Page 1

ISSN 2084-7823 | 0.00 PLN # 53 | 12_01 2018/19

BE

magazyn

YOUNG

53


Galeria Libero Katowice, ul. Kościuszki 229 tel. 32 777 06 80

sunlooxliberokatowice


Be magazyn redaktor naczelny / reklama / wydawca Michał Komsta m.komsta@bemagazyn.pl +48 662 095 779

zastępca redaktora naczelnego Joanna Komsta j.marszałek@bemagazyn.pl

dyrektor artystyczny Dawid Korzekwa dawid@korzekwa.com

redaktor prowadzący/reklama Sabina Borszcz s.borszcz@bemagazyn.pl + 48 500 108 063

korekta

wydawca

Małgorzata Kaźmierska

MAGAZYN BE S.C. Pyskowice, ul. Nasienna 2 bemagazyn.pl

współpracują Sylwia Kubryńska, Anna Wawrzyniak, Dorota Magdziarz, Angelika Gromotka, Adam Przeździęk, Katarzyna Zielińska, Wojciech S. Wocław, Katarzyna Szota-Eksner, Natalia Aurora Ignacek, Małgorzata Kaźmierska, Grzegorz Więcław, Joanna Zaguła, Wojciech Radwański, Tomasz Pietrzak, Aneta Klejnowska, Malwina Pycia, Joanna Durkalec. Na okładce: fot. Wojciech Radwański, Istebna, grudzień 2017 r. Available on the

App Store

Zespół BE Magazyn nie odpowiada za poglądy zawarte w zamieszczanych tekstach. Wszystkie artykuły i felietony odzwierciedlają poglądy wyłącznie autorów odpowiedzialnych za treść merytoryczną w naszym magazynie. Ich treść nie zawsze pokrywa się z przekonaniami redakcji BE. Nie odpowiadamy za treści nadsyłane przez naszych reklamodawców. Wszystkie materiały zawarte w naszym magazynie są własnością BE i są chronione prawami autorskimi. Wszelkie zastrzeżenia i pytania związane z ich treścią należy kierować bezpośrednio do autorów. Redakcja BE Magazyn.


Young

– Młodość to czas zdobywania doświadczeń, poznawania świata. Jest to kres beztroski, ale także rozczarowań. Projektując, chciałam zawrzeć te elementy na grafice, ukazać piękno, ale też pokusę i niebezpieczeństwo tego okresu w życiu człowieka – pisze ilustratorka Aneta Klejnowska. Piękna i niebezpieczna. Taka jest młodość. Nie czarujmy się, nawet kiedy przybywa nam lat, coś z tego młodzieńczego czasu chcemy zatrzymać (z różnym skutkiem) – wygląd, poczucie wolności, to przekonanie, że wszystko przed nami. Jednak chyba najbardziej tę beztroskę, która pozwalała nam popełniać błędy, a świat się nie walił. No, ale, ale... dojrzałość ma to do siebie, że zobowiązuje do odpowiedzialności. Co nie znaczy zaraz, że ona jest taka nudna i bez polotu. Jak to u nas bywa, każdy autor inny (chwała im za to), i każdy o młodości pisze po swojemu. Jedni wspominają ją z łezką w oku, drudzy – wręcz przeciwnie, cieszą się, z ten okres ''larwalny'' mają już za sobą. A jeszcze inni trzeźwo napominają, aby nie tracić klasy i godności, w i tak nierównej walce z uciekającym czasem. Na wszystko w życiu jest odpowiedni moment. Dlatego pamiętajmy, aby czasem napić się pysznej gorącej czekolady (bo podobno odmładza), poczytać kawałek dobrej literatury, czy założyć jakiś fajny ciuch (dobry wygląd, to dobre samopoczucie, o czym także piszemy w tym wydaniu). I koniecznie zafundujcie sobie coś ładnego do domu, np. gustowną ozdobę świąteczną. Możecie też zrobić ją sami, według wskazówek, którymi dzieli się z nami Dominika Wilk z Wietrznego Pola. Aha, ważne! Tym razem w czwartym kwestionariuszu Prousta pod ogień idzie sam Szczepan Twardoch! Więcej dobrego – w środku. Czytajcie!

Redakcja Be Magazynu składa Wam, nasi Drodzy Czytelnicy, życzenia wspaniałych Świąt Bożego Narodzenia. Rodzinnych, roześmianych i pełnych prezentów (nie oszukujmy się, one mają znaczenie). A w nowym 2019 roku spełnienia marzeń i regularnej lektury najwspanialszego dwumiesięcznika na Śląsku – Be Magazynu!

Polub nas na Facebooku www.facebook.com/magazynBE


Spis treści

9 Aneta Klejnowska / Be Young 10 Joanna Durkalec / Forever young 14 Silesia Fashion Day/ Łączymy sztukę, kulturę i modę 18 Bartosz Gajda / Umieć się bić 20 Kwestionariusz Prousta / Szczepan Twardoch 22 Sabina Borszcz / Świetnie ubrani, a nie przebrani 30 Dominika Wilk / DIY: świąteczne dekoracje 36 Joanna Zaguła / Razem, młodzi przyjaciele! 40 Tomasz Pietrzak / Dajcie poetom pracę w newsach 42 Wojciech S. Wocław / Savoir Vivre 44 Natalia Aurora Ignacek / Sekret wiecznej młodości, że palce lizać! 48 Grzegorz Więcław / Bieganie – współczesny eliksir młodości 52 Małgorzata Kaźmierska / Młodość? Nooo, nie wiem… 56 Katarzyna Zielińska / Starość. Powinni tego zabronić 60 Dorota Magdziarz/ Generacja GAP 64 Ania Wawrzyniak / Vintage – na przekór 70 Katarzyna Szota-Eksner / BE Woman


Be Young według Anety Klejnowskiej: Grafika, którą stworzyłam do numeru BE YOUNG to digitalowy kolaż. Na kolażu pojawia się młoda dziewczyna, na jej twarzy widnieją różne litery, z których można utworzyć słowa. Młodość to czas zdobywania doświadczeń, poznawania świata. Jest to kres beztroski, ale także rozczarowań. Projektując, chciałam zawrzeć te elementy na grafice, ukazać piękno, ale też pokusę i niebezpieczeństwo tego okresu w życiu człowieka.

Aneta Klejnowska – absolwentka architektury wnętrz i grafiki na warszawskiej ASP. Swoje doświadczenie zdobywała w Polsce i za granicą pracując i kształcąc się między innymi w Nowym Jorku i Londynie. Laureatka warsztatów "Art and Fashion Forum by Grażyna Kulczyk" w kategorii ilustracja modowa. Jej największą pasją jest malarstwo i moda. www.behance.net/anetaklejnowska


BE LuBE

Joanna Durkalec

Forever young Młodość, ach ta młodość! To te wspaniałe czasy, gdy imprezowanie w środku tygodnia, trwające do wczesnych godzin porannych, nikomu nie wadziło. Kiedy za wszelkie niefortunne poczynania można było obwinić brak doświadczenia i szczenięcą głupotę. Być młodym, to chłonąć życie jak gąbka, a potem wykręcać z siebie to, co nam nie odpowiada. Rozpoczynamy podróż w czasie!

Koncert Queen Symfonicznie 27 stycznia 2019 r., Rybnik, Teatr Ziemi Rybnickiej Trudno chyba zaprzeczyć, że szturmowanie kin celem obejrzenia „Bohemian Rhapsody” kogokolwiek może jeszcze dziwić. Chcemy to przyznać czy nie – Queen jest zespołem wszechczasów, a Freddie Mercury postacią tak kultową, że tatuaże z jego wizerunkiem (zarówno te bardziej, jak i mniej udane) zdobią ciała ludzi na każdym kontynencie. Koncert Queen Symfonicznie to wydarzenie zjawiskowe, ponieważ łączy w sobie ponadczasową twórczość zespołu z symfonicznymi aranżacjami w wykonaniu orkiestry i chóru Alla Vienna. Dwugodzinny – nie bójmy się tego słowa – spektakl, został podzielony na dwie części, podczas których można na nowo odkryć utwory, do których po dziś dzień tupie cały świat. W finale zobaczymy aktora, wcielającego się w postać Freddiego i śpiewającego zupełnie nowe aranżacje utworów takich, jak chociażby “Barcelona”, który Mercury nagrał z hiszpańską śpiewaczką operową Montserrat Caballé. Eoooooo! Teatr Ziemi Rybnickiej, plac Teatralny 1, 44-200 Rybnik, 27.01.2019, godz. 18:00, Bilety: 99-119 zł

Dzieci światła. X Wystawa Kuratorska Bielskiej Jesieni 2018 Do 30 grudnia 2018 r., Bielsko-Biała, Galeria Bielska BWA Jeszcze do 30 grudnia w bielskim BWA możemy oglądać zbiorową wystawę kuratorstwa historyka sztuki Stanisława Rukszy, poświęconą wybranym zjawiskom w polskiej sztuce współczesnej, bezpośrednio odnoszącym się do twórczości Andrzeja Urbanowicza. Pracownia artysty, ulokowana przy ul. Piastowskiej 1, swego czasu była epicentrum katowickiego niezależnego życia artystycznego. Wystawa bierze pod lupę relację współczesnego malarstwa polskiego w zestawieniu z dorobkiem Urbanowicza, który w dalszym ciągu jest ogromną inspiracją dla wielu twórców. Efekty tych oddziaływań można stale obserwować w wielu zjawiskach, pojawiających się w sztuce współczesnej. Tytuł wystawy został zaczerpnięty z jednego z tekstów Urbanowicza: „Najdosłowniej jesteśmy dziećmi światła, choć nie zawsze o tym pamiętamy. Nawet, gdy jest go całkiem niewiele, ono jest najważniejsze.” Galeria Bielska BWA, ul. 3 Maja 11, 43-300 Bielsko-Biała, Wstęp: bezpłatny


BE LuBE

Koncert Tribute to Zbigniew Wodecki 13 stycznia 2019 r., Katowice, NOSPR Z dziecięcych lat pamiętam, że często podśpiewywano mi piosenkę o pszczółce Mai. W czasach gimnazjum sama zasiadałam przed telewizorem i z zapartym tchem oglądałam jeden z tanecznych programów, w którym był jurorem. Wiele lat później słuchałam go na żywo podczas któregoś OFF Festival. Zbigniew Wodecki – postać o wielu twarzach i jednej fryzurze, wielokrotnie pojawiał się w życiu każdego z nas, niczym apostoł polskiej popkultury. Fakt, że już go z nami nie ma, smuci. Cieszy jednak to, że w dalszym ciągu o nim pamiętamy, a koncert Tribute to Zbigniew Wodecki jest na to dowodem. Po niewątpliwym sukcesie koncertu, który inaugurował pierwszy Wodecki Twist Festiwal w Krakowie i który został zorganizowany przez przyjaciół artysty, nadszedł czas na kontynuację projektu. W katowickim koncercie usłyszymy między innymi Kubę Badacha, Zdzisławę Sośnicką i Anię Rusowicz. A więc “rzuć to wszystko, co złe” i pędź do NOSPR-u! NOSPR, plac Wojciecha Kilara 1, 40-202 Katowice, 13.01.2019, godz. 20:30 Bilety: 90-190 zł

Amfora Restaurant & Cocktail Bar, Katowice Marzy Wam się Bliski Wschód, ale kiedy sięgacie do kieszeni, zamiast banknotów, znajdujecie tam piasek przyniesiony jeszcze z piaskownicy? Świetną alternatywą może być Amfora. Nieco ukryta pomiędzy ulicą Mariacką a Warszawską, wydaje się chwilowym odpoczynkiem od miejskiego zgiełku. Kto odwiedzał restaurację, która znajdowała się tu wcześniej, przekona się, że architekt wykonał świetną robotę. A i obsługa na bardzo wysokim poziomie – elegancka, ale nie nadęta. Jako człowiek z ludu, czułam się tam całkiem swobodnie, co tylko pobudziło mój i tak już spory apetyt. Menu klarownie skonstruowane. Dla nieznających wschodniej kuchni, potrawy szczegółowo opisane. W przypadkach skrajnej nieświadomości można liczyć na wiedzę i uprzejmość obsługi. Serwowane tam dania być może nie zaspokoją ogromnych apetytów (psst. dajcie większe porcje!), ale ich smak w pełni to rekompensuje. Genialny w swojej prostocie baba ghanoush (czyli pasta na bazie bakłażanów i sezamu) to danie, od którego trudno było mi oderwać się (chociażby po łyk piwa – w kranie mają Piwo z Browaru Jana!). Wychodząc stamtąd, miałam przeświadczenie, że w Katowicach zdecydowanie brakowało tak ukierunkowanego miejsca, jakim jest Amfora. Ceny, jak na nasze realia mogłyby być nieco niższe, ale summa summarum kulinarna podróż przez smaki Bliskiego Wschodu i tak jest tańsza niż lot do Libanu :) Amfora Restaurant & Cocktail Bar, ul. Francuska 1a, 40-506 Katowice


BE LuBE

Najpiękniejsza Katastrofa 1 grudnia 2018 r. – 4 stycznia 2019 r., Bytom, Kronika

Najpiękniejsza Katastrofa to głos zabrany w sprawie kryzysu klimatycznego, połączony z poszukiwaniem alternatywnych modeli przyszłości. W nawiązaniu do organizowanego w Katowicach szczytu klimatycznego ONZ, grupa artystów rozpoczyna własną dyskusję na temat roli człowieka w środowisku naturalnym. Każdego dnia jesteśmy świadkami wydarzeń wielkiej polityki, poczynań mediów i funkcjonowania globalnego rynku, obserwując jednocześnie ich przemiany. Wystawa Najpiękniejsza Katastrofa skłania do refleksji nad naszą indywidualną odpowiedzialnością i stopniem zaangażowania w walkę ze zmianami klimatycznymi. Wystawa uświadamia nam, jak bardzo istotne jest oddanie się poszukiwaniu nowych rozwiązań. Pytanie tylko, czy są one możliwe w sytuacji, kiedy chcemy jeść, ubrać się i zużywać energię bez bezpośredniego udziału w łańcuchu cierpienia innych, destrukcji, czy skrajnym wyzysku? W wystawie udział biorą: Kolektyw APART, Karolina Brzuzan, Mikuláš Černík, Sara Czyż, Marcin Doś, Krzysztof Jung, Tamás Kaszás, Michal Kindernay, Diana Lelonek, Barbara Sass, Marta Senk, Pavel Sterec, Tereza Stöckelová, Vladimír Turner. Podczas finisażu, oprócz klasycznego oprowadzania kuratorskiego zaplanowano również spotkanie z Marcinem Dosiem – lokalnym aktywistą oraz prekursorem postindustrialnej turystyki w naszym regionie. Kronika, Rynek 26, 41-902 Bytom, Finisaż: 4.01.2019, godz. 18:00

Sundance Shorts 2018

fot. Kino Kosmos

13 stycznia 2019 r., Katowice, Kino Kosmos Za każdym razem, kiedy zabieram się do obejrzenia jakiegoś filmu i widzę informację o tym, że został on nagrodzony podczas Sundance Film Festival, mogę mieć pewność, że najbliższych godzin nie uznam za zmarnowane. Namiastki tego absolutnie kultowego, ¬obchodzącego w tym roku swoje czterdziestolecie święta filmów niezależnych, już niedługo będziemy mogli doświadczyć w katowickim Kinie Kosmos. Najlepsze krótkie metraże zostaną po raz pierwszy wyświetlone na polskim dużym ekranie! Pokaz Sundance Shorts Film Tour 2018 potrwa 91 minut, a na ekranie zobaczymy siedem tytułów wyselekcjonowanych z tegorocznego festiwalu. Będą to między innymi: „Fauve” (reż. Jérémy Comte) – Nagroda Jury dla Filmu Krótkometrażowego, „Matria” (reż. Álvaro Gago) – Główna Nagroda Jury dla Najlepszego Filmu Krótkometrażowego, „Hair Wolf” (reż. Mariama Diallo) – Nagroda Jury: Najlepszy Amerykański film fabularny. Za oknem chłód, zatem i wy się nagrodźcie – wizytą w cieplutkim Kosmosie! Kino Kosmos, ul. Sokolska 66, 40-087 Katowice, 13.01.2019, godz. 18.00 Bilety: 12-14 zł


BE LuBE

4 Design Days 24-27 stycznia 2019 r., Katowice, MCK

Jeżeli zadajecie sobie pytanie, czy polscy konsumenci w dalszym ciągu wychodzą z założenia, że cena produktu warunkuje jego konkurencyjność, to koniecznie wybierzcie się do Emcek-u na 4 Design Days! Przez kilka dni cały budynek po brzegi wypełniony będzie mnóstwem przykładów dobrego designu, pomysłów i projektów współpracy, które rodzą się dosłownie na naszych oczach. Można przebierać wśród świetnych wystąpień, dyskutować o tym, co kreuje światowe trendy w architekturze lub po prostu podziwiać twory współczesnego designu. W tym roku organizatorzy jak zwykle nie zawiedli zainteresowanych i przygotowali szereg bardzo ciekawych debat oraz wystąpień. Poznamy przygotowaną przez redakcję PropertyDesign.pl listę najciekawszych realizacji wśród nowo otwartych polskich biurowców, dowiemy się co nieco o storytellingu oraz odkryjemy istotne wskazówki, dotyczące łączenia designu z innowacjami multimedialnymi. 4 Design Days szczególnie polecam osobom, które planują budowę własnego domu, ponieważ uczestnictwo w tym niezwykłym wydarzeniu, oprócz możliwości zaczerpnięcia inspiracji, pozwala im przekonć się, że skromny budżet to żadna przeszkoda w budowie wymarzonej przestrzeni życiowej. Międzynarodowe Centrum Kongresowe, plac Sławika i Antalla 1, 40-166 Katowice, 24-27.01.2019, www.4dd.pl/pl/

Technokultura – nowa inicjatywa Technokultura powstała nie tylko z zamiłowania do sztuk pięknych, nowych mediów i organizacji wydarzeń kulturalnych, ale przede wszystkim z chęci robienia tego po swojemu. Trójka młodych ludzi, hobbystycznie i zawodowo związana z kulturą, założyła własny kolektyw, pragnący skierować wzrok odbiorców w stronę sztuki współczesnej, z uwzględnieniem niezwykle istotnego w naszych czasach aspektu nowomedialności. Pierwszym z wydarzeń w ramach funkcjonowania Technokultury była wystawa “Sówka/Raspazjan”, która miała miejsce w jednej z katowickich kamienic 7 grudnia 2018 roku. Jednodniowe wydarzenie poświęcono sztuce nieprofesjonalnej, na Śląsku niezwykle popularnej ze względu na istnienie Grupy Janowskiej, której jednym z członków był właśnie Sówka. Wystawa miała uświadomić odwiedzającym proces wyjścia sztuki naiwnej z ram obrazów wprost na ulice miast. Technokultura ma w planach również wyjście poza granice Katowic i już szykuje kolejne działania. Śledźcie ich fanpage! https://www.facebook.com/technokultura


ŁĄCZYMY SZTUKĘ, KULTURĘ I MODĘ Z Justyną Cichoń-Szymczyk rozmawiamy o Silesia Fashion Day – imprezie, której jest pomysłodawczynią i organizatorką. Do tej pory odbyła się dwanaście razy. To na tyle dużo, aby pokusić się o podsumowania i wspomnienia, które nieoczekiwanie jak na wydarzenie modowe, wiążą się z Wojciechem Kilarem oraz na snucie planów na przyszłość.

Za nami 12. Silesia Fashion Day (SFD). Czy któreś z tych wydarzeń jakoś specjalnie zapadło Pani w pamięć? Rzeczywiście to dużo … przede wszystkim, wiele pracy, ale też radości, wzruszeń i powodów do dumy. Takich szczególnych chwil zdarzyło się sporo. Dla mnie największym powodem do dumy było zaproszenie na naszą imprezę mistrza Wojciecha Kilara. Kapituła konkursowa postanowiła uhonorować go statuetką Fashion Point za Całokształt Działalności Twórczej. Pamiętam jednak, że wszyscy uprzedzali, iż nie będzie to łatwe zadanie, ponieważ Wojciech Kilar nie przyjmował już zaproszeń na żadne gale, rzadko wychodził z domu i raczej niechętnie udzielał wywiadów. Nie był w najlepszej formie.

Ale udało się? Wczesną wiosną roku 2013 zadzwoniłam do profesora po raz pierwszy. Odebrał uprzejmy, lecz zdystansowany pan, który oznajmił mi, że w tej chwili je obiad i nie jest to dobry czas na rozmowę. Powiedział, abym zadzwoniła za dwie godziny i wówczas porozmawiamy. To były najdłuższe dwie godziny, jakie pamiętam. Po ich upływie, będąc bardzo precyzyjną, zadzwoniłam ponownie. Ta punktualność wprawiła go w dobry nastrój. Opowiedziałam mu kim jestem, co robię, mówiłam też o naszej kapitule konkursowej. Profesor chwilę się zawahał, po czym zaczął wypytywać o SFD. Zaskoczył mnie swoją wiedzą o największych projektantach mody na świecie. Rozmawiało nam się wspaniale. Umówiliśmy się na


kolejne spotkanie za kilka dni. Potem znowu za kilka. Podczas żadnej z tych rozmów nie dał mi odpowiedzi, czy przyjmie zaproszenie na galę SFD. Któregoś dnia zdobyłam się na odwagę i zaproponowałam, że cudownie byłoby, gdyby mistrz zechciał odebrać nagrodę osobiście. Od razu jednak powiedział, że to zbyt duży wysiłek i nie te lata, aby chodzić po takich imprezach. Zaproponowałam zatem, że podjadę z kamerzystą i nagramy mistrza u niego w domu, a potem wyemitujemy to na gali. Po chwili zastanowienia profesor zgodził się na taki układ. Byliśmy umówieni na nagranie w sobotę, tydzień przed galą SFD. Miałam zadzwonić jeszcze w piątek rano, aby wszystko potwierdzić. Zatem dzwonię, witam profesora i słyszę, że nagranie nie będzie możliwe. To był szok! Myślałam, że to sen. Nie wierzyłam. Zapytałam dlaczego, a profesor po chwili milczenia wyjaśnił, że nie będzie się nagrywał, ponieważ zdecydował, że nagrodę odbierze osobiście. Nie wierzyłam w to, co się dzieje. Tydzień potem w trakcie trwania gali wybiegłam po mistrza. Pamiętam, jak jechaliśmy pięknym porsche (nasz główny partner Porsche Lellek Katowice) po pana Wojciecha. Miałam kwiaty i czekoladki. Profesor wyszedł z domu, kiedy tylko podjechaliśmy. Uprzejmy, miły i niezwykle rozmowny. Całą drogę mówiliśmy o modzie,

miłości i przyjaźni. Później było jeszcze piękniej – nagroda, radość i zaskoczenie, bo profesor po odbiorze nagrody od razu chciał wracać do domu, mówił, że zamieszanie związane z wywiadami, zdjęciami, nie jest już na jego zdrowie. Zaproponowałam, aby został jeszcze chwilkę, właśnie zaczynał się charytatywny pokaz mody (zbieraliśmy wówczas pieniądze na hospicjum Cordis), na którym w role modelek i modeli wcieliły się nasze lokalne osobistości. Profesor o mało nie podskoczył, kiedy na wybiegu zobaczył prof. Krystynę Doktorowicz i pana prof. Wiesława Banysia. Bawił się cudnie, a w pewnym momencie szepnął do mnie: „dziękuję, że mi pani taki wieczór przygotowała”. Cała powrotna droga była pochwałą naszej działalności i inicjatywy. Dla mnie niezapomniany wieczór pod względem zawodowym, ale przede wszystkim osobistym. Później zdarzyło się wiele szczególnych momentów, ale żaden już tak mocno mnie nie poruszył, zwłaszcza że była to jedna z ostatnich aktywności profesora, zmarł kilka miesięcy później. Jak przez te 6 lat zmieniła się impreza? Impreza ewoluuje i ciągle się zmienia. Co do zasady, jedno zostaje bez zmian: SFD łączy kulturę, sztukę i modę. Na początku były to pokazy mody światowych marek oraz nagrody Fashion Point. Pamiętam, że pierwszą odebrał Tomasz Ossoliński w kategorii moda, Artur Rojek za działalność kulturotwórczą i Miasto Katowice za tworzenie przestrzeni wielkomiejskiej.


Czy SFD tworzy ciągle ta sama ekipa? Wiele modelek jest z nami od początku, niektóre założyły już rodziny, mają dzieci. Za kulisami pracujemy w zgranym teamie. Oczywiście rotacja jest nieunikniona. Trzeba pamiętać, że przygotowania są bardzo stresogenne. Niestety nie wszyscy mogą pracować na tym poziomie stresu i odpowiedzialności. Tu jeden błąd może przekreślić pracę wielu miesięcy. Do tego dochodzi duża presja czasu. Tym bardziej cieszę się, że są przy sobie zaufane osoby. Mam tę przyjemność być „matką chrzestną” wielu nowych karier zawodowych. Dzięki temu wydarzeniu sporo osób znalazło pracę marzeń. Ta impreza daje wielkie możliwości, tak osobom pracującym na scenie, jak i za jej kulisami. Potem dodaliśmy konkursy, przez jakiś czas były to „Debiuty śląskie”. Aż wreszcie w 2014 roku zaczęliśmy promować konkurs „Młoda Fala”. To zdecydowanie najlepszy z pomysłów w ramach SFD. Kto zwyciężył w tym roku? W tym roku nagrodzona została Małgorzata Sobota. Otrzymała: 6000 zł, staż u Macieja Zienia oraz biżuterię TOUS, auto na weekend od dealera Volvo Euro-Kas Katowice i bilet do Mediolanu, ufundowany przez Wodny Park Tychy. Do tej pory konkurs wygrali: Roman Ro’han Marchewka, Patrycja Siwiec, Monika Dębowska i Piotr Popiołek. Drugi dzień imprezy przeznaczony jest zawsze na pokazy mody znanych projektantów. Kto prezentował swoje kolekcje w ciągu 6 lat? Maciej Zień, Joanna Klimas, Mariusz Przybylski, Natasha Pavluchenko, Natasza Urbańska Muses. Najbardziej uroczysty moment to wręczanie nagród Fashion Point. Do kogo w tym roku trafiły statuetki? Nagrody otrzymali: Maciej Pieprzyca w kategorii „Twórczość artystyczna”, prof. dr hab. Andrzej Jasiński za działalność kulturotwórczą, Maciej Zień w kategorii „Sztuka mody” oraz Joanna Wnuk-Nazarowa za całokształt działalności twórczej.

Według jakiego klucza wybiera Pani uczestników np. modelki? Od lat pracujemy z tymi samymi modelkami. Na przykład jedna z dziewczyn jest z nami od drugiej imprezy. Pamiętam, że miała 14 lat, kiedy się poznałyśmy. Na spotkanie przyszła z mamą. Dziś jest studentką prestiżowego kierunku i w wolnym czasie angażuje się w nasze inicjatywy. Myślę, że dla takich młodych osób dobre jest to, że zapewniamy im również współpracę w okresie pomiędzy pokazami. Często są to mniejsze pokazy lub inne wydarzenia, które realizujemy na zlecenie naszych klientów przez cały rok. Czy może nam Pani zdradzić co szykuje na kolejny SFD? Pomysłów nam nie brakuje. Chcemy w dalszym ciągu inspirować mieszkańców naszego regionu. Pragniemy promować młodych projektantów. Wierzymy, że nasza kultura i sztuka są na światowym poziomie, dlatego będziemy się nią chwalić. Nade wszystko jednak chcemy łączyć kulturę, sztukę i modę w jedną całość. Uważam, że zarówno rozwój społeczeństwa jak i nasza wiedza mają podstawę w szeroko rozumianej kulturze. Nie wyobrażam sobie życia bez kultury, sztuki i mody. Nie wyobrażam sobie Śląska bez Silesia Fashion Day, choć potrafię sobie wyobrazić, że ten projekt będzie się zmieniał i przeobrażał. Dziękujemy za rozmowę.


SMAK | LUDZIE | PRZESTRZEŃ ZATRZYMAJ SIĘ W

Gliwice, ul. Górnych Wałów 42 | tel. 32 413 06 60 | restauracja@plado.pl


UMIEĆ SIĘ BIĆ Chciałbym umieć się bić. Bo nie umiem. Nigdy w życiu się z nikim nie biłem, a często mam ochotę. Pod jednym warunkiem. To ja mam być silniejszy. Co to za frajda z bicia się, jak się dostaje po ryju? Bez sensu. Lepiej się bić, kiedy się wie, że się wygra. Dlatego ja się nigdy nie biłem. W sumie można powiedzieć, że ani razu nie przegrałem, ale to trochę naciągana teoria. Znajomość karate na co dzień musi nieść ze sobą wiele korzyści. Najczęściej o tym myślę za kółkiem. Nie wiem jak Wy, ale ja bardzo dobrze prowadzę samochód. W sumie to chyba najlepiej na świecie. Jeszcze nie spotkałem na drodze kogoś, kto prowadziłby lepiej ode mnie. Wiem dobrze, kiedy trzeba hamować, a kiedy przyśpieszać. Inni tego nie wiedzą i muszę po drodze wszystkim tłumaczyć na głos. Przeklinam do tego, bo chcę podkreślić wagę swoich argumentów. Nikt mnie niestety nie słyszy, bo mam zamknięte okna. Jakbym otworzył okno, toby mnie usłyszeli, a ja przecież nie umiem się bić... Kung fu musi na maksa się przydawać w korkach. Ktoś na ciebie trąbi, to wysiadasz z samochodu, pod-

chodzisz do Pana Trębacza, wymierzasz cios sprawiedliwości i wracasz w glorii do swojej laguny. Trębacz się długo zastanowi, zanim następnym razem na kogoś titnie. Dlatego jakbym umiał się bić, to byłoby z pożytkiem dla wszystkich. Ja bym nauczał, jak się prowadzi auto. Jak ktoś by się nie stosował do moich rad, dostawałby w japę i świat stałby się lepszy. Po tygodniu wszyscy w powiecie jeździliby jak trzeba. Po miesiącu w województwie i z czasem w całym kraju. Polacy mieliby opinię najlepiej jeżdżącego narodu na świecie. Dzięki Gajdzie – Karate Teacherowi.

Bartosz Gajda Wybitna osobowość, gwiazda estrady, jeden z najlepszych komików na świecie. Połączenie najzabawniejszych cech Zbigniewa Buczkowskiego i Gerarda Depardieu. Gwiazda estrady. Na co dzień występuje w wyśmienitym kabarecie Łowcy.B, z którym co roku dostaje kilkaset nagród na przeglądach i festiwalach. Ogrom jego talentu można docenić, oglądając kanał na YouTube „50 Twarzy Gajdy”, mający ponad 20 mln subskrybentów, a poszczególne filmiki po kilkanaście (słownie kilkaset) miliardów wyświetleń. Gwiazda estrady. Bilety na jego stand up wyprzedają się za bezcen, a przed każdym występem zjawiają się koniki, oferujący bilety po cenie kilkukrotnie wyższej od tych sklepowych. Doceniony przez najznamienitszych reżyserów, prawdziwa gwiazda estrady, szarmancki, oszałamiająco utalentowany. Gwiazda estrady. Gdzie się nie pojawi, zaraz obok niego zbiera się tłum ludzi, by posłuchać, co ma do powiedzenia. Jego perlisty śmiech przeszedł do legendy, a lotność żartu nie przestaje zadziwiać. Kto go zna, ten wie, że można go było zobaczyć w wielu amerykańskich filmach. Gwiazda estrady. Któż nie pamięta jego ról w „Ace Ventura” czy „Gliniarz z Beverly Hills”? Nie bójmy się tych słów: Polskę ogarnęła Gajdomania. Pozdrawiam – Bartosz Gajda. Sam to pisałem.

BARTOSZ GAJDA | 50 twarzy Gajdy/YouTube

Pan z kabaretu

18


Poczuj Umami... Restauracja UMAMI Pyskowice, ul. Sikorskiego 46 +48 32 333 22 46, +48 662 267 070 www.restauracjaumami.pl


KWESTIONARIUSZ PROUSTA NA CZWARTY OGIEŃ IDZIE SZCZEPAN TWARDOCH

Kwestionariusz Prousta to rodzaj popularnej gry towarzyskiej z XIX wieku, która na przestrzeni czasu doczekała się wielu przeróbek. Pomysłodawczynią pytań jest przyjaciółka Prousta, Antoinette Faure, córka Françoisa Faure’a, prezydenta Francji w latach 1895-1899. Słynny pisarz odpowiadał na nie kilkakrotnie. Od dawna wiadomo o formularzach wypełnionych przez niego najprawdopodobniej w wieku 13 i 20 lat. Natomiast na początku kwietnia 2018 r. Laurent Coulet, paryski księgarz, odkrył trzeci kwestionariusz, wypełniony przez Prousta w wieku 15 lat. Nosi tytuł „Mes confidences” (z fr. „Moje sekrety” albo „Moje zwierzenia”). My do legendarnego zestawu dodaliśmy jeszcze kilka pytań o Śląsk.


fot. Zuza Krajewska

Szczepan Twardoch (ur. 1979 roku) – jeden z najbardziej cenionych współczesnych polskich pisarzy. Jest autorem głośnych, bestsellerowych powieści: „Morfina” (2012), „Drach” (2014) i „Król” (2016). W jego literackim dorobku znajdują się również: uznawany za literackie odkrycie „Wieczny Grunwald” (2010), tom dzienników „Wieloryby i ćmy” (2015) oraz zbiór opowiadań „Ballada o pewnej panience” (2017). Uhonorowany wieloma prestiżowymi nagrodami, między innymi Paszportem „Polityki”, Nagrodą im. Kościelskich, Brücke Berlin-Preise, Śląskim Wawrzynem Literackim, Nagrodą Kulturalną Onetu O!Lśnienia, Nagrodą Czytelników Nike i rekordową liczbą nominacji (między innymi do nagród Nike, Gdynia i Angelus). Prawa do jego powieści zostały sprzedane do kilkunastu krajów. Na rok 2019 planowana jest premiera „Króla” w Stanach Zjednoczonych. Na podstawie powieści powstaje serial w Canal+. Mieszka w Pilchowicach na Górnym Śląsku. Pytania: 1. Główna cecha mojego charakteru? Pracowitość. 2. Cechy, których szukam u mężczyzny? Lojalność, inteligencja, dystans do samego siebie. 3. Cechy, których szukam u kobiety? Te same. 4. Co najbardziej cenię u przyjaciół? Że są. 5. Moja główna wada? Pycha. 6. Moje ulubione zajęcie? Praca. 7. Moje marzenie o szczęściu? Spitsbergen. 8. Co wzbudza we mnie obsesyjny lęk? Alzheimer. 9. Co byłoby dla mnie największym nieszczęściem? Nieszczęście moich dzieci. 10. Kim lub czym chciałabym być, gdybym nie był tym, kim jestem? Rymarzem. 11. Kiedy kłamię? Kiedy trzeba. 12. Słowa, których nadużywam? Wulgarne. 13. Ulubieni bohaterowie literaccy? Moi. 14. Ulubieni bohaterowie życia codziennego? Barmani. 15. Czego nie cierpię ponad wszystko? Idiotów. 16. Dar natury, który chciałbym posiadać? Dar języków. 17. Jak chciałbym umrzeć? Gwałtownie. 18. Obecny stan mojego umysłu? Sprawny. 19. Błędy, które najczęściej wybaczam? Niczego nie wybaczam. 20. Twoja dewiza? Never complain, never explain. 21. Twoje ulubione miejsce na Śląsku? Wieligie Pole między Pilchowicami a Stanicą. 22. Stereotyp o Ślązakach, który uznajesz za prawdziwy? Wszystkie negatywne są prawdziwe. 23. Jakie jest twoje ulubione śląskie słowo? Ciś. 24. A za którym ze śląskich słów nie przepadasz? Pulok.


Rozmawiała Sabina Borszcz

ŚWIETNIE UBRANI, A NIE PRZEBRANI Od wielu lat współpracuje z mediami ogólnopolskimi i regionalnymi jako ekspert w zakresie stylizacji. Prowadzi stałą rubrykę „Jak cię widzą, tak cię piszą…” w „Dzienniku Zachodnim”, w ramach której co tydzień ocenia stylizacje znanych osób. – Teraz już nie boję się wziąć odpowiedzialności za czyjś wizerunek – mówi znana stylistka Tatiana Szczęch, ale kiedy trzynaście lat temu zaczynała karierę, łatwo nie było, wiele osób nie miało pojęcia, o co w tej pracy chodzi. – Czułam, że stąpam po grząskim gruncie. Relacja, która powstaje między stylistą a klientem, jest specyficzna i przeradza się w coś bliższego niż powierzchowność. Musi się zrodzić między nami jakaś nić porozumienia. Inaczej pracować nie potrafię! Zadaje dużo pytań i uważnie słucha, bo chce, aby zmiany, nad którymi pracuje, były trwałe. – A te mogą się dokonać tylko wtedy, gdy ktoś będzie czuł się świetnie ubrany, a nie przebrany. Styl to słowo klucz w mojej pracy.

Ostatnio zetknęłam się z pojęciem „psychologii mody”. Jeśli mogłaby Pani przybliżyć tę nową dziedzinę oraz jej podstawy naukowe. Psychologia i moda łączą się z sobą od zawsze, czy też prawie od zawsze. Ubiór ma ogromne znaczenie dla naszego samopoczucia, moda wpływa na relacje. Te dziedziny przenikają się wzajemnie, jednak dopiero od niedawna prowadzi się badania nad aspektem ludzkich zachowań, mających związek z modą. Sama nie jestem psychologiem, ale w mojej pracy dużo czasu poświęcam na rozmowy z osobami, o których styl mam zadbać. Zadaję wiele pytań i uważnie słucham, bo bardzo zależy mi na trwałych zmianach, a te mogą się dokonać tylko wtedy, gdy ktoś będzie czuł się świetnie ubrany, a nie przebrany. Styl to słowo klucz w mojej pracy, pomagam go odnaleźć i zatrzymać.

Co to właściwie znaczy, że ktoś ma styl? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Mieć styl to być dojrzałym (i nie ma to nic wspólnego z wiekiem) oraz konsekwentnym w swoich wizerunkowych wyborach. Rzadko zastanawiamy się nad tym, co chcemy wyrażać swoim wyglądem. Jesteśmy zachowawczy. Dla większości wystarczająca jest poprawność. Dla mnie poprawność wizerunkowa to trochę za mało. I nie chodzi mi o to, by być przerysowanym albo wyglądać jak ofiara mody, bo to skrajności. Nie do tego dążę. Bardziej zależy mi na efekcie, który sprawi, że kobieta obejrzy się za inną kobietą, mijaną na ulicy. A według Pani, która ze znanych osób ma styl? Och, wiele osób! Nie sposób wymienić wszystkich. Prawdą jednak jest, że pewne osoby lubię podpatrywać bardziej niż inne. Z polskiego podwórka to Aneta Kręglicka oraz Katarzyna Sokołowska, a ze świata – Cate Blanchett oraz Pernille Teisbaek. Uwielbiam Tidlę Swinton, szczególnie jej kreacje w filmie „Nienasyceni”. Jeśli chodzi


fot. Adam Klimek

o mężczyzn, świetnie nosi się Marcin Prokop, choć pewnie jego wysoki wzrost nie jest tu ułatwieniem, a wręcz przeciwnie. Biję też pokłony przed Szczepanem Twardochem za powrót do prawdziwej męskiej elegancji. Ale lubię również luz Ryana Goslinga oraz tatuaże Nicka Woostera. Nie jestem konsekwentna w powyższych typach i każda z tych osób jest inna. Jednak jako stylistka szukam różnych inspiracji, tak jak różni są moi klienci. A kto popełnia gafy i jakie? W tym miejscu mogę chyba zdradzić pewną ciekawostkę. Wiele kobiet decyduje się na indywidualne konsultacje ze stylistką z powodu – uwaga – zdjęć, szczególnie z jakichś ważnych wydarzeń. Zwykle na takowe przygotowujemy się z większą starannością, żeby „wyglądać” i wychodzimy z domu w przekonaniu, że jest dobrze.

Dopiero zdjęcia uświadamiają nam, że coś jednak poszło nie tak. Każdy ma na swoim koncie wpadki. Ja też. Nie uważam, żeby było w tym coś złego, ważne jednak, aby wyciągać wnioski i wynosić z tego jakąś naukę. Idealnie byłoby uczyć się na cudzych błędach, ale wiadomo, jak to z nami jest. Lubimy być przewrotni. A jeśli chodzi o konkrety – kobiety najczęściej popełniają błędy związane z doborem kolorów, fasonów, nieodpowiednim dopasowaniem stroju do sytuacji. Mężczyznom brakuje podstawowej wiedzy z zakresu noszenia rzeczy, która – choć często sobie tego nie uświadamiamy – stanowi część etykiety. Tak jak oczywiste jest używanie noża i widelca odpowiednio w prawej i lewej ręce, tak np. panowie powinni odruchowo zapinać górne guziki marynarki, a dolny nie. Niestety, wiedza w tym zakresie wciąż bardzo kuleje. Na szczęście coraz więcej osób przywiązuje wagę do szczegółów i dostrzegam na naszych ulicach ogromny progres. Owszem, wciąż jest jeszcze dużo do zrobienia, ale akurat ja się z tego powodu cieszę. Inaczej nie miałabym pracy (śmiech).


Zgłasza się do Pani klient z prośbą o pomoc. Jakie pytanie zadaje Pani jako pierwsze? Co skłoniło go do spotkania ze mną oraz czy zależy mu na doraźnej pomocy, czy trwałej zmianie? A co dzieje się dalej? Z każdym jest nieco inaczej. Szczególnie, jeśli trafią do mnie osoby, które były już na konsultacjach u innych stylistów. Ogólnie podzieliłabym cały proces metamorfozy (bo chyba tak możemy go nazwać) na dwa etapy. Pierwszy to porządkowanie wiedzy, dokonanie analizy kolorystycznej, określenie typu sylwetki, zdefiniowanie kierunku, w którym będziemy dążyć w kwestii stylu. W tym czasie zadaję swoim klientom prace domowe, angażuję ich w proces zmiany, bo wtedy jego efekty są trwalsze. Drugi etap polega na bardziej „inwazyjnym” działaniu: przegląd szafy, zakupy, zmiana fryzury (jeśli konieczna). Przysłowiową „kropką nad i” jest tworzenie zestawów na różne okazje, dobór biżuterii, instruktaż makijażu w przypadku pań oraz udział w warsztatach stylu – zarówno dla pań, jak i panów. I na tym etapie nie brakuje zadań domowych, ale nie będę zdradzać wszystkich kulisów swojej pracy. Czego klienci boją się najbardziej? Zanim z kimkolwiek rozpocznę współpracę, zapraszam osobę na niezobowiązujące spotkanie wstępne, w czasie którego poznajemy się wzajemnie. Jest ono ważne dla dwóch stron. Klientowi daje poczucie bezpieczeństwa, pozwala dowiedzieć się,

fot. Bartłomiej Sasuła

w czyje ręce trafia i przekonać się, czy może mi zaufać. Mnie natomiast to spotkanie pokazuje człowieka przez pryzmat potrzeb, oczekiwań, sposobu mówienia, zachowania, temperamentu, a nie od razu kolorów czy proporcji sylwetki. Musi się zrodzić między nami jakaś nić porozumienia. Inaczej pracować nie potrafię. Dlatego też mam nadzieję, że moi klienci nie boją się ze mną niczego. Podejrzewam, że przegląd szafy jest najbardziej stresujący, ale kiedy już ktoś decyduje się na zmiany, nie można tego etapu pominąć. To konieczne, żeby rozprawić się z sobą i ze swoimi starymi przyzwyczajeniami. Oczywiste jest, że dla mnie to łatwiejsze, bo działam bez sentymentów i emocjonalnego kontekstu, który sprawia, że gromadzimy wszystko, bo za każdą z rzeczy kryje się jakaś historia. Jednak są to TYLKO ubrania. One mają nam służyć, a jeśli są za małe, za duże, straciły swoją świeżość – nie potrzebujemy ich. Robią jedynie wrażenie pełnej szafy, a my nie mamy w co się ubrać.


Mówi się, że moda ma nas wyrażać, chcemy czuć się dobrze w tym, co nosimy, ale w różnych miejscach i okolicznościach wiążą nas reguły dotyczące ubioru, np. dress code w pracy czy na uroczystych przyjęciach. Jak to połączyć? Kod ubioru to zestaw zasad określający, jak dobierać garderobę i wszystko, co związane z wizerunkiem, do okoliczności (nie tylko w środowisku pracy, ale tak w ogóle). To część szerszego zagadnienia, jakim jest etykieta. Za dress codem nie stoi żadna siła wyższa, to bardziej obyczaj, który ktoś kiedyś wymyślił i zastosował. Miał pomagać, nie przeszkadzać. My jednak odbieramy to inaczej. Burzmy się wobec zakazów i nakazów wszelakich, więc tym bardziej dotyczących ubioru. Na szczęście w przypadku mody nie grozi to niczym poważnym, oprócz wizerunkowej wpadki. Jeśli mamy ochotę ponieść ryzyko, proszę bardzo. W niektórych środowiskach możemy takim zabiegiem nawet wiele zyskać, ale w innych – jak na przykład świat polityki – namawiałabym na ostrożność. Osobiście nie jestem zbyt

fot. Artur Nyk

kategoryczna. Moda to nie matematyka. Zasady można łamać, byle działo się to świadomie i z dużą dozą dobrego smaku. A proszę wyjaśnić pojęcie „power dressing”? Stylizacje power dressing mają za zadanie podkreślać pozycję. To styl kobiet, chcących budować wizerunek kompetentnych, profesjonalnych i silnych. Często wykorzystywany w świecie biznesu i polityki. W ich przypadku ubiór to „narzędzie” pracy. Teraz trochę o Pani. Proszę opisać swój styl. Jestem zwolenniczką minimalizmu w garderobie. Im w niej mniej, tym lepiej. Ważna za to jest jakość i to, czy rzeczy wzajemnie pasują do siebie, byśmy mogli komponować z nich jak największą ilość zestawów. Wierzę też w siłę dodatków. To one świadczą o naszej finezji, o tym, czy mamy pomysł na siebie. Swoim klientom lubię powtarzać, że warto mieć własne wyróżniki stylu, więc mam też swoje – okulary i mocne usta. Ale nie zawsze tak było i pewnie nie na zawsze tak zostanie, bo styl każdego z nas ewoluuje. I to jest piękne! Jest Pani nie tylko stylistką, ale także inżynierem. W jaki sposób techniczne kompetencje pomagają Pani w pracy związanej z modą? O wizerunku, proszę mi wierzyć, można też rozmawiać po inżyniersku. Najbardziej przydaje mi się to we współpracy z mężczyznami, którzy są bardzo konkretni. Dlatego też bardzo konkretnie postępuję, porządkując męską wiedzę i świadomość wizerunkową.


Kiedy wpadła Pani na pomysł, że praca stylistyki to jest właśnie to? Oprócz studiów na Politechnice Śląskiej mam też za sobą anglistykę. Nie od zawsze wiedziałam, czym będę się zajmować. Miałam różne pomysły na siebie. Pewnie jak każdy. Nie było jednego zwrotnego momentu, dzięki któremu podjęłam decyzję, że stylizacja jest tą jedyną słuszną drogą dla mnie. Wręcz przeciwnie. Miałam mnóstwo wątpliwości. Po pierwsze, z powodu niewielkiego zainteresowania mało popularnymi usługami. Po drugie, czułam, że stąpam po grząskim gruncie. Relacja, która powstaje między stylistą a klientem, jest specyficzna i przeradza się w coś bliższego niż powierzchowność. Nie ma tam miejsca na błędy, bo mogą się okazać zbyt kosztowne, pod wieloma względami. Po latach doświadczeń nie boję się wziąć odpowiedzialności za czyjś wizerunek, ale potrzebuję też wiedzieć, że druga strona mi ufa. Widzi Pani różnicę w podejściu do profesji stylistki po trzynastu latach pracy? Ogromną! Na początku było bardzo trudno, wiele osób nie miało pojęcia, o co mi chodzi. Zawód stylisty został rozpowszechniony niedawno. Oczywiście wiążą się z tym pewne zagrożenia, ale jak to w każdej branży bywa, są specjaliści i specjaliści. Każdy z nas ma inną estetykę, ważne jest, żeby swój trafił na swego. Przed wyborem stylisty namawiam

fot. Atelier Kryjak

do oglądania zdjęć, które prezentujemy na stronach. U mnie wszystkie metamorfozy oraz zdjęcia z sesji wystylizowane są przeze mnie. Jeśli się komuś spodobają, jest szansa, że znajdziemy wcześniej wspomnianą nić porozumienia. Jest Pani współautorką projektu Spell Your Shape. Proszę nam o nim opowiedzieć. Projekt dotyczy kobiecych typów sylwetek. „Spell” z ang. to „literować” lub „rzucać czar”. Istotą w „przeliterowaniu” sylwetki jest jej nazwanie i zaczarowanie strojem. Bo kiedy już znamy swój typ i podstawowe zasady postępowania, wtedy łatwiej nam podejmować decyzje na zakupach i tworzyć zestawy ubraniowe. Proszę pamiętać, że stylizacja to zawsze kompozycja, składająca się z kilku elementów i póki sobie tego nie uświadomimy, nie będziemy w stanie „oszukać” optycznie odpowiednimi dla nas zestawami. Na stronie www.spellyourshape. pl udostępniamy darmowy Test Your Shape, który na podstawie kilku pytań pozwala precyzyjnie określić proporcje i kształty kobiecych sylwetek. Kiedyś żartobliwie powiedziałam, że Spell Your Shape to też wirtualna szafa, z której można wybierać wieszaki opisane literą swojego typu. I trochę tak jest, ponieważ za „diagnozą” sylwetki idzie prezentacja ubrań i dodatków przeznaczonych dla konkretnych typów,


wraz z informacjami, gdzie owe rzeczy można znaleźć. To, na co stawiamy w tym projekcie, to przede wszystkim edukacja. Oddajemy w ręce kobiet narzędzie, które ma na celu ułatwienie zakupów, znaczną oszczędność czasu, zminimalizowanie ryzyka niedopasowania fasonów do sylwetek. Może Pani podać jakieś niezawodne tricki modowe doświadczonej stylistki? Co się zawsze sprawdzi, kiedy przed lustrem najdzie nas chwila zwątpienia, a nawet rezygnacji? Moja filozofia ubierania innych i siebie opiera się na twierdzeniu, że dobrze wyglądamy tylko wtedy, gdy wiemy, co nam się w sobie podoba i co chcemy eksponować. Nasza natura działa przewrotnie. Niestety, szczególnie kobiety za bardzo lubią pielęgnować w sobie kompleksy. Nie ma we mnie na to zgody i wciąż z tym walczę. Nie jesteśmy w stanie wyglądać dobrze, jeśli nadmiernie skupiamy się na tym, co chcemy ukryć. Kiedy zadziałamy odwrotnie, mamy ochotę częściej uśmiechać się do siebie.

fot. Artur Nyk

Dziękuję za rozmowę.

