Page 1


-

sPIS TRESCI INTRO..........................str. 2

UGRYZIENI Ugryzieni Poeci.............str. 3

PUBLICYSTYKA Nicolas Paillot - Second

Life................................str. 6 Paweł Oczkowski - Machina affectuosus....................str. 7 Mateusz Dawiec - American

film festival.................str. 10

ARTYLERIA Joanna Małecka - Gorrrące

Agata Goraj -

Wymyk.......................str. 19 Tomasz Wójcik - Machine

newsy..........................str. 12 Head...........................str. 20 Michał Filipek - Kazik Na

Żywo...........................str. 21

INNA TWARZ Karol Samsel - Śmierć

trójkąta......................str. 14

RECENZJE Michał Misztal - Uzuma-

POETRYZATOR Jakub Wilkans.............str.22

CO MNIE WKURWIA?!.......str. 24

ki................................str. 18 REDAKCJA

I LISTA PŁAC............str. 26

Projekt okładki: Joanna Małecka


- INTRO Już dwa lata zmagamy się z nieustępliwą materią kultury, sztuki, chamstwa i prozy życia. Nasz zin wprawdzie nie jest ani rewolucyjny, ani rewelacyjny. Za to na pewno jedyny w swoim rodzaju! I tyle słowem wstępu. W 2012 roku na pewno będzie się sporo działo, ale nie za sprawą Ambitne! Musicie się skupić, naszych piłkarzy, lecz za sprawą tych, wczytać. którzy uwierzą w szaloną koncepcję podboju świata przez “bez kul- A za kwartał zafundujemy tury”. Zaczynamy dosyć spokojnie wszystkim jeden wielki żart. od załatwienia kilku spraw z poetami (musieliśmy ich P.s. uszczypnąć). Potem przedzier- Inżynierze gaua, wódz jest tylko amy się pomiędzy fikcją a nauką, jeden! poprzez “drugi żywot” docired. naczelny Konrad Wicher eramy do pokręconych metafor inspirowanych Joycem. (Sanestis Hombre) Brzmi skomplikowanie? Numer ósmy? Chcieliśmy postawić przed Wami wyzwanie.

Moi ludzie Cię znajdą, Hombre! - dop. gaua

(Pseudo)artystyczne wióry - czytaj bez kultury. bez kultury - tylko u nas wszystko nie na temat. (Sylwester Kaproń) bez kultury? twórczość przed duże “tfu” (Kamil Zet)

2

INTRO


Ugryzieni Poeci

UGRYZIENI Zbiorowe gryzienie! Ostatnio zaniedbaliśmy literatów, a przecież nasze pismo ma słowo "kultura" w nazwie, więc zapytaliśmy poetów o dwie rzeczy. Jednak zadanie nie było łatwe. Odpowiedzi musiały być

UGRYZIENI

krótkie i treściwe. A pytania brzmiały tak: 1. Po co komu w dzisiejszych czasach wieczory poetyckie? 2. Kogo uważasz za najciekawszego internetowego poetę?

3


Arkadiusz Buczek

2. Każdego, który jest w stanie doprowadzić mnie

do orgazmu artystycznego i płeć nie ma tu znaczenia.

1. Nie wiem. Chyba tylko po to, żeby zna- Biseksualizm poetycki to coś, co niebywale podnieca.

jomi poeci występującego poety przyszli się Mnie. Niepoetkę. najebać za free i ewentualnie dowartościować, że lepiej piszą, bądź więcej opublikowali. O znajomych poety nawet nie chce mi się pisać... Renata Iwaniec/ Natare

2. Ta forma zawsze mnie wkurwiała. Poza 1. Pierwszym argumentem za wieczorem potym ciężko oddzielić od siebie tfurców drukujących tylko na papierze, bądź tylko w necie - wszystko to się teraz zupełnie popierdoliło i wymieszało w jedną nieczytelną masę.

etyckim jest niepowtarzalne zderzenia z autorem, ponadto to dobra forma promocji własnej twórczości i niewątpliwie wyjątkowa okazja, by spędzić miło czas w gronie ludzi wspólnej pasji.

2. Mam wielu faworytów, są to zarówno osoby

Jakub Wilkans 1. Nie wiem na co komu dziś wieczory poetyck-

ie. Poezja to nie muzyka, której trzeba posłuchać “na żywo”, żeby wyrobić sobie zdanie o artyście.

Zwykłe wieczorki poetyckie, na których wiersze czyta “pani Ania”, która wydała za własne pieniądze tomik z dziełami życia, wydaje mi się sytuacją skrajnie mało ciekawą i okazją do wzajemnego głaskania się po dupciach przez lokalnych grafomanów, którzy nie mogą znaleźć ujścia dla swojej twórczości innego, niż odczyty podczas spotkania w gronie “zaprzyjaźnionych poetów”.

po debiucie, jak i również te przed wydaniem własnego tomiku, na pierwszy rzut myśli przychodzą mi trzy nazwiska: Joanna Fligiel, Waldemar Kazubek, Piotr Masoń, ale jest też duże grono równie ciekawych osób, które publikują na łamach internetu pod nickiem.

Jaś Kapela 1. Nie wiem. Chyba po to samo, co zawsze. Żeby

poczytać wiersze, usłyszeć swój głos i upewnić się, że jesteśmy coś warci, skoro nam takie spotkanie organizują.

2. Nie śledzę za bardzo poezji. Niektóre grupy face2. Ogromnym szacunkiem darzę redaktorów bookowe wydaję mi się jednak poetycko istotne. Np. net-zinów, którzy wkładają gigantyczną pracę (nie czerpiąc z tego innych zysków, niż własna satysfakcja) w składanie do kupy tekstów, by raz na jakiś czas wydać coś, co w druku miałoby kilkadziesiąt do kilkuset stron. Damian Cielepa, Karol Graczyk, Marek Doskocz i ich redakcyjni pomocnicy są dla internetowej kultury bardziej istotni niż niejeden poeta.

“tak zajebiste że plebs nie ogarnia”, czy “make life harder”.

Beata Patrycja Klary 1. Wciąż poezja jest dla niektórych świętem. Dzi-

wnie to brzmi, ale tak jest. Celebrują je na spotkaniu z żywym autorem.

Magda Tara 1. Wieczory poetyckie służą do obejrzenia poetów/

tek porą wieczorową. Poetki skoro świt wyglądają marnie: zdemakijażowane, zdewastowane artystycznie, wieczorem - wręcz przeciwnie. Że nie wspomnę o poetach - vide Gała (jeden z dwóch redaktorów naczelnych bk).

4

2. A kto dziś nie jest internetowym poetą? Karol Samsel. Odpowiedzi zebrał i włożył do “bezkulturalnych” grobów i szufladek: SH.

UGRYZIENI


pUbLICYSTYKA Nicolas Paillot - Second Life Paweł Oczkowski - Machina affectuosus Mateusz Dawiec - American film festival

publicystyka

5


Nicolas Paillot - Second Life Intuicja, czymkolwiek jest, zazwyczaj mnie myli. Wszelkie moje przewidywania zwykle umierają nagłą śmiercią, bo nie sprawdzają się w świecie rzeczywistym. Najpierw coś obserwuję, później analizuję, a na końcu ponoszę sromotną porażkę.

tem, życiowym drogowskazem, wyznacznikiem ideału itp.

To oczywiście piękne, że cokolwiek potrafi człowieka inspirować, wpłynąć nań w zadziwiający sposób i dokonać przełomu w jego życiu. Doskonale. Czy nie lepiej byłoby jednak stworzyć coś zupełnie innego, równie lub bardziej wyjątkowego we własnym zakresie? Jako zwolen nik różnych przejawów wolności, Nie wiem jak Wy, Drodzy obojętności jako formy tolerancji Czytelnicy (o ile ktoś to czyta; być oraz indywidualizmu, paradoksalmoże zwracam się bezpośrednio nie zacytuję słowa kogoś innego. do próżni – choć to też wydaje Jak stwierdził nieoceniony Billy się interesujące), ale dostrzegłem Szekspir: „życie nie jest ani lepsze lub chciałem dostrzec zjawisko, ani gorsze od naszych marzeń, jest które określiłbym jako „poczucie tylko zupełnie inne”. wtórności życia wobec sztuki”. Spieszę z wyjaśnieniem: wielokZamiast więc mitologizować rotnie spotkałem się z przypadfikcyjne perypetie papierowego kiem, gdy ktoś – zachwycony lub bohatera, pomyślmy o tym, w pogrążony w głębokiej depresji, którym momencie życia byliśmy ewentualnie mający obłęd w ocnajbardziej szczęśliwi, jak się wtedy zach – mówi „ta książka/ film/ sztuka wyraża to, co czuję”. Później ów wytwór cudzej umysłowości staje się dla takiej osoby mot-

6

czuliśmy, co myśleliśmy. Pierwsza miłość, może jakaś podróż albo – po prostu – wyjątkowy dzień sprzed lat. Z perspektywy czasu wiemy przecież, kto okazał się godny zaufania, a kto był skurwysynem; przyjacielem lub wrogiem; pozytywną lub negatywną postacią w naszej własnej historii. Pomyślmy również o tym, co oprócz pieniędzy możemy zdobyć w przyszłości. Książki czy filmy nie mogą nieustannie zastępować rzeczywistości. Warto wyjrzeć poza nie i sprawdzić, czy dookoła nie rozciąga się różnobarwny pejzaż. Jeśli „dominuje krajobraz pustynny”, przecięty zaledwie jednym budynkiem, na przykład z szyldem SZKOŁA albo PRACA – nie jest najlepiej; jednak nie nazbyt późno, by to naprawić.

publicystyka


, Pawel Oczkowski Machina affectuosus Dramat pustki. O książce Machina affectuosus Teofana Rublowa Machina affetuosus to jedyna w dorobku Teofana Rublowa powieść z gatunku science-fiction. Jest to także jedyna do tej pory przetłumaczona na język polski książka tego niemal już zapomnianego rosyjskiego pisarza. Wydana po raz pierwszy w niewielkim nakładzie w 1979 roku do tej pory nie doczekała się wznowienia, co czyni z niej pozycję wyjątkowo trudno dostępną. Książka ta, w pewnych kręgach uchodząca za kultową, obrosła wieloma legendami głównie za sprawą jej autora, moskiewskiego profesora neurobiologii, którego praca naukowa, jego późniejsze szaleństwo i ostateczne wycofanie się ze społeczeństwa, dały pożywkę dla wielu różnych teorii spiskowych, a także coraz dziwniejszych interpretacji powieści.

Fabuła powieści jest raczej prosta. Rok 2012, rząd (rosyjski?) rozpoczyna projekt o nazwie Machina affectuosus mający doprowadzić do stworzenia androida, który niczym nie różniłby się od człowieka, z tym, że ambicją

naukowców jest tak doskonałe odtworzenie systemu nerwowego, że ów android (czy już wówczas człowiek?) byłby zdolny nie tylko do uczenia się i samorozwoju lecz także mógłby cierpieć, kochać, nienawidzić, czyli byłby istotą ludzką nie tylko pod względem biologicznym lecz także psychologicznym. Kilkanaście prototypów Machina affectuosus, w tym główny bohater i narrator książki – Borys Kowalow, zostało wyposażonych w sfabrykowane wspomnienia i umieszczonych w zaimprowizowanych rodzinach, w których testowano ich zdolności do empatii i życia w społeczeństwie. Jak można się domyślić eksperyment wymyka się spod kontroli, niektóre „egzemplarze” stają się nad wyraz agresywne, inne znów popadają w stan załamania nerwowego (jakkolwiek absurdalnie by to nie zabrzmiało w przypadku androida), rząd postanawia przerwać eksperyment, a co za tym idzie „unicestwić” wszystkie „egzemplarze”. Jeden z nich – Borys Kowalow – dowiaduje się jednak od kochającej się w nim, jego zaimprowizowanej córki Daszy, prawdy o sobie i postanawia uciec przed oprawcami. Od tego momentu, aż do zaskakującego finału czytelnik jest świadkiem relacji z ucieczki, przeplatanej wieloma dygresjami i introspekcjami głównego bohatera-narratora, a to wszystko pisane w przedziwnym profetycznym stylu.

publicystyka

Motyw sztucznego człowieka nie jest oczywiście niczym szczególnie oryginalnym. W kulturze zachodu, począwszy od tradycji greckiej mamy Talosa – człowieka z brązu czy stworzoną przez Pigmaliona Galateę, jednak prawdziwa ekspansja tego motywu to wiek XIX i XX, wtedy to powstali chyba dwaj najsłynniejsi „nibyludzie”, mam tu na myśli Frankensteina Mary Shelley i Golema Gustava Meyrinka. W literaturze science-fiction „sztuczny człowiek” jest bezpośrednim spadkobiercą swych dwóch wielkich przodków, zmieniła się tylko sceneria, jednak pytania, jakie nam stawia pozostały wciąż te same i wydaje się, że wciąż nie potrafimy udzielić na nie odpowiedzi. Powieść Teofana Rublowa można chyba zaliczyć do największych powieści w historii gatunku science-fiction, dotykających tego właśnie tematu, stawiając ją w równym rzędzie z Blade Runnerem Philipa Dicka, Człowiekiem Plus Frederika Pohla i Solaris Stanisława Lema (dzieło polskiego pisarza nie dotyka może tego tematu bezpośrednio, jednak za sprawą barokowej wieloznaczności interpretowanie go także pod tym kątem nie powinno nikogo zdziwić). Teofan Rublow w swojej powieści ukazuje androida, jako ofiarę nauki roszczącej sobie prawo do naśladowania boskiego aktu stworzenia. Nie skupia się

7


na szczęście tylko na warstwie etycznej, byłaby to wówczas książka jedynie o odpowiedzialności naukowca za swoje dzieło, utwór sięga jednak dużo głębiej – do metafizycznego rozczarowania nauką. Przypomina to mocno zwątpienie Bertranda Russela, który pod koniec życia pisał, że kontemplacja prawdy matematycznej nie dostarcza mu już żadnej mistycznej satysfakcji. Jest to bolączka pojawiająca się we wszystkich późniejszych pracach, także naukowych, Rublowa, w których zdaje się ciągle pytać o to, czy z prostego faktu istnienia matematyki i możliwości jej zastosowania do opisu fizycznego świata nie zrobiliśmy przesadnej metafizyki? Jednak Machina affectuosus nie jest też zwykłym pro-

8

testem przeciwko ślepemu pozytywizmowi naukowemu, który próbuje sprowadzić Człowieka do sumy reakcji chemicznych i wynikających z nich procesów poznawczych, autor nie próbuje zastąpić nauki religią, raczej co jest chyba największym dramatem powieści – daje do zrozumienia, że ani nauka, ani religia nie mogą nam dać żadnej odpowiedzi, nie zdołają uciszyć dręczącego poczucia pustki. To poczucie pustki noszą w sobie wszyscy bohaterowie powieści, choć nie wszyscy są go świadomi, świat przyszłości wg Rublowa to świat napędzany ideą horror vacui. Pytania o istotę człowieczeństwa także nie znajdują odpowiedzi. W przeciwieństwie do Blade Runnera Dicka, w

którym to empatia miała być tym, co jakościowo wyróżnia człowieka w świecie przyrody, mamy tutaj, co rusz umacniane przekonanie, że każde uczucie, każda emocja to tylko zachodząca w mózgu reakcja neuronalna, a jeśli nie możemy tego na razie dowieść empirycznie, to jest to tylko kwestia chwilowej niedoskonałości metod badawczych. I w tej kwestii zdaje się mieć rację Rublow, który będąc wybitnym naukowcem potrafił niejako przewidzieć rozwój nauki. Gdyby Dick pisał w latach dziewięćdziesiątych, kiedy już odkryto neurony lustrzane, wówczas Blade Runner, książka zakładająca metafizyczne pochodzenie empatii, nie mogła by powstać. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że

publicystyka


w warstwie filozoficznej mamy tu prostą powtórkę z marksizmu. Jednak Rublow dyskredytuje marksizm za pomocą jego własnego dyskursu, w bardzo błyskotliwy sposób daje czytelnikowi odczuć brak tego, co marksizm starał się zapełnić abstrakcyjną logiką – brak Boga, a tym samym brak Człowieka, rozumianego jako istota jakościowo inna od zwierzęcia. Rublow pozwala nam odczuć, że rana zadana zachodniej filozofii, przez występującego przeciwko Heglowi Kierkegaarda, wciąż krwawi. Filozofia, mówiąc o człowieku ślizga się tylko po płaszczyźnie abstrakcji, nie dotyka egzystencji, która zawsze jest konkretna. A zatem, co nam po tym, że być może rozwój nauki pozwoli nam dojść do miejsca, w którym będziemy mogli stwierdzić, że wiemy wszystko o mózgu, o ciele, a nawet procesach chemicznych odpowiedzialnych za to, co nazywamy uczuciami metafizycznym, jeżeli nadal nie będziemy mogli powiedzieć, kim jest człowiek, ten konkretny czujący, homo affectuosus. Jedyna odpowiedź, jaką może nam dać nauka, to, że żyjemy przypadkiem, filozofia natomiast nie daje żadnej odpowiedzi, a z tym według Rublowa, żaden z nas nie może się pogodzić. Ważnym paradoksem powieści jest fakt, że ów uświadomiony android, Borys Kowalow, staje się poniekąd szczęśliwszy od ludzi ponieważ ma przynajmniej pewność, co do tego, że nic nie istnieje. Ludzie natomiast zmuszeni są do ciągłego ocierania się o pustkę, od której mogą co najwyżej odwrócić twarz, ale

nigdy nie zdołają jej wypełnić, bo w świecie, z którego usunęli Boga nie ma ku temu narzędzi, bez Boga nie ma różnicy między człowiekiem i androidem. Ponad sto lat temu Fryderyk Nietzsche ogłosił śmierć Boga, teraz przyszła kolej na tego naturalną konsekwencję, Teofan Rublow ogłasza zatem śmierć Człowieka. Esse est percipi głosił George Berkeley, jednak nie chodziło mu o bycie postrzeganym przez innego człowieka, lecz przez Boga, „być” znaczy dokładnie „być postrzeganym przez Boga”, bez Boga zatem człowiek nie może istnieć. Dramatyczną wymowę książki niewątpliwie potęguje biografia autora. Rublow, do którego przylgnęła łatka szalonego naukowca, był początkowo gorliwym wyznawcą marksizmu. Plotka głosi, że Machina affectuosus powstała na bazie prawdziwych doświadczeń pisarza, kiedy w zaangażowanej w zimną wojnę, komunistycznej Rosji, prowadzono tajemnicze eksperymenty naukowe (nie tylko z bronią jądrową), Rublow, jako jeden z najwybitniejszych umysłów w kraju musiał być w nie uwikłany. Gwałtowny zwrot w jego karierze, którego wyrazem jest nie tylko omawiana książka, ale także całkowite wycofanie się z życia naukowego, pozwala się domyślać, że mógł zetknąć się z czymś, co było dla niego szokiem. Jednak są to tylko teorie spiskowe, na które nie ma żadnych dowodów, a sam autor, w nielicznych wywiadach, jakich udzielił po publikacji książki stanowczo zaprzeczał tego typu domysłom, co jednak nie przeszkodziło wielu miłośnikom tajemniczych historii w doszukiwaniu się „drugiego dna”.

publicystyka

Machina affectuosus to książka niezwykła, nie ze względu na swoją wartość literacką, profetyczny styl Rublowa jest momentami nużący, a podporządkowanie fabuły poetyce paraboli, które sprawia, że bohaterowie są po trosze rekwizytami w układance, a nie ludźmi (czy też androidami) z krwi i kości. Niezwykłość wynika też z faktu, że temat książki staje się po latach coraz bardziej aktualny, za sprawą niezwykłej intuicji Rublowa, który - można powiedzieć - przewidział w dużej mierze rozwój nauki. Jednak najważniejsze jest to, że nie jest to książka naukowa, której aktualność można by podważyć za pomocą nowych badań, jest w niej coś niepodważalnego, tym czymś jest wyczuwalny dramat autora, który nie może odnaleźć się w świecie po upadku Tajemnicy. Gdyby popularni dziś filozofowie, tacy jak pan Richard Dawkins (nazywam go filozofem a nie naukowcem ponieważ nie przeprowadził on żadnych poważnych badań potwierdzających jego teorie) i inni należący do jego zakonu, posiadali choć ułamek wrażliwości metafizycznej Rublowa, wówczas z pewnością wyzbyliby się tej apodyktycznej i cynicznej retoryki, która sprawia, że lektura ich książek przypomina czytanie broszur reklamowych. Panie Dawkins, polecam czytanie Rublowa.

9


Mateusz Dawiec American film festival - Dwa na Autoerotyzm poproszę. - Zostało tylko jedno miejsce... Rezygnujemy z przymusu, choć opis wygląda nader kusząco: „bezpruderyjna komedia absurdu, która penetruje życie erotyczne chicagowskich hipsterów, reżyserzy przyglądają się jak technologia wpływa na relacje międzyludzkie, jak zmienia i potęguje samotność”. W dodatku zaplanowana po projekcji debata z reżyserem…aż prosi się by tam być. No nic, bierzemy „dwa” na inny film tego samego twórcy, a właściwie jego „bezpretensjonalny i bezpruderyjny” debiut, Całowanie w usta.

