Page 1

BRATNIE DUSZE

Khantiloka PUBLISHERS 5 800121 071928


BRATNIE DUSZE

Khantiloka PUBLISHERS


Li Gotami, Lama Govinda i Sangharakszita

Źródła ilustracji strony internetowe Triratna Buddhist Community, Govinda Stiftung, Arya Maitreya Mandala; ~ Khantiloka 2016

2


'Bratnie Dusze' to zbiór, wcześniej opublikowanych po angielsku, fragmentów z pism Sangharakszity mówiących o Lamie Govinda1. Spotkanie z Lamą Govinda było nie bez znaczenia dla Sangharakszity. Poglądy lamy, takie jak literatura i sztuki piękne versus życie duchowe czy ideał bodhisattvy jako łączący element dla całej wspólnoty buddyjskiej były niewątpliwie potwierdzeniem dla Sangharakszity na drodze jego własnych duchowych poszukiwań2. Publikacja została przygotowana dla czytelnika polskojęzycznego nie znającego języka angielskiego. Znających język angielski odsyłam do oryginału3. 1

jak zauważył Sangharakszita w rozmowie z redakcją mówiąc o Govindzie nie można nie wspomnieć o Li Gotami; umieszczenie w zbiorze wiersza o Govindzie było sugestią Sangharakszity (z listu redakcji do Sangharakszity: ‘I have already found the poem Lama Govinda in Capri. I am going to translate and include it in the compendium.’); Sangharakszita spotkał Govindę wielokrotnie, w Almary i w innych miejscach; jest w posiadaniu około tuzina listów od Govindy (z listu red. do S.: ‘I would be glad to receive copies of Govinda's letters. I like to read them and add a copy of one of them as an illustration of your relation with Govinda.’); korespondencja Sangharakszity do Govindy nie zachowała się; 2 (z listu red. do S.: ‘Do you agree with this part of the introduction to the publication?: Lama Govinda's views on the importance of literature and the arts for the spiritual life or of the Bodhisattva Ideal as a unifying element for the whole of the Buddhist community were undoubtedly for Sangharakshita a confirmation on the path of his own spiritual quest.’); 3 źródła fragmentów czytelnik znajdzie w przypisach;

3


Tybet, Govinda

4


Lama Govinda na Kapri4 Po zobaczeniu reprodukcji obrazu Govindy ‘Kapri nocą’

Kapri nocą. Harmonia Brunatno czarna, z pomarańczowym Gdzieniegdzie światłem, muskającym cicho Falujące i nagie ściany Patrzące ciemnymi otworami ich oczu I z ustami, lecz bez odpowiedzi. Tam dalej, aleja, i arkada Prowadzą nas w głęboki mrok, A ponad nimi, promienie światła Z poddasza ostrożnie świecą Gdzie, kto wie, chory a może konający Na niewygodnym łożu leży. Artysta mędrzec, duszą poety Wskroś swego życia Prawdzie i Pięknie służący, Czy teraz błądzić musisz, zagubiony Przez ciemne, zagmatwane drogi, Zanim wyrośnie dla cię w końcu Katedra Kailasz, biała na tle błękitu? 4

Govinda in Capri / The Call of the Forest and Other Poems, Sangharakshita, Windhorse Publications 2000;

5


Z Wielcy buddyści 20-tego wieku / Lama Govinda5: Lama Govinda był postacią raczej tajemniczą – zwłaszcza jako Ernst Lothar Hoffmann – jak się nazywał kiedy rozpoczął życie. Niewiele wiemy o jego pierwszych latach. Urodził się w 1898 roku w Niemczech, w rodzinie mieszczańskiej częściowo hiszpańskiego pochodzenia, jego matka zmarła kiedy miał trzy lata, i został wychowany przez jej siostrę. Początkowo chciał zostać inżynierem górnictwa, ale rozwinął wzrastające zainteresowanie filozofią, zwłaszcza dorobkiem Szopenhauera. Kontynuował studiując religie porównawcze, a zwłaszcza buddyzm, aż, pod koniec pierwszej wojny światowej, został powołany i spędził dwa lata w niemieckiej armii. Po wojnie osiedlił się on na Kapri, gdzie rozpoczął się bardzo ważny okres w jego życiu. Studiował język Pali, uprawiał sztuki piękne i, trochę, badania archeologiczne, i spotkał starszą niemiecką damę która została, na dłuższą część jego dalszego życia, tak jakby jego przybraną matką. Zaczął uprawiać medytację, i zaczął również wykonywać rysunki pastelą stanów medytacyjnych które doświadczał. Czyli wyraźnie dostrzegał związek 5

6

The Essential Sangharakshita, Wisdom Publications 2009, p.652;


pomiędzy medytacją i sztuką co później miało się stać tematem dużej części jego rozmyślań. W 1928 roku, jako trzydziestolatek, Govinda przeniósł się na Cejlon – oczywiście również ze swoją przybraną matką. Przez kilka lat studiował język Pali i abidhammę u słynnego niemieckiego mnicha Nyanatiloki, przybierając w tym okresie imię Govinda i stając się anagariką (anagarika dosłownie znaczy bezdomny; bycie anagariką zazwyczaj implikuje celibat). Odwiedził również Birmę i badał przypadki wspomnień domniemanych przeszłych żywotów, tematu którym on się zawsze interesował. Kolejna jego przeprowadzka była do Indii, gdzie na konferencji buddyjskiej w Dardżylingu zetknął się on po raz pierwszy z buddyzmem tybetańskim, który od tego momentu miał silny wpływ na jego pracę i życie. Jest niewiele dokładnych dat w tym co wiemy o życiu Govindy, ale około 1930 roku osiedlił się on – znowu ze swoją przybraną matką – w Ghum koło Dardżylingu, gdzie spotkał swojego tybetańskiego nauczyciela, sławnego Tomo Gesze Rimpocze. W czasie następnych kilku lat przebywał on częściowo w Ghum i częściowo w Szantiniketan, uniwersytecie leśnym założonym przez Rabindranatha Tagore sto sześdziesiąt kilometrów na północ od Kalkuty (Kolkata). Govinda wykładał, pisał, podróżował – aż w 1942 roku został internowany przez brytyjczyków z powodu swojego niemieckiego pochodzenia. Warunki w obozie koło Dehradun były bardzo umiarkowane.

7


Studiował on chiński, studiował I Ching, i korzystał z towarzystwa Nyanaponiki, innego niemieckiego ucznia Nyanatiloki. Po wojnie wrócił on do Ghum i do Szantiniketan, i w 1947 roku ożenił się ze swoją byłą studentką z Szantiniketanu, Roti Petit, która będzie znana jako Li Gotami. W 1948 roku zorganizowali oni słynną wyprawę do Tsaparang w zachodnim Tybecie, i zrobili to właśnie w ostatnim momencie, ponieważ w ciągu nie więcej niż dwu lat Chińczycy zajęli cały Tybet. We dwójkę przez kilka miesięcy pracowali oni w warunkach wymagających dużego poświęcenia, szkicując, i fotografując zruinowane buddyjskie świątynie i klasztory, i kopiując stare freski. Byli bardzo pod wrażeniem nie tyle śladów życia religijnego które tam znaleźli ale ogromu otwartych przestrzeni, krajobrazów, jaskrawych kolorów, światła, i oczywiście dawnej sztuki którą odkryli. W 1952 roku Govinda ogłosił utworzenie Arya Maitreya Mandali, organizacji dzięki której miał nadzieję spopularyzować buddyzm, szczególnie buddyzm tybetański, na zachodzie. Krótko potem, on i Li Gotami przeprowadzili się do Almory u podnóża zachodnich Himalajów, gdzie przebywali przez następne dwadzieścia pięć lat, i gdzie Govinda miał najbardziej owocny okres w swojej karierze, tworząc co najmniej dwa buddyjskie dzieła literackie: semiautobiograficzne Droga Białych Obłoków, dokumentujące podróż do zachodniego Tybetu, i Podstawy Tybetańskiego Mistycyzmu. W latach

8


sześćdziesiątych i siedemdziesiątych podróżowali oni kilka razy do Europy i Ameryki, gdzie coraz bardziej interesowano się buddyzmem, i swoje ostatnie lata spędzili w San Francisko, gdzie Govinda zmarł w 1985 roku, w wieku 87 lat. Li Gotami zmarła około trzy lata później w Indiach. Govindę poznałem dosyć dobrze. Odkryliśmy, że mamy wiele ze sobą wspólnego, zwłaszcza w naszym podejściu do buddyzmu. W liście który napisał do mnie cztery dni przed śmiercią zawarł on kilka uwag które jakby ukazywały główny kierunek jego życia i pracy. Po pierwsze jestem wielkim miłośnikiem sztuki włoskiej, tak jak ty, zawsze podkreślałem znaczenie kultury europejskiej. Jak możemy wchłonić esencję kultury buddyjskiej bez znajomości korzeni naszej własnej kultury? I po drugie teraz to należy do następnego pokolenia by wydobyć buddyzm z czysto akademickiego klimatu i uczynić go żywym doświadczeniem. Lama Anagarika Govinda zawsze podkreślał że intelektualne zrozumienie i przestrzeganie zasad nie jest wystarczające, ale że buddyzm może się stać żywym doświadczeniem przez medytację, razem z rytuałem i zwłaszcza kolorem – kolorem w pełnym, literackim znaczeniu – w życiu duchowym. Podkreślał on również znaczenie tego co nazywał kreatywną wyobraźnią czyli znaczenie sztuki. Będąc sam medytatorem i artystą, nie widział tych dwóch działalności jako zupełnie różnych, w rzeczywistości, widział on pewien rodzaj podobieństwa pomiędzy nimi. Ujmował to tak że w medytacji przenosimy się

9


ze świata zewnętrznej ekspresji ku światu wewnętrznego doświadczenia. A w sztuce przenosimy się ze świata wewnętrznego doświadczenia w świat zewnętrznej ekspresji.

10


Lama Anagarika Govinda o 'Wprowadzeniu do Buddyzmu' (A Survay of Buddhism) Sangharakszity: Byłoby trudnym znaleźć pojedynczą książkę w której historia i rozwój myśli buddyjskiej byłyby opisane tak żywo i wyraźnie jak w tej prezentacji. Dla wszystkich tych którzy chcą poznać sedno, esencję buddyzmu jako zintegrowanej całości, nie ma lepszego przewodnika niż ta książka.

