Issuu on Google+


Copyright © Bartosz Adamiak 2014 Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części niniejszej publikacji jest zabronione bez pisemnej zgody autora. Zabrania się jej publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży zgodnie z Regulaminem Wydaje.pl Ilustracja na okładce: Maciej Kisiel ISBN 978-83-940178-0-4 Wrocław 2014 Wydanie I


Bartosz Adamiak


4 Bartosz Adamiak Era Mroku

Zmierzchało. Nad horyzontem gromadziły się ciemne chmury, a wiatr stawał się niespokojny. W oddali, na krętym, otoczonym przez zielone łąki gościńcu majaczyły maleńkie sylwetki jeźdźców. Toaden stracił ich z oczu, gdy wjechali w dolinkę. Pagórek i rosnące na nim topole, stłumiły zupełnie tętent kopyt. Wszedł do karczmy, chwycił za brudną szmatę i zabrał się do czyszczenia kufli. – Tatko, jeźdźcy! – zawołała gruba, brzydka dziewucha. – Przecież widzę. Podkręcił wąsa i splunął na drewnianą podłogę. Pod kontuarem spoczywała kusza. Naciągnął ją i umieścił bełt w korytku na wypadek, gdyby przybysze mieli niecne zamiary. – Idź na górę i zamknij drzwi! – krzyknął do córki. Wątpił, by dziewczynie groził gwałt, ale widział już w życiu wszystko, łącznie z mężczyzną, któremu przyrodzenie utknęło w paszczy suma.


5 Na zewnątrz usłyszał narastający tumult kopyt, który stopniowo przeszedł w okrzyki. Zbliżali się do drzwi gospody. Było ich dwóch. Drzwi otwarły się wpuszczając wieczorny chłód. – Dwa kufle piwa! Człowiek, który wkroczył jako pierwszy, zapewne był kupcem. Jego szata wyglądała na kosztowną, a u pasa przywieszony miał jedynie kord w bogato zdobionej złotem pochwie. Drugi przypominał trochę wojownika, ale nie był zbyt rosły. Miał lekki pancerz i głowę ogoloną na łyso z pozostawionym z tyłu czarnym warkoczem. Bardziej jak zwiadowca lub tropiciel. – Siadaj Kreacz – powiedział kupiec i sam zbliżył się do kontuaru. Karczmarz niechętnie i z ociąganiem nalał dwa kufle, postawił przed przybyszem. – Dwa srebrne goliaty – rzucił wracając do swojego zajęcia. – Drogie u was piwo gospodarzu – zaśmiał się człek w zdobnej szacie. – Oby było warte swojej ceny. Rzucił na blat dwie, niewielkie monety i uniósł kufel. Piana spływała mu po wąsach, a grdyka pracowała miarowo. – Dobre – wysapał odstawiając do połowy opróżniony kufel. – Zimne! – Opuszczam beczkę na dno studni – mruknął niechętnie Toaden. Był dość rzadkim typem karczmarza, który nienawidził ludzi. Szczególnie tych, którzy zawracają mu głowę próbując zagadnąć. Liczył, że przybysze wychylą po kufelku i ruszą dalej. Niestety nie zanosiło się na to. – Szukamy człowieka o nazwisku Farasz – powiedział kupiec. – Mówi ci to coś? – Nic a nic – odparł zgodnie z prawdą karczmarz. – No to może – zrobił pauzę, by zbudować napięcie – Sauromata? – Pierwsze słyszę.


6 Bartosz Adamiak Era Mroku – Widzisz Kreacz? – krzyknął do tego drugiego, który rozsiadł się wygodnie przy stole. – Okazuje się, że nasz bohater wcale nie jest taki sławny jak mówią. Nie dotarli tu jeszcze bardowie śpiewający o jego mężnych czynach. Facet przy stole zaśmiał się ponuro. – Nigdy nie słyszeliście tutaj o Pablo Sauromacie, który pokonał samego Morgwila Sromotnego, Stagrida Gwałciciela i jeszcze kilku innych oprychów pustoszących trakty handlowe od grodu Tomwila, aż do Haakaren? – To właśnie przed chwilą powiedziałem – odparł Toaden wycierając po raz kolejny, czysty już kontuar. Starał się jednocześnie nie oddalać zbytnio od ukrytej broni. – Rzadko tutaj docierają wieści z południa. Kupiec zamyślił się. – No tak. Miasto Howard podupadło chyba ostatnimi laty, nieprawdaż? – Odkąd zamknięto kopalnię. – Zamknięto... – zaśmiał się gbur przy stole. – W pewnym sensie zamknięto – kupiec przyznał rację karczmarzowi. – Dokładnie tak, jak mówi nasz małomówny przyjaciel. Jak masz na imię karczmarzu? – Toaden. – Toaden. Wspaniałe imię. Z pewnością tatuś i mamusia lubili pradawne mity o herosach? – Być może. Ale imię otrzymałem po dziadku Toadenie, który był górnikiem. – Więc pewnie i ty jesteś niezłym wojem, co? – Jestem karczmarzem – odparł Toaden kładąc dłoń na kuszy. Kupiec podniósł drugi kufel piwa i skierował swoje kroki do stołu, przy którym siedział w ciszy wojownik. – A zatem! – powiedział nieco głośniej stawiając kufel. – Mówisz, że nigdy w tej okolicy nie widziałeś ani Engmonta Farasza, ani Pablo Sauromaty? – Nie widziałem.


7 – A niech mnie Kreacz! Moja stara matka powiadała, że karczmarze zawsze wiedzą wszystko, a tymczasem ten tutaj nie wie nic. Nie będziemy marnowali więcej czasu pana gospodarza. Kończ to piwo i żegnamy się. Ten, którego kupiec nazwał Kreaczem, zbliżył się do kontuaru i wypił duszkiem cały kufel zimnego piwa. Gdy Toaden odetchnął już z ulgą, odwiesił szmatę na wieszak spuszczając na chwilę wzrok. Kiedy znów spojrzał na swoich gości, ujrzał wycelowaną w siebie kuszę. – Nienawidzę być okłamywanym! – wrzasnął kupiec. Bełt o średnicy dwóch palców z głuchym hukiem wbił się w ścianę przyszpilając do niej głowę karczmarza. Krew sącząca się po ścianie szybko utworzyła na podłodze sporą kałużę. Keacz przechylił się przez kontuar cmokając z uznaniem, po czym zagarnął z lady dwie monety i schował do swojej sakiewki.


8 Bartosz Adamiak Era Mroku

Część pierwsza: Przybysz

Wrocław, trzy lata wcześniej Upały trwały od kilku dni. Do mieszkania na Gaju wleciała przez okno tłusta mucha. Usiadła na spoconym, pokrytym zaskórniakami nosie, z którego wydobywał się ponury bulgot. Właścicielem nosa był śpiący, krępy mężczyzna w koszulce na ramiączkach. W jego masywnej, mocno owłosionej dłoni spoczywał pilot do telewizora. Grubas przeciągnął się puszczając bąka i spojrzał na zegarek wiszący nad drzwiami. Dochodziła jedenasta. Wstał więc i sięgnął po stojącą na stole butelkę z resztką odgazowanego piwa. Było ciepłe i stęchłe. Skrzywił się i ruszył do łazienki, mijając śnieżący telewizor. Spojrzał w lustro. Spore zakola i podkrążone oczy. Dałby tej mordzie z czterdzieści lat, co nie napawało go optymizmem, bo miała dopiero trzydzieści. W jego pamięci powoli pojawiały się obrazy. Była niedziela. Wczoraj udał się do delikatesów Jurka i kupił kilka piw, aby się zregenerować po tygodniu pracy. Wypił może dziesięć czy jedenaście, a potem zasnął przed telewizorem. Pamiętał, że przed drzemką oglądał jeszcze jakiś serial, ale gdy otworzył oczy, kablówki już nie było. Był pewien, że w tym miesiącu opłacił wszystkie rachunki w terminie, więc w grę wchodziła tylko awaria. A skoro tak, to może dostanie od tych dupków coś ekstra, kombinował w myślach, miesiąc darmowych pornoli, albo skrzynkę piwa. Ostatecznie stwierdził, że korzystniej będzie mieć działającą kablówkę w weekend. Postanowił zejść do piwnicy i sprawdzić. Wszak to nie inżynieria rakietowa. A przy okazji mógłby zostać bohaterem w swojej bramie. Może dzieciaki będą


9 przynosić mu piwo z delikatesów, a pan Bronek przestanie otwierać natrętnie jego pocztę, która w sumie i tak zawiera tylko rachunki. Mając w pogardzie potężnego kaca, Paweł podjął próbę wydostania się z mieszkania. Aby nie opuszczać bezpiecznego miejsca bez prowiantu, wyjął z lodówki ostatnią z zakupionych wczoraj butelek piwa. U Jurka była awaria lodówki, przypomniał sobie. A zatem, dedukował, może urządzenia elektryczne szaleją pod wpływem burzy na słońcu. Albo gorzej – rozpoczyna się trzecia wojna światowa i ruscy komandosi robią dywersję. Po Ukrainie wszystko stało się możliwe. Chociaż znaczenie strategiczne kablówki na wrocławskim blokowisku wydawało się raczej niewielkie. Mimo wszystko ten wariant Pablo przyjął jako najbardziej prawdopodobny. Otworzył drzwi i zaczął ostrożnie schodzić po schodach, trzymając jedną ręką poręczy, drugą zaś ściskając butelkę. Na półpiętrze spotkał pana Kazia z trzeciego piętra. On ruskich dobrze znał, bo był ubekiem. – Dzień dobry – powiedział głośno Pablo, sąsiad miał słaby słuch. – A dobry, dobry panie Pawełku. Ale ukrop. Pić się chce, co? – wskazał głową piwo przełykając ślinę. – Nie ma kablówki. Może ktoś przeciął kabel, albo coś. Był pan w piwnicy? – Pan podejdzie z piwkiem do mnie, to zobaczymy, czy u nas jest kablówka, co? Może jakiś meczyk będzie, to... Pablo machnął ręką i ruszył w dół, co pan Kaziu skwitował uśmiechem obnażającym braki w uzębieniu i jakimś plugawym słowem. Drzwi do piwnicy były otwarte, mimo iż gospodarz bloku wielokrotnie apelował, by je zamykać. Bezdomni dzień w dzień wchodzili i defekowali w piwnicy. A w zimie często nocowali w prowizorycznych barłogach z gazet i innych śmieci. Strach było tam chodzić, ale czego się nie robi dla ratowania niedzielnej rozrywki? Pablo nie miał sprecyzowanej wizji, co zrobi, gdy już skrzynkę od kablówki znajdzie. W zasadzie oczekiwał chyba, że stuknie jak dziadek w starego Rubina i obraz powróci. Jednak to, co zobaczył po otwarciu drzwi, nie było ani skrzynką od ka-


10 Bartosz Adamiak Era Mroku blówki, ani starym Rubinem, ani nawet defekującym bezdomnym. Na środku schodów lewitował biały, świecący prostokąt. Dosłownie tafla czystego świata. Żadnej faktury, żadnego połączenia ze ścianą, sufitem czy podłogą. Jedynie jasność, która drażniła umęczone oczy Chcąc czym prędzej przedostać się na drugą stronę, Pablo ruszył przed siebie z rękami wyciągniętymi po omacku do przodu. Postanowił, że po prostu przejdzie przez tę świetlną kurtynę, i już po drugiej stronie będzie kontynuował poszukiwania. Rzeczywistość nie zawsze żyje w zgodzie z naszymi planami. Czasem lubi zaskakiwać, w taki czy inny sposób. W sytuacji, o której opowiadam, rzeczywistość zaskoczyła Pawła Kowalskiego bardzo, bardzo mocno. Na tyle mocno, że przez chwilę był pewien, że spadł ze schodów i stracił przytomność. Po drugiej stronie kurtyny znajdowała się pustynia. Nie było schodów, nie było piwnicy. Nie było niczego, oprócz bezmiaru białego, drobnego piasku, kamieni i czterdziestostopniowego upału. – No tak – powiedział głośno i z pewną dozą rezygnacji. – Mam alkoholowe majaki. Za dużo piłem i uszkodziłem sobie mózg! Gdy w oddali ujrzał grupę beduinów oraz dziwacznych zwierząt, zmierzających w jego kierunku, był już pewien. Pełne spektrum objawów delirium tremens. Cierpieli na to wujek Staszek i wujek Rysiek. I Bolek, kolega z Januszpolu, z którym wprawdzie nie był spokrewniony, ale jednak był to kolejny dowód na istnienie choroby. Gdy jeźdźcy zbliżyli się na odległość kilkunastu metrów, okazało się, że to żadni beduini, a zwykli przebierańcy. Mieli gatki ze szmat i skórzane pasy ponabijane ćwiekami. Narażone na działania słońca części ciała mieli mocno opalone. Byli uzbrojeni w najróżniejszą broń białą, od noży po miecze i topory. – Jesteście rekonstruktorami, prawda? Czytacie Wiesława i mroki średniowiecza?


11 W odpowiedzi usłyszał jedynie krzyki w zupełnie obcym języku, brzmiącym jak węgierski. Ich zachowanie zdawało się być agresywne i Pablo żałował, że nie zabrał ze sobą gazu pieprzowego. Gdzie ja miałem głowę, pomyślał, gdy napastnicy otoczyli go. Jeden z nich zbliżył się do niego i powalił na ziemię. Wówczas podbiegli dwaj kolejni i podnieśli go, wykręcając ręce do tyłu. – Zostawcie skurwysyny! – zdołał tylko wrzasnąć, po czym oberwał czymś twardym w głowę i stracił przytomność. *** Przez okno drewnianej chaty wpadało ostre słońce, które zbudziło Brota. Rozejrzał się wokół. – Gdzie żeś zawędrował rycerzyku? – powiedział w stronę swojego krocza. Znajdował się w obcym miejscu, był nagi, a obok bielało wielkie cielsko śpiącej damy. Uśmiechnął się i wstał. Czuł w brzuchu bardzo nieprzyjemne ssanie. Był gotów zabić za solidną miskę kaszy ze skwarkami i kufel piwa. Odział się zatem niedbale i wyskoczył oknem na ciasną uliczkę. Naprawdę miał ochotę na kufel piwa, a najprostszym sposobem, by wejść w posiadanie takiego dobra, była sakiewka. Naturalnie sakiewka umocowana do pasa jakiegoś porządnie ubranego przechodnia, przemierzającego ciasne aleje miasta. Brot był niemal jak sierota. Miał wprawdzie rodziców, ale od najmłodszych lat trzymał się z dzieciakami z ulicy. Był człowiekiem wielu talentów, co z pewnością potwierdziliby koledzy, stróże prawa oraz liczne kochanki. Kiedy już udało mu się ustalić swoje położenie, ruszył sprężystym krokiem w kierunku bazaru rozważając, co też zdecyduje się zamówić na późne śniadanie. ***


12 Bartosz Adamiak Era Mroku

Hasterisk Fjutgaardt, burmistrzem Tomwil, od trzech miesięcy był w pewnym sensie szalony. Szczęśliwie nikt przez ten czas nie nabrał nawet podejrzeń. Siedział właśnie w swoim gabinecie i wpatrywał się nieprzytomnie w zawiniątko znajdujące się na środku jego biurka. W zawiniątku znajdowały się odchody, które zamierzał skonsumować tuż po porannej wizycie sekretarza, Knurra Rangara. Ciszę przerwało pukanie do drzwi. Po chwili drzwi uchyliły się, i do pomieszczenia wsunęła się łysa głowa sekretarza. – Wejdź Knurr, mam dziś napięty grafik. Dawaj, dawaj chłopie. – Sir! – Knurr był służbistą. Dużym i głupim, ale beznadziejnie drętwym. – Dawaj, dawaj – poza chwilami, gdy Fjutgaardt popadał w szaleńcze otępienie, był całkiem energicznym i konkretnym człowiekiem. – Wczoraj napadnięto na niejakiego pana Gortholma – referował sekretarz. – Pan Gortholm jest bardzo szanowanym obywatelem Tomwil i sytuacja, zdaje się wymaga stanowczej reakcji ze strony ratuszu. – Ucierpiał? – Odcięto mu głowę. – Zatem do skarbca miejskiego nie wpłynie już od niego ani złamany goliat? A kto nie płaci podatków obywatelem nie jest. Sprawa jest, zdaje się, zamknięta. – Komisja do spraw uzbrojenia ludności cywilnej przedłożyła nowy projekt ustawy o uzbrojeniu cywilnym, w myśl którego na każde gospodarstwo ma przypadać tylko jedna jednostka broni. Tłumaczą to tym, że obecnie mając nieograniczony dostęp do broni lud czuje się znacznie bardziej zagrożony. Świadomość, że każdy sąsiad może mieć w domu cały arsenał wywołuje niepokój. – Nonsens. Kto wpadł na taki pomysł? – Havesh Kursvik. – Kursvik? Co to w ogóle za nazwisko? Jakiś cholerny pacyfista z Haarken? Nie potrzebujemy w naszej małej, zdrowej społeczności wichrzycieli i obcokrajow-


13 ców. Postaraj się, aby nie wrócił dziś do domu. Zadbaj tylko, żeby nikt nie odnalazł ciała. – Tak jest. I ostatnia sprawa. O jedenastej zaczyna się targ niewolników. – Targ niewolników! – Fjutgaardt zerwał się z krzesła. – To dziś! Muszę lecieć. Słuchaj Knurr, jest jeszcze jedna pilna sprawa na szybko. W samo południe w magazynie przy ulicy Rzężącego bobra spotykają się członkowie cechu krawców. – Zgadza się. – Ich działalność krzyżuje plany mojemu bratankowi. Bądź tak miły i podłóż tam ogień. Tylko wcześniej zabarykaduj solidnie drzwi. – Tak jest Sir. Burmistrz opuścił ratusz w wielkim pośpiechu, pozostawiając swoje śniadanie i ignorując wszystkich petentów zgromadzonych przy wyjściu. W większości byli to tylko biedacy, którzy uskarżali się na swoją niedolę i wysokie podatki. Fjutgaardt słynął z rządów twardej ręki, co przysparzało mu politycznych przeciwników. Ci jednak najczęściej w znikali w tajemniczych okolicznościach. Zdawać by się mogło, że burmistrzowi, od początku trwającej czternaście lat kadencji, towarzyszyło niezwykłe szczęście. Zwłaszcza do nieszczęśliwych wypadków jego oponentów. Krążyły plotki, dziennikarze węszyli, ale i tak kończyło się to zwykle odnalezieniem kilku bezgłowych ciał. Większość obywateli wierzyła, że taka konserwatywna doktryna była gwarantem spokoju i dobrobytu. Wszystko układałoby się idealnie, gdyby nie szaleństwo, które zakiełkowało w głowie Hasteriska Fjutgaardta jakieś trzy miesiące wcześniej. Zaczęło się od nieszkodliwych dziwactw. Burmistrz złapał i zjadł kilka owadów. Wielu ludzi to robiło, ale zwykle przez sen albo z biedy. Nazwisko Fjutgaardt było zaś nazwiskiem niemal szlacheckim w Pustynnej Krainie. Żaden Fjutgaardt nie skalał się nigdy życiem w niższych standardach. Używali sztućców, nie jedli ludzkiego mięsa i kąpali się przynajmniej raz na kwartał.


14 Bartosz Adamiak Era Mroku Po fazie owadziej, jak nazywał ją w myślach burmistrz, nastąpił krótki, acz burzliwy romans z nekrofilią. Ten proceder, również typowy dla nizin społecznych, sprawiał mu nie lada przyjemność i kontynuowałby go, gdyby nie fakt, że pewnej nocy został nakryty przez sporą grupę pielgrzymów, in flagrante delicto. Wszyscy zaginęli jeszcze tego samego dnia, ale jego prywatni siepacze nasłuchali się wiele podczas kaźni. Ich też trzeba było usunąć. Ponieważ jeden skok do trumny kosztował życie ponad siedemdziesiąt osób, burmistrz przerzucił się inny fetysz – wąchanie fekaliów w publicznych latrynach. Z czasem repertuar ten poszerzył się o wynoszenie fekaliów z latryn w torbach i spożywanie ich w ukryciu, oraz kąpiel w fekaliach. Fjutgaardt miał jeszcze jedno dziwactwo. Kupował niewolników na targach i zatrudniał ich jako służbę domową. Kazał umyć, dawał porządne ubrania i posyłał na lekcje dobrych manier, a po kilku tygodniach zakradał się nocą do sypialni nieszczęśnika i mordował go przy użyciu silnie stężonego, smoczego jadu. Ofiara takiego zabiegu konała zazwyczaj w straszliwych męczarniach około dwóch godzin. W tym czasie burmistrz siedział na fotelu w kącie pokoju i palił cygaro. Momentami sam bał się swojego szaleństwa, jednak jeszcze bardziej bał się, że jego szaleństwo wyjdzie na jaw. Mieszkańcy Tomwil byli bezlitośni. Hasterisk Fjutgaardt zaczął nabierać obsesyjnego lęku przed tym, że te niewinne dziwactwa zostaną upublicznione przez jakiegoś wichrzyciela z obco brzmiącym nazwiskiem. Konserwatywna część wyższych sfer nie darowałaby mu. Obalono by go jak jego poprzednika, którego zresztą zasztyletował osobiście. *** Otworzył oczy. Zobaczył drewniane szczeble klatki, do której go wrzucono. Wóz ciągnięty był przez jedno z tych brudnych, cuchnących zwierząt. Nawet jeżeli to majaki, po takim ciosie w głowę powinienem odzyskać trzeźwe spojrzenie, pomyślał posępnie. Wszystko wskazywało na to, że w piwnicy doszło do jakiejś szatańskiej


15 sztuczki, w wyniku której znalazł się w Łebie i pojmali go zboczeńcy, albo Al–Kaida. Druga możliwość, która przyszła mu do głowy, to te historie opowiadane przez starsze panie w tramwajach, że rząd dodaje rtęci do żywności, by podtruwać ludzi. Jakkolwiek by nie było, sytuacja wydawała się przerażająca. Słońce paliło okrutnie, a wiatr i piach wciskały się do oczu. Wysoko ponad kośćmi bielejącymi w piachu, krążyły dziwne ptaki, o wielkich, bezkształtnych łbach. Pablo bez trudu potrafił sobie wyobrazić, jak taki ścierwojad wydziobuje gałkę oczną z bezwładnej głowy truposza. Spróbował się podnieść, ale wszystko go bolało. Najwyraźniej dokopali mu jeszcze na dokładkę i dali kilka razy kijem po nerkach. Spostrzegł, że nie jest w klatce sam. W przeciwległym kącie siedziała stara kobieta oraz dwóch mężczyzn w nieokreślonym wieku. Wszyscy odziani w najgorsze szmaty. Zabawiali się w unikanie kontaktu wzrokowego, przy jednoczesnym prowadzeniu intensywnej obserwacji. Coś szemrali pod nosem, a najpełniejszy opis ich wyglądu brzmiałby: ludzie, którzy planują zabójstwo na współwięźniu, aby zabrać mu buty, zgwałcić i zjeść, co się da. Pablo rozejrzał się wokoło. Wóz jechał w karawanie. Oprócz nich, było jeszcze kilka innych klatek z więźniami. Ich fizjonomie w żaden sposób nie sugerowały, że porwano ich do burdelu. Prędzej do łupania kamieni lub wydobywania uranu. Co było w pewien sposób pocieszające. Z karawaną szło kilku facetów ubranych w skórzane przepaski biodrowe oraz pasy nabijane ćwiekami. Pablo naliczył co najmniej dziesięciu, choć miał z klatki ograniczoną widoczność. Najwyraźniej ci, którzy go pojmali, stanowili straż przednią. Nie było najmniejszych szans na ucieczkę. Klatka była wprawdzie drewniana, ale solidnie powiązana mocnymi sznurami. Wokół byli strażnicy, a w promieniu wielu kilometrów, zapewne nie kończąca się pustynia. Na współwięźniów także nie mógł liczyć. Nie byli zbyt rozmowni. Gdy tylko próbował do nich coś zagadnąć, zbijali się


16 Bartosz Adamiak Era Mroku w kupę i chrząkali jakoś tak dziwnie. Brzmiało to jak dźwięki wydawane przez jeża, albo jakiś obcy język. Może węgierski albo serbski, pomyślał. – Tokaj? – zagadnął z nadzieją. Nikt nie odpowiedział. *** Okutany w biały kaptur mężczyzna przyglądał się karawanie, która zmierzała na północ. By pozostać niezauważonym przykucnął za kawałkiem piaskowca. Zaklął pod nosem. – A niech mnie człekoszczur wychędoży w gębę! Pieprzony amator! Wsiadł na wierzchosła ukrytego za skałą i ruszył na południ. Gdy po niemal godzinnej jeździe przez palące piaski dotarł do obozowiska, zwierzę ledwo powłóczyło nogami. Przywiązał je sznurem do żerdzi przy prowizorycznym szałasie, a gdy wierzchosioł łapczywie zanurzył pysk we wiadrze z wodą, mężczyzna usiadł. Z pojemnika wydobył sporych rozmiarów skolopendrę, nadział ją na patyk i zaczął prażyć nad żarem. Zaskwierczało, gdy robak skręcił się pod wpływem gorąca. – Pieprzony amator – mruknął. – Gdybym wiedział, że to się tak skończy, już dawno wyprułbym mu flaki. *** Karawana zwolniła i z przodu dobiegły do uszu Pabla jakieś okrzyki. Uniósł głowę i ujrzał wysoki, kamienny mur i duże, drewniane wrota, nad którymi górowały dwie wieże. Pojawienie się karawany wzbudziło spory ruch wśród uzbrojonych ludzi, znajdujących się na górze. Wrzeszczeli coś i wymachiwali bronią. Być może po prostu wymieniali się przyjacielskimi uwagami na temat pogody, bo już wkrótce wrota drgnęły i rozchyliły się na boki. Zwierzęta ruszyły.


17 Po przekroczeniu bramy znaleźli się na wąskim i długim placyku okolonym domami zbudowanymi w głównej mierze z kamienia i gliny. Okna nie miały szyb. Prowizoryczne otwory wejściowe zasłaniane były szmatami i siatkami wyplecionymi z jakiejś rośliny. Pablo nie wiedział, co cuchnie bardziej – biegające po ulicy szczury, czy nękani nędzą i chorobami ludzie. Karawana jechała jakiś czas przez miasto, aż w końcu zatrzymała się na wielkim placu, otoczonym z czterech stron nieco lepiej wyglądającymi domami. Wyglądało to trochę, jak rynek. Na środku placu znajdował się drewniany podest, który w tej bezdrzewnej krainie musiał być bardzo kosztowny. Być może służył on władcy tego miejsca. Wszędzie było mnóstwo ludzi o różnym stopniu roznegliżowania i uzbrojenia. W tutejszej modzie przeważały szmaciane majtki, skórzane pasy nabijane ćwiekami oraz nakrycia głowy wykonane z czaszek rogacizny. Mężczyźni nosili długie włosy, długie brody i wielkie wąsy, kobiety miały na włosach ozdoby z kości i kolorowych kamyków. Ogólne zasady ubioru sprowadzały się do zasłonięcia genitaliów, choć niektórym i ta trudna sztuka wychodziła miernie. *** Brot zwędził pomarańczę z mijanego straganu. Oto jednak uśmiechnął się do ciemnowłosej piękności nadchodzącej z naprzeciwka i rzucił jej dorodny owoc. Dziewczyna złapała owoc, odwzajemniła uśmiech i jeszcze długo wodziła wzrokiem za mężczyzną. Czuł się dziś lekki jak wiaterek i miał przeczucie, że mu się poszczęści. Zarówno w pieniądzach, jak i w miłości. Gdy dotarł do miejsca, w którym bazar łączył się z głównym placem miasta, już szykowano się do rozpoczęcia targu niewolników. Burmistrz Fjutgaardt wbiegł na drewniane podwyższenie, obserwując nadciągającą z południowej pierzei karawanę. Straż miejska utworzyła ciasny kordon wokół centralnej części placu, gdzie miała ro-


18 Bartosz Adamiak Era Mroku zegrać się licytacja. Ludzie gromadzili się tłumnie, bo towar przyciągał nie tylko kupców. Targ był bardzo popularną rozrywką wśród ubogiego ludu. Zwłaszcza, gdy na koniec zostawali niewolnicy, których nikt nie chciał kupić. Wówczas burmistrz wydawał ich ludziom, by zatłukli ich kijami. Nagle Brot poczuł ciężką rękę na swoim ramieniu. Obrócił się i spostrzegł rosłego mężczyznę z sumiastym wąsem i w kapeluszu z szerokim rondem. – Pójdziesz ze mną młodziku. – Ja? – zapytał niepewnie. – Nic nie zrobiłem. O co chodzi? – Wczoraj wychędożyłeś córkę kapłana, co to on jej niby nie ma – zaśmiał się pod nosem wąsacz – Posiedzisz sobie w loszku parę dni i nabierzesz ogłady. – Nikogo nie... Lecz tu przerwał, albowiem oberwał pałką w łeb i padł na ziemię. *** Na drewnianym podwyższeniu stał szczególnie fantazyjnie ubrany mężczyzna. Posiadał on rodzaj tuniki, przewiązanej skórzanym rzemieniem, na który nanizane były maleńkie, białe czaszki, należące do jakichś gryzoni. Miał zupełnie ogoloną głowę, długą brodę i wąsy. Zarówno jego ubiór jak i zachowanie, nosiły znamiona choroby psychicznej, choć sądząc po zachowaniu jego pobratymców, był on ważną personą. Mężczyzna wykaszlał coś w egzotycznym dialekcie, a jeden z karawaniarzy odpowiedział mu w podobny sposób i wskazał na klatki. Strażnicy siłą wyjmowali uwięzionych i wprowadzali ich na drewniane podwyższenie, gdzie ustawiano ich w szeregu. Pablo ustawiony został osobno i zaraz zainteresował się nim ważniak w tunice. W ogólnym szumie zorientować się można było, że komentowano jego ubiór – dżinsy i białą koszulkę na ramiączkach. Nie można było mówić o szczególnym wyszuka-


19 niu czy prestiżu, ponieważ Pablo wyszedł z domu w tym, w czym akurat był. Jednak najwyraźniej w tych okolicach dobry dżins był dobrem deficytowym. I facet w tunice zdawał się mieć chętkę na ten dżins. Macał i komentował cmokając i chrząkając jak świniak. – Oddam, jeśli mnie puścicie – powiedział Pablo. Były to pierwsze słowa wypowiedziane od dobrych kilku godzin i dopiero teraz zorientował się, jak bardzo mu wyschło w gardle. Mężczyznę w tunice najwyraźniej zdumiały słowa Pabla. Skomentował je po swojemu i podszedł do kolejnego, spętanego mężczyzny. Wszystko to wyglądało źle, pomyślał Pablo. Pustynia, uzbrojeni ludzie i brudne miasto. Prawdopodobnie był światkiem handlu żywym towarem. Co gorsza – sam był żywym towarem. Nikt jednak nie chciał go kupić, co było bardzo podejrzane, ponieważ kto przy zdrowych zmysłach porywałby go z domu wiedząc, że będzie miał problemy ze zbytem. No chyba, że zrobią z niego pasztet. Takie rzeczy podobno dzieją się na Słowacji. Tyle słyszy się o porwaniach i handlu żywym towarem, ale zazwyczaj dotyczy to młodych, atrakcyjnych kobiet lub dzieci milionerów. Pablo był tylko prostym kierowcą dostawczaka, który wychował się na wrocławskim blokowisku. Jego rodzice nie byli bogaci, a on sam z pewnością nie nadawał się do haremu księcia z Persji. Chociaż z drugiej strony nigdy nie wiadomo, co lubi taki księciunio Wszyscy wychodzą z dość oczywistych założeń, a przecież jak ktoś ma wszystko, to może chcieć czegoś nietypowego. Na przykład grubawego, spoconego faceta. Wątpliwości potęgował fakt, że pozostali niewolnicy zostali już sprzedani, a on nadal stał na drewnianym podwyższeniu i tylko kilku wieśniaków przyglądało mu się z zainteresowaniem, gładząc swoje kije. Nagle ktoś z tłumu, stary mężczyzna w czerwono–złotym szlafroku i kompletnie durnej czapce, wspiął się na podwyższenie i coś wykrzyknął. Gość w tunice wrzasnął na niego, pokazał na Pabla i wybuchnął śmiechem. Starzec jednak wyjął skórzany woreczek i wysypał na ręce jakieś monety. Odliczył ze trzydzieści i wyciągnął


20 Bartosz Adamiak Era Mroku rękę w kierunku człowieka z karawany. Tamten przyjął pieniądze i pchnął Pabla w kierunku faceta w szlafroku. Ten kiwnął ręką na znak, by podążać za nim i ruszył powolnym krokiem, nie oglądając się za siebie. Żadnego wiązania sznurami, żadnego przymusu. Po prostu szedł. Być może w końcu coś się wyjaśni. Łudził się, że szlafrok jest tu miarą ucywilizowania. *** Knurr Rangar stał przed magazynem przy ulicy Rzężącego bobra. Nazwa ta, jak większość nazw ulic w Tomwil, brała swój początek w legendzie. I podobnie, jak wszystkie miejskie legendy Tomwil, ta dotycząca Rzężącego bobra była bzdurna i sprośna. Wszak nie od dziś wiadomo, że dawni bardowie rozkochani byli we wszystkim, co podłe i sprzeczne z naturą. W powietrzu unosiło się coraz więcej czarnego, tłustego dymu. Od jakiegoś czasu nie było już słychać głuchych uderzeń w bramę magazynu. Ucichły też wrzaski palonych. Najwyraźniej z dniem dzisiejszym gildia krawców zawiesiła działalność na czas nieokreślony. Rangar dopalał właśnie swojego papierosa Lucky Strike. Zmiął pustą paczkę i rzucił ją do potoku odchodów płynącego wzdłuż drogi. Czekał go przykry obowiązek udania się do dzielnicy kupieckiej, po kilka paczek fajek od tego szczwanego lisa Heliksmana. Wokół magazynu zaczynali zbierać się ludzie. Niektórzy nieśli wiadra z wodą. Sekretarz poczuł, że należy zareagować. – Spokojnie, spokojnie, sytuacja jest pod kontrolą! – zawołał. – Jak to pod kontrolą? – zapytał niski, piegowaty rudzielec z wiadrem. – Przecież tam są ludzie! Trzeba gasić! – Jestem sekretarzem burmistrza. Osobiście zabezpieczyłem miejsce tego nieszczęśliwego wypadku i z okropnym żalem informuję, że wszyscy członkowie gildii krawców ponieśli śmierć w pożarze. Burmistrz Hasterisk Fjutgaardt łączy się w bólu


21 z rodzinami poszkodowanych jednocześnie chce zapewnić, że splot zdarzeń, który doprowadził do tego straszliwego incydentu... – Skąd wiadomo, że to wypadek? – zapytał gruby wąsacz z wiadrem. – Proszę? – sekretarz starał się zyskać na czasie. – Skąd wiecie, że to wypadek? Magazyn jeszcze nie zgasł, a wy już wiecie, że to wypadek? To dziwne. – Panie... – Horstgjord... Olso Horstgjord. – Zapewniam pana, Horstgjord, że najwyższy urząd w tym mieście to nie miejsce do strojenia sobie żartów, jeśli to raczy pan sugerować. Knurr Rangar miał ogromne doświadczenie w rozmawianiu z ludźmi. Mimo iż powszechnie uważano go za ograniczonego umysłowo, niejednokrotnie udowadniał, że ta etykieta przylgnęła do niego błędnie. – Powiem więcej, z przyjemnością zjawę się u pana dziś wieczór, by zaprezentować pełną dokumentację zdarzenia wraz z zebranym materiałem dowodowym. Grubas zamilkł z zadowoleniem, choć wyglądał, jakby jeszcze bardzo chciał coś dodać. Knurr zaś wpatrywał się w magazyn, który już w całości stał w płomieniach. Ogień z hukiem atakował strop, drzwi i okiennice, a czarny dym unosił się wysoko nad miastem. *** Brot ocknął się w ciasnej celi, którą dzielił z innym współwięźniem. Facet wyglądał na niezłego zabijakę, ale Brot uznał, że skoro jeszcze nie ma poderżniętego gardła, to nie ma żadnych, racjonalnych podstaw do przesadnego lęku. Człowiek ten zresztą nie wyglądał na kogoś, kto przybył z pustyni. Pewnie dał komuś po mordzie w barze, albo nie chciał zapłacić w burdelu. Tacy zazwyczaj mają żonę, dzieci i prowadzą normalne życie.


22 Bartosz Adamiak Era Mroku – Nazywam się Brot – zaczął, by przełamać pierwsze lody. – Chrug – odparł niskim, zachrypłym głosem jego towarzysz. – Za co cię wsadzili? – Zgwałciłem strażnika miejskiego. – Doprawdy? – Brot usiadł przy samej ścianie. – Cholerne z nich mendy, co? Sam bym zgwałcił tego, co mnie pochwycił, ale zdzielił mnie pałką po głowie i... – Żartowałem – roześmiał się Chrug i poklepał Brota po ramieniu. – Niezły z ciebie gość, co? – W jakim sensie? Ja? Nie, nie, uchodzę za bardzo kiepskiego kochanka – czuł, że grzęźnie w niebezpieczne obszary i zaczynał żałować tej córy kapłana, choć dziewczyna miała gorący temperament. Zapewne po tatuśku. – Wyluzuj stary. Czeka nas cała noc. – Bardzo kiepsko sypiam. Właściwie nie pamiętam już, kiedy zmrużyłem oko. – Ech... – westchnął Chrug. – Nie jesteś w moim typie. – Ależ ja... – Dajże już spokój. Za co siedzisz? Brot przez chwilkę się zawahał. Chrug chwilowo nie miał ochoty na miłość, ale gdy rozmowa zejdzie na nieodpowiedni temat... – Podwędziłem jednemu gościowi sakiewkę. Bogatemu kupcowi. Wiedział, że solidne kłamstwo musi być wzbogacone wiarygodnymi detalami. – Przybył na targ niewolników i miał naprawdę sporo forsy. Taka skórzana sakiewka. Mniej więcej taka o – pokazał rękami rozmiary. – Nieźle Brok. – Brot. – A zatem jesteś złodziejaszkiem? – Tak. I oszustem. A ty w końcu za co siedzisz Chrug? – Kłusowałem na ptactwo. – Tylko za to?


23 – I porąbałem siekierą dwunastu strażników miejskich, którzy próbowali mnie pojmać. Jutro będą mnie wieszać. Brot przełknął ślinę. *** – Teraz powinno być lepiej – powiedział kupiec. Pablo po raz pierwszy od momentu wejścia do piwnicy usłyszał rodzimy język, więc od razu poczuł przypływ nadziei. – Jesteś Polakiem? – Mówię trochę po polsku, ale teraz akurat rozmawiamy w naszym języku. Jak wy to mówicie... wgrałem ci inny pakiet językowy. Rozmawiamy w moim ojczystym języku, ale rozumiesz go i potrafisz się nim posługiwać. – Wgrałeś mi? – Pablo był jeszcze bardziej skołowany niż wcześniej. – Nie istotne. Grunt, że możemy pogadać – usiadł na zdobionym krześle. Znajdowali się w siedzibie kupca. Było przyjemnie chłodno. Dom był duży, piętrowy. Cały dół zajmowała ogromna przestrzeń magazynowa, w której stało mnóstwo skrzyń i beczek. Pomiędzy nimi kręcili się jacyś ludzie. Niektórzy uzbrojeni. – Posłuchaj młody człowieku. Nazywam się Thatduush Heliksman. – Tadeusz? – Thatduush... a zresztą. Możesz mi mówić Tadeusz, jeżeli tak ci wygodniej. Jestem kupcem. – Pablo. To znaczy Paweł Kowalski. Znajomi mówią mi Pablo. – Miło mi cię gościć Pablo w moich skromnych progach. – Ten cały magazyn należy do ciebie? – Zgadza się.


24 Bartosz Adamiak Era Mroku Tadeusz wstał i podszedł do luksusowego, drewnianego barku, z którego wyjął butelkę whisky Jacka Dannielsa i dwie szklaneczki. Napełnił obie i postawił na stoliku obok Pabla. – Mam ci do zakomunikowania kilka rzeczy, które mogą wywołać u ciebie szok. Napij się proszę. To whisky z twoich stron. – Nie do końca z moich. To chyba amerykański burbon. – Wobec miejsca, w którym się znajdujemy, Ameryka to twoje strony. – A gdzie właściwie się znajdujemy? Tadeusz przechylił szklankę i wypił wszystko do dna. – To miasto nazywa się Tomwil. Jest sercem Pustynnej Krainy. – Pustynnej? Czyli Bliski Wschód? Afryka? – Powiedzmy, że podróż do Afryki, czy na Bliski Wschód mógłbyś odbyć na własnych nogach, zaś tutaj nie dostałbyś się nigdy, gdyby nie ja. Znajdujemy się na zupełnie innym ciele niebieskim. Nasz świat oddalony jest od twojego o niewyobrażalne odległości. – Więc jak się tutaj niby znalazłem? – Pablo znów poczuł lęk, którego doznał wcześniej na pustyni. Dopił szybko swojego drinka, by uspokoić skołatane nerwy. – Jestem w stanie otworzyć przejście pomiędzy moim światem, a twoim. Z tego zresztą żyję. Przywożę alkohol, papierosy, cygara i miękkie narkotyki. Są to dobra luksusowe w naszej jałowej krainie. – W takim razie sprawa jest prosta. Otwórz przejście i już mnie nie ma – Pablo wstał od stołu i poczuł, że świat wokół niego lekko się buja. Był odwodniony. Alkohol podziałał na niego bardzo mocno. – Usiądź – powiedział kupiec uśmiechając się. – Obawiam się, że wysłanie cię z powrotem w rodzinne strony jest niemożliwe. Tylko ja mogę przejść przez bramę i być tam, po drugiej stronie. Każda inna osoba czy przedmiot, które wcześniej przebywało tutaj, zostaje oznaczony, czy uwiązany jakąś siłą. Gdy próbuję to przenieść


25 z powrotem do twojego świata, przedmiot ów wylatuje mi z rąk i powraca do bramy. Nie potrafię tego wyjaśnić. Pablo podrapał się po głowie. – Czyli chcesz powiedzieć, że jeżeli wejdę do tego przejścia, to zostanę wciągnięty z powrotem? Czyli, że w zasadzie nie mogę wrócić? Kupiec ucieszył się. – Tak! Właśnie to chciałem powiedzieć. Nie możesz wrócić! – O rzesz ty... – zaklął pod nosem Pablo. Uwięziony w świecie dzikusów. W brudnym, cuchnącym mieście, otoczonym przez olbrzymią, jałową pustynię, po której pętają się łowcy niewolników i ogromne, obrzydliwe ptaszyska, żywiące się padliną. – I co teraz? – No właśnie! – kupiec nalał jeszcze po szklance burbona. – Zdaję sobie sprawę, że to rodzi pewne komplikacje. Z pewnością do tej pory wiodłeś sobie spokojne życie w twoim świecie, w którym jest pełno dóbr luksusowych i udogodnień, i nagle wpadasz tutaj, w tę dziurę w tyłku Wielkiego Hoga. – Kim jest Wielki Hog? – Nasze bóstwo. Wierzymy, że nasz świat znajduje się w tyłku Wielkiego Hoga, który jest świnią – kupiec wypił zawartość swojej szklanki. – Ale to oczywiście bzdura. Ja wiem, że bytujemy na wielkim ciele niebieskim, i że otacza je ogromna pustka. Do rzeczy. Jesteś zdaje się gołodupcem na pustyni i to trochę z mojej winy. Otwarłem przejście w niefortunnym miejscu, a ty w nie wlazłeś. Może zatem zechcesz zatrzymać się w moich skromnych progach. Podejmiesz pracę w mojej kompanii handlowej. Pablo wypił whisky duszkiem i skrzywił się. – Załóżmy, że to wszystko nie jest halucynacją i objawem bardzo poważnej choroby – zaczął powoli. – Mam rozumieć, że chcesz, abym zamieszkał tutaj, w tej ruderze bez bieżącej wody i pracował w twoim magazynie?


26 Bartosz Adamiak Era Mroku – Nie w magazynie! Wysyłam towary do wszystkich dużych miast w Pustynnej Krainie. Puszczam je karawanami wierzchosłów, które wymagają eskorty. Wiesz, mamy czasem drobne problemy z dzikusami mieszkającymi na pustyni. A ty mi wyglądasz na zdrowego chłopaka. Potrafisz robić mieczem? – Mieczem? Nie możesz załatwić jakiegoś karabinu? – Samopału? Wykluczone – kupiec niemal wstał z uniesienia. – Byłoby mi bardzo ciężko pozyskać taki oręż. A nawet gdyby mi się to udało, to by było jak rzucenie paczki żyletek grupie dzieciaków do zabawy. Mamy tutaj takich wynalazców, którzy wyprodukowali coś na kształt prochu strzelniczego, ale... wykluczone. To mogłoby naruszyć delikatną równowagę. Tadeusz wstał od stołu i chwiejnym krokiem zbliżył się do okna wychodzącego na podwórze przed magazynem. Grupka pracowników ładowała właśnie skrzynie na wozy. Karawana wyruszała o świcie. – Nasz świat jest dziki. Dużo dzikszy niż dawne wieki w twoim świecie. Poza miastami panują barbarzyńcy. Są okropni. Napadają każdego, mordują, obdzierają ze skóry, nabijają na pale, odcinają głowy... – O nie! – O tak! – zakrzyknął Tadeusz. – I nie mogę pozwolić, by w ich ręce wpadła broń palna. Najmując się do pracy u mnie, uzyskasz kompletne szkolenie z obsługi wielu rodzajów broni: łuku, miecza, topora i noża. Z twoimi naturalnymi predyspozycjami i inteligencją, staniesz się bardzo szybko prawdziwym zabijaką. Kupiec spojrzał na Pabla. – Zostań ze mną i pracuj w mojej karawanie. Dam ci dach nad głową, żywność, wyszkolenie, ekwipunek oraz uczciwy żołd. Będziesz mógł walczyć i zabijać. Zasmakujesz wolności, jakiej nigdy nie poznałbyś w twoim świecie. Będziesz jak rycerze z waszych książek! – Nie lubię książek. – To świetnie! Nie mamy ich tutaj zbyt wiele!


27 *** Burmistrz Fjutgaardt dbał o to, by handel międzymiastowy kwitł. Sprowadzało się to do finansowania grup przestępczych parających się rabowaniem karawan i mordowaniem kupców. Jego doradcy krytykowali te metody. Zostali ścięci, a ich głowy wywieszono na zewnętrznym ogrodzeniu ratusza.Im więcej karawan zostało rozbitych i ograbionych, tym towary były cenniejsze. Ludzie z Rowling płacili kosmiczne sumy za słynne paróweczki Hegmonda. Hegmond zaś płacił w paróweczkach za doskonale gładkie sukna Vacknella, z których mógł sobie szyć fikuśne ubiory. Sukna zaś, po tym jak nieszczęśliwie spłonęła gildia krawców, dostarczał obecnie już tylko Jon, bratanek burmistrza. Gdy ceny szły w górę, Jon zarabiał krocie i chętnie finansował niektóre potrzeby swojego wuja. Rozważania Hasteriska przerwało pukanie do drzwi. – Knurr? Drzwi otwarły się i stanął w nich niski, przysadzisty dziad. Twarz zakrywał biały kaptur, lecz burmistrz rozpoznał go. Człowiek ten uważany był za pustelnika. Mieszkał za miastem, ale pojawiał się od czasu do czasu w Tomwil próbując sprzedać jakieś skóry – Nie dam ci złamanego goliata. Urzędnicy w tym mieście zarabiają grosze! – powiedział gniewnie burmistrz i zaczął rozglądać się za jakimś puginałem. – Nie chcę pieniędzy. Potrzebuję informacji. – Zatem odwiedź nasz punkt informacyjny na parterze. Gość puścił tę uwagę mimo uszu. – Wczoraj miał miejsce targ niewolników. – Tak, nic ciekawego. Parę starych bab i kilku dziadów. Wszyscy w łachmanach, zero dobrych manier. – Słuchaj Fjutgaardt! Wiem, że był tam ktoś jeszcze. Widziałeś go! – zasyczał wściekle pustelnik.


28 Bartosz Adamiak Era Mroku – Tak, był ten cudzoziemiec. Uznałem, że nie nadaje się ani do pracy, ani do służby w domu. Chciałem go oddać ludziom, żeby zatłukli kijami. A teraz opuść proszę mój gabinet. Mam mnóstwo obowiązków. Stary uniósł gniewnie swą laskę, zamachnął się i rozbił na drobne kawałki ceramiczną wazę ozdobioną motywami fallicznymi. – Zaklinam cię Fjutgaardt! Kto kupił cudzoziemca! Gadaj, bo powiem wszystkim o twoich upodobaniach! – Jakich upodobaniach? – zdumiał się Hasterisk Fjutgaardt. – Skąd wiesz? – Daję ci ostatnią szansę! – Heliksman – wymamrotał przez zaciśnięte wargi. – Kupił go Thatduush Heliksman. Znasz go? – Niestety miałem nieprzyjemność – odparł pustelnik opuszczając laskę. – Ten łachudra kupił cudzoziemca... Wszystko jasne. *** To, co przyniesiono do celi w dwóch miskach, ciężko było nazwać żarciem. Prawdopodobnie było to coś, czego nie chciały zeżreć świnie, albo wręcz przeciwnie. Brot uniósł łyżkę, by sprawdzić konsystencję brunatnej papki. Mimo iż nie jadł ponad dobę, stracił całkowicie apetyt i spojrzał na Chruga, który już wylizywał resztki z dna miski. – Smacznego – powiedział Brot. – Dziękuję. To mój ostatni posiłek – odłożył puste naczynie i spojrzał na jadło współwięźnia. – Częstuj się. Ja nie mam apetytu. Chrug wziął miskę i zaczął metodycznie machać łyżką. Brot nawet go polubił. Olbrzym w zasadzie był całkiem w porządku. Nie poderżnął mu w nocy gardła ani nie próbował zgwałcić. Gdyby spotkali się w innych okolicznościach, Brot na pewno


29 pokazałby mu, jak przeżyć na bazarze i razem byliby królami życia. Chrug wyglądał na kogoś, kto potrafił solidnie dać w łeb, a i w razie potrzeby wypatroszyć jednego czy drugiego. Tacy ludzie są w cenie w Tomwil. – Będzie to niepowetowana strata, gdy już cię powieszą – powiedział. – Używasz bardzo uczonych słów jak na kogoś, kto wycina ludziom mieszki ze srebrem. Niepowota... – próbował powtórzyć Chrug. – Chciałem powiedzieć, że szkoda. Gdybyśmy spotkali się wcześniej, nie musiałbyś kłusować. Robilibyśmy te mieszki razem i obżeralibyśmy się teraz ptactwem z rożna w pierwszorzędnej gospodzie. A ciebie zamiast śmierci czekałoby chędożenie jakiejś wiejskiej dziewuchy. – A właśnie... chędożenie – powiedział w zamyśle Chrug i spojrzał na Brota. W tej samej chwili drzwi celi otworzyły się i stanął w nich wielki strażnik w blaszanym hełmie. – Czas się pożegnać kochasie! – zawołał radośnie. – Trzeba dociążyć pewien stryczek, który ukręcił dziś nad ranem maestro Gratt. Choć tu ty zwierzaku. Postawiłem sporo srebra, że zapaskudzisz sobie gacie. *** Pablo przyjął warunki Tadeusza. Zamieszkał w małym pokoiku na końcu korytarza, nad magazynem. Pomieszczenie to było znacznie skromniejsze niż to, które zajmował kupiec, ale było w nim łóżko, jakaś szafka i nocnik. Po wodę trzeba było schodzić do studni mieszczącej się przy placu apelowym. Tam codziennie rano Pablo wraz z trzema innymi świeżymi rekrutami, zażywał ruchu pod komendą Boffa, strasznego ciula. – Stanąć w rzędzie chłopaki! – zawołał pierwszego dnia komendant. – A może jesteście tylko brzydkimi babami, co? Bo ani kusiek, ani jajec coś dostrzec nie mogę. Więc jak suczki? Poskaczemy trochę wkoło placyku? No! Hop hop!


30 Bartosz Adamiak Era Mroku I skakali. Bo cóż mieli zrobić. Boff miał posturę słonia i solidny kij, którym bez krępacji smagał po udach i łydkach każdego, kto akurat wlókł się na końcu. Oprócz skakania kazał im też czołgać się, nosić we czwórkę jedną, ciężką jak diabli skrzynię oraz wspinać na murek i zeskakiwać z drugiej strony. Pablo nie do końca był przekonany, co to wszystko miało wspólnego z robieniem mieczem, albo strzelaniem z łuku. Miał nadzieję, że ten etap skończy się jak najszybciej, bo każdego ranka budził się z coraz bardziej obolałą dupą, a Boff nie przyjmował żadnych usprawiedliwień. Gdy się ktoś skarżył, Boff lał kijem. Przygniatał nogą do ziemi i zadawał kolejne razy bezlitośnie. Kazał się też bezwzględnie tytułować maestro Boffem i każdy, kto się zapomniał, obrywał kijem po głowie. W końcu jednak nadszedł ten szczęśliwy dzień, że Boff zebrał ich na placu apelowym i rzekł: – Łza mi się w oku kręci sierściuchy, gdy o tym pomyślę, ale nasz miodowy miesiąc dobiega właśnie końca. Jeden z uczestników kursu odetchnął z wyraźną ulgą i wkrótce tego pożałował, bo komendant kazał mu robić pompki z twarzą nad szambem, lejąc go jednocześnie kijem po piętach. Taki już był stary Boff. Lecz wkrótce potem przyjechał na dziwacznym wózku człowiek bez nóg, ale za to z gęstą siatką blizn na całym ciele. Przedstawił się jako Haark Homgwil, instruktor walki wszelakiej. Pokazał im rozmaite oręża. Opowiadał o każdym z nich długo i ciekawie. Wyraźnie widać było, że ma o tym szerokie pojęcie, a szramy na jego ciele nie wzięły się z nieostrożności w kuchni. Fakt, że był pozbawiony nóg sugerował, że Homgwil był kimś w rodzaju rencisty. Nic bardziej mylnego. Haark Homgwil był dowódcą gwardii Thatduusha Heliksmana i człowiekiem numer dwa w tym interesie. ***


31 – On nie ma nóg. Czy to nie stanowi problemu? – powiedział Pablo przy wieczerzy, którą spożywał wraz z Tadeuszem w jego kwaterze. – Bez przesady, to nic takiego. Nikt go nie zjadł. No... może nogi. Haark jest naprawdę ekspertem w swojej dziedzinie. To znaczy w zabijaniu. Aktualnie nie jeździ w karawanach. Odpowiada za przygotowanie ludzi i bezpieczeństwo w naszej siedzibie. Tadeusz nałożył sobie na talerz wielki kawał mięsa, którego pochodzenia nie chciał ujawnić, i nalał burbona do szklanek. – Jedz Pablo, jedz. Musisz mieć dużo siły. Kupiec zatrudniał dwie kucharki i służbę, toteż stół nakrywał się sam, w mgnieniu oka. Musiał być faktycznie był dość zamożny, co potwierdzałoby prawdziwość jego dotychczasowych słów. A był on ciekawym mówcą. Pablo dowiedział się sporo o zwyczajach żywieniowych tutejszej ludności. Nie było pól uprawnych poza murami miasta, ale w jego obrębie znajdowało się kilka gospodarstw dostarczających niewielkich ilości jedzenia, głównie owoców i zbóż. Hodowano także zwierzęta i polowano na pustyni. Na północ klimat stawał się nieco bardziej umiarkowany. Stamtąd sprowadzano bulwiaste rośliny przypominające ziemniaki oraz kilka innych, obco wyglądających roślin. Ceny żywności były raczej wysokie, więc większość trafiała do bogatych elit. Biedota żywiła się korzeniami i kaktusami, upolowanym ptactwem, szczurami oraz ludzkim mięsem, którego dostarczała trupiarnia za murami – miejsce, gdzie zrzucano zwłoki zmarłych i zabitych. Podobnie jak na Ziemi, kanibalizm postrzegany był jako objaw całkowitej degeneracji. I czasami potępiany. Ciężka i uboga w warzywa dieta wymuszała na mieszkańcach Pustynnej Krainy spożywanie dużej ilości wina oraz ziołowych naparów, które ułatwiały trawienie. Bez tego ich kiszki w końcu odmawiały posłuszeństwa. Jednakowoż wino, które spożywały niższe sfery, było skrajnie inne od tego, które Pablo znał z domu. Było kwaśne i cuchnące. Bardzo łatwo dostępne w każdej ilości.


32 Bartosz Adamiak Era Mroku Po daniu głównym przyniesiono jeszcze dziwaczne desery o podejrzanym składzie. Pablo nie odważył się ich tknąć. Wieczerza zakończyła się bardzo późną nocą, a jej finałem była bijatyka ze służbą domową. Tadeusz zapewniał, że w tych stronach to tradycja. Dzięki temu klasa poddanych ma szansę się wyszumieć i nie robi klasie wyższej takich dowcipów, takich jak dawniej. Niewinne psoty służby domowej mogły kończyć się dużo gorzej. Przed laty służący zakradali się do sypialni swego pana nocą, gwałcili go, zabijali i zjadali. – Dziś takie zachowanie byłoby niedopuszczalne – powiedział Kupiec. – Dziwię się, że kiedykolwiek było dopuszczalne. – Nasza kraina jest dzika Pablo. A właśnie... może masz jakiś przydomek? – Przydomek? – Nie możesz używać nazwiska Kowalski, bo w tych stronach kowale to bardzo, bardzo niepoważany zawód. Zwykle kowal, oprócz swoich standardowych obowiązków, trudni się także stręczycielstwem i lichwą. Byłoby zatem dobrze, gdybyś nazywał się jakoś... bo ja wiem, Pablo Waleczny? – Nie mam przydomka, ale może w takim razie mógłbym się nazywać Pablo Sarmata? Taki ukłon w stronę korzeni. – Chyba Sauromata? – Sauromata był w tym filmie o pierścieniu i krasnoludkach. No, ale dobra, tutaj i tak nikt tego nie zna. Niech zatem będzie! Brzmi mrocznie i wzbudza lęk. *** Gdy zabrano Chruga, zaczęła doskwierać mu samotność. Brot próbował wciągnąć strażników do hazardu, by zdobyć jakiejś jedzenie, ale żaden z nich nie wyglądał na człowieka lubującego się w ożywczych pogawędkach. Raz dostał po łapach pałką i przez cały dzień siedział cicho.


33 – Jak długo zamierzacie mnie tu trzymać! – krzyknął pewnego razu nie spodziewając się odpowiedzi. – To zależy – odezwał się ktoś w korytarzu. – Kto tam jest? Usłyszał powolne kroki odbijające się echem. Jego oczom ukazał się człowiek ubrany dość wytwornie, choć buty miał wojskowe. – Nazywam się Knurr. Wizytuję areszt na osobistą prośbę burmistrza. Za co cię uwięziono chamie? – Wychędożyłem córkę kapłana, której rzekomo nie ma. – To niezbyt poważna zbrodnia. – Podzielam twoje zdanie panie. Zwłaszcza, że przedstawiła się jako panna z zamtuza i kazała sobie płacić... – I w zasadzie to ty dałeś się wychędożyć – dokończył Rangar. – Podobasz mi się chłopcze. Trochę za gorąca krew, ale potrafisz mówić pełnymi zdaniami. To nie miejsce dla ciebie. Wyciągnę cię stąd. Zniknął. Chwilę później pojawił się z pękiem kluczy i otworzył drzwi celi. – Spójrzmy. Trochę cię przegłodzili i chyba dawno nie widziałeś wody, co? – Tak – odparł zawstydzony Brot. – W ratuszu na pewno znajdzie się dla ciebie jakaś fucha i kąt do spania. Chodź za mną. *** W przeciwieństwie do Boffa, Haark Homgwil okazał się być całkiem normalnym człowiekiem. Zaprosił Pabla do swojego domu, który mieścił się poza terenem magazynu, by dokonać wyboru oręża z jego prywatnej zbrojowni. – Nie korzystam już z tego żelastwa, a widzę, że nie masz swojego.


34 Bartosz Adamiak Era Mroku Odsłonił kotarę wiszącą na jednej ze ścian. Kryła się pod nią sporych rozmiarów wnęka, której ściany obwieszone były różnego rodzaju dobrem: miecze, topory, łuki, kusze oraz co najmniej setka różnego rodzaju noży i sztyletów. Homgwil na oko miał lat nie więcej niż czterdzieści. Był dość mocno zbudowany i miał wielką, gęstą brodę. Jego ciało porastały potężne węzły mięśni, opięte suchą, cienką skórą, przez którą widać było każdą, grubą jak palec żyłę. Wszystko pokryte bliznami. – Lekcja pierwsza! Nie ufaj Heliksmanowi. – Mam nie ufać Thatduushowi? Pablo zastanawiał się, czy to nie jest jakiś test. Po co on mu to mówi? Przecież w ogóle go nie zna. – Nie ufaj mu. Zawsze bądź dwa kroki za nim i obserwuj go. Śpiąc w jego domu, miej nóż pod poduszką. Pijąc jego wino, poczekaj aż on napije się pierwszy. Zapewne powiedział ci, że jest biednym kupcem, którego nękają bandyci, poborcy podatkowi i ubezpieczyciele społeczni. Nawiasem mówiąc ci ostatni to pewna nowość. Nie wierzę, że to się sprawdzi. To tylko kolejny podatek. – Podatek? Nie było mowy o żadnych podatkach. Miałem żyć jak w średniowieczu i zabijać rabusiów. – Nie dbam o to kim jesteś i skąd pochodzisz. Nie mam zamiaru zadawać ci zbędnych pytań, ale jeżeli chcesz przeżyć, musisz się mnie słuchać – powiedział oschle – wszędzie są jakieś podatki. W Pustynnej Krainie także. Zbierają je ludzie burmistrza. Tomwil zaś płaci do zrzeszenia miast, które stara się utrzymać pokój. Trzymaj się z dala od strażników miejskich, poborców podatkowych i gwardii burmistrza. Każdemu innemu, zwłaszcza poza miastem, możesz oddzielić głowę od reszty ciała i raczej nikt cię za to nie skrytykuje. To lekcja numer dwa. Podjechał na swoim wózku do wnęki z bronią i wziął do ręki toporek. – Walczyłeś kiedyś czymś takim? – Nie. Właściwie walczyłem kiedyś tylko butelką po piwie.


35 – Masz dobrą posturę do topora. Weź to i jeszcze coś na krótki dystans. Rzucił okiem na noże. Podjechał do prawie czarnego sztyletu, o dość długiej głowni. Wyróżniał się na tle innych niespotykaną barwą, oraz bardzo dobrym stanem zachowania. – Sztylet wykuty w Rae Ragis. Z dalekiej północy. Dziś to rzadkość. Pablo zbliżył się i wziął nóż do ręki. Był zaskakująco ciężki i zwarty. Dobrze leżał w dłoni. Rękojeść miał również stalową, ale mocno chropowatą. – Nie wiem, czy mogę to przyjąć. Wygląda na bardzo kosztowny, a ja póki co jeszcze nic nie zarobiłem. – Spokojnie – Haark poklepał go po ramieniu. – Zarobisz, oddasz. Jak nie będziesz miał porządnego sprzętu, nie zarobisz, bo cię rozczłonkują zbóje. A teraz chodźmy pomęczyć trochę kukły. *** Pablo okazał się być pojętnym uczniem. Opanował w ciągu kilkunastu dni władanie toporkiem jedną ręką w stopniu zadowalającym oraz rzucanie nim. Potrafił rozpołowić jabłko z dziesięciu metrów. Błyskawicznie dobywał sztyletu i kuł nim wściekle jak osa. Opanował także jazdę na wierzchośle, prowadzenie powozu oraz strzelanie z łuku, choć ten ostatni nie stał się jego ulubioną bronią. Sam Homgwil był pod wielkim wrażeniem. Atutem większości karawaniarzy była siła fizyczna. Ich zdolności bojowe były tym większe, im większy mieli miecz, czy młot, jednak gdy walczyli w bliskim zwarciu, ranili siebie nawzajem. W bitwie często panował chaos i komendanci drużyn nie mieli zbyt wielkiego wpływu na przebieg starcia. Pablo rokował dobrze. Potrafi wykrzesać ze swojego stylu walki nieco gracji i polotu. I cały czas miał na uwadze inne aspekty, jak choćby to, czy kusznicy stojący za jego plecami, nie zrobią mu dodatkowej dziury w tyłku. Większość rasowych barbarzyńców nie zwracała na takie detale uwagi. Chcieli po prostu krwi i flaków.


36 Bartosz Adamiak Era Mroku – Jak straciłeś nogi? – zapytał pewnego razu Pablo. Homgwil spojrzał w ognisko rozpalone pośrodku izby. Dym ulatywał przez otwór w suficie, w ciemną noc... *** Czarne chmury zwieszały się nad horyzontem i zanosiło się na porządną ulewę, co dla mieszkańcy Pustynnej Krainy było prawdziwym błogosławieństwem. Jednak tego dnia, gdy karawana wolno zmierzała na północ, Haark Homgwil był pełen niepokoju. Powietrze pachniało spalenizną, a na pustyni rzadko czuć spaleniznę bez powodu. – Czujesz? – zapytał swojego brat Virgaana. – Pogorzelisko – odparł tamten bez namysłu. – Czuję to od godziny. Myślisz, że przed nami jest druga karawana? – Nie słychać odgłosów walki. Jeżeli jest, to już po wszystkim. Nie możemy im pomóc. Virgaan sprawdził czy broń jest na swoim miejscu. Dwuręczny miecz znajdował się na plecach. Czuł jego ciężar, choć musiał go dotknąć od czasu do czasu. Taki przesąd. Lub zachowanie kompulsywno–obsesyjne. Haark Homgwil wyposażony był w średniej wielkości toporek, noszący znamiona wielu bitew. I jeszcze drugi, zapasowy, przymocowany do uda w zmyślny sposób, który umożliwiał natychmiastowe odczepienie. W karawanie jechało jeszcze trzech ludzi oraz grubas, którego zwano Mnichem. W rzeczywistości był jednak starym pijaczyną, który trzymał w szachu pół Tomwil. Podobno parał się czarną magią i urządzał orgie w piwnicy swojego domostwa. Thatduush Heliksman lubił otaczać się ludźmi tego sortu, bo zawsze mógł ich wydać komuś, kto z chęcią obdarłby ich ze skóry. Jednym słowem – dawał schronienie najgorszym ścierwom, zyskując lojalnych, choć bezwzględnych sługusów. Żywot grubasa nie miał jednak potrwać zbyt


37 długo. Gwałtowna i nieprzyjemna śmierć spotkała go w chwili, gdy bełt z kuszy wszedł mu w szyję tak, że z drugiej strony ukazał się jego grot. Mnich zaczął charczeć a z jego ust wylał się potok krwi. Drugi bełt trafił w wielki, tłusty brzuch, znikając w nim całkowicie. Z dziury wysączyła się odrobina krwi, a po chwili zaczęły uchodzić jelita. Krzyczał teraz i próbował wyjąć bełt z szyi. – Zasadzka! – krzyknął ktoś na czele. Homgwil i Virgaan dobyli broni, zeskoczyli z wierzchosłów i skryli się pomiędzy nimi. Ostrzał kusznika z ukrycia to koszmar. Huknęło, gdy oberwał jeden z wierzchosłów tuż przed twarzą Haarka. – Skurwysyny – zaklął Virgaan, którego zwierzę padło teraz na ziemię w przedśmiertnych drgawkach. Homgwil wypatrzył dwóch dzikusów zbiegających ze wzgórza. Mieli proste maczugi, którymi można co najwyżej świnie w domu ogłuszać. Przebiegł nisko przy ziemi dobywając drugiego toporka i jednym, płynnym ruchem podciął obu napastników oddzielając im po nodze, na wysokości kolan. Zwijali się teraz w krzykach brocząc z kikutów, a Haark odrąbał im głowy. Wiedział, że to tylko gra wstępna. Był jeszcze kusznik i... – Smooook! – zawołał przerażony Virgaan. – Ratuj się Haark! To smok! Nad polem walki unosił się łopocząc skrzydłami wielki, czarny, oślizgły gad. A na jago grzbiecie siedział kusznik, czarny rycerz z długimi, czarnymi włosami. Plugawa bestia zionęła smoczym jadem, rodzajem zapalającego, żrącego kwasu. Płonące wierzchosły próbowały ratować się ucieczką, ale odbiegły raptem na kilka kroków i padły. Trzech pozostałych ochroniarzy również zniknęło w płomieniach. Na czarnej skorupie stopionego piachu stali już tylko Virgaan i Homgwil. – To już chyba koniec bracie, co? – powiedział Virgaan unosząc swój miecz. Homgwil nie odpowiedział. Nie uznawał takiego zakończenia. Rozbiegł się i cisnął toporkiem wprost w czarną, pancerną głowę smoka. Otrze obłupało fragment, ale to jedynie rozwścieczyło bestię, która już nabierała powietrza, by chlusnąć kolej-


38 Bartosz Adamiak Era Mroku ną falą wrzącego wywaru. Jednak czarny rycerz dał ledwo widoczny znak i smok cofnął się. Opuścił szyję pozwalając, by jego pan zszedł na ziemię. Czarny rycerz nosił symbole zakonu smokowców, najgorszej wiary zrzeszającej najobrzydliwsze pomioty. Było ich już niewielu, bo każdy władca mający choć odrobinę zdrowego rozsądku, palił ich na stosach. W Tomwil ostatni smokowiec rozstał się z życiem na stosie niemal pół wieku temu. – Niezmiernie miło mi... – powiedział czarny wojownik łapiąc kilka oddechów. – Niezmiernie miło mi będzie zakończyć wasze żywoty. Ty jesteś Haark Homgwil, a twój towarzysz to zapewne Virgaan, tak? Wasz ojciec był naprawdę słabym wojownikiem. – Bacz na słowa ścierwo! – Virgaan nie! – zakrzyknął Haark, lecz nie zdążył. Jego brat stał już przy czarnym rycerzy i wykonywał obrót wokół własnej osi z mieczem trzymanym oburącz nad głową. W każdej, normalnej sytuacji, jego przeciwnik byłby już uznany za martwego. Jednak czarny smokowiec nie był zwyczajnym śmiertelnikiem. Homgwil niemal w zwolnionym tempie widział, jak rycerz wykonuje przewrót, i będąc jeszcze w powietrzu, do góry nogami, strzela z kuszy. Bełt wchodzi w nieosłoniętą, lewą pachę Virgaana i pojawia się z prawej strony szyi przerywając tętnicę i uwalniając gwałtownie kilka litrów krwi. Virgaan padł na kolana. Ręce bezwładnie zwisły mu wzdłuż korpusu, a miecz opadł na ziemię. W końcu on sam chlusnął twarzą w kałużę własnej krwi i tylko nogi drgały mu jeszcze. – Zapłacisz mi za to! – krzyknął Haark i uniósłszy topór, zaszarżował na przeciwnika. – Niczego się nie nauczyłeś? – zaszydził smokowiec i odskoczył. – Twój brat nie żyje, bo nie potrafił zapanować nad emocjami. Homgwil nie słuchał. Machał toporem na oślep próbując zadać cios. Czarny rycerz robił krok to w jedną, to w drugą stronę, nie męcząc się przy tym w ogóle. Był szybki i sprawny. Niezauważalnie ładował kuszę kciukiem dłoni, którą trzymał broń.


39 Bełty przypięte miał przy rękawie. Haark sam zreflektował się, że właśnie oddaje życie i postanowił zrobić coś nieprzewidywalnego. Zamachnął się toporem, lecz puścił go i błyskawicznie dobył sztylet, jeszcze stojąc bokiem do przeciwnika. W sekundzie, gdy zadawał cios, nie miał już w dłoni topora, tylko sztylet. Cios nie padł z góry, lecz na wprost. Wraził ostrze zaskoczonemu smokowcowi w twarz. Sztylet przeszedł przez policzek i wyszedł z drugiej strony, tuż przy prawym uchu. Natrafił przy tym na jakieś mocno ukrwione miejsce, bo gdy czarny wojownik otworzył usta, wypuścił sporą ilość krwi na piach. Zupełnie oszołomiony smokowiec uniósł kuszę i strzelił Homgwilowi w kolano. Ten padł zwijając się z bólu. – Doigrałeś się! Teraz mój smok pożre ci nogi! Smok wyłonił się zza wydmy. Zbliżył się do Haarka Homgwila i nachylił nad nim swój wielki, cuchnący łeb. Rozległ się niski pomruk przypominający przesuwanie wielkiej płyty nagrobnej i nagle, błyskawicznym, żmijowym kłapnięciem szczęki odgryzł Homgwilowi nogę w połowie uda. Ten wrzasnął przeraźliwie, a z otwartego kikuta trysnęła obficie krew. Smokowiec stał i patrzył z satysfakcją, gdy bestia przeżuwała twarde, ludzkie mięso. Haark słyszał chrupanie swoich kości w olbrzymiej szczęce. – No dalej parszywa gnido! Wykończ mnie! – wrzasnął. Smok kłapnął szczęką drugi raz odgryzając drugą nogę. Okaleczony Homgwil leżał w wielkiej, ciepłej kałuży, a smok pożerał jego drugą kończynę. Ból zdawał się być nie do zniesienia. W myślał powtarzał tylko, że za chwilę się skończy. – To do zobaczenia – rzucił lekko czarny wojownik, wsiadł na smoka i już po chwili obaj zniknęli w ciemnych, burzowych chmurach. Z nieba zaczynał kropić deszcz. ***


40 Bartosz Adamiak Era Mroku Pablo wpatrywał się w ognisko w milczeniu. Gdy Homgwil skończył swą opowieść, wyjął z kieszeni kubraka drewnianą fajkę, nabił ją tytoniem i zapalił. – Ma–sa–kra – przerwał w końcu ciszę Sauromata. – Nie przyjąłeś jeszcze do wiadomości, gdzie się znalazłeś? Nie mam pojęcia, gdzie się wychowałeś, ale z tego, co mówił Thatduush, raczej nigdy nie dane ci było walczyć. Jeśli chcesz przetrwać w pustynnej krainie, to się zmieni. Czy tego chcesz, czy nie. Ostatnie słowa rozbrzmiewały w głowie Pabla jeszcze przez długi czas. Nie uniknie walki. To znaczy, że nie uniknie także ran kutych, bólu, cierpienia i zagrożenia różnymi infekcjami. – To cholernie niegościnny zakątek – przyznał w końcu. – Sztylet z Rae Ragis, który ci podarowałem to dobra broń. To właśnie on zranił czarnego rycerza. Mi wprawdzie przyniósł pecha, choć kto wie, co by się stało, gdybym go nie miał wtedy przy sobie. – Kim właściwie jest czarny rycerz? Czy spotkałeś go jeszcze później? Nie próbowałeś się zemścić? – Mówi się, że to kompletny pomyleniec. Mieszka gdzieś w górach, wiele stajań na północ od Tomwil. Zniknął z widoku parę lat temu. Oczywiście poluję na niego, ale już stąd, jak głównodowodzący armii Thatduusha. – Może po tylu latach po prostu umarł. Może ktoś go dopadł i poderżnął mu gardło? – Może – odparł Haark. – Niemniej jednak, jeżeli spotkasz go. Pozdrów go ode mnie. – Pozdrowić? – Tak, pozdrów i wpakuj mu ten sztylet prosto w oko. ***


41 Knurr wprowadził Brota do ratusza, jak obiecał. Fjutgaardt z początku zignorował młodzieńca myśląc, że to po prostu kochanek sekretarza, lecz gdy okazało się, że posiada on wiele talentów, sam zaczął zabiegać o jego uwagę. Wtedy z kolei Rangar zaczął się boczyć i zachowywać jak baba z waporami. By złamać tę niezdrową atmosferę, burmistrz nawiązał do zajścia, które miało miejsce niedawno. – Odwiedził mnie pewien człowiek. Znacie go na pewno. Pustelnik, który czasem handluje skórami pod świątynią. – Tak, znam. Egmont czy Engmont – powiedział Knurr. – Engmont Farasz – sprostował Brot. – Ludzie uważają, że to szaleniec. Mieszka na pustyni i spożywa zbyt dużo tych grzybów. Miał na myśli grzyby, które kapłani zażywają, by wejść w stan ekstazy. – Właśnie. Był u mnie i wypytywał o jakiegoś cudzoziemca, którego kilka tygodni temu licytowano na targu niewolników. Niepokojąca sprawa. Tym bardziej, że nikt owego cudzoziemca kupić nie chciał, dopóki nie pojawił się Thatduush Heliksman. Ten wziął go bez gadania i zapłacił znacznie więcej, niż niewolnik był wart. Czy to nie dziwne? – Znam Heliksmana. Szanuje pieniądze – odparł Knurr. – Tak też i mi się wydawało – ciągnął dalej burmistrz. – Tymczasem on kupił tego cudzoziemca, i z tego, co mi wiadomo, trenuje go na konwojenta. Wiele bym dał, by dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. – Mogę dowiedzieć się panie – powiedział Brot. – Niech pójdzie Knurr. Ma dużo doświadczenia. Rangar wzdrygnął się. Forteca Heliksmana była silnie strzeżona. Jego ludzie byli wyszkoleni i uzbrojeni. Fjutgaardt miał rację, że nie chciał posyłać chłopaka. Tutaj trzeba było delikatności i subtelności, których to cech młodemu złodziejaszkowi jeszcze brakowało. – Wyruszam natychmiast – powiedział wstając. – Świetnie – odparł burmistrz nalewając sobie wina z wielkiego dzbana.


42 Bartosz Adamiak Era Mroku

*** Pablo Sauromata wyszedł z chaty Homgwila, gdy słońce chyliło się ku zachodowi. Niebo po przeciwnej stronie zionęło już czernią. Planeta nie posiadała naturalnych satelitów, więc trwająca dziesięć godzin noc była porą, gdy świat zanurzał się w całkowitym mroku. I jedynym sposobem, by nie wejść wprost na nóż jakiegoś rabusia, było noszenie ze sobą pochodni. Pablo nie miał pochodni, więc przyśpieszył kroku. A idąc rozmyślał intensywnie. Człowiek ciągle do czegoś dążył, ciągle musiał zaliczać kolejne punkty na liście: edukacja, praca, rodzina, dom, samochód, emerytura, śmierć. Nawet on, który był całkowicie pozbawionym ambicji leniem, odczuwał ogromny stres i frustrację. Jego koledzy robili kariery jako przedstawiciele handlowi. On sprzedawał warzywa na bazarze. Od czasu do czasu szef polecił mu przewieźć jakiś mebel, albo przyjechać autkiem z Niemiec. Jednak mimo wszystko był prawie na samym dnie. Niżej niż on byli tylko bezdomni i studenci. I oto nadarzała się niezwykłą okazja. Sytuacja całkowicie nierzeczywista, jakby wyjęta z bajki. Trafił do zupełnie innego świata, w którym rządzą się całkowicie inne zasady. Nie trzeba za niczym gonić. Człowiek bierze broń do ręki i od razu staje się wojownikiem. Tutaj możliwości zdają się być nieograniczone, bo nie istnieje prawo. Rządzi silniejszy, ale on właśnie czuł się w tym świecie silny. Był blisko Tadeusza, a ten był lokalnym oligarchą. Mieli przed sobą świetlistą wizję przyszłości, a przecież lepiej być królem życia tu, na tym spieczonym pustkowiu, niż marnym robakiem, kierowcą dostawczaka na Ziemi. Przemyślenia egzystencjalne przerwał mu widok magazynu Tadeusza. Panował już mrok i tylko nieliczne pochodnie oświetlały kamienne ściany gmachu. Pablo dostrzegł, że przy bramie bocznej, prowadzącej do stajni, majaczy jakiś cień. Był to człowiek odziany w czarny kaptur i uzbrojony w nóż. Ewidentnie szpiegował, a kto wie, może nawet chciał dokonać włamania. Pablo przestraszył się, ale po chwili przy-


43 pomniał sobie, że jest teraz członkiem gwardii Heliksmana. Nie mógł sobie pozwolić na taką słabość. Nie chciał. Pragnął jak najszybciej wykazać się i udowodnić swoją wartość. Pomacał sztylet u pasa. Był na swoim miejscu. – Hej! To teren prywatny! – zawołał przyśpieszając kroku. Osobnik nie uciekał. Najwyraźniej czuł się bardzo pewny siebie. Gdy Pablo znalazł się już pięć kroków od niego, obcy zamachnął się, a w jego dłoni błysnęła stal. Doszło do zwarcia, w którym obaj blokowali wolną ręką oręż przeciwnika. Pablo kopnął w krocze, a ten puścił nóż i padł na ziemię zwijając się w kłębek. – Kim jesteś? Kto cię tu przysłał? – zawołał wściekle Sauroamata. Zjawił się wartownik. Rzucił okiem na leżącego i zdarł mu kaptur. – To niejaki Knurr Rangar – powiedział. – Sekretarz burmistrza i parszywa menda we własnej osobie! – Zostaw! – krzyknął Pablo widząc, że wartownik nie ma zamiaru brać jeńca żywcem. – Zaprowadzimy go do szefa. Chwycili pod ręce obezwładnionego Rangara i zawlekli do środka. Tam przywiązano go do krzesła. Gdy pojawili się Tadeusz i Homgwil, rozpoczęło się przesłuchanie. Sekretarz był bardzo skrytym człowiekiem. Milczał pomimo solidnych razów kijem, przyjmowanych na łydki. Przez godzinę próbowali wyciągnąć coś z niego piorąc go sznurem, ciągnąc obcęgami za uszy i nadpalając stopy. W końcu Homgwil wyjął sporej długości cienką linkę. Jeden jej koniec przywiązał do ciężkiej jak diabli lampy mosiężnej, na drugim zaś końcu utworzył pętelkę, która została zaciśnięta na mosznie Rangara. Ponieważ ten nadal milczał, Haark złapał lampę i cisnął ją przez okno. Moszna niczym wróbel, z furkotem przemierzyła całe pomieszczenie i zniknęła na zewnątrz. Ciszę nocną przerwał krótki, chrapliwy wrzask. W zaskakujący sposób zabieg ten zachęcił Rangara do podzielenia się swoimi przemyśleniami. Wyznał, że przysłał go burmistrz, by dowiedział się skąd Heliksman bierze towar. Miał zakraść się do magazynu i poszukać dokumentów, rachunków i faktur. Thatduush przestraszył się, że Fjutgaardt pragnie przejąć jego interes i rozzłościł się piekielnie.


44 Bartosz Adamiak Era Mroku – Co teraz? – zapytał Homgwil odpalając grube, kubańskie cygaro. – Niewiele da się zrobić z Fjutgaardtem bez wszczynania wojny domowej. Wykończysz jedną mendę, na jej miejsce przyjdą trzy następne i będą się bić o koryto – westchnął kupiec. – Jeżeli chcemy pokonać burmistrza, musimy już teraz zacząć działać, by zająć jego miejsce po tym, jak go wykończymy. – Chcesz zostać burmistrzem? – zaśmiał się Haark. – Tylko tak zapewnię sobie względny spokój w prowadzeniu interesów. – Nie musiałeś tego mówić przy nim – wskazał Rangara. – On już niczego, nikomu nie powtórzy. Utnijcie mu łeb. Knurr przez chwilę miał nadzieję, że ocali życie. Wpadł w histerię, gdy dwaj strażnicy stojący za nim podeszli do niego i podnieśli z krzesła. Ktoś podsunął solidny, drewniany pieniek, który robił za podnóżek. Jeden ze strażników nałożył mu na szyję pętlę z linki i z całej siły pociągnął do siebie, zapierając się o pieniek. Z tyłu przyciskał go do pieńka drugi strażnik. W tej pozycji był całkowicie pozbawiony swobody ruchu, a jego broda była mocno zadarta do góry. Homgwil rzucił strażnikowi swój toporek, a ten zamachnął się i uderzył w kark Rangara. Topór strzaskał kręgosłup i wbił się do połowy. Krew ochlapała wszystkich zgromadzonych. Drugie cięcie oddzieliło już głowę na dobre, a trzymający za linkę poleciał do tyłu. – Miał skurwysyn twardą szyję – podsumował kat. Pablo stał przerażony i blady. Zawartość żołądka podeszła mu do gardła. Na jego oczach zamordowano człowieka. Bestialsko i bez litości. Jak zwierzę. A on ponosił za to częściową odpowiedzialność, schwytał i przyprowadził Knurra Rangara. – No... – rzucił kupiec. – Zamawiamy jakieś żarcie z dowozem? – Coś tak pobladł? – zapytał z uśmiechem jeden ze strażników. – Trupa nigdy nie widziałeś? – To nie było morderstwo Pablo – powiedział Haark, jakby czytał w myślach. – Ten człowiek wtargnął na nasz teren i miał bardzo niecne zamiary. W świetle naszego prawa dopuścił się ciężkiego naruszenia, które karane jest u nas śmiercią.


45 – Wynieście trupa do jakiegoś zaułka – powiedział Heliksman. – Prawo prawem, ale nie życzę sobie w moim domu żadnego dochodzenia. Jeden ze strażników wziął głowę pod pachę, a potem obaj unieśli zwłoki za nogi i wyszli. Wszędzie było pełno krwi. Znosząc Rangara na dół, pozostawili ślady także na schodach oraz na podwórku. – Może lepiej byłoby zawinąć ciało w jakiś worek? Jeżeli będzie dochodzenie, dojdą po śladach prosto do nas – powiedział trzeźwo Pablo. – Myślisz, że będą tacy bystrzy? – roześmiał się kupiec. – Nasi konstable są tak tępi, że nie są w stanie wydedukować, którym otworem gówno opuszcza ich ciało. – Co z burmistrzem? – zapytał Haark. – Niech wie łachudra, że nie powinien tu przysyłać swoich szpiclów. Każdy kolejny skończy tak samo. Tyle że dla odmiany będziemy sobie wywieszać ich głowy na ogrodzeniu.


46 Bartosz Adamiak Era Mroku

Część druga: Ciężko pracujący człowiek Słońce znajdowało się na samym środku nieba, a temperatura wynosiła chyba z sześćdziesiąt stopni. Karawana, składająca się z trzynastu wierzchosłów ciągnących załadowane przyczepy, wlokła się niemiłosiernie powoli. Na jej czele kroczył Pablo Sauromata, nowy człowiek w szeregach Thatduusha Heliksmana. Była to jego pierwsza wyprawa bojowa i teraz żałował trochę, że odrzucił propozycję Homgwila, by poćwiczyć na tucznikach. Tak nazywano niewolników kupionych do treningów bojowych. Pablo zniszczył wprawdzie swoim toporem sporo worków z piaskiem, ale wciąż miał wątpliwości, czy da radę zadać cios żywemu przeciwnikowi. Miał nadzieję, że tak. Na polu walki albo się zabija, albo jest się zabitym. Wśród ochrony karawany było jeszcze pięciu innych wojowników oraz facet, którego Tadeusz przedstawił jako Bill albo Gill. Pablo nie dosłyszał. W każdym razie nosił on bardzo wysoko swoją głowę, dając do zrozumienia, że jest tu kimś w rodzaju szefa, lub przynajmniej najważniejszą osobą, która nie kala się wymianą opinii z eskortą. Wstępując do karawany Pablo postrzegał siebie jako kogoś więcej niż dodatkowy miecz. Z rozdrażnieniem stwierdził, że ponad nim stoją jeszcze kupcy, kurwy i stajenni. Pozostali ochroniarze wydawali się być całkiem w porządku. Ludzie pracy, z przytroczonymi do nabitych ćwiekami pasów i wielkimi, dwuręcznymi mieczami. Prawdopodobnie nie preferowali dowcipkowania i pogaduszek, lecz mimo to Pablo próbował od czasu do czasu zagadać coś na luzie. – Wiecie, dlaczego faceci nie mają cellulitu? Odpowiedzieli jedynie posępnymi spojrzeniami. Prawdopodobnie nie do końca zgadzali się z tym, że Homgwil kazał właśnie Sauromatę postawić na czele. To piekielnie ważna funkcja, bo często właśnie czoło ma szansę dostrzec atak i uprzedzić


47 pozostałych, pomyślał Kingroth. Golghald był wybitny w roli zwiadowcy. Tymczasem teraz na przedzie szedł ten knypek i praktycznie wcale się nie rozglądał. Toporek miał zawieszony na plecach, jakby to był niedzielny spacerek. Kingroth miał nadzieję, że za chwilę przekona się, że to tylko podstępny fortel Thatduusha. Oto bowiem po lewej stronie drogi zbliżał się jeździec na wierzchośle, wymachujący procą. Pokurcz ze szpicy zdawał się go nawet nie zauważać. Nadal uśmiechał się mówił coś do siebie. Nawet, gdy jeździec był już zaledwie kilkadziesiąt metrów od karawany. Kingroth nie urodził się dziś i wiedział, że jeździec jest tylko fazą wstępną, i że za chwilę zza wydmy wyłoni się chmara dzikusów lub jakaś przerażająca istota, której dosiada chmara dzikusów. – Zasadzka! – krzyknął. Po przeciwnej stronie traktu wydma rozstąpiła się, a z piachu wygrzebało się zwierzę przypominające skrzyżowanie słonia z tygrysem, ale dwa razy większe od obu, razem wziętych. Na jego szczycie znajdowała się platforma, do której uwiązany był wielki, trzymetrowy facet, dzierżący w dłoni włócznię wielkości słupa telegraficznego Prawdopodobnie barbarzyńca ze wschodnich ludów Ghaarn. Ciśnięta z potworną siłą włócznia, przebiła na wylot pierwszego wierzchosła i przyszpiliła go do ziemi. Zwierzę nawet nie zdążyło zakwiczeć, a z jego boku zaczęły wylewać się cuchnące wnętrzności. Zupełnie, jakby ktoś przedziurawił wielki bukłak z wodą. Posoka rozlała się po piasku tworząc śmierdzące, lepkie bagno. Kingroth zwymiotował, choć był twardzielem i weteranem. A potem dosłownie stracił głowę. Wielka bestia wyskoczyła kilkanaście metrów w powietrze i spadła w samym środku karawany łapiąc olbrzymią szczęką i rozszarpując na kawałki kolejne wierzchosły i towar. Hektolitry krwi rozlały się tworząc olbrzymie jezioro na białym piachu. Ochroniarze brodzili w nim do połowy łydek, kręcąc mieczami nad głowami, niczym wiatraki śmierci. Zapanował zupełny chaos. Nacierający po obu stronach z dzikim wrzaskiem rozbójnicy docierali do karawany, by w chwilę później przemienić się


48 Bartosz Adamiak Era Mroku w fontannę odciętych ramion i czerepów. Bezgłowe torsy osuwały się w cuchnącą breję. Całkowicie zdezorientowany, Pablo Sauromata próbował rozeznać się w sytuacji. Podszedł do dowodzącego karawaną kupca. Ten jednak miał w brzuchu wielką dziurę, przez którą wylewały się jelita i fekalia. Zwłoki zsunęły się z wozu, a za nimi Pablo ujrzał największego dryblasa, jakiego kiedykolwiek widział. Barbarzyńca uniósł wysoko w górę młot wielkości małego samochodu osobowego, wokół którego owinięte były kiszki Gilla czy Billa (Pablo nie dosłyszał). Olbrzym zamachnął się i uderzył w ziemię, w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stał Sauromata. Ten uznał wreszcie, że czas najwyższy zdjąć z pleców toporek. Teraz jego oręż wydawał się śmiesznie mały, jakby zrobiony z myślą o lalkach lub karłach. Z całej siły wbił go w plecy olbrzyma, jednak z miernym skutkiem. Barbarzyńca obrzucił go wściekłym spojrzeniem. Najwyraźniej wstał dziś lewą nogą, lub nie lubił, gdy wbija mu się w plecy siekierę. – Teraz mnie wkurwiłeś – wycharczał wypuszczając przy tym sporą girlandę smarków. Uniósł ponownie swój młot, choć topór nadal tkwił w jego łopatce. Tym razem Pablo zareagował błyskawicznie. Dobył zza paska długi sztylet, i wraził go olbrzymowi w grdykę. Ostrze zagłębiło się zaskakująco miękko i ujrzało światło z drugiej strony. Wielkolud był totalnie zaskoczony. Próbował wydobyć sztylet z szyi, lecz gdy w końcu mu się to udało, pogorszył tylko swoją sytuację. Z rany zaczęła wyciekać krew, rzadka jak wino. Zaczął się dławić i padł na kolana, usiłując zatamować rękoma krwotok. Próby te spełzły na niczym. Pablo wziął do ręki miecz leżący w kałuży krwi i rzucił się na kolejnego napastnika. Był nim niski, bardzo brzydki jegomość, o skórze lekko zabarwionej na zielono i przybrudzonej prawdopodobnie kałem. Śmiał się szkaradnie i rzucał obelgami na lewo i prawo. Gdy ujrzał Sauromatę uniósł swój topór i zaszarżował rozchlapując śmierdzącą, brązową krew na obie strony. Pablo pchnął miecz prosto w jego twarz.


49 Coś chrupnęło i gość zamiast nosa miał już jelec i rękojeść. Jeszcze żył i miotał się, ale nie długo, bo nadział się brzuchem na złamaną żerdź jednego z powozów i zawisł na niej smętnie niczym kiełbaska na patyku. Na ten widok Pablo zdążył jedynie uśmiechnąć się z pobłażaniem i już musiał bronić się przed kolejnym dzikusem. Zwarł się z nim gołymi rękoma. Tamten uzbrojony był w kuszę, ale najwyraźniej skończyły mu się bełty. Po chwili siłowania Sauromata odepchnął go na bok, wykonał szybki przewrót wyciągając swój toporek z pleców ubitego uprzednio wielkoluda i cisnął nim z całej siły w twarz kusznika. Chybił, ale tylko trochę. Toporek odciął ucho, wraz z kawałkiem głowy. Mężczyzna złapał się za ziejącą w jego czaszce dziurę i zaczął wykrzykiwać jakieś modlitwy. Sauromata nie dał mu szansy na przegrupowanie. Wyciągnął sztylet z gardzieli wielkoluda i wykonując potężny zamach od góry wbił go w ciemię przeciwnika, aż po sam jelec. Stal z Rae Ragis w niemal cudowny sposób przechodziła przez wszystko, co napotkała na swojej drodze. Wróg padł z plaskiem w krwiste, cuchnące bagno i po chwili zapadła grobowa cisza. Pablo stał na polu walki zupełnie sam. Wszyscy, łącznie z wierzchosłami i wielkim słoniem bojowym, zostali zaszlachtowani na krwistą surówkę. Ocalał jako jedyny. *** Ciało Rangara zostało odnalezione i zidentyfikowane kilka dni po tym, jak jego dusza opuściła ten padół. Informacja ta dotarła do Fjutgaardta niemal natychmiastowo za sprawą niejakiego Hanka Grothgaarda, naczelnego donosiciela Tomwil. Sprzedawał on informacje każdemu, kto chciał za nie płacić. Potrafił zatem jednego wieczora odwiedzić zarówno siedzibę straży miejskiej, jak i lokalnych gangów. A potem jeszcze donieść burmistrzowi, co planują jedni i drudzy. Nikt go nie lubił, wszyscy uważali za typa wyjątkowo śliskiego i skrycie planowali go w końcu usunąć. – Skąd wiesz, że to Heliksman? – zapytał burmistrz.


50 Bartosz Adamiak Era Mroku Wiedział dobrze, kto zamordował Knurra Rangara, bo sam wysłał go do magazynu kupca. Zastanawiał się jednak skąd wiedział o tym Grothgaard. Zapewne sam miał swoich informatorów w każdej, ważniejszej instytucji w mieście. Pewnie miał też jednego w ratuszu. – Byłem na trupisku, gdy dwaj jego strażnicy przynieśli zwłoki. No tak. Rabował zmarłych, pomyślał Fjutgaardt. – Może znaleźli go gdzieś na ulicy? – I postanowili wynieść za mury? W czynie społecznym? Cudowne! – zaśmiał się Hank. – Takie zachowanie nie jest w typie... hm... nikogo. Sądzę, że Knurr myszkował u Heliksmana, może chciał mu podwędzić trochę towaru. A może ty sam panie wiesz najlepiej, czego szukał. Został pochwycony, przesłuchiwany, torturowany i zabity. – A niech to! – Czyli zgadłem. Wiesz coś o tym panie. Teraz Thatduush Heliksman wie, że znalazł się w centrum twojego zainteresowania. Pomimo to otwarcie zamordował twojego najbardziej zaufanego człowieka. To komunikat, że jest przygotowany do otwartej konfrontacji. Pytanie, co Rangar wychlapał na mękach? – Przeklęty kupiec! – Fjutgaardt uderzył pięścią w stół. Wydobył z biurka mały, brzęczący woreczek i rzucił na blat. *** Kupiec Thatduush Heliksman siedział przed swoim kominkiem, ze szklanką whisky w dłoni i słuchał Opus 10 Clauda Debussy`ego w wykonaniu kwartetu smyczkowego jego niewolników. Za oknem cicho szumiał deszcz, a słońce chyliło się ku zachodowi. Niespodziewanie drzwi otworzyły się z hukiem tak dojmującym, że niewolnicy przestali grać. Do komnaty wszedł człowiek pokryty od stóp do głów krwią, flakami i posoką wierzchosłów, co dało się bardzo łatwo stwierdzić po nie-


51 zwykle ohydnym smrodzie. Gdy zbliżył się na tyle, by padła na niego niemrawa poświata kominka, kupiec rozpoznał w nim swojego nowego pracownika. – Pablo, co się stało? Usiądź! – Zostaliśmy napadnięci. – Napadnięci? Jak do tego doszło? – Zastawili zasadzkę – powiedział Pablo wycierając twarz nieświeżą ścierką, która leżała na stole. – Napadli nas i wszystkich wycięli w pień. Tylko ja przeżyłem. A odjechaliśmy raptem dziesięć kilometrów od miasta. Gdzie do cholery jest jakaś milicja czy wojsko? Tadeusz skinął jednemu z niewolników i po chwili na stole stała druga szklanka z whisky. – Mówiłem, że nie będzie łatwo. Szczerze powiedziawszy i tak jestem zaskoczony, że tu jesteś. Oczywiście ani przez chwilę w ciebie nie wątpiłem, ale fakt, że ty tu jesteś, a Fahjgroddt, Fjutord, Knuthord, czy jak im tam było, gryzą teraz glebę, świadczy bardzo dobrze o twoich talentach. Pablo łyknął alkoholu. Kwartet wznowił granie. Niewolnica odetchnęła z ulgą i wróciła do swojej robótki pod stołem. Pablo czuł, jak ożywcze ciepło alkoholu spływa do jego trzewi, a emocje związane z walką opadają. Teraz dziewucha pod stołem zaopiekowała się także nim, a zrelaksowany kupiec oparł się wygodnie i zapalił grube cygaro. – Widzisz Pablo. Pustynną Krainą rządzą dość proste, ale brutalne reguły: albo pozwolisz wleźć na głowę tym chłopakom z pustyni, albo dasz im jasno do zrozumienia, że na twoją głowę wchodzić nie należy. Ja od lat staram się budować wizerunek człowieka, na którego głowę wejść się po prostu nie da! – A co z władzami tego miasta? – Z władzami? Sam widziałeś, jak działają władzę. Podsyłają tu swoich szpiegów, by wykradali moje tajemnice. Burmistrz jest pierwszym, który życzyłby sobie widzieć moją głowę na srebrnej tacy.


52 Bartosz Adamiak Era Mroku – I nie ma nikogo, komu zależałoby na bezpieczeństwie traktów handlowych? – Najbardziej zależy nam. Przez dłuższą chwilę obaj milczeli, aż wreszcie Pablo zapytał: – Czy mógłbyś załatwić mi spluwę? – Masz na myśli broń palną? Nie wracajmy do tego tematu. Rozumiem, że chciałbyś mieć przewagę, ale ta przewaga będzie krótkotrwała. Ktoś w końcu zechce kupić ode mnie broń i zaproponuje taką sumę, że nie będę potrafił odmówić. Nie pakujmy się w to. Jestem tylko człowiekiem. – Zatem jak mamy pokonywać hordy barbarzyńców i smoki? – Musisz wykorzystać to, z czym tu przybyłeś. Swój naturalny potencjał. Myślisz zupełnie inaczej niż mieszkańcy Pustynnej Krainy – powiedział kupiec dopijając drinka. – Homgwil to równy gość, ale nie operuje w terenie. Chciałbym, abyś objął dowodzenie nad zespołem terenowym i opracowywał rozwiązania technologiczne, a także taktyczne, które stanęłyby ością w gardle każdemu zbójowi. Do tej pory naszym głównym problemem byli chłopcy ze wsi, którzy mają problem ze znalezieniem pracy. Jednak w chwili, gdy Hasterisk Fjutgaardt wbił mi nóż w plecy uświadomiłem sobie, że atak może przyjść z każdej strony. Pablo słuchał uważnie, choć nie był w stanie nadążyć za coraz bardziej nakręcającym się Tadeuszem. – Planuję w najbliższych miesiącach puścić duży transport whisky do Rowling. Dwa tygodnie drogi stąd na północ. Ta jedna transakcja mogłaby urządzić nas na jakiś czas. Jeżeli doprowadzisz ten transport do skutku Pablo, uczynię cię moją prawą ręką. Nie pozostało mu nic innego, jak zgodzić się. Zwlekł się z krzesła i ruszył w kierunku swojej kwatery, pozostawiając na podłodze ślady krwi. – Pablo? – Tak?


53 – Jeszcze jedna sprawa. Ostatnio kręcił się tu taki jeden staruch. Pustelnik. Wypytywał o ciebie. Jest kompletnie szalony. – O mnie? Tadeusz zagasił połówkę cygara i wstał od stołu. – Postaraj się trzymać od niego z dala. To wichrzyciel. Obcy. Mieszka poza miastem i oddaje cześć innym bogom. – Innym bogom? – Innym niż Hog. Powtarzam: trzymaj się od niego z daleka. – Postaram się. *** Targ był duży i zatłoczony. Można tu było kupić wszystko, dobrze zjeść, okraść kogoś i uzyskać informacje. Szczególnie te dwie ostatnie rzeczy interesowały Hanka Grothgaarda. – Po ile te jaja? – zapytał ktoś. – Trzynaście – odpowiedział drugi głos. – Drogo. W tłumie Hank czuł się jak w domu. Wychował się na bazarze i czuł się tu całkowicie bezpiecznie. Kieszenie przechodniów nie pozwalały mu umrzeć z głodu, a dobry słuch powiódł znacznie dalej, niż jego siedmioro rodzeństwa. Wszyscy zmarli przed dziesiątym rokiem życia. Hank Grothgaard dożył trzydziestki, i jako całkiem jeszcze rześki starzec, wręcz rozkwitał. – Podobno je gówno – powiedział ktoś po prawej. – Panie, takie niecne sukno za takie pieniądze? – padło z lewej. – … ten młody od Heliksmana go schwytał – te słowa przykuły szczególnie jego uwagę. Głównie ze względu na nazwisko znamienitego maga i kupca. Grothgaard zatrzymał się i zaczął oglądać babskie gacie wytężając słuch.


54 Bartosz Adamiak Era Mroku – Wykończył Rangara? Bingo, pomyślał Hank. – Tak mówią. W dodatku ten młody szkoli od jakiegoś czasu konwojentów Heliksmana. Idzie im całkiem nieźle. W zeszłym tygodniu odbili atak prawie bez strat własnych... – Bez strat własnych? – Zginęło sześciu ludzi, ale ogólnie uszli. Hank Grothgaard wysłuchał rozmowy do końca i ruszył dalej. Skierował swoje kroki w stronę magazynu Thatduusha Heliksmana, skubiąc po drodze ze straganu kawał sera. Czekała go długa noc. Przystanął jeszcze z ciekawości przy placu szubienicznym, bo zebrał się tłumek. – Kogo wieszają? – zapytał starszego mężczyznę w pasiastej bluzie. – Brahiarda Pasibrzucha. Ponoć wywołał poczęcie u kozy, ale ja tam w to nie wierzę. Hank wspiął się na beczkę. W centrum placu, na podeście stał grubas ze związanymi rękami. Na szyi miał już założony sznur spleciony z włosia wierzchosła, a pijany kat, maestro Gratt, bełkotał coś pod nosem o prawie i władzy. Wszystkiemu przyglądał się znudzony burmistrz, który ewidentnie pod szatą grzebał sobie w tyłku. Kat pociągnął dźwignię, ale zapadnia nie zadziałała, więc kopnął Brahiarda, a ten padł na ziemię i zaczął się dusić. Udało mu się wstać, lecz pijany kat zepchnął go z podestu. Lina była na tyle długa, że spadł o dobry metr, zanim gwałtownie nim szarpnęło, a gałki oczne opuściły oczodoły. Jednak zbyt krótka, by utrącić kark. Pasibrzuch zrobił się siny, wystawił język i szamotał się intensywnie. Jego spodnie namokły moczem. Odkąd zaczęto stosować te nowe sznurki, skazańcy nie mają lekkiej śmierci, pomyślał Hank i ucieszył się w duchu, że jego nikt nigdy nie zdoła go powiesić. ***


55 Pablo wstawał o wschodzie słońca. Starał się narzucić sobie i swoim ludziom dość mocny rygor. Opłukał twarz zimną wodą z miski po lewej. W misce po prawej wczoraj wieczorem płukał tyłek, więc jej zawartość wylał za okno i zamienił miski. Wieczorem w tej z wodą umyje tyłek, a pustą o świcie napełni służba. Ten skomplikowany system pozwalał na sporą oszczędność wody przy jednoczesnym zachowaniu pozorów higieny. Stosowany był on jednak przez wyższe sfery. Te niższe nie używały higieny. Specgrupa Sauromaty liczyła dziesięcu wojowników. W większości byli to weterani, ale Tadeusz obiecał dostarczyć jeszcze dziesięciu nowych rekrutów. Trenowali nowatorskie metody walki, które miały zaskoczyć napastników do tego stopnia, żeby nie mogli się bronić. W gruncie rzeczy były to rzeczy banalne i oparte na logice. Jednak tutaj nikt nie zdołał na nie wpaść. Pablo podzielił ludzi na dwa, pięcioosobowe zespoły. W karawanie na każde pięć wozów miał przypadać jeden taki zespół. Wewnątrz takiej grupki występował podział na atakujących i broniących. Obrońcy trenowali się w łucznictwie. Podczas gdy konwój był atakowany, mieli się kryć za wozami i razić przeciwnika strzałami z dystansu. Atakujący, uzbrojeni zazwyczaj w długie miecze lub topory, szarżowali na cel, który uznali za największe zagrożenie dla konwoju. Obie grupy różniły się między sobą pod względem specjalizacji. Dowodzona przez niskiego i krępego Hargota, miała niewielkie, ręcznie miotane ładunki pirotechniczne. Mogły one z powodzeniem urwać nogę dorosłemu mężczyźnie. Mieli też dwóch ciężkozbrojnych i jednego biegacza. Biegacz miał lekki pancerz i krótki miecz. Jego zdaniem było odciąganie uwagi wybranego celu, by miotający mogli go zniszczyć. Grupa Taksla posiadała tylko jednego łucznika, ale za to wyborowego. Wyposażony był w długi łuk i potrafił razić na bardzo duże odległości, z bardzo dużą precyzją. Zamiast drugiego łucznika zespół posiadał czarodzieja, który podawał się za nekromantę. Klął się na duszę, że w ogniu walki jest w stanie przywołać armię umarłych. Pablo nie darzył go zbyt wielkim zaufaniem, ale Tadeusz uważał, że to czarny koń.


56 Bartosz Adamiak Era Mroku – No panienki, zaczynamy przebieżkę! – wykrzyczał zachrypniętym głosem komendant Sauromata. – Raz! Raz! Raz! Nie mamy całego dnia. Wrogowie nie siedzą nad jeziorem i nie opalają się popijając zimne piwo. Też się przygotowują! Bandyci zwykle pochodzili z nizin społecznych. Byli zatem słabo odżywieni i uzależnieni od wielu substancji odurzających. Ich kondycja fizyczna była raczej mierna i Pablo chciał to wykorzystać. Kładł zatem szczególny nacisk na przygotowanie fizyczne. Jeszcze większy nacisk niż maestro Boff i maestro Homgwil, razem wzięci. – Każdy członek tej drużyny ma być szybszy niż dowolny grabieżca! Każdy członek tej drużyny ma być silniejszy niż dowolny grabeżca! – Nawet Morgwil? – zapytał któryś. – Morgwil? Pablo nie przejmował się lokalnymi legendami. Parę razy obiło mu się o uszy to imię, ale nigdy nie zadał sobie trudu dowiedzenia się czegoś więcej na ten temat. Tad dokładał wszelkich starań, by złośliwe plotki nie demotywowały jego pracowników. Rozmawianie na temat super–przestępców było zakazane. – Wiecie, kto to jest Morgwil? Stare baby straszą nim swoje wnuki, gdy te są niegrzeczne. – Ale jak to? Podobno burmistrz wyznaczył nawet nagrodę za głowę Morgwila! – sprzeciwiali się ludzie. Pablo pozostawał nieugięty. Nie przyjmował do wiadomości, że na szlakach istnieje realne niebezpieczeństwo. Zwłaszcza, gdy powstawała nowa doktryna walki, a zamówienia na towary luksusowe zaczynały spływać z najbardziej odległych i niebezpiecznych zakątków pustynnej krainy. ***


57 Hank Grothgaard wyszedł poza gród i zmierzał w stronę Sępich Skałek oglądając się za siebie, aby upewnić się, że nie jest śledzony. Sępie Skałki często nazywane były także Trupimi Skałkami, albowiem wśród nich znajdowało się starożytne cmentarzysko. Lokalne legendy mówiły o tym, że ten, kto zapuścił się na tę przeklętą ziemię nie wracał żywy. I w większości przypadków była to prawda. Ale nie dotyczyło to Hanka Grothgaarda. Wspiął się na niewielkie wzniesienie, na którym znajdował się niewielki, czarny jak węgiel, grobowiec. Na jego wrotach wisiała deska z napisem wykonanym krwią. Jego treść głosiła: “wypierdalaj, bo zrobimy sobie z twoich jelit struny do lutni”. Hank zapukał ostrożnie we wrota, odczekał chwilę i już chciał nacisnąć klamkę, gdy drzwi się uchyliły, a jego oczom okazał się niski, brzydki człowiek. – Pokój temu domowi – powiedział radośnie Grothgaard i dziarsko ruszył do przodu. – Ciiii... – mężczyzna przyłożył palec do ust – nie wypowiada się takich rzeczy w tym miejscu. Wejdź i zachowuj się należycie, bo spotka cię nieludzkie cierpienie i śmierć. Odźwierny nazywał się Klaus i służył w tym miejscu od dwudziestu lat. Znał podziemne tunele tak dobrze, że poruszał się w nich zupełnie po ciemku. Tym razem zrobił jednak wyjątek dla przybyłego gościa i odpalił pochodnię, która na wszelki wypadek zawsze spoczywała przy wejściu. – Nie lubię ognia – powiedział Klaus. – Pochodnia jest wyłącznie dla twojego komfortu. Doceń to. – Dzięki, to doprawdy uprzejme. – Grothgaard, on każę cię utopić, jeśli usłyszy takie bzdety. Utnie ci uszy albo zrobi coś jeszcze gorszego. – Grothgaard? Ty zapluta gnido, co cię tu sprowadza? – zapytał niski, chrapliwy głos. Z ciemności tunelu wyłonił się wielki, czarny kształt oraz para oczu, w których odbił się płomień pochodni. Gdy podeszli bliżej, ich oczom ukazał się smok. Licząca


58 Bartosz Adamiak Era Mroku sobie w kłębie ze trzy metry bestia, pokryta była czarną, półmatową łuską. Z jego nosa wydobywał się dym o przykrym zapachu, a nietoperzowe, skórzaste skrzydła, zahaczały niezdarnie o ściany wąskiego tunelu, przy każdej zmianie pozycji. – Chciałbym porozmawiać z mistrzem – powiedział nieco uniżonym głosem Hank. – Jestem w posiadaniu dość ciekawej informacji. Mogłaby zainteresować mistrza. – Mistrz śpi od lat – mruknął smok z niezadowoleniem. – Doprawdy? To imponujące! – stwierdził Grothgaard. – Ja miewam problemy ze spokojnym przespaniem nocy. Sądzę, że informacje, w których posiadanie wszedłem, są warte tego, by obudzić mistrza. Chodzi o nowego wichrzyciela. – Nowy wichrzyciel, powiadasz? – smok skinął na Klausa, dając mu do zrozumienia, żeby poszukał sobie czegoś do roboty. – Wiesz co? Wcale mi się nie podoba, że przyłazisz tutaj i śmiesz twierdzić, że masz ważne informacje. Osobiście cieszy mnie to, że mistrz zaznał spokoju, po tylu latach prowadzenia wojen. – To oczywiste. Wszyscy mamy na uwadze jego dobro. – Hank do perfekcji wypracował oślizgły, wchodzący w tyłek ton. – Twój pan jednakowoż wkurzyłby się, gdyby pewnego dnia u waszych bram stanął tłum wieśniaków z pochodniami i widłami, lub straż miejska z Tomwil. A to się właśnie zwykle tak kończy. Pojawia się jeden wichrzyciel, który staje się nagle bohaterem i zaraz, nagle, zaczyna się polowanie na smoki i czarownice. – Polowanie na smoki? – bestia jakby zawahała się i coś tam grzebała pazurem w ziemi. – Sam nie wiem Hank. Wiesz, jaki on jest. Usiądź. Zobaczę, co da się zrobić. Grothgaard rozsiadł się wygodnie w niewielkiej komnacie wydrążonej w skale. Rozejrzał się dookoła i stwierdził, że miejsce urządzone jest z klasą, ale skromnie i bez przesady. Dwa fotele obite ludzką skórą, stolik kawowy z Ikoa i pochodnia. Morgwil mógł sobie być największym sukinsynem, jakiego nosiła ta bezpłodna ziemia, ale swoich małych zboczeń nie mógł ukryć, pomyślał Hank. Teraz dostrzegł tak-


59 że obrazek przedstawiający jacht i człowieka z rybą. Obrazek nabazgrany dość naiwną, jakby dziecięcą kreską. – Nieudacznik – zaśmiał się pod nosem. – Perła szatana! – Hank aż podskoczył, gdy do pomieszczenia wkroczył energicznym krokiem wysoki, odziany na czarno, długowłosy mężczyzna – to moja łajba. Czeka zacumowana w Zatoce Ścierw. Gdy nie morduję i nie śpię, odpoczywam łowiąc. Łowisz Blank? – Hank. – Oczywiście, Hank. Lubisz łowić ryby? – Nigdy... – Nigdy nie widziałeś wody w takiej ilości, żeby ryba mogła zamoczyć w niej swoją dupę? – w dłoni Morgwila pojawił się sztylet, który błyskawicznie znalazł się przy oku przerażonego Grothgaarda. – Słuchaj no, śmieciu! Zbudziłeś mnie kurwa, rozumiesz? Zbudziłeś mnie! Mam nadzieję, że to szaleństwo ma jakiś powód! No gadaj! Czy to szaleństwo ma jakiś powód? Dlaczego nie miałbym wyłupić ci oka i nakarmić nim Klausa? – Ja... – Hank poczuł jak struga ciepłego moczu leci po jego nodze i dosięga luksusowych, zamszowych trzewików. – Ja jestem w posiadaniu pewnych informacji. W Tomwil mówi się sporo o człowieku, który niemiłosiernie tłucze wszystkich bandytów. Pracuje dla Thatduusha i ochrania jego konwoje. Nie dalej jak sześć dni temu odesłał on z tego świata Flakhorna Zapalczywego i tuzin jego rabusiów. Sam Flakhorn oberwał najgorzej. Jego matka nie była w stanie rozpoznać zwłok. – Interesujące, kontynuuj – Morgwil opuścił sztylet i usiadł na jednym z foteli. – Podobno ten cały Pablo zorganizował armię. Potrafią się bronić dużo lepiej, niż inne karawany. Skonstruowali też niesamowitą broń, którą transportują na wozie. Jest to jakby wielki łuk ciskający olbrzymimi, płonącymi strzałami. Są w stanie ubić z takiego łuku glakhorny i blufthity. Urządzenie to jest niezwykle celne i mobilne. A załogi są dobrze przeszkolone i...


60 Bartosz Adamiak Era Mroku – Już nienawidzę skurwiela. – Jest jeszcze jeden aspekt Panie. Zainteresował się nim Fjutgaardt. Wysłał do nich swojego człowieka, Knurra Rangara. Odcieli mu głowę. – Cóż za niepowetowana strata. W porządku Blank. Masz tu pieniążek i spadaj. Czarny rycerz rzucił na ziemię woreczek. Grothgaard wziął go do ręki. Na oko było w nim ze trzydzieści srebrników, czyli jakieś pół zdrowej dziwki. Bardzo skromnie. Gdy wyszedł, Morgwil udał się do komnaty głównej i zasiadał w swoim tronie wykonanym z ludzkich kości. W kącie spoczywał gad. – Co o tym sądzisz smoku? – Wiesz, co o tym sądzę. Nie pochwalam tych twoich rejz na każdego gościa, który jest na tyle dobrze odżywiony, by utrzymać topór w garści. To sprowadzi na nas kiedyś nieszczęście. – Nieszczęście sprowadzi na nas brak reakcji – Morgwil uderzył pięścią w boczne oparcie tronu, aż kości nieprzyjemnie zazgrzytały. – Wiesz, że nasz styl życia nie jest społecznie akceptowalny. Ludzie już prawie o nas zapomnieli, ale przypomną sobie właśnie w chwili, gdy na arenie pojawi się ktoś taki, jak ten cały Sauromata. Fjutgaardt wezwie go do siebie i pokaże mu swoje klejnoty... – Dlaczego miałby mu pokazywać swoje klejnoty? – zapytał smok. – Chodzi mi o skarby głupcze! – Rozumiem. Sugerujesz, że go najmie? – Zgadza się. Najmie go, i facet zjawi się tu u nas, w najmniej odpowiedniej chwili, gdy będziemy sobie urządzać orgietkę z kozami! I zrobi nam dodatkowe dziury w dupach tą swoją siekierą. Smok pokręcił głową z rezygnacją. Przekonywanie Morgwila do tego, by nie napadał, nie zabijał, nie palił i nie gwałcił, było jak przekonywanie chłopów z bazaru, że zabicie kobiety to też morderstwo. – To jak będzie smoczku? – zapytał zaskakująco łagodnym głosem Morgwil.


61 – Wiesz, że nie lubię, jak tak do mnie mówisz – powiedziała gadzina z lekkim zakłopotaniem. – W porządku! Dagonie z rodu Diakovlów! Czy opuścimy dziś naszą cuchnącą krwią norę i pójdziemy w noc, by palić i grabić? Czy poszukamy tego Sauromaty, zabierzemy jego głowę i zawiesimy sobie w salonie, nad kominkiem? – Tak – odparł z rezygnacją smok i powlókł się w stronę wyjścia. – Och, wspaniale! – Morgwil zaklaskał. – Czy wiesz, co to oznacza? Przynieś mi mój miecz. Czas już najwyższy, by znów opuścić pieczarę i wybrać się na małe, mordercze tournee. Przygotuj też smoczy jad. Smoczy jad to rodzaj śluzu wytwarzanego w procesie gnicia zwłok w żołądku smoka. Mieszał się on z silnymi kwasami, a później smok mógł, wywołać rodzaj refluksu i zrosić nim okolicę. Smoczy jad był substancją silnie żrącą, przed którą nie było w stanie ochronić nic. Chmura jadu błyskawicznie oddzielała skórę i mięso od kości nieszczęsnych ofiar. Obryzgany nim delikwent przeistaczał się w częściowo oblepiony mięsem szkielet, w ciągu zaledwie kilku chwil. Jednak zanim następowała śmierć, cierpiał i biegał wymachując rękoma. To z tego powodu Morwgil szczególnie ukochał smoki. *** Pablo siedział dumnie na powozie, który wiózł balistę. Zbudował ją w stodole Tadeusza z materiałów, które ten ściągnął mu z Ziemi. Obok niego leżał tuzin morderczych strzał stanowiących ciasno spięte wiązki lokalnej rośliny przypominającej bambusa. Wiązki te miały średnicę dziesięciu centymetrów i dociążone były rdzeniem wykonanym z żelaza. Na końcu znajdował się śmiertelny grot złożony ze skomplikowanej mozaiki haczyków, zębów i prętów, pomiędzy które powpychano szmaty nasączone tłuszczem wierzchosłów. Konstruując tę broń Pablo chciał, aby nikt nie miał najmniejszych szans na przeżycie. Pojedyncza strzała ważyła kilkanaście kilo-


62 Bartosz Adamiak Era Mroku gramów, a resory od Stara wprawiały ją w tak wielką prędkość, że na dystansie dwudziestu metrów z powodzeniem przewracała słonia, lub wybijała dziurę w ceglanej ścianie. To właśnie dzięki takim usprawnieniom, konwoje Tadeusza zaczęto uważać za nie do zdobycia. Mimo początkowych niepowodzeń, Pablo zorganizował naprawdę silną obronę, wprowadzając olbrzymie zmiany w dotychczasowej doktrynie. Konwoje stały się większe, zabierały więcej towaru, ale były znacznie lepiej chronione. Poza ochroniarzami pieszymi, pojawiły się wozy zbrojne, wyposażone w balisty lub łuczników ukrytych za ściankami z otworami strzelniczymi. Nikt wcześniej nie robił takich rzeczy, toteż dzikusy przez długi czas nie były w stanie ugryźć problemu, nie wspominając o mięsie konwojentów. Doszło do sytuacji, że gdy rabusie identyfikowali konwój Tadeusza, rezygnowali z planów napadu i wycofywali się. Miało to swoje dobre i złe strony. Niektórzy „chłopcy ze wsi” zabrali się za uczciwą pracę, a ogólny poziom bezpieczeństwa na szlakach poprawił się. Im mniej barbarzyńców decydowało się na zawód rabusia, tym więcej towarów docierało do celu. To niestety spowodowało, że ceny dóbr luksusowych poleciały ostro w dół. Na dobrą whisky było już stać niemal każdego, kto nie zdobywał pożywienia żebrząc. Ciężar biznesu przeniósł się na robienie wolumenu, co było dość uciążliwe dla Tadeusza, bowiem tylko on mógł wchodzić do portalu i znosić dobra. Kupiec musiał pracować znacznie więcej, a zyski były znacznie niższe. Chodził wiecznie niezadowolony, a Pablo zaczynał się obawiać, że Tad zrezygnuje z jego usług na rzecz kogoś bardziej niezaradnego. Co gorsza, kupiec wspominał coś o kontrolowanym poziomie ryzyka i regulowaniu cen. Ghrok nagle zatrzymał się na czele konwoju. – O co chodzi Ghrok? – zapytał Sauromata. – Na drodze stoi jakiś człowiek! – odparł zwiadowca. – To zabij go i jedziemy dalej! Chyba, że to blokada weselna. Wtedy daj im flaszkę i niech spadają.


63 Na drodze stał mężczyzna w średnim wieku, zupełnie średniej postury, w długich, czarnych włosach i pancerzu ze skóry pomalowanej na czarno. Zdawał się być zupełnie obojętny na panujący upał. Po prostu stał i wpatrywał się w karawanę. Pablo wstał i odsłonił narzutę ochraniającą balistę przed piachem pustyni. Leniwie zaczął kręcić korbą naciągu żując kawałek korzenia Khu, który orzeźwiał i dodawał energii. Nikt nie próbował ich obrabować od tak dawna, że Pablo niemal ucieszył się z okazji do wypróbowania balisty na żywym celu. Do jego wozu zbliżył się Khnabej. – Znam go. Ten człowiek jest niebezpieczny – powiedział. – Spokojnie Khnab. Będzie niebezpieczny jeszcze przez jakieś trzydzieści sekund, a potem już nie. Pablo ułożył ogromną strzałę na łożu i zaczął celować. Czarny wojownik zdawał się tym zupełnie nie przejmować. – Zapytaj go, czy jest niedorozwinięty – rzucił do Khnabeja. – Nie miałbym sumienia zabijać osoby niepełnosprawnej. – Nie sądzę. To jest Morgwil Sromotny. Kiedyś był postrachem tych okolic. – łucznik spojrzał z niepokojem w kierunku czoła konwoju. – Możemy spróbować z nim pogadać, albo się cofnąć. Może tylko weźmie złoto i towar, a nas puści? Pablo zakaszlał gwałtownie. Wypluł korzeń i ryknął na konwojenta. – Oszalałeś? Dawać towar? Daj mi spokojnie strzelić. Pablo pociągnął za spust. Rozległ się trzask naciągu, a wozem wstrząsnęło tak energicznie, że Sauromata niemal spadł. Pocisk poszybował majestatycznie nad głowami straży przedniej i minąwszy zaledwie o kilka cali głowę czarnego wojownika wbił się w ziemię. Morgwil splunął, wyjął miecz i zaczął powoli iść w kierunku czoła konwoju. Widząc to Ghrok sięgnął po swój topór spoczywający do tej pory w specjalnym uchwycie przy kulbace i pogonił swojego wierzchosła. Morgwil przyklęknął i uniósł miecz wprost na brzuch zwierzęcia. Tłusty wór rozpruł się obryzgując go trzewiami, a Ghrok zszedł w biegu z martwej już góry mięsa i zamachnął się toporem. Czarny wojownik odparował uderzenie lekko niczym baletnica, wykonał półob-


64 Bartosz Adamiak Era Mroku rót i ciął na wysokości biodra. Ghrok jednak uskoczył i korzystając z niskiej pozycji przeciwnika chciał pchnąć go styliskiem w twarz. Morgwil był jednak szybszy i pociągnął swój miecz do góry pomiędzy nogami zwiadowcy, aż do brzucha. Wyglądało, że nieźle go rozharatał, ale Ghrok nadal stał i wykonał jeszcze jeden potężny, lecz nietrafiony cios. Gwałtowny potok krwi po udach nie zwiastował niczego dobrego. – Nie stać tak! Bierzecie go – wrzasnął Pablo. Ciało zwiadowcy bezwładnie runęło, a Morgwil już biegł w stronę kolejnego konwojenta. Uzbrojony w długi miecz Grummit był mniejszy i zwinniejszy niż Ghrok, ale Pablo nie chciał ryzykować utraty kolejnego człowieka w bezsensownych pojedynkach. Dał znak łucznikom, by usadowili się po obu stronach drogi, sam zaś ruszył w kierunku czoła karawany. Grummit atakował szybko i z gracją. Miecze stykały się z głuchym brzdękiem, a czasami krzesały snopy iskier. Morgwil zabił Grummita szybko i ruszył dalej po mokrym od krwi piasku. – Ani kroku dalej! – zawołał Pablo. – Tu kończy się twoja droga Morgwilu, czy jak ci tam. Nie przejdziesz! – Zabawny jesteś. I strasznie zadufany w sobie, jak na kogoś, kto ledwo nauczył się władać toporem – powiedział czarny wojownik. – Myślisz, że coś uchroni cię przed tym, by twój czerep zawisnął nad moim kominkiem? Właśnie przyszedłem udowodnić, że jest inaczej. – A... – Pablo zatrzymał się i dał znak łucznikom, by zaczekali. – Czyli jednak pojedynek? Morgwil splunął krwią, zaklął plugawie i uniósł miecz. Sauromata wziął toporek w prawą rękę i raeragisowski sztylet w lewą. Zaczął się taniec śmierci, w którym obaj wojownicy krążyli wokół siebie nie odrywając wzroku jeden od drugiego. – Pozbawiłeś nóg mojego przyjaciela Homgwila – powiedział przez zaciśnięte zęby Pablo.


65 – Pozbawiłem nóg wiele osób. Jednak preferuję głowy. Twoją też zabiorę i zawieszę sobie w wygódce! Ta zniewaga sprowokowała Sauromatę do pierwszego uderzenia. Lekki toporek śmignął nad Morgwilem, a ten zwinnie odgiął tułów do tyłu i natarł nie tracąc inicjatywy. Pablo sparował sztyletem potężne cięcie i błyskawicznie uderzył toporkiem w czoło smokowca. Ostrze ześlizgnęło się po czaszce, jednak zostawiło paskudną ranę odsłaniając biel czaszki. Kawałek skóry z czoła leżał teraz na piachu. – Bydlaku – Morgwil trzymał się za czoło. – To tylko jeszcze jeden powód, dla którego nie ujdziesz stąd żywy! Natarł niespodziewanie lecz miecz odbił się od styliska topora Sauromaty. Ten szybko kuł sztyletem rozcinając rękaw i skórę na prawym przedramieniu Morgwila. Ludziom z konwoju napięcie zaczęło schodzić. Porozsiadali się na wydmie i zaczęli wyciągać kanapki z wątrobianką i bukłaki z wodą. Morgwil jednak był twardy i powierzchownymi ranami nie przejmował się ani trochę. Uderzył od góry i Pablo osłonił się, choć stracił równowagę i miecz przeciwnika ześlizgnął się jego na korpus. Szczęśliwie ostrze zahaczyło jedynie czubkiem, rozcinając skórzany pancerz i czyniąc niewielką ranę na piersi. Sauromata poczuł dotkliwy ból i ciepło spływające po brzuchu. Wyglądało na to, że stracił sutka. Zaczął rozważać zakończenie pojedynku w sposób podstępny i niehonorowy, jednak Morgwil uprzedził go. Znad wydmy wzniósł się smok. Zakołował z trzepotem skrzydeł nad karawaną i splunął gęstą, zielonoszarą mgiełką, wprost w zgromadzonych po lewej stronie drogi łuczników. Rozpętało się piekło. Ludzie zniknęli w płomieniach i słychać było tylko wrzaski palonych. Łucznicy z drugiej flanki rozpoczęli ostrzał bestii. Ta jednak była dość szybka, a nawet pojedyncze strzały, które sięgały celu, niewiele jej szkodziły. Smok zapalił kilka wozów i wierzchosły. Ktoś podbiegł do balisty i zaczął energicznie kręcić korbą. Morgwil gdzieś zniknął i Pablo skupił się na dowodzeniu. – Rozproszyć się! – wrzasnął na całe gardło by przekrzyczeć huk płomieni.


66 Bartosz Adamiak Era Mroku Obok przebiegł płonący konwojent wymachując rękoma, od których odpadały płaty skóry i mięsa. Dalej ujrzał czołgającego się Glammotha. Nie miał dolnej połowy ciała i ciągnął za sobą długi sznur jelit. Pablo zrozumiał, że jego ludzie znaleźli się w dramatycznej sytuacji. – Co z tą balistą do cholery? – krzyknął i spojrzał w stronę wozu. Z karawany i załogi zostały dymiące zgliszcza. Smok zniknął, Morgwil stał na przyczepie obok balisty i kręcił korbą naciągu. – Zrobiłeś na mnie bardzo dobre wrażenie Sauromato – powiedział trzymając w ustach zapalone cygaro. – Chętnie widziałbym cię w mojej drużynie, jednakże domyślam się, że jesteś jednym z tych szaleńców desperacko poszukujących śmierci. – Zgadłeś! Prędzej zdechnę niż się do ciebie przyłączę. – To prawda. Zdechniesz. Morgwil zwolnił naciąg. Wóz się zachwiał, a strzała poleciała w kierunku Sauromaty. Ten błyskawicznie uskoczył, a grot przeorał jego łydkę, rozdzierając okrutnie skórę i mięsień. Sparaliżowany bólem Pablo leżał i patrzył, jak Morgwil schodzi z przyczepy. Nigdzie nie było widać smoka, co było dobrym znakiem. Mimo to czuł po raz pierwszy, odkąd znalazł się na tej planecie, że wpadł w prawdziwe tarapaty. Czarny wojownik zbliżał się dobijając po drodze konających. W jednej dłoni trzymał cygaro, w drugiej ociekający krwią miecz. Wydawał się być czarną dziurą pożerającą przestrzeń. W głowie Sauromaty pojawiła się myśl, że oto zbliża się jego kres. Czarny wojownik ujął miecz obiema rękami i uniósł go wysoko nad głową, by zdać śmiertelny cios. Pablo zmobilizował ostatnie siły by wyprężyć się i skoczył niczym żmija do gardła przeciwnika. Pchnął sztylet wprost w szyję Morgwila. Tamten puścił miecz, złapał obiema rękami krwawiące miejsce. Chciał coś powiedzieć, lecz z jego ust dobywał się tylko bulgot i krew. – To jeszcze nie jest koniec – wyszeptał.


67 Smok pojawił się jakby znikąd i wylądował tuż przy Morgwilu. Ten zataczając się wszedł w siodło umocowane na plecach bestii i razem odlecieli, znikając za zasłoną czarnego, tłustego dymu. *** Pablo szedł przez pustynię godzinami, nie napotykając żywej duszy. Martwej zresztą takoż. Nogę owinął resztkami ubrań swoich zabitych towarzyszy i usztywnił drewnianą szczapą. Wszystko, co mogło mu pomóc w wydostaniu się z tego okropnego miejsca spłonęło. Po karawanie, wierzchosłach i jego ludziach zostało wielkie, tłuste pogorzelisko. Zdawało mu się, że nie była to drogą, którą jechali. Okolica wyglądała wprawdzie znajomo, ale tutaj wszystko było identycznie. Pustynia, kamienie, piach. Z grodu Tomwila wyruszyli na północ, do Rowling. Podróż miała trwać pięć dni, a przebyli zaledwie dwa. Pablo uznał zatem, że rozsądniej będzie skierować się na południe, w kierunku Tomwil. Po jakimś czasie doszedł jednak do wniosku, że krąży. Napotykał identyczne kamienie w regularnych odstępach. Zupełnie jakby pustynia nie powstała naturalnie, a była stworzona z wielkich, identycznych paneli. Gdy zaczął zapadać zmierz, zatrzymał się na chwilę przy roślinie przypominającej kaktus. Była zielona i soczysta, ale pozbawiona kolców. Z pomocą sztyletu odciął kawałek. Wnętrze było wilgotne, a Pablo był bardzo spragniony. Zbliżył zatem ostrożnie kawałek do ust i dotknął go końcem języka. Sok był słodki, przyjemnie chłodny. Wiedział, że nie może od razu spożyć większej ilości, żeby się nie zatruć, jednak pokusa była olbrzymia. Siedząc pod kaktusem przeżuł powoli ten mały kawałek sycąc się jego słodyczą i patrzył na zachodzące słońce. W dłoni ściskał sztylet w obawie przed nadchodzącą nocą. ***


68 Bartosz Adamiak Era Mroku

Wieczór przyniósł Tomwil zamieszki. Grupa zamaskowanych i uzbrojonych mężczyzn zebrała się pod ratuszem. Żądali powieszenia burmistrza, czemu oczywiście burmistrz był przeciwny. Stał teraz w oknie swojego gabinetu i przyglądał się, jak za ogrodzeniem jego posesji zbierają się rebelianci. Palili kukłę i skandowali obraźliwe hasła. Byli to prawdopodobnie członkowie jakiegoś tajemnego bractwa, wywodzącego się z jednej z prześladowanych grup społecznych. Hasterisk wyliczał w głowie kto mógł pragnąć jego śmierci i lista była długa. Ostatnim, któremu nadepnął na odcisk był kupiec Heliksman. Po wewnętrznej stronie ogrodzenia zbierali się już strażnicy uzbrojeni w długie miecze oraz kusznicy z pawężami. Tłum buntowników liczył sobie na oko trzydziestu, może czterdziestu ludzi. Straż przyboczna burmistrza składała się z dwudziestu dobrze wyszkolonych wojów. Dodatkowo ściągnięto posiłki ze straży miejskiej, składającej się przeważnie z byłych najemników, weteranów karawan oraz nawróconych bandytów. Nie byli dobrze uzbrojeni, ale nadrabiali brutalnością i całkowitym brakiem litości. Nieraz słyszało się historie jak strażnik wyłupił komuś oko rozbitą butelką po whisky za nie okazanie dokumentów. Do listy swoich wrogów Fjutgaardt doliczył także większość obywateli, którzy mieli bezpośrednią styczność ze strażą miejską. Być może trochę się urzędnicy zbiesili, gdy burmistrz dał im do zrozumienia, że będzie przymykał oko na kastety i zabronione przez jego poprzedników metody przesłuchań polegające na duszeniu przesłuchiwanych mokrą ścierką wpychaną do gardła i zrzucaniu ich z palisady na trupisko. – Tak. Oni mogą chcieć mojej śmierci – powiedział głośno. – Oni pragną twojej śmierci panie – odrzekł głos w ciemności. – Hank Grothgaard. – powiedział burmistrz w zamyśleniu. – Jesteś przekomiczną postacią i w dodatku pojawiasz się zawsze tam, gdzie ktoś chciałby się czegoś dowiedzieć. Masz szósty zmysł, który służy ci do konfidencji?


69 Grothgaard wyłonił się z mroku, wziął kielich z winem stojący na stole i usiadł z nim w fotelu obitym ludzką skórą. – Wygodnie ci? – zapytał Fjutgaardt. – Bardzo. – upił nieco wina – Mam nadzieję, że nie spożywałeś dziś odchodów? Burmistrz lekko się zmieszał. – Skąd wiesz? – Hank Grothgaard jest najbardziej poinformowanym człowiekiem w Tomwil – wypiął dumnie pierś. – Dziś przybywam tu z dwiema sprawami, za które powinieneś mi zapłacić. – Jeszcze nie wiem, co to za sprawy, a już każesz mi płacić? – burmistrz usadowił się w drugim fotelu. – Lepiej, żeby były warte przynajmniej tyle, co czas, który ci poświęcam. Jak widzisz, mam na głowie kilka problemów. – Pierwsza sprawa to ta, że potrzebuję pieniędzy, by nie rozpowiadać na lewo i prawo, o twoich chorych zboczeniach. – Kochany, ja mam wrażenie, że już każdy o tym wie. Ile ? – Sto srebrnych goliatów. – Doprawdy powinienem zatrudnić cię w charakterze błazna – Hasterisk Fjutgaardt zaśmiał się nerwowo, po czym wyjął z kieszeni owłosioną portmonetkę z ludzkiej moszny i zaczął wyliczać srebrniki. – A ta druga sprawa? – kątem oka spojrzał na donosiciela. – Pozostawisz mnie z gołą dupą na pustyni. – Wiem, kto może ci pomóc z buntownikami – uśmiechnął się Hank. – Ja też wiem. Moi strażnicy. – Oni rozgromią tych tutaj. To jedynie mała grupa operacyjna. Według moich szacunków nie dalej jak za dwa dni zostaniesz doprowadzony na szafot i publicznie zmoczysz gacie dyndając wesoło na jak pajacyk. A ja będę obrzygiwał się ze śmiechu prażonymi jaszczurkami.


70 Bartosz Adamiak Era Mroku Słowa Grothgaarda najwyraźniej zrobiły wrażenie na burmistrzu. Podparł głowę na dłoniach i spojrzał na swoje stopy obute w drogie sandały, zdobione złotą nicią. – Co zatem powinienem zrobić? – Zaprzyjaźnij się z Heliksmanem. – Tym kupcem? To jakaś bzdura! Ostatnia rzecz, której pragnę! – Moje ptaszki świergoczą, że Thatduush Heliksman jest obecnie w pierwszej dziesiątce najbardziej wpływowych ludzi. – Daj spokój – machnął ręką burmistrz. – Mam przyjaciół w pierwszej trójce najbardziej wpływowych ludzi w Tomwil. Co mi po jakimś kupcu, który w dodatku, sam chętnie doprowadziłby mnie na szafot. – Ja mówię o dziesiątce najbardziej wpływowych ludzi w całej Pustynnej Krainie. Heliksman rzeczywiście ma ci za złe ten incydent z Knurrem Rangarem, ale sam też ma problemy. Przydałby mu się silny sojusznik. – To znaczy? – Hasterisk Fjutgaardt wstał, by także nalać sobie wina. – Wykończył przemysł bandycki. Nikt już nie chce płacić pięćdziesięciu goliatów za butelkę whisky, skoro w hurcie idzie po dziesięć, a później można ją kupić na bazarze po piętnaście. Brak bandytów to dużo większa konkurencja i dużo niższe ceny. Oczywiście Heliksman sam jest, zdaje się pierwotnym źródłem whisky, ale w zasadzie ma nóż na gardle. Musi sprzedawać towar każdemu, kto zechce go kupić. I nie może już dyktować cen, bo na północy pędzą całkiem niezły samogon po pięć goliatów za baniak. Znalazł się zatem, kolokwialnie mówiąc, w czarnej dupie. I albo znajdzie silnego sojusznika, albo diabli wezmą cały ten jego interes i jego samego. – Diabli, powiadasz – zamyślił się burmistrz. – Nie jestem pewien, czy mogę mu ufać. – Obawa jest jak najbardziej słuszna – Hank opróżnił swój kieliszek i odstawił go w okolice burmistrza, by ten mu napełnił. – Thatduush Heliksman to zdradliwa


71 świnia. Ale i ciebie panie ciężko tytułować honorowym. Obaj macie wiele do stracenia i wiele do zyskania na współpracy. Fjutgaardt wyjął z szuflady biurka papierowy worek, z którego wysypał na stół małe, zasuszone bobki i bez skrępowania zaczął je zjadać. – Częstuj się. – Dziękuję – Hank poczuł, jak obiad podchodzi mu do gardła. – Cholernie przydatny z ciebie człowiek Hank. Ile chciałbyś za tę informację? – burmistrz powoli przeżuwał odchody wpatrując się ze skupieniem w donosiciela. – Drobiazg. Pół tysiąca goliatów. – Pół tysiąca powiadasz. A co jeśli każę cię przywiązać do czterech wierzchosłów i rozerwać na kawałki? Hank Grothgaard próbował nie tracić pewności siebie, ale słabo mu to wyszło. *** Pablo Sauromata szybował w ciemnej przestrzeni. W dole migały maleńkie światełka, które zbliżały się. Znajdował się wysoko nad miastem i widział pod sobą latarnie uliczne, ulice i wieżowce. Były one jednak ułożone zarówno w poziomie jak i w pionie. Po lśniących nitkach śmigały z olbrzymią prędkością półprzeźroczyste kapsuły, wewnątrz których zasiadali ludzie. Jednak ani oni, ani miasto, które znajdowało się w dole, nie pochodzili stamtąd, skąd przybył on. Gdy wleciał pomiędzy wysokie wieżowce widział w oknach istotny bardzo przypominające ludzi, ale wyższe, gładsze i poruszające się z większą gracją. Oni także go widzieli, bo machali mu przyjaźnie i uśmiechali się. Nagle wszystko znikło i ocknął się na pustkowiu w środku nocy. Był zlany potem i okropnie bolał go brzuch. Domyślił się, że to wina kaktusa i stwierdził, że byłoby to niezwykle zabawne, gdyby umarł tutaj na pustkowiu po tym, jak stał się lokalną


72 Bartosz Adamiak Era Mroku legendą i postrachem złoczyńców. Ptactwo wydziobie mu twarz i wszyscy będą zastanawiali się gdzie podział się Pablo Sauromata. Znów stracił przytomność. *** Na placu przed posiadłością burmistrza Hasteriska Fjutgaardta trwały walki. Grupa pragnąca śmierci władcy, odpierała atak straży miejskiej i ratuszowej. Przewaga zdecydowanie znajdowała się po stronie rządzących, choć buntownicy mieli w swoich szeregach kilku prawdziwych osiłków. Pośród nich szczególną walecznością wyróżniał się niejaki Hrgad Vogmand, zwany Walecznym. Dawniej i on służył w straży przybocznej, jeszcze za poprzedniego burmistrza. Gdy jednak ów zginął z ręki Fjutgaardta, Hrgad został bywalcem karczm, a wokół jego osoby roztaczała się aura niebezpieczeństwa. Teraz znajdował się w samym środku bitwy i wymachiwał potężnym toporem. Wokół niego usypała się kupka z ciał zarówno jego przyjaciół, jak i wrogów. W chwili, gdy Fjutgaardt odsłonił firanę, by zaktualizować swoje informacje na temat sytuacji na polu walki, topór Hrgada rozpołowił tułów jednego z najbardziej zasłużonych członków przybocznej straży burmistrza, Braxta Herdwiga, od obojczyka po krocze. Jego wnętrzności wypełzły jak czarne węże na lepki od krwi bruk, a jego nogi drgały jeszcze chwilę po tym, jak obie części korpusu bezwładnie opadły. Hasterisk Fjutgaardt zastanawiał się, kto opłacił Hrgada i jego kompanów. Zgodnie z radą Grothgaarda posłał już po Thatduusha Heliksmana, by przeprowadzić z nim rozmowy dotyczące zawarcia paktu. Gdyby okazało się, że to właśnie on stoi za buntem, pójdzie na męki i śmierć. Chcąc zaoszczędzić pięćset goliatów, kazał także uwięzić kapusia w nadziei, że uda się wyciągnąć z niego jeszcze więcej informacji. – Głodówka? – zapytał Brot, który zastąpił Knurra Rangara, zamordowanego okrutnie przez ludzi Thatduusha.


73 – Tak, przegłodźcie trochę szumowinę – odparł burmistrz wpatrując się w okno. – Jeżeli nie zacznie mówić, przypieczcie go trochę. Do rana chcę wiedzieć, czyje pieniądze stoją za tym buntem. Jeżeli nie uda się nic z niego wyciągnąć, wywlecz go na dziedziniec główny i wezwij maestra Gratta. – Tak będzie panie – odparł Brot i skierował swoje kroki ku drzwiom. – Brot. – Tak panie? – Przynieś mi łuk i kilka strzał. – Naturalnie. Brot zniknął i po chwili pojawił się znów z doskonałym łukiem refleksyjnym oraz pęczkiem strzał. Burmistrz kazał położyć to wszystko na stole, pogasił świece i otworzył okno. – Dziękuję ci Brot. Po stracie Knurra Rangara czułem się trochę... bezradnie. Naprawdę doceniam twoją pracę. – Dziękuję panie. Czy mogę się jeszcze na coś przydać? – Nie sądzę, abym przespał tę piekielną noc, ale gdyby tak się stało, obudź mnie rankiem, gdy już Grothgaard będzie w rękach kata. – Tak będzie panie. Brot wyszedł. Burmistrz czuł, że jego ciało drży. Zdaje się, że był to strach. Chwilę wpatrywał się w walczący tłum, po czym wziął do ręki jedną ze strzał. Była wykonana perfekcyjnie. Łuk również stanowił swoisty majstersztyk. Ułożył się do strzału i zaczął szukać celu. Najbardziej kuszącą wydawał się wielki Hrgad Waleczny, który odcinał teraz puginałem głowę jednego ze strażników. Burmistrz naciągnął cięciwę i zwolnił ją niemal natychmiast. Strzała bezgłośnie poszybowała w noc. Po chwili ujrzał jak Hrgad usiłuje złapać się za plecy na wysokości nerek, jednak jego potężna budowa uniemożliwia mu to. Chwila dekoncentracji z powodu bólu i już jeden z młodych strażników miejskich odciął mu głowę długim mieczem. Ta spadła na


74 Bartosz Adamiak Era Mroku ziemię i poturlała się w tłum, kopana przez walczących. Burmistrz zaśmiał się pod nosem. *** Kiedy otworzył oczy ujrzał uśmiechniętą twarz starca. Nadszedł świt, a Pablo czuł się tak, jak zwykle po nocy sylwestrowej. Potwornie bolała go głowa i czuł w ustach smak wymiocin. – Witaj cudzoziemcze – odezwał się obcy. – Szukałem cię. Próbował odpowiedzieć, ale jego język zachowywał się jak wielka, tłusta, bezwładna larwa. – Spokojnie. Mamy dużo czasu. Pomogę ci wstać. Starzec przerzucił ramię Sauromaty przez plecy, uniósł go i ruszyli przez pustynię. Wędrówka nie była długa, bo tuż za wydmą znajdował się szałas, misternie utkany z gałązek przypominających wiklinę i obłożony skórami. Dookoła panowała absolutna cisza przerywana tylko czasem dźwiękiem wydanym przez ścierwojady krążące wysoko na niebie. – Ciągle tu są – zaśmiał się starzec. – Bardzo liczą na mnie. Ale się przeliczą. I przeliczą się ich dzieci. I dzieci ich dzieci. Nazywam się Engmont Farasz. – Paweł. Właściwie Pablo – w głowie Sauromaty panował chaos. Gdy usiedli, starzec rozniecił przygaszony płomyk w niewielkim ognisku i zaczął smalić wielką skolopendrę na patyku. Powiedział, że ma czterysta pięćdziesiąt dwa lata, a w tym miejscu nietrudno było w to uwierzyć. – Możesz się nazwać szczęściarzem Pablo – roześmiał się swoim szorstkim, chrapliwym głosem. – W promieniu wielu kilometrów nie spotkałbyś nikogo, a trafiłeś do mojego wychodka. – Wychodka?


75 – No, sraczyka – Engmont uczynił adekwatny gest dłonią przy swoich pośladkach. – Gdy tylko dowiedziałem się, że przybyłeś do Pustynnej Krainy... – Skąd wiedziałeś? – przerwał mu nagle. – To Ty jesteś tym starym, porąbanym gościem, który nękał Tadeusza? – Tak, to ja – roześmiał się i włożył sobie do ust całą skolopendrę. – Czehstuj się – wskazał skrzynkę, w której pełzały robale. Pablo wziął jednego z nich, nadział na patyk i skierował nad ognisko. – Ten kaktus, który zjadłeś – powiedział Engmont wydłubując nożem nogę robaka spomiędzy zębów – zawiera bardzo niebezpieczną substancję. Gdybym cię nie znalazł, nakarmiłbyś sobą moje ptaszki – wskazał niebo. Wygłodniali padlinożercy krążyli nad szałasem. – Zażywa się go w celach rytualnych, ale naprawdę niewielkie ilości. Wywołuje przeniesienie duszy w inne miejsce. Większa dawka to pewna i niezbyt sympatyczna śmierć. Ciało zaczyna się rozpadać żywcem. – Czym jest to przeniesienie duszy? – To przypomina halucynacje, tylko że naprawdę znajdujesz się w innym miejscu. Zapewne doświadczyłeś tego. – Widziahem jakieh miahto – teraz Pablo walczył ze swoim robakiem. – Miasto? – Takie miasto przyszłości, latające... rydwany i dziwnych ludzi. – Zatem wiesz więcej niż powinieneś – zaśmiał się starzec, a po chwili nagle spoważniał. – Posłuchaj mnie Pawle. Wiem, że pochodzisz z bardzo daleka, i że tam skąd pochodzisz, nie mówicie na samochody rydwany. Mam czterysta pięćdziesiąt jeden lat. Jestem mędrcem i eremitą. Znam odpowiedzi na wiele pytań. Gdybyś mógł zadać mi tylko jedno pytanie... tylko jedno... – Znalazłem się tutaj przez takiego jednego bandytę... – Tak, wiem. – … nazywa się Morgwil i ma smoka. – Morgwil?


76 Bartosz Adamiak Era Mroku – Tak, jestem konwojentem i niejakiego Tadeusza i jechaliśmy z dużą dostawą whisky do Rowling. – Głupcze! – eremita wściekł się nie na żarty. – Powiedziałem ci, że znam odpowiedzi na wiele pytań, a ty zamierzasz zapytać mnie jak pokonać Morgwila i tego drugiego? – Smoka. Engmont Farasz wstał i zaczął nerwowo chodzić tam i z powrotem przed swoim szałasem. Momentami szeptał coś pod nosem i wymachiwał rękami. Pablo zaczynał nabierać podejrzeń, że stary rzeczywiście jest rąbnięty, gdy nagle ten wrócił do ogniska i usiadł. – Dobrze zatem. Chcesz naprawdę walczyć z Morgwilem i pokonać go? Powiem ci, co masz zrobić. – O, byłoby świetnie – Pablo nadział sobie kolejną skolopendrę na patyk. – W porządku. Nie ma problemu. A jak już go zabijesz, wróć do mnie i powiem ci, jak wrócić do domu – zaśmiał się Farasz. – Wiesz, jak mogę wrócić do domu? – Tak. Ale nie powiem ci tego teraz. Miałeś szansę. Mogłeś zapytać o to. A teraz dowiesz się dopiero jak zabijesz Morgwila – zaśmiał się znów. W tym momencie Pablo ugryzł się w język. – Nie zrobisz nic, gdy są razem. Musisz ich rozdzielić. Osobno żaden z nich nie stanowi zagrożenia, bo każdy ma słabą stronę. Starzec splunął w ogień. Jego głos nabierał szamańskiego zaśpiewu, zupełnie jakby wpadł w jakiś trans. – Może wydawać się, że Morgwil jest sam, ale smok zawsze krąży gdzieś w powietrzu i widzi wszystko. Nie daj się zwieść pozorom. Oddziel ich naprawdę. – Jak? – Sposób drugi! – wciął się starzec złośliwie. – Możesz zakraść się nocą do ich siedliska. Są tak zuchwali, że w kryjówce czują się całkowicie bezpieczni. Nie wie-


77 rzą, by kogokolwiek było stać na to, żeby wejść w nocy, po cichu do ich nory. Tam spokojnie poderżniesz gardło i jednemu i drugiemu. – A gdzie jest kryjówka? – Milczeć i słuchać! Sposób trzeci. Dagon jest szlachetnie urodzonym smokiem ze starego rodu, który dawno temu władał tymi ziemiami. Rodu dużo starszego niż ludzkość. Jest honorowy. Ten pieprzony szczeniak uwięził go wiele lat temu i namieszał w głowie. Przekonał go do tego, że czynienie zła jest lepsze, niż czynienie dobra. Jednakowoż nikt nie jest odlany ze stali. Każdego da się zmienić. Każdy człowiek i każdy smok ma w sobie wagę i dwie szalki, które w ciągu życia przeważają to w tę, to w drugą stronę. Jeżeli smok zrozumie, że stał się narzędziem i pogrążył swój ród w hańbie, dla głupich zachcianek człowieka, sam się rozprawi z Morgwilem. Gdy skończysz zadanie, wróć do mnie i powiem ci, jak wrócić na Ziemię. Potem opadł zmęczony na swoje wyłożone skórami legowisko. – Nadchodzi era mroku – powiedział nieprzytomnie.


78 Bartosz Adamiak Era Mroku

Część trzecia: Polowanie – Powtarza ciągle to samo. Coś o jakiejś erze mroku – krzyknął Brot stojąc nad nagim, pokrwawionym ciałem Hanka Grothgaarda. Hasterisk Fjutgaardt i Thatduush Heliksman schodzili po schodach na dziedziniec, gdzie od rana chłostano donosiciela. – Era mroku? Co to takiego? – zapytał kupiec. – Pewnie jakieś wieśniackie zabobony – zaśmiał się burmistrz zadowolony z zawartego paktu. Heliksman przybył około trzeciej w nocy w obstawie czterech rosłych mężczyzn i o świcie, po wypiciu wielu kieliszków wódki byli już jak bracia. Zdążyli jeszcze dostrzec z murów, jak straż wykonuje bezlitosne egzekucje na ostatnich buntownikach. – Tak jak ci mówiłem Grothgaard. Nie lubię płacić za informacje, które nie mają wartości. Co mnie obchodzi, że nadchodzi jakaś tam era – powiedział Fjutgaardt odpalając cygaro ze skrzynki, którą otrzymał jako dar na początek owocnej współpracy. – Całe szczęście, że ci nie zapłaciłem. Natomiast swojej części umowy zamierzam dotrzymać. Grothgaard uniósł swoją straszliwie obitą głowę i spojrzał na dwóch wielmożów. Najwyraźniej bawili się pysznie. Przysiedli na prowizorycznej ławeczce wykonanej z przeciętej wzdłuż belki i palili cygara. Na dziedziniec wprowadzono cztery rosłe wierzchosły. Brot rozwijał długą linę i ciął ją na równe kawałki długości trzech metrów. – Słuchaj Thatduush – zaczął nagle Fjutgaardt. – Nie domyślasz się może, komu mogło zależeć na obaleniu mnie? – Poza mną? – obaj wybuchli sztucznym śmiechem. – Na pewno doskonale zdajesz sobie sprawę, że to mógł być każdy. Począwszy od jakiegoś nadzianego


79 członka rodziny jednej z setek twoich ofiar, skończywszy na kimś, kto chciałby zająć twoje miejsce, ale nie ma wystarczająco ikry, aby po ludzki przyjść i poderżnąć ci gardło. – A któż taki mógłby chcieć zająć moje miejsce Tad? – Bo ja wiem – kupiec wypuścił sporą chmurę dymu. – Powiedziałbym, że ostatnio wszystko zaczyna się stabilizować w pustynnej krainie. I mam w tym swoją zasługę. Dzięki moim karawanom przestępczość na traktach handlowych znacznie zmalała. – Zatem powinniśmy ogłosić publicznie, że to nasza wspólna zasługa. Jako burmistrz wspieram takie inicjatywy. Pokażmy moją drugą, dobrą twarz. – Jeżeli ktoś chce zająć twoje miejsce, dobra twarz nic tu nie pomoże. Musisz uzbroić swoich chłopców w stal z Rae Ragis. Wkrótce wróci moja karawana z Rowling, skąd mieli odebrać sporą dostawę dobrego towaru. – W Rae Ragis nie produkuje się już stali – burmistrz spojrzał podejrzliwie na kupca. – Próbujesz sprzedać mi jakiś stary szmelc? – Ależ skąd? W samym Rae Ragis nie, ale w Rowling żyją nadal dwie rodziny z tradycjami, które przeniosły się na południe po buncie górników. Przerwali rozmowę, bo maestro Gratt skończył wiązać liny do kończyn Grothgaarda i do wierzchosłów. Teraz zaczął smagać zwierzęta biczem. Ciało Hanka uniosło się metr nad ziemią i rozciągnęło w czterech kierunkach. Donosiciel wrzasnął przeraźliwie, a kat uderzał jeszcze mocniej. Brot cofnął się, z niesmakiem na twarzy. – Ale będzie jatka – powiedział burmistrz wypuszczając kłąb dymu. Po kilku minutach krew spływała po linach w miejscach, gdzie przywiązane były do rąk i nóg Hanka Grothgaarda. Jego przeguby były sine, opuchnięte i nienaturalnie wykręcone, choć nadal wszystko było na swoim miejscu. Maestro Gratt wyjął spory nóż z pochwy zawieszonej nisko na udzie i zbliżył się do skazańca. Jedną ręką ujął ramię Grothgaarda, drugą zaczął metodycznie piłować mięsień naramienny w akompaniamencie wycia i charczenia. Naciął kolejno oba ramiona w miejscu, gdzie


80 Bartosz Adamiak Era Mroku nasada kości łączy się z obręczą barkową. To samo uczynił tam, gdzie udo łączyło się z miednicą. Skazaniec nie krzyczał, bo dławił się swoją śliną i krwią. Prawdopodobnie odgryzł sobie język. Jego żuchwa drgała, a on błagalnym spojrzeniem patrzył na burmistrza w nadziei, że ten każe go uśmiercić szybko. To jednak nie miało nastąpić. Kat uderzył jednego z wierzchosłów trzonkiem noża, a ten gwałtownie ruszył do przodu wyrywając prawe ramię z korpusu i pognał razem z nim ku uchylonej bramie stajni. Choć zdawać by się mogło, że Hank Grothgaard już nie da rady krzyczeć, wydał z siebie jeszcze jeden przeraźliwy wrzask, a zaraz potem utracił kolejną rękę. Wówczas wierzchosły przywiązane do nóg rozciągnęły jego ciało w szpagat ze zwisającym, bezrękim, sikającym krwią tułowiem. Nie trzeba już było długo czekać. Lewa noga puściła, a korpus wraz z prawą został pociągnięty przez wierzchosła do stajni. Na placu pozostała jedynie ogromna kałuża krwi oraz czerwony ślad wiodący za ostatnim wierzchosłem. – No i po sprawie – powiedział burmistrz, wstał i zgasił cygaro o ławkę. – Nie żyje? – zapytał blady Thatduush. – Cóż, nie jestem cyrulikiem. Nie mam wystarczających kompetencji, by móc z całą pewnością stwierdzić zgon. Ale na pewno nie zatańczy już na żadnym weselisku. *** Gdy Pablo stanął przed bramą Tomwil, strażnicy uznali go za włóczęgę. Szef zmiany splunął tylko z pogardą i rzucił mu podgniłą, ludzką głowę. – Odejdź, albo zetniemy i twój łeb. A potem nabijemy na włócznię! – Pracuję dla Thatduusha Heliksmana. Czy moglibyście kogoś do niego wysłać i zapytać. Nazywam się Pablo Sauromata? – Ten Pablo Sauromata? – strażnicy roześmiali się. – Ten słynny Sauromata, postrach pustyni? Może zatem wykonasz szturm na bramę i weźmiesz miasto siłą?


81 Obaj roześmiali się. Pablo pokręcił głową z rezygnacją. Brama otwarła się z łoskotem. Najwyraźniej strażnicy byli bardzo znudzeni. Sauromata był mocno osłabiony. Jedzenie skończyło mu się dwa dni temu. Woda zaledwie dzisiejszego poranka, ale upał był tak ogromny, że z pewnością doszło do poważnego odwodnienia. Ruszył przez bramę. – Morgwil rozwalił nam konwój – powiedział wchodząc do gabinetu Tadeusza. – Nie sądziłem, że ktokolwiek może nam jeszcze zagrozić, ale on miał ze sobą smoka. I ta cholerna bestia paliła wszystko żywym ogniem. – Szlag by to! – zaklął kupiec i wstał od stołu. – Słyszałem o Morgwilu. W ostatnich latach było spokojnie, ale dawniej, gdy zaczynałem w tym fachu, bywało o nim głośno. Mój konwój napadł tylko raz. Wówczas zginął Virgaan, jeden z moich najlepszych ludzi. – Brata Homgwila? – Zgadza się. Tadeusz wziął cygaro z eleganckiego kredensu, niewątpliwie pochodzącego z Ziemi. – Nie możemy pozwolić, by Morgwil znów zagrażał karawanom – powiedział w zamyśleniu. – Jestem tego samego zdania. Pablo bił się z myślami, czy powinien wspominać swojemu szefowi o spotkaniu z Faraszem. Uzyskał od starca poradę, jak rozprawić się z Morgwilem i jego smokiem, ale właściwie nie było konieczności ujawniania całej prawdy. Zwłaszcza, że Heliksman nie darzył starca sympatią. – Chyba mam pewien pomysł – odezwał się w końcu. – Jaki? – Twój medalion, który otwiera bramy – Pablo usiadł przy stoliku i pociągnął z wielkiej butli. – Co by się stało, gdybyś otworzył bramę na Ziemię, ja wepchnąłbym do bramy Morgwila, a ty byś ją zamknął?


82 Bartosz Adamiak Era Mroku – Cóż... – kupiec zamyślił się. – Morgwil jak każdy z nas, zostałby przyciągany do naszej planety. Gdyby brama się zamknęła, musiałby wrócić najkrótszą, możliwą drogą, a zatem przez przestworza. – Której to podróży, według mojej wiedzy nie ma prawa przeżyć – uśmiechnął się złowieszczo Pablo. – A co ze smokiem? – Obserwowałem ich. Smok bez Morgwila prawdopodobnie da dyla. – Obyś miał rację Pablo. Jeżeli smok podejmie walkę, zginiemy wszyscy. Ta operacja będzie wymagała od nas sporego poświęcenia. I przede wszystkim mojej obecności. *** Engmont Farasz spał już twardo, gdy przed jego pustelnią pojawił się świecący prostokąt będący bramą. Chwilę potem na gorącym piasku pustyni stanął wysoki, szczupły mężczyzna, ubrany w obcisły, błękitny kombinezon. Brama zniknęła, a mężczyzna rozejrzał się po okolicy, by upewnić się, że nikt nie zobaczył jego przybycia. Zbliżył się do szałasu pustelnika i kucnął nad śpiącym. – Farasz – wyszeptał. – Farasz! Zbudź się! Pustelnik otworzył jedno oko i uniósł głowę. Na jego oświetlonej dogasającym ogniskiem twarzy malowało się zdziwienie. – Haakih? Co ty tutaj robisz do cholery? – Mnie również miło ciebie widzieć – uśmiechnął się kwaśno. – Odzyskałeś swój Kaahc? – Jeszcze nie. Pracuję nad tym. Usiądź Haakih – Farasz podniósł się do pozycji siedzącej i postawił rondelek z wodą nad ogniem.


83 – Pracujesz nad tym od dziesięciu lat – mężczyzna usiadł przy ognisku. – Szefostwo jest wściekłe. Jesteś dupa nie obserwator. Wiesz chociaż, że w twoim rewirze przebywa ktoś spoza Pandemii? – Masz mnie za idiotę Haakih? Może nie mam Kaahc, ale obserwatorem jestem. I to dobrym! – Skoro tak, to na pewno wiesz, że nie jest najlepiej. – Tak, wiem. Podczas gdy wy tam na górze musicie zwołać naradę, by zastanawiać się nad tym, jakim papierem podcierać sobie tyłek, tutaj przez sto lat naprawdę dużo da się zaobserwować. Dwadzieścia lat temu w kopalni pod Rae Ragis doszło do buntu. Górnicy zarżnęli prawie cały personel. Ci, którzy ocaleli, uciekli na południe. Wprawdzie Odbiornik działa, ale punkt kontaktowy został zlikwidowany. Jak inaczej mam to rozumieć? – Cieszę się, że twoje starcze oczy nie zaszły bielmem... – O moje oczy się nie martw. Zamierzam odzyskać Kaahc i przywrócić tu ład. Potrzebuję jeszcze tylko trochę czasu. – Ciągle tylko prosisz o czas Farasz. Jeżeli era mroku zastanie to miejsce w takiej postaci, nastąpi niewyobrażalny chaos. Istna eksplozja zła i zniszczenia. Punkt kontaktowy musi być w pełni funkcjonalny. Obserwator musi mieć Kaahc. Strażnik... tylko na Strażnika można liczyć – westchnął i usiadł. – Co z tym obcym? – Z moich obserwacji wynika, że przybył z Ziemi. Ściągnął go tutaj Heliksman podczas jednej ze swoich wycieczek. Haakih poskrobał się po wysokim czole. Wyciągnął ze skrzynki Engmonta skolopendrę i zjadł żywcem. – Odeślij go z powrotem do domu. – Odeślę. A ściślej rzecz biorąc, zrobi to Strażnik. – Nie lubisz sobie brudzić rąk, co? – zaśmiał się przybysz. – Zawsze byłeś cieniasem. Wracam do siebie, ale będę cię miał na oku.


84 Bartosz Adamiak Era Mroku Wstał, otworzył bramę i zniknął w jej wnętrzu. Engmont zdjął z ognia rondel i wsypał do niego garść zasuszonych liści Meathy. Napar z Meathy miał ukoić jego skołatane nerwy i pozwolić zasnąć. *** Pablo nie był szczególnie zadowolony, gdy okazało się, że Tadeusz sprzymierzył się z Hasteriskiem Fjutgaardtem. Jednak burmistrz, usłyszawszy o zasadzce na Morgwila, wystawił do pomocy piętnastu członków straży przybocznej i piętnastu łuczników miejskich. Ci ukryli się na wozie opancerzonym, którego burty obudowano solidne drewnianymi belami obitymi blachą. Wóz miał prawie cztery metry wysokości i ciągnęło go dziesięć wierzchosłów. Piechurzy burmistrza wsiedli do drugiego wozu, który był okryty szmatami i symulował cenny ładunek. Na przedzie konwoju jechał wóz z balistą, a na końcu jeszcze dwa wozy pełne zbrojnych Tadeusza, oraz wóz dowodzenia, w którym siedział sam kupiec i Pablo. Fjutgaardt, mimo gorących zapewnień, nie pojawił się w punkcie zbornym. Wysłał gońca z informacją, że męczą go straszliwe wapory. Za to wsparł inicjatywę rozpowiadając na lewo i prawo, że do Rowling wyrusza niezwykle cenny konwój. – Morgwil z pewnością się pojawi – krzyknął Heliksman, gdy ruszali. Nieobecność burmistrza była im na rękę. Z oczywistych względów nie mógł dowiedzieć się o medalionie, który otwiera bramy do innych światów. W dodatku Fjutgaardt pragnął, aby Morgwila schwytano żywcem, by mógł potem przypisać sobie zasługi i wykonać publiczną egzekucję. – Osobiście urżnę mu łeb tępym nożem – wołał za nimi władca Tomwil, gdy dnia poprzedzającego wyjazd opuszczali jego dom. – Zrobimy co w naszej mocy – zapewniał Sauromata śmiejąc się w duchu. Kiedy wyjeżdżali z miasta, Pablo wsiadł na wóz obok Tadeusza. – Dlaczego się z nim sprzymierzyłeś?


85 – Polityka to trudna sprawa – odrzekł kupiec wyjmując skręta zza ucha. – Dziś, w dobie niepokojów społecznych, strategiczne sojusze stanowią klucz do przetrwania, mój drogi Pablo. Nie ulega wątpliwości, że gdy nadejdzie odpowiedni moment, wrażę sukinsynowi sztylet prosto w miejsce, gdzie u normalnego człowieka znajduje się serce i przejmę urząd. Wozem przyjemnie bujało, a Thatduush zaciągnął się porcją dymu i wstrzymał oddech. Świeciło piękne słońce, lecz temperatura była stosunkowo niska, jak na Pustynną Krainę. Idealny dzień na zasadzkę. – Więc o to chodzi? Chcesz zostać burmistrzem Tomwil? Dlatego zawierasz sojusz z tą gnidą? Nie pamiętasz, jak nasłał na nas swojego szpiega? – Nie ulega wątpliwości, że pan Fjutgaard kombinuje dokładnie tak samo jak ja – zaśmiał się Tad wypuszczając dym. – Z pewnością uświadczymy sytuacji, w której i on będzie chciał zlikwidować mnie, i przejąć mój interes. – W takim razie już zupełnie nie rozumiem, o co chodzi. – Gdy pojawia się wspólny wróg, trzeba łączyć siły. – Aż tak boicie się tego Morgwila? Widziałem, co potrafi, ale żeby od razu... – Morgwil jest niebezpieczny – rzekł Tadeusz – ale jest coś jeszcze. Zauważyłeś, że w powietrzu wisi jakaś... groźba? Dzieją się różne rzeczy. Kilka dni temu na rezydencję burmistrza zaatakowali buntownicy. Rankiem, gdy dokonywano egzekucji na donosicielu, wołał on coś zupełnie niezrozumiałego. Że nadchodzi jakaś era... – Nadchodzi era mroku? – Właśnie – Tad zakaszlał – skąd wiedziałeś? To samo mówił Farasz, jednak Pablo nie mógł zdradzić się z tym, że był u starca. – Jakiś kaznodzieja wczoraj w rynku wykrzykiwał, że era mroku nadchodzi i że wszyscy zginą. – To dziwne, nie uważasz?


86 Bartosz Adamiak Era Mroku Pablo milczał. Konwój opuszczał właśnie Tomwil. Na bramie stał ten sam szef zmiany, który wcześniej zrzucił Sauromacie odciętą głowę. Teraz wymachiwał mu swoimi wielkimi, acz obwisłymi genitaliami. Pablo w rewanżu pomachał mu na pożegnanie środkowym palcem. – Zatem gdy już pozbędziemy się Morgwila, załatwisz Fjutgaarda i zostaniesz burmistrzem, tak? – zapytał Sauromata. – I co potem? – Potem będę rządził tym miastem. Obsadzę najważniejsze stanowiska gronem moich zaufanych ludzi i nie myśl nawet, że zapomnę o tobie. Potem zaś będziemy robić to samo, co do tej pory, tylko na znacznie większą skalę. *** Morgwil leżał w fotelu w swej ulubionej pozycji, głową w dół. Z jego ust i nosa sączyła się krew. Ranę w szyi niedbale przewiązał kawałkiem szmaty. Fakt, że sztylet Sauromaty nie wyrządził poważnych szkód, zakrawał na cud. – Wezwij tego śmierdziela! – Wrzasnął. – Chcę widzieć to garbate ścierwo! Smok wczołgał się do jamy. – Grothgaard nie żyje panie. Tak w każdym razie mówi ten chłopak, który dostarcza mięso do ratusza. – Jak to nie żyje? – Ten młody mówi, że wczoraj widział w stajni rozerwane zwłoki. Należały do Grothgaarda. – Cholerni informatorzy. Umierają tak szybko, w tak niespodziewanych okolicznościach – westchnął Morgwil. – Jak pamięcią sięgam, jedynie Brammah zmarł śmiercią naturalną… – O ile do śmierci naturalnych kwalifikuje się wykrwawienie – odparł smok. Morgwil wyprężył się i wybił energicznie do góry, wykonał salto i spadł na nogi twarzą do smoka.


87 – Co z Sauromatą? – Dziś rano z Tomwil wyruszył duży konwój. Widziałem ich koło dziesiątej na wysokości Suchej Szpary. – A coś ty tam robił świntuchu? – zaśmiał się czarny wojownik. – Wiesz, że znajduje się tam grób mojego ojca. – Tak, tak. Żartuję sobie tylko. Ilu ich było i jak byli uzbrojeni? Damy radę we dwóch? – Wozów było około siedmiu. Mieli dwie balisty i opancerzony pokład z łucznikami. Z pewnością będzie ciężko. Nie pakujmy się w to... – Nikt nie obiecywał, że zbójnictwo to kasza ze skwarkami. Zbieraj się. Idziemy im dokopać. Morgwil podniósł z kościanego stołu swój miecz i ekwipunek. Ruszył ku wyjściu z jaskini. Smok spojrzał smętnie w tym kierunku. – Posłuchaj mnie smoczku mój miły – rzucił Morgwil. – Przygotuj jad parujący, dużo jadu parującego… Jad parujący był efektem nieprawidłowej diety. Smoki nie przepadały za nim, bo wiązał się ściśle z bardzo złym samopoczuciem zarówno w trakcie, jak i długo po użyciu. Miał jednak unikalne właściwości bojowe, szczególnie w wojnie psychologicznej. Wszyscy lękali się smoczego jadu, ale jadu parującego bali się jeszcze bardziej. W odróżnieniu od klasycznego napalmu, jadem parującym nie trzeba było trafiać bezpośrednio w cel. Wystarczyło, aby ukrop znalazł się w pobliżu ludzi, gdyż niemal od razu zmieniał stan skupienia z cieczy w ciężki gaz, unoszący się nie wyżej niż do trzech metrów nad polem walki. Po wchłonięciu drogą oddechową, w pęcherzykach płucnych następowała reakcja z krwią i powstawał pęcherz jadowy, wypełniony różowym, przeźroczystym płynem oraz podrobami. Pęcherz przesuwał się w dół korpusu, trawiąc wszystko na swej drodze, i wydostawał się z ciała na jeden z dwóch sposobów: albo dołem, albo bokiem.W wariancie dolnym, następowało przerwanie w kroczu i kompot wraz z podrobami wylewał się wprost pod nogi ofiary.


88 Bartosz Adamiak Era Mroku Wariant boczny był nieco bardziej ekspresyjny. W okolicach podbrzusza pojawiał się bąbel, który pękał jak balon i zawartość wylewała się, na podobieństwo wodospadu. Człowiek, który padł ofiarą jadu parującego cierpiał raptem kilka minut, ale przy powszechnym poziomie wiedzy medycznej, zwłoki można było zakwalifikować jako doskonale zachowane. Podejrzliwość budzić mogła jedynie dziura oraz spazmatycznie wykrzywiona twarz, która zwykle utrwalała się przez stężenie pośmiertne. Ponieważ w tych stronach rzadko kiedy trup nadawał się do ekspozycji przy pochówku, ofiary jadu parującego, zwykle doskonale zachowane, wystawiano po uprzednim wymalowaniu radosnymi kolorami uśmiechu i czerwonych policzków. Nikt też nie zjadał zwłok, ponieważ wierzono, że jad parujący zostaje w ciele i zatruwa mięso. Zresztą słusznie. Morgwil szczególnie ukochał sobie jad parujący. Wrzaski ofiar były dla jego uszu jak najwspanialsza muzyka, a jedyna przewaga prawdziwej muzyki nad tą, był fakt, że po skończonym koncercie odcinał grajkom kończyny i patrzył jak wijące się korpusy, zabawnie wierzgają wykrwawiając się na śmierć. *** Trupi Jar nie był miejscem wybieranym przez nowożeńców na podróż poślubną. Większość normalnych ludzi unikała go jak ognia. Nie tylko ze względu na nazwę, czy ponurą historię, która się z nią wiązała, ale przede wszystkim na teren, dogodny do urządzenia zasadzki. Pablo protestował, by nie jechali przez Trupi Jar, zaś Tadeusz wręcz przeciwnie – zarządził postój. – To głupota! Jeżeli Morgwil zlokalizuje nas w tym miejscu, będziemy idealnie wystawieni na ogień smoka i odcięci z dwóch stron od drogi ucieczki. Tad tylko wzruszył ramionami i zsiadł z wozu. Prawdopodobnie skręt rozluźnił go zbyt mocno. Kupiec miał już swoje lata i dawno nie stawał w bezpośredniej wal-


89 ce. Stąd konieczność wcześniejszego odurzenia się. Pablo miał tylko nadzieję, że w kluczowej chwili Tadeusz nie zawiedzie. – Niech ludzie się rozproszą – krzyknął Sauromata do Gothdicka, swojej prawej ręki. – To ma wyglądać, jakbyśmy zrobili sobie odpoczynek, ale wszyscy mają być w gotowości bojowej! – Nie martw się Pablo – rzekł z uśmiechem Tadeusz. – Załatwimy skurczybyka i jeszcze dziś wyprawimy huczną imprezę z pieczonym smokiem w roli głównej. – Obyś się nie mylił. – Nie mylę się. I powiem ci coś jeszcze. Nachyl się. Pablo nadstawił ucha. – Na tym pagórku rosną zjawiskowo fioletowe kwiatki. Chodźmy zatańczyć! Usłyszeli dźwięk rogu. Jeden ze zwiadowców, który wspiął się wcześniej na zbocze jaru, nadał sygnał ostrzegawczy. – Już tu są – rzucił Pablo. – Do broni! Gothdick! Balisty! Wszyscy uwijali się jak w ukropie. Smok wylądował jakieś trzydzieści metrów przed czołem karawany, a gdy nachylił się, by Morgwil zsiadł, z nosa ulało mu się trochę płonącej cieczy. – Jest pełen – szepnął z przerażeniem Gothdick i zaczął kręcić korbą naciągu. Tadeusz wyjął spod pazuchy pistolet na race i wystrzelił w górę ku zdumieniu wszystkich. – No ładnie – pomyślał Pablo. – Naćpał się właśnie w takiej chwili. Jednak raca okazała się być znakiem. Po obu stronach jaru pojawiły się grupy uzbrojonych po zęby, pustynnych dzikusów. – Zawarłem pakt z bandziorami – zaśmiał się Tad. – Mówiłem! W obliczu wspólnego wroga wszyscy jesteśmy kompanami. Zanim Morgwil zorientował się, jak ciężka jest jego sytuacja, dwie balisty były już naładowane, a na zboczach jaru ustawiali się łucznicy burmistrza. Barbarzyńcy na samej górze krzyczeli bijąc włóczniami w tarcze.


90 Bartosz Adamiak Era Mroku – Dagonie – wyszeptał Morgwil przez zaciśnięte w fałszywym uśmiechu zęby – wal w nich wszystkim, co masz. – Chyba nic innego nam nie pozostaje. Smok uniósł wysoko głowę i chlusnął spienioną falą jadu na prawe zbocze jaru. Stojący tam łucznicy ponieśli śmierć natychmiastowo. Barbarzyńcy na szczycie zaczynali się dusić oparami, więc rzucili się biegiem w dół zbocza, by wydostać się z zasięgu trującej chmury. Posypały się strzały. Morgwil zdjął z kulbaki ogromną, drewnianą pawęż i zasłonił się nią, klękając na jednym kolanie. Kilkanaście grotów przeszło przez grube drewno zatrzymując się na skórzanym pancerzu chroniącym lewe przedramię. – Do ataku! – zawołał Sauromata. – Sto goliatów dla tego, który przyniesie mi czerep Morgwila! Na to hasło, zarówno ludzie Tadeusza, jak i zbrojni burmistrza rzucili się biegiem w stronę czarnego wojownika i smoka. Ten zaś wypuścił drugą serię jadu wprost na nacierających dzikusów. Niektórzy z nich płonęli biegnąc, inni zatrzymywali się i wymiotowali krwią. Bardzo klasyczne skutki ataku jadu parującego zaobserwować można było na przywódcy barbarzyńców. W jego kroczu otworzyła się dziura przez którą uciekła zawartość jamy brzusznej. Jad ściekając po jego nogach obdzierając je ze skóry. Nie dał rady nawet wrzasnąć, tylko osunął się na strawione do kości kolana i padł twarzą w swoje częściowo rozpuszczone jelita. Nad polem walki unosił się cuchnący dym, odór zgniłych jaj i kału. Widoczność stała się tak bardzo ograniczona, że załogi balist strzelały na oślep. Jedna z wielkich strzał trafiła w plecy młodego zbrojnego od burmistrza. Jego ciało zostało porwane niczym szmaciana lalka i padło wprost pod ogromne szpony smoka. Ten wściekle wyjąc zdeptał zmasakrowane zwłoki, nawet ich nie zauważywszy. Chlusnął teraz już płonącym naparem wprost na nacierających członków straży przybocznej. Ci pozasłaniali się tarczami, ale tylko część płomieni rozeszła się na boki. Wielu z nich zapaliło się na nogach i na czubkach głów. Rzucali broń i zaczynali tarzać się


91 w piachu, a następni nacierający tratowali ich ciężkimi butami. Morgwil stał tuż obok smoka, korzystając z jego twardego cielska jako osłony. W pierwszym etapie potyczki wystrzelał wszystkie bełty z kuszy z rozmaitą skutecznością. Zdenerwowanie dało mu się we znaki. Jeszcze nigdy nie stawał sam naprzeciw osiemdziesięcioosobowej armii. Dym skutecznie obniżył zdolności bojowe łuczników i balist, jednak nadal, co jakiś czas, niemal znikąd pojawiała się jakaś samotna strzała, którą musiał przyjmować na pawęż. Cały był we krwi wrogów, ale sam poniósł też kilka drobnych ran. Z jego lewego pośladka sterczała strzała, która skutecznie go spowalniała. Skórzany ochraniacz na prawym ramieniu całkowicie odpadł po tym, jak jeden z barbarzyńców trafił go mieczem. Ręka szczęśliwie nie ucierpiała, ale teraz była zupełnie odsłonięta. Najbardziej dokuczliwy był pot wymieszany z krwią, napływający do jego oczu. Ciągle mrugał, żeby zanieczyszczenia wypływały z łzami, jednak niewiele to dawało. Pablo przedzierał się przez zgiełk i dym. Tuż za nim podążał Tadeusz zasłonięty lekką tarczą wykonaną z nowoczesnych kompozytów, którą kupiec ściągnął sobie z Ziemi specjalnie na tę potyczkę. Kierowali się na ryki smoka, bo wiedzieli, że gdzieś obok niego musi być Morgwil. Deptali po całkowicie, lub częściowo zwęglonych ciałach. W klatce piersiowej jednego z trupów utknęła noga Sauromaty. Szarpnął nią tak energicznie, że żebra otworzyły się, a ciałem wstrząsnęły drgawki. – Widziałeś? Żył jeszcze – powiedział Tadeusz z dziką fascynacją. Nagle znaleźli się w zupełnie białej chmurze dymu. – Musimy uciekać – wydyszał smok. Z jego nozdrzy wydobywał się już tylko dym, jakby ktoś wylał wiadro wody w ognisko. – Ani się waż! – wrzasnął wściekle Morgwil wymachując mieczem na oślep. – Kładź ich ogonem, a ja będę dobijał. Krok w tył, a odrąbię ci ten wielki łeb! Odrzucił pawęż i chwycił miecz w obie dłonie. Zmęczenie dawało mu się we znaki. Teraz jednak nacierali już głównie łucznicy, którym skończyły się strzały. Byli wyposażeni w krótkie miecze, które uniemożliwiały im skuteczną walkę. Morgwil


92 Bartosz Adamiak Era Mroku ciął poziomo i trafił jednego z nich w szyję. Jego miecz był już jednak dość mocno wyszczerbiony i zatrzymał się pomiędzy dwoma kręgami szyjnymi. Nie mogąc wydobyć go z trupa łucznika, przejął jego krótki miecz, który wsunął w usta kolejnemu nacierającemu. Miecz łatwo przeszedł przez krtań, ale ześlizgnął się na karku i wyszedł gdzieś bokiem rozrywając tętnicę. Morgwil padł kolanami w krwiste błoto tracąc już niemal siły. Smok robił co mógł, by osłaniać go ogonem przed nacierającymi. – Czy to się nigdy nie skończy? – zawył czarny wojownik. – Za chwilę się skończy – usłyszał znajomy głos. Otaczał ich gęsty dym, więc mógł tylko zgadywać. – Pablo? – Znów się spotykamy, jednak tym razem mi nie uciekniesz. – Dagonie! Bierz go! – wrzasnął przerażony Morgwil. Doskonale zdawał sobie sprawę, że to już koniec. Smok był w równie kiepskim stanie jak on. Niemal całkowicie utracił zdolność bojową i zaczynał się cofać. – Jeśli mnie zostawisz – powiedział Morgwil na tyle głośno, by smok go usłyszał – znajdę cię, rozpruję ci brzuch i będę patrzył jak dzikie psy wyżerają twoje flaki. Smok rzucił się jeszcze z rykiem na oślep, ale nie mógł wiele zrobić. Dopadł go jeszcze jakiś niedobitek od dzikusów i dźgał okrutnie w pysk długą włócznią. Z dymu wyłonił się Pablo Sauromata oraz Thatduush Heliksman, który teraz w dramatycznym geście odrzucił na bok swoją tarczę i wydobył spod tuniki niewielki, srebrzysty przedmiot, zawieszony na łańcuszku – Kaahc. – Teraz odbędziesz długą i pouczającą podróż – uśmiechnął się Pablo. Tadeusz wykonał jakiś tajemny gest i za Morgwilem pojawił się jasny, świecący prostokąt. Pablo rozbiegł się i kopnął czarnego wojownika w sam środek klatki piersiowej. Ten odleciał do tyłu i wpadł w bramę, która zaraz potem znikła.


93 Dym powoli opadał. Dagon rozszarpał swoimi szponami atakującego go barbarzyńcę na dwie części, i chyba widział, co stało się z jego panem, bo zaczął odlatywać. Oglądał się jeszcze parę razy za siebie, jakby chciał się upewnić, że Morgwil na pewno tam nie został. Lecąc chwiejnym lotem zniknął za odległą wydmą. – Jego też mogliśmy załatwić – powiedział kupiec. – Bez Morgwila nie jest groźny – odparł Pablo. Dym opadł całkowicie. Z grupy liczącej osiemdziesiąt osób przy życiu zostali tylko oni dwaj. Znaczna część barbarzyńców została zmieniona w zwęglone skwarki. Łucznicy, którzy zginęli jako pierwsi, byli prawie w nienaruszonym stanie, choć pod ich ciałami ciągle pracowała piana, wylewająca się z ich odbytów. Elitarni ludzie burmistrza byli spaleni i rozczłonkowani. Kilku z nich zabił Morgwil, o czym świadczyły rany kute i cięte. Przy życiu nie zostały nawet wierzchosły. Tadeusz wyjął jeszcze raz medalion, który nosił na szyi i otworzył bramę. – Wracamy do domu Pablo. Czas urządzić festyn, na część miłościwie nam panującego! *** Wieść o śmierci Morgwila Sromotnego przyjęto w Tomwil z wielką radością. Wielu mieszkańców nie zdawało sobie sprawy, kim był zmarły, ale burmistrz Fjutgaardt postarał się o to, aby wyprawiono huczny festyn z bogatą oprawą na jego cześć. Wieśniacy śpiewali radośnie i wychwalali dobrego i mądrego władcę, a panny upojone winem tańczyły na stołach i okazywały białe cyce zebranym. Hasterisk Fjutgaardt siedział w swoim wysokim, drewnianym krześle, wystawionym na tę okazję na placu głównym i raz po raz uśmiechał się do wiwatujących mu ludzi, pozdrawiając nobliwie gestem ręki. U jego boku siedział Brot, którego co chwilę burmistrz wysyłał po szaszłyk, czy kufel piwa. Na uczcie nie mogło zabraknąć Tadeusza ze świtą. Po jego


94 Bartosz Adamiak Era Mroku prawicy siedział Pablo, dalej Homgwil, a na końcu jeszcze jakiś dwóch służących i eunuch, który dobrze zbierał informacje, bo nikt nie traktował go poważnie. – Skąd twoja posępna mina Pablo? – zapytał Tadeusz widząc, że Sauromata jest nie w sosie. Pablo sam nie wiedział, co odpowiedzieć. Męczyła go ta sprawa z Engmontem Faraszem. Musiał teraz wyruszyć na południe, ale tak, by nie wzbudzać podejrzeń kupca. – Zemsta faraona – zmyślił. – Muszę natychmiast do kibla. – Powinieneś więcej pić – zaśmiał się Tad. Pablo wstał od stołu i skierował swoje kroki w stronę jednej z uliczek, odchodzących od głównego placu. Dzisiejszej nocy nikt nie bał się chodzić po mieście, bo wszędzie paliły się ogniska i wszędzie było pełno świętujących. Pablo mijał kolejne ogniska i zastanawiał się, jak usprawiedliwić swój wyjazd na parę dni. Przecież nie ma żadnych spraw, o których kupiec mógł wiedzieć. Kilkudniowy wyjazd natychmiast wzbudziłby podejrzenia. Paradoksalnie dobrze by mu zrobił jakiś porządny napad na konwój. – Pablo Sauromata? – odezwał się jakiś głos. Z ciemności wyłonił się wysoki mężczyzna, odziany w ciasny, lateksowy, błękitny strój z całą masą napisów, w jakimś dziwnym języku. Z pewnością nie pochodził stąd. – Czy my się znamy? – Nazywam się Bernard Haakih – przedstawił się obcy. – A ty właśnie wpadłeś w niezłe tarapaty. – Tarapaty? – Pablo był zupełnie zdezorientowany. – Morgwil był Strażnikiem. Miał cię zgładzić, byś odrodził się znów na Ziemi. Jeżeli Farasz obiecał ci cokolwiek innego, to najwyraźniej okłamał cię. Nastała cisza. Z minuty na minutę Pablo rozumiał coraz mniej. – Czy możesz...


95 – Tak – przerwał mu Haakih. – Wyjaśnię ci, ale to całe terabajty informacji. Będzie szybciej, jak ci to po prostu wgram. Zbliżył się do niego i dotknął jego skroni. Pablo poczuł jakby kopnął go prąd wysokiego napięcia. Przez kilka sekund widział tylko jasność. *** Informacje pojawiły się w jego głowie tak, jakby były tam od zawsze. Ludzkość istniała od Eonów. Lecz nie taka, jaką Pablo znał z Ziemi. Ludzie żyjący w gwiazdach byli rasą szlachetnych istot, o przymiotach niemal boskich. Mimo to ich świat daleki był od Utopii. Dręczyło ich wiele problemów, które Pablo znał z Ziemi. Haakih przekazał informacje selektywnie, bo z tych wielu Sauromacie znany był jeden – przestępczość. Więzienia, które wymyślili nazywający siebie Architektami, były bardzo zmyślne. Przystosowywali oni do życia niezamieszkane planety, a następnie wpuszczali tam skazańców. Odbywało się to poprzez transfer tego, co nazywamy duszą. Długowieczne ciało skazańca spoczywało w zimnym sarkofagu w gwiazdach, podczas gdy jego dusza doznawała udręk w niedoskonałym ciele, na specjalnie spreparowanej planecie. Wyroki, które zapadały w sądzie Architektów mogły opiewać na jedno lub więcej żyć. Po śmierci dusza odradzała się w kolejnym ciele, na tej samej planecie. Była do niej przypisana. To dlatego jedyna możliwość powrotu Sauromaty na Ziemię, to śmierć i ponowne narodziny. Więzienia miały także zróżnicowany stopień sankcji. Ziemia była względnie lekkim zakładem, choć można było komuś uprzykrzyć życie zsyłając go do Afryki czy Azji. Pandemia, na której obecnie przebywał Pablo, była więzieniem dla ludzi, którzy nagrzeszyli znacznie więcej. Ze względu na ciężkie warunki, średnia długość życia na Pandemii była względnie krótka. Toteż skazańcy dostawali tu znacznie więcej żyć do odsiedzenia.


96 Bartosz Adamiak Era Mroku Każde więzienie posiadało Obserwatora, Strażnika i Punkt Komunikacyjny. Obserwator obserwował i moderował za pomocą Strażnika sytuację na planecie. Punkt Komunikacyjny zapewniał łączność z Centralą, oraz inne dodatkowe funkcjonalności. Na Pandemii taki punkt znajdował się wewnątrz twierdzy Rae Ragis. Była to maszyna zwana Kuba Odbiornik. Poza utrzymywaniem łączności, wytwarzał on pole magnetyczne. Każdy więzień, który znalazł się w jego obrębie, zostawał automatycznie wpisywany do bazy danych i nie mógł już opuścić planety. Pole magnetyczne automatycznie ściągało go na planetę. Strażnikiem na Pandemii był Morgwil. Nie był świadomy pełnionej przez siebie funkcji, ale jego umysł znajdował się pod wpływem Obserwatora, o ile ten posiadał swój Kaahc – urządzenie komunikacyjne, które Pablo poznał jako medalion Tadeusza. Mimo iż Morgwil był strażnikiem, poddany był tym samym prawom, co każdy z więźniów, gdyż po prawdzie był jednym z nich. Ostatecznie pole magnetyczne stało się przyczyną jego śmierci. Engmont Farasz był Obserwatorem na Pandemii, jednak utracił swój Kaahc, a co za tym idzie – wszelkie możliwości kontroli mechanizmów planety. *** Gdy Pablo się ocknął, był już ranek. Ulice opustoszały. Wszędzie leżały dowody wczorajszego festynu. Gdzieniegdzie ktoś spał. Tu i ówdzie ziemia zwilżona była śladami krwi. Na Pandemii nawet przy okazji radosnych festynów dochodziło do starć i morderstw. Nie było tu żadnych zasad ani żadnych praw. Wszelka władza była fikcją, która pozwalała funkcjonować społeczności. Z ciężarem niewygodnej wiedzy, Pablo powlókł się w stronę bramy południowej. Było mu wszystko jedno. Przed wrotami stał strażnik, z którym Pablo miał na pieńku. – Wybieramy się gdzieś?


97 – Dam ci sto goliatów za wierzchosła i zapas wody – powiedział Sauromata nie zatrzymując się. – Sto Gol... weź panie tego ogiera. Jest świeży i najedzony – strażnik w jednej złagodniał. – Wody mam tylko tle, co w bukłaku. Pablo przewiesił sobie ciężkawy pojemnik na rzemieniu przez ramię i wskoczył na wierzchosła. Sakiewka zabrzęczała w jego dłoni. – Pożycz mi swój miecz. Zostawiłem swój ekwipunek w zbrojowni. Strażnik usłużnie odpiął pas z krótkim mieczem i podał go Sauromacie. Ten niedbale przerzucił pas przez ramię i ruszył ku otwierającej się bramie. – Gdyby ktoś o mnie pytał – zawołał jeszcze – nie widziałeś mnie, jasne? – Jak mogłem cię widzieć? Wszak jestem upity i śpię! – Doskonale! Popędził wierzchosła i po chwili zniknął na drodze opadającej w dół. Brama pomału zamknęła się, a strażnik zbliżył się do swoich dwóch podwładnych, aby zatkać im gęby srebrem. *** Klaus siedział przed wejściem do groty i wydłubywał patykiem z ucha wielkie pecyny z wosku. Martwił się, że mistrz nie wraca, ale jednocześnie liczył skrycie, że stało się najgorsze. Gdy wylatywali z Dagonem przed dwoma dniami, zabrali ze sobą pełen ekwipunek bojowy, a to mogło oznaczać, że stoczyli bitwę. Nagle na tle burzowych chmur ujrzał coś, znacznie większego niż ptak. Szybko zorientował się, że to smok. Leciał powoli, jakby nie miał sił machać skrzydłami. Co chwilę tracił równowagę i opadał kilka metrów raz na jedną, raz na drugą stronę. Jakieś dwieście metrów przed jaskinią runął na ziemię. Chwilę poleżał i zwów się wzbił. Chwiejnie wylądował tuż przed Klausem i opadł na suchy piach. – Co się stało? Gdzie Morgwil? – zawołał służący podbiegająć do smoka.


98 Bartosz Adamiak Era Mroku – Przynieś mi... whisky – wycharczał gad. – Szybko, bo wytopię z ciebie łój. Klaus chciał jak najszybciej rozwiać niepewność, ale bał się smoka, toteż pognał na złamanie karku do wnętrza jaskini. Po chwili wrócił z butelką Jacka Dannielsa w ręce. Smok wyrwał mu ją, otworzył i łapczywie wlał sobie całą jej zawartość do gardła. A zajęło mu to kilkanaście sekund. – Spragniony? – Milcz głupcze – zasapał się. – Nasz pan poległ na polu walki. A więc jednak, Klaus ucieszył się w duchu. To oznaczało wolność. Tylko co teraz zrobi Dagon? Zwolni go ze służby? Zabije? A może każe służyć sobie? – Jak do tego doszło? – kontynuował. – Był głupcem – powiedział smok. – Przeczuwałem, że to się źle dla nas skończy. Ten człowiek, Sauromata, on nie jest stąd. – Jak to? Nie jest z Pustynnej Krainy? – Nie jest z tego świata. Wyczułem to już przy pierwszym kontakcie. – I co teraz zrobimy? – zapytał sługa. – Nic. Każdy pójdzie w swoją stronę, Klaus – odparł smok. – Nie ma Morgwila. Nie ma żołdu. A kiedy tylko wieści się rozejdą i ktoś zdradzi położenie naszej kryjówki, zjawi się tu setka wieśniaków z cepami i zatłuką nas na śmierć. Tego Klaus nie przewidział. – Na śmierć? – A co żeś myślał? – żachnął się Dagon. – Sądziłeś, że teraz pójdziesz sobie do Tomwil i zostaniesz sklepikarzem? Jesteśmy wywołańcami. Możesz dołączyć do barbarzyńców i zostać rabusiem, albo... sam nie wiem, co. Ja w każdym razie odlatuję. – Dokąd się udasz? Smok przez chwilę myślał, raczej nad tym, czy wyznać prawdę, niż nad celem podróży. – Polecę tam, gdzie znajduje się miejsce moich narodzin. – Do gór Vierhutu? – w głosie Klausa dało się usłyszeć lęk.


99 – Tak. Nie sądzę, aby żył jeszcze jakiś smok, ale wiem też... czuję, że najbliższe lata mogą okazać się dla nas ciężką próbą. – Co masz na myśli? – Radzę ci wyruszyć na północ, do Rowling. Albo na południe. Gdzieś, gdzie nikt cię nie rozpozna. Nasz pan nie żyje. To koniec. Każdy musi ruszyć własną drogą. Służący został sam przed grotą. – Do Rowling... – powiedział cicho. – Gdzie to do diabła jest? *** Znalazł starca przy ognisku. – Pablo – wyrzucił z siebie Farasz ze zdziwieniem. – Pokonałem Morgwila dzięki twojej radzie Engmoncie – Pablo usiadł w szałasie. Dłoń trzymał na mieczu. – Z przykrością muszę jednak stwierdzić, że okłamałeś mnie Engmoncie – powiedział. – Spotkałem człowieka imieniem Haakih. – Spotkałeś Haakiha? – Tak. Powiedział mi, że chciałeś mnie wysłać do domu poprzez uśmiercenie. Dlatego podjudziłeś mnie do zaatakowania Morgwila. Nie przewidziałeś jednak, że może mi się udać pokonać Strażnika. – Pomóż mi odzyskać mój Kaahc – powiedział szybko starzec. – Ma na myśli naszyjnik? – Dzięki niemu będę mógł odesłać cię do domu. – Myślisz, że jestem głupi? – Pablo wyciągnął miecz z pochwy. – Gdyby to było takie proste, Tad odesłał by mnie już dawno temu. – Zgadza się. Trzyma cię pole siłowe – starzec nabił skolopendrę na patyk i zawiesił nad ogniskiem. – Odłóż z łaski swojej to żelastwo, a zdradzę ci jeszcze kilka sekrecików. Pablo nawet nie drgnął.


100 Bartosz Adamiak Era Mroku – No dalej – ponaglił go Farasz – nie daj się prosić. Gdy miecz wylądował z powrotem w pochwie, starzec umościł się wygodniej w swoim siedzisku i spojrzał w ogień. – Pięćdziesiąt lat temu byłem Obserwatorem dziewiątego stopnia na Ziemi. – Dziewiątego? – Daj mi spokojnie opowiedzieć... Engmont Farasz zaczął snuć swą historię. – Była końcówka lat sześćdziesiątych – powiedział. – Ulice San Francisco były pełne kolorowej młodzieży z kwiatami we włosach. Miałem wtedy długie włosy i dla wielu młodych ludzi byłem niczym jakiś buddyjski guru. Opowiadałem im o reinkarnacji, wędrówce dusz i odkupieniu grzechów, a oni chłonęli to wszystko jak gąbka. Wielu z nich marzyło o podróży do Indii i doznaniu oświecenia. Mieli swój świat. Zachłyśnięty ideologią dzieci kwiatów, spotykałem się z nimi, by dyskutować o polityce, życiu i filozofii, brać narkotyki i kochać się. Znalazłem się w idealnym dla siebie miejscu i czasie. To był wspaniały okres, a życie, które wiodłem na Ziemi było dalece bardziej doskonałe niż wszystko, czego zaznałem wcześniej. I wtedy w raju pojawił się wąż. Bernard Haakih był młodym i ambitnym Obserwatorem pierwszego stopnia, który dopiero przyuczał się do zawodu. W trakcie pierwszego stopnia żaden Obserwator nie trafia na zamieszkaną planetę, ale Haakih miał na swoim koncie spore sukcesy. Wyhodował nowy szczep bakterii beztlenowych, które w znacznym stopniu przyspieszyły proces przystosowywania planety do życia. W nagrodę pozwolono mu praktykować u boku żywej legendy – Engmonta Farasza. Było w tym drugie dno. Niekonwencjonalne metody starego wygi zaczęły wzbudzać niepewność u jego przełożonych. Chcieli mieć na Ziemi jeszcze jednego Obserwatora. – Haakih zawsze był strasznym sztywniakiem – zaśmiał się Farasz i ściągnął zębami skolopendrę z patyka.


101 – Nie sprawiał takiego wrażenia, gdy go spotkałem. – Jest przebiegły. – Bernard Haakih znał na pamięć Kodeks Kosmiczny, nosił regulaminowy kostium incognito, a na Ziemi zatrudnił się jako urzędnik na poczcie. Od początku krytykował mój styl życia i donosił na mnie do swoich przełożonych. Pojawiło się wiele zarzutów pod moim adresem: narkotyki, seks z więźniami, Kryzys Kubański, ale przede wszystkim wyjawianie ludziom wszystkich, ściśle tajnych rzeczy. Na Boga, żaden z tych naćpanych hipisów nie mógłby zrobić rozsądnego pożytku z informacji, które usłyszał na moich seminariach. Zostałem oskarżony o złamanie trzydziestu dwóch punktów Kodeksu Kosmicznego i zdegradowany do drugiego stopnia. Zostawili mi ten drugi stopień tylko i wyłącznie po to, żeby mogli mnie zesłać do jednego z najgorszych miejsc we wszechświecie – na Pandemię. Pablo słuchał w skupieniu sięgając nieświadomie po skolopendrę. – To był prawdziwy cios – powiedział w zamyśleniu starzec. – Zostałem w jednej chwili odcięty od wszystkiego, co kochałem. Przez lata mojej służby na Ziemi stałem się chyba bliższy wam, niż moim zwierzchnikom. W nowej rzeczywistości Farasz bardzo szybko zaczął szukać sposobu, by mógł wracać na Ziemie choćby po to, by przywieźć sobie trochę suwenirów. Udał się do Punktu Komunikacyjnego mieszącego się w Rae Ragis i włamał się do Kuby Odbiornika. Udało mu się wprowadzić do swojego Kaahc niewielkie zmiany, które pozwalały mu odbywać niezarejestrowane wycieczki na Ziemie. – Kuba Odbiornik nic o nich nie wiedział – uściślił Farasz. Z początku sprowadzał towar tylko dla siebie. Głównie trawkę i piwo. Sprzęty wymagające prądu były zupełnie bezużyteczne. Mógł oczywiście ściągnąć agregat prądotwórczy, ale musiałby wówczas dołożyć nadludzkich starań, by nikt go nie zdemaskował. Nie mógł sobie pozwolić na kolejną wpadkę. Z czasem zaczął handlować, skuszony perspektywą bogactwa i dostatniego życia. Przywoził z Ziemi najrozmaitsze dobra takie jak alkohol, narkotyki czy drobne upominki. Popyt był duży, a że Fa-


102 Bartosz Adamiak Era Mroku rasz nie lubił zostawiać pieniędzy na ulicy, najął pomocnika. Był nim młody Thatduush Heliksman, syn rzeźnika i prostytutki, który przejawiał na tyle dużą dawkę inteligencji, by móc zrobić bilans przychodów i rozchodów. Farasz ufał mu do tego stopnia, że pozwolił mu pewnego razu wybrać się na Ziemię osobiście. Zmodyfikowany Kaahc umożliwiał więźniowi przebywanie poza polem magnetycznym Kuby Odbiornika, jeżeli tylko ten miał Kaahc przy sobie. – Skurwysyn – zaklął Pablo. – Skurwysynem okazał się dopiero później. Heliksman zakosztowawszy życia na Ziemi wrócił na Pandemię, ale w zupełnie innym miejscu, by Farasz nie mógł go odnaleźć. Jego wybór padł na miasto Tomwil, które leżało w sercu Pustynnej Krainy. Tam zaczął rozwijać swoją własną sieć handlową. – I co wtedy zrobiłeś? – zapytał Pablo. – No cóż... Wtedy w Rae Ragis wybuchł bunt górników, a ja musiałem uciekać na południe. Nie w głowie mi był wówczas Kaahc, choć byłem świadom, że nie ucieknę od tego problemu. Szczęśliwie udało mi się dotrzeć do Rowling. Usłyszałem tam o człowieku, który handluje dobrym alkoholem. Ten zdradził mi, że zaopatruje się w Tomwil. Farasz zlokalizował Heliksmana, ale był on już wówczas wielkim kupcem i otaczała go armia najemników. Jedynym rozsądnym rozwiązaniem było zaszycie się w pobliżu Tomwil i czekanie, aż hiena wykituje śmiercią naturalną. – Thatduush w pewnym momencie już wiedział, że mieszkam w sąsiedztwie. Drwił sobie ze mnie. Śmiał mi się w twarz, gdy mnie widział. Pablo milczał przez chwilę, po czym spojrzał na starca. – Być może jestem największym frajerem świata, ale pomogę ci odzyskać Kaahc. Wyjaśnij tylko w jaki sposób miałoby to pomóc mi?


103 – Jeżeli przyniesiesz mi Kaahc, otworzę ci bramę do Howard, miasta znajdującego się na granicy pola otaczającego Rae Ragis. Z tego miasta prowadzi kolej żelazna wprost do twierdzy. – Kolej? Masz na myśli pociąg i tory? – Tak. Na północy, gdzie znajduje się Rae Ragis, technika jest nieco bardziej rozwinięta. Było nam to potrzebne dla sprawniejszego zarządzania twierdzą i wydobyciem złota. Rae Ragis zbudowana była na największych złożach złota na Pandemii. Lokalizacja twierdzy nie była więc przypadkowa. Pod nią znajdowała się wielka kopalnia. Ludzie, którzy zamieszkiwali to miejsce byli pół–personelem, czyli więźniami, którzy wiedzą znacznie więcej niż inni. Złoto zaś wydobywali ich niewolnicy. Sam kruszec był kluczowy dla moderowania życia planety, ponieważ za pomocą złota można było zdziałać bardzo wiele. Szczególnie tam, gdzie nie dało się wywrzeć wpływu poprzez Strażnika. Zbuntowani górnicy wyrżnęli cały pół–personel, a ich z kolei zabiła zaraza. Teraz twierdza jest pusta i przemienia się w ruinę. – Zatem po co... – Kuba Odbiornik – powiedział Farasz. – On nadal działa. Jeżeli przedostaniesz się przez wszystkie niebezpieczeństwa, dotrzesz do Kuby i zresetujesz go, wówczas ja będę mógł otworzyć bramę bezpośrednio do twierdzy i przenieść się tam sam. – Czyli zwyczajnie boisz się i ja mam umożliwić ci dostęp do tego urządzenia? – Tak. Nie widzę powodu, żeby ryzykować swoje życie. Chcesz sobie pomóc, oczyść mi drogę. – I co dalej? – Włamię się do systemu tak, jak to uczyniłem przed laty, i wykasuję z bazy twój ID. Nie figurując na liście więźniów będziesz mógł przejść przez portal i pozostać na Ziemi. – Hm... – westchnął Pablo.


104 Bartosz Adamiak Era Mroku

Część czwarta: Noc sztyletów Nad równiną zapadał zmierzch. Haark Homgwil leżał pijany na podłodze swojego domostwa. Znajdował się w stanie półsnu. Wydawało mu się, że ma nogi i chodzi po łące, a jednocześnie do jego świadomości docierały dziwne odgłosy, jakby mlaskanie... Otworzył jedno oko i uniósł głowę, by rozejrzeć się. W kącie kucała jakaś postać. – Pablo? Nocny gość wyjadał jakieś resztki z miski, którą Homgwil pozostawił na stole. – Ugość się Pablo. – Dzięki Haark. Pablo pamiętał, że Haark Homgwil, mimo iż był jednym z najbliższych ludzi Tadeusza, wyraził kiedyś brak zaufania do swojego szefa. Idealny kandydat na wspólnika do spisku. Pozostała tylko kwestia przekonania go. Skończył wyjadać resztki, wytarł twarz szmatką leżącą na stole i zbliżył się do szefa gwardii. – Potrzebuję twojej pomocy Haark. – Zważywszy na moje położenie – odparł Homgwil – to raczej ja potrzebuję twojej pomocy Pablo. Przenieś mnie z łaski swojej na fotel. Sauromata dźwignął umięśnione cielsko okaleczonego wojownika i przeniósł je na fotel. Homgwil opadł na oparcie i sięgnął po butelkę stojącą na stole. – Nie – zastopował go Pablo – będziesz mi potrzebny trzeźwy. – Myślałem, że napijesz się za zdrowie nowego burmistrza. – Nowego... co? – Nie wiesz? Nasz miłościwy pan Thatduush został dziś burmistrzem. Tuż po tym, jak ktoś poderżnął gardło Fjutgaardtowi. – A więc zrobił to...


105 – Zrobił to Brot – uciął mu – Jednakowoż za pięćset srebrnych goliatów, pochodzących z naszego skarbczyka. Fjutgaardt był ścierwem, ale jest coś, czym gardzę bardziej. To zdrada. Pewnego dnia powinno to spotkać Heliksmana – Świetnie, ja właśnie w tej sprawie – ucieszył się Pablo. Haark Homgwil nie od razu zrozumiał, o co chodzi. Po chwili spojrzał na Sauromatę, a w jego oczach mieszało się zdziwienie i oburzenie. – Chcesz wykończyć Thatduusha? – Pomożesz mi? Pamiętam, jak wspominałeś, żebym na niego uważał. Ty również mu nie ufasz. Wiesz, że jest parszywą gnidą i złodziejem. – No tak, ale to mój szef. Kto inny zatrudni kalekę? No tak. O tym nie pomyślał. Homgwil jechał z Heliksmanem na jednym wózku. Mógł go nienawidzić, ale dopóki Thatduush miał się dobrze, dopóty Haark miał zagwarantowaną posadę i byt. Kupiec czuł się w jakiś sposób odpowiedzialny za incydent z Morgwilem. – Pomóż mi tak, żeby nikt nie wiedział, że mi pomogłeś. Ja nie chcę go zabić. Chcę tylko odebrać mu naszyjnik, który nie należy do niego. – Ten, dzięki któremu sprowadza towar? – Wiesz o nim? Myślałem, że lepiej strzeże swoich tajemnic. – Pracuję dla niego tyle lat, że siłą rzeczy musiałem poznać niektóre z jego sekretów. Jeżeli odbierzesz mu ten naszyjnik, stanie się zerem. – Jako burmistrz na pewno da sobie radę. Będzie musiał się przystosować do nowej sytuacji, ale na pewno zostawi cię w swojej gwardii. Homgwil bił się z myślami. Opróżnił butelkę whisky, którą trzymał w dłoni i spojrzał na nią. – Będzie mi tego brakować. – Zatem wchodzisz? Będę potrzebował trochę broni. Przed ucztą zostawiłem topór na stancji u Heliksmana.


106 Bartosz Adamiak Era Mroku – Czuj się jak u siebie – Homgwil pociągnął za sznurek zwisający za jego plecami, a zasłona maskująca jedną ze ścian przesunęła się w lewo ukazując arsenał. Pablo wstał i wybrał sobie niewielki, lecz dość ciężki toporek wykonany całkowicie z bogato inkrustowanej stali. Do tego łuk i kołczan z kilkunastoma strzałami. Nie mógł zabrać więcej ekwipunku, bo jego plan zakładał działanie po cichu. – Jutro Heliksman przeniesie się do rezydencji burmistrzowskiej – powiedział Homgwil. – Musisz zatem uderzyć jeszcze dziś. Jego magazyn nie jest aż tak dobrze strzeżony, jak bym sobie tego życzył. – Jak mogę się tam dostać niezauważony? – Przede wszystkim pojadę tam pierwszy. Zwołam naradę w komnacie konferencyjnej. Służy nam czasem za areszt, więc wrota da się zablokować od zewnątrz żelazną sztabą. Zamkniesz nas i pójdziesz na górę załatwić swoje sprawy. – A ty? – Ja będę udawał tak bardzo zdziwionego, jak tylko będę umiał. – Co z pozostałym personelem? – Goście, którzy pracują w magazynie sami chętnie poderżnęliby gardło Heliksmanowi – zaśmiał się Haark i nagle spoważniał. – Proszę. Nie dopuść do tego. – Zrobię, co w mojej mocy. Homgwil przesiadł się na swój wózek i ruszył w stronę drzwi. – Myślę, że o tej porze w magazynie będą już tylko gwardziści. Odpocznij chwilę i zjedz coś – postawił na stole dużą klepsydrę. – Gdy piasek skończy się przesypywać, wyjdź tylnym wyjściem. Wąska uliczka poprowadzi cię wprost do magazynu. *** Brot czuł, jak srebro ciągnie jego spodnie ku ziemi. Modlił się, by zgraja obdartusów z jego dzielnicy nie dostrzegła go. Jeszcze miesiąc temu był drobnym zło-


107 dziejaszkiem i kanciarzem. Śmierć Knurra Rangara była dla niego jak błogosławieństwo. Przedmuchanie tej małej przyniosło niespodziewanie dobry skutek, choć wcześniej mało brakowało, a sam zostałby przeleciany. Potem przytrafia mu się jeszcze lepsza okazja. Ktoś płaci mu pięćset srebrnych goliatów za zrobienie burmistrzowi drugiego uśmiechu. Na gardle. – Te Ziutek, co ci się tak galoty opadają? – usłyszał z ciemnego zakątka zachrypnięty głos. – Na mój gust koleś zesroł się w gacie, albo opierdolił jakiś garniec złota – zaśmiał się ktoś inny. Brot zorientował się, że jest otoczony przez czterech napastników, z których każdy miał przynajmniej dwa metry wzrostu i około półtora szerokości. Każdy miał też nóż lub kastet. Niektórzy zaś i jedno, i drugie. Zbliżali się do niego z nieprzyjemnymi uśmiechami na twarzach i nie zanosiło się na to, by chcieli zapytać o godzinę. Brot nie chciał oddać życia łatwo. Od trzeciego roku życia kradł. Od piątego truł wierzchosły na zlecenie, w wieku lat dziesięciu wygrywał wiele barowych bijatyk, a jako szesnastolatek został sekretarzem burmistrza. Był szybki, sprytny i bezlitosny. – Zostawcie mnie. Oddam złoto. Napastnicy byli coraz bliżej i zacieśniali krąg. – Wolelibyśmy odciąć ci głowę i nabić na pal. A złoto i tak sobie weźmiemy. Głupcy, pomyślał Brot. Powodziłoby się im w życiu lepiej, gdyby nie marnowali czasu na przaśne gadki. Wybił się z kolana jednego z nich i uderzył w twarz pięścią. Dopiero gdy wielkolud padł na ziemię, pozostali spostrzegli, że spomiędzy palca środkowego i serdecznego wystaje wąskie, długie ostrze, sztylet ukryty w rękawie. Dla drugiego z nich było już jednak za późno. Brot opracował technikę walki, która polegała na zmaksymalizowaniu brutalności do poziomu absurdalnego. W doktrynie tej siła oddziaływania psychologicznego była istotna na równi z siłą fizyczną. Leżał teraz na drugim napastniku i wbijał mu sztylet raz po raz w twarz. Przypominała już surówkę z buraków. Jeden z pozostałych


108 Bartosz Adamiak Era Mroku napastników zwymiotował. Drugi był niewzruszony. Podbiegł do Brota i zamachnął się swym ramieniem, jak cepem. Brot uchylił się i uderzył od spodu. Sztylet wbił się w krocze bandyty i wyszedł gdzieś z tyłu. – Golec! Biegnij po chłopaków! – zawołał raniony. Tamten z trudem opanował torsje i ruszył biegiem w ciemną uliczkę. Mam szansę, pomyślał Brot. Muszę tylko działać maksymalnie szybko. Wyszarpnął sztylet rozdzierając mięśnie, ścięgna i naczynia. Bandzior był w opłakanym stanie, ale natarł lewym sierpowym. Chłopak schylił się, przepuścił pięść wielkości niedużego kowadła tuż nad głową i kuł sztyletem w ucho, aż ostrze pojawiło się z drugiej strony. Przeciwnik jeszcze się szarpał. Prawdopodobnie jego mózg był w stanie operować z pewnymi uszkodzeniami. Wyciągnął połowę ostrza i zamieszał końcówką w czaszce wroga. Koniec. Teraz osunął się bezsilnie, lecz nadal spoglądając na swojego zabójcę z niedowierzaniem. – Zabiłeś mnie kurwa... – Tak. Zabiłem cię. Trup opadł na ziemię pląsając jak galaretka, a Brot nie tracił już czasu na zbieranie srebrników, które wypadły mu w czasie walki. Ruszył biegiem w innym kierunku niż Golec. Słyszał już zresztą tupanie kilkunastu par ciężkich butów. – Zabił Olafa – wrzasnął ktoś. – Zabił wszystkich. Musimy go dorwać! Złapiemy skurwiela i oskórujemy żywcem jak psa! – zawołał ktoś inny. Brot najciszej jak potrafił, wspinał się drewniane rusztowanie, które okalało spichlerz miejski. W dole słyszał gniewne głosy swoich prześladowców. Zatrzymał się, by przypadkiem nie usłyszeli skrzypienia belek. Nagle z jego kieszeni wysunął się srebrny goliat. Odbił się od poziomej żerdzi i uderzył o łysą głowę jednego z opryszków. Ten spojrzał najpierw na leżącą na ziemi monetę, a potem w górę. – Tam jest skurwiel! – wskazał palcem. Pozostali rzucili kilka przekleństw i zaczęli wspinać się na rusztowanie.


109 – No to mamy problem – powiedział cicho Brot. *** Pablo szedł ciemną, wąską uliczką, zaciskając dłoń na rękojeści sztyletu przywieszonego u pasa. Szczególne poczucie bezpieczeństwa dawał mu jednak ten mały, fikuśny toporek, który był czymś pomiędzy czekanem a indiańskim hawkiem. W zaułku prawdopodobieństwo, że ktoś go zaatakuje, było nikłe. Prowadził bezpośrednio pomiędzy tylnymi ścianami chat lub murkami odgradzającymi go od posesji, nie dochodziły do niego żadne uliczki i był szeroki jedynie na tyle, by wózek Homgwila mógł nim przejechać. Sprytne, pomyślał Pablo. Na końcu uliczki znajdowała się drewniana furtka, za którą w mroku majaczyła kamienna, tylna ściana magazynu Tadeusza. Stały tu jakieś stare, zgniłe beczki i skrzynie. W lewo można było pójść do wychodka, w prawo do stajni i na front budynku. Uwagę Pabla przykuło jednak okienku znajdujące się tuż nad wychodkiem. – Gdybym wdrapał się na ten sraczyk – szepnął. Kucając przemieszczał się za beczkami w stronę wygódki. Wyglądała na pustą. Chwycił za belkę dachową przybytku, podciągnął się, podniósł lewe kolano i już był u szczytu. Zdecydowanie czas spędzony na Pandemii znacznie poprawił jego kondycję fizyczną. Teraz okienko. Kibelek nie stał zbyt pewnie. Chwiał się jak stary marynarz, ale Pablo zdołał się przemieścić do otworu w ścianie i zajrzeć do środka. Wnętrze magazynu było oświetlone raptem kilkoma lampami. O tej porze zwykli robotnicy nie kręcili się już na terenie przedsiębiorstwa. Poza wartownikiem przy bramie głównej we wnętrzu znajdował się drobny człowieczek w drucianych okularkach z notesem. Prawdopodobnie kwatermistrz. Pablo wpiął się na okienko i po cichutku opuścił się po drugiej stronie. Znalazł się w zacienionej części magazynu, tuż za piramidą ułożoną z beczek podłego, ziemskiego lagera.


110 Bartosz Adamiak Era Mroku Homgwil prawdopodobnie już zebrał większość strażników w salce, ponieważ zza grubych drzwi dobiegał jego głos. Pablo przemieścił się ostrożnie, w pozycji kucznej w stronę tego pomieszczenia. Założył grubą, drewnianą zasuwę, która uniemożliwiała otworzenie drzwi od wewnątrz. Następnie zakradł się od tyłu do wartownika i ogłuszył go uderzając metalowym trzonkiem toporka w głowę. Podobnie uczynił z kwatermistrzem. Obu zaciągnął w najciemniejszy kąt pomieszczenia i przywiązał do grubego, drewnianego filara. Następnie bardzo ostrożnie i cicho przekradł się w stronę schodów wiodących na górę, gdzie znajdowały się pomieszczenia biurowe i mieszkanie kupca. Schody skrzypiały cicho, ale przy wieczornym szumie dochodzącym z zewnątrz oraz głośnych rozmowach dobiegających z aresztu, Pablo nie bał się, że zostanie usłyszany. O tej porze Tadeusz jest już zwykle podpity, a gdy jest podpity, każe swoim niewolnikom chwytać za instrumenty i grać kantaty. Tym razem jednak na górze panowała złowieszcza cisza. Kiedy znalazł się na szczycie schodów ujrzał światło dobiegające z uchylonych drzwi prowadzących do kwatery kupca. Sunął powoli jak wąż, ze sztyletem w prawej ręce i toporkiem w lewej. Gdy minął drzwi ujrzał Tadeusza siedzącego w fotelu z lampką koniaku. Na jego kolanach spoczywał rewolwer. Kupiec wpatrywał się w niego. – Tak właśnie sądziłem – powiedział spokojnie. – Zemsta faraona. Fara od Farasz i on od Engmont. Widziałeś się ze staruchem! Pablo zadumał się chwilkę nad iście kaskaderską logiką Heliksmana. – Ty także nie jesteś święty. Mówiłeś, że nie ściągasz tu broni palnej, a wyraźnie masz jakąś armatę! – Jedna sztuka do obrony własnej. To Colt Peacemaker. Antyk, ale w pełni sprawny. Jeżeli oczekiwałeś uczciwości ode mnie, to najwyraźniej przeceniłem twoją inteligencję Pablo. Tadeusz wziął rewolwer do ręki i odciągnął kurek do tyłu. – I co teraz? – zapytał.


111 Pablo nie próbował nawet silić się na odpowiedź. Wykonał gwałtowny skok w prawo, chowając się za ścianą, a kupiec wypalił trzy razy. Kule wyrwały solidne dziury w drewnianych ścianach, jednak wszystkie trzy poszły zbyt wysoko. Leżąc płasko na ziemi Pablo zdjął z pleców łuk, wydobył kilka strzał i położył przed sobą. Miał świadomość, że sytuacja, w której się znalazł, była daleka od ideału. Kupiec dopił swój koniak, wstał i powoli zbliżył się do okna. – Widzisz Pablo, jutro będę burmistrzem tego miasta. – Gratuluję. Słyszałem, że kosztowało cię to aż pięćset goliatów – zawołał zza ściany Sauromata. – Od wielu lat konsekwentnie buduję swoje imperium. Zaczynałem od wywożenia gnoju i trupów. Kradłem, handlowałem na bazarze, trułem wierzchosły. Potem pomagałem temu staruchowi Faraszowi. Wiesz, jak udało mi się dotrzeć tak wysoko? – Zapewne zawdzięczasz to swojemu wyjątkowemu darowi bycia ostatnim ścierwem. – Nie będę zaprzeczał, mój drogi Pablo – zaśmiał się Heliksman. – Każdy, łącznie z tym zasrańcem Fjutgaardtem, jest świadom tego, że zawieranie ze mną jakiejkolwiek umowy może zakończyć się na dwa sposoby: albo ktoś zdąży mnie zabić, albo nie zdąży. W tej drugiej sytuacji, oczywiście to ja jestem tym, który zabija. Dla potwierdzenia swych słów Tadeusz wypalił jeszcze dwa razy w ścianę na oślep. Pablo przypomniał sobie stare westerny. Takie rewolwery miały zazwyczaj sześć naboi. Zatem w bębenku pozostała już tylko jedna kula, pomyślał. Z dołu zaczęły dobiegać okrzyki zamkniętych gwardzistów. – A co z tymi, którzy nadal z tobą współpracują i są przy życiu? To chyba tykające bomby zegarowe, nieprawdaż? – Masz rację. Dlatego jako burmistrz, zatrudnię sobie nowych współpracowników, a starych poślę z konwojem, który zostanie napadnięty i wyrżnięty w pień. Pablo wstał i wychylił się na sekundę. Tad wystrzelił zmieniając fragment futryny w chmurę wirujących drzazg. To wystarczyło. Sauromata wyskoczył raz jesz-


112 Bartosz Adamiak Era Mroku cze, naciągnął cięciwę i wystrzelił. Nie chciał zabić kupca, więc wymierzył mniej więcej w rękę. Heliksman zdążył wprawdzie uskoczyć za fotel, ale rewolwer wypadł mu z dłoni. – Oddaj medalion – powiedział Sauromata zakładając łuk na plecy i wyjmując sztylet. – Zwrócę go prawowitemu właścicielowi i oszczędzimy ci drastycznej, pełnej cierpienia śmierci. A od jutra zaczniesz uczciwsze życie najważniejszego obywatela tego miasta. – Uczciwsze życie? – zaśmiał się zza fotela Tadeusz. – Nie bądź kretynem Pablo. To byłby dla mnie krok w tył. Jeżeli moim jedynym źródłem utrzymania mają być podatki, skończę jak Fjutgaardt. Przyzwyczaiłem się do pewnego poziomu życia i wymaga to sporych nakładów finansowych. Muszę zatem działać na dwa fronty, pobudzać gospodarkę i wkładać ludziom do kieszeni goliaty, by mieli z czego płacić nieludzko wysokie podatki. – Kupiłeś sobie fotel burmistrza, to teraz się martw. Ja przyszedłem po Kaahc i nie wyjdę bez niego. Tadeusz roześmiał się. – Oczywiście, że nie wyjdziesz bez niego. Z nim też nie. W ogóle stąd nie wyjdziesz. Za chwilę każę mojemu osobistemu ochroniarzowi ściąć twoją głowę, a ścierwo zostanie rzucone na trupowisko za murami. Tam chłopi okradną twoje zwłoki i prawdopodobnie wielokrotnie zgwałcą. – Ochroniarzowi? – Kkrajhl! Słowo które wypowiedział Tadeusz brzmiało całkowicie nieludzko. Nie pochodziło z żadnego, znanego Sauromacie języka. Zza kotary wyszedł największy facet, jakiego Pablo kiedykolwiek widział. W ostatnich miesiącach spotkał wielu rosłych rezunów, jednak ten był większy od nich wszystkich. Na oko jakieś trzy metry wzrostu, bary jak sztanga zakończona dwiema, wielkimi kulami, oraz łapy jak u słonia.


113 Uzbrojony był w maczugę ponabijaną ćwiekami zrobionymi z papiaków. Na szyi dźwigał grubą, kolczastą obrożę z kawałkiem łańcucha jak od krowy. – Potraktuj to jako wypowiedzenie – zaśmiał się kupiec. *** Brot stał na niewielkim, okrągłym daszku będącym zwieńczeniem kopuły spichlerza. Kurczowo zaciskał spoconą dłoń na sztylecie. Mógłby próbować schodzić po drugiej stronie, ale tamci na dole prawdopodobnie okrążyli już budynek. Obecna kryjówka dawał mu tyle, że mogło go zaatakować w jednym czasie góra dwóch, trzech napastników. Na gzymsie pojawiła się wielka, włochata dłoń, a zaraz za nią brodata głowa zakolczykowana w każdym możliwym miejscu, oraz szczerbaty uśmiech. – Dawaj kmiocie – syknął zbir gramoląc się na dach. Brot podszedł i wbił sztylet w kark bandyty, który nawet nie zdążył się podnieść. Jego cielsko bezwładnie poleciało w dół uderzając o drewniane żerdzie rusztowań. Za plecami usłyszał dźwięki świadczące o tym, że na dach dostał się kolejny napastnik. Nim zdążył się obrócić, kątem oka ujrzał jeszcze jednego. – Nie jest mądrze zadzierać z gangiem Ponurych Gnid – wychrypiał bandyta. – To wy mnie napadliście! – Wlazłeś na nasz teren! – Mieszkam tutaj! – Tak? A jesteś wystrojony jak jakiś fircyk. – Byłem sekretarzem burmistrza Fjutgaardta. – A zatem zadarłeś z nami! Bandzior rzucił się długim skokiem, a Brot uchylił się, przepuszczając go poza krawędź dachu. Drugi natarł z ohydnym, zardzewiałym nożem o poszarpanym ostrzu. Brot wybił mu dwie górne jedynki łokciem i błyskawicznie wsadził sztylet od dołu


114 Bartosz Adamiak Era Mroku w żuchwę. Koniec głowni wyszedł lewym okiem. Oprych złapał się za zakrwawioną twarz i zataczając się spadł z dachu. Brot wyjrzał w dół. Było źle. Naprawdę fatalnie. Chyba zeszła się połowa dzielnicy. Oprócz członków gangu byli tam także zwykli mieszkańcy, uzbrojeni w widły i cepy. Zatem sprawa zrobiła się polityczna i liczono na lincz. Ktoś wkopywał w ziemię gruby, drewniany pal, ktoś inny znosił deski z okolicznych płotów. Szykowano stos. *** Potwór ruszył na niego z zaskakującą szybkością. Pablo zdążył wystrzelić z łuku jednak strzała ześlizgnęła się po masywnym przedramieniu okutym w zardzewiałe, blaszane ochraniacze. Bestia ryknęła i i uderzyła maczugą, lecz Sauromata uskoczył. Zamierzał przemieścić się w pobliże rewolweru, choć nie wiedział, gdzie znajdują się naboje. I czy w ogóle będzie potrafił go naładować. W międzyczasie Kkrajhl doszczętnie zdemontował ścianę, która oddzielała kwaterę kupca od schodów prowadzących do przestrzeni magazynowej. Tadeusz wycofał się w najdalszy kąt i majstrował coś przy wielkiej, dębowej sekreterze. Tam ukrył naboje, pomyślał Pablo. Udało mu się pochwycić rewolwer i wsunął go sobie do spodni. Z całej siły cisnął toporkiem w potylicę Kkrajhla. Sztych co prawda wbił się w czaszkę, jednak nie wywołało to żadnego namacalnego skutku. Olbrzym jak stał, tak stał. A właściwie biegł już w stronę Sauromaty, który wdrapywał się na parapet. Nim ochroniarz zdążył do niego dobiec, Pablo wybił się i skoczył w stronę zwisającego z sufitu żyrandola, który jednak okazał się niezbyt solidnie przymocowany. Wszystko runęło w dół. Zapalone świece rozsypały się na dywan i fotel. Momentalnie w pomieszczeniu pojawiły się płomienie. – Moje meble! – Tadeusz zawył żałośnie w kącie.


115 Wielkolud wbiegł w ogień najwyraźniej zupełnie nie odczuwając lęku. Poszarpane ubranie szybko zajęło się. Korzystając z chwili wytchnienia Pablo podbiegł do kupca, złapał za rzemień na jego szyi, szarpnął mocno i oderwał medalion. – Nie zabija mnie! – Tadeusz leżał na podłodze skulony i płakał. – Nie zabijaj mnie Pablo! Jesteśmy przecież kumplami! – Nie zabiję cię, choć nie zasługujesz na to by żyć. Gdzie trzymasz amunicję do spluwy? – Górna szuflada! Wyjął pięć paczek naboi kalibru .357 Magnum i pospiesznie wrzucił do parcianego worka przywieszonego u pasa. Kkrajhl płonął żywcem wrzeszcząc i miotając się po pokoju. – Radzę ci uciekać! – rzucił jeszcze do Tadeusza i skoczył ku wyjściu. Twarz kupca wypełniła się gniewem, gdy poczuł, że jest bezpieczny. – Ja też radzę ci uciekać! Pożałujesz, że mnie nie zabiłeś! Pożałujesz! Pablo nie słyszał gróźb. Był już na dole, gdy z przerażeniem stwierdził, że drewniana belka blokując drzwi aresztu jest niemal wyłamana. – Jeszcze raz! Dajcie z siebie wszystko – usłyszał głos Homgwila. Kaleka nieźle gra, pomyślał Sauromata i w tej samej chwili belka pękła. Drzwi otwarły się z hukiem, a z wnętrza wysypał się tuzin uzbrojonych po zęby gwardzistów Tadeusza. – Brać go skurwysyny! – zawołał ze szczytu schodów kupiec, który najwyraźniej doszedł do siebie. Gwardziści rzucili się w stronę Pabla. Ten skoczył między dwa rzędy skrzyń i pobiegł w ciemny zaułek. Trzęsącymi się rękoma wyjął rewolwer zza paska oraz paczkę amunicji. Załadował sześć naboi do komór w bębenku. Jeżeli nigdy wcześniej nie widzieli broni palnej, to jest szansa, że zrobi na nich spore wrażenie. Pierwszym, który miał się o tym przekonać był Gorthort. Pablo lubił go, ale w obecnej sytuacji gwardzista pędził na niego z wielkim toporem i niecnymi zamiarami. Był tylko celem, ruchomą tarczą na strzelnicy. Gdy dystans zmalał do czterech metrów


116 Bartosz Adamiak Era Mroku padł strzał. Kula wwierciła się w czoło Gorthorta i wybiła w tylnej części jego głowy otwór wielkości pięści boksera. Część jego mózgu przybrał postać czerwonej mgły opadającej powoli nad zwłokami. Fragmenty szarej tkanki oblepiły skrzynie po obu stronach alei. – Tam jest! – krzyknął ktoś. – Nie bójcie się jego broni – zawołał Tadeusz. – To tylko czarnoksięskie sztuczki! Tam nic nie ma! Tysiąc goliatów dla tego, który przyniesie mi jego głowę! W końcu alei pojawiły się dwa cienie. Pablo wypalił dwa razy. Jeden padł na ziemię momentalnie, drugi schylił się i podparł o skrzynie. Był tylko ranny, ale chyba dość ciężko, bo trzymał się za brzuch, a między nogami zwisały mu jelita. – Nie zbliżajcie się, bo wszyscy zginiecie – krzyknął Sauromata uzupełniając od razu trzy puste komory. Nastała chwila nerwowej ciszy. W oddali słychać było jakieś kroki i szuranie. Ktoś coś szeptał. Naradzali się. Trzech nie żyje, rachował w pamięci, zostało jeszcze co najmniej dziewięciu. Homgwil raczej nie zrobi mu krzywdy, chyba że nie będzie miał wyjścia. Tadeusz to parszywy tchórz, który ucieknie, gdy tylko zostanie sam. Dziewięciu łebków, sześć kul w rewolwerze. Nie ma miejsca na błąd. *** Dach spichlerza był śliski od krwi i bebechów. Brot również był cały umazany krwią, w głównej mierze pochodzącą od przeciwników. Sam zarobił kilka draśnięć tu i ówdzie. Miał nadzieję, że rozwścieczona tłuszcza nie wpadnie na pomysł podpalenia spichlerza. Dobrze wiedział, że jego zawartość była tylko fikcją, ale oni nie mieli o tym pojęcia. To jeden z wielu brudnych sekrecików Fjutgaardta. Sprzedawał on żywność Tomwil karawaniarzom z południa. Brot czuł się nieco usprawiedliwiony. Śmierć burmistrza była kwestią dni. Postrzegał swój czyn jako przedwcześnie wyda-


117 ny przez społeczeństwo wyrok. Teraz sam na dachu spichlerza, otoczony przez rozwścieczony motłoch. – Młody człowieku! – zawołał z dołu dojrzały głos. – Przestań się wygłupiać i złaź na dół! Zamordowałeś już wystarczająco dużo niewinnych obywateli. Nie unikniesz sprawiedliwości! Dobre sobie, pomyślał Brot. Gdyby tylko wracał do domu inną drogą, do niczego by nie doszło. To straszne, do jakiej ruiny Fjutgaardt doprowadził to miasto. Gdzie do cholery jest straż miejska. – Nie przedstawiłem się! – kontynuował ten z dołu. – Mówi kapitan Bertie ze straży miejskiej! Brot wyjrzał za krawędź dachu. Rzeczywiście. Facet był wielki jak skała, miał długą brodę, sumiaste wąsy i kapelusz z szerokim rondem. Ale miał też i płaszcz strażnika miejskiego, a przy pasie tradycyjny kord z godłem Tomwil. – Straż miejska – rzucił Brot. – Kolejna bajka dla frajerów. – To jak będzie? Zejdziesz i dasz się osądzić w uczciwym procesie, czy mamy załadować bombardę? Jakby na potwierdzenie jego gróźb z jednej z uliczek grupka obdartusów wypchała grubą, stalową rurę przymocowaną do platformy umieszczonej na kołach. Za nimi szedł owłosiony gigant, niosący w rękach głaz wielkości ludzkiej głowy, doprowadzony do kształtu niemal idealnej kuli. – Zapowiada się, że będą fajerwerki – powiedział już trochę bardziej do siebie Bertie. – Załadować bombardę! Brot przełknął ślinę. *** Pablo siedział skulony za ostatnią skrzynią w kącie pomieszczenia, gdy nagle poczuł swąd dymu. Ogarnęła go panika. Pożar na górze! Wyszli i zaryglowali wszyst-


118 Bartosz Adamiak Era Mroku kie wyjścia. Szybko wybiegł na środek. Rzeczywiście nie było nikogo poza jęczącym rannym z flakami na wierzchu oraz kwatermistrzem i strażnikiem, którzy nadal przywiązani byli do słupa. – Dobij mnie człowieku! – wycharczał ranny. - Nie daj spłonąć żywcem! Pablo zignorował prośbę i pobiegł w kierunku okienka, którym dostał się do środka. Było bardzo wysoko. Od zewnątrz posłużył się drewnianym wychodkiem. Tu w środku pod oknem nie było niczego. Spróbował przetoczyć jedną z beczek. Cholernie ciężka. Strzelił do niej, a z otworu zaczęło wyciekać pieniące się piwo. Zbyt wolno! Strzelił jeszcze pięć razy, choć serce mu się krajało, gdy widział pieniący się napitek wsiąkający w piach. Podłożył głowę pod strumień i ściągnął kilka orzeźwiających łyków. Gdy zaś beczka opróżniła się do połowy, przetoczył ją pod okno i wspiął się na górę. Szczęśliwie nikt nie przewidział, że będzie próbował tędy wychodzić. Wygramolił się na dach wychodka i zeskoczył na ziemię upadając przy tym. – To by było na tle – zaśmiał się cicho i ruszył do furtki. Alejkę przebiegł sprintem, ale nie wszedł do domu Homgwila w obawie przed zasadzką. Przesadził niewielki murek kilka metrów wcześniej i znalazł się na luksusowej posesji jednego z miejskich oligarchów. Niewielu ich było, ale jak już się takiego spotkało, to ociekał splendorem, bogactwem i zepsuciem. Na zielonej trawce rozłożony był grill, na którym paliły się całkowicie zwęglone już żeberka. Obok na gołej ziemi, niczym zwierzęta, kopulowały dwie albo trzy pary, zmieszane w jeden, pulsujący kocioł. – Hadrianie, kto to? – zapytała jedna z kobiet. – Nie mam pojęcia. – Czy przyłączy się do nas? – zapytała taksując Sauromatę. – Przyłączysz się? – zapytał mężczyzna. – Chętnie, ale jestem w wielkim pośpiechu – rzucił Pablo i ruszył w stronę furtki prowadzącej na zewnątrz. Uczestnicy orgii nie zwracali już więcej na niego uwagi.


119

*** – Ognia! – wrzasnął Bertie. Nastąpił głośny huk odbijający się echem od budynków. Niemal jednocześnie Brot zobaczył chmurę dymu unoszącą się z dołu, a gdy gzyms rozprysnął się na tysiące fragmentów poczuł w oczach i ustach szorstki pył. – Załadować! Przeklęty staruch. Na pewno po przybyciu na miejsce, nawet nie próbował zorientować się, o co chodzi. – Ognia! Kolejny huk i chwilę później jeszcze głośniejszy. Brot leżał płasko na dachu, ale poczuł, że wszystko przechyla się, a on sam zaczyna zjeżdżać do tyłu. – Uciekać! Spichlerz się wali! – wrzasnął ktoś na dole. Spichlerz jednak nie walił się. Jedynie dach zapadł się lekko, a sam Brot zjechał po śliskiej, pokrytej krwią podłodze do rozpadliny i znalazł się na poddaszu. Wylądował miękko na stercie pustych worków, w których zapewne kiedyś znajdowało się zboże lub mąka. Nie czekał, aż ci na dole zorientuję się, co się stało. Wstał i pobiegł ku spiralnym schodom biegnącym na dół. Pracując dla Fjutgaardta wiedział, że w spichlerzu znajdują się tajne drzwiczki, które wyprowadzą go do podziemnego tunelu. Rządzący Tomwil od wieków borykali się z nienawiścią ludu i skrytobójcami nasłanymi przez życzliwych sąsiadów. Dwieście lat wcześniej Toman Wielki nakazał zbudować sieć tuneli, która spinała najważniejsze budynki administracyjne: ratusz, rezydencję burmistrza, spichlerz, kasyno czy burdel. Brot posiadł tę wiedzę na krótko przed tym, jak poderżnął gardło ostatniemu burmistrzowi i teraz podskakiwał ze szczęścia, choć w jego kieszeniach nie dzwoniły już żadne monety. ***


120 Bartosz Adamiak Era Mroku

Pablo zatrzymał się jak wryty. Tuż przed nim, w ziemię wbiła się wielka, granitowa kula, która przybyła nie wiadomo skąd. – Niewiele brakowało – westchnął i ruszył dalej. Niedaleko znajdowała się karczma, pod którą przywiązane stały trzy wierzchosły. Odwiązał tego, który nie był obciążony. Wspiął się na siodło i ruszył tempem szybkim, ale nie na tyle szybkim, by mogło to zwrócić uwagę strażników miejskich. Przy bramie spotkał wartownika, od którego wcześniej kupił wierzchosła. – Witajcie! – zawołał strażnik przyjaźnie. – Masz! – Sauromata cisnął mieszkiem. – Nie widziałeś mnie. Nie widziałeś nikogo. Dziś jest wyjątkowo spokojny wieczór. – Właściwie to przy spichlerzu toczy się jakaś walka. Słyszałem też, że ktoś skrócił ziemskie męki Hasteriska Fjutgaardta. – Doprawdy? – odparł Pablo. – Zatem czekają was ciężkie czasy. – Tak, wiem... nadciąga era mroku. Pablo zatrzymał się. – O co wam wszystkim chodzi z tą erą mroku? – zapytał. – Bogowie kłócą się między sobą i nie ma komu pilnować porządku na świecie. Będzie wojna. Wyniszczająca, trwająca wiele lat wojna. Wszystko będzie zrównane z ziemią. Z Tomwil nie pozostanie kamień na kamieniu. – Zatem nic tu po mnie – odparł Pablo i ruszył przez bramę. Wyjechał kawałek za miasto, gdy nagle usłyszał jakieś krzyki i ktoś wybiegł mu na drogę. Był cały umazany krwią i wyglądał jak sto nieszczęść. Jednak dzierżył w dłoni sztylet i Pablo odruchowo położył rękę na rewolwerze wsadzonym za pasek. – Pablo? Pablo Sauromata? – zawołał radośnie jegomość. – Poznaliśmy się na uczcie z okazji zabicia Morgwila. – Czyżby? Nie przypominam sobie, by był tam ktoś umazany krwią, jak rzeźnik w świniobicie.


121 – Jestem Brot. Sekretarz byłego burmistrza. – Brot! – zawołał Pablo. – Wykończyłeś Fjutgaardta za pieniądze Heliksmana! – Tak. To znaczy, ja tylko przedwcześnie wykonałem wyrok ludu. Teraz pół miasta poluje na mnie, ale nie dlatego, że zabiłem burmistrza, tylko dlatego, że nie dałem się obrabować jakimś obdartusom. Głupi przypadek! Zabierz mnie ze sobą! – Nie wiesz nawet dokąd jadę. Poza tym skąd mam wiedzieć, czy nie poderżniesz mi gardła na jakimś postoju, bo przypadkowo poznany człowiek da ci w łapę? – Błagam cię! Oni mnie zlinczują! – zapłakał prawie. – W gruncie rzeczy jestem dobry człowiek. Trochę kradłem, trochę trułem wierzchosłów, ale poza burmistrzem nikogo nie zabiłem. Pablo przyjrzał mu się badawczo. Chłopak miał nie więcej niż siedemnaście czy osiemnaście lat i wyglądał na naprawdę przerażonego. – Dobra – powiedział w końcu. – Wskakuj. Najmuję cię do mojego pocztu, ale przyjmujesz moje zasady, zgoda? – Zasady? – Będziesz wykonywał wszystkie moje polecenia i pojedziesz ze mną tam, gdzie zechcę. Nawet jeżeli okaże się to być miejscem odległym i niedostępnym. A jeżeli zrobisz cokolwiek, co mi się nie spodoba, nabiję cię na pal. Brot namyślał się chwilkę. Próbował wyobrazić sobie, co może się nie spodobać Sauromacie. Nie przyszło mu do głowy nic, co zwykł mieć w swoich zwyczajach. – W porządku! Wspiął się na tyłek wierzchosła i ruszyli. *** Farasz stał przed swoim szałasem oparty na długim kosturze. – Co to za jeden? – zapytał widząc Brota.


Bartosz Adamiak Era Mroku – Mój pocztowy. Przyda mi się pomoc – odparł Pablo. – Masz to? Pablo wydobył z kieszeni medalion zawinięty w srebrny łańcuszek i rzucił starcowi. Ten starannie obejrzał Kaahc i gdy stwierdził, że wszystko jest w porządku wyciągnął ze swego szałasu nylonowy plecak wypchany po brzegi. – Musimy się spieszyć. Pół dnia drogi za wami jest grupa jeźdźców. – Pościg? Heliksman musiał domyślić się, że przyjadę tutaj. Szybko! – Posłuchaj mnie uważnie – powiedział Engmont Farasz. – Otworzę wam portal do lasu w pobliżu Howard. W tym mieście odszukacie człowieka o imieniu Booze. Niektórzy mogą kojarzyć go jako kowala, bo obecnie ima się tym zajęciem. Kiedyś był jednym z najlepszych maszynistów linii kolejowej Howard-Rae Ragis. Pomoże wam uruchomić parowóz, może nawet dowiezie do celu. – Będzie współpracował? – Powiesz, że przysyła cię Farasz. To powinno wystarczyć. Myślę, że udzieli wam wszelkiej pomocy, o którą poprosicie. Farasz wyjął spod pazuchy kartkę złożoną na cztery. – Tutaj masz wskazówki, jak dotrzeć do Kuby Odbiornika, oraz instrukcję jak go zresetować. Gdy to nastąpi, mój Kaahc da mi znać i przybędę na miejsce. Gotowi? Brot przyglądał się temu wszystkiemu z zaciekawieniem, ale najwyraźniej nie był w stanie zrozumieć niczego. – A gdzie ty będziesz w tym czasie? – zapytał Pablo. – Muszę ukryć się przed Heliksmanem. Będzie próbował dopaść mnie i odebrać Kaahc. Zaszyję się na jakiś czas w pewnym uroczym kurorcie nad morzem Symeryjskim. Dobre, zimne piwo i plaża pomogą mi odbudować zrujnowane zdrowie. – Nie wykiwaj mnie Farasz! – Nie śmiałbym – zaśmiał się starzec i zaczął coś majstrować przy medalionie. Natychmiast przed nimi otworzył się świetlisty portal. – No dalej, nie ma czasu! – pogonił ich.


– Idź pierwszy – Pablo skinął na Brota. Ten niepewnie ruszył w stronę przejścia, zanurzył się w jego świetlistej powierzchni i zniknął. Pablo rzucił ostatnie spojrzenie Obserwatorowi i także wszedł do portalu. Nieoczekiwanie, jakiś ciemny kształt wyskoczył zza szałasu i również zniknął w przejściu. Farasz nie zdążył nawet dostrzec, co to właściwie było. Machnął ręką i zamknął portal. – Cholera – zaklął pod nosem i otworzył sobie drugie przejście. *** Tadeusz oraz jego świta nie zastali nikogo w pustelni. Ślady na piasku jasno wskazywały na to, co wydarzyło się ledwie przed kilkoma godzinami. – Zniknęli! – zawołał tropiciel. – Widzę, że zniknęli – syknął kupiec i zsiadł z wierzchosła. – Zastanawiam się tylko, dokąd mogli się udać. Uniósł garść suchego piachu i przepuścił go między palcami. Piach uleciał niesiony wiatrem i opadł z powrotem na jałową ziemię. – Zwijamy się Kreacz – powiedział Thatduush Heliksman i wspiął się na wierzchosła. – Wracamy do mojego miasta. – Tak szefie. – Ale znajdziemy tych skurwieli. Poruszymy niebo i ziemię. Ruszyli niespiesznie w kierunku Tomwil.


Bartosz Adamiak Era Mroku

Era Mroku to pierwszy tom z cyklu przygód Pablo Sauromaty. W momencie premiery tej książki trwały zaawansowane prace nad tomem drugim, zatytułowanym Rae Ragis, a trzeci i czwarty roiły się już w głowie autora. Bartosz Adamiak (rocznik `83) Niewiele da się ciekawego o człowieku powiedzieć. Postanowił zakosztować self-publishingu i wymyślił historię z pogranicza fantasy, za którym zresztą szczególnie nie przepada (woli SF). Na co dzień zajmuje się ugniataniem tyłkiem krzesła w jakimś biurze. Prywatnie ojciec dwójki wspaniałych huncwotów i mąż wspaniałej żony.

WWW.ERAMROKU.COM WWW.BARTOSZADAMIAK.COM

https://www.facebook.com/bartoszadamiakcom https://www.facebook.com/eramroku


Bartosz adamiak - Era Mroku