Issuu on Google+


fot. Zbychowiec

Początek... ile to słowo ma w sobie potęgi! Próżno dociekać, co na początku było. Początek czasem zaskakuje, czasem rozczarowuje. Czasem też lubi być nijaki. To chyba najgorzej, bo wtedy przechodzi niezauważalnie i rozmywa się w historii zdarzeń jak poranna mgła. Jednak Konfucjusz twierdził, że lepiej nie zaczynać, niż zacząwszy nie dokończyć... Zatem gaudeamus! Rok akademicki już w pełni! Dla jednych kolejny, dla wielu pierwszy, ale dla wszystkich ten wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju, bo niepowtarzalny. Oddajemy do Waszych rąk pierwszy po wakacjach numer B.e.s.t.a i mamy nadzieję, że uda się nam wszystkim zacząć dobrze. Postaramy się na chwilę przenieść Was z ekonomicznej rzeczywistości do świata kultury, letnich wspomnień, tematów ważnych bardziej lub mniej i wreszcie odrobiny poezji! Obiecujemy być przy Was przez następne dwa semestry, dostarczać ciekawych wątków i rozrywki. Na dobry początek mamy w prezencie kalendarz na rok akademicki 2009/2010. Początek ma to do siebie, że się skończyć musi... Zaraz po nim następuje jednak to, co najważniejsze...

bestowego kalen darz an aU trans... E.

uk aj Sz

Przyjemnej lektury! Paweł Maleńczak

Adres redakcji: ul. Kamienna 59, Wrocław, bud. B/F pok. 8/9, tel./fax: (071) 36 80 648 (gdy nas nie ma - zostaw wiadomość!). Adres do korespondencji: NGS „B.e.s.t.” Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu, ul. Komandorska 118/120, 53-345 Wrocław. Internet: best@ue.wroc.pl, http://best.ue.wroc.pl

kc

y j na

Redaktor Naczelny: Paweł Maleńczak (malenczak.pawel@gmail.com) | Zastępca Red. Nacz.: Dominika Majcher (dominika.majcher89@gmail.com) | Redaktorzy: Michał Brzeźniak, Szymon Gorączka, Aleksandra Greźlikowska, Bartosz Jakubowski, Katarzyna Jeznach, Jakub Knoll, Magdalena Kotowska, Anna Mrózek, Zbigniew Ostrowski, Marta Rewera, Bartosz Romelczyk, Piotr Semeniuk, Grzegorz Święch, Dariusz Wierzbowicz | Foto: Jakub Knoll, Alicja Koryś, Julia Zborowska, Magdalena Ziaja | Rysunki: Tomasz Cieszyński, Milena Górska, Zbigniew Ostrowski, Magdalena Pleskacewicz, Gabriela Wilczewska | Korekta: Magdalena Pleskacewicz | Grafika: Jakub Knoll | Skład DTP: Jakub Knoll, Grzegorz Święch | Okładka: Jakub Knoll | Współpraca: Krzysztof Kercz Redakcja zastrzega sobie prawo wyboru, dokonywania skrótów i poprawek stylistycznych w dostarczanych materiałach. Opinie zawarte w artykułach i korespondencjach nie muszą być zgodne z poglądami Redakcji.

Stopka r ed a

... Tekst Kasi.

fer


POradnik

Wakacje uleciały bezpowrotnie a to znaczy, że czas spojrzeć w stronę uczelni, podrapać się po głowie i przypomnieć sobie do czego ona tak naprawdę służy i co się w niej dzieje. W tym roku zresztą jak i w latach poprzednich uczelnia w swoje ramiona przyjmie rzeszę nowych studentów i właśnie do nich kieruję ten oto artykuł.

Dziekanat to takie miejsce do którego lepiej nie zaglądać zbyt często - najlepiej cztery razy w roku na zdanie indeksu i jego odbiór. Mimo to gdy macie jakieś pytania walcie tam jak w dym i bądźcie uparci aż do bólu. W dziekanacie odbierzecie legitymacje studenckie i w razie potrzeby tam będziecie składać wszelkie podania.

Miasto – Wrocław do nudnych miast z całą pewnością nie należy. Dziesiątki klubów, imprezy okolicznościowe, starówka, ośrodki rekreacyjne, itd. Niestety drugą stroną medalu jest to, że Wrocław nie jest miastem tanim. Aby zaoszczędzić trochę grosza naucz się gotować samemu lub szukaj miejsc, gdzie za niewielkie pieAkademik – jeżeli myślicie że coś niądze można dobrze zjeść, przyzwyczaj jest niemożliwe to z całą pewnością stanie się do sieci sklepów z małym czerwonym się to właśnie tam. Problem z akademi- owadem, imprezy zaczynaj już na swoim lokum - skromnym piwkiem (w każdym razie tak, aby być w stanie dojść na miasto). Przede wszystkim drogi, młody żaku pamiętaj, żeby w porę otrząsnąć się z zabawowego nastroju, gdyż pierwsze kolokwia nadejdą szybko i nieubłaganie. służyć wielu rzeczom od podstawki pod myszkę, aż po podstawkę od butelki z piwem. Żartom stop i na serio: obchodźcie się z indeksem należycie, żaden prowadzący nie lubi zapaćkanych indeksów, również zgubienie owego nie należy do najprzyjemniejszych spraw – dbajcie o nie.

kami pojawia się stąd iż wielu z młodych studentów traktuje te miejsca jako imprezową przystań, taką jaką ogląda się często w filmach rodem z USA. Niestety prawda wygląda zupełnie inaczej. Pomimo, że akademiki wyglądają, jak wyglądają, jest Starosta grupy to taka osoba, to dom dla wielu studentów, którzy też poktóra została „wystawiona” przez inne trzebują spokoju – pamiętajcie o tym. osoby na drodze głosowania. WybieraOrganizacje studenckie jąc go pamiętajcie, że najlepiej gdy jest - tak naprawdę, to nikt nie wie czym one to osoba rozgarnięta, gdyż bardzo często się zajmują, po prostu zajmują się czymś to ona będzie waszym przedstawicielem, i już. Tak na poważnie każda organizacja czy to przed osobą prowadzącego czy jest czymś innym i w zależności od jej w załatwianiu spraw w dziekanacie. programu można wyciągnąć z niej proIndeks – przypomina uczniowski fity w postaci szkoleń, wyjazdów i oczydzienniczek, w środku jest pieczęć, wasze wiście sporej grupy nowych znajomych. dane osobowe ze zdjęciem itp. Indeks po- Również B.E.S.T. jako organizacja wertrzebny jest zazwyczaj dwa razy w roku buje nowych członków, więc jeżeli masz w okresach sesyjnych. Po za nimi może trochę pisarsko-dziennikarskiego zacięcia przyłącz się do nas, zapraszamy.

prawić.

Kolokwium – większa partia wiedzy, którą należy pochwalić się przed prowadzącym. Nierzadko studentowi nie udaje się jej opanować, co powoduje pewne komplikacje w dalszym toku studiów, jednak jak sądzi wielu nie ma takiej rzeczy, której nie można po-

Sesja – System Eliminacji Studenta Jest Aktywny. Z sesją jest podobnie jak ze śniegiem u drogowców ciągle zaskakuje studencką brać swoim nadejściem. Sesja to nic innego jak wytężony czas nauki, sprawdzian poziomu wiedzy z danego przedmiotu. Zazwyczaj okraszona jest sporą dawką stresu, który systematycznie zalewany jest kolejnym kubkiem kawy bądź zawartością napoju energetycznego z puszki. Sesja może nieść z sobą efekty uboczne w postaci przemęczenia umysłowego, roztrzęsionych dłoni od kofeiny, łez na policzkach, które nierzadko są efektem niezliczonego egzaminu. Rok akademicki czas zacząć! Powodzenia!!

NGS B.e.s.t. | październik 2009 | best.ue.wroc.pl | 3

fot. http://niepokorny.org

K

ażdy z Was stojąc w murach uniwersytetu po raz pierwszy czuje dozę niepewności, nutę leku ale i sporą dawkę adrenaliny związanej z tym co nieznane i ciekawe. Drogi pierwszaku nie ma się czego bać, pora zapoznać się z kilkoma punktami studenckiego życia i będzie dobrze. Zacznijmy może od planu zajęć, który można dorwać na wirtualnych stronach naszej uczelni (plan.ue.wroc.pl). Plan zajęć w początkowych fazach swojego istnienia lubi się zmieniać, dlatego warto młody studencie, abyś od samego początku nie olewał sobie początkowych zajęć – tego nauczysz się później. Pamiętaj też, że na studiach plan zajęć jest rzeczą bardzo elastyczną i czasem warto przenieśc sobie jakieś zajęcia na inny dzień np. mniej obciążony obowiązkami.

Szymon Gorączka


Się rozwiń się / WROsław

POSZUKIWANIU WOLONTARIUSZE do II edycji W rocławskiej B urzy P omysłów Wszystkie wielkie odkrycia i usprawnienia zawsze zaczynały się od pomysłu. Justyna Kała, RUSS

W

szystkie wielkie odkrycia i usprawnienia zawsze zaczynały się od pomysłu. Wrocławska Burza Pomysłów to inicjatywa, która ma umożliwić młodym mieszkańcom Wrocławia wygenerowanie pomysłów rozwiązań dotyczących problemów społecznych na podstawie burzy mózgów, która odbywa się jednego dnia o jednej godzinie we wrocławskich liceach oraz szkołach wyższych. Projekt organizowany jest przez Wrocławskie Stowarzyszenie Multimedialne przy pomocy UM Miasta Wrocław, CIRS oraz portalu TuWroclaw.com.

W ieża C iśnień

Pierwsza edycja ogólnowrocławskiego projektu Wrocławska Burza Pomysłów odbyła się 1. czerwca. 2009 r. Została przeprowadzona w kilku wrocławskich liceach oraz na naszej Uczelni. Obecnie UM jest na etapie analizy zebranych pomysłów. W połowie listopada odbędzie się druga edycja, której temat brzmi: „Jak ograniczyć żebractwo we Wrocławiu”. Aby projekt odniósł jak największy sukces potrzebni są wolontariusze, którzy pomogą organizatorom w nawiązaniu kontaktu z placówkami dydaktycznymi we Wrocławiu oraz przeprowadzeniu w

przy alei

nich projektu. Dlatego prosimy osoby chętne do pomocy, aby zgłaszały się do Justyny Kała (e-mail: justyna.kala@gmail. com). Szczegółowy opis projektu znajdziecie na stronie głównej UE oraz na: www.samorzad.ue.wroc.pl Każdy wolontariusz dostanie certyfikat uczestnictwa z podpisem Prezydenta miasta Wrocławia oraz upominki. Zapraszamy do współpracy! Nie bądź obojętny! Zaangażuj się!

W iśniowej

Pewnie nie każdy z Was wie, że w bliskiej okolicy uczelni znajduje się tak ciekawa atrakcja turystyczna. To – widoczna już z daleka na horyzoncie – Wieża Ciśnień przy alei Wiśniowej. Ma 62 metry wysokości i powstała, by zapewnić bieżącą wodę 37 tysiącom mieszkańców południowych części Wrocławia. W ciągu doby mogła dostarczać jej nawet 7,5 tysiąca m3.

Z

Jakub Knoll

takie wieże stawały w centralnych punktach miasta, były widoczne z daleka, a więc reprezentacyjne. Wieża jest eklektyczna, mieszająca elementy secesji (rzeźba, ornamenty), neogotyckie sklepienia ze stylem neoromańskim. Całość zbudowana jest z cegły klinkierowej. Secesyjny jest też hełm wieńczący zbiornik wodny (pojemność 1800 m3), oparty na ośmiu filarach i głównym słupie. Dwa pierwsze piętra stanowiły pierwotnie mieszkania dla obsługi technicznej, obecnie są pomieszczeniami użytkowymi. Zdobią je płaskorzeźby z piaskowca przedstawiające zwierzęta i fantastyczne stwory morskie. Najważniejszą atrakcją przyciągającą turystów była galeria widokowa, znajdująca się na wysokości 42 metrów (2/3 wieży). Dostać się na nią można było schodami lub windą, kursującą wąską wieżyczką połączoną z główną wieżą pomostem. To właśnie ów pomost jako jedyny ucierpiał podczas wojny, obecnie jest już odrestaurowany. Z wieży można było oglądać panoramę miasta (zwłaszcza Park Południowy), a przy dobrej pogodzie (sygnalizowanej wystawianiem czerwonej flagi na szczycie) nawet Ślężę (oddaloną o 30 km)

4 | NGS B.e.s.t. | październik 2009 | best.ue.wroc.pl

czy Karkonosze (100 km). Mieszkańcy przybywali pod wieżę nie tylko dla widoków. Obok płaskorzeźby nimfy wodnej można było bowiem pobrać bardzo dobrą wodę ze studni głębinowej pod wieżą (nad nimfą widniał napis „Nie szukaj przyjaciela w piwie i winie, bo to krótkotrwała przyjemność. Chcąc starość przywitać szczęśliwym, pij czystą wodę i przytulaj kobiety.” Nie każdemu widać ta porada przypadła do gustu, bo w 1945 roku tablicę zniszczyli wandale). W maju 1922 roku głośna była nawet sprawa piętnastoletniego mieszkańca Biskupina, który specjalnie przyjechał na obecną Wiśniową, by nabrać wody – lepszej niż na jego osiedlu. Poza tą, we Wrocławiu jest jeszcze kilka ciekawych wież ciśnień, m.in. Na Grobli i przy ulicy Kasprowicza.

fot. Jakub Knoll

budowano ją w latach 1903-1904, a w 1906 udostępniono zwiedzającym. Podczas oblężenia Festung Breslau w 1945 roku stanowiła punkt obserwacyjny do kierowania ogniem. Po wojnie, jeszcze do 1985 roku, zbiorniki wieży wykorzystywały wodociągi miejskie, jednak już w 1978 roku wieża została wpisana na listę zabytków. W 1997 wykupiła ją spółka Stephan Elektronik Investment (właściciel Helum Stephan musiał w tym celu sprzedać swoją firmę) i przekształciła w obecny kompleks restauracji o nazwie „Wieża Ciśnień”. Ale co to właściwie jest wieża ciśnień? Otóż to taki typ budowli, której w górnej części posiada zbiornik wody zasilany przez specjalne pompy. Leży on odpowiednio wysoko, by uzyskać właściwe jej ciśnienie. Z niego woda rozprowadzana jest siecią wodociągów do miejsc docelowych, np. do mieszkań, bez pomocy zasilania, a jedynie na zasadzie grawitacji. Wieże ciśnień dzielą się na komunalne (doprowadzające wodę do mieszkań i domów), kolejowe (napełniające parowozy w czasach kolei parowej) i zakładowe (rozprowadzające wodę w fabrykach). Wieża na ulicy Wiśniowej należy do wież miejskich, najciekawszego rodzaju ze względu na swoje bogate zdobienia. Często bowiem


równi wobec

HIV

W świadomości społecznej Polaków problem HIV jest kwestią marginalną. Zjawisko to budzi tym większy niepokój, iż od kilku lat utrzymuje się tendencja wzrostowa nowowykrywanych zakażeń HIV.

P

ierwszy przypadek zakażenia HIV w Polsce wykryty został w 1985 roku. Rok później po raz pierwszy zdiagnozowano AIDS. W latach osiemdziesiątych głównym źródłem zakażenia były brudne igły i strzykawki używane przez osoby uzależnione od narkotyków oraz kontakty homoseksualne. Od roku 1988 do 1991 obserwowano drastyczny wzrost zakażeń wirusem HIV wśród narkomanów zażywających środki odurzające drogą iniekcji dożylnej. Z raportów Krajowego Centrum ds. AIDS wynika, że w 2001 roku nastąpiło odwrócenie trendów. Zakażeniu ulega więcej osób o orientacji heteroseksualnej oraz nie przyjmujących narkotyków drogą dożylną. W latach 2000-2005 liczba późno rozpoznawanych zakażeń HIV wzrosła dwukrotnie. AIDS jest pierwszą przyczyną zgonów osób między 15 a 30 rokiem życie na świecie. Młodzi ludzie w wieku 15-30 stanowią 50% wszystkich zakażonych osób w Polsce. Kampania Społeczna „ryzyKOchania” skierowana jest do osób w wielu 18-29 lat. To głównie studenci, osoby młode, skłonne to ryzykownych zachowań seksualnych. Celem kampanii jest promowanie odpowiedzialnego stylu życia oraz podniesienie świadomości społecznej w temacie zagrożeń związanych z ryzykownymi zachowaniami seksualnymi. Poprzez zwiększanie świadomości zagrożeń oraz promowanie potrzeby wykonywania testów na obecność wirusa HIV, organizatorzy chcą zapobiec wzrostowi zakażeń oraz zwiększyć wczesną ich wykrywalność. Kampania objęła swym zasięgiem główne ośrodki akademickie w Polsce, w szczególności Warszawę, Kraków, Łódź, Piotrków Trybunalski, Katowice, Gdańsk

fot. Iza Grzybowska / Makata

J esteśmy

– Gdynia – Sopot, Słupsk, Olsztyn, Toruń, Białystok, Wrocław. Do tej pory w ramach kampanii zorganizowane zostały dni badań dla studentów „Nie ryzykuj - zrób test na HIV” na uczelniach wyższych w województwie śląskim, happeningi edukacyjne „Niechciany podarunek” oraz stoiska edukacyjne podczas juwenaliów w całej Polsce. W kampanię zaangażowali się znani polscy projektanci, jak Dawid Woliński, Wiola Śpiechowicz, Paprocki&Brzozowski, Ewa Minge oraz One Eighty. Przygotowali projekty T- shirtów na użytek kampanii, które wraz z najlepszymi amatorskimi projektami wyłonionymi w konkursie „Kreuj idee” (już wkrótce kolejna edycja), zostały wyprodukowane i zaprezentowane w sesji fotograficznej przez Marię Peszek (zdjęcie obok), Weronikę Rosati, Wojtka Łozowskiego oraz Tomka Szczepanika z zespołu Pectus. To oni, zgodnie z hasłem „Wszyscy jesteśmy równi wobec HIV”, namawiają młodych ludzi do badań i unikania ryzykownych zachowań seksualnych, a także do promowania idei kampanii poprzez noszenie koszulek kolekcji ryzyKOchania. „Młodzi ludzie przyzwyczajeni są do szumu medialnego i ciężko jest zwrócić ich uwagę nawet na tak oczywisty problem, jakim jest HIV. Moda to nowy kanał komunikacji z młodzieżą, sposób na edukację, ale bez nachalnego moralizowania.” – argumentują organizatorzy. Sprzedaż prowadzona jest w serwisie aukcyjnym Allegro, na aukcjach internetowych ryzyKOchaużytkownika nia (allegro.pl/my_page. php?uid=13920664). Wszystkie koszulki

PATRONujemy

Kampanię promuje m.in. Maria Peszek

dostępne są z opcją wysyłki GRATIS – koszt wysyłki pokrywa organizator. Dochód ze sprzedaży koszulek zostanie przekazany na dalszy rozwój eventowy kampanii (bezpłatne testowanie, stoiska informacyjne, gry edukacyjne). Zebrane fundusze pomogą Stowarzyszeniu Manko docierać z ideą i wiedzą o zagrożeniach do coraz większej liczby młodych ludzi w całym kraju. Więcej informacji można zasięgnąć pod internetowym adresem ryzyKOchania.pl. Gdzie we Wrocławiu zrobić test na HIV? PKD przy Lekarskiej Przychodni Specjalistycznej TRR NZOZ ul.Podwale 74, ofic. 23, 50-449 Wrocław | pon. 15.00–19.30, cz. 09.30–14.00 PKD Towarzystwie Rozwoju Rodziny ul.Podwale 7, 50-449 Wrocław | pon. – cz. 15.00–17.00

Szacuje się, że w Polsce ok. 35 tys. osób żyje z HIV, z czego ponad 50% nie wie o swoim zakażeniu.

57% wszystkich zakażeń stanowią osoby poniżej 29 roku. NGS B.e.s.t. | październik 2009 | best.ue.wroc.pl | 5


zORGanizowani studenci

od kuchni Myślę, że KampusTV przedstawiać nie trzeba. W każdą środę serwuje Wam dawkę świeżych wiadomości, patronuje najciekawszym wydarzeniom, organizuje szkolenia i imprezy okolicznościowe, a także zaprasza ciekawych gości. Dodatkowo ubarwi Wam jesień nową ramówką z dynamicznym przewodnikiem kulturalnym –Wroclife, w każdy imprezowy piątek. Pomoże także przetrwać ciężkie poniedziałki, dzięki satyrycznemu komentarzowi ekonomiczno-społeczno-plotkarskiemu – Harry i Milton. Karolina Paluch Dział PR Kampus TV

W

arto zapoznać się z KampusTV już w październiku. Ja, jeszcze kilka tygodni temu, o tej studenckiej telewizji wiedziałam niewiele, żeby nie powiedzieć – prawie nic, a bycie jej członkiem wcale nie byłoby ziszczeniem moich najskrytszych marzeń. A jednak złożyłam aplikację (przekonana zresztą, że przyjmują wszystkich bez dogłębnej selekcji), bardziej z ciekawości, niż przeświadczenia o wyjątkowości tej organizacji. Dlaczego? Miałam dosyć bezrefleksyjnego zapisywania notatek na wykładzie i szukania na siłę zajęcia dla zabicia nudy. KampusTV wydał mi się dobrą alternatywą na „bezplan”, choć ze swoim sceptycznym nastawieniem do świata, cudów nie oczekiwałam. Ku mojemu zaskoczeniu, w szeregi KampusTV trafiło tylko kilku, skrupulatnie wybranych nowych członków. Pamiętam dobrze pierwsze spotkanie w gronie kampusowiczów. Siedziałam zestresowana w rogu sali i obserwowałam tych wszystkich ludzi (a było ich całkiem sporo), szczerze witających się, żywo rozmawiających i śmiejących się. Wyglądali na świetnie zgraną paczkę przyjaciół. Zaskoczyli mnie profesjonalnym podejściem, ponadprzeciętnym zaangażowaniem a przy tym luźną atmosferą. Wtedy właśnie tak naprawdę zapragnęłam, by stali się oni częścią także mojej codzienności. Kampus to cztery działy - dziennikarski, techniczny, PR i nowoutworzony ER. Dział dziennikarski – tworzy go 15 twórczych i światłych umysłów, 15 ciętych języków, 15 par dalekowzrocznych oczu, czyli niesamowicie kreatywni

a zarazem zdyscyplinowani poszukiwacze newsów. Specjalnie dla Was opisują sprawy ważne, często kontrowersyjne, pobudzające do przemyśleń i rozgorzałych debat oraz lżejsze ciekawostki ze studenckiego światka. Dział techniczny - operatorzy kamer, montażyści… Magicy obrazu, którzy nadają słowom widzialną postać. Jego członkowie ściśle współpracują z dziennikarzami, tworząc dwuosobowe zespoły. Razem, często na Waszą prośbę i znak, wyruszają w pogoni za prawdą, sensacją i rozrywką. Dzięki Grupie ATM, naszemu patronowi strategicznemu, posługują się nowoczesnym sprzętem, a swoje umiejętności szlifują pod okiem specjalistów. PR – w jego skład wchodzą chyba najbardziej pozytywnie zakręceni i jednocześnie przedsiębiorczy kampusowicze. Do ich zadań należy przede wszystkim dbanie o wizerunek KampusTV, tworzenie spotów reklamowych, kontakty z kołami naukowymi i organizacjami studenckimi, obejmowanie patronatów medialnych oraz organizowanie własnych eventów. Dzięki nim mieliście okazję zobaczyć na żywo Kamila Durczoka! ER – nowoutworzony dział zajmuje się pozyskiwaniem nowych partnerów (merytorycznych – przeprowadzających szkolenia oraz finansowych). ER tworzy oferty komercyjne, a także organizuje sprzedaż usług Kampus TV na zewnątrz. Dwa lata temu, trójka zdeterminowanych i zawziętych osób powołała Kampus do życia. Dziś jest nas pięćdziesięcioro. Każdy, dla dobra sprawy, poświęca niezliczoną ilość godzin, większość ma na koncie multum nieprzespanych nocy,

6 | NGS B.e.s.t. | październik 2009 | best.ue.wroc.pl

a co większy zapaleniec „kilka” kolokwiów w plecy. Uczymy się sami, nierzadko na własnych błędach. Staramy się poszerzać wiedzę i doskonalić umiejętności, by nasza, z dnia na dzień bardziej profesjonalna praca, była po prostu coraz lepsza. Wszystko po to, aby być zawsze do Waszej dyspozycji, dostarczać porządną dawkę informacji i zabawy. Jesteśmy jedną grupą, pięćdziesięcioma indywidualnościami i setką pomysłów na minutę. Choć każdy ma inne zainteresowania i aspiracje, łączy nas nieuleczalna choroba - pasja. Ja również w trybie natychmiastowym zostałam zarażona. Daję z siebie wiele, by nie zawieść liczących na mnie kolegów. Zyskuję jednak nieporównywalnie dużo – satysfakcję, poczucie samorealizacji, a przede wszystkim, paczkę świetnych znajomych, na których zawsze mogę polegać. Jeśli pragniesz znaleźć się w miejscu, gdzie możesz dać upust swoim pomysłom, zaoferować siebie innym i brać pełnymi garściami ze studni doświadczeń, jeśli tak jak ja chciał(a)byś przekonać się na własnej skórze jak działa KampusTV – dołącz do nas! Rekrutacja trwa do 17 października. Zauważyłeś/łaś w swoim otoczeniu coś wartego uwagi, coś Cię zbulwersowało, zaskoczyło, rozbawiło, zaciekawiło i chciałbyś/łabyś zobaczyć materiał na ten temat w telewizji? Czekamy na Twój znak! Napisz do nas (adres redakcja@kampustv.pl) o sprawie dla Ciebie ważnej, a my przyjrzymy się jej okiem kamery.


Się rozwiń Się

Pszeniczne?! Miodowe?! Zrób sam piwo domowe Jednym z najpopularniejszych trunków, jakimi zdarza się nam raczyć, jest piwo. Znane już od wielu wieków, do swej obecnej formy przeszło szalenie długą drogę ewolucji.

rys. Milena Górska

P

ierwsze zapiski o tym szlachetnym trunku odnajdujemy na glinianych tabliczkach, które zapisane były przez Sumerów. Inne tropy pochodzenia piwa prowadzą nas do starożytnego Egiptu, gdzie piwo jako napój traktowane było z wielką czcią, a nawet posiadało swoich boskich opiekunów. Idąc starożytnym tropem, docieramy również do znanego wszystkim (przynajmniej z nazwy) Kodeksu Hammurabiego, który bardzo dokładnie określał zasady wytwarzania i obrotu piwem. Ciekawostką jest to, iż kodeks na tyle poważnie traktował złocisty trunek, że karą za dopuszczenie się oszustwa w jego produkcji było utopienie piwowara w jego własnym wyrobie. Śladów złocistego trunku możemy się również doszukać w starożytnych Chinach. Tam właśnie wytwarzano napój z prosa, który poddany procesowi fermentacji przypominał piwo. Europa w swoich dziejach z piwem obeszła się nieco chłodniej. W szczególności nie znalazło ono akceptacji kręgach Rzymian oraz Greków, którzy swoje zamiłowanie pokładali w winie. Jedynie plemiona skandynawskie, germańskie oraz plemiona północnych Słowian rozkoszowały się w tymże napitku. Czas, wraz z idącym postępem technicznym, utorował jednak piwu świetlaną przyszłość. Pracujące nad tym wyrobem klasztory udoskonalały go całymi wiekami, dodając kolejne elementy w instalacjach do produkcji oraz pracując nad smakiem piwa, np. poprzez dodanie szyszek chmielowych. Opłacalność produkcji piwa toruje mu drogę aż po dzisiejsze czasy, w których koncerny dysponujące wiedzą i doświadczeniem, dostarczają nam kolejne porcje tego alkoholu. Sięgając więc po piwo, nie traktujmy go jako rzecz oczywistą, gdyż to, co może pijecie właśnie w tej chwili, jest

Szymon Gorączka

efektem pracy wielu pokoleń piwowarów. Należy nadać piciu piwa pewną kulturę, próbować wielu gatunków piwa, smakować i doceniać pracę ludzkich rąk. Co jeśli jednak żadne z piw nie zaspokoi waszego upodobania? Co jeśli chcecie sami spróbować tej niezwykle ciekawej sztuki? Wtedy odsyłam Was do portalu www.twojbrowar.pl, którego twórcy są jednocześnie absolwentami wydziału Inżynieryjno-Ekonomicznego. Poprowadzą Was i dostarczą niezbędnych elementów, aby rozpocząć swoja przygodę z browarnictwem. Rozpoczęcie browarnianej przygody można dokonać na kilka sposobów. Pierwszy z nich polega na zakupie tzw. brewkita, czyli zamkniętego w puszce gotowego surowca. W tym przypadku warzenie składa się z kilku prostych etapów. Wystarczy zagotować zawartość puszki, dodać drożdże piwowarskie i oczekiwać na efekty. Drugą, trudniejszą drogą, jest zakupienie każdego surowca z osobna i działanie od podstaw tak, jak się to robi w dużych zakładach produkcyjnych. Surowcem do produkcji piwa jest jęczmień, który w wyniku zachodzących w ziarnie procesów enzymatycznych, nabiera odpowiednich cech. Zesłodowane ziarno jest suszone i rozdrabniane (śrutowane). Kolejnym krokiem jest zacieranie, w którym śruta zostaje połączona z wodą, w rezultacie składniki śruty przechodzą do roztworu. Zacieranie jest najważniejszym etapem produkcji piwa. Następnie zacier jest filtrowany, a oczyszczona z pozostałości brzeczka poddawana jest procesowi gotowania. Dodane wtedy szyszki chmielowe uwalniają składniki smakowozapachowe. Wytrącane podczas procesu osady są usuwane poprzez filtrowanie, a płyn jest chłodzony. Ochłodzona brzeczka zaszczepiana zostaje drożdżami piwowarskimi, które w wyniku procesów życiowych prowadzą proces fermentacji. Podczas tego procesu piwo nabiera „procentów”. Po procesie fermentacji piwo klaruje się bądź pozostawia naturalnie mętne. Piwo musi dojrzeć. W tym celu pozostawia się je w spokoju na okres od dwóch do czterech tygodni dla piw jasnych i od dwóch do czterech miesięcy dla piw ciemnych. Właśnie podczas leżakowania, piwo nabiera od-

powiednich cech smakowo-zapachowych, które nazywamy bukietem piwa. Trzecim rozwiązaniem jest odwiedzenie wydziału Inżynieryjno-Ekonomicznego, gdzie w budynku H na trzecim piętrze mgr inż. Tomasz Pieciuń wraz z grupą zapaleńców, prowadzi koło naukowe poświecone tej właśnie tematyce. Warto też dodać, że tutaj teoria ściera się przede wszystkim z praktyką! Czytając ten artykuł, część z Was pewnie zastanawia się: dlaczego zadawać sobie tyle trudu, aby napić się piwa? Otóż odpowiedzi jest kilka. Po pierwsze - wzbogacicie swoje umiejętności o coś nowego. Po drugie - swoje piwo jest zawsze swoje, a i znajomi, którzy zostaną uraczeni takim trunkiem, z pewnością Wam pozazdroszczą. Po trzecie - macie okazję spróbować niepasteryzowanego, niefiltrowanego piwa o głębokim smaku, trwałej pianie, bez pomocniczych dodatków w procesie produkcyjnym. I po czwarte - koszt produkcji piwa w warunkach domowych zamyka się w granicach dwóch złotych. Teraz, wraz z nowym rokiem akademickim, pozostaje zostać studentem-piwowarem. Powodzenia! Dla równowagi wszechświata bądź chociażby dla równowagi tego artykułu, należy wspomnieć o tym, że piwo podobnie jak każdy alkohol czy używka uzależnia. Należy pamiętać, że uzależnienie od alkoholu, to nie to samo, co uzależnienie od czekolady i niesie ze sobą wiele niepożądanych konsekwencji. Dlatego, jeżeli macie problem lub czujecie, że pijąc ogromne ilości piwa, ciągle macie go mało, redakcja B.E.S.T.a podsuwa Wam parę adresów, w których możecie znaleźć pomoc: - www.parpa.pl - Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych - wchodząc na stronę klikacie: placówki lecznictwa, a następnie województwo dolnośląskie. Znajdziecie tu kilka przydatnych adresów; - Uniwersytet Ekonomiczny - pomoc możecie znaleźć u psychologa akademickiego, którym jest pani Aurelia Zajączkowska. Jeśli zatem czujecie potrzebę skonsultowania się, piszcie na adres: psycholog@ue.wroc.pl

NGS B.e.s.t. | październik 2009 | best.ue.wroc.pl | 7


poGRAj

Z ostań

tran

portowym potentatem !

Znane przysłowie mówi: stary ale jary. Taki właśnie jest on – ma już swoje lata, nie ten look, trochę niedzisiejszy, ale wciąż potrafi zająć na wiele godzin. Transport Tycoon, bo o nim mowa, to gra wydana w 1994 roku, czyli w dość zamierzchłych czasach, zważywszy na rozwój technologii komputerowej i gier.

T

rys. Milena Górska

Grzegorz Święch akie stare gry jednak mają coś przez komputer), a po drugie – wiedzieć mnie zaskoczyć, a ja mogłem czegoś w sobie, że dziś zamiast zachwycać co, skąd i czym transportować, tak by nowego się w niej nauczyć. Mam tu na się realistyczną grafiką i dopra- dobrze zarobić. Jednak jeśli ktoś nie myśli możliwość projektowania sieci cowanymi szczegółami stacji kolejowych jakiejś współczesnej gry, podłączonych do powróciłem po ponad jednej bądź kilku 10 latach do budowania ligłównych magisnii kolejowych i zachwycatral, zbudowanych nia się jak jeżdżące po nich z użyciem jedpociągi wożą węgiel do elenokierunkowych ktrowni, drzewo do tartaku torów, po których oraz pasażerów i pocztę potrafi jeździć zgodmiędzy różnymi częściami nie kilkanaście wykreowanego świata. pociągów, nie A wszystko to na dwuwymip o w o d u j ą c arowej planszy z prostą, żadnych kolizji. „kanciastą” grafiką. A po pierwszym Oprócz obsługi po latach uruchompociągów gracz może Pociągi możemy obserwować na mapie głównej bądź w osobnym okienku ieniu, gra potrafiła zająć się transportowaniem chce by wirtualni gracze przeszkadzali zatrzymać mnie przy komputerze do pasażerów i towarów samochodami, mu w zagospodarowywaniu świata, 4 nad ranem… statkami oraz samolotami. Jednakże może wyłączyć konkurencję i grać sam. Na mojej liście gier „do odkurzebudowanie kolei jest zdecydowanie na- Z czasem pojawiają się nowe typy loko- nia” znajdują się jeszcze takie tytuły jbardziej ekscytującym el- motyw (diesle, potem elektrowozy) jak np. SimFarm, SimTower, SimCity ementem tej gry. i innych środków transportu. Transport (oczywiście w pierwszej wersji), czy Gracz zaczyna staje się coraz szybszy, a my na koncie Cywilizacja 2. Wszystkie te gry zaprzygodę w czasach mamy coraz więcej pieniędzy. Gdy gracz pewne znane są miłośnikom gier stragdy po torach jeżdżą przebrnie już do XXI wieku, uzyskuje tegicznych, a tym którzy jeszcze o nich jeszcze parowozy, możliwość budowania kolei jednoto- nie słyszeli, zdecydowanie je polecam. a na koncie ma rowej, a w kolejnych latach – magnetyNatomiast by odstresować się przed sporą pożyczkę do cznej, czyli jeszcze bardziej wydajnych kolejnym dniem pracy bądź zajęć na s p ł a c e n i a . środków transportu. uczelni, zalecam przed snem zagrać ze Wtedy Dodatkową możliwością gry współlokatorem bądź kolegą z akademimusi (zapewnioną przez specjalny do- ka partyjkę w również wiekową (rocznik liczyć na oferty władz miast, które chcąc zapewnić transport swoim mieszkańcom bądź zaopatrzenie funkcjonującym w okolicy przedsiębiorstwom, dodatkowo przez rok płacą firmom zapewniającym tę usługę. W ten sposób zarabiamy na spłatę kredytu, a potem wychodzimy na prostą. Ale, po pierwsze – musimy być szybsi i sprytniejsi od przeciwników (prowadzonych

datek, później włączony jako element wersji Deluxe z 1995 roku) jest budowa własnych scenariuszy. Gracz może zatem zaprojektować Polskę, Europę czy przykładowo – województwo dolnośląskie, by później na takiej mapie móc oddawać się grze z jeszcze większą przyjemnością. Gotowe mapy pobrać można także z Internetu, a stron miłośników tej gry wciąż nie brakuje. Dla mnie osobiście ciekawe jest to, że odgrzebana po tylu latach gra, bo przecież ostatni raz grałem w nią będąc jeszcze w podstawówce (tak, wspomnienie dzieciństwa), potrafiła

8 | NGS B.e.s.t. | październik 2009 | best.ue.wroc.pl

1999), jak i kultową Quake 3 Arena.

Producent i projektant Wydawca Data wydania

Chris Sawyer MicroProse jesień 1995

Gatunek

strategia / symulacja

Wymagania

PC 486 33MHz, 4MB RAM, karta VGA


Wrocławski Aikikai

Wrocławska Sekcja Aikido

Reklama

Aikido

EKOnomia

Nie taki bank straszny Minął już ponad rok od momentu, kiedy to Lehmann Brothers ogłosił upadłość, a tym samym zaczęła się samonapędzająca globalna dekoniunktura. Dobrze pamiętamy codzienne doniesienia o kolejnych bankach, które ogłaszały bankructwo i klientach panicznie wycofujących depozyty. Tylko pojedyncze kadry tego „sensacyjnego filmu” nakręcono w Polsce, ale to wystarczyło, aby nastąpił kryzys… kryzys zaufania.

K

Wrocław Aikikai (Wrocławska Sekcja Aikido) zaprasza do udziału w zajęciach Aikido dla dorosłych i zajęciach rekreacyjnych z elementami Aikido dla dzieci. Treningi Aikido prowadzimy we Wrocławiu od 12 lat (1997-2009). Zapewniamy: • codzienne treningi w godzinach porannych i wieczornych, • treningi Aikido, treningi z bronią (miecz, kij, nóż), • oraz treningi Iai Batto Ho (praktyki cięcia ostrym mieczem). Poza regularnymi treningami organizujemy pokazy, szkolenia dla firm, obozy dla dzieci i młodzieży, weekendowe staże i warsztaty oraz lekcje indywidualne. Wyspecjalizowani instruktorzy prowadzą zajęcia Aikido na wrocławskich uczelniach. Bezpośrednio współpracujemy z klubami we Francji, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii i USA. Treningi odbywają się w Centrum Sztuk Walki przy ulicy Grabiszyńskiej 279 we Wrocławiu (bud. FAT) oraz w SP nr 90. e-mail: aikido@wsaikido.wroc.pl telefon: 507 480 653 Odwiedź naszą stronę www:

www.wsasaikido.wroc.pl

ażda informacja o zastoju w gospodarce to przede wszystkim czynnik psychologiczny. Inwestorzy, świadomi konsekwencji z podwójną ostrożnością rozważają każdy ruch. Banki podnoszą WIBOR i wymagania wobec Kowalskiego... Co na to ów Kowalski? Zdawałoby się, że powinien stracić resztki zaufania do instytucji finansowych i schować wszystkie oszczędności do skarpety. I tu niespodzianka! Majowy raport CBOS opisujący zaufanie, jakim Polacy darzą banki wskazywał, że w porównaniu z listopadem 2008 nie zmieniło się ono i oscylowało na wysokim poziomie ok. 56%! W porównaniu do pozostałych państw UE była to przewaga wprost miażdżąca. Pojawia się tu jednak pytanie, czy zaufanie połączone jest ze świadomością? Chociaż tylko jedna trzecia dorosłych Polaków nie korzysta z usług bankowych w ogóle, to wielu z nas nie jest świadomych, że z bankiem można negocjować! Nieufnie podchodzimy również do pracowników banku. Większość z nas jest przekonana, że wszystkie ich działania podporządkowane są wyłącznie interesom banku, a dobro klienta jest nieistotne. Starając się zachować obiektywizm, należy niestety przyznać, że umowy bankowe są często konstruowane w sposób dość skomplikowany. Jeśli dodatkowo wierzyć statystykom, które mówią, że ok. 44% klientów zapoznaje się z treścią umów tylko pobieżnie, możemy być pewni nieporozumień. Okazuje się jednak, że Polacy coraz lepiej radzą sobie z zarządzaniem domowymi finansami i zaczynają stawiać sobie inne cele, niż tylko zarabianie. Na rynku mamy obecnie przesyt banków i nawet kryzys nie zdołał przerzedzić tych szeregów. Warto więc dobrze zapoznać się z ofertami

Paweł Maleńczak i zwrócić uwagę na te banki, które oferują nie tylko darmowe konta, ale również „nagrodę” za stałe wpływy np. korzystne oprocentowanie kredytów lub uproszczoną procedurę przy zaciąganiu pożyczek. Teraz, kiedy na rynkach finansowych daje o sobie znać odwilż, banki z pewnością będą chciały wynagrodzić sobie poniesione przez ostatni rok straty. Warto więc uważać na różnego rodzaju „haczyki”, które wychodzą na światło dzienne wtedy, gdy umowa dawno została podpisana. Nie raz już przecież słyszeliśmy o kredytach hipotecznych bez prowizji, ale za to z obowiązkowym ubezpieczeniem na życie lub funduszach z pełną ochroną kapitału, jednak tylko w pełnych okresach rozliczeniowych. Należy wreszcie pamiętać o standardowych zabiegach, jak mniej atrakcyjne lokaty czy wyższe oprocentowanie realne kredytów niż zapewnia oferta. Aby uniknąć rozczarowań warto wiedzieć, jakie niespodzianki mogą na nas czekać w bankowych okienkach. Tu niezastąpione są wszelkiego rodzaju dyskusje, wykłady, czy seminaria. Już 23 listopada jedno z nich będzie miało miejsce na terenie Uniwersytetu Ekonomicznego z inicjatywy Międzywydziałowego Koła Naukowego „Bankier”. Zachęcamy do wzięcia udziału w tym spotkaniu, gdyż przedstawiciele instytucji finansowych z pewnością będą źródłem nieocenionej wiedzy, a tej nigdy za wiele, kiedy chodzi o nasze pieniądze. Banki od zawsze prześcigały się w innowacyjnych ofertach, aby tylko zwabić klienta. Bez wątpienia wiele z nich jest bardzo korzystnych. Należy być jednak świadomym, że to my jesteśmy źródłem życia banku i zasługujemy na jak najlepsze warunki. Bogatsi o doświadczenia ostatniego roku lokujmy nasze oszczędności rozważniej…

Seminarium Bank bez tajemnic sala 1P, 11.30 – 17.00, organizator MKNB „Bankier” NGS B.e.s.t. | październik 2009 | best.ue.wroc.pl | 9


Zapiski z podróży | Niemcy

N iemcy

już się nie wstydzą

Jeśli myślicie, że najbardziej rozrywkowym narodem świata są Brazylijczycy, jesteście w błędzie. To nasi zachodni sąsiedzi, Niemcy. A że przeciętny mieszkaniec kraju nad Łabą kojarzy się raczej z właścicielem równo przystrzyżonego trawnika i Volkswagena? Stereotyp. tekst i zdjęcia:

N

iemcy to prawdziwy imprezowicze. Nie ma takiej okazji, która nie mogłaby być dobra do świętowania. Zwłaszcza, jeśli chodzi o życie lokalnej wspólnoty. Pojęcie to jest w Niemczech zaskakująco silne i chyba jeszcze sporo czasu upłynie, zanim dościgniemy ich w rozumieniu słów „mała ojczyzna”. Być może wynika to z faktu, iż przez całe lata istnienie świadomości narodowej u przeciętnego mieszkańca Bawarii czy Saksonii było w praktyce fikcją. Niektórzy socjolodzy posuwają się do stwierdzenia, że dopiero organizacja pamiętnego Mundialu w 2006 r. wyzwoliła w społeczeństwie nastroje narodowościowe i poczucie jedności narodowej. O ile więc mieszkańców Hamburga i Monachium, poza językiem i podobnymi podatkami, niewiele łączyło, o tyle

społeczność danego landu, a nawet okręgu („kreisu”) czuła się związana przez historię i tradycje. Wynika to z dwóch faktów - po pierwsze Niemcy są krajem związkowym, przez wieki podzielonym najpierw na małe księstwa, potem zaś murem berlińskim, co naturalnie wzmacnia regionalny patriotyzm. Po drugie, przez wiele lat po wojnie rzesze Niemców wstydziło się swojej narodowości. Zaprzyjaźniona Niemka wyznała wręcz, że na zagranicznych wyjazdach powszechne było podszywanie się pod mieszkańców Skandynawii ze względu na podobieństwo języków, nierozróżnialne dla większości obcokrajowców. Czy wspomniane mistrzostwa rzeczywiście były przełomowe, okaże się wkrótce. Póki co przeciętny Niemiec nie rozmawia przy piwie o meandrach krajowej polityki, lecz o lokalnych inwestycjach, a w jego ogródku obok niemieckiej powiewa też miejscowa flaga. Oczywiście przynależność do lokalnej wspólnoty jest znacznie silniejsza na prowincji niż w wielkich

Dominika Majcher

Powitanie nowych władców

władz, ale właśnie wspólnej inicjatywy mieszkańców. Ich relacje oparte są nie tylko na dobrosąsiedzkich stosunkach, ale też na przynależności do lokalnych organizacji, kółek samopomocy, etc.

W Nadrenii – Westfalii ok. 90% mężczyzn należy do tzw.

Schützen, czyli bractw strzeleckich.

Niczym dziwnym nie jest przebieranie się

w zielone mundury obwieszone odznakami, noszenie szabli i kapeluszy z piórkiem.

Przemarsz Schutzen

metropoliach, nie zmienia to jednak faktu, że pojęcie „regionu” jest w Niemczech równie ważne co „kraju”. Niech świadczy o tym choćby to, iż bardzo wiele działań i inwestycji w małych, niemieckich miasteczkach jest efektem nie interwencji

10 | NGS B.e.s.t. | październik 2009 | best.ue.wroc.pl

W Nadrenii – Westfalii, w której jakiś czas mieszkałam, ok. 90% mężczyzn należy do tzw. Schützen, czyli bractw strzeleckich. Przebieranie się w zielone mundury obwieszone odznakami, noszenie szabli i kapeluszy z zadziornie sterczącym piórkiem nie jest niczym dziwnym. Bractwa o chrześcijańskich korzeniach i mi-


Zapiski z podróży | Niemcy litarnej przeszłości z czasem ograniczyły swą działalność do regularnych, mocno zakrapianych (najczęściej piwem), spotkań. Raz na rok odbywa się zaś huczny Schützenfest, czyli święto strzelców. Od zwykłych, całorocznych zabaw różni się on tylko tym, że pije się nań cały dzień. Pomiędzy kolejnymi butelkami piwa salutuje się czy maszeruje w takt muzyki granej przez „strzelecką” orkiestrę. Z pomiędzy strzelców rokrocznie wybierana jest królewska para, k t ó r a p r z e z 12 mies i ę c y pełni honory gospodarzy d a n e j miejscowości. Królem zostaje ów strzelec, który na dwa tygodnie przed Schützenfestem, na święcie zwanym Vogelschiessen zestrzeli z wysokiego cokołu ptaka. W kraju, gdzie dużą popularnością cieszy się partia Zielonych, ptak nie może być oczywiście żywy, w tym celu wykonuje się więc drewnianą podobiznę zwierzęcia i zawiesza w widocznym miejscu. Jest to chyba jedyny dzień w roku, gdy strzelcy mają do czynienia z prawdziwą strzelbą. Każdy z nich oddaje kilka strzałów. Szczęśliwiec, który zestrzeli ostatnią część ptaka, panuje łaskawie przez następny rok jako król owej miejscowości. Po obowiązkowym wypiciu kilku toastów okraszonych okrzykiem „Prost!” następuje wybór królowej. Jako że przeważnie nowo wybrany jest człowiekiem żonatym, jeszcze nie zdążyło się, aby królową nie została żona zdolnego strzelca. Teoretycznie nie jest to przymus, ale chyba nikt nie chce ryzykować takiej decyzji. Często jednak także wiadomość o wygranej męża musi

być przekazana żonie w możliwie łagodnej postaci. Nic dziwnego, bycie królewską parą to rocznie wydatek ok. 5 tysięcy euro. Na Vogelschiessen następuje jeszcze symboliczna detronizacja poprzedniej królewskiej pary i koronacja następnej. Przez kolejne 2 tygodnie dzielące nowych „władców” od święta strzelców muszą oni przygotować się do objęcia pełni władzy. Na Schützenfeście prezentują się już bowiem w pełnej krasie. I o ile w przypadku króla chodzi „jedynie” o obwieszenie jego strzeleckiego munduru nowymi odznakami i szarfami, o tyle królowa zakłada strojną suknię balową, w której będzie występować przez cały następny rok. Nie tylko ona – królewska para wybiera bowiem tzw. Hofstaat, czyli od 4 do 8 par towarzyszących. Wszystkie kobiety Hofstaatu również noszą długie suknie, naturalnie skromniejsze jednak od królowej. Tak przebrani udają się na uroczystą paradę w towarzystwie pozostałych strzelców oraz licznych orkiestr przybyłych z sąsiednich miejscowości i wygrywających podniosłe melodie. To początek Schützenfestu. Zgromadzona ludność (przeważnie ok. 90% mieszkańców) bije brawo swojej królewskiej parze.

Vogelschiessen

miejscowości. Przeważnie zaprasza się wtedy swoich przyjaciół (z dziećmi, oczywiście), po czym na chodniku przed domem tradycji staje się zadość. Gdy flaga powiewa już na maszcie, gospodarze częstują zgromadzonych piwem lub (rzadziej) innym trunkiem oraz lekką przekąską. Biesiadowanie odbywa się przeważnie na ulicy, a przypadkowi przechodnie natychmiast zostają wciągnięci do zabawy. Po wypiciu wszystkiego (szybciej, niż można by sadzić po ilości butelek) radosna grupa przenosi się pod kolejny dom, gdzie rytuał powtarza

Przez wiele lat po wojnie rzesze Niemców wstydziło się swojej narodowości.

Na zagranicznych wyjazdach powszechne było podszywanie się pod mieszkańców

Skandynawii

ze względu na podobieństwo języków, nierozróżnialne dla większości obcokrajowców. Nikt nie zastanawia się, czy parady w balowych sukniach środkiem miast nie są co najmniej zabawne. Chodzi przecież o dobrą zabawę i poczucie lokalnej przynależności. Niezwykłym rytuałem jest także wciąganie przed domem flagi swojej

się. Koniec zabawy ma miejsce w czyimś ogrodzie na tradycyjnym grillu z kiełbaską lub stekiem. Kto jak kto, ale Niemcy wiedzą, czym jest dobra zabawa.

NGS B.e.s.t. | październik 2009 | best.ue.wroc.pl | 11


Trochę kultury?! | REALacje

Viva Positive Style! Jak co roku w sierpniu głównym moim celem było wziąć udział w Ostróda Reggae Festiwalu. To największe w Polsce święto muzyki reggae za każdym razem zostawia mnóstwo wspomnień. Tak było i tym razem. Relacja Zbychowca

Ostróda

wita gości

fot. Marta Kotarska

Do Ostródy dostałem się nie posiadając nawet wystarczających funduszy na zakupienie karnetu, na szczęście dzięki szczodrości współfestiwalowiczów nie sprawiło to większego problemu i na luzie ustawiłem się w okropnie długiej kolejce. Luz trwał aż do momentu, kiedy strażacy wpadli na “genialny” pomysł wjechania wozem przez główną bramę festiwalową, przy której oczywiście były kasy i tłum ludzi czekających na karnety. Ścisk stał się ogromny i marzeniem stało się dostanie do środka z zaopaskowaną ręką. Niestety z uwagi na to, że człowiek w tłumie rzadko zachowuje się racjonalnie, zajęło niemal godzinę zanim dostałem się do okienka kasy i zakupiłem trzydniowy karnet na festiwal. Należy przyznać, że kolejka do ostródowych kas jest jednak swoistym katharsis, jeżeli ktoś przeżyje to odczuwa taką ulgę, że i sam festiwal nabiera dodatkowego uroku.

znajdowało się na koszarach (gdzie miały miejsce wszystkie koncerty), lecz w pobliżu plaży miejskiej, nad jeziorem Drwęckim. Była to wada, gdyż oznaczało długie marsze, co wykluczało kompletnie krótkie wizyty w celu zostawienia lub wzięcia czegoś z namiotu. Z drugiej strony nowe pole było

o niebo lepsze od tego, które było udostępnione w poprzednich latach. Przede wszystkim było o wiele większe, co dało znacznie więcej przestrzeni do rozbijania i wykluczyło wpychanie się “na chama” między i tak wąsko rozbite namioty, jak miało to miejsce w poprzednich latach. Poza tym z pola roztaczał się widok na jezioro, a do plaży było bardzo blisko, bo tylko za płot. To ewidentne atuty Nowe miejsca, smaki, tego miejsca, które moim zdaniem przezapachy i dźwięki ważyły jednak o pozytywnej ocenie. Podstawową różnicą między tą, W miejscu poprzedniego pola znaja poprzednimi edycjami festiwalu było dowało się za to miasteczko gastronopole namiotowe, które tym razem nie miczno-sklepowe, gdzie można było zarówno całkiem nieźle zjeść (zarówno dla wegetarian i mięsożernych), chociaż ceny nie były niskie, a także zakupić mnóstwo gadżetów związanych mniej lub bardziej z tematyką festiwalu. RóżJunior Tshaka, zwycięzca European norodność Regggae Contest. Prywatnie Szwajcar. tego sektora przyciągała mnie niemal

12 | NGS B.e.s.t. | październik 2009 | best.ue.wroc.pl

z

Ostróda Reggae Festiwalu

na każdą przerwę między koncertami, chociaż niestety nie mogłem sobie pozwolić na którekolwiek z prezentowanych tam cacuszek.

Wyliczanka,

czyli kto zagrał i jak

Przejdźmy może teraz do wykonawców, którzy utkwili mi w pamięci. 1. Ragana - pierwszy zespół na ORF, który miałem niewątpliwą przyjemność zobaczyć, spokojny, pulsujący dub wprowadził mnie w całkiem dobry festiwalowy nastrój. 2. Marika & Ruff Radics - zaczęli całkiem ciekawie, bo od coveru starego hitu My Boy Lollipop, jednak później już mnie tak nie urzekło, wolę Marikę jednak w klubie, na małej przestrzeni, wydaje mi się to jej prawdziwym żywiołem. 3. Vavamuffin - byłem na fragmencie koncertu tylko, świetna jak zwykle energia i kontakt z publicznością, zasłużone drugie miejsce na European Reggae Contest, jednak widząc już ich po raz n-ty nie robią aż takiego wielkiego wrażenia jak za pierwszym. 4. Hornsman Coyote - wprawdzie nie powalił mnie tym razem tak, jak na koncercie we Wrocławiu, ale i tak dawał radę i trzymał poziom. Wielokrotnie widziałem go bujającego się pod sceną i w innych miejscach, podobno pogrywał też z innymi soundami, za co mam do niego wielki szacunek. Zresztą puzon ma wielki urok. 5. Dubtonic Kru - pokazali kawałek naprawdę dobrego jamajskiego rootsu i dubu, bardzo wysoki poziom wykonania, do tego jeszcze Roots Rock Reggae Boba Marleya na koniec. Piękny koncert, na którym warto było być. 6. Tosh Meets Marley - wiele oczekiwałem od tego zespołu. O ile instrumentalnie dawali niewątpliwie radę, to wokal już nie porywał i niezbyt pasował mi do piosenek dwóch gigantów reggae. No i zabrakło mojego ulu-


fot. Marta Kotarska

bionego kawałka Petera Tosha - Stepping Razor. A szkoda... 7. Jah Live - byłem na końcowej części występu tego brazylijskiego zespołu, ale należy przyznać, że wystarczyło to, aby przekonać się do ich muzyki i po chwili krzyczeć z całej siły “Jah Live, Jah Live”, aby weszli znowu na scenę. 8. Rebel Control - trudno mi coś powiedzieć ponad to, że po prostu dobrze zagrali, z fajnym vibem. Ciekawe było, że bodajże, basista występował w kominiarce (zapewne jakiś związek z nazwą). 9. Overproof Sound System wspaniała energia, dynamiczne kawałki, aż zacząłem się bać, że przez szaleństwo na ich koncercie zabraknie mi energii na następny zespól, czyli... 10. Tiken Jah Fakoly - francuskoafrykański skład z wokalem przypominającym Alpha Blondy dał piękny korzenny koncert z niesamowitym klimatem. Niestety moja znajomość francuskiego, a może raczej nieznajomość, trochę psuły mi odbiór, bo oprócz słów Africa i égalité prawie nic nie rozumiałem z tekstu. Jednakże to, co mogłem zobaczyć, czyli wspaniale poruszające się chórzystki (skojarzenia z I-Trees, chórkiem Boba Marleya nasuwały się same) i wokalistę w długiej szacie, wprawiało mnie w ewidentny zachwyt. Było to świetne zakończenie drugiego festiwalowego dnia. 11. Roots Revival - tego było mi trzeba w niedzielę! Potężna dawka roots reggae i dubu podana przez ten sound była wręcz nieziemska! Co prawda namiot soundsystemowy był nagrzany przez słońce do granic możliwości,

jednak nie przeszkadzało to we wspólnym podrygiwaniu do muzyki warszawskiego składu selektorskiego. 12. Bob One - wystąpił razem z Moniką z BakshisW trakcie koncertu wokalista zespołu Rootz Underground ha, bardzo powiedział „Security! Open the Gate!”. Po chwili publiczność fajny i enerwkroczyła na scenę! getyczny koncert, 15. Joint Venture Sound System chociaż tu już temperatura zmusiła mnie do ewakuacji i nie byłem na ca- feat. Brother Culture - krótko napiszę tylko, że pokazali klasę, bardzo łym występie. 13. Junior Tshaka - o tym wyko- mocna selekcja! 16. Rootz Underground – to, co nawcy wiedziałem tylko tyle, że wygrał European Regggae Contest i jest ze się działo na tym koncercie przebiło Szwajcarii. Jak się okazało, nagroda ta chyba wszystko, co pojawiło się na tym została przyznana jak najbardziej słusz- festiwalu. W trakcie koncertu wokalinie, gdyż młody artysta pokazał bardzo sta zespołu powiedział „Security! Open ciekawą muzykę z użyciem akustycz- the Gate!”, po chwili można było zobanych gitar i pięknymi melodiami. Za- czyć tłum ludzi przeskakujących przez powiedział, że do Polski jeszcze przy- ogrodzenie pod scenę. W pewnym mojedzie, więc należy wyczekiwać kiedy mencie publiczność (w tym ja) wkroczyła na scenę!! Nie sposób zapomnieć się zjawi i wybrać się na koncert. 14. Rastasize - mam szczerze po- tego koncertu (jeżeli ktoś nie wierzy to wiedziawszy mieszane uczucia. Wpraw- polecam obejrzeć na YouTube filmiki dzie nie można nic zarzucić muzykom z koncertu, zwłaszcza z kanału Bomz Jamajki, co najwyżej trochę Dawido- baclass). 17. Iration Steppas - !!!!!!!!! Kowi Portaszowi, że trochę miejscami za bardzo wydziwiał wokalnie, ale jakoś lejny niesamowity występ! Brytyjski nie porwały mnie ich piosenki, jakbym sound dał czadu na maksa, na koniec miał zanucić którąkolwiek to miałbym wkroczyła na scenę Yaz Alexander, problem. publika nie chciała wypuścić BrytyjM o ż l i - czyków z namiotu wytrwale krzycząc we, że “we want more!”. Festiwalowiczów było to wracających na pole namiotowe, witało s p o w o - wschodzące nad Ostródą słońce. dowaRano trzeba było się spakować ne zbyt dużą pro- i pożegnać z uroczym miastem na Mam o c j ą , zurach Zachodnich i w spokojnym rytrozdmu- mie reggae ruszyć na dworzec kolejochaniem, wy, wiedząc, że nie opuszcza się tego przez co miejsca na zawsze, lecz co najwyżej na spodzie- rok. wałem się nie wiadomo stróda eggae estiwal czego.

O

Ostródzka publiczność

fot. Marta Kotarska

Trochę kultury?! | REALacje

R

F

14-16 sierpnia 2009

NGS B.e.s.t. | październik 2009 | best.ue.wroc.pl | 13


Trochę kultury?! | Film

M inusy

dojrzałości

Po raz kolejny nie mogę się oprzeć refleksji nad cudowną młodością, jej emocjonalną płodnością, błyskotliwością i ekscytującym buntem. Ach, dlaczego wraz z wiekiem wyparowuje z człowieka iskra przenikliwości i kuszącego undergroundu na rzecz stoickiego spokoju i nudnawego oswojenia bytu? Niby łatwiej się żyje, ale o ile mniej porywów, zdrowego kontestatorstwa, co napędza umysł i pozwala kreować poruszające dzieła. Po filmie Almodovara myślę sobie, że przydałaby się kolejna rewolucja antyfrankistowska, żeby pobudzić jego uśpioną wiekiem, dostatkiem i blichtrem osobowość z czasów madryckiego wyzwolenia i skandalu. Magda Kotowska DziennikNakręcaczy.wordpress.com

P

rzerwane objęcia” to, owszem, dowód profesjonalizmu reżysera i w jakimś sensie typowej dla niego emocjonalnej awangardy, ale dzieło to jest znacznie uboższe od tego, co prezentował w poprzednich obrazach. Nie ma tu poczucia humoru jak w „Kobietach na skraju załamania nerwowego”, poruszającej historii wzorowanej choćby na „Porozmawiaj z nią”; nawet muzyka nieco płytsza, choć chwytliwa. Jasne jest, że hiszpański sposób przedstawiania uczuć jest już sam w sobie specyficzny i niewiele ma wspólnego ze słowiańską wrażliwością, ale zdaje się, że pomimo chęci, Almodovarowi

coraz więcej problemów sprawia penetracja ludzkiego wnętrza („Coraz trudniej jest mi przegryźć się przez filtr udawanego glamouru, aby dotknąć czegoś prawdziwego i poznać kawałek realnego świata.”) Nie sposób pozbyć się uczucia lekkiej konsternacji po seansie. Nie wiadomo, tak naprawdę, co reżyser chciał przekazać (prócz wyrazu hołdu dla kina, co kojarzy mi się z nieprzystępną abstrakcją „Twarzy” Tsai Ming-Lianga). Nic mnie w tym filmie specjalnie nie wzruszyło, perfidnie nie rozśmieszyło ani nie zszokowało. Pewnie, że nie o skandal tu chodzi, ale choćby o wyż-

szy stopień fascynacji wątkiem, bohaterem, dialogiem lub muzyką. Z tego zestawu jedynie ostatnia pozycja wywarła na mnie konkretne wrażenie. Miło było zaszyć się w kinie przy tradycyjnie klimatycznym Almodovarze, popatrzeć na antylopę-Penelopę, posłuchać hiszpańskiego seplenienia, ponownie zdziwić się jak inaczej ten ciepłolubny naród wyraża emocje. I nic więcej ponad to „miło” wydusić z siebie nie mogę. Może prócz postanowienia, że bardziej skupię się na świeżych, reżyserskich debiutach. Ole…

III Międzynarodowy Festiwal Rekrutacji Permanentnej Nie gonimy za sensacją, żyjemy powoli, od ekshibicjonistów raczej stronimy. Gazeta to tylko jedno z naszych zainteresowań, a każdy z nas ma inne. Lubimy więc spotykać się na piwie i pizzy, dzieląc wiedzą, ciekawostkami, przemyśleniami i kawałkami ciasta. Jeśli Ci to odpowiada, zapraszamy do nas. Szukamy dziennikarzy, fotografów, rysowników, grafików, webmasterów, operatorów DTP, marketingowców, a na pewno nie pogardzimy i innymi ciekawymi ludźmi. Przyjdź do nas na zebranie we wtorki o 18.30, a powiemy Ci więcej, poznamy się i zaprezentujemy. Możesz też zajrzeć na naszą stronę best.ue.wroc.pl.

14 | NGS B.e.s.t. | październik 2009 | best.ue.wroc.pl

rys. Tomasz Cieszyński


Trochę kultury?! | Serial

Firefly

Nasi uważni czytelnicy pamiętają być może tekst sprzed paru miesięcy dotyczący największego serialowego fenomenu ostatnich lat - doktora House’a. Napisałem go głównie po to, by rozprawić się z fałszywym poglądem ignorantów, jakoby na każdym kroku wychwalany humor stanowił o jego wielkości. Artykuł dzisiejszy nie będzie miał na celu niczego, poza zachęceniem Was do obejrzenia kolejnego serialu, tym razem jednak o wiele mniej znanego i oklepanego. Tytuł jego brzmi Firefly.

C

o? Firefly? Mało kto słyszał, więc często przychodzi mi odpowiadać na pytanie, o czym on w ogóle jest; mówię wtedy pół żartem (nie będąc najczęściej w humorze do wygłaszania długich panegiryków) że „latają statkiem w kosmosie” i pozostawiam rozmówcę w przeświadczeniu, że to jakaś bajeczka dla dzieci nie warta dalszego zainteresowania. O ile druga część tej koniunkcji jest fałszywa, bo zainteresować się jak najbardziej warto, to pierwsza – już nie. Bo to rzeczywiście jest bajeczka. Tylko że dla dużych chłopców (dziewczynek też). Zacznijmy jednak od początku. Jako się rzekło (statek w kosmosie), mamy do czynienia z gatunkiem science fiction, jednak – co może dziwić – wymieszanym z westernem! Już tłumaczę o co chodzi. Otóż nasi bohaterowie szlajają się po planetach leżących na rubieżach cywilizacji, tam gdzie królują łowcy niewolników, rabusie i lokalni „biznesmeni” rządzący za pomocą strachu i terroru; ziemia jest jałowa, słońce niezagrożone panuje na niebie; mieszkańcom brakuje wszystkiego – od jedzenia począwszy, na pieniądzach, lekarstwach i wykształceniu kończąc. Dodajmy do tego, że głównym środkiem transportu jest wierzchowiec a używana broń do złudzenia przypomina XIX-wieczne colty czy strzelby i mamy najprawdziwszy Dziki Zachód! Jednak tylko na planetach nie należących do Sojuszu (Alliance) – „złej” organizacji sprawującej totalitarne rządy nad całym cywilizowanym światem, niosącej dobrobyt, zdobycze najnowszej techniki, sprawiedliwość i stabilność. Za cenę wolności… Bowiem o wolność wszystko się rozchodzi i to ona jest motywem przewodnim, co widać już w porywającej piosence z czołówki. Take my love, take my land Take me where I cannot stand I don’t care, I’m still free You can’t take the sky from me

Możesz zabrać wszystko, ale nie zdołasz wydrzeć mi wolności. W prawdziwym życiu mogłaby to być jedynie piękna metafora, jednak w świecie bohaterów manifest ten jest obrazem rzeczywistości, w której wystarczy zdezelowany statek by wyrwać się z okowów systemu. Taki właśnie statkiem podróżują nasi bohaterowie, wcielając się w role przemytników, najemników czy szlachetnych złodziei i grając na nosie ciapowatym oficerom złowrogiego Sojuszu. Mówiłem już, że to bajka? Jeśli chcielibyście zobaczyć jak wygląda kwestia walki o wolność w zdominowanym przez totalitaryzm świecie nie będącym scenerią zabawy, przeczytajcie Rok 1984 Orwella. Tam na szczęśliwe zakończenia miejsca nie było, tutaj – jak

rys. Kristèle Pelland / kristele.deviantart.com

Krzysztof Kercz

najbardziej jest. Dość już o historii, świecie i scenerii, zrozumiecie to wszystko po obejrzeniu pierwszego odcinka. Wciąż jednak chciałbym was do obejrzenia zachęcić, powiem więc parę słów o bohaterach, bo to oni stanowią największą siłę serialu. Patrzymy na obrazki dołączone do tekstu, liczymy… i wychodzi nam – ile? – dziewięć! Czyli bardzo dużo, jeśli porównamy chociażby ze wspomnianym Housem – tym bardziej zachwycać może, że każdy z nich to niebanalna osobowość, gros charakterstycznych zachowań, powiedzeń i przyzwyczajeń. Przede wszystkim – kapitan. Weteran wojny po której Sojusz zdobył władzę nad światem, walczący po stronie przegranych – tej słusznej stronie, bo jak na bajkę przystało ostro zarysowana jest granica między Dobrem a Złem. Malcolm Reynolds prowadzi teraz życie wyrzutka w pogardzie mając panujący porządek, kupuje za bezcen zdezelowany statek, zbiera załogę i czyni z nich odpowiednio: swój dom i swoją rodzinę. Mal jest typowym szlachetnym rozbójnikiem, którego nie da się nie lubić, skrzyżowaniem Robin Hooda z Hanem Solo. Do tej roli wręcz stworzony wydaje się Nathan Fillon (w istocie, przez fanów już zawsze kojarzony będzie jako cpt. Reynolds), który gra wręcz koncertowo, co i rusz wywołując salwy śmiechu – bo nasz kapitan, to niezgorszy trefniś. Zresztą wyśmienity humor jest wszechobecny w całym serialu, co nie powinno dziwić jeśli weźmiemy pod uwagę, że jego twórcą jest Joss Whedon. Ale wróćmy do bohaterów. Załogę Serenity (bo takie imię nosi statek) tworzą same osobliwości. Mamy więc: wiecznie uśmiechniętą i roztrzepaną panią mechanik Kaylee; pilota w wolnym czasie bawiącego się dinozaurami i jego żonę – Zoe, która u boku Mala brała udział w wojennych zmaganiach; skurczybyka Jayne’a, który sprzedałby własną matkę, gdyby tylko zaoferować mu dostatecznie dużo; księdza z tajemniczą przeszłością i znajomościami; sztywnego i zawsze dobrze wychowanego doktorka, który na statku znalazł się ratując genialną ale ześwirowaną siostrę z łap bezlitosnego Sojuszu – teraz obaj zmuszeni są na ucieczkę i rezygnację z wygodnego życia, jakie dotąd znali (wątek River Tam, bo tak zwie się owe dziewczę, jest głównym motywem pełnometrażowego filmu Serenity, o którym jeszcze wspomnę); wreszcie – last but not least – Inarę parającą się… najstarszym zawodem świata i przekonującą, że to nie tak („towarzyszki same wybierają swoich klientów”). Z tej krótkiej wyliczanki wyłania się menażeria niezwykła i bardzo kontrastowa. Dziewięć wyrazistych charakterów, z zupełnie różnymi spojrzeniami na życie, poglądami, celami i marzeniami. A muszą

znaleźć wspólny język – na statku tworzą jedną rodzinę. Co prawda zdarzają się mniejsze i większe nieporozumienia, tu jakaś mała zdrada, tam ukrywanie własnej przeszłości, jeszcze gdzie indziej myśl o wydaniu współtowarzyszy w ręce Sojuszu i zgarnięciu pokaźnej nagrody – nic jednakowoż, z czym nie można by sobie poradzić. Częstym gościem na Serenity jest Amor. Inara podkochuje się w Malu, a Mal w Inarze, jednak żadne z nich nie ma zamiaru odkryć swoich kart, co przy każdej rozmowie powoduje masę zabawnych konsekwencji, na czele ze złośliwościami kapitana dotyczących profesji „pani ambsador” (tak nazywana jest Inara na użytek niewtajemniczonych). Wspomnieć też trzeba o słodkiej Kaylee bezskutecznie próbującej uwieść nieśmiałego jak pensjonarka i niczego nie zauważającego doktora, co znów jest wątkiem o wiele bardziej zabawnym niż romantycznym. Aczkolwiek poszukiwacze tego ostateniego pierwiastka też znajdą w serialu coś dla siebie. Bo to nie jest przecież sitcom, a opowieść – jakby nie było – całkiem serio (na tyle, na ile serio może być film o lataniu statkiem w kosmosie). W ogóle, czego tutaj nie znajdziemy! Podniebne manewry, szermiercze pojednyki, świst kul i błysk laserów; namiętności, kłamstwa, przyrzeczenia i zdrady; chwile grozy i chwile wzruszenia. Każdy odcinek dostarczy niezapomnianych wrażeń i każdy zaoferuje nieco inną dawkę atrakcji… Szczególnie, że odcinków tych nie ma za wiele, pozostanie nam więc poczucie niedosytu. Jakże miła odmiana w dzisiejszym świecie niepohamowanej konsumpcji, nieprawdaż? Powiedzmy trochę o powodach takiego stanu rzeczy. Otóż telewizja FOX, która serial emitowała, zniechęcona niskimi wynikami oglądalności po prostu wywaliła go ze swojej ramówki, nie wyświetlając nawet wszystkich nakręconych już odcinków! Słabe wyniki nie były – wbrew temu, co twierdzą ignoranci o kiepskich gustach – spowodowane jakością filmu, a tym, że puszczany był on o godzinach, w których nawet dr House skusiłby nielicznych. Poza tym najpewniej nie został odpowiednio rozreklamowany. Bo przecież każdy, kto już Firefly’a zobaczy, nie przejdzie obok niego obojętnie, a o jego magicznym wpływie na rzesze wiecznie bujających w obłokach marzycieli niech świadczą: aktywna do dziś społeczność fanowska; nakręcenie pełnometrażowego filmu będącego w jakimś sensie zakończeniem całości; wydanie dwóch Firefly’owych komiksów, w któych Whedon urzeczywistnił wizje dalszych przygód bohaterów; powstanie systemu RPG w uniwersum Firefly’a. Możnaby tak jeszcze wymieniać, wspomnieć o licznych nagrodach, którymi został obsypany czy przytoczyć entuzjastyczne wypowiedzi recenzentów. Możnaby. Na zakończenie przyznam się, choć chyba nie wywoła to wyznanie wielkiego zdziwienia: od paru lat sam jestem pod nieustannym urokiem załogi statku Serenity, a serial w całości widziałem już ze trzy razy. I wiem, że na tylu się nie skończy. Mógłbym zresztą napisać parę słów o jego związkach z mym życiem i o miłych chwilach, które na myśl przywołuje, ale – nie miejsce i czas. Bo to już jest inna bajka. See you, space cowboy!

NGS B.e.s.t. | październik 2009 | best.ue.wroc.pl | 15


Trochę kultury?! | Muzyka

Piosenka

szeptana

Powiadają, ze najlepsze płyty nagrywa się w rozpaczy i depresji. W tym sęk dowodzi jednak, że ludzie szczęśliwi nie są na tym polu wcale gorsi i potrafią zarażać swoim optymizmem.

