Page 1

Magazyn Portu Lotniczego Szczecin-Goleniów im. NSZZ Solidarność / "Solidarity" Szczecin-Goleniów Airport Magazine

Sierpień 06/2013(06)

Robert Korzeniowski


Spis treści Contents

6. Bohater: Porażka i sukces chodzą pod rękę – Robert Korzeniowski /Hero: Defeat and success walk arm in arm – Robert Korzeniowski

6.

12. Okolice: Najlepszy moment na zakup nieruchomości /Vicinity: The best time to buy property

14. Podróże: Robinson ery kryzysu /Travel: Robinson of the crisis era

18. Podróże: Podróż za jeden spinacz /Travel: Trip for one paperclip

22.

Biznes: Całkiem nietypowe ryzyko zawodowe /Business: Quite untypical occupational risk

/Column: Tremiszewski – Jam session on the tram

66.

 Port Lotniczy: Dane teleadresowe, Rozkład lotów /Airport: Teleadress data, Flight schedule

22.

12.

32. Felieton: Tremiszewski – Dżemseszyn w tramwaju

12.

70. Port Lotniczy: Awiofobia

/Airport: Aerophobia

18.

72.

 Port Lotniczy: Atrakcje Skandynawii /Airport: Attractions of Scandinavia

32. PARTNERZY:

Sky Surfer ASZ-Reklama ul. Kościuszki 61 81-703 Sopot e-mail: biuro@asz-reklama.eu tel.: 58 719 23 25 fax: 58 719 39 20 Na zlecenie:

Port Lotniczy Szczecin-Goleniów im. NSZZ Solidarność 72-100 Goleniów www.airport.com.pl zdjęcie na okładce: Krzysztof Kuczyk/Forum

4

Redaktor naczelny: Jakub Milszewski

Grafik: Justyna Cychowska Tłumaczenie: Izabela Sikora, Paulina Chojnowska Zespół redakcyjny: Agata Braun, Mateusz Kołos, Kajetan Kusina, Justyna Nować, Katarzyna Szewczyk Stali współpracownicy: Wojciech Tremiszewski Wydawca: Marcin Ranuszkiewicz biuro@asz-reklama.eu

Dział reklamy: Magdalena Słomka (dyrektor) (magdaslomka@asz-reklama.eu) Łukasz Tamkun (nowe projekty) (lukasztamkun@asz-reklama.eu) Katarzyna Swałowska (katarzynas@asz-reklama.eu) Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść nadesłanych ogłoszeń reklamowych oraz nie zwraca niezamówionych tekstów i materiałów. Redakcja zastrzega sobie prawo do redagowania i  skracania tekstów. Editorial staff bear no responsibility for the content of received advertisements and do not return unsolicited texts and editorial matters. Editorial staff reserve the might to edit and shorten the texts.


Bohater Hero

źródło: Suzuki/Motor Centrum

Porażka i sukces chodzą pod rękę

6


Bohater Hero

Robert Korzeniowski w sporcie osiągnął praktycznie wszystko. Nie spoczywa jednak na laurach i stawia sobie coraz to nowsze wyzwania, bo to one napędzają go do życia. Rozmawiamy w trakcie premiery nowego modelu Suzuki, której to marki jest obecnie ambasadorem.

Kajetan Kusina: Czym dla

człowieka w życiu jest sukces?

Robert Korzeniowski: Jest zawsze związany z osiąganiem jakiegoś celu, zaś jego ocena zależy od poziomu z  tym związanych emocji i oczekiwań. Sukces jest przedmiotem pragnień, powodem do wyróżnienia i uznania, ale też często przyczynkiem do zawiści. W  końcu sukcesem chcemy cieszyć się zawsze dłużej, niż kilka chwil wiążących się z  wejściem na umowny szczyt. Będzie on tym istotniejszy, jeśli zaraz potem wyznaczymy sobie kolejną nie mniej ambitną misję. Czy dla Pana jako sportowca, który osiągnął w swojej dyscyplinie wszystko, szukanie nowych wyzwań jest samo w sobie wyzwaniem? Ważne jest to, by zawsze znaleźć argumentację, dlaczego coś się robi, i nie powielać tego, co było już zrealizowane. Uważam, że

każdy kolejny medal i każdy porównywalny efekt działania może nieść ze sobą nową filozofię. Mnie jako sportowcowi trudno było przechodzić na kolejne etapy kariery, każdy wymagał pewnego dojrzewania. Wiele osób mnie pytało, czy przypadkiem nie było sukcesem to, że znalazłem się tak blisko podium w Barcelonie. Potem, kiedy zdobywałem medale olimpijskie, mówili mi, że skoro jestem mistrzem olimpijskim, to nie warto kusić losu i zmienić branżę zanim przegram. Wciąż szukałem i szukam kolejnych stopni wtajemniczenia w sztukę życia. W  dziewiątym roku po zakończeniu mojej kariery sportowej uważam, że każdy dzień jest wyzwaniem. Teraz będąc szefem Biura Ubezpieczeń Rynku Sportu zajmuję się problematyką finansową i  to już jest właściwie trzeci obszar, w którym pracuję od tego czasu. To ciekawy projekt prowadzony przez firmę Mentor S.A., która jest moją firmą-matką. Wcześniej przez pięć lat pracowałem w Telewizji Polskiej, gdzie m.in. tworzyłem kanał sportowy, oraz w  UEFA Events, gdzie pracowałem

jako doradca ds. programu Hospitality na UEFA EURO 2012. To były bardzo ciekawe wyzwania, na miarę walki o medale. Czy byłemu sportowcowi trudniej jest wyrobić renomę specjalisty w nowej dziedzinie? Nasze medale i rekordy są pięknym bagażem historycznym, ale są przekleństwem na później. Wpadamy w  taką pętlę porównywania się do tego, co było już kiedyś. Wydaje się nam, że wszystko musi być mierzalne na sportowo. Co więcej, naszemu otoczeniu też tak się wydaje i wtedy jesteśmy kategoryzowani jako ludzie sukcesu minionego. Rzecz polega na tym, by siebie wymyślić na nowo i pokazać, że mamy do zaoferowania jakieś wartości, które są uniwersalne. Niestety, większość naszych kolegów sportowców, którzy zakończyli karierę sportową, ma te dylematy. Nasza ścieżka rozwoju jest niebywale pogmatwana i żadne tak zwane emerytury olimpijskie i  inne świadczenia nie załatwiają tematu ponownej integracji i użyteczności

7


Bohater Hero

społecznej. Przecież nasza rola nie może kończyć się w wieku trzydziestu dwóch czy trzydziestu siedmiu lat. Z drugiej strony nasi rówieśnicy zajmują już istotne stanowiska, mają doświadczenie zawodowe, ileś tam fakultetów i  skończyli jakieś studia podyplomowe. Tego nam sportowcom brakuje, ale mamy inne atuty. Wspomniał Pan o użyteczności społecznej. Sam Pan dużo działa w różnych tego typu organizacjach zachęcających najmłodszych do sportu. Staram się być aktywny na tym polu społecznym. Są trzy obszary, na których działam. Jeden to jest rzeczywiście wspieranie tych najmłodszych, często z  środowisk najbiedniejszych. Kolejny obszar działania to integracja osób sprawnych inaczej, o  ograniczonych możliwościach ruchowych, gdzie również sport jest narzędziem do rehabilitacji. Działam też na polu czysto prozdrowotnym, jestem członkiem fundacji Ronalda McDonalda, tam zajmujemy się profilaktyką i leczeniem chorób, głównie nowotworowych. Sportowiec nie musi się znać na każdej z  tych dziedzin, ale uważam, że mamy taką rolę społeczną do spełnienia, by to, co kiedyś dostaliśmy od społeczeństwa, wykorzystać dla tych, którzy sami sobie nie potrafią pomóc. Nie wiadomo, kiedy sami znajdziemy się w sytuacji wymagającej pomocy. Mamy wiele apeli od byłych mistrzów, którzy w obliczu choroby są takimi samymi ludźmi jak każdy inny. A jak zmieniła się sytuacja jeśli chodzi o infrastrukturę i podejście do sportu od czasów, kiedy Pan zaczynał swoją przygodę z trenowaniem? Zmieniło się wszystko. Chyba trudniej jest znaleźć klub sportowy w najbliższym otoczeniu. Kiedyś to było bardzo oczywiste: była szkoła, był jakiś SKS i tak dalej. Także oferta alternatywnych zajęć dla młodzieży była mniej bogata, więc siłą rzeczy ten sport się bardziej wybijał. Było także więcej etatowych trenerów finansowanych z  środków publicznych. Dzisiaj to życie większości klubów sportowych właściwie zamarło. Inaczej ma się oczywiście kwestia infrastruktury. Na pewno jest lepiej niż przed 89-tym rokiem, więcej jest hal czy stadionów. Co więcej, czystsze są baseny,

8

większe hale, a w siłowniach nie nakapie na głowę. Niemniej jednak z bazą sportową to jest tak, jak z  polskimi drogami. Owszem, jeździmy po lepszych drogach, bywają drogi ekspresowe i nawet autostrady, ale do światowych standardów nam bardzo daleko. Transformacja w  Polsce trwa niecałe dwadzieścia lat i mamy naprawdę bardzo dużo do nadrobienia.

Nasze medale i rekordy są pięknym bagażem historycznym, ale są przekleństwem na później. Wpadamy w taką pętlę porównywania się do tego, co było już kiedyś. Wiadomo, że młodzież ciągnie bardziej do sportów popularnych, jak na przykład piłka nożna i koszykówka. Jak ma się sprawa z mniej medialnymi dyscyplinami? Nie sądzę, byśmy mieli dzisiaj wielu młodych ludzi o rozbudowanej i rosłej sylwetce, którzy chcieliby zostać kulomiotami, a  jednak mamy Tomasza Majewskiego. Podobnie jest z dziewczynami rzucającymi młotem. W sporcie jest tak, że wyrastamy na gruncie społecznym, gdzie jakiś sport jest bardziej popularny i znajdujemy sprzyjające mu środowisko. Znajdujemy ludzi, którzy lubią się wieczorem spotykać na stadionie czy siłowni. Misja prosportowa najczęściej jest pozbawiona wymiaru komercyjnego. Pojawia się pewna radość wspólnego przeby wania na zgrupowaniach, w yjazdów, przynoszenia medali do domu i  chwalenia się tym w  szkole. Na tym etapie rozważanie, czy ten sport jest popularny, nie ma specjalnego znaczenia. Jakie to ma znaczenie, że ktoś sobie grywa w tenisa stołowego wieczorami? Czy to jest sport u nas popularny? Nie, ale

mamy ludzi grających w ping-ponga. I  to samo jest z każdym sportem. Jeżeli znajduje się tę ścieżkę mistrzowską, to wtedy zaczyna to być atrakcyjne i społecznie zasługujące na fejsbukowego lajka. Jaką mamy dzisiaj popularność skoków narciarskich, jeśli chodzi o zapisy młodzieży? Mamy te kilkaset osób, które się o  narty ocierają, z nich kilkudziesięciu jest wyselekcjonowanych do skoków. Zawsze będziemy mieli sporty mega popularne i sporty bardzo niszowe, potrafiące się wybić, jeśli zaczynamy w nich odnosić sukcesy. Skoro pierwsze pytanie zadałem na temat sukcesu, to w ostatnim chciałbym zapytać o znaczenie porażki w życiu. Uważam, że trudno jest odnieść sukces, jak się nie zna smaku porażki. Porażka może być po prostu potknięciem, tak jak upadek uczącego się chodzić dziecka. Pytanie jest tylko takie, czy potrafimy wyciągnąć z  tego właściwe wnioski i  budować pozytywne plany. Trzeba się zastanowić, na ile strach przed porażką potrafi nas do sukcesu zmotywować, a na ile paraliżować. Porażka i sukces to dwa stany, które chodzą ramię w ramię. Poczucie sukcesu może być pierwszą minutą prowadzącą do porażki, o ile sukcesem nie umiemy zarządzać Zachłystywanie się tym, że jest się zwycięzcą, stwierdzanie, że to już wszystko, i poczucie bycia królem sytuacji jest dobre i  miłe, ale trzeba wiedzieć co z tym zrobić dalej. Dlatego tak bardzo często stosuję pojęcie „drogi do mistrzostwa”. Nie musi się ona wyrażać rekordami i medalami, to ma być mistrzostwo życiowe. Uważam, że ludzie sportu potrafią dobrze transferować tę filozofię życia i długodystansowość w sukcesie.■ en

Defeat and success walk arm in arm

Robert Korzeniowski achieved everything in sport. He doesn’t rest on the laurels and faces new challenges that drive him to act. We are talking at the premiere of the new model of Suzuki. The sportsman is an ambassador of the make.


Bohater Hero

How does it work for you, a sportsman who achieved everything in the discipline, does seeking new challenges is a challenge itself for you? It’s important to find arguments why you do a  particular thing and do not copy things that have been already achieved. I believe that every medal and any comparable result may have once own new philosophy. It was hard to for me as a sportsman to reach another stages of career, where each required a  sort of maturing. Many people used to ask me whether it wasn’t a success that I almost reached the podium in Barcelona. Later on, when I won my Olympic medals they told me not to tempt fate and change a line before a defeat. I was constantly searching for another levels of initiation in the art of life. Nine years after finishing my career I believe that each day is a  challenge. Nowadays, being the head of Sports Insurance Department, I manage financial aspects and this is the third sphere of action for me. It’s an interesting project run by Mentor S.A., my mother company. Before that I had been working for the Polish Television for five years creating the sports channel and for UEFA Events as the expert for the Hospitality program during the EURO 2012. Those were very interesting challenges, comparable to winning medals.

fot.:David Gray/Forum

Kajetan Kusina: What is success in life for a man?

Robert Korzeniowski: It is al-

ways connected with the aim, whereas, its judgement depends on a level of emotions and expectations connected with it. Success

is what people desire, takes pride of but also a reason for envy. In the end, we want to celebrate our success for a long time, not only while being on the top for the moment. It will be even more significant if right after it we will set another, maybe less ambitious mission.

Is it tough for a former sportsmen to establish reputation in a new field? Our medals and records are a beautiful experience written in the history of sport but, at the same time, are a curse for the future. We get into a  circle of being compared to what we have done before. We think everything has to be measured in a sports way. What’s more, people around us believe the same and then we are categorised as people of the past success. The thing is to have a new idea for oneself and show that we offer some universal values. Unfortunately, most of our colleagues who ended the sports careers face such dilemma. Our way of development is extremely complicated and either Olympic pensions or other benefits won’t make our social integration and utility easier. Our role doesn’t go to the end in the age of thirty two or thirty seven. On the other hand, our friends of the same age but working in different business

9


Bohater Hero

I believe that it’s hard to succeed if you don’t know the taste of defeat. A defeat is like a fall of an infant learning how to walk. źródło: Suzuki/Motor Centrum

host important positions, graduated from numerous faculties, and so on. Sportsmen don’t have such experience. You have mentioned social utility. You support organisations that encourage young people to do sport. I try to be active in the social field. There are three fields I act in. The first is supporting young people, often from poor families. The second is integration of people with limited ability where sport is a tool of rehabilitation. Finally, I am a member of Ronald McDonald foundation promoting preventive measures and cancer treatment. Sportsmen doesn’t have to be an expert in these fields but I believe we have such social role to fulfil. What we were given from the society we have to use for those who are not able to help themselves. We don’t know when we ask for help again. We have many signs from former champions who facing an illness become common people searching for help.

10

How have the infrastructure and attitude towards sport changed since the beginning of your career? Everything has changed. I guess it’s hard to find a sports club in the neighbourhood. It used to be so obvious: there was school, school sports clubs and so on. Also children and youth were offered less possibilities of spending free time so sport was the most popular one. There were more fulltime coaches financed with the public money. Nowadays, these clubs are almost gone. When it comes to infrastructure, the situation is quite different. There are nice fields, sports halls. It’s far better than before 1989. There are clean swimming pools, good gyms. However, I guess it is a sort of phenomenon alike Polish roads. Indeed, we have better roads, express and highways but still we are far away from the world standards. Transformation in Poland has been lasting for almost twenty years and we still have plenty to do.

Young people are attracted by popular sports, football or basketball for instance. How is it with less media-present disciplines? I don’t think we have many muscular and tall young people that would like to be shot putters but we have Tomasz Majewski. Similar situation is with girls and the hammer throw. The case with sport is that we grow up in particular social background where one type of sport if more popular and we find a favourable environment. We find people who like to meet at the gym or field in the evening. There’s a sort of a pro-sport mission to fulfil without any commercial purposes. There’s joy of spending time together, train together, bring medals and show off at school. At this stage, thinking whether a particular sport is popular or not isn’t important. Does it matter that people play table tennis in the evening? Is it popular? No, but there are people playing table tennis. The same refers to any kind of sport, which finally deserves a  Facebook “like”. How popular is ski jumping these days? We have a  several hundred people dealing with skiing but only a small part is selected for ski jumping. There’ll always be super popular sport disciplines and those niche, able to become popular if anyone succeeded. The first question concerned success, thus, let me ask about the meaning of defeat now. I  believe that it’s hard to succeed if you don’t know the taste of defeat. A defeat is like a fall of an infant learning how to walk. The question is whether we are able to draw any conclusions and build positive plans. We have to consider how much fear against defeat is able to motivate us for success or paralyses us. Defeat and success are the two conditions that walk arm to arm. A sense of success can be the first step to defeat. You cannot say that you have achieved everything, that you are a king of the situation. You need to know what to do next. Therefore, a  term of “a  way to success” is so often used. It doesn’t necessarily mean a success reflected in records and medals, but a life championship. I believe that sportsmen are able to transfer the philosophy of life and long-distance success well.■


Bohater He r o

Pomorski Uniwersytet Medyczny w Szczecinie najlepsza uczelnia w województwie zachodniopomorskim

PUM – Twój dyplom na świat! 4 WYDZIAŁY

• Lekarski z Oddziałem Nauczania w Języku Angielskim • Lekarsko-Stomatologiczny • Lekarsko-Biotechnologiczny i Medycyny Laboratoryjnej • Nauk o Zdrowiu

12 KIERUNKÓW

analityka medyczna, biotechnologia, dietetyka, fizjoterapia, higiena dentystyczna, kosmetologia, lekarski, lekarsko-dentystyczny, pielęgniarstwo, położnictwo, ratownictwo medyczne, zdrowie publiczne

jednolite studia magisterskie studia I, II i III stopnia studia podyplomowe studia w języku angielskim

www.pum.edu.pl


Miejsca

Places

Najlepszy moment

na zakup nieruchomości Bez względu na to, czy kupujesz mieszkanie dla siebie czy na wynajem, inwestycja w nieruchomości w Szczecinie już od dawna nie była tak opłacalna jak dziś. Dlaczego? Oto najważniejsze powody, dla których warto już teraz rozejrzeć się za mieszkaniem.

Historycznie niskie stopy procentowe

Spadki stóp procentowych pociągają za sobą niskie oprocentowanie kredytów, ale i lokat bankowych. W  efekcie, oszczędzanie na lokatach stało się nieopłacalne. Atrakcyjną alternatywą są z pewnością nieruchomości. Zakup mieszkania na kredyt dzisiaj wiąże się ze znacznie niższymi kosztami. Eksperci szacują, że wskutek spadku stóp procentowych kredytobiorcy płacą dziś ratę aż o 25% niższą niż w  wakacje ubiegłego roku. Warto również pamiętać, że od 1 stycznia 2014 roku kupujący mieszkania na kredyt będą musieli posiadać co najmniej 10% wkład własny. W praktyce oznacza to, że trzeba będzie zgromadzić oszczędności w wysokości ok. 20 tys. – 30 tys. zł. Zakup mieszkania jest więc obecnie niezwykle atrakcyjną inwestycją. W  popularnej szczecińskiej dzielnicy Gumieńce, na osiedlu Ku Słońcu deweloper Polnord oferuje mieszkania świetnie dopasowane do potrzeb rynku: obok najbardziej poszukiwanych lokali o małych metrażach, z jasnymi kuchniami, ogródkami lub balkonami można tu znaleźć także duże dwustronne mieszkania z  przestronnymi tarasami. Ku Słońcu to osiedle starannie zaprojektowane, eleganckie i  świetnie skomunikowane z pozostałymi dzielnicami Szczecina.

wiązać się z mało atrakcyjną lokalizacją czy gorszą jakością wykonania. 36-letnie doświadczenie Polnordu gwarantuje najwyższy standard wykonania oferowanych mieszkań oraz pozwala dopasować ofertę do oczekiwań nawet najbardziej wymagających klientów. Co więcej, mieszkania na osiedlu Ku Słońcu mają najniższe koszty eksploatacji w mieście. Obecna sytuacja na rynku nieruchomości niewątpliwie sprzyja kupującym, lecz wymaga szybkich decyzji. Warto skorzystać z  tej wyjątkowej okazji i  odwiedzić biuro sprzedaży osiedla Ku Słońcu. Polnord oferuje szeroki wybór atrakcyjnych mieszkań w atrakcyjnych cenach. Warto śledzić stronę internetową dewelopera www.polnord.pl, gdzie regularnie zamieszczane są informacje o dodatkowych promocjach i rabatach.■ en

The best time to buy property

Regardless whether you are looking for an apartment for yourself or one for rent, investing in real estate property in Szczecin has never ever been as profitable as it is now. Why? Check the main reasons why now is the time to buy.

Niskie ceny i duży wybór

W Szczecinie zakończył się trend spadkowy cen mieszkań, który trwał od połowy 2008. Warto wykorzystać tę chwilę na zakup, bo mieszkania tańsze już nie będą. Na osiedlu Ku Słońcu ceny rozpoczynają się już od 4499 zł za metr, a Polnord regularnie proponuje ciekawe promocje. Oprócz cen do zakupu zachęca także szeroki wybór mieszkań gotowych. Warto też mieć się na baczności i kupować mieszkania u deweloperów o  ugruntowanej pozycji. Wyjątkowo kuszące ceny mieszkań mogą bowiem

Historically low interest rates

Falling interest rates generate not only low mortgage rates but also lower interest on saving deposits which, consequently, turned to be unprofitable. Undoubtedly, real estate property is an attractive investment alternative. Experts estimate that the reduction in interest rates resulted in instalments 25 % lower compared to those burrowers had to pay last summer. Moreover, from January 1st, 2014 buyers, who wish to finance their purchase with a mortgage loan, will

be required to possess at least 10% of own financial contribution, that is at least 20 – 30 thousand PLN. So, purchasing an apartment today is an extremely attractive investment. Polnord, a property developer, offers apartments in the housing complex Ku Sloncu located in one of the most popular districts of Szczecin – Gumience. Ku Słoncu is a modern, elegant and well-communicated housing estate designed with the utmost care. Apartments offered at Ku Sloncu are designed to perfectly match market requirements: most-wanted small apartments with bright kitchens, gardens or balconies, or double-sided flats with spatial terraces - the choice is yours. Low prices and large choice

This year the downward trend in f lat prices finally came to the end in Szczecin. Now is the best moment to buy an apartment. Ku Sloncu estate offers attractive prices starting from 4499 PLN per sq. m, and what is more Polnord regularly organises interesting promotions. Not only low prices but also a wide selection of finished apartments encourage potential buyers. However, it is important to choose a  developer with a sound reputation. Tempting prices are often the result of an unattractive location or poor quality. Polnord has 36 years of experience, which guarantees the highest standard and quality of apartments and fulfilment of expectations of even the most demanding clients. To sum up, the current real estate market clearly favours buyers. Now is the moment to seize this unique opportunity. Visit the Ku Sloncu sales office and find out more about Polnord’s wide offer of high quality apartments and attractive prices. Follow the developer’s website at www.polnord.pl for more information on promotions and discounts.■ www.polnord.pl

12


Historie

Stor ies

ery kryzysu Tekst: Mateusz Kołos

Ilustr.:Justyna Cychowska

Mieć wszystko, przegrać wszystko – to scenariusz, którego boi się każdy rekin finansowy. Niestety mechanizmy losów ludzkich są tak skonstruowane, że niektórzy muszą ten scenariusz zaakceptować. A potem? Uciec od złego świata na bezludną wyspę.

14

D

wadzieścia lat temu naturalnym środowiskiem Davida Glasheena były ryzykowne szczyty f inansjery Sydney. Kilka domów porozrzucanych po świecie, ciągłe bycie w podróży, wystawne spotkania, golf w wolnych chwilach – to wszystko było chlebem powszednim. U boku piękna żona i  dwie córki, na koncie mnożące się miliony z  wydobycia minerałów na Papui Nowej Gwinei. Dave był człowiekiem spełnionym i pewnie dlatego los zafundował mu w 1987 roku Czarny Poniedziałek,


Historie

Stor ies

gdy wskaźniki nowojorskiej giełdy poleciały w dół o 22 procent. Świat Glasheena legł w gruzach w ciągu paru dni: jego firma Brisa Minerals Pty Ltd legła w  gruzach, wraz z  nią przepadło 6,5 miliona funtów, żona zażądała rozwodu, córki wyjechały wraz z matką. Ostatnie oszczędności topniały w błyskawicznym tempie. Zdesperowany biznesmen postanowił więc wyrwać się do świata, gdzie pieniądze nie mają znaczenia. Fundusze poszły na dzierżawę kawałka malutkiej wyspy na samej północy kontynentu. Glasheen, pozbawiony wszystkiego, jeszcze nie wiedział, że ten niewielki skrawek lądu okaże się dla niego domem na najbliższe 20 lat. Od nowa

Restoration Island, czyli Wyspa Odnowy (nazwa bardzo adekwatna dla położenia Glasheena) już parę razy w historii ludzkości służyła za ostoję zbłąkanym wędrowcom. Najbardziej znani w tym gronie to 19 wyrzuconych z HMS „Bounty” po sławetnym buncie Christiana Fletchera. Po 30 dniach dryfowania w szalupie były kapitan jednostki William Bligh i wierni mu ludzie stanęli na brzegu wyspy w maju 1789 roku. To zresztą Bligh nadał wyspie znaną do dzisiaj nazwę. Na Restoration Island kryli się również uciekinierzy z frontów II wojny światowej, w latach 60. mieszkał tu nawet przez jakiś czas polski weteran zsyłek na Sybir wraz z rodziną. Glasheen jest najbardziej wiernym wyspie lokatorem – pozostaje na niej od 1993 roku. Porównanie go do Robinsona Cruzoe wcale nie jest na wyrost. Chociaż wyspa położona jest zaledwie milę od wybrzeża kontynentu, były biznesmen nie gości u siebie zbyt wielu przyjezdnych – najczęściej to załogi okolicznych jachtów lub ekipy filmowe zainteresowane jego losami. Na te okazje Dave ma nawet koszulę. Jedną, bo przez większość czasu po wyspie paraduje nago. Wyspiarz jest całkowicie samowystarczalny – uprawia warzywa, zbiera owoce, warzy własne piwo, poluje na skorpiony. Jak zaznacza, zabija je gołymi rękami, bo nauczył się reagować jak zwierzę. Jego główne pożywienie stanowi własny chleb i  krewetki. Raz do roku wyprawia się na ląd z  pomocą łódki, by dokonać zakupu niektórych artykułów ży wnościowych. Oczywiście na zasadach handlu wymien-

Glasheen jest najbardziej wiernym wyspie lokatorem – pozostaje na niej od 1993 roku. Porównanie go do Robinsona Cruzoe wcale nie jest na wyrost. nego. Glasheen stara się nie zapomnieć całkowicie o cywilizacji, choć przychodzi mu to z trudem – gdy w 2003 roku zawinął tu podczas miesiąca miodowego popularny aktor Russel Crowe, wyspiarz nie miał pojęcia, kto przed nim stoi. Komputer z podłączeniem do internetu nie pomaga mu być na bieżąco ze światem. Działa bowiem przy wsparciu paneli słonecznych. Większość energii wyspiarz wykorzystuje by… grać na giełdzie. Na wyspie jest również lodówka na gaz, nie uświadczy się tu za to pralki i  zlewu. Glasheen mówi, że wokół jest przecież mnóstwo wody. Toaletę postawił ze względu na gości, działa na wodę deszczową. Miłość

Chociaż Glasheen wydaje się być w pełni zadowolony ze swojego życia na wyspie w towarzystwie swojego psa Quassi, swoim okazjonalnym rozmówcom wyznaje, że bywa bardzo samotny i  potrzebuje towarzystwa. Najlepiej kobiecego. Jego partnerka, Danicka, z którą związał się po rozwodzie z  żoną, przybyła na wyspę wkrótce po nim. Idylla nie trwała jednak długo – kobiecej połówce życie na wyspie wyraźnie przeszkadzało. Wraz z nowo narodzonym synem wyprowadziła się z  Resto niemal równie szybko, jak tu przybyła. Od tego czasu Dave szuka partnerki, jak dotąd bezskutecznie. W  2008 roku zamieścił nawet ogłoszenie na największym

australijskim portalu randkowym RSVP. Dostał ogromną liczbę odpowiedzi, niestety, wszystkie zakładały jedynie czasowy pobyt na wyspie. Swojej idealnej partnerce Glasheen zdążył już nadać miano „Pani Piętaszkowej”. Bardzo możliwe, że zanim ją spotka, sam będzie musiał się pożegnać z wyspą. Umowa

Wyspiarski żywot Dave’a przestaje być idylliczny z  jednego punktu widzenia: dzierżawy wyspy, jakiej podjął się dwadzieścia lat temu. Jedna trzecia wyspy należy do niego do 2039 roku. Koszt dzierżawy wynosił 13 tys. funtów rocznie, ale większości tej ceny Glasheen płacić nie musiał. Zobowiązał się bowiem do znalezienia partnera biznesowego i wybudowania na powierzonym mu terenie resortu zdrowotnego wraz z  przystanią o  wartości przynajmniej 200 tys. dolarów. Miał na to pięć lat, ale nie zrobił tego do dziś. Dlaczego? Po pierwsze, Glasheen nie miał szczęścia do partnerów biznesowych, po drugie, wplątał się w nieprzyjemne przepychanki między rządem Australii a aborygeńską społecznością Kuuku Ya’u, która rości sobie prawa do wyspy (znajduje się tam park narodowy). Biznesmen postanowił poprzeć rdzennych mieszkańców, choć od początku był traktowany jako intruz, a  zyskanie sobie ich sympatii zajęło mu kilka lat. Polityka biernego oporu ściągnęła mu jednak na kark instytucję Restoration Island Pty Ltd. Od 2000 r. próbuje ona sprowadzić Glasheena z wyspy na stały ląd. W procesach wyspiarza bronią jako świadkowie m.in. Aborygeni z Kuuku Ya’u. W 2008 roku prezes Restoration Island, Colin Lindsay osobiście przybył na wyspę po Dave’a. Opór wyspiarza, który wspierali rdzenni mieszkańcy, okazał się wystarczająco skuteczny. Wydaje się jednak, że nie na długo, bo dzierżawa została w  ubiegłym roku unieważniona, a  grunt na Restoration ponownie wystawiony na sprzedaż. W  kwietniu tego roku losami Glasheena zainteresował się Ben Fogle z  brytyjskiego Chanel 5. Grupa wolontariuszy założyła specjalne konto, dotacje mają pomóc Dave’owi wykupić część wyspy, która zostanie przyłączona do terenów Kuuku Ya’u. Czy uda się kolejny szalony pomysł nowego Robinsona Cruzoe? ■ 15 15


Historie

Stor ies

en

Robinson of the crisis era Have everything, lost everything – this is a scenario that scares every financial shark. Unfortunately, the mechanism of human fates are constructed in the way that some simply have to accept such series of action. What comes next? Run away from the bad world into a desert island. Twenty years ago a natural environment of David Glasheen was the risky financial top of Sydney. A few houses scattered all over the world, constantly on the way, luxurious meetings, golf in free time – this was the daily bread. A beautiful wife and two daughters, millions on bank accounts from mineral mining in Papua New Guinea. Dave was a fulfilled man, thus, I guess, the fate gave him the Black Monday in 1987 when the NY stock noticed a  22-percent drop. Glasheen’s world collapsed within few days: his company, Brisa Minerals Pty Ltd bankrupted and Dave lost 6’5 million pounds, wife asked for divorce, daughters left with mother. Savings were dwindling. The desperate businessman decided to run away to the world where money doesn’t count. He took on lease a piece of a small island in the north of the continent. Glasheen, who lost everything, didn’t know then that the small piece of land would become his home for another 20 years. From the beginning

Restoration Island, a very adequate name to Glasheen’s situation, has already served as a mainstay for lost wanderers. The most famous ones are the outcast from HMS “Bounty” after Christian Fletcher’s revolt. After 30 days spent in a  lifeboat, former captain William Bligh and his faithful

16

Wyspiarz jest całkowicie samowystarczalny – uprawia warzywa, zbiera owoce, warzy własne piwo, poluje na skorpiony. Jak zaznacza, zabija je gołymi rękami, bo nauczył się reagować jak zwierzę. companions reached the shore of the island in 1789. It was Bligh who gave the island its current name. Restoration Island also was a hiding place for runaways from the WWII fronts, in the 1960s the place hosted a Polish veteran and his family. Glasheen is the most faithful dweller of the island – he has been living there since 1993. Comparing him to Robinson Crusoe isn’t an exaggeration. Although, the island is situated only a mile away from the shore, the former business do not host many visitors – usually these are the crews of the yachts sailing by or film crews interested in his story. Dave wears a  shirt then. He has just one as he goes naked for most of the time. He is totally self-sufficient – he grows vegetables, pick up fruit, brew beer,

hunt the scorpions that he kills with bear hands as he learnt to react like an animal. His main food is bread and prawns. Once a year he sails on land to buy some food basing on barters. Glasheen tries not to forget about the civilisation, although, it seems pretty hard – when in 2003 the island was visited by Russell Crowe spending his honeymoon, the islander had no idea who was that man. A computer with the internet access doesn’t keep him updated. It is supplied by solar panels. Most energy is spent on… speculations of the stock exchange. There’s always gas refrigerator, but no washing machine or sink. Glasheen says that there’s enough water all around. A  toilet was built for the guests, works with storm water. Love

Although, Glasheen seems to be fully content with his life on the island accompanied by his dog Quassi, he admits being extremely lonely. He strives for a female companion. His partner, Danicka, with who he started a relationship after divorce, came to the island right after him. The idyll didn’t last long – she couldn’t handle life on the island. She moved from Resto with their newly-born son as quick as she came there. Since then Dave searched for a  partner but with no result. In 2008 he


Historie

Stor ies

made an announcement on the Australian biggest dating portal RSVP. There were many responses but all of them concerned only a temporary stay on the island. Contract

Life on the island stops being idyllic from one point of view: the island leasing contract he signed twenty years ago. one third of the island belongs to him until 2039. Annual leasing charges reach 13 thousand pounds but he didn’t have to pay most of the price. He obliged to find a business partner and build in a health resort and marina in the rented land worth at least 200 thousand dollars. He had five years to do that but didn’t managed until these days. why? First of all, Glasheen wasn’t lucky in seeking the business partners, second of all, he got into unpleasant disagreements between the Australian government and Aboriginal

community Ku uku Ya’u that lay a claim to the island (there’s a  national park there). The businessman decided to support the natives, despite being treated as an intruder since the very beginning. It took a few years for him to win their trust. A policy of passive resistance drew attention of an institution called Restoration Island Pty Ltd., that has been trying to get Glasheen out of the island since 2000. However, during the trials, the islander is supported by witnesses from Kuuku Ya’u. In 2008, chairman of Restoration Island came for Dave to the island. Resistance of the islander and the natives brought positive results. Nevertheless, the leasing contract has been cancelled last year and the land put up for sale. In April this year Glasheen’s story got interested Ben Fogle from the British Chanel 5. A  group of volunteers opened a  special account where you can donate money that

will help Dave to buy the piece of island that will be incorporated into the Kuuku Ya’u land. Will the idea of new Robinson Crusoe turn to be successful? ■

REKLAMA


Podróże T r ave l

źródło: bluepaperclipfor.blogspot.com

Podróż

za jeden spin cz Zamienił stryjek siekierkę na… niebieski spinacz. A potem na ustną harmonijkę, którą z kolei zastąpiły słuchawki nauszne. Dziś zamiast błękitnego artykułu biurowego grupa przyjaciół z Przemyśla na swoim blogu dumnie pokazuje drukarkę HP Laserjet P3005 i trzy tonery. Wartość sprzętu przekracza kwotę tysiąca złotych, lecz do spełnienia marzeń w postaci Volkswagena Transportera T4 to wciąż za mało.

18


Podróże T r ave l

Justyna Nować

– Zwariowani czy zdeterminowani? – Szczerze? Sami do końca nie wiemy, dlaczego postanowiliśmy zrobić to akurat w taki sposób – wyznaje Bogusław Podhalicz. – Złożyło się na to bardzo dużo czynników: nasze marzenie, chęć zrobienia tego w oryginalny sposób, przyjaźń. I słynna historia Kyle’a  MacDonalda.

Wszystko zaczęło się osiem lat temu. Kanadyjski bloger ogłosił wówczas w Internecie, że chce zamienić czerwony kawałek metalu, który trzymał w ryzach jego CV, na coś bardziej wartościowego. Tym sposobem w niedługim czasie został posiadaczem długopisu w kształcie ryby, a tego samego dnia udało mu się go oddać w zamian za ręcznie rzeźbiony uchwyt do szafki. Następnie był grill, generator i pusty keg wraz z neonowym napisem „Budweiser”. To właśnie za sprawą tego ostatniego elementu właściciel rozgłośni radiowej umożliwił Kyle’owi nagranie darmowej reklamy w swojej stacji. „W celu dokonania wymiany udam się w  każde miejsce Kanady – z wyjątkiem Yahk”. Nietrudno było przewidzieć, że kolejnym przystankiem na drodze do spełnienia marzeń Kanadyjczyka była… opłacona wycieczka do Yahk. Młodzi podróżnicy z Polski obrali bardzo podobną strategię. – Wychodzimy z założenia, że kolejny przedmiot niestety nie może być mniej warty od tego, który już posiadamy – w końcu chcemy zbliżać się do samochodu, nie oddalać – tłumaczy ekipa Bluepaperclip. – Patrzymy też na oryginalność przedmiotu i poziom zainteresowania, jaki może wzbudzić wśród innych, jednak wiadomo – im droższa rzecz, tym trudniej się wymienić. Teraz do wymiany mamy drukarkę z trzema tonerami o łącznej wartości około 1500 zł i oferty pojawiają się dosyć sporadycznie… Grunt to nie tracić nadziei. Początek akcji plasuje się w pierwszych dniach lutego, w  niecałe trzy miesiące potem widoczne były pierwsze symptomy rozgłosu medialnego. – Staraliśmy się mówić o tym ludziom na ulicy, w Internecie, po prostu gdzie tylko się dało. Media przyszły z  czasem. Nie ukrywam, bardzo ułatwiło nam to zadanie. Głośno było w  Esce, w  portalu Gazeta.pl i  na MMWarszawa.pl, również słuchacze Czwórki Polskiego Radia mieli okazję usły-

Wychodzimy z założenia, że kolejny przedmiot niestety nie może być mniej warty od tego, który już posiadamy – w końcu chcemy zbliżać się do samochodu, nie oddalać – tłumaczy ekipa Bluepaperclip. szeć o błękitnym kawałku drutu. Opowieść ta wielu z nich chwyciła za serce. – Świetna inicjatywa, słyszałam o  tym! – mówi Michał, student na Wydziale Ekonomicznym Uniwersytetu Gdańskiego. – Ta ekipa nie idzie na łatwiznę, tylko faktycznie próbuje coś zrobić ze swoim marzeniem. Może droga jest trochę dłuższa, ale dalej prowadzi do jednego celu. Jednak nie wszystkich da się zadowolić.

– Jakieś negatywne komentarze? – Zdarzały się na samym początku. Przy pierwszych artykułach internetowych o naszej akcji sypało się, że „jesteśmy nierobami i wszystko chcemy mieć podane na tacy”. Zwyczajnie śmiejemy się z  takich uwag, ponieważ cała akcja pochłania mnóstwo naszego czasu, zaangażowania i pracy. Sformułowanie o  tym, że idziemy na łatwiznę nie ma tu najmniejszego sensu. MacDonald dom zdobył w  ciągu jednego roku. Czy grupa powtórzy wyczyn blogera – tego nie wiadomo. – Nie mamy przewidywań - mamy marzenia – jak sam stwierdza Bogusław. – To one nas pchają do działania. Rok działania byłby super, ale jeśli się nam nie uda, to trudno. Projekt Bluepaperclip będzie istniał tak długo, aż w  końcu dopniemy swego. Plany podróży marzeń są coraz wyraźniej-

sze. – Zdecydowanie dookoła Europy! – przytakują zgodnie. Aż po sam Gibraltar poprzez Czechy, Austrię, Szwajcarię, W łochy, Francję, Hiszpanię… przez wszystko, co się tylko nawinie po drodze! Co potem? – Zwiedzamy świat dalej. Jednak obiecaliśmy sobie, że jeśli akcja dojdzie do samego końca, to przy pomocy naszego auta (albo i nie) pomożemy w pragnieniach kogoś innego. W jednym z wywiadów Kyle nie ukrywał swojego zaskoczenia powodzeniem całego przedsięwzięcia. – Nie wierzę, że barter daje możliwość robienia prawdziwych interesów. To bardzo nieefektywny sposób zarabiania pieniędzy, bo żeby dojść do tego, co mam w tej chwili, potrzebowałem tysięcy godzin. Mimo wszystko – jest to o wiele zabawniejsze niż wyciąganie karty kredytowej w sklepie. Barter zmusza cię do targowania się, co daje większą frajdę niż zwykłe zakupy. Oprócz tego relacje pomiędzy klientem i sprzedającym mogą być odrobinę bardziej złożone. Para oferująca długopis czy Steve, który prócz grilla zaproponował również rodzinne spotkanie przy pieczonych stekach, stawali się przyjaciółmi, nie tylko anonimowymi dostarczycielami poszukiwanych produktów. – Uświadomiłem sobie, że ludzie tak naprawdę chcą tak handlować. Że to nie jest wcale takie złe. – tłumaczy Kyle na antenie jednej z amerykańskich stacji radiowych. Przebieg akcji Blue Paper Clip można śledzić na bluepaperclipfor.blogspot.com. ■ en

Trip for one paperclip You give me something and I give you a... blue paperclip. Then I can trade it in for a harmonica, replaced in turn by headphones. Today, instead of a blue device, a group of friends from Przemysl in Poland proudly presents in their blog a laser printer HP LaserJet P3005 and three cartridges. The value of the equipment exceeds one thousand zlotys, but it is still too little for their dream to come true: a Volkswagen Transporter T4.

19


Podróże T r ave l

Teraz do wymiany mamy drukarkę z trzema tonerami o łącznej wartości około 1500 zł i oferty pojawiają się dosyć sporadycznie…

źródło: bluepaperclipfor.blogspot.com

“Are you crazy or just determined?” “Honestly? We are not quite certain why we’ve decided to do it this way,” says Bogusław Podhalicz. “Various factors contributed to this: our dream, the desire to do it in an original manner, friendship.” And the famous story of Kyle MacDonald.

It all began eight years ago. A Canadian blogger announced then on the Internet that he wanted to exchange a red piece of wire, which held the pieces of his CV together, for something more valuable. This

20

way, soon he became the owner of a fishshaped pen, which he managed to trade for a hand-sculpted doorknob. Next there was a grill, a generator and an empty keg with a  neon inscription saying “Budweiser”. And this is thanks to the latter that the owner of a broadcasting company allowed Kyle to record a free commercial in his station. Kyle announced that he would go anywhere in Canada to trade except for Yahk, British Columbia. It’s not difficult to guess that the Canadian’s next stop on the way to his dream coming true was a... settled trip to Yahk.

The young travellers from Poland have adopted a similar strategy. “We act on the assumption that the next thing we get cannot be – unfortunately – less valuable than the one we’ve already got. After all, we want to bring the car closer to us,” explain the friends from the Blue Paper Clip team. “We also pay attention to the originality of the object and the level of interest it may arouse among others. But it’s obvious that the more expensive the thing, the more difficult it is to exchange. Now we would like to trade off a printer with three cartridges worth about 1,500 zlotys altogether, and we receive offers rather occasionally...” But the main thing is to hold hope. The whole campaign started at the beginning of February and in less than three months the first signs of publicity already appeared. “We tried to tell people about that on the streets, on the Internet – simply, wherever we could. The media came with time. I must admit it helped us a lot.” The campaign appeared in such Polish radio stations as Eska or Polskie Radio 4 (Polish Radio 4). Also the visitors of the websites Gazeta.pl and MMWarszawa.pl could read about the blue wire. The story plucked at many heartstrings. “It’s a great


Podróże T r ave l

idea! I heard about that!,” says Michał, a student at the Faculty of Economics, the University of Gdansk. “The team doesn’t take the easy way out but really tries to do something about their dream. Perhaps this way is a bit longer, but it still leads to one goal.” But not everyone can be satisfied.

“Any negative comments?” “Some appeared at the very beginning. With the first online articles about our campaign, people started to say that we are ‘slobs who want to get everything without raising a finger.’ We normally laugh at such remarks. The whole effort takes a lot of our time, commitment and work. The claim that we take the easy way out is senseless.” MacDonald got a house within one year. Will the team repeat the achievement of the blogger? Nobody knows. “We have

no predictions – we have dreams,” says Bogusław himself. “They spur us to action.” The period of one year for the whole campaign would be super. But if we can’t make it, tough luck. The Blue Paper Clip project will exist so long as we finally have our own way.” The plans for the trip become more and more clear. “Definitely around Europe!” they agree unanimously. “As far as Gibraltar through the Czech Republic, Austria, Switzerland, Italy, France, Spain... through every place that comes across!” What’s next? “We will keep exploring the world. But we promised ourselves that when the campaign is over, by means of our new car (or maybe not) we will help others to make their wishes come true.” In one of the interviews, Kyle admitted that he was surprised with the success of the whole project. “I don’t believe that bar-

ter gives the possibility to do real business. It is a very ineffective way of making money because I needed thousands of hours to reach everything I now have. But still, it is much more entertaining than just pulling your credit card out of the wallet in a shop. Barter forces you to bargain, which is much more fun than common shopping.” Apart from that, the relations between the customer and the seller may be a bit more complex. The couple who offered a pen or Steve, who – apart from the grill – proposed also a  friendly meeting with a  barbecue, became his friends, not only anonymous providers of the products. “I’ve realized that actually people want to bargain. That it is not that wrong,” said Kyle on the air of one of the American radio stations. The course of the Blue Paper Clip campaign can be followed on bluepaperclipfor. blogspot.com. ■

REKLAMA

Wino to opowieść,

historia człowieka i emocje. Odkrywamy je teraz

na nowo.

Wine is a story, a history of a human being and emotions. We explore it all over again now.

www.marekkondrat.pl

Zakupy przez internet, Sklep stacjonarny, Oferta B2B, Szkolenia i eventy

Online shopping, Retail shop, B2B offer, Trainings and events

KONDRAT Wina Wybrane Wybieramy i pomagamy w wyborze

KONDRAT Selected Wine We choose and help choosing

21


Biznes

Busi ness

Całkiem nietypowe

fot.: Lightpoet/fotoli.com

ryzyko zawodowe

Spór o to, który zawód na świecie jest najbardziej ryzykownym dla zdrowia i życia, zapewne nie zostanie rozstrzygnięty nigdy. Szczególnie w sytuacji, gdy w plebiscycie tym zaczynają pojawiać się specjalności, które na pierwszy rzut oka wcale nie wydają się być niebezpiecznymi. Justyna Nować

P

atryk ma 24 lata i już trzeci sezon z  rzędu pracuje jako rozwoziciel pizzy. Procedura jest prosta – klient dzwoni, składa zamówienie, jedna z kelnerek zapisuje to wszystko na kartce i  informuje potencjalnego spożywającego, że pizza będzie za jakąś godzinę. Od tego momentu czas staje się cenniejszy od pieniędzy. Przygotowanie i zapakowanie zajmuje jakieś 30-45 minut, reszta należy do dostawcy. – W małych miejscowościach sprawa jest naprawdę ułatwiona, znasz praktycznie każdy zakamarek, choć zdarzają się ciekawe przypadki – wyznaje. – Kumpel opowiadał raz, że dostał adres budynku, który tak naprawdę nie istnieje. Kelnerka pomyliła numery ulicy i wysłała go do zburzonej kamienicy. To jest chyba normą w tej pracy. Częstym przypadkiem jest też nieuprzejmość klientów.

22

– Godzina dostarczenia jest czysto orientacyjna, a potrafią się awanturować o zwykłe pięć minut. Jak są bardziej podchmieleni – lubią wyzywać. I już nawet nie chodzi o napiwki, tylko żeby po prostu klient wziął tę pizzę, oddał należność i zamknął drzwi. Z niektórymi nawet tyle nie można. Przy pizzy

Główne ryzyko wynikające z bycia dostawcą to nieznajomość warunków, w  jakie przyjdzie danemu pracownikowi się udać. Na dowóz zamawiają bowiem przedstawiciele każdej grupy w hierarchii społecznej – od wysoko postawionych urzędników na młodzieży w  wieku szkolnym skończywszy. – Gość mnie zwyzywał, bo wymieniłem mu kwotę do zapłaty, jedna dziewczyna w ogóle nie otworzyła mi drzwi gdy przyjechałem z pizzą, choć dzwoniłem i pukałem jak opę-

tany, jacyś licealiści chcieli mnie wciągnąć do siebie na imprezę – Patryk bez zająknięcia wymienia coraz to bardziej osobliwe przypadki, z jakimi przyszło mu się zmierzyć w przeciągu kilku miesięcy. Zdarzają się też bardziej sympatyczne sytuacje. – Starszy mężczyzna, z  którym rozmawiałem chyba z pół godziny, a przez którego potem tłumaczyłem się w pracy źle działającym silnikiem. Świetny facet i  często zamawia u nas pizzę. Zawsze mówi kelnerce, że „chce koniecznie, żeby przyjechał ten wysoki pan w okularach”. Za kółkiem

W taksówce czas może płynąć na dwa sposoby: wolno bądź bardzo wolno. Właściwość ta jest zależna od centralnego punktu tej usługi – czyli taksówkarza. – Czy lubię tę pracę? Ja ją uwielbiam! – od-


Biznes

Busi ness

powiada z entuzjazmem Paweł, kierowca gdańskiego Express Taxi. – Każdy człowiek jest inny i z każdym lubię porozmawiać. Ale zdarzają się przypadki, że ktoś nie życzy sobie rozmowy. – Sporadycznie, trzeba umieć to wyczuć. Nie na darmo się mówi, że taksówkarz to prawie jak barman. Zagadnięty o to, że w filmach akcji taksówkarze mają przykładane pistolety do skroni, parska śmiechem.– Pani, przecież to jest Polska. Gdzie tu pistolety do skroni? Być kobietą = być zagrożoną(?)

W Łodzi udało się trochę urozmaicić nudny stereotyp taksówkarza-mężczyzny. Przewożeniem zajęła się również płeć piękna. Kobiety za kółkiem taryfy niestety nadal są w mniejszości – na 10 tysięcy łódzkich taksówek jedynie dwadzieścia z  nich prowadzonych jest przez kobiety. Lokalnemu „Expressowi Ilustrowanemu” udało się dotrzeć do samego źródła.

W taksówce czas może płynąć na dwa sposoby: wolno bądź bardzo wolno. Właściwość ta jest zależna od centralnego punktu tej usługi – czyli taksówkarza. – Pracuję w fachu od czternastu lat, przez ten czas przejechałam pół miliona kilometrów – podaje na łamach Elżbieta Bałczyńska, najstarsza taksówkarka w Łodzi. – Usiadłam za kółkiem, bo nie wyszedł mi interes, który wcześniej prowadziłam. To właśnie dwa lata temu pabianiczanka postanowiła spróbować swych sił w  granicach łódzkiego miasta. Nowy samochód

i nowa licencja nie pomogły w całkowitym przełamaniu pierwszych lodów na świeżym terenie. – Pierwszy kurs w nowym mieście wypadł dramatycznie – wspomina dziennikarzowi „Expressu”. – Na początek GPS pokierował mnie pod niewłaściwy adres. Klientka nie kryła wściekłości. Tak mnie to zestresowało, że gdy poprosiła o kurs pod Teatr Muzyczny, to nie wiedziałam, jak tam dojechać. Po prostu zapomniałam. Od tamtej pory nie ufam nawigacji. Żadna z kobiet nie skarżyła się do tej pory na sytuacje niebezpieczne. – Zawsze tam, gdzie są kobiety, ryzyko zawodowe wzrasta – kontynuuje Paweł. – Nasze postoje są w  pobliżu ludzi, nie ma raczej ryzyka, że ktoś niepowołany zaatakuje taksówkarza. Choć na miejscu tych kobiet to chyba bałbym się rozwozić ludzi po północy. Wie pani, więcej chlejusów, nie wiadomo, co taki może zrobić. Nie zraża to jednak płci pięknej wcale. REKLAMA


Biznes

Busi ness

Being a woman = being in danger(?)

en

Quite untypical occupational risk The dispute as to which profession in the world is the most risky in terms of both health and life will probably never come to an end. Especially when the quarrel involves specialties which at first glance do not seem dangerous whatsoever. Patryk is 24 years old and this is the third season in a row he has been working as a  pizza delivery man. The procedure is simple – a customer calls and makes an order, one of the waitresses writes it all down on a  piece of paper and informs the consumer that the pizza would be at his place in about an hour. From this moment on, time becomes more valuable than money. Preparing and packing the pizza takes around 30-45 minutes, the rest belongs to the delivery man. “The job is simpler in smaller towns, where you practically know every corner, although interesting cases happen, too,” says Patryk. “One of my friends told me once that he had got an address of a  building that actually did not exist. The waitress had confused street numbers and sent him to a  demolished tenement. I  guess this is a standard in this profession.” Another common thing is rudeness among customers. “This one hour for delivery is purely approximate, but often people would make a  scene about sheer five minutes. When they are mellow, they also enjoy calling you names. And this is not about the tips any more but just about the customer taking the pizza, paying the price and closing the door. Some of them fail even at that.”

24

With pizza

The main risk connected with being a delivery man is that the employer does not know the conditions he will have to face in the destination. This is because representatives of all groups in the social hierarchy order food for delivery: from highly-placed officials to schoolchildren. “One guy called me names because I mentioned the money he had to pay; one girl didn’t even open the door when I came with the pizza, although I kept ringing the doorbell and knocking at the door like crazy; and some high-school students wanted to drag me in for a party,” Patryk without faltering lists more and more odd cases he had to stand up to during the last several months. Still, a bit more pleasant situations also happen. “There was an old man I talked with for half an hour, I guess. Later I had to make excuses in the work, claiming that the engine wasn’t working well. The guy’s great; he often orders pizza from us. He always tells the waitress that ‘he absolutely wants the tall man with glasses to come’.” Behind the wheel

Time in a taxi passes in two ways: slowly or very slowly. The property depends on the focal point of the service – the taxi driver. “Do I  like the job? I  love it!” says Paweł enthusiastically. He is a  driver in Express Taxi, a  company from Gdansk. “People differ, and I like talking to everyone.” But it does happen that someone would not feel like conversing. “It’s occasional and I have to sense that. After all, they say that a  taxi driver is almost like a barman.” When I mention that in action movies taxi drivers have guns held at people’s heads, he laughs. “Hey, this is Poland! There are no guns at anyone’s head here!”

In Lodz we managed to add some variety to the stereotype of a male taxi driver. The gentle sex has also taken up driving. Women behind the wheel are unfortunately in the minority. For every 10 thousand taxis in Lodz only twenty are driven by women. The local newspaper Express Ilustrowany managed to reach the same source of information. “I have been working in the profession for fourteen years, during which I have driven half a million kilometres,” says in the paper Elżbieta Bałczyńska, the oldest female taxi driver in Lodz. “I sat down behind the wheel because the business I ran turned out to be a failure.” It was exactly two years ago when the lady from Pabianice decided to try her hands at driving within the borders of Lodz. A new car and a  new licence did not help her in breaking the ice in the unknown area completely. “The first fare in the new city was a  disaster,” she tells the journalist of Express. “First of all, my GPS led me to the wrong address. The customer made no attempt to hide her fury. I  was so stressed about the situation that when she asked me for a ride to the Musical Theatre, I did not know how to get there. I  simply forgot. Since then, I have not trusted navigation systems.” None of the women has complained about dangerous situations so far. “Occupational risk always increases in the case of women,” says Paweł. “Our ranks are close to people, so there is probably no risk that an unauthorized person attacks the driver. But if I  were one of these women, I think I would be afraid of driving people after midnight. You know, there are more drunkards then, and you never know what a guy like that can do.” But it does not put off the fair sex at all. Kamila, the youngest from the female taxi drivers in Lodz, worked previously in an advertising agency. “The job was extremely stressful, so I gave it up and started driving people. And I do not regret. The only difficulties may arise when the driver does not know the address or when his car breaks down. But I  must honestly admit I  do not actually have problems with either of these.” ■

fot. Tuareq/sxc.hu

Najmłodsza z taksówkarek w Łodzi – Kamila – pracowała poprzednio w  agencji reklamowej. – To było strasznie stresujące zajęcie, więc rzuciłam to i zaczęłam wozić ludzi. I  nie żałuję. Jedynym problemem może być tylko nieznajomość adresu albo zepsuty samochód. A przyznam szczerze, że ani z  jednym, ani z  drugim nie mam specjalnie problemu.■


Pomorskie

Baw się dobrze Bardzo dobrze, jeśli nudzi cię bezczynne leżenie na plaży. Trójmiasto ma do zaoferowania wiele więcej, niż tylko morze i piasek.

źródło fot.: PROT

S

ezon turystyczny przyciąga do Trójmiasta i w  jego okolice tysiące ludzi. Choć na pocztówkach widnieją niezmiennie wizerunki romantycznych zachodów słońca nad morzem, pełnych słonecznych plaż i sopockiego molo, to na tym oferta wakacyjna metropolii się nie kończy. Rachunek jest prosty: im więcej osób w danej chwili przebywa w mieście, tym większa szansa, że na koncercie czy innym wydarzeniu kulturalnym będzie komplet. Duże audytorium skutkuje nie tylko wyższą jakością organizowanych wydarzeń, ale także bogatszą ich ofertą. Dlatego też w ciągu sezonu wiosenno-letniego w  Trójmieście w  dziedzinie kultury dzieje się naprawdę dużo. Dzięki temu każdy, niezależnie od wieku, płci i  zainteresowań, znajdzie coś dla siebie. Wielbiciele bardziej klasycznych dźwięków powinni wyszukać coś interesującego pośród licznych festiwali, wśród których prym wiedzie Mozartiana (w tym roku odbędzie się już VIII edycja). Jest to festiwal muzyczny, inspirowany twórczością Mozarta i  odbywający się w  gdańskim Parku Oliwskim oraz Archikatedrze Oliwskiej – niewątpliwie gratka dla melomanów, ale również doskonałe wykorzystanie przestrzeni publicznej. Koncerty zazwyczaj odbywają się wieczorami, warto zatem też zwrócić uwagę na wydarzenia, które w  całym Trójmieście trwają od świtu do zmroku (a nawet później). Jednym z najciekawszych i najbarwniejszych jest Festiwal Rytmu i  Ognia FROG, którego ósma edycja odbędzie się w połowie sierpnia w Gdyni. Na imprezie prezentowane są wyczyny młodych adeptów oraz międzynarodowych gwiazd sceny fireshow i  bębniarskiej. Efektowne show i  zajęcia z  profesjonalistami są interesującą i  efektowną propozycją dla odbiorców w każdym wieku. Dla tych, którzy wolą spokojniej spędzać dni, interesująca może być propozycja So-

26

potello. W krótkim czasie od otwarcia „Artystyczny, wielokulturowy rynek ludzi oryginalnych” zyskał sobie sympatię nie tylko poszukujących rękodzieła czy antyków, ale również – albo przede wszystkim – nietuzinkowych znajomości. Jak przekonują organizatorzy, na Sopotello znaleźć można wszystko to, co ma klimat, jest tworzone z  pasją, znalezione w  szafie lub na strychu, albo kupione, a  za chwilę sprzedane. Kilka powyższych imprez to rzecz jasna nie cała oferta kulturalna Trójmiasta. Całoroczny kalendarz imprez znaleźć można na stronie www.pomorskie.travel.■ en

Have fun Have really great fun if you are bored lying on the beach. Tri-city offers much more than sand and the sea. The tourist season attracts thousands of people to Tri-city and the region. Although, the postcards present images of romantic sunsets at the seaside, crowded beaches and the pier in Sopot, the summer offer of the metropolis includes much more. The calculation is simple: the more people visit the city, the bigger chance that they come to a concert or other cultural event. Big audience guarantees not only better quality of events but also a  vast range of them. Therefore, the spring and summer season in Tri-city has much to offer in the field of culture, mainly due to the fact that the events are organiser by both local governments and non-governmental institutions. TheEnthu-

siasts of more classical sound should find something suitable among numerous festivals, including the top position – Mozartiana (the 8. edition this year). It is a music festival inspired by Mozart’s compositions, taking place in Oliwa Park in Gdansk and Cathedral in Oliwa – a special treat for music lovers and a perfect use of public space. The concerts take place usually in the evening, thus, it’s worth paying attention to those events that last throughout a day. One of the most interesting and vivid is the Fire and Rhythm Festival FROG, whose eighth edition is scheduled for August in Gdynia. The event presents achievements of young learners and international stars of fire and drum shows. Impressive performances and classes with professionals are an interesting and attractive offer for each participant Those who wish spend days in more peaceful atmosphere, should go for Sopotello. Soon after opening the “Artistic, multicultural market for original people”, it gained popularity among not only fans of handcraft or antiques but – most of all – original acquaintances. As the organisers claim, Sopotello offers unique and original things, created with passion, found in a  wardrobe or in attic, bought and sold. The above mentioned events are only a few from a cultural offer of Tri-city. The yearlong calendar of events is available on www. pomorskie.travel.■


> > PA RTNER Z Y:

>> PAT RON :

REKLAMA


Gust

Ta ste

pokolenie

lite

Są młodzi. Nieważne, czy mają 20, czy 40 lat – ważne, że czują się młodzi. Ci po 30 żartują, że ich rodzice w ich wieku byli już dorośli. Ważne dla nich jest to, co jedzą, gdzie bywają, czym się zajmują, ale pilnują, żeby nie angażować się za bardzo, żeby mieć czas dla siebie.

Ważne dla nich jest to, żeby ciągle być „on line”, choć jednocześnie nie są niewolnikami sieci. Wszystko w zdrowych proporcjach. Pokolenie „Lite”

J

fot.: Adam Golec

Jaki powinien być ich komputer? Po pierwsze – lekki. Na tyle, żeby ciągłe noszenie go ze sobą nie było problemem. O, tak, żeby ważył nie więcej niż półtora kilo. Powinien być szybki – czterordzeniowy procesor, wydajna karta graficzna, 4GB wydajnego RAM-u i 128 GB dysk SSD, są w stanie coś takiego zapewnić. Mieć wbudowaną kamerę HD. Czytnik kart, port USB 3.0, wyjście HDMI – wszystko może się kiedyś do czegoś przydać. Do tego bateria, która umożliwi długą pracę w kawiarnianym ogródku. Na koniec 64-bitowy system operacyjny Windows 8 z  szybkim startem. Do tego naprawdę atrakcyjny design i  porządne wykonanie. No i najważniejsza sprawa – przy tym wszystkim rozsądna cena. Gdyż ludzie z pokolenia „Lite” nie wydają worków pieniędzy na gadżety. Potrzebują tych pieniędzy na swoje przyjemności. Jaki powinien być stworzony dla nich komputer? Taki jak Samsung Ativ Lite

28


29


Gust

Ta ste

fot. Adam golec

30

Lekki, wydajny, dobrze zaprojektowany i wykonany. Do tego w rozsądnej cenie. Samsung Ativ Lite łączy te wszystkie cechy. Jest idealny dla ludzi, dla których zdrowe proporcje w życiu są najważniejsze. Dla ludzi Lite


fot. Mat. prasowe /samsung

Piękne przedmioty nie zawsze mogą być tanie Pamiętacie czasy, w których telewizor mógł kosztować tyle, co nowy samochód? I nie chodzi tu o lata siedemdziesiąte. Kiedy tak było ostatnio? Z dziesięć lat temu?

T

ele w iz or y są cora z w ięk sz e i coraz tańsze. To może nie do końca prawda, bo najnowocześniejsze do najtańszych nie należą. Ale co mają zrobić ludzie, którzy chcą mieć najdroższy telewizor w okolicy? Tacy, którym nie wystarczy obudowa wysadzana kryształkami od Swarovskiego? Tacy, którzy chcą wydać dużo pieniędzy, ale chcą uczciwie dostać w  zamian coś o odpowiedniej wartości? Zaprezentowany na tegorocznych targach CES w Las Vegas 85-calowy telewizor Samsung UltraHD jest zrobiony specjalnie dla nich. Niesamowity design: w  galwanizowanej ramie, na której zawieszono ekran, udało się zmieścić 120 watowe głośniki. Wyprodukowanie jednej

takiej ramy zajmuje ponad trzy godziny (dla porównania w ciągu minuty powstaje 60 normalnych podstaw do zwyczajnych telewizorów). Telewizor na CES dostał Best of Innovations Award. Czterokrotne FullHD, to niezłe wyzwanie dla procesorów obrazu. Niestety, w dzisiejszych czasach trudno znaleźć filmy tej rozdzielczości, więc trzeba wszystko powiększać. Inżynierowie Samsunga poradzili sobie z  tym bardzo dobrze. Jakość obrazu, nawet w  przypadku nienajlepszej jakości filmów, jest równie dobra jak design telewizora. Ostatnio sporą ich partię zamówiło kilka arabskich rodzin panujących. Kto bogatemu zabroni.■

31


Felieton Column

Dżemseszyn w tramwaju Wojciech Tremiszewski

K

iedyś oglądałem w telewizorze program o  afrykańskim plemieniu, któremu muzyka, a przede wszystkim śpiew, towarzyszy bezustannie. Czy to przy pracy w polu, czy przy wytwarzaniu ceramiki, czy przy gotowaniu – ciągle śpiew. Nie zawsze jako piosenki, bo wielu z nich po prostu wokalizuje. Czasem niektórzy wspomagają się jakimiś zaimprowizowanymi instrumentami, najczęściej perkusyjnymi, typu patyk i kamień. Ludzie ci wierzą, że w ten sposób dzień jest lepszy, praca lżejsza, sztama bliższa i sympatyczniejsza. Wystarczy śpiewać. Wyobraziłem sobie jakby to było, gdyby w naszym Gdańsku, w tramwaju pełnym jadących do stoczni stoczniowców, wszyscy by sobie podśpiewywali. Albo gdyby w kolejce na poczcie ktoś sobie wokalizował. Oczywiście pojawiają się myśli typu – ja nie lubię tego rodzaju muzyki; a ja nie mam nastroju na podśpiewujki. Ale w tamtym plemieniu nikt się tak nie dąsał. Może początki ich kultury też były niełatwe, bo część fałszowała, część chciała pomilczeć, a mały Bumboto lubił za ciężki klimat i nie dawało się z nim zgrać. Ale rozwinęli się przez lata wspólnej zajawki i teraz idzie im całkiem nieźle. A przede wszystkim wszyscy mają do tego wspólne, pozytywne podejście – śpiewamy razem, bo wszyscy lubimy sobie podżezować. Oczywiście u nas znaleźliby się tacy, którzy nie poczuliby klimatu, mając do tego pełne prawo. Ale przez lata takiego wszędobylskiego śpiewania wypracowaliby sobie pewien rodzaj koncentracji, dzięki któremu po prostu przestaliby zważać na tralalili wokół. Tak jak teraz potrafimy zatopić się w myślach czy czytać książkę mimo dźwięków silników i rozmów innych. Naszą rodzimą próbą takiego czilałtu jest puszczanie w miejscach publicznych muzyki z telefonów. Na razie reakcją ogółu jest odrzucenie – „coś mi wchodzi z łubudubu w mój świat!”. Ale może gdyby takiemu samozwańczemu didżejowi zawtórować basem z gardła, czy klepu-klepu rękoma w kolana? Przy założeniu, że im nas więcej, tym lepiej, po chwili nie słychać by już tego telefonu.

32

Byłem świadkiem, jak w tramwaju pewien człowiek o wyglądzie żula grał sobie cicho na grzebieniu. Bardzo mi się podobało. Ale patrzyłem na pozostałych – wielu miało miny nietęgie, szukające sposobu na zwrócenie uwagi, wzgardliwe. Chciałem się dołączyć z gwizdaniem, ale wobec braku przyzwolenia społecznego speniałem. Innym razem, też w  tramwaju, młodzieniec typu hiphop zaczął fristajlować, czyli improwizować rap. Byłoby fajnie, ale chłopak był w fazie głębokiego buntu i wyrażał to za pomocą mocnych słów, a w tym samym tramwaju jechała wycieczka przedszkolaków. Byłem rozbity. Aż tu usłyszałem krzyk groźny: „Zamknij się z  tym gównem!”. Spojrzałem na nadawcę komunikatu i zobaczyłem dwóch młodzieńców, starszych i  większych od tamtego hiphopowca, którzy sami byli typu mrok i metal. Jeden z nich miał futerał na elektryczną gitarę. Więc muzycy! Wspólny dżem był tak blisko, ale chyba rokersi pozazdrościli raperowi odwagi i go skrzyczeli. Czasem sobie idę ulicą i pogwizduję cicho. Nie lubię tych ciężkich spojrzeń przechodniów, mówiących „A co ci tak wesoło?”, czy „Nie wpieprzaj się ze swym gwizdaniem w  moją przestrzeń.” Ale już nie peniam – gwiżdżę dalej i czekam, aż ktoś się dołączy. A może byśmy byli trochę bardziej do siebie uśmiechnięci i  życzliwsi, gdybyśmy grali w  jednym wielkim zespole? A  przecież chyba trzeba by tylko wejść w pewną konwencję. Konwencję wspólnego mjuzikalu pt. „Prześpiewajmy się razem przez kolejny dzień”. Tylko trzeba by w taką konwencję wejść wszyscy na raz. Także ten… ■ en

Jam session on the tram

I have once watched a TV program about an African tribe whose life was all about music and singing. Regardless whether they were working on a  farm, making pottery or cooking – they were singing. Not necessarily songs. Sometimes they were accompanied by an improvised instrument, usually a  percussion kind, like a  stick or

stone. Those people believe that it makes their day better and their work lighter and more pleasant. All you have to do is sing. I imagined how would it be in my native Gdansk, on the tram full of shipyard workers on their way to work, all of them singing. Or standing in a queue at a post office. Obviously such thoughts came to my mind immediately – I don’t like this type of music; I  don’t feel like singing. But no one sulked in that tribe. Maybe the beginning of their culture wasn’t easy too. Maybe some were singing out of tune, some wanted to stay silent, while little Bumboto preferred hard tunes so it was difficult to accompany him. But they developed through those years of mutual craze and they’re doing pretty good now. Most of all, all of them have a mutual, positive attitude towards that – we sing together as we all love that jazz. Obviously, there’re some among us that won’t feel the flow. However, the years of omnipresent singing would elaborate a sort of concentration to ignore “blablabla” around. Just like now, we are able to occupy our mind with thoughts or books not paying attention to the sounds of engines and chatting. A native attempt of such chill out is playing music from mobile phones in public space. Reactions are rather negative for now – “rumble enters my world!”. Why not to join that DJ and add some throat bass and hands clapping? Assuming that the more of us, the better, soon after, a mobile would be hard to be heard. I  witnessed a  man going by tram looking like a hoodlum who played a comb quietly. I liked it a lot. But the rest seemed disgusted. I wanted to accompany him with whistling but seeing a lack of social approval I decided to withdraw. Another situation, also on the tram, a young hip-hop boy started to freestyle. It would have been pretty all right but the boy was in the phase of a teenage rebellion and expressed it using swearwords. I have to mention that there was a group of kindergarten kids on the same tram. I was confused until I heard someone shouting: “Shut up with this shit!”. I turned my head and saw two teenagers, older and bigger than that hip-hop boy, such of a gloomy metal look. One carried an electric guitar. Musicians, I thought! Having a jam session together was so close but, I guess, the rock men envy the rap artist’s braveness and yelled at him. Sometimes I walk along the streets and whistle. I don’t like those heavy looks of passers-by saying “Why are you so happy?”, or “Don’t trespass on my private space with this whistling.” But I’m not scared anymore – I keep on whistling and check who joins me. Why don’t we try to smile to one another a bit more. And be nicer to each other, pretending we play in one group. I guess all we have to do is entering a kind of convention. A convention of mutual musical entitled “Let’s sing together through another day”. The thing is we have to enter the convention all at the same time. Even that… ■


INWESTOR investor

75


Mało krwista rozmowa

Zmęczenie? To nie jest takie proste. Orange Polska to firma poddawana ciągłym zmianom. Rynek telekomunikacyjny, zarówno w Polsce, jak i w Europie, również będzie przechodził w kolejnych latach wielką transformację. Mam na myśli nowe produkty, usługi, strategie, współpracę z innymi branżami. Ale jest także druga strona tego medalu, czyli nieustające cięcie kosztów. Tempo ogromne, dlatego taka praca wpływa zarówno na osobę menedżera, który się tym zajmuje, jak i przekaz do firmy i do rynku. Ile razy można wychodzić do 20 tys. ludzi i mówić im, że za rok znowu będzie ich mniej, bo takie są nieuchronne prawa ekonomii? Jak wtedy zareagował właściciel na Pana słowa?  To będzie najmniej efektowna część tej historii. Nie było najmniejszego zdziwienia. Członkowie naszej rady nadzorczej mogą poświadczyć, że już w 2006 roku, gdy przechodziłem rekrutację na stanowisko prezesa, na pytanie, jak długo chciałbym pracować dla tej firmy, odpowiedziałem, że przeżycie dwóch lat będzie dla mnie, wtedy człowieka 39–letniego, ogromnym sukcesem. Idealne będą cztery lata. A po pięciu będę potrzebował zmiany. Rozmowy trwały więc dwa lata, aż nadszedł moment, który określiłbym jako „teraz albo nigdy”.

im, tuck i W m cieje Z Ma ującym nge p ustę sem Ora wiają e a z e pr , rozm anek, a k s l m Po ry Szy Ceza b Kurasz ńska. Jaku zula Zieli i Urs

Teraz już można. Kto kogo – oni Pana czy Pan ich? Rozczaruję, nie będzie żadnego krwawego cytatu… Ale nie chcemy krwi, tylko prawdy. Proszę bardzo. Dwa lata temu, to był lipiec 2011 roku, rozpocząłem rozmowy z większościowymi akcjonariuszami, dotyczące mojej przyszłości. Uznałem, że pięć lat na tym stanowisku to bardzo długi czas. 

Wyniki grupy ogłoszone w lutym, najsłabsze w całej jej historii, nie przyspieszyły decyzji? Państwo chcielibyście pewnie kolejnej pikantnej historii (śmiech). Muszę rozczarować. Orange Polska cierpi na spadek przychodów jak większość telekomów w Europie, w lutym zawodem była obcięta dywidenda, a nie wyniki operacyjne, a po sześciu miesiącach 2013 mamy pierwsze sukcesy nowej strategii, więc historii o egzekucji za wyniki też nie dostarczę. Mamy natomiast do czynienia z łagodnym procesem sukcesji, w pewnym sensie wyjątkowym, w którym jeśli walne zgromadzenie tak zdecyduje, po przejściu do rady nadzorczej pracowałbym z moim następcą jako przewodniczący rady. Przez ostatnie dwa lata rozmawiałem z głównym właścicielem Orange Polska o różnych scenariuszach dalszej współpracy. Wypracowaliśmy wspólnie rozwiązanie optymalne dla firmy i według mojej wiedzy pierwsze tego rodzaju na rynku.  I będzie Pan nadzorował teraz prezesa Orange Polska. A jednak szukacie sensacji. Powtarzam raz jeszcze. Będę wykonywał obowiązki szefa rady, jeśli taka będzie wola akcjonariuszy i rady nadzorczej. W tak dużych notowanych na giełdzie korporacjach nie ma kierowców z tylnego siedzenia. Mam nadzieję, że Orange Polska będzie miał nowego prezesa proponowanego przez głównego właściciela i będzie nim Bruno Duthoit, który w ciągu najbliższych kilku miesięcy przejąłby zarządzanie firmą. Każdy z nas będzie robił swoje dla wspólnego dobra spółki.

Jaka będzie Pana główna rola? Pod moim kierownictwem przygotowaliśmy trzyletnią strategię Orange Polska, w której zapisaliśmy kilka inicjatyw takich jak: sprzedaż energii, usługi płatności mobilnych, zmiana kanałów dystrybucji i umowy partnerskie. Uzgodniliśmy wstępnie z głównym właścicielem, że jest logiczne, aby pozostała pamięć o tym w korporacji i nie zmarnować tej pracy. Jeszcze raz zapewniam: nie jako kierowca z tylnego siedzenia. Jestem jednak pewien, że nowy prezes przyjdzie z kolejnymi, nowymi pomysłami i pozostawi w firmie swój własny ślad. Czyli to coś na kształt „pokojowego rozstania”. Rozstanie jest wtedy, gdy pracodawca z pracownikiem ściskają sobie dłonie na do widzenia. Ja nigdzie nie odchodzę. Mam dzisiaj potrzebę spojrzenia na rynek i firmę z innej pozycji. Kiedy nadzwyczajne walne, powołujące pana do rady nadzorczej, zostanie zwołane? Nie ma jeszcze dat. Najpierw mój następca pojawi się w firmie. No właśnie. Analitycy spekulują, że pojawienie się w firmie Bruno Duthoita może oznaczać przyspieszenie redukcji kosztów… Informacje o zmianie odczytywałbym wyłącznie jako sygnał, że wypracowywana przez nas strategia na kolejne trzy lata ma być w pełni realizowana. Mam przyjemność znać Bruno Duthoita. I to nie jest typ osoby, którą można określić mianem najemnika przychodzącego tylko po to, aby redukować koszty. To człowiek, który ma silne zacięcie strategiczne, produktowe, rozumie rynek i wie, jak powinno się kształtować oferty dla klientów. Bardzo dobrze zna ten biznes i Polskę, bo pracował już w zarządzie TP przez pięć lat. Plany, o których była mowa, czyli redukcja załogi o 15–20 proc., pozostają aktualne? Strategia pozostaje bez zmian. Tak jak już mówiłem, sposób, w jaki przeprowadzana jest zmiana na stanowisku prezesa, też o tym dobitnie świadczy. Ożyje dylemat – trzymać sieć stacjonarną w całości, czy też sprzedać jej część hurtową? Jak państwo spojrzycie na ogłoszone w ubiegłym tygodniu wyniki, to widać w nich tzw. wartość dodaną biznesu stacjonarnego. Mam na myśli usługę konwergentną Orange Open. Kiedy rozmawiam z przedstawicielami firm komórkowych w Europie, to z ich punktu widzenia największym przeciwnikiem jest operator zasiedziały, który do komórek dodaje usługi stacjonarne. To dowód na to, że łączenie usług ma sens, a sprzedaż sieci stacjonarnej – nie. Nasi koledzy z Niemiec ścigają się o zakup operatora stacjonarnego GTS.  Jakiś mocny akcent trzyma Pan na koniec kadencji? Sprzedaż Wirtualnej Polski…, a może coś czeka na podpis w szufladzie?

ZDJĘCIA: MATERIAŁY PRASOWE

Otwarcie


Realizujemy wszystkie założone przez nas plany, które znają rynek i media. Nic specjalnego nie czeka ukryte w szufladzie. Czyli w tym roku sprzedaży Wirtualnej Polski nie będzie? To zależy tylko od ofert. Więc ofert nie ma. Nie wiem, skąd taki wniosek. Prowadzimy proces sprzedaży i nic więcej na ten temat nie mogę dodać. Przyjęło się uważać, że telekomy to dziś właściwie firmy pożytku publicznego i wartość ich akcji zależy od wypłacanej dywidendy. Kursy są z tego powodu nisko, bo i niskie są dywidendy. Ten trend się jeszcze odwróci?  Odwołam się do ostatniego wywiadu Stephana Richarda dla „Le Figaro”, z którym w pełni się zgadzam. Trend może się odwrócić dzięki konsolidacji operatorów w Europie. Dowodem na to jest rynek niemiecki, na którym Telefonica przejęła operacje KPN i z pozycji trzeciej i czwartej staje się liderem. Przy takich transakcjach rynek ożywia się. Żeby było jasne, nie wierzę, aby doszło do konsolidacji w ciągu najbliższych 12–24 miesięcy. Dla Brukseli stać się musi jeszcze bardziej ewidentne, że z tłumu operatorów nie będzie „Europy cyfrowej”. Moim zdaniem na razie widać rozdźwięk między tym, co mówi komisarz Neelie Kroes (od Europejskiej Agendy Cyfrowej – red.), że trzeba konsolidacji operatorów, a tym, co mówi jej kolega komisarz Joaquin Almunia (od konkurencji – red.), że „po jego trupie”. Dopiero gdy on albo jego następca wyjdzie i powie: tak, trzeba konsolidować rynek w Europie, wtedy aktywa telekomunikacyjne zyskają na wartości. Łącznie z tymi, które dziś mają kłopot, aby się sprzedać. Jeśli tak się nie stanie, to za cztery–pięć lat Chińczycy, Amerykanie albo Carlos Slim wykupią europejskie spółki telekomunikacyjne za przysłowiową złotówkę. Już dziś akcje operatorów są tanie. Także w naszym przypadku tak jest. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że ceny akcji nie odzwierciedlają realnej wartości firmy obsługującej prawie 20 mln Polaków. Ale to z powodu niskiej dywidendy. Wiem. Ale tak jest właśnie dlatego, że nie ma światła w tunelu pod tytułem: rynek powróci do zwyżek. Wszyscy wyceniają akcje, biorąc pod uwagę wypracowaną w danym roku gotówkę i poziom wypłacanej dywidendy. Chodzą plotki, że właściciele za rok poszukają nowego prezesa dla Orange Polska.  Nie sądzę. To za duża firma, by mianować tymczasowego prezesa. A Pana przyszłość? Biznes, polityka, związek łowiecki? Jeśli taka będzie ostateczna decyzja akcjonariuszy, to czeka mnie w przyszłości praca

przewodniczącego rady nadzorczej, choć teoretycznie nie jest to etat w pełnym wymiarze, przynajmniej w pierwszym okresie będzie składała się jednak z wielu zadań. Dlatego nie spędzam czasu na aktualizowaniu CV. Będzie miał Pan gabinet przy nowym prezesie? Pewnie nie, bo nie lubię podglądać, jak ktoś pracuje, z kim się spotyka i jak pije herbatę (śmiech). Albo czy wychodzi po godz. 20… Jak znam Bruno Duthoita, to pewne, że będzie wychodził po 20. Pracowitość i nietypowe godziny jego pracy są prawdziwą legendą. Wróćmy do pytania co dalej. Mam jedną refleksję. Chyba trochę za wcześnie, aby żyć wyłącznie z rad nadzorczych. Trudno uwierzyć, że od lipca 2011 nie zrodził się w głowie jakiś pomysł na siebie. Zmiana pracy w tym przypadku jest dla mnie najtrudniejszą decyzją zawodową, jaką podjąłem do tej pory. Na pewno nie będę podejmował dalszych zbyt pochopnie. Czyli będzie Pan wybrzydzał. Nie, nie o to chodzi. Nie muszę pracować w tak dużej firmie, jaką jest Orange Polska. Nie aspiruję do tego, aby codziennie bywać na czołówkach gazet, a pamiętam np. taką w „Rzeczpospolitej” zatytułowaną „Za błędy monopolisty zapłaci prezes”. Jednego jestem pewien. Ponieważ dzielę świat biznesu na dwie części, przedsiębiorców i menedżerów, pozostanę na pewno w tej drugiej grupie. A nie boi się Pan, że przylgnie łatka „za drogi” lub „wiecznie już były prezes Orange”? Absolutnie nie. Czuję się na to za młody. Każdy, kto mnie zna, doskonale o tym wie. Interesują mnie nowe wyzwania biznesowe. Nie ciągnie do świata polityki? Nie. Bilans zamknięcia już pan zrobił?  Tak i wyszedł naprawdę dobrze. Jedyną rzecz, której nie udało się zrobić, to wywalczyć lepszy wynik w szerokopasmowym dostępie do Internetu. Zarówno od strony biznesowej, jak i regulacyjnej. Nie potrafiliśmy skutecznie wbić się do dużych miast, gdzie często panują monopole kablowe. Nie było deregulacji dużych terenów miejskich dwa lata temu, na którą bardzo liczyłem. Na szczęście od roku dobrze idzie nam sprzedaż łączona produktów stacjonarnych i komórkowych. Największa menedżerska porażka? Już odpowiedziałem, co się nie udało. Jest grono osób, do których Pan teraz zadzwoni i powie: „przepraszam, stary, to był tylko biznes”? Nie. Lata pracy w sprzedaży detalicznej  na-

uczyły mnie utrzymywania pozytywnych relacji i szanowania konkurentów. Wyobraźmy sobie jednak ten moment, gdy będzie pan naprawdę odchodził z Orange Polska… Ale ja tego nie planuję. Nie muszę tego robić, żeby rozwijać swą karierę zawodową. Chodziło nam o to, czy istnieje coś takiego jak „drużyna Wituckiego”?

ść mno oita. e j y z th pr Mam Bruno Du osoby, znać ie jest typ kreślić I to n można o nika którą em najemgo mian hodzące y przyc po to, ab szty. tylko kować ko redu

To nie moja menedżerska bajka. No może „drużyną Wituckiego” nazwałbym siedzącą obok panią Agatę, z którą pracuję bardzo długo. Nie żal panu, że zmiana ma miejsce w momencie, gdy są nadzieje na ocieplenie na rynku? Regulatorzy mówią o poluzowaniu karbów, ceny akcji są już tak nisko, że powinno być lepiej. Nie oczekujemy, że rynki telekomunikacyjne będą w kolejnych latach jakoś specjalnie dobrze się zachowywały. Niewykluczone, że wypłaszczą się, ale jak zrobi się nieco lepiej, to na horyzoncie mogą pojawić się kolejne wyzwania. Tak naprawdę dobrego momentu nie ma nigdy. To trochę jak pytanie, czy lepiej zmienić pracę w wieku 46 czy 50 lat. Jak będzie Pana zdaniem wyglądał rynek telekomunikacyjny w Polsce za pięć lat, czyli w lipcu 2018 roku? Na rynku dla firm oprócz nas będą działały GTS, Hawe i Exatel. W segmencie stacjonarnym B2C zostanie Orange Polska, oferujący usługi przez światłowody oraz telewizje kablowe, z których jedna być może wchłonie operatora komórkowego. Kurs akcji TPSA będzie wynosił?  Na ten temat nie będę dywagował. Mam nadzieję, że jeszcze wtedy będę w radzie nadzorczej.


Inwestycje i Finanse

Manko wielkie jak czarna dziura ▶▶Jedna trzecia wypłat z ZUS nie ma pokrycia w składkach. ▶▶Nawet skasowanie OFE nie uczyni Zakładu wypłacalnym. „Pieniądze w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych są najbezpieczniejsze”, „ZUS pomnaża oszczędności lepiej niż OFE”, zapewniają przedstawiciele rządu i usłużni eksperci, uzasadniając konieczność przejęcia przez Zakład lwiej części aktywów OFE. Tymczasem wystarczy prosta analiza danych, by przekonać się, że w najlepszym razie na emeryturze Polacy zobaczą tylko część pieniędzy wpłacanych do ZUS. Już dzisiaj jedna trzecia tego, co wydaje Zakład, nie pochodzi ze składek od pracujących, ale z budżetowych dopłat. W tym roku wyniosą blisko 50 mld zł. „Manko” w kasie ZUS ma rosnąć przez najbliższe… 50 lat. Nawet przejęcie całych aktywów OFE (ponad 270 mld zł) i skasowanie składek przekazywanych do funduszy (0,6–0,9 mld zł miesięcznie) nie rozwiąże problemu. – Tego nie da się utrzymać. Musimy powiedzieć sobie jasno, że wpłacanych do systemu pieniędzy nie zobaczymy – ostrzega prof. Robert Gwiazdowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha, autor książki „Emerytalna katastrofa”. Zdrowe systemy emerytalne powinny być zbilansowane tak, by składki pokrywały wypłacane świadczenia. Jak jest w ZUS? W tym roku do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (FUS), którym on administruje, wpłynie ze składek emerytalnych 74,2 mld zł. Na bieżącą wypłatę emerytur Zakład wyda 117,9 mld zł. Deficyt sięga zatem 43,7 mld zł. Podobnie jest w całym FUS, który obej-

muje także fundusz rentowy, chorobowy i wypadkowy (ale manko powodują głównie emerytury). Deficyt jest w części pokrywany z dotacji, w części z pożyczki z budżetu. – Spodziewam się, że w tym roku wykorzystamy całą dostępną pulę pożyczki z budżetu państwa – mówi nam Mirosława Boryczka, wiceprezes ZUS, odpowiadająca za finanse. Chodzi o 12 mld zł. – Oznaczać to będzie, że na koniec roku nasze skumulowane zobowiązania wobec budżetu z tytułu pożyczek wyniosą niecałe 31 mld zł. Dodatkowo FUS może otrzymać jeszcze dotację z budżetu państwa, której wysokość nie przekroczy w całym roku 37,1 mld zł – tłumaczy Boryczka. W tym roku ZUS – mimo przejęcia 2,5 mld zł z Funduszu Rezerwy Demograficznej – otrzyma zatem z budżetu ponad 49 mld zł. A wyda blisko 181 mld zł. Czyli podobnie jak w przypadku emerytur – jego wydolność (relacja wpływów do wydatków) wynosi tylko 70 proc. „To co jest roztropnością w prywatnym życiu każdej rodziny, nie może być chyba szaleństwem w życiu wielkiego królestwa” – pisał Adam Smith w „Badaniach nad naturą i przyczynami bogactwa narodów”. Co można powiedzieć o rodzinie, która latami wydaje 30 proc. więcej, niż zarabia? A tak wygląda sytuacja ZUS. Można by liczyć na to, że kiedyś się poprawi. Kolejne rządy ograniczyły przecież

W ZUS na emerytury brakuje miliardów

200

*KWOTY ZDYSKONTOWANE NA 2012 ROK

wydatki na emerytury* (w mld zł) 150 deficyt* (w mld zł)

100 50

wpływy ze składek* (w mld zł) 2015

2016

2017

2018

2019

2020

2025

2030

ŹRÓDŁO: OPRACOWANIE WŁASNE NA PODSTAWIE "PROGNOZY WPŁYWÓW I WYDATKÓW FUNDUSZU EMERYTALNEGO DO 2060 ROKU" OPUBLIKOWANEJ PRZEZ ZUS

Dziura w kasie ZUS ma rosnąć przez najbliższe 50 lat. Kuglowanie z OFE tylko opóźni katastrofę.

przywileje, rozpoczęły podnoszenie wieku emerytalnego i wprowadziły w 1999 roku zasadę zdefiniowanej składki (emerytura zależy od sumy wpłat). Niestety, optymizmu nie potwierdzają dwie prognozy opublikowane w lipcu przez ZUS. Pierwsza dotyczy wypłacalności FUS w latach 2015–2019. Drugi – samego funduszu emerytalnego do 2060 roku. Wnioski z pierwszej: tak źle jeszcze nie było. W latach 2015–2019 w FUS zabraknie 356 mld zł, z czego 300 mld zł na emerytury. To obraz niewypłacalności. A jest to wariant optymistyczny, w którym polska gospodarka nie będzie narażona na wstrząsy. ZUS zakłada, że PKB będzie rósł od 2015 roku realnie o 4 proc. rocznie. Takie wytyczne otrzymał z Ministerstwa Finansów. Dla porównania, w ostatnich pięciu latach polski PKB rósł w tempie średnio 3,4 proc. rocznie. Mimo optymistycznych założeń prognoza ZUS jest gorsza od poprzednich. W lipcu ubiegłego roku była mowa o dziurze wartości 302 mld zł (z czego 255 mld zł brakowało na emerytury) w latach 2014–2018. W prognozie na lata 2009–2013 czytaliśmy, że FUS zabraknie „zaledwie” 216 mld zł. Nawet najbardziej pesymistyczny scenariusz (ZUS sporządza trzy warianty) mówił o braku 333,6 mld zł. Najnowszy raport przebił tę kasandryczną wizję. Może obywatele powinni liczyć, że kiedyś wszystko się ułoży? Że to tylko okres przejściowy? Zero złudzeń. W długoletniej prognozie manko funduszu emerytalnego utrzymuje się na poziomie średnio 50 mld zł. W 2030 roku ma dojść do 60 mld, potem nieco tylko zmaleć, by w roku 2060 sięgnąć 45 mld zł. – To trwała niewydolność, a nie przejściowa choroba – uważa Jeremi Mordasewicz, ekspert PKPP Lewiatan, jednocześnie członek rady nadzorczej ZUS. Do tych wyliczeń trzeba dodać fatalne prognozy demograficzne. A przecież od nich wszystko zależy, bo tzw. repartycyjny system emerytalny działający w ZUS to pompa ssąco–tłocząca: pobiera pieniądze od pracujących i od razu wypłaca emerytom. Nic nie inwestuje. Wydolność tej pompy zależy od sytuacji ludnościowej. Gdyby było dużo pracujących i mało emerytów, finansowałaby świadczenia bez problemu. W Polsce jest odwrotnie. Mamy problem wręcz gigantyczny. Wystarczy wspomnieć prognozę demograficzną Eurostatu, na którą powołuje się w obliczeniach ZUS. W tym roku w Polsce jest 24,3 mln pracujących, w 2060 – będzie ich już tylko 17,2 mln. Dziś w wieku poprodukcyjnym jest 7,1 mln osób, za niespełna 50 lat będzie 10,4 mln. I to mimo podniesienia wieku emerytalnego. Na domiar złego ta prognoza nie uwzględnia w pełni demograficznego pandemonium,


Kondycja ZUS, reklamowanego przez polityków jako superbezpieczny, zależy od demografii. W systemie repartycyjnym wypłatę emerytur gwarantuje odpowiednio duża liczba pracujących. A tych będzie w Polsce w zastraszającym tempie ubywało.

300

ną wieku emerytalnego. Podnosi go dopiero od tego roku, i to dość wolno. Wciąż poza powszechnym systemem są górnicy – kosztują podatników 8,8 mld zł rocznie. Istnieją też emerytury pomostowe i nauczycielskie świadczenia kompensacyjne. Co roku hojnie waloryzowane są świadczenia: emeryci mają nie tylko zapewnioną realną ochronę swoich dochodów, ale także podnoszenie ich o co najmniej 20 proc. realnego wzrostu płac. – Same wcześniejsze emerytury kosztują nas rocznie ok. 20 mld zł – wylicza Jeremi Mordasewicz. Rząd chce nam wmówić, że za wszystkie grzechy systemu odpowiadają OFE. Nawet jeśli założyć, że finansowanie II filaru musi odbywać się za pożyczane pieniądze, to po pierwsze, gromadzą się tam realne oszczędności, a po drugie, to zaledwie ułamek manka. W tym roku do OFE trafi 11 mld zł, podczas gdy ZUS otrzyma z budżetu blisko 50 mld zł. Likwidacja lub nacjonalizacja OFE nie rozwiąże problemu. Pędzimy w stronę ściany i kuglowanie z II filarem może tylko opóźnić zderzenie. Dopłacanie gigantycznych kwot do świadczeń w ZUS wcześniej czy później musi się skończyć. W takiej sytuacji możliwe są teoretycznie dwa wyjścia. Pierwsze to upowszechnienie systemu (włączenie do niego górników, likwidacja przywilejów), obniżenie waloryzacji zarówno kapitału gromadzonego w ZUS, jak i wypłacanych świadczeń, szybsze podnoszenie wieku emerytalnego, likwidacja tzw. emerytur częściowych. To scenariusz mało prawdopodobny – koszty polityczne byłyby bardzo wysokie. Polityków nie stać na sprostanie takiemu wyzwaniu.

Jest też scenariusz nr 2, czyli system minimum. Rząd pobierałby minimalną składkę emerytalną i wypłacał za nią minimalne świadczenie. Musiałby powiedzieć ludziom uczciwie, że dostaną na starość po ok. 1000 zł miesięcznie, a reszta zależy już od nich. W takim systemie łatwiej też wyobrazić sobie likwidację przywilejów i odstępstw (KRUS i systemu służb mundurowych). Ryzyko polityczne jest mniejsze, bo rząd mógłby obniżyć koszty pracy, więc pensje netto byłyby wyższe. Takie rozwiązanie popiera wiele środowisk. Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, tłumaczy, że polski system emerytalny, zabierając pracownikom 40 proc. dochodów, niszczy podstawowe źródło bogactwa narodu, jakim jest praca. – To przyczyna emigracji i problemów demograficznych. Obecny system powinien zostać zlikwidowany. Emerytury i tak są płacone z budżetu, więc będzie to po prostu usankcjonowanie istniejącego stanu. Najlepszym wyjściem będzie ustanowienie emerytury obywatelskiej, przy niskiej składce od wszystkich pracowników – mówi Kaźmierczak. I może transakcja – niska emerytura za niską składkę – byłaby najuczciwsza. —— Bartosz Marczuk Jednym słowem: Rząd zniechęca obywateli do OFE i wpycha do „bezpiecznego ZUS”, który będzie miał kłopoty z wypłatą emerytur.

Starzejemy się

Ludność Polski (w mln osób) w wieku produkcyjnym

25

20

poprodukcyjnym

15

Do roku 2060 ubędzie 9,4 mln dzieci i osób w wieku produkcyjnym, przybędzie 3,3 mln emerytów.

10

5 przedprodukcyjnym 0

2013

2020

2030

2040

2050

2060

ŹRÓDŁO: ZUS

jakie zaczęło się w 2013 roku. W tym roku więcej Polaków umrze, niż się urodzi. Widać to w danych GUS za pierwsze cztery mieTyle mld zł siące. W tym czasie zabraknie na urodziło się zaledemerytury wie 121 tys. dzieci, w latach 2015–2019. a umarło 142 tys. Tyle, ile miały mieszkańców kraju. wynieść całe Mamy zatem tzw. tegoroczne dochody ujemny przyrost nabudżetu. turalny równy 20 tys. osób. Tak źle nie było od ośmiu lat. Ostatnio ujemny przyrost naturalny pojawił się w latach 2002–2005. Możliwe, że rok 2013 będzie pod tym względem najgorszy od zakończenia drugiej wojny światowej. Polskie dzieci rodzą się za granicą. Z 2 mln przebywających tam Polaków ponad 1,4 mln ma lat 39 lub mniej. W tej grupie jest 226 tys. dzieci do 15. roku życia. Najliczniejsi są emigranci w wieku 25–34 lata (726 tys.), a więc w najlepszym okresie do założenia rodziny. To ludzie, którzy urodzili się w latach 1977–1986, gdy na świat przyszło 6,85 mln Polaków. A to oznacza, że wyjechało ponad 10,6 proc. mieszkańców Polski w najkorzystniejszym demograficznie wieku. Tego ubytku nie zastąpią imigranci. Nasz kraj, choć się wyludnia, nie prowadzi żadnej polityki asymilacji. Nawet polscy repatrianci wolą Zachód od „zielonej wyspy” w Europie Środkowej. – To zgubna polityka. Powinniśmy chociaż asymilować bliskich nam kulturowo Ukraińców – zauważa prof. Krystyna Iglicka, demograf, rektor Uczelni Łazarskiego. Dramatyczne dane demograficzne bezpośrednio przekładają się na sytuację systemu ubezpieczeń społecznych, tłumaczy Stanisław Kluza ze Szkoły Głównej Handlowej, b. szef Komisji Nadzoru Finansowego. – Mniejsza liczba pracujących i większa liczba emerytów to albo wyższe podatki, hamujące wzrost gospodarczy i wypychające kolejne osoby na emigrację, albo niższe świadczenia – mówi Kluza. Sytuację FUS pogarsza wejście w wiek emerytalny powojennego wyżu demograficznego. Obecnie w ZUS jest 5 mln emerytów, jeszcze w 2006 roku było ich 4,4 mln. Ale kiepska kondycja funduszu jest głównie efektem złej polityki kolejnych rządów. W skrócie mówiąc – jako społeczeństwo żyjemy ponad stan. Do końca 2008 roku powszechne były przywileje emerytalne. Kobiety mogły korzystać ze świadczeń już w wieku 55 lat. Odchodziły więc na emeryturę, mając średnio 56,2, a mężczyźni – 61,1. Rząd zwlekał ze zmia-


Firmy i Rynki

Setki koni na pole i na zawody ▶▶Rolnicy kupują maszyny „na bogato”, bo Unia płaci połowę. W przyszłym roku mają się odbyć pierwsze w Polsce zawody w bardzo popularnym na Zachodzie tractorpullingu. Odpowiedniku Formuły 1 wśród ciągników. – To widowiskowy sport z maszynami o najpotężniejszych silnikach na świecie – opowiada Mariusz Chrobot, wiceprezes badającej rynek rolniczy firmy Martin & Jacob, a jednocześnie szef powstałego właśnie Polskiego Stowarzyszenia Tractorpullingu (PSTP). Specjalnie modyfikowane przez rolników traktory osiągają moc nawet kilkunastu tysięcy koni mechanicznych i potrafią rozpędzić się do setki w niewiele ponad trzy sekundy. Ich potężne silniki często zieją żywym ogniem. I wydają z siebie ogłuszający ryk. Ale nie prędkość jest najważniejsza w zawodach. Po gliniastym torze trzeba przeciągnąć jak najdalej sanie o wadze do 25 ton. W walce biorą udział maszyny w różnych kategoriach – od prawdziwych potworów (modified) przez tuningowane ciągniki z seryjnej produkcji (super stock) po przerobione traktorki do koszenia trawników. Transmisje z zawodów można zobaczyć na kanale Eurosport. Na dwudniowe show przychodzi nawet 30 tys. widzów. – Naszym głównym celem jest stworzenie polskiej ligi oraz wpisanie kraju do kalendarza europejskiego Grand Prix – po to, by co roku polscy fani mieli okazję oglądać najlepszych zawodników z całej Europy i sami brać udział w zawodach – mówi Mariusz Chrobot. Pierwsze mistrzostwa Polski mogłyby się odbyć w 2014 roku, a europejskie zawody w cyklu Grand Prix – w 2015 lub 2016. Chrobot chce jak najszybciej zaprosić na pokaz największe gwiazdy. Niektóre z ich maszyn trudno już nazwać traktorami, np. „Whispering Giant”, wicemistrz w kategorii modyfikowanych, ma wmontowane cztery silniki ze śmigłowca Isotov TV3–117M, każdy o mocy 1900 KM. To zdumiewające, że takie zawody, od dawna rozgrywane choćby na Węgrzech, pojawią się w Polsce dopiero teraz. Z 19,5 tys. sprzedanych w ubiegłym roku ciągników zajmujemy przecież trzecie miejsce w Europie po Francji

i Niemczech. Za Polską znalazły się znacznie ludniejsze i bogatsze Włochy czy Wielka Brytania. Kontrastuje to z sytuacją na pogrążonym w kryzysie krajowym rynku aut osobowych, który zajmuje dopiero 11. lokatę. Firma badawcza Martin & Jacob szacuje wartość traktorów sprzedawanych w Polsce na 3 mld zł. Skąd ta niesłychana chłonność? Przyczyn jest kilka. Jeszcze przed dekadą rolnicy jeździli mocno zużytym sprzętem, teraz muszą go wymienić. Nadrabiają zapóźnienie cywilizacyjne. I mimo tradycyjnego narzekania mają coraz więcej pieniędzy. Wieś bogaci się za sprawą wysokich cen żywności oraz unijnych dotacji. Od wejścia do UE w 2004 roku dochody rolników wzrosły ponaddwukrotnie. Bruksela pokrywa też średnio połowę kosztu nowego ciągnika. W efekcie od czasu akcesji do końca 2012 roku polscy rolnicy kupili łącznie 255 tys. traktorów – wynika z danych Martin & Jacob. Inaczej niż na rynku aut osobowych – większość to pojazdy nowe. Kolejna przyczyna traktorowego boomu to, jak zauważa Mariusz Chrobot, polska mentalność. Każdy rolnik chce mieć własny ciągnik i kombajn, choćby uprawiał tylko kilka hektarów. Przy rozdrobnieniu gospodarstw daje to popyt na wielką liczbę ciągników. – To często zakupy na wyrost. Rolnicy nie myślą, by dogadać się z sąsiadami i korzystać wspólnie. To jak jeżdżenie do pracy prywatnym autobusem – mówi Mariusz Chrobot. Ambicje rolników, którzy kupują coraz lepsze ciągniki, szybko rosną. Gdyby nabywcy aut byli równie ambitni, po ulicach polskich miast jeździłyby same nowiutkie audi, bmw czy porsche. Przeciętny traktor jest dziś ponaddwukrotnie droższy niż auto i kosztuje 150–170 tys. zł. Za najdroższe, jak Fendt Claas Massey

Gdyby Polacy kupowali auta tak jak traktory, po kraju jeździłyby same bmw, audi czy porsche.

Fendt 939 Vario, trzeba zapłacić ok. 1 mln zł. Rolnicy nie żałują pieniędzy, więc nie przyjęły się u nas tanie ciągniki chińskie. Za kilka lat, gdy wyeksploatowane maszyny zaczną się psuć, mogą pojawić się problemy finansowe. Kiedyś do naprawy wystarczył śrubokręt i młotek, teraz wszystkim steruje komputer. I trzeba słono płacić w autoryzowanym serwisie. Popyt na ciągniki jest obecnie tak duży, że polskie gangi kradną sprzęt na potęgę w przygranicznych miejscowościach w Niemczech i Czechach. Wobec bezradności policji zdesperowani niemieccy rolnicy zaczęli nawet grozić, że sami wymierzą sprawiedliwość. Złodziei jednak trudno złapać, bo traktorem da się przemknąć bezdrożami, unikając policyjnych patroli. W marcu złapano w Polsce złodziei, którzy ukradli w Czechach luksusowy ciągnik Lamborghini wart ponad 300 tys. zł. Bo rolnicy nie kupują teraz byle czego. Mogą sobie pozwolić na najlepszy sprzęt. Ponad 20 proc. sprzedawanych maszyn ma klimatyzację. Masowo montuje się systemy GPS, który co zwiększa dokładność prac polowych. Co lepsze Tyle tys. modele można natraktorów kupili wet zaprogramować, polscy rolnicy uruchomić i pójść na od wejścia obiad. – Różnice międo Unii. dzy tym, co jeździło po polskich polach 50–60 lat temu, a obecnie są ogromne – mówi Eligiusz Szymański, główny konstruktor Ursusa w czasach PRL, obecnie dyrektor ds. rozwoju i wdrożeń firmy Farmtrac. Rocznik 1936, nestor konstruktorów traktorów. Gdy zaczynał pracę, na polach królował Ursus C45 skopiowany z niemieckiego Lands–Buldoga. Silnik, koła, skrzynia biegów i kierownica. Zresztą wtedy słowa „traktor” czy „ciągnik” dopiero wchodziły do użycia. Maszyny nazywano „ciągówkami”. Gdy miały cztery–sześć biegów, to było coś. Dziś traktory mają i po 32 biegi. Są coraz bardziej uniwersalne. Korzysta się z nich nie tylko na polu, ale i w lesie, przy robotach drogowych, porządkowych. Wystarczy kupić i ustawić na określoną prędkość. Silniki są sterowane komputerem, dominuje też napęd na cztery osie, a przeciętna moc wzrosła czterokrotnie, do 100 KM. Ponieważ

255

© 2013 BY BLOOMBERG L.P. ALL RIGHTS RESERVED; ZDJĘCIA:

▶▶Polska to ciągnikowa potęga – trzeci rynek w Europie.


Sprzedaż nowych ciągników rolniczych od stycznia do czerwca 2013* Marka NEW HOLLAND JOHN DEERE ZETOR CASE IH DEUTZ–FAHR MASSEY FERGUSON CLAAS FARMTRAC KUBOTA URSUS POZOSTAŁE

19

ówce Polska w czołw w Europie

Ranking marek

Szt. Udział rynkowy 1248 18,46% 1097 16,23% 909 13,45% 499 7,38% 455 6,73% 241 3,57% 227 3,36% 227 3,36% 206 3,05% 203 3,% 1447 21,41%

ikó Sprzedaż ciągn tys. szt.) w 2012 roku (w

Francja Niemcy Polska Włochy ia Wielka Brytan Hiszpania Austria Szwecja Holandia ŹRÓDŁO: EUR

OPEAN TRACTO

44,3 39,4 19,3 18,4 15,9 8,9 8,3 4,2 4,2 R MARKET, CEM

A

Tyle tys. nowych ciągników znalaz ło nabywców w Pols ce w roku 2012.

*MIERZONA LICZBĄ REJESTRACJI

ZDJĘCIE: OLLY/FOTOLIA.COM

mają wysoki moment obrotowy, można ruszać z dowolnego biegu. Są przy tym coraz bardziej zintegrowane z maszynami rolniczymi – podczepia się pług, programuje głębokość orki i steruje joystickiem. Kabina z klimatyzacją umożliwia komfortową pracę zarówno w upale, jak i podczas mrozów. Minus jest jeden – wzdycha Eligiusz Szymański – coraz mniejsze pole do popisu dla konstruktora. W zasadzie ciągniki składa się z gotowych części od różnych producentów. Ale i tak projektowanie maszyn, wśród których nawet małe ważą 4 tony, daje – mówi konstruktor – więcej radości niż aut. Trzeba to wszystko umieć dopasować i połączyć, przerobić wiele elementów. Gdy jadąc z Warszawy do fabryki Farmtraca w Mrągowie, Szymański widzi na polach pracujące traktory z dawnych lat, to serce mu rośnie, że tyle wytrzymały. Poszczególne typy rozpoznaje na słuch. Kupując ciągniki, klienci pytają o zużycie paliwa. Nie w litrach na 100 km, ale na hektar. 6 litrów to przyzwoity wynik. Zbiorniki muszą wystarczyć na 8–10 godzin w polu. Kiedy w PRL–u niemal wszyscy rolnicy jeździli ursusami, traktor nie był pojazdem aż tak prestiżowym. Teraz często stoi nowy i umyty pod dachem, a obok stare auto zaparkowane w krzakach. Biedniejsi rolnicy też mają aspiracje. – Nieraz widuję stare ursusy z karoserią przemalowaną na zielono, a felgi na żółto, co ma je upodabniać do maszyn Johna Deere’a – mówi Mariusz Chrobot. Niemal każdy producent ma swój kolor. Na przekór temu fińska Valtra i polski Crystal Traktor malują na zamówienie. Wtedy rolnicy zwykle wybierają czerwień. Walka na rynku ciągników się zaostrza, bo wygasły fundusze unijne z obecnej perspekty-

Choć Zetor jest trzeci w rankingu sprzedaży, to jego Proxima jest najczęściej kupowanym modelem w Polsce.

3

nek i ry lsk cza o p t w jes bada art a e w firm . i n je cz ob ł ro szacu & Jac , ld z n e m torów Marti l y T k tra

wy budżetowej. Kolejne pojawią się najwcześniej za dwa lata. – Bez finansowania unijnego potencjał polskiego rynku to 15–16 tys. sztuk rocznie. W tych granicach powinna oscylować sprzedaż w bieżącym i przyszłym roku – mówi Mariusz Chrobot. Na spadku sprzedaży najbardziej ucierpiały traktory średniej wielkości i mocy. Wybroniły się małe i ekonomiczne. Oraz te najcięższe, kupowane przez najbogatszych właścicieli setek i tysięcy hektarów, dla których dotacje unijne nie mają decydującego znaczenia. Niektórzy wręcz rezygnowali z nich, by uniknąć żmudnego wypełniania papierków. – Za kilka lat sprzedaż powinna powrócić do poziomu z ubiegłego roku, ale nie spodziewałbym się już aż takiego boomu jak wcześniej. Od wejścia do Unii sprzedaż traktorów wzrosła ponaddwukrotnie – dodaje wiceprezes Martin & Jacob. Na razie wszyscy w branży kombinują, jak przejść przez dołek. Ursus stawia na nowych klientów. Dogadał się z CD Projekt, autorem hitowej gry „Wiedźmin”, i zaoferował komputerowy symulator jazdy Ursusem. Ma to przekonać młodych rolników do kupna tego właśnie traktora. Swój sposób ma też Farmtrac.

– Niektórzy walczą ceną i deprecjonują swoją markę, my zaś staramy się organizować atrakcyjne finansowanie i dotrzeć do liderów opinii. To może być np. sołtys czy poważny gospodarz – mówi prezes firmy Andrzej P. Kublik. Nie ma jednak złudzeń. Na rynku musi dojść do konsolidacji. W Polsce jest 50 marek traktorów, najsłabsi producenci nie wytrzymają. Zgadza się z nim Krzysztof Krogulecki, dyrektor handlowy należącego do rodziny Puławskich Crystal Traktor z Sieradza. Uważa, że dopłaty unijne i zasobność portfeli rolników przyciągnęły już stanowczo za dużo firm chcących dobrze żyć z handlu tym sprzętem. Zastrzega, że jego przedsiębiorstwo udziału w konsolidacji nie weźmie, bo nie musi. Znalazło sobie niszę w ciężkich ciągnikach powyżej 136 KM dla wymagających odbiorców, którzy chcą pojazdów „szytych na miarę”. Mogą zamówić więcej oświetlenia, inaczej położony joystick do sterowania maszynami zewnętrznymi albo wyróżniający się kolor. Firma stawia też na dywersyfikację. Buforem bezpieczeństwa jest produkcja części zamiennych do starszych traktorów (np. ursusów) i pojazdów do przetaczania wagonów na kolei. Na razie trudno podkopać pozycję dominującej na rynku trójki: John Deere, New


Firmy i Rynki Holland i czeskiego Zetora, powielającego sukces Skody. Za największymi stoi nie tylko wielki potencjał finansowy, ale 150–letnia tradycja. Historia New Holland, który należy obecnie do Fiata, zaczęła się od starej stodoły w Pensylwanii, którą kupił Abe Zimmerman i przeznaczył na kuźnię. Kowalem był również John Deere. Choć nasz rynek jest zadziwiająco chłonny, na razie polskiego Johna Deere’a się nie dorobiliśmy. Od kilku lat produkuje się w kraju tylko – według Farmtraca – 2,5 tys. sztuk (w 2009 roku produkcja spadła o połowę i tak już zostało). Reszta z prawie 20 tys. maszyn pochodzi z importu. W dodatku ze względu na krótkie serie i presję cenową w grę wchodzi raczej montaż niż produkcja, jaką pamiętamy z czasów świetności Ursusa z lat 70., gdy na miejscu wytwarzano większość komponentów. Krzysztof Krogulecki przyznaje, że klienci często mają wątpliwości. – Właściwie po co miałbym kupować takiego składaka, a nie bezpośrednio od New Holland czy Deutz–Fahr? – pytają. Wtedy Krogulecki zadaje pytanie: – A czy Deutz–Fahr to producent czy montownia? I wymienia: silniki mają z firmy SIS, hydraulikę Boscha, skrzynie biegów ZF… – Nawet my mamy większy wkład własny. Na polskie części przypada 35 proc. wartości pojazdu. W praktyce wszyscy producenci traktorów w Europie to montownie – dodaje. Nie zmienia to tego, że część polskich firm ma bardzo ambitne plany. Zwiększają produkcję i eksport. Tak jest właśnie w przypadku Ursusa i Farmtraca. Plany Ursusa, reaktywowanego przez PolMot Warfama, opiewają na 7 tys. sztuk rocznie, czyli siedem razy więcej niż obecnie. W ubiegłym roku jego przychody wzrosły o 200 proc., a kurs akcji na giełdzie o 400 proc. Celem firmy jest powrót na dawne rynki eksportowe Ursusa (obecnie co trzeci traktor jedzie za granicę). Podczas kwietnio-

wej wizyty w Nigerii firmę promował premier Donald Tusk. W ubiegłym roku sprzedała tam ponad 100 maszyn. Pod koniec tego planuje premierę modelu 10014T szykowanego z myślą o Europie Zachodniej. A żeby rolnik nie zasnął za kierownicą traktora, Ursus sprzedaje... napój energetyczny. Uniezależnić od polskiego rynku chce się także Farmtrac. Na celowniku ma Niemcy i Turcję, gdzie firma rozważa budowę montowni. – Jeśli wszystko pójdzie dobrze, w kilkuletniej perspektywie nie wykluczam wejścia na giełdę – mówi Andrzej P. Kublik. I dodaje: – Za siedem lat chcemy być numerem 1 w Europie w kategorii ciągników o mocy poniżej 80 KM. Brzmi szokująco, ale nie jest to nierealne, jeśli ma się zaplecze w postaci tysięcy polskich rolników wygłodzonych traktorów. Byle tylko nie przestali kupować. —— Paweł Rożyński Jednym słowem: Gdy skończyły się dotacje ze starej unijnej perspektywy budżetowej, sprzedaż siadła. Ale odbije.

Marki

EY w pułapce rebrandingu ▶ Firma Ernst & Young zmieniła niedawno nazwę i logo. ▶ I zaczęła się wyświetlać w Google’u  z erotycznym magazynem. Nawet niewielkie i bezpieczne na pozór manewry wokół marki bywają ryzykowne, szczególnie w czasach powszechnego dostępu do sieci i wścibskich internautów. Przekonała się o tym niedawno renomowana, globalna firma doradczo–audytorska Ernst & Young, któ-

ra z początkiem lipca zmieniła nazwę i logo. Dłuższą wersję zastąpiła skrótem EY – mało zaskakującym, bo od dawna już stosowanym w nazwie korporacyjnej strony i w adresach mailowych pracowników. EY wpasowała się zresztą w trend wyznaczony przez dwóch jej rywali z tzw. wielkiej czwórki, czyli KPMG i PwC, którzy już wcześniej postawili na skrótowce. Przełomu więc nie było, ale trochę pikanterii i owszem. Dodała jej informacja, którą kilka dni po oficjalnym ogłoszeniu zmiany logo EY opublikował amerykański dziennik „Los Angeles Times”, wytykając firmie zbieżność nowej nazwy z tytułem magazynu erotycznego „EY! Magateen”, który publikuje fotosy roznegliżowanych młodych mężczyzn. Co prawda magazyn ukazujący się ponoć od sześciu lat miał ledwie kilka wydań, i to w kolekcjonerskim nakładzie. Ale to wystarczyło, by w wyszukiwarce grafik Google’a nowe logo potentata usług biznesowych wyświetlało się obok okładkowych „sexy boys” z „EY! Magateen”, a w sondzie internetowej „Los Angeles Timesa” większość czytelników opowiedziała się za starą nazwą Ernst & Young. Dziennikarz gazety nie bez złośliwości dziwił się, jak firma przed rebrandingiem mogła zapomnieć o sprawdzeniu nowej nazwy w wyszukiwarce. No właśnie, czy zapomniała? W przypadku EY na pewno nie jest to efekt przeoczenia czy pomyłki, uważa Marek Staniszewski, ekspert od brandingu, czyli kreowania marek i budowy ich wizerunku. – Przy przedsięwzięciach na tak dużą skalę jak globalna zmiana nazwy i logo znanej, renomowanej firmy starannie sprawdza się wszelkie podobieństwa – mówi Staniszewski. – Głównie po to, by ustrzec się przed prawnymi sporami (w przypadku naruszenia praw autorskich). Ale też by uniknąć jednoznacznie negatywnych skojarzeń, o które w warunkach globalizacji nietrudno. – Globalne firmy muszą się liczyć z tym, że prawie zawsze gdzieś na świecie ich marki będą

Jeśli traktor, to nowy

Sprzedaż ciągników rolniczych w Polsce* (w szt.) 25 tys.

Nowe Używane

20 tys. 15 tys. 10 tys.

2004

2005

2006

2007

2008

2009

2010

2011

13359

19315

14381

17035

14366

14380

13844

13886

19061

12563

23874

12656

16715

11392

13737

8023

7475

0 tys.

9067

5 tys.

2012

* LICZBA REJESTRACJI; ŹRÓDŁO: MARTIN & JACOB


Firmy i Rynki miały niezamierzone konotacje – komentuje Jacek Sadowski, szef agencji Demo Effective Launching. – Mamy tak wiele języków i slangów, gdzie potocznym określeniom nadaje się inne znaczenie, że jest to praktycznie nie do opanowania. Sadowski wspomina, jak podczas przygotowania kampanii promocji Polski wschodniej, w której miał być wykorzystany znak OK, okazało się, że w niektórych krajach ma on obraźliwe znaczenie. Marek Staniszewski ocenia, że w przypadku skrótowców ryzyko wątpliwych skojarzeń w sieci jest jeszcze większe niż przy pełnych nazwach. Praktycznie pod każdy ze znanych akronimów można podłożyć niezwiązane z nim hasło. Dobrze poinformowane źródło zbliżone do EY zapewnia, że firma, specjalizująca się przecież w zarządzaniu ryzykiem, starannie przeanalizowała zagrożenia związane ze zmianą nazwy i logo. W tym wynikające ze skojarzeń z ilustracjami z „EY! Magateen”. Potwierdza to zresztą Will White, globalny dyrektor PR firmy. W odpowiedzi na pytania o ryzykowne konotacje nowej nazwy EY przesłał gotowy już komentarz. Firma odwołuje się tam do racjonalnego podejścia klientów, którzy przecież wiedzą, jak działają internet i wyszukiwarki. Owszem, firma ma świadomość, że w wynikach wyszuOd 1 lipca Ernst & Young kiwania pojawiają się nazywa się EY. wspomniane zdjęcia, ale jest przekonana, że dla osób szukających w internecie dostawcy profesjonalnych usług biznesowych będzie oczywiste, że nie mają nic wspólnego z EY. Komentarz jest datowany na początek lipca, a więc został przygotowany wraz z komunikatem o rebrandingu. Dotychczas jednak firma go nie rozpowszechniała. Dziwne? Nie dla ekspertów. Marek Staniszewski zwraca uwagę, że na kontrowersyjny magazyn z podobnym logo można trafić dopiero poprzez wyszukiwarkę grafiki. A samo pismo jest niszowym projektem, nie zaś znaczącym graczem na rynku magazynów. Ryzyko wizerunkowe jest więc niewielkie. EY nie zamierza też wracać do starej nazwy, wynika z naszych informacji. I nie przewiduje, by skojarzenie z magazynem miało negatywny wpływ na jej biznes. Zdaniem Jacka Sadowskiego w potencjalnie ryzykownych sytuacjach nie warto spieszyć się z reakcją. Lepiej obserwować rozwój wypadków, mając jednak w zanadrzu scenariusz kryzysowy. Jeśli widać, że wypadki nabierają rozpędu, trzeba wkroczyć do akcji. Jeśli nie, nie ma sensu podgrzewać sytuacji poprzez przedwczesne wysyłanie komunikatów do mediów. Szef Demo Effective Launching twierdzi, że znaczenie potencjalnych językowych wpadek jest zresztą często przeceniane. Nawet jeśli z ba-

Choć w wyszukiwarce dań fokusowych, które poprzedzają zmiany czy logo EY miesza się debiuty marek, wynika, że nowości budzą też z roznegliżowanymi mężczyznami negatywne skojarzenia, to w praktyce konsuz „EY! Magateen”, menci zwykle nie zwracają na to uwagi. – Marwizerunkowi firmy to ka, która ma charakter i siłę, wywołuje zwykle nie zaszkodzi – twierdzą eksperci. nie tylko pozytywne, ale i negatywne emocje. Ważne jest, by tych pozytywnych było więcej – dodaje Sadowski. Widać to zresztą w analizach brandingowo– nęły z rynku, gdy upowszechniła się wiedza reklamowych wpadek, w których powtarzają się o znaczeniu słów fart i dick. Jednak niezbyt te same przykłady. Spora część z nich to zasługa fortunnym skojarzeniem w Polsce nie przejęły się światowe brandy Osram czy Pupa, które firm motoryzacyjnych, które prześcigają się we nie próbowały nawet wprowadzać swych lowprowadzaniu nowych modeli i niekiedy wpakalnych odpowiedników. Jacek Sadają w pułapki dwuznacznych skojarzeń. dowski podkreśla, że jeśli marka Przykłady to Mitsubishi Pajero (w po- „Globalne firmy gwarantuje wysoką jakość protocznym hiszpańskim pajero to onani- muszą się liczyć duktu czy usługi oraz odpowiedsta), Toyota Fiera (w Ameryce Środz tym, że prawie nie podejście do klienta, to nawet kowej fiera to „wredna stara baba”) zawsze gdzieś na świecie ich lekko kontrowersyjne skojarzeczy Chevy Nova (no va po hiszpańmarki będą miały nia nie stanowią problemu (o ile sku znaczy „nie jedzie” albo wręcz „nie niezamierzone nie są zdecydowanie negatywne działa”), a nawet Rolls Royce Silver konotacje”. czy obraźliwe). Wręcz przeciwMist (mist to dla Niemców gnój). Jacek Sadowski, szef nie. Mogą pomagać, bo wtedy Marek Staniszewski twierdzi, że agencji Demo marka łatwiej się wyróżnia i zaw przypadku nieporozumień lub poEffective Launching pada w pamięć konsumentom. tknięć marka ma do wyboru kilka W końcu któż – poza specjalistastrategii. Może racjonalnie tłumaczyć mi – analizowałby mało przełomową zmianę genezę lub nowe znaczenie nazwy lub budować nazwy i logo EY, gdyby nie skojarzenie z piswój wizerunek w oparciu o pozytywne skojakantnym magazynem. rzenia i emocje. Jeśli jednak nazwa czy logo ma —— Anita Błaszczak utrwalone bardzo negatywne konotacje i powoduje gwałtowne reakcje konsumentów, zwykle Jednym słowem: Przy zmianie marki nie pozostaje nic innego, jak ją zmienić. Albo nie sposób uniknąć ryzykownych skojarzeń. Więc wielu je świadomie ignoruje. pozostać przy dawnej marce, jeśli gwałtowne reakcje wywołuje choćby odświeżenie logo. Przed trzema laty przekonała się o tym firma odzieżowa GAP, którą zdecydowane protesty na portalach społecznościowych zmusiły do rezygnacji z zastąpienia klasycznego granatowo– białego logo bardziej nowoczesnym znakiem graficznym. Natomiast pogarszające wizerunek brandu konotacje uderzyły w popularne w latach 90. polskie, ale anglojęzyczne marki Dick Black (przemieniony na Bick Black) i Fart. Znik-


Transformacja... juz po jednym uzyciu. 85% kobiet zauważyło u siebie gładsze włosy i eliminację puszenia już po jednym zastosowaniu Bamboo Smooth Kendi Oil.* Odkryj kolekcję Bamboo Smooth marki Alterna. Wyłącznie w Douglas i najlepszych salonach fryzjerskich.

Katie Holmes *Badanie percepcji konsumentów po zastosowaniu Kendi Pure Treatment Oil. Wyniki dla jednego zastosowania.

W 100% BEZ:

PARABENÓW, SIARCZANÓW & FTALANÓW


NEW LOOK ODKRYJ SEKRETY BAJECZNEJ MARKI ROUGE BUNNY ROUGE!


Zaczarowany ogród Rouge Bunny Rouge to kraina zaskakujących kompozycji zapachowych zamkniętych w arystokratycznych flakonach.

INCANTATION Mroczno tajemniczy dzięki zawartej w nim czarnej porzeczce, liściom figowym i piżmie z bosko balsamicznym a jednocześnie wyjątkowo frapującym pulsem. Świeżości dodaje indiańska trawa i kolendra przemieszana z cytrusowymi owocami. To zapach z temperamentem a jego atramentowa wręcz ostrość wymaga ostrzeżenia…

VESPERS Oczarowująca kwiecista klasyka w postaci zapachu Vespers to kompozycja łącząca siłę, nostalgię oraz szlachetność. Główną nutę stanowi bergamotka, laska cynamonowa, liście fiołkowe oraz czarny pieprz. Serce pulsuje nutą konwalii, zielonym jabłuszkiem, różą i fiołkiem. Bazę stanowi drzewo cedrowe, piżmo, drzewo sandałowe oraz wanilia.


CHATOYANT Niebanalne, intrygujące połączenie cytrusów, waniliowo-kokosowych akordów zespolone dzikością orchidei to kompozycja zapachu Chatoyant. W pierwszej kolejności uderza intensywna cytrusowa świeżość bergamotki i cytryny, aby natychmiast przeistoczyć się w bardziej wyrafinowany zapach orchidei, jaśminu i lilii wodnej. Całości smaku nadają mleczko kokosowe, wanilia, piżmo oraz drzewo cedrowe.

LILT Najbardziej figlarny a zarazem intrygujący zapach LILT to słodko-gorzka mieszanka kokosa, indiańskiej trawy oraz zielonych liści, przemieszana z kwaskowymi owocowymi nutami brzoskwini i liści figowych, okraszona szlachetnością piżma. Mieszanka wywołująca zdziwienie a jednocześnie uśmiech otoczenia, dla kobiet lubiących zaskakiwać.

www.rougebunnyrouge.com


NIEZBĘDNIK KAŻDEJ KOBIETY…

ABYŚ BYŁA PIĘKNA GDZIEKOLWIEK JESTEŚ!

BAZA POD PODKŁAD – PRELUDIUM W OBŁOKACH Oparta na wodzie baza pod podkład, niezwykle lekka i odświeżająca skórę, daje uczucie stąpania w obłokach. Dzięki niej podkład utrzyma się dłużej, a Twoja skóra będzie idealnie matowa i nawilżona. Zawiera mnóstwo aktywnych składników, m.in. ekstrakt z korzeni irysa, który wygładza linie i zmarszczki, minimalizuje pory, tworząc idealnie gładką powierzchnię; kwas hialuronowy, który wiąże i zatrzymuje nawilżenie wewnątrz skóry oraz wspomaga warstwę hydro-lipidową. 219 zł

ODMŁADZAJĄCY PODKŁAD – SANKTUARIUM DLA SKÓRY Lekki niczym piórko, zapewnia średnie lub pełne krycie skóry bez uczucia ciężkości. Optymalnie nawilża jak i chroni skórę przed wolnymi rodnikami. Zawarty w nim kwas hialuronowy pomaga skórze wiązać wodę dzięki czemu drobne zmarszczki nie tylko zostają wygładzone ale wręcz zlikwidowane. Odpowiedni do każdego rodzaju cery, bez zapachu i dodatku parabenów. 249 zł

ROZŚWIETLAJĄCY KOREKTOR – WACHLARZ DELIKATNEGO ŚWIATŁA Lekka rozświetlająca formuła może być używana zarówno na twarz jak i pod oczy. Rozprasza światło, niwelując zmarszczki i niedoskonałości skóry, tworząc idealne wykończenie. Nie tylko maskuje cienie pod oczami i wypełnia drobne linie, ale także leczy objawy zmęczonych i opuchniętych oczu. Kompleks witamin chroni skórę przed promieniowaniem słonecznym oraz przeciwdziała procesom starzenia. 145 zł


NIESKAZITELNY PUDER MATUJĄCY – DROGOCENNY AKSAMIT Naturalna świetlistość i wyrafinowanie, skóra bez wysiłku staje się promienna i bez skazy. Lekko i naturalnie wtapia się w skórę, wypełniając nawet najdrobniejsze zmarszczki i bruzdy dzięki zmikronizowanym cząsteczkom uzyskanym w procesie wielokrotnego mielenia. Zawarte w nim pigmenty o właściwościach kojących skórę zapewniają perfekcyjną przyczepność i kremowo-aksamitną konsystencję, nadającą skórze gładkość i jednolite wykończenie. Olejek z owocu papai o naturalnych właściwościach liftingujących zmiękcza skórę; olejek z werbeny łagodzi i daje skórze ukojenie. Puder ryżowy stwarza perfekcyjnie naturalne, matowe wykończenie. 175 zł

POGRUBIAJĄCY TUSZ DO RZĘS – OBFITOŚĆ Nowa zaawansowana formuła o kremowej konsystencji owija każdą rzęsę odżywczymi naturalnymi woskami, zagęszczając i pogrubiając każdą rzęsę z osobna. Łatwy i szybki w użyciu, zapewnia intrygujący wygląd i trwałe efekty, bez wysuszenia i sklejania rzęs. Ekstremalnie precyzyjny, podnosi rzęsy i zwiększa ich objętość. Przeznaczony dla nawet najbardziej wrażliwych oczu. 109 zł

NIEWINNY RÓŻ W KAMIENIU – Z MIŁOŚCI DO RÓŻ Rozprowadza się lekko i delikatnie dla uzyskania naturalnie aksamitnego efektu gwarantując długotrwałe lśniące wykończenie jednocześnie chroniąc skórę przed wpływem wolnych rodników. Zawarte w nim perełki zwiększają kremową miękkość oraz zapewniają przejrzysty blask. Innowacyjne pudry otulają skórę i zachowują perfekcyjny wygląd przez cały dzień. Rezultatem jest doskonalsza, rozpromieniona cera niezależnie od wieku. 115 zł

LAKIER DO UST – SŁODKA PRZESADA. Błyszczyk, który podkreśli kształt i kolor twoich ust, nadając im intensywnie lśniący „lakierowany” efekt. Działa kojąco i łagodząco. Chroni przed szkodliwym wpływem czynników zewnętrznych takich jak zimno, promieniowanie UV oraz zanieczyszczenia środowiska. 105 zł


ROUGE BUNNY ROUGE Piękna, zadbana i naturalnie wyglądająca skóra jest podstawą każdego makijażu. Mimo zmieniających się trendów, najważniejsze to wyglądać dobrze i czuć się swobodnie, wybierać takie produkty i kolory, które podkreślą nasze naturalne piękno a zatuszują wszystko, co staramy się ukryć. Dobry makijaż ma nas odmładzać a kompetentny wizażysta Rouge Bunny Rouge którego znajdziesz w perfumeriach Douglas fachowo doradzi w wyborze odpowiednich produktów.

CERA: Aby uzyskać efekt jednolitej i wygładzonej cery użyj delikatnie kryjącego podkładu Mleczna Akwarela, zawierającego składnik pochodzenia roślinnego Detoxyl, chroniącego skórę przeciw zanieczyszczeniom środowiska – twój naturalny obrońca w walce z wolnymi rodnikami. Do wykończenia makijażu proponujemy nowy sypki puder transparentny Poranne Dmuchawce, który nada skórze miękkości i perfekcyjnie ją zmatuje. Nie zapomnij o kościach policzkowych i podkreśl je naturalnym rumieńcem. Jeśli boisz się, że przesadzisz z intensywnością to idealnym rozwiązaniem będą róże w sztyfcie Rumieńce w Rozkwicie, które w łatwy sposób można rozprowadzić jak i regulować ich nasycenie. Pomimo kremowej konsystencji wykończenie będzie w pełni matowe.

1. Życiodajny Pokład Mleczna Akwarela, 229 zł 2. Róż w Kremie Rumieńce w Rozkwicie, 135 zł

NOWOŚĆ: Idealnie matowe wykończenie zapewni Ci puder transparentny Poranne Dmuchawce. Zawarte w nim sferyczne polimery minimalizują zmarszczki jak i odbijają światło, co sprawia, że skóra nabiera trójwymiarowego efektu i naturalnego blasku. Ten lekki jak mgiełka puder w pełni redukuje wydzielanie sebum, jednocześnie chroniąc skórę przed wysuszeniem. Rouge Bunny Rouge (Douglas)

1.

2.


2.

OCZY:

1.

Modnym akcentem jesiennego makijażu są świetliste i połyskujące cienie oraz pigmenty. Sypkie cienie Śladami Marzeń o gładkiej i kremowej strukturze, rozświetlą oko i podkreślą kolor tęczówki. Pomimo swojej sypkiej konsystencji zapewniają idealną przyczepność i długotrwały efekt rozświetlenia. Równie ważnym elementem podkreślenia oczu są brwi o naturalnym kształcie. Błyszczyk i odżywka w jednym – Zabawy Aniołów wzmocni i okiełzna niesforne brwi, nadając oczom młodzieńczego, świeżego wyglądu. Jeśli borykasz się z problemem wypadających rzęs bądź brwi ten produkt to twoje wybawienie.

1. Lśniący Pigment do Powiek Śladami Marzeń, 109 zł 2. Błyszczyk do brwi i oczu Zabawy aniołów, 125 zł

2.

USTA: W tym sezonie możesz pozwolić sobie na wszystkie kolory. Ważne, aby nadać ustom trójwymiarowego efektu. Osiągniesz go, dzięki błyszczykowi XXX Pulchne Usta, który podkreśli kolor twojej ulubionej pomadki, czyniąc usta zdrowszymi, pełniejszymi i ponętniejszymi. Regularne używanie szybko przyniesie rezultaty, a w ciągu czterech tygodni Twoje usta będą wyraźnie pełniejsze. Doskonałą bazą pod błyszczyk czy szminkę może być długotrwała kredka do ust Na Zawsze Twój, która nadając idealnego kształtu, zapewni im intensywny kolor i miękkość. Bardzo łatwa w użyciu dzięki gładkiemu rozprowadzaniu, utrzymuje się przez cały dzień bez konieczności ponownego nakładania.

1. XXX Pulchne Usta Pęczniejąca Rozkosz, 117 zł 2. Długotrwała Kredka do Ust Na zawsze Twój, 92 zł

1.


czas na

www.slowlifemagazyn.pl


Slow Life –

MATERIAŁY PRASOWE: www.theworldinstituteofslowness.com ZDJĘCIE: Turismo de Portugal

Świadome

życie

Wiele słyszymy o SLOW, ale czy wiemy o co tak naprawdę kryje się za często używanym określeniem stylu życia SLOW LIFE? Historia sięga nie tak dawno bo do roku 1999, kiedy to Norweg Geir Berthelsen powołał do życia – The World Institute of Slowness, czyli Światowy Instytut Powolności. Jego hasłem stało się Slow Planet, które przeciwstawiało się powszechnej globalizacji i  uniformizacji życia. Slow Life jest niejako rozwinięciem idei i dotyczy codziennego życia, które powstało w rozwinięciu się pierwszego ogniwa idei Slow Food, czyli prawa do smaku i  produktów regionalnych. Współczesna kultura narzuca nam zadaniowy styl życia. Ludzie skupiają się na coraz wyższym podnoszeniu sobie poprzeczki, wspinaniu się po tak zwanej drabinie awansu społecznego, gromadzeniu dóbr materialnych, jednocześnie zapominając o tym co tak naprawdę znaczy i na czym polega ludzkie życie. Jeden ze znawców Slow Life powiedział: „Jedyną pewną rzeczą jest to, że wszystko się zmienia. Tempo zmian wzrasta. Jeśli nie chcesz wypaść z  obiegu, lepiej przyspiesz – takie przesłanie niesie współczesny świat. Tymczasem warto pamiętać,

ze nasze podstawowe potrzeby nigdy się nie zmienią. Potrzeba bycia zauważonym i docenionym. Potrzeba przynależenia do grupy, bliskości, opieki czy wreszcie odrobiny miłości! Wszystkie te potrzeby możemy realizować jedynie w  niespiesznej relacji z  drugim człowiekiem. Przeciwstawiając się globalnym zmianom, musimy na nowo odkryć spokój, refleksję i  jedność. W  ten sposób odnowimy nasze życie”. W Slow Life nie chodzi o wolniejsze tempo życia, ponieważ nie każdy jest stworzony do zaprzestania jego aktywności, spełniania się w intensywnej pracy zawodowej. Niektórym bardzo taki styl odpowiada. Jeśli więc dana osoba świetnie czuje się w roli menedżera, który pracuje kilkanaście godzin dziennie, a oprócz tego ma mnóstwo dodatkowych zajęć, to wszystko jest w  porządku. Ale tylko pod jednym warunkiem – że w swoim „szybkim” życiu potrafi odpoczywać, traktując urlop jako normę swojego bytu, a weekend przeznacza na bycie z bliskimi. Nie zapominając o rodzinie i przyjaciołach. Najważniejsze w  Slow Life jest to, żeby wszystkich wyborów dokonywać świadomie, zachowując przy tym równowagę i zdrowy rozsądek.


Zwolnij

Pielęgnuj relacje z drugim człowiekiem

nie te płytkie, narzucone przez konwenans, lecz głębokie relacje z najbliższymi tobie ludźmi.

Naucz się żyć świadomie

nie pozwól by stereotypy i przymus ciągłego podnoszenia poprzeczki przesłoniły to, co dla ciebie najcenniejsze.

w ciągłym pędzie nie dostrzeżesz otaczającego cię piękna.

5

Postaw na duchowość

wzbogacaj swoje życie, kontempluj przyrodę i sztukę, celebruj posiłki, poświeć czas na swoje hobby.

Określ swoje priorytety

zastanów się, co jest w twoim życiu najważniejsze i skup na tym swoją energię.

przykazań Slow Life,

o których warto wiedzieć

i może niektóre z nich zastosować w swoim codziennym życiu!


GOTUJEMY SEZONOWO Z

Tomaszem Jakubiakiem! Tomasz Jakubiak w SLOW LIFE Magazyn prezentuje i odkrywa tajniki kuchni sezonowej i regionalnej, o której opowiada na antenie Kuchnia+. Regionalne składniki i produkty sezonowe pochodzące z  naszych upraw to ostatnio temat numer jeden na wielu kulinarnych festiwalach, imprezach i oczywiście w restauracjach uznanych i szanowanych szefów kuchni. W  Polsce promotorem idei zdrowej i  regionalnej kuchni, która nawiązywać powinna ściśle do sezonowości dostępnych produktów jest Tomasz Jakubiak, od lat związany z telewizją kulinarną kuchnia+ i programem Dzień Dobry TVN. W  najnowszej produkcji Kuchni+ Jakubiak lokalnie jako prowadzący zabiera nas w kulinarną podróż po Polsce, w poszukiwaniu często zapomnianych, ale również znanych, lecz niedocenianych smaków naszych regionów. W każdym wydaniu SLOW LIFE Magazyn, prezentujemy najnowsze przepisy Tomasza Jakubiaka, który opowie, co można w prosty i szybki sposób przygotować z dostępnych produktów w poszczególnych porach roku.

Plastry grillowanego boczku z młodą kapustą zasmażaną z kindziukiem

1 kg boczku ze skórą i kością Szklanka jasnego sosu sojowego 1/2 szklanki cukru brązowego 1 szklanka Porto Kora cynamonu 3 goździki Łyżka imbiru marynowanego Korzonki kolendry Cebula dymka

1 szt młodej kapusty 2 łyżki smalcu 20 dk Kindziuk 1 pomidor malinowy 2 szklanki warzywnego bulionu 3 Liść laurowy Pieprz młotkowany Pęczek kopru ogrodowego

Do garnka wlej sos sojowy, wino. Dodaj cukier brązowy, korę cynamonu, gozdziki pokrojony marynowany imbir, korzonki kolendry i cebule dymkę. Marynatę wstaw na ogień i zagotuj. Boczek pokrój w 1 cm plastry. Dopraw solą i pieprzem. Do zredukowanej marynaty włóż plastry boczku i gotuj je przez 20 minut.

TOMASZ JAKUBIAK – kucharz i dziennikarz kulinarny, od trzech lat związany z telewizją śniadaniową. Wcześniej szef kuchni w znanych warszawskich i zielonogórskich restauracjach. Gotowanie m zafascynowany od najmłodszych lat. To jego żywioł, miłość i pasja. O jedzeniu potrafi opowiadać godzinami, okraszając historie właściwym sobie poczuciem humoru. Z oddaniem angażuje się w projekty edukacyjne adresowane do dzieci i młodzieży, prowadzi warsztaty i pokazy kulinarne, a także – dzięki pracy w telewizji – dużo podróżuje i poznaje kuchnie innych krajów. FOT. ARTUR DUSIŃSKI

Kapustę posiekaj. Pomidory i cebulę pokrój w kostkę. Kindziuka pokrój na mniejsze kawałki. Szybkowar wysmaruj smalcem. Wrzuć warstwowo kapustę, pomidory i kindziuka. Na wierzch połóż liście laurowe. Wszystko posól. Zalej dwiema szklankami bulionu. Gotuj w szybkowarze przez 10 minut. Do ugotowanej kapusty przed podaniem dodaj posiekany koperek. Ugotowane plastry boczku przełóż na rozgrzanego grilla. Podawaj z młodą kapustą i plastrami czerwonej cebuli.


Pieczone młode sałaty

Grillowany stek wieprzowy

z kindziukowym chrustem i sosem sardelowym

z glazurowanymi w maśle rzepami i aioli z klarowanego tłuszczu wieprzowego

KINDZIUKOWY CHRUST: 20 plastrów kindziuka 3 łyżeczka musztardy Dijon Oliwa SOS SARDELOWY: 3 żółtka Kilka sztuk sardeli Oliwa Kilka gałązek natki pietruszki 3 łyżki musztardy Dijon Sok z cytryny Kiszony ogórek Pieprz

Żółtka zmiksuj z sardelami. Nie przerywając miksowania cienkim strumyczkiem dolewaj oliwy aż masa stanie się jednolita. Dodaj natkę pietruszki, musztardę i sok z cytryny. Na koniec dodaj pokrojonego w kostkę kiszonego ogórka. Dopraw pieprzem. Sałaty ułóż na blaszce tak jakby były w grządce. Dodaj posiekany czosnek, pomidorki cherry i pokruszone pistacje. Sałaty skrop octem malinowym, oliwą i sokiem z cytryny. Dopraw solą i pieprzem. Całość przykryj papierem do pieczenia i wstaw do piekarnika. Piecz w temperaturze 160 stopni około 15min. Musztardę połącz z oliwą. Plastry kindziuka posmaruj sosem i smaż na rozgrznej patelni. Upieczone sałaty podawaj z kindziukowych chrustem i sosem sardelowym. Smacznego!

1 kg schabu z kością i tłuszczem na obwolucie MARYNATA: 5 łyżek syropu klonowego 100 ml ciemnego piwa Kilka liśći szałwi Sok z jednej cytryny

SOS AIOLI: 3 żółtka 4 żąbki czosnku 150 ml klarowany tłuszczu wieprzowego Sól morska i pieprz młotkowany 10 małych kalarep 15 dk szynka długodojrzewająca 3 łyżki klarowanego masła Skórka z jednej cytryny

Połącz wszystkie składniki marynaty. Syrop klonowy, piwo, świeżą szałwię i sok z cytryny. Doprawione kotlety solą i pieprzem włóż do marynaty i  odstaw na chwilę. Czosnek zetrzyj na tarce. Utrzyj go z solą. Dodaj żółtka i bardzo dobrze połącz je z czosnkiem. Dolej sklarowanego, płynnego smalcu i ucieraj. Wstaw sos do lodówki. Kalarepy i długo dojrzewającą szynkę pokrój na mniejsze kawałki i przesmaż na klarowanym maśle (smaż na małym ogniu, wręcz duś). Do podsmażonej kalarepy dodaj skórki z cytryny. Kotlety grilluj na mocno rozgrzanej patelni. Podawaj je z kalarepami i sosem. Smacznego!

ŹRÓDŁO ZDJĘĆ POTRAW: PROGRAM TV KUCHNIA + „ JAKUBIAK LOKALNIE”

Serca młodych sałat: polska, rzymska (może być rzymska mała), radichio, strzępiasta – sporo Łyżka orzeszków pistacjowych Czosnek 15 pomidorków koktajlowych Kilka łyżek octu malinowego Oliwa Cytryna. Sól morska Świeżo mielony pieprz


wydanie bursztynowe Bursztyn inspiruje i w nowoczesnym wydaniu zaskakuje wieloma swoimi postaciami. Bursztynowy szlak w wydaniu SLOW. ◆ Kuchnia SLOW FOOD, czym się wyróżnia spośród wielu i na czym właściwie polega. Prezentacje Szefów Kuchni i ich inspiracji naturą w daniach i przepisach kulinarnych, do przygotowania dla każdego. ◆

SLOW TRENDY w modzie designie i sztuce, spojrzenie oczami projektantów i twórców,

nawiązujących w swoich dziełach do inspiracji otaczającym światem.

◆ Podróż w stylu SLOW, którą przeżyjecie w niekonwencjonalny sposób i dotrzecie do miejsc, które z pozoru wydać się mogę mniej ciekawe, a po chwili zaskoczyć oryginalnością, duchem historii i wyjątkową gościnnością tubylców.

To wszystko i wiele więcej o SLOW w najnowszym wakacyjnym wydaniu SLOW LIFE MAGAZYN

WWW.SLOWLIFEMAGAZYN.PL


MALE HERO

zdjęcie Michał Szlaga

W CHMURACH

Pozwolić sobie na chwilę wyciszenia w dzisiejszym świecie pełnym bodźców, dzwięków, niepotrzebnych informacji. Wibrujących telefonów. Atakujących maili. Mieć moment dla siebie – prawie niemożliwe. Wyłączyć się z takiego życia. I być. Po prostu. Takim momentem jest podróż. Lot samolotem. Ucieczka. Wyłączona komórka to jedyna dziś opcja na spokój. Jak inspirująco dopełnić ten czas? Ja wiem. Świetni bohaterowie opisani wprost, po męsku, genialna fotografia, prostota i klasa, to coś, za co czytelnicy „Malemena” pokochali ten prawdziwie polski magazyn. Teraz wybrane fragmenty towarzyszyć Wam będą w podróży. Z pewnością będzie udana.

Olivier Janiak


OZ Amos

Człowiek z pustyni


MALE HERO

tekst Piotr Siemion zdjęcia Michał Szlaga

Od lat żelazny kandydat na literackiego Nobla, syn pochodzących z Polski syjonistów, przez większość życia mieszkający w kibucu, nienawidzony w Izraelu za swój stosunek do palestyńskiego państwa, naiwnie wierzący w to, że Żydzi i Arabowie będą kiedyś żyć w pokoju. Ale przede wszystkim pisarz tłumaczony na 41 języków, najpopularniejszy z wszystkich izraelskich w Polsce, Amos Oz – w rozmowie z Piotrem Siemionem – opowiada o Izraelu, Palestynie, Polsce, syjonizmie, antysemityzmie, języku i tym wszystkim, o czym z najwybitniejszym izraelskim pisarzem da się rozmawiać.

Piotr Siemion: Nie róbmy wywiadu. Wolałbym zwyczajnie porozmawiać. Mamy tu w hotelu dobre warunki. Kiedy ostatni raz byłem na tym 41. piętrze, w naszej salce siedział premier Izraela Bibi Netanjahu z obstawą. Amos Oz: Za nim akurat nie przepadam, wie pan dlaczego? (śmiech) Bo gdy miałem 12 lat, a Netanjahu dwa i jego rodzina przychodziła do nas w gości, wpełzał pod stół i złośliwie rozwiązywał wszystkim sznurowadła. Takie rzeczy się pamięta, mniejsza nawet z polityką. Pan w ogóle mnóstwo pamięta. Nowy tom opowiadań, „Wśród swoich”, czyta się jak reportaż z prawdziwego pionierskiego kibucu z lat 50. Sama prawda o ludziach, którzy są jak pod lupą. To nie reportaż. Żywi ludzie by mi nie wybaczyli prawdy o sobie. Owszem, mój kibuc to mikrokosmos, tyle że zmyślony. Nie szkodzi, że mój świat zaludnia tylko 300 osób. To dobra skala. Nie jak Warszawa za oknami, rozwleczona aż po horyzont. Przy okazji, Pałac Kultury… Najlepiej, gdybyście go ładnie zapakowali i wreszcie odesłali Rosjanom. Po co wam on? Kibuc – spółdzielcze gospodarstwo rolne w Izraelu, w którym ziemia i środki produkcji są własnością wspólną. Kibuce

odegrały znaczącą rolę przy tworzeniu państwa Izrael i nadal są ważne w gospodarce narodowej. Ideowym podłożem powstawania kibucu jest połączenie syjonizmu z socjalizmem; wśród celów funkcjonowania kibucu istotne było przekształcenie świadomości Żydów przez nauczenie ich pracy fizycznej na roli oraz walki w obronie wspólnoty. Mieszkańcy kibucu nie mają własnego majątku, mają równe prawa i obowiązki; decyzje dotyczące strategii gospodarczej i podziału dochodów podejmuje walne zebranie kibucników; ono też wybiera komitet kierujący życiem kibucu między walnymi zebraniami. Przynależność do wspólnoty jest dobrowolna. (źródło: Wikipedia) Taki wybór. Pan z kolei wybrał tak, że uciekł z inteligenckiego domu do marksistowskiego kibucu. Przecież to była utopia. Czego pan wtedy szukał? Mój przypadek był banalny. Miałem 14 lat, wychowywano mnie na intelektualistę, pod kloszem. Nie chciałem tego, nie chciałem się nazywać Klausner, chciałem się nazywać Oz. Nie grzebać się w papierach, ideach, tylko działać. I co? Daleko uciekłem? Ironia losu, można powiedzieć. „Oz” to znaczy „siła” po hebrajsku? Także „odwaga”. Wstąpiłem do kibucu, chciałem zostać traktorzystą. To tak, jakbym wstąpił w szeregi rewolucji.


MALE HERO

Bo zapewniam pana, ruch kibucowy był najśmielszą rewolucją w historii. Chcieliśmy od zera, na pustyni, stworzyć radykalnie nowe społeczeństwo. Zgoda, utopię. I mało tego – dokonywaliśmy tego bez jakiejkolwiek przemocy. W kibucach nie było czegoś takiego jak rozlew krwi, policja, łagry, nawet aresztu nie było w moim kibucu. Prawdziwa wspólnota, a raczej – w ciągu jednego pokolenia mieliśmy się stać nowym rodzajem ludzkiej wspólnoty. Wyrzekliśmy się pieniędzy, właściwie mieliśmy się wyrzec dawnych siebie. Jakże tak, bez policji? W kibucu zamiast policji wystarczały ludzkie języki, obmowa. Wiem, naiwne było to wszystko. Ideały szybko zaczynają pękać, wraca to, co jest naprawdę „nami”. Znajdzie pan sporo tego w tych nowych opowiadaniach. Coś zostało z tego kibucowego ruchu? Z tych ideałów? Ależ on trwa, tyle że stary zakon mocno się zreformował. Dzieci mieszkają już z rodzicami, każdy ma więcej swobody, przestrzeń dla siebie. Dzisiaj do kibuców zapisuje się więcej młodzieży niż w pionierskich latach 50. Jest trochę inaczej, ale… Właśnie. Czytam „Wśród swoich” i widzę, jak bohaterowie, mieszkańcy pańskiego kibucu, żyją w zbiorowym śnie, w halucynacji czy w transie. Upojeni wspólną wizją. Tak rzeczywiście wtedy było, w początkach Izraela? Musi pan zrozumieć rzecz bardzo podstawową. Zwyczajne kraje czy państwa rodzą się z historii. Z ciągów wydarzeń, wojen i tak dalej. Izrael jest inny. Izrael zrodził się z marzenia albo – tak jak pan chce – ze snu. Tutaj nie było nic. Kilkadziesiąt tysięcy Arabów w wioseczkach. Turecka, potem brytyjska Palestyna. My, syjoniści, stworzyliśmy państwo z niczego. Dokładnie jak wtedy nasz kibuc. Z marzenia i z Księgi. Zgoda, w kolejnych wojnach, podczas których chcieli nas potopić w morzu. Dzisiaj mamy wieżowce i politykę, i wojnę. Ale mamy własne państwo. To ważne, bo przez dwa tysiące lat wygnania my, Żydzi, byliśmy wszędzie tylko gośćmi. Czasami pożądanymi, częściej niechcianymi gośćmi. Zawsze można nas było wyprosić. Syjonizm socjalistyczny, inaczej syjonizm pracy – główny nurt lewego skrzydła ruchu syjonistycznego. Przez wiele lat był główną tendencją w całym ruchu i ideologią dominującą w wielu organizacjach syjonistycznych. W przeciwieństwie do tzw. syjonizmu politycznego, stworzonego przez Theodora Herzla i popieranego przez Chaima Weizmanna, syjonizm socjalistyczny odrzucał twierdzenie, iż państwo żydowskie może powstać w wyniku nakłonienia do jego powołania społeczności międzynarodowej lub mocarstw takich jak Wielka Brytania, Niemcy czy imperium osmańskie. Nurt ten postulował stworzenie państwa przez konstrukcję postępowego żydowskiego społeczeństwa żyjącego w wiejskich kibucach i moszawach, w którym znaczną rolę odgrywałby także miejski proletariat. (źródło: Wikipedia)

Mój nowojorski przyjaciel, Izraelczyk, ujął to mniej delikatnie. Powiedział: „Europa wskazała nam drogę przez komin. Nie mieliśmy wyjścia, jak tylko wymyślić własną ziemię”. Cieszę się, że mogę największemu izraelskiemu pisarzowi zadać pytanie: jak się wymyśla własną ziemię? To zasługa Księgi. Kiedy tworzyliśmy Izrael, wcale nie żadna ideologia była najważniejsza, tylko język. Hebrajski. Tutaj osiedlali się nagle Żydzi z całego świata. Aszkenazyjczycy z Europy i drugie tyle sefardyjczyków z północnej Afryki. Wszyscy tamci ludzie mówili w jidysz albo w ladino, albo po polsku, turecku czy arabsku. Przyjeżdżali z Węgier i Rumunii, z Jemenu. Na szczęście łączył ich język. Ten liturgiczny, w którym się od tysiącleci modlili. Hebrajski. On nie istniał jako język mówiony, potoczny – ale był i musiał teraz scalić to wszystko. Hebrajski to prawdziwy cud. Odrodził się, przybyły mu kolejne piętra, ale to wciąż ten sam język. Gdyby biblijny Jeremiasz czy Daniel przemówili dzisiaj w Izraelu, rozumiałoby go, z grubsza, nawet dziecko. Oczywiście prorocy nie rozumieliby nas, naszych hebrajskich określeń na komputer czy hipotekę. Dla pana hebrajski był jednak pierwszym językiem, prawda? Jest pan sabrą, tam urodzonym, nie przybyszem, nie osiedleńcem. Urodziłem się w Jerozolimie, wychowano mnie od początku już po hebrajsku. Miałem to szczęście. Dzisiaj to zwyczajny język jak wszystkie. Mocny, pojemny. Proszę spojrzeć, jak w 20 lat przyjęły go u nas za swój dwa miliony nowych imigrantów, tych z Rosji. Chciałbym trochę to sobie uporządkować w głowie. Syjoniści, którzy chcieli stworzyć Izrael w pustym miejscu, tacy jak Theodor Herzl, wierzyli, że jeżeli zmobilizują do dzieła wszystkich Żydów na świecie, stworzą tym samym nową jakość czy byt etyczny, prawda? Syjon, lepszy świat. Jednak dzisiejszy Izrael to, jak pan sam powiedział, normalne państwo, z wojskiem, podatkami, pełzającą wojną przeciwko sąsiadom… Taki trochę Babilon, nie Syjon. Że użyję bliskich mi rastafariańskich kategorii. Palestyńczycy to nie sąsiedzi. Zabawne, że w Europie czy Ameryce powtarzają nam, że musimy się lepiej poznać z Palestyńczykami, a zatargi ustaną. My się z nimi bardzo dobrze znamy. Tak się składa, że i my, i oni uważamy się nie za sąsiadów, tylko za prawowitych właścicieli tego samego kawałka ziemi. Oto cały problem. Tym bardziej, z jeden strony mamy ten sen czy marzenie, a z drugiej realność, która… Zapytam inaczej. Jest pan o tyle nietypowym intelektualistą czy artystą, że zamiast zachowywać dystans z ironią czy ze sprzeciwem, otwarcie się pan w przeszłości angażował w politykę. Do tego stopnia, że widziano w panu propagandystę realnego Izraela, realnego, nie anielskiego, bytu politycznego.


MALE HERO

Zgoda, zabierałem głos i wcale się tego nie wstydzę. Wie pan, ja znam tylko jeden sposób, żeby marzenie pozostało piękne i czyste. Nie należy go urzeczywistniać. Wtedy pozostanie bez skazy. Jeśli je urzeczywistnić, czeka nas rozczarowanie. Dzisiejszy Izrael jest takim rozczarowaniem. Pewnie nie tak to miało wyglądać. Jednak Izrael ma dla mnie jedną zaletę – taką, że jest. Dlatego Izrael kocham, zawsze – nawet, czy zwłaszcza wtedy, kiedy go nie znoszę. Ćwierć wieku temu studiowałem na Columbia University u Edwarda Saida. Palestyński intelektualista, profesor literatury, geniusz. A przy okazji osoba publiczna, bo on też nie wstydził się zabierać głosu. Chciał wolnej Palestyny. Nienawidzono go za to. Nie tylko Żydzi, także jego palestyńscy rodacy. Ci ostatni z tego powodu, że przyznawał jakikolwiek cień racji drugiej stronie. Doskonale rozumiem Saida. Myśli pan, że mnie nie nazywano zdrajcą? Jak to, za co? Choćby za to, że dopuszczam możliwość podziału tych ziem, stworzenia dwóch Jerozolim. Możliwość kompromisu. To nie takie proste, bo jesteśmy z tym osamotnieni. Przed wojną w całej Europie mazano na murach: „Żydzi won do Palestyny”. Teraz malują graffiti o treści: „Żydzi won z Palestyny”. Gdyby ich posłuchać, daleko byśmy nie zaszli. Mówię więc rzeczy niepopularne, i trudno. Jednak zdrajcami nazywano też paru innych facetów. W 1947 roku zdrajcą był Churchill, kiedy zgodził się na demontaż imperium brytyjskiego, które było nie do utrzymania. Tak samo zdrajcą był de Gaulle, kiedy oddał Algierię. W Egipcie krzyczano tak na Sadata, bo podpisał z nami pokój w Camp David. Zgadzam się jednak: moja postawa pociąga za sobą pewne, hmm… osamotnienie. Ciekawe, jak pan wytrzymywał we wspólnocie, w której nie zostawiono miejsca na życie prywatne? W ostatnim z opowiadań umiera idealista, który chciał, by cały kibuc mówił w języku esperanto – uniwersalnym, wolnym od supłów historii. Powtórzę, ile z tamtego kibucowego kolektywizmu, z tej utopii, zostało w izraelskiej mentalności? Czasami myślę sobie, że nic. Nic nie zostało. Wiadomo, to były dogmaty, ale niech mi pan wierzy, dzisiejszy Izrael to najbardziej indywidualistyczne społeczeństwo na świecie. Jeden w drugiego, sami mesjasze! Każdy zna się na wszystkim najlepiej i próbuje to narzucić innym. Wszyscy wrzeszczą i się przekrzykują, nikt nie słucha. Nikt nie chce słuchać. Tylko ja jeden słucham. Podsłuchuję. Siadam w ulicznej kafejce i nadstawiam ucha. Ludzie mówią, opowiadają sobie historie, gestykulują. Bardzo lubię ich słuchać. Potem powtarzam sobie w pamięci ich słowa, intonację. I mogę znowu pisać. Chętnie słucham plotek. Serio, literatura i plotka to kuzynostwo. Udają, że się nie znają, ale należą do jednej rodziny. Pijemy kawę. Walczę z magnetofonem, wycyganiam ołówek. Co robi w tym czasie Oz? Obserwuje mnie kątem oka, oczywiście. Jest anielsko cierpliwy, aż kusi, by wypróbować granice tej cierpliwości.

Polska nigdy nie będzie dla mnie normalnym krajem. Owszem, szedłem tymi łódzkimi ulicami i miałem nieodparte wrażenie déjà vu. Już tu kiedyś byłem, w pewnym sensie. A przecież dla nas to jest cmentarz. Odruchowo tak to odczuwamy Wczoraj czy przedwczoraj był pan w Łodzi. Doktorat honoris causa, przemówienia. Przyjemnie jest podróżować do Polski? Pytam, bo paru moich nowojorskich znajomych nie miało na to ochoty. Mówili: „A co w tej Polsce jest prócz kiełbasy i obozów śmierci?”. Byli niesprawiedliwi, ale dla mnie jest to objaw głębszego problemu. Można mieć mieszane uczucia. To znaczy? Podróż do Polski to trochę co innego niż – powiedzmy – podróż do Nowej Zelandii. Co pan ma na myśli? Polska nigdy nie będzie dla mnie normalnym krajem. Owszem, szedłem tymi łódzkimi ulicami i miałem nieodparte wrażenie déjà vu. Już tu kiedyś byłem, w pewnym sensie. A przecież dla nas to jest cmentarz. Odruchowo tak to odczuwamy. Mieszkaliśmy tutaj razem, Polacy i Żydzi, od tysiąca lat. Mój ojciec, naukowiec, opowiadał mi o zbieżnościach DNA obu grup. Z kolei przez ostatnie półtora stulecia mieliśmy rodzaj apartheidu. Ci byli swoi, tamci obcy. Mało wspólnego środka. Zagłada to przypieczętowała i jak to teraz zmienić? Zeszłego lata mój syn leciał z Amsterdamu do Nowego Jorku. Siedział obok chasyda w kapeluszu. Rozmawiali o filozofii, w pewnej chwili mój syn się pochwalił, że choć jest etnicznym Polakiem, dobrze zna Izrael, ma tam nastoletnich przyjaciół, spędzają razem wakacje raz tu, raz tam… A chasyd na to: „Żyd i Polak? To niemożliwe!”. Strasznie mało się dzisiaj znamy i nie bardzo chcemy się znać.


MALE HERO

Mówiłem już podczas tego pobytu, że jesteśmy, Żydzi i Polacy, jak małżeństwo. Takie może niezbyt szczęśliwe. I po rozwodzie. Bynajmniej nie jesteśmy sobie obcy. Mamy identyczne wyczucie ironii, autoironiczny humor. Drwimy z samych siebie, dobrodusznie, ale jednak Musimy zacząć właśnie od tych najmłodszych. Co roku w kwietniu przylatują do Polski tysiące izraelskich uczniów szkół średnich. Siadają w autobusy, odwiedzają Auschwitz i wracają do domu. Nie widzą innej Polski. Mówiłem o tym publicznie i pisałem, że wszelkie takie przyjazdy muszą obowiązkowo zawierać element spotkań z polską młodzieżą. Niech usiądą razem i porozmawiają. Niech opowiedzą o sobie. Niech się pokłócą nawet, ale niech rozmawiają. Inaczej będziemy nadal żyć tym, co było, a nie tym, co nas łączy. Albo staniemy się sobie obojętni. A co nas łączy według pana? Zdziwi się pan, jacy jesteśmy do siebie podobni. Mówiłem już podczas tego pobytu, że jesteśmy, Żydzi i Polacy, jak małżeństwo. Takie może niezbyt szczęśliwe. I po rozwodzie. Bynajmniej nie jesteśmy sobie obcy. Mamy identyczne wyczucie ironii, autoironiczny humor. Drwimy z samych siebie, dobrodusznie, ale jednak. Poza tym nosimy w sobie identyczne poczucie winy, do którego nigdy się głośno nie przyznamy. Uwielbiamy też, jedni i drudzy, użalać się nad sobą i swoim zbiorowym losem. Ci żydowskim, tamci polskim. Jest w nas – i tu, i tam – dziwne zamiłowanie do kłótni, do pieniactwa. Co najważniejsze, dostaliśmy wszyscy w prezencie, my i wy, za dużo historii. O wiele za dużo. I mamy po obu stronach nadmiar ludzi o zdecydowanych poglądach. Czyli fanatyków. Kim jest dla pana „fanatyk”? Opisywałem ich, oczywiście. Tytuł jednej z moich książek brzmiał „Jak uleczyć fanatyka”. Tak, da się. Rozpoznać

fanatyka jest łatwo. Tacy ludzie nie mają poczucia humoru, wyobraźni ani empatii, ale to wszystko głupstwo. Najgorsze, że fanatycy to altruiści. Chcą tylko naszego dobra. Naprawdę! Zapominają o sobie i właściwie nie mają swojego życia, bo całymi sobą chcą wpłynąć na nas, zmienić nas w pożądany sposób, przemeblować nasze życie. Są w tym niezmordowani. Jak we „Wśród swoich” przewodniczący kibucu, wojskowy. On naprawdę chce wszystkim nieba przychylić i aby tego dopiąć, nie cofnie się przed niczym. Jest pan mądrym człowiekiem, znakomitością, mnóstwo pan podróżuje, zabiera pan głos publicznie, wygłasza wykłady. Ja jednak mam wrażenie, że pana prawdziwe miejsce jest gdzie indziej. Gdzie? Chodzi panu o to, że mieszkam w peryferyjnej izraelskiej mieścinie? Mieszka pan na pustyni. Taki wybór? Mieszkam w miasteczku na skraju pustyni. Wstaję codziennie około piątej rano, kiedy jest jeszcze ciemno. Idę na długi spacer, godzinny, przez pustynię, która się budzi. Później wracam do domu, robię sobie pierwszą kawę i włączam radio. Zwykle trafiam na audycję, w której kolejny premier czy minister głośno wykrzykuje takie słowa jak „nigdy!” albo „zawsze!”. I wtedy ogarnia mnie pusty śmiech. Co znaczy ludzkie, polityczne „zawsze” wobec wieczności pustyni? Jakie to wszystko ma znaczenie? Pustynia przywraca mi poczucie skali. Będzie tutaj trwała nawet za 50 tysięcy lat. I o czym pan myśli na takim spacerze? Przetrząsam w myślach głosy innych ludzi. Te podsłuchane. Przypominam sobie poszczególne twarze. I zadaję sobie pytanie: co by się stało, gdybym był nie sobą, tylko nim albo nią czy nimi? Wyobrażam sobie innych ludzi, żeby o nich pisać, ale chodzi o jeszcze coś więcej. Powoduje mną ciekawość. Przemożna ciekawość. Jak to jest być kimś innym? Jak to jest być? Ciekawość bierze u mnie pierwszeństwo przed moralnością. Ciekawość to największa wartość. Podstawa wszystkiego. Dla mnie. To tyle. Pewnie musimy już się spieszyć? Amos Oz pyta o to w najciekawszym momencie rozmowy. Bynajmniej nie zaczynałem się wiercić. Sam uznał, że pora się wycofać do wewnętrznej pustelni. Nie pozostaje nic innego, jak pozbierać papiery. Pewnie tak. Szkoda. Bardzo dziękuję. Z tego wszystkiego zapomniałem o najważniejszym pytaniu. Chciałem pana zapytać o samotność. A o czym, myśli pan, rozmawiamy tu od godziny?


