Page 9

Spotykamy się z Gosią Kuciewicz, Kubą Szczęsnym i jego synem Luckiem w kawiarni przy Chłodnej 25, kilka dni po wyprowadzce z pracowni na ulicy Burakowskiej. Stasiek Depowski: Niedawno zmieniliście siedzibę. Jak po przeprowadzce? Kuba Szczęsny: Lepiej. Nie ma grzyba na ścianie. Byliśmy na Burakowskiej 2 lata, ale tam było za zimno i wilgotno – dla Fungusa warunki idealne, ale my właściwie przez całą zimę musieliśmy się spotykać gdzie indziej. Nie było sensu inwestować w remont.

Marysia Kowalska: Ciężkie warunki pracy... To dlatego w Warszawie jest bardzo mało młodych pracowni?

Gosia Kuciewicz: Jest coraz więcej! 390, WWA, Projektor… Niestety mnóstwo młodych idzie od razu do dużych biur. K: To nie kwestia Warszawy, czy umownego podziału na miasta... Wszędzie są fantastyczni ludzie. Działamy w świecie. Robię teraz projekt w Białymstoku, zrobiłem dwa we Wrocławiu, w Krakowie, w Bieruniu.. Nie ma miast, jako osobnych pojęć. Problemem jest to, że architekci odczuwają przymus budowania, i chcą za wszelką cenę i szybko budować, a do tego najchętniej DUŻE obiekty. Za wszelką cenę mieć spełnienie, orgazm! Wchodzą w konsumpcyjną logikę. Nigdy nie jesteś dostatecznie zadowolony z tego co konsumujesz, bo to nigdy nie jest dostatecznie dobre. Przez jakiś czas posiłkujesz się pieniędzmi, które zarabiasz. Zaczynasz się ścigać na pieniądze. Ale do tego są lepsze zawody. Jesteś zaprogramowany, żeby chodzić na trzynaste piętro Pałacu Kultury do urzędniczki z Wydziału Architektury. Pójdziesz do pani Jadzi albo do pani Irenki. Oj, dzisiaj pani Jadzia jest chora to będzie trochę trudniej warunki zabudowy uzyskać. W tej logice żyje większość kadry Wydziału Architektury. Spójrzcie na nas – ile rzeczy zrobiliśmy w Warszawie? Mało: Ohel, Stacja Powiśle, pawilon RedBulla, kilka mieszkań. Ale jakoś żyjemy. Robimy fajne projekty, bierzemy udział w konkursach, zaczynamy kilka budów niewielkich, mniej lub bardziej eksperymentalnych obiektów. Budowanie nie jest najważniejsze. Jest efektem myślenia, które jest najważniejsze. Czasem efektem będzie performatywne wydarzenie, czasem artykuł, czasem książka, czasem wystawa, czasem rzecz wybudowana.

M: To jak się przebić?

K: Nie jestem chętny do dawania dobrych rad. G: Trzeba być aktywnym. K: A propos: teraz na stronie mamy zdjęcia burmistrza Tel-Awiwu, który wsadza głowę do naszej instalacji PCHECHONG w trakcie biennale. Dlaczego to było możliwe? Dlatego, że z głupia frant podszedłem do niego – a nikt nie chciał podejść, wszyscy się bali, wszędzie Mosad i ogólne zastraszenie ilością polityków na jednym metrze kwadratowym – i powiedziałem „Ej, ty jesteś burmistrzem?”, on powiedział „tak”, „no to chodź, zobaczysz fajna instalację”. Wszedł do środka i „ooooo... zima...”. Nie chodzi o to, jakim jestem gierojem, tylko o przywilej pozostawania, przynajmniej częściowo, człowiekiem z zewnątrz. G: Trzeba działać i kontakty się same porobią. Jak ktoś jest aktywny to ludzie do niego przychodzą.

SOFTBOX miękkie sciany małego mieszkania na Mokotowie, a wewnątrz HARDBOX z odzyskanych drewnianych drzwiczek mebli po babci właściciela.

Najpierw jest tak, że ktoś cię zapyta o budę dla psa, potem o coś większego i powoli to się rozwija. Można w tym czasie pracować w jakimś dużym biurze…

S: …ale wam nie było to potrzebne?

G: Nie. Na początku przez 3 lata robiliśmy wyłącznie konkursy architektoniczne, żadnych innych tematów. Praktycznie każdy był wygrany. A potem robiliśmy ich coraz mniej, bo było coraz mniej czasu. K: Przede wszystkim trzeba mieć odpowiednie podejście. Fantastyczna głowa to pierwsza możliwość. Druga – mieć bogatą żonę albo bogatych rodziców. To jest bardzo częste. Trzecia możliwość jeśli chodzi o komercyjny sukces w architekturze: mieć wujka, który jest szefem firmy budowlanej.

S: To którym typem jesteście Wy?

K: Niestety... żadne z nas nie śmierdziało kasą. Lucek Szczęsny: Nie można mówić kasą! K: Ok...groszem. My dużo zawdzięczamy temu, że na 5 lat „przytuliliśmy się” do pracowni mojego ojca, który również służył nam radą i pomocą techniczną, a to już dużo... Ale przede wszystkim trzeba mieć w sobie treść. Jak jej nie masz, to w najlepszym wypadku robisz komercyjne rzeczy: okienka, domeczki, biurowczyczki. Dlaczego treść jest tak ważna? Bo ludzie potrzebują treści, którą mogą się napełnić, tak samo, jak potrzebują chatek, żeby im na główki nie padało. Przeczytać książkę, zobaczyć film,

zobaczyć architekturę… albo wziąć udział w wydarzeniu przestrzennym, które ich wzbogaci wewnętrznie. Architekt jak reżyser filmowy jest amatorem, który musi znać dużo różnych rzeczy i umieć je spinać. Na drodze do możliwości tworzenia i uzewnętrzniania treści stoi często samo życie: za wcześnie podejmujemy się „dorosłych” odpowiedzialności i wchodzimy w automatyczną logikę kredytobiorcy. Przedwcześnie zgadzamy się na uprzeciętnienie swojego życia.

Budowanie nie jest najważniejsze. Jest efektem myślenia, które jest najważniejsze. Czasem efektem będzie performatywne wydarzenie, czasem artykuł, czasem książka, czasem wystawa, czasem rzecz wybudowana

&

Problemem jest to, że architekci odczuwają przymus budowania – za wszelką cenę chcą zbudować. Za wszelką cenę mieć orgazm! arcYteKtUra nr2 (14) | II/2009

7

Profile for Arcytektura

ARCYTEKTURA #2/09  

Arcytektura #2(13) Drugi numer reaktywowanego niecodziennika studentów Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej ---------- Second...

ARCYTEKTURA #2/09  

Arcytektura #2(13) Drugi numer reaktywowanego niecodziennika studentów Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej ---------- Second...

Advertisement