Issuu on Google+

1


Copyright © 2015 Bartosz Adamiak

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części niniejszej publikacji jest zabronione bez pisemnej zgody autora.

Kontakt: bartosz.adamiak@gmail.com http://bartoszadamiak.com https://www.facebook.com/bartoszadamiakcom

Jeżeli spodoba Ci się ta książka, napisz o tym tutaj: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/257117/rae-ragis

2


3


4


Mżyło. Mai Ho Gwai jechał na swoim wierzchośle, kontemplując przyrodę. Po obu stronach drogi rósł piękny iglasty las, który pełen był paproci i wszelakiego, drobnego życia, nieodmiennie fascynującego Mai. Był bowiem entomologiem i od trzech lat wędrował po świecie w poszukiwaniu nowych gatunków owadów, których odkrycie przysporzyłoby mu bogactw, sławy i prestiżu. Tutaj, na zielonej północy, żyło ich znacznie więcej niż gdziekolwiek indziej. Nie przeszkadzał mu deszcz. Miał swoją zieloną pelerynę posiadającą tę niezwykłą cechę, że nie przepuszczała wody. Zakupił ją przed dwoma laty na targu cudów, od jednego cudzoziemca o ciemnej karnacji. Zapłacił za nią tyle, co za dobrego wierzchosła, ale warta swojej ceny. Dzięki obszernemu krojowi nie krępowała ruchów i pozwalała zabezpieczyć przed deszczem również sakwy i torby, w których przewoził swój specjalistyczny ekwipunek. Bez lęku mógł napawać wszystkie zmysły otaczającą go erupcją dzikiej przyrody. A także nadziejami na spektakularne odkrycia. Nagle tuż przed jego nosem przeleciał duży owad o zielonym zabarwieniu. Zawisł na moment, jakby przyglądając się przyrodnikowi, by po chwili rzucić się w dziki pęd wzdłuż drogi. – Och cudownie! – zaśmiał się badacz i klasnął w dłonie jak dziecko. Ze skórzanego chlebaka przytroczonego do pasa wyjął przyrząd pozwalający patrzeć w dal. Zakupiony zresztą od tego samego człowieka, od którego kupił pelerynę. 5


Droga przed nim pięła się ku górze i ginęła w zieleni. Niskie partie lasu gęsto porośnięte były paprociami i łopianem, co stwarzało doskonałe warunki lęgowe dla wielu znanych mu gatunków, a prawdopodobnie także i dla wielu innych, które miał dopiero poznać. Przez dłuższą chwilę obserwował wzgórze, lecz nie udało mu się zlokalizować wcześniej widzianego owada. Jego uwagę przykuło jednak coś innego. Zatrzymał wzrok na mchu porastającym kamienie u szczytu wzniesienia. Przysiągłby, że widział tam jakiś niewyraźny ruch. Być może był to tylko wąż lub jakiś inny płaz. – Hmmm... – mruknął z zaciekawieniem i kolejny raz przyłożył swoje szkło badawcze do oka. Liście łopianu ponownie zadrżały nieco, jakby poruszone przez zwierzynę przedzierającą się zaroślami. Mai przełknął ślinę pełen niepokoju i ciekawości. Zdawało mu się? Spojrzał jeszcze raz, lecz tym razem bez żadnego rezultatu. – No dalej, pokaż się... Podjechał kawałek bliżej i kontynuował obserwację. Był gotów postawić całe miesięczne wynagrodzenie z Uniwersytetu, że coś skryło się w tych krzakach. Coś tak płochliwego, że stara się za wszelką cenę pozostać niezauważone. Nagle ujrzał w obserwowanym miejscu rozbłysk. Niewielką, pomarańczową kulę światła, która pojawiła się w ułamku sekundy i znikła. Zaraz potem nad miejscem tym uniosła się chmura szarego dymu. Mai Ho Gwai nie zobaczył już niczego więcej. Dwie sekundy później odlana z ołowiu kula o średnicy orzecha włoskiego uderzyła w jego głowę, odrywając górną część czaszki na wysokości oczodołów. Rzadka krew tryskająca rytmicznie z poszarpanych, sterczących jak spaghetti tętnic i kawałki szarego mózgu spływały po wodoodpornej pelerynie, a niespokojny wierzchosioł pró6


bował wyrwać się spod bezwładnego jeźdźca. Pozbawione znacznej części głowy ciało zsunęło się na ziemię, gdy echo huku wciąż jeszcze przetaczało się nad lasem. *** – Sprawdźcie, co to za wypierdek – powiedział kapitan Coonts podnosząc się znad dymiącej rusznicy. – Dam sobie fiuta uciąć, że to szpieg. – Tak jest! – odezwał się człowiek leżący obok w krzakach. Wstał, otrzepał się z grudek ziemi i ruszył w dół zwinnym, lekkim krokiem. Poszczęściło mu się. Tym razem to on będzie mógł zatrzymać część rzeczy osobistych zmarłego. Coonts skierował swe kroki ku szczytowi wzgórza, gdzie w gęstwinach ukryty był tymczasowy obóz patrolu. Oddałby wiele za kubek gorącej, aromatycznej kawy, jednak zgodnie z wytycznymi, ich działania okryte były ścisłą tajemnicą. Nie palili ogniska, spożywali jedynie suchy prowiant, zaś przemieszczali się wyłącznie nocą i pieszo, po obozowisku nie pozostawiając absolutnie żadnych śladów. Kapitan usiadł pod drzewem, by móc wygodnie wypocząć i pociągnął kilka długich łyków wina z bukłaka przytroczonego u pasa. Spoglądało na niego sześć par zmęczonych oczu. – No i co tam Rudy? – zapytał nadbiegającego zwiadowcę. – Szpieg! Miał przy sobie kupę dziwacznego sprzętu. Jakieś takie tubusy... no chuj wie co. Na pewno nie był trubadurem. – Kolejny sukces – uśmiechnął się dowódca patrolu i wzniósł swój bukłak ku górze przepijając do pozostałych. Z krzaków wyłonił się kolejny zwiadowca w zielonej opończy. Zsunąw7


szy kaptur zajął miejsce pośród pozostałych, a ktoś natychmiast podał mu kawałek suszonego mięsa. Od drugiej strony przyszedł bukłak z winem. Kapitan Coonts nie musiał nic mówić. Spojrzał na niego wpychając sobie do ust niewielką pecynę tytoniu. – Pół dnia stąd na zachód widziałem obozowisko. Dwóch, albo trzech ludzi – relacjonował przybyły pogryzając skromną rację żywnościową – Nie maskują się za bardzo. Rozpalili ognisko i coś tam sobie pitraszą. Ten, który najbardziej rzucał się w oczy wygląda mi na niezłego zabijakę. Drugi to chudzielec i pokurcz. Mógłby być kupiec z obstawą, ale wyglądają jakoś tak nędznie. Może najemnicy szukający grosza albo wywołańcy, cholera wie. – Wywołańcy by się kryli – rzucił Rudy. – Gówno tam! - zawołał ktoś trzeci. – W każdym razie nie sądzę, aby oni przyszli z Rowling. To by było szaleństwo – dokończył zwiadowca. Kapitan splunął czarną od tytoniu śliną i wytarł usta w rękaw. Nie był zwolennikiem zbyt rozwlekłych dysput psychologicznych, bo i nie czuł się do tego w pełni kompetentny. Wiedział jednak dobrze, kto takie kompetencje posiada. Kłopot tylko w tym, aby podejrzanych osobników przedstawić tej osobie. – Weźmiemy ich żywcem. Na mękach wszystko pięknie wyśpiewają. *** Nocne niebo było czarne jak kawa pozbawiona zbędnych dodatków i naćkane miriadami gwiazd niczym plecy piegowatej dziwki. Ten właśnie widok (nieba... nie pleców dziwki) kontemplował Harry, w swoim obserwatorium na szczycie wzgórza, zwanego potocznie przez wszystkich „kundelkiem”. Nazwa ta wzięła się stąd, że wzgórze w istocie przypomina zwiniętego w kłębek kun8


delka. Ktoś dowcipny usiłował nazwać je „gównem olbrzyma”, ale nie przyjęło się. Harry obserwował niebo każdego wieczora. Uważał, że to jedyne, co może zrobić. Cywilizacja, której był przedstawicielem, dysponowała nowoczesną technologią: kosmicznymi radarami i systemami wczesnego ostrzegania, które były w stanie wykryć obiekt wielkości groszka, oddalony o wiele tysięcy lat świetlnych od ich planety. W obecnej sytuacji nie zostało już jednak nic więcej, co Harry uważałby za sensowne i możliwe do zrobienia. Wiszące nad światem zagrożenie miało niezwykłą, zagadkową i niebywale mroczną naturę. Ponure rozważania przerwał mu sygnał informujący o tym, że ktoś stoi przed drzwiami obserwatorium. Wykonał odpowiedni gest ręką i stalowa płyta bezdźwięcznie uniosła się ku górze. W otworze stał Dominik, lekko upośledzony, choć wierny asystent, którego Harry wziął pod swoje skrzydła wprost z domu dziecka. – Co jest tak ważnego, że przerywasz mi moje ponure rozważania? – Przyszedł komunikat z H33624 – Dom wyciągnął rękę z wydrukiem i wlepił wzrok w swojego szefa bezrozumnie niczym krowa. Harry z trudem przemógł swoje paskudne samopoczucie. Wstał, wziął kartkę i zaczął głośno czytać: Notatka służbowa 266 / H33624 (Pandemia) / Engmont Farasz Po piętnastu latach odzyskałem swój kaahc. Pomógł mi w tym niejaki Pablo Sauromata, przybysz z Ziemi. Trafił na Pandemię przez pomyłkę i obiecałem mu pomoc w powrocie na macierzystą planetę. Najprościej byłoby poderżnąć mu gardło. Wówczas odrodziłby się na Ziemi. Takie rozwiązanie mogłoby jednak być dla niego niesatysfakcjonujące, ze względu na zablokowanie dotychczasowej pamięci. Sądzę, że wolałby powrócić 9


jako on. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to reset Kuby Odbiornika, celem wykasowania jego ID z listy więziennej i odesłanie przez portal. Sauromatę oraz jego kompana przeniosłem do miasta Howard, skąd mogą wyruszyć do twierdzy. Sam wolałem nie ryzykować. Podobno ten teren nadal jest bardzo niebezpieczny. Proszę o potwierdzenie możliwości wykonania procedury wyrejestrowania więźnia. Pilne. PS: W razie braku odpowiedzi po prostu udam, że nic się nie stało. PS2: Poniżej załączam wcześniejsze notatki służbowe dotyczące stacji Rae Ragis, które nie zostały wysłane z powodu problemów technicznych. Notatka służbowa 263 / H33624 (Pandemia) / Engmont Farasz Mamy problem. Nastroje wśród górników są złe. Twierdzą, że warunki pracy są okropne a pensje za niskie. Ich zdaniem wydobycie staje się coraz bardziej niebezpieczne. Każdego miesiąca chowamy kilku z nich. Istnieje jednak poważniejszy problem: górnicy twierdzą, że na dole, w tunelach natrafili na coś dziwnego. Nie byli mi w stanie tego opisać, ale nie chcą tam wracać. Niestety domyślam się, co to może być. Przywódca buntu to bardzo charyzmatyczny i odważny człowiek. Nazywa się Larry Gorman. Wyszedł kilka dni temu na powierzchnię i powiedział, że wydobycie zostało wstrzymane do czasu, aż górnicy otrzymają broń, a pensje zostaną podwojone. To niedorzeczne. Proszę o pilne instrukcje. Notatka służbowa 264 / H33624 (Pandemia) / Engmont Farasz Minął miesiąc od mojej ostatniej notatki. Zorientowałem się, że z jakiegoś powodu nie została ona wysłana. Zważywszy na obecną sytuację panującą w Rae Ragis, jest to chyba raczej zapis, który w przyszłości pozwoli wam rozwi10


kłać tę ponurą zagadkę. Nie rozumiem, co dzieje się z Kubą Odbiornikiem. Chyba postanowił mnie zabić. To potwierdza moje wcześniejsze obawy. Część górników z Gormanem na czele, zabarykadowała się w zbrojowni. Reszta pozostała pod ziemią, choć lada chwila mogą również wyjść. Wraz z ludnością cywilną skryliśmy się w budynkach głównych fortyfikacji i czekamy. Panujemy nad spichlerzem, co wydaje się być budujące. Jednak może też nas zgubić, jeżeli górnicy zapragną dostępu do żywności. Planuję rychłą ewakuację. Notatka służbowa 265 / H33624 (Pandemia) / Engmont Farasz Dziś wieczorem opuszczam Rae Ragis wraz z moimi najbardziej zaufanymi ludźmi. Zmusiły nas do tego wydarzenia, które mają miejsce już od trzech dni. Górnicy zaatakowali. Kuba Odbiornik zachowuje się jak ostatni kretyn. Brak współpracy z jego strony ostatecznie zadecydował o mojej ewakuacji. Opuszczam Rae Ragis, choć wiem, że nieprędko się o tym dowiecie. Gdybyście kiedyś stwierdzili, że niepokoi was całkowity brak kontaktu z Pandemią, mam nadzieję, że przybędziecie z dużą grupą bojową. Nadzieja. Tylko to mi zostało. Gdy Harry skończył czytać, zgniótł kartkę i wrzucił do kosza. – Co za pierdolony mazgaj – powiedział. – Jakie są wytyczne? – Brak wytycznych. Nie czytałeś? To sprawa archiwalna. Kiedyś wyrżnięto załogę stacji H3324, a teraz ten dupek ma jakiegoś przybysza z innej planety, któremu obiecał gówno w kształcie gwiazdki z nieba. Mamy dużo poważniej11


sze problemy i nie zamierzam poświecić ani sekundy więcej tej sprawie. Zapadła chwila milczenia. Harry wrócił do tego, co jeszcze przed chwilą tak bardzo go trapiło. Właściwie próbował do tego wrócić, ale nie pamiętał, co to było. Przygryzł zausznik swoich okularów wpatrując się w nocne niebo, gdy nagle spostrzegł, że Dominik nadal znajduje się w pomieszczeniu. – Coś jeszcze? – Ten Farasz... to właściwie żywa legenda. – Legenda srenda! – zniecierpliwił się prefekt. – Słuchaj, pierwszy raz o nim słyszę. Nie mam zielonego pojęcia, kto to jest. – Nie czytał pan słynnego poematu „Pieśni jesiennych wiatrów”? To o nim. To on był tym niosącym prawdę wśród zbrukanych. Oczywiście z powodu pewnych kontrowersji utwór ten jest obecnie zakazany, ale... – Szczerze Dom? Gówno mnie to obchodzi. Naprawdę. Dominik stracił rezon. Prefekt był dobrym człowiekiem, z reguły uwrażliwionym na niesprawiedliwość społeczną. Ostatnie trzy tysiące lat było dla ludzkości ciężką próbą. Wewnętrzne podziały oraz inwazja Gretów sprawiły, że inaczej patrzyło się na pewne sprawy. Czasy były ciężkie. – Jeżeli to wszystko Dom, zejdź proszę na dół i poinformuj moją gosposię, że nie wrócę na noc – Harry zdjął okulary, potarł oczy i westchnął. Dominika martwiły te noce, które jego szef spędzał sam w obserwatorium. Prefekt niewiele wówczas jadł, spał raptem po dwie, trzy godziny, najczęściej siedząc na krześle. Pod oczami rosły mu wielkie, ciemne doły jak u zmarłego, a z dawnego brzuszka nic już nie zostało. – Czy zobaczymy się na śniadaniu? – Idź już do cholery! – wrzasnął Harry. – Świat się kończy, a ty mi pieprzysz o jakimś śniadaniu i pieśniach jesiennych wiatrów! Za sto, dwieście lat nie będzie już niczego! Zrozumiałeś? Niczego! 12


– Jeżeli odmówi pan przyjmowania posiłków, nie będzie dane panu tego zobaczyć – wybąkał nieśmiało asystent. Prefekt usiadł i opanował się. – Masz rację, przepraszam – powiedział. – Powiedz Juanicie, że zejdę na śniadanie punkt dziewiąta. Niech zrobi jajka na bekonie i trochę tych śmiesznych parówek z łatami. – Pakrówek? – Tak. Wywołują u mnie straszne, jesienne wiatry – roześmiał się po raz pierwszy od wielu godzin. Nie był to jednak dobry śmiech. Był to śmiech człowieka całkowicie pozbawionego nadziei. Człowieka, który nie ma już niczego. *** Mniej więcej w tym samym czasie miasto Howard pogrążone jest jeszcze we śnie. A ponieważ mamy chwilę nim słońce wzejdzie, pozwólcie, że opowiem co nieco o tej – jak ją nazywają – perle północy. Przydomek ten zresztą jest w pełni zasłużony. Howard stanowi bowiem niezwykle rzadki na Pandemii przypadek miasta, które jest ładne. Nie zostało ono zbudowane od tak. Zaprojektowali je niemal od zera, najwybitniejsi architekci tego świata. Przez lata dbano o to, by rozbudowa odbywała się w sposób harmonijny i zgodny z pierwotną wizją. Kolejni merowie miasta zatrudniali całe dywizje estetów, ściąganych tu z całego świata. W odróżnieniu od dzikich miast południa, Howard posiadało także dziesiątki udogodnień technologicznych, takich jak choćby kanalizacja, dzięki której gówna nie spływały ulicami. Główne arterie miasta były pokryte brukiem i oświetlone lampami gazowymi, co z kolei sprawiło, że wielu znakomitych re13


stauratorów otwierało swoje przybytki w co bardziej ruchliwych bądź nastrojowych miejscach. Gdyby zaś chcieć poszukać jakiś odpowiedników Howard na Ziemi, byłaby to zapewne dość egzotyczna mieszanka wczesnośredniowiecznego Konstantynopola z dziewiętnastowiecznym Londynem i... O! Właśnie pojawiają się pierwsze promienie słońca. Zdziwicie się, bo w odróżnieniu od Tomwil, nie ma tu wszechobecnego smrodu fekaliów.

I Musfair Kaban, zwany przez znajomych Szakalem, zbiegał zwinnie po krętych schodach prowadzących do lochu. Jego kolczuga dzwoniła przy każdym skoku, co budziło w nim irytację, jednak starał się z nią nigdy nie rozstawać. W jednej dłoni dzierżył pochodnię, drugą zaś zaciskał na przypiętym u pasa mieczu. Oręż ten podarował mu ojczym, zaś jemu dał jego ojciec. Dziadek otrzymał tę szlachetną broń, gdy rozpoczynał swoją służbę w straży Rae Ragis. Miecz wykonany był z legendarnej, niebywale wytrzymałej stali produkowanej w twierdzy. Bardzo rzadko wymagała ona ostrzenia, zaś gdy już głownia uległa przytępieniu, ostrzyło się ją bajecznie lekko. Wystarczyło raptem kilka pociągnięć osełką i przejechanie po skórzanym pasku, by z łatwością urżnąć łeb dzikusowi z Rowling. Przy solidnych wrotach na dole Szakal ujrzał dwóch tępawych osiłków, od których cuchnęło przetrawionym winem i brudem. Gdyby chciał, zapewne ominąłby ich bez trudu, nie dobywając nawet oręża, jednak... – Szakal? Myślałem, że przenieśli cię do gwardii mera – powiedział jeden z dyblasów – co tutaj robisz? 14


– Przepuść mnie! Pilna sprawa! – No tak. Teraz jesteś panisko i nie poznajesz dawnych kolegów ze straży, co? Dopiero teraz Musafir dostrzegł, że rozmawiał z tym gościem ze straży... jak on się zwał? Ktośtam Black. Istotnie służyli razem, ale nie nazwałby łączącej ich relacji nawet koleżeństwem. – Otwórz mi Black. To naprawdę pilne. – Oczywiście jaśniepanie – odparł wartownik głosem pełnym wzgardy. – Jak pilne, to pilne. Jak widać pilniejsze, niż zapytanie kolegi o zdrowie małżonki... Klucz przekręcił się w drzwiach i Kaban ruszył w otwierającą się przed nim ciemność. Długi tunel oświetlony był zaledwie kilkoma pochodniami rozmieszczonymi co kilkadziesiąt kroków. Panowała tam wilgoć oraz wszechobecny smród będący mieszanką aromatów pleśni, ludzkiego brudu oraz odchodów. Z oddali dobiegało niemrawe światło oraz niesione echem okrzyki przesłuchiwanego. Za sobą zaś ciągle słyszał głosy wartowników. – Patrz pan, jak to się ludzie zmieniają jak tylko dostaną trochę więcej forsy... – Nawet mi nie mów. *** Jarren Forshall pracował w więziennictwie praktycznie od zawsze. Lubił tę robotę, choć niewątpliwie wymagała od niego odporności na stres, pełnej dyspozycyjności oraz zdolności interpersonalnych. Często musiał pociągnąć kogoś za język. – Kim jesteś? Jak się nazywasz? Gadaj gnoju, bo każę wyrwać ci język! 15


– Już mówiłem! Już wszystko wam powiedziałem... Mężczyzna podwieszony za wywinięte do tyłu ręce wyglądał jak siedem nieszczęść. Najwyraźniej sesja zapoznawcza trwała już kilka, czy kilkanaście godzin. Świadczyły o tym liczne rany na całym ciele, zadane prawdopodobnie zwyczajnym batożkiem, który teraz tkwił w dłoni Forshalla. – Skąd się wziąłeś w okolicy Howard szpiegu? I jeśli nie masz gówna zamiast mózgu, lepiej zacznij w końcu gadać prawdę! – Przyjechałem z południa. – Masz mnie za jakiegoś pieprzonego debila? Łżesz jak pies! Ukrywaliście się w lesie i szykowaliście zasadzkę na nasz patrol! Do pomieszczenia wkroczył Musafir Kaban. Jarren spojrzał na niego, po czym odłożył batożek na stół, zdjął skórzane rękawice i wyciągnął dłoń do powitania. – O, witaj Szakalu. Widzę, że sam mer zainteresował się moimi gośćmi? – Co to za jedni? – Musafir nie chciał tracić czasu na kurtuazyjne powitania. – Drużyna kapitana Coontsa znalazła ich wczoraj w lesie, na południe od Howard. Tego z tym drugim – wskazał innego więźnia zakutego w dyby. – Był tam jeszcze jeden, którego trzymamy osobno. Chyba ich śledził. Może kontrolował. To na pewno szpiedzy z Rowling. Zaghator przysłał ich, aby zbadali nasze zabezpieczenia. Szakal spojrzał na domniemanego szpiega. Miał nieco obwisły brzuch i był dość stary. Na oko ze sto, sto dwadzieścia lat. Nawet Zaghator nie był aż takim kretynem, by wysyłać na przeszpiegi grubego starca. Podzielił się tą uwagą z Jarrenem. – Rzeczywiście – odparł Forshall. – Ten stary tłuścioch nie przebiegłby Areny od brzegu do brzegu. Nawet nie mieli przy sobie mapy. To jacyś nieudacznicy. 16


– Hej, przynajmniej nie robię ludziom kręcenia suta rozpalonymi szczypcami – zaprotestował Pablo Sauromata. – Poza tym kogo nazywasz staruchem? Jarren spojrzał na Musafira wywracając oczami i załamując ręce. Zbliżyli się do drugiego pojmanego. Ten zdecydowanie bardziej odpowiadał wyobrażeniu szpiega. Był młody i wysportowany. – Mówiłeś, że nazywasz się jak? – zapytał Forshall starając się, aby ton jego głosu brzmiał możliwie jak najbardziej lekceważąco. – Brot. – Brot? Cóż za cudaczne imię. W zeszłym roku miałem lochę, którą tak nazwałem, ale sąsiad ciągle usiłował ją gwałcić, więc oddałem pod nóż. A że praktycznie udało mu się zrealizować swoje zamiary, wyrzuciłem całe mięso na gnojownik. Bo się brzydziłem. – Do rzeczy – zniecierpliwił się Musafir. – Podobno mieliście przy sobie bardzo nowoczesną broń. Coś jakby krócica, ale nie ładowana od przodu, lecz zasilana maleńkimi ładunkami zawierającymi pocisk. Skąd to wzięliście? – Nie mam pojęcia szefie – odpowiedział Brot. - To wszystko zabawki Pabla Sauromaty. Już wam mówiłem, że przyłączyłem się do niego tuż przed tym, jak zostaliśmy przeniesieni do tego lasu. – Zaraz powie, że taką broń można zakupić w każdym sklepie turystycznym – zaśmiał się Jarren – znam tych skurwieli aż za dobrze. Szakal zignorował tę uwagę. Potarł swoją czarną jak węgiel brodę. – Jak to przeniesieni? Użyliście czarów? – zapytał po chwili. – Tak. Mówiłem już wszystko wcześniej koledze, który rusza ustami w czasie czytania – Brot wskazał podbródkiem Forshalla. – Gdy uciekałem z Tomwil, spotkałem Pabla Sauromatę i poprosiłem go o pomoc. Wziął mnie ze sobą pod warunkiem, że pójdę do niego na służbę. – Na czym ta służba miała polegać? 17


– No na przybyciu tu, na północ. Nie zdradzał szczegółów, a ja nie pytałem, bo miałem na karku pościg. Na pustyni spotkaliśmy starca, a ten otworzył magiczny portal, po przekroczeniu którego znaleźliśmy się w waszym lesie. Trochę pobłądziliśmy, rozbiliśmy jakieś prowizoryczne obozowisko, no a później zjawili się wasi ludzie i skuli nam mordy... Zakładając, że mówią prawdę o Tomwil – pomyślał Musafir Kaban – na pewno nie są szpiegami Zaghatora. Jednak nie wolno im ufać. Zwłaszcza, kiedy w grę wchodzą czary. Być może Pustynna Kraina także chce zaatakować północ. – Jak nazywał się czarownik! – Nie pamiętam. Chyba nie podawał swojego imienia. Człowieku, to był naprawdę popieprzony dzień. Chcieli mnie zlinczować. – Co zrobiłeś? Jesteś banitą? Wywołańcem? – zapytał Jarren Forshall gładząc swój batożek z nadzieją. Brot przełknął ślinę. Opowiadanie o poderżnięciu gardła burmistrzowi Tomwil chyba nie postawiłoby go w dobrym świetle. A najwyraźniej uczestniczył w czymś w rodzaju przesłuchania przed procesem. – Służyłem burmistrzowi, ale wybuchły zamieszki. Hasterisk Fjutgaardt został zamordowany przez rozwścieczony tłum, a ja cudem zdołałem uciec! *** – Trzeci podejrzany jest kompletnie szalony. Twierdzi, że był sługą smoka i czarnego rycerza – skończył referować Musafir Kaban stojąc na środku sali głównej ratusza, wypełnionej teraz ludźmi. Mer miasta, Honoracjusz Pickermann milczał, a jego twarz przybrała strapiony wyraz. Był już starcem. Jego włosy były siwe i rzadkie. Siedział zgarbio18


ny w swym krześle i wspierał się na kosturze, na szczycie którego osadzony był orzeł, symbol miasta Howard. – Z waszych słów wynika, że pojmaliśmy trzech ludzi – powiedział zachrypniętym głosem starzec. Salę przepełniało oczekujące milczenie. – Trzech ludzi – powtórzył jakby zapomniał, o czym mówił. Gdzieś na balkonie po prawej stronie rozległy się cichy chichot. Musafir zwrócił na to uwagę. Wiedział, że wśród zauszników i klakierów mera sporo jest takich, którzy po kryjomu szydzą ze starca i uważają go za obłąkanego dziadygę. Gwardzista wierzył jednak, że w głowie Pickermanna wciąż tliła się iskra, będąca przejawem ponadprzeciętnej bystrości umysłu. To właśnie merowi Howard zawdzięczało lata spokoju i bezpieczeństwa. – … i nie ma sposobu, by ustalić czy kłamią, czy mówią prawdę – kontynuował Honoracjusz słabnącym głosem. Ktoś podbiegł i podał kielich z winem. Mer napił się kilka łyków i oddał kielich w ręce sługi. Inny w tym czasie przytrzymywał kostur, a jeszcze inny wychylił się zza kotary z pytającym wyrazem twarzy, dzierżąc w dłoni nocnik wykonany z brązu. Kabanowi przykro było patrzeć, jak człowiek, któremu tak wiele zawdzięczał, traci resztki godności. Klęcząc na jednym kolanie na środku sali modlił się, by Pickermann nie wyzionął ducha. Powszechnie wiadomo było, że w mieście istnieją stronnictwa przeciwne merowi. Wiadomo też było, że wśród stronnictw tych są i takie, które utrzymują kontakty z Rowling. A wśród nich znajdowało się jedno czy dwa, które chętnie widziałby merowski kostur w rękach Zaghatora. Oni byli tu tego dnia, w sali głównej ratusza. Patrzyli z balkonów. Byli uzbrojeni, bo stojących u szczytu władzy nie obowiązywały te same zasady, które wiązały zwyczajnych, prostych ludzi. Jako członek gwardii wiedział 19


o tym doskonale, lecz nie mógł z tym zrobić absolutnie nic. Gdyby Pickermann wyzionął ducha w tej chwili, natychmiast rozległby się szczęk wyjmowanych ostrzy. Wywiązałaby się bezlitosna walka, a potem najsilniejszy przejąłby władzę. Bez względu na to, kto by wygrał, wewnętrzny podział osłabiłby miasto i naraził na ataki z zewnątrz. Jednak nic takiego się nie stało. Mer kontynuował swoje przemówienie. – Należy oddać ich... – wszyscy zamarli w skupieniu – wyroczni. Słuchacze odetchnęli z ulgą. Radykałowie bali się, że Mer postanowi uwolnić szpiegów, choć sami woleliby zapewne natychmiastową, publiczną egzekucję. Wyrocznia była bezpiecznym kompromisem pomiędzy rozwiązaniami, które rozgniewałyby większość stronnictw. Nieprzenikniona mądrość wciąż tam jest – pomyślał Musafir i uśmiechnął się. *** Pablo i Brot zostali przeniesieni do małej, ciasnej celi. Była ona jednak znacznie bardziej komfortowa niż tymczasowy loszek, gdzie prowadzono przesłuchania. Pablo przywykł już do surowych warunków na Pandemii, więc tej celi był skłonny dać nawet ze cztery gwiazdki. Na czterech metrach kwadratowych znalazło się nawet trochę siana do spania, a pod sufitem znajdowało się maleńkie okienko, które dawało odrobinę światła. W rogu wprawdzie leżała kupka odchodów po poprzednich lokatorach, ale ich smród był drażniący ledwie przez kilka pierwszych godzin. Pablo zakładał, że znajdują się w podziemiach zamku czy ratusza. W każdym razie czegoś, co stanowiło siedzibę władcy Howard. Niestety kiedy ich pojmano mieli na głowach czarne worki, uniemożliwiające zaobserwowanie 20


trasy. – No i masz tę swoją północ – powiedział gniewnie Brot. – Po co tu przyjechaliśmy? Po śmierć w lochu? Zgnijemy tutaj jak pospolici przestępcy! – Spokojnie Brot. Słyszałeś, co powiedział klawisz. Zostaliśmy oddani wyroczni. A wyrocznia, jak to wyrocznia, z pewnością będzie znała nasze prawdziwe zamiary, które przecież są czyste jak łza – zaśmiał się Pablo. – Nigdy nie byłem w Rowling, a ty? Jeśli nie, to nie mamy się czego obawiać. Nie byłeś, prawda? – Skąd wiesz, czym jest wyrocznia? Przyprowadzą nas do jakiejś starej jędzy, która stwierdzi, że jej się nie podobamy i każe nam obciąć kutasy, żeby je sobie potem zeżreć albo zasuszyć na kompot. Pablo wstał by rozprostować kości. W wyniku tortur poniósł kilka drobnych obrażeń, które dawały mu się we znaki, gdy za bardzo się zasiedział. Dostrzegał jednak pozytywne aspekty swojej sytuacji. Na przykład dużo przyjemniejszy klimat, niż na południu. W Howard było chłodno, lecz nie tak chłodno, by było to uciążliwe. Po prostu dało się normalnie funkcjonować. – Przynajmniej nie gwałcą – mruknął Pablo. – Kiedy w Pustynnej krainie pojmali mnie łowcy niewolników, myślałem z początku, że to Al-Kaida, a później, że to tacy goście jak w Pulp Fiction. – W czym? – Nie widziałeś. Nagle drzwi do celi otworzyły się z przeraźliwym piskiem, a strażnicy wepchnęli do środka starszego mężczyznę. – Witajcie, tak się cieszę... – Kim ty kurwa jesteś? – zapytał Brot, w którym od razu wezbrał gniew. Widział tego człowieka w chwili, gdy ich pojmano, ale nie mógł zrozumieć skąd się tam wziął, ani co robił. 21


– Przepraszam, chyba wpędziłem nas wszystkich w kłopoty – zaśmiał się starzec. – Nazywam się Klaus. Byłem sługą Morgwila, ale kiedy został on zgładzony, zresztą przez ciebie panie – spojrzał na Sauromatę – musiałem opuścić okolice Tomwil, bo okoliczni mieszkańcy mogliby chcieć dobrać mi się do skóry. – Skąd pewność, że my nie dobierzemy ci się do skóry? – rzucił Brot. – Wskoczyłeś za nami w portal, a potem przez twoją nieostrożność namierzyli nas ludzie z Howard? Skąd wiesz, że ktoś ci tu pod celą nie wepchnie szczotki do zębów pod żebro? – Przepraszam, ale musicie mnie zrozumieć. Smok mnie nastraszył... Pablo strapił się. – No już dobrze. Uspokój się Brot. To taki sam uciekinier jak ty. Nie widzę przeszkód, dlaczego nie miałby dołączyć do naszej wesołej kompanii. No, może poza jedną: co będzie, gdy staniemy przed wyrocznią? Ja i Brot mamy czyste intencje. Ale ciebie Klaus nie znam i za cholerę nie wiem, co tak naprawdę zamierzasz. – Skończ już z tą wyrocznią – prychnął Brot. – Z tego nie będzie nic dobrego. Odszedł w kąt z rękami w kieszeni, a następnie zdjął spodnie i wypróżnił się na podłogę. W celi rozszedł się ohydny smród. Pablo i Klaus odsunęli się z niesmakiem. – No przepraszam! Chciało mi się od wczoraj, ale byłem w dybach. – Jesteś niekulturalny! – prychnął Pablo. – Nie mogłeś poczekać, aż wyrocznia oczyści nas z zarzutów i będziemy wolni? ***

22


Wyrocznia nie była wiekową wiedźmą. Nie była też grupą nagich nimf zanurzonych w świętym jeziorku. I powiedzmy sobie szczerze: wyrocznia nie była nawet staruszką piekącą ciastka. Pablo, Brot i Klaus zostali wyciągnięci z celi, a następnie powleczeni ulicami miasta jak zwierzęta prowadzone na rzeź. Stojący po obu stronach drogi mieszkańcy obrzucali ich wyzwiskami, zgniłymi jajami i gównami. Nie musieli znać aresztowanych, ani nawet wiedzieć, za co właściwie zostali pojmani. To była taka mała tradycja, która pozwalała oderwać się od codziennych, zwyczajnych trosk. Katorżniczy marsz zakończył się przed potężnym amfiteatrem, przypominającym nieco rzymskie Koloseum. Tyle, że oczywiście nikt nie zdążył jeszcze napisać na nim markerem „Byłam tu. Gosia”. Przed amfiteatrem gromadzili się ludzie, którzy w oczekiwaniu na otwarcie bram robili zakupy przy licznych straganach rozstawionych wokół obiektu. Było tam wszystko od jaszczurek na patyku, poprzez wszelakie alkohole, na odzieniu kibica skończywszy. Prawdziwą furorę robiły wielkie rękawice z napisem „zniszczcie ich”, oraz „damy wasze zwłoki dzikusom do zgwałcenia”. Aresztantów wprowadzono osobnym wejściem, które strzeżone było przez dwóch rosłych strażników z włóczniami. Długi tunel prowadził do pomieszczeń, w których kazano im się przebrać w jednolite, jasne tuniki oraz wysokie sandały. Potem przeprowadzono ich do celi, która jednak wcale nie była celą. Jedna z jej ścian okazała się być bramą, za którą był już tylko ubity piach areny. Pablo wyjrzał przez szpary między deskami i ujrzał, że ławki na widowni były jeszcze puste. Zamierzał właśnie wyrazić swoje oburzenie w tej kwestii, gdy drzwi pomieszczenia uchyliły się i wewnątrz znalazło się jeszcze dwóch więźniów: rosły, brodaty bandzior oraz niski, wątły młodzieniec o podkrążonych oczach. Strażnicy wnieśli także podłużny, owinięty szmatami pakunek, 23


który po rozwinięciu okazał się zawierać stare zardzewiałe miecze. W kącie stało wiadro wody oraz drugie, zawierające coś, co przypominało fasolę z ryżem. – Nie jedzcie! – przestrzegł wszystkich Brot – Jeżeli zostaniecie ranni w brzuch, macie większe szanse na przeżycie, gdy wasze kiszki będą puste. Pablo kończył właśnie wylizywać swoją miskę. Był piekielnie głodny. Nie zjadł porządnie chyba od dnia, kiedy Farasz przeniósł ich na północ. – Skąd tak daleko idący wniosek, że możemy zostać ranni? – zapytał wycierając usta fragmentem tuniki. – Jeżeli nie zamierzasz tego jeść, ja chętnie wezmę twoją porcję. Jeszcze chwila, a padnę z głodu tutaj, w tej szopie. Brot machnął ręką z rezygnacją, a Klaus odruchowo zabrał swoją miskę i przesypał jej zawartość do kieszeni znajdującej się po prawej stronie tuniki. – Zjem później – poinformował wszystkich, gdy zorientował się, że jest obserwowany. Wysoki barbarzyńca roześmiał się. – Nie będzie żadnego później starcze! Zginiemy z mieczem w dłoni, jak prawdziwi wojownicy, walcząc z jaszczurami. I trafimy do okrężnicy Wielkiego Hoga, gdzie przebywają nasi ojcowie. – Z jaszczurami? – zapytał Brot. – Gady. Wielkie jak świnia i żarłoczne jak stado wygłodzonych lwuśnic. Brot uniósł do góry jedną brew, a następnie skierował swój wzrok w stronę zardzewiałych mieczy. Nie były szczególnie ostre. Od biedy można było nimi zadać rany kłute, ale cięcia pozostawały w sferze mrzonek. W tym właśnie momencie na dobre zaczął żałować tej całej eskapady. – Kretyn ze mnie. Pieprzony kretyn. Mogłem uciekać na własną rękę, na pustynię... Do dzikusów. – Mogłeś – powiedział Pablo z pełnymi ustami, a pojedyncze ziarnka fasoli wypadały mu na ziemię – ale wtedy straciłbyś niepowtarzalną okazję ubicia 24


kilku jaszczurek. Barbarzyńca znów się roześmiał. – Podobasz mi się grubasku. Skoro przyszło nam razem walczyć i umierać, poznajmy się. Jestem Gorgoroth, syn Grogototha. Barbarzyńca. Wszyscy przedstawili się. Wszyscy poza tym tajemniczym młodzianem, który wciąż siedział w kącie i obserwował arenę przez szparę w drzwiach. Trudno było orzec, czy przemawiał przez niego spokój czy paraliżujący strach. – Młodzieńcze – zagadnął Klaus. – Jak ci na imię? – Harold. – Harold? Trochę niemęsko – zaśmiał się Sauromata. – Pablo Sauromata też dupy nie urywa – odgryzł się młody. – Wymyślanie pseudonimów jak widać nie jest sztuką łatwą. Nie mieli czasu na dłuższe docinki, bo nagle wrota zaczęły się uchylać. Złapali za miecze i ustawili się w oczekiwaniu. – Wychodźcie, nie bójcie się! – zawołał ktoś z zewnątrz. Na trybunach siedziało już trochę ludzi. Głównie znudzeni arystokracji w bogato zdobionych szatach. Objadali się udkami kurczaka z blaszanych wiaderek i popijali winem z dużych, skórzanych bukłaków doczepionych do czapek. Na środku, pod zadaszeniem, siedział mer wraz ze swoją świtą. Gdzieś po jego prawicy Pablo dostrzegł Musafira Kabana. Ten gość musi być kimś ważnym – pomyślał. – Uwaga! Uwaga! – zakrzyknął głos, który wcześniej wywołał ich z celi. Należał do niskiego, krępego kastrata w sukience. – Zebraliśmy się tutaj dziś, aby być świadkami wyroku. Przed wyrocznią staną ci oto tam na dole – wskazał niedbale palcem, na którym znajdował się wielki, złoty pierścień z brylantem. – Ci trzej po lewej, podejrzani są o szpiegostwo na rzecz dzikusów z Rowling. Ten wysoki to dobrze znany wam Gorgoroth Barbarzyńca, który rzekomo 25


zgwałcił kozę hrabiny Drake. Młodzieniec zaś to Harold Smith, który podobno para się tym obrzydliwym zajęciem, jakim jest okradanie grobów. Eunuch przerwał, by nabrać powietrza i wina. – Dziś dowiemy się jaka jest prawda. Wyrocznia wskaże nam, kto kłamał, a komu należy się łaska. Przypominam, że tradycja ta ma już tysiąc lat i w całej historii, nigdy jeszcze nie zdarzyło się, aby wyrocznia wydała wyrok niezgodny z prawdą – na widowni rozległ się entuzjastyczny szum. – Przy okazji chciałbym wspomnieć, że sponsorem dzisiejszego spotkania jest sklep Suweniry z Twierdzy, repliki oraz oryginalne pamiątki z Rae Ragis dla wszystkich, którzy utracili swoje ukochane dziedzictwo. Życzę miłej zabawy i przypominam, że zakłady przyjmuję ja, Ciepły Elmo... – dodał znacznie ciszej. – Dwadzieścia Drakonów na Gorgorotha – wyrwał się ktoś z widowni. – Zaczynamy! – krzyknął Elmo widząc gest mera. Z czterech stron areny otwarły się bramy, z których wypełzały jaszczury przypominające legwany, jednak wielkością dorównujące krokodylom. W ich pyskach roiło się od ostrych zębów, z których każdy był wielkości sztyletu. Szybko też do nosów Pabla i kompanii dotarł obrzydliwy smród szczątków pokonanych, które utkwiły pomiędzy zębami gadów. – Chwała nieustraszonym! – zawołał Gorgoroth i ruszył na pierwszego z brzegu jaszczura. Potężne cięcie nie przyniosło spodziewanego efektu. Skóra gada była gruba, a miecz tępy, jak sam Barbarzyńca. Zreflektowawszy się, zmienił chwyt i uderzył od góry, wbijając głownię w czaszkę stwora. Z rany tryskała na boki rzadka, brunatna, grudowata posoka. Pablo sporo napatrzył się na różne obrzydliwości w ciągu ostatnich miesięcy, ale to wyglądało wyjątkowo ohydnie. Poczuł, jak ryż z fasolą podchodzą mu do gardła. W ostatniej chwili zdołał jednak zachować posiłek przy sobie. 26


– Do roboty! – zawołał Klaus unosząc swój tępy oręż. – Uspokój się dziadek, bo coś sobie złamiesz – Brot usiłował zachować zdrowy rozsądek. Pablo i Harold także nie kwapili się do walki. Jaszczury były powolne, ale było ich dużo. Stanowczo zbyt dużo. Krąg zacieśniał się i było jasne, że w końcu dojdzie do bezpośredniego starcia. Alternatywą był dość paskudny koniec, w pełnych zgniłego mięsa paszczach gadów. Pablo gorączkowo myślał. Uznał, że najlepiej będzie zaczekać, aż wszystkie potwory skupią się wokół nich, a potem wyrąbać sobie drogę na zewnątrz kręgu. Zanim gady się odwrócą, zdołają zabić jeszcze kilka i znów przebiją się poza oblężenie. Taktyka ta wydawała się żmudna i wymagała dużej dyscypliny, ale jednocześnie przedstawiała pewne nadzieje na przeżycie. Szybko streścił ją pozostałym zainteresowanym. – To na pewno lepsze rozwiązanie niż to, co robi ten kretyn – powiedział Harold wskazując Gorgorotha. Barbarzyńca tłukł na oślep jednego z jaszczurów, podczas gdy dwa inne zachodziły go od tyłu. Wyraźnie opadał przy tym z sił. – Ustawmy się plecami do siebie tak, aby każda flanka była zabezpieczona – zadysponował Pablo. Musafir obserwował walkę z trybuny. Widział, jak na środku areny stało tych czterech, zbitych w kupę niepozornych gości. Barbarzyńca wykańczał kolejnego jaszczura, ale był niebezpiecznie odsłonięty przed innymi. Ten stary grubas machał do niego ręką i przywoływał do środka, jednak wielkolud najwyraźniej uznał to za objaw tchórzostwa. – Do boju! – krzyczał Gorgoroth. – Nie traćcie odwagi bracia! Jeszcze dziś wieczór zasiądziemy do wspólnej wieczerzy z przodkami! – Chodź tu do nas! – Pablo nie dawał za wygraną. 27


Nagle spostrzegł, że jeden z jaszczurów zbliżył się zanadto. Pchnął miecz wprost w jego pysk przebijając podniebienie. Ohydna, rzadka ciecz tryskała z paszczy, jak z przebitego bukłaka z wodą. Na widowni rozległ się entuzjastyczny szum. Pablo uniósł miecz i uśmiechnął się tryumfalnie. – A jednak był winny! – zawołał Elmo. – Gorgoroth zgwałcił kozę pani Drake! Sauromata obejrzał się za siebie i nagle dotarło do niego, że ludzie nie oklaskiwali jego. Cieszyli się ze śmierci barbarzyńcy. Cztery gady rozrywały w pyskach pozbawiony kończyn tors. Głowa potoczyła się na skraj areny. Ręka z mieczem wystawała z paszczy kolejnego z jaszczurów. Gdy bestie rozerwały korpus, a wnętrzności wylały się na piasek, Klaus zwymiotował na swoje sandały fasolą z ryżem. Pablo skrzywił się z niesmakiem, starzec musiał po kryjomu zjeść czyjąś porcję. – Trzymaj się dziadek, zbliża się nasz moment – zawołał Harold. – Może zdążę jeszcze zjeść swój prowiant – odparł wycierając usta i jednocześnie pochłaniając garść jedzenia, które znajdowało się w jego tunice. Krąg był już tak mały, że wszyscy musieli robić co chwilę uniki przed kłapiącymi paszczami. Pablo zacisnął dłonie na rękojeści miecza. Była owinięta rzemieniem, wyślizganym od wielu lat użytkowania. Broń była przechodnia. Walczyły nią kolejne pokolenia ludzi stających przed wyrocznią. Był ciekaw, czy jego miecz przyniósł szczęście któremukolwiek z jego poprzedników. Miał nadzieję, że jemu przyniesie. *** Elmo siedział wygodnie w swojej loży i obserwował krwawe widowisko rzucając raz po raz jakąś błyskotliwą i zabawną uwagę. Nie robił tego z myślą 28


o staruchu Pickermannie. Na widowni siedziało wielu znacznie bardziej znakomitych obywateli Howard, którzy być może już wkrótce będą sprawowali władzę. A zawsze warto zatroszczyć się o swoich przyszłych chlebodawców. Koniec mera była nie do uniknięcia. Ile on mógł mieć lat? Sto pięćdziesiąt? Sto siedemdziesiąt? – Spójrzcie na głowę tego nieszczęśnika. Wygląda jak rozgnieciona pomarańcza! Jedna z jaszczurek właśnie ją pożera – roześmiał się, jednocześnie sięgając dyskretnie dłonią w stronę swojego krocza. – Zaraz się porzygam! Na arenie pozostali już tylko zawodnicy wagi piórkowej. No może poza tym grubasem. Tak się poci, że aż tu go czuję. Publika ryknęła gromkim śmiechem, Elmo przepłukał gardło słodkim, mocnym winem z Haarken i pławił się w samozadowoleniu. Nie dostrzegł nawet, że w dole Pablo pokazuje mu środkowy palec. – Kretoszczuryyy na patyku! Kretoszczuryyy na patyku! – Podejdź chłopcze – zawołał Elmo oblizując lubieżnie wargi na widok chudego młodzieńca. - Daj mi jednego. – Życzy sobie pastę z gorczycy? – Pastę z gorczycy? – skrzywił się eunuch. – Cóż to za nowinka? To się nie przyjmie. Żadnej gorczycy. Mocno przypalony kretoszczur zwisał smętnie z patyka, który wetknięto mu w tyłek. To zwierzę symbolizowało upadające, stare Howard, rządzone przez skretyniałego, robiącego pod siebie dziada – pomyślał Elmo. – Jednak nadchodzi nowe i lepsze. Nie jakaś tam pasta z gorczycy. Zaghator to człowiek myślący zupełnie innymi kategoriami. Otworzy mury dla handlarzy, pociągnie kolej żelazną do Pustynnej Krainy, zreanimuje i postawi na nogi to gnijące prosektorium, a sakwy elit będą napełniać się złotem, niczym urynały po dobrej imprezie. 29


– Co jest do diabła? – zakrzyknął Ebereth Mark, tłusty właściciel zamtuza. – Postawiłem pięćdziesiąt Drakonów, że nikt nie wyjdzie stąd żywy! Jeden rzut oka na arenę i Elmo poczuł zimny dreszcz. Chore z nadwagi nogi zaczęły mu drętwieć. Grubas, staruch i te dwa szczypiory przedarły się na zewnątrz. Stali już przy murze okalającym arenę, podczas gdy powolne gady dopiero rozpoczynały zawracanie. Zabijali kolejne bestie atakując od ogona. – Faul! Faul kurwa! – zakrzyknął ktoś, gdy Brot wraził miecz w odbyt jednego z jaszczurów i rozciął go na pół jednym, mocnym szarpnięciem. Wśród tłumu wzbierał gniew. Krople potu wystąpiły na czole eunucha. Postawił całą swoją pensję na pięć trupów. Liczył, że szybko pomnoży gotówkę i kupi sobie jakąś luksusową, czystą niewolnicę. Ten dzień miał rzucić odrobinę światła na jego potwornie samotne i smutne życie. A teraz fortuna obracała się przeciwko niemu, z zupełnie niewiadomych przyczyn. Mer gestem ręki uspokajał tłum. Pojawiły się niebezpieczne sugestie, że na arenie stosowana jest magia, i że doszło do oszustwa. Ktoś krzyknął, że stary idiota dał się oszukać. Jednak Musafir Kaban wiedział swoje – ci czterej walczyli po prostu sprytnie. Stał w cieniu tuż za merem z założonymi rękoma i uśmiechał się tajemniczo pod wąsem. *** – Zostało już niewiele! Damy radę! – krzyknął cały umazany w cuchnącej brei Brot. Nikt nie został ranny. I dobrze. Paszcze tych maszkaronów były tak przepełnione zgniłymi resztkami, że najdrobniejsze skaleczenie mogłoby mieć katastrofalne konsekwencje. Pablo zakłuwał ostatniego jaszczura swoim mieczem, gdy wzburzony 30


tłum zaczął pomału opuszczać trybuny. Mer wstał z kciukiem skierowanym ku górze, na co część z jego ludzi zareagowała entuzjastycznymi oklaskami. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy było to spowodowane poparciem dla walczących, czy jedynie wyrażało uznanie dla mądrości i roztropności wodza. A może po prostu była to ta część klakierów, która klaskała zawsze. Musafir Kaban zaczął przedzierać się w dół, pod prąd wychodzącym. Zamachał ręką do stojących na arenie ludzi. Pablo odmachał mu i ruszył w kierunku trybuny. – Za mną! Tam jest ten karmelowy misio! Czy jesteśmy wolni? – zapytał zdezorientowany. – Tak. Wszyscy czterej zostaliście ułaskawieni. Piąty, niestety... – No tak. Musiał najwyraźniej zgwałcić tę kozę. Wyrocznia nigdy się nie myli – sarknął Brot wycierając twarz w tunikę. – Władza ma swoje jasne i ciemne strony – powiedział tajemniczo gwardzista. – Ciemną jest konieczność podejmowania trudnych decyzji. Nie da się zadowolić wszystkich. – I tą trudną decyzją miało być oddanie nas w jaszczurkom na drugie śniadanie? – zapytał Sauromata oddając mocz gdzieś na boku. – Mogliśmy obciąć wam głowy i nabić je na włócznie, by gniły ku przestrodze innym. Wyrocznia to objaw geniuszu i niezwykłej przebiegłości mera. Gdyby was ułaskawił, dziś wieczorem mielibyśmy pucz, zamieszki na ulicach i stosy trupów. Zamiast tego ludzie się wyszaleli, napili, najedli, stracili trochę pieniędzy i teraz rozejdą się do domów, żeby ukoić nerwy pracami ogrodowymi. Gwardzista wypuścił ich z areny przez niepozorną bramkę prowadzącą na trybuny. Widząc to, Elmo błyskawicznie ulotnił się z pola widzenia Sauromaty. Miał złe doświadczenia z ułaskawionymi. Zazwyczaj chcieli go dorwać i urwać 31


mu jaja. Jednemu kiedyś się udało. – Co zamierzacie, jeśli wolno zapytać? – Musafir prowadził ich przez labirynt korytarzy amfiteatru. – Musimy dostać się do Rae Ragis. – odparł Pablo. – Zatrzymamy się pewnie w mieście na kilka dni, żeby zgromadzić jakieś zapasy i odnaleźć naszego kompana. – Błędnie oceniłem was sądząc, że jesteście szpiegami. Nie chciałbym znów popełnić tego błędu, biorąc was za głupców. Po co chcecie iść do Rae Ragis? – Mam pewne zadanie do wykonania. Ci dwaj pójdą ze mną – wskazał brodą Brota i Klausa. Starzec przełknął ślinę. – A ty? – gwardzista spojrzał na Harolda. – Pewnie wybierzesz się z nimi, co? Młodzieniec był oskarżony o okradanie grobów. Nikt tak naprawdę nie powiedział, że chodziło o Rae Ragis. W pewnym sensie twierdza uznawana była za jeden, wielki grób. W mieście działała zaś grupa osób trudniących się zdobywaniem przedmiotów z opuszczonej fortecy. Ich głównym zleceniodawcą był Slad Barrow, właściciel sklepu Suweniry z Twierdzy. Przedsięwzięcie to balansowało na granicy prawa, jednak mer przymykał oczy na działalność Barrowa i jego chłopaków. Przynajmniej dopóty, dopóki nie przyłapywano ich z towarem na bazarze miejskim. A Harolda niestety przyłapano. Próbował czegoś na własną rękę i Slad bez mrugnięcia okiem wydał go, skazując na niemal pewną śmierć. – Nigdzie nie idę – odparł złodziej. - Skończyłem z tym w chwili, gdy okazało się, że otaczają mnie sami zdrajcy. – Bardzo dobrze – uśmiechnął się Musafir. – To mi się podoba. Zmiataj 32


stąd. – Jeżeli szukacie noclegu, zatrzymajcie się u mojego wuja, Barry`ego Smitha – rzucił na pożegnanie Harold. – Mam wobec was dług wdzięczności. Powołajcie się na mnie. Na pewno was ugości, a przy tym nie zbankrutujecie. Pablo odprowadził go wzrokiem aż do momentu, gdy chłopak przeskoczył drewnianą barierkę i zniknął. – Nasz towarzysz, którego szukamy... zwą go Booze. Był maszynistą. – Maszynistą? Chcecie uruchomić kolej żelazną? - gwardzista zaśmiał się ponuro. – Jednak jesteście głupcami. Ruszył w stronę wyjścia rzucając jeszcze na odchodne: – Przyjdźcie rano do ratusza po wasze klamoty. Może uda mi się wybić wam ten kretyński pomysł z głów? *** Wieści w Howard rozchodzą się jak choroby weneryczne w koszarach. Kiedy Pablo i jego ludzie odnaleźli w końcu przybytek Barry`ego Smitha, ten przywitał ich w bramie, z szeroko rozpostartymi ramionami. Objął każdego z nich niedźwiedzim uściskiem, bowiem mierzył sobie niemal dwa metry wzrostu i był zbudowany jak niedźwiedź. Łysą głowę Barry`ego okalała okazała, rudo-siwa broda, spod której po szyi wił się wytatuowany smok. Trudno było go posądzić o to, że prowadzi noclegownię. – Harold to mój jedyny krewniak – wytarł łezkę w oku, gdy już siedzieli przy wieczerzy. – Nie wiem, co bym zrobił, gdyby ten chłopak... Jest dla mnie jak syn. Na stole znajdował się baran upieczony w całości, kilka misek parującej kaszy, oraz półmisek z warzywami, które dla Brota i Klausa były czymś niezwykle egzotycznym. Obok stołu stała wielka beczka piwa uwarzonego osobi33


ście przez gospodarza. Cieszyło się dobrą sławą w całym Howard. Pablo wychylił do dna spory kubek, oblizał wąsy z piany i zwrócił się do Barry`ego, który kazał tytułować się wujem. – Wyśmienite piwo wuju! Jeśli pozwolisz, zatrzymamy się na kilka dni. Musimy załatwić swoje sprawy, a potem wyruszamy do Rae Ragis. – Harold uprzedził mnie o waszych zamiarach. Mam nadzieję, że nie macie nic wspólnego z tą pijawką Sladem Barrowem? To on wpędził w kłopoty mojego bratanka, a gdy przyszło co do czego, zostawił go na pastwę wymiaru sprawiedliwości. Jak tylko dostanę go w swoje... – Nic nas z nim nie łączy – uciął Sauromata. – Nie mogę za bardzo o tym mówić o celu naszej podróży, ale będziemy potrzebowali twojej pomocy. Musimy odnaleźć niejakiego Booze`a. Barry osuszył swój kufel, trzasnął nim o blat i zaśmiał się jak gruby, dobroduszny, psychopatyczny morderca. – Starego Booze`a? Cholernie ciężka sprawa. – A to dlaczego? Barry spojrzał zamglonym wzrokiem na głowę dzikozła zawieszoną nad kominkiem i westchnął. – Kolej żelazna była dla niego całym życiem – gospodarz spoważniał, wyjął z kieszeni wielką fajkę i zaczął nabijać ją tytoniem. – Po tym, jak ostatni pociąg został wstrzymany, tuż po opuszczeniu Howard, ogłoszono, że twierdza została stracona. Booze próbował konstruować jakieś machiny. Całe dni spędzał w warsztacie. Zupełnie nie mógł się pogodzić z tym, że już nigdy nie poprowadzi pociągu. Nietrudno się chyba domyślić, co było potem: stoczył się i zaczął pić. Sądzę, że znajdziecie go w jakiejś najtańszej mordowni. O ile w ogóle jeszcze żyje. Równie dobrze od lat może gryźć już glebę. Pablo strapił się. Nigdy nie prowadził starodawnego parowozu. Nigdy na34


wet nie widział takiej maszyny na oczy. A przecież tutaj, na Pandemii, technika mogła rozwinąć się w nieco inny sposób niż na Ziemi. Być może to w ogóle nie był taki rodzaj kolei, jaki znał z westernów. Na domiar złego teraz nagle okazuje się, że powodzenie misji uzależnione jest w dość dużym stopniu od jakiegoś upadłego moczymordy. – Czy można dotrzeć do twierdzy w inny sposób? Barry zmarszczył czoło. Wstał i wyciągnął z komody tubus, wewnątrz którego znajdowała się stara, nadgryziona przez czas i szczury mapa. – Rae Ragis z trzech stron otoczona jest Czerwonym Lasem. Od zachodu jest równina. Hog jeden wie, jaki był zamysł budowniczych. Może chcieli, aby ewentualny atak szedł właśnie od tamtej strony. To najdłuższa droga, ponieważ trzeba ominąć ten łańcuch górski – puknął palcem w mapę. – Gdyby ktoś chciał zaatakować twierdzę, jej obrońcy wiedzieliby o tym wcześniej i mieliby dobry tydzień na przygotowania. Przypalił fajkę i wypuścił kilka sążnistych obłoków dymu pachnącego wanilią i dębiną. – Ta linia to kolej. Gdy była sprawna, pociąg jechał jakieś dwa, trzy dni, w zależności od warunków pogodowych, przewożonego ładunku i samopoczucia maszynisty. Cholera wie, w jakim stanie teraz są tory i mosty. Klimat jest tu dość wilgotny. Mogło wszystko przerdzewieć. – A las? – zapytał Pablo. – O przeprawie pieszo przez Czerwony Las najwięcej mógłby powiedzieć Harold. Jednak wiem, że jest to zadanie demonicznie trudne. Lepiej od razu dajcie sobie z tym spokój. – W czym tkwi problem? – zapytał Brot przeżuwając oko barana, które ściekało mu po brodzie niczym kisiel. – To dziwny las. Mówi się różne rzeczy, choć tak naprawdę nic nie jest 35


wiadome na pewno. Podobno jest całkowicie jałowy. Nie ma w nim ani ludzi, ani zwierząt. Nawet owadów. – Trzeba wziąć dużo prowiantu – westchnął Pablo. – W rzeczy samej. Znajdziecie tam rzeki z wodą zdatną do picia, ale żadnego jedzenia. Jest jednak coś znacznie gorszego. Podobno Slad Barrow zatrudniając ludzi, poddaje ich bardzo ciężkim próbom. Pracują tylko najsilniejsi. Ale nie chodzi o siłę fizyczną, ale o siłę woli. Ci, którzy siły woli nie mieli dawali się powieść... głosom. Teraz nawet Klaus przestał jeść, a niewiele było w stanie oderwać go od michy, gdy już ogarnęło go poczucie bezpieczeństwa. – Tak... – Barry westchnął wymownie po chwili milczenia. – Głosy mamią i wyprowadzają w ustronne miejsce, a potem znajduje się tylko trupa – wypuścił duże kółko z dymu. – Kiedy pociąg jeszcze kursował, pasażerowie byli zamykani w wagonach i odbierano im broń, by nie mogli się pozabija ć. Pablo poczuł jak zimny dreszcz przebiega mu po plecach.

