__MAIN_TEXT__
feature-image

Page 1

BEZ{

}

KRES

NR 3 (8)

MARZEC

2020 A.D.

ROK II

(druk) ISSN 2658-0381 e-ISSN 2658-039X

cena numeru

20 PLN (8% VAT)


Drodzy Przyjaciele BEZKRESU

Zwracam sie do Was z gorącą prośbą. Dzięki Waszym zachętom, Waszemu wsparciu, Waszym tekstom i Waszym uwagom udało nam się wydać już wiele numerów naszego pisma. Chcielibyśmy to dzieło kontynuować. Nie da sie jednak drukować go bez Waszego wsparcia finansowego. Pokornie proszę o pomoc w zebraniu funduszy na druk kolejnego numeruo. Liczy sie każda złotówka. Każda wpłata.

zrzutka.pl/c3c6vg strona: 2

lub Kod BIC (Swift): BPKOPLPW IBAN PKO BP: PL 66 1020 4027 0000 1102 1442 2317 ADAM GRZELĄZKA – BEZKRES DAROWIZNA  ŻELAZNA 18B/13 61­064 POZNAŃ P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE

Redaktor naczelny Adam Grzelązka


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

W numerze: POEZJA Krzysztof Galas Moje źrenice zapominają barwy: 4 Nie masz przyjaciół: 5 Twoje oczy: 4 W taką noc: 6 Marzenie: 7 III: 8 Jolanta Michna *** (chociaż z nieba...): 8 Niedziela szósta rano: 8 *** (ciężko dostrzec ...): 8 Sandra Budziarska dzbanek: 8 Czas białych kwiatów: 8 Złota godzina: 8 III: 8 Miłosz Poradowski Brat: 9 Kiedyś: 9 Lisek: 9 Małgorzata Kulisiewicz La Primavera: 9 Szmaragdowe Królestwo: 9 Ukojenie: 9 Henryka Ziaja Jutro: 10 Sztuka życia: 10 Serce się budzi: 10 Irena Kapłon Motor życia: 10 Twój czas: 10 Jolanta Stelmasiak Miniatury wiosenne: 11 Błądzimy wśród mgieł: 11 Magdalena Idryjan Węzeł gordyjski: 11 Ewelina Sikorska Motyl: 11 Beata Śliwka Chcę: 12 Dźwięk: 12 Zamroczenie: 12 Prezent: 12 Łukasz Nowakowski Samotna rzeka: 12 Cisza: 12 Kod genetyczny: 12 Seweryn K. Topczewski Wiosnowanie: 13 Mała Golgota: 13 Krzysztof Graboń Opowieść o spragnieniu: 13 Bezimienny: 13 Zanikająca tradycja handlowa: 13 Roland Hensoldt Życie to wieczności targ: 14 Karol Piątkowski Ciało: 15 Mariola Kokowska Fiołki magenta: 15 Monika Zalewska Wcielenia: 15 Pakuję walizki: 15 Taniec: 15

Katarzyna Georgiou Marcowe piegi: 24 Wiosenna randka: 24 Adam Nowaczuk Mądrości zielarskie: 25 Krzysztof Nowaczuk Wiosno! Małgorzata fabrycy Rzeczywistość: 25 A gdyby jednak: 25 Paweł Czyżewski Olśnienie: 26 Sonet wiosenny: 26 Wiersz do św. Franciszka: 26 Samuel Padło Chwilowe odrodzenie: 26 Bożena Helena Mazur-Nowak szczęście jak kromka: 26 okno życia: 26 Izabela Kasprowicz-Żmuda Dzień pachnący wiosną: 27 Nad ranem: 48 Bartosz Bukatko Syntetyczne życie: 29 Krzysztof Padowski *** (Ten jeden dzień): 31 *** (Malowała): 31 *** (otworzyła): 31 Krzysztof Dąbrowski Przedwiośnie:39 Anna Marszewska Głód życia: 49 Wiosna: 49 Nocy bezsenność: 49 Magdalena Cybulska proza poetycka: 58 Konrad Stawiarski Sonet wstępny: 59 Dziewiąta fala: 60 Adam Gabriel Grzelązka Naucz mnie: 61 Pokazałeś: 62 Jak kazałaś: 62

REALIZM TERMINALNY Izabella Teresa Kostka Utracona kobiecość: 31 Poczwarka (o miłości): 31 Sabrina De Canio Chleb: 32 Dni: 32 Zamarłe spojrzenie: 33 Jak perła:33 Podróż: 33

WYWIAD Adam Gabriel Grzelązka Wywiad z Krzysztofem Galasem: 4

ESEJE Izabela Kasprowicz-Żmuda Życie jest cudem: 56 Mariusz Żmuda Jak zawżdy żcyie wyglądało: 57 Konrad Stawiarski Mój Klasycyzm: wykład I: 59 Adam Gabriel Grzelązka Zasmakowac w bibliotece II: 61

D R A M AT Anna Zhezlowa Przygody ptery Gynt: sc.1 Akt.I: 52

P OW I E Ś Ć Przemysław Zarychta Michalski cz. V: 34

PROZA

Alex Slawinski Szczecin - Poznań: 35 Tomasz Klarecki Czas i przestrzeń: 37 Beata Śliwka Codzienność mieszkańców...: 40 Marguerite Swirczewska Biegłam do domu: 41 Krystyna Jarocka Kurczak: 43 T Ł U M AC Z E N I A Jerzy Piotr Kozerski Historia pewnego konkursu FRANCUZKA Monika Barwińska-Moll Stephen Moysan Antykoloryzm: 47 Pogodny czas: 22 Agnieszka Mohylowska Do czytelnika: 22 Wiosną na biurku: 50 Smutne odkrycie: 22 Inga Rzynska Zła droga: 23 Uśmiech wbrew grawitacj: 51 Początek i rezultat: 23 Rafał Sulikowski Mikronarracje: 54 LITEWSKA Kasia Dominik Augustas Lapinskas Wiosenna przygoda na szlaku: 55 02: 28 03: 28

NIEMIECKA Grażyna Werner Świt: 29 Haiku: 29 Christa Beau Haiku: 30 Dni: 30

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE

strona: 3

Przemysław Zarychta Przychodzi Wiosna: 16 Życie (Tryptyk): 16 Celina Mioduszewska Proszę cię wiosno: 16 Anna Wrocławska Huśtawka: 16 Krystyna Jarocka Dzieciństwo: 17 Maksymilian Tchoń *** (Mrugnięcie powieki...): 17 Słowa: 17 Bogumiła Salmonowicz Duma: 17 Wystarczy zaprosić: 17 Regina Sobik Dworzec wspomnień: 18 Werka Sikorska Życie: 18 Janina Jackowska Bocian: 18 *** (Nie śpiesz się...): 18 Kapryśny luty: 18 *** (Magnolia pod oknem...): 18 Emilia Pilarska-Ciesielska Ptak: 19 Sentyment: 19 Zmysły: 19 Agnieszka Mohylowska Melodie życia: 19 Tak wiele: 19 Wiosna: 19 Życie: 19 Emilia Pilarska-Ciesielska Ptak: 19 Sentyment: 19 Zmysły: 19 Agnieszka Mohylowska Melodie życia: 19 Tak wiele: 19 Wiosna: 19 Życie: 19 Wiosną: 50 Kasia Dominik Jeszcze jeden: 20 Dziewczyna, która tańczyła: 20 Wiosenny pejzaż: 20 Arkadiusz Morawski Inaczej o...: 20 Ewelina Czajkowska Noc we wsi: 20 Uczyń mi: 20 Oddech: 20 Nie czuję wiosny: 20 Maria Kwater Już cieplej: 21 Tańcząca magnolia: 21 Wiosenna symfonia: 21 Hanna Krugiełka Zamiana: 21 Chwile naszej miłości: 21 Drzewo: 21 Pamiętasz ten deszcz?: 21 Izabela Bazydło narodziny królowej: 24 niby-wiosna: 24 przebiśnieg: 24 poranek: 24


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Czym jest dla ciebie poezja? Poezja to myśli zapisywane na papier, ale pieczołowicie, w nietuzinkowy sposób, czy jest to opowieść o egzystencji, czy strofy o miłości, czy o Bogu, czy fraszka, czy satyra, czy absolutna groteska. Ideałem, którego ustawicznie poszukuję, jest interesująca i prawdziwa treść, a wszystko zapisane stylowo, nienagannie, z wykorzystaniem wielu dostępnych środków wyrazu.

***

WYWIAD

Moje źrenice zapominają barwy niebezpieczny świat poznaję przy pomocy rąk palce suną łapczywie po szczegółach kształtów

Jak powstają twoje wiersze?

Moje dłonie muszą umieć więcej bo oczy dotknięte wrodzoną wadą okazały się bezużyteczne Skazany na ćwiczenie woli połączone z obowiązkiem godzenia się z bezlikiem bolesnych sytuacji podejmuję trudne wyzwania nie ulegam ślepej niemocy nie pozwalam się wykluczyć ani zepchnąć na margines Cenię to życie wydrążone ze światła z każdym dniem mocniej Kim jest poeta? Poeta to nie człowiek, który sklecił naprędce kilka try‐ wialnych rymowanek. Żyjemy w czasach, w których każdy może wydać książkę za własne pieniądze i nikt nie ingeruje w zawarte tam treści oraz środki wyrazu. Prawdziwy poeta ma swoją legendę, własny świat. Często swoisty sposób zapisywa‐ nia utworu, który pozwala odróżnić go od całej reszty, a tym samym nadaje jego poezji cechy odrębności.

Jak stać się poetą? strona: 4

literatem. W moim przypadku odpowiedź jest stosunkowo prosta. Urodziłem się z podwójną wadą wzroku, co spowodo‐ wało, że okres przedszkolny spędziłem w większości w szpita‐ lach na oddziałach okulistycznych, a całe osiem lat szkoły podstawowej w internacie dla dzieci niewidomych. Pomimo licznych starań lekarzy, nie udało się uratować resztek mojego wzroku i kiedy skończyłem piętnaście lat, całkowicie przesta‐ łem widzieć. Szpitale, internat i stopniowa utrata wzroku, wy‐ ostrzyły pokłady mojej specyficznej wrażliwości i pozwoliły odczuć przeświadczenie, że niosę na własnych plecach ból znanego i nieznanego mi świata. I tak to się zaczęło. Często po napisaniu i wydaniu kolejnej książki, odnoszę wrażenie, że napisałem już wszystko, co mieszka w mojej głowie. Później mijają tygodnie, miesiące i okazuje się, że liczba tematów, na które chciałbym się wypowiedzieć zdaje się nieograniczona.

Każdy staje się poetą indywidualnie. Każdy musi przejść własną, często wyboistą drogę, która prowadzi do przekona‐ nia, że umiem, mogę, a może nawet powinienem coś napisać. W tym przypadku najważniejsza jest wrażliwość. Napisano wiele książek szukających przepisu na to, jak stać się poetą, albo dlaczego ten czy ów pisał i stał się sławnym i poczytnym

Trzydziesty szósty rok wykonuję wyuczony zawód masa‐ żysty. Pomagam chorym ludziom powrócić do zdrowia, a wi‐ zyty moich pacjentów stanowią nieprzebrane pokłady tematów do wierszy. Większość moich utworów napisałem w gabinecie masażu przy biurku. Pierwsza osnowa wiersza pi‐ sana jest zawsze Braille’em, później pieczołowicie poprawia‐ na. Literat widzący na kartce może dokonywać skreśleń, sporządzać marginesy, nanosić różnego rodzaju oznaczenia przy poprawianiu treści i stylu. W systemie Braille`a nie ma takiej możliwości. Kiedy nanoszę jakiekolwiek poprawki, za każdym razem zmuszony jestem przepisać cały wiersz od no‐ wa. Kiedy mam już satysfakcjonującą mnie wersję, wprowa‐ dzam ją do komputera. Można powiedzieć, że mam dużo trudniej, ale nikt nie twierdził, że na poetyckiej ścieżce powin‐ no być łatwo. A poza tym, mam więcej czasu na przemyślenie i dokonywanie poprawek.

Dlaczego poezja? Czemu piszesz wiersze? Jak to się zaczęło? Prócz poezji zajmuję się pisaniem opowiadań i publicy‐ styką. Jestem członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Rze‐ czypospolitej Polskiej. Razem z żoną Aliną tworzymy duet ,,Sobie Przeznaczeni”. Od 15 lat śpiewamy poezję. Objeż‐ dżamy Polskę i koncertujemy coraz więcej, ale na pierwszym miejscu zawsze są moje wiersze. Przede wszystkim czuję się poetą. Jeżeli w danej chwili coś mnie poruszy, czuję ogromnie silny wewnętrzny imperatyw, który krzyczy wprost do ucha – napisz o tym. To jest ważne. Nie wolno ci przejść obok tej sprawy obojętnie. Pisałem od dziecięcych lat. Późna podsta‐ wówka, wczesny okres liceum, później z przerwami, raz wię‐ cej raz mniej, tylko do szu lady, bez najmniejszej publikacji. Jedna z moich pacjentek, po wielu namowach z jej strony, skontaktowała mnie z nestorką wielkopolskiej poezji Heleną Gordziej. Pani Helena powiedziała, że powinienem wydać to‐ mik i ona mi w tym pomoże. I tak to się zaczęło. W 2016 roku

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

wydałem dziewiąty tom poezji. W przygotowaniu jest dziesią‐ ty. Będzie to wybór wierszy na piętnastolecie twórczości.

Gdzie szukasz inspiracji? Co napełnia cię natchnieniem? Co cię motywuje? Inspiracje i natchnienie czekają dosłownie wszędzie. Na każdym kroku czai się coś ważnego, o czym można napisać. Najlepiej kiedy rozmawia się z żywym prawdziwym człowie‐ kiem. Obfitość rozmów z pacjentami owocuje mnóstwem po‐ mysłów. Można powiedzieć, że pacjenci przynoszą do gabinetu gotowe wiersze, a ja tylko muszę zdecydować w ja‐ kiej formie to zapisać i jakich użyć środków wyrazu.

Nie masz przyjaciół szukasz śladu stopy na piasku wyobraźnia ostrzega przed przymykaniem oczu na codzienne zło Za dużo widziałeś zbrodni których nie chcesz pamiętać Nie ma w tobie wiary w boską opiekę łatwiej skłonny jesteś uwierzyć w podstępne pułapki czyhające na każdym kroku

Piszę najczęściej w moim gabinecie masażu. Tam mam ciszę, spokój i jeżeli pacjenci pozwolą, miewam sporo czasu. Bywa, że w autobusie na ulicy, albo siedząc w salonie przed te‐ lewizorem najdzie mnie jakaś nagła re leksja, albo ciekawe połącznie słów i muszę to zanotować. Nie rozstaję się nigdy z dyktafonem cyfrowym i używam go, jeśli zajdzie taka okolicz‐ ność.

Co ci przeszkadza w pisaniu? Jeżeli mam miejsce spokojne i ustronne, to nic nie jest w stanie mi przeszkodzić.

Twoje oczy I Wspominam szczegóły gorzkiego dzieciństwa złe nowiny rozpanoszone nieszczęścia czas kiedy łatwo było sprzedać duszę diabłu za odrobinę spokoju Odkurzam w myślach dawne nagłe decyzje słowa nie do cofnięcia nieuniknione zależności nieuchronne implikacje jeżeli sen to przebudzenie a jeśli miłość to łzy rozstania

WYWIAD

Wymyśliłeś na własny użytek filozofię ruletki wierną przypadkowym zdarzeniom pełną niewiadomych imion pospolitych słów zwyczajnych przedmiotów

Kiedy sięgasz po pióro? W jakich sytuacjach?

Po wielu latach mogę przestać celebrować upadki świadomie kreślić nowy odcinek linii życia pośród niczym niezmąconych pejzaży na których dnie są kochające oczymoje ocalenie

Złudna to recepta niczego nie ocala bo nie ma skutecznego leku na smutek Świat stoi na ostrzu noża dyktuje kolejnym pokoleniom przemoc i egoizm

Czym jest talent? Czym jest natchnienie? Skąd się biorą?

Już nie wrócę do tamtych łez w cień czarnych drzew o zwiędłych liściach Nie wchłonie mnie pustka zobojętnienie ani gwałtowność Moja wyobraźnia gotowa na wiele nareszcie mogę stać nad wszystkim czym od dawna chciałem być

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE

strona: 5

Napisałem jedną książkę, która poezją nie jest. To zbiór felietonów pisanych dialogiem. Dialog odbywa się między niewidomym poetą i osiedlowym majstrem. Obie postaci są mocno przerysowane, przez to wydźwięk rozmów często by‐ wa mocno satyryczny. Osiedlowa ,,złota rączka” pyta poetę o wszystko, co mu przyjdzie do głowy. Jeden z felietonów zaty‐ tułowany jest natchnienie. Pan Karol – majster – bardzo się martwi, że poeci poprawiają i szlifują swoje wiersze, że skoro wymaga to tyle pracy, to natchnienie jest mocno przereklamo‐ wane.

II


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Stworzony przez ciebie od nowa uwiedziony powabem oczu słucham uważnie

Jak sobie radzisz ze zniechęceniem?

Po zmierzchu każda kropla rzeki przywołuje twoje imię

W taką noc

III Znika błękit roztańczony odsuwa się ustępuje miejsca zjawiają się zawzięte chmury tłuste siwe matrony opasłe i leniwe rozsiadają się wszędzie zanim napoją deszczem do bólu wyschniętą ziemię

mówmy sobie komplementy które do tej pory nie miały okazji zaistnieć odkrywajmy nieznane lądy na bezkresnych oceanach wymyślajmy nowe słowa co jak srebrne dzwonki kołyszą się na wietrznych huśtawkach mnożąc echa wspomnień

POEZJA

Ogromne krople ślizgają się po brudnej szybie Teraz kiedy poczułem ciepło oddanej kobiety powoli godzę się z nieuniknionym już mnie nie martwi że moje oczy nie są głęboką zielenią a jedynie dwoma kawałkami gładkiego plastiku Uchodzi ze mnie niepewność ustępuje rozdarcie przestaję się jąkać wyrywam się z kręgu wmówionego mi nieszczęścia IV

przyjazna noc karmi nas dobrym snem bezmiarem kolorów pozbawionych światła naręczem spełnionych pragnień otwiera w nas niebo utrwala wzruszenia zapobiega sytuacjom bez wyjścia

Jak rozwijasz swój warsztat poetycki? Bardzo dużo czytam. Najczęściej traktuję prozę wybiór‐ czo, czytam te pozycje, które zachwycają mnie językiem. Na‐ prawdę świetne kryterium doboru. Czasami już po kilku stronach odkładam książkę, bo wiem, że ta lektura niczego mi nie da. Odwrotnie. Bywa, że od pierwszej strony język danego prozaika postrzegam jako wyjątkowy. Czytam ponad sto utworów prozatorskich rocznie i kilkadziesiąt tomików poezji. Ponad to biorę udział w festiwalach poetyckich, warsztatach literackich, panelach dyskusyjnych. Pokazuję moje gotowe wiersze zaufanym kolegom po piórze i uważnie słucham ich opinii.

Twoje książki poetyckie – jak powstały? O czym są? Dlaczego takie, a nie inne wiersze?

Patrzę w obojętne gwiazdy na uśpionym niebie w ciszy wrześniowej nocy przyroda oddycha początkiem kolejnej jesieni

strona: 6

Mogą zdarzyć się tygodnie, a nawet miesiące, w których opuszcza mnie pisarska forma. Ale słowa ,,zniechęcenie” nie ma w słowniku mojego dnia codziennego. Kiedy nie piszę wierszy, piszę teksty piosenek, komponuję muzykę do nich al‐ bo pracuję nad moją powieścią. Przy czym najwięcej czasu po‐ chłaniają zajęcia zawodowe – prowadzenie gabinetu masażu.

Myślę o urodzie zwykłego życia o miłości i zrozumieniu o tym że jesteś moją religią wymodloną wiarygodną wartą każdego zachodu że wszystkie nadzieje pokładam w tobie a cała reszta jest wyuczonym obyczajem zdawkowym dodatkiem

Najpierw zachwyciłem się samym faktem, że wydam książkę. O czym ona mogłaby być? Oczywiście o wielkiej miło‐ ści do mojej żony. Żar naszej miłości można odnaleźć w tych strofach, ale z kilkunastoletniej perspektywy widać jak na dło‐ ni, czego wtedy nie umiałem. Książki od drugiej do czwartej, spośród dziewięciu, które wydałem, to już inne pisanie. Egzy‐ stencja, pejzaże, kolorowe obrazy. Zaczynają się pojawiać hi‐ storyjki o kobietach, a także wiersze pisane z perspektywy osoby niewidomej. Piąty i szósty tom – to przejście do pisania, które może mnie kiedyś zadowoli, ale wciąż nierówne, nie dość dobre. Ostatnie trzy tomiki są najbliższe poezji, którą chciałbym pisać. Są kontynuacją wątku damsko-męskiego, współczucia dla losu kobiet, pochwały rozumu, jasnego umy‐ słu, postaw świadomych. Nie wiadomo, co się znajdzie w ko‐ lejnej książce, bo kiedy wnikliwie wczytam się w ostatnie moje

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

wiersze, zgrzytam zębami i tęsknię za jeszcze inną poetyką.

Marzenie

Wyrwać się z kręgu ołowianych łez uciec od niebezpiecznych niewiadomych plusnąć jak kamień w wodę cicho położyć się na dnie nie wracać na królewski dwór by żyć pośród zasług drżących warg wilgotnych dłoni raczej schować się w mrowisku być kroplą w oceanie pozbyć się wstydu i strachu wyznaczyć realne granice między barbarzyństwem a człowieczeństwem zdać egzamin i otrzymać dyplom z życia

Biogram: kilka słów o mnie

III

POEZJA

naucz mnie kochać kiedy strach przed ciemnością dyktuje słowa wierszy ocal przed paniką pod oparem oddechu zachowaj jaskrawe kolory w spokojnych jeziorach oczu przetłumacz na język czułości by stały się czytelne dla opuszków moich palców białą solą łez szeptem drobnych kroków ja ci opowiem o czym śnią pierzaste obłoki zdradzę tajemnicę morskich fal słowa śpiewanych przez nie piosenek kiedy chłoszczą plecy przybrzeżnych skał pokażę słońce co oświetla bezlik możliwości nie zrodzonych z obrazu wtedy domkną się rany zwątpienia

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE

strona: 7

Urodził się w Poznaniu w 1964 r. Ukończył znane Stu‐ dium Pomaturalne Masażu Leczniczego dla niewidomych w Krakowie. Jako masażysta od ponad trzydziestu pięciu lat prowadzi z powodzeniem gabinet masażu leczniczego. Jest byłym sportowcem, zdobył 38 medali na mistrzo‐ stwach Polski w pływaniu w kategorii niewidomych. W 1980 r. zajął IV miejsce na Igrzyskach Paraolimpijskich w Arnhem w Holandii. Debiutował tomikiem poezji ,,Róża Przeznaczeń” w 2004 r, wydanym także na płycie CD Kolejne książki to: ,,Płoszenie chwil”(2005) – płyta CD o tym samym tytule, ,,Wizerunki go‐ dzin” (2006), ,,Na powiece Ziemi” (2007) wraz z płytą CD na której została utrwalona treść w formie słuchowiska poetyc‐ kiego, ,,Kamieniołomy dni” (2009), ,,Na mieliźnie praw‐ dy” (2010 ), ,,Nieustępliwa pamięć” (2011 ), ,,Czas niepewności” (2012), ,,Modlitwa o błękit ''(2016) Wiersze poety publikowane były w wielu antologiach i al‐ manachach, a także czasopismach kulturalnych, takich jak Krajobrazy Kultury, Akant, Gazeta Kulturalna, Okolice Po‐ etów, Znad Wilii, Sekrety żaru, w kwartalnikach Filantrop, oraz Help-wiedzieć więcej. Można je było usłyszeć na antenie Programu I Polskiego Radia, Radia Poznań, oraz Radia Emaus. Poezja Krzysztofa Galasa była tłumaczona na wiele języ‐ ków, miedzy innymi: niemiecki, rosyjski, białoruski, węgier‐ ski, esperanto, grecki, ukraiński, wietnamski, bułgarski, ormiański, francuski, szwedzki. Twórca cyklu humorystycznych felietonów literackich, z których powstała książka w 2015 r, pod tytułem ,, Widzieć in‐ telektem”, oraz cyklu felietonów pod tytułem ,,Okiem masaży‐ sty”, dotyczących spraw osób niewidomych, prezentowanych w stałym cyklu w,, Radio Poznań”. Od 2006 r. jest członkiem Związku Literatów Polskich oddział Poznań, w którym jako inicjator, prowadzi cyklicz‐ ne ,,Spotkania swobodnej myśli” zapoznające wszystkich chętnych z twórczością poznańskich poetów. Od 2016 jest członkiem zarządu poznańskiego oddziału ZLP. Bywa jurorem konkursów poetyckich, chętnie wspomaga młodych poetów w redagowaniu debiutanckich książek.

Od 2017 roku jest zastępcą Redaktora Naczelnego literac‐ kiej gazety Krajobrazy Kultury.Od 2018 jest członkiem Stowa‐ rzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej. Jest pomysłodawcą i fundatorem statuetki ,,Władysław”, która nawiązuje do zasług dla kultury polskiej Władysława Stanisława Reymonta – Noblisty oraz pierwszego wybranego prezesa oddziału poznańskiego Związku Literatów Polskich. Stanowi ona podziękowanie za aktywność twórczą i wkład do środowiska kultury. W 2014 roku odznaczony odznaką honorową „Za zasługi dla województwa Wielkopolskiego”. W 2018 roku odznaką ho‐ norową „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. Za rok 2018 otrzymał Nagrodę Literacką IANICJUS im. Klemensa Janickiego. Jest czynnym działaczem społecznym, także na rzecz środowiska osób niepełnosprawnych. W 2018 uzyskał I miejsce w kategorii Idol Środowiska, w plebiscycie organizowanym corocznie przez fundację „Szansa Dla Niewidomych”. W duecie SOBIE PRZEZNACZENI wraz z żoną Aliną śpiewa poezję, komponuje i gra na gitarze. Jest laureatem wielu ogólnopolskich festiwali poezji śpiewanej. Często stano‐ wi oprawę muzyczną różnych imprez kulturalnych. W 2015 ro‐ ku ukazała się płyta pod tytułem ,,Biało-czarne fotografie”, obejmująca siedemnaście kompozycji Krzysztofa Galasa do słów Andrzeja Bartyńskiego. W 2018 roku ukazała się autorska płyta pod tytułem ,,Tiramisu”, nagrana w studiu ,,Radia Po‐ znań”. W 2018 roku zamieszczony w „Encyklopedii Osobistości Rzeczypospolitej Polskiej” wydanej przez BPH – British Publi‐ shing House LTD. Główne zainteresowania to medycyna, literatura, sport, muzyka.


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Jolanta Michna *** chociaż z nieba spadają lekkie płatki bruk rynkowych ulic bieli się on i ona od zawsze na tej samej ławce mimo śniegu układają przyszłe dni w głowie mnóstwo rodzi się planów obietnice wyznań moc on i ona w samym sercu Krakowa odnaleźli szczęściem naznaczony cel chociaż z nieba spadają lekkie płatki na szybach sukiennic kwitną witraże słychać muzykę parskanie koni nic nie zagłuszy serca nut wpatrzonych w siebie radosnych oczu pośród gołębi on i ona wirują w tańcu bez czasu bez słów

POEZJA

Niedziela szósta rano miasto jeszcze śpi drzewa pieści szron połyskują choinki lśnią we wschodzącym słońcu słychać kroki coraz mocniejsze i szybsze to tylko wierni pędzą na niedzielną mszę a w środku serca budzącego się miasta stoję ja i ty pada śnieg białe płatki osiadają na rzęsach zdobią kontury naszych ciał wewnętrzna magia rozpala że nawet nie czuć porannego mrozu czar zapatrzonych oczu i dotyk ciepłych dłoni uwalnia bez granic niepowtarzalne uczucie

strona: 8

***

ciężko dostrzec jakiekolwiek światło czerń wgłębiła się w rozległą przestrzeń z każdej możliwej strony słychać tylko trzepot białych wron przemalowanych zwyczajnie na zamówienie ciężko wypowiedzieć najprostsze słowo ułożyć czytelne zdanie warkocz nie ma początku ni końca jest słabą rwącą nicią nawet małe szarpnięcie zatrzymuje bieg i mówią że to już koniec tam właściwie wszystko zaczyna się od nowa

Sandra Budziarska dzbanek zerwany listek mięty krzyknął zapachem w powietrzu między nami zakwitła stulistna róża ścieram zębami z języka smak złota pszczoła chwyta w objęcia kwiat nabieram światła w dzbanek ciała

Czas białych kwiatów pęka struna zimy ciemne miesiące zamykają się z hukiem za nami drapie paznokieć młodego księżyca pod stopami dźwięczy dzwon ziemi drewno na moją lirę ma mocny puls jest ktoś w deszczu pod miłorzębem gdy pachnie mokry kurz

Złota godzina wieczorne powietrze słój z miodem lipowym róże budzą się i rozświetlają od środka dziś nie będzie żadnej zbrodni przeciwko miłości wysyłamy nasze imiona w kosmos pod niebem pachnących drzew dotknij moich nóg

III puszczanie latawców przeciwko wojnie równanie grządek przeciwko entropii śmiech przeciwko śmierci

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Miłosz Poradowski Brat Muzyka jest mi bratem Muzyka jest mi moją czystką Daje mi wytchnienie i od myśli uwolnienie Zwalnia z pręgierza dając szansę radości Daje zwolnienie od świata trosk i miłości Myśli pędzące zagłusza swoim brzmieniem Muzyka jest mi siostrą Tą starszą, która już mądrości swoje mówi Masz żyć tak i tak, bo jest wygodniej A ja ciągle próbuje złamać stereotypy Że muzyki nie tworzy się tylko po to żeby zdobyć wyniki Muzyka jest mi siostrą i bratem Dogadać się między sobą ciągle nie potrafią Jednego dnia każą tak drugiego inaczej A ja ciągle lecę na jednym esperanto Bo nie potrafię znaleźć czegoś lepszego

Płomienie

Kiedyś Pukałem w okno niewielkiego domu Wyłoniłaś swoją głowę zza zasłony Zobaczyłem twoje piękne brązowe oczy Prawdopodobnie już o nich nie zapomnę Zapukam jutrzejszego dnia jeszcze raz Będę liczył, że uchylisz okno i porozmawiasz Chciałbym usłyszeć głos słowika Który krąży w wyobraźni dzisiejszej nocy

Lisek

Szmaragdowe Królestwo Trzeci wymiar słów zasłonił lustro ego muśnięciem pyłku jabłoni, wiosną niedokonaną, szeptem kwiatu wiśni, zaprzeszłym brzaskiem. Czwarty wymiar domknął okrąg naszego w sobie trwania. Niewidzialne ptaki nocy odleciały do królestwa zwielokrotnionych luster.

Ukojenie Mam chwile, kiedy wiem, Bóg jest przy mnie, leczy moje rany głębią ciszy, niewypowiedzianym spokojem. – Będzie dobrze, twoja przyszłość już jest – szepczą anioły. – Martwienie się tym co przed nami jest bólem niepotrzebnym. Zaufaj ciszy, spokojnemu nurtowi zdarzeń, dryfuj bezpiecznie po falach życia, w bezkresie nadziei niewypowiedzianej. Zasypiam spokojnie, by rano zmartwychwstać na nowo.

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE

strona: 9

Jestem jej małym liskiem Mam rudą kitkę i oczy szarozielone Na jej twarzy uśmiech wywołuję Chyba jestem ważny, tak to rozumiem Mam miłe futerko i słodki pyszczek Nie chcę, by miała zmartwienia Wtedy się raduje A jeśli mnie opuści i wszystko się zepsuje?

w głębi kwiatu rysuję pyłkiem miodu piszę świat palcami świtu stwarzam symfonię wiosna nadejdzie i tak poza mną

POEZJA

Tańczmy kochana tańczmy delikatnie cię dotykam Wyruszamy w podróż by uciec przed świtem Niech nam będzie pozytywka najlepszym towarzyszem Tańczmy dalej słuchając trzasku ogniska Niech jego płomienie strzelają wysoko Na widok tego, co rozpala nas wewnątrz Delikatnego dźwięku posłuchajmy w tańcu Pamiętajmy, przed czym uciekamy we wspólnym rytmie

Małgorzata Kulisiewicz La Primavera


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Henryka Ziaja Jutro

Irena Kapłon Motor życia (Opole, 12.02.2020)

Gdy Jutro do drzwi zapuka z uśmiechem je otwórzmy. Powitajmy z radością, niepokój odłóżmy.

Jesteś sobie mikroświatem w bezkresnym kosmosie sumą cząsteczek materii i dziełem boskiej maestrii.

Nie wiemy z czym przychodzi, co nam zaoferuje, co wyciągnie z zanadrza, czym nas obdaruje.

Z nich powstało twoje ciało I jaźń duchowa kobiety Czerpiesz życiową energię nie tylko z naszej planety.

Najważniejsze, że przyjdzie. Że się go doczeka. Że na kolejne Jutro wraz z nami poczeka.

Jesteś osobnym ogniwem w łańcuchu ludzkich losów mnożysz i oddajesz innym boską energię kosmo

Sztuka życia

POEZJA

Życie to jest sztuka bez instrukcji obsługi. Bez karty gwarancyjnej. Bez pewności. Nikt cię nie zapewni że wszystko będzie dobrze choćbyś tupał i krzyczał ze złości. Życie to jest sztuka pięknego rysunku bez gumki do gumowania. Nieraz trzeba w życiu błądzić po omacku i iść pod prąd bez gadania. Gdzieś jest takie miejsce, gdzie będziesz bezpieczny i wszystko jest lepsze, piękniejsze. Trzeba ci je znależć żeby być szczęśliwym. Żebyś życie miał dobre, pełniejsze.