dziecko widziało w domu miłość, będzie potrafiło stworzyć własną miłość, jeśli nie, będzie samotne, zawsze…” – tego typu głębokie refleksje w zderzeniu z chorobą i ubóstwem dnia codziennego Bombay Beach tchną prawdziwą wiarą w człowieka. To nie tutaj spełniło - Chodźmy na Bombay się amerykańskie marzenie, ale Beach, chciałam to zobaczyć, czy na spełnianiu marzeń kończy gdzieś w necie czytałam, że dobry. się rola człowieka? Po projekcji - To o tym miasteczku, rozlegają się długie i spontaniczne które gdzieś w Ameryce sztucznie brawa. Brawo. stworzyli i szybko opustoszało? W trakcie festiwalu mamy Okazuje się, że film autorki re- klam i teledysków Almy Har’el do czynienia także z pasmem arcydzieł kina z 2011 roku jest kinem w pełnym przypomnień jego wymiarze. Dokumentalny amerykańskiego (przypominają pejzaż miasteczka wraz z portre- nam Śpiewaka Jazzbandu, Bulwar tami jego mieszkańców dopełniają zachodzącego słońca) oraz pasmem odgrywane przez nich sceny o ar- dokumentów (obok wspominatystycznym charakterze. Dwójka nego Bombay Beach, m.in. Amerizakochanych nastolatków organi- can Grindhouse, To drugie słowo zuje schadzkę, oboje zakładają na „F”, Sum, Coś ryzykownego). maski teatralne i zaczynają Solidna retrospektywa Terrence’a tworzyć niesamowite choreografie Malick’a, którego przedstawiać taneczne, ot tak, jak gdyby zami- nie trzeba. Co więcej, tak zwany ast dialogu. Innym razem grupa cykl Highlights prezentuje filmy Gość wali konia. Tanie starszych ludzi wykonuje pate- z ostatniego roku, wielkie nazwisefekciarstwo. Oto od jakich słów tyczne gesty i organizuje dansing ka, można by rzec: zobowiązują, zacząłbym omawianie retrospekty- do piosenki Boba Dylana. Kli- a więc dzieła, które zrobiły furorę wy filmów Joe Swanberga w ramach mat teledysku zdaje się oddawać za oceanem: Restless, Gusa van American Film Festival. Gość wali coś poza zwykłą rzeczywistością, Santa, The future, Mirandy July konia na ekranie – i to do końca - dostarcza innej natury, logiki snu. (mojej niezmiennej faworytki dosłownie i w przenośni. Tyle tylko, Wszystko zaś dzieje się obok prob- wśród twórców X muzy), Z dysże w erze wszechobecnej darmowej lemów wychowawczych, prob- tansu, Tonego Kaye (pamiętanego pornografii i reklam opartych lemów z policją, perypetii zdrow- zwłaszcza za Więźnia nienawiści), na odniesieniach do seksu takie otnych i społecznych. „Potrzeba Jack goes boating, Philipa Seymoukino nie szokuje już nikogo. Nawet całej społeczności, by wychować ra Hoffmana oraz głośny melojeśli szokuje, nie zmienia ani trochę, dziecko…” – mówi jeden, na- dramat Blue Valentine, Dereka przy całej autentyczności, ujemnej jstarszy, z bohaterów. „Jeśli Cianfrance’a. waloryzacji obrazu. Ludzie śmieją

10

się podczas krótkiej rozmowy z reżyserem, potem podczas projekcji, na rozmowie z jedną z aktorek, żoną Swanberga, zostaje garstka. Na szczęście na wrocławskiej imprezie jedna jaskółka wiosny nie czyni.

publicystyka


widziałam. - Powinnaś zobaczyć poprzednie. Na przykład w innym ona chodzi po ulicy i pyta ludzi, czy są czyjąś ulubioną osobą… Następnie, jedynie eksperymentalnie, zasiadam przed ekranem przy okazji Blue Valentine. Wszyscy faceci-kinomaniacy powinni już wiedzieć, że wszystkie kobiety (nie koniecznie kinomaniaczki) kochają się w Ryanie Goslingu, odtwórcy głównej roli męskiej w tym dramacie, skądinąd zdolnym muzyku Dead man’s bones. Oto szeroko ukazana historia jednego małżeństwa, niby nie dzieje się nic nowego, ale nacisk położony został na sposób opowiadania – trzeba przyznać: w swej typowości dosyć nietypowy. Oglądamy wiele retrospekcji, jednak nie są one wyraźnie sygnalizowane. Wątki stopniowo mieszają się w całościowy konstrukt i nagle, bum! – to dopiero mocne zakończenie. - Ale mi źle. Dlaczego ten film jest taki smutny? Ale smutno. - No, mi chyba też.

pisać długo, najlepiej jednak już teraz zacząć nadrabiać filmowe zaległości, obudzić w sobie wszystkie długo skrywane amerykańskie instynkty i pozwolić ujść emocjom zza oceanu. Ostatecznie AFF zaplanowany jest również na rok 2012… zatem do zobaczenia, ahoj przygodo!

publicystyka

kadr z filmu Autoerotyzm

kadr z filmu Blue Valentine

Największe wrażenie wywarł na mnie nowy film twórczyni Ja, ty i wszyscy, których znamy. Przyszłość (The Future) to film autorski, tak jak piosenki otagowane singer-songwriter, czuć tutaj jak osobowość wpływa na kształt swoich wytworów. Gdyby scenariusz zrealizował ktoś inny lub gdyby główna postać została odebrana reżyserce (nota bene: zdolnej aktorce), obraz byłby trywialny. Tymczasem otrzymuO samym festiwalu i inicjemy historię pasjonującą. July rości sobie prawo do opisywania jatywach z nim związanych można kondycji dzisiejszego człowieka, istoty zagubionej z pozoru, bo nie obdarzonej umiejętnością docenienia rzeczywistości. Człowiek współczesny to dla artystki przede wszystkim zamykający się w sobie, choć wbrew sobie, kwiat, ulegające monotonii czasu zwierzę domowe czy wreszcie istota, której do poznania nie zostało już nic. Ten opis to jednak zaledwie opis z punktu wyjścia The future July wie bowiem, jak codzienności nadawać sens, wie, jak odkrywać, że nie wszystko zostało odkryte. - Najlepszy film jaki

11


aRTYLERIA gorrrÄ…ce newsy!

12

artyleria


Geniusz Saatchi w twardej oprawie

Rosyjska rewolucja w street artcie

Mało kto miał tak znaczący i istotny wpływ na zmieniające się oblicze sztuki współczesnej jak Charles Saatchi. Wraz ze swoim bratem Mauricem oraz inną legendarną postacią Davidem Ogilvy, jako pierwsi przecierali kreatywne szlaki reklamy. W latach 80’ założona przez niego agencja reklamowa Saatchi&Saatchi podbijała serca najpotężniejszych klientów na całym świecie i pobudzała rynek marketingowy do coraz śmielszych innowacji. Choć w tej chwili jego majątek osiąga bajońskie sumy, jego serce zwróciło się w pewnym momencie życia w kierunku sztuki. Teraz po raz pierwszy mamy okazję prześledzić jego kuratorską działalność, dzięki wydanej niedawno książce „Historia Galerii Saatchi”. Ta znakomicie wydana publikacja dokonuje podsumowania i prezentacji dorobku Galerii Saatchi założonej przez Charles’a w 1985. W tym niezwykłym przewodniku „Who is who” po świecie sztuki ostatnich 25 lat czytelnik odczuwa efekt pionierskiego kuratorskiego oka i ujmującego gustu. Zdecydowanie nie należy oceniać książki po okładce, jednakże w przypadku „Historii Saatchi...” opakowanie jest namacalną projekcją geniusza Saatchi. Tradycyjna i twarda skóra w połączeniu z nowoczesnym projektem graficznym to wydawniczy majstersztyk. Pytanie, czy następne dziesięciolecia dopiszą kolejne rozdziały książki i jak długo galeria przeżyje swojego właściciela, który do tej pory był zarówno jej mózgiem jak i sercem.

artyleria

Twarze

Rewolucja znowu wyszła na ulicę i namalowała swoje wykrzykniki na murach i ścianach miasta. Rosyjski street-art’owy artysta Pavel Puhov zwany także „183art” odnalazł efektywny pomost pomiędzy miejską przestrzenią a swoją sztuką. Wykorzystując naturalne otoczenie budynków i ich właściwości, opowiada historie z narzuconą z góry własną interpretacją. W ciągu ostatniego roku było kilku ciekawych artystów, którzy w mądry sposób tworzyli kreatywną sztukę ulicy, Pavel Puvoh dorzuca jednak rebeliancki urok do wszystkich swoich miejskich instalacji. Niektóre z nich niosą ze sobą emocjonalny przekaz i polityczny statement, będące częścią miasta stają się jakby bardziej żywe i aktualne. Przykład 183art’a utwierdza w przekonaniu, że sztuka ulicy potrafi dogodzić nawet najbardziej wymagającym estetom. Miejmy nadzieję, że i w Polsce doczekamy się lokalnych bohaterów.

