Page 1

Sobota, zryw do robo ok. godz. dziesiątej. Tylko na pięć godzin, do piętnastej i dalej już upragniony urlop... W pełni już zapakowany dnia wczorajszego. Ostatni raz zastanawiam się, czy wszytko wziąłem. Pożegnanie z rodzicami i zakładam ogromny, ciężki plecak na siebie, by już móc w końcu wyjść ... Na dole czeka w aucie przyjaciel, zawiezie mnie do ronda w Strykowie, bym mógł stamtąd dostać się na trasę poznańską i dalej na zachód. Wcześniej miałem przygotowaną tabliczkę tekturową z napisem „Poznań i dalej ... :)”. Niepewnie trzymam ją koło siebie pokonując szybko kilometry do mojego startu. Auto się zatrzymuje, a ja muszę wysiadać. Żegnam się, poklepuję w auto i obserwuję jak odjeżdża, zostawiając mnie zdanego już całkiem na siebie. Łapię za toboły, tabliczkę i wybieram się w stronę zjazdu na Poznań. Miejsce ok 100 m za zjazdem, wydaje mi się że tutaj będzie najlepiej. Opieram plecak o barierkę, łapię za tabliczkę, wkładam słuchawkę w jedno ucho co by z muzyką raźnej było i pewnie (staram się) zaczynam wymachiwać kartonem, nie wiedząc na jak długo tutaj utknę. Mija mnie bezlitośnie kilka aut, co wprawia mnie w niepewność... ale przecież liczyłem się z tym (autostop=cierpliwość). Chyba jednak całkowicie niepotrzebnie się zacząłem martwić, bo po ok. 5 min zatrzymuje się ciężarówka wioząca odpady z rzeźni ! Mój pierwszy stop! Bardzo, ale to bardzo śmierdzący. Nie narzekam – wsiadam! Okazuje się, że miły Pan Dariusz jedzie do Poznania i mnie wyrzuci gdzieś na autostradzie, super ! Zaczynam swoja przygodę ze stopem, opowiadam kierowcy swój ambitny plan i spotykam się z niedowierzaniem z jego strony – no cóż:) Po długich rozmowach o wszystkim i niczym, wyciągnąłem aparat i zrobiłem swoje pierwsze zdjęcia z tej wyprawy... no i oczywiście samemu kierowcy (za pozwoleniem), jako ważnej części mojego tripu.

1. Mój pierwszy autostop i Pan Mariusz za kółkiem.

Po ok 2-3 godzinach jazdy z prędkością 80 km/h (mniejsze spalanie), docieram gdzieś w okolice zjazdu na Poznań. Szybka prośba na radio w mojej sprawie i ... znajduje kolejnego stopa, przynajmniej do Polskiej granicy! Szybkie pożegnanie z Panem Darkiem i po chwili znów jestem sam, ale tym razem na autostradzie, po której nie wolno się mnie poruszać. Droga do kolejnego wjazdu na autostradę z wcześniej przygotowaną tabliczką „Świecko... i dalej :)” po kanale deszczowym i ponownie opieram plecak, tym razem o słupek. Siadam licząc troszkę że stop sam się złapie i jem owoce zabrane jeszcze z domu:)

2. 2. Czekając na kolejnego stopa koło Poznania.

3. Nikt nie nadjeżdża...


Po ok. 20 min czekania, widzę że zjeżdża w moją stronę duże, białe Renault Magnum. Podbiegam, otwieram drzwi i po chwili już jadę w kierunku granicy z... Panem Zbyszkiem (moje umówione wcześniej auto) Po krótkiej rozmowie okazuje się, że mój kierowca jedzie aż do Francji, ale przed granicą musi mnie wysadzić. Nie sprzeciwiając się i dziękując za każdy przejechany kilometr pytam się - dlaczego tylko do granicy? Otóż ów Pan Zbyszek odpowiada, że nic do mnie nie ma, ale nie wie co wiozę ze sobą w plecaku (obawa przed tym, że chciałbym przemycać narkotyki przez granicę), co w jednej chwili okazało się dla mnie zrozumiałe... i zdałem sobie sprawę z tego, że przez to mogę mieć problem z łapaniem stopa (nie pomyślałem w ogóle o tym wcześniej!). Po krótszej przejażdżce i rózniastych rozmowach (w zasadzie to mnie się ciągle gęba nie zamykała) stajemy w Świecku i Pan Zbych pyta się co ma ze mną zrobić? Odpowiadam krótko – no, że, ten no... wziąć mnie dalej ze sobą!:) Mój kierowca uznaje, że wydaję się być w porządku i oznajmia że jedziemy dalej!! Szybkie zakupy w polskim sklepie i ruszamy. Po wielu godzinach podróży i rozmów stajemy na godzinną drzemkę w nocy, aby moc ruszyć dalej w kierunku Holandii. Mogę spać w kabinie – co oznacza, że mój driver darzy mnie jakimś zaufaniem:) Ok. ósmej rano w niedzielę (po piętnastu godzinach od startu), rozbijam namiot na parkingu w Holandii ok. 100 km od Amsterdamu.Pogoda najpaskudniejsza z możliwych. Pada deszcz, a ja – mimo próśb Pana Zbyszka, uparłem się że rozbiję namiot. Wybieram miejsce za płotem parkingu dla ciężarówek. W deszczu udaje mi się rozbić namiot w ok. 10-15 min, nakładając na niego folię, by nie przemókł od razu pierwszego dnia. Pierwsza próba spania (co prawda w dzień) w namiocie daje mi wiele wrażeń i ostatecznie śpię ok. 3 godzin. Co ja będę robił później przez prawie 9 godzin pauzy mojego kierowcy… ? Idę po gorącą wodę do Litwinów i parzę sobie herbę od rana, co by się lepiej myślało ☺ Po krótkiej wymianie sms-ów z Nicolasem (przyjacielem z Francji), okazało się że on aktualnie przebywa w Amsterdamie i jeśli chcę to, mogę go odwiedzić i nocować u niego… więc jadę ! Na stacji udaje mi się zdobyć kawałek tektury. Pukam w drzwi Renault`ki Pana Zbyszka, by zabrać resztę klamotów, jednocześnie się żegnając i dziękując za podwózkę. Przyglądając się przerwie kierowców na parkingu, szykuję nową tabliczkę z napisem „Amsterdam”. Dookoła pełno Polaków, więc pytam się jednego, czy będzie widać z daleka i pokazuję tabliczkę. I tak poznaję grupę polskich kierowców, którzy zapraszają mnie na duży obiad w postaci gorącego i tłustego rosołu z kuraka. W między czasie częstują mnie chlebem i kiełbasą oraz holenderskim piwem. Długa rozmowa podczas jedzenia i po chwili żegnam się, by ruszyć dalej w stronę Amsterdamu. Już prawie odchodząc, spoglądam na Renault Pana Zbyszka i widzę, że już nie śpi oraz woła mnie do siebie. Częstuje mnie pulpecikami w sosie!, ale grzecznie odmawiam, bo już nie dałbym rady więcej zjeść :) Zaznałem dużo serdeczności od ludzi z tego parkingu, a jak z niego wychodziłem, to zaprosił mnie do siebie pewien Bułgar – do stołu znaczy się … ☺

4. Pan Zbyszek i ja. Przed nami jeszcze ok 10 godzin wspólnej podróży

5. Wschód słońca, widziany z auta ;(


6. Pierwsze rozłożenie namiotu, w pierwszą niepogodę…

7. W „kuchni” u polskich kierowców.

7. Herba!

8. Fota z kucharzami w przerwie ;)

9. Suszenie ciuchów, wykonanie tabliczki, pakowanie i w dalszą drogę! (Drugi tir od prawej – białe Renault – to fura Pana Zbycha)


Po drugiej stronie drogi, na wyjeździe ze stacji nie udaje mi się nic złapać przez kilkanaście minut, więc idę szukać szczęścia na samej stacji. 10 min chodzenia, pytania i jadę z 3 Polakami osobówką. Później łapię stopa do mojego celu, tj. miasto obok Amsterdamu, gdzie mieszka Nicolas. Pani specjalnie przekłada foteliki z dziećmi i wózki, żebym mógł usiąść z przodu (Auto osobowe na pięć osób, na maksa wypchane przeze mnie, kierowcę i trójkę małych, płaczących dzieci w fotelikach). I w ten oto sposób, przy piosenkach z repertuaru Big Billy Cowboy dojeżdżam do mojego celu – Hoofddorp. Pani zostawia mnie przed dworcem kolejowym, gdzie umówiłem się z Nico. Wszystko pozamykane, a na zewnątrz zimno i wieje. Chowam się w przedsionku z ławkami do publicznej toalety na dworcu i tam poznaję pewną Panią z UK, która przybyła tutaj pouprawiać sobie nordic walking. Bardzo chciałem skorzystać z toalety, ale nie miałem 50 centów na wjazd, a moja nowa koleżanka z UK miała tylko 40 centów ;/ No to czekam na cud, wcale nie długo, bo wchodzi pewna Holenderka, która również chciała schronić się przed wiatrem i daje mi 50 centów na ubikację;) Jestem w podróży drugi dzień i jeszcze nic nie wydałem. Po chwili zjawia się Nico i uderzamy do niego na chałupę. Poznaję resztę domowników, biorę kąpiel i okazuje się, że jest już za późno na wyjście na miasto (kłopoty z powrotem komunikacją nocną). Więc pozostają rozmowy i do spania.

10. U Nicolasa! Dziś śpię na podłodze, ale w pokoju!

11. Paluchem po mapie… ;) póki co.

Rano Nico musiał zmykać do robo, a mnie się nie chciało tracić czasu, więc postanowiłem się wybrać do Amsterdamu – w końcu!. Szukam jak najtańszego rozwiązania… opcja z wydawaniem koło 5-6 eu na pociąg była dla mnie za droga. Po chwili okazuje się, że istnieje możliwość jazdy rowerem, więc zacieszam buzię i pytam gdzie ten rower? Ze składziku zostaje wyciągnięta stara „amsterdamka”… no, ale nie wybrzydzam – biorę. Szybkie objaśnianie trasy i ruszam, czując ogromny opór jaki stawia ten sprzęt. Po przejechaniu ok. 2 km. dochodzę do wniosku, że tym rowerem nie da się dojechać do miasta. Nie poddaję się i próbuję go naprawić, najpierw nożem przy ścieżce rowerowej, a później doprowadzam go do oddziału straży pożarnej, gdzie dostaję najlepszy zestaw narzędzi jaki kiedykolwiek w życiu widziałem! Z takim sprzętem naprawa zajmuje mi tylko ok. 1,5 godziny i mogę ruszać dalej;). Sprzątam bałagan po sobie, dziękuję i żegnam się z strażakami.

12. W drodze do Amsta. Najlepsza ścieżka rowerowa na świecie…

13. … i jednocześnie fajne widoczki.


14. Przerwa na pyszne, drugie śniadanie, nad kanałem ;)

15. Oto mój rower – już po reanimacji w straży pożarnej.

Po drodze zgubiłem się z milion razy i z trasy ok. 30 km. zrobiło się ok. 45 km zanim dojechałem do centrum. Parkuję sprzęt i zapinam ciężkim łańcuchem, co by go nie ukradli ;p. Amsterdam – już tu kiedyś byłem;) Niestety największa dla mnie atrakcja – Dzielnica Czerwonych Latarni, w dzień jest nieczynna… Zn. sklepy owszem są otwarte, ale z moim budżetem nic tam nie kupuję a i oczu swych widokiem Pań w oknach nie nacieszam;). Reszta Amsterdamu już w obrazkach….

16. Zakupy w Amsterdamie? – nie stać mnie! (sex shop)

18. Kościół pośrodku dzielnicy Czerwonych Latarni

17. Pomnik córy Koryntu, przed kościołem ;)

19. Tak się parkuje rower w wielkim mieście!


20. Wodne skrzyżowanie.

22.Oczekuje Nico. (plac Rembrandta)

21. Świątynia w Chińskiej dzielnicy.

23.Takie tam. Wspólne na rowerze, podczas jazdy. 24.Nowe kuleżanki ;) Dzięki za rower!

25. Całkiem przypadkowo-omyłkowo, zrobiono i mnie pożegnalną fotę ;) (tuż przed odjazdem z powrotem na autostradę)


Szybki powrót wraz z Nico na rowerze z centrum na stację kolejową i z uśmiechem odmawiam transportu koleją do Hoofddorp. Nico wskazuje mi tylko kierunek i oczywiście gubię się już na trzecim zakręcie. Znów jadę naokoło lotniska i po ok. 2 godzinach docieram do domu z niewyobrażalnym bólem tyłka. Następnego dnia żegnam się z samego rana z Nico (on zmyka do pracy), a ja sam uderzam jeszcze na chwilę w kimę. Koło południa robię zakupy przy pomocy współlokatorki Nico i po powrocie do domu jem śniadanie, po czym zostaję podwieziony na wylotówkę w stronę południowej Holandii. Ponownie na trasie… Czekam na stopa ok. 10 min (za każdym razem czekam na stopa krócej niż na PKP w Polsce). Zatrzymuje się pewien Holender, z którym jadę ok. godzinki słuchając przy tym muzyki tybetańskiej. Wysiadka na stacji i po kolejnych 10 min. jadę dalej w stronę południa, pod granicę z Belgią z kolejnym Holendrem. Po przegadanej podróży, szybkie pożegnanie, wymiana adresów mailowych i zdjęcie na pamiątkę ;). Na stacji, na której zostawił mnie Johan szukam stopa wśród kierowców ciężarówek… niestety bez skutku. Tak więc wracam na stację, zjem coś i spróbuję szczęścia na wjeździe. Gdy idę przez parking, okazuje się, że ktoś mnie woła, ale ja tego nie słyszę bo mam słuchawki w uszach!. W końcu ten ktoś zatrąbił i odwróciłem się w jego kierunku. Okazało się, że to Polak na holenderskich blachach, którego wcześniej pytałem o podwózkę, ale powiedział, że nie może bo ma lodówkę na siedzeniu pasażera. Grzegorz (chłopak mniej więcej w moim wieku), mówi żebym wsiadał bo tutaj niczego nie złapię. No i po ok. 20 min czekania jadę dalej w kierunku Mastrricht-u. Miasto, do którego zmierzałem było stosunkowo niedaleko, a okazało się, że Grzesiek jedzie na południowy zachód Francji, więc za pozwoleniem korzystam i jadę do końca;) W międzyczasie oglądam przepiękne widoki po stronie niemieckiej, jak i francuskiej. Dość szybko łapiemy dobry kontakt i po chwili podróży dostaję od mojego kierowcy zapas jedzenia na cały dzień! Tylko chwilkę się opieram, zanim przyjmę podarunek w postaci normalnego chleba, pęta kiełbasy, dwóch puszek z czymś i czekolady… ;) Grzesiek pokazał mi, że prowadząc auto można normalnie funkcjonować tak jak w domu, tylko że wszystkie czynności wykonuje się prowadząc kilkunasto/kilkudziesięcio tonową ciężarówkę… Żałuję że nie udało mi uchwycić momentu, jak gotowaliśmy wodę w zwyczajnym czajniku, na kuchence gazowej, która stała na lodówce ;) Kierowca trafił mi się przedni, przy okazji przewodnik i znawca win;) W miłej atmosferze jedziemy dobrych parę godzin i koło północy Grzechu zostawia mnie na parkingu na wylotówce ze Strasburga. Szybkie pożegnanie i wymiana kontaktów, Grzesiek odjeżdża, a ja zabieram się za szukanie miejsca i rozbijanie namiotu po ciemku… Znalazłem jakąś trawiastą wysepkę pomiędzy dróżkami dla tirów i próbuje wbić śledzia, a tam beton po niewielką warstwą ziemi ! Udaje mi się jakoś rozbić na patencie i zabieram się do spania… do tego książka na wieczór, którą targałem tyle kilometrów i jeszcze do niej nie zajrzałem podczas podróży. Dookoła mnie pełno ciężarówek na różnych blachach – rano na pewno coś znajdę…


26. Z Johanem jechałem dobrych kilka godzin…

27. Jak zawsze, ogromne podziękowania z mojej strony za podwózkę!

28. Dalej na południe!

29. Szybko się zaprzyjaźniam i zgarniam bonusy !;p (chleb, kiełbasa…)

30. Szybko lecą kilometry w dół Europy.

31. Gotowanie wody na lodówce, kuchence gazowej, w czajniku. Z początku myślałem że to żart, abym trzymał wszystko podczas jazdy.

32.Nie wiedziałem, że pisanie z kimś na GG może być takie emocjonujące 33. Zachód słońca – oczywiście z auta! (pisanie podczas jazdy na krętej drodze!!)

34. Namiot, po środku parkingu.

35. W nim ja, zaczytany… bo i tak nie dało się od razu spać przez hałas ;p


7.30 – pobudka. Jeszcze kilka minut leżę, zanim wyjdę z ciepłego śpiwora. Całkowicie rozbudzam się, jak czuje jakiegoś robala łażącego po twarzy… Otwieram namiot, a mój pełny parking stoi teraz pusty !! Już wiem dlaczego o świcie budziłem się tyle razy (przejeżdżające auta i ich odpalanie). Szybki analiza sytuacji i zwijam namiot, celem odbycia porannej toalety w .. toalecie na stacji. Podczas składania mojej mobilnej noclegowni minęło mnie kilka aut, a gdy kończyłem tę czynność, wjechał tir na polskich blachach – podbijam!. Podchodzę, od razu zagaduję po polsku i tak poznaję Pana Krzyśka (z Łodzi, mieszka ulicę obok mnie), który rusza za 45 min i mnie bierze dalej;) No więc mam czas na szybkie poranne mycie i pożywne śniadanie na pagórku, tuż przy moim kolejnym transporcie. Po krótkiej przerwie ładuję się do auta i jadę już dalej w kierunku zachodniej Francji. Po drodze mijam ogromne pola uprawne, małe miasteczka i wiele innych cieszących oko widoków, ale nie ma opcji się zatrzymać i popatrzyć dłużej. Przerwa 10 min na szybki wypad do sklepu dla mnie po wodę i po dwie zgrzewy browara dla Pana Krzysia:P Ponieważ mój driver odbijał dalej na południe Francji, próbujemy łapać na CB kierowców jadących na Hiszpanię. Wiele prób nie przynosi skutku, ale niespecjalnie się przejmuję… W końcu udaje się nam złapać transport, który jedzie przed nami. Nieznajomy jeszcze kierowca mówi, że zatrzyma się na najbliższym parkingu i poczeka na na mnie przy wjeździe na stację – świetnie ! Wjeżdżamy na parking i jest tak jak się umówiliśmy ;) Zabieram graty, szybkie pożegnanie z Panem Krzyśkiem oraz szybkie powitanie z Panem Mariuszem, który zmierza aż do Zaragozy w Hiszpanii! Z Panem Mariuszem podróżuję ok. dwóch dni. Auto, którym jedziemy to DAF – najmłodsze jakim jechałem. Na noc zatrzymujemy się na jakimś parkingu w okolicach Montlucon. Ponieważ jest godzina ok. 19.00 i jeszcze widno, a nie chce mi się czekać aż mój kierowca się wypauzuje, to próbuję łapać stopa dalej. Szybkie obejście parkingu, różne tablice i po kolei pytam… Niestety nic nie udaje mi się złapać dalej, a sam jakoś też już tego dnia specjalnie się nie staram, tym bardziej że rano o piątej ruszam dalej z moim driverem. Zapamiętuję szczególnie jednego Portugalczyka wiozącego nowe auta, który stara mi się wytłumaczyć, że nie może mnie wziąć. Charakterystyczny koleś, no ale nie naciskam… Wchodzę na stację ogarnąć się, sprawdzić dostępność Internetu i widzę jak podjeżdża auto na francuskich blachach i wysypuje się z niego pięć/sześć młodych dziewczyn! W mojej głowie szatański plan, by się z nimi zabrać dalej (słyszę w głowie swoje nawoływanie: proszę, proszę, proszę…). Podchodzi nieznajoma i próbuję do niej ładnie zagadać… i na moje nieszczęście okazuje się, że jadą tylko kilka kilometrów na zachód co mnie w ogóle nie urządza, a dodatkowo zjeżdżają z autostrady… Moja okazja odjechała (!), a ja zabieram się za kolację w samotności na trawniku i rozbijanie namiotu. Ponieważ jest jeszcze dość wcześnie, to leżę sobie wygodnie w otwartym namiocie i oglądam zachód słońca i zasypiam na trochę…

36. Poranna toaleta ;p

37. Poranne śniadanie ;p


38. Pan Krzyś – były sąsiad z dzielnicy

40. Po lewej stronie widać naszykowaną kolację…

42. Bagietka z paprykarzem od Grzegorza ;)

39. Pan Mariusz – nie chciał zrobić sobie zdjęcia :D

41. …która niewiele różni się od śniadania.

