Issuu on Google+


Anna Malinowska


2


Jeden zwykły dzie . Pewnego dnia p kło niebo. Zrobiła si szczelina. Metaliczny blask w formie tasaka przeci ł cał wy yn . Hrabina podniosła wzrok znad kowadła. Srebrny młoteczek zawisł nieruchomo. To ju drugi raz w tym tygodniu, pomy lała. Lutownica jest w kotłowni, nie teraz, pomy lała. Źoko cz najpierw Melani . Szybko wi c wyklepała do ko ca bol ce halluksy Melanii, zdj ła ostro nie jej mał , pokryt łuskami stop z kowadła i odło yła na wacik kosmetyczny. Kowadło to spadek po dziadku hrabiny. Źobra rzecz. Tak naprawd słu yło tylko do jednego celu, do klepania głupot. Rzecz nader powa na u von Skrzatów. Klepanie maj w genach, to i obowi zek jak i wielka przyjemno ć. Hrabina Anna von Skrzat miała wiele przymiotów, jak i przedmiotów. Niezrównanie skakała na skakance, najzr czniej ze wszystkich dobijała ranne ptaszki o poranku, sw podr czn miserikordi . Kochała si w misternych przedmiotach pierwszej i szesnastej potrzeby. Wszystko ma swój cel, widziała o tym. Przed niadaniem lubiła si przechadzać korytarzami swego zamku, niezliczone galerie, kru ganki, słyszały stukot jej obcasów. źcho niosło si po sklepieniach, odbijało matowo od wielkich drzwi, zalegaj c w ko cu w cynowych nocnikach, nieu ywanych od dawna, zaro ni tych morsk traw i tymiankiem. Cisza rozlewała si jak mokra kołdra. Hrabin przechodził w takich momentach dreszcz szcz cia. Szła wi c do omszałej łazienki, i dwie godziny czesała włosy. Były rzadkie. Było ich szesna cie, rozdzielone równo przedziałkiem. Wymagały uwagi i piel gnacji. Hrabina nie była zbyt urodziwa, ale za to czaruj co kosiła trawnik w butach do konnej jazdy. ycie miłosne hrabiny… któ je zna. Tylko nocne ćmy i pos pne kandelabry odbijały w sobie trzepot jej serca. Żakt, cierpiała na arytmi . Czasami tak dygotała, e a musze gówienka odpadały ze starych portretów. Moje zdj cia, moje wspomnienia… mruczała, zbieraj c musze odchody. Bo to wcale nie tak. Powiem wam jak… Czasami hrabina nie mogła spać. Wyci gała wtedy z szafy biał kołdr po prababci, wtulała si w ni dokładnie, w jej zat chły, dusz cy odór minionych wieków. Lubiła te chwile. Ciemno ć, ćmy, zaduch i błysk fleszy. Wpatrywała si w ciemno ć i zaczynały napływać obrazy. Wyłaniały si krzywe 3


linijki, zastygłe w ta cu pomidory, upadłe gwiazdy walaj ce si bezładnie po trawniku, jakie laczki wujka źrnesta, ka dy z fantazyjnym monogramem… formy do ciasta i formy bez tre ci. rodek nocy. Wtedy przylatywały wielkie, powa ne ćmy w okularach przeciwsłonecznych. Przysiadały na oderwanych tapetach, wyci gały z kieszeni male kie cyfrówki i zaczynały robić zdj cia. W stron hrabiny błyskało tysi ce małych gwiazdek. Od tysi cy fleszy uwalniały si z tapet wolne elektrony. Podmuchy wiatru unosiły je przez okno, w dal, do wsi, za ko ciół, dalej, za przystanek pekaesu… do wielkiego miasta, gdzie ruch i wielkie mo liwo ci. W tak bezsenn noc powstawały setki zdj ć, male kich jak ziarnka piasku, ale za to o znakomitej rozdzielczo ci. Ćmy naklejały je pó niej na portretach przodków. Powstała poka na kolekcja. Źuma hrabiny i wszystkich jej krewnych. Von Skrzatowie potrafi cenić sztuk . Ale nie tylko owady mieszkały z hrabin . Na lewo od hu tawki, w pi tej, wschodniej wie y zamieszkał pewien Puchacz. Najpierw spogl dała na niego podejrzliwie, ale kiedy wleciał do kominka, wytkn ł głow i zawołał: — a kuku!! — odetchn ła z ulg . — To swój — pomy lała. Puchacz jak ka dy milczek był nami tnym gaduł . Uwielbiał kurz i kółka dyskusyjne. Tak sie zapalał w dyskusji, e szumem skrzydeł rozwiewał hrabinie szesna cie misternie uło onych włosów. Nie gniewała si , te ma swoje pasje i wie jak to jest. Puchacz był skryty, co mo na było dostrzec po awanturniczym charakterze, skrywanym za soczewkami w biedronki. Był kiedy zraniony, i troch to było widać i czuć. Pod piórkami nosił kołnierz ortopedyczny na biodrach. Ka dy jest, jaki jest, hrabina to wiedziała i nie zagl dała puchaczowi do dzioba. Źla wszystkich starczy miejsca. Amen.

4


5


Puchacz uchacz uwa a si za materialist , za pragmatyka. Lubi porz dek i czyste szkło. Mówi, e jak co jest napisane, to tak ma być i bastaĄ Wierzy w słowo pisane i malowane, koniecznie zakurzone. Czysta, nowa ksi ka to bubel. Hrabina doskonale to rozumie. No i liczy, ci gle liczy… Przed pi t wie

rosn

dwie olbrzymie jarz biny, mutanty z Andaluzji. Co miesi c, Puchacz dokonuje inwentaryzacji jarz binowych li ci. Liczy wszystkie skrupulatnie, i bardzo si denerwuje ka d pomyłk . Kulki jarz bin te liczy, ale e nie za bardzo rozró nia kolory, to myl mu si kulki z li ćmi, i wtedy wpada naprawd w szał. W szale wytr ca z siebie kurz. żubi go wiele, a wraz z nim urod i presti … Potem czuje si nieswojo, jak nagi, taki czysty i wie y... Zawstydzony, bo odkurzony. Hrabina dyskretnie podpisała z Sowa Uszatk umow o dzieło, by policzyła kulki jarz bin i w ten sposób odci yła Puchacza. Hrabina wytłumaczyła Puchaczowi jak umiała, e to zbyt prozaiczne zaj cie jak na jego talent. Spojrzał, pomy lał, odkaszln ł i powiedziałŚ — dobrze A wszystko przez jego gor ce serce, kiedy obite bole nie gumowym młotkiem. Puchacz mózgowiec… hmm… To wszystko pozory. Czasami widać go, jak noc kr y bez celu po granatowym niebie. Zatacza kółka nad zamkiem, gubi c przy tym osobiste zapiski. Hrabina zbiera je rano, i nadziewa na szara nitk . Nic nie mo e zgin ć u von Skrzatów. Puchacz, w takie noce potrafi znikn ć. Widuj go nietoperze, jak u s siadów na dachu, przytulony do anteny telewizyjnej, wsłuchuje si w brazylijskie seriale i szlocha bezgło nie. Ogromne łzy spływaj po upierzonej piersi. Nawet nietoperzom robi si jako nijak wtedy, chocia twarde s , bo z górniczego rodu pochodz . Puchacz potrafi zastygać przy antenie na całe godziny. Marzenia o ksi niczkach, uroczych podwieczorkach, kwiatkach kwitn cych pod oknem, które podlewa rankiem ukochana Puchaczowa, a on z u miechem wyciera sobie dziób serwet ….

6


Nadchodz cy ranek rozmywa jego zbolałe ciało w szaro ci. W ko cu zasypia zm czony na obcym dachu. Rankiem wlatuje przez kuchenne okno, ponury jak gradowa chmura, zastaj c hrabin przy niadaniu. Siada na por czy krzesła i patrzy, raz w prawo raz w lewo, na hrabin , na prawy pazurek… wyjmuje notes i co mamrocze, e czasu tak mało, a tyle dzi do zrobienia… w ko cu zastyga i zerka na hrabin . A hrabina wie, e ju czas… idzie po cierk , t czarn w seledynowe trumienki i spokojnie wyciera Puchaczowi mokre piórka. e niby w nocy padało… —Tak, tak… oczywi cie, wiem

odpowiada hrabina.

— Słyszałam ze wichura pozrywała wszystkie kłódki w hrabstwie. Potrafi si dogadać, w ko cu to rodzina. Hrabin bol te nocne eskapady Puchacza, ma swój dom, a lata do obcychĄ Nawet zamówiła ju anten telewizyjn na allegro, i zaleciła wykonać przytuln budk na dachu, by ju nigdzie nie latał. Przezi bi si i b dzie marudził. Ju tak było kiedy … A to much mu przynie … — a dlaczego to okno jest w tym miejscu? — i gdzie do diabła s moje ulubione seledynowe klamerki?Ą I tak dalej… Hrabina jest cierpliwa, prawd mówi c ma do niego wielk słabo ć. żdy si tak awanturuje, wystarczy go łagodnie pogłaskać po brzuchu, natychmiast si uspokaja, oczy zachodz mu kurzem, otwiera dziob i… zasypia. Kupiła mu wideo i kolekcj filmów fantasy. Te je lubi. Siadaj wieczorami przed lustrem i ogl daj filmy, bawi si przy tym jak dzieci. Puchacz nawet hrabin za warkocz poci gnie, a hrabina go za ogon i tak sobie yj . Czasami hrabin przygniata bazaltowy wiatr, i wszystko zastyga. Odchodzi wtedy na wrzosowiska. pi pod kurhanami, a niebo rozpada si na kawałki. Tak ma. Puchacz, chocia szalenie zaj ty, potrafi wtedy rzucić wszystko i szukać hrabiny po wrzosowisku. Szuka tak długo a znajdzie. Opada powoli na ziemie by hałasu nie robić. Siada w kucki przy skamieniałej hrabinie i dyskretnie wciska jej w biał dło , star wyrobion piecz tk . — To moja ulubiona

mamrocze.

— Jest dla ciebie. — Chod my do domu, hrabino… bo tak jako pusto w kuchni, i trumienki na serwetce zaczynaj bez ciebie znikać…. Hrabin chwyta wzruszenie, nic nie mówi, ale jest Puchaczowi bardzo wdzi czna. Obejmuj si w pasie i szuraj c nogami wesoło wracaj do zamku. 7


8


Melania Melania nie miała zachcianek, adnych. Wszyscy miewaj zachcianki, nawet szyszki, ale ona nie miała. Melania, szyszka patago skiej sosny, tkwiła na parapecie okna, wtulona w waciki kosmetyczne, nieustannie zapatrzona w pejza za szyb . Pejza morski oczywi cie. Patrzyła na morze wzburzone, szumi ce, lub gładkie jak skóra pi cej foki. Zupełnie nie przeszkadzał jej fakt, e morze wyschło ju dawno temu. Suche czy mokre, morze to zawsze morze. Oczy Melania miała ogromne, błyszcz ce, zasnute mgł . Matowiej ce codziennie coraz bardziej i bardziej. W ko cu przepływaj ce chmury przestały si w nich odbijać, i oczy Melanii zacz ły przyci gać mgł . Tak si działo w pa dzierniku. Źokładnie - pi tnastego. Źlaczego pi tnastego? Tego si Hrabina Anna von Skrzat herbu Pompon nigdy nie dowiedziała. Tego dnia nast pował nieznaczny ruch. Łuski na obfitej piersi Melanii zaczynały trzeszczeć. Pier falowała gwałtownymi westchnieniami. Male kie, zasuszone nasionka wypadały spod pach Melanii i toczyły si bezgło nie. Z parapetu na podłog i pod globusy, po porozkładanych mapach, wsz dzie, a pod drzwi i za wiadro. Mamrotała wtedy ledwo dosłyszalne słowaŚ — kiedy to było zlodowacenie… a teraz, co?... to ju tyle lat… e usta jak nó silne i zimne… Patagonia… tumany kurzu… kobieta albatros… pami tasz uzdrowisko w Andach?…. — chlorofil tak t tnił w yłach… ar łuski …kiedy ….. Pi tnastego pa dziernika, hrabina udawała, e jej nie ma. Wła ciwie nie musiała zbytnio udawać. Siedz c na podłodze, na wielkiej mapie wiata, dokładnie na Oceanie Lodowatym, grała w karty sama ze sob . Nawiasem mówi c, jeszcze nigdy nie wygrała. K tem oka obserwuj c Melani , razem z ni w drowała po niewyra nych zboczach argenty skich Andów i pachn cych ywic uczuciach. Szyszka Melania jest wysoko urodzona, zdaje si na wysoko ci 2500 metrów nad poziomem morza. żóralskie pochodzenie widać było po silnej budowie ciała i dumnej posturze. Otyło ć i pewna zmysłowo ć wieku dojrzałego, dodały Melanii mi kko ci i szlachetno ci. Pulchne białe dłonie i pełne usta, mówiły same za siebie. ycie Melanii musiało być bujne i pełne gwałtowno ci. Pi tnastego pa dziernika 9


potrafiła rozszarpać trzy waciki kosmetyczne, jeden po drugim, w jakim nieobecnym zapami taniu. Siedem lat temu uderzyła si nawet prawa r k w biodro, tak silnie, e a hrabina upu ciła asa kier. Co małego wyfrun ło wtedy spod szesnastej łuski od dołu szyszki. Male ki papierek opadł na Źonieck. Źo ć daleko od hrabiny, wówczas grała, le c na Pustyni żobi. Miała nia k z Mongolii, i sentyment pozostał. Hrabina od niechcenia przeczołgała si na zachód, i znad kart zerkn ła na papierek. Buenos Aires, 15 pa dziernik 1815 rok przed Kaktusem, „Opera za trzy bambosze” Bilet do opery, wypisany zielonym atramentem, bardzo wyblakły. Hrabina zadumała si . Nigdy nie była w operze. Von Skrzatowie zanikaj w odległo ci 22 kilometrów od domu. I tak, le c, podło yła dłonie pod brod i zapatrzyła si w Melani . Na dramat, którego nigdy nie pozna. W bladym wietle pa dziernika dostrzegła resztki pazłotka na paru łuskach i zardzewiały kolczyk zawieszony pod kolanem lewej nogi. Ledwo widoczny, w kształcie płon cego zeppelina. Zeppelin trzymał w pysku ró , kiedy zapewne karminow . Mo e była stewardes ?

pomy lała hrabina…

Hrabina podczołgała si bli ej u usiadła na wyspie Togo. Melania była analfabetk . Liczyła specyficznie, przewa nie na łut szcz cia. żdy przybyła miała tylko trzy rzeczy: dwumetrowe cygaro, ksi k i baletki. Cygaro wypaliła na pla y, baletki zawsze miała nało one na szyszkowe stopy. Prawdopodobnie nosiła je od urodzenia, bo miały poka ne rozst py. Ksi ka natomiast to zagadka. Zaraz po przybyciu do sali globusów, wsun ła j bez słowa za wiadro i nigdy pó niej nie powiedziała słowa na ten temat. Hrabin intrygowała ksi ka, niestety wrodzona kultura i krótkowzroczno ć nie pozwalały jej nic dostrzec za wiadrem. Okulary zgubiła hrabina na wrzosowiskach, a soczewek arystokracji nosić nie wolno. O kulturze hrabina nie miała poj cia, bo si z ni urodziła. Co 16 lat… Melania z oci ał stanowczo ci spadała z parapetu i turlała si przez cał sal , wtaczała za wiadro i znikała na całe dnie. Tak si bez niej dłu yło, i tak było cicho bez milcz cej Melanii. Hrabina kładła si wtedy na Rowie Oceanicznym i zasypiała. Obudził j blask. Przed ni stała wyprostowana Melania, z twarz tak pi kn , e hrabina z wra enia doznała skurczu serca i barku. Ciało Melanii wydawało si młode i stare zarazem. źmanowała jednocze nie pi knem zachwycaj cej toporno ci i cudownej 10


eteryczno ci. Była prosta i skomplikowana. Wyniosła i skromna. Źaleka i bliska. I nagle, przykładaj c lew dło do piersi, zacz ła piewaćŚ Ma ziemia pachn ca rodzi dumne pn cza Orderami pokryta traw kraina l ni ca Z wiatrem wysokim płyn kondory Wokół masztów sosen splataj c k dziory Bujne rozlewiska i ogromne miasta Niejedna si szyszka za nie pochlasta Pochlasta, pochlasta Sta, sta Ojczyzna ma dzika krwi histori spływa Tatua wielkiej chwały ciało jej pokrywa Honor i cierpienie utwardziły jej suknie Od smutnej emigracji niech mi serce huknie Huknie, huknie Nie, nie Argenty skie zapałki płon ły na stosach Z p sow ró

w ogolonych włosach

Inkwizytorzy prezydenci i ziarnka fasoli Sztandary nie li przez wieki niedoli Niedoli, niedoli Oli, Oli Ma miło ć została daleko pod niebem Pozostał mi smalec pomazany chlebem Cudowna miło ć zdrewniała na wióry Oto spowied bolesna argenty skiej córy Córy, córy Óry, óry

11


Korkoci gi kurzu zamarły w powietrzu wraz z ostatnim d wi kiem. Melania z wyczuciem pochyliła głow na piersi, jednocze nie drug dło kład c na pierwsz . W tym był styl, i to wielki styl. Hrabina oniemiała, i pierwszy raz w yciu po ałowała, e nie ma ojczyzny ani prezydenta. Blask i łagodne rozmarzenie bij ce od Melanii sprawiło, e serce hrabiny zacz ło gwałtownie bić. Hrabina z wielk moc zat skniła za wrzosowiskiem i kurhanem, za miejscem spotka z Puchaczem. Za jego spłoszonym wzrokiem, mi kkim puchem pod piórami i ostrymi szponami. Oczy zaszły jej mgł i u miechn ła si pod w sem. — Metale kolorowe le znosz oschło ć pontonów… dobiegł jakby z oddali głos Melanii. Szyszka Melania stała zadumana na wielkiej mapie wiata, na zielonej plamie Amazonii. W zieleni było jej do twarzy. — Tutaj… dotkn ła czubkiem baletka ciemnozielonego miejsca na mapie… zagin ł luksusowy transatlantyk „Wercyngetoryks”. Płyn li nim wi niowie w ró owo- białych pasiakach. Załoga statku składała si z carskich kadetów i najlepszych d okejów ze stajni biskupa Ź akarty. Wszyscy zagin li w d ungli. Melania zamilkła i wdrapała si na parapet okna. Zacz ła wolno wygładzać r koma łuski. Zaczynała powoli nieruchomieć. Nagle, z niespodziewan energi , odgarn ła kosmyk włosów za złuszczone ucho, i postukała małym palcem prawej r ki w brudn szyb . Nagle jesie stała si bardzo jesienna. — Wszystkich zadusiły liany… byłam przy tym….. Szept Melanii odbił si dudni co od tapet i waln ł w najbli szy globus. żroza zatrzepotała jak szalona. Hrabina odruchowo zadusiła j parasolem. Nieuchronnie nadchodził szesnasty pa dziernik. Hrabina rozdała karty. Szyszka zamilkła na dobre. Za 365 dni, być mo e hrabina dowie si czego o krewnych Melanii. Warto czekać . Hrabina rzuciła karty i poszła obci ć paznokcie. Niedługo przypłyn listopadowe wieloryby.

12


13


Listopadowe wieloryby Faluj ce pola wsuwek do włosów, migotały wesoło na powierzchni oceanu. Znacz c północny szlak migracji wielorybów, kłuły w oczy nadchodz c jesieni . Listopadowe wieloryby, lubiły wsuwać sobie we włosy, patago skie sosny. Wsuwka walenia miała około osiemdziesi ciu metrów długo ci. Była silna i otrzaskana z górskimi ła cuchami. Patago skie sosny mieszkały na zboczach pot nych patago skich gór. Wysoko, w ród mgieł i zimnych wichrów mówiły same do siebie, zawsze od serca. Z wiekiem stawały si wy sze, wi c mówiły same za siebie, ale za to z głowy. W listopadzie sosny schodziły z gór na brzeg oceanu. Kroczyły jedna za drug , starannie ryj c korzeniami ziemi . Szybko i bez oci gania. — W milczeniu, bo szkoda słów, gdy czas nas goni… zanuciła ostatnia sosna i obejrzała si z niepokojem. Pierwsza sosna przy pieszyła. Na pla y czekały trzy cacka, sze ćdziesi t bibelotów i tysi c jeden drobiazgów. Źo tej pory, o Znakomitego żo cia roztrzaskało si na pewno ju kilka tłustych statków. Znakomity żo ć był kiedy pomnikiem, a jeszcze przedtem sławnym pisarzem. „ Starego człowieka na motorze” znał i podziwiał cały wiat. To arcydzieło literatury przyniosło pisarzowi nagrod Nobla. Wspaniały historyczny fresk, o yciu niepełnosprawnych Westalek na wschodnich rubie ach imperium perskiego, na przełomie ery br zu i ró u, doczekał si wielu wyda w twardej okładce. Pisarz był znany, bogaty i zdrowy. Prawie zdrowy. Niestety był mały problem. Wybitnemu arty cie p kała skóra na pi tach. I to z hukiem i trzaskiem, bo pi ty miał poka nych rozmiarów, od czasu, gdy powi kszyła mu si stopa yciowa. Najsilniej waliło w trakcie rozdawania autografów. By wytłumić detonacje wydobywaj ce si z eleganckich butów, pisarz rozdawał autografy tylko w trzaskaj cy mróz. Bolesna i wstydliwa przypadło ć psuła pisarzowi wizerunek i hamowała karier . Tylko ma ć z szyszek patago skich sosen, była w stanie zagoić rany jego utalentowanych stóp. Wielki człowiek odwiedził Patagoni jeszcze przed mierci . Zakupił kontener cudownych szyszek, przyj ł order, pocałował dziecko i odpłyn ł z