Na pytanie, czy sztuka potrafi łączyć nawet w najbardziej dotkniętych konfliktami rejonach świata, odpowiedziało dwóch twórców akcji „Twarzą w twarz”. Szwajcar Marco oraz artysta J.R z Francji stworzyli koncepcyjny niezależny projekt artystyczny polegający na sfotografowaniu 41 Izraelczyków i Palestyńczyków i rozwieszeniu zdjęć w najbardziej newralgicznych miejscach Izreala i Palestyny. Każda z fotografii miała swoją parę, która zawisła po obu stronach muru. Niezwykłą kontynuacją tej akcji był dokument nakręcony przez Gérarda Maximin, uwieczniający emocje ludzi reagujących na zdjęcia Zdziwienie i rozbawienie stale towarzyszyło obserwatorom, okazuje się bowiem, że ciężko rozróżnić zezowatego rabina od imama. Artystyczna inicjatywy przerodziła się w dywersyjną walkę o odnalezienie człowieczeństwa w wirze konfliktu gdzie podłożem jest równość, inność i brak jedności. Emocje jakie towarzyszyły odbiorcom, odwołują się do najprostszej ludzkiej potrzeby bliskości. Zarówno akcja jak i film są warte uwagi , zapraszamy więc na seans „Twarze” G.Maximin. Joanna Małecka

13


INNA TWARZ Karol Samsel - Śmierć trójkąta

inna twarz

15


Jestem Tezeuszem w labiryncie świata i doprawdy – nie rozumiem, w jaki sposób przenoszę się z miejsca na miejsce. Nie niosą mnie moje stopy, a rozdroża, które napotykam na drodze, nie są moimi rozdrożami. Stałem się obcy względem własnej podróży: są we mnie dwie sprzeciwiające się sobie dusze: pielgrzyma i intruza, wędrowca i sceptyka. Materiał nie przystaje do materiału, a nawet: w zetknięciu rozrywa się o siebie. Starożytnicy powiedzieliby bez wahania – oto żywe contradictio in adiecto. Niestety nie byłbym tego taki pewny.

drugą: epopeją duszy oraz nocy, wielką i mistyczną kodą świata zamkniętego w dublińskiej masce2. Przyznaję: nie jestem gotów stać się kodą. Po prostu zabłądziłem, co nie znaczy, że chcę odnajdywać w sobie Mediatora. Niech nikt nie wmawia mi, że przeżyłem śmierć trójkąta, że ta śpiewność wewnątrz mojego języka, echolalie, których nie potrafię nie wysłowić, doprowadzają mnie na skraj odrodzenia. To żywy absurd – kiedy mówię Hosanna!, nie mówię nic więcej ponad Ukrzyżuj go! Wychwalam Mediatora wyłącznie jego ustami. Hosanna Najwyższej Filiżance Herbaty – nic ponad nią nie istnieje… Niczyje usta, niczyja koda: Houseanna! Tea is the Highest! For auld lang Ayternitay! Thus thicker will he grow now, grew new. And better and better on butterand butter. At the sign of Mesthress Vanhungrig3.

Wiele w mojej sytuacji wyjaśnić może René Girard, który w słynnym eseju Pragnienie „trójkątne”, analizuje bliską mi od dziecka spontaniczność pragnienia. Trójkąt pragnienia ujawnia jednak, że owo spontaneité nigdy nie istniało. Filozof zapewnia, że przedmiotem mojego pragnienia może być tylko to, co mogłem uznać za upragnione wskutek swoistej mediacji. Kim jest Mediator? – trudno orzec bez żadnych wątpliwości. Wrogiem, cieniem, konkurentem, bóstwem albo drugim Ja. Girard dokładnie wskazuje moment narodzin pragnienia „trójkątnego”: Po to, by człowiek próżny pragnął jakiegoś przedmiotu, wystarczy go przekonać, że przedmiotu tego pragnie ktoś trzeci, komu przypisywany jest pewien prestiż. Mediator występuje tutaj jako rywal, którego próżność najpierw pobudziła, którego – można powiedzieć – powołała do istnienia jako rywala, zanim nie wymogła na nim klęski. […] Dystans między mediatorem a podmiotem ma przede wszystkim charakter duchowy1. Najwyższy czas, aby zdradzić, czyim jestem synem. Choć już z pewnością zbyt późno na to, aby określać siebie jakimś imieniem. Jestem bohaterem Finnegans Wake Jamesa Joyce’a i swoją postawą zaprzeczam, a zarazem rozwijam tezę Girardowską. Pragnę wewnątrz rozbitego trójkąta – jestem pragnącym bez pragnienia. Na miejscu upragnionego stanął mój Mediator. Rozsadzona figura przerodziła się w linię prostą – nie sposób tym samym, abym nie szedł w jego kierunku. Mogę mnożyć pokonywane zaułki, a nawet kryć się w labiryntach, ale wszyscy i tak mówić będą jedno – on pragnie Mediatora. Patrzcie, jak wybiega mu na spotkanie… Joyce kiedyś wyjawił Parandowskiemu, że jego Ulisses jest epopeją ciała i dnia. A zatem Finnegans Wake – jak już zaświadczył Słomczyński – musiałaby stać się epopeją

16

1R. Girard, Pragnienie „trójkątne”, przeł. M. Wodzyńska [w:] Antologia współczesnej krytyki literackiej we Francji, oprac. W. Karpiński, Warszawa 1974, ss. 347-349. 2G. Słowiński, Finnegans Wake – zwierciadło wewnętrzne, [online], [dostęp: 5.12.2011], <http://www.literatura.gildia.pl/tworcy/james-joyce/finneganswake/recenzja>. 3 J. Joyce, Finnegans Wake 3.1.406, [online], [dostęp: 5.12.2011], <http://www. trentu.ca/faculty/jjoyce/fw-406.htm>.

inna twarz

http://tapety.joe.pl/na-pulpit/wzory/realistyczne/bardzo-skomplikowany-labirynt/

Fantazja wokół Finnegans Wake Jamesa Joyce’a.