11


(...)6 Tak jak Lama Anagarika Govinda po zacytowaniu najbardziej popularnej formułki w języku Pali7, bardzo zdecydowanie zauważa: Ten ideał, który rzeczywiście jest godny nazwy mahayana, wielkiego pojazdu lub wielkiej, wszystko obejmującej drogi, będąc żywym pomostem pomiędzy szkołami północnego i południowego buddyzmu, z pewnością nie jest wyłącznym przywilejem tak zwanych północnych szkół, które pomimo ogromnych różnic pomiędzy nimi, zostały sklasyfikowane ogólnym terminem mahayana, lecz jest czymś co każdy musi zdecydować dla siebie osobiście. Innymi słowy Ideał Bodhisattvy nie jest dzielącym lecz łączącym elementem w buddyjskim życiu i myśli. Skupiał on razem szeroko zróżnicowane szkoły północnego buddyzmu, i pozostanie on elementem który połączy je z tradycjami południa. Dlatego jeżeli chcielibyśmy przekroczyć bariery intelektualne, które pozornie dzielą szkołę od szkoły i yanę od yany i poznać sedno, esencję, buddyzmu jako zintegrowanej całości, powinniśmy kontemplować ich najwyższy wspólny czynnik, Ideał Bodhisattvy. (...) 6

A Survey of Buddhism, Sangharakshita, Windhorse Publications (p.434/7th edition 1993); 7 cześć Buddzie, cześć Dharmie (nauce Buddy), cześć Sandze (wspólnocie buddyjskiej); Namo Buddhaya, Namo Dharmaya, Namo Sanghaya, Namo Nama, Om Ah Hum; (przyp. tłum.)

12


(...)8 Dżataki i avadanasy są podstawowymi pismami o Ideale Bodhisattvy ponieważ zamiast jedynie wzbudzać nasze zainteresowanie rozprawą o doktrynie Bodhisattvy inspirują nas pokazując, z rozbrajającą prostotą i prawdą, jak Bodhisattva w rzeczywistości żyje, jak nie tylko w ciągu jednego lecz przez setki żywotów poświęca się on i cierpi dla ostatecznego dobra wszystkich czujących istot. Nic dziwnego, że, tak jak w już cytowanym eseju, Lama Anagarika Govinda by napisał, Dżataki to boski hymn ku Ideale Bodhisattvy w postaci która bezpośrednio przemawia do ludzkiego serca i która, dlatego, jest nie tylko zrozumiała przez mędrców lecz nawet przez najprostsze umysły. Jedynie ktoś przemądrzały ośmieliłby się je wyśmiać. Do dzisiejszego dnia dżataki nie straciły ich ludzkiego wyzwania i wciąż mają one głęboki wpływ na życie religijne w krajach buddyjskich. Na Cejlonie, w Birmie, Syjamie i Kambodży tłumy ludzi godzinami słuchają ze wzmożoną uwagą kiedy mnisi podczas nocy z pełnią księżyca recytują opowiadania z byłych żywotów Buddy, a w Tybecie widziałem nawet łzy w oczach zatwardziałych karawaniarzy, kiedy siedząc w obozowisku wokół ogna od nowa opowiadano o poświęceniach i cierpieniach bodhisattvy. Dla tych ludzi dżataki to nie literatura czy 'folklor' lecz coś co 8

A Survey of Buddhism, Sangharakshita, Windhorse Publications (p.435/7th edition 1993);

13


wydarza się przed ich oczyma i ma znaczący wpływ na ich własne życie. Coś co porusza ich do głębi, ponieważ jest dla nich zawsze obecną rzeczywistością. By w ten sposób zostać poruszonym powinno się czytać dżataki tak jak poezję, to znaczy ze 'świadomym pozbyciem się niewiary' we wszystko czego nie potrafi się zaakceptować jedynie na poziomie intelektualnym. (...) Komentując (dalej ten) głęboko widzący autor (...) mówi: Dla współczesnego człowieka takie opowiadanie9 może wydawać się dziwaczne i przesadzone ... ponieważ ocenia on z czysto intelektualnego, tzn. zewnętrznego, punktu widzenia, z którego wynika że poświęcenie jest przesadzone w porównaniu z jego przyczyną. Ochrona – lub raczej przedłużenie – życia jakiejś dzikiej bestii nie jest warte poświęcenia ludzkiego życia. Ale buddysta widzi to opowiadanie z dosyć innej perspektywy. Dla niego nie jest to faktyczna czy obiektywna rzeczywistość która się liczy, lecz motyw, siła współczucia, która zmusiła bodhisattvę by w ten sposób czynić, nie licząc się z zewnętrznymi skutkami. Duchowe i symboliczne znaczenie tego czynu daleko przekracza ramy jego domniemanej przyczyny. To że życie tygrysicy i jej małych jest uratowane nie jest na tyle ważne jak to że bodhisattva doświadcza wewnętrznie cierpienie i rozpacz ich okrutnej rzeczywistości, i że tak czyniąc dowodzi on że nie ma dla niego większej różnicy pomiędzy cierpieniem innych i jego własnym cierpieniem. 9

dżataka w której przyszły Budda poświęca swoje życie by uratować wygłodniałą tygrysicę z jej potomstwem; (przyp. tłum.)

14


Swoim nadzwyczajnym poświęceniem pozbywa się on ułudy własnego 'bycia sobą', i w ten sposób tworzy fundament dla swojego późniejszego bycia Buddą. Jeżeli współczesnemu człowiekowi nie uda się zostać wzruszonym dżatakami jest to spowodowane tym że widzi on ich ilustrację żcia bodhosattvy nie jako ideał za którym należy podążać ale jako doktrynę z którą można się zgodzić lub nie zgodzić z czysto teoretycznych powodów. (...)

15


Tybet, Govinda

16


17


(...)10 Lama Govinda był w tym czasie trochę po pięćdziesiątce. Z wyglądu był on średniego wzrostu, a jego bardzo smukłe ciało było jakby owinięte w brunatną czubę spadającą luźnymi fałdami do jego stóp, na których nosił on sandały w stylu indyjskim. Czuba była wykonana nie jak zazwyczaj z ciężkiej tkaniny wełnianej ale z jakiegoś lekkiego materiału pasującego bardziej do indyjskiego klimatu. Na jednym z ramion nosił on wyhaftowaną torbę w rodzaju noszonych przez buddyjskich mnichów z Azji południowo-wschodniej, a wokół jego szyi wisiał tybetański różaniec z tradycyjnymi dodatkami. Ubranie jego kompletował rodzaj szala przykrywający różaniec i wiszący z obu stron prawie do krańca czuby. Ponieważ był lamą ożenionym nie był on ogolony na gładko, a jego jasno brunatne włosy były uczesane prosto do tyłu od niespotykanie wysokiego i mądrego czoła. Jego czoło, w rzeczywistości, dominujący element jego twarzy, ostro kontrastowało z dosyć pełnymi ustami i niepozorną, cofniętą brodą. W zachowaniu był on umiarkowany i pojednawczy aż do przesady i, jak się wkrótce zorientowałem, tak uprzejmy że prawie ceremonialny, zachowujący się tak 10

Facing Mount Kanchenjunga, Sangharakshita, Windhorse Publications 1991, p.269;

18


jakby zawsze przebywał w lepszym towarzystwie. Jedynie delikatność uśmiechu dostrzegana na jego ustach, i przenikliwość spojrzenia które czasem błyskało z jego głęboko położonych oczu, mogły dać odrobinę wrażenia bogactwa życia – i ognia – w nim ukrytego. Li Gotami była około dwudzieścia lat młodsza niż Lama Govinda, również niższa i grubsza. Pomijając że jej czuba była pozbawiona rękawów (nosiła ona pod nią bluzkę z długimi rękawami), była ona ubrana w podobny złożony i artystyczny strój jak jej wyróżniający się mąż. Chociaż jej ciemne włosy były ucięte na styl zachodni, miała ona kremową cerę, wyraźny nos, i duże czarne oczy które, później, wiedziałem że były charakterystyczne dla rodu Parsów z którego ona pochodziła. Poza tym że była ona niezmiernie żywotna, była ona towarzyska i rozmowna, i posiadała czysty, dźwięczny śmiech który był bardzo zaraźliwy. Kiedy ktoś oczekiwał na spotkanie dwóch osób tak jak ja oczekiwałem na spotkanie Lamy Govinda i Li Gotami – i jak oni, niewątpliwie, oczekiwali na spotkanie ze mną – istnieje zawsze możliwość wzajemnego rozczarowania. W tym wypadku, było to dalekie od tego. W ciągu pół godziny od ich przyjazdu do 'Pustelni' osiągneliśmy zupełne zrozumienie siebie nawzajem i rozmawialiśmy ze sobą tak swobodnie jakbyśmy się znali już całe lata. Jak należało się spodziewać, miałem więcej zainteresowania w Lamie Govinda niż w Li Gotami, która w każdym razie miała jedynie cząstkę mądrości i zrozumienia które były

19


obecne w prawie każdym słowie które Lama Govinda wypowiadał. Pomimo tego, doceniałem Li Gotami za jej żywotność i inteligencję, jak również za jej zachwycającą szczerość, która czasem mogła być szokująca. Chociaż jej religijna orientacja nie była w żadnym wypadku jedynie buddyjska, wiedziała ona wystarczająco dużo o buddyźmie by mogła poważnie zainteresować się tym tematem i nie było, dlatego, wątpliwości by była ona wyłączona z rozwlekłych dyskusji w których Lama Govinda i ja wkrótce się zagłębialiśmy. Byłoby trudnym do powiedzenia co było tematem tych dyskusji. To było tak że w czasie pięciu dni które moi goście spędzili u mnie w Kalimpongu, jak również siedmiu dni które spędziłem razem z nimi zaraz potem w Ghum, Lama Govinda i ja poruszyliśmy praktycznie cały teren buddyjskiej myśli i praktyki. Jaka kwestia nie została by przez nas poruszona, okazywało się że się zgadzaliśmy do tego stopnia że mogłoby to być zaskakującym gdybyśmy nie znali wzajemnych pism i gdybyśmy nie wymienili już naszych idei w wielu listach. Rzeczywiście, tak jak bezchmurne jesienne dni przemijały, moje uczucie że byliśmy pokrewnymi duszami uzyskało jeszcze większe potwierdzenie niż ośmieliłbym się oczekiwać, i tak zostałem pozbawiony wątpliwości że chociaż w rzeczywistości był on ożenionym lamą a ja mnichem w celibacie miałem więcej wspólnego z Lamą Govinda niż z jakimkolwiek buddystą do tej pory przeze mnie spotkanym.

20


Jedną z najbardziej ważnych kwestii którą poruszyliśmy, i którą poruszaliśmy wielokrotnie był związek pomiędzy buddyzmem i życiem duchowym, z jednej strony, i literaturą i sztukami pięknymi, z drugiej. Poza tym że był on z przekonania buddystą, Lama Govinda był również artystą i poetą z nie małą reputacją. Miał on już wystawy swoich obrazów w wielu z większych indyjskich miast, i wydał dwa tomiki poezji po niemiecku, jego ojczystym języku. Jeżeli chodzi o mnie, pisałem poezję od jedenastego czy dwunastego roku życia, i teraz nawet myślałem o zebraniu moich bardziej współczesnych wierszy w formie książki. Kilka z tych wierszy ukazało się już na stronach Ilustrowanego Tygodnika Indyjskiego, który sfinansował ekspedycję Lamy Govinda do Tsaparang w zachodnim Tybecie, a następnie zamieścił w formie cyklu sprawozdanie Li Gotami z ich przeżyć, i z charakteru tych wierszy wiedział on że byłem nie bardziej obojętny wyzwaniu Piękna niż wyzwaniu Prawdy lub Dobroci. Okoliczność że Lama Govinda i ja chołubiliśmy literaturę i sztuki piękne nie oznaczała, jednak, że on malował obrazy lub że ja pisałem wiersze jako dodatek do takich charakterystycznie buddyjskich rzeczy jak przestrzeganie zwyczajów, medytacja, studiowanie dharmy11 i dawanie wykładów. Tak dla niego jak i dla mnie malowanie obrazów i pisanie wierszy było właśnie częścią tego życia duchowego. Związek 11

dharma to nauki buddyjskie; (przyp. tłum.)

21


buddyzmu i życia duchowego, z jednej strony, i literatury i sztuk pięknych, z drugiej, nie był, dlatego, jedynie zewnętrzny, tak jak pomiędzy różnymi przyziemnymi rzeczami. Dlatego też nie mogło być oczywistym że zajmowanie się literaturą i sztukami pięknymi byłoby sprzecznym z praktykowaniem buddyzmu i skupianiu się nad życiem duchowym, tak jak kiedyś mogłem o tym myśleć (lub do czego próbowano mnie przekonać), a tym bardziej że jedno byłoby szkodliwe dla drugiego. Dzięki jego bardzo gruntownej znajomości tybetańskiej sztuki buddyjskiej w jej wszystkich postaciach, zrozumienie u Lamy Govinda tej ważnej prawdy było w tym czasie bardziej oczywiste i bardziej wyraźne niż moje. Miał on szczególnie głębokie uznanie dla związku pomiędzy sztuką i medytacją. 'Sztuka i medytacja to twórcze stany ludzkiego umysłu,' napisał on w małej książce na ten temat którą mi później podarował, 'Obie dziedziny czerpią pokarm z tego samego źródła, ale mogłoby się wydawać że podążają w różnych kierunkach: sztuka ku sferze wrażeń zmysłowych, medytacja ku sferze pozbycia się form i wrażeń zmysłowych. Ta różnica odnosi się jednak tylko do aspektów powierzchownych, nie do zasadniczych. Po pierwsze, medytacja nie oznacza oderwania się od lub zaprzeczenia formy – z wyjątkiem jej ostatecznych bezgranicznych etapów – oznacza ona doskonałe skupienie umysłu i usunięcie wszystkich nieistotnych cech dla konkretnego zagadnienia do momentu aż jesteśmy całkowicie jego świadomi przez doświadczenie rzeczywistości widząc ją we właściwy sposób lub pod właściwym kątem. Sztuka postępuje w podobny sposób: podczas kiedy

22


posługuje się ona formami świata zewnętrznego, nigdy nie stara się naśladować tego świata lecz ujawnia wyższą rzeczywistość pomijając wszystkie uboczności, czyli wynosząc postrzegalną formę do rangi symbolu, pokazując w ten sposób bezpośrednie doznanie życia. To samo doznanie mogłoby być osiągnięte przez medytację. Ale zamiast tworzyć formalne (obiektywnie istniejące) doznanie, pozostawia ona subiektywne wrażenie, i w ten sposób działa jako kształtujący czynnik na charakter i świadomość medytującego.' Ponieważ Li Gotami była również artystką, i była prawie tak blisko zaznajomiona z tybetańską sztuką buddyjską jak jej niewątpliwie lepiej poinformowany mąż, było oczywistym że mogła ona więcej dodać do dyskusji kiedy Lama Govinda i ja rozważaliśmy związek pomiędzy buddyzmem i sztuką niż kiedy rozważaliśmy bardziej doktrynalne kwestie. W takich momentach wydawało się jakbyśmy całą naszą trójką byli bratnimi duszami, jakby to było spotkanie trzech serc i umysłów tak jak trzech ciał. Z jej serdecznie dobrym humorem, i jej gotowością do mówienia – szczególnie w związku z pewnymi wyróżniającymi się postaciami świata buddyjskiego – o rzeczach o których Lama Govinda jedynie pozwalał sobie nie więcej niż myśleć, Li Gotami rzeczywiście wzmacniała zrozumienie które pomiędzy nami powstało i umożliwiła byśmy rozmawiali swobodniej niż kiedykolwiek. Ale chociaż większość czasu który Lama Govinda i Li Gotami spędzili ze mną w Kalimpongu spędziliśmy na rozmowie, nie spędziliśmy go

23


wyłącznie jedynie w ten sposób. Już przed ich przyjazdem zaplanowałem, z ich przyzwoleniem, dla nich kilka spotkań. Tak więc w drugi dzień ich pobytu Lama Govinda dał wykład o swojej podróży do Tsaparang, podróży która miała miejsce cztery lata wcześniej i w której towarzyszyła mu Li Gotami. Chociaż czytałem o tej podróży w artykułach które Li napisała dla Ilustrowanego Tygodnika Indyjskiego, i chociaż czytałbym bardziej szczegółowe sprawozdanie które miało się ukazać jako Droga Białych Obłoków pietnaście lat później, to było opowiadanie o ekspedycji do Tsaparang słyszane z ust samego Lamy Govinda które pozostawiło najbardziej żywe wrażenie w moim umyśle. To wrażenie było wzmocnione dzięki temu że Lama Govinda ilustrował swój wykład pokazując kilka swoich obrazów i szkiców, wiele z których wykonał on tam na miejscu. Dosyć duża część z nich ukazywała masywne, kubiczne twierdze lub klasztory otoczone – lub na tle – jeszcze bardziej masywnych i nie mniej kubicznych gór. Twierdze, klasztory, i góry, razem z przypadkowym czortenem, wyglądało na to że rzeczywiście były ulubionym tematem artysty, i do którego jego prosty, monumentalny styl dobrze pasował. Na zakończenie wykładu, który miał miejsce w 'Pustelni', zostało zorganizowane spotkanie przy herbacie na cześć Lamy Govinda i Li Gotami dla wszystkich członków młodzieżowej organizacji buddyjskiej, a Saczin i inni muzycznie uzdolnieni młodzi nepalczycy zabawiali zebranych swoimi piosenkami.

24


Głównym zadaniem ekspedycji do Tsaparang było zrobienie, zanim byłoby za późno, jak najbardziej kompletnego rejestru bezcennych dzieł sztuki znajdujących się w od dawna zapomnianych świątyniach opuszczonego miasta. Pomiędzy najważniejszymi z tych dzieł były drobiazgowe freski, składające się z dwu cykli przedstawiających życie Buddy. Ponieważ nie było możliwym by oderwać je bez uszkodzenia od ścian na których były one namalowane, tak Lama Govinda jak Li Gotami musieli spędzić wiele ze swojego czasu kopiując te które były jeszcze w dobrym stanie. Li Gotami, wyglądało na to, skupiła się właśnie nad freskami przedstawiającymi życie Buddy. Dlatego tego dnia po wykładzie Lamy Govinda pokazała ona te kopie, a Lama Govinda dał równocześnie komentarz na temat różnych epizodów z kariery Buddy które one przedstawiały. Poza robieniem kopii fresków, Li Gotami zanotowała w rogu każdego szkicu szczegółowy schemat kolorów z oryginalnego malowidła. Używając szkice i schematy kolorów, wytłumaczyła, miała nadzieję że wykona kopie wszystkich fresków przedstawiających życie Buddy które były jeszcze w dobrym stanie w czasie ich tam pobytu. Ponieważ było ich około trzydziestu, to byłoby zadanie na całe życie. To spotkanie, na którym Li Gotami pokazała również pewną ilość czarno-białych zdjęć z Tsaparang, było mniejsze i bardziej intymne niż to co miało miejsce dzień wcześniej. Ci systematyczni współpracownicy pisma Kładka którzy zamieszkiwali

25


w Kalimpongu byli oczywiście dobrze na nim reprezentowani. Książe Piotr Grecki, doktor Roerich, i doktor Nebesky byli bardzo zapaleni by spotkać Lamę Govinda i Li Gotami i zobaczyć szkice, jak również by zadać różnego rodzaju archeologiczne, historyczne, geograficzne, etnologiczne, i lingwistyczne pytania związane ogólnie z Zachodnim Tybetem i szczególnie z Tsaparang, i dlatego cała trójka przybyła punktualnie do 'Pustelni' w dobrze znanej zielonej amerykańskiej limuzynie księcia Piotra. Jeżeli chodzi o artystów z Kalimpongu, byli oni reprezentowani przez pannę Krisp i Esmonda (i może przez Dżo, który ostatnio dodał do swoich nie udających się zajęć próbę malowania), ale było wyraźnym że panna Krisp miała o wiele mniej do powiedzenia od siebie niż zwykle i zupełnie nie powaływała się na fakt że jest jasnowidzącą. Chociaż panna Krisp miała mniej niż zwykle do powiedzenia od siebie, była jeszcze trzecia dama obecna o której tego nie można było powiedzieć, i która wyraźnie nie miała zamiaru by pozwolić Li Gotami zmonopolizować uwagę spotkania. To była księżna grecka Irena, która przybyła z księciem Piotrem, Roerich'em, i Nebesky'm w zielonej amerykańskiej limuzynie. Chociaż było mi przyjemnie by ją widzieć w 'Pustelni', byłem trochę ździwiony, ponieważ wiedziałem od Nebesky'iego że byłem na jej czarnej liście i dlatego jej nie oczekiwałem. Ale niewątpliwie jej ciekawość by zobaczyć szkice Li Gotami przezwyciężyła jej niechęć do mnie. Była ona

26


wysoką, trochę ociężałą kobietą około czterdziestki, o pyzatej białej twarzy i obfitych na kolor henny malowanych kędziorach. Jest bardzo możliwe że kiedyś była ona dosyć ładna, ale teraz zmarszczki zaczęły być widoczne pomimo pudru, a kurza łapka pomiędzy oczami dawała jej nieprzyjemny zrzędny wyraz twarzy. Kiedy mówiła słychać było niemiły, gardłowy dźwięk który od czasu do czasu przechodził w skrzekot tak że przypadkowy słuchacz prawie zaciskał przy tym zęby. Jeżeli chodzi o umysł porównywałem ją do pawia, który również pomimo posiadania pięknego upierzenia ma niezmiernie ochrypły głos. Kiedy przybyła ona do 'Pustelni' by zobaczyć szkice było to dopiero drugi raz że się spotkaliśmy. Pierwszy raz był, około rok temu, kiedy zaprosiła mnie ona na spotkanie przy herbacie w 'Tasziding', upozorowanej na styl Tudora himalajskiej rezydencji na Ringkingpong którą ona i książe Piotr zajmowali, nie daleko od 'Krukety' gdzie mieszkał doktor Roerich. Na tym spotkaniu przy herbacie poczęstowano mnie kawałkiem ciasta, ale ponieważ nie jadałem po upływie południa odmówiłem. Na całe nieszczęście, księżniczka Irena dosłyszała moje podziękowanie za ciasto i zaskrzeczała z drugiego krańca pokoju, 'Sama zrobiłam to ciasto!' - i od tego momentu byłem na jej czarnej liście. Z tego jak się rzeczy toczyły na obecnej okazji wynikało jak gdyby Li Gotami również miała się znaleźć na czarnej liście u księżniczki. Byśmy mogli szkice dokładniej widzieć zostały one rozłożone na

27


stole do ping-ponga, który zajmował większą część pokoju do gier. Księżniczka Irena siedziała na głównym miejscu, można powiedzieć, kiedy Lama Govinda i Li Gotami siedzieli na drugim końcu naprzeciwko siebie. Częściowo z powodu nie wystarczającej liczby krzeseł, a częściowo z powodu braku miejsca, my pozostali staliśmy przy drugim końcu stołu lub patrzyliśmy z poza pleców księżniczki Ireny podczas gdy Li Gotami pokazywała szkice a Lama Govinda dawał jednocześnie wyjaśnienie. Niektóre kopie wymagały obszerniejszego wyjaśnienia, ponieważ oryginały fresków pokazywały wiele epizodów z życia Buddy równocześnie i nie zawsze było łatwym zorientować się który szczegół należy do którego epizodu, nawet jeżeli patrzyło się na nie z bliska. W pewnym momencie, kiedy Li Gotami pokazywała swoją trzecią czy czwartą kopię i wskazywała na coś szczególnie ciekawego, księżniczka Irena nagle wyrwała szkic z jej ręki i położyła przed sobą by ją lepiej widzieć przez jej okulary w grubej obwódce. Li Gotami najeżyła się. Nie będąc osobą która miała zwyczaj ulegać braku uprzejmości, nie ważne jak godna pozycja jej autora, i zupełnie nie będąc onieśmieloną przez księżniczki pyszne, wyniosłe maniery, sięgneła ponad rogiem stołu i z głośnym 'Dziękuję pani!' bezzwłocznie odebrała kopię, na co z kolei księżniczka Irena się najeżyła. Krótką chwilę wyglądało na to że dojdzie do szarpaniny pomiędzy obiema damami o posiadanie szkiców, i nawet obelgi mogłyby zostać pomiędzy nimi

28


wymienione, ale Lama Govinda szybko odwrócił uwagę Li Gotami pytaniem a książe Piotr rzucił w kierunku księżniczki Ireny spojrzenie łagodnej nagany, na co dama odpowiedziała wykręcaląc twarz w jego kierunku. Ale jeżeli Li Gotami była teraz po prawdzie i na dobre na czarnej liście u księżniczki Ireny, pozycja księżniczki Ireny była nie lepsza u Li Gotami. 'Oczywiście że nie miałam zamiaru by mi je ona odebrała!' wojownicza mała kobieta z rodu Parsów powiedziała do Lamy Govinda i mnie później, śmiejąc się serdecznie na wspomnienie tego jak odpowiedziała księżniczce Irenie tym samym co od niej dostała. 'W każdym razie, co ona myśli, że kim ona jest?' To było rzeczywiście pytanie. Chociaż nie wiedziałem tego wtedy, księżniczka Irena nie była wcale księżniczką z urodzenia, i nawet nie posiadała królewskiej krwi, i to mogłoby być wytłumaczeniem tej notorycznej nieuprzejmości w jej zachowaniu, z powodu której była ona tak nielubiana w Kalimpongu jak książe Piotr był lubiany. Ale oddając księżniczce Irenie to co sama od niej dostała, Li Gotami nie miała zamiaru poświęcać wydarzeniu dalszej uwagi. Miała wiele więcej ciekawszych rzeczy o których mogła myśleć. Ona i Lama Govinda mieli jeszcze jeden dzień pobytu w Kalimpongu, a nie widzieli się jeszcze z panią Tagore, którą oboje znali dosyć dobrze, ponieważ Lama Govinda był wykładowcą na Szantiniketan a Li Gotami studentką. Następnego poranka, dlatego, skontaktowali się oni nie tylko z panią Tagore ale również, na wszelki wypadek, z panią

29


Mitter, i tak po południu obie damy przybyły szumnie do 'Pustelni' ubrane w swoje najlepsze sari by zobaczyć szkice. Ponieważ wiedziałem że pani Mitter nie mogła mi wybaczyć że bardziej lubiłem Dżo niż Słala (co nie znaczy że mój wybór dał mi kiedykolwiek jakiekolwiek korzyści!) byłem nie mniej ździwiony by ją zobaczyć w 'Pustelni' niż by zobaczyć księżniczkę Irenę. Jeżeli chodzi o Królową Kalimpongu, również, jej ciekawość by zobaczyć szkice – i jej uczucie obowiązku by towarzyszyć pani Tagore – niewątpliwie zatriumfowały nad jej jakiej by nie było urazie w stosunku do mnie. Kiedy nawzajem rozmawialiśmy zauważyłem że pani Tagore zwracała się do Li Gotami nie mówiąc Li lecz Rati, dlatego że znała ją wcześniej jako Rati Petit a później jako Rati Khandelawala. Następnie po południu Lama Govinda i Li Gotami byli podejmowani przy herbacie przez Saczina w bungalo na terenie Szkockiej Misji i spotkali tam jego rodziców. Sam byłem zapraszany kilka razy do tego miejsca od kiedy przeniosłem się do 'Pustelni' i teraz znałem już skromnego, mozolnie pracującego doktora ojca Saczina dosyć dobrze, i zacząłem poznawać jego matkę i również innych członków rodziny. Możliwe że było to tego samego popołudnia że, w towarzystwie Saczina i Indranarajan (kuzyn Rudramani, i jeszcze inny muzykalnie utalentowany młody Nepalczyk z tych którzy zabawiali zebranie swoimi piosenkami po wykładzie Lamy Govinda), Lama Govinda, Li Gotami i ja szliśmy pod górkę do Tirpai aż do Budynku Szerpów. Rzeczywistym

30


powodem naszego spaceru było nie tyle co odwiedzenie Dżo, lecz spotkanie ze starszą parą do której piętrowy budynek należał. Dwadzieścia lat wcześniej Lama Govinda zatrzymał się u nich na krótko, właśnie w Kalimpongu lub może w Dardżylingu, i oczywiście bardzo chętnie chcieli oni go znowu zobaczyć po upływie tego czasu. Ponieważ Dżo zajmował jedno z mieszkań na parterze (Tybetański inkarnowany lama zajmował całe piętro), Lama Govinda i Li Gotami nie mogliby wymigać się od odwiedzin u tego swarliwie usposobionego upaszaki, nawet jeżeli Li Gotami niezbyt go polubiła już od pierwszego wejrzenia ('Co za dziwny człowiek!' zwierzyła mi się później), i chociaż był on, na swój sposób, wyraźnie skrępowany tak w stosunku do niej jak też – w mniejszym stopniu – do Lamy Govinda. Ale, kiedy zapukaliśmy do niego przyjął nas bardzo łaskawie (chyba nie spodziewał się że tak Lama Govinda jak Li Gotami mogli się zgorszyć na widok wizerunku jego gniewnego Wadżrapani12), i chociaż robił on uwagi w jego normalny cyniczny sposób na jakie by nie były poruszone tematy mogłem widzieć że był on po cichu zadowolony z tych odwiedzin. Po tym jak zostaliśmy poczęstowani herbatą, wyszliśmy do ogrodu i Li Gotami zrobiła kilka grupowych zdjęć, chociaż absolutnie odmówiła by sama została sfotografowana. 12

Wadżrapani to personifikacja heroicznej, nieustraszonej energii przebudzonego umysłu; (przyp. tłum.)

31


Te zdjęcia były widocznym świadectwem tego co było, w rzeczywistości, bardzo udanymi odwiedzinami. Lama Govinda i Li Gotami wyraźnie byli zadowoleni ze spotkania ze mną, jak również ze spotkania z członkami i przyjaciółmi kalimpongskiej młodzieżowej organizacji buddyjskiej, którzy z kolei czuli się bardzo potwierdzeni przez przyjazne i życzliwe zainteresowanie dwóch wybitnych gości ich działalnością. Oboje Lama Govinda i Li Gotami byli z natury niezmiernie serdeczni, i prosty, skromny sposób ich zachowania ułatwiał im mieć dobry kontakt z młodymi i uzyskać ich zaufanie. Z mojej strony, byłem jeszcze bardziej zadowolony ze spotkania z nimi, prawdopodobnie, niż oni ze spotkania ze mną, i już czekałem na moment by towarzyszyć im do Ghum, gdzie zaprosili mnie by spędzić z nimi tydzień w bungalo w którym Lama Govinda mieszkał przed wojną ze swoją niemiecką mamką, która była dobrze znana w okolicy z jej poświęcenia dla Anagariki Brahmaczariego Govinda (jak wtedy go zwano), jak również z powodu jej wieku i dziwaczności. Ta mamka (chyba) właśnie zmarła. W każdym razie, Lama Govinda, który od wielu lat nie odwiedził Ghum (możliwe że od początku wojny, kiedy został internowany), wybierał się tam teraz by przeszukać swoje książki i notatki i inne rzeczy i zabrać to co miało jeszcze jakąś wartość. On i Li Gotami znaleźli właśnie miejsce dla siebie w postaci Wartowni, jak to się nazywało, przy szkole w Deolali, miasteczka około sto sześćdziesiąt kilometrów na

32


północny-wschód od Bombaju, i było oczywistym że chciał on mieć cały swój dobytek w jednym miejscu. 'Sosnowiec' był mały i ciemny, stojąc pomiędzy drzewami których igły były bardziej atramentowej czerni niż ciemno zielone. Dookoła wisiała mgła. I rzeczywiście mówiono że nazwa Ghum oznacza mgłę, i było znanym że jakby to nie był ładny dzień na dole przy moście nad Tistą, lub w Dardżylingu, przejeżdżając przez Ghum można było być pewnym że spotka się nic innego niż grubą pierzynę białego obłoku, przez który szaro-błękitne sylwetki sosen wyłaniałyby się jak cienie olbrzymów, lub co najmniej welon mgły tak delikatny że prawie niedostrzegalny. Tak więc otoczony przez mgłę, 'Sosnowiec' był oczywiście i zimny i wilgotny, zwłaszcza że to miejsce nie było zamieszkane od pewnego czasu, i dlatego całą naszą trójką spędziliśmy dużą część naszego pobytu skupieni wokół małego ognia z węgla drzewnego próbując się ogrzać. Również dużą część naszego pobytu spędziliśmy rozmawiając, i w większej ciszy i odosobnieniu Ghum zrozumienie które powstało pomiędzy nami w Kalimpongu teraz wyraźnie się pogłębiło. Pewnego poranka, do tego, kiedy pogoda była lepsza niż zwykle, odwiedziliśmy znany Klasztor w Ghum, który znajdował się nie daleko od nas. Ten klasztor zajmował ważne miejsce w duchowej przeszłości Lamy Govinda, ponieważ właśnie tutaj spotkał on swojego nauczyciela którym był, jak wiedziałem z artykułów które ukazały się w Ilustrowanym Tygodniku Indyjskim, Tomo Gesze

33


Rimpocze. Klasztor był obecny również w mojej własnej duchowej przeszłości, chociaż chyba nie tak znacząco jak w wypadku Lamy Govinda. Miałem okazję zobaczyć go przed sześciu laty, kiedy pierwszy raz odwiedziłem Dardżyling, i miałem żywe wspomnienie złotego oblicza olbrzymiego siedzącego wizerunku Maitreji, Buddy który ma się jeszcze pojawić, patrzącego na mnie z góry w mroku. Teraz cieszyłem się że mogłem odwiedzić klasztor – czy raczej świątynię klasztorną – razem z Lamą Govinda i Li Gotami. Kiedy odsuneliśmy ciężką filcową kotarę która zasłaniała wejście zobaczyłem tę samą olbrzymią postać siedzącą tam w pół mroku, to samo złote oblicze błyszczące pod wielką wyłożoną klejnotami tiarą. Mniejsze posążki wyglądały zza szklanych drzwiczek gablot i iskrzyły się ich stonowanym bogactwem ze ścian z freskami jak odbicia widziane w głębokiej wodzie. Z różańcem w ręku, Lama Govinda i Li Gotami posuwali się zgodnie z ruchem wskazówek zegara wokół izby, zatrzymując się co chwilę naprzeciw każdego z wizerunków lub thanki13 i deklamując stosowne mantry, a ja ich naśladowałem. Niektóre z mantr były mi nie znane, ale spośród nich szczególnie dwie – mantra Szakjamuniego i mantra Padmasambhavy – nie tylko brzmiały dziwnie znajomie lecz również dawały wrażenie jakbym je odczuwał w najbardziej ukrytych zakątkach mojego 13

34

obraz na płótnie lub papierze; (przyp. tłum.)


istnienia. To całe zdarzenie głęboko mną wzruszyło. Już ta sama prostokątna izba, mgliście oświecona z góry światłem sączącym się jakby z nieba, do tego medytatywna obecność wizerunków, z olbrzymim Majtreją cicho górującym nad innymi, i do tego dźwięk mantr podczas gdy dwie ciemne postacie w czubach poruszały się z pochylonymi głowami wokół izby. Jednak, co zrobiło na mnie największe wrażenie, to wyraźne oddanie z którym Lama Govinda i Li Gotami deklamowali mantry i sposób w który wyglądało na to odczuwali, w każdym z wizerunków, namacalną duchową obecność tego co wizerunek przedstawiał lub, w rzeczywistości, nawet faktycznie wcielał. Dlatego też było, chyba, zupełnie oczywistym że ze wszystkich rozmów które Lama Govinda i ja mieliśmy w Kalimpongu i w Ghum jedyna która zostawiła wyraźne i szczególne wrażenie w mojej pamięci miała miejsce po naszych odwiedzinach Klasztoru w Ghum i miała być związana z medytacją i, zwłaszcza, z medytacją o Buddach i Bodhisattvach. Kiedy słuchałem oczarowany, Lama Govinda wyjaśniał jak bierze się najpierw jeden rodzaj duchowego treningu, potem inny, zgodnie z różnymi indywidualnymi potrzebami dla rozwoju życia duchowego. Jednak, nie polegało to na rozpoczęciu nowego treningu i porzuceniu i zapomnieniu, można powiedzieć, starego. Co się robiło to dodanie nowego treningu do starszego i połączenie ich w wyższej jedności. W ten sposób czyjaś medytacja lub duchowy

35


trening, po upływie lat, stawałby się stopniowo bogatszy i bardziej złożony. Kiedy Lama Govinda mówił, wyobrażałem sobie płatek kwiatu dołączany do płatka, lub ściankę klejnotu do ścianki, tak aż stworzy się tysiąc płatkową różę lub tysiąc ścienną kryształową kulę doskonale piękną. Co Lama Govinda robił, oczywiście, było mówieniem o medytacji lub duchowym treningu – w rzeczywistości, właściwie o duchowym życiu – w sensie stopniowego tworzenia mandali. Innymi słowy, mówił o tym nie tylko w sensie czasu lecz w sensie przestrzeni. Do tej pory myślałem o tym jako o postępowaniu z jednego etapu do drugiego lub z jednego poziomu na drugi. Teraz, ujrzałem to również jako rozwój z jednego jak najbardziej prawdziwego głównego miejsca w kierunku ciągle wzrastającej liczby różnorodnych postaci i wymiarów. Przed moim powrotem do Kalimpongu (Lama Govinda i Li Gotami pozostali jeszcze na następne dwa tygodnie, wyszukując i pakując) odwiedziliśmy również Dardżyling. Był to jasny, słoneczny jesienny dzień, i Lama Govinda i Li Gotami przywdziali na tę okazję jedwabne brokatowe czuby w ktorych wzięli ślub w Bombaju około czterech lat wcześniej. Ta Lamy Govinda była, chyba, ciemno fioletowa. Kiedy spacerowaliśmy wzdłóż drogi Mackenziego w kierunku Czołrasty nasza cała trójka musiała wyglądać dosyć barwnie ponieważ przyciągaliśmy sporo uwagi. Przyciągaliśmy tak wiele uwagi że czułem się trochę zażenowny, chociaż moja dwójka towarzyszy

36


wyglądało na to traktowała to jak nic szczególnego a nawet jak coś co im się należy. Po drodze spotkaliśmy kilka osób które znały Lamę Govinda – to znaczy, które znały go przed dwudziestu laty – jak również kilka osób które znały mnie, i musieliśmy się zatrzymywać i rozmawiać, lub co najmniej wymienić pozdrowienia, tyle razy że nasze posuwanie się naprzód było bardzo powolne. Jedną z osób którą w ten sposób spotkaliśmy był pan Tendufla. Pan Tendufla był dosyć dziwnym zjawiskiem, całkowicie zeuropeizowanym – lub raczej, całkowicie zangielszczonym – tybetańczykiem. Niezmiennie ubierał się po europejsku, i mówiono o nim że nie potrafił mówić poprawnie po tybetańsku (tak jak pani Samdup, był on tybetańczykiem 'urodzonym w Dardżylingu'). Było pewnym że nie potrafił on czytać czy też pisać w tym języku. Spotkałem go podczas moich poprzednich odwiedzin Dardżylingu kiedy próbowałem, bez zbytniego powodzenia, zdobyć jego poparcie dla młodzieżowej organizacji buddyjskiej. Był on trochę wyższym, chudym mężczyzną około czterdziestki, ze szczecinowatym wąsem – trochę podobny do gwardzisty – i włosami uczesanymi od czoła prosto do tyłu. Jako właściciel hotelu w stylu europejskim, obracał się on w dużej mierze pomiędzy europejczykami i amerykanami i mówiono że wolał ich towarzystwo niż towarzystwo z własnymi ziomkami. Pomimo tego, pan Tandufla był znaczącą osobą w Dardżylingu, będąc powszechnie uważanym za przewodniego tybetańskiego – i przewodniego

37


buddyjskiego – mieszkańca miasta. Był on przewodniczącym w zarządach tuzina gomp, i pewnej liczbie innych instytucji, ale nie wiedziano żeby cokolwiek kiedykolwiek dla nich robił. Jedynym powodem znaczenia pana Tendufla było to że był on zięciem Sardara Bahadur Laden La, wielokrotnie dekorowanego urzędnika policji, który, w czasach brytyjskich radżów, był najbardziej znaną osobą w mieście. I by podkreślić okoliczność że był on prawowitym spadkobiercą sławy byłego Sardara Bahadur, pan Tendufla dodał do swojego nazwiska zaszczytną końcówkę którą dziękczynni współmieszkańcy przyznali Laden La za jego wiele przysług dla wspólnoty. Więc w ten sposób zwykły pan Tenduf został panem Tendufla – dziwactwo za które był on wyśmiewany za jego plecami przez innych tybetańczyków. Wyglądało to tak jakby zięć wybitnego obywatela, Wielmożnego Jana Kowalskiego, zaczął nazywać siebie pan Nowak Wielmożny. Z kimś takim jak pan Tendufla który był uważany za czołowego buddyjskiego mieszkańca miasta, nie można było się dziwić że buddyzm nie zrobił żadnego postępu w Dardżylingu od czasów Lamy Govinda. Nie było również zaskakującym że, pomimo entuzjazmu który powstał podczas przyjazdu Świętych Relikwi, nie było możliwym dla młodzieżowej organizacji buddyjskiej by tam zapuścić korzenie na co miałem nadzieję. Pan Tendufla stanowił jedną z głównych trudności z którymi

38


mieliśmy do czynienia. Będąc całkowicie zeuropeizowanym tybetańczykiem, symbolizował on oderwanie od, i brak zainteresowania dla, buddyzmu i kultury buddyjskiej, tak jak niektóre inne osoby które Lama Govinda i ja spotkaliśmy na naszej drodze do Czołrasty przedstawiały nadmierne identyfikowanie się, lub ślepe przywiązanie, do specyficznej postaci etnicznego buddyzmu a nawet do specyficznej etnicznej buddyjskiej wspólnoty. Tak w Dardżylingu, jak i w Kalimpongu, czy też w Gangtoku, wyglądało na to że było bardzo niewielu buddystów oddanych dla buddyzmu jako dla duchowej tradycji, lub jako środka do osiągnięcia oświecenia. Wyglądało na to że było jedynie kilku którzy rozumieli czym jest duchowe braterstwo w odróżnieniu od etnicznej solidarności i bardzo niewielu, dlatego, gotowych do duchowego braterstwa. W tych okolicznościach byłem więcej niż dziękczynny za spotkanie które miałem z Lamą Govinda, i tym bardziej było mi przykro kiedy musiałem się już pożegnać z nim i z Li Gotami. Krótko przed moim wyjazdem Lama Govinda ofiarował mi wizerunek stojącego Buddy. Był on wysoki na około czterdzieści pięć centymetrów, i chociaż dosyć płaskie ciało było wyrzęźbione i pomalowane tak prosto że prawie prymitywnie, pozłocone oblicze, dłonie, i stopy, wykonane z gliny, posiadały niespotykaną subtelność i wyrafinowanie. Wizerunek nie był mi nie znany. Był on obecny na obrazie wykonanym przez Li Gotami przedstawiajacym Lamę Govinda 'w pustelni w Ghum'

39


którego reprodukcję zamieszczono w Ilustrowanym Tygodniku Indyjskim. Na tym obrazie Lama Govinda siedział ze skrzyżowanymi nogami przy pewnego rodzaju pulpicie pod oknem, z piórem w dłoni, otoczony książkami i thankami i różnymi pamiątkami z podróży. Wizerunek stał po prawej stronie, koło ołtarza. Był wyrzeźbiony w Dardżylingu, jak mi powiedział Lama Govinda, przez starego tybetańskiego mnicha którego on znał od wielu lat. Chociaż lubił on bardzo ten wizerunek, postanowił nie zabrać go do Bombaju, ponieważ jeden palec był już odłamany i obawiał się że w wyniku długiej podróży pociągiem wizerunek jeszcze bardziej mógłby ucierpieć. Dlatego wolał mi go podarować. Chętnie podarował mi również około piętnaście czy dwadzieścia tomów tekstów w języku palijskim i tłumaczeń których już nie potrzebował. Kilka z tych tomów było oznakowanych przez Earl Brewstera, amerykańskiego buddystę, którego znał on na Kapri (i, myślę, na Cejlonie). Earl Brewster, z kolei, znał D.H. Lawrence’a, i to właśnie u Brewstera i jego żony Aczsah Lawrence zatrzymał się na Cejlonie podróżując do Australii. Miałem dziwne uczucie że przez szaro obłożony tom Towarzystwa Palijskich Tekstów mogłem być w styczności z kimś kto był bliskim przyjacielem autora Tęczy, którą przeczytałem kiedy miałem szesnaście czy siedemnaście lat i która była dla mnie niezmiernie silnym emocjonalnym objawieniem.

40


Po przybyciu do 'Pustelni' umieściłem wizerunek stojącego Buddy w ośmiokątnym pomieszczeniu z ołtarzem i dodałem tomy tekstów palijskich i tłumaczeń do mojej małej ale powoli rosnącej kolekcji książek. Tak czerwono-złoty wizerunek jak też szaro obłożone tomy zostały trwałym wspomnieniem dwunastu pamiętnych dni spędzonych razem przez dwie – a czasem trzy – bratnie dusze. (...)

41


Tsaparang, Li Gotami

42


43


(...)14 Wyglądało na to, że szkoła średnia Barnes znajdowała się kilometry od mojej kwatery, a Wartownia, do której Lama Govinda i Li Gotami przeprowadzili się kilka miesięcy wcześniej, znajdowała się jakby kilometry od szkoły. Szary kamienny budynek wyraźnie pochodzący z czasów radżów rozkraczał się nad drogą w sposób który można opisać jedynie jako prowokacja. Kiedy Raszk i ja podjechaliśmy w jego cień, cztery czy pięć godzin po opuszczeniu Czembur, drzwi u stóp jednej z wież otworzyły się i Lama Govinda i Li Gotami ukazali się by nas przywitać i prowadzić na górę do obszernych pokoi które zajmowali, znajdujących się właśnie nad drogą. Raszk był, zauważyłem, trochę zaskoczony barwnym i egzotycznym widokiem obojga moich przyjaciół, jak to mogło wyglądać w indyjskich oczach, i początkowo wyraźnie nie wiedział co z tym zrobić; ale traktowali go tak ciepło i przyjaźnie, że pod koniec posiłku na który, na ich prośbę, pozostał i spożywał, smukły młody scenograf był bardzo dobrze do nich usposobiony. Zanim odjechał umówiliśmy się że przyjedzie po mnie za tydzień i zawiezie mnie do 14

Facing Mount Kanchenjunga, Sangharakshita, Windhorse Publications 1991, p.452;

44


Bombaju, skąd pojadę do Kalimpongu. Od razu po jego wyjściu moi gospodarze i ja powróciliśmy do rozmowy którą musieliśmy urwać w Sanczi i wkrótce zarzewnie dyskutowaliśmy. Dyskusja ta toczyła się nie tylko do późna w nocy lecz również w ciągu kolejnych dni, prawie bez ustanku. Jedyne rzeczywiste przerwy następowały kiedy Lama Govinda lub Li Gotami musieli udać się by dać lekcje w szkole średniej Barnes. Tak jak w Kalimpongu i w Ghum, rozwodziliśmy się praktycznie po całym obszarze buddyjskiego życia i myśli, ze specjalną uwagą w kierunku wzajemnego stosunku pomiędzy buddyzmem i życiem duchowym z jednej strony i literaturą i sztukami pięknymi z drugiej. Ale chociaż nasze rozmowy dotyczyły tak szerokiego obszaru był jeden temat do którego Lama Govinda i Li Gotami wciąż powracali i wyglądało na to że miał on dla nich bardzo ważne znaczenie. Tematem tym była Ekspedycja do Tsaparangu, podróż którą odbyli w latach 1948-49 do ruin świątyń w byłej stolicy Zachodniego Tybetu. W czasie tygodnia który on i Li Gotami spędzili u mnie w Kalimpongu Lama Govinda dał, oczywiście, wykład o Ekspedycji do Tsaparangu, wykład ilustrowany pokazem kilku z jego obrazów i szkiców, wiele z nich wykonanych tam na miejscu. Li Gotami, z kolei, pokazała szkice fresków na kalce, które sama wykonała, ukazujące życie Buddy, szkice z których, miała nadzieję, będzie mogła wyprodukować kopie fresków, a Lama Govinda dał równocześnie

45


komentarz związany z różnymi wydarzeniami w życiu Buddy które freski ukazują. Sama Li nie dała ani wykładu ani komentarza, ponieważ nie lubiła wypowiadać się publicznie; ale teraz nadrabiała tę zaległość opowiadając mi jej wersję Ekspedycji do Tsaparangu, rozwodząc się w dla niej charakterystyczny ożywiony i zabawny sposób nad trudnościami o których Govinda jedynie napomknął lub wogóle nie mówił – trudnościami z których, z perspektywy czasu, tak ona jak i on mogli się śmiać, ale które były bardzo poważne kiedy się wydarzały. Jedną z największych trudności, zrozumiałem, było postępowanie ze źle usposobionymi, niechętnymi do współpracy kulisami i pijanymi, zawodnymi przewodnikami. Zadanie robienia interesów z nimi stopniowo spadło na barki Li, która znała biegle uliczny język hinduski i która, w czasie tej podróży, potrafiła przyswoić sobie tyle prostego tybetańskiego by wystarczyło do praktycznych celów – wystarczająco by wydawać polecenia i uchronić się przed oszustwem. (Hinduski Lamy Govindy był szczątkowy, pomimo jego długiego pobytu w Indiach, i chociaż potrafił on czytać tybetańskie teksty religijne nie potrafił mówić w tym języku, co też Dała rzeczywiście zauważył już wcześniej w Kalimpongu.) Po wysłuchaniu barwnych opisów jak to, tydzień za tygodniem, mocowała się ona z kwatermistrzostwem ekspedycji, kontrolując ładowanie i rozwyładowywanie mułów i jaków, i organizując przekraczanie rzek, nie potrafiłem nie zapytać 'Ale co