Serce się budzi Wiosna zagląda do parku i drzewom liście rozdziela. Kwiatami ozdabia rabaty, bo słonko już z nieba spoziera.

strona: 10

Wszystko nabiera kolorów. Wokoło pachnie pięknie. Trawa już się zieleni, bo ziemia po zimie mięknie. Serce się budzi do życia bo coraz ładniej jest wokół. Ptaki śpiewają pięknie. Panuje radosny spokój.

W czasie człowieczego życia a w krótkim błysku gwiazd dzielisz się swoim oddechem biciem serca i uśmiechem. Żyj jak najlepiej umiesz sięgaj do gwiazd gdy możesz. Pamiętaj jednak Miła: motorem życia jest miłość. MIŁOŚĆ MOTOREM ŻYCIA !

Twój czas Podnieś wzrok dziewczyno miła zbyt długo w zadumie trwasz. Świat wokół piękny czeka na ciebie chłoń go podziwiaj patrz. Wszędzie dookoła gra muzyka słuchaj śpiewaj tańcz. Nie będzie nas będzie las lecz teraz jest twój c z a s.

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Jolanta Stelmasiak Miniatury wiosenne soki ruszyły topią się leśne mrówki w słodkiej oskole

Magdalena Idryjan Węzeł gordyjski

* na pniu brzoskwini skrzydła w słońcu grzeje zbudzona osa * wietrzny poranek sosny coraz wyższe pył na tarasie * jak kropla miodu cóż za słodycz dla oczu pierwiosnek w deszczu * wiatr porwał płatki starej jabłoni w sadzie wonne motyle * kosy pierwszy zwiad tej wiosny wypatrują kwiatów czereśni

POEZJA

Rozplątuję… plączę… szukam sposobu… jeszcze bardziej komplikuję… Aż chciałabym po prostu jednym ruchem przeciąć mój węzeł gordyjski ale za kogo ja się uważam nie jestem Aleksandrem Wielkim… Czas burzyć mury ale sił mi brak, żeby podrzeć kartkę papieru by do ostatniej kropli krwi walczyć w obronie samej siebie Zatrzymuję się… słyszę wciąż bije we mnie jakaś wola życia chcę rozplątać ten węzeł pragnę szczęścia chociaż grzebię je wciąż żywcem ja, autoagresor… Dlatego wciąż próbuję - może rozplączę ten węzeł ja, pionier chociaż w tym jednym lecz gdy szukam szczęścia w jego rozwiązaniu gorzką konkluzję snuję odwieczną, prawdziwą… Nie muszę dalej szukać; prawdziwe szczęście w życiu to powiedzieć: Kocham.

Ewelina Sikorska Motyl

* skarby w słoiku promień słońca ozłocił syrop sosnowy * poranek taras w żółtym pyle szerszeń w jaśminie

Błądzimy wśród mgieł spójrz, jak ziemia paruje o świcie oddycha brodzimy we mgle

Gdy zima się kończy, a nastaje wiosna. W przyrodzie motyli czas nadchodzi. są kolorowe jak tęcza po pierwszej wiosennej burzy, lekki wietrzyk ich skrzydełka osusza z kropli deszczu. czegóż potrzeba im jeszcze każdy z nich swą innością się szczyci bo to wielką zaleta w świecie motyli.

błądzimy strona: 11

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Chcę

Beata Śliwka

Chcę ufać znów, że dotniesz moich ust zapleciesz palce dłoni, w byciu, razem, w codzienności, krokiem odmierzając nasz czas.

Dźwięk

POEZJA

Połamanym czasem stłuczonej szyby dźwięk, tylko słowa pozostały w tle, w natłoku zdarzeń szumu tłumu, w stanie hibernacji wybrzmiał człowiek.

Zamroczenie W zamroczeniu stoję pochodnią płonę, w emocjach pod palcami twymi rozkwitam, spalam się, zagryzając mych piersi smak, w ramionach mnie zaplatasz moje imię wołasz.

strona: 12

Prezent

Łukasz Nowakowski Samotna rzeka Samotna rzeka w uśpionej nadziei czeka w korycie wyżłobionym z przyczyn poza brzeg wyjść się boi ze strachu. w rozpaczy ogromnej inaczej patrzy samotna rzeka z przyrody wyklęta wyczekuje szans.

Cisza Ciszą mnie udekoruj kojącym szeptem z mnogości pytań poskładaj mnie zdecydowanym ruchem z prawd okryj sny niedoskonałe kocem z kurzu opętanym rosnące obawy głosem nieśmiałym wykrzycz! w stronę nieba modlitwę powtórz zanim zniknę.

Kod genetyczny Precyzyjne cięcie ostrym końcem z równowagi wytrącone

Rozpakowałam Cię, rozkoszą odkryłam na nowo jak we śnie

w tysiącach twarzy zatracony instynkt piramida skojarzeń

pocałunkiem, pieszczoty słowem duszą otuliłam

kropla krwi w ukrytych kodach DNA na powierzchnię wychodzi

pokochałam, od początku księżyca i jeszcze dalej.

genetycznie uszkodzona z wielokrotnych prób w materii błądzi. P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Seweryn K. Topczewski Wiosnowanie 09.02.2020

Co dnia jasności dłużej Na mrugnięcie oka Na dwa Na cztery Aż do zapatrzenia

Krzysztof Graboń Opowieść o spragnieniu czy kiedyś po 22-giej oprócz mamy będę miał na kogo czekać

Co dnia świergotu dźwięczniej Na ranne zbudzenie Na chwilę zmyślenia Na pieśń jedną Na koncert

podobno to naturalne poszukaj jednego odpowiednika

Co dnia zieleniej wokół Do odnalezienia Do dojrzenia z oddali Do wiatru szumienia Dla oczu zachwytu

w poniedziałek wyciągnę maskotkę będę opowiadał jak dzieciak nadam jej imię czegoś co minęło lub nie udało się a ty odpowiesz takie życie to nie moja i twoja wina że jest smutne

Co dnia Co dnia Co dnia

Mała Golgota 11/03/2016 warszawa.gosc.pl/doc/3018641.Dziecko-konalo-po-aborcji

Bezimienny

Nim zdołało choć jeden raz westchnąć Poza matki kobiecym łonem

urodzony z przerwą na życie czytał wiersz dotknięty aborcją

Choć połowa mu drogi została By ktoś mógł je przytulić z radością

komentarze z wymiaru X zapisano na blogu

By ktoś mógł je sercem pokochać By ktoś mógł je obdarzyć miłością

POEZJA

Osądzone za swoją obecność Nim zdołało odezwać się słowem

bytowanie to jesienny liść betonowej płyty

Osądzone, na śmierć wydane Odrzucone - bo mogło być inne Bo badanie cień na nie rzuciło Więc się zaczął krwi rozlew niewinnej Wolę życia tak wielką miało I przetrwało katusze biczy

Zanikająca tradycja handlowa 3 sierpień 2010 r

Zostawione przez wszystkich wołało A płacz jego rozlegał się w ciszy I nie było nikogo przy nim Kto by zabrał jego cierpienia Kto by w jego maleńkiej postaci Ludzkie życie choć chwilę doceniał

rzeszowski targ przypomina przedwojenną atmosferę czego szukałem może bezgranicznego spokoju zapisuję milczenie słyszę na straganie życia i śmierci tanie rybaczki

Odkąd zgasło na krzyżu cierpienia Ludzkich sumień jest Małą Golgotę P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE

strona: 13

Życie które tak krótko trwało Wyszydzone przez pychy samosąd


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Roland Hensoldt Życie to wieczności targ Siedem ich jest, no bez przesady, uniwersalne życia proste zasady.

Wtem anioł rozpościera skrzydła. Szatańska magia mu już obrzydła.

Choć. Pokażę ci, co to życie. Nie zamartwiaj się o obycie. Powiem tak: przecież grzech to nie wypadek, żaden pech. Grzech to droga na skróty, jak najwygodniejsze buty. W grzechu stopa się czuje dobrze i nic cię nie zakłuje. Żaden kamyk moralności nie uwiera nas od nagości. Nagość od owocu poznałeś, którego Boże im zakazałeś.

POEZJA

Czy chcesz być pacynką czarta? Twoje życie to twoja pusta karta. Raz, dwa i siedem, liczy. Nie bój się kary ni biczy.

Gdy jak żmija na języku masz gniew, niech twe słowa zmienia się w śpiew. Nieumiarkowanie w piciu w jedzeniu, NIE słowa umiejętności powiedzeniu. Przecież dano nam skończony czas. Gnijesz żyjąc? Lenistwu powiedz pas. A diabeł go po uciechach oprowadza. I moralności ścieżki zakręty wygładza. Jeden grzech do drugiego prowadzi: zazdrość do chciwości, pychy i dalej. Zaprawdę zło na świecie się gromadzi, ono zawsze wraca, taka grzechu kolej. A ja was słucham, argumenty ważę, szala życia rozkołysana, gdy marzę. A zatem mówisz mi diable, będę:

My nie karzemy za grzechy. U mnie poszukasz pociechy. Czart kontrakt prezentuje, księgowość życia rachuje. Po pierwsze publikuj: na Insta profilu kolorowa ładność, niech patrzą, niech czują zazdrość. Pstryk! Nowe selfie na fejsa wpycha. Co, że przemawia przez niego pycha?

zazdrosnym, chciwym, pysznym, gniewnym, leniwym, niepochamowanym, …grubasem? Pytam: gdzie moja nieczystość? Która zechce taką estetyczność ciała grubego, brzydkiej duszy? Kiepska oferta, umowę kruszy.

Chciwość jest dobra: Gdy głodny pyta o grosz i litość. Idź i zarób, dobra jest chciwość!

Nie diabłu powiem sześć razy. Sześć zgód na boskie nakazy!

Cielesność jest dobra:

strona: 14

Panie Anioł, tak zrobimy, i moją duszę wybawimy.

Nieczystość to już przeszłość! Dziewice wyginęły jako smoki. A ty im mawiasz: panie pość? Skosztuj nieumiarkowania soków wyciśniętych z… Z życia uroków!

I człowiek się targuje, i do anioła kwili. Ale tę nieczystość to byśmy zostawili?

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Karol Piątkowski Ciało

Monika Zalewska Wcielenia czerwiec 2013

Byłem bardzo długo we śnie i mój spokój przerwał wiatr, gdy wchodziłem już do morza. Smutnie dźwigał mnie ten klif, co do skoku miał mnie rzucić, złapać zaś samotna brzoza.

byłam jedną wielką tęsknotą, wulkanem fantazji przeróżnych, księgą pamięci z oprawą złotą, talizmanem pragnień zbyt próżnych

Chodziliśmy po polanach, gdy nas słońce grzało w plecy, niosąc listy puste w treści, pełne w sens. Nie mieliśmy takich planów, ale oddaliśmy ciało do kochania; grał nam przy tym miły świerszcz.

samotną wyspą na oceanie szczęść, drzewem powalonym przez burzę, uczuciem co przerasta treść, zdjęciem co pokryte jest kurzem

Wiem, że nam świata nie zabraknie, bo to tylko świętych rzecz; wszystko zostawiać dla innych. My, tak z ochoty, zabijemy wszystkim wilczkom braci. Śmiać się z ich łez śmiechem dziecinnym

żyję już nie po raz pierwszy, w końcu mój świat się zarumieni i odrodzę się w świetle leszy, powstanę z popiołów niczym Feniks.

będziemy. A gdy Ziemia zwijać się w szaleństwie będzie, chętnie zerwę tobie ostatnią żywą różę. Najgorsze porażki będziemy odnosić zwycięskie bo kochać się możemy nawet w ludzkiej skórze.

Spoza snu wychodzę i widzę las pełen świtu. Woskowo blady ciągnie sprayu mgłą wiosnę, jej uchwytność. Wyłoniony znikąd. Z łanu błękitu punkt ku zieloności oczom, strużynki różfioletu wznosi.

W pokoju zimą znam lakon, lilaróż. W dłoni ma postać piękna. Jest od środka – jak alleluja! Wonności fiołki magenta pod serca puch dają nura w jaśmin. W zieleńcach żyjąc finezją, wtulone w tężnię jaru na ścieżynach.

W jednej marzenia, w dwóch wątpliwości, w trzeciej nadzieje na lepsze dni, nie zabiorę tylko krzty cierpliwości, chcę już dobywać, nie tylko śnić wszystkie tęsknoty na progu zostawię obawy w kieszeń, wystarczy ich ciut i kiedy nogę na nowym postawię zdobędę wszystko, nie liczę na cud bo to czas ostatniej już z próbplanszowa gra (gdzie pulą me życie) co da mi zwycięstwo, choć może dać grób, lecz będę walczyć by stanąć na szczycie.

Taniec czerwiec 2010

Po cichutku, na palcach by nie zbudzić anioła zatańczę - nie tango, nie walca będę tańczyć dokoła dziki taniec pijany afrykański, plemienny taniec bogów nieznanych taniec odległy, półsenny w dzikim znajdę się transie w głowie bębny, grzechoty w dziwnym ciała balansie tak nieziemski egzotyzm

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE

strona: 15

Od narodzin do niebytu, osadza jedwab śliwowo-lila o woni upojeń na fałdy traw, opary ros liścia ulotne

mową języka fiołkowo szepczą z ciszą brzęczki pszczół, nie rzepak.

czerwiec 2013

POEZJA

Mariola Kokowska Fiołki magenta

Pakuję walizki


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Przemysław Zarychta Przychodzi Wiosna Kroczek po kroczku z wiankiem na głowie zbliża się dzionek piękny marcowy. Włosy zielone choć zlane rosą kwiatem zdobione i gałązkami, które kruszą. Słońce już mocniej za chmur spogląda i motywacji większej gdzieś od nas żąda, Bo w końcu widzi że wszystko żyje, a ptaki śpiewają by było milej.

Życie (Tryptyk) POEZJA

*** Wykluwamy się ślepi czujemy tylko ciepło słyszymy tylko głos własnych rodziców oni wskazują nam drogę czystą nieskalaną Miłość.

***

strona: 16

Dorastamy w buncie bo uczymy się prawie całe życie cały czas poznajemy co to dobro i zło lecz popełniamy błędy jak nasi rodzice Nawet Miłość jest dla nas trudna.

Celina Mioduszewska Proszę cię wiosno Promienie słońca muskają ziemię powiew zefirka osusza darń dama w malachitowej sukni w kapeluszu z kaczeńców i szpilkach fiołkowych wypoczęta uśmiechnięta idzie już listowie okrywa wierzbę już bocian dom ceruje skowronek na koncert przybył prymulka barwami czaruje pani w szalu z płatków żonkili w szafirowych koralach na szyi i szmaragdowym pierścieniu energiczna beztroska idzie już forsycja się żółci już migdałek zaróżowił ogród dżdżownica grządkę spulchniła świat ożył i jeszcze tylko o dzień bezkresny o przestrzeń wonną o noc miłosną proszę cię wiosno

Anna Wrocławska ***

Dokonało się zadanie jakie wykonali moi poprzednicy i praporzednicy ja też wykonałem teraz mogę odejść każdy w rodzinie wie co to jest Miłość ale czy dobrze wykorzysta w Życiu.

Huśtawka Huśtawka ukryta w konarach drzew Nad głową ocean błękitnego nieba Przysłaniany obłokami kwitnącej bugenwilli Słońce melancholijnie zasypia Jego ogień w lustrze morza płonie Czekam na gwiazdy wtulona w pled Na huśtawce ukrytej w konarach drzew.

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Krystyna Jarocka Dzieciństwo

Bogumiła Salmonowicz Duma (Łukaszowi)

wielki wybuch zarodkowego okruszka nadał nowy porządek rzeczy osobistej galaktyce karłowatej biliony godzin świetlnych temu stało się najpiękniejsze urodziłam pierwsze słońce mojej planety zgodnie z prawami dojrzałych światów krążymy najczęściej po odległych szlakach ogrodzeni zajętą ciszą codzienności lecz ani przez chwilę nie zaprzestałam ogrzewać się miłością karmić dumą twojego istnienia

Wystarczy zaprosić

Maksymilian Tchoń *** Słowa Mrugnięcie powieki Przesłaniem Przestępcy białych wierszy Szczęśliwego Przed wejściem Przed wyjściem Nic na wygnaniu gdybania

uchylam ci każdego nieba które jest i jeszcze być może pomimo narastającego wrzasku w kosmosie

Wracam dziś z pełni zainteresowania – rusztowanie sięgające gwiazd wali się

jak niewiele jak dużo potrzeba żeby rosły nam skrzydła

POEZJA

Wybrukowane kamieniami dobrych chęci Piekło mojego dzieciństwa Gdzie krew z moich stóp Rdzą do dzisiaj plami korzeń drzewa Gdzie pod ołowianą oponą chmur Zachód nadal rozlewa Czerwone kadzie parzące jak pokrzywa Gdzie mroczą się łopiany I łozy po brzegach strumienia Który zgrzyta złowieszczo po ostrych kamieniach A smutne przed nocą ptaki Posępnie kulą skrzydła Gdzie słońce białe kolce wtyka aż w dno oka A drzewa są tak jadowicie zielone Jakby zawsze przed burzą stały w osłupieniu I piaski zawsze tak słono-raniące A woda zawsze tak parząca wargi I wiatr tak suchy że spala na węgiel Gdzie kwiaty blaszanym napełniają swędem Nozdrza zbyt skamieniałe by cofnąć się mogły Przed ich nachalnym zapachem Trawy zaś szorstkie tak że palce plamią je dotykiem Krwawym zasychającym w sople mroźne Raj mój Dzieciństwo z różową na gruszy pętlą Na której wzdraga się usiąść ptak W którym kamień nigdy w mchy się nie odziewa I straszy nagą czaszką wystygłej gwiazdy Co trwa jak czarne oko chronione pamięci powieką Raj mój – moje piekło

by wzbijać się ponad mury wewnętrznych przekonań wieżowce cudzych opinii także tych o kurzych łapkach rzekomo wyznaczających drogę do pustki wieku trzeciego wystarczy zaprosić czas niech spaceruje posiadać dach nad głową bez obawy przed trzęsieniem świata łowić na wędkę uśmiechu inny uśmiech czekać na kogoś bliskiego kto nie szuka korzyści dat nie rozrzuca na wiatry

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE

strona: 17

I nic pełnia nadal pełna nów sierpem ociosany na tej wsi gwiazdy dają gwarancję z krańca własnego świata Historia obecności znajduje chwile to słowo Słońca, Boże na słowa


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Regina Sobik Dworzec wspomnień Niewielki dworzec w małym miasteczku wciąż przywołuje tamte wspomnienia mnóstwo tu ludzi znajome twarze zegar i kącik gdzie śpią marzenia Dziewczęce śmiechy i tajemnice cicho szeptane do ucha wieści a Ty wciśnięty w ten wir młodości i ten czar oczu co zmysły pieści Byłeś tak blisko że ręką sięgnąć złapać tak mocno że aż zaboli cieszyć się chwilą niechaj trwa wiecznie pić nektar szczęścia cicho powoli

POEZJA

Stukot wagonów gwar zamieszanie gdzież teraz szukać mi przeznaczenia gdy odjechało z rozkładem jazdy a mnie zostały tylko marzenia Dziś wracam często na tamten dworzec czas zabrał młodość posrebrzył skronie poukładał w wir nowych zdarzeń cóż kiedy dusza w tęsknocie tonie

Werka Sikorska Życie

strona: 18

Trwa wielkie przedstawienie Trwa wielkie theatrum mundi! Mój ruch, mój krok, mój (nie)wybór Poruszam się mozolnie, tak jak mi dyktują Wśród piękna marionetek Zdobionych, przyodzianych Odgrywam swoją rolę, siląc się na zgrabność Wśród trosk i konsternacji Scenicznej tremy bytu Kończę i zaczynam żywe spektakle Zapisuję wersy, tworząc epizody W niekończącej sztuce świata

Janina Jackowska Bocian arcydzieło Boga , symbol wsi polskiej z nadejściem wiosny. Postać literatury klasycznej mijających lat. Mijających. Bo coraz rzadziej widzimy gniazda bocianie. Dawniej na strzechach, w gniazdach na słupach we wsi, było gwarno całe lato. Boćki zakładały swe rodziny klekocząc ochoczo , przynosiły młodym pokarm w dzioby im wkładając muchy, glisty i robaki, przysmak dla bocianów, aż wyrosły i wyfrunąć potrafiły same. Spacerowały po łąkach, po stawach brodziły, żaby uciekały w strachu, bały się, płoszyły. Ten ptak piękny i dostojny wyzwala do przyrody miłość, daje przykład opiekuńczości, jest znakiem nowego życia w zagrodach.

*** Nie śpiesz się przyrodo, poczekaj z tą wiosną, toż to zimowy miesiąc luty, jeszcze może złapać mróz i sypnąć śniegiem, otulić białym puchem łąki.

Kapryśny luty Koroną drzew porusza wiatr ptaki śpiewają w ich gałęziach, wiosenna aura sprawia że, myślą pewnie, że to już wiosna.

*** Magnolia pod oknem łapie promień słońca, chce rozwinąć pąki nabrzmiałe, nie śpiesz się magnolio twoja pora w maju, wtedy zachwycisz różowym kwiatem.

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Emilia Pilarska-Ciesielska Agnieszka Mohylowska Melodie życia Ptak 09.03.2019 r.

Rozchylę skrzydła Na szerokość cienia schowanego wśród drzew Pozwolę by wiatr Poniósł mnie w stronę przeznaczenia Zamknę oczy By poczuć szepty duchów uwięzionych w ciałach Zrobię wdech głęboki By poczuć nową, niebieską rzeczywistość Poczuję wolność Niepokorną, nieokreśloną i lekką Poddam się z pokorą Tej chwili wyśnionej wczorajszej nocy

Sentyment 03.02.2020 r.

stary niemodny w złym kolorze i modelu z lat dziecięcych

brudny od emocji zakurzony od wspomnień wytarty od oczekiwań i nadziei z ukrytym wewnątrz sercem

długimi godzinami zwinne palce wypróbowują kolejne klawisze aby włączyć je w bezkresną pieśń losu aż zapada zmrok i kompozytor wychodzi a pianino milknie przykryte czarną jak nicość tkaniną pozostaje tylko cisza

Tak wiele Tak wiele można powiedzieć bez słów rękoma podniesionymi w stronę nieba do góry biciem serca podrywającym do tańca iskrą spojrzenia które rozpala oczy wokół blaskiem uśmiechu oświetlającego ponury ranek i drżeniem wargi która nie wie jak wyrazić wszechogarniającą radość

POEZJA

zbędny popsuty bezradny i bez nadziei z ubezwłasnowolnioną tożsamością

Człowiek to pianino szalonego kompozytora któremu na imię Życie przygrywa raz radosne raz smutne melodie czasem lepsze a czasem gorsze zawsze czekając na oklaski

Wiosna

Zmysły Pochłonięta wiatrem twych słów ciepłych erotycznym podtekstem rozmywam się na soczystym ciele pachnącym gorącym pożądaniem. Gdy smak się rozlewa i wypełnia nos biorę głęboki wdech i wzdycham uległą miłością wiszącą w powietrzu i nawilżam zmysły smakiem żądz.

Wiosna zapukała do okna wróblem z zieloną gałązką a że jeszcze było chłodno nikt nie otworzył odeszła więc zasmucona szyby znacząc rzewnym deszczem łez

Życie Szłam przez życie odrętwiała zaspana więc zaczęłam szukać w sobie ukrytych pokładów życia i w końcu obudziłam je w sobie chciałam żyć naprawdę korzystać z życia które w sobie znalazłam chwycić je i wycisnąć co się tylko da aż do ostatniej kropli

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE

strona: 19

życie jednak przestraszyło się mojego nagłego entuzjazmu i schowało się jeszcze głębiej i jak mam teraz żyć bez życia w sobie?


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Kasia Dominik Jeszcze jeden W kielichach tulipanów już świta, szept traw ogłasza nowy dzień, na sekretarzyku obok snu gałązka jaśminu puka do pamięci. Martwe ramię nakreśliło znak Ojca, Syna i Ducha Świętego

Dziewczyna, która tańczyła z motylami Już zapomniałam smak pocałunków, delikatnych jak wiosenny wiatr, szalejący w ogrodzie wspomnień, między wschodem, a zachodem.

POEZJA

Z pamięci uleciały radosne chwile, jak promienie słońca na twarzy, śmiejącej się do polnych kwiatów, wzrastających na horyzoncie nagich ciał. Umknęły ze ścieżki dźwiękowej słowa, które przekroczyły próg serca, i tylko przebłyskiem spacerują sekundy szepczące: byłeś pierwszym i ostatnim. Wstając z łąki spaliłeś most łączący dwie dusze spragnione miłości, a ja, głupia naiwniaczka nadal ufam, że jeszcze kiedyś zatańczymy z motylami.

strona: 20

Wiosenny pejzaż płatkami malowany

Arkadiusz Morawski Inaczej o... 03.11.2018 Włocławek

Kontroluj pracę obwodów i swoich podzespołów nie przegrzewaj jednostki centralnej oraz kontroluj jakość swoich płynów zawsze sprawdzaj ich poziom rób regularne przeglądy nie unikaj napraw częściami zamiennymi możesz się podzielić kontroluj jakie płyny wprowadzasz do układu podnoś wydolność jednostki dokonuj niezbędnych aktualizacji stosuj ochronę antywirusową stosuj oraz wymieniaj często filtry słuchaj wszystkich dźwięków wewnątrz i na zewnątrz masz jedno, a stworzyć możesz wiele

Ewelina Czajkowska Noc we wsi Oddech Noc we wsi wiosna kołysze trawę cykają świerszcze a w tle niemiłosiernie wyją psy żelastwo na karku ziemia pod łapami bardzo chce się pić biegać bawić żyć

Gdy poszycie otula jeszcze zimowa pierzynka, krokusy i pierwiosnki budzą się do życia. Otwierają pąki z pierwszymi promieniami słońca, ha tując różnobarwne kobierce na łąkach.

Uczyń mi

Każdego poranka różnobarwne tulipany i szafirki eksplodują niczym kolorowe fajerwerki. Forsycje zachwycają tysiącem złotych kwiatów, magnolie magnetyzują bladoróżowymi pączkami.

wpleć dłonie we włosy

O zmierzchu lilak aromat miłości roztacza, maciejka nieśmiało do sasanek się uśmiecha. Tańczą i swawolą, płatkami pejzaż malują, a serce człowieka radość i szczęście przepełnia.

Uczyń mi z życia wiosnę

Czekam na pierwszy ciepły deszcz promień słońca co ogrzeje rozmrozi lód na tchnienie wiosny w moich ustach twój ciepły oddech na karku

Nie czuję wiosny

serce zadrży zatętni ziemia

Nie czuję wiosny słońce nieudolnie wygląda zza chmur

cały świat zarumieni się na nowo

i znika i ja z nim

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Maria Kwater Już cieplej Nastał wielki ruch w przyrodzie, Wszystko łączy się parami. Wilk samotnie już nie chodzi, Gołąb grucha godzinami.

Hanna Krugiełka Zamiana Zamieniłam huk piekła na świeżo pachnące sny wiosenne. Bzy śpiewają wolność deszczu kapiącą łzami przeszłości. Uśmiech słońca odbija się tańczącym promieniem z Twojego porannego papierosa.

Słońce grzeje coraz mocniej, Tu i ówdzie pąk rozkwita. I ani się człowiek ocknie, Zakochany jest i kwita.

***

Wiosna budzi w nas emocje, Chce się śpiewać, serce rośnie. Chce zapachy rwać w bukiety, Jest zielono i radośnie.

Tańcząca magnolia

Wiosenna symfonia Bocian etiudę wiosenną klekocze, Szarość dnia wyzłociło słońce. Wierzba zielenią zwiesza swe warkocze, Łąki w bukiety stroją się pachnące. Ku niebu pąki drzewa odwracają, Las po dywanie z przebiśniegów chodzi. Powitalne pieśni skowronki śpiewają, Czapla za żurawiem po mokradłach brodzi.

Drzewo Potargane jesiennym wiatrem, płacze kolorami spadających liści. Niedługo zaśnie bezwstydnie nagie pod białą zimną pościelą. Mocą wiosennego słońca zostanie zielonym Fenixem.

POEZJA

Pozytywna energia nie wiedzieć kiedy Ożywczą falą zalewa zmysły. Pożywką wzroku łagodny seledyn Niczym mydlane bańki prysły Zimne kryształy, okruchy lodu Oswobodziły aromat łąki Drobinki ciepła, życia młode. Ubrana w jedwabiste pąki Magnolia, panna malowana Wołając ptakiem kolorowym Zieloną nutą rozśpiewana, Echem odpowie od dąbrowy. A złotym sercem słońce Obudzi dzwonu bicie Rytmiczne i gorące Skąpanym w rosie świcie.

Chwile naszej miłości wklejam do albumu pamięci Zostaną w nim jak motyle czekające na wiosnę.

Pamiętasz ten deszcz? Pamiętasz ten deszcz, te duże krople jak kiedyś? Do dzisiaj nie było takiego ulewnego deszczu. Mówiłeś, że to Anioły wylewają wodę z prania. Śmiałam się wtedy tak szczerze jak nigdy potem. Diamentowe kulki spływały po szczęśliwych twarzach. Chciałeś pozbierać je do dziurawej kieszeni. Niewinnie zawstydzony pierwszy raz chwyciłeś mnie nieśmiało za rękę.

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE

strona: 21

Pamiętasz ten deszcz? Przyjaznej roli skiby odwrócone, Czekają na grad żytnio-pszeniczny. Na mleczko ptasie, pisklęta zdziwione, To pejzaż wiosenny, zielony, liryczny.


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Temps calme

Stephen Moysan Pogodny czas

Parti très loin Dans mes pensées Je me suis perdu.

Wyruszywszy daleko W mojej myśli Zgubiłem się.

À le suivre des yeux Un papillon me ramène À moi même.

Podążając za nim wzrokiem Motyl prowadzi mnie Do mnie samego.

Au bord du lac, Pêcher plus de silence Que de poissons.

Nad brzegiem jeziora, Łowić więcej ciszy Niż ryb. Tłum.: Małgorzata Fabrycy

POEZJA FRANCUSKA

Au lecteur

Do czytelnika

Errant seul Dans le désert Le Soleil d’été ! Pareille, Mon âme dans la vie.

Tułając się samotnie Na pustyni Letnie słońce! Podobnie, Moja dusza w życiu.

Je n’ai rien à o frir À la société Juste des poèmes Sans plus d’espoir Les cris de la mélancolie.

Nie mam nic do zaoferowania Społeczeństwu Jedynie wiersze Bez wszelkiej nadziei Krzyki melancholii. Tłum.: Małgorzata Fabrycy

Triste constat

Smutne odkrycie

À fuir le malheur On peut faire Le tour du monde.

Uciekając nieszczęściu Można przebyć Cały świat.

À mettre nos crimes Bout à bout On mesure les ténèbres.

Zestawiając końcami Nasze zbrodnie Odmierzamy mrok.

Même à reculons Ceux qui vivent Avancent vers la mort.

Nawet cofając się Ci, którzy żyją Zmierzają w stronę śmierci.

strona: 22

Tłum.: Małgorzata Fabrycy

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Mauvaise voie

Stephen Moysan Zła droga

Perdre le contrôle En pensant tout maitriser Dans ce monde d’illusions Une folle expérience J’en ai peur.

Stracić kontrolę Myśląc, że się nad wszystkim Panuje w tym świecie iluzji Szalone doświadczenie Boję się go.

Je cherche un ailleurs Où il fait bon être ici. Attention à où vous allez ! Je suis comme un chemin perdu Me marcher dessus ne mène nulle-part.

Szukam gdzie indziej, Tam, gdzie tak miło tu być. Uwaga dokąd idziecie! Jestem jak zgubiona ścieżka Maszerowanie po mnie prowadzi donikąd. Tłum.: Małgorzata Fabrycy

Début et conséquence

Początek i rezultat Młodzieńcza nadzieja Alkohol, muzyka i konopie Pierwsze utwory Poszukiwanie poezji Ledwie potrafiąc mówić.

Et dans les braises D’une folle alchimie Plus tard, trouver le feu Pour en lammer les mots Sans qu’ils finissent brûlés.

A później w żarze Szalonej alchemii Znaleźć ogień By rozpalić słowa Tak by nie spłonęły. Tłum.: Małgorzata Fabrycy

POEZJA FRANCUSKA

Un espoir de jeunesse Alcool, musique et cannabis Premiers écrits Chercher la poésie Sachant à peine parler.

Stephen Moysan: urodzony 10 grudnia 1979 roku w Épi‐ nay-sur-Seine, dorastał w Val d’Oise, najpierw, do dziewiątego roku życia w Eaubonne, następnie w Montmagny. Jego dzie‐ ciństwo było szczęśliwe. Okres szkolny upłynął spokojnie przy‐ czyniając się do buntowniczych zachowań. Na łonie szkoły odkrywa również poezję, pisarstwo, teatr, malarstwo i decydu‐ je się poświęcić swoje życie dwóm pierwszym. W 2010 roku, mimo, że jego utwory są wciąż rymowane, zaczyna się zajmować nowym gatunkiem inspirowanym Ha‐ iku. Jednak trzy lata później zostaje potrącony przez samo‐ chód, co powoduje, iż doznaje udaru mózgu. Przez pięć dni pozostaje nieprzytomny, po czym budzi się z ostrymi zaburze‐ niami mowy.

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE

strona: 23

W szpitalu doświadcza mistycznych urojeń, przez które zostaje przeniesiony na psychiatrię. Zostaje stamtąd szybko wypisany, lecz zostawia to w nim głębokie ślady. Jego leczenie szpitalne trwa rok, a po 24 miesiącach wysiłków i ponownej edukacji może na nowo mówić i nauczać. Powraca do pisania, następnie do poezji.


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Izabela Bazydło narodziny królowej wczoraj jeszcze naga dziś dumna bielą otwartych na świat przepysznych pąków kruche gałązki pochylone pod ciężarem już wkrótce wybujałego kwiecia wynoszą ku niebu czarujący zapach magnolii

niby-wiosna przyszła dzisiaj na ledwie chwilkę zwiewnie słoneczna

POEZJA

otulona wiatrem rozkrzyczała ptaki roztańczyła ogród wszystko porwała na pogodny spacer ku światłu

(z tomu „Komu mruczy kot”)

Wiośniana Pani cichcem się skrada w błękicie nieba, w słonecznym cieniu, we wróblich wiecach na miejskich dachach, we lircie wiatru z płatkami śniegu. W błotnistej mazi deszczu i ziemi stopy jej grzęzną, palce sinieją, a ona w dłoniach bazie wierzbowe pieści oddechem, tchnieniem zieleni. Okna otwiera skinieniem głowy, wietrzy umysły zimą zgnuśniałe, w ramiona zgarnia uśmiechy dziatwy dając dzień dłuższy, ciepło nieśmiałe. Wiośniana Pani w szatce utkanej przebiśniegami i lodu mgiełką, kwiatem forsycji warkocz ozdabia, a ile przy tym żartów i zgiełku. Każdy przechodzień głowę odwraca, wzrokiem uważnym wodzi wesoło, Wiosna zaś z pędzlem artysty bryka marcowe piegi rozdając wkoło!

Wiosenna randka

(z tomu „Światy dwa w pogoni za Leśnym Lichem”)

uśmiechnięte okna rozjaśnione domy samo życie

przebiśnieg taki maleńki przytulony bieliście unosi się ponad czasem pomimo mrozu wiatrowi wbrew odrobina symbolu perła nadziei na przedwiośniu

poranek

strona: 24

Katarzyna Georgiou Marcowe piegi

słońce kwiatowo rozbrykane ściga wiosnę w tęczowej sukience rozkroploną ciepłym deszczem biegnę z nimi gubiąc po drodze zimowy kurz

Kwiecień Plecień, nicpoń wielki przywdział surdut, spodnie w kratkę i do Wiosny się uśmiecha: „Chodź kochana, chodź na randkę!” Ubrał też zielone szelki i kapelusz z czaplim piórem, wbił przebiśnieg w butonierkę i nałożył buty bure. Wiosna tylko nań spojrzawszy, filuternie oczka mruży, młodzian rosły i zadbany – do zabawy niechaj służy! Rączkę wdzięcznie mu podaje, sukieneczkę podkasuje: „Kwietniu miły, na spacerze piegów tobie domaluję!” Kwiecień się na wszystko zgadza, byle pannę poprzytulać i w słoneczku i na wietrze razem z Wiosną dzień przehulać. Jest spragniony ciepłych uczuć dość ma zimna i udręki, i nie miota się jak Marzec od Marzanki do Wisenki. P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Adam Nowaczuk Mądrości zielarskie Na podlaskiej ziemi, gdy już wiosna pełnią wita, Staropolski nasz dziurawiec przepięknie rozkwita. Niegdyś rwały go wciąż babcie i Ty rób to śmiało, On pomoże na jelita i na całe ciało. Hojna zaś, piękna melisa, niczym ukochana, Uspokoi wszystkie nerwy i da spać do rana. Trzeba tutaj wspomnieć też coś o zdrowym rumianku, Co beztrosko połyskuje wśród łąk o poranku. ...A dostojna szałwia, która działa wprost kojąco, Byśmy mogli bez gorączki sypiać na leżąco. Pijmy ziółka, plećmy wianki, jak tradycja każe; Te bogactwa dostaliśmy od natury w darze. Wiele jest przecież mądrości związanych z ziołami, Trzeba z nich korzystać zawsze pełnymi garściami; By być zdrowym, dłużej młodym i cieszyć się z życia. Jeszcze wiele ziół i roślin wciąż jest do odkrycia.

Wciąż szaro I smutno. Mróz, wiatr i śnieg. Dlaczego Jest tak ponuro? Dlaczego dziś Trudno o śmiech? Ja lubię Błękitne niebo, Zieloną trawę. Kocham Wpatrywać się w słońce, Oddychać Drzew ciepłym Zapachem. Szalenie pragnę, By świat był wesoły. Chcę tego, Chcę bardzo mocno. Ja tęsknie do ciebie, Wysłuchaj mnie! Wysłuchaj I przyjdź do mnie Wiosno!

POEZJA

Rzeczywistość

Krzysztof Nowaczuk Wiosno!

Małgorzata fabrycy A gdyby jednak A gdyby jednak nie nadszedł czas zbiorów, co jeśli wydarzy się nieprzewidziane i nastąpi koniec.

Obrana jak pomarańcza ze złudzeń marszczy się i wije w ferworze dnia.

Życie nasyci się samym sobą i w sposób niezrozumiały domknie się klamrą nicości.

Dotykam jej opuszkami życia, ostrożnie, żeby nie uszkodzić delikatnej powłoki, lecz ona wierzga i płonie w oparach bezpowrotności.

Nastąpi pustka. Nagle i bez zapowiedzi nasze wątłe istnienia powrócą do pierwotnego stanu niebytu.

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE

strona: 25

Rzeczywistość przyłapana na wpół naga na terrorze codzienności zdradza pierwsze objawy istnienia.


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Paweł Czyżewski Wiersz do św. Franciszka

Olśnienie

Wystarczy jeden głębszy oddech duszy By człowiek poczuł się jak ocalały Wie wtedy, że jest dzieckiem Ojca, który Lubi je całe, zawsze będąc całym

O święty nasz ojcze Franciszku! (Niekiedy też zowią cię bratem) Dziękuję, że jesteś tak blisko Patronie nadmiernie bogatych

Bo On je lubi, a nie tylko kocha! Osobę – nie zbiór cnót i ideałów Coś się podoba Mu, coś nie podoba

Dopomóż nam serce mieć wolne Od tęsknot do rzeczy, za kasą... Ty który walczyłeś na wojnie Stąd wiesz czym i pokój jest - za to

Bóg to otwartość, normalność i radość

Sonet wiosenny

POEZJA

Zapachy wkoło wiosny Jaśminu piękne kwiecie Dziękuję słowem prostym Że żyję na tym świecie Jest wolność, impuls, racja Jest miejsce dla poetów! Lecz jest i motywacja Aby nie pisać bzdetów

Wskazałeś, że jest więc możliwe (Wyraźnym przykładem i znakiem) Być prostym, radosnym, prawdziwym! Na świecie skażonym upadkiem Nadmiernie bogaci – albowiem Przez pęta złych, zbędnych przywiązań (Choć przecież pragniemy być z Bogiem!) Toniemy jedynie w swych troskach...Dziś pozwól przystanąć na chwilę Przyrody zachwycić się pięknem Czcić cichą Królową – Maryję Uwierzyć -bez bogactw- w swe szczęście

Patrzę czule w ciało... Czy to tajemnica Kto nam blask odsłania? Wiem już skąd się wzięły Afirmacja życia, Pewność zmartwychwstania!

strona: 26

Samuel Padło Chwilowe odrodzenie Listek pod drzewem, od dawna uschnięty. Brzydki, zeschlony, polot swój stracił.

Tak wszystko odżyło, dawnym swym blaskiem. Świat, odrodzenie i radość nastaje.

Weźmiesz do ręki, pokruszy się cały. Słabe ma serce, żyły nie lepsze. Ty mówisz, on słyszy, na ból jest wrażliwy.

Ty siedzisz, odliczasz, czekasz do chwili, kiedy ten listek, znów uschłym uczynisz.

Nadzieję ma wieczną. Co stracił, odzyska. P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Bożena Helena Mazur-Nowak Izabela Kasprowicz-Żmuda szczęście jak kromka Dzień pachnący wiosną chleba 23 marca 2019

z cylku ©serce z polskim rodowodem

zabierz mnie na spacer nad rzekę na tą łąkę przytuloną do jej brzegu tam gdzie w górze śpiewa słońce i gdzie wiatr mi sukienkę podwiewa zerwij dla mnie bukiet polnych kwiatów wpleć weń miłość z różową wstążką na ławeczce pod wonnym jaśminem czytaj wiersze napisane wiosną a wieczorem wróćmy do domu wysłuchajmy kołysankę na świerszcze pod tym niebem które nam sprzyja zjedzmy chleb ktory pachnie szczęściem

okno życia 12 grudnia 1984 z cyklu ,,wiersze dla Emilki ’' wiersz jest w moim tomiku ,, na rozstań moście’'

oczekiwałem ciebie po drugiej stronie nieczułych szyb w ufności i nadziei znalazłem czas cierpliwy jak woda... aż usłyszałem trzask rozpryskującego się szkła na parapecie chichotał prawdę ptak błysk jego srebrnych piór poprzecinał moje myśli odepchnął mnie spojrzenem i szyderczym uśmiechem zjadł ziarno nadziei i rozdziobał okno odleciał w pejzaż dnia zabierając mój świat i mój spokój zostawił ciemność tęsknoty i ból

Dziękuję, że mi błogosławisz dachem nad głową, ciepłym schronieniem, miejscem do spania, stołem, przy którym mogę usiąść z bliską osobą… Dziękuję za ten słoneczny poranek, za deszcz, który przyszedł w południe, za to, że świat znowu budzi się do życia, za pierwszą wiosenną burzę, za to, jak ziemia pachnie po deszczu za świergot wróbli w bukszpanach za moim oknem, za niebieską łąkę, którą roztoczyłeś nad moją głowę za białe owieczki, które na niej wypasasz i tęczowy most, który przypomina mi o Przymierzu z Tobą...

POEZJA

przed oknem mojego życia które widzę codziennie w sobie na parapecie mojej wiary rozsypałem ziarno nadziei

Dziękuję za ten dzień pachnący wiosną, rozbrzmiewający radością, wypełniony po brzegi obowiązkami i pracą, wypoczynkiem, wzajemną bliskością i zatrzymanym w biegu czasem...

Dziękuję, że uwrażliwiasz mnie na potrzeby innych ludzi, za to, że mogłam zrobić dla kogoś coś dobrego, za to, że przychodzisz do mnie w drugim człowieku, i że zawsze masz dla mnie czas… Dziękuję za nadchodzącą noc i zasłużony odpoczynek, za dobrze przeżyte chwile, za to, że mogę dziś zasnąć z nadzieją kolejnej szansy jutrzejszego dnia, za wszystkie błędy, których jeszcze nie popełniłam, i za te, które już mi wybaczyłeś, za wszystkie marzenia, które się spełniły i te jeszcze do spełnienia, za uśmiech do poduszki i ciszę, którą wypełnia Twoja obecność... Bądź uwielbiony, Panie, bo wszystko co czynisz jest dobre… strona: 27

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Augustas Lapinskas 02

02 yra tekstų kurie

są teksty które

sulipa tūriais ir slegia

przygnębiają płaskość zginają powierzchnię w jedną i tą samą stronę -

plokštumas paviršius lenkdami į vieną ir tą pačią pusę -

czym bliżej południka

kuo arčiau meridiano

bez uniknięcia rozpadają się szerokim łukiem w przestrzeń

neišvengiamai išsprūsta platų lanką brėždami skyla į erdves į dantis

neapolitańskie witraży szlachetny arbitraż

POEZJA LITEWSKA

neapolietiškų vitražų kiek tauresnio arbitražo

lecz nadal czarno-biały

bet vis vien juodai balti

tłum.: Agnieška Masalytė

03

03 są teksty które

yra tekstų kurie murkia iš baimės tramplynų kojokų ir šou paskutiniojo kąsnio atleiski, bet neprašau tad jei trūks tuštumų ar geltonojo trupės mikriuko

strona: 28

- rašyk įrašyk į mane

mruczą ze strachu Augustas Lapinskas (ur. 1999) - poeta, prozaik, tworzy teksty do poezji śpiewanej. Student architektury. W 2019 zdobył pierwsze miejsce na jesiennym czytaniu Uniwersytetu Wileńskiego. Należy do stowarzyszenia literackiego Slinktys.

poprzez trampoliny i show ostatniego kęsa wybaczcie ja nie proszę więc jeśli pustki zabraknie - pisz we mnie wpisz

konfeti konfetti tłum.: Agnieška Masalytė

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Świt kształty wychodzą z nocy na pastelowym tle formują się szczegóły mrok umyka przed światłem niebo coraz jaśniejsze wnet wzejdzie słońce

Haiku księżyc dopełnia – jej brzuch zaokrąglony * pucharek lodów – w marcowy wieczór słońce w kawałkach mango *

* dawne obejście – pomiędzy roślinnością skruszałe mury

Formen verlassen die Nacht auf dem Pastell der Welt formen sich die Details die Dunkelheit weicht dem Licht der Himmel immer heller bald geht die Sonne auf

Haiku der Mond nimmt zu – ihr Bauch wird runder * Mango-Eisbecher – Sonne am Frühjahrsabend * das freie Feld – vom Wind geformte Bäume auf der Flucht

POEZJA

otwarte przestrzeń – wiatrem rzeźbione drzewa w ucieczce

Grażyna Werner Tagesanbruch

* altes Gehö t – zwischen wuchernden P lanzen Gemäuer-Reste

Bartosz Bukatko Syntetyczne życie Sztuczne życie wielu wiedzie. Sztuczne maski wielu nosi. Sztuczne żarty przy obiedzie. Sztuczne gesty ich dobroci.

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE

Sztuczne związki za pieniądze, Aby zaspokoić żądze. Sztuczne chwile uniesienia – Tak dążymy do stracenia.

strona: 29

Sztuczne mięso oraz kwiaty. Sztuczne rzęsy, usta, ciało. Sztuczne muszki i krawaty. Sztucznych rzeczy zawsze mało.

Sztuczna wiara, zaufanie. Sztuczna miłość na wezwanie. Sztuczny pieniądz i pozycja. Sztuczne mięśnie i kondycja.

Nawet dzieci już są sztuczne – Jak relacje międzyludzkie. Sztucznym życiem w sieci żyją. Od sztucznego żarcia tyją.


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Haiku

Christa Beau Haiku

zasłona z mgły w samotności spotkać siebie samą

Nebelwand in der Einsamkeit mir selbst begegnen

*

*

wymiana książek odkrywam cię na nowo

Büchertausch ich entdecke dich neu

*

*

północ meble skrzypią upałem dnia

Mitternacht aus den Möbeln knarrt die Hitze des Tages

POEZJA NIEMIECKA

*

*

praca w ogrodzie dotykam kokonu motyla

Gartenarbeit ich berühre den Konkon des Schmetterlings

*

*

ptasie pióro poeta pisze o świetle i cieniu

Vogelfedern ein Dichter schreibt über Licht und Schatten

*

*

woń bzu pies wiedzie ociemniałą przez park

Fliederdu t ihr Blindenhund führt sie durch den Park

*

*

noc literacka na każdej stronicy wiosenny księżyc

Literaturnacht auf jeder Seite der Frühlingsmond

strona: 30

Tłum.: Grażyna Werner

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Izabella Teresa Kostka Femminilità perduta Utracona kobiecość Ho dimenticato di essere donna ferma al semaforo rosso sullo svincolo di questa vita, sbandata come una macchina tamponata in attesa del pagato pedaggio.

Zapomniałam być kobietą stojąc na czerwonym świetle na rozdrożu życia, zepchnięto mnie z drogi jak samochód potrącony w oczekiwaniu na opłatę przejazdu.

Ho messo ogni curva nel rottamaio dell'usato: seni, fianchi, candido ventre allo stoccaggio dei pezzi di ricambio.

Zostawiłam każdą krągłość w przechowalni używanych rzeczy: piersi, biodra, alabastrowy brzuch w magazynie części zamiennych.

Femminilità, quella scordata come un bicchiere di vodka svuotato troppo in fretta.

Kobiecość, ta zapomniana, jest jak kieliszek wódki opróżniony do połowy. Tłum.: Izabella Teresa Kostka

Crisalide (about love)

(wiersz z książki "Ka_r_masutra" Kimerik Edizioni, Włochy 2018)

Insemina i miei istanti, come Iddio dona il senso allo sterile vuoto.

Zapłodnij moje chwile, jak Bóg nadaj znaczenie sterylnej pustce.

Sono brandelli in disordine quelle albe fredde, banali ricami su un grigio tessuto che compone da anni la vita.

To rozrzucone szmaty te chłodne świty, banalne ha ty na szarym materiale, z którego od lat składa się życie.

E mi sento immobilizzata in un involucro che ingabbia il respiro, tiene a stenti le mie ali rendendole incapaci di volare.

I jestem unieruchomiona w opakowaniu co blokuje oddech, nie pozwala rosnąć mym skrzydłom czyniąc je niezdatnymi do latania.

Una crisalide sono senza di Te in metamorfosi incompleta.

Bez Ciebie jestem poczwarką w niedokończonej metamorfozie.

REALIZM TERMINALNY

(tratto dal libro "Ka_r_masutra" Kimerik Edizioni, Italia 2018)

Poczwarka (o miłości)

Tłum.: Izabella Teresa Kostka

***

Malowała, czarnymi kolorami swoje życie nie wiedząc że jest największym przyjacielem rzeczywistości . . . P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE

otworzyła, ponownie swoje serce i zapytała czy na pewno otworzyła . . .

strona: 31

Ten jeden dzień i noc a jutro tysiące myśli biegnących ku tobie co narobiłaś . . .

Krzysztof Padowski *** ***


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Pane

Sabrina De Canio Chleb

Vorrei tenere insieme tutti i pezzi come il raspo fa con gli acini, e non perdere né gli anni né gli amici, né gli amanti a lungo amati, continuare a sentire il profumo del bucato di mia madre e del latte a colazione. Ma questa vita ad ogni morso è un pane che si sbriciola, se l’appoggi un attimo qualcuno che sparecchia se lo porta via.

Chciałabym utrzymać razem wszystkie części jak pęd podtrzymuje grona i nie stracić lat ani przyjaciół, ani długo uwielbianych kochanków, ciągle czuć zapach prania mojej matki i mleka na śniadanie. Ale to życie z każdym kęsem to chleb co się kruszy, jeśli odłożysz go na chwilę ten co sprząta tobie go zabierze. Tłum.: Izabella Teresa Kostka

Dni

REALIZM TERMINALNY

Giorni

W kręgu dni jak winylowe płyty prześlizgujemy się pod igłą. Muzyka nigdy nie jest łagodna zadrapania, wyboje są częścią pakietu. Nasza jedyna piosenka, czasami, urywa się przed końcem. Odwrotna strona życia nie zawsze jest rajem.

Nel giro dei giorni come dischi di vinile strisciamo sotto la puntina. La musica non è quasi mai soave gra fi, salti fanno parte del pacchetto. La nostra unica canzone a volte, termina prima della fine. Il lato b non è sempre paradiso.

Tłum.: Izabella Teresa Kostka

Sabrina De Canio, poetka należąca do ruchu Reali‐ zmu Terminalnego, jedna z ważnych postaci zarządu Małego Muzeum Poezji w Piacenzy - jedynego muzeum poezji w Europie. Zorganizowała i prowadziła wiele zbio‐ rowych wydarzeń kulturalnych, w których wzięły udział setki poetów z Włoch i innych krajów.

strona: 32

Ostatnio na łamach pisma "Taras" opublikowała esej "Realizm Terminalny i wyzwania Trzeciego Tysiąclecia", wiersz "Jak perła" w antologii "Almanach pragnień" i wiersz "Nieskoń‐ czona" w katalogu "200 lat Nieskończoności - hołd dla Giacomo Leopardi'ego", obydwie publikacje pod kuratelą krytyka lite‐ rackiego Vincenzo Guarracino. Pracuje nad przyszłym dwujęzycznym zbiorem poezji w wydaniu międzynarodowym. We wrześniu zdobyła pierwszą nagrodę na Międzynarodowym Festiwalu Poetyc‐ kim "La piuma - Pióro" Zivodraga Zivkovica w Zenicy w Bo‐ śni, została na nim uznana za najlepszą włoską autorkę 2019 roku. P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Sabrina De Canio Sguardo interrotto Zamarłe spojrzenie Non vi è maggior patimento che sguardo interrotto da parete che fa corto il nostro esistere. Tumula gli a fetti con cemento armato e sbarre corto senza intimità come lama di coltello a fondata nel ventre dell’amato, puzza di sangue non di fiori d’arancio e cioccolato. Solo la notte a volte ci copre tutti con la sua coperta.

Jak perła

Come perla

Jak perła daję się nanizać na kruchą nić handlu wymiennego z czasem podążam jak moje siostry aż do węzła nie przeciwstawiam się nadanemu biegowi życia, w którym to co było i będzie tylko ja znam dobrze blednę w szeregu niema uwięziona w świetle skutym łańcuchem.

Podróż

Tłum.: Izabella Teresa Kostka

Biały oliwkowy, różowy, czerwony, zielony, brązowy, czarny. Biały jedwabny kwiat lilii oczyszczający popiół. Jesteśmy mlekiem w chińskiej porcelanie z pięknego serwisu używanego przed każdym wyjazdem. Jesteśmy igłą do szycia i plączącą się nicią szeleścimy jak książki w bieli, która nas wycisza. Tłum.: Izabella Teresa Kostka

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE

strona: 33

Bianco oliva, rosa, rosso, verde, marrone, nero. Bianco giglio di seta cenere che lava. Siamo latte nelle porcellane del servizio buono sacre ad ogni partenza. Siamo l’ago che ricuce e il filo che si riannoda fruscianti come libri nel bianco che ci spegne.

Tłum.: Izabella Teresa Kostka

REALIZM TERMINALNY

Come perla mi lascio inanellare dal fragile filo dei baratti con il tempo scorro al ritmo delle mie sorelle fino al nodo non mi oppongo al corso che mi è dato dove il prima e il dopo solo io conosco sbiadisco in fila indiana nel silenzio prigioniera di un bagliore incatenato.

Viaggio

Nie ma większego cierpienia niż spojrzenie zamarłe na ścianie, która ogranicza nasze istnienie. Ukrywa uczucia w betonie i prętach tnie bez zahamowań jak ostrze noża zagłębione w brzuchu ukochanego, fetor krwi nie kwiatów pomarańczy ani czekolady. Tylko noc czasami otuli wszystkich swoim kocem.


strona: 34

POWIEŚĆ

BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Gdy czarne BMW zbliżało się do granic Kościan, Michal‐ – Niech pani Kyziakowa się nie boi, to ja proboszcz – od‐ ski, będąc dumny z siebie, odparł do pani Przewodniczki: parł zdyszany ksiądz zatrzaskując szybko drzwi za sobą. Za rogu futryny wyłoniła się twarz spracowanej, chorej staruszki. – Zaraz będziemy na miejscu. – A co już Kolenda nadeszła? – spytała się zdziwiona. Lecz ta wiadomość nie wywarła żadnego entuzjazmu na Lecz ksiądz poddenerwowany wyglądał co chwila przez drzwi. twarzy kobiety, wręcz po tak długiej podróży w ciasnym aucie zapytała – Ponoć mieliśmy już tam być. – Nie pani Marianno! Ja tak z wizytą – odparł proboszcz – Mogę przyśpieszyć – odparł inspektor spoglądając w zbywając staruszkę. boczne lusterko i prawą ręką łapiąc za rączkę od biegów. – O Matko Przenajświętsza to ja umieram – złożyła ręce Kyziakowa. Ksiądz zdziwiony odszedł od drzwi i spojrzał ko‐ – To nie mi zależy na informacjach – zaczęła droczyć się biecie w oczy. bardziej pani historyk. – Co też Pani mówi?! – No właśnie! – krzyknął nie wytrzymując Michalski – Informacje! To chyba Pani powinna mi jakieś udzielić. Albo – No bo ksiądz to tylko z ostatnim namaszczeniem teraz. przynajmniej się wytłumaczyć. Proboszcz złapał się za głowę niedowierzając. – Wytłumaczyć?! – zdziwiła się – Z czego niby? – Co też Kyziakowa mówi? – westchnął – Ja mam sprawę – Na przykład... – i tu zająknął się podinspektor udając, do Marianny. I wszedł do kuchni żeby wyjrzeć przez okno, a że jest skupiony na drodze. – No te wtargnięcie, do auta. staruszka zdziwiona spoglądała na zachowanie księdza. – Ha, ha, ha – roześmiała się na cały samochód Prze‐ – Pamięta Marianna jak jej śp. mąż mówił mi na swej wodniczka. ostatniej spowiedzi, że: „chciałbym jakoś parafii się przysłużyć Zawstydzony Michalski oparł się aż o szybę i skulił głowę. ale już za późno”. Nie wiedząc co dalej powiedzieć, skupił się na drodze, gdy na‐ – Nie pamiętam – zdziwiła się jeszcze bardziej kobieta i gle przed jego maskę wybiegło dwoje ludzi. Jeden to ksiądz zaczęła zastanawiać o co w tym wszystkim chodzi. biegnący jak oszalały od strony kościoła, a drugi to jakaś zna‐ – No bo widzi pani Kyziakowa parafia jest w potrzebie – joma twarz. Po chwili gdy energicznie zahamował, podbiegł kręcił na boki głowa ksiądz i z nerw przekładał dłońmi. do jego drzwi Buchała pukając w szybę i krzycząc: – Toś ty po pieniądze przyszedł! – zdenerwowała się sta‐ – Cholera! Świadek nam ucieka. ruszka i zaczęła się rozglądać co złapać w dłonie. Proboszcz Przewodniczka myślała, że ze śmiechu zaleje się łzami. widząc się dzieje w te pędy udał się w kierunku drzwi i wy‐ Wcale nie cieszyło to Michalskiego, który natychmiast wycią‐ biegł na podwórze. Zanim biegła rozwścieczona Kyziakowa gnął „koguta” i włączył sygnalizatory, rzucając się w pościg. trzymając w ręku ścierkę i machając nią na wszystkie strony. Buchała stojąc z wywalonym językiem i sapiąc jak stary paro‐ Gdy tak znaleźli się na samym środku gospodarstwa z jednej wóz stwierdził do siebie samego: strony całej sytuacji przyglądał się Michalski, z drugiej pod‐ chodził do płotów Buchała nie mogąc opanować śmiechu. W – Nie, ja teraz muszę chwilkę odpocząć. I powoli zeszedł z jedni zgarbiony. Michalski wypatrując pewnym momencie podinspektor podszedł do i tak już po‐ przez boczna szybę czarnej sutanny zjechał na pobocze, aż rządnie obitego księdza złapał go za ramie i rzekł: – I warto było uciekać z plebani? – dodając – No to idzie‐ postanowił: my z powrotem. Gdy nagle usłyszał: – Niech Pani słucha – odparł – Popilnuje Pani przez – Chwila! A Pan to kto?! – krzyknęła Kyziakowa – Może chwilę papierów a ja pobiegnę. Dobrze? Przewodniczka kiw‐ też naciągacz?! Michalski się uśmiechnął, a przez podwórko nęła głową i złapała ręką za teczkę. szedł rozbawiony Buchała. – Spokojnie, niech Pan biegnie – dodała po czym wycią‐ – Nie – odparł spokojnie podinspektor – Ja i ten Pan je‐ gnęła rękę wyłączając te przeraźliwe wycie. steśmy z Policji. Zabieramy tego Pana. Buchała choć! – Buchała ty biegnij od lewej ja wezmę go od przodu! – – Dziękujemy Pani – dodał starszy aspirant przechodząc zaczął wymachiwać ręką Michalski po czym zbliżył się do koło zdziwionej całym wydarzeniem Marianny. Długo jeszcze furtki nieznanego mu nigdy w życiu gospodarstwa. Starszy aspirant nie zadowolony z tego rozkazu, posmut‐ stała na podwórku i nie mogła zrozumieć co się wydarzyło. *** niały mocno odsapnął, spuścił głowę i wyciągnął z tylnej ka‐ bury pistolet. Uniósł go nad głowę i powoli zaczął się kierować Na podwórze plebani zajechał Michalski swoim samo‐ w stronę pastwisk. chodem. Po chwili wysiadła z niego Przewodniczka i z wiel‐ kim oburzeniem stwierdziła: – I co ja niby teraz mam robić? – Też mi przyszła robota – westchnął. Michalski nie przejmując się zbierał wszystkie dokumen‐ *** ty i sprawdzał wokoło czy o czymś nie zapomniał. W tym sam Tym czasem w starej, drewnianej chałupie niedaleko ko‐ czasie do auta zbliżał się Buchała, trzymał za górne prawe ra‐ ścioła, niby duchy zaczęły nawiedzać starszą kobietę. mie proboszcza, który się wyrywał i krzyczał prawie na całe – Kto tam, kto tam? – zaczęła wołać wystraszona kobie‐ ta. P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

miasteczko: – Ale ja przecież nic nie zrobiłem! Jestem niewinny! Po chwili na podwórzu zjawiła się też Grażyna. Przybiegając jak najszybciej z niedaleka stojącej chaty. Buchałę zdziwiło tylko, że tak późno, tłum obserwatorów stał już na ulicy. Zaś Grażyna zaczynała swoją śpiewkę: – Ja wam mówiłam, że ksiądz niczemu nie jest winny! – wołała rzucając się pod drzwi wychodzącego Michalskiego. Bu‐ chała znając już tą grę podszedł do Grażyny i klepnął ją w ramię: – My już Pani podziękujemy! Co jeszcze bardziej rozbawiło stojącą po drugiej stronie auta znawczynię historii. Michalski nie marnując czasu odparł: – No dosyć tego przedstawienia! – spojrzał w stronę księdza – Idziemy na plebanie. Ksiądz prowadzi. I zaczęli iść chodniczkiem, jeden po drugim na czele z Grażyną, która podbiegła do proboszcza i zaczęła szeptać po cichu: – To w końcu mam już pójść, czy zawołać o pomoc? – Grażyno! – westchnął proboszcz. – No to już idę, idę – i stanęła na poboczu przyglądając się jak cała reszta ekipy znika w ganku plebanii.

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE

strona: 35

jącej, onirycznej wizji. Koszmaru, z którego nie sposób się obudzić. Posępną ciszę rozdarł jazgot peronowej szczekaczki. „Opóźniony pociąg osobowy ze Szczecina do Poznania wje‐ dzie na tor przy peronie drugim”. Pośród stojących na peronie ludzi przeszedł szmer. Ktoś westchnął z ulgą, ktoś inny pod‐ niósł z ziemi wielką walizę... Pasażerowie gotowali się do szturmu. Już za chwilę skoczą ku drzwiom pociągu. Skład nie zdąży jeszcze na dobre zatrzymać się na peronie, a ku otwar‐ tym wagonom już skoczą pierwsi podróżni, tratując się na‐ wzajem i nie pozwalając innym wysiąść. Za każdym razem, gdy kolejny osobowy wtaczał się na peron, odgrywano ten sam scenariusz. Wprawdzie ostatecz‐ nie i tak zawsze wszyscy jakoś znajdowali wolne siedzenia (a nawet całe przedziały), jednak nie udawało się wykorzenić tkwiącego głęboko pod ich skórą przekonania, że jedne miej‐ sca są lepsze od innych, zaś kto wsiądzie pierwszy, ten zajmu‐ je najlepsze. Edyta dobrze znała ten widok. Oglądała go każdego tygo‐ dnia. Starała się zawsze stanąć z dala od nacierającej tłuszczy. Czuła się niemalże szczęśliwa, że nie musi brać czynnego udziału w żałosnej scenie, jaka rozgrywała się przed jej oczy‐ ma. Bo to nie ona miała podróżować pociągiem kursującym pomiędzy Szczecinem i Poznaniem. Jego pasażerem był ktoś, kto przyjeżdżał do niej. By spędzić z nią kolejny weekend. By pozwolić jej zaznać szczęścia, chociażby przez te dwie krótkie noce w tygodniu. Miał dwadzieścia sześć lat, ciało Apolla, a na imię Daniel. Edyta kochała to imię. Tak samo jak kochała człowieka, który je nosił. Ich znajomość trwała już od ponad pół roku. Owo pół roku było najwspanialszym okresem w jej nudnym życiu niż‐ szej urzędniczki administracji państwowej. „Schrzaniłam wszystko” – myślała często, spoglądając wstecz, na swoją dotychczasową egzystencję. Jej przyjaciółki dawno już powychodziły za mąż, urodziły dzieciaki, były przykładnymi żonami i matkami. Każda miała rodzinę, kota, psa, samochód i wakacje, spędzane co roku z bliskimi nad tym

PROZA

Pociąg miał już blisko dwudziestominutowe opóźnienie. Na peronie było diabelnie zimno. Tegoroczna wiosna bardzo ociągała się z przyjściem. Nieliczni podróżni dreptali w miej‐ scu i przytupywali, by się rozgrzać. Chowali głowy między ra‐ mionami, czym upodabniali się do srok spacerujących po okolicznych trawnikach w poszukiwaniu pożywienia. Edyta ze zniecierpliwieniem spoglądała na zegarek. Nie‐ nawidziła mrozu. Nienawidziła czekania na mrozie. A najbar‐ dziej ze wszystkiego nienawidziła tej stacji. Ohydny, szary budynek w stylu dość wczesnej komuny, powszechnie nazy‐ wany był dworcem. Edycie dworzec kojarzył się raczej z wielką halą odpraw oraz mnogością kas biletowych, torów, pociągów i podróżnych. Tutejsza buda bardziej przypominała jakąś wio‐ skową bocznicę kolejową, niż okno na świat ponad stutysięcz‐ nego miasta. Wrocław Centralny... O, to można było nazwać dworcem. Ale to, co mieliśmy tutaj? Trzy perony, bar mleczny, kasa i okienko informacji turystycznej. Nawet poczekalni z prawdziwego zdarzenia nie było. Nie mówiąc już o jakiejkol‐ wiek budce na peronie, do której można byłoby uciec przed wciskającym się pod kurtkę chłodem. Edyta od dawna marzyła o wyrwaniu się z tej dziury. Gdzieś tam, daleko, był wielki, piękny świat, pełen ciepła i mi‐ gających świateł. Osiem lat temu otarła się o ten „wielki świat”. Koleżanka zaprosiła ją do Warszawy. Studiowała za‐ ocznie w stolicy już trzeci rok i znała miasto jak własną kie‐ szeń. To były niezapomniane wakacje. W wielkiej Warszawie czuło się, że ludzie żyją NAPRAWDĘ. Wyglądali inaczej, ina‐ czej chodzili, inaczej się zachowywali... Tutaj nawet pociągi nie potrafiły przyjechać na stację o czasie. Natomiast ludzie, niczym zombie, egzystowali w dzi‐ wacznym zawieszeniu, na pograniczu życia i śmierci. Snuli się po ulicach, ospałym krokiem mijając kolejne przecznice. Tępo spoglądali z okienka w banku, na poczcie, czy urzędzie miejskim. Urzędnicy, niczym we śnie, obsługiwali petentów przewijających się przez korytarze różnorakich instytucji, jak zwierzęta przez linię produkcyjną zautomatyzowanej rzeźni. W Szarej Górze wszystko zdawało się być częścią przytłacza‐


strona: 36

PROZA

BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

lub innym morzem. A ona? Co dało jej studiowanie, robienie doktoratu, odkładanie latami na wymarzone dwa pokoje w bloku? Gdzie była dzisiaj? Co osiągnęła? Nadal przekładała papierki z jednej kupki na drugą, bułkę z serem zapijając zim‐ ną herbatą, plotkowała z koleżankami w czasie przerwy na lunch, a po pracy wracała do pustych i zimnych czterech ścian, drepcząc szybkim krokiem, by zdążyć na kolejny odcinek po‐ pularnego serialu. Codziennie, codziennie, przez miesiące i lata. Zmieniały się pory roku, bohaterowie szklanego ekranu przeżywali kolejne wzloty i upadki w tysięcznym odcinku swych przygód, jedni odchodzili, inni zjawiali się na ich miej‐ sce, a Edyta trwała. I ciągle marzyła, że wreszcie zdarzy się w jej życiu coś, co wyrwie ją z zaklętego kręgu zniewalającej co‐ dzienności. I któregoś słonecznego dnia jej sen się spełnił. Daniel pracował w firmie zajmującej się dostarczaniem zestawów śniadaniowych do biur i urzędów. Rozwoził kanap‐ ki, sałatki i napoje. Zarabiał w ten sposób w czasie wakacji na czesne za studia. Robota może nie była szczytem marzeń przyszłego fizyka jądrowego, ale pozwalała na zarabianie ja‐ kichś tam pieniędzy i poznawanie ciekawych ludzi. Wszak ni‐ gdy nie wiesz, które z zawartych dziś znajomości mogą zaprocentować w przyszłości. A roznoszenie kanapek pozwa‐ lało na kontakty z wieloma różnymi postaciami. Już pierwszego dnia, gdy tylko zjawił się w biurze, wpadł Edycie w oko. Był wysoki, uśmiechnięty, bardzo uprzejmy i nienagannie ubrany. Nic więc dziwnego, że podbił jej serce szybciej niż Hitler Francję. Zagadnął do niej raz i drugi, bo właśnie miała przerwę na lunch. Nie spieszył się donikąd, inni klienci mogli poczekać. A potem zaczął bywać w jej biurze prawie codziennie. Sprzedawał jej kanapkę, czasem sok, trochę rozmawiali... Z czasem ich rozmowy zaczęły być coraz dłuższe. Boże, jak on wspaniale opowiadał... O szkole, życiu w miasteczku, z którego pochodził, planach na przyszłość... Nawet gdy mówił o swej pospolitej wakacyjnej pracy, miło było go słuchać. Z czasem również Edyta zaczęła mu się zwierzać ze swo‐ ich życiowych problemów. Początkowo sama była zdziwiona, jak łatwo jej przychodziło powierzanie swych sekretów obce‐ mu człowiekowi. O większości z nich nie odważyła się prze‐ cież powiedzieć nawet psychologowi, do którego chodziła czasem, próbując znaleźć wyjście z nękających ją codziennych problemów, z którymi borykała się od lat. Ani się obejrzała, jak wpadła w tę znajomość po uszy. Chłopak stał się jej po‐ wiernikiem. Był niczym sejf, w którym chowała najcenniejsze ze swych skarbów. Aż któregoś dnia... po pracy znaleźli się w jej domu. Sa‐ ma nie wiedziała, kiedy zaproponowała, by udali się do niej. Umówili się w centrum. O szesnastej, kiedy tylko ona skończy pracę. Miał na nią czekać na przystanku. Przyszedł z kwiatami i butelką Burgunda. Wtedy wła‐ śnie, oczarowana jego prezentem, pocałowała go po raz pierwszy. Później zaś była kolacja we dwoje przy świecach, wszystkie czułe słowa tego świata, a następnie... Następnie było podane do łóżka śniadanie, które poprzedziła najbardziej upojna noc w jej życiu. Ileż to już lat minęło od czasu, gdy po raz ostatni dotykał ją jakiś mężczyzna? Dziesięć? Piętnaście? Może jeszcze więcej? Na dobrą sprawę jej ciało nawet nie zdążyło poznać prawdzi‐ wych pieszczot. Mężczyźni, których znała dotąd, nigdy nie potrafili rozpalić w niej namiętności. Po kilku nieudanych próbach zaprzestała poszukiwań „księcia z bajki”. W głębi du‐ szy wierzyła, że może kiedyś pojawi się na jej drodze ktoś, kto odmieni jej los. Tymczasem jednak nadal prowadziła normal‐ ne, powolne życie, z upływem czasu dziwaczejąc coraz bar‐

dziej. Daniel odwrócił jej życie o sto osiemdziesiąt stopni. Od momentu, gdy jej ciało po raz pierwszy doświadczyło jego do‐ tyku, już nic nie było takie samo. Pustkę zastąpiła pełnia. A w miejsce smutku i zrezygnowania – pojawiła się radość niesio‐ na prawdziwą miłością. Światu przybyło sensu, a kolejne dni i noce nabrały barw. Wystarczyły trzy letnie miesiące studenc‐ kich wakacji, by wszystko wskoczyło na inne, nieznane wcze‐ śniej tory. Jednak wakacje się skończyły. Nadal się spotykali. Tym razem już tylko w weekendy. Z czasem odwiedziny jej boskie‐ go kochanka zaczęły stawać się nieco rzadsze... *** Drzwi wagonów otwierały się z łoskotem. Ludzie wsiada‐ li, wysiadali... Cotygodniowy spektakl powitań, pożegnań i peronowych przepychanek trwał w najlepsze. Edyta stała u wylotu schodów. Czekała na swego księcia. Już za chwileczkę, już za momencik miał się pojawić. Jej cia‐ łem targnął dreszcz. Czuła, że nogi uginają się pod nią. Znajomy głos odezwał się za jej plecami: –Witaj Edyto. Czekasz na mnie? Spojrzała w stronę, z której dochodziły czułe dźwięki. I zamarła. Rozpoznawała tę twarz. Ale to nie była twarz Danie‐ la. Poczuła ukłucie w ramię. Świat zawirował i uciekł jej spod nóg. Dwie pary silnych ramion nie pozwoliły jej upaść. – Grzeczna dziewczynka. Chodźmy do domku. Z trudem rozróżniała słowa. Ale głos, który je wypowia‐ dał, był bliski i działał uspokajająco. „Mój książę – myślała. – Znów do mnie przybyłeś...”. Delikatne ręce położyły ją na noszach. Drzwi karetki za‐ mknęły się. Rażące światło przygasło i Edyta poczuła, że je‐ dzie. Do domu. Do ciepła, które było jej tak drogie. – Skąd wiedziałeś, że ją tu znajdziemy? – spytał pielę‐ gniarz, poprawiając się w fotelu kierowcy. Jego drobne ciało zupełnie nie pasowało do samochodu, który prowadził. Tu wszystko było jakby za duże dla niego. Wielka kierownica, długa wajcha zmiany biegów, paka z pa‐ cjentami, spoza której – nawet w lusterkach – trudno było dojrzeć, co się dzieje z tyłu... Dziękował niebiosom, że w ro‐ bocie znacznie częściej zdarzało mu się wyprzedzać innych, niż być wyprzedzanym. Bo manewrując ogromną kabaryną z pewnością nie raz zaczepiłby tego, czy innego zawodnika. Nieważne, w czym robisz. Bycie nowym w zawodzie zawsze naraża cię na ryzyko. –To było łatwe do przewidzenia – rzekł siedzący koło niego lekarz. – Wydaje mi się, że w ciągu długich miesięcy do‐ głębnej pracy nad nią, poznałem ten przypadek całkiem nie‐ źle. Codziennie opowiada mi o poznanym w lecie kochanku, którego wita w piątki na stacji. – Ale przecież dziś mamy wtorek – zauważył pielęgniarz. Lekarz spojrzał na niego przenikliwie. – No i co z tego? Przecież w stanie, w którym się znajdu‐ je, ona kompletnie nie zdaje sobie sprawy z upływającego cza‐ su. Dla niej zawsze jest piątek, gdy tylko może uciec z naszego oddziału. Dlatego radzę koledze, abyście w przyszłości pilno‐ wali jej lepiej. – Mamy ponad stu dwudziestu pacjentów. Trudno wszystkich upilnować. Ale postaram się nie dać jej więcej szans do ucieczki. Chociaż... co ja mogę? Jestem tylko kierow‐ cą – rzekł pielęgniarz, próbując wyminąć sunącego leniwie środkiem drogi mercedesa.

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Witaj, Moniko!

PROZA

strona: 37

modulowanym głosem wyglądał jak Johnny Depp, zdarłabym z niego ubranie na sali wykładowej, na oczach wszystkich. Tak Mój promotor zasugerował, że powinnam uzupełnić cur‐ mnie wzięło! Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że patrzy na riculum o jeszcze jeden przedmiot „poszerzający horyzonty”. mnie. Mówił, ale ja miałam wrażenie, że nadal się uśmiecha. Że niby pomoże mi to w staraniach o studia doktoranckie. Do mnie. Jakby chciał powiedzieć „Nie patrz, słuchaj!”. Chyba Gówno pomoże, a horyzonty mam szerokie jak widok z Mo‐ się zaczerwieniłam, a gdy odwrócił wzrok, znowu przymknę‐ unt Everest. Nie było mi to w smak, ale bez pomocy tego sta‐ łam powieki i już do końca wykładu ich nie otwierałam. A on rego pierdziela na żadne doktoranckie mnie nie przyjmą, więc mówił i mówił, o początku wszechświata i o Big Bangu. O cza‐ zapytałam, czy ma jakieś sugestie. Miał, a jakże! Kosmologię sie i o przestrzeni, które razem tworzą cztery wymiary, ale tych wymiarów może być siedem, albo dwanaście. O tym, że współczesną! Boże ty mój! cztery, które postrzegamy, mogą się zakrzywiać, w pozosta‐ Godzinę ględził, jaka to wspaniała dziedzina wiedzy i łych, mogą tworzyć okręgi i spirale i dziwne wielowymiarowe jak mi poszerzy. Niewiele z tego pamiętam, nie słuchałam, figury, których nie potrafimy sobie wyobrazić. Że podróż na myślałam, w co się ubrać na imprezę u Jarka. Jak zwykle, drugą stronę lustra, na wzór Alicji, wcale nie jest niemożliwa, skończył w pół zdania i zagapił się w okno. Podziękowałam, a wręcz wysoce prawdopodobna. uciekłam, a tydzień później, to znaczy wczoraj, wylądowałam Wiesz, Moniko, to było niesamowite, wykład się skoń‐ na moim pierwszym wykładzie kosmologii. Na sali było paru czył, a ja nadal siedziałam z zamkniętymi oczyma. Pojedyn‐ znajomych, usiadłam przy nich i zanim się zaczęło, zdążyłam cze, wyrwane z kontekstu słowa Gacka wciąż dzwoniły mi w ich wypytać o wykładowcę. Wiedziałam, że nazywa się Pacuła uszach, w głowie miałam zamęt. Wszyscy wstali już z krzeseł, i nic poza tym. Powiedzieli, że żaden Pacuła, tylko Gacek albo Kłapouch, i że wszystkim zalicza, wystarczy chodzić na wy‐ znajomi śmiali się ze mnie, że przespałam cały wykład i że kłady. Odetchnęłam z ulgą i nawet pomyślałam z czułością o muszę im zdradzić, co biorę, żeby tak spokojnie, z uśmiechem pierdzielu, że naraił mi tę kosmologię i tanim kosztem zdobę‐ na ustach, przekimać całe dwie godziny. Po wykładzie poszłam co nieco zjeść w „U Mary‐ dę jeszcze jeden wpis w indeksie. W dodatku kosmologia współczesna brzmi imponująco i może naprawdę pomoże mi chy”, a potem zasiedziałam się w bibliotece. Wyszłam późnym popołudniem, nie pamiętam, jak późnym, ale było już ciemno, się dostać na doktoranckie? Gacek wszedł na salę. Zrozumiałam natychmiast, czas, żeby wrócić do akademika. Nie bardzo wiedziałam, co skąd miał taką ksywkę. Słoniątko Dumbo, mówię Ci, Moniko, bym tam miała robić, sama i pełna melancholii. Pogoda była gdyby umiał machać uszami, bez trudu wzbiłby się w powie‐ okropna, szaro, zimno, przenikliwy wiatr i zacinający z ukosa trze. Do tego wielkie okulary z grubymi szkłami i szerokie deszcz. Niby zima, ale zero śniegu, zero stopni, zero nadziei. Na przystanku autobusowym przed biblioteką stała usta, takie żabie, jak u Shreka. Duża, okrągła głowa na cherla‐ wym tułowiu. Gdyby ubrać go w berecik i krótkie spodenki, skulona postać w cienkim płaszczyku, z mokrymi, przylepio‐ wyglądałby jak wyrośnięty przedszkolak. Jednym słowem – nymi do głowy włosami i w wielkich, zasnutych mgłą i kropla‐ koszmarek. Szkoda, pomyślałam, wiesz przecież, że lubię za‐ mi deszczu okularach. Gacek. Boże ty mój! Wyglądał jak wiesić oko na wykładowcy, jak jest na czym wieszać. Tutaj nie ostatnia oferma. Trząsł się z zimna i ciągle przecierał okulary, było na czym, oko staczało się z tej okrągłej, baloniastej głowy, co pomagało tylko na chwilę, bo zaraz znowu były zamglone i jak szklana kulka z globusa. Chciałam już machnąć na wszyst‐ mokre. Zastanowiło mnie, dlaczego stał na deszczu, tuż przy ko ręką i wyciągnęłam z torby „Hańbę” Coetzee (to dopiero krawężniku, a nie pod daszkiem biblioteki, gdzie schroniło się poszerza horyzonty), kiedy Gacek się uśmiechnął. Policzki mu kilka osób. Może nie przyszło mu to do głowy? Wiesz przecież, się rozjechały, aż do tych wielgaśnych uszu. Upodobnił się do jakimi kretynami potrafią być faceci. Gacek z pewnością nale‐ skrzydlatej żaby, ale jednocześnie było w tym uśmiechu coś uj‐ żał do tego podgatunku „totalnych sierot”, do których ja, nie‐ mującego i bezradnego, takie „Przykro mi, że musicie mnie stety, mam słabość. Wywołują we mnie uczucia opiekuńcze i oglądać, wolałbym mieć pogadankę w radio, niż stać tu przed wszyscy, bez wyjątku, okazują się zimnymi draniami bez czci i wami”. Wargi odsłoniły szereg równych, białych zębów i po‐ sumienia. Ja zaś jestem niereformowalna, więc kolejny raz da‐ myślałam, że Gacek wygląda jak emotikon „Very Happy”, któ‐ łam złapać się na lep, podeszłam do niego i powiedziałam, ot rego tak rzadko się używa, bo kiedyż to człowiek jest tak, jakbym znała go całe życie: „Niech się pan schroni pod da‐ naprawdę szczęśliwy? Od razu stał się mniej brzydki. Powi‐ szek. Przecież jest pan cały mokry”. nien zawsze się uśmiechać, miałby wówczas ksywkę Happy Spojrzał na mnie przez te mokre, zamglone okulary. Sły‐ Face, a nie Gacek i Kłapouch. szał tylko nieznajomy głos, a mimo to wyznał, szczękając z Kiedy zaczął mówić, jego notowania jeszcze wzrosły. zimna zębami, że jest w kłopocie. Musi stać przy krawężniku, Wyobraź sobie, ma jasny, dźwięczny głos, ładnie go moduluje, gdyż inaczej nie rozpozna samochodu mamusi, która ma tutaj mówi donośnie, dobrze go było słychać w każdym kącie sali. podjechać, żeby zabrać go do domu. Wyobrażasz sobie? Doro‐ Momentami jego słowa, aż wibrują w uszach, przejmująco, sły facet, trzydzieści trzy lata, czeka, żeby „mamusia” zabrała lecz wcale nie nieprzyjemnie. Zamknęłam oczy, wyobraziłam go do domu. Zachowuje się przy tym, jak kompletna sierota. sobie, że to Johnny Depp, mój ulubiony aktor i aż mnie ciarki Tłumaczy obcej osobie (zwierzył mi się potem, że nie miał po‐ przeszły. Gdyby Gacek, z tym swoim dźwięcznym, głęboko jęcia, z kim rozmawiał), że ma słaby wzrok, bez okularów nie‐ P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


strona: 38

PROZA

BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

wiele widzi, a o zmroku jest zupełnie ślepy. I nie rozpozna sa‐ mochodu mamusi. Boże ty mój! Właśnie wtedy zadzwoniła komórka. W kieszeni jego płaszcza. Mokrymi, zgrabiałymi z zimna palcami wyłuskał ją jakoś z fałd materiału i oczywiście upuścił na ziemię. Już by nie znalazł, gdybym mu jej nie podała. Trzymał telefon przy uchu, strużka błota spływała mu po policzku i powtarzał „Tak, mamo, nie, mamo”. Skończył rozmowę i zupełnie zrezygno‐ wany powiedział, że mamusia nie przyjedzie. Kazała mu wziąć taksówkę, ale on po omacku nie trafi przecież na postój. I co on ma zrobić? Koniec świata! Wzięłam sierotę za rękę i zaprowadziłam – nie, nie na postój, tylko do pubu „Black Jack”, pięćdziesiąt kroków od bi‐ blioteki. Zabrałam mu okulary i ten przemoczony płaszcz, ka‐ załam barmanowi podać czyste ścierki, takie do przecierania kieliszków, osuszyłam Gackowi tę jego wielką, okrągłą głowę i wtedy po raz pierwszy zobaczyłam z bliska oczy, niebieskie, głębokie jak toń morza w lekko zachmurzony dzień. Miał rzę‐ sy długie, jak u dziecka. Mrugał i patrzył na mnie uważnie. Osuszyłam i oczyściłam okulary. Założył je, spojrzał na mnie raz jeszcze i powiedział: – Pani była dzisiaj na wykładzie. Słuchała mnie pani z zamkniętymi oczami. Wydawało mi się, że to pani, jak tylko tutaj weszliśmy, a teraz już jestem pewien. Uśmiechnął się do mnie szeroko i w sztucznym świetle pubu upodobnił się znowu do emotikona „Very Happy”, jesz‐ cze bardziej, niż rano na wykładzie. Zrobiło mi się jakoś ciepło w sercu i po raz pierwszy poczułam to, co tak dobrze miałam poznać tej nocy – delikatne zakrzywienie czasu i przestrzeni wokół mych zmysłów i duszy. Oddałam mokre ścierki barmanowi, a Gacek mówił dalej: – Jest pani mądrą kobietą. Właśnie tak mnie należy słu‐ chać, z zamkniętymi oczyma. Jestem brzydki, to przeszkadza w odbiorze, za to mam miły głos. – Skąd pan to wszystko wie? – roześmiałam się. – Od ludzi. Dobrych i złych. – A skąd wie pan, że słuchałam pana wykładu, a nie spa‐ łam? – Człowiek śpiący wygląda zupełnie inaczej od tego, któ‐ ry słucha. Zdałam sobie sprawę, że Gacek uważnie obserwował świat zza grubych szkieł swoich okularów. Jak na człowieka słabo widzącego, był zadziwiająco spostrzegawczy. Zamówiliśmy herbatę z podwójnym rumem, gorącą, aż parzyła wargi. Potem drugą. Pub o tej porze był prawie pusty. Ja słuchałam, a on mówił i mówił. Powiedziałam, że wykład mnie zaciekawił, ale nie wszystko rozumiem, więc Gacek go powtórzył, od początku do końca. Wyobrażasz to sobie? Spe‐ cjalnie dla mnie! Zrobił to miękko i delikatnie, jakbym była niewidoma, a on prowadził mnie za rękę przez drogę pełną przeszkód. Rysował na serwetkach mnóstwo figur i nazywał to modelami wszechświata. Krok po kroku wprowadzał mnie w tajniki wielowymiarowości i w krzywizny czasoprzestrzeni. O sprawach skomplikowanych mówił jasno i prosto, używał porównań, które znajdowały drogę wprost do mej wyobraźni. Powiedział, że wymiary czasoprzestrzeni są jak strofy wier‐ sza, różne, a jednak przystające do siebie i tworzące harmo‐ nijną całość. Recytował z pamięci Tuwima, Leśmiana, Miłosza, Herberta, Szymborską. Czasoprzestrzeń jest jak po‐ ezja, mówił, otula nas wzdłuż konturów naszej wyobraźni, dostosowuje się do naszej wrażliwości, nie można jej oddzielić od obserwatora, tak, jak nie można oddzielić wiersza od słu‐ chającego. Każdy z nas inaczej odbiera wiersz, każdy z nas ma swoją czasoprzestrzeń. Patrzyłam na to, co rysował, słuchałam tego, co mówił i

niepostrzeżenie, ze świata kosmologii, trafiłam do krainy czy‐ stego piękna. Wcześniej spytałam go, czy „mamusia” nie będzie się nie‐ pokoić, że synek nie wraca do domu. – Mama wylatuje właśnie do Londynu – powiedział, spo‐ glądając na zegarek. – To dlatego nie mogła dzisiaj po mnie przyjechać. Nie będzie jej cały tydzień. Powiedział to lekko i bez żalu, a mnie omiotło radiowe echo dalekich galaktyk. – Da pan sobie radę sam? – Nie jestem niesamodzielny – zapewnił mnie. – Dzisiaj na przystanku przed biblioteką zachowałem się jak idiota, wiem o tym. Mam takie napady, o zmierzchu, kiedy ogarnia mnie kurza ślepota, nic nie widzę i wpadam w potworną pani‐ kę. Bardzo jestem pani wdzięczny, że… że mnie pani uratowa‐ ła. Znowu był „Very Happy”. Jego szeroki uśmiech wlewał się wprost do mojej duszy. Gdy skończył wykład, kręcił się chwilę niespokojnie na krześle. – Chciałbym zaprosić panią do mnie na kolację – powie‐ dział cicho. – Przepraszam, to obcesowa propozycja… dobrze się czuję w pani towarzystwie – patrzył na mnie jakoś błagal‐ nie. – Jeszcze nigdy żadna kobieta nie słuchała moich wywo‐ dów o kosmologii z takim zainteresowaniem jak pani i… i w dodatku pani wszystko rozumie – zakończył z niekłamanym zachwytem. Rzeczywiście, w pubie „Black Jack”, po trzeciej herbacie z podwójnym rumem, wszechświat jawił mi się jak świeżo wy‐ myta szyba, przejrzysty i pozbawiony tajemnic. – Widocznie trafiał pan dotąd na niewłaściwe kobiety – powiedziałam pewna siebie. – Chodźmy. U siebie w mieszkaniu, na trzecim piętrze starej kamie‐ nicy, poruszał się szybko i zręcznie, bez lękliwej ostrożności, którą okazywał, gdy był na zewnątrz. Otworzył butelkę „Chianti” i przelał wino do kara ki. Dwie połówki sera „Camembert” obtoczył w mieszaninie ziół, ziarna sezamowego i drobno posiekanych migdałów. Smażył na dwóch patelniach jednocześnie, na jednej ser w oliwie z oli‐ wek, na drugiej, w oleju słonecznikowym z kilkoma kroplami gęstego sosu sojowego, pasemka żółtej, zielonej i czerwonej papryki. Trwało to tylko kilka minut, papryka nie straciła ko‐ lorów, ser się nie rozpłynął. Gdy wyłożył wszystko na talerze, wyglądało i pachniało bajkowo. Teraz ja patrzyłam na niego ze zdumieniem i z podziwem. Jedliśmy, dzieląc palcami na kawałki kupioną po drodze bagietkę, sączyliśmy Chianti z wysokich kieliszków, Andrea Bocelli śpiewał o nocach w Toskanii. Nie rozmawialiśmy już o wszechświecie, tylko o tym, jak czasoprzestrzeń splata się z naszymi emocjami. – Im silniejsze wstrząsy świadomości, im wyższe wzloty i głębsze upadki, tym bardziej zakrzywiamy wokół siebie czas i przestrzeń – mówił – Każdy z nas tworzy własny mikroko‐ smos, czas płynie tam w innym rytmie, nic nie jest takie, jak przedtem, ani potem. Przestrzeń łączy się w jedność z naszy‐ mi zmysłami. Widzimy, słyszymy, dotykamy inaczej. Miste‐ rium uczuć jest tak silne, że podporządkowują mu się wszystkie moce uniwersum. Poruszamy gwiazdy, rozpalamy supernowe, giniemy w czarnych dziurach, otulamy się płasz‐ czem dróg mlecznych. – Najsilniej – zakończył – najsilniej czasoprzestrzeń za‐ krzywia się w czasie orgazmu.

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Moniko, to ty mi mówiłaś, pamiętasz, ty mnie prze‐ konałaś, że idzie się do łóżka z facetem, gdyż ma piękne ciało lub piękny umysł. Mój Gacek nie ma pięknego ciała, ktoś mógłby nawet powiedzieć, że jest odstręczająco brzydki. Ale umysł, Moniko, jego umysł jest tak piękny, że aż boli. Tego wieczoru w jego mieszkaniu, gdy powoli dopijałam Chianti, słuchałam muzyki i baśni o wszechświecie, wiedzia‐ łam dokładnie, czego chcę. Modliłam się, by pod grubymi szkłami jego okularów nie wygasły ogniki pożądania. Nie wiem, ile razy tej nocy zakrzywił wokół mnie czaso‐ przestrzeń. Przestałam liczyć, straciłam ciało i duszę, byłam tylko rozkoszą. Pierwszy raz w życiu trafiłam, w przenośni i dosłownie, w ręce mężczyzny, który nie chciał brać, tylko da‐ wać. A ja brałam całymi naręczami, lepiłam od nowa świat, materia była mi tak powolna, jak w chwili stworzenia. Gdy obudziłam się z któregoś już z kolei, przerywanego spazmami odrętwienia, zapaliłam lampę, by zorientować się, gdzie jestem. Dochodziła piąta, za oknami było jeszcze zupeł‐ nie ciemno. Mój mężczyzna spał na brzuchu, posapując lekko. Był nagi, nieokryty, w czasie snu ściągnęłam zeń kołdrę. Za‐ miast go przykryć, pochyliłam się nad jego ciałem. Nie był Adonisem, to pewne, daleko mu było do Johnny Deppa, ale przecież nie był pokraką. Miał ładne plecy, kształtne pośladki, żadnych wałków tłuszczu. Jeżeli coś, to był raczej zbyt chudy. „Trochę go podtuczę”, pomyślałam, „pójdę z nim dwa razy w tygodniu na siłownię, rekreacyjnie, wiosną wsiądziemy na ro‐ wery i będzie w sam raz”. A jeżeli zostanie taki, jaki jest, też będę go kochać. Zgasiłam światło i pieściłam go opuszkami palców. Poru‐ szył się, już nie spał. Przysunął się do mnie i powoli, z wyra‐ chowaniem, robił mi znowu te wszystkie cudowne rzeczy, od których prawie traciłam przytomność. Gdy skończył, za okna‐

mi szarzało, a ja leżałam nieruchomo, bezwolna, jak balonik bez powietrza. – Powiedz mi – jęknęłam – jak ty to robisz? Dlaczego – poczułam, że muszę to wiedzieć, choćby nie wiem co, choć‐ bym miała zadać mu ból, nawet go stracić – dlaczego nie ze‐ rżnąłeś mnie raz, no niech będzie dwa razy i nie zasnąłeś, jak tylu innych facetów? – Nie podobało ci się? – zapytał znużonym, przegranym głosem. – Ja... – Nie mów głupstw – przerwałam. – Podobało mi się bardziej niż samo życie. Chcę więcej, chcę żebyś mnie tak ko‐ chał jutro i pojutrze, a umieram ze strachu, że to było tylko ten jeden, jedyny raz i że ta cholerna czasoprzestrzeń pozostanie prosta jak drut. – Ja… – mówił cicho i jakby ze wstydem, wtulając głowę w zagłębienie moich piersi – nie wiem… to jakaś wada genetycz‐ na… tak, jakbym nie miał orgazmu, własnego orgazmu… prze‐ żywam go tylko wtedy… kiedy ty wzlatujesz do gwiazd. Moniko, jestem teraz w jego mieszkaniu, siedzę przed komputerem, piszę do Ciebie maila i tak strasznie się boję. On pojechał na uczelnię, obiecał, że wróci zaraz po zaję‐ ciach, ale ja… tak się boję… płaczę, łzy kapią na klawiaturę… tak się boję, że już nigdy go nie zobaczę. Płaczę i myślę, że spotkałam Jezusa… wiesz przecież, że On co jakiś czas zstępu‐ je na Ziemię… spotkałam Jezusa pod postacią niewydarzonego wykładowcy kosmologii współczesnej… że to wszystko na przystanku autobusowym to była próba… próba mojego miło‐ sierdzia. Za to, że mu pomogłam… i za to, że wybrałam piękny umysł, nie jakieś piękne i próżne ciało, spotkała mnie nieza‐ służenie wielka nagroda… i boję się, tak strasznie się boję, że on nie wróci, już nigdy… a ja go już zawsze będę szukać… w czasie i w przestrzeni.

PROZA

Krzysztof Dąbrowski Przedwiośnie Nastało przedwiośnie. Śniegi zaczynały powoli topnieć. Roztopy. Koniec zimy, mroźnej, skundlonej martwoty. Wkrótce znikną przygnębiające szarości i monotonna biel, świat na powrót będzie kolorowy, rozświetlony słońcem. Przebiśniegi - jeszcze trochę i nadejdzie wiosna. Drzewa pokryją się zielenią liści, łąki ukwiecą się i rozbrzęczą owadami. Ptaki będą radośnie świergotać, a powietrze wypełni się wonią świeżej trawy. Wszystko powoli zacznie budzić się do życia. Oni też... Zakwitną kwiaty i... ...zakwitną zwłoki. Tej wiosny naprawdę wszystko wróci do życia. To ostatnia wiosna dla ludzkości, wkrótce nadejdzie sądny dzień. Zatrzeszczą wieka trumien. Zaszurają przesuwane płyty nagrobne. Zazgrzytają cmentarne bramy. Rozlegnie się szuranie. Wrócą po swoje. strona: 39

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


strona: 40

PROZA

BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

W małym przedwojennym miasteczku, niedaleko Rze‐ szowa, mieszkało wielu wyjątkowych, a zarazem zwyczajnych ludzi, pracujących na roli, rzemieślników, muzykantów, wśród nich Żydzi i Polacy. Żyli wszyscy wspólnie pomimo różnorod‐ nej kultury oraz odmiennego sposobu życia. Miasteczko pol‐ sko - żydowskie prowadzące życie spokojne, momentami radosne. Jak mawiał Kochanowski: „wsi spokojna, wsi weso‐ ła…”. Jedną z wielu rodzin próbujących żyć na swój sposób była rodzina muzykantów, dwie córki, syn oraz ojciec. Utrzymywa‐ li się z muzyki i koncertów, jakie dawali. Nie zawsze mieli na chleb. Byli tacy, którzy ciężko pracowali na polu, ale i tacy, którzy żebrali pod kościołem. Choć żebraków było zdecydo‐ wanie mniej. Ludność żydowska stanowiła większość mia‐ steczka. Żydzi prowadzili wszelkie interesy. Zdarzało się niestety, że żydowski kupiec podbijał interes drugiemu, kłó‐ cąc się między sobą. Wszelkie utarczki łagodzili zawsze rabi‐ ni. Zdarzały się i sprawy sądowe. Żydowscy kupcy potrafili się kłócić zawzięcie, uparcie ale i w sposób śmieszny. Pomimo te‐ go, nigdy nie dochodziło do agresji, ani przemocy. Potrafili także kłócić się między sobą. Jedna ze spraw sądowych zapa‐ dła mi szczególnie w pamięć. Żona Żydówka po śmierci męża, który był kupcem, postanowiła kontynuować tradycje męża i poprowadzić jego interes-sklep. Otworzyła go pod swoim, no‐ wym szyldem obok sklepu sąsiada w myśl, że konkurencja jest zdrowa. Pomimo, iż za życia męża się przyjaźnili, to sąsiad potraktował ten fakt jako zagrożenie biznesu i zaczął jej utrudniać pracę w sklepie. Po czym podał sąsiadkę do sądu z żądaniem odszkodowania, ponieważ interes jego upadał. Sprawa odbywała się przy otwartych drzwiach, wielu miesz‐ kańców mogło brać w niej udział i przekazywać nieobecnym swe relacje. Sprawa wzbudziła powszechne zainteresowanie. Tym bardziej, że Żydzi starali się między sobą żyć w zgodzie. Sprawa w sądzie stanowiła na owe czasy sensację. Przychody z handlu zmniejszyły się u Żyda, ponieważ mieszkańcy wybie‐ rali także towary u Żydówki. Sprawa została orzeczona wyrokiem, by sąsiad nie utrudniał handlu wdowie. Nie dostał odszkodowania. Sąsiad‐ ka nadal prowadziła swój sklep obok jego sklepu do czasów wybuchu II Wojny Światowej. Mieszkańcy pochodzenia ży‐ dowskiego nie posługiwali się sprawnie językiem polskim, po‐ nieważ między sobą używali jidysz. Tak im nakazywała tradycja, od dziecka uczyć się i posługiwać językiem przod‐ ków. Po całym miasteczku roznosiło się jak chmura, żydow‐ skie powiedzenie: „Wasze ulice, a nasze kamienice”. I taka była rzeczywistość. Wszystkie kamienice były własnością Żydów. Większość miasteczka stanowiła ludność żydowska. Potrafili żyć wspólnie z katolikami, ale też pokazywali swoją wyższość nad nimi. Często się wygrażali, jak coś im nie pasowało, że bę‐ dzie się chodzić do nich „buty pucować”. Byli i tacy, którzy nie posiadali interesów, żyli w biedzie i ciasnocie, w trudnych wa‐ runkach. Bród, smród, pchły i pluskwy, nie potrafili o siebie zadbać. Z czegoś trzeba było żyć, a oni potrafili głównie han‐ dlować. Żyda można był poznać z daleka nie tylko po charak‐ terystycznym wyglądzie, ale także po zapachu cebuli i

czosnku, który jedli na co dzień, by się chronić od chorób. Mieli także swój wyrób mięsa koszernego, ponieważ nie jadali mięsa w żadnej innej formie. Żyli i ubierali się na co dzień skromnie. Posiadali wiele potomstwa, ponieważ rabini prze‐ kazywali im słowo od Boga, że mają obowiązek się rozmna‐ żać. Wracał taki prosty żydowski biedaczyna z bożnicy i przychodząc do domu mawiał, że należy pomnożyć naród izraelski. Jest związana z tym śmieszna historyjka: Wraca Mosiek do domu z Bożnicy i mówi: „Salci połóż się trzeba pomnażać naród izraelski”. A Salci płacze bo mają już czworo dzieci i mówi: „Mosiek boję się” Mosiek jej odpowiada: „Salci odmawiać to grzech” Na to Salci: „Mosiek dobrze, ale załóż preceli choć jedną na swe przyrodzenie” I Mosiek zakłada preceli”. Po czasie Salci krzyczy; „Mosiek aj jak dobrze, ściągnij te preceli to dopiero będzie dobrze!” I Mosiek ściąga swe preceli i Salci zadowolona i to bar‐ dzo, po paru miesiącach rodziła kolejne dziecko. Żydzi byli zwyczajnymi ludźmi z potrzebami i pragnie‐ niami jak pozostali mieszkańcy miasteczka. Mieli swe marze‐ nia i obowiązki. Twierdzili z pełnym przekonaniem, że Bóg ich stworzył do interesu. Biznes, to było ich życie i od dziecka uczyli się swego zawodu. A trzeba przyznać posiadali do tego talent. Często śmiali się z katolików, że od początku byli głu‐ pi , ponieważ jak Bóg rozdawał talenty, to chłop ze swej chy‐ trości łapał za cep, za pług, za widły, a Żyd spokojnie poczekał, pomyślał i wziął pusty worek na pieniądze. Dlatego korzystali w pełni ze swego talentu, jak tylko mogli. Zdarzało się, że po‐ trafili kogoś oszukać, ale czasem i dać komuś zarobić. Tak wy‐ glądało ówczesne życie. Wszystkie sklepy i rzemiosła były żydowskie. Jednak najgorzej mieli ci, co kupowali po wsiach. Szedł Żyd od wsi do wsi, codziennie czy to deszcz, czy sło‐ neczna spiekota. Brał dwa kosze jaj, dwa worki kur na plecy i dźwigał do miasta, aż pot kapał z wysiłku. Był taki stary Żyd, ledwie dychał, a na wózeczku drewnianym woził szmatki po wsi i wołał: „stare łatki, szmatki, gałganki”. Był też inny, który dźwigał na plecach drewniane jarzmo – szkło . Chodził po wsi i wstawiał szyby. To był psi żywot. Ale byli lepsi, co skupywali świnie, bydło, cielęta i dostarczali do rzeźni. Jeden z nich raz kupił cielaczka, zawiązał mu nogi sznurem i założył go sobie na szyję. A ponieważ był wielki mróz, to cielaczek rozgrzewał Żyda. Niestety był to byczek i co chwilę sikał mu za kołnierz. Zima była ostra, mroźna, śniegu po kolana. Zanim Żyd do‐ szedł do miasteczka, był cały przemarznięty i przemoczony. Wszedł do naszego domu po drodze i wołał o pomoc; „Aj waj Gdowik (dziadek mój, a mamy ojciec) ratuj, bo już nie wytrzy‐ mię”. Całe plecy miał mokre, aż ze spodni mu kapało. Dziadek dał mu herbaty gorącej, a potem odwiózł go saniami do mia‐ sta. Nie raz się im pomagało. Ale Żydzi nad nikim się nie roz‐ czulali , myśleli na swój sposób i o sobie. Tak jak Żyd, który kupił świnię na Bobreczku, uwiązał ją sznurkiem za nogę i go‐ nił pieszo. Przechodząc przez las się przestraszył, bo jakieś

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

zwierzę zawyło i wspiął się na drzewo. Zamarzłby biedak, gdyby nie ludzie, którzy tamtędy przejeżdżali. Uratowali go i zabrali ze sobą. Żydzi byli narodem bojaźliwym i przesądnym. Na murze w miasteczku było nawet napisane:” bij Żyda, nie kupuj u Żyda”. Ale nie było innych sklepów . A jeśli już trafił się sklep-nie-u-żyda to zaraz towar drogi i nie można było „kupić na zeszyt”. A ka‐ tolicki naród był przyzwyczajony i nauczył się z nimi współpracować. Oni mieli swoją wiarę a naród polski swoją. Na co dzień nikomu to nie przeszkadzało. W czas żydowskich świąt wycho‐ dzili na ulicę grupami, odświętnie ubrani, dumni, dzwoniąc pieniędzmi w kieszeniach, okazując wyższość, pokazując, że są lepsi od narodu polskiego. To mieszkańców bardzo denerwowało. Szerzyła się wroga propaganda przeciw Żydom, przez to, że stale zapowiadali swoje panowanie narodu izraelskiego nad światem jako narodu wybranego. Zaznaczali, że Bóg im obiecał wszystko i oni muszą to osiągnąć, a reszta ma im służyć. Jednak tak myślała jedynie elita ,a reszta starała się dostosować do warunków i otoczenia. Nie popisywali się bogactwem, można było z nimi porozmawiać. Nie tak, jak z naszym polski urzędni‐ kiem czy nowobogackim pyszałkiem. Zwykły sprzątacz magistratu(urzędu) już nosił głowę do góry i z nikim nie rozmawiał. Nie mówiąc już o wyższych dostojnikach na lepszych posadach. Biedniejszego mieli za nic, nawet nie spojrzeli i nie było mowy o pomocy jakiejkolwiek. Wszelkiego towaru było pod dostatkiem, ale jedni mieli wszystko, a inni nic. Dzieci prostych robotników miejskich też by‐ ły biedne, chodziły boso, jak my. Nie było lekko, gdy tata, głowa rodziny, nie zarobił na chleb, Ale ludzie jakoś żyli i byli szczę‐ śliwsi. Mniej zachłanni. Dbali o swoje. Cieszył ich każdy dzień. Co piątek, na rynku odbywały się wielkie targi przy ulicy kolejowej. A po południu już było wszystko ładnie posprzątane. Na rogu pod kościołem była restauracja i pomimo, że ktoś wy‐ pił szklaneczkę piwa czy kieliszek wódki, jeśli go było stać, nie było żadnego chuligaństwa. Ludzie nie pili alkoholu, tak jak dziś, ponieważ był drogi. Jedynie hrabia ziemski, który mieszkał zaraz za piekarnią, obok kościoła, przychodził codziennie na śniadanie, siadał przy zarezerwowanym stoliku, wypijał siedem kieliszków wódki i dwanaście szklanek piwa. Przychodził re‐ gularnie i po cichu, kelner wieczorem odprowadzał go do domu. W miasteczku nie było elektryczności, ale ulice, zawsze o swoim czasie, oświetlano lampami na towo-gazowymi. Patrole policyjne pilnowały porządku przez cały czas. Małe przedwojenne miasteczko z dawnych lat, w którym ludność polska i ży‐ dowska potrafiła żyć razem, w codziennych trudach dnia codziennego i tworzyła całość. I tylko wojenna zawierucha w 1939 ro‐ ku zmieniła ich wszystkich na zawsze. Wywróciła do góry nogami, przemieniła wszelkie wartości, zniszczyła.

PROZA szkoły. – Do szkoły? – pytam zaintrygowana – A po co, ja z niej właśnie wracam. – Nie udawaj niewinniutkiej – słyszę. I dalej: – Szybciutko, chodź tu. O fajnie, fajnie, ale o co tak naprawdę chodzi?- pytam mamy. – Twoja wychowawczyni wezwała nas na konfrontację – informuje mnie lakonicznie. – Moja wychowawczyni?!! – wykrzykuję zdziwiona i przerażona zarazem. Zaczynam się trochę niepokoić. O co tu może chodzić? Tym razem nie ciągnęłam Paczkowskiej za włosy, nie kazałam synowi dozorczyni wskakiwać na szafę, na lekcjach nie wymą‐ drzałam się i nawet cicho siedziałam, bo ostatnio miałam dwóję z zachowania. A tak między nami mówiąc, lekcje z hi‐ storii to była istna kpina, jak mówiła mi babcia. Żadnej histo‐ rii Polski nas nie uczyli, tylko cały czas, według babuni, robili nam wodę z mózgu, ucząc istnych kłamstw. Ale te opinię trzy‐ małam w tajemnicy. Wyszłyśmy już na ulicę i idziemy do szkoły, i nie na żad‐ ne skróty, idziemy, jak przystało na dobrą, szanującą się ro‐ dzinę z Saskiej Kępy, ulicami, po których chadzają wszystkie tutejsze damy z dobrego towarzystwa. A trzeba wiedzieć, że na Saskiej Kępie towarzystwo było wyśmienite!! Nie mogąc wytrzymać z ciekawości pytam w końcu:

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE

strona: 41

Biegłam do domu bardzo zadowolona, bo dostałam piąt‐ kę ze śpiewu, a mama zawsze mi mówiła, że co jak co, ale śpiewać to ja nie potrafię. Wyobrażacie sobie moja dumę z tej pierwszej piątki. Chciałam się jak najszybciej podzielić z ro‐ dzeństwem tą wiadomością i zrobić mamie niespodziankę, tak więc wybrałam najkrótszą drogę. Biegłam, podskakując z radości, na skróty. Jeden z nich był ciekawy. Na ulicy Walecz‐ nych było wąskie przejście prawie niewidoczne od ulicy Dą‐ brówki. A niewidoczne dlatego, że zakrywało je drzewo rosnące w parku, od strony ślicznego domku drewnianego, ta‐ kiego, jak z bajki, tyle tylko, że dom ten stał na części ulicy, a drzewo ukrywało owo romantyczne przejście. Z tego domu dochodziły dziwne odgłosy, chyba maszyn, i tak ślicznie pachniało ścinanym drzewem lub – jak tata mi powiedział – obróbką drewna. A mój tata wiedział wszystko i w końcu zdradził mi, że w tym domku jest stolarnia. Obok niej było trochę pod górkę, rozpędzam się, aby pokonać ją jak najszybciej. No i oto ukazuje mi się prawdziwa ulica, co to nie ma wyjścia innego, niż przez tą skrytą dróżkę. Do domu już niedaleko. Jeszcze przelecę koło domu Gomułki, no wiecie te‐ go, co rządził naszym krajem, i jestem na Waszyngtona, gdzie się urodziłam i gdzie mieszkam. Stopnie schodów pokonuję po cztery na raz, krzycząc już od wejścia: – Mama mam piątkę! Mama otwiera drzwi i, o zgrozo, wrzeszczy. – Ja ci zaraz dam tą piątkę! umyj się szybko i idziemy do


strona: 42

PROZA

BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

– TO JA JESTEM MAŁGOSIA – Mamo, o co właściwie chodzi w tej konfrontacji? Mama nie bardzo spieszyła się, aby mi powiedzieć, ale w kocu wypa‐ Mama znalazła mnie wieczorem w kościele, gdzie w liła. schowałam się w konfesjonale i …zasnęłam z wyczerpania. To – Podobno umarłam i ty zbierasz pieniądze na mój grób. było straszne przeżycie. To była zdrada. Ukradziono mi mnie i moje imię. Następnego dnia w szkole pani wychowawczyni Zatkało mnie, tchu mi zabrakło. zorientowała się, że coś jest nie tak ze mną. I zapytała, – Ależ ja nic takiego nie mówiłam. – Małgosiu, co się stało, jeszcze cię takiej nie widziałam. – No to zobaczymy, już niedługo, kłamczucho jedna – A ja już nie mogłam dłużej tej tajemnicy trzymać i wy‐ słyszę w odpowiedzi. buchnęłam. Cała moja radość z piątki nie miała w tej sytuacji żadne‐ – Nie mam… nie mam już mamusi… go znaczenia. Byłam przerażona. Idąc, starałam się przypo‐ – Jak to czy, twoja mamusia umarła – pyta mnie wycho‐ mnieć sobie różne fakty z mego niedługiego, ale jakże wawczyni. bogatego w rozczarowania, życia. A ja wrzeszczę: A największe to była ZDRADA Dziuni, siostry mojej ma‐ my. – Tak, moja mamusia umarła. Ja nie byłam łatwym dzieckiem, zdaje sobie dzisiaj z tego Staś, mój kolega z klasy wstał i dał mi 5 złotych na cukier‐ sprawę całkowicie. Mama miała troje dzieci, trochę dziwnego ki. Idąc tak do szkoły z mamą, co mnie ciągnie, uprzytomni‐ męża, który więcej myślał o eksperymentach naukowych, niż łam sobie tę całą historię. Mama tuż przed wejściem do o rodzinie, nocami mama robiła na drutach sweterki, które gabinetu nauczycielskiego pyta mnie raz jeszcze: sprzedawała na bazarze Różyckiego. Dziunia była młodą mę‐ – Powiesz prawdę, czy nie? żatką, miała trochę więcej czasu, niż mama. Zabierała mnie – Jaką prawdę? – pytam ot tak, aby przedłużyć czas. na wakacje, na spacery, nawet raz byłyśmy w Muzeum Naro‐ – Mówiłaś czy nie, że mama ci umarła? –bezlitośnie dowym, do parku Poniatowskiego, o przepraszam, sowieci przesłuchuje mnie mama. przechrzcili go na Skaryszewskiego, co wcale nie zmieniło Krzyczę płacząc: faktu, że dla nas pozostał parkiem Poniatowskiego, naszego ostatniego króla. – NIE, NIE, NIE MÓWIŁAM!!! Odnoszę wrażenie, że w tym wczesnym dzieciństwie Nie zauważyłam, że wychowawczyni czeka na nas przed więcej czasu spędzałam z nią i wujkiem, niż z moimi rodzica‐ gabinetem i słyszy mój krzyk. mi. I o dziwo, czułam się szczęśliwa. Pokochałam ją bardzo, – No i widzi Pani, co to za kłamczucha z tej mojej córki. aż do chwili, gdy…. Wryło mnie w szkolną podłogę. Patrzę błagalnie na wy‐ Powoli, im bardziej zbliżałyśmy się do szkoły, zwalniałam chowawczynię, która zabiera głos, zwracając się do mamy, nieświadomie krok, mama mnie pod koniec już zwyczajnie – Pani Kowalska, to prawda, że Małgosia nie mówiła, że ciągnęła. A niech sobie ciągnie, pomyślałam i dalej udałam się mama jej umarła. w moje rozmyślania. Trzeba było w tym momencie zobaczyć zdumioną minę – Jak ona mogła mi to zrobić, jak mogła!!!? – krzyczałam mojej mamy, na sam widok jej rozdziawionej miny zachciało w duszy. – To zwykła zdrada, tego się nie robi, i dlaczego ja mi się śmiać. No i ma za swoje, że nie chciała mi wierzyć!! mam przeżyć takie rozczarowanie! ? – No to po co pani zrobiła to cale zamieszanie? – podnio‐ W tym czasie Dziunia nie miała dzieci i kiedyś, ot tak ze sła ton mama. zwykłej ciekawości, zapytałam ją: Pani Kowalska – zapytajmy Małgosię, co mówiła, dobrze? – A dlaczego ty nie masz dzieci? Nie czekałam już na to, aby mi zadano to głupie pytanie i – Ty mi absolutnie wystarczysz – usłyszałam w odpowie‐ powiedziałam: dzi. – Ja mówiłam, że moja mamusia umarła. Nie wyobrażacie sobie nawet, jak się w tym momencie Jeszcze nie skończyłam i słyszę ironiczny ton mamy, poczułam. Mam dwie mamy!! Dziunia była dla mnie wspania‐ – Co to znów za wymysł, Małgosiu, zwróciła się w moją ła, kupowała mi lody, robiła konfitury, nawet raz uszyła mi białą sukieneczkę, w której to spadlam z furmanki i chłop stronę, ja chyba całkiem zgłupiałam – ciągnie dalej – Co to za różnica mama czy mamusia, to jest to samo. krzyknął: Nie mogłam, nie miałam cierpliwości już tego słuchać, – Czarną macie dupę śliczna panienka. więc wtrącam się: Jak można zapomnieć takie momenty? – To nie jest to samo. Pewnego dnia zobaczyłam, że Dziunia poważnie przyty‐ – No to może nam wyjaśnisz – mówią chórem wycho‐ ła, ale nawet na ten fakt nie zwróciłam uwagi, pomyślałam so‐ bie, to na pewno od tych lodów i konfitur, co jadłyśmy razem. wawczyni i mama. Wtenczas nie miałam zupełnie pojęcia, co to jest bycie w cią‐ Jakoś nie chciało mi to wyznanie przejść przez gardło, po ży. Nasze przyzwyczajenia chodzenia na spacery pewnego jakimś czasie w końcu wykrztusiłam: dnia znikły. Dziunię widywałam rzadko. Dużo czasu spędza‐ – Mamusia to jest Dziunia, a Mama to jesteś ty. łam w domu lub ogródku z moim rodzeństwem. Pewnego Cisza zawisła nad nami. Wychowawczyni miała taką sa‐ dnia przyszła Dziunia z takim jakimś zawiniątkiem w ramio‐ mą dziwną minę, jak mama. Obie wpatrywały się we mnie, jak nach. w obrazek święty. Patrzyły raz na siebie, raz na mnie, wyraź‐ – Przedstawiam ci Małgosiu, moją córeczkę, nazywa się nie zakłopotane. Ku memu zdziwieniu słyszę, jak sama mó‐ Małgosia. wię: O tego to już było dla mnie za dużo!! Małgosia, ona nazy‐ – Nie tylko moja Mamusia umarła, ona już dla mnie nie wa się tak jak ja, Małgosia!!!! Wrzeszcząc z bólu wybiegłam z istnieje, ani ta jej Małgosia, co ukradła moje imię. domu płacząc, krzycząc. – TO JA JESTEM MAŁGOSIA P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE

strona: 43

W drewnianych chodakach latem, a wiosną i jesienią w starych gumowcach ojca, które na jej chudych łydkach odci‐ snęły czerwone obwódki, nie blednące nawet latem, gdy uwal‐ niała się od nich, zamieniając na lżejsze chodaki, była niczym żywcem przeniesiona Marysia–Sierotka z Konopnickiej i nie inaczej wyobrażałam sobie właśnie tamtą dziewczynkę. Ania jednak nie mogła liczy na niczyją pomoc, tym bardziej na kra‐ snoludków, gdyż jakkolwiek matka obumarła ją, gdy miała lat osiem, pozostały przy życiu ojciec nie stanowił dla niej żadne‐ go oparcia. Było to ponure chłopisko o bezmyślnej twarzy wiejskiego matołka i takimiż skłonnościami do okrucieństwa, jakie miewają chłopcy zbyt nierozgarnięci by odczuć, że mę‐ czone przez nich stworzenie cierpi. Oczy podobnie bladoniebieskie jak u córki, pod potarga‐ nym, żytniej barwy włosem, miały ów tępy wyraz złośliwości, jaki widuje się czasem u chytrego wieprza. Ludzie omijali go z daleka, toteż we wsi nie miał przyjaciół, więc włóczył się za‐ zwyczaj po polach, a wieczorami niejednokrotnie przyuważa‐ no go, jak stał pod oknem cudzego domu i podglądał mieszkańców. Pracował w kopalni gliny i nawet w niedzielę nie widywano go inaczej jak w drelichach i ubłoconych, ogromniastych gumowcach o ciężkich podeszwach, które do‐ stawał z zakładu pracy. Wielki ojciec Ani wzbudzał we mnie paniczny strach, tym bardziej, że mimo, iż widywał mnie czę‐ sto ze swoją córką, nie odezwał się nigdy do mnie ani jednym słowem, Ani zaś nie nazywał inaczej, tylko „Cholero”. – Chodź no tutaj, cholero – mawiał i powoli wywlekał ze szlufek pas, podtrzymujący mu spodnie. – Chodź no tutaj. – Przy czym bezmyślną twarz wykrzywiał mu okrutny uśmiech. Chwytał dziewczynkę za kark potężną garścią i zadarłszy jej sukienkę, poczynał smagać ją bez miłosierdzia parcianym pa‐ sem, który pozostawiał na jej chudym ciele purpurowo–nie‐ bieskie ślady. Wrzask Ani napełniał wówczas polanę i las wokół wibrującymi dźwiękami, zdziczałymi od trwogi i bólu, po czym przeszedłszy w wysoki, psi skowyt, cichł wreszcie u jego nóg, zamieniając się w urywane łkanie. Wówczas egzeku‐ cja bywała zakończona. Gumowy but oprawcy odrzucał ją bez nienawiści daleko od siebie i wyprostowany na całą swoją wy‐ sokość ojciec z uwagą przewlekał na powrót pas przez szlu ki, zapinał sprzączkę, po czym rzuciwszy w jej stronę spokojne: – No pamiętaj, cholero! – odwracał się i oddalał wąską, leśną ścieżką w stronę wsi, pozostawiając za sobą niby łach‐ man, skuloną i dygocącą na żwirze porosłym ostrą, niską tra‐ wą, dziewczynkę. Kiedy jego sylwetkę zakryły już drzewa, podbiegałam do Anki i obejmowałam ją za szyję, płacząc razem z nią, ale nie‐ długo, gdyż ona zaledwie upewniwszy się co do odejścia ojca, wycierała zamaszyście mokre policzki, rozmazując na nich łzy i kurz w ciemne smugi, wstawała i wygładzając sfatygowane nieco odzienie, siąkała nosem i już uśmiechała się szelmow‐ sko. – Poszedł?! – upewniała się szeptem, po czym pocieszała mnie:

PROZA

Pewnego dnia zdarzyło się, że będąc w odwiedzinach u rodziców, wychodziłam właśnie z ogrodu, gdy tak niefortun‐ nie potrąciłam oparte o ścianę obórki widły, że ich ostry ko‐ niec zranił kręcącego się w pobliżu kurczaka. Obejrzałam ptaka, pewna, że skaleczenie jest głębokie, jednak na szczę‐ ście było to tylko powierzchowne draśnięcie. Ot, podłużna, napłynięta krwią kresa na szyi, która winna się zagoić bez kłopotu. Stworzenie też dość szybko doszło do siebie i gdy wchodziłam na schody, prowadzące do domu, podbiegło już do jakiejś kupki, porzuconych jak to bywa w obejściach na wsi, odpadków w poszukiwaniu karmy. W chwile potem, siedząc z matką przy oknie w kuchni, nagle zobaczyłam na podwórku kłębowisko kur, które z wrza‐ skiem wyrywały coś sobie wzajemnie, a nad tumultem, jaki wznieciły, nad ich drepczącymi wzajem po sobie sylwetkami, unosiły się kępki pierza. – Chyba się biją! – zauważyła domyślnie matka i obie, aby położyć temu kres, wybiegłyśmy z domu. Jakież było moje zaskoczenie, gdy rozgoniwszy rozwście‐ czone stadko, krwawym strzępem – ofiarą ich zażartości, oka‐ zał się ów nieszczęsny kurczak, którego kilka chwil przedtem nieumyślnie zraniłam. Opowiedziałam matce o wydarzeniu, na co odparła: – Widać, rozdrażnił je widok krwi. Nasunęło mi to smutne, aczkolwiek nie pozbawione słuszności stwierdzenie, że prawdą jest, iż jak to mówią: na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą; inaczej: widok czyjejś słabości wyzwala w obrębie jednego gatunku krwiożercze in‐ stynkty. I dziwnym wydało mi się, że instynkty te, powszechne w świecie zwierząt (czytałam o czymś podobnym u Curwooda, gdzie opisywał zwyczaje wilków) nie są obce i innym gatun‐ kom, nawet tak poczciwym stworzeniom jak nasze kury. Najsmutniejsze jednak było to, że nie są obce nam – lu‐ dziom. Bowiem przez to skojarzenie przypomniałam sobie pew‐ ną historię z okresu swojego dzieciństwa, w którym to okresie żyłam w serdecznej przyjaźni z jedną dziewczynką, naznaczo‐ ną niczym ten nieszczęsny kurczak, rysą sieroctwa, pozwala‐ jącego wszystkim wokół bezkarnie ją krzywdzić. Ania miała wówczas lat dwanaście i była chudym jak szczapa, piegowatym stworzeniem o lnianych włosach ucze‐ sanych w dwa mizerne warkoczyki sterczące po obu stronach zarysowanej w kształcie serca twarzyczki, gdzie wielkie, blade oczy o kolorze niezapominajek, podkreślone były głębokim, zielonkawym cieniem, a cera blada ową chorobliwą bladością wymizerowanego dziecka, że nawet osypujące ją piegi zdawa‐ ły się wyblakłe i pozbawione życia. W kusej sukienczynie i starej kapocie ojca, od wczesnej wiosny do późnej jesieni pasła krowę w czarno–białe łaty, cierpliwie pędzając ją od jednej polany do drugiej, w miejsca, gdzie trawa była najsoczystsza i gdzie Krasuli powoli wypeł‐ niały się boki.


strona: 44

PROZA

BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

– Nie płacz głupia. Poboli i przestanie. Siadałyśmy na skraju drogi, która odgradzała polanę od brzozowego zagajnika i biegła hen do lasu, ginąc w gąszczu zieleni, a my, mając nad głowami potężne konary dębu, przed sobą ukwieconą łąkę i pasącą się na niej Krasulę oraz las obej‐ mujący ową polanę podkową z pni olch, buków i białych, niby wysmukłe kolumny, brzóz, pełną świergotu ptaków, nawoły‐ wań, poświstów i słysząc spokojny chrzęst trawy, dobiegający od zwierzęcia, poczynałyśmy zastanawiać się, za co Ankę spo‐ tkała kara. Robiła więc głośno rachunek sumienia, czego mo‐ gła się dopuścić od momentu ostatniego lania, to znaczy od wczoraj. – Madejowa złapała mnie na truskawkach. Ale czyżby tak szybko się dowiedział? Nie, to niemożliwe. Może mu kościelny poskarżył, że biegałam po murze wokół kościoła? Biedna Anka smutniała na moment, wiedząc, że jeśli zo‐ stała ukarana za tamto, sprawa buszowania w cudzych ogro‐ dach nadal jest otwarta. Jedynie ulgę przynosiła jej myśl, że ojciec pracuje dziś po południu, a więc najwcześniej w nocy wyciągnie ją z łóżka i wyłoi skórę. Całe popołudnie ma święto. Na myśl o tym z miejsca nabierała animuszu i nie za‐ przątając sobie dłużej głowy tym dylematem, poczynała snuć jakąś opowieść lub cieniutkim, wysokim głosikiem śpiewać piosenki, w których piękne Elwiry spoczywały pod grobowym kamieniem w różanych altanach, ich kochankowie wracali oczywiście za późno i zabijali się na grobach lub zamykali do końca życia w klasztorach, przecudne Suliki umierały z miło‐ ści, a żołnierz na wysokim zamku strzelał sobie w serce po otrzymaniu od białego gołębia wiadomości o wiarołomstwie swojej lubej. Słuchałam tych wszystkich śpiewek oczarowana. Las dla sześcioletniego brzdąca, jakim wówczas byłam, tajem‐ niczy w swym ogromie, zaludniał się bladymi widmami kobiet w białych sukniach, rycerzami o marsowych minach, a dzikie konwalie, które zrywałyśmy potem nad brzegiem leśnego strumienia, wydawały się porastać groby tych, którzy umarli z miłości. W owych powojennych latach nasza wieś, oddalona od miasta o niecałe piętnaście kilometrów, zdawała się leżeć od niego o wiele dalej niż dzisiaj, kiedy autobusy w ciągu dnia wielokrotnie przemierzają tę trzydziestominutową trasę tam i z powrotem, a telewizor w każdym domu pozwala czuć się bliżej szerokiego świata. Wówczas wyjeżdżało się ze wsi jedynie furmankami na targ, a jeśli nagliła konieczność, trzeba było iść dobre pięć ki‐ lometrów do stacji kolejowej, by dostać się do miasta pocią‐ giem. We wsi był kościół, szkoła i niewielka kopalnia gliny, jed‐ na z wielu, rozsianych na tym terenie. Jeszcze nie tak dawno służyła cegielni, która rozrosła się w duży zakład pracy, dający zatrudnienie okolicznym wioskom. Cegielnia miała własną przychodnię,a nawet poczynała budować mieszkania dla swo‐ ich pracowników. Obecnie nie ma ani zakładu, ani przychodni i ci, którzy nie zdążyli dobrnąć do emerytury albo renty, roz‐ jeżdżają się po świecie za zarobkiem albo imają się handlu. Ale w dawnych latach przy owej kopalni zatrudniona była większość mieszkańców, którzy nie utrzymywali się z ziemi. Ludzie z wielu stron docierali się dopiero, jak to bywało po‐ wszechnie w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, na tak zwanym „Dzikim Zachodzie”. Przyglądali się zwyczajom in‐ nych, sami nieco trzymający się grup etnicznych, swojaków, z którymi przybyli na nowe, z gruntu jednak poczciwi i nie bar‐ dzo stroniący od kontaktów z obcymi. Kopalnia, wspólny chleb dla większości, pomagała jesz‐ cze zacierać owe różnice tak, że wieś otoczona zewsząd ogromnymi lasami, które na podmokłym gruncie pleniły się

niby średniowieczna puszcza, żyła sobie własnym życiem osadników, którzy orali, gdzie kto chciał, poletka gruntów, nie bardzo nawet dbając, by mieć jak najwięcej. Praca na pań‐ stwowym wykształciła w nich raczej postawy robotników z ka‐ wałkiem ziemi, niż z serca rolników. Gospodarzy z prawdziwego zdarzenia było niewielu, a i ci często w czasie zimy, gdy pracy w obejściach było mniej, za‐ trudniali się na sezon w kopalni. Ci ludzie więc, z gruntu poczciwi i dobroduszni, byli niby ślepcy, nieczuli na niedole małej Anki. Wręcz przeciwnie. Zna‐ jąc jej ojca, nie pochwalali miedzy sobą jego okrucieństwa, ale nie robili nic, aby temu zapobiec. Owszem, sami przepędzali dziewczynkę niby dzikie zwierzątko, jeśli złapali ją na jakimś figlu, nieobcym i innym wiejskim dzieciom. Tylko że karę wy‐ mierzali osobiście i nic to było stłuc ją na kwaśne jabłko sąsia‐ dowi, za przydybanie jej w swoim sadzie na gruszkach, a potem jeszcze zaniesienie skargi do ojca. Tak więc za każde przewinienie dostawało się jej podwój‐ nie. Toteż żyła zastraszona, stroniąca od ludzi, niby bezpański pies, pełna do nich nienawiści i niewiary w dobro. Czuła się najlepiej przy swojej Krasuli, którą pieściła i pieczołowicie oganiała od much; w skwarne południa wyszukiwała głębo‐ kiego cienia, by krowa mogła w nim odpocząć, zbierała jej po‐ ziomki, które ta jadła wraz z liśćmi niechętnie, lecz jakby odczuwając serce dziecka, nie odrzucała ich przecież. W owym czasie wokół wsi, a zwłaszcza w jej południowej stronie, lasy wrzynały się w uprawne pola głęboko, tworząc polany, rozległe pastwiska, które jako niczyje, były rajem dla bydła i wiejskiej dzieciarni. Tak więc miało się do wyboru wie‐ le miejsc, gdzie można było znaleźć odosobnienie i być tylko sam na sam z przyrodą. Często też chodziłam z Anką pasać jej bydlątko w miejsca z dala od innych, gdyż Ania stroniła od wiejskich urwisów, którzy przezywali ją suchotnicą i bili, wiedząc, że ujdzie im to bezkarnie. Najczęściej wybierała miejsce z lekka wilgotne o soczystej trawie, ostrym klinem wparte w dąbrowę, nazywane przez miejscowych „Pod lasem”. Kiedy Krasula pasła się bezpiecznie na owym klinie w głębokim cieniu drzew, wchodziłyśmy między dęby, których potężne pnie porastał siwy mech, a w gruncie czerniły się, w słoneczny dzień mieniąc tęczowymi kolorami, ogromne oka bagiennej wody. Pod naszymi stopami uginał się lekko gruby dywan poro‐ stów, na wpół spróchniałe, powalone przez burze drzewa oplatał dziki chmiel, a dalej siwe pnie olch i białe brzóz wta‐ piały się w staw, zaciągnięty kożuchem rzęsy. Siedząc w takie dnie obok niej na wystającym korzeniu, w przesianym przez korony drzew świetle słońca, nie rozpra‐ szającego zielonego półmroku, słuchałam ballad Mickiewicza, które śpiewała ze smutnym przejęciem. Jej głos wątły, a jed‐ nak drżący napięciem sprawiał, że widziałam na wąskiej gro‐ bli, odgradzający leśny staw od dąbrowy, dziewczynę w powłóczystej sukni obok mężczyzny w zielonym kapeluszu z piórkiem i zarzuconą na ramiona strzelbą lufą do góry i kiedy śpiewała: „Jakiż to chłopiec piękny i młody…” wiedząc z góry, co się z nim stanie, czułam mrowienie chodzące po krzyżu. Bardzo było mi żal naszego leśniczego, którego kojarzy‐ łam sobie z owym strzelcem, bo też nosił kapelusz z piórkiem i aczkolwiek miał żonę i dwoje dzieci, jego wysokie buty i zie‐ lony mundur, w którym go widywałam, sprawiał, iż uważa‐ łam, że jest skazany na ową nieszczęsną dolę, jaką szykuje mu Świtezianka i niechybnie wcześniej czy później utopi się w stawie.

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

PROZA

strona: 45

Widywałam też nocami we śnie ów staw w świetle księ‐ łam Sienkiewicza. życa i pluskającą się w nim dziewczynę i wówczas budziłam I w tym momencie, zasłuchana, błądząc bezmyślnie się z krzykiem, a ojciec nosił mnie godzinami na rękach, drżą‐ oczyma po łanie brzozowego zagajnika, nagle ujrzałam, jak cą i zapłakaną, nie mogąc dociec przyczyny tych lęków. podnosi się z niego postać odziana w drelichową bluzę, która Jej fantazja zapełniała moja wyobraźnię tysięcznymi po‐ zamiast ludzkiej, ma świńską głowę na karku. Potężne uszy po staciami z bajek i krwawych opowieści, które były realne tak, obu stronach czaszki, lekko oklapłe, porozumiewawczo strzy‐ gły jakby na mnie, a w rozwartym, węszącym ostrożnie noz‐ jak rzeczywistość. O swojej sąsiadce, bardzo wysokiej i szczupłej wdowie, drzami ryju świeciły ostro kły. Ani wiem jak to się stało, ale która pochowawszy męża na Ukrainie, przyjechała sama na pociemniało mi w oczach z przerażenia i nie pisnąwszy na‐ Zachód, opowiadała, że jest czarownicą i kiedyś przyłapała ją wet, znalazłam się na ziemi. Widocznie leżałam parę dobrych chwil bez przytomności w obórce, jak ta zamawiała Krasuli mleko. Odtąd Anka wiąza‐ ła na jednym rogu krowy czerwoną wstążeczkę, co miało ją pod drzewem, bo ocknęłam się dopiero na przeraźliwy krzyk, uchronić od czarów. Inna znowu, złoiwszy swego czasu Ance który z początku nie kojarzył mi się z Anką, ale który niby skórę za ukradzioną z grządki rzodkiewkę, została zmorą i ostrzem świdra wbił mi się w mózg, a całą przejął mrozem. przyjaciółka przysięgała mi na wszystko, że kiedyś przyszłą do Krzyk ów piął się w górę ku niebu, rozsadzał ściany lasu i wy‐ jej ojca w nocy, a ów złapał ją za gardło, na co ona poczęła mu pełniał powietrze wokół mnie, po czym przeszedł w jękliwy, się przemieniać w rozmaite stwory, w końcu zamieniła się w skowyczący, wstrętny pisk, urwany nagle na ostatniej nucie, żmiję i gdy przestraszony tym rzucił ją na podłogę, czmychnę‐ jak ucięty nożem. ła dziurką od klucza. To, jak również okropny ból w prawej nodze, od którego Jednakże, pomimo że omijałam odtąd z daleka sąsiadkę– pogodne niebo oblekało się w czerń rozświetloną milionami czarownicę, a co wieczór zaklejałam dziurkę od klucza w gwiazd, uprzytomniło mi, że leżę w niskiej trawie, obok na drzwiach wejściowych, w tajemnicy przed rodzicami, kulką wyciagnięcie ręki mam chropowaty pień dębu, a opodal na chleba, by ustrzec rodzinę, przed odwiedzinami zmory, co, jak drodze ojciec Anki smaga ją pasem, wijącą się niby wąż w jego mnie zapewniała przyjaciółka było niezawodnym na nią spo‐ garści. Świst rzemienia w nagle zapadłej ciszy zamarł i ojciec sobem, najstraszniejszą postacią był pan Smółka. Ów czło‐ Anki ze zdziwieniem obracał w ręku bezwładne ciało córki. wiek jak opowiadała mi Anka, żył w naszej wsi i najgorsze – No, pamiętaj cholero! Dam ja ci pleść głupstwa. – Z ty‐ było to, że nikt nie wiedział, kim on jest naprawdę, ani kto to mi słowy szary, zmięty tłumoczek cisnął na drogę, po czym jest. Bowiem wyglądał jak normalny człowiek i mógł nim być obciągnął bluzę, dopiął pas i powoli, nie spiesząc się, odszedł. każdy. Żywił się ludzką krwią i wówczas tylko, gdy był głodny, Nie mogłam się podnieść i po jakimś czasie, kiedy Anka wstała cichaczem wyszukiwał sobie ofiarę wśród ludzi i można było i próbowała mnie podnieść, znów straciłam przytomność. go poznać wtedy po tym, że twarz zmieniała mu się w świński Jak opowiadali mi rodzice, przyjaciółka doniosła mnie do ryj. domu, zostawiając na pastwę losu krowę, po czym całą noc ro‐ Napadał na swoją ofiarę, zabijał ją jednym kłapnięciem biono mi okłady, aby następnego dnia pojechać do miasta do kła, który na tę okoliczność wyrastał mu z ryja na kształt lekarza. Załadowana w gips aż po pachwinę, chodziłam całe ostrza szabli i wlókł do starej, obrosłej darniną piwnicy, która lato o lasce i o odwiedzeniu Anki nie mogło być mowy. W cza‐ znajdowała się niedaleko naszego mieszkania, tuż naprzeciw sie choroby, kiedy wydało się wreszcie z jakiej przyczyny spa‐ zbombardowanego w czasie wojny domostwa, z którego po‐ dłam z drzewa i dlaczego miewam te powtarzające się nocne zostały jedynie ściany. lęki, rodzice kategorycznie zabronili mi przyjaźni z nią. W półkolisty strop piwnicy wbite były zardzewiałe haki, Widywałam ją częstokroć potem z daleka w szkole, ale ja‐ na których według twierdzenia Anki, pan Smółka wieszał swe koś nie śmiałam podejść do niej i ona się też nie kwapiła mnie ofiary, aby krew siekała mu wprost do nadstawionej w tym ce‐ zaczepić. lu paszczy. Po kilku latach zniknęła ze wsi. Podobno ojciec wyrzucił Pewnego dnia, tuż przed zachodem słońca, siedziałyśmy ja z domu, kiedy skończyła podstawówkę. Miała nie więcej niż na najniższym konarze dębu nad drogą, obrawszy sobie to szesnaście lat. miejsce jako najwygodniejsze do snucia przeróżnych opowie‐ Ludzie widywali ja w mieście, chudą, nędznie ubraną, ści. Słońce nasycało purpurą niebo na zachodzie, w którą to czasem nawet pijaną w towarzystwie szlifibruków, wałęsającą stronę byłyśmy zwrócone twarzami, a wierzchołki młodych się po dworcu. Nikt nie wiedział dokładnie, jak i z czego żyje. brzóz chwiały się lekko pod nami w przedwieczornym powie‐ Któregoś dnia po wsi rozeszła się pogłoska, że Anka wy‐ wie, niby zielony łan pszenicy. Anka, kiwając opuszczonymi z szła za mąż za porządnego chłopca, który pracował w firmie konara nogami, opowiadała mi treść „W pustyni i w puszczy” i melioracyjnej i znalazł ją chorą, leżącą w nocy pod wiaduk‐ przyznać muszę, że wrażenie, jakie odniosłam wówczas, było tem. nie do powtórzenia w czasie, kiedy sama tę książkę potem Mój ojciec, który wybrał się wraz ze mną na zakupy do czytałam. Puszcza ani w połowie nie była tak straszna jak ta, miasta, pokazywał mi nawet ów wiadukt. której wizję roztoczyła przed moimi oczami Anka, przygody Ludzie, usłyszawszy, że mąż zabrał Ankę ze sobą na Stasia i Nell nie tak dramatyczne – wszystko zresztą było bledsze, podobne wzorzystej tkaninie, którą powleczono Śląsk, ogromnie go żałowali. mlecznym szkliwem, zacierając tym samym ostre kontury – Co też to będzie miał za los z takim wycierusem! – po‐ kształtów i czysty kontrast barw. gadywali miedzy sobą, a ojciec Anki milcząco przechodził Opowiadanie jej miało niebywałe napięcie, koloryt wy‐ obok nich, nie zaczepiany ni słowem, jakby był duchem. czarowany ekspresją wybuchającą w słowach, a może sprawiła to i sceneria, w jakiej słuchałam jej opowieści, dość, że podob‐ Danusi poświęcam. nie głębokiego przeżycia nie doznałam wówczas, gdy czyta‐

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


strona: 46

PROZA

BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Niewdzięczna jest rola autora. Kreowane postaci na ogół jest, w sposób strawialny, udowodnić tezę, że ta składnica pa‐ nie są zadowolone z tego, jak się je przedstawia, poczynając pieru i kurzu, ma do spełnienia misję w czasie. od wyglądu zewnętrznego, poprzez przypisane im cechy cha‐ – Skąd u ciebie te hasła rodem z filmów science-fiction? rakteru, po zakończenie, będące ich udziałem. Skargi rozpo‐ czy ty przypadkiem nie przeskakujesz na YouTube, gdy mnie czynają się już choćby od ustalenia wieku: dlaczego mają aż nie ma w domu? tyle lat, przecież to ich ogranicza w możliwościach działania! – A ty byś pewnie chciał, bym tkwił, jak niewolnik, w tym Ja nawet ich rozumiem: sam chciałbym być młody, przystojny, nudnym edytorze Open O fice? chwalony itd. Tłumaczę więc jednemu czy drugiemu, że jest – Ad rem! Zacznijmy tak... jaki jest, bo wymaga od tego sytuacja, którą chcę czytelnikowi „Adam Makomaski – może być? – wybrał się na poszuki‐ przedstawić, założona przeze mnie teza, ale... grochem o ścianę. Ostatnio wdałem się w niepotrzebny dyskurs z boha‐ wanie utraconego czasu do biblioteki. Było to u niego tak na‐ terem przygotowywanego na konkurs opowiadania: bulwer‐ turalne, jak oddychanie. Gdzież indziej, jak nie tam, można sował się choćby tym, że wciąż każę mu biegać do biblioteki, było swobodnie żeglować w czasie, wgłębiając się w twory wy‐ „tego siedliska stetryczałych moli książkowych”, jak z przeką‐ obraźni twórców wszelkich stylów, wraz z nimi pokonywać bariery epok, spotykać się z ludźmi ongiś żyjącymi, poznawać sem rzucił w moją stronę. – Rozumiem cię, mój ukochany mistrzu – nie wiem dla‐ ich myśli, smak potraw...” – Ty, autor! Co ty ostatnio brałeś, że zalatujesz patosem czego „obdarowałem” go tak irytującą cechą, jak złośliwość? – zmieszanym z banałem. Nie jesteś przecież aż tak głupi, jak że masz przekazać czytelnikowi wzorzec poczynań człowieka by to wynikało z tego, co teraz napisałeś. kulturalnego. Tylko za jakie grzechy mam to robić na piecho‐ Przeczytałem te kilka linijek. Współczuję twórcom, któ‐ tę?! Nie mógłbyś uczynić mnie właścicielem jakieś toyoty czy beemki, bym z piskiem opon mógł zajechać pod bibliotekę? rzy zmuszeni są przyznać rację wykreowanej przez siebie po‐ Przecież cię, mistrzu klawiszy, nic to by nie kosztowało. staci. To depresjotwórcze. Świat czegoś ode mnie oczekiwał, Zwłaszcza, że zrobiłeś mnie sześćdziesięcioletnim dziadygą, a pragnął bym przedstawił jasną wykładnię współzależności, ja‐ gościowi w tym wieku pokonywanie dystansu długości mili ka niewątpliwie istnieje pomiędzy istnieniem bibliotek a moż‐ liwością przenikania barier czasowych poprzez korzystanie ze angielskiej już nie przychodzi z taką łatwością! Tak się zaczął nakręcać, że zmuszony byłem wyłączyć skarbów tam nagromadzonych – książek. Mój bohater też był laptopa. Nie toleruję pyskaczy. Otworzyłem okno. Powiew był o tym przekonany. Był gotowy – jak mi oznajmił – do kontak‐ niezgorszy – niestety! – nie weny. W pokoju vis–a–vis też tów interdyscyplinarnych zarówno z Kleopatrą, jak i Penelopą. okno było otwarte i zrobił się banalny przeciąg. Proza życia. Marzyła mu się także wczesnorenesansowa Beatrycze, nie Muszę się przyznać, że przystępując do pisania tego opowia‐ wspominając o Julii („tej od Romea” – zaznaczył). Nie widzia‐ dania na ogłoszony konkurs, początkowo (wzrok już nie ten) łem powodu, by ze względu na predylekcje mojego bohatera, odczytałem jego motto jako „Biblioteka jest bramą wczasów”. stać się twórcą współczesnej wersji przygód Casanowy. Wszak Trochę to mnie zastanowiło. Może ostatnio poszerzony został nie to chyba było myślą przewodnią organizatorów konkursu z zakres usług tej szacownej placówki o organizację imprez tu‐ czasem w tytule. Mój bohater miał nieprzeciętny talent do rystyczno – wypoczynkowych? Spytałem mojego bohatera, czy zbijania mnie z tropu. Doznałem uczucia zabrnięcia w ślepą skorzystałby z tego typu usług, gdyby mu je tam zapropono‐ uliczkę literackiej fikcji. On, o dziwo, również wydawał się te‐ wano. O dziwo, chyba po raz pierwszy, nie miał żadnego „ale!” go świadomy. – Gdy tylko zacząłeś pisać, od razu pomyślałem, że „to Spytał tylko, czy on, główny wszak bohater, będzie odpowied‐ nio wyposażony... – czułem, że się uśmiecha – „w przyzwoitą coś”, ma nikłe szanse. Ta dziwaczna forma narracji... nie kwotę euro – dodał – abym odpoczywając, nie dziadował, a wspomnę już o sposobie mnie w niej umieszczenia. Nie je‐ tym samym nie przyniósł wstydu autorowi.” Gotów byłem mu stem taki głupi, mój ojcze – demiurgu! Znasz depeszę z raju? to przyrzec, ale mam taki nawyk, że wracam do przeczytanych „ Jabłek nie jadam. Zmądrzałem. Adam”. rzeczy i dostrzegłem swój błąd. Motto brzmiało: „Biblioteka jest – I w „Wikicytatach” grzebałeś! bramą w czasie”, z dopiskiem: cytat z „Domu z papieru” Domin‐ – Staram się rozwijać. Tobie, drogi twórco, też by nie za‐ gueza. Natychmiast poinformowałem o tym mojego bohatera. szkodziło! Jęknął przeciągle: – Coś mi się wydaje, że zbliżamy się do końca listy dialo‐ – A tak się już napaliłem na ten wyjazd! No i co teraz gowej. Za chwilę nacisnę prawym górnym rogu monitora mam robić? krzyżyk; pozostanie po tobie tylko tytuł pliku. – Idź i zorientuj się na miejscu, co z tą bramą w czasie, – Tak też sądziłem, że z mojego stwórcy, przemienisz się bo czasu do zakończenia tego opowiadania mamy niezbyt w bezdusznego oprawcę, jednym kliknięciem pozbawiającego wiele, rzuć no okiem do informacji... żywota swego uduchowionego gieroja romana. Nie myśl jed‐ – Faktycznie niewiele... nak, że będę błagał o litość. Nie dam ci tej takiej satysfakcji. A wracając do tytułu... w Googlach wyszukałem taki opis: „Two‐ – Sam widzisz! – Ja sądzę, kochany mój stwórco, że twoim zadaniem rzenie domów z papieru może być wspaniałą rozrywką, zarówno dla dzieci w wieku przedszkolnym, jak również dla ich rodziców a nawet P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

dziadków. Z papieru możemy zrobić całe miasto – domy parterowe, piętrowe..” Dalej były makiety takich domów – zabawek. Jeśli chcesz, drogi autorze, stworzyć coś sensownego, namacalnie materialnego, to tym się właśnie zajmij. I wiesz co? – naciśnij już lepiej ten krzyżyk, tylko przedtem nie zapomnij o ikonce: zapisz. Choćby ze względu na mnie. Tak też uczyniłem. Czy słusznie?

1

PROZA

Nie miałem ochoty na maglowanie w departamencie Opieki nad Snami w Ministerstwie Zdrowia. Dzisiaj przecież wtorek i Szyby w autobusie zasunęły się bardzo szybko, usłysza‐ chciałem koniecznie wysłuchać wykładu profesora Reszki, łem brzęk zatrzaskującego się zamka, dopadłem do drzwi i który miał referować o zabytkach technicznych sprzed XXII w. zacząłem gwałtownie szarpać klamką. Klamką? Jaką klamką – Opowiadał przy tym tak fascynująco, że nie chciałem tych za‐ zdziwiłem się, takie przeżytki były tylko w muzeum. Ale i tak jęć przegapić. Pozostawała mi nikła nadzieja, że może jednak szarpałem nią nadal. Musiałem się wydostać. Musiałem. W Agenci Senni przeoczą ten niewielki przecież – w porównaniu końcu mi się udało. Wybiegłem z autobusu i ruszyłem przed z innymi kolorowymi wykroczeniami – akcent czerwieni, któ‐ siebie. Odwróciłem się raz, w pamięci został mi obraz czer‐ ry nie miał prawa pojawić się w moim śnie. wonego (jakieś majaki z dzieciństwa podpowiadały mi, że to Nie należałem do potencjalnych przestępców kolorowych właśnie ten kolor – czerwony) autobusu... Wpadłem zdyszany z racji wieku, być może więc tym razem mi się uda. do starego domu mojej babci, w środku paliło się światło. W Pełen niepokoju dotrwałem do 7.00, kiedy to mój elektro‐ ręku trzymałem monetę o nominale 2 – nie wiem jednak, jaka niczny „anioł stróż” radosnym, nieco sztucznie modulowanym to była waluta. Nie wiem w ogóle, skąd miałem tę monetę. U nas już od dawna nie było w obiegu monet ani banknotów. głosem, oświadczył, że właśnie pora zacząć kolejny dzień: Trzymałem ją w ręku, na ścianie w korytarzu, przed schodami wtorek, 13 marca 2113 roku. Po raz kolejny, w tak krótkim cza‐ był zamek. Znałem takie urządzenia z wykładów o zabytkach sie, głęboko odetchnąłem, kiedy przeglądając znajdujący się ślusarskich. Takie zamknięcia szafek lub skrytek popularne na ekranie mojego osobistego anioła stróża rozkład dnia, były niegdyś na dworcach kolejowych, pływalniach czy w bi‐ stwierdziłem, że nie ma w nim żadnej adnotacji o tym, że bliotekach. Pamiętam, że profesor Reszka prezentował nam mam się stawić w departamencie Opieki nad Snami. U f, czyli jego działanie. Chowało się swoje rzeczy do sza ki, wkładało upiekło mi się. Gdyby to było coś poważnego, to Agenci Senni monetę w otwór ustrojstwa przytwierdzonego po wewnętrz‐ już by interweniowali. Tego można być na sto procent pew‐ nej stronie drzwiczek, zamykało i po przekręceniu klucza nym. Początek dnia można więc uznać za udany. Ze spokojem moneta przesuwała się w dół, a drzwiczki były zablokowane. poszedłem do kuchni, aby zrobić sobie śniadanie. Dwa tosty z Po ponownym włożeniu klucza w zamek i przekręceniu go, marmoladą wyciskane z tubki i do tego napój dietetyczny marki FIT. sza kę można było otworzyć i odzyskać monetę. Ciągle jeszcze stałem w korytarzu z pieniążkiem w ręku. Wiedziałem, że muszę wrzucić tę monetę w otwór zamka, wiedziałem jednak również, że kiedy rozlegnie się brzdęk Wtorek, 13 marca 2113 r był dniem zwyczajnym. Jak zwy‐ wpadającego pieniążka, stanie się coś złego... Wrzuciłem mo‐ kle szarym. Rozpoczął się o 7.00 rano milionami głosów wy‐ netę i w jednej chwili znalazłem się na ulicy przed domem dobywających się z EOC, czyli z elektronicznych babci obok tego cholernego, czerwonego autobusu. Leżałem organizatorów czasu. Każdy obywatel państwa A-zet wyposa‐ twarzą do ziemi, ręce miałem związane na plecach. Padł żony był od urodzenia w to urządzenie. Dzięki wprowadzeniu strzał... EOC państwo zaoszczędziło dość sporą sumę pieniędzy. Nie włączyłem światła, trwałem w ciemności z zamknię‐ Urządzenie to zastępowało wiele różnorakich przedmiotów tymi oczami. Przez dobrą chwilę wracałem do rzeczywistości i użytku domowego i służbowego, które już dawno stanowiły potrzebowałem czasu, aby uświadomić sobie, że to sen. Tylko przeżytek. Kalendarze, zegarki, komórki, pecety, budziki, ra‐ sen. Strach, który ogarnął mnie we śnie, nie chciał zniknąć. dio, tv, notatniki, nośniki pamięci... i wiele jeszcze innych rze‐ Starając się oddychać, jak najciszej, nasłuchiwałem otoczenia. czy, które przed wieloma laty pomagały zorganizować dzień Bałem się, że usłyszę dźwięk wrzucanego pieniążka. I chociaż A-zetowianom, a których nawet nazw się już nie pamięta, wiedziałem, że to przecież bzdura, od lat nikt nie posługuje odeszły do lamusa. Na zawsze – jak podkreślał Główny Wła‐ się monetami i banknotami, to słuchałem odgłosów z niepo‐ ściciel Kraju, w skrócie zwanym GWK. kojem. Nic takiego jednak nie usłyszałem i po jakimś czasie EOC potrafił wszystko. No, powiedzmy – prawie wszyst‐ mogłem odetchnąć z ulgą. To tylko sen. Tak. Po chwili znowu ko. Napojów dietetycznych nie parzył. Za to posiadał inne cie‐ zasnąłem, po to tylko, aby zaraz obudzić się ponownie. Spo‐ kawe i pożyteczne dla państwa i obywateli funkcje. Był między koju nie dawał mi ten autobus. Po cholerę był taki czerwony! innymi środkiem komunikacji między A-zetowanami a urzę‐ Przecież od razu mnie do siebie wezwą i będą maglować, dla‐ dami. Jeśli jakiś urząd chciał, aby dany obywatel zjawił się czego ta czerwień. A skąd ja mam wiedzieć? Nie jestem jesz‐ przed jego obliczem, logował się on po prostu w odpowiedni cze na takim etapie, żeby sterować swoimi snami. Jeszcze nie. EOC i w codzienny rozkład zajęć danego obywatela wstawiał

2

strona: 47

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

dodatkowy punkt, informujący o godzinie wizyty w instytucji. Niemożliwość stawienia się na takie wyzwanie nie wchodziła w grę. Urząd dobrze wiedział, co w tym dniu obywatel ma do zrobienia i tak optymalnie wybierał termin spotkania, że pe‐ tent nie miał wymówki. EOC pełnił również rolę przekazu informacji w odwrot‐ nym kierunku. To znaczy na przykład sny A-zetowian były przesyłane dalej do centrali Odbioru i Przetwarzania Snów w departamencie Opieki nad Snami Ministerstwa Zdrowia. Tam wyłapywano przestępców kolorowych, czyli takich, którzy śni‐ li na kolorowo, a to było w A-zecie, w państwie, w którym je‐ dyną i słuszną ideologią był antykoloryzm, surowo zabronione. W pierwszym rzędzie, jak przekonywał Minister ds. Zdrowia ze względów zdrowotnych, w drugim rzędzie ze względów politycznych, ale o tym nikt nie wspominał. Nie musiał. Wtorkowy dzień zaczął się więc zwyczajnie i nie różnił się niczym od pozostałych dni w roku. Zapowiadał się normalnie dla większości obywateli A-ze‐ tu. Mniejszość zaś musiała stawić się w odpowiednim depar‐ tamencie. Czasami było to czysto formalne spotkanie, często jednak niekoniecznie. Dodatkowy punkt w EOC nie wróżył ni‐ czego dobrego i chociaż zwykle pojawiał się on zaraz po po‐ budce obywateli, mogło się zdarzyć, że informacja została wysłana później, a to już była zapowiedź czegoś całkiem wy‐ jątkowego.

PROZA

3 Kiedy usłyszałem charakterystyczny dźwięk EOC, wie‐ działem, że to jednak nie jest mój dzień. Z niepokojem spoj‐ rzałem na ekran, oczekując wiadomości z departamentu Opieki nad Snami. Ten cholerny czerwony autobus! Byłem te‐ go tak bardzo pewny, że dwa razy musiałem przeczytać infor‐ mację o terminie w departamencie ds. wymiany międzynarodowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Ci‐ śnienie podniosło mi się jeszcze bardziej. Szybko zrobiłem ra‐ chunek sumienia i nic mi z niego nie wyszło. Nie miałem żadnego punktu zaczepienia, dlaczego mnie tam wzywają. Do 13.00 miałem jeszcze sporo czasu. Aby nie myśleć, postanowi‐ łem skupić się na projekcie, który właśnie kończyłem. Monto‐ wanie materiału filmowego o domach pracy twórczej dla najmłodszych obywateli A-zetu było wprawdzie wątpliwą roz‐ rywką, ale lepsze to niż wymyślanie powodów, dla których

mnie wzywają. A film i tak musi zostać ukończony w termi‐ nie. O 12.30 wyszedłem z montażowni, wylogowałem się za pomocą EOC i opuściłem budynek przekazowni interaktyw‐ nej. Z pracy do siedziby Ministerstwa Spraw Zagranicznych miałem niecałe 10 minut na piechotę. Szedłem więc powoli wzdłuż Alei Antykoloryzmu. Na ulicy było dość tłumnie, wła‐ śnie zaczynała się przerwa na lunch i obywatele opuszczali swoje miejsca pracy, aby udać się do pobliskich barów w po‐ szukiwaniu czegoś do jedzenia. Karmienie masowe na stołów‐ kach zakładowych wprowadzone przed dwoma laty we wszystkich instytucjach, biurach i fabrykach utrzymało się tyl‐ ko rok. Wydajność pracy w ogóle nie wzrosła, niektórzy – rze‐ komo wtajemniczeni – szeptali, że nawet spadła i to spowodowało ostatecznie, że GWK wycofał się z pomysłu. Pracownicy odetchnęli z ulgą, gdyż ta przerwa na lunch była jedną z niewielu możliwości spotkania się w ciągu tygodnia z kolegami i koleżankami, którzy nie należeli do ich zespołu pracowego i porozmawiania o czymś innym niż zadania do wykonania. Przed budynkiem ministerstwa byłem za wcześnie. Ob‐ szedłem więc go dookoła, aby zabić kilka minut czasu. Była to ogromna, wysoka budowla, jak wszystkie budynki rządowe w mieście pomalowana na biało. Kilkadziesiąt pięter, kilka ty‐ sięcy okien, tysiące urzędników (nie żebyśmy mieli tak wielu cudzoziemców....) i tyleż samo EOC. Ten, kto wymyślił to urządzenie, jest bogaczem – pomyślałem i od razu zganiłem siebie za te myśli. Pozostało mi kilka minut na wolności, a ja marnotrawię je na myśleniu o EOC, muszę być naprawdę bar‐ dzo samotnym obywatelem... Spojrzałem na urządzenie, była 12.55. Wszedłem po schodach do głównego wejścia, drzwi rozsunęły się i czytnik EOC wysunął się ze ściany. Przystawiłem do niego organiza‐ tor, drzwi zamknęły się za mną, zostałem potwierdzony i od razu przesunięty na właściwą trasę magnetyczną budynku. Nie musiałem nic więcej robić, taśma magnetyczna znajdują‐ ca się pode mną robiła wszystko za mnie, to znaczy: sunąłem wraz z nią przez sterylne białe korytarze i piętra w stronę jej tylko znanego pomieszczenia, gdzie mnie już oczekiwano. Za‐ pewne. Trwało to zaledwie kilkadziesiąt sekund i oto znala‐ złem się w przestronnym jasnym pomieszczeniu z małym stolikiem na środku i trzema fotelami. Dwa z nich były zajęte, ten trzeci czekał widocznie na mnie...

Izabela Kasprowicz-Żmuda Nad ranem

strona: 48

Wyszłam nad ranem do ogrodu w delikatną mgłę otulającą pachnącą ziemię

Ostatnie gwiazdy bledły ptaki zaczynały śpiewać powoli gasły latarnie jeszcze ciemne pozostawały okna

Szukałam dla siebie miejsca w ciszy znalazłam miejsce w ciszy mego serca dla Boga...

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Anna Marszewska Głód życia

Wiosna słońce odziera grudy z twardej skóry rozcieńcza lodu kruche pergaminy jak skryba kreśli hieroglify kwiatów giętkością kropli i pisze zapach parującą ziemią uwalnia życie w miękkich kretowiskach wilgocią rosy poi tkankę ziaren wonią jaśminu ty jesteś obok dłoń ku tobie biegnie tęsknotą słońca z oczu Persefony cyjanu barwą w wiosennym powietrzu chłodem minionym

Nocy bezsenność Noc blask bezsennym gwiazdom w dłoń nalewa dzbanem, Wozu kołem szurając Mlecznej Drogi szlakiem. Jak tkacz tka krosnem srebra w puszystość obłoków i zmysły oszałamia drozda nut śpiewaniem. W ciszę lepką maciejką zapach mży, słodko sączy zmysłowych ech szeptem z ust marzących marzeń. Oddech nieba spłyconym tchnie wiatrem i dźwięczy gasząc cienie zachwytem, z powiek sen przegania i mgłę tuli... swą miłość do Wenus kołysze. Mrok dniem zbudzony rosą drży w chłodzie... zadziwiony, jak pąk powrotem szronu pośród sadów marca, spłonił wiśniową łuną przeoczenia nocy

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE

strona: 49

otwierasz jasność na chwilę jedyną by zrodzić światło w jałowości mroku dla wiosny miłość synonimem życia w czasu potoku

PROZA POETYCKA

W zastygłą chmurę, łuną różu, słońce wylało zimny blask przerażenia. Oddechem płytkim. Szybkim. Przytłumionym strachem. Rozrzuciło pasma szarości mgły, nieruchomej w pozornej obojętności. Szeroko rozwartym okiem ogarniało obrazy. Bo tam, na granicy lasu, gdzie ziemia twardą dłonią dotyka nieba, trwa walka o wszystko... O życie. Otwarta przestrzeń gwiżdże w uszach drzew – smukłych, bezlistnych, pociętych włóknami mrozu. Dźwięk podwaja echem budząc ziemię uśpioną oczekiwaniem i ginąc w morzu wiatru niesie zdyszany szept ściany drzew… Prędzej!!! ...ędzej!! ...ej! Rozpalona trojka oszalałym biegiem rozrywa powietrze drapiąc boki o jego ostre brzegi. I zgrzyt płóz. I jęk wozu. I pomruk stalowych piersi woźnicy. Ludzkie mięśnie napięły wodze. Krew tętnicą zaprzęgu przepływa przez ciała dźwięcząc niesłyszalnym krzykiem... Prędzej! Prędzej!! Prędzej!!! Cztery żywioły, tak różne, jak ziemia, ogień, woda i powietrze, prą w życie. Zgodnie. Potęgą mocy. Chrapy łapczywie zasysają tlen. Wtłaczają w strachem rozdęte serca. Szybko. Miarowo. Potężnymi haustami adrenaliny. Spieniona ślina w kłębach pary zastyga szpilkami kryształów. Wibrują zawieszone u nozdrzy. Oklejają powieki. Kłując, nie pozwalają ich przymknąć. Ani na chwilę. Nie wolno stracić z oczu celu... życia. Galop szarpie grzywy. Lgną potem do grzbietów. Przymarzają na mgnienie, by znów rozpalonym ciałem poderwać się do biegu. To też ich walka. Kopyta grzmią burzą prawie nie dotykając ziemi.. Rwą zmrożone grudy. Rozrzucają plejadami iskrzących kamieni. Kaskadą ranią przydrożne drzewa. Wiatr strzela batem. Pogania. Popędza… Prędzej! Prędzej!! Prędzej!!! Świat zapada się we wzburzonej białości. Powietrze paruje kakofonią trwogi, niemego, a namacalnego krzyku. Czy spłonie karminem? I wówczas twórca wstrzymał oddech. Palcami przetarł nabrzmiałe powieki. Czas zastygł w płótnie oczekiwaniem niezapomnienia odwiecznej walki. Kompozycją chwili zatrzymał obraz zwierzęco-inteligentnego głodu wilczej watahy. Nieokiełznanego, pierwotnego instynktu przetrwania. Pragnienia życia. Cisza. Rozchylone usta płótna wyrównują rytm serca. Czekają na odpowiedź. Malarz odłożył zmęczone pędzle na paletę zbielonych barw. Patrzy. Zwilża spierzchnięte usta. Oddycha nastrojem. Wreszcie unosi kciuk... ku górze. Gestem zadowolonego cezara pozwala żyć... Wszystkim. I tyko echo zamknięte prostokątem horyzontów obrazu, pośród spokojnie schnącej farby, powtarza nieginącym szeptem... Walcz. Zawsze. Nie przestawaj... Nigdy....


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Wieczór Pokój rozświetla ciepłe światło lampki. Słychać dwa pod‐ niecone głosy. – Nie przestawaj. Z każdym zbliżeniem, z każdą kroplą przelewaj we mnie swą duszę, mój kochany! – W poszukiwaniu sensu przemierzam bezmiar twej bie‐ li, najdroższa. Niech ta rozkoszna podróż trwa wiecznie!

PROZA

Poranek Zza okna promienie wschodzącego słońca padają na drewniane biurko. – Och, przepełnia mnie wdzięczność, że już przyszła wiosna. To ona jak Kupidyn strzeliła swymi promieniami wprost w nasze serca i obudziła je dla miłości. – Nie mogę już dalej tego słuchać! Tylko wiosna, wiosna i tylko miłość, miłość. A wczoraj co?!Przecież było tak pięknie! – Nie rób ze mnie idiotki. Wszystko dobrze widziałam! Ciebie i ją! – Ale o co ci chodzi? Ona tylko na chwilę włożyła mnie do ust, abym mógł wraz z nową myślą powrócić do ciebie, naj‐ droższa. – Bezwstydnica! – Och, kochanie. Rano zawsze jesteś w złym humorze. Cieszmy się tą chwilą, kiedy możemy leżeć blisko siebie na ciepłym drewnie. Zaraz przyjdzie wieczór i znów się połączy‐ my.

Południe Za oknem śpiewają ptaki. W pokoju panuje cisza, tylko kot mruczy na parapecie.

– Boję się, ukochany. Wiosna szybko przeminie, a wraz z nią zapał. Wtedy ponownie się rozstaniemy! Spocznę w ciem‐ nej trumnie zagraconej szu lady duszona kurzem i wspo‐ mnieniami. Kiedy ty do wyczerpania zapisywać będziesz, że trzeba kupić masło i papier toaletowy. – Nie trać nadziei, kochanie. Pisane są nam jeszcze dłu‐ gie miesiące razem. Czuję to, gdy ona ściska mnie mocno w dłoni i prowadzi po twej gładkiej skórze, abym mógł rzeźbić w niej myśli natchnione miłością. Ona nie spocznie, póki cię ca‐ łej nie zapisze! – Próżne nadzieje! Co roku to samo. Trochę radości wraz z pierwszymi ciepłymi promykami słońca, a potem długie miesiące samotności i rozpaczy. – Pewnego dnia utrwalę na tobie swe ostatnie słowo, a będzie to dzień zarazem okrutny i piękny. Z niepozornego ziarenka naszej miłości wykiełkuje nadzieja, że pewnego dnia historię naszą poznają wszyscy. – Mówię ci, ona nie wytrwa! Odłoży mnie do szu lady, kiedy spadnie pierwszy deszcz. Jest słaba. Pamiętasz jak przedwczoraj drżałeś w jej dłoni? Ja pamiętam. Nadal też czu‐ ję na sobie krople łez iwypełniający mnie tusz. – Mimo wszystko jesteś dla niej ważna. Jeśli byłoby ina‐ czej, nie przyciskałaby cię co dzień do piersi. Nie słuchałabyś rytmu jej bijącego serca. Ja jestem tylko głupim długopisem, który zawsze można wymienić na inny. Ty jesteś jedyna na ca‐ łym świecie. – Bez ciebie jestem niczym! To ty uczyniłeś mnie ważną i wyjątkową. Ty i słowa, które wyrzeźbiłeś w moim wnętrzu. – Wszystko będzie dobrze. Jest nam pisane być ra… – i nie zdążył dokończyć, gdy w mordercze objęcia chwyciły go futrzane łapy. – Nieee! – krzyknęła bezgłośnie niedokończona książka, kiedy młody kocur toczył jej ukochany długopis po brudnej podłodze.

strona: 50

Agnieszka Mohylowska Wiosną

Wiosną gęsto padają słowa na kartkę jak ziarna na ziemię i powstaje życie nie zielone a atramentowe podlane deszczem wzruszenia.

Wiosną dojrzewają postacie jak owoce w sadzie i wpadają nie w trawę a w sidła losu wypełnionego słodko-kwaśnym sokiem przeznaczenia.

Wiosną rozwijają się zdania jak pąki na drzewach i kwitną nie kwiaty a historie pachnące pięknem stworzenia.

Wiosną natura i pisarze dzięki twórczej mocy budzą się z zimowego uśpienia.

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Nie jestem pewna, co miała na myśli, mówiąc, że nie lubi kół. Ciemna filozo ka, śmiałam się. Teraz, kiedy próbuję wpi‐ sać ją w system, nadać jej znaczenie, widzę, że koncentryczność przecież nie ma góry. Albo: że góra jest w kole wszędzie. Śmieszne było to, jak owładnięta była metaforami, pod które chciała tworzyć wszystko wokół siebie. Stąd zagorzałe walki intelektualne o Gadamera, o Yeatsa, o wszystkich tych, u któ‐ rych dostrzegała figurę koła. Kolisty czas Greków, a z nim po‐ tępiona cała ich mitologia, przeciwstawiana była linearności wertykalnej, której szukała z tą samą sztubacką radością, z ja‐ ką przyglądała się gasnącym zapałkom. Chodziła pionowym zygzakiem, właśnie tak, żeby przy‐ ciągać wzrok. Kto skacze, nie traci nadziei. Ziemia nie jest tylko miejscem upadku. Jest także pokar‐ mem, który wybija. A wybić chciała się na oczach wszystkich. Twierdziła, że człowiek powinien mieć co najmniej dwie równoległe tożsamości i zmieniać je co drugi dzień. Wtedy szansa na zbawienie zwiększa się, bo będziesz sądzona jak dwie osoby, a może nawet przez dwóch bogów. Jedyne, czego nie lubiła w swojej religii to niedosyt rado‐ ści i brak gotyckich katedr. Teraz widzę, że sklepienie katedr także ma postać łuku: z górą i dołem. Wchodziła i wycofywała się. Angażowała się w teraz, a potem naginała kiedyś. W dzień obronionego doktoratu z He‐ gla, przyszła do mnie i powiedziała, że nie chce już pracować na uczelni. Wszystko, co jawiło jej się jako pozytywne, chciała zamie‐ nić w negatywne. Programowo nie utrzymywała dobrego na‐ stroju dłużej niż dwa dni, mówiąc, że jak będzie taka miła, to przestanę ją szanować. Zarządzała więc kłótnie o sprawy w śro‐ dy, piątki i niedziele. Wydawało jej się, że wszystko można odmienić. Że racja dostateczna nie działa w świecie ludzkim. Że zawsze można dodać do nie – tak i tak do nie. Przeczyła wszystkiemu, w co uwierzyła. Opuszczała wszystkich, których kochała, a im wy‐ żej, tym niżej, powtarzała. Nie powtarzała. Każdy jej krok był nowością, bo zawsze inny był już grunt. Kiedy musiała coś powtórzyć, zmieniała formę. Zasada tożsamości rzeczy nieodróżnialnych. Stąd cały turpizm jej zachowań. Śmierć fascynowała o ty‐ le, że była jednorazowa i niedialektyczna. Wpisanie tej decyzji w cały kontekst jej impresyjnego my‐ ślenia było konieczne, by o tamtym zdarzeniu móc opowiadać nie jak o ofierze Abrahama. Nie jako o czymś zakrytym świę‐ tym milczeniem. Jedynym zdarzeniu, które nie może mieć swego przeci‐ wieństwa.

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE

strona: 51

Jej śmierć była jak nastanie dnia. Wyjaśnienie po prostu przyszło. Naturalne, jak upadek. Zmęczona dialektyką, która utrzymywała ją w ciągłej wiośnie, doprowadziła metaforę do końca. Do końca chyba nie mogła uwierzyć, że prawo wzbija‐ nia się i opadania w tym przypadku nie zadziała.

PROZA

Uśmiech przeczy prawom grawitacji. Ciągnie w górę, podczas gdy wszystko naturalnie zmierza ku dołowi. A górę osiąga się siłą. Gdzie siła działać nie może, tam wszystko upa‐ da. Walka zatem będzie zawsze zwrócona ku górze. Stąpa-stopą-twardo-po-ziemi. Inaczej przecież się nie da. Chodzić nie można bez dołu. Nawet po skoku, przede wszystkim po skoku, powraca‐ my do naturalnego porządku. Czy skok może być skokiem bez wyczekującej go ziemi? Czy skok zakłada upadek? Upadek jest zawsze dotknięciem punktu odniesienia. Okazuje się, że życie bezkontekstowe nie istnieje. Zaczęłam rozumieć, skąd u niej to zamiłowanie do lek‐ kiego podskakiwania przy spacerze. Skok to nie tylko afirma‐ cja lekkości, to także świadomość gruntu. Dialektyka góry i dołu jest na tyle szczególna, że składa się ona z pary pojęć, które bez siebie wzajemnie nie mogą istnieć. Dobro może ist‐ nieć bez zła, wbrew Augustynowi. Prawda bez fałszu. Ale pan nie może istnieć bez niewolnika, i tak samo góra bez dołu ist‐ nieć nie może. Im wyżej, tym niżej. Jej dystans, szerokie spojrzenie-z-nad, kojąca radość strząsana z każdym krokiem, była jednocześnie głębokim wpisaniem się w kontekst, który zmieniał się wraz z podło‐ żem. Dlatego im bardziej chciała widzieć z ponad, tym twar‐ dziej upadała. Śmiała się także bardzo gwałtownie. Ale tym groźniej potem poważniała. Dopiero teraz, kiedy już mnie przy niej nie ma, odtwa‐ rzam w głowie wszystkie drobiazgi, które wcześniej istniały jako jedność. Doświadczanie teraz zawsze jest nocą, w której nie ma rożnicowań. Światło czyni odrębność. Aby zapalić lam‐ pę, musiałam pozwolić jej odejść. Skąd jej niechęć do pociągów, a ta dziwna namiętność do samolotów? Wtedy myślałam prosto, że spragniona nowości lubi dalekie podróże. Dziś widzę, że wcale o to nie chodziło. Samo wzbijanie się i upadanie stanowiło jej refren. Co to za podróż, która jest pozioma? Jak można ślizgać się po prostych torach i oglądać przesuwające się płaskie wie‐ lopola? Na co patrzą ludzie, łapiący odbitki ze zbyt oswojonych krajobrazów? Pamiętam, jak kiedyś spytała siedzącego naprzeciwko staruszka, czy może zasłonić okno w pociągu. On odpowie‐ dział jej wtedy: Tak. Znam to przecież na pamięć. Te słowa wprawiły ją w dziwne podniecenie i wracała do nich jeszcze wiele razy. To, że jeździła horyzontalnie, było już dla niej wyobcowaniem. A co dopiero zdarzenia w horyzoncie, który nie zapowiada ani nie obiecuje żadnej szczególności. Widać było, że chce utrzymywać się w radości. Mogła to robić tylko dzięki amplitudom góry i dołu. Szukała zdarzeń, a raczej wytwarzała je, bo każde z nich było jak skok. Okazało się jednak, że nie była w stanie znieść ich skutków. Kiedy rzuciła palenie, mówiła, że nie brakuje jej tytoniu, ale kontaktu z ogniem. Dlatego musiałam codziennie przyno‐ sić jej pełne pudełka zapałek, a ona patyczek po patyczku spa‐ lała je, patrząc jak zmienia się kolor główki. Jak płomień wytryskuje i opada.


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Dwuaktowa awangardowa tragikomedia

strona: 52

PROZA

OSOBY: Petra Gynt, dwudziestopięcioletnia marzycielska kobieta dramaturg. Ose, jej matka, wdowa w podeszłym wieku.

Znowu kłamiesz, Petro Gynt! Petra (obrażona) Jak Ty możesz? Ose (szyderczo) Komu w świecie Twoje brednie są potrzebne? (potrząsając głową) Nie masz kropli Ty litości ‘ni dla matki, ‘ni dla ojca!

.*** Akt I zaczyna się podniesieniem kurtyny i melodią „Poranek” Edwarda Griega, która zanika z początkiem dialogu. Petra Odsłona 1. XXI wiek. Norweska wioska. (twardo) Łąka przed domem Gyntów. Ojciec wcale nie był świętym. Scena 1. Petra, szatynka średniego wzrostu i budowy, Przepił cały nasz majątek! ubrana jako hipsterka z torbą na ramieniu, po drodze do Ose domu spotyka swoją matkę, nędznie ubraną, Ose. (oburzona) Ose Jak śmiesz! Johan dał Ci życie. (srogo) Petra Byłaś w mieście? (cynicznie) Petra Z takim życiem lepiej umrzeć. (bez emocji) Ose Właśnie stamtąd. (aktywnie gestykulując) Ose Jesteś sama temu winna! (z gorzkim uśmiechem) Nie pracujesz, ja Cię karmię... Coś sprzedałaś? Muszę sprzątać u bogaczy! Petra Petra (po kilku sekundach namysłu) (ze znużeniem) Miałam dziś podpisać kontrakt Mamo, jestem dramaturgiem. Na inscenizację sztuki, gdyby... Ose Ose (z gorzka ironią) (podejrzliwie) Już słyszałam. Gdyby co? Czemu tedy Petra Nie kupują Twych dramatów? (zrozpaczona) Petra Gdybym nagle nie została (ufnie) W lesie zaatakowana! Tworzę w stylu awangardy! Ose Ose (robi wielkie oczy) (zbulwersowana) Boże, córko! Córko, co to za przekleństwa? (przestraszona) Petra Jesteś cała? (pogardliwie) Petra Jasne. Nie masz wykształcenia, (odwraca się udając płacz) Choć mówiłaś że posiadasz. Tak, niestety... Wiem, kto mnie nauczył kłamstwa... Rękopisy mi skradziono! Ose Ose (tłumacząc się) (wznosząc ręce w oburzeniu) W nasze czasy nie istniała P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Żadna awa... an... cholera!

Ose

(wesoło) Proste słowo – awangarda. Do niej, wiesz, należy przyszłość.

Petra

(srogo) A co teraz? Zdechnąć z głodu?

Ose

(zwycięsko) Lecz Ingrida jest łagodna i uczciwa, Już od lat pracuje w szkole...

Petra

(z krzywym uśmiechem znika w chatce) Ale wielkie osiągnięcie...

Ose

(grozi palcem) Ty, leniwa marzycielko, Weź się przyznaj do porażki! Może, w końcu się nawrócisz, Chociaż... w cuda już nie wierzę.

Petra (marzycielsko) Czas mój dopiero nastąpi. Kiedyś, mamo, nas wysławię. Ose (cynicznie) Prędzej mnie do grobu wpędzisz. Petro! Jesteś już dorosłą... Prawdę mówiąc, starą panną. A Ingrida, córka Kari, Dziś wychodzi za Mas Mona! Petra (obojętnie) Mam to generalnie... w nosie. (kieruje w stronę chatki w głębi sceny) Idę sobie dalej tworzyć, Póki Pegaz nie uleciał. Ose

Petra (wysuwa się zza drzwi) Wiesz co, mamo? Zaraz jadę. Ose (zmęczona) Dokąd jeszcze? Petra (z chatki) Do kościoła. Ose (podnosi ręce do góry) Czyżbyś, Panie, mnie usłyszał?! Petra

Ose

Petra (z pogardą) Tego chama i wieśniaka? On pasuje do Ingridy, Która jeszcze w podstawówce Ubierała się jak dziwka.

(grożąc palcem, podchodzi do niej) Nie wiem, co tam wymyśliłaś, Ale nie pozwolę na to! Petra (skinięciem ręki prosi matkę wejść) Myślisz, przegapiłam szansę? (wychodzi i zamyka Ose w chatce) No to patrz, jak Masa Mona Albo... nawet Twą Ingridę Petra Gynt z wesela porwie!

Ose (zwycięsko) Jeśli chodzi o Mas Mona, Zamożnego marynarza, Prosił mnie o Twoją rękę W zeszłym roku.

Ose (z chatki, załamana) Za co mnie ta kara boska? Idź, wyrzutku, mam nadzieję, Że dostaniesz kociej mordy!

Petra (wygląda zza drzwi w oszołomieniu) Jak to, mamo? I dlaczego o tym nie wiem? Ose

(cynicznie) Biedny Mas Mon...

Petra (dumnie) Jestem Petrą – jestem skałą, I nie boję się niczego! 2 linijki za długie...Ose (głośnie puka w drzwi) Otwórz! Wypuść mnie natychmiast! Petra

strona: 53

(wzruszając ramionami) Odmówiłam, bo nie chciałam Robić z siebie pośmiewiska, Przecież wtedy moja córka Nazywała go palantem I groziła mu – o rety! Odciąć... wiesz co, gdy przystąpi. Petra

DRAMAT

(w drzwiach, odmachuje ręką) Nie, nie po to. Czas położyć Koniec wszystkim waszym kpinom.

(ze współczuciem) Tylko Pegaz nam pozostał, Nikt faceta Ci nie zwróci.

(z szelmowskim uśmiechem) Odpoczywaj, droga mamo. (ucieka; kurtyna opada). C.D.N.

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

pracujesz dla nas. Kim jesteście? Nie bój się, dobrzy ludzie. Tra la la, a kto wysadził WTC? Na pewno nie my. Słuchaj wy‐ brańcu, pamiętasz jak wtedy wyleciałeś z dominikanów i za‐ Wziąłem rzeczy, klucz i komórkę. Pozamykałem wszyst‐ dzwoniłeś na 112? Wieźli cię, a ty sobie myślisz: "E tam, Boga ko. Całe życie stało mi przed oczami wraz z kałużą melancho‐ nie ma, to koniec". No więc to On nas posłał, a my oddamy Mu lii. Jeszcze raz postanowiłem wywinąć się kostusi i oszukać ciebie całego i zdrowego…. Jeszcze raz mówię, najpierw prze‐ przeznaczenie. I urwać łeb hydrze. Droga wiodła nad Wisłą, czytam, nic nie podpiszę in blanco. Czytaj, wiemy, że babcia brzegiem, trotuarem i potem Aleją Pokoju. Pamiętałem miej‐ cię uczyła, tak jej kazaliśmy. Psychiatra podaje mi kawałek sce, gdzie niedawno samochodem KIA dowoziłem posiłki pergaminu: "od dziś żyję inaczej. Czynię dobro, pomagam dzieciom z depresjami, schizofreniami czy autyzmem. Teraz słabszym i nie zaliczam panienek." I co mądralo, takie strasz‐ sam pogrążony w czarnych myślach, które na dokładkę, co ja‐ ne? Nie wygląda to podejrzanie, więc biorę pióro z kałamarza i kiś czas znikały, szedłem, by wywinąć się – jako się rzekło – maluję zygzak. Żeby się odpierniczyli. Teraz dalej: zaraz pój‐ kostusi. Bramka na ulicy Cystersów, kod 1212, złote drzwi, po‐ dziesz schodami na górę, wejdziesz do komnaty, tam podadzą dwórko w nowym budownictwie, gabinet, podświetlone miej‐ ci napój. Wypijesz jednym haustem. Poczujesz się euforycz‐ sce. Wieczór, rześkie powietrze, ostatni pet i wchodzę z nie, to normalne, nie bój się – to nie trucizna. Wybrańcy bo‐ bagażami. Psychiatra otwiera i wita mnie. Ja witam jego, on gów mają najlepsze specyfiki. Jeszcze jedno – wyjdziesz stąd i mnie. Na ścianie dwa skrzyżowane miecze, retorta, gdzie wy‐ nigdy nie wrócisz, ani nie wspomnisz słowem nikomu. Ina‐ tapia się złoto, czarny kot macha ogonem na szafie, na stoliku czej melancholia powróci. Pożegnałem się, poszedłem i dosta‐ pokrytym zielonym suknem przeźroczysta kula. Obok kielnia łem napój (cienisty.)??? Przez chwilę czułem zamęt w głowie, i cyrkiel, a pod oknem kozetka. Zdejmuję kulę ze stolika i sta‐ potem wszystko ucichło. wiam obok. Psychiatra pyta, czy jestem gotowy. Jestem. Albo Wiedziałem, że mówili prawdę. Zostałem uratowany, stąd wyjdę żywy i zdrowy, albo podjedzie karawan. Tak posta‐ oszukałem los, wywinąłem się naszej dobrej znajomej kostusi. nowione. Zdejmuje dwa miecze i jeden podaje mi. Biorę do Szybko opuściłem gabinet. Znalazłem się na jakiejś cichej uli‐ ręki, oglądam, dawno nie ćwiczyłem, jakieś czterysta lat. Lecz cy. Czułem radość. Uratowany. Wreszcie. Po tylu latach bez‐ psychiatra nie daje czasu do namysłu – krzyżujemy miecze. W skuteczności. Widziałem swoje życie i jego przeznaczenie. gabinecie rozlegają się pojedyncze uderzenia metalu o metal, Ktoś bardzo Dobry szedł obok mnie. A wtedy, gdy był na pia‐ stali o stal, żelaza o żelazo. Robię uniki, w bok, w prawo, lewo, sku jeden ślad, to On niósł mnie na rękach…. atakuję do przodu. On mimo, że ma na sobie błękitny płaszcz z gwiazdami, lekko i zwinnie uskakuje, krzesło, stół, kozetka, (napisano w 07.2012) znowu krzesło. Obracamy się, stuknięcia stają się coraz bar‐ dziej pewne, miarowe, tępe. Po chwili podaje mi dłoń i uśmie‐ cha się. – Dobry jesteś. Witaj w naszym świecie. Teraz zaprasza mnie do stolika, kula ląduje z powrotem na miejsce, będzie Pierwsze trzy dni to aklimatyzacja, wiadomo, przejecha‐ jeszcze potrzebna. Wchodzi jakaś dziewczyna i podaje mi tru‐ liśmy kilkaset km, inny klimat, wilgotność powietrza, inne jo‐ nek w kielichu. Uśmiecha się tajemniczo, po czym oddala się i ny, aniony i kationy. Idę w sobotę z miłą Justyną do "Niklasa" znika w głębi. przy ulicy Wczasowej, bo tam jest zabawa. Taka normalna Zdejmuję resztki ubioru, który dostałem przed walką. wiejska zabawa, jak za czasów Modern Talking, tyle, że bez Teraz słucham. Pada pytanie, czy wiem, jaką drogą idę? Nie. Modern Talking. No, sorry, tańczymy jedną piosenkę Modern Czy wiem, że wyższe instancje mnie od dawna bacznie obser‐ Talking z 2000 roku. Jednak znowu w tańcu mi nie wyszło, wują i wiedzą wszystko. Wali mnie to, mówię, walę wszystkie więc znajdują się zaraz jak spod ziemi lepsi tancerze i słusz‐ instancje, ja czuję bezsens i walczę o życie. Dlaczego chcesz nie, bo trzeba było zapisać się – miły kretynie – choćby na je‐ żyć? Chcę. Żeby zaliczać panienki? Psychiatra dociska coraz den jedyny kurs tańca. Koledzy się nareszcie, co za ulga, dalej. Nie. Wystarczą te zaliczone. Jak chcesz żyć? Inaczej. dosiadają, piją, ja stawiam Justynie piwo z sokiem, a oni nie – Słowo? Słowo. Podpisz. Wal się, nic nie podpisuję w tej dziw‐ oni stawiają jej tylko colę. Są mega–porządni, nie kupią prze‐ nej komnacie. Jestem wyznawcą Chrystusa, nie trzech magów nigdy nieletniej alkoholu, wiadomo – naród pijany wymiera. w szopce. To jakaś szopka. Chcesz żyć? A co, nie? Chcę. Nie Można się bawić przecież bez alkoholu. Dżamprezka się na‐ chcę umierać i tyle. Słuchaj. Wielu nam już tak obiecywało, że kręca, by wreszcie mogła paść z ich strony propozycja nie‐ tra la la inaczej żyć, a potem co? Kończyli w bagnie. Dajcie mi oczekiwanej zmiany miejsc. Oto dowiaduję się, że mamy leki, to będę żył. Żadnych leków. Od dzisiaj dostajesz to – i tu teraz, zaraz, już, natychmiast, jechać do nich na prywatkę. Ich psychiatra podaje mi zalakowaną kopertę. Wygląda na starą, autem, ich furą, ich drogą jasną i prostą. Będzie basen, będzie pytam, co to znowu, coś dla wybranych, pamiętaj, wiemy o to‐ spoko i maroko. I w tym właśnie momencie bierze mnie jasna bie więcej niż myślisz. Nie stworzyliśmy cię, żebyś zaliczał pa‐ cholera. Mówię, że nigdzie nie jedziemy i koniec. On nalega, a nienki i cieszył mordę na koncertach Metaliki. Więc od dzisiaj ja jak zwykle jestem nieugięty, Justyna zresztą też. Po chwili nie wiadomo już kto, kogo zaprasza, co gorsza nie wiadomo

PROZA

Okruchy dobrej nadziei…

strona: 54

W “Niklasie”...

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

też, kto jest jeszcze trzeźwy. Zresztą nie pytamy już nawet, kto jest trzeźwy, lecz kto jest bardziej pijany od mniej pijanych w ogólnej skali bycia pijanym. Kompletny pat. Celowo niezręczna cisza. Celowe zamieszanie, zagadywanie mnie przy stole, podczas gdy tamten tańczy z moją koleżanką. Nic z tego. Ani przez moment nie spuszczam jej z oka. Im bardziej się sprzeciwiamy, tym bardziej pacjent wierzy w to, co nam proponuje. Klasyczna sytuacja: terapeuci kontra pacjent z ostrą psychozą (intoksykacyj‐ ną)???, zwaną potocznie pijaństwem. Wreszcie daje za wygraną. Wychodzimy. A raczej czuję, że to ja wychodzę. Z siebie… W drodze powrotnej kłótnia. Co prawda nie jestem chłopakiem Justyny, ale to ze mną poszła na disco. Więc ze mną wróci. Cała i zdrowa. "Co się tak boisz?" – słyszę. "Kogo by najpierw utopili, Ciebie czy mnie?" – pytam spokojnie. "Ciebie." Lecz również sły‐ szę, że "oni są spoko." "Skąd wiesz?" "Nic by nam nie zrobili". "Dobrze, pójdę ja, ale Ty pójdziesz do domu." "Nic by Ci nie zrobi‐ li." "Właśnie – mi nie, to dobrze powiedziałaś." Po drugiej kłótni w lesie w czasie powrotu z kolejnej nocnej wyprawy we dwoje na plażę coś zaczynam rozumieć. Jestem po prostu głupi. Po prostu uprzedzony do niewinnych aniołków. Mam kompleksy z dzieciństwa. Babcia nie mogła zastąpić mamy. Może faktycznie byli to niewinni aniołowie, zesłani, aby nam otworzyć oczy na fakt, że wszędzie widzę zagrożenie. Może powinienem pójść sobie z "Niklasa", zostawić Justynę przed samymi jej urodzinami pomiędzy aniołkami… Teraz w środku czuję siódmym zmysłem, że dobrze postąpiłem. Nie mogłem inaczej. Wyszedłem na kretyna, kompletnego ignoranta, nie czującego zupełnie kodów, znaków, niuansów, niech tak będzie, amen. Może powinni mnie nasi mali mili chłopcy przewieźć swoim BMW i solidnie w lesie nastraszyć, a potem uśmiechnąć się i poklepać – widzisz, kretynie, o tu wykopaliśmy dla was dół w lesie, ale dziś jest akurat amnestia i dlatego darujemy wam łaskawie życie. Zamiast was mamy innych frajerów, którzy chętnie z nami zatańczą… I popływają w odkrytym basenie. Z falą. Wychodzi na to, że ktoś uratował nam życie...a miało być tak ciekawie, jaka szkoda…Nuda. A może nie było wcale żadnej zabawy w Niklasie? Nie poszliśmy tam wcale, podobnie jak nie byliśmy razem w nocy w le‐ sie, śpiewając piosenki Maanamu? Nie było żadnego tańca, nie było też kłótni. Może to wszystko, ten bar, las i cały obóz to tyl‐ ko mi się przyśniło? Śpij słodko, rano obudzisz się całkiem trzeźwy i zdrów jak ryba. Las został, w nim pozostali chłopcy z placu Broni w swoim aucie, a my wróciliśmy do pensjonatu. Reszta jest historią, która nie lubi się jednak powtarzać…

PROZA

Marzec to miesiąc, który kojarzy się mi z pewnym wyda‐ rzeniem, które miała miejsce kilkanaście lat temu. Otóż kiedy jeszcze mogłam w pełni cieszyć się życiem, wybrałam się na górską przechadzkę. O świcie spakowałam plecak i nie budząc współtowarzyszy, wyruszyłam na górski szlak. Widok jaki wówczas ukazał się moim oczom był nie do opisania, to po prostu należało przeżyć. Ten wschód słońca, malownicze stoki górskie (śniegu prawie już nie było), łąki usłane dywanem krokusów i przebiśniegów, śpiew ptaków, zapach igliwia i jeszcze, no właśnie… Gdy tak zachwycałam się dziełem Matki Natury, zza krzaczka podszedł do mnie mały niedźwiadek. Przestraszy‐ łam się w pierwszej chwili, ale po chwili zobaczyłam, że to malutkie zwierzątko bardziej ode mnie się boi. Mam naturę wariatki i góralską krew w żyłach, więc od‐ ruchowo zaczęłam głaskać maleństwo. Był taki słodki, no‐ skiem ocierał się o moje ramię gdy kucnęłam przed nim. Jadł i z ręki okruszki bułki, a nawet poczęstowałam go sokiem jabł‐ kowym – jakież było moje zdziwienie gdy niezdarnie pił go z butelki. Widok bezcenny.

Jeszcze chwilę się do niego poprzytulałam i nasze drogi się rozeszły. Poszłam dalej w stronę Czerwonych Wierchów, a niedźwiadek w przeciwną stronę. Gdy wróciłam na kwaterę i opowiedziałam znajomym co mnie spotkało, każdy bez wyjątku się przeżegnał i tylko sprawdzali czy jestem cała. Początkowo nie wiedziałam o co im chodzi, ich zachowanie było dla mnie bynajmniej dziwne, a już na pewno niezrozumiałe. W końcu od słowa do słowa, i się wyjaśniło. Dopiero gdy mi wyartykułowali drukowanymi literami zrozumiałam, że je‐ śli jest małe niedźwiedziątko, to i matka niedźwiedzica była w pobliżu. Oj mogło być gorąco… Ale na szczęście wszystko dobrze się zakończyło, a mi po‐ zostały wspomnienia z przepięknej wyprawy owocującej w niezwykłe spotkanie. Teraz każdego roku w marcu, zwłaszcza gdy widzę kro‐ kusy, wspomnieniami powracam do mojego misia, który za‐ pewne jest już dorosłym niedźwiedziem. Cóż czas szybko płynie i nawet niedźwiadki muszą dorosnąć. Ciekawe czy na‐ dal spaceruje po Dolinie Tomanowskiej? strona: 55

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

J

O

PROZA

W

est w marcu taki szczególny dzień, nieprzypadkowo róćmy jednak do Dnia Świętości Życia. Kościół połączony przez kościół katolicki ze świętem Zwia‐ naucza, że życie zaczyna się od poczęcia. Za‐ stowania NMP. Dzień Świętości Życia. W tym dniu raz po Zwiastowaniu, Miriam wraz ze swoją kalendarz lturgiczny kieruje naszą uwagę na scenę spotkania społecznie kłopotliwą ciążą, udaje się w odwiedziny do swojej Maryi z Archaniołem Gabrielem, podczas której padają te starszej kuzynki, która w późnym wieku zaszła w ciążę. Wła‐ znamienne słowa: “poczniesz i porodzisz Syna”. ściwie więc spotykają się dwie kobiety brzemienne, których stan może budzić zastrzeżenia, a nawet kontrowersje, społe‐ d poczęcia do narodzin człowiek żyje, przecho‐ czeństwa, a przede wszystkim ich własnych rodzin. Spotykają dząc przez kolejne fazy rozwoju. Kolejne etapy się i następuje eksplozja radości. lżbieta na widok Maryi, której ciąża zapewne nie ciąży, to - paradoksalnie - dowód na to, że “Bóg była jeszcze za bardzo widoczna, wita ją słowami: działa przez ewolucję, a nie rewolucję”. Żyjemy jednak w cza‐ “A skądże mi to, że matka mojego Pana przychodzi sach, kiedy wszystko stanęło na głowie. Słyszymy bowiem, że dziecko w łonie matki nie jest dzieckiem, że bijące serce i do mnie?”. Dziecko zaledwie się poczęło, a ona już uznała w funkcjonujący mózg nie są oznakami życia, a nawet, że trudne otaczającym je ciele młodej kobiety - matkę. W opisie Nawie‐ życiowe okoliczności są wystarczającą podstawą, aby zanego‐ dzenia nie słychać żadnego biadolenia. Nie ma tam: “i co ty te‐ wać czyjeś człowieczeństwo i odebrać mu do prawo do życia. raz zrobisz?”; “jak przyjmie tę wiadomość twój mąż?”; “Boże, zostaniesz sama z dzieckiem!”; “społeczeństwo cię odrzuci, musisz się pozbyć problemu”; “ukamienują cię!”; “jesteś za więta Teresa z Kalkuty zadała kiedyś światu bardzo młoda na dziecko”; “jesteś za stara na macierzyństwo!”; “w mocne pytanie: “Jeżeli matce wolno zabić dziecko w twoim wieku? nie boisz się komplikacji?”; “co ludzie powie‐ swoim łonie, cóż może powstrzymać ciebie i mnie, dzą?”. byśmy się nawzajem pozabijali?”. To pytanie wciąż zbyt słabo wybrzmiewa w świecie, który w samym tylko 2019 roku po‐ akże inaczej wyglądałoby spotkanie tych dwóch ko‐ zbawił życia 42 miliony nienarodzonych dzieci. Według Świa‐ biet, gdyby ich stosunek do życia był właśnie taki. I towej Organizacji Zdrowia każdego roku na całym świecie może dlatego, że nie był, znalazły one w sobie nieby‐ wykonywanych jest od 40 do 50 milionów aborcji, co oznacza wałą siłę, by zmierzyć się z trudnym macierzyństwem, które‐ ponad 100 tysięcy aborcji dziennie. go nie miały w planach. Zastanawiam się, czy gdyby współcześnie, zamiast załamywać ręce, kobiety w różnym o tak, ale ktoś może powiedzieć, że w trakcie ży‐ wieku i w różnych okolicznościach w odpowiedzi na swoją cią‐ cia (!) płodowego dziecko nie jest jeszcze dziec‐ żę widziały radość i słyszały słowa pełne otuchy i wsparcia, to kiem, a aborcja to zwykły zabieg medyczny, jak czy te statystyki aborcyjne nie byłyby inne? I jak inaczej poto‐ usunięcie zęba. I takie argumenty można usłyszeć, dziwi jed‐ czyłyby się losy świata, gdyby ta młoda dziewczyna z Nazare‐ nak bardzo histeria środowisk pro choice na widok transpa‐ tu, zamiast odważnie wypowiedzianego fiat, zasypała rentów ze zdjęciami usuniętych płodów ( wg nich nie dzieci!). posłańca gradem zastrzeżeń? Bo przecież w tym momencie Czy kogoś szokuje i doprowadza do spazmów zdjęcie wyrwa‐ wszystkie Jej plany życiowe prysnęły jak bańka mydlana. nego zęba? Raczej nie, ale też “zlepek komórek” nie powinien posiadać wyraźnie widocznych rączek, stópek, głowy… I zno‐ ecz Życie to dar i zadanie. Życie jest cudem. Ucie‐ wu ktoś może powiedzieć (a nawet już powiedział), że skoro kanie od odpowiedzialności za ten dar nie zmienia prawo w pewnych okolicznościach dopuszcza aborcję, to nie faktu, że pierwszym podstawowym prawem każde‐ może być ona niczym złym. Lecz my wiemy lepiej, mądrzejsi o lekcje historii, która przypomina nam , że zgodne z prawem go człowieka jest właśnie prawo do... życia. było także niewolnictwo czy ludobójstwo w czasie chociażby ostatniej wojny światowej.

