej obławie, wyreklamował niemiecki pracodawca jako księgowego, nieodzownego ponoć dla zaopatrzenia Rzeszy w  kieleckie ziemniaki i wieprzowinę. ¶ Były też jaśniejsze strony lat wojny. Przede wszystkim dwukrotne wakacje w nadleśnictwie w Stachowie u wujostwa Łagoszów, gdzie wuj Franek zarządzał, z niemieckiego nadania, ogromnymi lasami warecko-kozienickiemi. Posadzili go tam austriaccy koledzy ze studiów wiedeńskich w czasach c.k. monarchii. Znajomości owe nic jednak wujostwu nie pomogły, gdy jesienią  radomskie Gestapo i żandarmeria dokonały najścia na stachowskie nadleśnictwo aresztując niemal wszystkich jego mieszkańców. Ocalała jedynie siedemdziesięcioletnia babcia i -letnia Majka. Bogiem a prawdą to cud, że nie stało się to wcześniej. W nadleśnictwie kręcili się nieustannie „chłopcy z lasu”, z okazji potańcówek i przyjęć strzelano na wiwat, wszyscy wiedzieli, że obydwaj synowie – Wojtek i Krzysiek są w oddziale, a trudno było wykluczyć, że w pobliskich budynkach „kancelarii” nie bywają i Niemcy, zawodowi donosiciele i beztroskie gaduły z pobliskich wsi… ¶ Skończyło się, jak się skończyć musiało. Przeżyła babcia, Majka i obaj chłopcy, którzy właśnie wtedy byli na jakiejś akcji, a  miejsce stachowskiego nadleśnictwa – dworu w  roku  wskazywał jedynie rosnący w  gęstwinie nad strumykiem kasztan, w  miejscu, gdzie była brama wjazdowa na dziedziniec gospodarczy. Ale jak straszne by nie były losy rodziny wujostwa Łagoszów, w  pamięci -latka Stachów pozostał obrazem niezmąconej idylli i  „wzorcem sewrskim” domostwa osadzonego w  przyrodzie. A  czytając poetyckie opisy raju, mam nieodpartą chęć zapytania wizjonerów, czy widzieli zimowy zmierzch w zaśnieżonym lesie świerkowym lub sannę przez pokryty szadzią brzozowy młodniak… 28


¶ Wojenne zimy stawały się jednak coraz łagodniejsze, a osławione białe Boże Narodzenia mogę policzyć na palcach jednej ręki. Może pod Moskwą lub nad Wołgą było inaczej i  gdyby Hitler ograniczył swoje apetyty do Kielecczyzny, lub ewentualnie Generalnego Gubernatorstwa, to strach pomyśleć, gdzie bylibyśmy dzisiaj. Ale o katastrofę można było się otrzeć także na kieleckim Baranówku. I tylko szczęściu, które przeważyło moją głupotę, zawdzięczam całkiem zwyczajnie przeżycie. Otóż przypadek chciał, że latem , gdy przedmiotem lekcji rachunków były właśnie kwadraty i sześciany, na łąkach rozciągających się przed nasza szkołą, Szkoła Powszechna nr  przy dzisiejszej ulicy Dygasińskiego, niemieckie oddziały zmotoryzowane założyły sobie jakiś przejściowy skład skrzyń, skrzynek, beczek i kanistrów. A wszystko poustawiane z niemiecką militarną precyzją w  wysokie kolumny, sztaple i  sześciany… Dla bezmyślnego smarkacza wymarzony obiekt obliczeń. Usadowiłem się na przydrożnej skarpie i z zapałem zabrałem się do obliczania i zapisywania… szerokość, długość, podstawa razy wysokość… Ile beczek, skrzynek, kanistrów… Matematyka czy szpiegostwo na zapleczu frontu…? Zapewne jedno i drugie, zwłaszcza gdyby mnie dostrzegł któryś z całej gromady pracujących żołnierzy… No, ale udało się, choć wcale nie musiało. Po głębszej refleksji, po latach, przestałem się dziwić, że Jamesowi Bondowi uchodziły na sucho całkiem śmiałe sztuczki… ¶ A  poza tym szkołę nam wkrótce zajęli Niemcy na jakieś koszary czy szpital i nauka odbywała się w prywatnych domach, każda klasa w innym miejscu. Zresztą i  ta forma edukacji nie była trwała, bo okresy, kiedy nie uczono nas w ogóle powtarzały się (ku szczerej radości zainteresowanych nastolatków) kilkakrotnie. W  moim przypadku zbyt długo radować się nie było mi dane. Po jakiejś głośniejszej zabawie z  okolicznymi „chłopaczyskami” ojciec przekazał mnie pod opiekuńcze skrzydła stryja Stefana, który utrzymywał się uprawiając zawód „wozaka”. Para koni i wóz na gumowych kołach pozwalały na całkiem dostatnie życie bez zwracania na siebie uwagi władz. I w ramach tego właśnie jednoosobowego przedsiębiorstwa zostałem z dnia na dzień czymś w rodzaju chłopca stajennego lub, wyrażając się w terminologii okupanta, Unterpferdlastwagenkutscher ⁷. Pomoc przy koniach i jazdy do okolicznych lasów po drewno opałowe na pewno mi na złe nie wyszły. A  że i  atrakcji nie brakło, można powiedzieć, zażywałem wojny w  pigułce. Wojny na przykład w  jej leśnej odsłonie. Kilka razy zatrzymywali nas autentyczni partyzanci, po raz pierwszy zobaczyłem wtedy stena, który wydał mi się zresztą bronią bardzo prymitywną w  porównaniu z  niemieckim em-pi, którego się naoglądałem u  Niemców. Znacznie bardziej ekscytujące było spotkanie, latem , gdzieś w lasach za ⁷ podfurman konnego wozu towarowego

29


Chmielnikiem, z autentycznym patrolem sowieckim. Dwóch dość sympatycznych bojców szwendających się kilkadziesiąt kilometrów od linii frontu. Stryj Stefan, weteran wojny bolszewickiej, łatwo się z nimi dogadał. Zapytali o papierosy i  oświadczyli, wyszli na razwiedku, załapat Giermanca… Zegarków ani wódki się nie domagali, w przeciwieństwie do reszty swych towarzyszy, ale może na głębokich tyłach nieprzyjaciela standardowy kodeks zachowań armijnych nie obowiązywał. ¶ Spotkanie z  trzecią siłą – Werhrmachtem miało skutki nieco trwalsze, jako że pod koniec lipca na przedmieściach Kielc zatrzymał nas patrol żandarmerii polowej; to tacy panowie z ozdobnymi „ryngrafami” na szyi. Bez większych ceregieli zabrali nasz pojazd z całą załogą do transportu budulca potrzebnego do konstrukcji okopów i umocnień na przedmieściach miasta. Praca w charakterze „podwody” była oczywiście bezpłatna i zdesperowany stryj Stefan zgrzytał zębami, ale dla mnie były to nadzwyczaj ekscytujące tygodnie. Pod dowództwem przydzielonego nam jakiegoś gefreitra – Ślązaka poruszaliśmy się po miejscach, do których wstęp był zakazany od początku wojny, takich jak koszary, magazyny, umocnienia, a  nawet odrutowany obóz dla rosyjskich jeńców wojennych. ¶ Wojna to jednak przede wszystkim zabijanie. Z wojenną śmiercią spotkałem się kilka razy. Sobotni wieczór latem , długo po godzinie policyjnej. Dwie ulice od naszego domu gwałtowna strzelanina, kilka wybuchów i łuna pożaru. Zaatakowany został dom w którym odbywało się jakieś wesele. Wypalone ruiny oglądaliśmy następnego dnia rano w drodze z kościoła. Zanim nie rozpędziła nas grupa przybyłych na motocyklach Niemców, zdążyłem zobaczyć dymiące resztki domu i coś co wyglądało na zwęglone szczątki ludzkie… Nigdy się nie dowiedziałem, czy była to akcja „leśnych” na jakichś kolaborantów, napad czysto bandycki czy niemiecka pacyfikacja. ¶ Niewątpliwą likwidacją było inne wydarzenie z lata . Idąc pustą aleją wzdłuż cmentarnego muru, ujrzałem dwóch ludzi biegnących w moim kierunku. Gdy byliśmy oddaleni o kilka kroków, padło kilka strzałów z pistoletu. Uciekający padł niemal u moich stóp, napastnik pochylił się nad nim, chyba czegoś szukając i nie zwróciwszy uwagi na skamieniałego ze strachu wyrostka, przeskoczył mur cmentarny znikając między drzewami. Dopiero wtedy zrozumiałem, że – jak mawiał pan Zagłoba – periculum in mora ⁸ i wziąłem nogi za pas. Jak się później okazało, zabitym był pan Jargot, ojciec kolegi z czwartej klasy. Podobno folksdojcz, podobno pracownik policji kryminalnej, podobno detektyw… Wojna była, jak wszystkie wojny, czasem panowania wszechpotężnej plotki, więc podaję tylko to, co na własne oczy widziałem. ⁸ niebezpieczeństwo w zwłoce