W

łaśnie tak kojarzyłem zawsze muzykę jeleniogórskich terenów – z lekka jazzująca poezja śpiewana, pełna optymizmu lub lekkiej melancholii. Tak jest w michałowickim Teatrze Naszym, tak bywało na jazzowych koncertach na Rynku i tak, na szczęście, wciąż wyglądają kolejne edycje Gitarą i Piórem zarówno w Karpaczu, jak i Borowicach oraz na Giełdzie Piosenki Turystycznej w Szklarskiej Porębie. Podobny jest też, działający od 2005 roku, W tym sęk. Nie jest jednak oczywiście tak, że Sęki są, jak każdy jeleniogórski zespół (o ile w ogóle istnieje takie pojęcie), że nic nowego nie wprowadzają. Sam założyciel, gitarzysta, autor wielu tekstów i muzyki zespołu, Marcin Sweklej, mówi o swoich „dzieciach”: „to piosenki w klimatach… sękowych. Nie ma przebojów. Liczy się całość.” Jakież to miłe, a trochę niedzisiejsze myślenie, ale dzięki temu słuchając debiutanckiego „Pogadaj z kimś” nie ma się – prawdziwego niestety dla wielu innych albumów – uczucia, że po połowie już się muzykom skończyły pomysły. Tu nawet ich stare i znane przeboje brzmią inaczej,

Jakub Knoll DziennikNakręcaczy.wordpress.com

a płyta faktycznie ma swój charakterystyczny i rozpoznawalny styl. Styl sękowy. I tu rodzi się pewien problem dla recenzenta, bowiem jak tu ocenić zespół, którego piosenki zna się już kilka lat, nie ma się więc do nich stosunku obiektywnego, ani nie patrzy z należytą świeżością. Ale tu zahaczamy jednak o kolejną zaletę – płyta zawiera wiele nowych, zupełnie mi nieznanych utworów, wliczając w to zupełnie fantastyczne „Po drugiej stronie” i „Bóg wie co”, który odkrywa przed słuchaczami jakiś zupełnie inny świat. Ważny, a zarazem osobny i prywatny świat Marcina Swekleja. Zaskakuje też instrumentarium, bo oto obok gitary, basu i perkusji pojawia się akordeon, dodający spokojnego, z lekka tangowego nastroju. Marcin wyraźnie na gitarze grać umie bardzo dobrze, delikatny, ale mocny głos Ani Kosy koi nerwy, bas jej brata, Janka, jak zwykle działa podprogowo, nie mówiąc już o świetnie nadającej rytm perkusji Kuby. Płyta jest różnorodna i to dobrze. Mi osobiście podoba się to tym bardziej, że nieco irytowała mnie humorystyczna stylistyka

W

tym sęk:

„Pogadaj

z kimś”

piosenek z wczesnej działalności Sęków, w stylu „A niech to kule biją”, czy „Złota rybka”. Pośród lirycznych ballad, czy bardziej poważnych tonów, sprawia ona jednak, że całość się po prostu nie nudzi. Już kilka lat śledzę karierę W tym sęków (to wszak po trochu znajomi) i muszę przyznać, że album nagrali bardzo profesjonalny, dopracowany, z wieloma muzycznymi smaczkami, jak świetna i rytmiczna perkusja, czy szeptane partie śpiewającej Anny Kosy. Przy takim rozwoju z niecierpliwością czekam na kolejne płyty i koncerty. Z racji natomiast, że recenzent zupełnie obiektywizmu zachować nie potrafi w zaistniałej sytuacji, odsyłam zaintrygowanych potencjalnych słuchaczy na koncerty zespołu, gdzie płytę ową nabyć można, a także na stronę internetową wTymSek.pl, gdzie także kilku utworów można posłuchać. Myślę, że warto znać tę grupę i śledzić ich rozwój.

Hurra! Kult! Drodzy Państwo, hossa na muzycznej giełdzie! Po zaskakująco dobrym albumie Pearl Jam, dostajemy równie przyzwoity krążek i to polskiego pochodzenia. Na jednej płycie Kult skompilował punkowe szaleństwo, młodzieńczą energię, mocne teksty i dźwiękową tradycję.

K

rążek otwiera skoczna opowiastka o Marii i jej pierworodnym, przy której wirujące kotły na koncercie są oczywistością. Po tym mocnym wejściu Kazik nie spuszcza z tonu i rozprawia się z polityczną amnezją, by w kolejnym kawałku ulżyć sobie werbalnie, aktorząc w roli polskiego idioty. W „Nowych Tempach”, prócz świetnej muzyki, słychać wokalne popisy Kazelota, które po tylu latach zdzierania gardła budzą szczery podziw. Jeszcze bardziej zaskakuje wielka dawka energii, jaką Kult emanuje. Porywająca była Maria z początku albumu i równie szybka jest „Marysia”, znana jako singiel promujący. Chwila na wytchnienie pojawia się dopiero w połowie płyty, gdy cichną kultowe działa, by dać miejsce nieco biesiadnej piosence o uczu-

Magda Kotowska DziennikNakręcaczy.wordpress.com ciowych skazańcach. Nastrojowy kawałek, choć mimowolnie nasuwa się refleksja, że brakuje albumowi mrocznej mocy, która towarzyszyła choćby „Dziewczynie Bez Zęba Na Przedzie” – takie to „uroczysko” tworzenia w radosnej atmosferze. Jest skocznie, ale mniej patetycznie. Kolejne kompozycje radują instrumentalnym zróżnicowaniem, brzmią ciekawie i zmyślnie; są poczekalnią przed spotkaniem z absolutną perełką, grzmiącą o kościelnej patologii. „Podejdź Tu Proszę” to utwór wybrany, uzależniający, tekstylnie błyskotliwy, śpiewany z charakterystyczną dla Kazika satyryczną powagą. Końcówka płyty też utrzymuje wysoką jakość. „Chodźcie Chłopaki” i kołysząca słowa „Karinga”

16 | NGS B.e.s.t. | październik 2009 | best.ue.wroc.pl

Kult: „Hurra!”

urzekają starym, dobrym stylem kapeli. Kazik Staszewski daje upust swojej socjologicznej naturze, a trąbka i puzon we współpracy z saksofonem i klawiszami wnoszą ducha tradycji. Jest porywiście, dynamicznie, świeżo i dojrzale jednocześnie. Przed nami trasa październikowa, podczas której, to wiem, zespół będzie miał „u stopy swojej cały świat”. Podobno w życiu nie ma nic pewnego. A Kult? Cieszę się, że mieszkam w Polsce.


Trochę kultury?! | Film

Ostatnimi czasy sporo się słyszy o niewiedzy polskiej młodzieży dotyczącej ważnych wydarzeń z okresu II wojny światowej, jak choćby Powstanie Warszawskie czy zbrodnia katyńska. W erze gier komputerowych i filmów science-fiction, młodzi ludzie większą wagę przykładają do przyszłości, niż do czasów dawnych. Piotrek Semeniuk

D

zisiejszy człowiek z łatwością potrafiłby powiedzieć kim jest Neo, w jakim filmie występował Obcy czy wymienić trzy prawa robotyki Izaaka Asimova, natomiast ogromną trudność sprawiałoby mu podanie daty bitwy pod Narwik czy wymienienie nazwiska głównodowodzącego Armii Krajowej podczas Powstania Warszawskiego. Nawet, jeżeli powstałby film dotyczący powstania, stworzony w tradycyjnej konwencji filmów historycznych, to tylko przez pewien okres po premierze młodzież będzie zafascynowana filmem i historią tamtego okresu, jak to było w przypadku „Katynia” Andrzeja Wajdy. Niestety, gdy przejdzie boom związany z filmem, młodzież znów zapomni o historii, gdyż film nie był produkcją, którą można by oglądać częściej, dla przyjemności i tym samym przypominać sobie dzieje tamtych czasów. Co zatem można by uczynić, aby młodzież XXI wieku lepiej zapamiętywała te ważne dla nas i dla całego świata wydarzenia? Niegłupim pomysłem byłoby wejście na ich „tereny” razem z wiedzą historyczną.

Innymi słowy, połączyć motyw przyszłości, z jej cybernetyką i innowacjami z konkretnymi wydarzeniami z naszej historii. Pokazać fakty ubrane w post apokaliptyczną rzeczywistość. Brzmi nierealnie? Tomasz Bagiński, twórca nominowanej do Oscara „Katedry” może udowodnić nam, że jest to możliwe. 15 lipca 2009 roku ruszył projekt filmu „Hardkor 44”, którego motywem przewodnim będzie Powstanie Warszawskie. Ma on zostać zrealizowany w technice, w jakiej powstały ekranizacje słynnych komiksów „300” oraz „Sin City”. Wystąpią w nim prawdziwi aktorzy, a świat filmowy zostanie stworzony przy pomocy technik komputerowych. Według scenariusza, powstańcy będą uśmiechnięci, piękni, uzbrojeni w rozmaite rodzaje broni, a dziewczęta młode i odważne. Walczący z nimi Niemcy będą przypominać cyborgi i wynaturzonych ludzi-potworów, stworzonych tylko do zabijania. Dzięki zaawansowanej animacji komputerowej, twórcy stworzą opowieść obdarzoną niezwykłymi efektami specjalnymi, która, mam nadzieję, zainteresuje

młodego odbiorcę. Warto wspomnieć, że producentem projektu jest właśnie Platige Image – studio odpowiedzialne za materiały filmowe w, słynnej już, grze „Wiedźmin”, a sam projekt powstaje przy współpracy z Muzeum Powstania Warszawskiego – co świadczy o tym, że pod względem historycznym film zostanie zrealizowany bezbłędnie. Dużo osób wiąże nadzieje z projektem „Hardkor 44”. To pierwszy w polskiej kinematografii projekt filmu tego rodzaju. Nikt wszak w Polsce nie próbował jeszcze stworzyć tak zaawansowanego technicznie dzieła. Jeżeli film powstanie i zostanie dobrze przyjęty, będzie to przełom dla polskiego kina. Powstanie epopeja, która będzie miała szansę podbić serca widzów na całym świecie i przeniesie historię Powstania z wymiaru lokalnego na globalny. Może być też krokiem w kierunku lepszego zainteresowania się historią naszej ojczyzny przez młodsze pokolenie wychowane na filmach o superbohaterach. Bo tak zostaną ukazani powstańcy. Jako superbohaterowie rodem z komiksów.

NGS B.e.s.t. | październik 2009 | best.ue.wroc.pl | 17


Raz, jak Wienia Pietrowycz kupił motor w komisie, to nieźle się na nim przejechał.

Dziś nie chcę zasypiać Dotyk odejdzie Lecz sen nadchodzi

Wciąż ten dotyk Choć nikt nie podchodzi Nie zbliża się do mnie Ten dotyk jest we mnie!

Szukam dalej W dobrych oczach tak przyjaznych dziś ludzi A tak obcych zawsze

Więc szperam w pamięci szufladach Między stosem słów i gestów Stertą dobrych i złych chwil Nic tylko twarze zdarzenia Wciąż nic nie wiem o geście

Oczy otwieram Nie w pełni świadoma – już wiem czego chcę Biegnę przed siebie W uśmiech ubrana Coś mnie dotknęło Zbyt delikatnie by dostrzec Zbyt głęboko by zapomnieć

rys. Milena Górska

Anna M.

Przebudzenie

aj

ym

Trz

m!

zio

po

Niech sztorm nie nadchodzi…

Dziś nie chcę odpływać Zostanę tu dłużej Chwilami tak daleko od ludzi Choć tak blisko mi do nich

Pierwszy dotyk to morza?

Nie To dotyk mnie znalazł Odmienił na nowo Wyciągnął z głębiny

Znalazłam znów siebie Znów siebie kształtuję

Pierwszy dotyk to morza? Szumu fal nie słyszę Bo płakać już nie chcę Spokój wielki Bo to spokój w sobie znalazłam

Znów nowy dzień Dotyk dziś jest silniejszy Wczoraj był pierwszy I dziś znów jest pierwszy

Zbychowiec mazia



NGS B.e.s.t. Październik 2009