Michał Misztal - Uzumaki

RECENZJE Agata Goraj - Wymyk Tomek Wójcik - Machine Head Michał Filipek - Kazik Na Żywo

recenzje

17


Michał Misztal Uzumaki - Spirala Miasteczko Kurouzu staje się ofiarą klątwy spirali, objawiającej się na bardzo wiele sposobów, zaś każdy z nich sprowadza nieszczęście na jego mieszkańców. Praktycznie wszystko, co ma spiralny kształt, jest potencjalnym zagrożeniem, a na spirale można się natknąć dosłownie wszędzie: tworzą je wiry wodne, kręcone włosy, dym wylatujący z komina, linie papilarne, sprężyny... Klątwa objawia się na różne sposoby. Niektóre ofiary umierają z niemożliwie powykręcanymi ciałami, kilka osób zamienia się w ślimaki, jeszcze inni próbują usunąć z siebie wszystko, co ma spiralny kształt, nawet jeżeli w konsekwencji zostaną kalekami. Nikt nie jest bezpieczny i nikt nie wie, jak będzie wyglądało kolejne atak klątwy, sprawiającej wrażenie, że chce doprowadzić do zagłady całego Kurouzu. Tak wygląda pomysł na fabułę “Uzumaki”, komiksowego horroru wydanego w naszym kraju przez J.P.Fantastica, pomysł konsekwentnie rozwijany na ponad 600 czarno-białych stronach. Całość podzielona jest na 19 rozdziałów, a w każdym z nich Junji Ito przedstawia inną twarz klątwy. Dwie z nich wymieniłem powyżej, ale to tylko mała część tego, co stworzyła wyobraźnia scenarzysty i rysownika. Co najważniejsze, “Uzumaki” potrafi autentycznie przestraszyć, zresztą nie tylko przestraszyć. Niektóre pomysły autora budzą obrzydzenie,

18

inne zadziwiają. Nie wszystkie stoją na takim samym poziomie, poza tym po kilku rozdziałach komiks robi się coraz bardziej przewidywalny, jednak ogólnie “Spirala” to historia z wielu powodów rewelacyjna. Straszna, obrzydliwa, działająca na emocje czytelnika, świetnie narysowana i wciągająca. Każda przerwa w lekturze była dla mnie uciążliwa, chciałem jak najszybciej dowiedzieć się, co będzie dalej. W paru momentach można ponarzekać na konstrukcję komiksu, że wszystkie rozdziały opowiadają o tym samym, tyle że w nieco inny sposób, kilka pomysłów potrafi bardziej rozśmieszyć, niż przerazić (chociaż i tak pod koniec nie jest zabawnie, nawet jeśli ktoś czytał z uśmiechem pełnym politowania pierwsze strony rozdziałów o ludziach zmieniających się w ślimaki lub o nastoletnich dziewczynach walczących poskręcanymi w spirale włosami), ale to i tak to pozycja obowiązkowa dla każdego czytelnika opowieści obrazkowych. Słabe punkty znaczą naprawdę niewiele w porównaniu z ogólnym rozmachem i zdolnością autora do przykuwania uwagi odbiorcy. “ Uz u maki - Spirala” to jeden z najlepszych komiksów, jakie ukazały się w Polsce w 2011 roku, a zarazem najlepszych komiksowych horrorów, jakie czytałem w ciągu ostatnich lat.

recenzje


Agata Goraj - „Wymyk”, reż. Greg Zgliński, Polska 2011 Już się nie wymkniesz! Kain nie zabija Abla, ale pozwala mu umrzeć. Czy to, to samo?

„Wymyk” to podobnie jak „Salto” Tadeusza Konwickigo z 1965 roku, akrobatyczna figura, dość trudna. Wymaga wyjątkowej zręczności. Można ją przełożyć na metaforyczny sens sytuacji, w której znalazł się główny bohater filmu. Jego życie staje się karkołomną próbą wykonania wymyku. Konstrukcja fabularna zbudowana jest na zasadzie „Zbrodni i Kary” Fiodora Dostojewskiego. Zaczyna się mocnym wejściem – zbrodnią, a kończy odkupieniem win. Jak w filmach Alfreda Hitchcocka, początek jest trzęsieniem ziemi, a potem napięcie już tylko rośnie…

Zastosowanie “hitchcockowskiego suspensu” pociąga za sobą nieprzewidywalność kolejnych scen, na które czeka się z napięciem. Nie jest to zwykłe kino akcji lecz pogłębiony psychologicznie dramat, niemal biblijna przypowieść. Mamy do czynienia z gatunkowym mariażem. Film jest wielowymiarowy i uniwersalny w wymowie. Opowiadana historia mogłaby się wydarzyć wszędzie, nie jest to kolejne przedstawienie Pol-

recenzje

ski prowincjonalnej. Zainspirowana, a raczej wywołana doświadczeniem reżysera Grega Zglinskiego, dotyka zawiłej kwestii natury ludzkiej. Zachowania człowieka w sytuacji, kiedy dowiaduje się niełatwej prawdy o sobie i musi z nią dalej żyć. Film nie tyle rozwiązuje problem, co go formułuje. Plakat filmu przedstawia popękaną twarz, która się sypie. Symbolizuje ona poukładane życie bohatera, które nagle wymyka mu się spod kontroli. Bohater traci panowanie nad mimiką, gruczoły i muskuły (Roberta Więckiewicza) ujawniają skrywane emocje. Maski, które przybierał, kreując obraz swojej osobowości, jedna po drugiej zaczynają odpadać. Upragniona pomyślność nigdy nie nastąpi, nie spełni aspiracji i nie wyeliminuje problemów egzystencjalnych. Przed widzem odsłania się ideologiczna pustka i zakłamanie człowieka, który nie wie, kim jest i dlaczego zrobił to, czego nie zrobił. Okazuje się, że życie, które prowadził dotychczas, było przekłamaniem, którym żywił siebie i karmił innych. Oszukiwał by uniknąć konfrontacji i odpowiedzialności. Jednak jak się okazuje, przed prawdą i karą nie da się uciec. Pod wpływem dramatycznych wydarzeń, z których wychodzi cało, pada ofiarą własnego zachowania wobec nich. Musi na nowo zidentyfikować twarz, którą stracił. Żyć z potępieniem rodziny na ustach i własną traumą w oczach. Będąc bez wyjścia, stawia czoła temu, co w nim najsłabsze, mając za przeciwnika siebie samego. Czy czując się gorszym może stać się lepszym?

zyich poglądów czy postaw. Bardzo dużo powiedziane jest bardzo oszczędnie, w sposób nieoczywisty. Fazy przygotowawcze, wprowadzające atmosferę, są liczniejsze i dłuższe niż sama akcja. Jest to kino nieefektowne (a efektywne), o prostej sekwencji zdarzeń, bez spektakularnych rozwiązań (poza tą jedna szaleńczą eskapadą). Reżyser koncentrował swoją uwagę na sferze emocjonalnej, nie zaniedbując tła społecznego czy detali życia codziennego. Kamera idzie krok w krok za bohaterem, rejestrując jego najdrobniejsze gesty (nawet te całkiem trywialne). Napotykając wraz z nim przeróżne przedmioty i obrazy, nie odtwarza rzeczywistości poza ekranowej. Tworzy intensywną wizualność kreowanego świata, subiektywnych stanów i przeżyć. Całość nieskomplikowana, a jakże wielowarstwowa! Diabeł tkwi w szczególe, więc patrz uważnie! Gdy zaczniesz, już się nie wymkniesz!

Nie będę streszczała filmu, bo łatwo o przegadanie. Wszystko, co ważne rozgrywa się wewnątrz bohatera, w sferze pomiędzy scenami i między słowami. Jest w tym, czego zabrakło, czego nie zrobił, z czym przyszedł za późno. Wypływa z jego zachowania i polifonicznej narracji dialogów, prowadzonej między postaciami. Rozmowy nie relacjonują nic-

19


Tomasz Wójcik - Machine Head – Unto the Locust (2011)

Choć nigdy nie sugeruje się recenzjami płyt innymi niż moje własne, ocena jaką otrzymał najnowszy krążek Machine Head od pisma „Metal Hammer” spotęgowała moje oczekiwanie co do „Unto the Locust”. Zresztą i tak już dość duże, jeśli nie olbrzymie, które zawsze towarzyszą mi przed premierą ich płyt. Bootlegi z koncertów, na których zespół prezentował kawałki z zapowiadanej płyty, mimo często kiepskiej jakości sugerowały bardzo dobry, jeśli nie fantastyczny album. Wreszcie nadszedł 26 września i na półki polskich sklepów muzycznych trafił siódmy już krążek metalowców z Kalifornii.

