Page 13

powierzchnię zbliżoną do województwa mazowieckiego, mieszka ponad 20 milionów ludzi wiele tłumaczy. To miasto nieubłaganie rośnie wzwyż zapominając niestety o tak „nieopłacalnych” inwestycjach jak parki, szkoły, tereny rekreacyjne czy nawet transport publiczny i infrastruktura drogowa, które pozwoliłyby o 16.30 wydostać się do domów wszystkim pracownikom 50-piętrowych biurowców. Inne, nieco trudniejsze do uchwycenia oblicze Dżakarty to urok holenderskiej kolonii. Indonezyjczycy bardzo źle wspominali czasy okupacji i po wyzwoleniu w latach czterdziestych XX w. chcieli niszczyć wszystko, co kojarzyło się z okupantem. Na szczęście ostatnio i lud wyzwolony odkrył urok rynku, holenderskich zabudowań dających przyjemny chłód i nadających się nie tylko dla turystów. Po remoncie nawierzchni „starówki”, postawieniu paru ławek i odświeżeniu elewacji dzielnica Kota zyskuje uznanie, także u młodych mieszkańców stolicy. Szkoda tylko, że po „wtórnym wykorzystaniu materiałów budowlanych” z holenderskiego miasta portowego postał „skansen” niewiele większy niż kwartał otaczający rynek.

Kampungi

Kolejnym, choć pewnie nie ostatnim, elementem Dżakarty są kampungi. Słowo to pierwotnie oznaczało pojedyncze zabudowania z przyległymi do nich polami ryżowymi. Następnie zaczęło oznaczać wioskę. Od czasu wielkiego rozwoju miast określa również slumsy wewnątrz aglomeracji. To teren, gdzie bule, czyli biali, się nie zapuszczają. Dla lepszego samopoczucia wybrałam się tam z aparatem w męskim towarzystwie. Jeśli w pobliżu biurowców czy w centrum handlowym można usłyszeć „hello myster”, to w kampungu jest się obcym. Nie oznacza to, że są to tereny niebezpieczne. Nic podobnego. Natomiast rządzą się prawami wioski. Tu obcy jest natychmiast wychwytywany, tym bardziej jeśli jest nim biała kobieta. W uliczkach o metrowej szerokości, wśród domów stawianych siłami dosłownie całej rodziny i sklepików wysuwanych przed baraki ciężko czuć się swobodnie. Jednak to dopiero tu odkrywa się gdzie mieszkają setki tysięcy kierowców, opiekunek

do dzieci, kasjerek w sklepach, a nawet pań z mniejszych biur. Nie mają kanalizacji, dostępu do ciepłej wody, często nawet z wodą pitną są tu poważne problemy. Nie przesadzę jeśli powiem, że gros tych ludzi nie ma nawet własnej ubikacji. W kampungu, który zwiedzałam najdłużej, przez przypadek znalazłam się w „toalecie”. Jedna z alejek podobnych do wszystkich innych prowadziła do desek wysuniętych nad kanał i... to tyle. Pomijając nawet brak kanalizacji, ustępu, czy wody, ciężko pogodzić się z myślą, że ludzie „wypinają się” prosto w okna sąsiadów z drugiej strony kanału. To też tłumaczy dlaczego w Indonezji rok rocznie, co najmniej 300 na 1000 Indonezyjczyków cierpi na choroby pochodzące z wody, w tym cholerę, dyzenterię i żółtą febrę. Jak powiedział pewien profesor z Indii – nie można mówić o silnym i rozwiniętym kraju jeśli większość jego mieszkańców żyje w takich warunkach, niezależnie od ilości wieżowców. Więc jaka jest Dżakarta? Nie wiem, i pewnie wiele kolejnych lat tutaj nie pozwoliłoby mi jej zrozumieć, ale postaram się i co zobaczę – będę Wam co jakiś czas przesyłać.

Absolutorium studiów magisterskich WAPW zrobiła w 2007; w Indonezji, gdzie pracuje jej mąż, zajmuje się swoją pracą magisterską na temat mieszkalnictwa w Dżakarcie; pełnoetatowa mama rocznej Hanki.

Dżakarta w czasie pory deszczowej w smogu – widok od północy z autostrady.

11

Holenderska kolonia

Dzielnica mieszkaniowo biurowa na północy Dżakarty

Joanna Irzyk-Skarżyńska

Skromny blok mieszkaniowy przy autostradzie w północnej części Dżakarty – marzenie wszystkich mieszkanców kampungów.

ARCYTEKTURA #1/09  

Nieregularnik studentów Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej, wydawany w latach 1989-1995, wznowiony w 2009 r. Zapraszamy do lekt...

ARCYTEKTURA #1/09  

Nieregularnik studentów Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej, wydawany w latach 1989-1995, wznowiony w 2009 r. Zapraszamy do lekt...

Advertisement