Page 1

Holidays 2013 

Mauritius

W grudniu na rajskiej wyspie Mauritius rozpoczęło się lato, które potrwa do czerwca. Malownicze widoki i niezapomniane wrażenia to gwarancja pobytu na Mauritiusie.


Mauritius, stosunkowo nieduża wyspa na Oceanie Indyjskim (przeciwległe krańce leżą w odległości ok. 40 i 60 km), od 40 lat jest republiką. Kręgosłupem komunikacyjnym jest jedna autostrada łącząca lotnisko (południowy wschód) ze stolicą Port Louis (południowy zachód) i resortami nad zatoką Grand Baie. Jadąc tą trasą, przybywający na wyspę widzą przemysłowe krajobrazy i zasłaniające wszystko pola trzciny cukrowej. Przeglądając mapę, wybieram kierunek przeciwny i drogę wzdłuż wschodniego wybrzeża - wije się, zahaczając o miasteczko Mahébourg i zatokę Grand Port, które były początkiem cywilizacji na wsypie przed prawie czterema wiekami. Tu wylądowali pierwsi holenderscy osadnicy i powstały pierwsze forty. Tu także przybysze zobaczyli wielkie, nielotne ptaki dodo.

W królestwie dodo Moim pierwszym przystankiem jest bulwar w Mahébourgu. Patrzę na wody zatoki, rybaków i dzieci łapiące kraby. W oddali Ile aux Aigrettes - rezerwat, w którym żyją tylko rodzime gatunki fauny i flory, m.in. gołąb różowy, pustułka maskareńska, aleksandretta krótkosterna. Prawdopodobnie na tej wysepce wyginęli ostatni przedstawiciele wielkiego ptaka dodo, gatunku endemicznego, który żył tylko na Mauritiusie. W oddaleniu od reszty świata, nie mając żadnych wrogów, ten daleki krewniak gołębia rozrósł się, obrósł tłuszczem i stracił zdolność latania. Ufny i ślamazarny, szybko padł łupem przybijających na wyspę marynarzy, a szczury, psy i małpy, które sprowadzili ze sobą ludzie, zniszczyły jego jaja i gniazda. Ostatniego ptaka dodo widziano na wyspie pod koniec XVII w. Być może kiedyś uda się naukowcom odtworzyć z odnalezionego materiału genetycznego ten wymarły gatunek. Dziś dodo jest symbolem wyspy, obecnym na koszulkach i pamiątkach, i w popularnym powiedzeniu: „Martwy jak dodo”. Jadąc wzdłuż wybrzeża na północ, mijam kobiety z koszami sprawunków na głowach i Riviere des Creoles. Kreolki na kamiennych głazach nad rzeką - jak dawniej - robią pranie. Wszystko spowija bujna zieleń i kolorowe pnącza. Turkusowa laguna, która otwiera się przede mną, to miejsce bitwy pod Grand Port, która rozegrała się na tych wodach w 1810 r. między wojskami Napoleona i Brytyjczykami, zakończona jedynym zwycięstwem floty francuskiej nad potęgą mórz i oceanów Wielką Brytanią (uwieczniono ją na Łuku Triumfalnym w Paryżu). Kilka miesięcy później Francuzi przytłoczeni brytyjską potęgą przekazali im panowanie nad wyspą. Po prawej lazurowa zatoka z małymi wysepkami i rybakami w łodziach z kolorowymi żaglami. Po lewej - piękne widoki na Mont Lion, przypominającą leżącego lwa (a może sfinksa?). Trasa biegnie przez kreolskie wioski. W palmowych gajach kryją się bungalowy ekskluzywnych hoteli, gdzie wypoczywają gwiazdy, m.in. Catherine Deneuve czy Jean Reno. Docieram do plaży na przylądku Lafayette. Osłonięta tufowym pirsem, oferuje piaszczystą zatoczkę z widokiem na wyspę i postrzępione szczyty gór w tle. Na plaży jedynie rybak z wędką. Ściągam buty i biegnę po gorącym piasku do wody. To wyjątkowe uczucie - zanurzyć stopy w ciepłym, błękitnym oceanie po 24 godzinach podróży z Europy.

Malenga i Le Pouce Przez malownicze wioski, pola trzciny cukrowej i ananasów jadę do osady Malenga, skąd już blisko do gór ze szczytem Pietera Botha (823 m). Wielki głaz na jego czubku przypomina postać mężczyzny w pelerynie (nazwałam go Wieszczem, bo skojarzył się z Mickiewiczem). Nazwa szczytu upamiętnia holenderskiego admirała, którego okręt rozbił się u wybrzeży Mauritiusa w 1611 r. W Malenga żegnam się z Pieterem Bothem, ale nie na długo. Polną drogą przez pola trzciny cukrowej zbliżam się do wejścia na szczyt Le Pouce (Kciuk). Mierząca 811 m góra jest jednym z najwyższych punktów wyspy. Widać ją doskonale z Port Louis, który leży pod


masywem z drugiej strony. Podchodzę od południa, początkowo przez pola trzcinowe, potem stromą, kamienistą ścieżką przez las. Jest parno i duszno. Dopiero na grani oddycham świeżym powietrzem, upajam się przestrzenią i wiatrem. W skalnej grocie przy drodze trafiam na kapliczkę pomalowaną błękitną farbą olejną. Stoją tu ogarki świec i trociczki, służy więc chyba hindusom i chrześcijanom. Osłonięte od wiatru tereny porastają zagajniki agawy i guawy truskawkowej sprowadzonej kiedyś z Azji - wysysam orzeźwiający sok z pestek jej małych, czerwonawych owoców. Przez polanę białych, intensywnie pachnących kwiatów dochodzę na półkę pod szczytem, skąd patrzę na wyspę. Centralny płaskowyż przecina szachownica zielonych pól trzciny cukrowej i białe kropki wiosek. Otacza ją porozrywany wieniec sterczących, nagich na czubkach skał. Całość wygląda, jakby gigantyczna kaldera dawnego wulkanu - Mauritius wyłonił się z dna oceanu przed milionami lat. Zostało mi ostatnie, ostre podejście na szczyt. Chwilami idę na czworakach, czepiając się skał i gałęzi. Płoszę uciekające z piskiem makaki. Wreszcie docieram na wąski czubek, przysiadam na kamieniach, tuląc się do góry. Wieje wiatr. Obróciwszy się, widzę prawie całą zieloną wyspę, okoloną błękitną wodą i masyw z górą Petera Botha. Stąd wygląda inaczej - strome granie pokryte soczystą zielenią dżungli odcinają się od rdzawej ziemi uprawnej, jasnej zieleni trzciny i błękitu oceanu. To samo widział Karol Darwin, który dopłynął na Mauritius na okręcie "Beagle" w 1836 r. Patrzę na wyspę tego samego dnia co on, ale ponad 200 lat później.

Wyspa, oto odpływająca wyspa, która drzemała w naszych oczach od zarania dzieciństwa » tak śpiewał wielki Jacques Brel. Co do podróży, Mauritius jest jedną z tych zaczarowanych i unikalnych wysp, które odzwierciedlają nasze głęboko ukryte marzenia, czyste i kolorowe jak dusza dziecka. To raj na ziemi. Najpierw czystość tą, którą nagle się odkrywa w pogodnym i jasnym świetle porannym. Przybywając o świcie, po około dwunastogodzinnym locie, zaledwie wystarczająco długim, żeby się oderwać od hałasu i od tego nieustannego wyścigu z czasem, wystarczająco długim aby być przygotowanym na fatamorganę, na cud, który sie staje. Tam, gdzie błękit nieba zdaje się pokrywać z lazurem wody morskiej, pojawia sie ziemia, zawieszona pomiędzy nimi dwoma. Zielona i delikatnie sfałdowana, jak szmaragd osadzony w pierścieniu raf koralowych, ten atol chroniący lagunę z przezroczysta wodą obmywającą nieustannie złoty piasek niekończącej sie plaży. Prawie fatamorgana. Zniżając sie, samolot przelatuje nad plantacjami trzciny cukrowej otulonymi łagodnym wiatrem. Jasnofioletowe pióropusze zdobią smukłe łodygi i zapowiadają obfite zbiory. Samolot ląduje na nagle wyłaniającym sie z zieleni lotnisku. Jego nazwa « Plaisance » oznacza przyjemność, to juz jest najpiękniejsza obietnica. I to sie tyczy wielu miejsc tej wyspy : Bois des Amourettes (Las Miłostek), Tamarin, Mon Trésor (Mój Skarb), Bel Ombre (Piękny Cień), Poudre d’Or (Złoty Pył). Nazwy poetyckie o figlarnych aluzjach lub te naznaczone piętnem historii – Baie du Tombeau (Zatoka Grobu), Grand Port (Wielki Port). Odpowiadają one echom dawnych kolonii, portugalskiej i holenderskiej, a potem francuskiej i angielskiej.