Port lotniczy

Szczecin Goleniów im. NSZZ Solidarność

Regul ar section of Szczecin Goleniów im. NSZZ Solidarnosc Airport Maga zine

Stały dodatek Portu Lotniczego Szczecin Goleniów im. NSZZ Solidarność


Dane teleadresowe / Airport Teleadress Data

INTERNET www.airport.com.pl www.facebook.com/SzczecinAirport Adres /Address Port Lotniczy Szczecin Goleniów Sp. z o.o. / Szczecin Goleniow Airport Ltd. ul. Glewice 1a, 72-100 Goleniów Tel.: +48 91 481 74 00 www.airport.com.pl Punkt Informacji Lotniskowej /Airport Information Point Tel.: +48 481 74 00 E-mail: info@airport.com.pl GG: 23336639 Centrum Obsługi Podróży /Travel Service Centre Sprzedaż biletów lotniczych i ofert turystycznych / Ticket selling point Tel.: +48 481 7505 Tel.: +48 784 7625 E-mail: biuropodrozy@airport.com.pl GG: 6364857

TAXI Airport Taxi Group Tel.: +48 91 481 7690 Dojazd samochodem / By car Z kierunku Szczecin – Trasa S6 i droga krajowa E28 / From Szczecin –S6 Expressway and E 28 road Z kierunku Koszalin – Trasa 6/E28 / From Koszalin –6/E28 road Z kierunku Gorzów Wielkopolski – Trasa S3 i E28/S3 / From Gorzów Wielkopolski –S3 Expressway and E28/S3 road Minibusy do / z Portu Lotniczego / Minibus

Koszalin / Kołobrzeg

AIR-TRANSFER.PL Rezerwacja biletów telefonicznie pod numerami / Tickets can be booked by Telephone: 512 370 778 502 323 396 +48 94 711 05 10 www.air-transfer.pl

Parking / Car Park Green ( tani wielodobowy ) Cennik / Car Park Fees Pierwsze 10 minut / First ten minutes

free

Do godziny / Up to 1 hr

5 PLN

Do 2 godzin / Up to 2 hr

8 PLN

Do 3 godzin / Up to 3 hr

9 PLN

Do 4 godzin / Up to 4 hr

10 PLN

Do 5 godzin / Up to 5 hr

11 PLN

Pierwszy dzień / First day

25 PLN

Drugi dzień / Second day

15 PLN

Trzeci dzień / Third day

15 PLN

Pierwszy tydzień / First week

89 PLN

Dwa tygodnie / Second week

124 PLN

Trzy tygodnie / Third week

150 PLN

Każdy następny tydzień / Every following week

20 PLN

*

Po opłaceniu w kasie automatycznej – 15 minut na wyjazd. After paying in an automatic cash machine you will be given 15 minutes to exit the parking. Dla pasażerów wylatujących czarterem turystycznym rabat 20% / 20% discount for passengers of tourist charter flights Przykładowe ceny po rabacie / Example fees with discount: postój 7 dni / 7 days parking – 72 PLN postój 14 dni / 14 days parking – 100 PLN

66

AN -JAN Rezerwacja biletów telefonicznie pod numerami / Tickets can be booked by Telephone: + 48 94 35 310 52 501 525 081 www.anjan.pl

Zaginiony bagaż /Lost & Found SZZ Airport Services Tel.: +48 481 7503

Szczecin/ Koszalin

INTERGLOBUS TOUR Tel.: +48 91 48 50 422 Fax.: +48 91 434 02 83 biuro@interglobus.pl Bus LOT Bus odjeżdża 15 minut po lądowaniu samolotu. Bilety do nabycia u kierowcy przed odjazdem autobusu – koszt przejazdu na trasie do/z Szczecina – 25 zł. Departure from the Airport to Szczecin: 15 minutes after landing. Bus Tickets available from driver before departure– ticket price to/from Szczecin: PLN 25 Ze Szczecina mikrobus odjeżdża spod biura LOT przy al. Wyzwolenia 17 – 90 minut przed wylotem (od 01.05.2012). Bilety do nabycia u kierowcy, rezerwacji można dokonać pod numerem telefonu: 504 188 737 Minibus departs from the LOT office in Szczecin (al. Wyzwolenia 17) 90 minutes before departure (from 01.05.2012) Bus Tickets available from bus driver can be booked by Telephone: 504 188 737

Parking / Car Park Red Cennik / Car Park Fees Pierwsze 10 minut / First ten minutes

free

Do godziny / Up to 1 hr

7 PLN

Do 2 godzin / Up to 2 hr

9 PLN

Każda następna godzina / Every following our

2 PLN

Pierwsza doba / First day

53 PLN

Każda następna doba / Every following day

30 PLN / day

After paying in an automatic cash machine you will be given 15 minutes to exit the parking.


CZARTERY 2013 / Charters 2013

KIERUNKI/DESTINATIONS 1) Kre ta – od 19/06/2012 do 18/09/2013 (Itaka) 2) Sh a rm El Sheikh – od 18/06/2013 do 22/10/2013 (Alfa Star, Exim Tours, Itaka, Sun&Fun) 3) Hurgh ada – cały rok (Alfa Star, Itaka, Exim Tours, Sun&Fun) 4) Anta lya – od 19/06/2012 do 25/09/2013 (Alfa Star, Itaka, Exim Tours, TUI) 1) Cre te – from 19/06/2012 to 18/09/2013 (Itaka) 2) Sh a rm El Sheikh – from 18/06/2013 to 22/10/2013 (Alfa Star, Exim Tours, Itaka, Sun&Fun) 3) Hurgh ada – whole year (Alfa Star, Itaka, Exim Tours, Sun&Fun) 4) Anta lya – from 19/06/2012 to 25/09/2013 (Alfa Star, Itaka, Exim Tours, TUI)

Szczecin

Antalya

Kreta / Crete

Sharm El Sheikh Hurghada

67


Rozkł ad lotów / FLIGHT schedule

L o n dy n S ta n s t e d | Rya n a i r

DNI TYGODNIA

ODLOT

Wa r s z awa | P L L L OT

PRZYLOT

NR. REJSU

Arrival

Flight number

11:25

11:00

FR2466/7

….5..

12:00

11:35

…...7

09:45

09:25

Week days

Departure

1.3....

TYP SAMOLOTU

Plane type

DNI TYGODNIA

ODLOT

Week days

Departure

737

12345..

05:30

FR2466/7

737

12345..

09:25

FR2466/7

737

12345..

19:30

1234... ....5..7

D u b l i n | Rya n a i r

Week days

Departure

ODLOT

PRZYLOT

Arrival

Flight number

NR. REJSU

TYP SAMOLOTU

1......

21:50

21:25

FR5322/3

737

….5..

22:25

22:00

FR5322/3

737

DNI TYGODNIA

Plane type

L i v e r p o o l | Rya n a i r

Week days

Departure

ODLOT

PRZYLOT

Arrival

Flight number

NR. REJSU

TYP SAMOLOTU

1......

22:10

21:45

FR7111/2

737

….5..

22:10

21:45

FR7111/2

737

DNI TYGODNIA

Plane type

E dy n b u rg | Rya n a i r

Week days

Departure

ODLOT

PRZYLOT

Arrival

Flight number

NR. REJSU

TYP SAMOLOTU

.2....

13:40

13:15

FR6616/7

737

.....6.

22:20

21:55

FR6616/7

737

DNI TYGODNIA

Plane type

B ris t o l | Rya n a i r

Week days

Departure

ODLOT

PRZYLOT

Arrival

Flight number

NR. REJSU

TYP SAMOLOTU

.2.....

20:30

20:05

FR9909/10

737

…..6.

09:50

09:25

FR9909/10

737

NR. REJSU

TYP SAMOLOTU

DNI TYGODNIA

Plane type

Osl o G a r d e r m o e n | N o rw eg i a n

DNI TYGODNIA

Week days

Departure

ODLOT

PRZYLOT

Arrival

Flight number

.2.....

12:50

12:25

DY1014/5

737

…..6.

12:45

12:20

DY1014/5

737

Plane type

Osl o T o r p | W i z z a i r

Week days

Departure

ODLOT

PRZYLOT

Arrival

Flight number

NR. REJSU

TYP SAMOLOTU

1...5..

10:00

09:35

W62159/60

A320

DNI TYGODNIA

Plane type

S tava n g e r | W i z z a i r

Week days

Departure

ODLOT

PRZYLOT

Arrival

Flight number

NR. REJSU

TYP SAMOLOTU

.2...6.

10:30

10:05

W62155/6

A320

DNI TYGODNIA

ilustracje: Niky 002 © fotolia.com

68

Plane type

PRZYLOT

Arrival

NR. REJSU

Flight number

TYP SAMOLOTU

Plane type

LO3940

Q400

09:00

LO3931/2

Q400

19:05

LO3935/6

Q400

22:45

LO3939

Q400

23:40

LO3940

Q400

.....6.

05:25

Q400

…..6.

09:25

09:00

LO3931/2

Q400

…...7

19:30

19:05

LO3935/6

Q400


AktuALNOŚCI / NEWS

Nowy ILS

Polska Agencja Żeglugi Powietrznej (PAŻP) podjęła decyzję o budowie na lotnisku Szczecin-Goleniów nowej radiolatarni DVOR/DME wraz z infrastrukturą techniczną oraz o wymianie pomocy nawigacyjnej ILS/DME. Zezwolenie wydane przez wojewodę zachodniopomorskiego umożliwi realizację wspomnianych inwestycji.

– Nowy ILS nabywany przez PAŻP może pracować w dowolnej, nawet najwyższej kategorii. Podniesienie kategorii systemu wymaga szeregu inwestycji leżących w większości po stronie zarządcy lotniska. Koniecznym warunkiem podniesienia kategorii ILS na szczecińskim lotnisku jest szereg zmian w infrastrukturze lotniskowej. Zmian wymagają m.in. świetlny system podejścia obwiednia trajektorii lotu, zatoki oczekiwania, znaki pionowe miejsca oczekiwania przed drogą startową, obiekty na pasie drogi startowej, wymagania dotyczące ograniczania przeszkód, światła osi drogi startowej, światła końca drogi startowej, oznakowanie miejsca oczekiwania przed drogą startową, zasilanie rezerwowe, poprzeczki zatrzymania, światła osi drogi kołowania, światła progu, światła strefy przyziemienia. Zmian wymagać będą również granice stref krytycznej i wrażliwej ILS – powiedział na łamach portalu „Rynek Infrastruktury” Grzegorz Hlebowicz, rzecznik prasowy PAŻP. PAŻP chce także uniknąć niedogodności związanych z wymianą systemu, dlatego podzielił realizację tej inwestycji na dwa etapy. – W  pierwszym etapie realizacji inwestycji, od końca bieżącego roku, zostanie zbudowana nowa radiolatarnia DVOR/DME. Prace budowlane zakończą się w 2013 roku, a wdrożenie operacyjne DVOR-a  nastąpi wiosną przyszłego roku. W  drugim etapie, od wiosny 2014 roku – to jest w czasie, gdy operacje lotnicze będą wykonywane w oparciu o nowe urządzenia DVOR/DME – nastąpi wyłączenie obecnie używanego systemu ILS – wyjaśnił Hlebowicz. Nowy ILS/DME będzie zainstalowany do końca sierpnia 2014 roku, a  operacyjnie zostanie oddany do użytku w  październiku 2014 roku.

fot.: Datarec/sxc.hu

na lotnisku w 2014 roku en

New ILS at the airport in 2014 The Polish Air Navigation Services Agency (PANSA) has decided to equip Szczecin-Goleniow Airport with a new DVOR/DME radio beacon together with the necessary technical infrastructure and to exchange the local ILS/DME navigation assistance system. The realization of the investments will be possible thanks to the permit of the Voivode of West Pomerania. “The new ILS bought by PANSA can work in any category, even the highest one. Upgrading the category of the system requires a series of investments mainly on behalf of the airport administrator. A  prerequisite for upgrading the ILS category at the airport in Szczecin is a number of modifications in the airport infrastructure. Among others, changes are needed in the following areas: the approach landing system, the trajectory envelope, holding bays, signs of holding positions in front of the runway, objects located in runway strips, requirements connected with the reduction of obstacles, lights along the runway axis, lights at the end of the runway axis, markers of holding positions in front of the runway, emergency power supply, stop bars, lights along the taxiway axis, threshold lights and lights in the touchdown areas. Also the borders of the critical and sensitive areas of ILS will have to be changed,” said the spokesman for PANSA Grzegorz Hlebowicz on the website “Rynek Infrastruktury”. What is more, PANSA wants to avoid all the inconveniences connected with the replacement of the system and decided to divide the investment into two stages. “The first stage of the investment realization, starting with the end of the current year, will include the installation of the new DVOR/DME radio beacon. The building works will end in 2013, and the implementation of DVOR will take place in the next spring. The second stage will start in the spring of 2014. Then, all the airport operations will be already performed on the basis of the new DVOR/DME devices. This stage will consist of turning off the current ILS system,” said Hlebowicz. The new ILS/DME system will be installed by the end of August 2014 and put into operation in October 2014.

69


AktuALNOŚCI / NEWS

AWIO FOBIA

Na samą myśl o locie samolotem ściska cię w żołądku? Zmieniasz wakacyjne plany, by tylko uniknąć powietrznej podróży? Podpowiadamy, jak pokonać strach przed lataniem.

L

atanie – dla niektórych wizja raju, dla innych absolutne piekło. Dlaczego tak się dzieje? Czasami powodem jest lęk wysokości lub klaustrofobia, a czasami zwykła nieufność wobec technologii: w powietrzu jest się przecież zdanym jedynie na umiejętności pilota. Statystycznie ujmując, latanie jest najbezpieczniejszą formą transportu. Na przykład w  Stanach Zjednoczonych w  2000 roku w  wyniku wypadków drogowych zginęło 41 800 osób w  porównaniu z  878 ofiarami wypadków lotniczych. Ale niezależnie od statystyk wielu ludzi boi się latać zwłaszcza od czasu ataku terrorystycznego w Nowym Jorku z 11 września 2001 roku. Uczucie stresu związanego z planowaną podróżą pojawia się zwykle już na kilka tygodni przed lotem. Lęk jest złym doradcą, dlatego nie można pozwolić, aby zakłócił przyjemność podróżowania, poznawania nowych zakątków świata czy odbywania niezbędnych podróży służbowych. Poniżej garść wskazówek, które pomogą lepiej zrelaksować się w czasie podróży. 1. Zapoznaj się dobrze z procedurą odprawy biletowo-bagażowej. Dzięki temu szybciej i sprawniej przejdziesz przez kolejne

70

etapy na lotnisku i unikniesz niespodzianek. 2. Jeśli jest to możliwe, w swoją pierwszą podróż postaraj się polecieć z  osobą towarzyszącą, dzięki czemu poczujesz się o wiele bezpieczniej. 3. Czasem dobrze jest pojawić się na lotnisku jeszcze wcześniej niż zalecają to linie lotnicze – im więcej czasu spędzisz w porcie, tym bardziej przywykniesz do panującej tam atmosfery. 4. Aby czuć się komfortowo przez całą podróż, pamiętaj o wypoczynku przed lotem. Na czas podróży wybierz wygodne ubrania, które nie będą krępowały ruchów w samolocie. 5. W czasie lotu nie powinno się podtrzymywać negatywnych myśli – relaks ponad wszystko. Zabierz ze sobą na pokład interesującą książkę, posłuchaj muzyki, porozmawiaj z sąsiadem. 6. Jeśli strach jest nie do wytrzymania, warto czasem zasięgnąć opinii lekarza. W  niektórych przypadkach zaleca się zażycie łagodnych środków uspokajających, które pozwolą zrelaksować się nie tylko przed, ale i w czasie naszej podróży.■


AktuALNOŚCI / NEWS

"

Statystycznie ujmując, latanie jest najbezpieczniejszą formą transportu.

"

en

AEROPHOBIA Do you feel the twinge of fear at the very thought of a flight? Keep changing your holiday plans just to avoid the air travel? Let us propose some methods for overcoming the dread of flying. Some people consider flying a  heavenly experience, for others it is absolute hell. Why is that? Sometimes the reason behind the aversion to planes is a fear for heights or claustrophobia, or even plain distrust towards technology: after all, people in the air are dependent only on the skills of the pilot. Statistics say that planes are the safest means of transport. For example, in 2000 in the US, 41,800 people died in car accidents in comparison with 878 victims of flying accidents. But regardless of the statistical analyses, many people have become scared of flying since the September 11 attacks in New York. Stress connected with our journey appears usually already a several weeks before the flight. But fear makes a  poor adviser, which is why we cannot let it shatter the pleasure of travelling, seeing new

parts of the world or going on necessary business trips. Here are several tips on how to better relax during our journey. 1. Make yourself well-acquainted with the check-in procedure so that you can avoid nasty surprises and pass through all the subsequent stages at the airport more quickly and efficiently. 2. If possible, take a partner with you for your first air travel. This will make you feel much safer. 3. It is sometimes worth coming to the airport even earlier than recommended by the airlines – the more time you spend in the place, the more accustomed you become to its atmosphere. 4. In order to feel well during the whole journey, remember to take a rest before the flight. Wear comfortable clothes that will not restrict your moves on the plane. 5. You should push aside all the negative thoughts during the flight – relaxation is the most important. Take an interesting book with you, listen to some music, talk to your neighbour. 6. If the fear is unbearable, perhaps it is worth asking a doctor for advice. Sometimes passengers are recommended to take gentle tranquilizers, which help them relax not only before but also during the journey.■

71


DESTYNACJE / DESTINATIONS

Atrakcje Skandynawii

fot.:Torepaul/sxc.hu

Niesamowite krajobrazy, przejrzyste powietrze, na południu plaże i fiordy na północy od dawna przyciągają turystów i artystów. To właśnie oferuje Norwegia.

N

ie sposób wymienić wszystkich miejsc, które warto zobaczyć wybierając się w podróż do Norwegii. Dlatego na zachętę wymieniamy 5 topowych atrakcji, które mogą być przyczynkiem do dalszej eksploracji fascynującej Skandynawii. 1. Fiordy Norwegii Fiordy to chyba pierwsza myśl, która przychodzi do głowy w kontekście rozważań o  Norwegii. Widoki stromych skał i  morskich zatok wdzierających się w  głąb lądu zapierają dech w  piersiach. Turyści już od XIX wieku najczęściej wybierają rejs po Geirangerfjordzie, który jest na tyle głęboki, że wpływają do niego pełnomorskie statki. Turystów na ląd przewożą z nich małe łodzie. W trakcie rejsu można zobaczyć szereg wodospadów, m.in. słynny De Syv Søstre (Siedem Sióstr).Warto wybrać się także w rejs po najdłuższym fiordzie Norwegii – Sognefjordzie liczącym 204 km, który ciągnie się aż do podnóża gór Jotunheimen. Warto wybrać trasę, która dociera do jego odnóg, przede wszystkim do Nærøyfjordu, który to jest jednym z  najwęższych fiordów Norwegii. Fiord ten, podobnie jak Geirangerfjord, został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i  Przyrodniczego UNESCO. 2. Oslo Podróżując po Norwegii warto odwiedzić jej stolicę. W centrum warto odwiedzić twierdzę Akerhus, Operę, Muzeum Muncha i Park Vigelanda. Na półwyspie Bygdøy z kolei Muzeum Kon-Tiki, Ludowe i Łodzi Wikingów.

72

3. Lodowiec Dla spragnionych aktywnego wypoczynku dobrym pomysłem może być wędrówka po lodowcu. Najpopularniejsze są organizowane po jęzorach Briksdalsbreen i Nigardsbreen (części Jostedalsbreen, największego lodowca kontynentalnej Europy). Na wędrówkę taką można się wybrać jedynie w asyście doświadczonego, lokalnego przewodnika. Nie można zapominać, że lodowce są w stałym ruchu i pod pokrywą śniegu tworzą się głębokie na kilkadziesiąt metrów szczeliny. Niezbędny sprzęt, czyli raki, czekany i liny, wypożycza się u organizatora. Nie można zapomnieć o dobrym, górskim obuwiu. 4. Parki Narodowe W Parkach Narodowych, do których – co ważne – wstęp jest bezpłatny, można nie tylko podziwiać piękno norweskiej przyrody, ale przede wszystkim aktywnie spędzać czas. Jednym z najczęściej odwiedzanych jest Jotunheimen Nasjonalpark, powstały w  celu ochrony dzikiego górskiego krajobrazu. Można tu spotkać stada reniferów, łosie, rosomaki, jelenie i rysie. Właśnie w Górach Jotunheimen znajduje się najwyższy szczyt Norwegii – Galdhøpiggen (2469 m n.p.m.). Wysokie partie gór są pokryte czapami lodowców, których skalę obrazuje nazwa – Jotunheimen znaczy Dom Olbrzymów. 5. Trasy samochodowe Podróżując samochodem warto wybrać Drogę Atlantycką, przez wielu uważaną za najpiękniejszą trasę samochodową na świecie.


fot.: Lilja/sxc.hu

fot.: Vicbuster/sxc.hu

DESTYNACJE / DESTINATIONS

Wybierając tę drogę zagłębimy się w ocean przemierzając szkiery i maleńkie wysepki. Przemierzając Norwegię nie sposób nie odwiedzić jednej z najpopularniejszych atrakcji turystycznych, czyli Drogi Trolli – Trollstigen. Wąska i stroma droga o nachyleniu 12 %, z jedenastoma ostrymi zakrętami jest bardzo spektakularna. Jej historię można poznać w muzeum ulokowanym na jej szczycie. Wyloty Szczecin – Oslo: Lotnisko: Oslo Gardermoen Linia lotnicza: Norwegian/każdy wtorek i sobota Lotnisko: Oslo Torp Linia lotnicza: Wizz Air/każdy poniedziałek i piątek Więcej szczegółów dotyczących podróży oraz zakupu biletów można uzyskać dzwoniąc na infolinię (91) 481 74 00 lub na stronie internetowej: www.norwegian.com oraz www.wizzair.com. ■ en

Attractions of Scandinavia Magnificent sceneries, crystal-clear air, beaches in the South and fjords in the North have attracted tourists and artists for a long time. This is what Norway has to offer. It is impossible to list all the places worth visiting while on a journey to Norway. So as words of encouragement, we have chosen 5 top attractions that may serve as an incentive to further explore the fascinating Scandinavia. 1. Norwegian fjords Fjords are probably the first thing that comes to mind in the context of Norway. Views of steep rocks and sea bays cutting into the land take one’s breath away. Already since the 19th century, tourists have been choosing most often the trips around the Geirangerfjord, which is deep enough for ocean-going ships. Passengers are taken ashore in small boats. During the trips, one can see a number of waterfalls, for example the famous De syv søstrene (the Seven Sisters). It is also worth going on a  trip around the longest Norwegian fjord, the 204-kilometre Sognefjord, which stretches all the way to the feet of the Jotunheimen Mountains. We recommend taking a route that leads to one of its branches, especially to the Nærøyfjord, which is one of the narrowest fjords in Norway. Similarly to the Geirangerfjord, the Nærøyfjord is included on UNESCO’s World Heritage List. 2. Oslo When in Norway, one should visit its capital. In the centre, the most interesting attractions are the Akershus Fortress, the Opera

House, the Munch Museum and the Vigeland Park. The spots one should visit on the Bygdøy Peninsula include the Kon-Tiki Museum, the Norwegian Museum of Cultural History and the Viking Ship Museum. 3. Glacier Tourists craving for active leisure may find hiking on a glacier a good idea. The most popular trips are those on the tongues of the Briksdalsbreen and Nigardsbreen (a part of the Jostedalsbreen, the largest glacier in continental Europe). But one should set on such a trip only with the assistance of an experienced local guide. It has to be remembered that glaciers are in continuous motion and that several-metres deep crevasses are formed under the snow cover. Tourists can rent the necessary equipment (climbers, ice axes and ropes) from the organizer. And they should not forget about strong, mountain shoes. 4. National parks In national parks, which – most importantly – can be accessed for free, tourists can not only admire the beauty of Norwegian nature, but also spend their free time actively. One of the most often frequented parks is Jotunheimen Nasjonalpark, established in order to protect the wild, mountain landscapes. Here, you can meet herds of reindeer, moose, wolverines, deer and lynx. It is exactly in the Jotunheimen Mountains that the highest Norwegian Peak is located – Galdhøpiggen (2469 m). High parts of mountains are covered with ice caps, whose enormous scale is depicted by their name – Jotunheimen means “the Home of the Giants”. 5. Routes Travelling around Norway by car, one should choose the Atlantic Road. It is considered by many the most beautiful road trip in the world. The Atlantic Road leads us into the ocean via skerries and small islands. There is one more thing tourist simply must see in Norway – a  very popular attraction known under the name of the Troll Ladder (Trollstigen). This narrow road with the steep incline of 9% and eleven sharp bends is very spectacular. The museum located at its end tells the history of the road. Departures Szczecin – Oslo: Airport: Oslo Gardermoen Airline: Norwegian/each Tuesday and Saturday Airport: Oslo Torp Airline: Wizz Air/each Monday and Friday For more details on the travel or ticket purchase call the helpline (91) 481 74 00 or visit the following websites: www.norwegian. com and www.wizzair.com. ■

73


AktuALNOŚCI / NEWS

Lotnisko w obiektywie

Zdjęcia / Photos: Mariusz Basiak (mariusz@basiak.com) Autor jest kontrolerem ruchu lotniczego. Od 2001 roku pracuje na lotnisku w Szczecinie-Goleniowie. The author is an air traffic controller. He has been working on the Szczecin-Goleniów Airport since 2001.

74


LUXURY APARTMENTS for rent in Sopot & Gdansk tel. + 48 535 585 055 e - ma il: sopot@imp erial-ap artmen ts.com www.imperia l-ap artmen ts.com


Uwolnij się od codzienności

Uwolnij się od codzienności Skorzystaj z jesiennej promocji i ciesz się wspólnie z bliskimi z 30% rabatu na pobyt w Sopocie. Bo życie jest lepsze, gdy je z kimś dzielimy. Dowiedz się więcej na www.sheraton.pl/sopot lub zadzwoń 58 767 1600

już od

291PLN

za dobę

Sky surfer o8 2013  

Szcecin-Goleniów Airport Magazine.

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you