30


¶ Na własne oczy widziałem też, choć nie powinienem był oglądać, pięcioosobową rodzinę państwa Pieczynogów zamordowanych jesienią , tym razem chyba przez zwykłych bandytów. Byli to mieszkający nieopodal uchodźcy z Wołynia, prawosławni i stąd ceremonialne wystawienie zwłok w otwartych trumnach przed kaplicą na prawosławnym cmentarzu. Widok pokiereszowanych dzieci, które przedwczoraj biegały po naszej ulicy, uodpornił mnie na zawsze na pokusy udawania się na pogrzeby, stypy, ekshumacje i wszelkie im podobne relikty pogańskich ceremonii. Nie pobiegłem też z resztą chłopaków na Mahometańską , gdzie właścicielka domu, w  którym mieszkali państwo Gołasowie, niejaka Kościuszkowa zamordowała i  zakopała pod altanką, przy pomocy synalka, naszego starszego kolegi, dwie „warszawianki”. Mianem tym określało się wysiedlonych z  popowstaniowej Warszawy, na ich nieszczęście często podejrzewanych o posiadanie jakichś kosztowności. Morderczynię szybko aresztowano, ale ponieważ po kilku tygodniach Niemcy Kielce opuścili, pani Kościuszkowa zapewne w glorii bohaterki ruchu oporu wolność odzyskała. ¶Kolejną okazją do spotkania ze Stwórcą w  tempie ekspresowym stała się sekwencja zdarzeń w  godzinach walk o  Kielce  stycznia . Wobec zbliżającej się kanonady kilkanaście kobiet i dzieci urządziło sobie prymitywny schron w piwnicy domu, w którym mieszkaliśmy, przy Wybranieckiej . Nie pamiętam zbyt głośnej strzelaniny czy wybuchów i nie bardzo potrafię określić czas przebywania w  podziemiu, przeważnie w  egipskich ciemnościach. Do końca życia nie zapomnę natomiast frontowego qui pro quo, czyli zupełnie nie śmiesznej komedii pomyłek na samiutkiej linii frontu. Zaczęło się od niespodziewanej wizyty w naszym schronie kilku rosyjskich sołdatów strojnych w zbyt obszerne płaszcz-pałatki i zbrojnych, jak zwykle, w pepesze. Zachowywali się nadzwyczaj przyjaźnie, pogadali nieco w polsko-migowym języku i znikli równie szybko, jak się pojawili. Owo zniknięcie nie było jednak zbyt wyszukane, by ujść uwadze jakiejś pobliskiej placówki niemieckiej. Uzbrojony po zęby patrol niemiecki zjawił się bardzo szybko i bez dalszych ceregieli szykował się do zaatakowania kryjówki Rosjan przy pomocy granatów. Na szczęście jedna z pań znająca niemiecki zdążyła wykrzyczeć, że Iwana (standardowe określenie Niemców sowieckich żołnierzy) już tu nie ma, a piwnicę wypełniają kobiety i dzieci. Do egzekucji nie doszło, jednak kazano nam wszystkim wychodzić i stawać pod ścianą, ale po wydostaniu się kilku pierwszych osób jeden z Niemców machnął ręką i patrol pośpiesznie opuścił podwórko. Takie to były czasy, że obecność kobiet łagodziła obyczaje, nawet w sytuacji frontowej i „przechodzenia z rąk do rąk” przyfrontowego obiektu. Ciekawe, jak podobna sytuacja wyglądałaby dziś, gdy awanturnicze samki pchają się do koszar i mundurów, a co za tym idzie, każda niewiasta w „wieku poborowym” nawet w cywilnym przebraniu może być niebezpiecznym kombatantem? 31


¶ Ostatni przykład otarcia się o „gwałtowne zejście” to przypadek kolegi z podwórka, Tadka Gejca, z  którym zabawialiśmy się w rozmontowywanie pocisków artyleryjskich, masami walających się po rowach, polach i ogrodach po zajęciu Kielc przez Rosjan  stycznia. Odzyskany materiał wybuchowy nadawał się na efektowne fajerwerki, ale zabawy te miewały też ciemniejszą stronę. Najdramatyczniejszym przykładem był właśnie los Tadka G. W  samą Wielką Sobotę wybijaliśmy w jakimś leju po bombie, jak sto innych razy, rurkowy proch, tzw. makaron, z nabojów do niemieckich dział „”. Musiałem zabawę zostawić, bodaj wezwany do pomocy w domowej, świątecznej krzątaninie. Dopiero po południu dowiedzieliśmy się, że Tadek nie żyje trafiony jednym, niewielkim odłamkiem… Czy był to odłamek naszej -ki, czy inna zabawka, nie dowiedziałem się nigdy.


2. Weneckie półdiablę