Mówią o snach Żeglarzy i morskich rozbójników, o sztormach i tonących statkach, o historiach miłosnych i rozstaniach. Wszędzie na Mauritiusie można spotkać jakieś dobroduszne widmo tej bogatej przeszłości, skore opowieści o czarach tej epoki, w której fakty splatają sie subtelnie z legenda. Wystarczy nastawić ucha, aby usłyszeć na nowo historie Pawła i Wirginii, czyli tropikalnych Romea i Julii, o których napisał Bernardin de SaintPierre. Prawie Fatamorgana Prawie, ponieważ Mauritius oferuje realne przyjemności. Intensywne i z finezją pieszczotliwe słońce na rozleniwionych plażach, orzeźwiająca świeżość bezpiecznych i spokojnych lagun, obfitość fauny morskiej wzniosła walkę rybaków z grubą rybą, próbujących złowić miecznika albo merlina, słony smak morskich kropli rozsiewanych wiatrem, kołyszące podróże na pirogach lub śmigłych katamaranach na sąsiednie wysepki, upojne loty na parasail, kiedy obcuje sie sam na sam i z niebem i z oceanem. Żadna tam fatamorgana. Bo chociaż Mauritius posiada dokładnie wszystkie składniki, których oczekuje się od piękniej widokówki z tropikalnej wyspy, jest tam jeszcze coś więcej, cos jeszcze piękniejszego.


I to coś przyciąga podróżników, nawet tych co twierdza, ze znaleźli gdzie indziej takie same plaże, a może i nawet piękniejsze. Nie, to nie jest żadne złudzenie, tylko prawdziwe życie wielorasowej i mieszanej ludności, która codziennie przyczynia sie do tej subtelnej alchemii rozmaitego pochodzenia, europejskiego, indyjskiego, afrykańskiego czy chińskiego. Mieszkańcy Mauritiusa, czy modlą się sie w meczecie, kościele, pagodzie czy też w świątyni hinduskiej, lubią spotykać sie razem na plaży wokół radosnego ogniska. Dlatego tez są oni wyjątkowo gościnni, w naturalny i ciepły sposób. Ta wrodzona i rzadka cecha, w połączeniu zprofesjonalizmem, sprawia, ze Mauritius stał sie jednym z ulubionych miejsc turystycznych. Przybywa tu rocznie około 550 000 turystów. Dwie grupy hotelarskie, Beachcomber i Sun Resortd, których hotele zasłużyły na światowe wyróżnienia, przygotowują sie dzisiaj do powtórzenia takiego samego cudu na innych wyspach, dla przykładu na Seszelach. Mieszkańcy Mauritiusa, garną się tak samo do pracy jak i do zabawy. Przysłowiowa zaradność, spryt, naturalna ciekawość świata, oraz artystyczne poczucie twórczości przewijają sie w różnych dziedzinach. W ten właśnie sposób mamy wyspę o dwóch obliczach : biernym i ruchliwym jak pszczeli ul. Stolica Port Louis, w nieustannym biegu i zgiełku, jest tego godnym symbolem. Miasto kontrastów, drgającej energii.

Hôtel du Gouvernement, zbudowany z drewna, sąsiaduje ze szklanymi wieżowcami sięgającymi lazuru. Senna i cienista świeżość kreolskich statków śmieje się sie po cichu z kolorowego ruchu głównych ulic. Wielki targ w Port Louis, również wesoły jak souk, oferuje zarówno soczyste owoce egzotyczne, pikantne przyprawy wyłaniające się z olbrzymich jutowych worków, wszelkie wyroby rzemieślnicze, jak i ubrania najnowszej mody, przeznaczone dla rynków europejskich i amerykańskich. Z talentem mieszkańców Mauritiusa spotykamy sie także poprzez kuchnie, która zrodziła się z mieszanki wielu ras i tradycji. Różnorodność wszelkich dań i smakołyków jest godna podziwu. Jeszcze jedna fatamorgana. Mauritius jest mikroświatem, gdzie, obok mini spódnicy «spaceruje» długie sari. Turysta będzie mógł tu odwiedzić plantacje cukrowe, zobaczyć szlifiernie diamentów, wypłynąć w morze na pirodze i łowić ryby bambusową wędką, a potem zagrać w golfa, pływać w przezroczystych wodach na północnej stronie albo odkryć dzikie brzegi


południowe, gdzie ostre fale atakują nieustannie urwiste falezy i mały marynarski cmentarzyk, może także skorzystać po prostu z farniente czy też zapoznać sie z inną bogatą i różnorodna kulturą. A potem, odjeżdżając, będzie mógł zabrać ze sobą kaszmirowy sweter, który przyda sie na przyszłą zimę, lub makietę statku aby przedłużyć uroki podróży. Z pewnością pomarzy, że tu jeszcze wróci. Jednocześnie będzie wiedział, że ta wyspa nie jest żadnym złudzeniem. See you there! ;)


Mauritius  

Mauritius holidays 2013

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you