46


robił Lama Govinda?''Ach, on zajmował się kuchnią', odpowiedziała, wybuchając śmiechem na tego wspomnienie, na co lama też się uśmiechnął. Odpowiedź mnie nie zdziwiła. Już zauważyłem że również w Deolali to właśnie Govinda był tym kto gotował, a Li ścieliła łóżka i zamiatała podłogę. Był on dosyć dobrym kucharzem, chociaż jak mi wytłumaczył pewnego poranka nie poświęcał nigdy więcej niż pół godziny na faktyczne przygotowanie posiłku. Po posiekaniu swoich warzyw i opłukaniu ryżu i soczewicy wkładał je do parownika i pozostawiał tak do gotowania, by kontynuować pisanie lub malowanie. Doświadczenie które w tym uzyskał, zapewniał mnie, pozwalało mu tak oszacować czas potrzebny na gotowanie określonego posiłku że obiad lub kolacja były zawsze gotowe w momencie kiedy on i Li je oczekiwali. Kiedy mi to tłumaczył, równocześnie pokazując mi jak umieszcza on warzywa, ryż, i soczewicę w poszczególnych aluminiowych pojemnikach, i jak rozpala w małym palniku węgiel drzewny, przypomniały mi się te dwa samotne tygodnie w Aszramie Raipur kiedy sam gotowałem przy pomocy patentowego parownika – tygodni w czasie których dwójka moich przyjaciół starała się o pozwolenie na wejście do Zachodniego Tybetu. Li Gotami, jak śmiejąc się sama przyznała, nie wiedziała prawie nic na temat gotowania. Rodzina parsów w której się ona urodziła należała do zamożnych, wychowała się ona otoczona służbą, i do czasu wyjścia za Lamę Govinda nie musiała dla siebie

47


robić więcej niż filiżankę herbaty. (Wcześniej była ona już zamężna, ze znanym prawnikiem i krytykiem sztuki z Bombaju, ale o tym nie wspominała, ani wtedy ani w innym momencie, i dowiedziałem się o tym dopiero wiele lat później, kiedy poznałem jednego z jej dalszych kuzynów.) Więc to Govinda gotował, a Li ścieliła łóżka i zamiatała podłogę. W ich związku, rzeczywiście, była sprawa pewnego odwrócenia tradycyjnych ról, gdzie Li brała na siebie bardziej aktywną, męską, a Govinda bardziej pasywną, żeńską. Mogło to wynikać z faktu że Li była dwadzieścia lat młodsza niż jej mąż, u którego była kiedyś studentką, i posiadała duży zasób naturalnego wigoru. Jakby to nie tłumaczyć, wyglądało na to że nie bez wątpienia, na przyziemnej płaszczyźnie, była ona główną siłą napędową w Ekspedycji do Tsaparang, i bez jej pochlebstw i brutalności w jego imieniu łagodny, nie narzucający się lama nigdy nie zobaczył by jeziora Manosarova i góry Kailas, nie zobaczył by Doliny Księżycowego Zamku, nie zobaczył by fresków z Tholing i Tsaparang, i bardzo prawdopodobnie nigdy nie napisałby Drogi Białych Obłoków. Ale chociaż Li brała na siebie często męską rolę, niewątpliwie nie brakowało jej żeńskich cech. W czasie Ekspedycji do Tsaparangu było wiele momentów które tego dowiodły. Niektóre z fresków które chciała skalkować znajdowały się wysoko na ścianach, tuż pod sufitem. By się do nich zbliżyć musiała ona siedzieć okrakiem na stosie kamieni który ona i Lama Govinda rozbierali i układali w coraz to

48


nowym miejscu każdego ranka. Było bardzo zimno. Pewnego dnia, wspominał Govinda, spoglądając sponad własnego zajęcia zobaczył on że Li była tak zmarznięta i przygnębiona że aż płakała, a jej łzy prawie zamarzały jeszcze zanim dosięgnęły ziemię. Jego opis był tak obrazowy że okiem mojej wyobraźni mogłem widzieć nieszczęśliwą Li siedzącą wysoko na stosie kamieni jakby jakiś współczesny stylista płacząc diamentami. Li śmiała się kiedy Govinda opowiadał, ale zauważyłem że miała łzy w oczach, tak jakby od nowa przeżywała a nie jedynie przypominała sobie cierpienia którym musiała się poddać by wykonać swoje szkice. O tak, zawołała, wycierając kroplę umykającą po jej policzku, jej łzy rzeczywiście zamarzały. Ale to nie było najgorsze. Atrament który używała do wykonywania kopii również zamarzł i musiała ona rozgrzewać czubek pędzelka własnym oddechem. Ze względu na ogromny wysiłek włożony w ich wykonanie, jak również z powodu ich faktycznej wartości dla miłośników sztuki buddyjskiej, nie dziwiło że Li Gotami byłaby dosyć ostrożna z kopiami oryginalnych fresków, tak jak to rzeczywiście zaobserwowałem w Kalimpongu. Była ona jeszcze bardziej ostrożna z kopiami oryginalnych fresków nad którymi pracowała już od roku a może dłużej, a zwłaszcza od kiedy Lama Govinda i ona osiedlili się w Deolali. Właściwie jedynie jedna z tych kopii była ukończona – ale były dwie inne nad którymi pracowała – i kiedy byłem u nich już dwa czy trzy dni

49


Govinda nakłonił ją by mi je pokazała, co z wieloma zapewnieniami o ich niedokładności w końcu uczyniła. Około dziewięćdziesiąt centymetrów na sześćdziesiąt, wymiary oryginalnej płyty fresku, przedstawiał on zwycięstwo Buddy nad czeredą Mary, właśnie tuż przed osiągnięciem Najwyższego Oświecenia, i zwracał uwagę tak bogactwem koloru jak też delikatnością szczegółu. Jak Govinda wytłumaczył, sztuka Tsaparangu mogła być uważana jako stanowiąca oddzielny etap w ewolucji sztuki buddyjskiej, etap przejściowy pomiędzy późniejszymi freskami z Adżanty i wcześniejszymi freskami i malowidłami na pergaminie głównego Tybetu. Odkrycie Tsaparangu umożliwiło, rzeczywiście, uzupełnienie brakującego rozdziału w sztuce buddyjskiej i jego znaczenia nie można niedocenić. Kiedy Li pokazała mi pierwszą ukończoną kopię fresku, otrzymawszy moje gorące gratulacje za to co już zrobiła i zdecydowane zachęty by wykonała kopie wszystkich fresków do których posiadała szkice (w końcu udało jej się wyprodukować jedynie trzy), była kolej na Govindę by pokazać mi oryginały tego co on nazywał jego 'abstrakcjami kosmicznymi' lub 'obrazami medytacyjnymi'. Już je znałem, bo widziałem reprodukcje co najmniej niektórych z nich w jego małej książce o sztuce i medytacji (później włączonej do Medytacja Kreatywna i Wielowymiarowa Świadomość). Ale żadna reprodukcja nie mogła dorównać promiennym odcieniom kolorowych rysunków które teraz ostrożnie wyjmował on spod

50


arkuszy ochronnej bibuły. Były wykonane kredkami olejnymi, środkiem którego wtedy nie znałem ale który wyglądało na to był ulubiony u Govindy. Chyba zwróciłem mu na to uwagę, gdyż kontynuował tłumacząc jak proste i łatwe są kredki olejne w użyciu i jak wygodne one są kiedy nie ma się stałej pracowni i jest się ciągle w ruchu. A poza tym, kredkami olejnymi można było uzyskać efekty nieosiągalne tak farbami olejnymi czy też akwarelami. Niestety, i do tego stopnia niepowtarzalne że nie mogły też być zreprodukowane żadnymi środkami mechanicznymi. Drukarze z którymi on miał do czynienia mogli uzyskać nie więcej niż zbliżenie do kolorystycznych walorów jego kosmicznych abstrakcji i innych rysunków kredkami olejnymi. Niektórym nie udało się uzyskać nawet zbliżenia. Rozmowa o drukarzach musiała prowadzić do rozmowy o wydawcach, a rozmowa o wydawcach musiała z kolei prowadzić do rozmowy o redaktorach, szczególnie redaktorach czasopism, gdyż Lama Govinda kontynuował mówiąc mi o nieprzyjemnej rozmowie którą on i Li ostatnio mieli, w Bombaju, z redaktorem Ilustrowanego Tygodnika Indyjskiego. Jak już wiedziałem, to właśnie Ilustrowany Tygodnik Indyjski sponsorował Ekspedycję do Tsaparang i zgodzili się oni by ją sponsorować ponieważ, jak Lama Govinda wytłumaczył wtedy panu Mandy, od dawna opuszczone świątynie Zachodniego Tybetu były nieznane we współczesnym świecie nauki, więc przez pobyt w Tsaparang, i udokumentowanie jego skarbów

51


artystycznych, on i Li Gotami zrobiliby coś co nie było dotąd dokonane. Dokonaliby oni, w pewnym sensie, odkrycia Tsaparang – odkrywając go dla odradzających się Indii i dla świata. Krótko przed naszym ponownym spotkaniem w Sanczi, niestety, pan Mandy wezwał ich do swojego biura i po prostu oskarżył Lamę Govinda o wprowadzenie go w błąd i uzyskanie sponsorstwa z Ilustrowanego pod fałszywym pretekstem. Świątynie Zachodniego Tybetu nie były nie znane dla współczesnej nauki, i on i Li Gotami nie dokonali czegoś co nie było dotąd dokonane. Nie odkryli oni Tsaparang. Został on odkryty przez rzymskiego profesora Tucci. Profesor Tucci, jak się on ostatnio dowiedział prowadził ekspedycję do Tsaparang co najmniej dziesięć lat wcześniej niż oni tego dokonali. Zwiedził on właśnie te świątynie które oni zwiedzili, sfotografował on tam wizerunki i freski, i opublikował rezultaty swoich badań w formie książki. Wiadomość ta – i oskarżenie – zszokowały i zmartwiły Govindę i, jak mogłem zauważyć ze sposobu w jaki o tym mówił, w dalszym ciągu go martwiły. Nie było mu trudno przekonać Mandy że nie miał on zamiaru by wprowadzić go w błąd i że – chociaż było to dziwnym – on był zupełnie nieświadomy tego że Tucci zwiedził Tsaparang, ale martwił się on tym że wprowadził on go w błąd nieumyślnie. Do tego, nie mógł on przekonać Mandy że nie miał on zamiaru go oszukać bez przyznania że był on mniej niż dobrzy poinformowanym w dziedzinie w której prezentował on siebie jako

52


autorytet. By ocalić swoją wiarygodność jako człowiek musiał on poświęcić swoją reputację jako naukowiec. To zmartwiło go również, i w dalszym ciągu martwiło. Ale był on również zakłopotany. Jak nie mógł on wiedzieć że Tucci zwiedził Tsaparang, zawołał, z większym wzruszeniem niż on dotąd kiedykolwiek ukazał. Po prostu tego nie rozumiał. Mógł jedynie przypuszczać że z powodu swojego pustelniczego trybu życia (nie wspominając o jego internowaniu) był, przez wiele lat, odcięty od międzynarodowej wspólnoty naukowców bardziej niż myślał i że wiele się wydarzało, jeżeli chodzi o badania i publikacje, bez jego wiedzy. Oczywiście współczułem Govindzie. Sympatyzowałem z jego zmartwieniem z powodu oskarżeń Mandy i z powodu wywołanej szkody (miałem nadzieję, nie na zawsze) dla jego reputacji jako naukowca. Rozumiałem również jego zakłopotanie i sympatyzowałem z kłopotliwym położeniem w jakim się on znalazł – kłopotem artysty-naukowca który chciał prowadzić życie pustelnika ale który, równocześnie, chciał wiedzieć co działo się w świecie, chociażby w zakresie jego specyficznych zainteresowań. Jego kłopot był, w pewnym sensie, również moim. Żyjąc w Kalimpongu tak jak ja to robiłem odciąłem się od różnych kulturalnych i religijnych wydarzeń miejących miejcse w zachodniej Europie – ruchów w których, gdybym wrócił do Brytanii po wojnie, zamiast zostać bezdomnym włóczęgą w Indiach, niewątpliwie bym

53


się zaangażował. Odciąłem się nawet od tworzącego się brytyjskiego ruchu buddyjskiego. Ale tego nie żałowałem, nie więcej niż Govinda tego żałował. Pustelnicze życie, w Deolali czy też w Kalimpongu, niewątpliwie miało swoje ujemne strony, ale niemiecki artysta-naukowiec i angielski poeta-mnich zgadzali się co do tego że niekorzyści były z nadmiarem zrównoważane przez korzyści. Li Gotami musiała być nieobecna kiedy Lama Govinda opowiadał mi o rozmowie z redaktorem Ilustrowanego Tygodnika Indyjskiego. Musiała być nieobecna, nauczając w szkole średniej Barnes lub robiąc zakupy na bazarze, ponieważ Lama Govinda mógł opowiadać mi o rozmowie nie będąc przerwanym. Kiedy spotykaliśmy się razem w Kalimpongu i w Ghum, i w Sanchi, pełna życia, wojownicza mała kobieta z rodu Parsów musiała starać się jak mogła, można powiedzieć, gdyż jak ja sobie mogłem przypomnieć nigdy nie przerwała swojemu mężowi kiedy on mówił. Ale w Deolali było zupełnie inaczej. Najprawdopodobniej ponieważ znała mnie teraz lepiej, i czuła się mniej skrępowana moją obecnością, przerywała i zaprzeczała biednemu lamie nieustannie, co wyglądało jak normalny sposób jego przez nią traktowania. Jeżeli na przykład wspominał on o tym jak gdzieś poszli, lub kogoś zobaczyli, w czwartek, ona niewątpliwie przerwała by mu w połowie zdania z, 'Nie, to była środa! Jestem pewna że to była środa!' 'Nie, droga,' odpowiedział by on, czasem podnosząc rękę w łagodnym proteście, 'to

54


było w czwartek. To musiało być w czwartek ponieważ...' I tak mógłby kontynuować by jej przypomnieć że odwiedziny czy spotkanie o którym była mowa miało miejsce w takich lub innych okolicznościach i że, ponieważ to były takie okoliczności, to musiało mieć miejsce w czwartek i było niemożliwym by miało miejsce w środę. Czasem zabierało to Govindzie kilka minut by przekonać jego lubiącego dyskusje pomocnika że to on ma rację a ona jej nie ma, jak to też niezmiennie miało miejsce. Kiedy w końcu ją przekonał, ona uciszyłaby się a on wracałby do swojej rozmowy – do następnego przerwania. Wyglądało na to że Li nie miała problemu z tym że jej ciągle w ten sposób pokazywano że nie ma racji. Z kolei, wyglądało na to że Lama Govinda nie miał problemu że był ciągle przerywany, i poprawiał ją jak zazwyczaj ze swoją kombinacją stanowczości i delikatności. Zauważyłem jednak, że w takich sytuacjach niezmiennie zwracał się do niej 'droga', tak jakby dla niego było to najbliższym do wyrażenia swojej irytacji. Również zauważyłem, myślę że zauważyłem to również w Kalimpongu, że Li zwracała się do niego czymś co dźwięczało jak 'Ken'. Co to oznaczało? Czy Ken było zdrobnieniem Kenneta, a jeżeli tak to jakim kaprysem żeńskiej fantazji było że Li wybrała ten sposób by nazywać swego małżonka? A może to był nie Ken ale 'Khen', 'khenpo' oznaczało opata po tybetańsku, ale w tym wypadku Govinda byłby opatem rzeczywiście bardzo małego cenobium, składającego się z niego i Li i kota

55


z Wartowni. Jednak, nie wydawało mi się właściwym by zapytać Li dlaczego nazywała ona Govindę Ken (lub Khen), ani wtedy ani podczas moich kolejnych spotkań z nimi. Możliwe że było to delikatne pytanie, w rodzaju który był mi dobrze znany w Kalimpongu, i tajemnica jego została nierozwiązana. Jak zagadkowy był sposób w jaki Li zwracała się do Govindy nie było tajemnicy w sposobie w jaki zwracała się ona do mnie. Zwracała się do mnie po prostu 'Rakszita' lub 'Rakszitadżi'. (Govinda nigdy nie pozwolił sobie by w ten sposób skrócić moje mnisie imię, ani wtedy ani później.) Tak jak swoboda z jaką teraz przerywała swojemu mężowi w mojej obecności, nazywanie mnie Rakszita wynikało z faktu że teraz lepiej mnie znała. Ponieważ lepiej mnie znała mogła wyrażać się swobodniej, i ponieważ mogła wyrażać się swobodniej nie było dziwnym że pewnego popołudnia, kiedy może była zmęczona doktrynalnymi dyskusjami w których Govinda i ja mieliśmy skłonność się zagłębiać, zaczęła opowiadać o jej szkolnym czasie w Anglii. Była ona wykształcona na Roedean, dobrze znanej szkole publicznej dla dziewcząt koło Brighton, i była bardzo zadowolona ze spędzonego tam okresu. I rzeczywiście z tego co powiedziała wynikało że młoda Li Gotami musiała być 'wesołe kije hokejowe' typem dziewczyny i była bardzo lubiana. Zanim tam przybyła, opowiadała zanosząc się śmiechem, poinformowano inne dziewczęta że mała indyjska księżniczka przybędzie by z nimi się uczyć. Chociaż Li pochodziła z bogatej

56


rodziny, i jej wujek został wyniesiony do stanu rycerskiego, niewątpliwie nie była ona księżniczką, i dziewczynki były dosyć rozczarowane. Pomimo tego, bardzo się wokół niej zakrzątnęły i wkrótce czuła się pomiędzy nimi jak u siebie. Ponieważ była ona wykształcona na Roedean Li była w pewnym sensie dosyć zeuropeizowana, a nawet zangielszczona. Govinda, z drugiej strony, po dwudziestu latach studiów i nauczania na Szantiniketan i Sarnath, Puma i Ghum, był dosyć 'zorientalizowany', nawet zindianizowany, chociaż nie jeśli chodzi o jego osobiste zwyczaje ale ze względu na jego filozoficzne poglądy i religijne wierzenia. Jeżeli chodzi o mnie, spędziłem jedynie sześć lat w Indiach, dwa z nich jako wędrujący asceta, ale byłem dosyć zindianizowany, w pewnych sytuacjach może nawet bardziej niż Govinda. Czyli każdy z nas symbolizował połączenie, w różnym wymiarze, wschodu i zachodu, Indii i Europy. Każdy z nas stworzył – był w trakcie tworzenia – jego lub jej osobistej syntezy nowoczesnej kultury i starożytnej tradycji duchowej. W tym względzie mieliśmy ze sobą wiele wspólnego, nawet pomijając nasze wspólne zainteresowanie buddyzmem. Dlatego nie było dziwnym że tydzień który spędziłem z Lamą Govinda i Li Gotami w Deolali upłynął szybko, przynajmniej dla mnie, i kiedy w końcu Raszk przybył by mnie zabrać czułem że nasza potrójna przyjaźń była silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. (...)

57


Indie, Govinda

58


Filozofia Buddy na temat poprawnej mowy15 Może nie jesteśmy w stanie zainspirować innych duchowo, ale możemy być przenajmniej pozytywni i starać się mieć zrozumienie, a nie negatywni i krytyczni. Niektórzy ludzie których spotykasz mają bardzo zasmucający wpływ na ciebie: co byś nie chciał zrobić, oni mają powód by tego nie robić. Zawsze odbierają tobie twój zapał. Powinniśmy to widzieć też u nas samych w ten sam sposób i próbować być pozytywni, mieć zrozumienie i konstruktywni. Pewnego razu rozmawiałem z kimś o Lamie Govinda. Kiedy mówiłem, uświadomiłem sobie że na przestrzeni czasu kiedy go znałem, obecnie prawie dwadzieścia lat, myślę że nie pamiętam nawet jednej sytuacji by Lama Govinda był negatywny, lub by coś mu się bardzo niepodobało, lub nawet by coś krytykował. O czymkolwiek by nie mówił czynił to w bardzo pozytywny, konstruktywny i pełen zrozumienia sposób. Nawet w obliczu dosyć trudnych sytuacji, w jakiś sposób udawało mu się być dosyć pozytywnym. To bardzo rzadka cecha i cecha którą powinniśmy starać się rozwijać jak tylko możemy. 15

Guide to the Buddhist Path, Sangharakshita, Windhorse Publications,

p.153;

59


Nawet jeżeli nie potrafimy zwracać się do innych tak by w pełni ich zachęcać i stymulować ich duchowy rozwój, powinniśmy być co najmniej pozytywni, konstruktywni, pełni zrozumienia, a nawet kreatywni. I jeżeli dodatkowo nawet jesteśmy w stanie dać komuś duchową radę (w buddyźmie to się nazywa danie dharmicznego podarku), to tym lepiej. Ale nawet tutaj nie ma mowy o daniu w sposób abstrakcyjny, jedynie w formie zimnych słów, lecz w pierwszej kolejności w okolicznościach prawdy i miłości, ponieważ jedynie wtedy rada stanie się naprawdę użyteczna.

60

Bratnie Dusze  
Bratnie Dusze  
Advertisement