Album otwiera rozbudowany i zróżnicowany utwór „I’m Hell (Sonata in C#)”, podzielony na trzy fragmenty. Pierwszy z nich „Sangre Sani” pełni rolę typowego intra. Część właściwa „I am Hell” uderza z mocą huraganu, otaczając słuchacza pędzącymi na złamanie karku riffami i bębnami. Jednak nie ma tu miejsca na przypadek – każdy dźwięk jest idealnie dopieszczony i świetnie wkomponowany. Zamykająca cały utwór sekcja „Ashes to the Sky” współgra z „I am Hell” wieńcząc go sympatyczny przejściem, okraszonym solówką na gitarze. Następny „Be Still And Know” nie ma wad. Dobry kawałek

20

ze świetnym energetycznym riffem, mocnym wokalem i przebijającą się przez cały utwór solówką. „Locust” jest odrobinę wolniejszy od poprzedniego, zawiera nawet fragment czystego wręcz indierockowego wokalu Robba Flynna. Po nim wchodzi coś, co fachowo nazywam świetnym „łojeniem” – nadająca ton perkusja, śpiewające gitary – cudo. Ale i tak, największe wrażenie na mnie robi refren i zamknięcie kawałka. „This Is The End” zaczyna się niewinnie, partiami gitary akustycznej by po chwili rozpędzić się do prędkości typowej dla Machine Head, zwalniając tylko na przejście. Po raz kolejny utwór zamyka genialna wręcz solówka gitarowa – zespół nie pozwala zapomnieć słuchaczowi, że technicznie stoi na nieziemskim poziomie. Rolę ballady, czy też metalowej pościelówy, pełni na płycie „Darkness Within”. Bardzo dobra zrównoważona kompozycja, wyciszająca odrobinę przed finałowymi dwoma kawałkami albumu. „Pearls Before The Swine” zaczynają się jeszcze powoli, ale po wprowadzającym fragmencie gitarowym atakują energią wokalu. Tak jak w przypadku poprzednich, utwór jest niesamowicie rozbudowany. Tempo, rytmika i brzmienie zmieniają się bardzo szybko. Początkowo nie wszystkim może się to podobać -  w album trzeba się wsłuchać, ale naprawdę warto.

ednich utworach solówką. Genialne zakończenie genialnej płyty. Wersja limitowana zawiera dodatkowe trzy kawałki, w tym dwa covery „The Sentinel” Judas Priest i „Witch Hunt” zespołu Rush oraz akustyczna wersję „Darkness Within”. Bonusy brzmią dobrze i jedyne zastrzeżenia mam do coveru Rusha – odstaje on lekko od poziomu całego wydawnictwa, a przyczynę tego upatruję nie w wykonaniu Machine Head, ale w samej kompozycji, bo nie ma co ukrywać – fanem tria z Kanady nigdy nie byłem. Każda kultowa kapela musi mieć w swoim dorobku album wybitny, który potwierdza jego wielkość. Dla Slayera jest to „Reign in Blood”, dla Pantery – „Vulgar Display of Power”, a dla Metalliki – rzecz jasna „Ride the Lightning”. Machine Head ma w swoim dorobku wiele świetnych płyt, stojących na wysokim poziomie, ale żadna z nich nie była w moim przekonaniu wydawnictwem wybitnym czy kultowym. Ot, cały czas wcześniej solidnie grali swoje, a wielki zespół – do jakiego miana aspiruje Machine Head - musi mieć album ponadczasowy i wreszcie za siódmym razem im się udało.   Najnowszy album Machine Head sprawia, że wielu zapaleńców może powiedzieć znajomym: Znasz Machine Head? Nie? Posłuchaj sobie „Unto the Locust”. Zmiażdży Cię!

Album „Unto the Locust” wieńczy utwór „Who We Are”. Lepszego zamknięcia nie można było sobie wymarzyć – a zaczyna się niewinnie – niebanalnym fragmentem z dziecięcym chórkiem. Po chwili głos wokalisty przygotowuje grunt pod to, co nadchodzi nieubłaganie – Wielki Finał – moc, prędkość i energia. Kompozycja doskonała, z idealnymi proporcjami oraz jeszcze lepszą (o ile to możliwe) niż w poprz-

recenzje


Michał Filipek - Kazik Na Żywo BAR LA CURVA/ PLAMY NA SŁOŃCU Szczerze mówiąc, nie miałem najmniejszej ochoty zabierać się za nowe dzieło KnŻ . A to głównie ze względu na beznadziejnie słabe dokonania Kazika Staszewskiego - lidera grupy - w minionej dekadzie. Ostatnia dobra płyta artysty to “Melassa” (2000). Minęło 11 lat i każdy premierowy materiał czy to Kazika, czy Kultu jest po prostu dla mnie nie do zniesienia. Nie mam tu na myśli projektów z cyklu Kazik śpiewa Weila lub Waitsa, bo to osobny rozdział.

brzmienia. Większość utworów brzmi jak... QUEENS OF THE STONE AGE z “Songs for a Deaf ”. Nie wiem do tej pory, czy mam to traktować jako bezczelną zrzynkę czy na plus zespołowi, że zabrzmiał jak jeden z moich najukochańszych bandów. Poprzednie dokonania zespołu przypomina chyba jedynie ‘’Nie ma Boga w mieście’’, jeden z najciekawszych numerów na płycie. Mocarny riff i hardcorowy refren nie dają usiedzieć w fotelu. Tekst o tym, że nie ma co się zbytnio cieszyć, iż nikt nie czuwa nad naszym chorym światem. Jak zwykle w przekazie Kazik wyszydza idiotyczne polskie realia ‘’Polska jest ważna’’ i kolejnego prezydenta stolicy ‘’Hanna gronkowiec walczy’’; tak w tej kategorii Kazik nie ma równych sobie. W pierwszym z wymienionych numerów dostaje sie jednak po głównie... słuchaczowi - kapitalną zwrotką , naprawdę zacny, rytmiczny dynamit. Dalej kwintet serwuje nam bardziej złożony ‘’Nikomu nie cofam poparcia’’ i autokrytyczny ‘’Skończyłem się’’.

Po kolejnym przesłuchaniu do grona najlepszych na płycie dorzucam ‘’Szybciej!’’, traktujący o wyścigu szczurów. Takiego KnŻ muzycznie i tekstowo życzyłbym sobie zawsze. Reasumując nie jest to płyta tak znacząca jak ‘’Porozumienie Ponad Podziałami’’ czy ‘’Na żywo ale w studio’’ i nawet nie tak szalona jak ‘’Las maqiunas de la muerte’’, ale na pewno inna, nie odcięto tu kuponów, coś się zmieniło, drgnęło i to najważniejsze. Jeśli chodzi o popularność KnŻ nie zmieniło się nic. W momencie pisania recenzji płyta jest już złota, na koncerty ciągną tłumy....

6.9/10

Poza tym strasznie się dostaje po głowie od Staszewskiego za wszelkie próby krytykowania jego działań muzycznych. Wielokrotnie w wywiadach Kazik wyrażał opinie, że recenzowanie płyt jego czy innych nie ma żadnego sensu, bo i tak każdy ma swoje zdanie. Ja jednak położę głowę pod topór i zdradzę swoje odczucia związane z nowym materiałem reaktywowanego po 13 latach, najcięższego z kazikowych tworów. Album podzielony jest na dwie części, tak jak widzimy w tytule. Mniej więcej do szóstej kompozycji mamy rwące punkujące numery, które są według mnie tylko rozgrzewką do tego, co dzieje się właśnie od ‘’Przecięty na pół’’. Do tej pory nie ma nic specjalnego, ale właśnie od wyżej wymienionego kawałka chłopaki ucierają nosa takim jak ja. Najbardziej odczuwalne jednak jest totalna zmiana

recenzje

21


POETRYZATOR Jakub Wilkans

22

poetryzator


MP2 może potrzebuję nowej muzyki może muszę coś ściągnąć sobie nowego bo przecież nie kupić może? ale siedzę nagi wszystko ściągnięte w tej temperaturze nie ma innej możliwości pan w skarpetkach sprzedaje zdrapki w tej temperaturze nigdy ich nie ściąga mówię: w skarpetkach, nie w butach jest: chodnik/skarpetka/stopa żadnego mp3 tylko igła i żyła igła i czarna winylowa płyta chodnikowa

poetryzator

WEEKEND W PRACY opuszczone krzesła na auli jak puste buty w Auschwitz zmarli rozchodzą się do domów sam na środku wielkiej hali w fabryce gumowych kul i głów jest cool mentolowo tak zaciągam żaluzje robi się ciemno na pewno ktoś już mnie widział dzisiaj zostanę tu na noc ta praca czyni wolnym

23


24

co mnie wkurwia?!


Siedziałem ja sobie spokojnie, nie wadząc nikomu, Bogu ducha, że tak się wyrażę, winny i wtedy mnie dopadli. Subtelne „Ej, gaua, napisz w końcu tekst ty miernoto intelektualna, na ciebie czekamy tylko, nierobie i obiboku jeden ty!” oraz „A spróbuj tylko coś dłuższego niż stronę to cię zabiję, bo numer już gotowy” zmusiły mnie choć na chwilę do wyrwania się z czeluści wewnątrz-sesyjnych, żeby pomiędzy analizą energoelektroniczną układu prostownika, będącą swoistym wstępem do badania metody bezpośredniego sterowania momentem silnika indukcyjnego z wykorzystaniem modulatora wektorowego (podobno jest jeden koleś, ekspert w tej dziedzinie, nazywa się Ijon Tichy) a rozmyślaniem nad moim własnym, trójpunktowym planem zażegnania światowego kryzysu (1.Spalić 2.Posypać solą 3.Jeszcze raz spalić – bo liczy się stajl), po raz kolejny zastanowić się co mnie wkurwia. W końcu trzeba jakoś tak optymistycznie zamknąć numer. Początkowo miało być dość standardowo – harcerze w pociągach. Nie, żebym miał coś do ZHP, nie przeszkadzają mi ludzie opowiadający sobie historie o duchach i grający w podchody w wieku np.17 lat. Fakt, że przeleżeli pod lodem parę ostatnich dekad w naturalny sposób równoważy pokolenie Disney’a. Jak to mówią, w ekosystemie każdy spełnia jakąś rolę. Problem jest tylko taki, że gdy próbujesz zasnąć w pociągu o 5 nad ranem i słyszysz awangardowe wykonania piosenek słynnego zespołu Bajm, to można się lekko zirytować.

autorowi należy się twardy szmal za jego pracę, jak nie przymierzając, Ryśkowi heroina. Z drugiej jednak strony, żeby kupić płytę/książkę/film, trzeba owego autora najpierw poznać. A, powiedzcie szczerze – ile kapel odkryliście dzięki takiemu YT albo torrentowi podrzuconemu przez znajomego? Do tego dochodzą sytuacje związane z tzw. edukacją: jeżeli uczelnia WYMAGA wykonywania zadań w określonym środowisku, z użyciem konkretnego oprogramowania (MATLAB, AutoCad, Photoshop) to albo to oprogramowanie zapewni albo studenci będą piracić. Bo co innego mają zrobić? Wyłożyć trzydzieści kawałków? A może siedzieć po godzinach na uczelni, wliczając to w weekendy i święta, żeby zrobić pracę na uczelnianym komputerze, gdzie oprogramowanie, naturalnie, jest? Bądźmy poważni. Zresztą, ACTA wbrew temu co można sądzić po ostatnim larum odnosi się też do wielu innych zagadnień – od tańszych części samochodowych (będziesz miał, gnoju, tego swojego FIATa tylko z ORYGINALNYCH części BO TAK!) po tanie leki. To wszystko brzmi pięknie i tak światowo, prawda? Tylko, że my nie żyjemy na świecie, my żyjemy w Polsce. Niestety. Chociaż co do tego mam ostatnio spore wątpliwości. Zawsze myślałem, że będąc, chcąc niechcąc Polakiem podlegam polskiemu prawu. Jeżeli je złamię – będę sądzony w Polsce i pójdę do polskiego pierdla. A tu nagle się okazuje, że mój kraj podpisał coś, na mocy czego może upomnieć się o mnie szeryf z Teksasu. Bo pogwałcę w sieci prawo jankeskie (nie przekraczając jednocześnie polskiego). Myślice, że mój kraj mnie wtedy obroni? Nie! Jeżeli imć szeryf wystąpi o ekstradycję – a może – to mój kraj na mocy ACTA nie ma prawa odmówić. To może podpiszmy jeszcze jakiś pakt np. z Iranem? Za ściągnięcie mp3 do którego prawa posiada irańska wytwórnia – obcięcie ręki. Gorzej z pornolami.

Ale to tylko taka mała dygresyjka. Bo tak naprawdę wkurwiło mnie i to wkurwiło niemożebnie Wiecie co? Sram na taki kraj. coś dużo bardziej poważnego. Tak, to będzie kolejny skromny tekst o ACTA. Tekst, jakich pojawiły się osInż. Gaua tatnio setki. Jednakże, jako że środowiskiem naturalnym bez kultury jest internet właśnie, poczuwam się PS. Celowo nie wspomniałem o paru rzeczach – wręcz do obowiązku wypowiedzenia się na ten temat. ukrywanie prac przed opinią publiczną, nałożenie obowiązku inwigilacji użytkownika na operatorów Mógłbym napisać dużo, ale większość już czy piękny zapis ‘bez wysłuchania drugiej strony’. Ale dawno została napisana. Nie uważam, że ściąganie pisanie o faszyzmie jest chyba karalne. kawałków z neta jest fair, w końcu to naturalne, że

co mnie wkurwia?!

25


redakcja

Mariola Grabowska – korekta; specjalistka ds. perswazji. Jo Maletzky - artyleria, krwawy marketing. Anna "Krecik" Twardowska – skład PDF, opracowanie graficzne; windykacja oraz pozyskiwanie funduszy na działania operacyjne.

Kamil „Lupus” Boettcher – arty, grafika; zastępca kierownika dystrybucji i sprzedaży.

Marcin „gaua” Gałkowski – skauting; menedżer działu programowania. Konrad „SH” Wicher – skład tekstu, skauting; dyrektor wykonawczy projektu. Autorzy (lista płac):

Kamil „Lupus” Boettcher, Mateusz Dawiec, Michał Filipek, Marcin Gałkowski, Agata Goraj, Jo Maletzky, Michał Misztal, Nicolas Paillot, Karol Samsel, Anna Twardowska, Konrad Wicher, Jakub Wilkans.

[KONTAKT] bezkultury@gmail.com http://www.bez-kultury.pl/

26


bez kultury nr 8  

ósmy numer e-zinu bez kultury!

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you