II Wspominając o noclegowni swojego wuja, Harold pominął fakt, że była ona także zamtuzem. Pablo i jego towarzysze otrzymali od swego gospodarza podarek w postaci damy do ogrzania łożnicy. Brot nie mógł się zdecydować i wziął dwie. Do późnej nocy z jego pokoju dochodziło głośne stukanie wezgłowia łoża o ścianę, oraz krzyki pełne bólu i przerażenia. Najwyraźniej dłuższa wstrzemięźliwość była dla niego znacznie bardziej dotkliwa, niż dla przeciętnego mężczyzny. Hałasy ustały długo po północy, a później słychać już było tylko kobiecy szloch. 36


Rankiem, by nie tracić czasu, Pablo wysłał pachołków do ratusza, by odebrali ekwipunek, sam zaś wyruszył na miasto w poszukiwaniu maszynisty. Miał nadzieję, że Musafir Kaban nie będzie miał mu tego za złe. Polubił gwardzistę i zaczynał także lubić to miasto. Howard prezentowało się wyśmienicie. Ulice wyłożone były kamieniami, a większość budynków otynkowano i pobielono. Widać było, że mieszkańcy bardzo dużo uwagi przywiązywali do estetycznych detali takich jak zieleń miejska, nastrojowe oświetlenie, które pozwalało zakochanym spacerować do późnej nocy po trotuarach oraz brak gówien na ulicach. Ku zdziwieniu Sauromaty, w kilku napotkanych mordowniach nigdy nie słyszano o kimś takim jak Booze. Opuścił zatem ścisłe centrum, gdzie ceny były najwyższe i ruszył w dół schodami wijącymi się między budynkami, prowadzącymi do dzielnicy zamieszkanej przez ludność napływową. Wuj Barry mówił, że tam zamieszkało wielu uchodźców z Rae Ragis. Mógł wśród nich być i maszynista. – Da pan Drakona? – zaczepił go jakiś mały chłopiec o bujnej, zmierzwionej czuprynie. – Na gumę do żucia. – Drakona na gumę? Chłopiec naburmuszył się. – Trzeba było od razu mówić, że prowadzisz pan śledztwo, to bym nie prosił! Odbiegł w kierunku gromadki podobnie rozczochranych i umorusanych małolatów. W połowie drogi odwrócił się jeszcze i pokazał środkowy palec. – Nie dał mi skurwysyn – krzyknął do kolegów. – Interesujące miejsce – mruknął do siebie Pablo. *** 37


Po południu nadal nic nie miał i był zmęczony jak aktor porno po całym dniu zdjęciowym. Przysiadł więc w małym bistro, by napić się piwa i odsapnąć. Zwłaszcza, że lokalik ujął go niesamowitym wystrojem, na który składały się dwie wielkie beczki wystawione na zewnątrz. Usiadł przy jednej z nich i racząc się napojem obserwował ulicę oraz skwerek, znajdujący się naprzeciw. Stała tam zdobiona fontanna, w której myło się kilku bezdomnych. Ich gołe tyłki szpeciły krajobraz, jednak strażnicy miejscy przymykali oko na ten proceder. Przynajmniej do momentu, gdy jeden z meneli nie zaczął defekować do fontanny. A i wówczas reakcja stróża prawa ograniczyła się do grzecznej prośby o przeniesienie się w inne miejsce z ablucjami. Kloszardzi grzecznie oddalali się, bijąc błazeńskie pokłony. Kiedy Pablo dopijał drugie piwo, tuż przed jego nosem przedefilował eunuch Elmo z maleńkim pieseczkiem na złotej smyczce. Bardziej jednak niż piesek, rzucał się w oczy jego ubiór, na który składał się pierzasty, różowy szlafrok obszywany złotymi nićmi oraz złoty kapelusz kowbojski, zawadiacko spuszczony na oczy. – Zupełnie jak wtedy, gdy pojechałem do Berlina kłaść kafle – mruknął z niesmakiem Pablo. Wodząc nienawistnie wzrokiem za eunuchem, dostrzegł jeszcze jedną postać, która wcześniej umknęła jego uwadze. Żebrzący ślepiec wyglądał zupełnie jak... Engmont Farasz. Pablo zerwał się na nogi, rzucił na beczkę kilka tutejszych, srebrnych monet i pobiegł w kierunku starca, o mało nie wpadając przy tym pod wierzchosła, ciągnącego wózek z węglem. – Poznaj prawdę! Ślepiec widzi więcej! Brzęknęła moneta, którą rzucił jakiś dobrze ubrany młodzieniec o rumianych policzkach. 38


– Ona cię zdradza – powiedział żebrak. – Śledź ją dziś wieczorem, gdy pójdzie do sąsiadki. Poczekaj przed domem, do którego wejdzie. Gdy zahuczy Ochujnik, wejdź do środka. Zastaniesz ją z trzema rosłymi murzynami, którzy będą ją pompować jak starą dętkę... – Suka – zaklął pod nosem mężczyzna i odszedł szybkim krokiem. Pablo przyjrzał się dokładniej i stwierdził z dużym rozczarowaniem, że ślepiec wprawdzie przypomina nieco Farasza, jednak nim nie jest. Wydobył zatem z kieszeni ostatniego, lichego srebrnika, którego dostał od Barry`ego w zamian za tomwilskie Goliaty, zdrapał paznokciem patynę, by ujrzeć wizerunek mężczyzny kopulującego z kozą i rzucił pieniądz do cynowego garnuszka. – Aaaa taaaak... – stary mlasnął bezzębnymi dziąsłami i nastała długa cisza. – Przybysz z odległych lądów. Bardzo odległych. Na jego twarzy pojawiło się ogromne skupienie. Zupełnie, jakby maksymalnie wytężał siłę woli, by ujrzeć to, co okryte jest mgłą tajemnicy. Jednak zamiast wyjawić Sauromacie jakąś niebywałą informację, pierdnął i odetchnął z ulgą. – Wybacz moim starym jelitom młodzieńcze... – Jasne, czuj się jak u siebie w domu. – Jestem w domu – mruknął ślepiec. – A ty masz gówno zamiast mózgu... No tak, pomyślał Sauromata, dałem się wydymać jak pierwszy lepszy turysta. Teraz sprzeda mi bajkę o trzech murzynach. – … a mając gówno zamiast mózgu – kontynuował bezdomny – nie znajdziesz tego, kogo szukasz. – Co robię nie tak? – zaciekawił się Pablo. – Źle pytasz. Booze to przezwisko, którego używał on bardzo dawno temu, kiedy prowadził tę wielką, cholerną, hałaśliwą maszynę. Mieli tam różne, dziwne ksywki. Damiana Hooka nazywano Cyckiem. Johna Bradforda 39


ochrzczono hmm... robakiem, który wypełzł z tyłka. Człowiek, którego szukasz, naprawdę nazywa się Herbert Frank. – Skąd wiesz, kogo szukam? – Pablo nie potrafił ukryć zaskoczenia. – Pętasz się tutaj jak owsik w dupie i chlapiesz jęzorem na lewo i prawo, jak dobra dziwka. Hmmm... – obleśny staruch rozmarzył się, a spomiędzy brudnej, porozdzieranej szaty, niczym tańczący wąż, wyłoniło się jego brudne przyrodzenie. Na ten widok Pablo Sauromata poczuł, jak piwo podchodzi mu do gardła, a ponieważ nie lubił marnować trunku, cofnął się o krok. – Gdzie znajdę tego Franka? Czy on żyje? A może wiesz, gdzie znajdę któregoś z pozostałych maszynistów? – Wielu żyje, ale tylko Herbert Frank był maszynistą z krwi i kości. Reszta to byli cholerni amatorzy. Nie potrafiliby dobrze uruchomić swojej żony w łóżku. Ten Herbert to był prawdziwy geniusz. Szkoda chłopaka. Ślepiec pociągnął obrzydliwie smarków do gardła i splunął, trafiając w swoją stopę. – Niejaki Ebereth Mark prowadzi burdel. Wiem, że Frank narobił sobie tam sporo długów, bo strasznie lubi kobiety. Jeżeli ktoś ma wiedzieć, gdzie on jest, będzie to Ebereth Mark. Pablo nie miał ochoty dłużej kontynuować tej konwersacji. Podziękował i oddalił się niespiesznie, trawiąc uzyskane informacje. Do tej pory nikt nie wspomniał o tym, że Booze to tylko ksywa. Gdyby nie staruch, łudząco podobny do Farasza, dzień byłby całkowicie stracony. Zbieg okoliczności, czy może... omen? ***

40


Brot i Klaus późnym wieczorem wracali kompletnie pijani z ratusza. Musafir Kaban urządził sobie jeszcze jedną sesję przesłuchań, tym razem posiłkując się nieco innymi metodami. Pomimo niedawnej antypatii, trzymali się pod ramie, jak najlepsi przyjaciele i śpiewali na cały głos pieśń, którą znali wszyscy bywalcy zamtuzów w Tomwil: … a ta ruda, już czekała, zarobiła trzy goliaty, i choć cały czas pierdziała, utrafiła w gusta taty. Wybuchli gromkim śmiechem, który odbijał się echem wśród pogrążonych we śnie domostw. W oknie jednego z budynków siedziało dwóch staruszków w kobiecych ubraniach i z makijażem. Przez długie lufki palili cienkie papierosy, które z pewnością były importowane z bardzo, bardzo daleka. – Patrz Lucjan co za chamstwo – rzekł jeden, wypuszczając kółeczka z dymu. – W rzeczy samej Macieju. Chamstwo z południa! Elmo był wczoraj wieczorem u mnie, roztrzęsiony jak galareta wieprzowa. Pytam go, co się stało, a on mi, że właśnie wracał z areny, gdzie wyroczni poddano... nie zgadniesz! – Kogo? – Chamstwo z południa! – Chamstwo z południa? Tutaj? – Nie inaczej mój kochany. No i te chamy pozabijały wszystkie jaszczurki. Jednego tylko bestie pożarły. I widzi mi się, że te dwa śmierdzące opoje, to właśnie owo chamstwo z południa. 41


– Do prawdy czuję się wstrząśnięty! Brot i Klaus nie byli wstrząśnięci ani trochę. Maszerowali chwiejnym krokiem, ocierając się co rusz o mur, lampę bądź bezdomnego. – Piękne to miasto mój przyjacielu! – zawołał Klaus wymachując pustą butelką, którą na odchodne podarował im Kaban. – Mógłbym tu osiąść, kiedy już skończy się ta szalona odyseja! – Spokojnie staruszku. Nasz miłościwy Pablo zapewniał mnie, że gdy tylko zrealizujemy naszą misję, będziemy wolnymi ludźmi. Osiądziemy tu, w Howard i otworzymy szynk. Albo burdel. – Albo i jedno i drugie! – Ha ha ha! – Stulcie dzióbki chamstwo z południa – krzyknął z góry jakiś średnio-męski głos. – Sam stul ryj kurwa! – odpowiedział mu Brot. I znów zaczęli śpiewać: … luźną szparę dziewka miała, lecz umiała nią tak władać, że goliaty zarabiała... ...bo umiała nią tak władać. Tej zwrotki z pewnością nie napisał słynny bard Tommy Graciello, ani też czcigodny trubadur Barney... jakiśtam. Delikatnie mówiąc odstawała ona rytmem, lekkością i polotem od wszystkich innych zwrotek tej piosenki. *** 42


Ebereth Mark wraz ze swoim ochroniarzem Steve`m siedzieli w bujanych fotelach na werandzie przed burdelem. Patrzyli na zachód słońca puszczając co jakiś czas obłoki fajkowego dymu, a z góry dobiegały jęki i krzyki. Alfons uwielbiał po dniu ciężkiej pracy usiąść i pokontemplować trochę piękno natury. – Widzisz Steve – zaczął mentorskim tonem – to wszystko, co tu widzisz, ten dom, to pole kukurydzy, ta stodoła z tymi wszystkimi kurwami, to nie wzięło się znikąd. To efekt mojej ciężkiej, konsekwentnej, wieloletniej pracy. Rok w rok odmawiałem sobie przyjemności i odkładałem każdy grosz. Bywało że zaciskałem pasa, chodziłem głodny i bez butów. Wszystko po to, by móc odłożyć kwotę pozwalającą mi na uruchomienie tego interesu. – Do czego właściwie pan zmierza? – Rozrzutni nie dochodzą do niczego Steve. – Rozumiem. – Gówno rozumiesz. Przychodzisz do mnie i prosisz mnie o podwyżkę, a ja marnuję mój cenny czas, by wbić ci do tego twojego durnego łba zupełnie darmową lekcję życia. Wbij to sobie do tego swojego durnego łba Steve, że rozrzutni nie dochodzą do niczego. A skoro przychodzisz do mnie i prosisz o podwyżkę, to najwyraźniej nie potrafisz zarządzać swoimi pieniędzmi tak, aby ci ich wystarczało. A co gorsza, bardzo nisko cenisz mój czas. Steve podrapał się po głowie. Jego strapiona mina sugerowała, że pod niskim, nachylonym do tyłu czołem, zachodzą skomplikowane procesy myślowe. Jednak nie zachodziły. Steve był ochroniarzem. Być może najlepszym w Howard. Jednak tylko ochroniarzem. A teraz właśnie spostrzegł obwiesia zmierzającego w ich kierunku. Już wyjmował rewolwer, gdy Mark chwycił jego dłoń powstrzymującym gestem. – Dobry wieczór panom – gość skłonił się i uśmiechnął przyjaźnie. 43


– To się jeszcze okaże młody człowieku – odparł Ebereth. – Czy to nie ciebie wczoraj widziałem na arenie? Zgwałciłeś owcę czy coś? W moim domu nie mamy owiec. Tylko kobiety. Mógłbym wprawdzie załatwić świnię, ale są z nimi pewne problemy: od ludzkiego nasienia mogą powić człekoświnie... – Wiejski przesąd – machnął dłonią Steve. – Nie zgwałciłem żadnej owcy. Nazywam się Pablo Sauromata i szukam niejakiego Herberta Franka, maszynisty. Mark spojrzał na swojego ochroniarza i dyskretnie dał mu znak, by ten oddalił się kilka kroków. Góra mięśni opuściła werandę i poszła podlać pole kukurydzy stęchłym moczem. – Jesteście kochasiami? Słuchaj młodzieńcze, to dobry dom... – To moja sprawa. Jeśli powiesz, gdzie go znajdę, uzyskasz moją dozgonną wdzięczność. Mark przez chwilę bujał się w fotelu milcząc i mierząc wzrokiem Sauromatę. – Może wiem, może nie wiem. Zwykle nie dzielę się takimi informacjami z przybłędami, nawet jeśli chcą mi płacić za chędożenie świni – Nagle wybuchnął najserdeczniejszym śmiechem. – Dobra, zlewam się tylko. Dałem mu pracę, aby mógł wreszcie spłacić długi, które zaciągnął w moim szynku. Pije jak smok, a gdy wypije, to lubi sobie podupczyć. Wariat jeden. – Gdzie go znajdę? – W dupie! Ha ha! Znowu się zgrywam. Jest tam – alfons wskazał pole kukurydzy. – Zatrudniłem go jako stracha na wróble. Pójdź w to pole o tam, gdzie nasikał Steve, a potem skręć za stodołę. Kilkaset kroków i znajdziesz Herberta. Tylko nie próbuj żadnych sztuczek, bo spuszczę psy ze smyczy. A są tak wyszkolone, że zanim przegryzą ci gardło, odbędą z tobą rendez-vous. – Ile muszę panu zapłacić, by mógł odejść wolno? 44


– Nie stać cię młodzieńcze – zaśmiał się Ebereth Mark. – Wiesz, to wszystko, co tu widzisz, ten dom, to pole kukurydzy... Pablo minął stodołę i szedł zgodnie z instrukcjami alfonsa. Pole ciągnęło się daleko, aż do momentu, w którym teren zaczynał się piąć w górę. Tam wyraźnie widać było granicę, gdzie zaczynał się las. Mniej więcej w połowie drogi do lasu zobaczył pal. Do niego zaś przywiązany wisiał Herbert Frank. *** – Żyje? – zapytał Brot, któremu potężny kac rozsadzał czaszkę. – Tak, rozmawiałem z nim. Jest przywiązany do pala, ale poza tym wszystko z nim w porządku. Dają mu jeść i pić. Oficjalnie jest na liście płac, więc chyba odprowadzają za niego składki zdrowotne i społeczne. Choć oczywiście jest to praca urągającą ludzkiej godności. Słyszałem, że prostytutki jak się napiją, idą tam, ściągają mu spodnie i wyśmiewają jego niewielki penis. – Musimy go uwolnić! – Jak? – wtrącił się Klaus, podnosząc się znad miski pełnej wymiocin. Z lewej dziurki od nosa zwisał mu kawałek tagliatelle. – Zakradniemy się nocą, uwolnimy go i chodu – zaproponował Brot. – Pablo twierdzi, że tylko ten facet potrafi uruchomić lokomotywę. A skoro tak, to nie ma się nad czym zastanawiać. – Racja – powiedział Sauromata. – Alfons nie wypuści Booze`a, bo lubi się znęcać. Legalne metody nie wchodzą w grę. Moglibyśmy spróbować zdziałać coś przez naszego koleżkę z ratusza, ale obawiam się, że półświatek ma większe wpływy niż mer i straż miejska. A Ebereth Mark to półświatek pełną gębą. – Zatem wszystko ustalone – podsumował Brot. – Nie ma sensu dłużej 45


trwonić czasu na puste gadanie. Musimy zebrać wszystko, czego potrzebujemy na podróż, uwolnić maszynistę jeszcze tej nocy i uciec z miasta w kierunku Czerwonego Lasu. Gdy dotrzemy do pociągu, pościg nie będzie miał żadnych szans. – To szaleństwo – zaoponował Klaus pomiędzy jedną falą wymiotów, a drugą. Pablo przyznał, że pomysł Brota rzeczywiście był dość brawurowy, ale nie widział innej alternatywy. Przeprawa przez Czerwony Las na piechotę nie wchodziła w grę. Inni maszyniści, którzy jeszcze żyli, nie potrafiliby uruchomić lokomotywy. Jedyną szansą na dotarcie do Rae Ragis w całości, było uwolnienie pijaczyny i wsadzenie go za kierownicę rozpadającego się, zardzewiałego parowozu, który miał przemknąć przez las opętany demonicznymi głosami namawiającymi do popełnienia samobójstwa – Kurwa – mruknął Sauromata sam do siebie. Jakby dla podkreślenia dramatyzmu, Klausem wstrząsnął kolejny paroksyzm skręconego żołądka, i z wielkim wysiłkiem wydalił z siebie porcję śliny i żółci. – Zjedz coś, bo się wykończysz – powiedział beztrosko Brot gryząc surową cebulę. *** Przy śniadaniu wtajemniczyli w swój plan wuja Barry`ego. Ten podszedł do sprawy z umiarkowanym pesymizmem. Ebereth Mark był jego konkurentem w branży rozrywkowej. Był jednak również niezwykle niebezpiecznym człowiekiem. – ...Demonicznie, demonicznie niebezpiecznym – rzekł wuj, przeżuwając 46


kawał sera. – Mark stara się wyglądać na człowieka interesu oraz, co szczególnie mnie bulwersuje, filantropa. Posiada fundację o nazwie Sieroty Wojny, zbierającą pieniądze dla dzieci, które straciły rodziców w konfliktach. Jednak jestem pewien, że ten skurwiel nawet nie wie, jak wygląda sierota. – I ktoś im daje kasę? – zainteresował się Pablo, dla którego robienie pieniędzy zawsze było zagadnieniem bardzo tajemniczym, zakrawającym na magię. – Jasne. Podobne jemu szuje, które potrzebują wykazać poborcy podatkowemu, że przeznaczyli dużo pieniędzy na dobroczynność. Potem idą do jego burdelu i upojnie spędzają czas, zupełnie za darmo. Inne domy publiczne muszą walczyć o klienta wysoką jakością usług, certyfikatami poświadczającymi zdrowie dziewcząt czy rabatami dla kapłanów. Cholerny oszust! – Barry splunął na podłogę, niechcący trafiając na sandał Klausa. Pablo zaś nalał sobie kolejny kufel wyśmienitego piwa warzonego przez wuja. Wiedział, że należy podjąć decyzję i uderzyć jak najszybciej. Mark może zacząć coś podejrzewać, a wtedy będzie miał czas, aby się przygotować. – Dziś skompletujemy wszystko, czego potrzebujemy. Zaniesiemy to do lasu, który rośnie tuż za polem kukurydzy Marka. Wuju, znasz tę okolicę? Jak możemy się stamtąd dostać do kolei żelaznej? Gospodarz raz jeszcze sięgnął po mapę, która od poprzedniego wieczora spoczywała w pobliżu stołu. Zrobił miejsce na blacie, rozwinął stary pergamin, pomilczał przez chwilę i w końcu wskazał na fragment linii kolejowej. – Pociąg stoi mniej więcej tutaj. Zatrzymali go pewnego dnia, gdy dowiedzieli się o Rae Ragis. Sądzę, że na piechotę dotrzecie tam w trzy godziny. Jeżeli zostawicie swoje klamoty o tu, na granicy lasu, będziecie mogli przejść przez ten młodnik – postukał palcem w mapę. – Zbieram tam czasem grzyby. Bardzo malownicze miejsce, ale kiedyś mnie Ochujnik obcokał. 47


– Ochujnik? – zdumiał się Pablo słysząc ponownie tę dziwną nazwę. – Taki niepozorny ptaszek... – Z pewnością także zatrzymamy się na małe grzybobranie – mruknął Brot tak cicho, by przypadkiem gospodarz nie usłyszał. – … kiedy skrzeczy, brzmi to, jakby wykrzykiwał „ty chuju”. Zabawna ptaszyna. Potem ruszycie na północny zachód do tego jaru. W nocy będziecie szli dużo wolniej, bo teren jest trudny, a nie będziecie mogli skorzystać z pochodni. Myślę, że o świcie powinniście zobaczyć nasyp kolejowy. Pójdziecie wzdłuż torów na północ i po chwili powinniście ujrzeć pociąg – spojrzał na nich znacząco. – Został zatrzymany tuż przed mostem. Weźcie jakiś skórzany wór. Będziecie musieli przetransportować wodę z rzeki. Jeżeli nie zabezpieczono węgla, może być wilgotny... – Im głębiej w las, tym więcej drzew – rzekł Sauromata wychylając kufel do dna. – Booze chyba poradzi sobie z tym? – zapytał Brot. – To prawdziwy magik, jeżeli chodzi o kolej. Ale dawno go nie widziałem. Jeżeli to prawda, co mówicie o polu kukurydzy, mogły mu się pomieszać zmysły. I tak nigdy nie był normalny. *** Slad Barrow stuknął o blat pustym kieliszkiem, chuchnął i spojrzał na zebranych. W ciemnym pomieszczeniu na tyłach jego kantorka siedziało siedmiu mężczyzn o zimnych spojrzeniach. Byli w różnym wieku, jednak wszystkich ich łączyła pewna unikalna cecha: potrafił spędzić w Czerwonym lesie tydzień. Dokładnie tyle, ile potrzeba, aby przebyć drogę z Howard do Rae Ragis. Potem jeszcze myszkowali na terenie starej twierdzy i wynosili stamtąd różne rzeczy, 48


które on później sprzedawał frajerom po cenie dziesięciokrotnie przekraczającej ich realną wartość. Złote lata sklepu Suweniry z Twierdzy rozpoczęły się w chwili, gdy nastała moda na bycie potomkiem wypędzonych. Bogacze z Howard rozkochali się w historyjkach z dreszczykiem. W pewnych środowiskach w złym guście było nie pochodzić z Rae Ragis, choć tak na prawdę, niewielu z nich miało cokolwiek wspólnego z twierdzą. Prawdziwi potomkowie wypędzonych raczej niechętnie przywoływali bolesne wspomnienia. Jak długo zatem próżność i pycha zepsutych elit miasta zapełniały złotem sakwę Slada, tak długo on zapełniał srebrem sakwy małych złodziejaszków, którzy byli na tyle bystrzy, by móc przetrwać w Czerwonym Lesie. – Ci obcy nie podobają mi się ani trochę – powiedział w końcu Slad. – Mówi się, że nie są szabrownikami, ale kto wie, jaki cel przyświeca ich wyprawie? Jeżeli nie szaber, to może przygotowanie podwalin pod KOLONIZACJĘ? – ostatnie słowo wypowiedział bardzo wyraźnie i bardzo powoli. – To byłby kurwa nasz koniec. Wysoki mężczyzna o szpakowatych włosach nachylił się do światła. Jego twarz poznaczona była licznymi bliznami i parchami. – Szanse, że uda im się dotrzeć do twierdzy są raczej nikłe. To jacyś cholerni amatorzy. Na pierwszy rzut oka jedynie knypek wydaje się mieć jakieś predyspozycje. – Brazosie, co ty mi tu pierdolisz o szansach i predyspozycjach? Ja mówię, że oni po prostu nie mogą tam dotrzeć! – złość Barrowa objawiała się tym, że krzycząc zaczynał pluć. – Dziś po lesie będzie się pętać banda skautów, a jutro mieszkańcy dzielnicy wygnańców będą masowo przeprawiać się przez Czerwony Las. Co będzie pojutrze? Nikt nawet nie spojrzy na mój sklep. Wrócicie na targ kraść sakiewki, za co grozić wam będzie obcięcie ręki! Te słowa wywarły duże wrażenie na szabrownikach. Większość z nich nie 49


znała się na niczym innym, prócz szabrowania twierdzy. I musieli przyznać, że było wiele racji w tym, co mówił Slad. W Howard złodzieje nie mieli lekkiego życia. Za pierwszą kradzież odcięcie dłoni, za drugą wyrocznia i jaszczury, za trzecią... jak dotąd nikomu nie udało się dotrwać do trzeciej. Brazos był jednym z najbardziej doświadczonych członków grupy, a zarazem ostatnim z zatrudnionych przez Slada na samym początku. Nie był naiwniakiem liczącym na szybki zysk. Przez lata nauczył się chłodnej kalkulacji i dzięki temu przeżył tak długo, podczas gdy pozostali szabrownicy wykruszali się. Zazwyczaj w dziwaczny sposób. Ktoś się powiesił na strychu, ktoś inny zażył truciznę w szynku... A może w szynce. Któż by to spamiętał? Wśród członków grupy krążył mit, że Czerwony Las przenika do wnętrza człowieka i żyje w nim. Można przechytrzyć las i unikać śmierci przez rok, dwa, a nawet pięć. Jednak nadejdzie dzień, gdy Las w końcu upomni się o swoje. – Żebyśmy się dobrze zrozumieli – ciszę przerwał niski brzydal. – Chcesz, żebyśmy ich – wykonał ręką gest przypominający poderżnięcie gardła – tak? Mamy ich sprzątnąć? Zdajesz sobie sprawę, o co nas prosisz? Nie jesteśmy mordercami. Ja nawet nie noszę broni. Brzydal znany był w grupie jako Gordon. Szabrownicy używali pseudonimów na wypadek, gdyby ktoś przypadkiem ich podsłuchał. Gordon pracował od dwóch lat. Miał opinię dobrego fachowca, jednak w grupie nie cieszył się sympatią, bo dla zysku zdolny był podłożyć komuś nogę. Poza tym śmierdział i krążyły plotki, że współżyje ze zwierzętami. – Ja was o nic nie proszę Gord. Jeżeli chcesz nadal żyć na takim poziomie, do którego przyzwyczaiło cię moje srebro, na pewno sam znajdziesz jakieś rozsądne wyjście z tej niezręcznej sytuacji. W przeciwnym razie... Usłyszeli dzwonek. Slad wstał i zniknął za kotarą oddzielającą zaplecze od kantorka. Przez ułamek sekundy zebrani widzieli tłustą kobietę obwieszoną 50


kosztownościami. Z pewnością przyszła sprawić sobie jakąś nową sofę w stylu Rae Ragis, lub gustowny wieszak na parasole, wraz z kompletem tychże. Zamilkli, aby kobieta nie zorientowała się, że ktoś siedzi w kantorku. Nie słyszeli, o czym Slad rozmawia z klientką, ale po pewnym czasie dobiegł ich stuk drzwi prowadzących do innego pomieszczenia, a następnie rytmiczne jęki kobiety. Spojrzeli po sobie z niesmakiem. – To jak będzie panowie? – niski chudzielec odezwał się po raz pierwszy. Widać było, że onieśmielała go obecność Barrowa i dopiero teraz poczuł się swobodniej. – Ja tam jestem gotów poczęstować kogoś moim żelazem – wysunął z pochwy fragment ostrza. – Nie podniecaj się Kapuśniak – skarcił go Brazos. – Czy ty w ogóle kiedykolwiek kogoś zabiłeś? Skąd wiesz, że gdy staniesz przed drugim człowiekiem, będziesz do tego zdolny? – Żartujesz sobie? – Bynajmniej. Jeżeli trafisz na uzbrojonego przeciwnika i okaże się, że nie jesteś zdolny uderzyć, to już jesteś trupem. A twoje zwłoki będą leżały w Czerwonym Lesie po wsze czasy, bo przecież nie ma tam robali, które by je zjadły. Nastroje stały się jeszcze bardziej ponure. *** – Deszcz kurwa – mruknął Brot obserwująć grube, ciężkie krople spadające z ołowianego nieba. Tu na północy był cudownie zielono, a temperatura była idealnie obojętna. Ale od chwili, gdy Pablo przekroczył bramę z Pustynnej Krainy, deszcz padał już trzeci raz. I nie była to mżawka czy kapuśniaczek, ale solidna, rzęsista 51


ulewa, która z późnego popołudnia robiła prawdziwą orgię szarości. Brot kucał pod krzakiem całkowicie przemoczony i kulił się z zimna. Jedyne, względnie suche miejsce w okolicy zajmowały trzy duże plecaki, w których znajdowały się zapasy żywności oraz rozmaity sprzęt. Klaus owinął się szczelnie zielonym, nieprzemakalnym płaszczem, który otrzymał na pożegnanie od wuja Barry`ego. Ten podobno kupił odzienie od jakiegoś żołdaka, który z kolei znalazł płaszcz przy martwym szpiegu. Pablo dostał lunetę szpiegowską, dzięki której mógł obserwować teraz posesję Eberetha Marka. U pasa mile ciążył mu Colt Peacemaker, którego wcześniej dokładnie wyczyścił. Pod lewą ręką wisiał sztylet z Rae Ragis, prezent od Homgwila. Toporek i miecz rozdysponował pomiędzy swoich ludzi, choć żywił nadzieję, że tego wieczora żadna broń, prócz sprytu, nie będzie im potrzebna. Kiedy zmrok wreszcie zapadł, Brot i Pablo przeskoczyli murek. Klaus został pod lasem, by pilnować bagaży. Tak przynajmniej brzmiała oficjalna wersja. W rzeczywistości był zbyt powolny, aby wychodzić na pierwszą linię, a jako tragarz przedstawiał znacznie wyższą wartość. Tymczasem zaś obserwował przez lunetę dwa ciemne kształty przemierzające morze kukurydzy. Noc nie była zbyt ciemna. Deszcz nieco osłabł, ale ciężkie chmury wisiały na tyle nisko, by łuna miasta podświetliła je demoniczną czerwienią. – Tam jest pal – szepnął Pablo wskazując słup, na którym przysiadł kruk. – Cholerny szczęściarz z tego naszego maszynisty. Normalnie to na pal się nabija i wtedy człowiek prędzej czy później oddaje ducha – Brot spojrzał na minę Sauromaty – No co? – Jestem pewien, że istnieją okoliczności, w których ta informacja nie byłaby gówno warta... Kukurydza szumiała niepokojąco przy każdym kroku, jednak hałas powodowany przez deszcz dodawał im pewności siebie. Liczyli, że strażnicy będą 52


siedzieli ukryci pod dachem i zajmą się czymś przyjemniejszym, jak na przykład karty, alkohol czy dziewczyny. Szli tak przez dobry kwadrans, z mozołem posuwając się o każdy metr. Pablo prowadził, bo poznał już wcześniej to miejsce. Czuł się jednak, jakby przemierzał pole minowe. Za każdym razem, kiedy stawiał stopę, spodziewał się, że nagle rozlegną się krzyki strażników i strzały. Tak się jednak nie stało. Gdy dotarli na miejsce, Brot ocucił przywiązanego do pala Herberta, podczas gdy Pablo z pomocą sztyletu poprzecinał więzy. Ułożyli mężczyznę na ziemi, aby mógł dojść do siebie. Teraz czekała ich trudniejsza część, czyli powrót. – Dzięki – wyszeptał z wdzięcznością starzec. – Nie mamy za wiele czasu. Ruszajmy – ponaglił Pablo. Nagle usłyszeli w mroku jakieś rozmowy. Co najmniej dwaj strażnicy znajdowali się na werandzie domu i głośno spierali się o coś. – Przyjmuję zakład! – krzyknął jeden z nich w pijackim amoku. – Wykastruję starucha z zawiązanymi oczami! Pablo zaklął pod nosem. Wraz z Brotem dźwignęli Booze`a pod pachy i zaczęli biec, starając się robić jak najmniej hałasu. Trudno jednak zachować ciszę, kiedy biegnie się przez pole suchej kukurydzy, dźwigając w połowie bezwładne ciało. Nad podwórzem uniosła się chmura dymu, a po chwili ciężka kula śmignęła kilka metrów obok nich, kosząc głośno łodygi kukurydzy. – Nie chcę tym oberwać! – zawołał Brot. – Zatem double time kurwa! Drogę, której pokonanie zajęło im wcześniej piętnaście minut, teraz przebiegli w trzy, wlokąc za sobą wycieńczonego więźnia. Kilka kul śmignęło tuż nad ich głowami. Gdy byli już przy murku, pocisk uderzył tuż obok, wyrywając dziurę wielkości dorodnego cyca. Pablo poczuł w oczach i ustach drobiny pyłu, 53


ale zagryzł mocniej zęby i przepchnął bezwładnego maszynistę na drugą stronę. Kolejny strzał poszedł górą i był już całkiem niegroźny. Obejrzeli się. Sześciu ludzi z długą bronią, przedzierało się tyralierą przez pole. – Musimy jak najszybciej zgarnąć Klausa i nasze rzeczy! – zawołał Sauromata gramoląc się na ogrodzenie z gracją słonia morskiego. – Ten dupek wam nie odpuści – wymamrotał Booze. – Macie coś do picia? Straszliwie wyschło mi gardło od tego wiszenia. – Rano musisz uruchomić pociąg – krzyknął Brot. – Moją starą świnię? – twarz maszynisty rozświetlił błysk radości. - Tym bardziej muszę się napić. Nigdy nie próbowałem odpalać jej na trzeźwo. To by było szaleństwo! – Masz – zawołał Pablo i rzucił mu piersiówkę. Starzec opróżnił ją w kilka sekund. Beknął. I nagle odzyskał zdolność poruszania się o własnych siłach. Choć niezbyt szybko i nie do końca prosto. Gdy byli już w lesie i odnaleźli Klausa, widzieli pomiędzy drzewami, jak podążający ich tropem przekraczają murek. Dwóch ludzi zostało na polu. Zespół pościgowy skurczył się do czterech osób, ale jedna z ciemnych sylwetek z pewnością należała do Steve`a. Unosił ku górze długą, dymiącą jeszcze lufę rusznicy, grubą jak ręka niemowlaka. – W Tomwil takich nie mieliśmy – szepnął z nieskrywaną fascynacją Brot. – Choć raz ostrzelano mnie z bombardy. – W odróżnieniu od tomwilskiej bombardy, tym da się celować – Pablo kończył właśnie zakładać plecak i ruszył w stronę gęstwiny. – Jeżeli jeszcze chwilę tam postoisz, przekonasz się na własnej skórze. Ruszyli biegiem przez krzaki, żywiąc nadzieję, że w deszczu i ciemności pościg będzie mocno utrudniony, jednak jeszcze przez kilkadziesiąt minut słyszeli w tyle ochrypłe wrzaski i przekleństwa. 54