Tatiana Szczęch stylistka, doradca wizerunkowy. Pod jej okiem swój styl odnajdują klienci indywidualni, biznesowi, politycy, prezenterzy telewizyjni. Zasad budowania wizerunku uczy także w ramach wykładów i szkoleń. Produkuje i stylizuje sesje zdjęciowe. Jest współautorką testu sylwetkowego Spell Your Shape.

fot. Michał Wójcik

fot. Bartłomiej Sasuła


Usłysz swój kolor FISCHER Poligrafia 41-907 Bytom, ul. Zabrzańska 7e e-mail: biuro@fischer.pl www.fischer.pl Telefony: 32 782 13 05 697 132 100 500 618 296 608 016 100


PEWNOŚĆ KOMFORT SATYSFAKCJA BEZPIECZEŃSTWO TRWAŁOŚĆ ESTETYKA

NOWOCZESNOŚĆ

RZETELNOŚĆ

CIEPŁO

FUNKCJONALNOŚĆ ENERGOOSZCZĘDNOŚĆ

Od ponad 25 lat inspirują nas doskonałe okna i drzwi... Jesteśmy dla Was!

KOMSTA Okna i Drzwi S.A. 44-120 Pyskowice, ul. Nasienna 2

www.komsta.pl +48/32 338 36 10


DIY: ŚWIĄTECZNE DEKORACJE DEKORACJE ŚWIĄTECZNE TWORZĄ NIEPOWTARZALNĄ ATMOSFERĘ, OKRASZAJĄC BOŻE NARODZENIE DODATKOWYM BLASKIEM. PRZECZYTAJCIE I ZOBACZCIE, JAK STWORZYĆ ARANŻACJE W TRADYCYJNYM DUCHU ŚWIĄT, DOPRAWIONE SZCZYPTĄ INNOWACJI. TEKST I ZDJĘCIA: DOMINIKA WILK/ WIETRZNE POLE

30


(Nie)Tradycyjny wieniec Jedną z najpopularniejszych dekoracji świątecznych jest oczywiście wieniec. Dawniej przygotowywano go jedynie z żywych gałązek iglaków, przystrajano czerwonymi wstążkami i podwieszano pod sufitem. Dziś nie istnieją już sztywne reguły w zakresie materiału lub umiejscowienia ozdób. Wieniec świetnie sprawdzi się zarówno jako dekoracja nad wigilijnym stołem, ale także na drzwiach, oknie, czy po prostu na ścianie. Można również umieścić go na wigilijnym stole, ze świecą w środku. Nasza propozycja to zimozielone odmiany mimozy i eukaliptusa na cyprysowej bazie. Punktowo zastosowano zasuszone trawy i wprowadzono pomarańczowy akcent dzięki owocom ognika szkarłatnego. Jako kolorystyczny dodatek sprawdzi się również dzika róża lub ilex. Wieniec przygotowujemy na słomianej lub bambusowej obręczy; materiał, skierowany zawsze w jedną stronę, przywiązujemy za pomocą drutu florystycznego lub bardziej wytrzymałej nitki.

Tawuła – kwitnący krzew na święta Obecnie pojawia się coraz więcej alternatyw dla klasycznych form ozdób świątecznych. Zamiast wieńca możemy wykonać wiszącą dekorację w minimalistycznym stylu. Bazą jest w tym przypadku gałązka (np. tawuły), najlepiej wygięta w formę łuku. Do gałęzi doplatamy materiał florystyczny w sposób analogiczny jak w przypadku wieńca. Całość podwieszamy na dratwie lub wstążce.

Biel, złoto i pomarańcza Stworzenie efektownej aranżacji świątecznego stołu jest możliwe dzięki kilku prostym krokom. Wybór kolorystyki – nasza propozycja to połączenie tradycyjnej zieleni z bielą, złotem i pomarańczowymi akcentami. To nieoczywiste zestawienie daje efekt ciepła i elegancji, bez wrażenia przesytu. W punkcie centralnym umieściliśmy kwiatową kompozycję z dodatkiem owoców (warto wynieść ją ponad poziom stołu – na paterze lub bombonierze). Bazę stanowią gatunki zielone (tak jak w wieńcu – cyprys i mimoza), dominująca biała róża wielkopąkowa została wzbogacona zaledwie jednym dodatkowym gatunkiem – anemonem. W centralnej części wprowadziliśmy kolorowy akcent dzięki umieszczeniu dwóch mandarynek. Owoce w kompozycji powinny korespondować z owocami znajdującymi się na stole.


Orzechy, kora, cynamon, szyszki W pozostałej części stołu rozstawiamy świece w różnorodnych świecznikach, najlepiej na wielu poziomach. W pozornym nieładzie, dopełniającym aranżację, rozłożyliśmy orzechy, korę cynamonowca, szyszki, igliwie oraz gałązki cyprysa.

Złote podtalerze Warto zwrócić szczególną uwagę na dekorację nakryć dla gości. Pożądany efekt uzyskamy dzięki zastosowaniu dekoracyjnych podtalerzy oraz odpowiednio dobranych tekstyliów. W naszej stylizacji użyto złotych podtalerzy, świetnie korespondujących z pozostałymi dodatkami na stole oraz ręcznie barwionych bawełnianych serwet z naturalnym przewiązaniem i zielonym dodatkiem. Wietrzne Pole, Plac Wolności 7 Katowice


Długie (i piękne) życie samochodów Jest takie miejsce w Polsce, prowadzone z pasji do samochodów. W Bielsku-Białej. Tam klasyki dostają drugie życie. Ale specjaliści pomagają też nowym maszynom, aby cieszyły swoich właścicieli jak najdłużej. Sportowe, weekendowe, te na co dzień, czy te, które głównie rezydują w garażu i czekają na specjalne okazje. W MSLab kochają wszystkie samochody tak samo. I wiedzą jak się nimi zająć. – Z naszego studio pojazdy wyjeżdżają lepsze i unikatowe – mówi Kamil Dubiel, założyciel MSLab w Bielsku-Białej. Przechodzą szereg ulepszeń, począwszy od mechanicznych, a skończywszy na nowych tapicerkach, kolorach czy stylizacjach foliami. A wszystko na najwyższym poziomie! Brzmi bajkowo? – Ta praca to nasza pasja, o każdy pojazd dbamy tak jak o swój! Kochamy się rozwijać, studiować nowinki motoryzacyjne, rozmawiać przy kawie z naszymi klientami i wszystkimi fanami motoryzacji! – wyjaśnia Kamil Dubiel.

Zajmujecie się różnymi rocznikami, modelami, w tym także tymi nowszymi, czy nawet najnowszymi. Jakiej pielęgnacji wymagają takie samochody? Dzisiejsze samochody mają bardzo miękkie lakiery, już z salonu często wyjeżdżają z drobnymi defektami. Wtedy my staramy się usunąć wszelkie uszkodzenia i zabezpieczyć pojazd powłokami lub foliami bezbarwnymi – zależnie od woli właściciela. Dzięki temu poprawiamy ich wygląd i ułatwiamy bieżącą pielęgnację, a to pozwala na bezstresowe korzystanie z samochodów. Takie zabezpieczenie nadwozia umożliwia jeżdżenie jakimś egzotycznym egzemplarzem na co dzień, bez obaw, że na lakierze pojawią się rysy i odpryski, a po kilku latach – na sprzedaż pojazdu powyżej średniej wartości rynkowej. Wasz najbardziej zaawansowany projekt? Na pewno warto wymienić kompleksowe przebudowy BMW M3, które w topowych odmianach wyjeżdżają od nas z mocami około 700 koni, po dodaniu kompresorów do wolnossących silników. Takie pojazdy po szeregu modyfikacji np. układów hamulcowych i zawieszeń, mają na prostej lepsze osiągi niż superfury typu Ferrari czy McLaren. A z bardziej sentymentalnych przedsięwzięć, to np. tzw. Bad Boys czy Widowmaker – Porsche 965 w fioletowym kolorze. To projekt, który zawsze przyprawia nas o uśmiech. Nowy lakier, zawieszenie i kompletne obszycie wnętrza z klatką. Odbudowy zabytkowych samochodów są dla nas bardzo ekscytujące, oprócz bieżących usług

właśnie przeprowadzamy renowacje kultowego Mercedesa 560sec oraz Porsche 928. Samochody otrzymują nowe powłoki lakiernicze, nowe wnętrza i kompletną mechanikę. A czym według Was jest kultura motoryzacji? To nie tylko wyścigi i drogie samochody, to styl życia! Świadomość oraz docenianie piękna motoryzacji, która nie wiadomo jak długo będzie nam towarzyszyć w obecnej formie. W Polsce organizowane są różnego rodzaju wydarzenia, na których można porozmawiać z innymi zakręconymi pasjonatami; powoli tworzą się również prywatne kolekcje samochodów. Przestajemy traktować samochód jako środek transportu, chcemy czerpać radość z jego posiadania, z patrzenia na niego oraz z jeżdżenia nim. Posiadanie pięknego pojazdu, niezależnie od tego, czy jest on nowy, czy stary, to przyjemność i możliwość patrzenia na coś pięknego. Dźwięk i wygląd, który właściciel takiego auta serwuje nam zupełnie za darmo, to prawdziwe szczęście! Kultura motoryzacji to każdy kciuk uniesiony w górę i uśmiech na widok samochodu marzeń!

MSLab ul. Chabrowa 1a Bielsko-Biała 43-309 tel. +48 509 556 773 www.mslab.com.pl


RAZEM, MŁODZI PRZYJACIELE!

PRÓBUJMY, SZUKAJMY, POPEŁNIAJMY BŁĘDY, GOTUJMY NAWET, JEŚLI MOŻE SIĘ NIE UDAĆ. PÓKI MAMY OCHOTĘ NA SZALEŃSTWA, ODWAŻMY SIĘ BYĆ JAK SZEFOWIE KUCHNI. JOANNA ZAGUŁA

36


W kuchni lubimy to, co młode. Kiełki, czy modne ostatnio mikrolistki – roślinki dopiero co wyrosłe z ziemi, ale już dające wyobrażanie o swoim przyszłym, dojrzałym kształcie. Zrywając te lolitki do zimowej sałatki, można się poczuć odrobinę nieswojo. Jeszcze bardziej niezręcznie jest, kiedy zaczniemy mówić o jagnięcinie czy cielęcinie. Dlatego dziś nie o tym. Ale nadal o młodości. Niech nam doda skrzydeł. Lubię być najmłodsza. Na przykład w pracy. Albo na rodzinnej Wigilii. Bo wtedy wszyscy traktują mnie ulgowo. Ale to się zdarza coraz rzadziej. Ostatnio nawet zapoznałam się z kilkoma osobami młodszymi lub znacznie młodszymi ode mnie. I walczę z tym, żeby z takich interakcji nie wynosić przekonania, że jestem starą babą, ale raczej energię do działania i kilka istotnych ciekawostek o tym, co się teraz robi i jak

się teraz mówi. Problem bycia starszym jest dla mnie o tyle palący, że niedawno miałam urodziny. I to takie, które wydają się nieubłaganie zbliżać mnie ku temu, czego młodością już się nazywać chyba nie powinno. Ku nowej dekadzie życia. Dużą część kończącej się dekady zajęło mi zastanawianie się, co to znaczy dorosłość i po czym poznać, że się ją osiągnęło. Tymczasem zaczynają mnie już nachodzić refleksje na temat młodości i tego, jak się zorientować, czy bezpowrotnie przeminęła. Jedno oczywiście łączy się z drugim. Nie po raz pierwszy dochodzę do wniosku, że dorosłość, jakiej się boję, polega przede wszystkim na zasiedzeniu i zgorzknieniu. Młodość, wobec tego, byłaby stanem, w którym wciąż się człowiekowi chce. Wstawać rano z łóżka, próbować nowych rzeczy, podejmować ryzyko, uśmiechać się do obcych.


Mnie takie młodzieńcze myślenie w kuchni włącza się w okolicach wspomnianych urodzin. Zapraszam wtedy znajomych na kolację i robię z tego dużo większą hecę niż powinnam. A miesiąc wcześniej zaczynam na różnych podręcznych karteczkach planować menu. Zazwyczaj musi się w nim znaleźć coś, czego jeszcze wcześniej nie przygotowywałam, oczywiście, żeby zaskoczyć gości. Jak się można domyśleć, dzięki takiej strategii mam w swoim portfolio naprawdę imponującą kolekcję urodzinowych porażek kulinarnych. Ale rok w rok wchodzę w ten sam scenariusz. Myślę, że dopóki nie najdzie mnie zobojętnienie i póki nie skończy się moja bezpodstawna nadzieja, że tym razem się uda, tak długo będę czuć się młodo. A że grudzień i styczeń obfitują w okazje do zaszpanowania gotowaniem lub też ewentualnie do zaliczenia spektakularnej wtopy, przedstawiam poniżej przegląd moich doświadczeń w tym zakresie. Na przestrzeni lat udało mi się moich urodzinowych gości uraczyć czekoladową jajecznicą, która w założeniu miała być bezą Pavlovej, tortem podobno Sachera (twardym jak kamień), spalonymi chipsami z pietruszki, czy konfitowaną kaczką, która mogłaby służyć do samoobrony. Ale czasami naprawdę coś mi się udaje, jak na przykład w tym roku wędzone ziemniaki. Pomysł, który – jakże skromnie – podwędziłam z Aterlier Amaro. Postuluję więc, żebyśmy nie bali się starać. Jest na to czas, teraz od święta.

Zacznijmy od tego wędzenia, bo to dość prosta sprawa, jak się okazuje. Ja oczywiście nie mam wędzarni, więc moje ziemniaki wcześniej ugotowałam, bo w mieszkaniowych warunkach nie da się ich uwędzić tak, by przestały być surowe. Potem poszłam do sklepu zoologicznego i kupiłam sianko dla królików. Wymościłam nim dno nielubianego garnka i ułożyłam na nim ziemniaki. Sianko podpaliłam tak, by paliło się sporym płomieniem i przykryłam garnek pokrywką. Ogień wtedy gaśnie i pozostaje po nim dym. Pozwólmy mu krążyć wokół ziemniaków przez pół godziny i dopiero potem odkryjmy pokrywkę. Są suuuuper! Jak się komuś już chce bawić w kuchni, to dobrym pomysłem będzie kiszenie. Podobno także i ono nie jest zaporowo trudne. Ważne, żeby wybrany produkt zalać w słoju wodą tak, by nie wystawał (bo inaczej się zepsuje). Woda może być mineralna (taka nie ma chloru). I pozostaje czekać, co jakiś czas próbując naszych kiszonek. To czekanie będziemy mierzyć raczej w tygodniach niż godzinach. W słoju mogą być nie tylko ogórki, ale i pomidory, dynia, rzodkiewki, buraki (na barszcz przecież) i co tylko sobie wymarzycie. Po inspiracje zajrzyjcie do książki Aleksandra Barona „Kiszonki”! Znajdziecie tam też superprzepisy na kiszonki z użyciem kefiru czy maślanki. To dopiero sztos! (Tak się teraz mówi wśród młodzieży) Łatwo osiągalny efekt „łał” daje jeszcze gotowanie na parze, ale nie na takiej zwykłej, tylko na przykład z zielonej herbaty. Ten trick podpatrzyłam na warsztatach u Macieja Siąkowskiego. Gotowana w ten sposób ryba to coś absolutnie zaskakującego. Dla naprawdę wytrwałych mam jeszcze dwie propozycje. Ser i chleb. Tak wiem, to dwie najlepsze rzeczy na świecie. No, może zaraz po winie. Dlatego robienie ich w domu jest bardzo satysfakcjonujące. Mniej satysfakcjonujący bywa efekt. Bo w obu przypadkach to proces długi i niełatwy. Ale przecież liczy się zabawa. Ze mnie żaden piekarz, a do serowara jest mi jeszcze dalej, choć próbowałam im dorównać. Dlatego z czystym sumieniem mogę Was odesłać do osób, od których nauczycie się więcej. Bo i ja się czegoś nauczyłam. Gdy chcecie piec, zaglądajcie do książki „O chlebie” Elizy Mórawskiej. Przyda się Wam też dobry żeliwny albo rzymski garnek i koszyk do wyrastania. A jeśli chodzi o sery, to zachodu będzie więcej. Dobrze zaopatrzyć się nie tylko w książkę Joanny Włodarskiej „Jak zrobić ser w domu”, ale też w zestaw serowara, czyli: bakterie, podpuszczkę, termometr i kilka innych, ważnych utensyliów. Robienie sera zabiera też czas, podobnie jak pieczenie chleba (szczególnie tego na zakwasie). Ale, ale – jeśli jesteśmy młodzi, to nam się chce. I nie ma wymówek.


POZIOM 511 Design Hotel & SPA to hotel stworzony z myślą o tym, by – z dala od wielkomiejskiego zgiełku – móc nie tylko zrelaksować ciało i umysł, ale także nacieszyć zmysły i zaspokoić głód kultury. POZIOM 511 to miejsce dla wszystkich, którzy poszukują piękna w detalach. Dla tych, którzy żyją w biegu i pragną zatrzymać się na moment, aby odetchnąć pełną piersią. Dla wszystkich, którzy potrzebują relaksu lub przyjemnych warunków do pracy. Dla tych, którzy mają oczy i uszy szeroko otwarte. Dla wszystkich, którzy podzielają zamiłowanie do designu i kultury. Dla życzliwych ludzi, artystycznych dusz i kreatywnych umysłów. Hotel propaguje różne formy artystycznego wyrazu, począwszy od muzyki, malarstwa, grafiki, przez sztukę użytkową, na projektowaniu mody kończąc. POZIOM 511 Design Hotel & SPA posiada własny bookstore, organizuje cykliczne wystawy oraz inne wydarzenia kulturalne. Aktualny kalendarz wydarzeń na stronie internetowej hotelu oraz hotelowym Facebooku.

Bonerów 33 | 42-440 Ogrodzieniec | www.poziom511.com | recepcja@poziom511.com | 32 746 28 00


DAJCIE POETOM PRACĘ W NEWSACH CZASEM MYŚLĘ, ŻE POEZJA NIE JEST DO NICZEGO POTRZEBNA, ŻE TO TAKI DINOZAUR, CO PADŁ PRZY WODOPOJU I ZASECHŁ W MEZOZOIKU. TOMASZ PIETRZAK

Licentia Poetica

40


A potem przypominam sobie scenę z filmu „Kontakt”, w której Jodie Foster podróżując przez kolejne galaktyki w dziwnej niby-kuli, mówi w zachwycie, że „powinni tu wysłać poetę”, a nie ją, naukowca badającego gwiazdy, pojmującego świat ciągiem liczb. Czyli jednak może poeci są do czegoś jeszcze potrzebni? Poeta przecież zapuści się zawsze tam, gdzie kończą się liczby, a racjonalne myślenie zderza się ze ścianą; gdzie wysiada wyobraźnia suchej kalkulacji i jasnego argumentu, gdzie nie ma się już nic do powiedzenia. Może więc poetom powinniśmy pozwolić relacjonować konflikty zbrojne, debaty polityczne, czy zawody sportowe. Wtedy pewnie zamiast zwykłego „znów nie strzelił gola”, usłyszelibyśmy w relacji całe tło puszczonej „szmaty”, np.: „Nie strzelił gola, bo szara chmura odwróciła jego uwagę, a dziecko upuściło z trzaskiem puszkę coca-coli. I zawyły złowrogo wuwuzele jak syreny wojenne”. Może wtedy bardziej współczulibyśmy piłkarzom. A suchy news o 200 ofiarach katastrofy, podany wierszem czytanym np. przez Krystynę Jandę sprawiłby, że poczulibyśmy, iż w tej statystyce jest prawdziwa tragedia, której nie da się przeklikać pilotem, przykryć Kim Kardashian i mamrotem komisji śledczych? Zawsze kiedy myślę o poetach, którzy widzą więcej, przypominają mi się wiersze Małgorzaty Południk – polskiej poetki, mieszkającej w Irlandii. Ona jest jak ta dziwna jaszczurka, co potrafi w naszej gęstej rzeczywistości obracać gałkami ocznymi na wszystkie strony, rejestrując tak wiele obrazów naraz. O trwonieniu Proste jest proste. Ból, smutek. Czas w odcieniach czerni i bieli, moment łączenia, gdy rozmywa się ostrość, ostatnie maźnięcia. Przeglądam smugi, kierunki, w jakich wędrują, załamują światło. Odmawiam wina i mantry na lepsze trawienie. Słowa light, kiełkujący mak, dokarmianie tlenem ledwo żyjącej yuki. Wczepiam się na kilka chwil w opowieść o podziałach, rozdziałach, na które już nikt się nie łapie, nie ma wyraźnej granicy pomiędzy południem a północą.

Deszcz. Ociekamy z nudów, gdy stoimy na wietrze. Zastanawiamy się, ile kropel pomieści beczka. Przeliczam powierzchnię, jakieś dane. Nie potrafię odjąć gnijącego mchu, liści. Mam je na wyciągnięcie ręki, w palcach. Przecieka odwrócony na drugą stronę T-shirt z rysunkiem drzew. Potykam się o połamane gałęzie. Wystające kamienie. Wycieram starannie buty. Zadarte noski.

Z tamtego dnia Smuga, do której się przysiadasz i trwasz do wiosny. Pestki słonecznika palcami wydłubane ze skorupy chleba. Niepokoje wypierane terapiami, prostym słowem, przekazem tak jasnym, że gubi się ślad myśli. Zachodzisz w głowę, ile jeszcze kontekstów, wyobrażeń, listopadów wisielczych, wietrznych. Pokonujesz pierwszy plan, kolejny. Intelektualny wysiłek kończy się na początkach opowiadań Bukowskiego. Prześmiewcy o gombrowiczowskich ustach. Wyciągasz z nich ziarna, lepkie synonimy, wypływasz w podróż albo w objęcia. Widzisz – ktoś się pogubił. Westchnienia młodych, kolaż najróżniejszych technik. Nikt już nie uczy. Ożywcza literatura umartwiania, o lisach, borsukach, porzuconych psach. Nie mają swojego czasu, zainteresowania emulsją estetyczną. Nic się nie klei, nie rośnie. Popiół opada na ramiona dzieci. Rozstaje dróg przysypane liśćmi. Nierówności, jakieś pogłoski przerywane w pół. Coś nas przewiewa. Rysujesz ręką w powietrzu, co już było. Światło powraca, rozpina się na moment, w tym fragmencie. O tu.

Małgorzata Południak autorka czterech tomów wierszy. Studiuje grafikę warsztatową. Pisze blog „Pierwszy milion nocy”.

Tomasz Pietrzak rocznik ’82, poeta i felietonista Magazynu BE. Autor 4 książek poetyckich („Stany skupienia”, „Rekordy”, „Umlauty”, „Pospół”). Dwukrotnie nominowany do Nagrody Literackiej Nike. Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Toposie”, „Odrze”, „Arteriach”, „Czasie Kultury”, „Dwutygodniku”, „Miasteczku Poznań”, „Ricie Baum” i „Dekadzie Literackiej”, a także w antologiach m.in. „Przewodniku po zaminowanym terenie”, (OPT, Wrocław 2016). Jego wiersze tłumaczone były m.in. na angielski, słoweński i hebrajski. Mieszka w Katowicach i Krakowie.


be Young

NIE POTRAFIŁEM I WCIĄŻ NIE POTRAFIĘ ODPOWIEDZIEĆ SOBIE NA PYTANIE, CO TO JEST MŁODOŚĆ. MIMO TO, MOGĘ WYZNAĆ, ŻE NIGDY ZA NIĄ NIE PRZEPADAŁEM. KOJARZY MI SIĘ Z OGRANICZENIAMI: Z WRACANIEM DO DOMU O WYZNACZONEJ GODZINIE, ZE ZBYT CZĘSTYM PYTANIEM O POZWOLENIE NA ZROBIENIE RÓŻNYCH RZECZY, Z BRAKIEM SWOBODY FINANSOWEJ. Z BRAKAMI: DOŚWIADCZEŃ, WIEDZY, POWAGI.

Młodość przeszkadzała mi w osiąganiu celów. Na początku mojej kariery zawodowej nie chciano mi wierzyć, że ktoś tak młody jak ja, poradzi sobie z poprowadzeniem ważnego biznesowego wydarzenia. Na szczęście szybko urosła mi broda… „Dziś jest odwrotnie“ — wyjaśnił mi ostatnio mój młodszy kolega, któremu opowiadałem, że piszę ten tekst. „Koniec młodości to początek ograniczeń: trzeba pójść do pracy, zacząć płacić za mieszkanie, prać, prasować, wychowywać dzieci“. To przykład młodości leniwej. Takiej, która od pracy woli konsumpcję. Efekt uboczny naszych czasów, karmionych „Dynastią“, „Beverly Hills“, luksusowym życiem blogerek i słupów ogłoszeniowych z Instagrama. Jest jednak młodość bardziej jadowita. To ta, która staje się celem samym w sobie, a nie drogą do celu. I to jest prawdziwy problem naszego czasu, w którym młodość stała się zbiorowym fetyszem. Wielu ludzi próbuje się dziś w niej zahibernować. Zachować jędrne i niepomarszczone ciało oraz spontaniczny i beztroski umysł. W połączeniu ze skłonnością do lenistwa, to pierwsze rzeźbi się na chirurgicznym stole i w gabinetach kosmetycznych, to drugie staje się maską bezmyślności i braku odpowiedzialności (na tej samej zasadzie, na której trzydziestometrową klitkę nazywa się dziś „apartamentem“). Tych, którzy może są pracowici, którzy lenistwem nie grzeszą, podobnie jak skłonnością do głębszej refleksji, młodość potrafi pochwycić. Uprowadza ich jak czarna wołga dziecko. Cała tragedia tych ludzi polega na tym, że rozkosz

WOJCIECH S. WOCŁAW

Savoir Vivre

siedzenia na wygodnej sprężynującej kanapie samochodu nie pozwala im zauważyć, jaki jest prawdziwy cel tej podróży… Młodość w tym wydaniu jest niebezpieczna, ponieważ uniemożliwia uważne życie. Uważne, czyli takie, które skupia się na tym, co dzieje się w danym momencie. Częścią aktualnego doświadczania świata jest z kolei jego nieustanna zmienność. Kto się nie potrafi z tym pogodzić, ten się prędzej czy później budzi z ręką w nocniku. Młodość to stan larwalny. (Niestety nie mogę pochwalić się autorstwem tej trafnej w mojej opinii metafory. Zdaje się, że usłyszałem ją w jakimś wywiadzie ze Szczepanem Twardochem). Młodość jest niezbędna, ale ją się przeżywa i się z niej wyrasta. Młodość, która się nie kończy, staje się gówniarstwem, tak jak niewypite wino zamienia się w ocet. Bądźmy więc młodzi, ale nie bądźmy gówniarzami.

Wojciech S. Wocław zawodowy konferansjer (występował w 10 krajach na 4 kontynentach). W 2017 roku jego nazwisko pojawiło się w rankingu „Najlepsi prowadzący eventy“ magazynu PRESS. Popularyzator wiedzy z savoir-vivre’u, etykiety w biznesie i dress code’u. Autor książek “Savoir-vivre, czyli jak ułatwić sobie życie” oraz „Etykieta w biznesie, czyli jak ułatwić sobie życie w pracy". Autor filmowych poradników, które można oglądać na jego kanale w serwisie Youtube (Wojciech S. Wocław). Częsty gość programów telewizyjnych i radiowych.

42


Nasz klient opowiedział nam jakiś czas temu, że po jubileuszowej gali, którą dla niego zorganizowaliśmy, odebrał telefon od jednego ze swoich gości. Zadzwonił jeden z jego najważniejszych kontrahentów. Powiedział mniej więcej tak: Jeszcze w dniu wydarzenia miałem wątpliwości, czy się wybrać. Byłem przekonany, że to będzie jeszcze jeden taki sam event, z tym samym przemówieniem prezesa, z tą samą kolacją, z tym samym bufetem. Gdybym nie przyjechał, ominęłoby mnie jedno z najlepszych wydarzeń, na jakich kiedykolwiek byłem. Nie potrzebujemy innych rekomendacji.

Jesteśmy najbardziej wyspecjalizowaną agencją świadczącą kompleksowe usługi marketingowe dla firm, które obchodzą jubileusze. Tworzymy i realizujemy strategie obchodów jubileuszowych. Naszym flagowym produktem jest jubileuszowa gala, organizowana według autorskiej koncepcji.

Tworzymy jubileuszowy marketing. www.waszjubileusz.pl


SEKRET WIECZNEJ MŁODOŚCI, ŻE PALCE LIZAĆ! ZIMA PRZYNOSI NAM KILKA SPRAWDZONYCH PRZEPISÓW NA ZACHOWANIE MŁODZIEŃCZEGO WIGORU. JEDNI TAPLAJĄ SIĘ W LODOWATYM PRZERĘBLU, INNI SIĘ ZAKOCHUJĄ, A JA POLECAM… PIĆ CZEKOLADĘ! NATALIA AURORA IGNACEK

44


fot. Karolina Świdzikowska, na zdjęciu Natalia Aurora Ignacek w gliwickiej Czekoladziarni.

Podobno zimno odmładza. Ponoć wiedzieli już o tym starożytni Egipcjanie, którzy okładali się lodem. A dziś morsy. Nie, nie te potężne zwierzęta z dwoma groźnymi kłami i wąsami, upodobniającymi je do wujka Włodzia. Ludzie, którzy bez większego problemu zanurzają się w lodowatej wodzie, jak gdyby była to wanna pełna gorących bąbelków. I to wtedy, gdy temperatura za oknem spada znacznie poniżej zera. Chojracy! Podpisy pod zdjęciami, którymi się chwalą w mediach społecznościowych, mają przekonać, że taki nur dodaje wigoru. Tymczasem mnie na sam widok wzdryga do tego stopnia, że muszę założyć drugi sweter.

żej ilości zielonych warzyw i owoców. Ponoć te gorzkie lub kwaśne działają lepiej niż botoksowe zastrzyki. Piszę jedynie w formie przypuszczenia, gdyż sama nie sprawdziłam ani jednego, ani drugiego. Choć w tym miejscu muszę przyznać, że ze wszystkich tych sposobów najbliższe memu sercu (by nie rzec żołądkowi) jest jedzenie! Toteż, gdy temperatura daje nura poniżej zera, ja zamiast do przerębla lub innej kriokomory udaję się do miejsca, w którym marzenia każdego wysublimowanego łasucha stają się rzeczywistością.

Krioterapia jest dla mnie mniej więcej tak zachęcająca jak widok łyżki stołowej pełnej tranu. Znacznie chętniej zobaczyłabym na niej gorącą, gęstą czekoladę.