14


szarej przystani. Na pami tk tych wydarze postawiono pisarzowi monumentalny pomnik. Znakomity żo ć, bo tak nazwali pos g miejscowi, stał po kolana w wodach oceanu, niedaleko od brzegu. W prawej r ce trzymał długopis, a w z bach fajk . Lewa r ka zwisała swobodnie z powodu parali u. Spod prawego oka spływała nobli cie zgrabnie wyrze biona, kamienna łza. Subtelny symbol jego uczuciowej natury albo znami . Noc , pot na fajka Znakomitego żo cia generowała czerwone błyski. Oryginalna latarnia morska działała do pierwszego sztormu. Niby nic, a zawsze co . Z czasem, ocean i sól zatarły rysy twarzy. Wygładziły surdut na blach . Po długopisie nie zostało ladu. Nieustanne uderzenia fal zmi kczyły surow postur Znakomitego żo cia. Pos g nabrał kobieco ci i zacz ł pachnieć sztucznymi kwiatami. Zapach o wła ciwo ciach magnetyczno-narkotycznych był niezwykle silny. Przywabiał kondukty pogrzebowe, kondory i kutry wojenne. Szkoda, e okolica wyludniła si ju dawno temu. Szykowne pogrzeby z muzyk i pomp rozweselały t ponur krain . Kondukty pogrzebowe, jak czarno-srebrne kwiaty, rozkwitały niegdy na zapylonych drogach i płaskowy ach Patagonii. Przepi kne czarne karawany, ci gni te przez równie stare, czarne rumaki, sun ły wolno za chudym wiatrem na wyblakłe wrzosowiska. Omijaj c od wschodu cmentarzysko wiewiórek, kierowały si z wdzi kiem na północ. Potem autostrad do sło ca, i ju po godzinie, przed oczyma ludzi, koni i kwiatów ukazywał si nieczynny „Parking Źzieci Sancheza”. Parking był ogrodzony i pod gołym niebem. Zajmował obszar 210 hektarów i był zupełnie pusty. Nad parkingiem latał olbrzymi wentylator. Prawdopodobnie na pilota. Pilota nigdzie nie było. Wentylator najwyra niej si miotał. Najwyra niej nie mógł si zdecydować, co chce wentylować. Kondukt zatrzymywał si . Taka była tradycja. Ludzie, konie i kwiaty wyjmowali z toreb przek ski i napoje. Oran ad w proszku i koreczki z kiszonej kapusty. Posilaj c si , oklaskiwali kotłuj cy si wesoło, brudny pył. To szalej cy wentylator wzbijał wci nowe i nowe słupy piachu. I tak bez ko ca. Ale czas w drog . Ludzie, konie i kwiaty poskładali le aki w czarno-srebrne pasy, i ruszali przed siebie. Karawan skrzypiał zawadiacko, ałobnikom wesoło trzaskało w stawach. Przygoda, przygoda… szele ciły sztuczne kwiaty. Kondukt kierował si w stron oceanu. Wentylator i parking zostawali sami, jak zawsze. Ale

15



[Title will be auto-generated]