E

Ś

J

N

strona: 56

L

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Ż

ycie - wielu postrzega je jako coś, co się zaczyna, rozwija. Kojarzone jest z wiosną, która budzi się z zimowego letargu paletą barw i śpiewem ptaków. Życie, które często ucieka nam między palcami tak szybko, że, gdy nad nim zaczniemy się zastanawiać, dobiega już swego kresu. I ludzie, mniej lub bardziej bliscy, jedni na dłużej w nim goszczą, inni, jak mgnienie wiosny pojawiają się, by za chwilę zniknąć w odmętach niepamięci.

N

Z

K

P

PROZA

O

D

M

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE

strona: 57

ie zawsze jednak tak musi być. Długie zimowe wieczory mogą zachęcić nas do wędrówki w głąb swojej pamięci, do minionych lat i mijanych lu‐ dzi. Tak więc i ja, w pewien, jeszcze zimowy wieczór, postano‐ wiłem wrócić pamięcią, aby przypomnieć sobie, jak to dawniej bywało. a oknem hula wiatr, a ja myślą wędruję ponad czterdzieści lat wstecz, do czasów swego dzieciń‐ stwa, jakże innego od dzieciństwa współczesnych dzieci. Wszystko wtedy było jakieś inne, ale mam tę świado‐ mość, że za kolejne czterdzieści lat dzisiejsze kilkulatki po‐ wiedzą to samo - że kiedyś było jakoś inaczej. Cóż, pokolenia przychodzą i odchodzą, pozostają tylko kamienie milczące wobec zachodzących zmian. amienie, jak te, które niczym mur częściowo oka‐ lają kościół, a po którym nie raz się biegało. Ten mur przez wieki nie zmienił się, zmieniły się tylko pokolenia dzieci, z pewnością nieraz przeganiane z jego grzbietu, jak ja i moi rówieśnicy. Dzieci w tamtych czasach nie miały tak wiele zabawek jak dziś, nie było Internetu, a telefo‐ nów ze dwa lub trzy na całą wioskę. Na ulicy - a jakże, asfalto‐ wej - więcej przechadzało się krów i jeździło wozów zaprzężonych w konie, niż samochodów. Dziś taki widok to już rzadkość. Zresztą, w tamtych czasach każde z obejść po‐ siadało swój żywy inwentarz, o który musieli dbać dorośli jak i dzieci. Ogródki obsadzone były warzywami i kwiatami. Dzieci oprócz zabaw pracowały pomagając rodzicom w polu, koło domu, wyprowadzając krowy na łąki. Zabawy dziecięce cza‐ sem były niebezpieczne, bo w okolicy natrafić można było na wiele pozostałości po działaniach wojennych, takich jak poci‐ ski czy naboje karabinowe. Dzieci, które przybyły na te tereny tuż po wojnie, podziwiać mogły zestrzelony nieopodal wioski samolot, czy inny ciężki sprzęt wojskowy. Chłopcy w tym cza‐ sie chyba najczęściej bawili się w wojnę. Za karabin wystarczał kawałek kija, choć powoli zaopatrywaliśmy się w broń kupio‐ ną podczas odpustu na straganie. Byłem mega szczęśliwy po‐ siadając pistolet, jakim posługiwał się Janek z Czterech Pancernych, bohater naszych chłopięcych lat. Pamiętam jedną z takich naszych tajnych wojennych akcji: postanowiliśmy, że stworzymy bandę. Pochwaliłem się tym w domu mojej śp. Babci. Dostałem taką burę za samą nazwę “banda” i od razu wykład, czym były bandy, że pamiętam to do dziś.

A

le czemu się dziwić? Na te tereny przybyli ludzie po, często, okrutnych doświadczeniach wojen‐ nych, gdzie ciężko było rozróżnić, kto przyjaciel, a kto wróg, gdzie sąsiad sąsiadowi był w stanie zgotować krwa‐ wy los. I choć w polityce wybrzmiało już “przebaczamy i prosi‐ my o przebaczenie”, choć jakoś powoli normalizowały się stosunki polsko-niemieckie, to tu, na tyłach wielkiej polityki musiały minąć jeszcze lata, aby zabliźniać się zaczęły i prze‐ baczone zostały zadane rany. W dzisiejszych czasach to już całkiem normalne, że jeździmy do Niemiec, Niemcy przyjeż‐ dżają do nas, że nekropolia byłych niemieckich właścicieli jest zadbana i pamięta się o niej, a głazy kamienne, na których by‐ ły nazwiska Niemców, którzy nie wrócili z I Wojny Światowej, zostały odnowione, aby być pamiątką naszej wspólnej historii. Czas zabliźnia rany. owie ktoś, że dziś mamy jedna wielką globalną wioskę, bo internet łączy ludzi na całym świecie, na wieści od bliskich nie musimy czekać miesiąca‐ mi. Wystarczy jeden klik, aby rozmawiać widząc się z dwóch najodleglejszych punktów świata. Jest to super rzecz, gdy od bliskich osób dzieli nas odległość, ale tak naprawdę zanikają więzi międzyludzkie. Dzieci z moich czasów spotykały się, ra‐ zem grały w piłkę, bawiły się. Ludzie odwiedzali się wzajem‐ nie, przesiadywali na ławkach przed domami, nie mieli techniki, mieli dużo pracy, ale - mieli czas. Teraz jest technika, postęp i brak czasu na wszystko. prócz wspólnych zabaw, spotykania się na murze kościelnym czy to z racji lekcji religii, która wtedy odbywała się w salce katechetycznej, czy z racji nabożeństw majowych czy też październikowych, które gro‐ madziły sporą liczbę dzieci i młodzieży. Mieliśmy kino objaz‐ dowe, które co jakiś czas do nas zajeżdżało, a w niedzielne upalne popołudnia czekaliśmy na klakson samochodu z loda‐ mi. Często zanim doniosło się je do domu, były już nieźle roz‐ topione, ale mimo tego urok chwil pozostał. Szkoła była nieduża, cztery klasy podstawówki i, jak to w tych czasach by‐ wało, obowiązkowe niebieskie fartuszki i białe kołnierzyki. Podobnie normą minionego czasu były przechadzki szkolne po wiosce z chorągiewkami z okazji pierwszomajowego świę‐ ta. o zbiorczej szkoły dojeżdżaliśmy, w pobliskiej miejscowości, przyczepą autobusową potocznie zwaną “budą”, która podczepiana była do trakto‐ ra. Nikt takiej nie miał, wszyscy z całej gminy dojeżdżali auto‐ busem, tylko my mieliśmy nasze ówczesne pendolino, mknące po błocie czy zaspach śnieżnych. Bo tak, wtedy zimy były za‐ wsze śnieżne. A mróz malował szyby, nie tylko w naszym szkolno-kosmicznym pojeździe, ale i w wielu domach, swoimi mroźnymi abstrakcjami. inęło dzieciństwo, mijają lata, tylko przyko‐ ścielne kamienie przez ostatnie wieki zapisują w swojej niemej pamięci obraz tego, jak tu daw‐ niej życie wyglądało...


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Magdalena Cybulska *** Ogródek pod blokiem. Mikrokosmos przebiśniegów, krokusów, kotów i sikorek. A ona królowa. Stara. Wszechwładna. Uśmiecha się do swoich poddanych. Ślimaków i dżdżownic. Powietrze tutaj nie pachnie miastem a dzieciństwem. Głębokim. Gdzieś z przystanku odleciał tramwaj. A jej zostały na parapecie gołębie pióra. Ścieżka, której nie ma na żadnej mapie. Wiodąca pod bzem. Królowej prywatny cień. W sierpniowe dni. Gdy reszta świata nagle się zatrzymuje. W południe. Wszystko się zmienia. Chmury wysychają. Państwo królowej było kiedyś o wiele większe. Rosły tam porzeczki i truskawki. Sok spływał po palcach. Gęsty. Królowa była wtedy księżniczką. Nie myślała o przyszłości. Była ona zbyt daleko. Za górami, za lasami. Dziś musi się zadowolić tym skrawkiem ziemi. Ciszą, która zakwita rzadko i szybko opadają z niej płatki. Rankiem wszyscy biegną do pracy. Królowa zostaje ze swoim państwem, którego istnienia nikt nie podejrzewa. Za żółtymi krzakami forsycji. Poluje pająk tygrzyk. Cierpliwy drapieżca. Czasem po deszczu na jednej z grządek kiełkuje staw. Wtedy królowa zdejmuje panto le. W myślach zanurza stopy w chłodnej wodzie. Wielkiej rzeki.

***

PROZA POETYCKA

Z dworu zostały tylko ka le z pieca kuchennego. Ocalił je. Na pamiątkę. Jakiejś dziwnej epoki. W podworskim parku kwitną zawilce, puszki po piwie i stokrotki. Zagubiła się tu rzeczułka bez nazwy. Uparcie meandruje między drzewami, rozlewa się leniwie. Jakby przeszłość nie istniała, a przyszłość nie mogła przynieść nic pewnego. Pokazujesz mi bobrowe żerdzie. Nowi właściciele pejzażu. Rozmawiamy o życiu. Same poważne sprawy. Porośnięte dzięciołami.

***

Stary dwór. Fundamenty z polnych kamieni. Popękane ściany. Martwe okna. Tylko w jednym firanka. Wokół same niepotrzebne rzeczy. Dwa ciche kundle, fotel, kręgi fajerki, zardzewiałe garnki, słoiki, deski i ka le. Nic do siebie nie pasuje. Przedmioty z różnych domów i różnych opowieści. Niosą lekkie i ciężkie historie. Nie wysłucham ognia w piecu. Jego gadaniny o wszystkim i o niczym. Nie zabulgocze zupa. Koniec nadszedł, a początku nie widać. Choć to wiosna i nawet staw odmłodniał. Sypią się żaby i drobne fiołki. Stroszą piórka wróble, aż pejzaż trzeszczy. Szeleści sucha trzcina. Dwa kundle pilnują świata przed całkowitym rozpadem. Wierne.

Podłódzki pejzaż

Ślepy dworek, odnajdziesz go łatwiej na mapie niż w kępie drzew. Krokusy. Ostatni świadkowie ogrodu. Suche badylki zaludniły pejzaż. Jakby wszystko, co wielkie już się wydarzyło, teraz nadszedł czas małych i zwyczajnych rzeczy. A może to wiosna. I trzeba jeszcze poczekać. Aż żaby wypełnią swoją miłością staw. Po brzegi. Nieśmiałe ptasie trele, łaskoczą mnie w kark. Zagajnik brzozowy nabiera zielonych rumieńców. W dole droga o matowej, asfaltowej skórze. Jak wąż. Zimna. O dworku nic nie wiesz. Jego znikające ściany są końcem i początkiem tej opowieści.

strona: 58

*** Pamiętam te schody w murowanym dworze kończące się nagle przed pierwszym piętrem. Na ostatnim stopniu trawa. Zielona kępka. Na krawędzi wieczności. Potem już tylko niebo i klucz dzikich gęsi. Chmury wędrują pod prąd. Greckie kolumny marzną w naszym klimacie. Pachną pokrzywy zamiast cytryn. Pod framugami pęcznieje park. Setki gałązek i listeczków. Poskręcane wierzbowe pnie. Przestrzeń wymknęła się z rąk ogrodnikowi. Albo nigdy do końca jej nie ujarzmił. Kto chodził tymi schodami. Do góry, w dół. Przemierzał życie. Wsłuchuję się cierpliwie. Nigdy tego nie odgadnę. P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

SONET WSTĘPNY DO CYKLU WYKŁADÓW O POEZJI MOJEJ - STADIA I STUDIA METAMETAFORY; TO IMIĘ. W SERCU CZŁOWIEKA TEN BUNT KU WOLNOŚCI NASZEJ.

SONET WSPÓŁCZESNY WZOROWANY NA SZEKSPIROWSKI. O MIŁOŚCI DO BLIŹNIEGO LUB JEJ BRAKU OPOWIADA. LILIE NA NUTĘ DAVIDA – wersetów 16. Chleb Pańskiej krwi rozjaśniam mrokiem słonecznym – słońce ta ciemna pomarańcza zachodu). PROZA

Otoście pokolenie ze spiżu lub diamentu całe. W kraju Rodan te same tchnienie komnat świtu. U wezgłowia Katedry- jam ujrzał jutro świątyni. Z krwi Chrystusowej już rzeka istnienia płynie. Poszukiwałem w sercu mego bliźniego komnaty Świt tak zastygły w kokon wieczności- w nim rój Szarańczych gromad nie wierzących w ludzką miłość. Wtedy ozwie się Prorok – Paweł z Tarsu – na Areopagu. Mową pokorną teraz w tym millenium- mury przemawiają. Wszak jestem bardzo stary- mam cztery tysiące latRzekł chóralnie Kościół gotycki Platona i empirejski wiatr renesansowy Zawisł w " nadtajgetowych" jarach, boskim zszedł Olimpem w czeluście. Wtedy też i empirejski KAIROS – Wybawiony zszedł między komnaty serca. Po wiekach przebudził się Człowiek od wieków znany. Rzymskie, gotyckie, doryckie i greckie przybrał w Kraju Rodan kształty. Przypuścił atak na czerwień miłosną- płyną okrętem o błogosławionych żaglach. 27.12.2019. Konrad Stawiarski.

O poezji słów kilka... Pierwszy wykład: Mój KLASYCYZM. Czyli o czym jest moja poezja?

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE

strona: 59

P

unktem wyjściowym dla moich poetyckich odnie‐ sień jest Ziemia Jałowa (wraz z przypisami do po‐ ematu) T. S. Eliota. Modernizm na gruncie anglosaskim, którego twórcą jest wspomniany Amerykanin

osiadły w Anglii. Poeta ten jest mi najbliższy. Dzięki niemu, po latach studiów, stworzyłem własny styl poetycki, coś w rodza‐ ju poezji uczucia, czyli neopostmodernizm, neopostroman‐ tyzm, neopostklasycyzm. Każdy szanujący się współczesny literat winien znać dzieła klasyczne, w rozumieniu klasyków dwudziestego wieku, ale także klasyków greckich i rzymskich. Bez znajomości literatury Greków i Rzymian, poezja, a więc i literat, jest pozbawiona podstaw pozwalających na przemyśle‐ nie zasad klasycznych, jak i samego klasycyzmu. Mój KLASY‐


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

CYZM wypływa z tychże zależności podstaw i przedstawień oczywisty błąd myślowy i bezzasadność szczegółu formy bez złożoności procesu sztuki, jako wykładnia sensu poetyckości formy i formy bez Formy. Działanie treści na zasadność for‐ świata podmiotowego i przedmiotowego w dziele literackim. mułowania wypowiedzi w obrębie strofy jest właściwym kore‐ ztuka poetycka to najwyższa forma myśli ludzkiej. latem podmiotowym i przedmiotowym opisującym dążność Forma i precyzja idą i muszą iść w parze wraz z odtwórczą twórcy do zastąpienia języka codziennego języ‐ dominantami świata fatalnie nazywanego przed‐ kiem alegorii i symbolu, jako wykładnika treści w „ciele stro‐ stawionym. Świat literacki wykreowany bądź elektryczny – fy”. Wszelkiego rodzaju domeny treści, tak forma jak i istniejący jako alegoria – istnieje bez związku z rzeczywisto‐ podstawienie do wzoru (przykład: sześcian sonetu), mogą je‐ ścią albo jest jej właściwie branym lustrzanym odbiciem. Pre‐ dynie pomóc w przejrzystości, ale to wciąż przerost formy nad cyzyjnie uchwycony obraz sztuki jak obraz w odwróconym formą. Treść wynika z chwili i momentu samego tworzenia zwierciadle, powstaje jako nacechowany zewnętrznymi i we‐ wiersza jako składnik nacechowany ograniczeniami stylu mo‐ wnętrznymi drobiazgami i jest zbiorem najwłaściwszych w dernistycznego, jako że jest najbliższy gałęzi nauk. Styl taki to sugerowany autorytet w dziedzinie stylów poetyckich najbliż‐ tym uchwyceniu, osiągnięć myśli ludzkiej. szy wiedzy i erudycji, czyli styl erudycyjny, wynikający z po‐ trzeb twórcy do tworzenia w poemacie, traktacie, drzewa dzie istnieje bowiem symbol i kod, tam istnieje genealogicznego, które logicznie rozrasta się na inne gałęzie niebezpieczeństwo natrafienia na rafy. Tekst bez‐ sztuki, malarstwa, poezji i stylu samego w sobie itd... myślnie nabiera gmatwaniny zestawień przypad‐ kowych słów dobieranych w sposób nieadekwatny do sytuacji wórcą pozbawionym wewnętrznego kon liktu jest mitycznego i lirycznego ja i lirycznego ty. Poezja jest wówczas jednak autor niniejszej rozprawy, jako że potrafi poezją, kiedy opowiada o czymś, co istotne i co ma swoje sumiennie oddzielić czas od wiecznego zegara przełożenie na rzeczywisty sens. Poezja brana nawet empi‐ rycznie jest filozofią i zarazem traktatem. Tu właśnie rozwi‐ niedomówień i zbędnych teraz, w tym czasie, niedopowie‐ dzeń, które nie tylko szkodzą samemu utworowi, ale z czasem nąłem tezy główne T. S. Eliota oraz Czesława Miłosza. stają się nieczytelne, jak dla nas dzisiaj staje się nieczytelny wiek dwudziesty. rawidłem istnienia poezji jest alegoria i symbol. Wszystko inne, to tylko zbiór przypadkowych wy‐ to przykład poezji neopostmodernistycznej w razów, połączonych za pomocą tzw. „to co pomię‐ moim wykonaniu: dzy zdaniami”, jako asumpt do dalszej bezcelowej kodyfikacji modułu wiersza. Następstwem błędnych zestawień słów jest

S

G

T

strona: 60

PROZA

P

O

Dziewiąta fala Dla Ciebie układam te słowa, Której twarz wyrzeźbiła fala wspomnień Z pian rozpadliny mojego świata. Której twarz, jak pejzaż ze szmaragdów, Bo tyle posiadasz oblicz piękna, Jakbyś z tysiącletniej podróży wróciła Wciąż taka świeża i czysta i pokorna. Dla Ciebie piszę falą na opalonym świecą Liście mojej samotności, z potrzeby wysłowienia, Jak oddech w unisono kropel deszczu. Dla Ciebie, której twarz powraca we mnie I przed wspomnieniem obronić się nie mogę. Dla Ciebie, której twarz jak wyrecytowany sonet O czymś, co powraca czasem w stanie zawieszenia Wyroku i istnienia między słowem a zdaniem. Której twarz jak wyrysowany ołtarz bogini Dla Ciebie całej oddaję tylko metody uchwycenia Fali powracającej w przypływie szczerości. Dla Ciebie, której twarz może odsłaniać przeszłość I jest przy tym szlachetna i dostojna. W przypływie nie tonie okręt mojego ciała. W toni z mgły, z oddechu ożywczego. Bowiem twoja twarz jest fizyczna, a nie materialna. Nawet we wspomnieniu, o odkrywczej roli, Którą zawsze oddaję mojemu Bogu podręcznemu

Do Ciebie...Bowiem twarz twoja nie jest tylko wspomnieniem. Może to tylko wspomnienie przepływającej łódki samotności. Dla Ciebie, co nagradzasz pięknem ten świat. Zrozpaczony, jak kłoda drewna leżąca na ścieżce do wolności. Dla Ciebie, której twarz jest odbiciem w rzece i źródłach Czystych obrazu spokojnej toni w czasie sztormu. Dla Ciebie, której twarz, jak najczystszej natury kryształ Zbudowany z cząstek oczekiwania na cud i tajemnicę. Dla której moja twarz jest jak nieczytelne dzieło Wzięte z wypisów ksiąg, zapisane koptyjskim pismem Linearnym A i Linearnym B. Dla Ciebie, której twarz jest w mojej pamięci już odległa Bo chroni mnie przynależność do zapomnienia. Dla Ciebie, której twarz jak aksamitna granica. Wiem, że nie przekroczę wyspy i nie odszukam twej twarzy. Między tysiącami fali napierającymi na mur oddalenia się Wycofania w głąb lądu. Pozostawienia sobie wyboru; Zapomnieć albo oczekiwać twojej fizycznej postaci.

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE

25.12.2019./23.12.2019


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

Nie znasz – nie tęsknisz

rwanie się do aktualnych nowości wydawniczych graniczy nie‐ mal z cudem. Szczególnie w dziale poetyckim. Przeczytanie wielotomowej serii chociażby z fantazy czy SF wymaga krąże‐ nia po wielu bibliotekach – tylko tak da się przeczytać względ‐ ną całość w kolejności powstawania całej serii. Dobrze, że chociaż tak się da… Bibliotekom trudno być na bieżąco – wy‐ chodzi zbyt wiele książek. O większości z nich niemal nikt się nie dowiaduje, że są, że powstały, że warto je przeczytać… Gdyby biblioteki mogły kupować więcej nowości, więcej ludzi przychodziłoby te nowości z pewnością pożyczać. A tak skazani jesteśmy na starocie. Na pożółkle, zaczytane czasem, podniszczone czy zakurzone egzemplarze. Nie tędy droga – na kulturze oszczędzać się nie powinno. Ale oszczędza się naj‐ łatwiej, bo nikt nie protestuje. I nikt nie chce na kulturę dawać pieniędzy. Odpowiednio dużych. Jeśli już – to ochłapy.

Gdyby nie biblioteki, czułbym się ograbiony z czegoś. Czegoś by mi brakowało. Biblioteki dostarczają jedynego w swoim rodzaju przeżycia: obcowania z półkami pełnymi ksią‐ żek. Większości z nich nigdy nie przeczytam. Nie starczy na to czasu. Wielu z nich czytać nie warto. Wielu przeczytać nie zamierzam. Długa jest lista tego, co jeszcze przeczytać bym pragnął. Część pewnie się uda. Inna sprawa, że gdybym nie rozkochał się w czytaniu, owego braku bym wówczas nie doświadczał, nie spostrzegał‐ bym go. To coś jak z Bogiem. Więcej ludzi się Nim w ogóle nie interesuje, niż w Niego nie wierzy. A to wszystko z powodu braku osobistej, przyjacielskiej relacji z Nim. Nigdy między nimi a Nim do spotkania nie doszło. A skoro nie było spotka‐ nia, nie wywiązała się żadna relacja. Wielu ludzi po prostu On nie obchodzi, nie szukają Go, nie dają Mu też szansy na odna‐ lezienie się. Aby to nastąpiło, potrzebny jest pośrednik – świa‐ dek, człowiek który to spotkanie umożliwi. Z książkami jest 1994–11–28/29 podobnie. Nie rodzimy się czytelnikami. Stać się nimi może‐ Łódź my dzięki postawie osób najbliższych, dzięki przyjaciołom, osobom dla nas ważnym. Ale skoro nasze otoczenie jest nie‐ naucz ludzi kochać wrażliwe na książkę, to nie ma co się dziwić, że my sami nie naucz drogą chodzić Twą czytamy… Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość naucz dobroci naucz pokoju trąci. A jeśli nie nasiąkła, to łazi potem po świecie taka wy‐ naucz mnie jak Ty dla innych być dmuszka, a wiatr nią miota, bo to lekkie takie, żadnego cięża‐ ru w sobie, żadnej zawartości, żadnej treści własnej… naucz mnie Jezu Trochę szkoda, że biblioteki pozbywają się części star‐ szych zbiorów. Jest to niestety nieuniknione – przestrzeń jest umierać wciąż sobą ograniczona i aby móc pomieścić nowe książki – stare trzeba naucz wielbić Boga z niej usunąć. W latach dziewięćdziesiątych wyczyszczono bi‐ naucz ufać blioteki z książek z kręgu marksizmu–leninizmu. Nie ma za z Tobą przez życie naucz iść czym tęsknić. Był to dobry ruch. Śmieci zdecydowanie powin‐ naucz miłość nieść ny trafiać w końcu na swoje miejsce – na śmietnik. Całkiem czeka na nią świat sporo makulatury na przemiał. Inna sprawa, ze ich miejsce zajęły śmieci innego rodzaju, śmieci pseudonaukowe. Równie bezużyteczne, jak poprzednie. Ale bardziej zdradliwe, bar‐ dziej szkodliwe, bardziej zwodnicze… Z bibliotek usuwane są również książki najbardziej zniszczone – tylko część z nich Czytanie odmienia człowieka. Poszerza jego horyzonty. jest zastępowana w miarę możliwości nowymi pozycjami. Szkoła uczy wiedzy. Chyba uczy, bo jakoś nie jestem tego pe‐ Znikają także książki nieczytane. wien. Nie mam najlepszej opinii o współczesnej szkole opiera‐ Obecnie, w dobie komputeryzacji, gdy z książek znikają jącej się na „wiedzy testowej”. Jak to jest, że obecnie dzieciaki kartki biblioteczne – nie mam już bla‐ coraz więcej korzystają z korepetycji i dego pojęcia, czy tę książkę, którą aku‐ dodatkowych kursów pozaszkolnych? rat pożyczam – ktokolwiek przede Szkoła dostarcza im za mało? Nie da‐ mną czytał. Ale jeszcze nie wszędzie je rady ich niczego nauczyć? I co to tak jest. Dziwne to uczucie, gdy poży‐ właściwie jest – to czego szkoła uczy? czam książkę będącą w bibliotece lat Wiedza? Czy może tylko informacja, już kilka dziesiątków i w karcie jej wi‐ która ma się nijak do czegokolwiek, dzę, że ostatnio pożyczana był 20, 30 bowiem uczeń nie umie jej z niczym lub więcej lat temu. Kto wie, może ktoś powiązać, ani do niczego wykorzy‐ ją w zwrotach dojrzy i także wypoży‐ stać, a jedynie kombinuje, jak zaliczyć czy… testy sprawdzające, jak uzyskać jak Szkoda to wielka, że biblioteki nie najwięcej trafień. A gdzie przy tym mają pieniędzy na nowe zakupy. Do‐

NAUCZ MNIE

ESEJ

Przygoda dostępna od zaraz

Czytanie odmienia człowieka.

strona: 61

P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


BEZ{KRES} — MARZEC 2020 A.D.

wszystkim hobby, pasja? Jak na to znaleźć jeszcze czas? Większość, to niestety wyrobnicy edukacyjni. Obym się mylił i Czego można nauczyć ucznia, który niczego nie czyta? niesprawiedliwe pisał owe wypowiedziane powyżej słowa. Nawet lektur. Poprzestaje na oglądaniu, wątpliwej wierności Można się tego jednak nauczyć. Myślenia. Trzeba po pro‐ oryginałom, filmów ekranizujących lektury szkolne. Kłopot w stu czytać. Trzeba korzystać z bibliotek i poszerzać swój świat. tym, że owe filmy mają Swoje słownictwo. Bogac‐ się coraz bardziej nijak two wewnętrzne. Czytać do książki, na podstawie oczywiście trzeba mądrze. której powstały. Bardzo Nie byle jak i nie byle co. rzadko film jest równie Trzeba nauczyć się korzy‐ dobry jak książka, na stać z biblioteki. Wyszuki‐ podstawie której powstał. wać, co cenniejsze w niej. No, chyba, że sama książ‐ Przecież nie da się przeczy‐ ka jest po prostu kiepska. tać wszystkiego. Czytać Film podaje wszystko na warto też różnorodnie. Wy‐ tacy. Po filmie się ślizga‐ rabia to zainteresowania, my. Książka wnika w nas. pozwala poznać wiele fa‐ Jest wyzwaniem. Rozpala scynujących rzeczy. wyobraźnię. Zapada w pamięć. Współczesne fil‐ my są coraz dalsze od przedstawiania rzeczywi‐ stych treści książek. Są tylko ich marną podrób‐ ka. Nawet te wyśmienite. Nawet te lepsze niż książki.

Książka wnika w nas. Jest wyzwaniem. Rozpala wyobraźnię. Zapada w pamięć.

JAK KAZAŁAŚ

ESEJ

POKAZAŁEŚ 1995–01–06/07 Łódź Ks. Jackowi Grzesiakowi

jak Bogiem żyć przez życie iść a czasem nawet biec pokazałeś jak naprzód dążyć wciąż nie oglądać się bo u celu Miłość Bóg pokazałeś jak przy Bogu iść w chwilach rozpaczy zawierzać że ten na piasku pojedynczy ślad to nie ja lecz On Bóg na rękach mnie niósł bo zabrakło sił by dalej iść

strona: 62

Nie czytasz – nie mądrzejesz

1995–05–15 Łódź Ani Dąbrowskiej

znów wiersze piszę mknącymi łaniami słowa morzem wezbranym siłą huraganu serca zakochaną twarzą znów piszę tym razem Tobie długom milczał lecz dłużej już nie mogę pisać muszę pisać pragnę tobie o miłości miłości mojej

Trzeba po prostu czytać.

Ani wiedza, ani informacja nie oznaczają jeszcze mądro‐ ści. Mądrość opiera się na wiedzy oraz rozumowaniu popar‐ tych doświadczeniem życiowym. Tego ostatniego zaś szkoła nie uczy. Znaczy rozumowania. Nie uczy też, jak się uczyć. Nie uczy, jak myśleć. Nie uczy kreatywności i samodzielności w swym myśleniu. Nie rozwija. I raczej bywają od tego wyjątki niż potwierdzenia reguły. Szkoły czy nauczyciele z pasją. P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


P ISMO LI TERACKO - AR TYSTYC ZNE


"Bezkres" WWW

"Bezkres" aktualny numer

"Bezkres" FB: strona pisma

"Bezkres" FB: red. naczelny

"Bezkres" Redakcja pisma

"Bezkres" Info dla Autorów

"Bezkres" wsparcie finansowe

"Bezkres" czytelnia pisma

Zapraszamy na nasz kanał na You Tubie https://tiny.pl/t6sr6

BEZ{KRES }

P IS MO LI T ERACKO -AR T YS T YCZNE Wydawca:

Drukarnia:

Adam Grzelązka Wydawnictwo DOBROTA 61-064 Poznań Żelazna 18B/13 Perfekt Gaul i Wspólnicy sp.j ul. Skórzewska 63 60-185 Skórzewo

Adres redakcji:

61-064 Poznań Żelazna 18B/13

Redaktor naczelny:

Adam Gabriel Grzelązka

Zespół redakcyjny:

Beata Śliwka Hanna Krugiełka Izabela Bazydło Izabela Kasprowicz-Żmuda Katarzyna Dominik Mariusz Żmuda Przemysław Zarychta Radosław Marcin Bartz Robert Ratajczak

e-ISSN 2685-038x ISSN 2685-0381 Nakład: 50 egz.

DTP:

AGG

Grafika:

www.vecteezy.com

E-Mail Redakcji:

redakcja@bezkres-pismo.pl

SKLEP: WWW: FB:

tiny.pl/t495d bezkres-pismo.pl tiny.pl/tj8wc

Redakcja przyjmuje materiały do publikacji w plikachtekstowych: PDF, RTF, DOC, DOCX oraz ODT i TXT. Przyjmujemy materiały wyłacznie w postaci elektronicznej. Prace graficzne w plikach JPEG i PNG (grafiki muszą być przekonwertowane do odcieni szarości). Przesłanie pracy na adres redakcyjny BEZKRES.PISMO@GMAIL.COM oznacza, że jesteś autorem nadesłanej pracy oraz wyrażasz zgodnę na jej nieodpłatną publikację w naszym piśmie oraz dziełach pochodnych w formie elektronicznej i drukowanej. Zastrzegamy sobie prawo redagowania i skracania oraz adjustacji literackiej nadsyłanych materiałów. Autorzy prac publikowanych zostaną o tym fakcie poinformowani drogą mailową.

Poglądy i opinie autorów drukowanych prac nie muszą odzwierciedlać punktu widzenia redakcji. Przyjmujemy do druku: * opowiadania, nowele * poezję (wiersze, poematy, fraszki) * aforyzmy * publicystykę (eseje, felietony itd.) * prace graficzne (rysunki, komiksy) - czarno-białe. * recenzje, polemiki * fragmetny powieści i dramatów Nadesłane prace literackie powinny być pisane poprawną polszczyzną oraz wolne od błędów ortograficznych i interpunkcyjnych. Istnieje możliwość wydania własnej książki, plakatu czy arkusza poetyckiego w ramach Biblioteki Bezkresu zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy z redakcją.

Stali współpracownicy:

Izabella Teresa Kostka Bożena Helena Mazur-Nowak Grażyna Werner Agnieška Masalytė Małgorzata Fabrycy

Rysownik: Komiks: Okładka:

Maciej Mariusz Jedliński Andrzej Włudecki Zofia Meler

© Copyright by BEZKRES - 2020 A.D.— Wszelkie prawa zastrzeżone

Profile for Bezkres.Pismo

Bezkres NR 8 - 3/2020  

bezkres, pismo, miesięcznik, czasopismo, poezja, proza, publicystyka, pismo literackie

Bezkres NR 8 - 3/2020  

bezkres, pismo, miesięcznik, czasopismo, poezja, proza, publicystyka, pismo literackie

Advertisement

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded