__MAIN_TEXT__
feature-image

Page 30

Trochę o pamięci i historii

N

igdy nie zapomnę pewnego sporu o historię, jaki przechowuję w mojej pamięci do dzisiaj. Działo się to w czasach głębokiego PRL-u (późny Gomułka, pomiędzy rocznicą 1000-lecia państwa polskiego a  marcem ’68). Uczęszczałem wtedy do liceum w powiatowym miasteczku Brzozowie i cieszyłem się zobowiązującym wielce statusem pupilka nauczycielki historii, nieodżałowanej prof. Marii Filipowicz. Nie od rzeczy będzie zresztą dodać, że historię kończyła na Uniwersytecie Jagiellońskim przed drugą wojną światową. Ta „sława” licealnego „historyka kategorii I” niosła z  sobą pewne komplikacje, bo w  moim liceum oprócz „historyków kategorii I” istnieli także „fizycy kategorii I”, że o matematykach nie wspomnę. Sławą fizyka I kategorii cieszył się Franek Ś. Pewnego dnia stało się to, co stać się musiało. Doszło do naszego sporu o wagę obu tych dziedzin nauki. Jak przystało na historyka, w sposób nader wymowny a rozwlekły w czasie i przestrzeni dowodziłem niezbędności historii dla życia człowieka. Kiedy przerwałem na chwilę, by zaczerpnąć powietrza, Franek, zwyczajem fizyków, czyli bez zbytniego certolenia się, ni z tego ni z owego, zadał mi pytanie: „Jak można badać coś, co nie istnieje?”. Zatkało mnie. Strzał Franka był celny. Oczywiście, na początek oburzyłem się. Jak to? Przecież to oczywiste, że historia istnieje, że jest. Przecież tysiąc lat temu Polska przyjęła chrześcijaństwo i obchodzimy właśnie rocznicę założenia państwa polskiego... Czy rzeczywiście nie ma historii? No właśnie, rocznicę czego obchodziliśmy w  roku 1966? Rocznicę chrztu Polski? Rocznicę chrztu Mieszka i  jego dworu? Rocznicę założenia państwa polskiego? W  tamtym czasie, w  oficjalnej propagandzie, w języku nowomowy, słowo „chrzest” musiało mieć znaczenie słuszne dla swoich czasów, czyli mogło 30

alma mater nr 155

Anna Wojnar

O ZJAWISKU HISTORII W SPOSÓB POPULARNY

Collegium Witkowskiego

co najwyżej oznaczać chrzest bojowy I Armii Wojska Polskiego, a już na pewno nie święty sakrament. To tłumaczy, dlaczego obchodzono rocznicę 1000-lecia państwa polskiego. Kilka elementów tych obchodów doskonale wpisywało się w działalność ówczesnej propagandy. W  szczególności pojawił się moment, w którym matka partia postanowiła wziąć pod swą troskliwą opiekę 1000 lat dziejów Polski i  wytłumaczyć, że – po pierwsze i  po ostatnie – jest prawną spadkobierczynią tych dziejów. One po obróbce służyć miały pognębieniu rewizjonistów i negacjonistów. Z drugiej strony, biskupi, reprezentujący Kościół katolicki w Polce, było nie było – prawowitego dziedzica tej daty, podkreślali, że chodzi o  1000. rocznicę chrztu Polski, że chrzest ten miał symboliczne znaczenie i wprowadzał władcę ówczesnego państwa do grona władców chrześcijańskich, dając mu nowe możliwości działania politycznego, ale też początkując proces chrystianizacji państwa. W rocznicy starano się dostrzec fakt, że akt chrztu oznaczał w szczególności zmianę religijnej i  kulturowej orientacji władzy, a z czasem i społeczeństwa. Trzeba też podkreślić, że na scenę musieli wejść, lub zostali na nią doprowadzeni, historycy i  „historycy”. Ci ostatni reprezentowani głównie przez dziennikarzy reżimowych i PAX-owskich czasopism, którzy stosownie do poziomu swej dzielności intelektualnej i obywatelskiej dowodzili mniej lub bardziej udanie racji oficjalnych. Pierwsi brali udział w  badaniach „milenialnych”, w  sumie, nolens volens, akceptując w  pełni linię partii, szczególnie w tym, na czym partii wówczas najbardziej zależało, czyli na wykazaniu wszetecznej roli Kościoła katolickiego w dziejach, drudzy w badaniach tych uczestniczyli, zgadzając się z niektórymi z celów propagandowych partii, jak, na przykład, kwestią „polskości” ziem

zachodnich. Byli i tacy, którzy zabierali głos ważny i  odważny. Paweł Jasienica w 1963 roku wydał Polskę Jagiellonów, a w rok po obchodach tysiąclecia ukazała się jego Rzeczpospolita Obojga Narodów. Jeden z odważnych, historyk emigracyjny, wielki Oskar Halecki, zasłużył nawet na oficjalnie wyrażoną rocznicową wściekłość towarzysza Wiesława. Poza tym, pozostałem na polu bitwy ja sam. Do dzisiaj staram się sobie wyobrazić Mieszka przyjmującego chrzest. Jak wyglądał? Zlewają mi się obrazy i szkice jego postaci z  pocztu władców Polski – najpierw tego Matejkowskiego, potem tego wyobrażonego przez Marcello Baciarellego. Dlaczego taka kolejność, chronologicznie powinno być odwrotnie? Przychodzi myśl: przecież to obrazy z XVIII i XIX wieku. Gdzie to było? W Poznaniu? Jeśli tam, to gdzie? Na Ostrowiu Tumskim, w kaplicy palatium czy może jednak w katedrze? Jak przebiegała uroczystość, jak wyglądał kościół? Nakładają się wytwory wyobraźni, obrazy zmazane w konturach. Katedra w  Poznaniu przecież wygląda dzisiaj zupełni inaczej niż wówczas. Obraz chrzcielnicy zlewa mi się zawsze z prastarą chrzcielnicą w kościele jasionowskim, przy której zostałem ochrzczony. A może to było w  Gnieźnie? No i  zaczyna się gonitwa obrazów korygowanych, katedra jest katedrą gnieźnieńską, ale już przecież inną... A może to nie było ani tam, ani tu? Tyle niejasności, tyle nieporozumień i równie wiele sporów. Sprawdzić tego nie sposób, bo źródeł pisanych mało. Pokolenia historyków pracowały nad tym, aby w jakimś sensie pozostał z nami. Jak to zatem jest z tym byciem historii. Jest, gdy piszą o niej historycy, nie ma zaś – gdy milczą? A w ogóle z tymi historykami to nie jest przypadkiem tak samo jak z  kościołem i państwem w czasie sławetnych obchodów rocznicy chrztu? Poza tym, czy rzeczywiście historia należy do historyków? Czy Matejko miał

Profile for alma mater

Alma Mater UJ 155  

Alma Mater UJ 155

Alma Mater UJ 155  

Alma Mater UJ 155

Advertisement

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded