Page 1

#1/2013 Dwumiesięcznik - Style, Life & Food

w numerze:

Instynkt w mieście

Drukowanie 3D jedzenia Warszawa kawiarniana Prezentacje - startupy

Urban gardening

Kite Story Sushi

MAGAZYN BEZPŁATNY


REKLAMA - KONTAKT: jadlomiasto@gmail.com


REKLAMA - KONTAKT: jadlomiasto@gmail.com


Od redakcji Wszystko zaczęło się od idei. Czyli jak większość rzeczy. Nasza idea jest dla nas specjalna, dlatego królujemy, bierzemy co mamy garściami i piszemy o czym chcemy. Mamy też otwarte głowy na różnego rodzaju pomysły. Chciałybyśmy dzielić z Wami nasze inspiracje. Znajdziecie tu wiele tematów, o których chcielibyście przeczytać, a jeszcze więcej takich, o których istnieniu nie wiedzieliście. I o to chodzi! Historię już znamy, a jutro jest dość nieodgadnione – mamy jednak ‘tu i teraz’. Ani mniej ciekawe od przeszłości i dla wielu niewiele mniej tajemnicze od przyszłości. Poznawajmy więc, wiedzmy, mówmy, żyjmy przede wszystkim! Pokażemy Wam jak w niebanalny sposób ‘wyhodować’ własny ogród w oknie, jak “wydrukować” sobie burrito oraz jak wygląda współczesny superbohater jednocześnie wprowadzając was w nasz świat. Wiosna tuż tuż, a jeśli wiosna to zmiany. My postanowiłyśmy zrobić coś nowego. Coś co jest połączeniem naszych pasji, studiów i zainteresowań, a zarazem jest związane z każdym z nas z osobna.

Joanna Borowska- dietetyk dzięki Warszawskiemu Uniwersytetowi Medycznemu. Optymistka, pasjonatka życia. Interesuje się literaturą polską i zagraniczną, modą, szeroko pojętym designem oraz medycyną. Szaleje w kuchni, kocha kolory.

Justyna Szafirowska - dietetyk zasługą Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego oraz wartej tego ilości nieprzespanych nocy. Tropicielka nowych smaków, miejsc i charakterów. Zafascynowana turystką z aspiracją na metamorfozę w podróżnika.

Marta Turek – Skończyła zootechnikę na SGGW i z zamiłowania do jedzenia i kulinarnych eksperymentów od 3 lat studiuje dietetykę. Uwielbia zwierzęta i fotografię.


Spis treści Od redakcji 

4

Instynkt w mieście 

6

Wydrukuj sobie wołowinkę 

13

Warszawa Kawiarniana 

18

Farma na każdą kieszeń 

22

Susi a sushi 

26

Przepis 

30

Z pamiętnika kitemana 

32

Prezentacje 

36

Co nam się podoba 

46


Instynkt w mieście

grafika: Krzysztof syruć

Joanna Borowska

Byłam, jestem i będę świadkiem różnicy pokoleniowej, która nigdy nie była taka ogromna jak dziś, bo postęp nigdy nie był szybszy niż teraz.

W

dobie rozwoju przemysłu żywieniowego ludzie gubią się. W dużej mierze wynika to z tego, że nie znają podstaw, które kiedyś ogólnie były znane. Jak tak naprawdę wygląda żywność i skąd ona się bierze? Nawet sezonowość warzyw i owoców jest już nam obca, bo przywykliśmy, że wszystko można dostać w supermarketach. Reklamy atakują nas na każdym kroku, sugerując co jest najlepsze, nasz mózg gubi się w codziennej dawce informacji. Nagle stajemy przed takim oto faktem: pośród 8 miliardów ludzi na Ziemi

6

1/3 populacji jest otyła, a 1/3 jest niedożywiona, ponad to nowotwór oraz choroby populacyjne dietozależne (nadciśnienie, cukrzyca) nawiedzają coraz częściej nasze społeczeństwo. Dane te powodują pewnego rodzaju konsternację. Nigdy rozwój medycyny, żywieniowy a nawet edukacji nie był tak wielki i nigdy wcześniej ludzkość nie stała przed takim problemem. W związku z tym zaczynamy popadać przeróżne skrajności. W wymiarze jedzenia możemy nazwać je oficjalnie „ zaburzeniami odżywiania”

#1/2013


i nie chodzi tutaj tylko o bulimię czy anoreksję, ale również np. o bigoreksję (obsesję na punkcie przyrostu masy mięśniowej) i ortoreksję (obsesję na punkcie zdrowego jedzenia), która pojawia się coraz częściej. Dziwi mnie to, że jeśli jesteśmy świadkami odchylenia od normy, odczytujemy to od razu jako chorobę. Pewnie w wielu przypadkach tak jest (anoreksja, bulimia), jednak czy na pewno we wszystkich? Czy ortoreksja może być podświadomym systemem obronnym naszego organizmu na proces adaptacyjny życia w mieście, gdzie ani umiejętność polowania, ani uprawiania roli nie jest wymagana, gdzie podstawowe instynkty nie działają? Gdzie zmieniają się one nie do poznania. Gdzie dziennie podejmujemy więcej decyzji niż byśmy przypuszczali, mniej lub bardziej stresujących? Gdybyśmy tak założyli, okazałoby się że ortoreksja nie jest chorobą, tylko syndromem większego problemu. Pierwszy zdiagnozowany przypadek ortoreksji został udokumentowany w 1997 roku, czyli stosunkowo nie tak dawno temu. W etiologii możemy zdefiniować instynkt jako: wrodzona i dziedziczna zdolność zwierząt (łącznie z człowiekiem) do wykonywania ciągu zachowań napędzanych przez popędy wywoływanych i kierowanych przez odpowiednie bodźce zewnętrzne, prowadzących do skutków koniecznych dla życia osobnika lub utrzymania gatunku1. Z tej definicji wynika, że instynkty pierwotne związane z wolą przetrwania, do takich możemy zaliczyć zdobywanie pożywienia, w mieście nie istnieją. Co się z nami więc dzieje gdy one znikają? Nikt nie przeprowadził jeszcze tego rodzaju badania, ale jestem pewna że istnieje zależność między zmianą priorytetów

1 Jerzy Chmurzyński: instynkt (pol.). encyklopedia pwn.pl [dostęp 16 lipca 2009]

na poziomie egzystencji człowieka a efektem zdrowotnym. Ameryka Północna stawała przed tym pytaniem o wiele wcześniej niż my. Za to jesteśmy świadkami efektów. Ciekawą dyskusję prowadzi Michael Pollan w swojej książce „W obronie jedzenia, manifest wszystkożerców”. Mówi w niej o tym, że społeczeństwo amerykańskie jest społeczeństwem dualistycznym między ekstremalnie chudymi, a otyłymi osobami. Przez to też definiuje amerykanów jak ortorektyków, nie słusznie patrzących na żywność tylko przez pryzmat „zdrowotności”. Według niego nie wszystko opiera się na zasadach „ jedź zdrowo, będziesz zdrowy”. Pytanie, które pada w tej książce jest dość intrygujące: Jaki wynik byśmy otrzymali jakbyśmy zmierzyli czas jaki ludzie poświęcają „zdrowemu żywieniu”, a ich rzeczywistym stanem zdrowia i poczuciem szczęścia? Czy odkrylibyśmy odwrotną zależność? Czy żywność pełni tylko i wyłącznie funkcję biologiczną i w końcu, czy powinniśmy tak bardzo zwracać uwagę na konsekwencje tego co jemy? Istnieje przecież wiele paradoksów na temat żywienia. Jednym z nich jest paradoks francuski, który jest ogólnie znany na świecie. Jak oni to robią? Francuska kuchnia nie należy do tych z typu „fit”. Oni jedzą wszystko: tłuste ryby pieczone w maśle, owoce morza, mięsa opływające w kalorycznych sosach, sery itp… Może wszystko sprowadza się do tego, że oni po prostu jedzą inaczej, dlatego zapadalność na choroby układu krążenia jest w tym kraju tak niska? Oni mają czas na jedzenie i przede wszystkim delektują się nim. Aby mieć odniesienie do innych sytuacji można tutaj jeszcze wspomieć o kulturze jedzenia we Włoszech. I tutaj znowu pojawiają się pizze, pasty, tłuste ryby i bardzo obfite późne kolacje, a Włoszki wyglądają jak

#1/2013

7


z kalendarza Pirelli. Ponad to, grupę tę cechuje mniejsza zapadalność na nowotwór piersi i depresję. W tych wszystkich przypadkach należy pamiętać, że czynnik stresu też odgrywa tutaj bardzo ważną rolę. Powszechnie wiadomo, że jest on wyniszczający zaczynając od naszego układu trawiennego i pracy jelit, po układ sercowo-naczyniowy, ryzyko miażdżycy, a w konsekwencji prowadzi do zawału serca bądź udaru mózgu. Wzmagając procesy oksydacyjne przyczynia się również do szybszego starzenia się organizmu. Na drugim brzegu teorii ,czy zwracać uwagę na to co jemy, stoi nutrigenomika, której jestem częściowo nadal wielkim fanem. Jest to nauka o poszczególnych składnikach odżywczych znajdujących się w żywności i o ich korzystnym bądź nie, wpływie na genom człowieka. Dowiedziono, że niektóre składniki odżywcze w genetycznie określonej grupie osób mogą włączać lub wyłączać geny, które inicjują powstanie danej choroby. Co więcej jeśli iść dalej tym tropem możemy już teraz na przykład określić, które osoby mogą pić kawę litrami i nie wywoła to u nich żadnych nieprzyjemnych konsekwencji, a które powinny uważać na jej spożycie. Nauka ta zakłada, że każdy jest inny, dlatego też do każdego powinno podchodzić się indywidualnie. Jest ona częścią nowo powstałego prądu myślowego jakim jest medycyna spersonalizowana. Zastosowanie nie mniej jednak budzi kontrowersje. Badania genotypu można już wykonać prywatnie, są one jednak bardzo drogie. Ponad to nasza wiedza na ten temat to kropla w morzu informacji, bo nawet jeśli znamy poszczególne mutacje genów, nie możemy przewidzieć dokładnej konsekwencji podjętego działania. Na przykład genów kodujących otyłość jest około 500 i żaden w tym

8

#1/2013


wypadku nie jest „najważniejszy”. Nie jesteśmy w stanie modyfikować tak dużej liczby w tej chwili, a co więcej nie wiemy jaki taka interwencja miała by skutek, bo nie są nam znane poszczególne interakcje. Moglibyśmy więc w ten sposób przyczynić się, np. do wzrostu apetytu u danego człowieka, kiedy nasze założenie było odwrotne: zrzucenie zbędnych kilogramów. Pomimo setek pytań, które powstają z każdym dniem, w Europie i na świecie istnieją już ośrodku badawcze zgłębiające tę dziedzinę i mają już na koncie kilka znamiennych odkryć. Jednym z nich była tak zwana dieta Dr. Ornisha, który to zmodyfikował nie tylko dietę ale i styl życia swoich pacjentów, w ten sposób wyłączył geny odpowiedzialne za powstanie raka prostaty i zredukował wzrost guza u swoich pacjentów o 70%. Jeśli więc patrzymy się na nutrigenomikę z punktu widzenia terapeutycznego, to całkowicie tą teorie popieram, w przypadku kiedy proces przyczynowo-skutkowy jest dobrze poznany. Jeśli zaś patrzymy się na nią poprzez pryzmat stylu życia.. Już nie bardzo, bo jedzenie i kultura wokół niego zakorzeniona, jak już pisałam wcześniej, nie odnosi się tylko do prymitywnego stwierdzenia, że jedyne co z jedzenia możemy mieć, to składniki odżywcze.

fot: Krzysztof syruć

Dlatego nie tylko tak ważne jest to, co właściwie jemy. Ważne jest również jak to robimy, dlatego też zmiana stylu życia wydaje się być również bardzo ważnym elementem. Nie zdajemy sobie nawet sprawy, jak ważne jest dla nas zaczynanie dnia od śniadania. Ponad to powinniśmy przyjąć sobie określoną porę na obiad w ciągu dnia. Jeść powoli, nie śpieszyć się. Ten czas jest bardzo ważny, bo od wieków stanowił swoistego rodzaju rytuał naszego gatunku. Nie można tego bagatelizować, bo informacja zapisana jest już

#1/2013

9


fot: Krzysztof syruć

10

#1/2013


w naszych genach, dlatego musimy dbać o siebie samych,

1. Wszystkożercy- jemy wszystko! Ale nie w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie tylko przysłowiowe jabłko z ogryzkiem, ale i ser i przeróżne mniej wyszukane produkty z pleśnią. Nie straszne im kolory i daty ważności. 2. Fani gazetowi- Dieta fit schudnij i pozbądź się zbędnych kilogramów w tydzień, najlepiej oglądając w fotelu program o gotowaniu… 3. Fani produktowi- por działa na to… pomidor działa na to… tutaj współpraca produktowa nie istnieje! 4. Ortorektycy- wiedzą o jedzeniu bardzo dużo, spożywają produkty tylko z gwarantowanym certyfikatem jakości oraz wolne od GMO. Jednak ponieważ są one drogie i ciężko je znaleźć na terenach miejskich, ich dieta nie jest wybitnie urozmaicona. Często nie jedzą niczego oprócz swoich wyrobów. 5. Fani nowoczesnej medycyny i HTZ Hormonalna Terapia Zastępcza, siła i wigor do lat 60 a może nawet dłużej, towar jak na razie dostępny tylko w USA. Cała procedura

Gubimy się w całym tym dzisiejszym zamieszaniu i już jest widoczny, w związku z tym, pewien trend społeczny, nazywany przez ze mnie back to the roots,. Ludzie powracają do swych korzeni na przeróżne sposoby. Czują podświadomą potrzebę powrotu, bo widzą wizję ratunku. Od gotowania własnych przetworów, po przepisy babci. Zdarza się im też szukać coraz częściej odpowiedzi w filozofii i medycynie zachodu. Wydaje się to być z resztą logicznym rozwiązaniem, z uwagi na to że jest to najstarsza tego typu wiedza na świecie. Jednak świat zmienia się. Może nie powinniśmy wracać do starego, tylko właśnie dostosować się do nowego i wypracowywać racjonalne rozwiązania? Poza tym pewnych rzeczy nie możemy uniknąć, musimy się do nich zaadoptować, a ucieczka od tego może tylko pogorszyć sytuację. Jest kila typów ludzi, którzy zwrócili moja uwagę:

fot: Krzysztof syruć

#1/2013

11


odbywa się po ścisłą kontrolą lekarza 6. Zdrowo się odżywiam- ale nie wiem co to znaczy. 7. Zdrowo się odżywiam- zdrowo się odżywiam. 8. Wegetarianie i wszelkie inne odmiany (laktoowowegtarianie, frukarianie, weganie)- co ciekawe coraz częściej spotykane są osoby nie jedzące mięsa, ale nie dlatego że nie lubią, a dlatego że boją się go spożywać ze względów zdrowotnych. Wciąż odkrywany zagadnienia związane z cyklem życia człowieka. Stosunkowo niedawno, bo 10 lat temu, myśleliśmy, że jesteśmy niewyobrażalnie blisko. The Human Genom Project (HUGO) zakończył się z zsekwencjonowanym genomem ludzkim w wymiarze niemal idealnym, bo aż w 99% oraz z trafnością 99,99%. Ta miliardowa inwestycja (3 mld dolarów) miała być kluczowa w odkryciu, jak to powiedział Bill Clinton „języka Boga”. Okazała się jednak drzwiami do tysiąca innych pytań. Na dodatek już po fakcie okazało się, że inwestycja była nieopłacalna jeśli mierzylibyśmy ją w wymiarze rezultatów, które zostały otrzymane.

żyć dłużej i lepiej, ale to bardzo ciężka praca, która ma jeszcze na dodatek sprawiać nam przyjemność, być naszą pasją. Rzeczywistość zmienia się bardzo szybko. Taką chwilą, w której poczułam że tracimy coś bez powrotu była informacja, którą usłyszałam od mojego kolegi podróżnika, po wyprawie do Wenezuelskiej dżungli. Powiedział wtedy, że „fach” szamana w wioskach znika. Żadne dziecko ponoć nie jest godne zająć jego miejsca. Zostało już dosłownie kilkudziesięciu. Nie mają kogo uczyć, bo dzieci nie przechodzą swoistego testu (uwaga w tym zawiera się siedzenie przez trzy dni w roju pszczół… jestem pewna, że nie każdy może to wytrzymać). Rzecz w tym, że szamani umierają razem z całą wiedza pokoleń, nie przekazując jej dalej, a nie jest ona spisana. Często bywa tak, że jest to wiedza zbierana przez setki lat. Wśród całego dzisiejszego zgiełku, nie ma na dręczące nas pytania jednoznacznej odpowiedzi. Wszystko uwikłane jest w zależności, które nie są do końca dla nas zrozumiałe. Jedno jest jednak pewne, trzeba delektować się życiem, ale robić to w dobrym stylu, brać sprawy w swoje ręce i co najważniejsze interesować się sobą.

Wszystko sprowadza się do jednego, chcemy

fot: Krzysztof syruć

12

#1/2013


Wydrukuj sobie wołowinkę Joanna Borowska

D

rukarki 3D po cichu zdobywają na beckstageu światowy rynek. Wiemy już, że będziemy mogli wydrukować wiele rzeczy, ale do tej pory skupiano się na przedmiotach „stałych”, bądź narządach ludzkich. Ostatnia nowością zdaje się być drukowanie jedzenia! De facto wydrukowano już pierwszy kawałek mięsa, ale był on niestety niejadalny. Każda porażka jest jednak drogocenna, bo w jakiś sposób prowadzi nas do celu. Dlatego nie zdziwiłabym się jeśli w przeciągu następnych 5 lat będziemy mogli wydrukować sobie już zestaw śniadaniowy. I wtedy możemy pociągnąć już temat rzekę: jak to ratuję nasze konsumenckie środowisko przed brakiem dostępu do żywności, zanieczyszczenia generowane przez jej proces produkcyjny, albo te na które żywność jest narażona w swoim własnym naturalnym środowisku (np. zanieczyszczenia ryb) oraz nie wspominając o wodzie i energii, którą moglibyśmy zaoszczędzić itp.. Wiecie ile wody pochłania wyprodukowanie jednego kilograma wołowiny? 5-10 ton! To już mały basen. Co do innych zagłostek, to ciekawe czy kiedyś uda się wydrukować samą wodę… Ale! Skupmy się na tym co mamy. Dla niewtajemniczonych, drukarki 3D służą do „mineralizacji” modeli cyfrowych i w większości tworzą trójwymiarowe obiekty z kropek zastygającego plastiku. Ta technika służy nam już od kilkunastu lat do tworzenia biżuterii,

fot: www.good.is

samochodów, zabawek. Często są to skomplikowane wzory, których ręcznie nie wyprodukowałby sam człowiek. Moją liderką w drukowaniu 3D stała się projektantka mody Iris VanHerpen. Wydrukowała sobie całą bardzo stylową kolekcję ubrań. Od niedawna swój wielki boom przeżywa, drukowanie ludzkich narządów oraz jedzenia. Pierwszą taką inicjatywą jeśli chodzi o żywność były drukarki czekolady, które działają analogicznie, jak te które wytwarzają plastik. Krokiem dalej w tym temacie jest powstanie tak zwanych biodrukarek, które mają za zadnie tworzenia sztucznych tkanek z żywych komórek, które są wyrzucane przez określone dysze umiejscowionych w drukarce. Amerykańskie uniwersyteckie inicjatywy badawcze zaraz podjęły temat dalej. Prof. Gabor Forgacs z University of Missouri chce wykorzystać tę technologię do

#1/2013

13


fot: www.irisvanherpen.com


fot: www.3dfoodprinter.org

drukowania mięsa przeznaczonego do jedzenia. Technika polega na pobraniu komórek od zwierzęcia, namnożeniu ich i wprowadzeniu do odpowiedniej części drukarki w postaci nowo powstałego bioatramentu. Gdy nadrukujemy tak odpowiednia ilość komórek, łączą się one w tkankę. Drugą grupą są naukowcy z Cornell University Computational Synthesis Lab. Wierzą  oni, że druk 3D może mieć szerokie gastronomicznospożywcze zastosowanie w niedalekiej przyszłości i być tak popularny jak posiadanie mikrofalówki w domu. Tworzą już swoją własną wersję urządzenia. Posiłki w ich rozumieniu, mają być drukowane z płynnych surowców znajdujących się w specjalnych strzykawkach zgodnie z gotową aplikacją (receptą) FabApps. Dalej już tylko zdajemy się na maszynę. Ponad to FabApps pozwoli modyfikować smak dań zgodnie z naszymi upodobaniami. Z założenia jakie zostało przyjęte, recepturami będziemy mogli się dzielić. Wystarczy tylko mieć maila z przepisem na ciastka z ostat-

niej imprezy, a drukarka już zrobi wszystko za nas, w tej samej formie jaką zapamiętaliśmy. Teraz są oni w stanie wydrukować: czekoladę, ciasto o lekkiej masie, płynny ser. UWAGA: Ciasteczka można już robić! Zespół pracuje nad kolejnymi materiałami wtłaczanymi za pomocą strzykawek. Czy byłoby to jednak takie odkrycie bez widocznego wkładu naukowców z MIT? Oni też mają swoją wersję! Drukarka Corunucopia, działa na rynku już od 2009. Cały czas opracowywany jest interfejs do jej obsługi. Co tu nowego? System pozwala na podgrzanie, bądź schłodzenie potrawy oraz użytkownik ma bezpośrednią kontrolę nad składem, jakością, wartością odżywczą i walorami smakowymi tworzonego posiłku. Poza tym zawsze znajdą się kreatywni oraz leniwi w pewien sposób studenci. Moim faworytem jest Marco Manriquez (tym razem NY University). Stworzył on przyrząd, który robi buritto zgodnie z preferencjami użytkownika! Przez aplikacje na iPhona można modulować ilość dodawanych przypraw. Mimo, że nie jest to taka prawdziwa drukarka 3D, tylko zdalnie sterowany bot, gratulujemy pomysłu! Też chciałabym mieć bota od burrito. Kiedy wychodziłabym z zajęć aktywowałbym wszystko przez aplikację., wracałabym już na ciepłe i gotowe. Cudo! ■

fot: www.cookwithkathy.worldpress.com #1/2013

15


Warszawa Kawiarniana Mateusz Wójcicki

J

eżeli chcesz poznać dobrze Warszawę musisz liczyć się z tym, że prędzej czy później będziesz zmuszony do doświadczenia wielowymiarowości tego miasta. Niestety bardzo szybko dochodzisz do wniosku, że o ile Warszawa jest różnorodna, to głównie jest różnorodnie brzydka i nie przyjazna dla mieszkańców. Wynika to z ciągłych zmian ustrojowych i kulturalnych, które przewinęły się po naszym kraju w bardzo krótkim czasie. Niejednokrotnie zostawała przerywana ciągłość rozwoju Polskich miast. Najpierw Warszawę zniszczyła Wojna, potem szybka odbudowa i kompletna zmiana paradygmatów myślenia o miejskich przestrzeniach, potem problemy materialne i często nieodpowiedzialne planowanie. Dzieła zniszczenia dokonały ostatnie lata, gdzie nieporadne planowanie i administracja zderzyła się z kompletnie nieświadomym budowaniem w czasach boomu budowlanego. Obecnie żyjemy w przestrzeni, która jest wynikiem przenikania tych czterech odmiennych struktur przestrzennych: tkanki przedwojennej, architektury socrealistycznej, blokowisk oraz współczesnej architektury dyktowanej niekontrolowanymi zachowaniami rynku nieruchomości. Brak ciągłości i wiedzy o tym jak budować

16

przestrzeń w której przyjdzie nam żyć sprawia, że budujemy sobie bardzo brzydką Polskę. Jednak narzekanie i świadomość przeszłych błędów nie jest jedynym wyjściem. Na pewno nie jest najlepszą drogą, aby żyć i funkcjonować w tak specyficznym i unikalnym mieście jak Warszawa. Czy spacery po Warszawie pozwalają odkryć w niej siłę i zalety? Wady są przytłaczające, ale zdecydowanie można zauważyć jak wraca to co od zawsze wyróżniało Warszawę na tle innych miast. Teraz, nawet bardziej niż kiedykolwiek indziej Warszawa zwraca się ku swoim wnętrzom. Powoli uczymy się żyć w tej przedziwnej strukturze. Uciekamy z nieprzyjaznych arterii i chowamy się w warszawskich wnętrzach. Z roku na rok nasila się tendencja spędzania czasu w stołecznych lokalach. Przez pryzmat warszawskich kawiarni można poznać zupełnie inny wymiar historii miasta. Szczególnym jest fakt, że to własnie w Warszawie powstała pierwsza w Polsce kawiarnia. Prawdopodobnie było to już w 1724 roku, natomiast w 1780 stolica liczyła już około 20 lokali. Z początku głownymi prekursorami byli cudzoziemcy, głównie Włosi, Szwajcarzy, Niemcy i Francuzi. Historia podpowiada, że

#1/2013


fot: justyna szafirowska #1/2013

17


polscy cukiernicy zaczeli otwierać kawiarnie dopiero po powstaniu listopadowym, kiedy to większość cudzoziemców opuściła nasz kraj.

życiem Warszawiacy nie są zainteresowani rewolucją, bo i ten lokal nie oparł się presji mieszkańców, którzy miłują święty spokój.

Niestety mimo, że oferta warszawskich lokali była bogata - gdzie w wielu lokalach działały występy artystyczne wszelkiego sortu - bywalcami kawiarni byli głównie mężczyźni. Aż do ostatnich dziesięcioleci XIX wieku kobietom nie wypadało bywać w kawiarniach. Nie sposób wymienić wszystkich miejsc, w których kiedyś rodziła się sztuka, którą dziś znają nie tylko mieszkańcy tego miasta. Szlak warszawskich kawiarni tamtego czasu prowadzi przez Krakowskie Przedmieście, ulicę Senatorską, Podwale, Ogród Saski, ulicę Królewską, Miodową oraz budynki stołecznych teatrów. Przez okres wojenny warszawskie lokale podzieliły los miasta. Jednak już w krótce po Wojnie, jednymi z pierwszych lokali usługowych, otwieranych na nowo, były kawiarnie właśnie. Jedną z najbardziej znanych była ta prowadzona przez Mieczysława Fogga. Otworzył ją ponownie 4 marca, w ruinach kamienicy przy Marszałkowskiej 119 (vis-a-vis obecnego Sezamu), gdzie sam często śpiewał, zabawiając gości. O ile nie był to wyjątek i kawiarnie szybko wracały, (niekoniecznie w swoje miejsca), nastał tragiczny w skutkach rok 1950. Ten fatalny w skutach przełom, polegający na upaństwowieniu kawiarni i przejęciu ich przez przedsiębiorstwo pod nazwą Zakłady Gastronomiczne. Już nie można było usiąść przy stoliku i napić się kawy, stolik pozostający w prywatnych rękach zagrażał nowemu systemowi. To zdarzenie pozwala zrozumieć, zdanie, które było mottem współczesnej kawiarni Chłodna 25 - że rewolucje rodzą się w kawiarniach. Jednak chyba współcześni, zmęczeni

18

Życie kawiarniane zupełnie się zmieniło, nawet mimo, że państwowe lokale po mału zyskiwały klientów. Na prawdziwy przełom musieliśmy czekać ponad 40 lat, kiedy to po 1989 życie kawiarniane zaczęło się odradzać. Cały ten

#1/2013


proces nie zachodził jednak tak szybko jak po Wojnie. Cztery dekady skutecznie odcieły wspomnienia jak ważne jest miejskie życie

oferować, czyli indywidualnego klimatu i wyjątkowych chwil spędzonych podczas artystycznych atrakcji z programu lokalu. Z roku na rok jednak życie miejskie się odradza. O ile jeszcze 10 lat temu było dosłownie kilka wyjatkowych kulturogennych lokali, teraz wydaje się, że każda dzielnica, czy każdy rejon ma swoje centrum kulturalne. Moje pokolenie zaczynało spotkania w Le Madame. Niektórzy pamiętają jeszcze imprezy w kultowych Filtrach. XIX wiek przyniósł kolejne lokale, które pojawiały się głównie w śródmieściu. Warszawa ma to do siebie, że dzielą ją ogromne dystanse i nie ma tkanki miejskiej ścisłego centrum. To spowodowało pojawianie się zagłębi, które liczyły więcej niż jeden lokal. Do tych najbardziej kultowych można zaliczyć Forty na Racławickiej, podwórko na Dobrej, Pawilony na tyłach Nowego Światu, czy ulicę Mazowiecką. Wiele z takich miejsc już nie istnieje, ale wciąż pojawiają się nowe. Teraz przyszedł czas na ulicę Żurawią i Parkingową, Powiśle oraz to czego zawsze brakowało, a ostatnie lato pozwoliło zamanifestować we wcześniej nie znanej skali - miejsca na otwartym powietrzu w pobliżu monumentalnych obiektów przyrody. Skarpa Warszawska i Wisła dają niespotykanie w innych miastach krajobrazy i mam nadzieję, że właśnie ten wyjątkowy charakter Stolicy przez następne lata będzie coraz szerzej eksplorowany.■

fot: mateusz wójcicki

i jak owocne mogą być spotkania w lokalach. O AUTORZE

Pamiętam dobrze jak jeszcze parę lat temu nie było wiele unikalnych lokali z duszą, oferującym to co prawdziwa kawiarnia, czy współcześnie - klubokawiarnia, powinna

Mateusz Wójcicki jest architektem, prowadzi bloga Człowiek, który zobaczył całą Warszawę www.zobaczycwarszawe.worldpress.com

#1/2013

19


Farma na każdą kieszeń Joanna Borowska

O

tak zwanym window farmingu usłyszałam już dwa lata temu. Ktoś spośród moich znajomych znalazł filmik na youtubie ( The Windowsfarm Project), opowiadający historię kobiety, Britty Riley, żyjącej na Brooklynie. Postanowiła założyć famę ziół i warzyw we własnym oknie. Natchnęło ją zimowe popołudnie, kiedy zdała sobie sprawę, jak mocno nasze funkcjonowanie zależy od innych ludzi. Tego samego dnia przeczytała artykuł Michaela Pollana, który mówił o tym, że jeśli ludzkość byłaby w stanie wyhodować przynajmniej część warzyw i ziół w swoich własnych ogrodach, stanowiłoby to gigantyczną, pozytywną zmianę dla ekologii i środowiska. Niestety według wymienionego autora ludzie wolą przekazywać odpowiedzialność odpowiednim specjalistom, nie angażują się, przez co, de facto, wynikają problemy na rynku żywieniowym. To natchnęło ją do działania. Oprócz tego motywacją Britty była oczywiście gwarancja pochodzenia produktów. Zdeterminowana i zmotywowana założyła mini farmę w swoim własnym oknie bazując na technologii hydroponicznej (bezglebowa uprawa roślin na pożywkach wodnych), którą wdrażała NASA, badając możliwość prowadzeni upraw w przestrzeni kosmicznej. Jedyne co musiała kupić to odpowiednie nasiona. Plastikowe butelki do stworzenia tej technologii pozyskała z punktu recycligowego ze swojego budynku.

20

W dobrej wierze Britta wrzuciła wszystko za darmo do sieci. W ten sposób poznała grupę nowojorczyków, pozytywnie nakręconych na całe przedsięwzięcie. Stworzyli całe forum z instrukcją obsługi za darmo. Początkowo system był zbudowany „dookoła”. Urządzenie było bardzo głośne oraz po pewnym czasie przeciekało. Mimo tych faktów udawało się jednak wyhodować zioła, a nawet pomidory koktajlowe. W krótkim czasie, bo już pół roku później, idea ta była wykorzystywana przez ludzi z całego

#1/2013


świata, a skomplikowaną technologię zastąpiły proste rozwiązania ludzi zaangażowanych w projekt. I tak powstała grupa our.windowsfarms. com. Projekt do dziś znacznie się rozwinął. Powiew tej idei dotarł nawet w tamtym roku na biennale architektury w Wenecji w pawilonie Hiszpańskim, gdzie taka uprawą była zapeł-

za darmo! Dla mniej wytrwałych w technologicznych łamigłówkach istnieje opcja zakupu całego urządzenia, a nawet odpowiednich sadzonek na stronie grupy. Urządzenie często wykupują szkoły i stanowi to dochód na rzecz rozwoju projektu. Wydaje się to sensownym rozwiązaniem, szczególnie jeśli ceny również

fot: windowfarms.org

niona cała sala, już nie tylko samo okno. Cała zasada działania tej społeczności opiera się na prostych regułach. Możesz się zalogować na ich stronie, by być informowanym i wtłoczonym w ten światowy system, ale zanim to zrobisz, zapoznaj się z bardzo ważną informacją. W tym wypadku obowiązuje zasada open source, czyli każdy na świecie może ściągnąć instrukcję do tej całej maszynerii i skonstruować sobie ją w domu, jak już wspomniałam wcześniej,

nie są zatrważająco wysokie. Najprostszy pakiet możemy mieć już za 25 dolarów. Te bardziej zaawansowane, z odpowiednimi nawozami i roślinkami w komplecie są już stosunkowo droższe (399 dolarów najdroższa opcja). Jednak, jak pisałam wcześniej, dla chcącego nic trudnego, cała technologia jest dostępna za darmo, a komponenty same w sobie nie są drogie. Ponad to ,jeśli mamy kłopoty , możemy zalogować się na stronie i dołączyć do wielkiej grupy wsparcia. Tam zawsze ci ktoś pomoże.

#1/2013

21


próbujemy odpowiedzieć na pytanie, jak hodować w tak nieprzyjaznych ,z założenia, warunkach jak przestrzeń miejska. Uprawy hydroponiczne będą stanowić niedługo jedną z największych patentowych inwestycji w USA. Zamiast korporacyjnego systemu działania, idea ta opiera się na systemie R&DI-Y (Research and do it yourself), czyli możesz korzystać z informacji zamieszczonych na stronie, ale sam udoskonalasz urządzenie. W rzeczywistości w tej strukturze bardziej opłaca się zostać osobą wspierającą i rozwijającą projekt niż samym wynalazcą. Jest to zaleta, gdyż nie obliguje Ciebie to tworzenia własnego systemu od początku.

schemat: windowfarms.org

Logowanie też jest bardzo interesującą kwestią ,dlatego że przeprowadza wstępny „wywiad” z potencjalnym członkiem. Mianowicie sprawdza , jaka jest jego znajomość technologii związanej z przedsięwzięciem. Możemy tu napotkać kilaka pytań w stylu : czy miałeś do czynienia wcześniej z technologią hydroponiczną? Czy jesteś ogrodnikiem, inżynierem, naukowcem, czy tylko sfiksowanym na punkcie jedzenia zapaleńcem. Tak to działa. Przedsięwzięcie ma 18 tysięcy zwolenników. Bardzo mi się podoba również porównanie wystosowane w owym oglądanym przeze mnie filmiku: NASA w tym samym czasie co my próbuje się dowiedzieć, jak wyhodować pożywienie w tak niewdzięcznym otoczeniu jak przestrzeń kosmiczna. My jednak

22

Open source stanowi nową konsumencką rzeczywistość, która jest trochę socjologiczną zagadką. Dzielenie się wiedzą stanowi nową filozofię naszych czasów. Głównym źródłem jest Internet. Już dziś możemy ściągnąć instrukcje do zbudowania drukarki 3D. Komponenty to koszt około 3-4 tysięcy złotych, no i oczywiście potrzebujemy osoby, która nam ją jeszcze zaprogramuje. Chodzi jednak o to, że taki wspaniały wynalazek możemy zbudować sobie sami. Dajemy radę, Ty też możesz się czymś podzielić. Do dziś pamiętam moje zdziwienie, kiedy obejrzałam film na Ted.com o czytniku oka (eye writer) zbudowanym przez członków graffiti research lab. Cel również był prosty. Zbudować narzędzie do malowania dla całkowicie sparaliżowanego kolegi, który przed wypadkiem dużo działał artystycznie, głównie na polu graffiti. Niemożliwe stało się możliwe. Pzyjaciel sprowadził programistów do swojego domu, by stworzyli mu jego wynalazek, bo sam nie potrafił wcielić go w życie. Na drodze stała

#1/2013


fot: windowfarms.org

mu technologia, o której sam nie miał pojęcia. Po tygodniach ciężkiej pracy powstał czytnik oka. Proste urządzenie, opierające się na oprawkach okularów. Urządzenie to czyta ruch gałek ocznych i przenosi go na interface komputera. Cała technologia dostępna jest za darmo, jej

fot: graffitiresearchlab.com

dzenia. A dlaczego, kiedy otworzyłam pierwszy z nich pojawiający się na stronie i zobaczyłam mężczyznę ubranego w koszulkę Brooklyn? Nie mam pojęcia, ale chyba musi to być niezwykłe miejsce. Ciekawe czy zna się z Britta. Nie wiem, ile osób z tego teraz korzysta, bo tego rodzaju open source trzeba też potrafić znaleźć. Tutaj liczy się umiejętność zadawania właściwych pytań przeglądarce google. Czy wszyscy są świadomi, że istnieją takie rozwiązania? I że jest to praktycznie za darmo? Odpowiedź zapewne brzmi nie. Czytajcie więc i dzielcie się tą informacją dalej, żeby nie ominęła ona osoby, która naprawdę tego potrzebuje.■

komponenty są banalnie tanie (całość około 50 dolarów). Ponad to produkt został zamieszczony w top 10 wynalazków roku New York Times. Strona eyewriter.org przedstawia wszystkie tajniki konstrukcji. Możemy tam również obejrzeć filmy dokumentujące proces powstania urzą-

#1/2013

23


Susi a sushi Tomasz Cegielski

fot: kucharkastoleti.blog.cz

C

zy zastanawialiście się kiedyś co różni nasze, zachodnie „suszi”od tego, którym zajadają się Japończycy? W prestiżowym przewodniku po restauracjach Michelin, który ukazuje się już od przeszło stu lat, Tokyo znajduje się na pierwszym miejscu pod względem ilości najlepszych restauracji na całym świecie. Japonia zaś znana jest jako kraj, w którym rzemieślnicy różnych dziedzin cechują się niezwykłym pietyzmem i szeroką wiedzą przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Wydawać by się więc mogło, iż tamtejsi mistrzowie sushi, nie mają sobie równych, i to właśnie tam surowa ryba z ryżem smakuje najlepiej. Czy tak rzeczywiście jest? I tak i nie. Sushi (w języku japońskim wymawiane „susi”) na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat, stało się daniem dużo bardziej dostępnym niż miało to miejsce przedtem. Ze względu na poprawę sytuacji gospodarczej w kraju, surowa ryba z ryżem przestała być zarezerwowane dla najbogatszych. Pod koniec lat 90tych, niezwykle popularne stały się w Japonii tanie bary kaiten-

24

zushi, w których talerzyki z nigiri (sushi, które w odróżnieniu od maków, nie jest zawinięte w glon nori) przesuwały się na taśmie wokół kuchni mistrza, docierając pod nosy klientów. Sushi zagościło nie tylko w tanich fast foodach, ale także w supermarketach, gdzie za niespełna 20zł można nabyć cały zestaw. Popularyzacja tego dania odbiła się na jego jakości. Wizytując kaiten-zushi w Tokio, szybko przekonamy się, iż praca kucharza mało ma wspólnego z kulinarnym artyzmem. Duża liczba gości wymaga bowiem od niego bardzo szybkiej pracy, co zaś niejednokrotnie powoduje iż nigiri, które otrzymujemy jest niechlujnie sklejone, a ryba chrupie od lodu, z którego nie zdążyła jeszcze rozmarznąć. Co więcej ogromne zapotrzebowanie, wymaga dużej liczby osób, które sushi umie przygotować. Tych doświadczonych jest jednak zbyt mało by obsadzić wszystkie „suszarnie”. Dlatego też o posadę sushi-mastera, w niskiej klasy barach-sieciówkach można się ubiegać praktycznie każdy, na podobnej zasadzie, co o posadę osoby smażącej frytki w McDonaldzie. Wysokiej klasy restauracje, którymi zachwycają

#1/2013


się znawcy z przewodnika Michelina, owszem są liczne jednakże ze względu na ich ceny, są raczej niedostępne dla przeciętnego Japończyka, czy też turysty. Nie oznacza to jednak, iż dobre sushi zarezerwowane jest dla najbogatszych, gdyż w tańszych barach również można dobrze zjeść, jednakże odwiedzanie przypadkowych miejsc, może okazać się ryzykowne. W Polsce, sushi wciąż pozostaje potrawą stosunkowo drogą, przez co w większości miejsc, podawane jest w sposób estetyczny, w oprawie odpowiadającej cenie jaką za nie płacimy. Co więcej menu większości sushi-barów dostosowane jest do naszego zachodniego gustu. California roll czy Philadelphia roll, u nas bardzo popularne, w Kraju Kwitnącej Wiśni prawie nie występują. Często jadane jest za to sushi z jeżowcem, surowym kalmarem czy sfermentowanymi ziarnami soi – nattō. Wszystkie trzy, ze względu na dosyć nietypowy smak z pewnością nie przypadłyby do gustu wielu wielbicielom surowej ryby znad wisły. W przeciwieństwie do naszych „suszarni”, w Japonii króluje prostota. Nigiri jest znacznie bardziej popularne od maków, zaś ryby prawie zawsze są surowe i smak niejednokrotnie musi nadać im sos sojowy, gdyż same w sobie nie są dostatecznie weń bogate. Innymi słowy dla wielu osób przyzwyczajonych do sushi z serkiem Philadelphia, awokado czy wędzonym łososiem, wizyta w japońskiej „suszarni” mogłaby okazać się dużym rozczarowaniem, gdyż smak tamtejszego sushi daleko odbiega od tego, do którego przyzwyczaiły nas polskie „suszi-bary”. Nie oznacza to jednak, iż sushi w Japonii musi być niesmaczne. Przed wizytą w restauracji należy jednak zapomnieć o smaku do którego przyzwyczaiły nas rodzime knajpy i co istotne, wybrać się w miejsce co najmniej ze średniej półki, lub polecane przez kogoś zorientowanego w tamtejszych restaruacjach.■ fot: http://www.bodine.phila.k12.pa.us/kaufman/japanclass/food/sushi.html

#1/2013

25


O znaczeniu przyprawy Łukasz Walkowski

Uwaga! może zawierać puentę…

J

akiś czas temu… Niewiele myśląc w trakcie szaleńczego poznawania kultury orientu zdecydowałem się skosztować czegoś co do tej pory napawało mnie wstrętem, ba! wręcz niesmakiem. W pewnej restauracji zobaczyłem, że można dostać również ślimaki. Fakt że restauracja znajdywała się na terenie dzisiejszej Turcji (w owym czasie również to była Turcja), jednak kraj to bardzo turystyczny i całkiem normalne jest, że mają w menu także takie europejskie przysmaki. Nałożyłem sobie toto na talerz i zadowolony z siebie, że będę mógł z czystym sumieniem opowiadać swoim dzieciom, wnukom i prawnukom o tym niebywałym konsumencko-kulinarnym bohaterstwie, udałem się do wolnego miejsca, które wcześniej sobie upatrzyłem. Usiadłem, spojrzałem jeszcze raz na przyszłą ofiarę własnego podniebienia i… (tutaj muszę wtrącić, że w tamtym czasie niewiele wiedziałem o zjadaniu ślimaków, owszem to, że istnieją winniczki i że podaje się je jeszcze w skorupkach z masłem czosnkowym, to było oczywiste, ale czy jeszcze jakieś rodzaje tych jednonogów nadają się do spożywania? Ten śliczny, czarny, mięsisty, podłużny, jakby podtopiony w delikatnym masełku, kształt jasno mi sugerował, że tak)… po krótkiej i nierównej walce ukroiłem niewielki kęs i włożyłem do ust… najgorzej przyrządzonego grzyba jakiego w życiu jadłem! Przełknąłem, zapiłem fot: MAREK ZŁOTOPOLSKI

26

#1/2013


czym się dało i serdecznie podziękowałem. Wspominam to przeżycie, ponieważ tamtego dnia, wyraźnie jak nigdy wcześniej doznałem objawienia, jak bardzo ważne są przyprawy. Zwłaszcza jeśli jest się zwykłym konsumentem, który nagle postanowi własnoręcznie przyrządzić coś bardziej zaawansowanego niż jajecznica. To właśnie przyprawy są ostatnią deską ratunku (nie licząc psa, kota, chomika czy czegokolwiek co jest w stanie zjeść węgiel i czuć się dobrze) dla przyrządzanych potraw, którymi chce się przypodobać dziewczynie czy chłopakowi. Ale nie można ich dodawać ot tak sobie na hura. Kolacja, na którą zaprosiło się dziewczynę to nie czas na manewry na poligonie doświadczalnym i zamienianie swojej kuchni w laboratorium alchemiczne jest czynem wielce nieroztropnym. Dlatego gorąco zachęcam do studiowania opakowań (zaprawdę genialny to pomysł, żeby na opakowaniu oregano podać przepis na wołowinę, to znacznie ułatwia sprawę) co do czego się nadaje, a dlaczego to już dla bardziej dociekliwych, ja do takich się nie zaliczam. ■ fot: marta turek

fot: aNIKA ADAMCZYK

#1/2013

27


Przepis Agata Gregorowicz

Owsiane placuszki z jabłkiem

fot: www.dietetycznie-w-kuchni.blogspot.pl

28

#1/2013


Składniki na 1 porcję • 25 g płatków owsianych

• Mleko gotujemy w rondelku, dodajemy płatki owsiane, len i miód/słodzik i gotujemy chwilę mieszając, a następnie odstawiamy na 5 minut pod przykryciem.

• 25 g mąki pszennej pełnoziarnistej • 5 g mielonego lnu • 100 ml mleka

• W między czasie obieramy jabłko i kroimy w cienkie plasterki, a następnie posypujemy cynamonem.

• 1 łyżeczka miodu/stewii • 1/2 jabłka

• Gdy płatki lekko napęcznieją i mleko przestygnie, dodajemy jajko, mąkę, proszek do pieczenia i przyprawę do piernika i dokładnie mieszamy łyżką lub trzepaczką.

• 10 g rodzynek • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia • 1 jajko

• Jabłka dzielimy na 4 części, każdorazowo plasterki układamy na rozgrzanej patelni i zalewamy 3-4 łyżkami wcześniej przygotowanego ciasta.

• 1/2 łyżeczki cynamonu • 1/2 łyżeczki przyprawy do piernika

• Podczas smażenia patelnie przykrywamy pokrywką, by wierzch szybciej się ściął. Po 1-2 minutach obracamy nasz placek na drugą stronę (można przerzucić go na drugą, dużą rozgrzaną patelnię, a do małej nałożyć kolejną porcję jabłek i ciasta - tak będzie sprawniej) i smażymy kolejne 2 minuty.

Z przepisu powinny wyjść 4 placuszki.

O AUTORCE Agata Gregorowicz prowadzi bloga Dietetyczne Fanaberie www.dietetycznie-w-kuchni.blogspot.com

fot: www.dietetycznie-w-kuchni.blogspot.pl #1/2013

29


Z pamiętnika kitemana tekst: Justyna Szafirowska Kite Man – czarny charakter, bohater komiksu, latawca używa do popełniania zbrodni i przestępstw. Po raz pierwszy pojawia się w komiksie w 1960 roku jako wróg Batmana - mężczyzna, który stał się Kite Man’em rozpoczął swoją przygodę jako młody chłopak zafascynowany latawcami tak bardzo, że wpłynęło to na jego przyszłe alter ego. Rok 2013 – nie ma już jednego Kite Man’a, jest ich wielu. Z czarnego charakteru pozostała jedynie stylistyka zdjęć – współczesny kiteman to mężczyzna pełen pasji i zaangażowania, żyjący aktywnie i poszukujący adrenaliny w tym co kocha robić. Błysk w oku, radość z osiągnięć nie tylko własnych oraz otwartość na nowych pretendentów-pasjonatów – to tylko niektóre cechy bohaterów, o których tu mowa. Mariusz występuje w tej bajce jako pierwszy mentor, jako ten zarażający i wciągający. Wszystko to z przypadku i chwili. Dalej już była, równie mało przemyślana, kilkugodzinna podróż na zlot landkiting’owy z dobrymi duszami z forum, które poratowały niezmotoryzowaną jeszcze istotę. To, że są godni zaufania, we wtedy jeszcze dość wąskiej grupie zapaleńców, było jasne. Tu szczególnie odznacza się Piotrek, który koloruje ten wyjazd medalowo. Poza tym ściąga na ziemię – dosłownie i w dobrym tego słowa znaczeniu. Tak było jeszcze kilka lat temu, teraz kite to już nic nowego, za to coś jeszcze lepszego. Brzmi to górnolotnie, ale spostrzeganie świata się nieco zmienia – oczy wypatrują pustych przestrzeni - nawet w centrum miasta, skóra wyczekuje wiatru, i nie muśnięcia – to zde-

30

cydowanie za mało. Nie musi być w tym wcale poezji, ale jest magia! Każdy kiteman wie, że to wiatr dyktuje warunki, niektórzy jednak potrafią z nim zawalczyć i wygrać. Andrzej to wie, daję za to głowę. Leszno, Piastów, Krynica Morska, a tam Piotrek, Darek, Adam, Paweł i wielu innych – to moje supermiejsca i moi superbohaterzy. O samych kite’ach napisano i powiedziano już wiele, może jeszcze nie dość, ale tym razem to obraz przemówi sam za siebie. To tylko jedna strona medalu – w następnym numerze kitegirls! ■

#1/2013


fot: Kite Story

fot: Kite Story

#1/2013

31


32

#1/2013


fot: Kite Story

#1/2013

33


Prezentacje

fot: blackmilk

34

fot: blackmilk

#1/2013


James Lillis, twórca marki Black Milk przekonuje nas, że w życiu wszystko jest możliwe. Od chłopaka, który nie miał nic i pracował gdzie popadnie, przeżywając dni bez wyraźnego celu, do głowy prężnie rozwijającej się australijskiej marki. Przedstawiciel filozofii, że jedna chwila może zmienić dosłownie wszystko. Podziwiamy takich ludzi, a żeby odkryć jego historię zapraszamy na blackmilkclothing.com.

fot: blackmilk #1/2013

35


fot: blackmilk

36

fot: blackmilk #1/2013


fot: blackmilk #1/2013

37


Łyko wystartowało w czerwcu zeszłego roku, a wszystko zaczęło się od dyplomu Joanny Skiby na Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Zaprojektowała identyfikację dla stworzonej firmy Łyko oraz oraz z pomocą krawcowej uszyła linię ubrań. Artystka połączyła swoje siły z przyjaciółką Pauliną Frankowicz i wspólnie zaczęły oddawać się temu, co naprawdę sprawia im przyjemność. Projektują z myślą o tym, czego brakuje im w sklepach, a sam pomysł powstał z miłości do rzeczy ładnych i unikatowych. Łyko to prostota, druga skóra. Całość inspirowana północą, morzem, roślinnością. Przede wszystkim wygoda i basic. Każdy ciuch jest jedyny w swoim rodzaju, tylko kilka projektów powstało w większej ilości. Większość to pojedyncze egzemplarze. Wszystko łącznie z grafiką, projektami i wykonaniem powstaje w domu. Każdy ciuch jest przygotowywany własnoręcznie, od pomysłu aż po przyszycie metki. Projekty na kolejną kolekcję są już gotowe. Planowana jest również linia męska. Na razie jednak są to jedynie plany i wielkie starania, realizację utrudniają jak zawsze w młodych firmach finanse.

grafika: łyko

Wszystko co powstało do tej pory możecie zobaczyć na razie na FB1. Strona ŁYKO wystartuje w maju tego roku, natomiast do końca maja pojawi się już nowa sesja kampanijna i lookbookowa oraz zajawka nowych modeli.■

1

38

#1/2013

https://www.facebook.com/tojestlyko


fot: Ĺ‚yko #1/2013

39


Co nam się podoba Przygotowaliśmy dla was kilka propozycji dla przełamania codzienności w kuchni i nie tylko ...

Jerzyk na wykałaczki. Miły jeżyk ► Komunikatywne wlepki ▼

fot: fancy.com

fot: fancy.com

fot: fancy.com

fot: fancy.com

▲ Bambusowe Sporks. Na każdą okazję! ◄ Super zręczna obieraczka do marchewek.

40

#1/2013


Polarny miś na butelki. Tsunho Wang / Hakhyeon Ryu ► Globus samouczek by Jamie Young ▼

fot: fancy.com

fot: fancy.com

fot: fancy.com

▲ Szklany pojemnik na mleko w kształcie kar tonu. Cool!

fot: fancy.com

◄ Po prostu nie pytaj….W myśl stwierdzenia „we are getting older, we are getting awesome” ■

#1/2013

41


. Style, Life & Food Dwumiesięcznik internetowy E-MAIL: jadlomiasto@gmail.com

REDAKCJA: Joanna Borowska Justyna Szafirowska PR, HR: Marta Turek PROJEKT: Krzysztof Syruć KOREKTA: Eliza Borowska

WSPÓŁPRACA: Mateusz Wójcicki Tomek Cegielski Łukasz Walkowski OKŁADKA: Krzysztof Syruć

facebook.com/jadlomiasto


REKLAMA - KONTAKT: jadlomiasto@gmail.com


44

#1/2013

Jadłomiasto  

Style, Life & Food

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you