43. Po kolacji czas na drzemkę.

Ok. piątej zwijanie namiotu, który był cały w rosie! Zimno, niewyspany, głodny… ale zwijam się w ciągu 15 min i za pięć piąta jestem przy ciężarówce Pana Mariusza, który już nie śpi. Po chwili ruszamy, a ja za paręnaście minut rozwijam ponownie śpiwór i próbuję odsypiać przerwaną nockę. Po drodze ktoś przed nami ma wypadek, przez co musimy robić dłuższy objazd – ku mojej uciesze, bo dzięki temu mogę zobaczyć kilka francuskich wiosek, które mają w sobie niesamowity urok!;) Gdy już się budzę na dobre, dojadam moje śniadanie i rozglądam się naokoło podziwiając widoki. Po krótkim czasie Pan Mariusz mówi, że musimy się zatrzymać na przymusową przerwę… Na parkingu podjeżdża ciężarówka obok i kierowca pyta się łamanym angielskim, czy może stanąć obok nas na kilkanaście minut. Gdy parkuje, okazuje się że to Portugalczyk! Auto które stoi przed nami też ma blachę portugalską! Szkoda by było nie zapytać – podchodzę! Po 3 min nagrywam sobie transport w okolice Bilbao – może być;) Po raz kolejny szybkie pożegnanie z Panem Mariuszem i ładuję się do kolejnego Daf-a. Troszkę miałem bałagan z klamotami i w pośpiechu okazało się, że zapomniałem o… moich okularach przeciwsłonecznych ;/ Trochę strata, ale co tam! Moim kolejnym kierowcą w tej podróży jest szalony Portugalczyk o imieniu Vitor. Po ok. godzinnej jeździe zatrzymaliśmy się na przymusowy 45 minutowy postój podczas którego było jedzenie picie i … hash ;) Mój kierowca nie żałował sobie niczego, co jakoś mnie wcale nie martwiło – jeszcze :P


Troszkę się zaprzyjaźniłem z moimi nowymi kolegami z Portugalii i od Vitora dostałem zaproszenie do jego domu, gdzie da mi zjeść, wyspać się i pokaże miasto oraz plażę. Wspaniały gest z jego strony, chociaż to zmienia moje plany. Przecież chciałem rozbić się na dziko gdzieś w Portugalii nad oceanem i wrócić… Chwila zastanowienia i podejmuję decyzję, że jadę. Celowo omijałem większe miasta (trudniej znaleźć miejsce do spania na dziko, ciężko się wydostać na autostradę itp.), ale tutaj miałem zapewnione towarzystwo i ewentualną pomoc ;)

44. Początek biesiady między tirami.

45. Po chwili wjechała garmażerka ….

46. Następnie pojawiło się alko – rozkręca się!

47. Chłopaki już poczuli fazę…


48. Vitor nie wytrzymał i skręca hash co by impreza się kręciła ;p

49. Takie tam, podczas picia alko z kierowcami ciężarówek …

50. Na stole panuje burdel, obrus do wyrzucenia! (hash w centrum)

51. Po chwili dołączył trzeci kompan, nie wiem skąd, ani jak… ;)

52. Vitor powiesił sobie jakiejś majty na przedniej szybie z logiem swojego 53. Mimo że angielski u Vitora bardzo kulał (u mnie teży ;p), to humory ulubionego klubu (Benefica). Podobno nówki sztuki-nie śmigane, nam dopisywały !:) ale nie wiem, bo nie wąchałem.

54 i 55. Po raz kolejny piękne widoki (Pireneje), po raz kolejny podziwiam tylko z auta, po raz kolejny nie zatrzymuje się by pozwiedzać.


56. Portugalia już blisko! Jak najszybciej do oceanu proszę!!! PS. Unia mogłaby dać na naprawę tej tabliczki, bo słabe wrażenie robi na początku ;p

I tak z Vitorem przejechaliśmy przez Hiszpanię, zatrzymując się tam na noc, a później do Portugalii. Z samego rana, za pozwoleniem nie schodziłem z górnej leżanki w ciężarówce, a Vitor postanowił ruszać i tak sobie słodko spałem podczas jazdy… Później okazało się, że Vitor podczas mojego drzemania palił sobie hash… ;p (Może dlatego tak dobrze mi się spało). Wjeżdżając do Lizbony zastanawiałem się co zobaczę, kogo poznam i w ogóle jak będzie…

57. Konserwa turystyczna zabrana z Łodzi. Musiałem ją zjeść, bo niedługo by sama zaczęła podróżować na stopa ;D

58. Więcej hashu, więcej hashu i jedzieeeemyyyy !

59. Autostrada w Portugalii jest dużo ładniejsza niż ta np. w Niemczech;)

60. Stolica coraz bliżej… mimo wszystko jakoś nie chciałem do miasta.


61. Vitor na hasu śmiga tirem 120km/h na zakrętach !

62. Ostatnia prosta do Lizbony. Teraz już nie ma odwrotu…

63. Vitor na haju rozładowywał tira. Chciałem pomóc, ale nie… - to nie!:) Zrobiłem sobie za to ładną fotę, a potem zasnąłem na godzinę. Może dlatego, że już od dawna nie czułem hashu i byłem na głodzie… ;p

Najpierw zajechaliśmy w jakieś robotnicze dzielnice, w których to trzeba było się wyładować. Łącznie w dwa miejsca zajechaliśmy, a ja mogłem obejrzeć sobie nieco inny kawałek Lizbony. Później Vitor powiedział, że jeszcze pojedziemy odwiedzić jego przyjaciela – no więc spoko, czemu nie? Poznam kolejnego Portugalczyka. Więc tak jeździmy po autostradach wokół miasta, aż zobaczyłem jakiś ładny budynek gdzieś na wzgórzu i postanowiłem się spytać mojego kolegi o niego. Vitor odpowiedział mi, że to więzienie… i że odsiadywał tam 7 lat wcześniej 3 letni wyrok…. za handel narkotykami;/ Świetnie – to mi się trafił przyjaciel… Z drugiej strony, każdy może mieć różną przeszłość. Trochę się uspokoiłem, bo Vitor powiedział, że już z tym skończył i jest całkowicie czysty… nie licząc hashu. Wjeżdżamy w jakieś dzielnice (blokowiska) bo drugiej stronie rzeki. Zatrzymujemy się pod jednym z nich i czekamy. Vitor wychodzi na chwilę do bankomatu, a ja z auta obserwuję podejrzanych typów upchanych w trzy osoby z tylu auta i jednego chłopaka, który dziwnie się rozgląda przed autem. Po chwili ten koleś nagle zakłada chustę na nos oraz kaptur na głowę i tak wsiada do auta, po czym szybko odjeżdżają z tamtego miejsca. Nie wiedziałem, co o tym myśleć. Również nie wiedziałem, czego tak na prawdę byłem świadkiem, ale zdecydowanie to było coś podejrzanego.


Vitor wraca do auta, jedziemy jeszcze kawałek i zatrzymujemy się niedaleko. Czekamy na jego przyjaciela. Widzę jedną osobę idącą w naszą stronę. Koleś – recydywa, z piwem w dłoni i niepełnym uzębieniem. Pomyślałem sobie, że jestem w ciekawej dzielnicy… Vitor się uśmiecha i szturcha mnie, wskazując na tego typa i drze się do mnie, że to jego przyjaciel !. No to co, uśmiecham się z nim – nie?… Wsiada do auta przyjaciel Vitora i się wita z nim bardzo głośno, ze mną również. Choć nie pamiętam jego imienia, to bardzo dobrze zapamiętałem jego wygląd oraz zapach. Chyba zrobił sobie przerwę w jakiejś pracy (sądząc po ubiorze i narzędziach, był wykończeniowcem budowlanym). Zastanawiam się co dalej… Nie jedziemy, a oni wydają się na coś czekać, więc pytam – co teraz? Vitor oznajmia mi, że czekamy jeszcze na kogoś. Troszkę dziwnie zaczynam się czuć, no ale pozostaje mi czekać. Już w sumie zaczynam udawać, że się dobrze bawię w ich towarzystwie. Moi koledzy bardzo wypatrują kolejnego kolesia, kilkukrotnie dzwoniąc do niego w międzyczasie. W końcu zjawia się nowy przyjaciel. Stojąc na stopniu ciężarówki jest na wpół w środku, ale nie pakuje się do wewnątrz. Chwile rozmawiają, po czym kierowca daję 50 euro pasażerowi, a pasażer kolesiowi, który stoi na stopniu. Tamten chowa to do kieszeni i pod deską rozdzielczą wyciąga pięć kuleczek zwiniętych w sreberko z pojemniczka po kliszy. Daje to pasażerowi. Szybkie pożegnanie i ruszamy dalej… Od razu skumałem, czego właśnie świadkiem byłem. Pojechaliśmy w jeszcze gorszą dzielnicę. Jakieś slumsy, gdzie budowa budynków nie była dokończona, a małe Murzynki biegały z taczkami po jakichś krzakach. Zatrzymujemy się, a Vitor wyciąga pudełko po płycie CD i daje swojemu koledze, natomiast on wysypuje na to pudełko zawartość owych sreberek – kokainę. Robią sobie trzy kreski, po czym je spokojnie wciągają… Czuję jak robi mi się gorąco w środku, ale przecież nie mogę spanikować. Wypinam karabinek ze szlufki od spodni, do którego przymocowany jest pasek prowadzący wprost do kieszeni i tym samym do mojego noża. Trzymam na nim dłoń… sam jeszcze nie jestem pewien po co. Staram się z nimi dobrze bawić… Po ścieżce zapalili sobie hash, następnie zrobili sobie jeszcze jedną ścieżkę. Można powiedzieć w żarcie, że jeszcze trochę a bym się przyzwyczaił do tego widoku… Jak już się napruli wystarczająco, to na koniec obślinili papierosa, zamoczyli w reszcie proszku i wypalili, a pudełko CD wylizali… bo przecież nic nie mogło się zmarnować. Warto wspomnieć, że w pewnym momencie musiałem wyjść za auta. Pod moimi nogami były podzielone ładnie ścieżki, a ja w tym ogólnym burdelu i chaosie przechodziłem ostrożnie jak saper, aby niczego im nie strącić… Po tej akcji, odwieźliśmy jego przyjaciela z powrotem do roboty i dalej pojechaliśmy do domu Vitora. Gdy już tak sami jechaliśmy przez miasto, naprzeciwko nas jechały trzy, może cztery nieoznakowane radiowozy na sygnale, po środku wprost na nas. Byłem niemal pewny, że zatrzymają się przed nami. Na szczęście się myliłem. Zajeżdżamy w końcu na chałupę Vitora. Dzielnica w sumie nie lepsza niż to co widziałem przed chwilą. Idąc w stronę domu, pytam się V. czy wyjdziemy dziś na plażę skoro jeszcze nie ma nocy, na co on odpowiedział mi, że o tej porze nie powinniśmy wychodzić na zewnątrz ;/ Wchodząc do ogródka poznaje jego Matkę. Wspaniała kobieta! Z wyglądu można powiedzieć, że była najukochańszą babcią na świecie. Na pewno handluje – słaby żart w mojej głowie, w tamtej sytuacji. Po wejściu do domu poznaję jego brata. Leży na łóżku. Okazuje się, że jest sparaliżowany w dużym stopniu, bo … przedawkował kiedyś heroinę!! Usiadłem w kuchni, żołądek miałem ściśnięty ze stresu i strachu. Przeprowadziłem szybka analizę sytuacji. Na końcu Europy, w mieście, w zadupiałej dzielnicy, z byłym dilerem i czynnym narkomanem, u niego w domu, sam… Vitor pokazał mi mój pokój. Standard bardzo dobry, tylko okna tak małe, że chcąc uciekać nie będę mógł się przez nie przecisnąć. Biorę szybką kąpiel w niewykończonej łazience, po czym wracam z powrotem do kuchni i siadam przy komputerze. Vitor, wciągając jeszcze ochoczo to, co chce mu wylecieć z nosa, szuka hasła do sieci, abym mógł skorzystać z Internetu. Bardzo się cieszę kiedy go znajduje, bo uświadamiam sobie, że w jednej chwili mogę mieć kontakt ze wszystkimi – co za ulga… Vitor zrobił obiado-kolację, frytki i jakiś kurczak. Byłem bardzo głodny, od dwóch dni nie zjadłem żadnego ciepłego posiłku… a jednak nałożyłem sobie bardzo mało… I tak ledwo zjadłem, gdyż mój żołądek był ściśnięty z powodu stresu. Nie wytrzymałem i powiedziałem Vitorowi, że sobie nie życzę aby on w mojej obecności odwalał taką bardachę. O dziwo – przeprosił mnie i powiedział, że nie będzie już tego robił. Po kolacji poszedłem do swojego pokoju i tam pisałem do ludzi z Couchsurfing, z prośbą o miejsce do spania. Kilka kontaktów, ale nic konkretnego. Po nocy spędzonej z nożem pod poduszką, budzę się koło 10 rano, ale nie wstaję od razu. Leżę jeszcze jakąś godzinę i wychodzę z pokoju, by od razu zobaczyć jak mój nowy „przyjaciel” na śniadanie pali hash… Już powoli zacząłem się oswajać z tym widokiem ;) Okłamuję Vitora, że mam spotkanie w centrum miasta z moim przyjacielem z Couchsurfing i proszę by mnie gdzieś podrzucił do miasta. - Nie ma problemu – odpowiada i po śniadaniu jedziemy już w stronę centrum. Po drodze wjeżdżamy w jakieś osiedle (blokowisko), gdzie poznaję jego syna i jego kolegę. Po krótkiej chwili żegnam się z Vitorem przed zejściem do stacji metra, a z jego synem i kumplem idę na dół, gdzie wspólnie pokazują mi jak kupić bilet i na jaki pociąg mam iść, by dojechać do centrum. - Do zobaczenia, dziękuję! – i po chwili zostaje znowu sam z ulgą, że już bez Vitora, ale za to sam w Lizbonie! Przez kolejną chwilę zastanawiam się, czy nie wpadłem z


deszczu pod rynnę… (Gdy już ochłonąłem po całej akcji z Vitorem, doszedłem do wniosku, że to był naprawdę w porządku koleś! W ogóle przez chwilę nie czułem zagrożenia z jego strony, kazał mi czuć się w swoim domu jak u siebie, w sumie był szczery wobec mnie i ogólnie chciał dobrze. Poniosła mnie moja wyobraźnia i spanikowałem. Z perspektywy czasu myślę, że postąpiłbym inaczej. Czasu cofnąć się nie da, a ja nie chcę żałować tego co się wydarzyło. Mimo wszystko i tak jestem winien Vitorowi wielkie podziękowania i chyba jeszcze większe przeprosiny…) Wchodzę na jakiś peron, kompletnie nie wiedząc, dokąd mam jechać. Pytam się grupki młodych osób – w którą stronę do centrum. I tak oto w ten sposób poznaję kilka osób z Belgii, którzy pomagają mi obrać właściwy kierunek oraz dają mi turystyczną mapę, która w tamtym momencie była dla mnie na wagę złota. Oni jadą w moją stronę, więc rozmowa się przenosi do pociągu… Słuchają z zadziwieniem mojej historii podróży. Na informację, że jestem z Polski, jeden chłopak od nich mówi, że zna kilka słów po polsku i od razu je przytacza ;) W sumie już zaczynałem się wkręcać w towarzystwo, wspominając o mojej trudnej sytuacji i braku miejsca do spania, kiedy nagle z okolicy usłyszałem „I am from Poland”. Półtora metra ode mnie stała dziewczyna, Polka – co mnie niesamowicie w tamtej chwili ucieszyło… Ekipa z Belgii akurat wysiadała, więc się z nimi pożegnałem. Gosia (bo tak miała na imię moja nowa koleżanka) powiedziała, że centrum jest dalej i zostałem już z nią. Nie pamiętam dokładnie, ale miała jechać w inne miejsce, lecz po wysłuchaniu mojej historii postanowiła zostać ze mną i pomóc mi stawić pierwsze, samodzielne kroki w Lizbonie. Wysiadamy gdzieś (w ogóle nie wiedziałem gdzie jestem i dokąd idę), ale jak na złość zrąbała się pogoda i poszliśmy do centrum handlowego. W trakcie wędrówki po mieście dużo rozmawiamy, przede wszystkim o mojej sytuacji i braku miejsca do spania… Niestety Małgorzata nie może mnie przenocować u siebie, bo właściciel nie zgadza się na sprowadzanie gości, a poza tym (jak się później okazało) wyjeżdża w nocy na zwiedzanie południowej Portugalii. Zwiedzanie w trybie ‘turbo’ Lizbony z Gosią, ale jakoś nie mogłem się skupić na atrakcjach, nie wiedząc gdzie będę spał. Moja nowa koleżanka, moja podpora i rozwiązanie wszystkich problemów musiała znikać do pracy;( Pomogła mi znaleźć budkę z informacją turystyczną i wypytała dla mnie o hostele w okolicy oraz odprowadziła mnie pod drzwi wejściowe do jednego z nich. Szybka wymiana kontaktów oraz ogromne podziękowania i znowu zostaję sam. Jest około godziny dwudziestej, wchodzę do hotelu i pytam miłej Pani o wolne miejsca. Odpowiada mi że jest full… Gosia mi wcześniej napisała coś po portugalsku, co miało oznaczać mniej więcej „schronisko”. Miła Pani mi zaznacza na mapie dwa miejsca. Udaje się od razu do jednego z nich. „Galicja” mieści się w kamienicy na ostatnim, IV piętrze. Pukam do drzwi, a tam otwiera mi przemiła kobieta o imieniu Maria ;) Pokazuje mi pokój, z prysznicem, bidetem i umywalką (cały czas zastanawiam się po co tam ten bidet :P) – super! Cena 30 euro ;/ . Negocjuję twardo stawkę i udaje mi się zejść do 20 eu. Mówię Marii, że mnie nie stać i szukam czegoś max do 10 eu. Kręci głową i opowiada o jakimś pokoju, który mogłaby wynająć za tę cenę, ale to nie jest pokój mieszkalny… Jak to nie ! Pokazuj Pani natychmiast tę chawirę!;) Prowadzi mnie na początek korytarza i otwiera pierwsze drzwi. Pokój – masakra. Bez okien! Tylko łóżko i umywalka… Nawet bez szafy! Godzę się na te komórkę za 10 eu/noc, zostawiam plecak i idę wypisać papiery. Spoglądam na pierwszy pokój, który został mi okazany… Nie mogę znieść, że jestem na wakacjach w Lizbonie i wyląduję w komórce bez okna ;/ Mówię Maryśce, że rezygnuję z tamtego pokoju i biorę ten pierwszy. Przenoszę plecak i opłacam za trzy dni z góry. Mam pokój z oknem, prawie łazienką, TV, wi-fi i dużym wygodnym wyrkiem. Nie tak miało to wyglądać – ale ok. W nocy po przeanalizowaniu sytuacji rezerwuję lot do Berlina za trzy dni. Sam, zdołowany … morale podróży bardzo opadło, a mnie się odechciało.


64. Niestety to nie jest lot prywatnym samolotem nad Lizboną, tylko wjazd na most prowadzący na drugą stronę Tagu. Widok na ujście rzeki i ocean. Kilka dni później wybrałem się na małą wyprawę pociągiem wzdłuż rzeki i wybrzeża oceanu, które widać na focie.

65. Oni też mają swojego Jezuska (mniejszy niż Świebodziński)

66. Małe okno w pokoju u V. w domu. Nie ucieknę, a i pogoda do d…

67. Od lewej: Vitor, matka Vitora, brat, sąsiadka. Na obiad (moje śniadanie) kartofle i ryba + fasolka i marchewka ;)

68. Pierwsze zdjęcie w centrum z tarasu widokowego.

69. Stadion Benefici. Nie jestem fanem futbolu, ale brat prosił ;P


70.Gosia pokazała, a nawet powiedziała co to… ale nie pamiętam ;p

71.Widok z mojego okna w pokoju po 20 euro za noc. Nie tanio, ale warto!

72. Sam pokój też był niezły…

73. Zaraz po wejściu. Po prawo: toaletka, jadalnia i kuchnia, po lewo: sypialnia, łazienka i przedpokój ;)

Następnego dnia po przebudzeniu jem jakieś udawane śniadanie i wychodzę na miasto. Skoro już kibluję w Lizbonie 3 dni, to przydałoby się zobaczyć to miasto. Na dzień dobry po wyjściu ze schroniska podbija do mnie jakiś ciemny typ i proponuje hash, marihuanę, kokę, herę… i za każdym razem jak odpowiadam „nie” podaje kolejną nazwę narkotyku. Rzecz się dzieje w ścisłym centrum turystycznym Lizbony, więc zastanawiam się co mnie czeka jak pójdę dalej. Lizbona… w kilku zdaniach: ładne kamieniczki, place, pomniki, dużo sklepów z drogimi rzeczami… Chodziłem po mieście jak poje**ny japoński turysta robiąc z miliard zdjęć, choć wcale mnie to miasto nie zachwycało. Podczas zwiedzania trafiłem na plac, którego główny pomnik okupowany był przez garstkę ludzi. Byli całkiem zorganizowani (kuchnia, generator prądu itp.). To jest kolejny protest z serii „nie podoba nam się bardzo”, takich jakich pełno możemy obejrzeć w TV (Hiszpania, Grecja itp.). Szukam osoby, z którą mógłbym porozmawiać… i tak po chwili wkręcam się w towarzystwo ;) Rozmawiamy tak sobie kilka godzin, w międzyczasie daję im kilka euro, a oni zapraszają mnie do siebie na noc! Opcja spania na ulicy z młodzieżą była dla mnie bardzo kusząca. Niestety już opłaciłem mój nocleg na 3 noce z góry, ale zapowiedziałem się, że przyjdę na ostatnią noc poprzedzającą mój wylot do Berlina. Zrobiłem kilkanaście zdjęć i ruszyłem dalej w miasto...


74. Widząc młodych ludzi na placu od razu wiedziałem o co chodzi.

76 i 77.Pielgrzym zbierał pieniądze na jedzenie dla kotów oraz przy okazji podróżował sobie pieszo po Europie.

75. A oto pewna parka mieszkająca w tamtym miejscu ;)

78.Have a nice day !, to jego słowa;)Odp.:-będę!

79 i 80. Pełna organizacja. Każdy robi coś innego, lub nic nie robi… i nawet wtedy robi coś konkretnego bo tam po prostu jest ! Namioty, koce, poduszki do siedzenia, agregator prądotwórczy, kuchnia, nocne kino… itp. – małe nielegalne miasteczko ;)

81. Codziennie wieczorem na placu zbierało się kilkaset osób.


82. Oczywiście nie omieszkałem zrobić kilku fotek przysłuchującym się ludziom…

83. … oraz moim nowym znajomym… grającym na „byle czym” ;)


Ponieważ nic ciekawego już ogólnie się nie działo, to zostawiam tylko zdjęcia do oglądania.

84. Lizbona – z początku negatywnie nastawiony, to tylko kolejne duże miasto…

85. Jakieś podcienie…

88. Fontanna na placu… w centrum ;)

86. Jakiś pomnik.

89. To chyba jakaś ważna katedra czy coś…

87. A to jakaś winda – ponoć stara (nie moja!;p)

90. Czasem przypominała Łódź.


91. Kolejny ładny pomnik…

92. Zwyczajne życie portugalek… Od razu widać, że dziewczyny na zdjęciu lubią się rozerwać – w końcu siedzą na butlach gazowych ;)

93. Malunki ścienne.

94. Malunki ścienne Cd.

95. Takie ciekawostki można spotkać łażąc po zaułkach.

96. To jest chyba jakieś podwórko… albo przejściówka czy coś ?

97. Pilnuj się !

98. W tle jakieś Cygany, za mną również … nie włażę dalej !


99. Chyba rzadko tędy chodzą ludzie…

101. Zaułek.

104. Schody z drzewami.. ;)

100. I tak łaziłem po mieście … na chybił trafił.

102. Nie wiesz jaki widok czeka za rogiem ;)

105. Ładny widok po raz któryś.

103. I chodniki maja wypasione.

106. Ładny widok po raz…, a nie, to tylko jakiś Pan targający materac po centrum Lizbony – normalka.


107. Znów jakby w Łodzi…

109. Tylko frekwencja coś mała…

108. Nie no, nie mogę powiedzieć, ale kościoły to mają naprawdę ładne.

110. Centrum – główny deptak.


111. Most (czerwony) podobny do tego, jaki jest w San Francisco. Ponoć ten sam projektant (nie wiem, nie sprawdziłem i tego nie zrobię!)

112. Jw.

114 i 115. Kolejne ładne widoczki.

113. Pan tańczący tylko w gaciach do piosenki ze sklepu… jedna z większych atrakcji Lizbony ;)

116. Mariiiiia <3


117. Nie mogło zabraknąć oczywiście pamiątkowej foty z Panią Marią ;)

Mój plan zakładał, że wyląduję nad oceanem i będę tam koczował kilka dni. Rzeczywistość jednak okazała się tak bardzo inna… z drugiej strony nie chciałem rezygnować z mojego marzenia. Pogoda niestety nie była po mojej stronie, lecz uparłem się że wejdę do oceanu. Wybieram się pociągiem za miasto, kupuję bilet i jadę… Jak na złość okazuje się że tego dnia był strajk kolejowców – co za niefart… cóż, trochę dłużej poczekam na pociągi. Zajeżdżam na moją stację, wysiadam i jestem całkowicie sam… Idę w kierunku oczywistym – nad ocean i dochodzę do plaży, na której też zupełnie nikogo nie ma! Powinienem się cieszyć, ale z drugiej strony nie chciałem leżeć jako jedyny na sporej plaży. I znowu nie będzie opisu pięknego widoku z błękitną wodą itp. Miałem za to zimną wodę, brudną plażę, zaczynał padać deszcz i (co oczywiste) brakowało słońca… Zamoczyłem się do połowy i po 30-40 minutach już byłem w drodze na stację, by móc wracać z powrotem. Resztę dni spędziłem już w mieście. Zacząłem się oswajać i wyłazić poza centrum do dzielnic mniej turystycznych. Tam kilka ciekawych fotek zrobiłem i bardzo spodobały mi się tamtejsze podwóreczka, wąskie uliczki, odgłosy dobiegające z różnych mieszkań, panowie grający w karty gdzieś w barze i murale na ścianach.

118. Piękna pogoda! Byłem jako jedyny na całej plaży… ;/

119. Nie ma tego złego … , przynajmniej stacje kolejowe zobaczyłem;)


120. Chociaż do pasa się zamoczyłem, trochę na przymus, ale zawsze!

Przedostatniego dnia w Lizbonie zachodzę po południu na okupowany plac, by potwierdzić moje przybycie na noc. Jak na złość okazało się, że już prawie nikogo nie ma. Widocznie zeszłej nocy policja sprzątnęła miasteczko. Nad placem unosiły się ogromne żółte płachty, co dawało niesamowity efekt. Oczywiście kilka fotek musiałem zrobić.

121. Zeszłej nocy musiała być niezła granda. Dookoła zniszczone namioty i inne resztki różnych rzeczy.


122 i 123. Zupełnie nie wiem po co i jak ktoś rozwiesił ten materiał. Dawała wspaniałe efekty jak się stało pod nią !