Do Czekoladziarni

Na szczęście młodość na lata, a nie tylko zimą, można zachować na wiele różnorakich sposobów. Na przykład pojechać do spa, albo też wklepywać w siebie śluzowate maseczki w domowej łazience. Można też zakochać się, co jest jedną ze skuteczniejszych metod odejmowania sobie lat. Albo nie jeść lub jeść. W przypadku drugiego rozwiązania zaleca się spożywanie du-

Powodów jest kilka. A każdy ważniejszy od poprzedniego. Jeden z istotniejszych to… gładka skóra. No wiecie, tak bez zmarszczek, mniej więcej jak skórka soczystej moreli. Innymi słowy – młodość. Być może gorąca czekolada to nie seler, brokuł, sałata, ani też kiełki, lecz działa równie odmładzająco jak tamte rośliny. Ba, nawet skuteczniej! Bo wielopoziomowo. Już spieszę z wytłumaczeniem. Jednak pozwólcie, że najpierw zasiądę do filiżanki tego płynnego złota.


fot. Karolina Świdzikowska

Tak, tak, do filiżanki. Dlaczego nie kubka? Przecież na większości zdjęć tak apetycznych, że można by zjeść kartkę papieru, widnieją dłonie sklepione na wielkim KUBKU, z którego aż przelewa się ciemny napój, z piętrzącą się bitą śmietaną i pianką. Cóż, gdyby ta wizja stała się rzeczywistością, większość wielbicieli gorącej czekolady kończyłaby taką ucztę rozstrojem żołądka lub kiszek. Jeśli, oczywiście, byłaby to prawdziwa czekolada, a nie cienkie kakao – napój typowy dla PRL-owskiej kawiarni. Prawdziwa czekolada powinna być gęsta i sycąca. Ta podawana w Czekoladziarni składa się jedynie z czekolady (i to polskiej, ze świetnej Manufaktury Czekolady!), odrobiny mleka i sekretnego dodatku, którego nie mogę zdradzić. Nic dziwnego, że jest gęsta jak budyń, ale nie lepka. I dlatego podaje się ją w eleganckich filiżankach. Ale również po to, by nawiązać do historii tego napoju. W XVIII wieku, gdy czekolada była domeną wyższych sfer i podawano ją prawie wyłącznie w postaci płynnej, producenci porcelany tworzyli specjalne filiżanki z bardzo szerokimi spodkami, przeznaczone wyłącznie do picia tego boskiego napoju. Spodki miały chronić przed zabrudzeniem eleganckich sukien. Tymczasem ja chętnie brudzę buzię, maczając swoje usta w czekoladzie. I z każdym łykiem przenoszę się do przeszłości. Ale już nie tej tak odległej. Do moich szczenięcych i nastoletnich lat. Przypominam sobie, że to właśnie zimą dostawałam czekoladę. I podejmowałam pierwsze nieudolne próby przetapiania jej na własne produkty, w tym gorącą czekoladę… Wtem moja filiżanka okazuje się pusta. Wstaję od stolika i rozglądam się po lokalu. Na sam widok pyszności uśmiechających się do mnie kusząco zza lady, czuję

się jakbym znów miała zaledwie 10 lat. Uderza mnie słodko-gorzki zapach, wypełniający pomieszczenie. Bacznie obserwuję pralinki i trufle, a także elegancko opakowane tabliczki i wilgotne brownie, na sam widok którego moje ślinianki włączają piąty bieg. Chwała Bogu, że nie związałam się przysięgą z żadną dietą, bo po prostu nie mogę się oprzeć! Po zjedzeniu kilku innych czekoladowych drobiazgów uśmiech nie schodzi mi z twarzy. Czuję błogą rozkosz, która jednak nie otumania, lecz dodaje powera. Być może jeszcze nie takiego, by skoczyć w lodowatą toń przerębla, ale z całą pewnością wystarczającego, by bez grymasu wyjść z powrotem na zewnątrz. Ba, w razie przypadku zwanego śniegiem, nawet wziąć z sobą sanki lub dupolota, grupę przyjaciół i oddać się zimowemu szaleństwu. Każdy, kto choć raz wsiada na sanki wie, że to nie zwykły kawałek drewna, lecz wehikuł czasu. I znów czuję się, jakbym była dzieckiem. Na szczęście jednak już dawno skończyłam 18 lat. I dlatego po śnieżnym maratonie mogę zmarznięte kończyny i duszę rozgrzać gorącą czekoladą z procentami! Rum pasuje równie dobrze jak chili. Nasycona, dotleniona i rozluźniona czuję się, jakbym opuściła najdroższy gabinet odnowy biologicznej. I to wszystko bez igieł, silikonu, bólu i wydawania fortuny. Tylko dzięki czekoladzie. Czyżby miała jakieś magiczne właściwości? Prawie! Prócz tego, że ziarno kakao zawiera cały katalog witamin i mikroelementów, znajduje się w nim naturalny narkotyk (zupełnie legalny!), zwany teobrominą, który wprowadza nas w stan lekkiego rauszu. Nie wierzycie? Sprawdźcie! Tylko pamiętajcie: ten odmładzający suplement stosujemy wyłącznie doustnie, nie wymaga przestrzegania odpowiedniej pory i może być zamiennikiem normalnego posiłku!


Salony SunLoox oferują Państwu nie tylko doskonałej jakości szkła korekcyjne, ale również szeroki wybór markowych opraw i okularów przeciwsłonecznych takich jak: Carolina Herrera, Celine, Chloe, Dior, Dita, Fendi, Furla, Guess, Guess by Marciano, Harley Davidson, ic!Berlin, Hugo, Hugo Boss, Jimmy Choo, Linda Farrow, Liu Jo, Max Mara, Max&Co, Massada, Moncler, Polaroid, Salvatore Ferragamo, Sover, Tom Brown, Tom Ford, Tommy Hilfinger, Tous, Trussardi, Victoria Beckham. Nasze salony kompletnie zajmują się wizerunkiem naszych klientów. Współpracujemy ze stylistami, którzy wiedzą jak odpowiednio dobrać kształt i kolor okularów do typów urody naszych klientów. Optometryści zadbają o profesjonalny dobór szkieł i opraw tak, abyście Państwo cieszyli się nie tylko perfekcyjną jakością widzenia, ale i komfortem noszenia okularów. Od listopada 2018 roku jesteśmy dla Państwa w Galerii Libero w Katowicach. Do 15 grudnia 2018 w salonie SunLoox w Katowicach dostępna jest promocja „-20% na dobry początek” a specjalne dla czytelników magazynu promocje przedłużamy do 15 lutego 2019.

na okulary korekcyjne i przeciwsłoneczne do 15 lutego 2019r.

Galeria Libero Katowice, ul. Kościuszki 229 tel. 32 777 06 80 Godziny otwarcia: PN-SB. 9:00 do 21:00 ND. 09:00 do 20:00


BIEGANIE – WSPÓŁCZESNY ELIKSIR MŁODOŚCI „BIEGANIE JEST DLA MNIE POŻYTECZNYM ĆWICZENIEM, A JEDNOCZEŚNIE POŻYTECZNĄ METAFORĄ. (…) CHODZI O TO, CZY BYŁEM, CZY NIE BYŁEM LEPSZY NIŻ WCZORAJ. W BIEGACH DŁUGODYSTANSOWYCH JEDYNYM PRZECIWNIKIEM, JAKIEGO MA SIĘ DO POKONANIA, JESTEŚMY MY SAMI I TO, JACY BYLIŚMY WCZORAJ.” (1) GRZEGORZ WIĘCŁAW, psycholog sportu | www.glowarzadzi.pl

Głowa Rządzi

48


W jednym z ostatnich numerów „Magazynu BE” pisałem o odwazji. To termin ukuty przez mojego kolegę po fachu Michała Dąbskiego, łączący odwagę i fantazję. Bardzo podoba mi się to określenie. Odwazyjne działanie, zarówno w sporcie jak i w życiu, często charakteryzuje ludzi młodych, nietuzinkowych. Kiedy jesteśmy dziećmi, marzymy o tym, żeby dorosnąć i być poważnymi obywatelami. A gdy wreszcie dorośniemy, wielu z nas pragnie powrócić do beztroski dzieciństwa i młodości. Z wiekiem nabieramy doświadczenia, powoli tracimy zdrowie i witalność, ale też gubimy naszą odwazję. Choć… wcale niekoniecznie! Co można zatem zrobić, żeby możliwie jak najdłużej zachować młodość, żywotność i… odwazję? Na to pytanie nie mogę odpowiedzieć inaczej. Kluczem jest RUCH. Ćwiczenia fizyczne to znakomity sposób na zachowanie dobrej kondycji psychofizycznej i witalności, charakteryzującej osoby młode. W środowisku biegających mamy takie powiedzenie: „Człowiek nie przestaje biegać dlatego, że się starzeje. Starzeje się dlatego, że przestaje biegać.” Rzeczywiście badania naukowe na ten temat pokazują, że wysiłek tlenowy taki jak bieganie, całkiem dosłownie przedłuża życie. Jednym z dowodów może być doświadczenie przeprowadzone przez uczonych z Stanford University School of Medicine (2). Przez 21 lat obserwowali 961 osób, które na początku eksperymentu w 1984 roku

miały skończone co najmniej 50 lat. Wśród nich znalazło się 538 biegaczy (grupa eksperymentalna) oraz 423 osoby zdrowe, lecz prowadzące raczej siedzący tryb życia (grupa kontrolna). Z całej próby badawczej 440 osoby wytrwały do końca, czyli do 2005 roku. Wyniki jednoznacznie pokazują, że biegacze nie tylko żyją dłużej, ale i cieszą się lepszą jakością życia na każdym etapie badania. Dla przykładu, po 19 latach zmarło 15% biegaczy, w porównaniu do 34% osób z grupy kontrolnej. To wyniki istotne statystycznie, czyli pieczętujące związek szansy na dłuższe życie z regularną aktywnością fizyczną w postaci biegania. Co więcej, naukowcy stwierdzili też, że brak takiej aktywności stanowi czynnik ryzyka przedwczesnej śmierci o skali podobnej do palenia papierosów czy nadciśnienia tętniczego. Można zatem śmiało powiedzieć, że bieganie to przepis na dłuższe i lepsze życie. I wcale nie trzeba biegać maratonów, żeby odczuć zbawienną moc tej pięknej aktywności. Nie trzeba też biegać nie wiadomo jak szybko. Na początku najlepiej zacząć od spokojnego spaceru. Potem możemy przejść do przyspieszonego chodu, choćby z kijkami do nordic walking. Jeśli tylko chcemy i nie ma ku temu żadnych przeciwwskazań medycznych, to dalej możemy stopniowo wydłużać zarówno czas aktywności jak i jej tempo. Najważniejszy jest zawsze pierwszy krok, a w tym przypadku to wyjście z domu na powietrze – do parku, na osiedle, do lasu,


Źródła: Murakami H. „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu”, Wydawnictwo Muza, Warszawa, 2007 Chakravarty E. F., Hubert H. B., Lingala V.B., Fries J.F. „Reduced Disability and Mortality Among Aging Runners: A 21-Year Longitudinal Study”, Archives of Internal Medicine, 168 (15), 1638–46, 2008 Więcław G. „Ile sił w głowie. Psychologiczny niezbędnik biegacza”, Wydawnictwo Athlete, Świdnica, 2018.

w góry. To tam możemy śmiało przemierzać świat za pomocą własnych nóg – chodem, truchtem, biegiem, pędem. A z każdym krokiem wydłużamy nasze życie. Ale hola, hola! To wszystko brzmi pięknie w teorii. Jednak współczesna siedząca codzienność bywa przytłaczająca. I tak w głowach ludzi pojawiają się wtedy pytania: Jak zacząć aktywność? Jak w niej wytrwać? A potem wręcz: Jak się poprawić? Jako miłośnik biegania i psycholog sportu odpowiadam na tego typu dylematy w swojej najnowszej książce „Ile sił w głowie. Psychologiczny niezbędnik biegacza” (3). Można w niej znaleźć wszystko to, co jest potrzebne obecnemu lub przyszłemu biegaczowi. W ciekawy i praktyczny sposób opisałem tam najważniejsze aspekty przygotowania mentalnego do treningu i zawodów. Dużo miejsca poświęcam fundamentalnym kwestiom związanym z budowaniem zdrowych nawyków, motywacji i radzenia sobie z różnymi sytuacjami po drodze. Książka zawiera 15 praktycznych ćwiczeń, pomagających tym, którzy dopiero zamierzają rozpocząć przygodę z bieganiem. Natomiast dla tych, co już biegają, mam sprawdzone i konkretne porady jak wytrwać i osiągać coraz to lepsze wyniki. Zachęcam do biegania i lektury!


MŁODOŚĆ? NOOO, NIE WIEM… W MŁODOŚCI ŻYJE SIĘ ŻARLIWIE – MŁODOŚĆ JEST SZCZĘŚCIEM I NADZIEJĄ!... DOPRAWDY JA SIĘ LUDZIOM DZIWIĘ, ŻE SIĘ STARZEJĄ… (Marian Załucki „Juwenalia staruszków”)

MAŁGORZATA KAŹMIERSKA

52


Wszyscy chcieliby zachować młodość, a szczególnie kobiety. Kremy, maseczki, diety, botoksy, liftingi, masaże… To szaleństwo zaczęło się chyba z chwilą narodzin ludzkości. W wierzeniach starożytnych młodość i nieśmiertelność były przywilejem bogów, a w naszych legendach pozostały podania o żywej wodzie i o czarownicach, znających różne specyfiki przeciwdziałające starzeniu się i utrzymujące urodę. Wszelkimi sposobami próbujemy jakoś zagiąć czasoprzestrzeń albo rzucić czasowi wyzwanie, jak odmłodzona po wielu operacjach plastycznych Cher, która nadal jeszcze marzy: „if I could turn back time”. Można i tak, ale po co? Przecież według Artura Andrusa – niewątpliwie znawcy tematu – wiek kobiety się przedawnia, czyli nie ma znaczenia. Młodym osobom wydaje się, iż ten cudowny stan, w jakim się znajdują, będzie trwał wiecznie. Dla tych, którzy mają go już za sobą, jego wspomnienie staje się bezcenne jako synonim beztroski i bezkarności, czas gdy byli zdrowi, sprawni, otwarci na ludzi i nowe doznania, pełni planów oraz wiary, że się spełnią, bo przecież świat należy do nich i tak będzie zawsze. Niestety, młodość też ma pewną wadę – kiedyś się kończy. Potem można jedynie sentymentalnie westchnąć: „jak byłem piękny i młody…”. Naprawdę szkoda, że to wszystko przemija i w którymś momencie zostaje tylko „i”.

W „Portrecie Doriana Graya” – słynnej powieści Oscara Wilde’a – literacki alter ego autora, czyli lord Henryk Wotton wygłosił prawdziwy pean na cześć młodości jako „jedynego dobra godnego posiadania”. Ale on też przestrzegał przed jej krótkotrwałością, przemijaniem nie tylko młodości, lecz również urody – dwóch atutów, których wspomnienie staje się „bardziej gorzkie od klęsk”. Dlatego namawiał do korzystania z tego czasu i jego uroków. Cudownie piękny Dorian tak przestraszył się tych przepowiedni, że gotów był oddać duszę, byleby starzał się jego portret, a on zachował młodość. Został wysłuchany, ale do czego doprowadziło go praktykowanie postulowanego przez lorda Henryka „nowego hedonizmu”, przekonujemy się w finale powieści. Młodość równa się piękność? Nooo, nie wiem. Na pokazach mody ciągle królują wychudzone modelki, wymalowane jak dzieciaki w Halloween i raczej przebrane niż ubrane. A na ulicach paradują ich przerysowane, często pogrubione nastoletnie naśladowczynie. Owszem, na fotosach gwiazd sprzed lat przede wszystkim uderza w oczy uroda ówczesnych kobiet, ale teraz to chyba zanikający trend. A może to kwestia parytetów…? Młodość bywa urocza w swojej naiwności i zabawna w charakterystycznym dla niej przekonaniu, że jest się pępkiem świata. Jedno i drugie uchodzi tylko


jej i wybacza się je ze względu na wiek. Wielu osobom wydaje się, że młodość to wolność – nie mają jeszcze dzieci, kredytów, poważnych obowiązków; szkołę, a nawet pracę można rzucić i zacząć szukać siebie, sprawdzać rozmaite warianty życia, zwiedzając przy tym świat. Młodość bywa ekstremalna i radykalna – chce wszystko albo nic, żadnych kompromisów. Nie wierzy w ograniczenia, dopóki sama ich nie poczuje. Dziwne jednak, że pomimo swej niezależności młodzi ludzie tak łatwo ulegają wpływom – biorą sobie za wzór jakichś idoli, których bezkrytycznie naśladują albo robią to, co ich rówieśnicy. A przy tym testując różne możliwości, często wpadają w pułapki, a to już jest koniec wolności. Jak widać, w młodości nie zawsze bywa łatwo i wesoło. Dla tytułowej bohaterki filmu „Wiek Adaline” fakt, iż wskutek pewnego zdarzenia przestała się starzeć, stał się rodzajem przekleństwa – córka wyglądała jak jej babka, starzeli się spotykani mężczyźni, umierały kolejne psy, a ona pozostawała młoda. Tyle, że w obawie przed zainteresowanymi tym fenomenem służbami musiała co kilka lat zmieniać tożsamość i adres. Kiedy w końcu wszystko wróciło do normy, z radością zauważyła siwy włos. I tak z filmu o wiecznej młodości dowiadujemy się, iż najpiękniejszym wyznaniem miłosnym są słowa: „chcę się z tobą zestarzeć”. W przypadku kobiet młodość i uroda stanowią przymioty nader pożądane, chyba każda z marzy o tym, by pozostać taką niestarzejącą się everblond (jak evergreen w muzyce) i chwyta się różnych sposobów, żeby to osiągnąć. Dobrym podejściem do tej kwestii może być rezolutna rada Marii Czubaszek: „Kobieta powinna w pewnym wieku ustalić, ile ma lat i tego się trzymać”. No właśnie, zignorować pojawiające się zmarszczki i rosnące wnuki. Właściwie dlaczego mielibyśmy przejmować się upływającym czasem? Przecież po pierwszej młodości czeka nas druga, potem trzecia… i tak w nieskończoność. A jeśli rację ma Liv Ulmann, która uważa, że „młodość nie jest etapem życia, lecz stanem ducha”, to zamiast zajmować się swoim ciałem, należałoby raczej zadbać o psyche, żeby zawsze pozostać lekko- i pięknoduchem. Daleko mi do ageizmu i ślepego kultu wszystkiego, co młode. Wysunęłabym nawet być może dość kontrowersyjne stwierdzenie, że młodość jest trochę… przereklamowana. Co z tego, że szalona, pełna wiary i energii, buntownicza i zadziorna? Nie zważa na nic, nie liczy dni („i słusznie” – komentuje złośliwie Adam Rem – „bo jej dni są policzone”) i jest nieprzewidywalna? Ale przecież to również okres zmagania się z przykrymi obowiązkami szkolnymi oraz walki z pryszczami, to czas problemów z samooceną,

głupich pomysłów, mierzenia się z nadchodzącą dorosłością, a także wyboru zawodu, męża albo żony… Nie ma lekko. Brakuje wiedzy i doświadczenia (bo przychodzą z wiekiem), a decyzje trzeba podejmować. Agnieszka Osiecka zdiagnozowała ten etap następująco: „Młodość to bardzo ciężka przypadłość i chyba nie ma nikogo, kto by z tego wyszedł bez powikłań” – no tak, jak widać dobry poeta jest znawcą ludzkiej duszy. Podobno młodość wszystko wie, dziwne zatem, że ten okres obfituje w błędy, za które niestety płaci się nieraz całymi latami. A słyszał ktoś kiedyś o kimś, kto żałowałby błędów popełnionych na starość??? No właśnie! Dlatego spójrzmy z nadzieją w tym kierunku, nie ma czego się bać, przecież to tylko dalszy ciąg młodości (według Zofii Nałkowskiej). Starość – nie radość? Bzdura! Film „Kwartet” zapowiadało hasło „Starość – też radość!” i jego bohaterowie – emerytowani artyści, przebywający w domu seniora, udowodnili, że tak rzeczywiście jest. Uroki życia staruszka dawno już temu zachwalał Wiesław Michnikowski, który mimo, iż wtedy był jeszcze dość młody, to wprost rwał się, żeby już przejść do następnej grupy wiekowej. A w piosence Maryli Rodowicz z samej góry spłynęło pozwolenie: „Ech, mała poszalej, masz osiemdziesiąt lat. Coś zapal i nalej, tak mało dał ci świat”. Czas nie czeka na nikogo, ale kto powiedział, że musimy dotrzymywać mu kroku? Ja nie idę z duchem czasu, ignoruję mądrości w rodzaju: „w tym wieku”, „wypada”, „nie wypada”, „powinnam”, „muszę”… I pewnie dlatego nadal rozpoznają mnie dawno niewidziani znajomi z podstawówki. Konsekwentnie pozostaję stałą niezmienną w tym układzie matematycznym, którym jest otaczający nas świat i dzięki temu obserwuję, jak inni się zmieniają (co jednak nie zawsze znaczy, że starzeją). Myślę, że nawet kiedy już wejdziemy w wiek pogwarancyjny, należy pamiętać o nakazie danym przez Andrzeja Poniedzielskiego: „Starość musi się wyszumieć”. Bo czasem młodość przychodzi z wiekiem (byleby nie trumiennym).


NOWE MIEJSCE NA MAPIE SOPOTU

LUKSUSOWE WNĘTRZA, PRZYJAZNA ATMOSFERA, TUŻ NAD MORZEM

Napisz z nami swoją historię. Odwiedź nas na www.mystorysopot.pl


STAROŚĆ. POWINNI TEGO ZABRONIĆ O TYM, ŻE MŁODOŚĆ JEST FAJNA, ALE Z WIEKIEM ZYSKUJEMY NIEPOKOJĄCĄ WOLNOŚĆ... KATARZYNA ZIELIŃSKA

56


ilustracja: Malwina Pycia

Siedzę nad niniejszym tekstem kilka dni po moich kolejnych urodzinach, więc tematyka młodości, starości i przemijania pojawia się u mnie niejako naturalnie. Nieunikniona następna już cyferka po trójce z przodu stała się faktem, więc – uwaga – będę się poniżej wymądrzać z perspektywy starej baby. A wszak wiadomo, że stare baby wiedzą lepiej. Mam ostatnio wrażenie, że co najmniej pół internetu jest o tym, czego nie wypada robić po trzydziestce. Wśród owych rzeczy zakazanych znalazło się np.: noszenie legginsów gdziekolwiek poza siłownią, noszenie koszulek z Batmanem generalnie pod żadnym pozorem i w żadnym miejscu, jedzenie czipsów i popijanie piwem, (metabolizm już nie ten), czytanie „Ch…owej Pani Domu” i stosowanie się do jej zasad, czy nieposia-

danie męża, dzieci (parki koniecznie!) i kariery. I, oczywiście, najważniejsze: trampki! Pozbyć się albo w ostateczności dyskretnie używać, kiedy idziesz wyrzucić śmieci. Ale na pewno nie do ludzi. Są też rzeczy nakazane: trzeba mieć świąteczną zastawę stołową, krzesła na 6 lub 12 osób (to akurat wiem z autopsji, bo posiadam tylko trzy i nad tym się powszechnie ubolewa), zapraszać gości, umieć gotować, a szafę zaopatrzyć w dobrej jakości must have’y takie jak trencz, klasyczne czarne szpilki i biała koszula. Nawet jeśli, jak ja, robisz w IT i możesz przychodzić do pracy w pidżamie i szlafroku. Jeszcze długo i wytrwale dałoby się wymieniać, co stare baby mogą, a czego nie, a co kategorycznie muszą... A figę z makiem, że tak staroświecko się wyrażę. Bo z wiekiem, oprócz zmarszczek, cellulitu


i zwolnionego metabolizmu, otrzymujemy (przynajmniej niektóre z nas) pewną supermoc: odkrywamy, na jak wiele rzeczy możemy mieć równo wywalone. Dlaczego niby nie powinnam chodzić w trampkach, jeśli to mój ulubiony rodzaj obuwia, a w szpilkach (także klasycznych, czarnych) poruszam się tak chwiejnie, jakbym wcześniej obaliła pół litra? To nie tak, że nie chcę dobrze wyglądać. Ja po prostu dobrze wyglądam właśnie w trampkach, dżinsach i tiszercie, a źle w szpilkach i białej koszuli. I zdecydowanie lepiej z plecakiem niż z torebką. Obawiam się, że taki stan rzeczy może się utrzymywać nawet do czterdziestki, albo i pięćdziesiątki, a może w ogóle do śmierci. Żeby była jasność – zdecydowanie nie udaję, że się nie starzeję, starzeję się, ale w trampkach! Swoją drogą, jeśli takie ostre zasady serwuje się trzydziestolatkom, to co będzie, jak otworzę internet po owej czterdziestce i pięćdziesiątce? Aż strach pomyśleć. Wkurza mnie podejście, zakładające, że jeśli nie dostosowujesz się wyglądem i zachowaniem do grupy wiekowej, do której należysz, oznacza to, że udajesz kogoś, kim nie jesteś i za wszelką cenę usiłujesz zaprzeczyć faktom i upływającemu czasowi. Nie ma opcji, że akceptujesz swoje lata, lubisz siebie, ale nie podoba ci się image statecznej matrony z fryzurą a’la brokuł i nie chcesz takiej wizji realizować. Uwielbiam natomiast nastawienie do starości, jakie reprezentuje Kasia Nosowska w jednym z felietonów zebranych w tomie “A ja żem jej powiedziała” (nadmieniam, że ogólnie książka jest genialna i czytam ją cyklicznie co jakiś czas, aby sobie przypomnieć co lepsze kawałki). Podejście to polega na przyjaznej akceptacji: “Starość, jako nieatrakcyjny koniec życiowego cyklu, od jakiegoś czasu jest zakazana. Wkrótce z tych samych powodów wyeliminowane zostaną: jesień, zima i niedziela. (...) Komu chcemy się tak bardzo podobać, że odrzucamy własne odbicie w lustrze? Tej najbliższej na świecie istocie mówimy “nie”. Stajemy w jednym rzędzie ze światem i piętnujemy własną twarz. Odmawiamy jej prawa do bycia sobą. (...) Wyobraź sobie, że wszyscy znikają. Czy ostrzyknęłabyś sobie czoło? Mnie by się nie chciało. Po co? Dla kogo? Z tego wniosek, że głęboko wewnątrz mamy luz z przemijaniem. Problemem są ludzie. Problemem jest akceptacja.”1 Skoro przemijanie jest nieuniknione, to nie róbmy z niego tragedii, weźmy je na klatę, a nawet polubmy swoją starość. Inspirują mnie niesamowicie starsze panie, które nie ograniczają się do “dożycia

swoich dni”, ale żyją w pełni, wykorzystując każdą chwilę na to, co sprawia im radość. Gdy w dzieciństwie przeczytałam pierwszą w życiu powieść Agathy Christie, której bohaterką była panna Jane Marple, pomyślałam od razu, że chciałabym nią kiedyś być. Choć pozornie ulegała angielskiemu konwenansowi właściwemu swojej epoce, to ostry jak brzytwa umysł i przenikliwość pozwalały jej wznosić się znacznie powyżej picia herbatek w gronie przyjaciółek i obgadywania kreacji znajomych na balu dobroczynnym. Przez lata obserwowuję różne starsze panie i zauważyłam, że nie tylko w literaturze można spotkać takie, które, zamiast przejmować się zmarszczkami, żyją jak chcą i mają w poważaniu opinię reszty świata. Bywam niekiedy na siłowni zewnętrznej w pobliskim parku (taka popularna rozrywka seniorek) i widuję tam naprawdę świetną ekipę pań na oko po sześćdziesiątce (facetów jakoś prawie nie ma, nie wiem dlaczego). Słucham czasem ich rozmów o wyjazdach do sanatoriów, na wycieczki, spotkaniach towarzyskich, randkach (“Dziewczyny, wybierzmy się znów do Ciechocinka, mam ochotę się zabawić”) i myślę sobie, że jesień życia to naprawdę może być ciekawy okres, w którym nic już się nie musi, a wszystko można, bo ma się czas (fajnie, jeśli nie brak także zdrowia i pieniędzy, ale na to trzeba zacząć pracować znacznie wcześniej). Na tę piękną wolność najpierw jednak musimy pozwolić same sobie: nie dać się wmanewrować w masę obowiązków względem rodziny, która chętnie wykorzysta potencjał czasowy starszej pani, zadbać za to o własne potrzeby i marzenia. Bo właśnie taką moc daje nam wiek – odkrywamy, że młodość jest w naszej głowie, a nie w PESEL-u i nie musimy już spełniać żadnych oczekiwań, niczego osiągać, z nikim się ścigać. Możemy się zwyczajnie cieszyć życiem. Ja w każdym razie tak zamierzam i w sumie nawet się raduję na tę perspektywę.

1

K. Nosowska, “A ja żem jej powiedziała”, Warszawa 2018, s. 106-107.


GENERA W LATACH 60. XX WIEKU POWSTAŁ SKLEP GAP, KTÓRY ZACZYNAŁ OD SPRZEDAŻY UBRAŃ INNYCH PRODUCENTÓW. TA MARKA MIAŁA WYPEŁNIĆ LUKĘ NA RYNKU – ANGIELSKIE SŁOWO „GAP” OZNACZA PO POLSKU „PRZEPAŚĆ”. INSPIRACJĄ DO JEJ UTWORZENIA BYŁA LUKA, WYNIKAJĄCA Z RÓŻNIC POMIĘDZY POKOLENIAMI DZIECI A DOROSŁYCH. DOROTA MAGDZIARZ

60


ACJA

Długo zastanawiałam się nad firmą, której historię chciałabym przedstawić w nawiązaniu do tematu numeru BE Young… Czy pisać o ubraniach dla młodych? A może o młodzieżowych sieciówkach albo o młodych projektantach? Czy w takiej sieciówce mogą ubierać się tylko ludzie do 25-tego roku życia? Czy w modzie w ogóle ważny jest wiek? Zdecydowanie uważam, że strój dopasowujemy do okazji a nie do metryki. Dlatego idealnie sprawdzają się ubrania takiej marki jak GAP, dla każdego – bez względu na PESEL, zasobność portfela i status społeczny.


Prawda jest taka, że granice wieku w modzie dawno się zatarły. Ubrania młodzieżowych, a w szczególności tak zwanych streetwearowych marek chętnie noszone są przez rodziców, natomiast eleganckie sukienki z butików dla pań nierzadko stanowią część stylizacji nastoletnich dziewczyn. Moda nie zna wieku ani granic. I za to tak bardzo ją lubimy. Ubrania marki GAP trudno zdefiniować wiekiem. To rzeczy, które może założyć każdy i nie narazić się na krytykę. Szyte na luzie, wywodzące się z motta marki Levi’s, która początkowo sprzedawała swoje produkty w salonach GAP – dla dziewczyn i dla chłopaków. GAP powstał w San Francisco w 1969 roku, ale dopiero w latach 80. zaczęto wprowadzać własne projekty, sygnowane logotypem GAP, który stał się charakterystycznym znakiem rozpoznawczym firmy. Gdy w ramach odświeżenia wizerunku próbowano go nieco zmienić, klienci wnieśli swój gorący sprzeciw i marka została przy starym logo. Ponieważ GAP tworzy ubrania dla każdego, niezależnie od przekonań i wieku, dzieli się na działy: ogólny, dla dzieci – Gap Kids, niemowląt – babyGap, GapBody – dla ciała, czyli bielizna i piżamy, Gap maternity – dla kobiet w ciąży, Gap accesories z dodatkami, GapMen – z kolekcją dla mężczyzn. Casualowa moda ze Stanów Zjednoczonych od lat stawia na prostotę w formie i absolutną wygodę jako warunek konieczny. Chinosy, bluzy, luźne spodnie, jeansy, swobodne sukienki, koszule, bawełniane topy i jeansy z wysokim stanem – to moda prosto ze sklepu

GAP. Każdy może znaleźć dla siebie coś fajnego, luźnego, niezobowiązującego lub coś do pracy, ale bezpretensjonalnego. Wykorzystywane materiały stworzone są wyłącznie z naturalnych włókien, a kolory to raczej barwy neutralne. Króluje minimalizm, także w formach oraz amerykański luz, nasuwający pozytywne skojarzenia. Gap generation – zjawisko socjologiczne, charakterystyczne w latach 60. stało się natchnieniem do stworzenia marki, która nie miała przed sobą celów innych niż produkowanie dobrych ubrań. Początkowo jej nazwa brzmiała The Gap, ale w latach 80., gdy firma zaczęła podupadać, właściciele zatrudnili do pomocy Millarda „Mickey” Drexlera, który skrócił nazwę i dopasował markę wykreowaną dla nastolatków do potrzeb rosnących wraz z wiekiem. Od tej pory asortyment stał się szerszy i skierowany do nieco starszych odbiorców. Tym samym GAP stworzył uniwersalny język mody dla każdego, kto lubi wygodę i luz, ponad podziałami pokoleniowymi.


włosy: Tomasz Marut, Barabara Książek, Klaudia Matysiak stylizacja: Wojciech Skulski / mua: Barbara Rębiś foto: Łukasz Sokół / modelka: Luiza Osam

Avant Après / ul. Kupa 5, Kraków / tel. 12 357 73 57 www.avantapres.pl


VINTAGE – NA PRZEKÓR ANIA WAWRZYNIAK | ZDJĘCIA: FELIX FOREST

64


Wydawałoby się, że pisanie o starych wnętrzach i meblach nie ma nic wspólnego z tytułem tego wydania. Nic bardziej mylnego, bo vintage dużym w skrócie, to druga młodość, przywracana rzeczom, które lata świetności mają dawno za sobą, a mimo to, nie straciły swojego unikalnego piękna. Fascynacja minionymi epokami miała swoje początki w modzie, jednak szybko znalazła zwolenników we wnętrzarskim świecie i została okrzyknięta odmianą stylu nowoczesnego. Hotel Mona Vale w Sydney powstał w latach 70. Dzięki przebudowie i adaptacji na obiekt gastronomiczny, zyskał nowe życie. Za jego nowy wizerunek odpowiedzialna jest pracownia Alexander&Co., która ma na swoim koncie kilka realizacji w stylu retro.


Celem projektu było uporządkowanie przestrzeni i przywrócenie mu klimatu rodem z epoki, kiedy hotel Mona Vale przeżywał swoją pierwszą młodość. Zabawa stylami wygenerowała wnętrze pełne niepowtarzalnego klimatu, gdzie urok galerii sztuki miesza się z nonszalancją loftu. Luz i sielskość nadmorskich domów łączy się ze skandynawskim modernizmem, który zauważamy w postaci designerskich mebli. Odkrytą cegłę na ścianach pomalowano na biało, podobnie jak drewnianą boazerię, która ciągnie się przez dwa piętra. Przestrzeń restauracji została otwarta na dwie kondygnacje, a widoczna konstrukcja stropu wypielęgnowana tak, by cieszyć oko. Otwartą kuchnię i ladę barową umieszczono w centralnym miejscu, aby klienci mogli podglądać kuchenną krzątaninę z wygodnych skórzanych foteli i sof. Na minimalistycznej, betonowej posadzce położono tkane kilimy i dywany w mocno kontrastującej kolorystyce. Do tego dużo modnej ostatnio zieleni w donicach, pozornie niepasujących do siebie kolekcji krzeseł, foteli i lamp oraz mnóstwo stylowych bibelotów.


fot. Joanna Szymańska

Drogie Siostry, Olga Tokarczuk w „Biegunach”, o których rozmawiałyśmy podczas ostatniego Klubu Książki Kobiecej, pisze: „Każda podróż może być traktowana jak wyprawa na biegun, nawet niewielka wycieczka, nawet przejażdżka miejską dorożką. Dziś – z pewnością nawet podróż metrem.” Każdego dnia ruszamy w podróż. Boimy się, ale idziemy do przodu. Przed Wami herstoria Moniki – kobiety w drodze. Z poważaniem, Katarzyna Szota-Eksner

Monika. Kobieta w drodze. Kiedy myślę o kobiecie, która szuka i nigdy w tym szukaniu nie ustaje, to od razu przychodzi mi do głowy Monika. Drobna, niska brunetka, o ciemnej karnacji, wszędzie wyglądająca „jakby była nie stąd”. Kobieta w procesie. W drodze. W zmianie. Fotografka i prawniczka. Sportsmenka. Pani prokurator od trudnych dziecięcych spraw. Mama trójki dzieci. Trochę wiedźma, trochę czarownica o niezwykle przenikliwych spostrzeżeniach. Wegetarianka od dwudziestu lat. Feministka. Poznałam ją piętnaście lat temu na internetowym forum dla mam. Bardzo chciałam mieć dzieci, to był ten moment. Na początku nie wychodziło, więc szukałam pomocy. Nasze forum stanowiło coś na kształt kobiecej grupy wsparcia, pisałyśmy o wszystkim, dzieliłyśmy się radami, zaprzyjaźniałyśmy się, organizowałyśmy spotkania na żywo i oczywiście raz na jakiś czas wybuchała awantura. Któraś się obrażała, ale zawsze wracała. Przyjmowałyśmy ją z powrotem z radością.

BE Woman

Każda z nas miała swój internetowy nick. Monika była Oncillą. Oncilla to dziki kot – piękny, smukły i drobny. Samotnik. Przez ten cały czas, kiedy rodziły się dzieci, przeżywałyśmy pierwsze ząbki, nocniki, przedszkole, szkołę, miałyśmy kontakt. Nasza internetowa społeczność zmieniła po latach swój charakter. Jak to w życiu bywa, pojawiły się kryzysy małżeńskie, rozwody, część dziewczyn jednak odeszła. Monika – Oncilla O kobiecej sile rozmawiamy piętnaście lat później, lipcowym popołudniem, na ławeczce z widokiem na pole i wczesne sianokosy. W miejscowości o nazwie (nomen omen) Silna Nowa, gdzie organizuję warsztaty jogi. Te piętnaście lat zmieniły mnie i ją. Wokół same kobiety. Pojawiają się poważne tematy, ale


przecież nie miała za wiele, szyła, dziergała. Znała się też na ziołach i wyplatała kosze. – Wiesz, że jeszcze w czasach „przedikeowskich” mieliśmy w domu dziergane dywaniki? Babcia Moniki nauczyła się tego sama. Zawsze powtarzała, że wszystko można, jeśli się tylko chce. Monika pamięta, jak towarzyszyła jej przy tych czynnościach. Do dziś pozostaje to dla niej inspiracją.

też się śmiejemy, a jedna z nas przywiozła karty do wróżenia. Dziewczyny siedzą na kocyku pod lipą, przechodzę obok, wracam z samotnego spaceru po lesie. – Kasia, teraz twoja kolej, losujesz. Wyciągam królika. Tego, który się bał. (Ach, tak bardzo chciałabym być specjalistką od kobiecej siły, ale najpierw muszę uporać się ze swoim wewnętrznym królikiem). Monika patrzy na mnie i uśmiechamy się do siebie. Ta, Która Wie, jest w nas.

– Co to dla Ciebie znaczy być silną kobietą? – Mieć odwagę i samoświadomość – odpowiada zdecydowanie i bez wahania. – Być jak woda, która drąży skałę i wydrążyć swój własny korytarz – dodaje. Monika od dawna drąży swój własny korytarz. Opowiada o tym, że kilka lat temu doświadczyła zawodu ze strony bliskiej osoby. I że to stało się dla niej impulsem do zmian. – To był taki test zaufania. Stoisz, wydaje ci się, że stabilnie, aż tu nagle upadasz do tyłu. Myślisz, że jest ktoś, kto powinien cię złapać. A okazuje się, że nikogo nie ma. I przewracasz się. – Trzeba zatem polegać głównie na sobie. Być silną, a nie ufać, że ktoś cię złapie – Monika jest bardzo stanowcza.

– Które z kobiet w Twojej rodzinie były silne? – Nie mam w rodzinie silnych kobiet – Monika odpowiada zdecydowanym głosem. – Jestem przekonana, że niesiemy przez życie traumy, które nie są naszymi traumami, ale tym, co dostałyśmy od mam i babek – dodaje po chwili. – To samoświadomość i samopoznanie dało mi ogromną siłę. Poszukiwanie, a potem zdanie sobie sprawy z tego jak unikać błędów, które popełniono na mnie. I niepowielanie ich. – Gdzie szukałaś? – dopytuję. I Monika opowiada, jak zrekonstruowała drzewo genealogiczne kobiecej części swojej rodziny (udało się jej dotrzeć aż do około 1790 roku) i to dziedzictwo okazało się dla niej bardzo ważne. Była mu zresztą zawsze wierna – zachowała swoje rodowe nazwisko, które przyjął jej mąż, a potem dzieci. Kobiety w rodzinie Moniki zmagały się z rzeczywistością. To był taki znój codzienny. Szarpanina. A tą, która dała jej dużo czułości była babcia. – Ona odnajdywała siłę w słabościach, na przykład w nieudanym małżeństwie. Nie znała innej drogi. To był brak wyboru, po prostu. Moja babcia i dziadek ze strony mamy to dla mnie ogromnie ważne osoby. Dali mi mnóstwo miłości w dzieciństwie. I dużo dobrych wspomnień. Akceptowali mnie całkowicie. Babcia opowiadała mi bajki, uczyła mnie patrzeć na przyrodę, kochać i szanować żywe stworzenia. Była córką ludowego artysty. Pradziadek Moniki rzeźbił, malował, grał na skrzypcach. Babcia w wolnych chwilach, których nie fot. Joanna Szymańska


– Co daje Ci ruch? Sport? Joga? To pytanie musiało paść, jesteśmy przecież na jogowym wyjeździe. Kryzys sprzed kilku lat rozwinął się w depresję. – Intensywna praktyka asan, czyli fizyczność pomaga. Bo jest wiele prawdy w tym, że depresja nie lubi ruchu. Jak nie było jogi, to Monika biegała albo sprzątała. Czyli czyściła przestrzeń. – Bo asany (pozycje jogi) są jak sprzątanie – układasz ciało w określony sposób. Stopy zakorzeniasz w ziemi i to psychicznie działa. A jak ktoś cię zawiedzie (wracamy w rozmowie do testu zaufania), to zawsze możesz zrobić mostek ze stania – śmiejemy się obie. Monika przeżyła jeszcze jeden poważny kryzys. Chciała zniknąć. Tak, żeby jej nie było. Nie przeszkadzać i nie zawadzać. Problemy z jedzeniem. Anoreksja. Jak przez mgłę pamiętam ją z tamtego czasu. Jeszcze szczuplejszą i bardzo smutną. Przeszła oczywiście terapię i cały czas pracowała też nad ciałem. Długa droga, ale bardzo rozwijająca. – Wiesz, po latach zrozumiałam, że przecież nie da się zniknąć. Nie wolno karać siebie. Jeśli będę budować swoją siłę, to stanę się bardziej sterowana od wewnątrz. Bo kiedyś byłam sterowana z ,zewnątrz, odbierałam negatywnie siebie w oczach innych. A ja myślę o latach, kiedy marzyłam o tym, żeby pisać, ale strach przed oceną bardzo mnie blokował. Tak bardzo, że nie byłam w stanie napisać samodzielnie dłuższego zdania. „Bałam się pisać, bo co ludzie powiedzą’’. Bałam się obnażyć, bo „przekształcanie milczenia w język i działanie jest aktem obnażenia siebie, a to zawsze wydaje się bardzo niebezpieczne”. Ale to szczęśliwie minęło. Dziś wiem, że pisanie przynosi mi przede wszystkim korzyść. (cyt za Audre Lorde „Siostra outsiderka”) – Karzemy siebie za to, co wydaje nam się, że myślą o nas inni – po chwili milczenia Monika wraca do naszej rozmowy. – A to jest przecież często iluzja! – wykrzykuję. – Oczywiście ustawienie radaru na innych jest dobre, ale… – Jestem empatyczna, ale stawiam granice, tak? – dopytuję. – O tak! I budzenie swojej siły, czyli przekonwertowanie cieni i słabości w siłę. A ja myślę o moich treningach i o tym, kiedy w martwym ciągu podnosiłam coraz to cięższą

BE Woman

sztangę i o tym, ile ten mój zwycięski ciężar dla mnie znaczył. I potem, gdy przebierając się w szatni, patrzyłam na napis: „Myślisz, że podnoszenie ciężarów jest niebezpieczne? Spróbuj być słaby. Bycie słabym jest niebezpieczne.” Uśmiecham się! Monice w przezwyciężeniu kryzysu ciała pomogła joga. – Bo w końcu zrozumiałam, że chcę współpracować ze swoim ciałem i nie robić mu już więcej krzywdy. (Obie uśmiechamy się do swoich ciał. Chodź, moje ciało. Stworzymy team.) Monika praktykuje systematycznie i dużo, to nie są dwie godziny zajęć tygodniowo. Ćwiczy z internetowym portalem jogi pół godziny – do godziny dziennie. Rodzina ją dopinguje. – Bo joga to dla mnie coś więcej, to rozkwitanie siły kobiecej. Praktykuję, szukam, czytam – jestem jogą, a joga jest mną (śmiejemy się obie). – Co myślisz o siostrzeństwie? O wzajemnym wspieraniu się kobiet? To działa? – Pytasz, czy dostałam kobiece wsparcie? Od siostry, od przyjaciółki – tak. Ale dostałam też mnóstwo wsparcia od facetów, braterskiego wsparcia. Niestety w moim życiu za krzywdzącymi mnie facetami stały krzywdzące kobiety – to boli najbardziej. Boli, bo to od kobiet spodziewamy się wsparcia. Czy istnieje zatem siostrzeństwo i lojalność kobieca? W internecie toczy się przecież tyle dyskusji między kobietami. Dyskusji pełnych jadu i złośliwości. – Baba babie babą i tylko czeka jak tu ugodzić jadowitym zębem – mówi Monika. – A gdyby tak ustalić odgórnie taki siostrzeński kodeks? – Czyli nie komentujemy złośliwie wyglądu innych kobiet? – pytam. – Nie lajkujemy postów o nieudanej kreacji Beaty Szydło, ani nie twierdzimy też, że to klimakterium posłanki Pawłowicz jest powodem jej zachowania. Czyli my same nie utrwalamy przedmiotowego traktowania kobiecego ciała. Spodziewamy się przemocy od mężczyzn, a przecież bardziej boli zdrada kobiet. Zresztą wokół kobiecej atrakcyjności narosło wiele szkodliwych mitów i oczekiwań. Bo czy bycie atrakcyjną wzmacnia


(a może osłabia) naszą siłę? – zastanawiamy się obie. Monika przywołuje obraz kalekiej kobiecości i symbolu naszych czasów – Marylin Monroe. W baśni o czerwonych trzewiczkach, którą obie z Moniką bardzo lubimy, Clarissa Pinkola Estes rozprawia się z tym symbolem i pisze o głodzie duszy i uzależnieniu. „Jeden rodzaj żywej, ukochanej czerwieni zostaje unicestwiony, kiedy buty, uszyte samodzielnie przez dziewczynkę, zostają spalone. To daje początek tęsknotom, obsesjom i ostatecznie powoduje uzależnienie od innego rodzaju czerwieni: czerwieni tanich dreszczyków, przelotnych uniesień i seksu bez miłości, czerwieni prowadzącej do życia pozbawionego głębszej treści.” („Biegnąca z wilkami”, Clarissa Pinkola Estes) Atrakcyjność nie może być kwintesencją kobiecości, bo to prowadzi ku zgubie. Obie jesteśmy tego pewne. Ale jeśli nawet jakiś epizod kończy się katastrofą, to nasze życie toczy się przecież dalej.

fot. Monika Burszczan

– Moniko, czego nauczyły Cię porażki? – Te z grubej rury są już, mam nadzieję za mną – śmieje się Monika – a poza tym chyba więcej krzywdy robią nam sukcesy. – Uważaj, bo spełnią ci się marzenia? – dopytuję. – Tak. Każde niepowodzenie to ważny nauczyciel. Czasem lepiej, gdy nam się nie udaje, bo trzeba szukać nowej ścieżki, a porażki uczą. Jesteśmy tu po to, żeby się uczyć. Brakuje nam czegoś do pełni, więc tam dostajemy łomot, gdzie jesteśmy najsłabsi. – To tak jak w sporcie? W praktyce asan? – Tak! Zmieniamy ułożenie ciała, perspektywę. Szukamy. Całe życie szukamy. – I dlatego trzeba sobie pomagać? – Może to jest właśnie siostrzeńswo? Inspiracja? Chciałabym być taką starą kobietą, do której przychodzi się po rady – mówi Monika. Łatwo mi wyobrazić ją sobie jako drobną zasuszoną staruszkę z długimi, siwymi włosami. – Mój brat, mąż, ojciec mówili mi: „Ty to jesteś taka silna, że zawsze dasz radę”. Być może dlatego zaczęłam budować się od środka, bo czułam, że to, co wewnątrz mnie, nie jest wcale takie silne. Podjęłam wyzwanie. Pewnego dnia kobieta staje wreszcie twarzą w twarz ze swoją własną siłą i w końcu przestaje się jej bać – dodaje z uśmiechem Monika.

… Po jakimś czasie Monika pisze do mnie: „Kasiu, wczoraj jeszcze rozmyślałam o kobiecej sile, o której rozmawiałyśmy. Bo zastanawia mnie, dlaczego postrzegam kobiety z mojej rodziny jako słabe, choć przecież jak te siłaczki ze wszystkim sobie radziły same mimo, że pozostały wrażliwe i połamane przez życie. Teraz jako silną i świadomą kobietę określiłabym moją siostrę. Piętnaście lat temu, zaraz po studiach pojechała do Londynu. Sama i w nieznane. Wtedy nie znała języka, jednak po latach pracy w angielskiej szkole jako nauczycielka, obecnie pracuje w agencji werbującej nauczycieli i właśnie dostała nagrodę dla Najlepszego Debiutującego w 2017 roku Pracownika. Jestem taka dumna z mojej młodszej siostry! Dlaczego zatem moje przodkinie nie były silne? Wciąż o tym myślę. Bo wiesz z drugiej strony ta kobieca moc to też uzdrawianie. Kobiety przecież uzdrawiają swoje dzieci. To my leczymy katary, kaszle i chore brzuszki. Uzdrawiamy swoich mężczyzn, rodziny i wreszcie społeczeństwa. Kiedy trzeba naprawiać, to kobiety stają na czele. Nie sposób jednak skutecznie tego robić, gdy same nie jesteśmy zdrowe – wtedy resztkę energii, jaka nam została, oddajemy innym. A my znikamy... Tak więc, żeby skutecznie korzystać z naszej kobiecej supermocy, musimy najpierw same się uzdrowić. Na poziomie ciała i psyche (bo to się przecież przenika). Prawdziwie silna kobieta to nie ta, która daje z siebie wszystko. Nie matka Polka, ofiarująca siebie, ale ta, która jest wsparciem i przewodniczką, bo ma w sobie stale bijące źródło własnej siły. I to jest chyba kwintesencja kobiecości. Ta kobieca siła przyciąga, daje mądrość i ukojenie, leczy i wzmacnia. Rozmawiałam przez te wszystkie lata kryzysów z wieloma kobietami i wiem, że to, za czym tęskniły, to właśnie mądre kobiece przewodnictwo. Bo co z tego, że ktoś nałoży ci własną maskę tlenową? Przeżyjesz, ale zostaniesz sama.” … Po naszych rozmowach w Silnej Monika kontynuuje naukę jogi. Kończy kolejne kursy, poznaje nowych nauczycieli. Być może kiedyś sama zostanie nauczycielką jogi. (Bo jest straszliwą arogancją robić świetne zdjęcia i trzymać je w szufladzie. Odpalanie świeczki od innej świeczki nic tej pierwszej nie robi. Moniko, inspirujesz!)

Katarzyna Szota-Eksner Prowadzi szkołę jogi Yogasana, ściśle współpracuje z Sunday is Monday i współtworzy gliwicki Klub Książki Kobiecej. Jak Polska długa i szeroka namawia kobiety do szukania (mimo wszystko!) siły w sobie. Spisuje herstorie kobiet z sąsiedztwa. Dziewczyna ze Śląska, joginka, wegetarianka, felietonistka i feministka. Autorka bloga www.her-story.pl


2


www.silesiacitycenter.com.pl Insta


BE YOUNG  

Magazyn BE www.bemagazyn.pl

BE YOUNG  

Magazyn BE www.bemagazyn.pl

Advertisement