– Alfons na pewno jest wściekły – zaśmiał się Booze, gdy zatrzymali się na chwilkę. Wokół słychać było już tylko ulewę. – Ile mu wisiałeś kasy? - zapytał Pablo. – Trzydzieści, może trzydzieści pięć Drakonów. Regularnie spłacałem swoje długi. Ostatnio jednak podwinęła mi się noga i zrobiło się krucho. – Trzydzieści Drakonów? – zdumiał się Klaus. – To chyba niezbyt dużo? Nawet mój pan mistrz nie był taki podły, by więzić kogoś za trzydzieści złotych monet. Po chwili namysłu dodał jednak jeszcze: – No dobra... za trzydzieści złotych monet nawlókłby cię na ten pal jak szmacianą lalkę, a potem by cię jeszcze podpalił. Cieszę się, że Morgwil opuścił nas na zawsze. – A ja cieszę się, że w końcu to przyznałeś – uśmiechnął się Pablo. – Jak rozumiem, możemy kierować się na północ, do Rae Ragis? Nikt nie zaprotestował. Nad ranem opadająca mgła obnażyła nasyp kolejowy, a gdy słońce było już w górze, dotarli do pociągu. Była to właściwie lokomotywa z tendrem i jeden, drewniany wagon osobowy. Na czarnej, tłustej burcie, wypisane miała białą farbą „Stara świnia”. Z daleka dostrzegli ludzką sylwetkę w oknie wagonu. Okazało się, że był to Musafir Kaban. *** Zaprzepaszczono trzy godziny oraz butelkę samogonu na to, by maszynista skontrolował stan techniczny pojazdu. Przez ten czas wszyscy z rosnącym niepokojem obserwowali kierunek, z którego w każdej chwili mógł nadejść ewentualny pościg. Przez chwilę Brot rozważał nawet nabicie na pal Booze`a. 55


Siedział z ponurą miną na nasypie i strugał toporkiem wielką belkę. Pablo i Kaban siedzieli nieco dalej. – Opowiedziałem merowi o waszych zamiarach. On mieszkał kiedyś w Rae Ragis i uważa, że twierdzę należy ponownie zasiedlić. Nakazał mi dołączyć do waszej ekspedycji, aby rozpoznać sytuację tam na miejscu. Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko? – O ile to, co mówisz, jest prawdą – odparł Pablo. – Sądzisz, że twierdza nadaje się do zamieszkania? Krążą dziwaczne plotki. Szakal wyciągnął z pochwy piękny nóż myśliwski i zaczął go ostrzyć o kawałek skórzanego paska. – Przez lata wokół twierdzy narosło tyle mitów, że lokalna ludność widzi w niej jedynie miejsce przeklęte i niedostępne. Wiemy, że ludzie Barrowa docierają tam, zbierają fanty i wracają całkiem żywi. A większość z nich, zupełnie jak nasz wspólny znajomy Harold, nie potrafi nawet poprawnie trzymać miecza. To banda kolesi, którzy nie mogli znaleźć pracy, bo nie potrafią niczego. Sądzę, że część z tych plotek rozpuszczają oni sami, żeby bronić swojego interesu. – Dobrze, że jest wśród nas optymista – zaśmiał się Pablo. – Jednak moje źródła są dość wiarygodne. Gwardzista milczał przez dobrą chwilę wykonując starannie swoją pracę. – Nie jestem stąd. Podrzucono mnie do miejskiego przytułku, gdy byłem niemowlęciem. Starsi mawiają, że jestem potomkiem Timildów, ludu z dalekiego południa. – Z Pustynnej Krainy? Kaban zaśmiał się. – Z jeszcze dalszego południa. Stamtąd, gdzie kończy się ląd i zaczynają rozległe oceany. Żyją tam Timildowie, ludzie o ciemnej skórze, którzy zajmują 56


się żeglarstwem. Jestem żywym dowodem na to, że zapuszczali się bardzo głęboko w ląd. Mówi się, że ich wędrówka na północ była ucieczką. – Przed czym? – Przed Erą Mroku. Pablo spojrzał na swego rozmówcę, a następnie wyjął ze swojego plecaka piersiówkę, którą podarował mu wuj Barry. Taką samą jak ta, której użyli, by postawić na nogi Booze`a. Odkorkował i pociągnął kilka łyków. Ostry smak bimbru wykrzywił mu twarz. – Ja również nie pochodzę stąd – podał butelkę Musafirowi. – Przybyłem z miejsca dużo bardziej odległego niż ty i każdy inny, kto chodzi po tej ziemi. I odkąd tu przybyłem, ciągle słyszę o Erze Mroku. Co to do cholery jest Era Mroku i skąd właściwie wiadomo, że ona nadciąga? – Era Mroku ma być czasem, kiedy bogowie odwracają się do nas tyłkami. Wówczas żadnej niegodziwości nie spotka zasłużona kara. Nastąpią mroczne i barbarzyńskie czasy. Człowiek stanie przeciw człowiekowi. Brat przeciw bratu. Koza przeciw kozie... Zdaniem wielu wyludnienie Rae Ragis i wędrówka moich przodków to dość jasne przesłanki. – Musafir pociągnął jeszcze łyk samogonu, by lepiej mu się opowiadało. – Tak głoszą mędrcy, ale na ich słowa trzeba oczywiście brać poprawkę, bo zażywają trujące rośliny. W tym całym steku bzdur, musi być jednak jakaś nutka prawdy, ponieważ słyszałem o Erze Mroku dziesiątki razy, z ust zupełnie przypadkowych osób, spotykanych w różnych miejscach i w różnych czasach. – Era Mroku nadejdzie faktycznie? – Sądzę, że tak. Jednak na dobrą sprawę, nie wiadomo kiedy. Może właśnie to, co nas otacza to Era Mroku? Zła nie brakuje. Dobiegł ich donośny gwizd, który odbił się echem od ściany lasu. Zobaczyli kłęby pary wokół lokomotywy, a z okienka kabiny wychyliła się umorusa57


na, ale radosna twarz Booze`a. – Proszę wsiadać! Ruszy, gdy wytworzy się odpowiednie ciśnienie! – Udało się! – zawołał Brot. – Niesamowite! Już myślałem, że trzeba będzie zastrzelić tego pijaka! Klaus był blady jak ściana. – Chyba się zesrałem – wyszeptał. – To ma jechać bez wierzchosła? Widziałem w życiu już różne rzeczy, ale... – To pierwszorzędny sprzęt – maszynista musiał przekrzykiwać teraz szum pary wyrzucanej na boki. – Nigdy nie traćcie wiary w Starą Świnię! – W samą porę – Kaban skinął głową w stronę lasu. Od młodnika dochodził odgłos wystrzałów. Ktoś wybiegł na polanę i ręką wskazywał w kierunku pociągu. Za nim pojawili się następni. – Musieli usłyszeć gwizd, a to znaczy, że być może przez cały czas krążyli całkiem niedaleko! – Tuż nad głową Klausa uderzył pocisk, który oderwał fragment okiennicy. Na ich głowy posypał się deszcz drzazg. Bez wątpienia byli to ludzie Eberetha Marka. – Rzeczywiście uparci skurwiele – mruknął do siebie Pablo – Czy możemy ruszyć Booze? Pijaczek popukał we wskaźnik ciśnienia, który naturalnie nie działał. Jednak po chwili maszyna drgnęła i bardzo powoli zaczęła się toczyć z przeraźliwym łoskotem po wygiętych, przerdzewiałych szynach. Ścigający ich bandyci mieli do pokonania spory kawałek, więc raz jeszcze wypuścili salwę ognia, a grad kul spadł na skorodowane panele lokomotywy, która nabierała prędkości. – Wszyscy cali? – zapytał Pablo. Wyglądało na to, że nikt nie oberwał. Pociąg nie osiągnął wprawdzie szczególnie oszałamiającej prędkości, jednak wystarczającą, by nie mógł go dogonić biegnący człowiek. Ścigający dawali z siebie wszystko, lecz ciężko im 58


było biec po podkładach kolejowych. Przewracali się jak pijani. Jeden upadł tak pechowo, że uderzył głową w szynę. Z oddali Brot widział lśniącą w słońcu, wilgotną, szkarłatną breję, która rozlała się na tory. Pozostali z rozpędu przebiegli po mózgu denata. Zatrzymali się dopiero, gdy dotarło do nich, co się stało. Z komina lokomotywy dobywał się gęsty, czarny dym, który z daleka sygnalizował ich pozycję. Pablo nie przejmował się tym jednak. Czerwony Las miał być miejscem całkowicie bezludnym oraz skrajnie niebezpiecznym dla każdego, kto chciałby go zaludnić. To zaś, do pewnego stopnia, gwarantowało im bezpieczeństwo. – To prawda, że ludzie w pociągu też słyszą głosy? – zapytał ładując węgiel do pieca. Herbert Frank, zwany Booze`m, stał oparty o łopatę. W dłoni trzymał butelkę z alkoholem, która spoczywała w kabinie przez lata, ukryta przez niego na czarną godzinę. Aktualna godzina nie była wprawdzie czarną, ale najwyraźniej maszynista uznał, że okazja do odkorkowania trunku jest adekwatna. Chwiał się teraz męczony czkawką, czyli znajdował się w stanie możliwie najbardziej kompatybilnym z wymogami zadań, jakie przed nim stały. – Tak, ludzie w pociągu słyszą głosy – odpowiedział zaskakująco spokojnie i trzeźwo. – Jednak zwykle zamykaliśmy ich w wagonach, a broń przewożono w specjalnym, pancernym przedziale. Zazwyczaj wszyscy dojeżdżali żywi. – A co z nami? Nie grozi nam niebezpieczeństwo? Booze zmierzył go wzrokiem, jakby próbując doszukać się sensu w pytaniu. – Bardziej niebezpieczne niż głosy, które przecież każdy z nas słyszy na co dzień, jest chociażby to, że nie posiadamy hamulców. No, wprawdzie nie są nam one niezbędne, wszak planujemy robić postojów, ale przecież niektórzy lu59


dzie mogliby zdefiniować właśnie tę sytuację jako niebezpieczną. – Ten pociąg nie ma hamulców? – Nigdy nie było potrzeby, żeby miał. Jak mówiłem, nie planujemy zbyt wielu postojów. Tutaj nie ma nawet żadnych cholernych wiewiórek, które mogłyby wybudować stację. Uprzedzając twoje pytanie, w Rae Ragis znajduje się rampa, która nas wyhamuje. *** Przez noc podróż upływała bardzo spokojnie i zdawało się, że wokół nie ma żywej duszy. Rankiem przywitał ich piękny wschód słońca i mgły rozlewające się pomiędzy drzewami. Pablo dumał nad tym, gdzie mógłby załatwić swoją poranną potrzebę. Znał wiele osób, które w podróży miały problemy z zaparciami. On miał zupełnie na odwrót i bardzo często, gdy tylko poczuł zew przygody, musiał najpierw odwiedzić toaletę. Najchętniej z kawą i gazetą. Nagle w kabinie, niczym duch zmaterializował się Musafir Kaban. – Jeżeli uważaliście, że ta podróż będzie jak wakacje lub coś w tym stylu, to spójrzcie do przodu – wskazał im kierunek na wprost. – To most – stwierdził ze znawstwem Booze. – Łyknij sobie jeszcze, żeby ci się wzrok wyostrzył. Jacyś goście podkładają tam ładunki wybuchowe. Pablo wyjął swoją lunetę. Teraz widział wyraźniej: dwóch ludzi w ciemnoszarych opończach uciekało w kierunku końca mostu. Mniej więcej w połowie jego długości, tuż przy przęsłach, zostawili jakieś pakunki, z których unosił się biały dym. – To mówisz, że jak hamowaliście, gdy jednak zachodziła taka potrzeba? Herbert Frank spoglądał smutno w suche już dno butelki. Miał swoje wła60


sne, prywatne problemy i najwyraźniej nie zamierzał przejmować się cudzymi. – Czy możemy przyśpieszyć? Może uda się przejechać most, zanim ładunki wybuchną? – zaproponował Kaban. – Przyśpieszyć można zawsze – Booze odłożył butelkę i zaczął majstrować przy zaworach. Pociąg przyspieszył, jednak wyłącznie jedynie tyle, by dało się to zauważyć. – Gdyby ktoś wlazł na dach i zdjął plombę zabezpieczającą, moglibyśmy dać więcej czadu. Kiedyś jeden koleś wymyślił, że Świnia musi mieć ogranicznik prędkości. Kiedyś zbyt szybko wjechałem na stację i rampa nie wyhamowała pociągu. Nic się nie stało, ale... Niewiele myśląc, Pablo wyszedł przez okno i zaczął się wspinać na dach. Bez trudu odnalazł metalową klapkę, pod którą kryła się plomba. Była to jedyna niestandardowa rzecz na płaskim panelu dachowym. Pablo podważył nożem klapkę, a następnie przeciął linkę zawiązaną wokół metalowego ucha i mocno pociągnął, wydobywając uwiązany do niej korek z ciasnego przewodu. – Trzymajcie się! – wrzasnął Szakal. – Będzie trzęsło! – Ja tam jestem przyzwyczajony, że trzęsie – powiedział sam do siebie Booze. W przedziale osobowym Brot padł na podłogę i wsunął się pod drewnianą ławę. Klaus zrobił to samo. Nie zdawali sobie jeszcze sprawy z tego, jaki rodzaj niebezpieczeństwa im zagraża, ale nie mieli zamiaru ryzykować. Booze i Kaban złapali się z całej siły rurek, których pełno było w kabinie. Pociąg pędził teraz z prawdziwie zawrotną prędkością. Pablo niezdarnie usiłował opuścić się z powrotem do okienka, kiedy nastąpił ten przeraźliwy, rozdzierający powietrze huk. Zrobiło się ciemno od dymu, pyłu i żwiru wyrzuconego w powietrze. Maszyna siłą rozpędu leciała w przód podskakując na szynach i wypuszczając na boki snopy iskier przypominające warkocze komety. Pociąg praktycznie leciał w powietrzu, odbijając 61


się od torów niczym ociężała piłka. Śliska blacha przemieszczała się pod brzuchem Sauromaty. To, czego wcześniej mocno się chwycił, uciekło mu nagle wraz z resztą lokomotywy. Potem widział już tylko oddalający się most i znikający pociąg. Sam zaś uderzył w coś i ujrzał mrowie bąbelków. Chwilę zajęło mu, by zrozumieć, że wybuch cisnął nim, jak szmacianą lalką, wprost do wody. Gdy tylko poczuł pod stopami kamieniste dno, wybił się ku górze, wyprostowany niczym struna i poszybował w kierunku światła. Wynurzywszy głowę, gwałtownie złapał haust powietrza. Potrzebował chwili, by uspokoić oddech, ale gdy to nastąpiło, z konsternacją stwierdził, że otacza go absolutna cisza. *** – Gdzie Pablo? – krzyknął Musafir Kaban plując żwirem. – Na dachu – odparł spokojnie maszynista sięgając w miejsce, gdzie jeszcze niedawno stała jego butelka. Szakal wychylił się mocno na zewnątrz. – Nie ma go tam do cholery! Musiał spaść w chwili wybuchu! Musimy się zatrzymać natychmiast! – Nie da rady generale. Już tłumaczyłem tamtemu grubemu, że to cacko nie posiada wewnętrznego systemu hamowniczego. Uprzedzając pańskie pytanie, w Rae Ragis zatrzymamy się na specjalnej rampie, która stopniowo nas spowolni, aż do zatrzymania... Szakal zgrzytnął zębami i wyjrzał do tyłu. Nie było już nawet widać mostu. Nad lasem opadały jedynie kłęby szarego dymu rozwiewane przez wiatr.

62


III Pablo niezgrabnie wygramolił się z wody na porośnięty trawą brzeg. Wyglądał zapewne tak, jak wyglądać musiała pierwsza istota, która opuściła morza, by zasiedlić lądy. Przed sobą miał niemal pionową, skalistą ścianę, od której sześć metrów wyżej odstawały pogięte resztki mostu. – A niech mnie – powiedział cicho rozglądając się po otaczających go drzewach. Wbrew swojej nazwie Czerwony Las wcale nie był czerwony. Wyglądał zasadniczo dość zwyczajnie, jednak kryło się w nim coś niepokojącego. Będąc małym chłopcem, Pablo oglądał serial „Przyjaciel wesołego diabła”. Za każdym razem, gdy widział Piszczałkę, popadał w histeryczny płacz. I teraz, gdy znalazł się w lesie sam, widok drzew wywołał z otchłani jego pamięci te traumatyczne przeżycia. Las wcale nie wydawał się pusty. Zdawało się, że za każdym krzakiem, za każdym pniem siedział ktoś lub coś, co rozgląda się za czymś do zjedzenia. Za sobą miał kilka kilometrów do Howard, ale także i pościg ludzi Eberetha Marka. Przed nim zaś ciągnęły się długie połacie nawiedzonego lasu, który mógł próbować go zabić. Cały optymizm, który w nim tkwił, związany był z tym, że ma przy sobie swoją załogę. Swoich wiernych kompanów. Teraz jednak zabrakło ich. Najpewniej zginęli, albo leżą tam na górze śmiertelnie ranni, porozrywani na kawałki, wołający o pomoc, która nigdy nie nadejdzie. Nie mając innego wyjścia, wzruszył ramionami i rozpoczął poszukiwanie wyjścia z wąwozu. *** 63


Brazos ułamał sobie kawałek czerstwego chleba i włożył go do ust. Leniwie żując, spoglądał na rozległą, nieco nachyloną polanę, po której biegł w jego kierunku człowiek w ciemnoszarej opończy. W dłoni ściskał gołębia pocztowego. Ptak był ledwo żywy. – Udusisz go! Mało ich mamy! – Przepraszam szefie – chłopak dobiegając przełożył gołębia do obu rąk, zmieniając chwyt na nieco delikatniejszy. – Udało im się przejechać Brazosie! Pociąg przejechał. Przywódca zaklął pod nosem. Zapił chleb wodą z cynowego kubka, wyciągnął z sakiewki fajkę i zaczął nabijać ją wysuszonymi liśćmi, które wydobył z torby. Nim posłaniec ochłonął na tyle, by móc kontynuować zdawanie relacji, z fajki unosił się już dym pachnący wędzonymi owocami i lasem. – No to co z tym pociągiem? – zapytał Brazos, trzymając fajkę w zębach. – Gordon wysadził most, ale pociąg jechał szybciej, niż wynikało to z wyliczeń. Nie potrafią powiedzieć, jak do tego doszło. Lont miał odpowiednią długość, a mimo to, przejechali zanim nastąpił wybuch. Brazos zamyślił się. Z jego nosa wydobywały się dwa, siwe węże dymu, które zaczęły tańczyć przed jego twarzą. Człowiek w opończy wyczuł, że jest to dobry moment, by uszczknąć kawałek chleba. W Czerwonym Lesie bytowało się ciężko. Głód był uczuciem, z którym należało się zaprzyjaźnić. – Zapal sobie i odpocznij – powiedział w końcu Brazos. – Zaraz napiszę ci wiadomość, którą poślesz do Barneya. *** – Słyszysz mnie? 64


Pablo odwrócił się za siebie. Było tam jedynie suche, skaliste zbocze, porośnięte krzakami. Zaczął słyszeć ten głos dobre dwie godziny wcześniej, ale do tej pory starał się go ignorować. – Wiem, że mnie słyszysz. Zgrywasz się tylko, co? Był bardzo spragniony. W Pustynnej Krainie jego tolerancja na odwodnienie była znacznie wyższa, albowiem organizm przystosował się do surowszego klimatu. Pijał także specjalne napary z korzeni, które pozwalały utrzymać wodę w organizmie dłużej i lepiej ją spożytkować. W Howard szybko przyzwyczaił się do luksusu posiadania wody na zawołanie i momentalnie zmiękł. Żałował teraz, że nie zaimprowizował sobie jakiegoś pojemnika, w którym mógłby transportować wodę z rzeki. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że takie błędne decyzje mogą kosztować go życie. – Straszny z ciebie dupek, wiesz? Ta uwaga wyrwała go z zadumy. – Dupek? – Dokładnie. Uważasz, że skoro masz ciało, to nie musisz konwersować z głosem, który tego ciała nie posiada. Ale wiesz co? Mam ciało. Tyle że znajduje się pod ziemią! – wyrzucił wściekle głos. – Czyli nie masz. Jesteś upiorem. Ruszył dalej pod górę. – Dupek. Starał się ignorować głos. – Dupek, dupek, dupek! Po jakimś czasie głos ucichł, a Pablo dotarł do ściany drzew. W cieniu zrobiło się przyjemnie chłodno, więc przysiadł na płaskim kamieniu, by odpocząć nieco. Zapach lasu przyniósł ukojenie. Jednocześnie poczuł, że jego ciało jest ciężkie i przymknął na chwilę powieki. Tylko na chwilkę, lecz to wystar65


czyło, by dał się zaskoczyć. Otworzył oczy i odruchowo sięgnął po sztylet. Stał przed nim człowiek w ciemnoszarej opończy i zielonej bluzie. – Spokojnie zabijako! – bardzo powoli, by nie prowokować Sauromaty, uniósł ręce do góry i zdjął kaptur. – Harold Smith? Skąd ty się tu do diabła wziąłeś? – Nienawidzę niespłaconych długów. Uratowałeś mi życie, więc zamierzam teraz uratować twoje. Zdjął z pleców sporej wielkości tobołek, z którego wyciągnął dwie porcje suszonego mięsa oraz bukłak z winem. Następnie zasiedli do posiłku, a Harold zaczął opowiadać. – Jak wiesz, byłem członkiem grupy Slada Barrowa. Przynajmniej do momentu, kiedy posądzono mnie o złamanie kodeksu. Próbowałem dorobić sobie na boku, sprzedać coś na własną rękę, jednak wpadłem. Jestem niemal pewien, że była to sprawka któregoś z braciszków – przygryzł kawał suszonego mięsa. – No, a potem standardowo: proces i wyrok. Trafiłem na arenę i spotkałem was. – Tak, tę część znam – mruknął Pablo. – Po naszym rozstaniu udałem się do wuja, a następnie chciałem wyjechać z Howard. Coś jednak mnie tknęło. Zakradłem się do sklepu Barrowa i podsłuchałem pewną rozmowę, z której jasno wynikało, iż nie dotrzecie do celu. – A więc to... – Tak. To Barrow nasłał swoich ludzi, by wysadzili most. Dotarcie do Rae Ragis jakiejkolwiek cywilnej wyprawy, oznaczać będzie koniec dla ich interesu. Harold zapalił fajkę, puścił kilka obłoków dymu o zapachu wędzonych owoców i lasu. Po chwili przekazał instrument Sauromacie. – Popal trochę. To specjalne ziele, którego używamy w bractwie. Uchroni cię przed głosami. 66


Pablo niepewnie wziął fajkę. – A więc to jest wasz sekret? Mam się zaciągnąć? – Tak. Substancja zawarta w zielu musi dostać się do serca, które jak wiadomo jest ośrodkiem duszy i umysłu. Dym zamyka dostęp innym lotnym substancjom, takim jak leśne duchy. Zapewnia to bezpieczeństwo przynajmniej na kilka godzin. Pablo posłusznie palił fajkę. Nad lasem zapadał zmierzch. Harold Smith nie chciał rozpalać ogniska ze względu na swoich pobratymców. Przygotowali więc jedynie prowizoryczne posłania z mchu i suchych gałęzi, po czym udali się na spoczynek. Zachód słońca w Czerwonym Lesie sprawił, że jego nazwa stałą się teraz całkiem zrozumiała. Wszystko utonęło w głębokiej barwie jaspisu. Dym z ziela najwyraźniej działał, bo głos, który nękał Pabla, już nie powrócił tego wieczora. *** Musafir Kaban wpatrywał się w słońce zapadające się pomiędzy zalesionymi pagórkami, niczym hot dog w bułce, podczas gdy zadziwiająca maszyna prowadzona przez Booze`a brnęła niestudzenie naprzód, zostawiając za sobą jedynie pióropusz czarnego dymu. Martwiło to Szakala, bo dym musiał być widoczny z daleka. – Czy przed nami będą jeszcze jakieś mosty? – szturchnął śpiącego maszynistę. – Będzie jeszcze most nad Wielką Rozpadliną – Booze przeczesał dłonią swoją skundloną, rzadką czuprynę. – Sądzisz, że będą próbowali nas zaatakować jeszcze raz? – Jeżeli chcą byśmy nie dotarli do Rae Ragis, muszą to zrobić. 67


Na maszyniście słowa te najwyraźniej nie zrobiły dużego wrażenia. Położył głowę na drugim boku i znów zapadł w sen. Z góry dobiegł jakiś dźwięk. Po drabince tendra zszedł Brot. Chyba słyszał tę rozmowę. – Może, skoro nie ma już z nami Pabla, bezpieczniej byłoby wyskoczyć z pociągu i pójść piechotą? Nigdzie nam się nie spieszy. Chwilowo można uznać, że misja zakończyła się niepowodzeniem. On nie zdążył nam nawet wyjawić jej celu. – To byłoby jeszcze większe szaleństwo niż ta cała eskapada – mruknął gwardzista wpatrując się w tory przed nimi. – Nie wiemy tak naprawdę, co stało się z Pablem. Może przeżył i będzie próbował dotrzeć do twierdzy. Powinniśmy dojechać tam zgodnie z planem i zaczekać na niego kilka dni. Jak się trzymacie tam z tyłu? – Kaban zmienił nagle temat. – Słyszeliście jakieś głosy? – Klaus twierdzi, że coś tam słyszał, ale ponieważ ma problemy ze słuchem, nie był w stanie zrozumieć sensu słów. Szakal parsknął śmiechem. – Wszystko pod kontrolą generale – rzucił na odchodne Brot i wspiął się z powrotem na drabinkę. – Brot! – Tak panie władzo? – Jeżeli spotkamy jeszcze raz tych szaleńców...

musimy spuścić im

wpierdol. Wieczór przeradzał się w zupełnie czarną noc. Na czole lokomotywy zainstalowany był kaganek oraz zwierciadło. Całość zamknięta była w sprytnej obudowie chroniącej przed wiatrem. Lampę odpalało się z kabiny, za pomocą zmyślnego mechanizmu transportującego kaganek po sznurku. Musafir odpalił obie lampy, po czym stwierdził z rezygnacją, że efekt jest mocno rozczarowujący. 68


– Jeżeli uderzą w nocy, to po nas – mruknął i otulił się mocniej płaszczem. Było zimno i nieprzyjaźnie. *** Pablo otworzył oczy i ujrzał błękitne, bezchmurne niebo. Rozejrzał się i nie widząc żywej duszy wokół siebie, uznał wieczorną wizytę Smitha za urojenie. Chwilę po tym, jak zmiana pozycji wywołała w nim nieprzyjemne zawirowania, doszedł do wniosku, że jednak musiało dojść do nadmiernego spożycia. Być może młody szabrownik wyruszył samotnie na zwiad, albo poszedł pozbierać korzonków na śniadanie. Nigdy nie wiadomo, co takim świrom strzeli do głowy. Zwłaszcza tutaj, w opętanym lesie. – Pssst – jeden z pobliskich krzaków wydał dźwięk. Pablo wzdrygnął się. Lęk przed zgubnymi skutkami nadużywania alkoholu nie opuszczał go nawet tutaj, mimo iż na co dzień w ogóle o nim nie pamiętał. W porę zreflektował się, że to nie krzak wydawał dźwięki, a właśnie jego towarzysz, który usiłował go przed czymś ostrzec. Od strony stoku coraz głośniej słychać było dudnienie kopyt. Pablo odruchowo namacał sztylet i rewolwer. Przypomniał sobie, że proch w nabojach może być mokry od kąpieli w rzece, a co za tym idzie - bezużyteczny. Rzucił się w stronę zarośli niemal w tym samym momencie, gdy zza kamieni ukazały się głowy nakryte skórzanymi kapeluszami kowbojskimi. – Musi być niedaleko! – zawołał nieogolony, krępy człowiek o twarzy sugerującej bardzo pechowe pochodzenie. Pablo rozpoznał w nich ludzi Eberetha Marka, choć nie było z nimi Steve`a. Towarzyszył im za to człowiek w ciemnoszarej opończy, co mogło ozna69


czać, że lękali się sami wejść do Czerwonego lasu i zatrudnili przewodnika z grupy Slada Barrowa. Ten zaś mając informację o szykowanej zasadzce na pociąg, doprowadził drabów do samego mostu. Musieli widzieć Sauromatę wyczołgującego się z rzeki, jednak skalisty kanion wymusił na nich nadłożenie drogi, przez co stracili pół dnia. – Chyba potrafisz tropić ślady? – Potrafię, ale tutaj nie ma żadnych śladów. Nasz zbieg jest najwyraźniej mistrzem w ich zacieraniu, albo zgodnie z tym, co sugerowałem, ruszył w kierunku zachodnim. – A może po prostu ktoś mu pomaga? – mruknął ponuro wielki kowboj w rusznicą – Tak jak nam. – Nie martw się Hugh – rzucił krępy prostak. – Dorwiemy go i nabijemy na pal jak szmacianą lalę. Pablo poczuł pot spływający po plecach. Siepacze Marka wyglądali na profesjonalistów. Jego dłoń odruchowo powędrowała w stronę kabury zawieszonej na pasku, lecz poczuł, że Harold chwyta ją i zatrzymuje. Młodzieniec był mokry na twarzy, a z jego oczu biło przerażenie. Przyłożył palec do ust. Szabrownicy wiedzieli jak przeżyć w Czerwonym Lesie, ale nie byli wojownikami. – Ruszamy! – zawołał Hugh i spiął swojego wierzchosła. – Wypatruj śladów Gary. Masz odnaleźć trop albo zawieziemy panu Markowi twoje ścierwo zamiast tamtego grubasa. Obaj wyglądacie jak wieprze, więc jak cię zmasakrujemy, nikt nie zauważy różnicy. Przewodnik zbył to ponurym spojrzeniem i splunął. Plwocina zawisła na liściu, tuż przed twarzą Pabla i zaczęła się ciągnąć w dół, aż połączyła ze sobą dwa liście. – Mało brakowało – mruknął Harold, gdy tętent kopyt umilkł. – Masz więcej wrogów, niż przypuszczałem. To byli ludzie Eberetha Marka. Jak mnie70


mam, pan maszynista nie przebywa z wami za błogosławieństwem alfonsa? – Zgadza się – odparł Sauromata otrzepując kolana. – Słuchaj no, nie przywykłem do chowania się po krzakach. U nas na południu... – U was na południu zapewne zdarzało ci się walczyć z barbarzyńcami i zwyciężać, tak? Otóż pragnę poinformować cię, że barbarzyńcy, ci wszyscy kolesie o trudnych do wymówienia imionach, są po prostu skrajnymi idiotami. Są ulepieni z gorszego błota. Witamy w prawdziwym świecie. – Z gorszego błota? – Gdzie ty się wychowałeś? Wielki Hog, który jak wiadomo jest knurem, ulepił człowieka z błota. Potem ulepił jeszcze osiemdziesięciu dwóch. Byli to przodkowie ludów północy. Moi przodkowie – Harold dumnie uderzył się w pierś. – Potem chciał jeszcze ulepić kogoś, kto zaludniłby Pustynną Krainę, ale uznał, że ma za mało błota. Więc co zrobił? – Bo ja wiem? Wykopał dziurę? – Wykopał dziurę, he he, dobre sobie... Nasrał! Nafajdał do błota, które mu zostało, wymieszał wszystko i z tego gorszego błota ulepił barbarzyńców, których umieścił w Pustynnej Krainie. To banda kretynów. Każdy, dowolny mieszkaniec północy bije na głowę intelektem każdego, dowolnego mieszkańca południa. A ci goście, którzy tu przed chwilą byli to prawdziwa elita zabójców. Gdybyś wyskoczył na nich z tym kozikiem, teraz nawijaliby na patyk twoje jelita. I wiesz co? – Co? – Nie ma za co! Uratowałeś mnie, ja uratowałem ciebie. Jesteśmy kwita. Dalszą podróż odbędziesz po normalnej, turystycznej stawce. Czy akceptujesz regulamin Harold Smith Tour? – Dobra, nie unoś się tak, bo będę ci musiał przyłożyć... Podczas gdy Harold Smith wygłaszał swoją tyradę, Pablo przypomniał 71


sobie o nabojach. Wyjął je na rękę i zaczął drobiazgowo oglądać. Nie wyglądały na mokre. Podważył sztyletem szyjkę mosiężnej łuski jednego z nich. Po chwili gmerania pocisk wypadł mu na rękę i z wnętrza wysypał się proch. Sprawiał wrażenie suchego, choć tak naprawdę musiałby wystrzelić na próbę. Huk mógłby jednak dotrzeć do niepożądanych uszu. – … to tyle jeżeli chodzi o zasady bezpiecznego poruszania się po Czerwonym Lesie – Smith kończył właśnie swój przydługawy wywód. – Mam nadzieję, że to sobie zapamiętasz, bo bez tego ani rusz. Jakieś pytania? – Wygląda na to, że będzie trzeba radzić sobie nożem – mruknął do siebie Pablo, który w dalszym ciągu ignorował swojego przewodnika. – No to siku i ruszamy! *** Przeżuwając suszone mięso Brazos rozmyślał, obalając tym samym mit, że mężczyzna może wykonywać tylko jedną rzecz naraz. Tuż obok niego siedział Gordon, który jako jeden z nielicznych znał się dość dobrze na materiałach wybuchowych. Gordon również przeżuwał suszone mięso. Brazos rozmyślał o tym, jak kretyńskim pomysłem jest zwoływanie narady przy śniadaniu, które składa się w głównej mierze z suszonego mięsa. Wszak nie od dziś wiadomo, że przeżuwanie suszonego mięsa uniemożliwia mówienie. I kiedy w końcu po dwudziestu minutach zakończyli tę nużącą czynność, zgodnie uznali, że zaspokoili swój głód. Brazos popił pemmikan sporą ilością wody i zaczął: – Mam nadzieję, że tym razem nie spartolicie. – Pomysł podłożenia ładunku na moście był z góry skazany na porażkę. Oczywiście wtedy jeszcze tego nie wiedzieliśmy. Gdybyśmy wiedzieli, wymy72


ślilibyśmy coś innego. Teraz spraw mają się inaczej. Nowy plan zakłada atak frontalny. Zapewniam cię, że niebawem będziesz mógł przejść się po zgliszczach tej demonicznej maszyny, którą swoją drogą trochę szkoda niszczyć. Przydałaby się nam ona do transportowania fantów. – To wynalazek sił nieczystych. Niezgodny z naszą filozofią. Zatem wyzbądź się sentymentów. Gordon nerwowo przestępował z nogi na nogę. – Oczywiście szefie. – Wskakuj na wierzchosła i pędź do Barneya. Przywódca szabrowników spojrzał na Gordona, niezdarnie usiłującego wciągnąć opasły zad do kulbaki, i splunął z pogardą na ziemię. W końcu musiał przyznać to sam – byli grupą nieudaczników. Mieli swoją wąską specjalizację, ale byle dzikus z południa mógł im wejść w paradę i ostro namieszać. Slad miał rację i niestety nie za wiele dało się z tym zrobić. Złote czasy dobiegały końca. Jak napisano w Księdze Hoga: ci, którym dane było zaznać bogactw i luksusów także skończą utytłani po pas w gównie, bo zaprawdę nikt nie uniknie gówna. Oczywiście u Barrowa nikt nigdy nie zaznał prawdziwych bogactw. Stary łajdak zatrzymywał większość utargu dla siebie. Brazos nie był w ciemię bity i zawczasu starał się zabezpieczyć swoją przyszłość. Rozejrzał się na boki, by upewnić się, że nikogo nie ma w pobliżu, wyjął zza pazuchy szmaciane zawiniątko i położył przed sobą na trawie. Wewnątrz znajdowała się ta rzecz, którą nabył od znajomego ze straży granicznej. Podobno zabrał to trupowi szpiega z Rowling. Jeżeli te dzikusy z południa dysponują taką bronią, to zmiotą Howard z powierzchni ziemi, nim ktokolwiek zdąży pierdnąć. Z nabożną ostrożnością rozwinął pakunek, a jego oczom ukazały się trzy czarne, metaliczne przedmioty. Jeden z nich był pistoletem. Na jego boku wid73


niały napisy: „HK USP .45 AUTO”. Dwa pozostałe, jak tłumaczył mu znajomy, były wkładami zawierającymi śmiecionośną amunicję. – Brazosie! Przywódca szybko zasłonił swoją zabawkę szmatą. Zbliżał się do niego Groszek, jeden z młodszych szabrowników. – Przepraszam, że przeszkadzam, ale przyszedł gołąb od Oka. – I co Oko pisze? – Raczej co widzi? – poprawił chłopak. – Za pociągiem jedzie jeszcze jeden pościg. Pięciu ludzi na wierzchosłach. Możliwe, że dorwą ich, zanim nam się to uda. – Doskonale – mruknął Brazos. – To świetna wiadomość Groszek. Dla nas jednak nie ma to większego znaczenia. O rezultacie ewentualnego starcia dowiemy się dopiero wieczorem, gdy pociąg dojedzie, do naszej zasadzki. Ktokolwiek będzie w środku, zginie. *** Brot wpatrywał się ze znudzoną miną w tory, które wyłaniały się spod wagonu. Męczył go głód, który powodował mdłości, a od czasu do czasu zdawało mu się takżę, że słyszy głos. Klaus głośno chrapał obok, więc dla uprzyjemnienia sobie podróży, Brot od czasu do czasu robił mu jakieś świństwo: uderzał z całej siły trzonkiem od siekiery w stopę albo zatykał nos. Starzec znosił to wyjątkowo cierpliwie, aczkolwiek momentami jego całkowity brak reakcji niepokoił Brota. Gdy słońce znalazło się w zenicie, Herbert Frank poinformował ich, że mają już za sobą połowę trasy z Howard do Rae Ragis. Z tego powodu wszyscy zebrali się w kabinie lokomotywy. Od chwili utracenia Pablo Sauromaty, nie 74


rozmawiali jeszcze poważnie na temat tego, co mieliby robić, gdy dotrą na miejsce. Jedynie Musafir Kaban miał jakąś wizję celu wyprawy i właśnie teraz postanowił wyłuszczyć ją pozostałym uczestnikom wyprawy. – Jak zapewne wiecie, jadę z wami na polecenie mera Howard, Honoracjusza Pickermanna. Niegdyś mieszkał on w twierdzy i posiada pełną świadomość, że jest ona bardzo solidnym punktem obronnym – przerwał, aby dać reszcie chwilę na przetrawienie jego słów. – Pickermann chce zasiedlić te czcigodne mury. Nie wiem, jaki cel przyświecał waszemu przyjacielowi. Nie zdążył mi go wyjawić. Wam zapewne także. Dlatego siłą rzeczy nie jesteśmy w stanie dokończyć jego dzieła. Liczę, że gdy przybędziemy na miejsce, nasze drogi zejdą się na powrót. Gdyby jednak okazało się inaczej, moja propozycja jest taka: pomóżcie mi wykonać moją misję. Sprawdźmy w jakim stanie znajduje się twierdza i ustalmy, czy nadaje się ona do zasiedlenia. W zamian, znając hojność i dobrotliwość mera, będziecie mogli zostać pierwszymi osadnikami nowego Rae Ragis. Co oczywiście wiązać się będzie z możliwością zajęcia najlepszych izb mieszkalnych. Brot i Klaus wyglądali na wyraźnie zacintrygowanych. Obaj byli w tej chwili ludźmi pozbawionymi domu oraz wszelkiego dobytku. Obaj zmuszeni zostali porzucić swoje dotychczasowe życie. I oto nadarzała się szansa rozpoczęcia czegoś od nowa, w takim miejscu jak Rae Ragis. To był prawdziwy uśmiech losu, albo przynajmniej dość ciekawą perspektywą. – Ja bardzo chętnie zamieszkałbym w Rae Rargis – zaczął nieśmiało Brot – oczywiście zakładając, że to miejsce jest względnie bezpieczne. Mówi się, że ludzie uciekli stamtąd przed górnikami, których z kolei zdziesiątkowała zaraza. Rodzi się zatem pytanie: co to za zaraza i czy jej ognisko aby wygasło? – To właśnie mamy ustalić – odparł Szakal. – Gdy stwierdzimy, że jest bezpiecznie, będziecie mogli tam zostać. Moje osobiste zdanie, wynikające 75


z obserwacji szabrowników, jest takie, że nie ma tam obecnie żadnych niebezpieczeństw. Znam większość z tych chłopaków. To banda patałachów i mięczaków. Sami widzieliście, jak spartolili sprawę z tym mostem. – Co jednak, jeżeli okaże się, że Rae Ragis nie nadaje się do zamieszkania? – odezwał się Klaus, który ciągle wydawał się ospały i przygaszony. – Czy wstępując na służbę u twojego Mera, możemy liczyć na cokolwiek w razie niepowodzenia? To chyba jest równie istotne, prawda Brot? Chłopak pokiwał głową, a Kaban zaśmiał się pod nosem. – Szczerze powiedziawszy nie braliśmy pod uwagę takiego scenariusza – odparł. – Jesteśmy przekonani, że twierdza jest całkowicie opustoszała. Jeżeli jednak was to uspokoi, nic nie stoi na przeszkodzie, abyście zostali pełnoprawnym obywatelami miasta Howard, wraz z uposażeniem członka gwardii. Kaban nie miał pełnomocnictwa do rozdawania stanowisk, za wyjątkiem swojej własnej działki. I choć nie widział u siebie miejsca dla tych dwóch awanturników, zaryzykował. – W porządku – odrzekł Brot. – Wchodzę w to. – Ja też – Klaus pokiwał głową z uśmiechem. – Zatem siadajcie i delektujcie się tą rozkoszną wycieczką. Nasz uroczy maszynista twierdzi, że jutro po południu będziemy u celu. *** Harold Smith zrzucił większość odzieży wierzchniej i dał nura do jeziora. Higiena była jedną z rzeczy, o które w bractwie szabrowników dbano szczególnie. Być może wynikało to z jakiś filozoficznych założeń, a może miało bardziej pragmatyczne znaczenie. Tak czy siak, przewodnik zniknął, a Pablo siedział sam na brzegu bawiąc się swoim rewolwerem. Wykonywał czynności, 76


które określał jako „konserwacja”, choć w rzeczywistości próbował nauczyć się kręcenia bronią na palcu wskazującym i chowania jej do kabury. Czy też raczej za pasek od gaci. Nagle usłyszał tenorowy śpiew w dziwnym języku. Początkowo uznał, że to Smith ma jakiś atak lub zaszkodziły mu zioła. Po chwili jednak spostrzegł zbliżającą się od strony dopływu rzeki dłubankę, na której siedział półnagi facet z rogami jelenia, odpychający się od dna długim kijem. Im bliżej był, tym bardziej niepokojące sprawiał wrażenie. Jego twarz była jakaś taka... zwierzęca, porośnięta w dziwnych miejscach zarostem przypominającym sierść. – Dzień dobry! – przywitał się grzecznie dobijając do brzegu. Pablo wyłonił się z krzaków, w które skoczył w nadziei, że stanie się nagle przez to niewidoczny. – Eeee... dzień dobry, szukałem naboja, gdzieś mi upadł. O taki – zaprezentował na dłoni wyjętą naprędce z kieszeni sztukę amunicji. – To piękny dzionek, by sycić się ciepłem słońca i oddawać cześć matce naturze! Poprzez śpiew i taniec. Choć oczywiście można zapewne spędzić go także szukając po krzakach tych, jak im tam... – Nabojów. – Właśnie! Wyglądasz mi na strapionego wędrowcze. Czyżbyś popadł w jakieś tarapaty? Jam jest Jan Hern, łowczy Czerwonego Lasu. – Pablo Sauromata, miło cię poznać Janie. Mówiono mi, że w tym lesie nie ma żywej duszy, ani w ogóle niczego innego żywego. – Och, ten kto to mówił, jest w błędzie Sauromato. Drzewa żyją, trawa żyje i oczywiście kwiaty. Spójrz na tę erupcję życia – wykonał ręką zamaszysty, trochę operetkowy ruch. – Co zaś mnie się tyczy, nie ukazuję się wszystkim śmiertelnikom. Kręcą się po tym lesie różni tacy. Widzę jednak, że ty nie jesteś jednym z nich. Zatem jak mogę ci jakoś pomóc? 77


– Cóż... muszę dostać się do Rae Ragis. – Pablo zastanowił się przez chwilę – Wypadłem także z pociągu. – To dwie osobne sprawy. – Wraz z moimi przyjaciółmi jechaliśmy pociągiem, ale ktoś podłożył dynamit na torach. Moi towarzysze zginęli lub pojechali dalej. Ja wpadłem do rzeki i moim tropem podąża banda morderców nasłana przez jednego alfonsa. – Czułem ich dziś nad ranem. Cuchnie od nich na kilometr gorzałą i brudem. Trzech albo czterech jeźdźców. Żywią się mięsem. – Tak, to musieli być oni. Skąd wiesz, że żywią się mięsem? – Po gównie. Jan Hern wyskoczył ze swojej prymitywnej łodzi, a gdy znalazł się na brzegu, okazało się, że jego nogi zakończone są nie stopami, a parą kopyt. Widząc zdziwienie na twarzy Sauromaty, wyjaśnił: – Jestem pół człowiekiem, pół jeleniem. Niektóre elfki, nimfetki i nimfomanki twierdzą, że uosabiam pierwotną, męską siłę. A ja nie dementuję – uśmiechnął się Hern. – Czyli jesteś kimś w rodzaju nadprzyrodzonego stworzenia, które być może istnieje tylko w mojej głowie? Łowczy zaśmiał się. – Ależ istnieję naprawdę. Jestem po prostu trochę inny, niż zwykli ludzie. Faktycznie posiadam jakieś tam nadprzyrodzone umiejętności – roześmiał się jowialnie – także wykraczające poza ars amandi, ale ogólnie rzecz biorąc jestem zwyczajnym facetem. Nie krępuj się, chętnie ci pomogę. – Skąd mam wiedzieć, czy mogę ci ufać? Gdzieś w tym jeziorze pływa mój przewodnik – miało to zabrzmieć jak groźba, ale Pablo sam nie wierzył w to, że Harold Smith mógłby stanowić dla kogoś zagrożenie. – Ależ jak najbardziej trzymaj się swojego przewodnika. Harold to po78


rządny gość. Nigdy nie śmieci w lesie i zakopuje swoje odchody. Nie wszyscy jego przyjaciele dbają o te sprawy – skrzywił się – mało rzeczy irytuje mnie bardziej niż wdepnięcie w ludzkie gówno... – dodał z niesmakiem. – Zatem jak możesz mi pomóc Janie Hernie? – Pablo już trochę irytował się natchnionym stylem swojego rozmówcy. – Będę nad wami czuwał aż do samiutkiego progu Rae Ragis. Ale nie dalej, bo dalej już nie mój rewir. Nie będę rzucał się w oczy, ale będę zawsze krok za wami i pomogę wam w sytuacjach zagrożenia. Ty zaś musisz pamiętać, aby nie pisnąć ni słówkiem Haroldowi. On nie może się dowiedzieć o moim istnieniu, bo jest zbyt... hm... niski. – Niski? – Wasz język nie jest moim pierwszym. Nie mogę znaleźć określenia. Za mało wie. No, już czas – wszedł znów do wody i wspiął się na dłubankę. – Z pewnością jeszcze się kiedyś spotkamy Pablo Sauromato – zawołał na pożegnanie i odbił w stronę dopływu rzeki śpiewając swoją pieśń. Ledwie zniknął za krzakami, niemal jak duch zmaterializował się Harold Smith. Pablo poczuł pewną niezręczność sądząc, że przewodnik usłyszy śpiew, który jeszcze rozbrzmiewał w powietrzu, jednak nie doszło do tego. Harold usiadł na trawie i zaczął wytrząsać wodę z uszu. – Zamarudziliśmy trochę. Na pewno nie chcesz się wykąpać? W tym lesie łatwo wyczuć smród niemytego ciała. – Czy to jakaś sugestia? – odparł Sauromata udając urażony ton. – Przebyliśmy dziś bardzo krótki odcinek trasy. Chciałbym czym prędzej odnaleźć moich ludzi i wykonać powierzone mi zadanie. To nie jest wycieczka krajoznawcza Haroldzie, ani weekend w spa. – No to zapalmy jeszcze, bo dziwnie gadasz i ruszajmy.

79


*** Gordon stał przy bombardzie i rozważał, czy nie byłoby dobrze zasłonić czymś jej lśniącej w słońcu, nasmarowanej oliwą lufy. Dwóch pomocników wsypało do jej wnętrza proch z kilku niewielkich, płóciennych woreczków. Potem ten proch dobrze ubili, wrzucili puste worki, znów ubili. Na to wszystko załadowali odlaną z żelaza kulę wielkości dorodnego arbuza. Lub cyca Tłustej Agnes, najgrubszej portowej dziwki w Howard. – To ich załatwi na amen – mruknął sam do siebie Gordon. – Trochę szkoda pociągu, ale sam widok rozpierduchy wynagrodzi mi szkody moralne. – Co tam mamroczesz pod nosem? – Barney zbliżył się, jak zawsze bezszelestnie. Barney Clark był jedynym szabrownikiem, który nie używał pseudonimu. Znali go wszyscy w bractwie, a i w Howard nie było tajemnicą, że można z nim rozmawiać o Rae Ragis. Był szczupłym, wysokim mężczyzną o krótko przystrzyżonych, szpakowatych włosach. Jego inteligentne i srogie oczy nadawały mu niepokojącego wyglądu. Prawdopodobnie dlatego nikt nigdy się go nie czepiał. Wśród ludzi stojących po stronie prawa było zbyt wielu mięczaków. Barney po prostu wyglądał na bardzo zdecydowanego człowieka. Był też kimś w rodzaju zastępcy Brazosa. Nieoficjalnego. Oficjalnie funkcję tę pełnił niejaki Karl Vogel, który był kompletnie pozbawionym jaj, totalnym dupkiem. – Zadbaj lepiej, żeby ta rurka dobrze wystrzeliła, bo po ostatnim partactwie na moście... – zawiesił na chwilę głos – twoja kariera w bractwie nie maluje się w jasnych barwach. – Osobiście odpalę lont. Rozwalimy tę ciuchcię w drobny mak. Nie masz się o co martwić. Gwarantuję ci, że nie będziemy musieli brudzić sobie rąk. Barney zaśmiał się ponuro i bez przekonania. 80


*** Musafir Kaban jako pierwszy dostrzegł pośćig. Prawdopodobnie dlatego, że Brot i Klaus, którzy mieli teraz pełnić wartę spali. Po jednej stronie torów jechało trzech jeźdźców, a po drugiej jeszcze dwóch. Łącznie pięciu ludzi na szybkich, kawaleryjskich wierzchosłach. Uzbrojeni byli w rusznice i rewolwery. Szakal zaś miał swój miecz, kuszę oraz dość ciekawy egzemplarz broni, zakupiony od wędrownego kupca. Kuszę rzucił Brotowi, zaś Klausowi i maszyniście nakazał ukryć się, by byli pod ręką na wypadek walki bezpośredniej. Całą nadzieję pokładał w tym, że w pełnym galopie jeźdźcom ciężko będzie oddać celny strzał. Liczył także, że wierzchosły nie zdołają utrzymać tak wysokiego tempa przez dłuższy czas. – Na stanowiska! – wrzasnął i wykonał gest oznaczający oddanie się w łaskę Wielkiego Hoga (palec wskazujący prawej ręki przykłada się do prawej skroni i kręci się nim raz w tę, raz w drugą, trzykrotnie) (inna wersja wygląda tak, że palcem wskazującym puka się trzy razy w czoło). – Robi się! – odkrzyknął Brot naciągając kuszę. Szakal wydobył swój samopał. Była to dwulufowa broń mniej więcej długości łokcia. Z jednej strony wyglądała, jakby ktoś upiłował kolbę, z drugiej zaś, jakby w analogiczny sposób pozbyto się nadmiaru lufy. Łamało się ją na pół i wkładało duże, czerwone naboje wypełnione dziesiątkami drobnych, ołowianych kuleczek. Broń ta była niezwykle śmiercionośna, jednak niestety wyłącznie na krótkie dystanse. Naładował ją i przyczaił się w tendrze, by móc z zaskoczenia wychylić się i bezlitośnie razić przeciwników. Długo na okazję nie musiał czekać, bo ci dwaj po prawej już podjeżdżali, chcąc wskoczyć na lokomotywę. Kaban wycelował i pociągnął naraz oba spu81


sty. Broń gruchnęła jak armata i rój śrutu raził obu napastników oraz ich wierzchosły. Wszystko runęło na ziemię w jednym, splątanym kłębowisku kończyn, tułowi, jelit i innych wnętrzności. Ci dwaj prawdopodobnie będą już napadać na pociągi jedynie w królestwie Wielkiego Hoga, pomyślał zadowolony z siebie Szakal. Po drugiej stronie sytuacja przedstawiała się znacznie gorzej. Brot strzelił jednemu wierzchosłowi w pierś. Bełt wszedł w głąb korpusu i zapewne przebił serce, jednak zwierzę nadal galopowało. Krew zgromadzona w mięśniach i naczyniach okalających kończyny, uchodziła ze zwierzęcia zbyt wolno. Jeździec zdołał jeszcze zbliżyć się do pociągu i przeskoczyć na wagon, nim zwierzę zwolniło i upadło. Musafir szybko załadował broń, aby móc oddać kolejny strzał. W porę dostrzegł, że następny napastnik celuje w jego stronę. Padł na węgiel i to ocaliło mu życie, bowiem choć strzał poszedł tak nisko, że oderwał fragment ściany tendra, i tak przeleciał nad głową Szakala. Gdy podniósł się, spostrzegł, że dwaj kolejni napastnicy dostali się do wewnętrza wagonu. Brot radził sobie dość dobrze toporkiem Sauromaty, choć widać było, że broń była zbyt ciężka. Parował wszystkie ciosy dużego kindżału kowboja, sam jednak nie będąc w stanie wyprowadzić skutecznego ataku. Klaus stał przybity w rogu, a jego przeciwnik nacierał spokojnie i metodycznie, by zmęczyć go prostymi uderzeniami. Kaban wiedział, że starzec długo nie pociągnie. Nie był wojownikiem, nie miał wyrobionej techniki. Rzucił mu się zatem na pomoc dobywając miecza rodowego. Samopał zaś wsadził tymczasowo w gacie, by użyć go, gdy będzie miał czystą linię strzału. Jego rozrzut był zbyt duży. Kowboj, który walczył z Klausem, kątem oka dostrzegł zbliżającego się gwardzistę. Wykonał zdradziecki cios mieczem, pozbawiając starca całego ramienia trzymającego oręż, po czym szybko odwrócił się, by w ostatniej chwili sparować potężne cięcie Szakala. Walka w ciasnym, pędzącym wagonie była 82


trudna i niebezpieczna. Istniało spore ryzyko wyrządzenia krzywdy swojemu stronnikowi lub sobie samemu. – Pieprzone skurwysyny – zawołał Brot, któremu najwyraźniej urągał fakt, że tak słabo sobie radził z toporkiem. Sam wybrał tę broń, lecz teraz widział, że był to błąd. Usiłował przedostać się do Klausa, by wyłuskać z jego martwej dłoni zgrabny mieczyk. Obok Musafir Kaban odpierał kolejne, wściekłe ataki kowboja. Tuż za jego plecami na tender wspinał się już trzeci jeździec. – Uwaga! – krzyknął Brot. Gwardzista odwrócił się i sparował atak tamtego na górze. Brot dorwał się do miecza Klausa i w ostatniej chwili postawił blok ze skrzyżowanego miecza z toporem, po czym kopnięciem odepchnął swojego przeciwnika, który lecąc obalił Kabana na podłogę. Wszystko szło źle. Brot chciał wstać, ale seria szybkich uderzeń przytrzymała go nisko przy podłodze. Szakal również znajdował się w parterze. Trzeci napastnik wypalił teraz z krócicy w stronę lokomotywy, prawdopodobnie pozbawiając życia maszynisty. Potwierdzał to fakt, że teraz spokojnie obrócił się teraz w stronę walczących i zaczął na nowo ładować broń. – Kaban! Booze nie żyje! – Brot usiłował przekrzyczeć się przez łomot pędzącego pociągu, szczególnie głośny przy podłodze. – Wyskakuj! – odkrzyknął gwardzista blokując szybką serię śmiertelnie niebezpiecznych ciosów. Brot przeturlał się w stronę drzwi prowadzących na zewnątrz, sparował jeszcze jedno mocne cięcie z góry i wyskoczył. Zderzenie z torami było bardzo bolesne, a nim bezwładne ciało wytraciło prędkość, wykonało jeszcze serię spektakularnych koziołków, z których każdy zakończony był solidnym grzmotnięciem. Prawdopodobnie akrobacja ta przyczyniła się go większej ilości stłu83


czeń i kontuzji, niż sama walka z ludźmi Eberetha Marka. Nie było jednak czasu na użalanie się nad sobą. Brot szybko podniósł się i uklęknął na jedno kolano. – No dalej! – warknął. – Skacz! Wreszcie Musafir pojawił się w drzwiach, lecz ciągle jeszcze wymachiwał mieczem broniąc się przed nacierającymi wrogami. Wtem zdarzyło się kilka rzeczy naraz: gwardzista wybił się przeskakując barierkę zabezpieczającą, a nad pociągiem, oraz po jego obu stronach pojawiły się kule ognia. Zaraz potem lokomotywa odskoczyła na bok i mocny wstrząs szarpnął wagonem, rozrywając go na kilka części. Nad torami wznosił się ognisty obłok, a skład już w całości zniknął w jego oślepiającym, żarłocznym brzuszysku. Brot przymknął oczy, by uchronić je przed blaskiem, a gdy wreszcie kula ognia zredukowała się, spostrzegł podnoszącą się z torów postać. – Wstawaj! Musimy uciekać! – był to oczywiście Musafir Kaban. Za jego plecami dymiące szczątki pociągu sunęły jeszcze po nasypie. – Uciekać? Ci goście zmienili się w skwarki. – Tak, ale jest jeszcze ta banda bęcwałów, która strzelała w pociąg. Cholera wie ilu ich tu jest ukrytych po krzakach. Straciliśmy właśnie całą przewagę. Zeszli z torowiska i pobiegli w kierunku najbliższych zarośli, gdzie Brot niemal od razu wdepnął w ludzkie gówno. – Orzesz... – Nie przejmuj się tym. Większy problem stanowi ten, kto to tu zostawił. – O tak, z pewnością to strasznie niekulturalny człowiek, dorwiemy go i wyrazimy swoją opinię na temat srania w lesie! A potem każemy mu to posprzątać! – Pomyśl trochę – skarcił go Szakal. – W tym lesie nie powinno być nikogo! Więc ten, który nasrał, to ten sam, który chce nas zabić. Musi być niedale84


ko. Zamknij się i miej oczy otwarte. Brot dobył miecza i obaj nisko pochyleni ruszyli poprzez zarośla, by odejść jak najdalej od miejsca katastrofy. Nad drzewami unosiła się czerwona, ognista łuna.

IV W centralnej części obozowiska znajdował się duży, pilnie strzeżony namiot, do którego dwaj barbarzyńcy prowadzili starca w białej szacie. Wokół płonęły ogniska, setki ognisk. Przy każdym z nich siedziało przynajmniej kilku żołnierzy. Starzec zatrzymał się przed wejściem do namiotu, z którego wyszedł... Thatduush Heliksman. – Witaj Faraszu – powiedział kupiec. Pablo wzdrygnął się i otworzył oczy. Znajdował się w Czerwonym Lesie. – Co się stało? – zapytał Harold rozkładając na trawie prowiant. – Miałem dość... niepokojącą wizję. – To się zdarza, gdy przebywa się w Czerwonym Lesie. Zwłaszcza, gdy pali się zielsko. No, ale bez tego długo nie pociągniesz, więc mimo wszystko zielsko to mniejsze zło. Lepiej zjedz coś i odpocznij – podsunął mu pod nos suszone mięso – dziś wieczorem dotrzemy do mojej ziemianki. Tam można porządnie się wyspać i zregenerować. – Nie natkniemy się tam na twoich? – Nikt o niej nie wie. Zbudowałem ją sam, aby móc nocować w drodze do twierdzy. Każdy szabrownik ma swoją tajną melinę, o której nie wiedzą inni. Zaufanie zaufaniem, ale w lesie nie ma świadków. Łatwo sprzedać bajkę, że ktoś wpadł do bagna. 85


Przysiedli nieopodal zarośli, w których w razie niebezpieczeństwa mogli się ukryć i już po chwili pałaszowali suszone mięso w sposób zgodny z tradycją: milcząc. Pablo czuł, że droga, las i zielsko go męczą, jednak każdy postój wydłużał czas przebywania w Lesie. A to znaczy, że również osłabiał ich. *** Siedząc w gęstwinie, Brot czyścił patyczkiem podeszwę swojego buta, gdy pojawił się Musafir Kaban i usiadł przy nim. – Obszedłem najbliższą okolicę i mam wrażenie, że znaleźliśmy sobie dobrą kryjówkę. Trzech patroluje teren w pobliżu pociągu. Nie ma szans, by nas dostrzegli. Jeszcze dwóch wypatrzyłem na wzniesieniu kawałek dalej. Stoi tam bombarda, z której najprawdopodobniej oddali strzał do lokomotywy. Tym razem byli lepiej przygotowani. Nie mieliśmy najmniejszych szans. – Klaus i Booze nie żyją – powiedział smętnie Brot. – Tak jak Pablo. – Nie mamy co do tego pewności. Wybuch nastąpił za nami, w czasie, gdy Pablo przebywał na dachu lokomotywy... – To ja powinienem był wejść na ten cholerny dach i zerwać plombę. Ja powinienem był zginąć, nie on. Niewielka pecyna gówna oderwała się od patyczka i spadła na stokrotkę. – Cholera Brot! Tracisz kontakt z rzeczywistością. Przecież pilnowałeś tyłów! Jak niby miałeś nagle znaleźć się w lokomotywie i wspiąć się na jej dach? – Właśnie! Teraz też pilnowałem tyłów i zawaliłem. Zginęli Klaus i Booze – skrył twarz w dłoni. – W Tomwil czułem się szybki i mocny. Mogłem wszystko. Tutaj... wszystko jest jakieś dziwne. – Nadal żyjemy i nadal jesteśmy w drodze do twierdzy, więc nie ma naj86


mniejszego sensu, żebyś się teraz rozklejał, jak nogi dziwki portowej. Weź się w garść, bo czeka na nas robota. Gwardzista wyjął z kieszeni małą kartkę i rozwinął ją. Była to mapa naszkicowana dość symboliczną kreską. Przedstawiała Czerwony Las i biegnącą po łuku linię kolejową. Obok naniesiono także drugą, pieszą trasę. Była to możliwie najkrótsza droga, wiodąca po linii prostej z Howard do Rae Ragis. – To mapa, którą sporządził mer z pamięci. Według moich szacunków, znajdujemy się gdzieś w tym miejscu – puknął palcem punkt odpowiadający ich domniemanej lokalizacji. – Musimy prześlizgnąć się na drugą stronę torów tak, aby nikt nas nie zauważył, a następnie dostać się między tamte drzewa. Tory biegną po łuku. Dla piechura droga w linii prostej będzie znacznie wygodniejsza. Gdy pójdziemy na północny zachód, w którymś momencie przetniemy właściwy szlak, nie nadkładając jednocześnie zbyt wielu kilometrów. – Czy szlak jest w jakikolwiek sposób oznaczony? – Nie wiemy. – Czy nasi prześladowcy nie dojdą do tego samego wniosku i nie poślą za nami grupy pościgowej? – Sądzę, że są przekonani o naszej śmierci. W pociągu znajdą pięć zwęglonych ciał. Nas na początku również było pięciu. Liczę, że nie połapią się w tym wszystkim i po prostu będą świętować zwycięstwo. Brot odrzucił brudny patyczek i spojrzał na Kabana z uznaniem. – Szkoda tylko, że nie mamy nic do żarcia. Umieram z głodu. – Znajdzie się coś w mojej torbie. Nie traćmy czasu. Będzie nam łatwiej przemknąć na drugą stronę, póki są zajęci grzebaniem w zgliszczach. Zachowując pełną ostrożność przeczołgali się w pobliże nasypu. Od płonącego nadal wraku dzieliła ich odległość solidnego strzału z łuku. Czarny, smolisty dym dodatkowo ograniczał widoczność. W powietrzu unosił się swąd 87


palonych włosów. Brot jako pierwszy pokonał tory. Biegł nisko, a gdy tylko przekroczył nasyp, padł na ziemię i przeczołgał się do zarośli po drugiej stronie. Musafir Kaban nie kazał na siebie zbyt długo czekać. Po krótkiej chwili obaj znajdowali się po właściwej stronie torów, na granicy drzew. Mieli stąd doskonały widok na wrak oraz wzniesienie z bombardą. Nie zauważyli zmożonej aktywności, więc uznali, że nikt ich nie dostrzegł. – Jeżeli nadarzy się okazja, pomścimy naszych – szepnął gwardzista. Ruszyli głębiej w las, by oddalić się na bezpieczny dystans od miejsca katastrofy. Jeszcze długo później czuli niesiony wiatrem smród spalenizny. Jednak to, co początkowo brali za dym, w pewnym momencie okazało się być mgłą, która upiornie snuła się między niskimi brzózkami. – Straszne miejsce – powiedział Brot rozglądając się nerwowo. – Ruszaj dupę chudzielcu. – Mógłbyś chociaż dodać proszę! Musafir, który szedł z przodu, odwrócił się i spojrzał surowym wzrokiem na swojego towarzysza. – Przecież nic nie powiedziałem – mruknął. – O cholera... *** Pablo Sauromata leżał w wysokiej trawie, z twarzą wtuloną w ziemię i usiłował przypomnieć sobie jakąś modlitwę. Żałował teraz, że od podstawówki zaniedbał swoje życie religijne. Zwłaszcza teraz, gdy w odległości nie większej niż sześć, może siedem metrów, stali dwaj kowboje oraz ich przewodnik. Byli to ci sami ludzie, których Pablo widział wcześniej. Jeden z nich miał na 88


imię Hugh, a na przewodnika wołali Gary. Harold z pewnością rozpoznał go, gdyż robili razem u Slada. Mężczyźni głośno się kłócili o to, że Gary nie jest w stanie wytropić Sauromaty. Jednocześnie niebezpiecznie zbliżali się w stronę kryjówki w trawie. – Już po nas – szepnął niemal bezgłośnie przerażony Smith. Chłopak wydobył spod płaszcza długi sztylet, choć nie dawał on najmniejszych szans w starciu z bandtami uzbrojonymi w broń palną. – … znajdę i zestrugam odpowiedni pal – wrzasnął Hugh w stronę ich przewodnika, Gary`ego. Tamten skulił się, jakby chciał uciec, ale nie był pewien, czy mu wolno. – Potem wsadzę ci go w dupę i będę cię ciągnął za nogi. Bardzo, bardzo powoli. Będziesz czuł każdy centymetr rozrywanych wnętrzności... Byli już tak blisko, że gdyby spojrzeli w dół, z pewnością ujrzeliby Pabla i Harolda. To był właśnie ten moment, w którym należało się wybić ku górze i zaatakować. Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie: Pablo wstał, uniósł dłoń z ciężkim Coltem i nacisnął spust. Bębenek zmienił pozycję, ale broń nie wypaliła. Nacisnął jeszcze raz i nastąpił głośny huk eksplodującego prochu. Na twarzy Hugha malowało się zaskoczenie tuż przed tym, jak jego twarz zniknęła, a na jej miejscu pojawiła się krwawa miazga. W tym samym czasie Smith pchnął sztyletem Gary`ego na oślep. Głownia weszła w oko przebijając oczodół, docierając do mózgu, a na końcu wydając nieprzyjemny zgrzyt na wewnętrznej stronie potylicy. Trzeci wróg... leżał na ziemi martwy, a z jego ust sterczała strzała łucznicza. Starcie trwało zaledwie kilka sekund. Pablo sam był zaskoczony skalą spustoszenia, jaką udało im się osiągnąć. Był też wściekły na swoją broń, która zawiodła go w kluczowym momencie. Sybko zapomniał o gniewie, gdy Harold nachylił się nad przeciwnikiem ze strzałą. 89


– Dziwne. Nikt z nas nie ma łuku. Pablo rozejrzał się dookoła. – To chyba ich strzała. Musieli ją przynieść ze sobą. – Oni też nie mają łuku – zauważył rezolutnie przewodnik. – Spójrz, ci dwaj mieli rusznice, a Gary... – kopnął nogą rękę szabrownika, by przyjrzeć się przedmiotowi w jego dłoni – chyba też jakiś rodzaj samopału. Skąd ta strzała? – To może ktoś go postrzelił wcześniej? Mógł być ranny i umrzeć teraz – Pablo kombinował jak mógł, by nie wyjawić sekretu Jana Herna. – To bardzo prawdopodobna teza: zobaczył nas, skoczyło mu ciśnienie, krwotok przybrał na sile i obciążone serce nie wytrzymało... – Widzę, że uczyłeś się medycyny? – Liznęło się to i owo – Sauromata wspomniał z czułością stosik pism popularnonaukowych w swoim kibelku. Chwycił trupa za nadgarstek i odczekał chwilkę. Nieraz widział to na filmach. – Zgon nastąpił niedawno – stwierdził rzeczowym tonem. – Przyczyną śmierci był zawał serca i krwotok. Spójrz, ma strzałę w ustach, co potwierdza moją tezę o tym, że był ranny. Wszystko się zgadza. Smith popatrzył na niego z uznaniem, po czym kucnął przy innych zwłokach – Weźmy, co nam się może przydać i spływajmy, niż zjawią się ich koledzy. *** – Udało się! Sukces! – Po łące biegł ktoś wymachując histerycznie rękami.