124. Sporo osób przyglądało się niecodziennemu widokowi – ja również, bardzo długo ;)


125. Trochę młodzieży się nadal kręciło, ale ich nie kojarzyłem.

126. Pan bezdomny sypia sobie pod pomnikiem.

Ostatniej nocy zastanawiałem się, czy sobie poradzę na lotnisku i jak będzie się leciało samolotem. Panicznie się bałem latać (mimo, że nigdy wcześniej nie latałem). Jeszcze pakowanie, a w zasadzie upychanie wszystkiego jak się da do plecaka, żeby był jak najmniejszy i żebym nie musiał płacić za niego na lotnisku. Mimo ogólnego przerażenia szybko zasnąłem i rano o ósmej już żegnałem się z Marią przed wyjściem. Szybkim truchtem na przystanek autobusowy i mniej więcej godzinę później byłem na lotnisku. Oczywiście nie obyło się bez problemów. Kilka razy też zrobiłem z siebie gamonia, no ale do tego już przywykłem w Polsce, więc luz… W samolocie miałem najlepsze miejsca – 3 (ostatnie) od okna przy przejściu, ale za to bliżej wyjścia awaryjnego ;P. O ok.15.30 jestem w Berlinie przed lotniskiem z założonym plecakiem, ponownie bez ogólnego planu i blisko domu. Berlin bardzo kusił, by go zobaczyć, ale ostatecznie zrezygnowałem i udałem się przed siebie, w stronę jakiejś trasy. Koniecznie chciałem zahaczyć o sklep, ale niestety żadnego nie było po drodze, a od wyjścia z pokoju w Lizbonie nic nie jadłem (na pokładzie i lotniskach było za drogo :P ). Doszedłem do wjazdu na autostradę, ale nie wiedziałem co to za autostrada i w jakim kierunku. W sumie to i tak nie miałem za bardzo wyboru… to była jedyna opcja i wydawała się właściwa, biorąc pod uwagę gdzie było centrum miasta. Za dobrego miejsca nie znajduję, jest to wjazd na autostradę, zaraz za zakrętem połączonym jako jedno skrzyżowanie… przy posterunku policji. Ok. 15 min stoję i zatrzymuje się jakiś Niemiec osobówką. Dosłownie rzucam wszystko do środka i wskakuję jak najszybciej, by nie wstrzymywać ruchu na wjeździe. Zaraz po starcie okazuje się, że powinienem jechać w innym kierunku, ale to już szczegół, w końcu jestem na autostradzie – teraz będzie już tylko łatwiej. Opowiadam kierowcy o swej przygodzie, wspominając jednocześnie że jeszcze nic nie jadłem i nie piłem dzisiaj. W prezencie dostaję od niego butelkę wody gazowanej (nie lubię, ale nie wybrzydzam) i pyszną, nadgryzioną, niemiecką czekoladę z orzechami. Miło się jedzie, ale niestety krótko. Ja muszę się dostać na drugą stronę autostrady, a kierowca jedzie nie w moim kierunku. Zostawia mnie na stacji. Pamiątkowe foto, podziękowania i uścisk dłoni – zostaję sam.


127. Szybko, szybko i zdjęcie bardzo prześwietlone… ale pamiątka jest! PS. Niemiec położył stopę na moim plecaku ! szajse! ;D

Nie będę przechodził na drugą stronę autostrady w godzinach szczytu, więc idę wzdłuż po poboczu ok. 1 km do mostu aby przejść nad autostradą. Już na samym moście robię kilka fotek i zasiadam do śniadania obok autostrady, na dróżce polnej, gdzie już jest spokojnie i cicho.

128. Autostrada, którą musiałem przekroczyć na drugą stronę. Wyruszyłem ze stacji po lewo, a kończyłem na stacji po prawo. Na wprost – PL!


129 i 130. Przerwa śniadaniowa przy autostradzie na drodze prowadzącej na pola uprawne. Można by tam zostać na noc.

131 i 132. Trudno tak sobie samemu robić zdjęcia, ale na szczęście miałem automat, który sam robił zdjęcie co np. 30 sek.

133. Dziwnie się poczułem trafiając do tego auta. W końcu takim samym wyjechałem z kraju, a teraz wjeżdżam z powrotem ;)

Po pysznym śniadaniu składającym się z czekolady i wody robię sobie kilka zdjęć i ruszam z powrotem ku autostradzie, by ponownie ruszyć wzdłuż niej do najbliższej stacji. Łapanie stopa z Berlina do Łodzi idzie mi bardzo łatwo… w ogóle nie czekam. Zachodzę na stację, stoi Renault Magnum, taki sam jakim wyjechałem z Polski;) pytam kierowcę czy jedzie – no i jadę w kierunku granicy. Niechcący ląduję troszkę w bok od trasy poznańskiej (już w Polsce) i muszę zawrócić, więc przechodzę na drugą stronę i kolejny raz pierwsze auto mnie zabiera. Gdy już jestem na trasie, drugi tir przejeżdżający obok się zatrzymuje… niesamowite jak łatwo mi idzie! Mógłbym jechać dalej, ale proszę kierowcę by się zatrzymał gdzieś


przy barze. Bardzo mało jadłem, więc w jakiejś restauracji szaleję i kupuję podwójną porcję frytek (najlepszy posiłek i jedyny w restauracji jaki kupiłem podczas całego wyjazdu). Wychodząc z baru, zauważam stojące auto osobowe z podczepioną, załadowaną lawetą na warszawskich blachach (mój kierunek!). Już rusza, więc szybko dobiegam i pukam mapą w szybę. Pytam się Pana, czy mnie podwiezie w stronę centrum. Kierowca spogląda i mówi, że zazwyczaj nie bierze autostopowiczów, ale mi dobrze z oczu patrzy i mnie weźmie! Pan Konrad się pyta, dokąd jadę. Odpowiadam, że ogólnie na Łódź, ale wcześniej idealnie by było, gdybym się znalazł na rondzie w Strykowie. Konrad odpowiada, że mam szczęście, bo właśnie tam zmierza! Była ok. 19.00, więc była duża szansa, że jednak tego samego dnia będę w domu ;) Podróż mija bardzo przyjemnie, przy opowiadaniach moich jak i Konrada. Przed Strykowem rozpętała się ulewa, więc nie było szans za bardzo na rozbijanie namiotu, łapanie stopa itp. Dzwonię do mojego przyjaciela, który mnie zawiózł na to rondo, gdy wyjeżdżałem. Umawiamy się na telefon. Na stacji przy rondzie wysiadam z auta i zabieram klamoty. Wymieniam się kontaktem z Konradem – moim ostatnim kierowcą w tej podróży. Uścisk dłoni i ogromne podziękowania z mojej strony. Wsiadam do tego samego auta, którym przyjechałem na to rondo… Niesamowite, że ponad tydzień temu w ten sam sposób tutaj przyjechałem! O 1 w nocy otwieram drzwi od mieszkania i witam się z rodzicami;) To dziwne być jednego dnia rano w Lizbonie a wieczorem w mieszkaniu i we własnym łóżku, bezpiecznie, z lodówką w kuchni i bieżącą wodą, kiblem oraz prysznicem ;) Nie wszystko poszło tak, jakbym chciał. Mimo wszystko i tak bardzo się cieszę z każdej godziny spędzonej na wyjeździe jaka by ona nie była. No i czuję, ze mam ochotę na więcej… Tylko dokąd teraz? Podsumowanie: Budżet wyprawy 100 eu. // wydałem 260 eu. Transport: 152 eu, z czego 7 eu (bilet na metro i pociąg w Lizbonie) i 145 eu na samolot Spanie: 80 eu. (4 dni pokój w Lizbonie) Jedzenie: 28 eu (z czego ok. 5 eu McDonald w Amsterdamie i 3,30 mrożona pizza w Lizbonie) W drodze do Lizbony wydałem ok. 20 eu. Gdybym wracał na stopa i nie spał w schronisku, prawdopodobnie przywiózłbym jeszcze ok. 30-40 eu reszty do kraju. Nigdy nie czekałem dłużej niż 35 min. na stopa. Często dostawałem sporo jedzenia od kierowców. Masa poznanych ludzi, masa opowiedzianych historii. Żadnego napadu i innego podobnego wydarzenia. 1400 zdjęć, ok. 3900 km do Lizbony na stopa (później już stop tylko z Berlina), ok. pięciu razy spałem w namiocie.

Portugalia 2011  

Wyjazd stopem do Portugalii. Przelom maj/czerwiec 2011r.

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you