Page 44

podróże

Parinacota tekst i zdjęcia: piotr staszewski

N

ie za wiele spałem tej nocy. Otwieram oczy. Wschodzi słońce.. Widzę na szybie szron. Głowa pulsuje. Oddycha mi się ciężko. Przed twarzą pojawia się para wydychanego powietrza. Trzeba wyjść ze śpiwora, ciężka sprawa. Noce w wiosce Sajama są bardzo zimne. Głodny jestem jak nigdy. Krążę po wiosce w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Natykam się na restaurację, w której akurat jedzą śniadanie dwie Francuzki i Brazylijczyk. Cały dzień spacerujemy po parku narodowym. Dochodzimy do pierwszego obozu w drodze na wulkan Sajama. Dobrze jest przyzwyczaić organizm do chodzenia i do wysokości. Tak mija mi niemal cały dzień. Wieczorem przygotowuję się do mojej wyprawy. Załatwiam sobie transport jeepem do campo basso (kosztuje aż $45, ale nie bardzo mam wybór). Mój plecak waży 25 kilogramów. W środku mam 10 litrów wody i jedzenie na trzy dni. Do tego namiot, śpiwór, raki, czekan i resztę gratów. Wstaję o szóstej rano. Tej nocy śpi mi się już zdecydowanie lepiej. Z wioski Sajama do obozu basso jest 25 kilometrów przez pustynię. Jadę wynajętym jeepem z tragarzami. Z campo basso jest jakieś dwie godziny drogi do campo alto. Tragarze pomagają mi nieść rzeczy. Campo alto znajduje się na wysokości 5400 m n.p.m. W przełęczy między dwoma wulkanami. Ciężkie podejście, bo podchodzi się po ciemnym piasku wulkanicznym. To przypomina trochę chodzenie w piaskownicy albo wspinanie się na wydmy. Dwa kroki do przodu jeden w tył. Samo podejście do obozu wymaga sporo wysiłku. Zajmuje nam to około dwóch godzin, może więcej. Rozstawiam namiot, rozpalam moją węglową kuchenkę. Zagotowanie kubka herbaty zajmuje mi godzinę! Nie mam za wiele do roboty. Przypadkowo dowiaduję się, że jutro na wulkan będzie wchodzić jesz-

42

ARCYTEKTURA nR2 (14) | ii/2009

cze para Francuzów z przewodnikami. Bardzo cieszy mnie fakt, że nie będę sam. Po jakimś czasie do obozu przychodzą dodatkowo dwaj Hiszpanie. W sumie na podbój wulkanu wyrusza jutro siedem osób. Wszyscy wstają o drugiej w nocy. Nie mam zamiaru wspinać się w nocy, ale jak ktoś już jutro wchodzi na szczyt, to wolę iść z nim niż sam. Słońce chowa się za horyzontem. Głowa znowu zaczyna mi pulsować. W nocy temperatura spada do -25 stopni. Mój śpiwór nie daje rady. Przepuszcza zimno na całej długości zamka. Nie mam problemu ze wstaniem. Słyszę jak żabojady zaczynają się krzątać.

Nie mogę zjeść śniadania. Wszystko zamarzło. Woda w butelkach w stanie stałym. Nawet napić się nie ma jak. Na szczęście jedna z butelek zakopana jest głęboko w plecaku. Woda w niej nie do końca zamarzła. Coś w rodzaju shake’a. Pakuję graty. Czuję się już lepiej. Nie boli głowa. Po wyjściu z namiotu nie mogę uwierzyć, gdzie jestem! Jak w jakimś śnie. Krajobraz nie z tej ziemi. Zupełnie inaczej niż za dnia. I te gwiazdy. Jeden z Hiszpanów zostaje w obozie. Ma chorobę wysokościową. Drugi, Antonio, pyta się czy nie chcę iść razem z nim. Oczywiście, że chcę! Jest 3.30. Przed nami idą Francuzi. Widać tylko ich latarki jakieś sto me-

Profile for Arcytektura

ARCYTEKTURA #2/09  

Arcytektura #2(13) Drugi numer reaktywowanego niecodziennika studentów Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej ---------- Second...

ARCYTEKTURA #2/09  

Arcytektura #2(13) Drugi numer reaktywowanego niecodziennika studentów Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej ---------- Second...

Advertisement