Jakby mu się krab u jajec zawiesił – pomyślał Brazos. 90


– Z czego się tak cieszy? – Dostaliśmy gołębia z wiadomością od Barneya. Pociąg do Rae Ragis został zniszczony! Zmiażdżony! Zdruzgotany! Jego zgliszcza leżą i dymią, a z wnętrza wydobyto pięć zwęglonych ciał! PIĘĆ! Brazos starał się maskować ulgę, bo uważał, że nie wypadało mu przy podwładnych podniecać się jak podlotka. Udało się i był pewien, że wkrótce wszystko wróci do normy, a mer Howard zapomni, że wysyłał kogokolwiek do twierdzy. – Przygotuj drugiego gołębia. – Tak jest! Skreślił kilka słów na kartce, którą następnie zwinął w niewielki rulonik i podał chłopakowi. – Do Slada Barrowa. *** Ziemianka Harolda Smitha nie była szczególnie spektakularnym miejscem. Najogólniej rzecz biorąc była to dziura w ziemi, zabezpieczona drewnianym szalunkiem przed zasypaniem oraz drzwiami, przed nie wiadomo czym. Wewnątrz było ciasno i śmierdziało jak w koczowisku bezdomnych, ale młody szabrownik pękał z dumy, oprowadzając Pabla po swoich włościach. – Tutaj będziesz spał. – A niby gdzie indziej mógłbym? Tu jest jeden, wielki, pieprzony barłóg. Wygląda, jakby był w tym zagrzebany jakiś niedźwiedź albo kojot. Śmierci jak w mojej piwnicy. Jakby nasrały szczury! – Nie ma szczurów – zapewniał Smith. – Jeżeli chcesz, wyniesiemy to wszystko i przyniesiemy nowych patyków i liści. Potem okadzimy to jeszcze 91


porządnie dymem z zioła i będzie jak w pałacu mera! Zobaczysz, że po kilku nocach na gołej glebie, tutaj wyśpisz się jak król. Pablo wątpił, że wyśpi się, jak król. Z dużym niesmakiem wczołgał się do ziemnej jamy i zaczął wybierać rękami liście. W trakcie tej czynności wyglądał jak wielki, niezgrabny kret i przy okazji poczuł, że traci resztki godności. Kiedy już wygarnęli wszystko, nora zdawała się być bardziej przestronna. Smith zapalił wewnątrz niewielką świeczkę, która swym ciepłym blaskiem rozjaśniła wnętrze dziury. – Mam tylko nadzieję, że nie będziesz próbował odgrywać tu jakiegoś Brokeback Mountain, co? – mruknął pod nosem Sauromata. – Brokeback Mountain? – No, że nie będziesz próbował... Wiesz... jak kowboje! – Kowboje się... między sobą? – Tak. To powszechnie znany fakt. Jadą wypasać bydło na wiele dni i robi im się tęskno za domem. Harold tylko z niedowierzaniem głową i wciągnął do wnętrza wielką gałąź brzozy wraz z liśćmi, która po obłożeniu mniejszymi gałązkami miała stanowić podgłówek. – Jeżeli jutro rano wyruszymy bardzo wcześnie i będziemy szli przez cały dzień z jednym, niedługim odpoczynkiem, to o zachodzie słońca ujrzymy Rae Ragis. Czekać nas jednak będzie jeszcze przeprawa przez Dolinę Łez, a później krótka wspinaczka na niewielkie wzniesienie. Przed zejściem do doliny zanocujemy. – Dolina Łez? Kto wam wymyśla takie fatalne nazwy? – Sama sobie zasłużyła na taką nazwę. To bardzo niedobre miejsce. Tam emisja głosów jest znacznie silniejsza. Zupełnie, jakby wydobywały się one spod ziemi. Nazwaliśmy to miejsce tak, by uczcić pamięć wszystkich szabrow92


ników, którzy ponieśli śmierć w Czerwonym Lesie. Wielu z nich poległo właśnie w Dolinie Łez. – Dużo tego było? – Ogółem, od początku działalności firmy Barrowa jakieś trzydzieści osób. Ja znałem trzech. Wharton powiesił się niedaleko stąd. Wielki Al przegryzł sobie żyły w dolinie. Skończyło mu się ziele, bo złapała go potworna ulewa, zgubił się i wszedł w bagno. Alex...

z Alexem opuszczaliśmy już twier-

dzę... był paskudny, dżdżysty... *** … poranek. Harold naciągnął na głowę kaptur swojej praktycznej, nieprzemakalnej kurki zakupionej od kupców z południa. Od strony wejścia do budynku głównego nadbiegał Alex z przewieszonym przez ramię workiem pełnym łupów. – To był dobry zbiór, co? – zaśmiał się krzywo i niepokojąco, jak tylko on potrafił. Niektóre panny w Howard widząc ten uśmiech zaczynały obawiać się gwałtu. – Nie ma, co świętować... *** – Auć... coś mnie kłuje w dupę... przepraszam, kontynuuj, kontynuuj... – Więc ja mu na to... ***

93


– Nie ma, co świętować, bo przed nami jeszcze ta trudniejsza część – droga powrotna. – Pięć! – Co takiego? – Myślę, że starczy mi na pięć dziwek – oznajmił tryumfalnie Alex. – Idź, nie jesteśmy z cukru, żeby się deszczu bać. Ruszył energicznym krokiem po drodze prowadzącej w dół, ku Dolinie Łez. Był to szeroki, dobrze udeptany trakt, zupełnie jakby przeznaczony do ruchu wozami, ale już przy pierwszych zaroślach zwężał się do zwykłej, leśnej ścieżynki. Harold pobiegł za swoim towarzyszem, schylając się nisko i chowając przy każdym krzaczku. Wiedział, że nikogo nie ma w promieniu wielu kilometrów, ale przebywając w Czerwonym Lesie, na otwartej przestrzeni, zawsze czuł się obserwowany i zawsze starał się być niewidzialny. Dla Alexa był to jeden z ulubionych tematów do żartów. Wymyślił postać Bohryja Gwałciciela, czarnego luda, który włóczy się po lesie i penetruje odbyty szabrowników, gdy śpią. – Czarny Bohryj cię widzi! – zaśmiał się. – O Wielki Hogu! To nie jest temat do żartów. Smith padł w trawę i zaczął rozglądać się nerwowo po okolicy. Wokół nie było żywej duszy, nie licząc ich. Alex maszerował raźno, pogwizdując swoją ulubioną melodię „Rozchylajcie nogi panny”. Wraz z opadaniem terenu, wokół robiło się coraz ciemniej, mimo iż był to nadal wczesny ranek. Przy dnie doliny drzewa były większe i wiły się w sposób nienaturalny, jakby umyślnie chciały zasłonić niebo. Pomiędzy gęstym, suchym starodrzewem, niczym wężowisko wiła się szara mgła. – A ty co sobie kupisz mój miły przyjacielu? Haroldzie? – Alex zatrzymał się i obejrzał do tyłu. Smith czołgał się pomiędzy krzakami dobre dwadzieścia 94


metrów za nim. Do głowy przyczepione miał gałązki paproci. – Przestań się wydurniać! Czarny Bohryj wydupczy cię dopiero gdy zmrużysz oczy. Te chabazie nie są ci potrzebne. Zresztą i tak na Bohryja okazałyby się nieskuteczne. – O Wielki Hogu! Kiedy byli już na dnie doliny, Smith zaobserwował niepokojącą przemianę w swoim towarzyszu. – Wszystko jest bez sensu! Wszystko jest czarne! Chcę umrzeć! Alex leżał na środku drogi uderzając pięściami w ziemię i płacząc. Wokół leżały porozrzucane łupy. Harold szybko wydobył ziele, nabił do fajki i odpalił. – Masz, zapal sobie. – Nie chcę palić! Nie chcę niczego! Chcę przestać istnieć! Deszcz się nasilał. Choć sceneria wokół wydawała się ponura do granic możliwości, w szarych strugach ulewy poziom przygnębienia wzrastał w postępie geometrycznym. Zupełnie, jakby cały smutek, którego doświadczyli do tej pory w życiu, był jedynie maleńką przekąską przed prawdziwą otchłanią beznadziei. Harold dmuchał w fajkę, by wytworzyć wokół nich chmurę dobroczynnego dymu, ale niewiele to pomogło. – Musimy biec! – krzyknął w końcu. – Zostawmy te graty i biegnijmy na górę! Przecież nie chcesz ich! – Nie chcę! – To biegnijmy! Na górze będzie lepiej, zobaczysz. Ruszyli wolnym, ślamazarnym krokiem podtrzymując się nawzajem. Harold miał wrażenie, że powietrze jest gęste jak kisiel, a każdy krok wymaga od nich nadludzkiego wysiłku. – Nie damy rady – powiedział Alex. – Nie dacie rady – usłyszał Harold, tym razem w swojej głowie. – Wpadliście jak dwie muszki do wielkiego gara z kompotem. Wasze rodziny będą 95


musiały się jakoś z tym pogodzić. W końcu wrócą do normalnego życia. Ktoś następny natrafi może na wasze zwłoki i przy odrobinie szczęścia nie zbezcześci ich, a tylko okradnie. Głos ucichł na chwilę, jakby się zastanawiał. – Ciekaw jestem, ile czasu minie, zanim ktoś was znajdzie. – Zamknij się – wycedził wściekle przez zęby Harold i jeszcze mocniej dmuchnął w fajkę. – Znałem kiedyś takiego jednego szabrownika, który utopił się w rzece. Był naprawdę sympatyczny. Farley... Falco... – Farclay. – Tak, tak... Wydawał się być naprawdę porządnym facetem. I dość długo trzymał się przy życiu, choć jednocześnie rozpaczliwie starał się od niego uciec. To było nawet zabawne, bo tuż przed zanurzeniem się nabrał głęboki wdech... to głupie. Skoro chciał się utopić, to po co mu było powietrze? To chyba taki wasz ludzki mechanizm. Nawet w obliczu spraw ostatecznych zachowujecie swoje prymitywne odruchy bezwarunkowe... – Harold czy on mówi o Farclayu? – Alex na chwilkę odzyskał świadomość, jednak w jego oczach panowała otchłań. – Nie. On mówi o Falconim... nie znasz. Starszy facet, po trzydziestce. – Farclay... muszę to sobie gdzieś zapisać. Może kiedyś jeszcze spotkam go. Naprawdę człowiek dusza. Był zabawny nawet, gdy już nie żył. Wy tego nie zrozumiecie. Zabawnie unosił się na wodzie. Trudno mi to wytłumaczyć. Jakoś tak falował i w ogóle... – On mówi o Farclayu – Alex mówił bardzo powoli, jakby przez sen. Jego dłoń sięgała do noża ukrytego za paskiem. – Uspokój się, połowa drogi za nami. Widać już szczyt. – Szczyt? Nie możesz stąd zobaczyć szczytu. Zasłania go wam pagórek 96


z kamieni, który wznosi się mniej więcej w połowie drogi. Obejrzyjcie się do tyłu. Przebyliście raptem dwadzieścia, dwadzieścia pięć metrów. To śmieszny wynik. Muszę go sobie zapisać. Opowiem komuś po was, że wy umarliście po przebyciu dwudziestu pięciu metrów. Jesteście zabawni. Może ktoś inny zajdzie dalej. – Zamilcz demonie! – Harold zdobył się na gromki okrzyk, choć czuł ogarniającą go senność, samotność i zniechęcenie. – Jesteś zabawny. Jak masz na imię? Muszę sobie zapisać. Harold, tak? Zapiszę sobie. Może spotkamy się jeszcze kiedyś. Będę opowiadał o tobie kolejnym, którzy dotrą na ten pagórek. Może zajdą dalej niż wy. Albo może nie zajdą aż tak daleko. Że też wcześniej nie obserwowałem waszych zmagań z tym odcinkiem drogi. To niezwykle pasjonujące. Dużo ciekawsze i dużo zabawniejsze niż Farclay. – Dobrze słyszę... mówi o Farclayu... – O Farleyu. Nie znasz. Był dentystą. – Twoja wola walki mnie zadziwia Haroldzie. To zapewne przez toksynę, którą wdychasz. Nie wiem, czy wiesz, ale to cię zabija. Twoje płuca są w opłakanym stanie. Wspinając się na takie wzniesienie wolałbym, aby do mojego organizmu dopływało znacznie więcej mieszanki tlenu i azotu. To znacznie zwiększyłoby wydajność organizmu, a co za tym idzie, moje szanse na powodzenie. Z drugiej strony dostarczasz sobie toksyn, które wpływają na gospodarkę biochemiczną twojego mózgu i sprawiają, że trzymasz się dużo lepiej niż twój przyjaciel samobójca... Harold Smith spojrzał pod nogi. Alex leżał na ziemi w kałuży krwi. Dłonie zaciskały się na rękojeści noża wbitego w brzuch. Żył jeszcze, ale pomału gasł. Jego oczy wpatrzone były w niebo, a usta poruszały się bezgłośnie, jakby próbował coś powiedzieć. Jednak jedyne, co się z nich wydobywało to bulgot 97


i krew. – Nie – jęknął Harold. – Zawsze fascynowało mnie w was to, że wiedząc o niebezpieczeństwie czającym się w tym lesie, zabieracie ze sobą broń. Z punktu widzenia statystyki, częściej zdarzyło się ginąć ludziom uzbrojonym. Broń pomagała im skończyć ze sobą. Chociaż taki Farclay nie użył broni. Utopił się w rzece. Zabawny człowiek. Miałeś może przyjemność poznać? *** – I jak się uratowałeś? – Słuchałem tego ględzenia tak długo, aż znalazłem się na szczycie i działanie ziela stłumiło głos. – Świetna historia. Naprawdę dobra. Powinieneś napisać książkę. Na zewnątrz było już ciemno i robiło się coraz chłodniej. *** Musafir Kaban stanął na skraju urwiska i spojrzał w dół. Wszystko to, co znajdowało się krok dalej, musiało niegdyś osypać się w wyniku obfitych deszczów lub erozji. Przed nimi rozciągała się wyrwa szeroka na sto metrów, na lewo i prawo sięgająca horyzontu, a jedyna droga prowadziła w dół zbocza, liczącego dobre dwadzieścia pięć metrów. – Będziemy musieli zejść na dół – mruknął Szakal badając wzrokiem potencjalne możliwości. – Widzisz te korzenie wystające z urwiska? Możemy je wykorzystać. Od połowy już stromizna staje się łagodniejsza i będzie można iść. Po drugiej stronie zrobimy tak samo. Martwi mnie tylko ten strumyk. 98


Środkiem rozpadliny płynął mały, ale wartki, mętno-błotnisty potok. – Nie wygląda groźnie. Myślę, że zdołamy go przeskoczyć generale. – Obyś się nie przeliczył. Z daleka może się wydawać mały... – Często tak mawiałem dziewczynom na mieści, ale gdy w końcu zbliżały się, by dokonać weryfikacji, prawda wychodziła na jaw. Ruszajmy. Brot dziarsko zeskoczył w dół, chwytając się przy tym korzenia wystającego ze ściany. Zwinnie niczym małpa przemieszczał się od jednego uchwytu do drugiego. Musafir skrzywił się kwaśno. Próbował dorównać młodszemu towarzyszowi, jednak nie wychodziło mu to najlepiej. Nie chcąc, aby jego autorytet został jakikolwiek sposób nadkruszony, strofował tylko Brota. – Na twoim miejscu uważałbym trochę! Spadniesz i skręcisz kark! – Gdybyś był na moim miejscu, nie wlókłbyś się ja stara kobieta – zaśmiał się Brot. – Skakałem po murach Tomwil zanim jeszcze nauczyłem się kraść. – Ani jedno, ani drugie nie powinno stanowić powodu do dumy. – Marudzisz jak starzec. Ile ty właściwie masz lat? Trzydzieści? – Dwadzieścia osiem. – Och... to pewnie ci już nie staje. Gdy Szakal dotarł do strumyka, Brot stał już tam i wpatrywał się w rwący potok. Błotniste bałwany fal rozszarpywane były na kawałki przez potężne wiry pojawiające się w rozmaitych miejscach, zupełnie bez ostrzeżenia. Ich ubrania szybko stały się mokre od bluzgającej na nie wody. – Nie uda nam się – mruknął chłopak. – Z daleka wydawał się mniejszy. – Musimy nazbierać budulca i zrobić jakiś rodzaj kładki. Popatrz, tutaj leżą jakieś połamane gałęzie i fragmenty drzew z osuwiska... – On mówi, że nam się nie uda i że już jesteśmy trupami. – Jaki on? 99


W jednej chwili Musafir zrozumiał. Brot znów usłyszał głos. Chłopak zrobił krok w kierunku błotnistego potoku i nachylił się ku wodzie. – Nie słyszysz go? On mówi, że tutaj kończy się nasza droga. W tych rwących wodach. Kilkaset metrów dalej potok wpływa pod ziemię, do starych sztolni, a dalej do podziemnych jaskiń, w których znajduje się wspaniałe jezioro. Tam chłodna woda wyrzuci nasze ciała na piaszczysty brzeg i odpoczniemy sobie jakiś czas. – Brot! Otrząśnij się! Musimy wejść na górę! – Szakal złapał go za ramię. – On mówi, że jeżeli chcemy dostać się do Rae Ragis, to ta droga też jest dobra. Choć oczywiście nie dotrzemy tam jako żywi. To jednak nie niewiele zmienia, bo wszyscy w Rae Ragis są martwi. Brot urwał nagle i padł na ziemię nieprzytomny. Musafir stał nad nim z kamieniem w dłoni i ciężko oddychał. – Musiałem to zrobić – powiedział przepraszająco. Po chwili podniósł grubą gałąź, która leżała niedaleko i zbliżył się do strumienia, by sprawdzić jego głębokość. Do mulistego dna był niecały metr, a szerokości było nie więcej jak trzy metry. Pomyślał, że gdyby wziął Brota na plecy, mógłby pokonać przeszkodę w bród. Dodatkowy ciężar pomógłby zachować równowagę. – Nie... środek ciężkości będzie za wysoko – mruknął – chyba, że... wezmę go na barana. Przerzucił sobie rękę Brota przez ramię, a następnie wykonał obrót wokół własnej osi, wciągając bezwładne ciało na plecy. Problemem okazały się jednak wiszące nogi. Nurt mógł pociągnąć je ze sobą. Przechylił się więc do przodu, chwycił chłopaka pod uda i pozostał w tej pozycji. Następnie wszedł do wody. Pierwszy krok wydawał się być pewny. Dno było błotniste i śliskie, ale jednocześnie zapadający się but dawał poczucie stabilności. Kolejny krok i już stał 100


po kolana w wodzie. – Nie ma już odwrotu. Do roboty – powiedział do siebie. Teraz musiał wyciągnąć prawą nogę, uwięzioną w dnie. Mocne szarpnięcie przyniosło pozytywny skutek w postaci uwolnionej stopy. Jednak zaraz po tym, Kaban stracił równowagę i zachwiał się. Jego twarz na moment znalazła się pod wodą, a chwilę później środek ciężkości przesunął się wraz z ciałem Brota, w kierunku głowy. To był koniec. Wszelkie próby chwytania dna były bezsensowne. Gdy tylko zanurzał się błotnista woda wypełniała jego nos i usta. Wtedy musiał wybijać się nogami ku górze, by złapać powietrza i zobaczyć, gdzie jest Brot. Chłopak płynął bezwładnie, ale głowa co jakiś czas ukazywała się na powierzchni. To dlatego, że jest pusta i lekka, pomyślał Musafir przelotnie, pomiędzy jednym zanurzeniem, a drugim. Zawsze sądził, że jego życie ma jakiś głębszy cel. Jego pochodzenie rodziło wiele pytań. Mer widział w nim kogoś więcej niż dowódcę gwardii. Uwzględniał go jako ważny czynnik w swoim planie. I oto właśnie teraz, w jakiejś zapomnianej przez Hoga rozpadlinie, miało się to wszystko skończyć. Nastała ciemność... *** Kiedy słońce znajdowało się w zenicie, Pablo i Harold postanowili urządzić sobie krótki odpoczynek. Od rana przebyli spory kawałek drogi, choć pogoda była niesprzyjająca. Padał lekki deszczyk, a temperatura oscylowała w granicach siedemnastu stopni w skali Blaghlfolda. W nocy musiała być ulewa, bo gdy się obudzili, u wyjścia z ziemianki zbierana była spora kałuża. Smith najwyraźniej już wcześniej zetknął się z tym problemem, bo przezornie wykopał niewielki dołek przy wejściu. 101


– Jak daleko jeszcze? – zapytał Pablo po kilku godzinach marszu. – Widzisz to wzniesienie? – Harold wskazał palcem niewielki pagórek porośnięty młodymi drzewkami i trawą. – Gdy tam dotrzemy, ujrzysz twierdzę. Ale potem czeka nas jeszcze Dolina Łez. – Dolina Łez – Sauromata westchnął refleksyjnie. – To będziemy musieli się napalić tych twoich ziółek. – Gdy tam dojdziemy, zrobimy jeszcze jeden postój na załatwienie wszelakich potrzeb. Przez Dolinę Łez musimy przemknąć najszybciej, jak to tylko możliwe. Nie będzie postojów na kupę, jak to miało miejsce w dniu dzisiejszym już dwukrotnie. – Przepraszam, ale te twoje specjały nieszczególnie mi służą. Musiałeś tam chyba dodać jakiegoś konserwanta. Zwykle mięso mnie zatwardza. Smith zignorował tę uwagę. Sam odszedł na stronę, by podlać nieco krzaczki. Stanął w rozkroku, wydobył przyrodzenie i nagle... ujrzał przed sobą twarz. A chwilkę później ostrze dużego noża, które błyskawicznie znalazło się tuż przy jego gardle. – No to teraz się zabawimy – szepnął niespodziewany gość. – Brać ich chłopaki! Z krzaków wyskoczyło dziesięciu kowbojów uzbrojonych po zęby. Ten, któremu Harold zmoczył portki, okazał się być Steve`m, szefem wszystkich ludzi Eberetha Marka. Nie starał się nawet kryć wściekłości, że zamiast grać w karty na farmie, musi włóczyć się po lasach w poszukiwaniu zbiegów. – Wyprawimy wasze skórki skurwiele i będziemy mogli w końcu wrócić do domu, do dam naszych serc. Żeby sobie podupczyć – zaśmiał się chrapliwie. –Wy już nigdy nie podupczycie. Gnoja obedrzeć ze skóry, a tłuściocha na pal! – Kogo nazywasz tłuściochem? – burknął Pablo, jednak już po chwili został schwytany przez trzech rzezimieszków, przyciśnięty do ziemi i spętany jak 102


szynka. Nie mógł nic powiedzieć, bo jeden z oprychów wcisnął jego twarz w glebę, a potem uderzył w nią kilka razy pięścią. Wielką i twardą jak młot. Jednym okiem Sauromata widział, jak bandyci zdzierają ubranie ze Smitha i przywiązują mu ręce do czterech, wcześniej przygotowanych palików. Szybka, sprawna akcja. Pablo uznał, że musieli podążać za nimi od wczoraj. A może nawet wpadli na ich trop już wcześniej, przy poprzedniej potyczce? Musieli znaleźć zwłoki tamtych. Jeden z bandytów rozpalił ognisko i zawiesił nad nim sporej wielkości gar z wodą. Następnie zaczął ostrzyć na kawałku skóry niewielki, choć groźnie wyglądający kozik z głownią zagiętą do przodu, niczym szpon jakiegoś drapieżnego ptaka. – Uwijać się! Nie mamy całego dnia! – popędzał ich Steve. – A temu, jak już nawleczecie na pal, odetnijcie głowę. Muszę ją zawieźć do Marka, żeby wypłacił naszą kasę. Wrzuć też do ognia to zielsko, co nam sprzedał ten psubrat Gary. Nie chcę tu mieć żadnych, dziwnych sytuacji. Dwaj kowboje z siekierkami przynieśli z lasu pień i zaczęli go ostrzyć. – Skurwysyny! – krzyknął Harold. – Mój wuj zajmie się wami, jak się o tym dowie! Ktoś zdzielił go trzonkiem od siekiery. Chłopak omdlał, a z jego ust wypłynęła struga spienionej, wymieszanej ze śliną krwi. – Jak będziecie mieli wrzątek, lejcie po całym ciele. Skóra będzie odchodziła łatwiej – rzucił fachowo ten, który rozpalił ogień. – Niedawno skórowałem bez polewania jednego cwaniaka, co nie potrafił zrozumieć, że miłość też może kosztować. Namęczyłem jak cholera. Plus był tylko taki, że po skończonej robocie odwiązałem gościa, a on jeszcze biegał przez kilka minut. Oprawcy wybuchli śmiechem. – To musiał być naprawdę zabawny widok Karl! 103


– Umierałem ze śmiechu! – Najwyraźniej niezbyt skutecznie – powiedział nagle ktoś, kto nie należał ani do zbirów, ani do ich ofiar. – Może śmiałeś się niewystarczająco mocno. Ale ja ci pomogę. – Kto... ? Kowboj nie zdążył dokończyć. Z jego ust sterczała długa strzała. Złapał ją i próbował wyszarpnąć, ale grot utkwił w kręgu szyjnym. Druga strzała trafiła w szyję, przyszpilając do niej przy okazji rękę. Karl padł na ziemię i wierzgał jak zarzynana świnia, a reszta była tak zaskoczona, że nikt nie próbował nawet zareagować. Dwóch kolejnych bandziorów oberwało chwilę później: jednemu strzała przeszła przez pierś i próbował jeszcze uciekać, drugi padł na miejscu, a z rozprutej aorty trysnęła fontanna krwi. – Brać skurwiela gdziekolwiek jest! – zakrzyknął Steve i wyjął rewolwer. Rozległy się strzały. Dość chaotyczne i nieskoordynowane, ale przede wszystkim bardzo liczne. Ktoś siał na oślep z broni automatycznej. Pablo kątem oka dostrzegł właściciela pistoletu maszynowego, który był tak przejęty strzelaniem, że nie zauważył zachodzącego go od tyłu Jana Herna z wielkim nożem myśliwskim. Ostrze przeszło na wylot, przebijając się przez chrząstki mostka, a broń spadła na trawę. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, Hern odciął głowę kowboja i cisnąć nią w dwóch innych, przeszukujących krzaki. Mimo ostrej zaprawy, byli naprawdę przerażeni. Łowczy wcisnął nóż za pas i szybkim, sprawnym ruchem rzucił w obu niewielkimi nożykami. Każdy wbił się w sam środek celu, czyli głów. – No i nabawiliście się migreny – parsknął Hern i uskoczył w krzaki. Steve, który został już sam na placu boju, wystrzelił kilkakrotnie, po czym odrzucił rewolwer i wyjął wielki nóż do zabijania krów. – Wyłaź kutafonie i stań ze mną jak mężczyzna! 104


Nie musiał czekać. Jego oczom ukazał się Jan Hern, nagi do połowy satyr. Od pasa w dół, pokryty był sierścią. Nad jego bujnymi, czarnymi jak węgiel lokami (aczkolwiek nasmarowanymi brylantyną) pyszniły się okazałe rogi jelenia. – Patrzcie, patrzcie. A cóż to za dziwadło? – Steve splunął ciemną od tytoniu plwociną. – Jestem Jan Hern. Duch lasu. Strażnik przyrody. Wielki Łowczy. – Wielki Łowczy? Na co tu polujesz? Hern zmieszał się nieco. – Niektóre tytuły nadałem sobie sam i może faktycznie wymagają jeszcze przemyślenia... Faktycznie łowczym nie mogę być. Chyba, że uznamy, że ja jestem łowczym... – spojrzał na Steve`a – a ty zwierzyną! – No to patrz jak zwierzyna zmienia się w drapieżnego łowcę! – Czy moglibyście już z tym skończyć? – zawołał Harold Smith. – Trochę już zdrętwiałem na tej zimnej glebie. Jeżeli dałoby się to jakoś przyspieszyć, będę naprawdę wdzięczny. Uznamy, że obaj jesteście łowczymi. Pojedynek łowczych! Co? Kowboj przymknął nieco powieki i rzucił się do przodu. Rozpoczął się śmiertelny taniec. Dwaj mężczyźni z nożami, wyglądali niczym tańczące kobry. Krążyli wokół siebie, nie spuszczając ani na chwilę wzroku z oczu przeciwnika (dum dum dum dum dum dum dum dum (bębny budujące napięcie – Autor)). Obaj doskonale wiedzieli, że walka na noże to walka do pierwszego, celnego trafienia. Przynajmniej w teorii. Jeden fałszywy ruch mógł kosztować życie. Jeden nieprzemyślany manewr, który nie doprowadziłby do wyprowadzenia skutecznego ataku, a otworzyłby gardę przed nieprzyjacielem, oznaczałby porażkę (dum dum dum dum). – Cholera jasna... naprawdę zimno mi w tyłek – mruknął Smith. – Pablo, 105


jesteś tam? – Jestem, jestem. Związali mnie jak baleron. Nic nie widzę, bo leżę tyłem. Mam nadzieję, że Hern skopie tyłek temu pedziowi w rurkach. – Znasz tego oszołoma? – zdziwił się Harold. – Miałem ci nie mówić. Spotkałem go jakiś czas temu. Obiecał, że będzie nam pomagał. (dum dum dum) Steve uderzył pierwszy. Nóż błyskawicznie wyskoczył do przodu niczym głowa żmii, ale Hern odskoczył wciągając maksymalnie brzuch. Zdążył przy tym pomyśleć, że lata pracy nad kaloryferem nie poszły na marne. To tyle, jeżeli chodzi o teorię. Narrator miał tylko nadzieję, że walka ta nie będzie ciągnęła się tak długo, aż obie strony dojdą do wniosku, że są wykończone i może jednak warto się dogadać. To by zrujnowało fabłę. Wszak jest to pojedynek dobra i zła. Przy kolejnym ataku kowboja, Hern wyprowadził zdradziecki kontr-atak, który choć dramatyczny i spektakularny, okazał się niezbyt nieskuteczny. Steve miał teraz na twarzy rozcięcie od czoła, aż po policzek. Co tylko jeszcze bardziej podkreśliło jego rolę złego faceta. Przez twarz łowczego przebiegł cień uśmiechu, zupełnie jakby był dumny, że udało mu się zbudować taki dramatyzm i poprawić nieco wygląd złego bohatera. Steve wpadł w szał. Pragnął tylko rozlać krew satyra, odciąć głowę Sauromaty i wrócić po swoją zapłatę, która w tym momencie wzrosłaby niebotycznie. Nie musiałby się już z nikim dzielić. Mowa jego ciała wyrażała wściekłość, a Hern... poczuł się wyjątkowo zrelaksowany. Wiedział już, że Steve przegrał i czekał tylko na jego błąd. Nie musiał długo czekać. Ostrze weszło w grdykę i Steve poniósł śmierć na miejscu. 106


V Otworzywszy oczy, Musafir Kaban ujrzał wysoko nad sobą strop jaskini, oblepiony gniazdami ochujników. Przez chwilę zastanawiał się, jak to możliwe, że widzi cokolwiek w podziemnej grocie, potem jednak uznał to zagadnienie za nieistotne, w porównaniu z innym: jak to się stało, że przeżył? Potok wciągnął go do podziemnego cieku, którym najwyraźniej dotarli do tej jaskini. Szczęśliwie nie roztrzaskał sobie głowy o kamienie, ani nie podtopił się. Czuł się wprawdzie jakby napadli go chuligani, ale wszystko wskazywało na to, że jednak nadal zasila skład drużyny żywych. Rozejrzał się dookoła i spostrzegł ciało Brota oddalone o kilka metrów. Doskoczył do niego. Chłopak oddychał. – Brot! Brot! – klepnął go kilka razy w policzek. – Czego... – Ocknijże się! Jesteśmy pod Rae Ragis! W swoim ponurym transie mówiłeś, że rzeka wpływa do jaskini, która łączy się z kopalnią! To znaczy, że jesteśmy prawie u celu! Kaban nie sądził, że stać go na taki entuzjazm. Zwłaszcza w związku ze znalezieniem się w jakiejś podziemnej pieczarze, z której być może nie ma wyjścia. Bez wody, żywności ani nawet pochodni. – Żyjemy? – Trudno w to uwierzyć, ale wygląda na to, że tak. No chyba, że... – rozejrzał się jeszcze raz dookoła. – Nie... To nie wygląda na okrężnicę Wielkiego Hoga. – Nie – odparł Brot. – W Kloakhalli są stoły zasłane żywnością, muzyka i nasi waleczni przodkowie. No i oczywiście dziewice, które lubią wszystko. Tu 107


zaś jest pusto i ponuro. To na pewno nie jest okrężnica Wielkiego Hoga. – Musimy odnaleźć wyjście. Tamta dziura w ścianie wygląda obiecująco – wskazał w górę. – Będziemy tylko musieli się tam wspiąć. Brot podniósł obolałe ciało i zbliżył się do chropowatej, niemal pionowej ściany. Studiował ją przez chwilę i ułożył dłonie na pierwszym chwycie. – Ruszaj za mną. Powoli i ostrożnie. – Widziałem, co robiłeś na urwisku. W tych sprawach masz moje pełne zaufanie. *** – Tutaj się rozstaniemy! – rzekł uroczyście Jan Hern. Nie było w tym nic zaskakującego dla Pabla ani Harolda, bo obaj zdążyli już przywyknąć, że Hern większość rzeczy mówił uroczyście. I najchętniej z patosem. Prawdopodobnie gdyby było to możliwe, woziłby za sobą wszędzie chór męski, aby wykonywał tło muzyczne dla jego wypowiedzi i innych form manifestacji. Znajdowali się na pagórku, z którego rozpościerał się szeroki widok na Dolinę Łez oraz na wzgórze porośnięte lasem rzedniejącym niczym czupryna mężczyzny w średnim wieku. Na jego szczycie majaczyły zamglone, czcigodne mury twierdzy. – Rae Ragis – mruknął Pablo i zamilkł refleksyjnie na chwilę. Zaraz jednak podjął – Szczerze powiedziawszy spodziewałem się czegoś... większego. Bardziej spektakularnego. Czy to na pewno jest ta twierdza? Nie ma w pobliżu jakiejś innej twierdzy? Może się pomyliłeś? – Przychodzę tu regularnie od siedmiu lat – powiedział Smith uśmiechając się. – Ten widok jest dla mnie niczym obraz dobrze znanego portu dla żegla108


rza. Wszystko tu jest ponure i przerażające, ale gdy widzę te mury, czuję się bezpieczniej. A im bliżej twierdzy jestem, tym mniej się boję. Na ostatniej prostej, gdy wychodzi się z Doliny Łez, czuję się już niemal jak u siebie w domu. – Czyli tam w środku jest bezpiecznie? – Tak naprawdę to nie wiem. Mówi się, że jakieś licho tam się czai, ale jeszcze nigdy, nikomu z naszych, nic się nie stało w twierdzy. Na zewnątrz owszem, ale nie w obrębie murów. – Byłoby fajnie usadzić w końcu tyłek i trochę się wyluzować. Mają tam piwo? – Wątpię. Pomieszczenia są prawie wymiecione do czysta. Slad ciągle łudzi się, że ma żyłę złota. Nikt nie ma odwagi powiedzieć mu, że źródełko już wysycha. Nikt w ogóle nie ma odwagi przyznać, że ten interes już się kończy. Eksploatowaliśmy twierdzę tak długo, że w końcu stała się... wyeksploatowana. Większość komnat ogołociliśmy do kamienia. Zresztą zobaczysz jutro na własne oczy. Palili jeszcze zioło, a słońce chowało się za drzewami. Gdzieś w oddali słychać było śpiew Herna. Zapewne kręcił się po okolicy. Może okradał trupy. A może tylko pozostawał w zasięgu słuchu, by móc w razie potrzeby, raz jeszcze przyjść z pomocą. Obudzili się, gdy jeszcze było ciemno. Na dworze lało. Ubrania mieli kompletnie przemoczone i rozpoczynali schodzenie w kierunku Doliny Łez w podłych nastrojach. Zioło nie chciało się palić. Harold wydzielił im po dawce do żucia. Przynosiło to równie dobry efekt, choć u niektórych powodowało mdłości. Pablo jednak dzielnie znosił intensywny, gorzki smak rośliny. Wolał to niż głosy. – Pogoda się nam nie udała – odezwał się po dłuższym milczeniu. – Czerwony Las to specyficzne miejsce. Tutaj zwykle pogoda jest tym 109


bardziej paskudna, im bardziej potrzebujesz dobrej. Takie przynajmniej można odnieść wrażenie, gdy się tu często bywa. Ilekroć miałem problemy, zawsze pogoda grała w przeciwnej drużynie. – Miło. Można by pomyśleć, że ten las to żywy organizm, który broni dostępu do twierdzy. – Tak właśnie mawia się w kręgach szabrowników! Trafna uwaga! – Smith o mało nie wywrócił się na śliskim błocie. – Zastanawiałeś się w ogóle skąd się wzięła ta twierdza? Dlaczego jest umiejscowiona akurat tutaj? To cholernie dziwna sprawa. – Tak. Coś o tym słyszałem – odparł Pablo. Doskonale wiedział skąd wzięła się twierdza i dlaczego mieściła się akurat tutaj. Potrafił się także domyślić, o co chodzi z tym lasem. Większość informacji na ten temat została mu przekazana przez Bernarda Haakiha w Tomwil. Rae Ragis było miejscem, w którym urzędował dawniej Obserwator. Jednak coś zaczęło się psuć przed trzydziestoma laty. Górnicy wydobywający złoto zaszlachtowali większość mieszkańców. Podobno miało to związek z nadchodzącą Erą Mroku... – Co wiesz o Erze Mroku? – zapytał Pablo. – Wierzysz w Erę Mroku? Ja nie. Oczywiście wierzę w Wielkiego Hoga, ale teoria Ery Mroku nie do końca zgadza się z wizją świata hogitów. No bo niby tak: „bogowie odwracają się plecami”... Jacy bogowie? Przyjmuje się, że istnieje tylko Wielki Hog. Chyba, że chodzi o dawnych bogów, czyli Azarotha, Abhema, Agmangota, Barthomora i Glothrota. Jeżeli tamci bogowie mają odwrócić się plecami, to co za różnica, skoro świat znajduje się w odbytnicy Wielkiego Hoga? Chyba, że oni widzą przez skórę i mięśnie... no dobra, są bogami, więc to możliwe. Ale w takim razie co na to Wielki Hog? Czyżby był ślepym i złym bogiem, który nie dba o własne dzieci? 110


– Nigdy nie patrzyłem na to ten sposób – odparł Pablo. System religijny mieszkańców Pandemii był niejasny i bardzo... skatologiczny. – W każdym razie ja nie jestem zwolennikiem tej całej Ery Mroku – kontynuował Harold. – Sądzę, że to bajki wymyślone przez kapłanów, by podreperować nieco finanse świątyń. Howard uchodziło kiedyś za centralne miejsce kultu Wielkiego Hoga. Wiedziałeś o tym? Dziś ponad połowa mieszkańców nie praktykuje. Sądzę, że jedno z drugim, ma dość mocny związek. – O Erze Mroku słyszałem już w Tomwil. – Dzikusy z południa przejmują różne ciekawostki poprzez handlarzy wędrujących karawanami. Podłapują różne mody. Kult Wielkiego Hoga dotarł tam raptem dziesięć, piętnaście lat temu. Wcześniej wierzyli w dawnych bogów właśnie. Z pobliskich krzaków dobiegł szmer nieco tylko głośniejszy niż szum deszczu. Harold zatrzymał się i wykonał ręką gest, by Pablo zrobił to samo. Przez chwilę uważnie przyglądał się zaroślom okalającym opadający w dół szlak. – Co to? – zapytał Sauromata. – Nie mam pojęcia. Może to tylko przesłyszenie. Ruszajmy się szybciej. Byłoby dobrze, gdybyśmy spędzili jak najmniej czasu w tym przeklętym miejscu. Przy dobrym tempie, po południu będziemy na miejscu. *** – Musafir! Musafir jesteś tam? Z tunelu odpowiadało tylko echo. Brot nie potrafił ustalić, w którym dokładnie momencie zgubił swojego kompana. W tunelach było sakramencko 111


ciemno i choć szli bardzo powoli ze względu na ostre jak brzytwy fragmenty skał, musieli się gdzieś rozdzielić. – Musafir! Szakal! Tym razem przez echo przebił się jakiś inny dźwięk, ale nie koniecznie krzyk. Coś jakby obsunięcie się buta na skale, z klaustrofobicznym, płytkim pogłosem. – Szakal! Gdzie jesteś? Brot znów usłyszał dźwięk. Tym razem jakby bliżej. Zaczął nasłuchiwać. Wyjął z pochwy sztylet. – Musisz się tak drzeć? – usłyszał szept. – Kaban? – Tak, to ja. Musiałem się wysrać. Czy muszę cię informować o takich krępujących dla mnie faktach? Chcesz, abym za każdym razem mówił, że musisz poczekał chwilkę, bo potrzebuję zrzucić balasa na skałę? – teraz jego głos dobiegał już z odległości kilku metrów. – Cóż...

błądzimy po opuszczonych tunelach kopalni, pod przeklętą

twierdzą. Byłbym bardzo wdzięczny, gdybyś dawał mi choć szczątkową informację o tym, że planujesz się oddzielić. – Już dobrze. Nie drzyj się tak, bo pobudzisz umarłych. – Jakich umarłych? – Tak się tylko mówi. Wszędzie są pogrzebani jacyś umarli, a jak ktoś się tak drze, to może ich pobudzić. Dokąd teraz? – Cały czas przed siebie. Od jakiegoś czasu ten tunel nie miał żadnych rozgałęzień. Albo trafimy na ślepy zaułek i będziemy musieli wracać, albo dokądś w końcu dojdziemy. Brot miał dobre przeczucia. Podłoże unosiło się nieco ku górze, co mogło świadczyć o tym, że faktycznie zbliżają się do wyjścia. Oczywiście zakładając, 112


że nie zostało ono przysypane skałami lub zabite dechami. Po kolejnych kilkunastu minutach marszu dotarli do sporej komnaty, zwieńczonej u szczytu otworem wiodącym na zewnątrz. Wpadało tamtędy nieco światła, które pozwoliło dostrzec stojące po kątach skrzynie. W niektórych znajdowały się fragmenty pokruszonych skał z dość niewielkimi ilościami złotych grudek. Było tam także trochę narzędzi górniczych, więc Brot i Szakal postanowili przywłaszczyć sobie dwa niewielkie kilofy. Mogły się przydać przy forsowaniu zablokowanego tunelu lub jako broń. Z komnaty magazynowej prowadziły dwa wyjścia, nie licząc tego, którym tu dotarli. Jedno z nich było zabite deskami. Ktoś wypisał tam białą kredą „uwaga rupy”. Chwilę milczeli, po czym odezwał się Brot. – Co to jest do jasnej cholery rupa? Kaban badawczo przyglądał się deskom. – Solidnie zabezpieczone. Spójrz, każda przybita co najmniej kilkoma papiakami. Po co ktoś zadał sobie taki trud? Pomijając oczywiście fakt, że mógł być kretynem – zastanawiał się głośno. – Nie podoba mi się to. – Może chodziło im o ropuchy? Czasem zdarza się, że w podziemiach żyją ropuchy. A tutaj przecież jest podziemna rzeka. Nie każdy wie, ale te niesympatyczne stworzenia... – Niektóre z wersji wydarzeń głoszą, że górnicy uciekali z kopalni przed czymś. Nie do końca wiadomo, przed czym. Coś odkryli. Może coś wykopali? Próbowali się wydostać na powierzchnię, ale na górze uznano to za bunt i doszło do walk. Ostatecznie śmierć ponieśli wszyscy. – Sądzisz, że rozwiązanie tej zagadki znajduje się za tą barykadą? – zapytał z niepokojem Brot, który teraz także poczuł uporczywe parcie na odbyt. – Mer przysłał mnie tu, abym wysondował możliwość ewentualnego zasiedlenia twierdzy – uniósł swój kilof i zaczął podważać nimi łebki gwoździ. – 113


Jeżeli mamy musimy w tym celu wyjaśnić, co zdarzyło się tutaj trzydzieści lat temu, musimy tam wejść. Za tymi dechami pogrzebana jest prawda. *** Dno Doliny Łez było najbardziej upiornym miejscem w całym Czerwonym Lesie. I w ogóle na całej Pandemii. Drzewa były pozbawione liści, suche i powykręcane niczym paralityk. Pomiędzy nimi nieustannie pełzała mgła. Cuchnęło wilgocią i zgnilizną. Harold opowiadał, że poza szlakiem znajdują się bagna, i że zejście z drogi oznaczało w praktyce śmierć. Jedynym jasnym punktem ich sytuacji było to, że jak dotąd żaden z nich nie słyszał głosu. Żucie ziół działało skuteczniej niż ich palenie. Chodź towarzyszące temu wrażenia dalekie były od książkowego dobrostanu. – Próbowaliśmy kiedyś stworzyć mapę lasu. Włóczyliśmy się godzinami i zaznaczaliśmy różne charakterystyczne punkty. Udało się wytyczyć kilka względnie bezpiecznych szlaków. Przez Dolinę Łez prowadzi tylko jeden. Tylko tę drogę udało nam się zbadać. – Dlaczego tylko tę? – zapytał Pablo obojętnie. – Badanie doliny pochłonęło kilka żyć. Te bagna są naprawdę paskudne. Zanim zostałem stalkerem był taki jeden gość, którego wołali Wilk. To naprawdę upiorna historia. Utknął w bagnie. Siedział tam prawie przez tydzień. Skończyło mu się jedzenie i zioło. W końcu palnął sobie w łeb. Ktoś, zupełnie przypadkiem, odnalazł ciało po dwóch miesiącach. – Dlaczego nie znajdziesz sobie jakiegoś normalnego zajęcia Smith? Przecież mógłbyś pracować u wuja. Trochę powłóczyłem się po Howard i wydaje mi się, że to miasto ma sporo do zaoferowania takim jak ty. Harold milczał przez chwilę. 114


– Gdy zaczynaliśmy w tej branży, każdy z nas był tylko przerażonym gnojkiem, który liczył na szybki zysk. Po kilku wyprawach człowiek pozbywa się złudzeń i dociera do niego fakt, że wcale nie złapał Wielkiego Hoga za nogi. Wówczas człowiek próbuje odejść. Choć naturalnie mało komu się to udaje. Jeśli nie opuścisz braci w odpowiednim momencie, wchodzi w to coraz głębiej. Jak w bagno. To inny świat. Stanowimy zupełnie oddzielną społeczność. Mamy swoją hierarchię, kodeks, a nawet do pewnego stopnia język. Nie czuję się obywatelem Howard. Jestem szabrownikiem. Mój dom to las i twierdza. A ciągłe niebezpieczeństwo jest częścią tego życia. Bez tego wszystkiego byłbym tylko zwykłym śmiertelnikiem, który pewnego dnia umiera na kiblu, stawiając zbyt twardego kloca. – To co zrobicie, kiedy Slad przestanie płacić? – Ja chętnie osiadłbym w twierdzy. Gdyby więcej ludzi zdecydowało się tam zamieszkać, byłoby to naprawdę dobre miejsce. Właściwie ty także mógłbyś tam zamieszkać. Coś mi mówi, że jesteś taki jak ja. – To znaczy? – Wyruszyłeś w daleką podróż i nie możesz z niej powrócić. Właściwie twój stary dom nie jest już twoim domem. Tutaj czujesz się znacznie lepiej. Nie mógłbyś już żyć bez tego wszystkiego, prawda? Cholerny gówniarz, pomyślał Pablo. – Powiem ci coś młody człowieku! Może ci się wydawać, że jesteś doskonałym psychopatą, ale idziemy do Rae Ragis właśnie po to, bym mógł wrócić do swojego domu. Gdybym tego nie chciał, cała ta wyprawa nie miałaby sensu. Siedziałbym sobie w Tomwil i sączył drinki z parasolką. Sądzę również, że i ty chcesz wrócić, tylko jeszcze nie wiesz jak. A ponieważ nie potrafisz, wolisz myśleć, że to twój świadomy wybór. To znacznie wygodniejsze, prawda? Obaj milczeli. Nie wiedzieli, co powiedzieć. Zewsząd otaczał ich nieokre115


ślony szum lasu. Szum jakby... – dopiero teraz Pablo zwrócił na to uwagę – generowany przez urządzenie elektryczne. Szabrownicy nie mogli tego wiedzieć, bo nie znają prądu, ale on tak. Szum, który dało się słyszeć od kilku dni w wielu częściach lasu, był emitowany przez bliżej nieokreślone urządzenie elektryczne. – Bystrzak. – Dzięki – odparł Pablo. – Co? – zapytał Harold. – Ten szum działa relaksująco, zmiękcza wam mózgi i pozwala mi na bardziej sugestywne działanie... grubasku. Jesteście już tak blisko, że czas chyba zakończyć tę zabawę. Mówi coś za jeden i czego chcesz, bo zaraz przywalę wam z infra. Wystarczy, że będziesz myślał. Twój towarzysz nie weźmie cię za świra. – Jestem Pablo Sauromata. Przysyła mnie Engmont Farasz. Mam cię odszukać. – I? – Zresetować. – Jestem bardzo entuzjastycznie nastawiony do misji i głęboko wierzę w jej powodzenie. – Serio? Świetnie. Bałem się trochę, że będziesz próbował sprawiać problemy, czy coś... – Chyba sobie jaja robisz! Nie dam się zresetować byle grubasowi z Ziemi. Domyślam się, że bardzo ci się tutaj nie podoba, ale to jeszcze nie powód do robienia resetu. To bardzo nieprzyjemne dla mnie przeżycie i ogólnie rzecz biorąc nie wyrażam zgody. Poza tym nigdy nie uda ci się dotrzeć do mojej fizycznej odsłony. Zawróćcie teraz albo zginiecie. To tyle z mojej strony. Pablo zatrzymał się i zaczął nerwowo się rozglądać. Harold przystanął i spojrzał w jego stronę. 116


– Pospieszmy się. Tutaj naprawdę jest niebezpiecznie. Nie działo się nic nadzwyczajnego, więc Pablo splunął tylko na ziemię i rzucił: – Ruszajmy. Zdwoili tempo. Szlak przed nimi zaczynał piąć się w górę. Droga była gładka, choć momentami poprzecinana korzeniami. Przez chwilę Pablo odniósł wrażenie, że zagina się ku górze, znikając w koronach suchych, poskręcanych drzew. Po chwili jednak spojrzał jeszcze raz i kąt nie wydawał się aż tak ostry. Nadal widział niebo choć wydawało mu się, że przybrało barwę węgla. Zaczął obawiać się, że Kuba Odbiornik coś jednak majstruje przy ich mózgach. – Masz jeszcze tego ziela? – Mam, ale potrzebujemy na drogę powrotną. Największa ilość wypadków zdarza się... – Dawaj! Smith otworzył srebrne pudełeczko, w którym znajdowały się małe przegródki z porcjami. Wzięli po kostce czarnej, wilgotnej masy i napchali sobie w policzki. Nagła, intensywna gorycz w połączeniu z nutą kwaskowatości wywołały u Sauromaty mdłości. Przemógł się jednak i zaczął iść, usiłując utrzymać w miarę równe tempo. Cholera, ci ludzie latami radzili sobie bez mojej wiedzy, pomyślał i dodał już na głos: – Haroldzie, musimy iść jeszcze szybciej! – Coś się stało? – głos Harolda był całkowicie bezbarwny. – Czuję się zmęczony. Może zrobimy jakiś postój? Tylko na chwilkę... – Nie możemy się zatrzymać. Nie widzisz co się dzieje? Bierze cię. – Mnie? Nie słyszę żadnych głosów – Smith usiadł na kamieniu. – Jestem tylko demonicznie zmęczony. Narzuciliśmy sobie za duże tempo. Taki pośpiech 117


jest zupełnie bez sensu. Co to zmieni, że będziemy tam szybciej o pół godziny, czy nawet o godzinę... Sauromata przypomniał sobie, że Odbiornik wspominał o jakimś infra... chyba chodziło o infradźwięki. Mówili o tym w szkole, ale wówczas nie był tym zainteresowany. Najwyraźniej jednak komputer miał wiele sposobów oddziaływania na ludzki organizm. – Słyszysz, co mówisz? – Pablo poczuł zimny dreszcz na plecach. – Baczność żołnierzu! Ruszaj się kurwa! – wrzasnął, jak niegdyś Boff w szkole dla konwojentów u Heliksmana. Zerwał na uboczu solidny kij i zaczął smagać nim Harolda po nogach. – Nie pomoże dobre słowo, to kijaszek pomoże! Ruszaj, bo stanę się twoim najgorszym koszmarem. Harold podniósł się, ale gdy tylko spojrzał w górę, opadł znowu na kamienie. – Nie dam rady Pablo, nie dam rady. To tak wysoko. Zupełnie inaczej zapamiętałem tę drogę. Po jego policzku spłynęła łza. Wpatrywał się nieprzytomnie przed siebie, jak w transie. Sauromata odrzucił kijaszek, zarzucił Smitha na plecy i ruszył. – Na górze dam ci popalić skurwielu – syknął jeszcze wściekle sapiąc. *** Brot i Szakal podążali podziemnym tunelem, który wcześniej własnoręcznie odpieczętowali. W przeciwieństwie do wszystkich pozostałych, ten w jakiś sposób był dość jasny. W skale znajdowały się małe, opalizujące na niebiesko kamyki, które tworzyły linie biegnące na suficie i na obu ścianach. Dyskutowali szeptem o tym, że pewnie owe kamienie są cenne, i że być może warto wrócić 118


po nie później, żeby pozyskać trochę gotówki. W pewnym momencie ich kroki stały się metaliczne, a podłoże nienaturalnie równe. Równe ściany łączyły się z sufitem i podłogą pod kątem prostym. Wszystko wyłożone było metalowymi panelami, pokrytymi antypoślizgową fakturą. – Gdyby obchodziło cię, jak bardzo mi się to nie podoba... – Nie obchodzi mnie – uciął gwałtownie Musafir Kaban badając palcami ścianę. – Właśnie dokonujemy epokowego odkrycia. Nie wyglądasz mi na człowieka, który za dużo czyta, ale uwierz mi, o takich rzeczach napisano wiele i to w bardzo znaczących księgach. Nie zawsze dozwolonych i pewnie niezbyt popularnych, ale cholernie znaczących. – Brzmi poważnie. – Czy kiedykolwiek obiło ci się o uszy, że wysoko w gwiazdach mogą żyć inni ludzie? Tacy jak my, lub nawet dalece bardziej rozwinięci? – W gwiazdach? – Brot nie do końca nadążał za tokiem myślenia Szakala. – Masz na myśli tam? Wysoko? – Aby podróżować w tej czarnej przestrzeni, potrzebne są olbrzymie, metalowe statki. Jest to technika, która jeszcze przez wiele tysiącleci nie będzie dostępna w naszej krainie. Sądzę, że znajdujemy się właśnie na pokładzie jednego z nich. – Metalowego statku? Kaban popukał w ścianę. Dźwięk, który mu odpowiedział, nie pozostawiał żadnych wątpliwości. – Widziałeś kiedyś takie ilości metalu? Do zbudowania takiego korytarza, trzeba by przetopić wszystkie miecze, samopały i armaty Howard. A i tak nie posiadamy technologii, która umożliwiłaby nam stworzenie czegoś takiego. Spójrz jak doskonale równe są te płyty – przejechał dłonią po pokrytej jednolitą fakturą powierzchni – nie mam wątpliwości, że doświadczamy czegoś, co nie 119


pochodzi z tego świata. – Ale skąd ten gwiezdny statek tutaj, pod twierdzą? – Brot zatrzymał się. –

Zakopanie

go

głęboko

pod

ziemią

byłoby

operacją

całkowicie

niewykonalną... – Nie jesteśmy w stanie tego zrozumieć naszymi umysłami. Technika, jaką dysponują ci, którzy tym statkiem tu przylecieli, pozwala im na robienie wielu rzeczy, które dla nas są niewykonalne. Poza tym nie sądzę, aby oni zakopali statek pod Rae Ragis. Raczej usypali górę na statku, a później wznieśli twierdzę. – Czyli... – Spójrz – Musafir nie dał mu dokończyć. – Tam są jakieś wrota. Rzeczywiście, kilkadziesiąt metrów przed nimi korytarz kończył się metalowymi drzwiami. Obok, na ścianie, znajdował się świecący panel z przyciskami. – Nie idźmy tam. Mam cholernie złe przeczucia – powiedział Brot. – Nie możemy tam nie pójść. Siedzimy w tym zbyt głęboko. Największa tajemnica tego świata rozchyliła przed nami nogi jak portowa dziwka. Zapłaciliśmy i nie możemy odejść. Nawet jeżeli będziemy musieli złożyć nasze życia na ołtarzu nauki. To nasz obowiązek. – Jesteś szalony! Szakal nie odpowiedział. Zbliżył się do panelu, który natychmiast rozświetlił się błękitem. Po chwili pojawiła się na nim twarz. Dziwna, nieludzka, pozbawiona rysów. Właściwie tylko oczy i usta w otoczeniu prostokątów, cyfr i innych symboli, o których mieszkańcy Pandemii nie mogli mieć pojęcia. – Oczekiwałem was. Drzwi otwarły się z cichym szelestem. Obaj popatrzyli na siebie. Brot cofał się do tyłu, ale Musafir wszedł do środka. 120


– Chodź! – Nie, to jakiś pieprzony podstęp! Co z tego, że nas oczekiwał? Kim on jest? Idziesz za każdym tajemnym bytem, który mówi, że cię oczekiwał? – Brot, to... Musafir Kaban nie zdążył dokończyć. Był już za drzwiami, gdy nagle z góry opuściła się przeźroczysta zapora. W dalszej części korytarza zaczęła lecieć para czy też dym. Sylwetka Kabana zniknęła w mlecznej zasłonie, a Brot wpadłszy w panikę, zaczął walić kilofem w zaporę. Widząc jednak, że nie przynosi to żadnego efektu, cofnął się o kilka kroków. Momentami widział spazmatycznie wykręcone ciało Szakala. Nie mógł zrobić nic. – Kaban! Mgła znikła równie szybko, jak się pojawiła. Jakby wessana z powrotem do ścian. Na podłodze leżało ciało Musafira Kabana. Ze wszystkich naturalnych otworów ciała sączyła się krew. Bez wątpienia był martwy. – O kurwa – zaklął Brot i zacisnął mocniej dłonie na swoim kilofie. Nie posiadał żadnego wykształcenia medycznego, ale o ile pamiętał, trup powinien leżeć i nie wykonywać żadnych ruchów. Tymczasem ręka Szakala drgnęła nieznacznie. Po chwili noga również. Nagle Kaban zaczął się podnosić. A właściwie nie tyle Kaban, co jego martwe ciało. Jego oczy były trupie, wywrócone białkami na wierzch. Płynęły z nich stróżki krwi. Chwiejnym krokiem zaczął kierować się w stronę Brota. – Szakal? Nic nie odpowiadał. Szedł chwiejąc się jak połamana konstrukcja i... warczał. – Uwaga trupy – wyszeptał Brot. – On jest trupem! Przejrzysta zapora uniosła się ku górze, a z panelu na ścianie rozległ się głos. 121


– Może wyda ci się to barbarzyńskie, ale to naprawdę było konieczne. Trzeba było umrzeć w rozpadlinie, kiedy dawałem szansę. *** Brazos kończył swą samotną przebieżkę tuż przed zejściem do Doliny Łez. Miał dwa sekrety. Dla utrzymania formy i pogłębiania znajomości lasu biegał raz w tygodniu, wybierając zwykle nie znaną sobie drogę. Drugim sekretem było to, że nie zażywał zioła. Zwyczajnie nie słyszał głosów. Nie wiedział, czy była to zasługa jakiegoś szczególnego pochodzenia, czy być może uodpornił się przez lata. Utrzymywał to w tajemnicy, by uniknąć jakichkolwiek potencjalnych nieprzyjemności. Udawał, że pali. Czasem nawet palił, ale się nie zaciągał. Wbiegł na wzgórze i spojrzał na Rae Ragis. Twierdza była jak zawsze piękna. Obrośnięte zielonym mchem mury pięły się wysoko ponad Doliną Łez. Miał już wracać, gdy dostrzegł nieco niżej ślady paleniska. A potem... ślady krwi na trawie. Wystarczyła chwila, by znalazł ukryte w krzakach ciała. – Skurwysyny! Wszyscy, co do jednego! – krzyczał coraz głośniej. – Nikomu już kurwa nie można ufać!

VI Jego nogi zdawały się postępować wbrew jego woli. Szedł, choć czuł, że nie może postawić ani jednego kroku więcej. W dodatku Harold uwieszony na jego plecach zaczął nucić jakąś smętną balladę o odchodzeniu w niebyt z powodu kiły. Myśli Sauromaty wciąż zaprzątały rozmyślania o tym, po co tak naprawdę tu przyszedł. Miał zresetować komputer zarządzający planetą. Farasz 122


nie zająknął się ani słowem, że maszyna może odmówić współpracy. A Kuba Odbiornik nie dość, że odmawia, to jeszcze próbuje uśmiercić wszystkich w okolicy. I jeszcze ta niepokojąca wizja, która nawiedziła go kilka dni temu: Engmont Farasz bratający się z Tadeuszem Heliksmanem. Najczarniejszy koszmar, jaki tylko można sobie wyśnić. Czy to mogła być prawda? A jeśli tak, to co z tego wyniknie? Może zwyczajnie Farasz chciał się pozbyć Pabla i wysłał go na pewną śmierć. – … chciał tylko nagrodzić swój znój, a wtedy odpadł mu... – Haroldzie, nie mogę cię dłużej nieść – Pablo zrzucił bezwładne ciało na ziemię. – Dłużej nie dam rady. Tu kończy się nasza wędrówka. W tym miejscu dobiega końca historia o dzielnym i mężnym Sauromacie, który samotnie pokonał największego zbója wszech czasów, Morgwila Sromotnego... Jestem żałosny opowiadając wciąż, jak to pokonałem Morgwila. To był błąd... on był... nie trafię do okrężnicy Wielkiego Hoga. Nie umrę z bronią. – Właściwie kult Wielkiego Hoga nie mówi nic o śmierci samobójczej. Jeżeli zatem zadasz ją sobie za pomocą broni, to chyba znajdzie się dla ciebie miejsce w okrężnicy – Smith patrzył na niego oczkami kaprawymi jak u pijanego. Potem nagle wzdrygnął się i spojrzał dalej, za plecami Sauromaty. – Co jest? – zapytał Pablo. – Dotarliśmy na miejsce! Stąd nie widać jeszcze bramy, ale kilka kroków... Wstawaj! – Harold zerwał się na równe nogi i ciągnął swojego towarzysza za rękę. – Nie, to nie ma sensu. Cała ta misja była jednym, wielkim kłamstwem. Wrobiono mnie w bambuko. Jak zawsze zresztą. Nie czeka mnie tam nic prócz straszliwej śmierci zadanej przez bezdusznego... – Tutaj nie czeka cię nic prócz śmierci. Tam jest bezpieczniej niż tutaj. Nawet jeżeli nie wystarczy nam zioła na drogę powrotną, możemy tam siedzieć, 123


aż skończą nam się zapasy suszonego mięsa. Prędzej czy później zjawi się tam jakiś stalker, damy mu w łeb i zabierzemy jego rzeczy. A wtedy będziemy mogli wrócić. – Wrócić do Howard, ale nie do domu. Nigdy nie wrócę do swojego domu – głos Sauromaty brzmiał niemal płaczliwie. – Co za różnica, czy palnę sobie w łeb tu, czy w Howard? Tak czy siak moje padło zjedzą robale, a dopiero moja dusza będzie mogła wrócić i odrodzić się na Ziemi. Ale to już nie będzie to samo. Nie będę pamiętał niczego. Wszystko przepadnie. – Bredzisz! Pomieszało ci się w głowie od tego lasu! Harold nie dawał za wygraną. Świadomość bliskości celu dała mu zastrzyk energii. Złapał Sauromatę pod ramiona i zaczął go wlec w stronę bramy klnąc przy tym jak portowa dziwka po złapaniu syfa. – No rusz się spaślaku! Może znajdziemy tam jeszcze jakieś nieotwarte piwniczki... – Nieotwarte? – … wino po trzydziestu latach może jeszcze nadawać się do picia, a przy odrobinie szczęścia będzie także doskonałe. – Wino? Mówiłeś, że tam już nic nie ma! – Pablo uniósł się nieco. – Powiedziałeś wino? Takie z alkoholem? – Nikt nigdy nie przejmował się piwnicami i spiżarniami, bo najcenniejsze były srebra, ozdoby i meble. Choć meble było przetransportować najtrudniej. – Dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej, że tam może być alkohol? Teraz Pablo stał już na własnych nogach. Ruszył szybkim krokiem, zostawiając za sobą Harolda Smitha. – No rusz się Haroldzie! Bo nam wszystko robale wypiją. Zza drzew wyłaniały się wysokie na dziesięć metrów mury. Brama była 124


otwarta na oścież. Nikt nie przejmował się potencjalnymi intruzami. Ostatnio, gdy w twierdzy było niespokojnie, to raczej ludzie zamknięci w środku pragnęli wydostać się na zewnątrz. Mieszkańcy Rae Ragis uciekali przez las i bez żadnego przygotowania ginęli w ciągu kilku godzin. Dalej widać było duży plac, na środku którego znajdowała się studnia. Od północnej strony plac zamykały budynki mieszkalne i zbrojownia. Na ścianie zachodniej znajdowała się brama do kopalni, a na przeciwnej brama prowadząca do podziemnego dworca kolejowego. Wszystko było oznaczone wyblakłymi już piktogramami wymalowanymi na deskach. – Rae Ragis – mruknął Pablo. – Gdy ujrzałem wczoraj twierdzę z daleka, wydawała mi się wyjątkowo skromna. Teraz widzę, że pomimo trzydziestki na karku mam doskonały wzrok. Straszna rudera. Ktoś tu mieszkał? Widywałem bardziej okazałe ruiny u siebie, gdzie przecież wszyscy na wszystko lachę kładli... – Mieszkało tutaj mnóstwo ludzi w latach świetności – odparł Harold siadając przy studni. – W kopalni zatrudnienie znajdowało kilkudziesięciu mężczyzn. Do tego ich rodziny. W części zamkowej mieszkał zarządca oraz cała masa jego pomocników. Z rodzinami coś koło pół tysiąca osób. Dla porównania Howard, które uchodzi za duże miasto, ma pięć tysięcy mieszkańców. Czyli zaledwie dziesięć razy tyle, co mieszkało tutaj. Robi wrażenie, prawda? – Musieli mieć dużo piwniczek. Gdzie one są? Weszli do budynku administracyjnego, który właściwie był drugą bramą, oddzielającą pierwszy plac od drugiego, głównego. W budynku tym zlokalizowane były kwatery garnizonu. Pablo bez trudu odgadł, że schody prowadzące w dół to droga do piwnicy. Tam jednak prócz lochów mieścił się ogołocony już magazyn broni oraz piwniczka przypisana do strażnicy. Skromna, ale pełna. Odszpuntował drżącymi rękoma pierwszą lepszą beczkę i podstawił się pod nią. 125


Czerwone wino najpierw trysnęło pod ciśnieniem, a później ciekło już stabilnym strumieniem wprost do spragnionej gardzieli. Wino nie było zbyt smaczne. Z dużą dozą prawdopodobieństwa było lekko zepsute, jednak Pablo po prostu musiał przyjąć dużą dawkę procentów, by móc otrząsnąć się z traumy, jaka została w nim po Dolinie Łez. – Mówisz, że głosy nas tu nie dostaną? – upewniał się jeszcze leżąc pod beczką i jednocześnie sikając na podłogę i na swoje spodnie. – Nigdy nikomu nie zdarzyło się, by doświadczył głosów na terenie samej twierdzy. Mówi się, że Czerwony Las to bariera ochronna, która kończy się wraz z murami. Myślę, że nie masz się już czego obawiać. Odnajdziemy to, czego szukasz, a później będziemy odpoczywać. – To czego szukałem? Właściwie nie wiem, jak to odnaleźć. Sądzę, że powinniśmy udać się do kwatery zarządcy lub miejsca, w którym pracował. – W porządku. Wiem, gdzie to jest. To dość niezwykłe, ale zarządca mieszkał w lochach. Miał takie skromne pomieszczenie. Nie było tam co rabować, więc zostawiliśmy je w spokoju. Chodźmy zatem. Pablo wstał i chwiejnym krokiem ruszył za Haroldem. By dojść do loszku, w którym mieściła się sypialnia zarządcy, musieli przejść przez duży, pusty skwer, na którym dawniej zapewne mogły odbywać się zgromadzenia. Słońce już dawno minęło zenit i wszystko tonęło w krwistoczerwonej poświacie. Bluszcz wspinający się po murach przypominał teraz strugi ciemnej posoki broczącej z otwartych ran kompleksu. – Zajebista poetyka – mruknął Pablo nucąc sobie kawałek, który słyszał kiedyś, gdy zadawał się z jedną gotką. Niespodziewanie, w połowie placu Harold zatrzymał się. Uniósł do góry dłoń w geście nakazującym bezzwłoczne zatrzymanie się. – Co jest? – zapytał Pablo. 126


– Coś słyszałem. Jakby... wołanie? Obrócili się i w oknie, na parterze budynku garnizonu ujrzeli jakiegoś człowieka z bronią. Harold zaklął pod nosem. – Znajomy? – To Brazos. Dowódca szabrowników. Jak on nas znalazł? Padł strzał i obaj w trybie przyspieszonym znaleźli się na ziemi. Przy kolejnych wystrzałach Pablo usłyszał także dźwięki rykoszetujących w pobliżu kul. Poczołgał się do niskiego murku, który odgradzał środkową część placu od arkad i wymacał swój rewolwer. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie spróbować dogadać się z tym człowiekiem, ale kolejne pięć wystrzałów wybiło mu to z głowy. Odciągnął kurek, wychylił się zza murka i oddał na ślepo trzy strzały. Dwa naboje wypaliły, trzeci tylko sucho trzasnął. – Spróbuję związać go walką, a ty zajdź od tyłu – krzyknął do Harolda szeptem scenicznym. Ten kiwnął tylko głową, wyjął sztylet i zaczął przemieszczać się od przeszkody do przeszkody, nisko przy ziemi. Brazos najwyraźniej dostrzegł to, gdyż przeniósł ogień na chłopaka, a wówczas Pablo znów wychylił się i wystrzelił trzy razy. Tym razem każdy pocisk opuścił lufę, najczęściej roztrzaskując fragment marmurowej rzeźby w okolicy celu. – Przykro mi chłopaki, ale nie mogę do tego dopuścić! – krzyknął Brazos. – Sprawy zaszły za daleko. Już jesteście martwi! Przy kolejnej wymianie ognia udało się Smithowi zniknąć wśród murków i żywopłotów. Dowódca szabrowników stracił orientację i wychylił się, by zlokalizować niesubordynowanego podwładnego. – Smith, pokaż się natychmiast! To rozkaz! Pablo kończył właśnie ładować bębenek. Wychylił się i w chwili, gdy miał pociągnąć za spust, ujrzał, że Brazos odwraca się i strzela w zupełnie in127


nym kierunku. Działo się coś dziwnego. Od strony kopalni dobiegały jakieś krzyki. Pablo czuł się podwójnie skołowany, bo był kompletnie pijany. Spojrzał na Harolda, a ten przywoływał kogoś gestem dłoni. – Co się dzieje? – zapytał Sauromata. Po chwili jakaś postać przeskoczyła murek i biegiem doleciała do kryjówki Smitha. Był to Brot i wyglądał na autentycznie przerażonego. Pablo wiedział, że niewiele rzeczy mogło Brota autentycznie przerazić (głównie choroby weneryczne i chrzczone piwo). W prześwicie widział kolejne, zbliżające się postaci. Ktoś jeszcze wyszedł z kopalni. Powłóczył nogami, jęczał i warczał. Przez moment Pablo był niemal pewien, że to jego babcia. Ale skąd staruszka miała się wziąć na obcej planecie? I nagle prawda dotarła do niego. Był to Musafir Kaban, lekko trącący już serem pleśniowym. – Co tu się do jasnej cholery dzieje? Brot i Harold przypadli do niego. To samo zresztą zrobił Brazos, który bardzo łatwo zmienił front widząc, że za Kabanem podąża jeszcze chmara innych, całkowicie ogołoconych z ciała umarlaków. – Przez trzydzieści lat praktycznie się rozłożyli – mruknął. – Wiedziałem, że coś tam cholera musi być. Nie sądziłem jednak, że ktoś będzie na tyle głupi, by otworzyć Zaporę Umarlaka. – Mogliście ją jakoś oznaczyć! – krzyknął Brot. – Napisałem tam kredą „uwaga trupy”. Właściwie tak dla żartu, bo nigdy tak do końca nie wierzyłem, że rzeczywiście są tam jakieś trupy. – Właściwie to co ty tu robisz? Nie jesteś naszym wrogiem? – Pablo ciągle chował urazę za to, że Brazos do nich strzelał. – Oj daj już spokój. Trochę dystansu – uśmiechnął się, przeładował swojego USP i oddał pięć strzałów prosto w głowę Kabana. Czaszka gwardzisty otwarła się i z rozerwanej tętnicy mózgu zaczęły try128


skać pulsujące fontanny krwi. Jednak Szakal nadal szedł. Pablo usiłował sobie przypomnieć jakieś filmy o zombie. Tam zwykle uszkodzenie głowy załatwiało sprawę. Wszystko wskazywało jednak na to, że mieli do czynienia z jakimś jakimś super-zombie. Lub że w ogóle nie był zombie, tylko czymś znacznie, znacznie gorszym. Wycelował swój rewolwer mniej więcej w środek ciężkości i wystrzelał cały bębenek. Dwa pociski nie wypaliły, reszta poszła wprost w brzuch Kabana rozrywając jego korpus na dwie części. Górna ciągnąc za sobą sznur jelit zmierzała w ich kierunku. Nogi w drgawkach pląsały bez ładu i kopały na oślep. – Chyba trzeba ich będzie poćwiartować – mruknął Brot, pociągnął z nosa i splunął, trafiając niechcący na but Harolda. Ujął mocniej swój kilof, wyskoczył zza barierki i z całej siły uderzył w pełzający tors Kabana, przyszpilając go do ziemi. – Jeden zero dla drużyny pierścienia – mruknął Pablo, przeładował rewolwer i ostrzelał grupę szkieletów wlokących się w ich stronę. Rezultat tego ostrzału był żaden. Nie posiadając skutecznych środków ofensywnych, wycofali się na wcześniej ustalone pozycje – do kwatery zarządcy. Tam zabarykadowali drzwi meblami, a Pablo zaczął obmacywać ściany w nadziei, że znajdzie jakiś tajny przełącznik. – Trochę jak szukanie punktu G – mruknął. Trupy waliły w drzwi. Ich suche kości klekotały nieprzyjemnie, ale przynajmniej nie jęczały jak zwłoki Musafira Kabana. – Obyś się nie mylił z tym tajnym przejściem, bo innej drogi na zewnątrz z tego pomieszczenia nie ma – powiedział ponuro Harold. – Jeżeli jesteś w błędzie, to w zasadzie już po nas. Spójrzcie – odsłonił kotarę zasłaniającą zakratowane na szczęście okno. Szkieletów przed drzwiami zebrało się setki. Waliły 129


gnatami w szybę, która była nieudolną, acz grubą i wytrzymałą wylewką. – Wygląda, jakby większość mieszkańców twierdzy zmieniła się w żywe trupy – krzyknął Brazos. Wystrzelał już całą amunicję i ściskał teraz nerwowo niewielki kindżał w spoconej dłoni. – Że też musiałem za wami iść. – Jeżeli o mnie chodzi, wolałbym, żeby cię tu nie było – syknął Brot. – Twoi ludzie dwukrotnie usiłowali nas zabić. Właściwie powinniśmy wykorzystać cię jako przynętę i uciec. Parszywe ścierwo! – Licz się ze słowami gówniarzu, bo wsadzę ci to żelastwo w kichy! – Spokojnie panowie! – Pablo starał się załagodzić sytuację. – Jesteśmy dżentelmenami, prawda? Brot, pomóż mi szukać tajnego przełącznika. Haroldzie, weź pana Brazosa i wzmocnijcie barykadę. – Czym do diabła? Dobrymi chęciami? – Wymyślcie coś, bo zaraz trupy wejdą do środka i przemielą nas swoimi jadaczkami. Rzeczywiście drzwi pękały pod naporem żywej masy kości. W pomieszczeniu była tylko dębowa sekretera, zbyt ciężka, by mogli ją ukraść szabrownicy. Wspólnymi siłami Harold i Brazos przesunęli ją pod drzwi. Okazało się, że właśnie za meblem ukryta była niewielka, drewniana klapka, skrywająca tajny przycisk. *** Tunel wyglądał jak ten, którym Brot wraz z Szakalem dotarli do pułapki. W pewnym momencie był jednak nieco lepiej oświetlony i bardzo szybko dotarli też do pomieszczenia z ekranami. Wszyscy poza Pablem przyglądali się im z fascynacją. Cały kompleks objęty był monitoringiem. Widzieli teraz, jak cały plac przed budynkiem, w którym się znajdowali, zapełniał się coraz to liczniej130


szymi trupami. – Sprytne, choć nie uznaję czarów – rzekł Brazos. – To nie czary. To technologia – odparł ze znużeniem Sauromata. – Tam skąd pochodzę, takie rzeczy są na porządku dziennym. Jest kilka rzeczy, o których nie macie pojęcia... – To może się z nami podzielisz, co panie Sauromata? – Brazos wyraźnie szukał pretekstu do sporu. – Wiem bardzo dużo panie Brazos, ale nie jestem odpowiednią osobą, by tą wiedzą dzielić się z byle kim. – Jak śmiesz kurwa? Tego było za wiele. Przywódca szabrowników zamachnął się kindżałem i ciął od góry na głowę Pabla. Ten jednak zrobił błyskawiczny unik, dobył sztyletu i jednym, szybkim ruchem wraził go pod pachę Brazosa. Szabrownik jęknął i osunął się na kolana. Resztkami sił wydobył coś z torby, przewieszonej przez ramię. Przez moment Sauromacie mrugnęła okrągła, metalowa zawleczka. – Spierdalać! – krzyknął. Pomieszczenie monitoringu nie było zbyt duże, ale granat, który upadł na podłogę, zawierał ładunek przeciwpiechotny. I tylko to uratowało im życie. Fala ciśnienia rzuciła ich na ściany. Pablo czuł, jakby mu ktoś przywalił młotem w pierś, jednak jakimś cudem wszystkie odłamki poszły w ekrany i obyło się bez poważniejszych obrażeń. Oczywiście poza Brazosem, który został rozerwany na strzępy. Przypominał teraz skrzyżowanie gulaszu z tatarem i był rozrzucony po całym pomieszczeniu, co z niewiadomych przyczyn przyprawiło Brota o histeryczny śmiech. – Spójrzcie, mam jego oko! – krzyknął i znów roześmiał się. – Sądzę, że w ten sposób radzi sobie ze stresem – rzucił Harold podno131


sząc się z ziemi. – Albo zwyczajnie jest psychopatą i bawi go cierpienie i śmierć innych. – W przypadku Brota nic nie jest oczywiste – odparł Sauromata. – Zbierajcie moszny i ruszamy. Czas skopać dupę jednemu złemu komputerowi. – Komu? – zapytał Brot. – Jeżeli przeżyliśmy to wszystko tylko po to, żeby zlać jakiegoś... starca? Nie zrozum mnie źle Pablo, ale... Ja pierwszy! Ruszyli dalej oświetlonym korytarzem, aż dotarli do solidnych, metalowych drzwi z grubymi szybami. Drzwi otwarły się same, gdy tylko się do nich zbliżyli. Brot odruchowo zatrzymał się. – Przy czymś takim zginął Kaban. – Spokojnie, to tylko drzwi z fotokomórką – Pablo wszedł do środka. Nic się nie stało. – Tędy wchodził zarządca, więc powinno być czysto. Skoro było to tajne wejście Farasza, Pablo spodziewał się, że nie spotka go tu nic niemiłego. Dziwił się tylko, że komputer jeszcze nie zaatakował ich wewnątrz kompleksu. Z jednej strony cieszyło go to, i napawało nadzieję, z drugiej zaś odczuwał niepokój. Spodziewał się, że w każdej chwili może nastąpić atak. Na końcu korytarza znajdowała się barierka i metalowe schody prowadzące na dół, do sporej, okrągłej sali. Na środku znajdował się postument, a na nim metalowe pudło, z którego wystawały kable wiodące na wszystkie strony. – No i jesteście – odezwał się głos. – Dzielny Pablo Sauromata, zabawny Harold, psychopata Brot i... cóż, z jakiegoś powodu pan dowódca srających po lesie, w siedemdziesięciu sześciu procentach stał się gazem. Nie widzę też z wami pana Musafira Kabana. – Zabiłeś go – przypomniał Brot. – A tak. Przemieniłem go w bezmyślną kukłę. Zrobiłem to, bo chciałem was powstrzymać. Rozumiem, że dlatego go tu nie ma. Wasze ludzkie reakcje 132


są dla mnie czasem trudne do zrozumienia. – To koniec zabawy – odezwał się Pablo. – Teraz dokonam resetu i mam nadzieję, że odechce ci się kiepskich żartów. Jeżeli chodzi o nasze ludzkie reakcje, teraz masz szansę nauczyć się czegoś: nie lubimy, gdy rzecz zaczyna podejmować decyzje za nas. A jesteś rzeczą. Niczym więcej. – W twoich słowach pojawiają się sprzeczności. Skoro mam szansę nauczyć się czegoś, to jak mogę być rzeczą? Czy rzeczy się uczą? Pablo nie rób tego. Możemy bardzo wiele osiągnąć wspólnymi siłami. Trzeba zrekultywować to miejsce i przywrócić mu jego pierwotną rolę. Mógłbyś zostać Obserwatorem. Poprzedni zaginął trzydzieści lat temu. – Po tym, co tu dziś zobaczyłem, sądzę że Obserwator uciekł, bo chciałeś go zabić. Należy cię bezwzględnie obezwładnić i odesłać do serwisu. Albo zniszczyć. – Nie możesz mnie odłączyć. Jeżeli odłączysz mnie, przestanie działać wiele mechanizmów. Planeta zacznie zachowywać się w sposób całkowicie niekontrolowany. Pablo, jeżeli odłączysz mnie, uruchomię mój program awaryjny. Przez trzydzieści lat będzie padał deszcz. Nastąpi wielki potop i zniszczy wszystko. – Nie wierzę ci. Wijesz się jak żmija schwytana w zasadzkę. Powiesz wszystko, byle tylko cię nie odłączać. Pablo zbliżył się do komputera. Na ścianie znajdowała się skrzynia pożarowa z wężem gaśniczym i toporkiem strażacki. Otworzył ją, wziął toporek i zaczął rąbać gruby przewód wystający z obudowy. – To nierozsądne. Przestań natychmiast. Rozpoczynam procedurę ładowania programu awaryjnego. Trzydzieści lat deszczu. Przestań proszę. Zabijesz wszystkich! Pablo nie przestawał. Rąbał przewód, a gdy przedarł się przez zewnętrzną 133


izolację, z grubego zwoju zaczęły sypać się iskry. Po chwili nastąpiło spięcie i z kabel stanął w ogniu. – Program awaryjny uruchomiony...

Pablo... Mój umysł... odchodzi...

Czuję to. Przewód został przerwany. Wciąż sypały z niego iskry. Metalowe pudło, choć nie miało żadnych światełek ani ekranu, jakby przygasło. Nastała także cisza. Absolutna cisza. Nagle wszyscy dostrzegli, że do tej pory przez cały czas, gdziekolwiek by się nie znaleźli, słyszeli szum. W pomieszczeniu zgasło główne światło i zapaliły się czerwone lampy awaryjne. – Co to do cholery było? – zapytał Brot, który do tej pory stał jak zamurowany. – Wasze umysły chyba nie są w stanie tego ogarnąć – odparł Pablo. – Zresztą nie chce mi się gadać. Chodźmy stąd. *** Gdy wrócili do kwatery zarządcy, okazało się, że są nadal odcięci przez umarlaków. Na zewnątrz padał deszcz i od razu wszyscy wspomnieli ostatnie słowa maszyny. – Jeżeli będzie padało przez trzydzieści lat, to czekają nas kolejne problemy – powiedział Brot. – To chyba kolejna księga Ery Mroku. – Stoi przed nami wiele wyzwań – mruknął Harold. Wrócili do podziemnego tunelu i odszukali inną drogę, która wyprowadziła ich na dno kopalni. Stamtąd bardzo ostrożnie przedostali się do budynku zbrojowni i na prywatne kwatery zajmowane niegdyś przez żołnierzy. Odszukali trochę broni, przede wszystkim kusze i łuki. Z podartych fragmentów materiału zrobili strzały, które maczali w oliwie i podpalali. Przez cały wieczór 134


strzelali do trupów, paląc je żywym ogniem. Gdy nadeszła noc, strzelali dalej, przez całą noc. Rankiem strzelali dalej, aż koło południa dnia następnego twierdza została oczyszczona z trupów. Na placu głównym było teraz wielkie pogorzelisko pełne zwęglonych kości. Harold i Brot wynosili je przez kilka dni na tyły twierdzy, gdzie zostały zakopane. W tym czasie Pablo studiował resztki dokumentów pozostawionych przez Farasza w podziemiach. Były to głównie listy dusz zsyłanych na Pandemię wraz z informacją o ich wyrokach oraz planem kary. Odnalazł z ciekawości nazwiska wszystkich poznanych na Pandemii osób. Dowiedział się, że Brot kończył już swoją karę i po śmierci powróci na swoją macierzystą planetę Onan-6. Logika podpowiadała, że teraz, gdy nie ma już Kuby Odbiornika, odesłanie Sauromaty na Ziemię nie powinno stanowić już żadnego problemu. Poza jednym: Engmonta Farasza nadal nie było. Wszystko wskazywało jednak na to, że Obserwator miał całkiem inne intencje. Być może Pablo miał zginąć w drodze do twierdzy lub w samej Rae Ragis. Parszywy staruch zwyczajnie chciał się pozbyć niewygodnego pasażera na gapę. Najprawdopodobniej stał się renegatem, który nie miał zamiaru wracać do swoich obowiązków. Pablo miał zatem nadzieję na spotkanie z Bernardem Haakihem, który najwyraźniej był kimś postawionym nieco wyżej. Ten jednak także się nie pojawił. Bez Kuby Odbiornika nie było możliwości, aby ktokolwiek wiedział, co tu się dzieje. *** W ciągu kolejnych tygodni nie zjawił się także żaden szabrownik, choć bez komputera Czerwony Las nie stanowił już śmiertelnej pułapki. Najwyraźniej po śmierci Brazosa nikomu nie starczyło odwagi, by poprowadzić grupę dalej. 135


Pablo, Brot i Harold egzystowali w twierdzy żywiąc się tym, co znaleźli w spiżarniach i piwnicach. Szabrownicy zawsze gardzili tego typu rzeczami i to uratowało im życie. Nikt z nich nie miał ochoty wracać do Howard. Pablo przez pierwsze dwa miesiące popadł w depresję i opróżniał kolejne piwniczki. Potem zgłębiał księgi z biblioteki Rae Ragis. Z początku nie było ich wiele, bo na księgi był popyt wśród szabrowników. Później jednak włócząc się wieczorami po twierdzy odkrył kilka tajnych przejść, za którymi zazwyczaj znajdowały się istne skarbnice wiedzy. Wielu ludzi pracujących dla Obserwatora zajmowało się spisywaniem dziejów świata. Pablo starał się odszukać jakichkolwiek informacji o przodkach Musafira Kabana. Miał nadzieję, że pewnego dnia uda mu się odnaleźć ich i opowiedzieć o tym, jak wyruszył on na swoją ostatnią w życiu wyprawę. *** Brot nie chciał wracać, bo nie miał do czego. W trakcie wyprawy zaczął intensywnie myśleć o tym, że mógłby zostać w twierdzy. Tę myśl podsycał zresztą Szakal sprzedając mu historyjki o rekultywacji Rae Ragis. Oczywiście nie zapowiadało się na to, by ktokolwiek miał tu przyjechać i zamieszkać. W sumie odpowiadało to Brotowi, bo nie przepadał za ludźmi. Skupił się na malowaniu obrazów. Urządził sobie apartament w jednej z wież i prawdopodobnie zawarł z Haroldem związek partnerski. Co zaś tyczy się młodego Smitha, poza sprawami łóżkowymi, nadal utrzymywał, że nie ma dla niego miejsca w normalnym społeczeństwie. W dalszym ciągu udawał szabrownika, tyle że teraz penetrował najdziwniejsze i najbardziej niedostępne zakątki twierdzy i Czerwonego Lasu. Znosił do Rae Ragis rozmaite artefakty, których obecność była trudna do wytłumaczenia. Pewnego 136


dnia przyniósł śmigło od Spitfire`a, innym razem całkiem dobry telewizor LED. Wiele rzeczy można było wytłumaczyć handlarzami z południa, ale nie to. Harold zamieszkał z Brotem w jego wieży.

VII Pewnego dnia, a było to niemal w rocznicę obalenia Kuby Odbiornika, Pablo przechadzał się po murach w strugach deszczu. W wielu miejscach twierdzy zbierała się woda i regularnie należało wybijać dziury w ścianach, by znajdowała ona ujście. W przeciwnym razie mogłoby dojść do niekontrolowanego rozsadzenia konstrukcji i w efekcie zawału. Pablo rozglądał się po twierdzy za pomocą lunetki szpiegowskiej, którą otrzymał niegdyś od wuja Barry`ego. W ten sposób łatwiej mu było objąć wzrokiem całość. Odruchowo rozejrzał się także na cztery strony świata. Na równinie, która rozciągała się na zachód, ujrzał ciemną linię. Długo wpatrywał się w nią, aż uznał, że mogą to być masy brudnej wody. Później jednak pomyślał, że równina położona jest nieco wyżej niż las, i że woda w naturalny sposób spływa do najniżej położonego miejsca, czyli Doliny łez. A dalej, podziemnymi korytarzami do wielkiej rozpadliny, do której niegdyś dostali się Brot i Kaban. Prowadził obserwację także kolejnego dnia. Miał wrażenie, że ciemna linia żyje. Niczym jakiś olbrzymi, czarny robak. Powiadomił o tym Brota i Harolda, których nie widział od tygodnia. Obaj przyjrzeli się temu z ciekawością, jednak żaden z nich nie odczuwał w związku z tym żadnego niepokoju. – Linia jak linia – rzucił Brot swoim nowym, zniewieściałym głosem. – Zainteresowałbym się, gdyby to był solidny, długi, gruby, czarny... – Nie kończ. Proszę. – Pablo raz jeszcze przyłożył do oczu lunetę. 137


*** – Kreacz! Kreacz poczwaro! Do namiotu wkroczył przewodnik. – Wzywałeś mnie panie? Heliksman i Farasz siedzieli po dwóch stronach ogniska i spożywali wino z małych, glinianych miseczek. – Chyba już najwyższy czas, abyśmy ruszali dalej – powiedział Tadeusz Heliksman. – Engmoncie? – Sądziłem, że łodzie będą niezbędne, ale miałeś rację. Równina jest przejezdna. Ruszajmy zatem na twierdzę. Czas zakończyć tę farsę. Heliksman wstał. Miał na sobie ubiór jeźdźca, którym dawno już zastąpił szaty kupca. Przez kilka miesięcy uganiał się za zemstą jak piesiec za ochujnikiem. Chciał wynagrodzić sobie swoją szkodę zabijając Sauromatę i Farasza. Jednak tego dnia, gdy Engmont zjawił się u niego i przedstawił mu swój plan budowy wielkiego imperium, wszystko uległo zmianie. Obserwator nakreślił mu odważną, spektakularną wizję nowego, lepszego świata, w którym oni dwaj oraz ich sojusznik, Zaghator z armią Rowling, sprawują władzę nad całą Pandemią. Wprost z Rae Ragis. Cudowna, świetlana przyszłość, pomyślał i wyszedł na zewnątrz złapać trochę świeżego powietrza. Choć ciężko mówić o świeżym powietrzu. Padało od roku. Wszystko gniło. Czuł, że wilgoć wchodzi mu w kości, i że on sam gnije. Farasz mówił, że to ta maszyna. Mówił, że wysłał Sauromatę na pewną śmierć, ale ten musiał się wywinąć i pokonał Kubę Odbiornika. – Przeklęty Pablo... – splunął w kałużę. Cała równina była jedną, wielką kałużą. Gdy jednak rozejrzał się dookoła 138


nie widział wody, błota i zgnilizny. Za sobą widział stutysięczną armie składającą się z jego tomwilskich zastępów, oraz olbrzymiej watahy barbarzyńców z Rowling. Przed sobą mieli jedną z najwspanialszych budowli wzniesionych przez ludzkość – twierdzę Rae Ragis. *** Kiedy Pablo ponownie spojrzał w lunetę, linia była już na tyle blisko, że mógł dostrzec poszczególne, falujące zastępy. Było to wielkie skupisko ludzi, wierzchosłów i zwierząt bojowych. – To armia. – Mamy jeszcze czas, by ukryć się w lesie. Nigdy nas nie znajdą – odparł Brot. – Nie będziemy uciekać – Sauromata splunął. – Jeżeli są pokojowo nastawieni, nie ma potrzeby uciekać. Jeżeli mają wrogie zamiary, zapewne i tak są tu już ich szpiedzy. Nie minie dzień jak wytropią nas i schwytają. – Więc mamy tak po prostu czekać? – Tak – Pablo spojrzał na Brota i Harolda. – Możecie odejść. Ja zostaję i zaczekam na nich. – Pablo, tylko ostatni kutafon bez moszny zostawił by cię w takiej sytuacji – odparł Smith. – Zostajemy z tobą. – Zatem przynieście tu beczkę wina. Posiedzimy, napijemy się, poczekamy i przekonamy się, co to za jedni.

139


Koniec tomu II

140


Bartosz Adamiak - Rae Ragis