Page 1


WĄWOLNICA 2 maja 1946

RELACJE, DOKUMENTY

Wąwolnica 2017


Okładka: Zdjęcie ze spalenia Wąwolnicy. Autor John Vachon. Zdjęcie to było publikowane w Stanach Zjednoczonych, w czasopiśmie „U.S. Camera” i wystawiane w Museum of Modern Art w Nowym Yorku. Autor koncepcji albumu: Dariusz Malinowski

Słowo wstępne

Konsultacja projektu: Sławomir Snopek, Wiesława Dybała Konsultacja projektu graficznego: Agnieszka Malinowska Autorzy tekstów: Sławomir Snopek, Wiesława Dybała, Sławomir Rybałtowski, prof. dr hab. Włodzimierz Suleja Korekta i redakcja tekstów relacji i wspomnień: Sławomir Snopek, Urszula Kossowska-Cezak, Urszula Cisowska Autorzy fotografii archiwalnych: John Vachon, Zbigniew Kolasiński, Feliks Soczko, NN Autorzy fotografii współczesnych: Bartłomiej Jaszczyk, Daniel Krawczyk Fotografie archiwalne pochodzą ze zbiorów: Pani Wiesławy Dybały, Pana Macieja Kossowskiego, Pani Anny Paduch, Państwa Jolanty i Sławomira Snopków, Pani Ann Vachon, Archiwum Państwowego w Lublinie, Instytutu Hoovera w Stanford Podziękowania: Za pozyskanie patronatu honorowego Prezydenta RP dziękujemy Stowarzyszeniu Przeszłość – Przyszłości z Puław. Za udostępnienie fotografii składamy szczególne podziękowania Pani Ann Vachon oraz ww. osobom i instytucjom. Dziękujemy również wszystkim innym osobom i instytucjom, które swoją pomocą i zaangażowaniem przyczyniły się do powstania tej publikacji. SPONSORZY: POWIAT PUŁAWSKI

Wydawnictwo dofinansowano w ramach zadania pożytku publicznego

Publikacja powstała przy współpracy z Województwem Lubelskim

CHEMO BUD Puławy

LUBLIN

Pragniemy podziękować za wsparcie w gromadzeniu środków na realizację wydawnictwa: ww. sponsorom, społeczności Wąwolnicy, Edycie Furtak-Łuka, Stanisławowi Wilczyńskiemu, Marcinowi Łagunie, Izabelli i Markowi Oprzańskim – Restauracja Rozanna, Piotrowi Lenartowiczowi, Krzysztofowi Wasilewskiemu, Alicji Wasilewskiej, Karolinie Stasiak, Iwonie i Piotrowi Gułowskim, Januszowi Sadowskiemu, Maciejowi Kossowskiemu, Mirosławowi Piotrowskiemu, Piotrowi Kamińskiemu, Wiesławie Dybale, Adamowi Rukaszowi, Henrykowi Wierzbickiemu, Urszuli Kossowskiej-Cezak, Łucji Saganowskiej, Małgorzacie Karczmarczyk, Zofii Chruścickiej, Annie Sadurskiej, Pawłowi Rafalskiemu.

Wydawca: Regionalne Towarzystwo Przyjaciół Wąwolnicy ul. Lubelska 39, 24-160 Wąwolnica © Regionalne Towarzystwo Przyjaciół Wąwolnicy

Wydawnictwo:

© Copyright by Agencja Focus – Dariusz Malinowski Kontakt: agencjafocus@o2.pl, afocuspulawy@gmail.com

„A zatem nie bójcie się ich, bo nie ma nic ukrytego, co by nie miało wyjść na jaw, ani nic tajnego, o czym by się nie miano dowiedzieć” napisał św. Mateusz w swojej Ewangelii. Słowa te wyjątkowo trafnie mogą odnosić się do tego, co wydarzyło się w Wąwolnicy 2 maja 1946 roku. Przez wiele lat fakty związane ze spaleniem Wąwolnicy były zakłamywane. Zdjęcia, które jak się okazało kilkakrotnie przesyłał ich autor – John Vachon, konfiskowali funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej (MO). Blisko 70 lat po pacyfikacji Wąwolnicy, za sprawą ludzi związanych emocjonalnie z naszą miejscowością dowiedzieliśmy się, kto był autorem zdjęć dokumentujących to tragiczne wydarzenie. W 2014 r. dotarliśmy do pana Sławomira Rybałtowskiego z Warszawy, któremu córka Johna Vachona – Ann, przekazała prawa autorskie do tych tak ważnych dla nas dokumentów. Pozyskaliśmy prawa do opublikowania zdjęć dokumentujących spalenie Wąwolnicy. Wstrząsającym dokumentem jest również list, jaki John wysłał do żony bezpośrednio po spaleniu, a opublikowany przez jego córkę Ann w albumie pt. Polska 1946 Fotografie i listy Johna Vachona. A lbum wydany został w 1995 roku w USA [Poland 1946 The Photographs and Letters of John Vachon]. Pozyskaliśmy także kopie szeregu dokumentów odnalezionych przez Sławomira Snopka z Wąwolnicy w Archiwum Państwowym w Lublinie. Przede wszystkim kopię sporządzonego przez Urząd Gminy Wąwolnica Wykazu strat poniesionych przez mieszkańców osady Wąwolnica w czasie masowego pożaru w dniu 2 maja 1946 roku. Dopełnieniem obrazu zniszczeń dokonanych podczas pacyfikacji Wąwolnicy są fotografie z archiwum Stanisława Mikołajczyka wykonane w kilka dni po tragedii, przechowywane obecnie w Archiwum Instytutu Hoovera w Stanford, w USA. Te fotografie możemy po raz pierwszy pokazać dzięki zgodzie otrzymanej od tej szacownej Instytucji, uzyskanej w wyniku starań Sławomira Snopka. Nie mniej cenne są fotografie z rodzinnych archiwów, które dawni i obecni mieszkańcy Wąwolnicy udostępnili nam bezpłatnie do publikacji. Zbiór zebranych dokumentów uzupełniają relacje, jakie udało nam się zebrać od osób, które o tamtych wydarzeniach zechciały napisać czy opowiedzieć. Osobom tym należy się szczególna wdzięczność za pomoc w dokumentowaniu minionych wydarzeń. Należą one bowiem do bardzo trudnych, powojennych losów naszej Ojczyzny, w jej długiej drodze do odzyskania suwerenności, usłanej ofiarą życia tysięcy Polaków. O Polsce i Polakach, córka Johna Vachona – Ann napisała we wstępie do albumu pt. John Vachon. Trzy razy Polska, wydanym w Warszawie w 2014 roku: „Polska zawsze była niezależna, a Polacy myśli mieli nieskrępowane. I była to część świata, którą John szczególnie pokochał.” Wiesława Dybała Prezes Regionalnego Towarzystwa Przyjaciół Wąwolnicy

Opracowanie graficzne: Aneta Krzywicka Druk i oprawa: Pozkal ISBN 978-83-65742-01-8 Nakład: 1000

3


Mechanizm zniewolenia Prof. dr hab. Włodzimierz Suleja /IPN Warszawa/

Dziewczynka przy uratowanym dobytku. Wąwolnica 2 maja 1946 r. Fragment fotografii J. Vachona.

4

Kres wojny dla zdecydowanej większości polskiego społeczeństwa miał wyjątkowo gorzki smak. To prawda, że kończył się kilkuletni koszmar, znikało widmo łapanki czy ulicznej egzekucji, ale ową wolność niósł ze wschodu nowy okupant. Ten, który deportował miliony, a tysiące pozbawił życia. Okupant, który nie zamierzał oddawać zagarniętych ziem kresowych, mgliście obiecując rekompensatę na zachodzie. Okupant, instalujący nad Wisłą nowe, posłuszne Kremlowi komunistyczne władze. Forpocztą nowego systemu był, powołany do życia w Moskwie, Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, powielający mechanizm tzw. rewolucyjnego komitetu z 1920 roku. Ten marionetkowy twór, w ostatnim dniu 1944 roku przekształcony w Rząd Tymczasowy, miał zadbać przede wszystkim o  pozyskanie zwolenników w  kraju i  stworzyć wrażenie społecznego poparcia. Wszelako, co uznano niebawem za znacznie ważniejsze zadanie, rozpoczął on budowanie własnego, rodzimego aparatu terroru, jak na ironię określonego mianem urzędu bezpieczeństwa publicznego. Już w maju 1945 roku w centralnym i terenowym aparacie służyło ponad 12 tys. funkcjonariuszy, a  wraz z  siłami tzw. wojsk wewnętrznych, obficie zasilonych sowieckim zaciągiem, zwłaszcza w korpusie oficerskim, ich liczba sięgała ogółem 40 tys. osób. Główne zadanie tych formacji sprowadzało się do likwidowania, również w wymiarze czysto fizycznym, wszystkich tych, którzy stawiali bądź mogli stawiać opór. Nie tylko zbrojny, ale też na politycznym gruncie. Stąd brały się aresztowania, zsyłki (tysiące osób trafiły do łagrów usytuowanych na terenie Polski bądź zostały wywiezione na wschód), wreszcie budzące grozę akcje pacyfikacyjne, połączone z masowymi mordami, z najgłośniejszym, związanym z tzw. obławą suwalską. Nowym porządkom nie mogło się już przeciwstawić polskie państwo podziemne, zwłaszcza po sierpniowej warszawskiej hekatombie i rozformowaniu w styczniu 1945 roku A rmii Krajowej. Wprawdzie konspiracyjne struktury ujawnione nie zostały, ale tworzona w miejsce AK kadrowa organizacja „Nie” na czele z  gen. Augustem Emilem Fieldorfem „Nilem” miała ograniczać się jedynie do prowadzenia akcji o charak-

terze wywiadowczym bądź poczynań sprowadzających się do koniecznej samoobrony, ale już nie podejmowania działań o charakterze partyzanckim. Jeśli dodać, że w końcu marca 1945 r. w ręce NKWD, pod pretekstem podjęcia rozmów o  charakterze politycznym, dostali się przywódcy tak cywilnych, jak i wojskowych podziemnych struktur, wywiezieni do Moskwy i tam osądzeni, to trudno nie dostrzec, że możliwości podjęcia skutecznego oporu stawały się coraz bardziej iluzoryczne. Zwłaszcza że po jałtańskich decyzjach, podtrzymanych podczas poczdamskiej konferencji, rząd polski na wychodźstwie nie mógł w  dalszym ciągu liczyć na wsparcie ze strony zachodnich aliantów. W maju na ziemiach polskich, okupowanych przez Sowietów, wspomaganych przez ich polskich popleczników, wojna toczyła się jednak nadal. Symbolicznego wymiaru nabiera zatem akcja przeprowadzona w nocy z 8 na 9 września przez kilkusetosobowy odział leśny, dowodzony przez majora Jana Tabortowskiego „Bruzdę”. Celem akcji było uwolnienie z  kazamatów UB w Grajewie przetrzymywanych tam więźniów, głównie żołnierzy AK oraz NSZ. Cel ten, przy minimalnych stratach własnych, osiągnięto, a schwytanych funkcjonariuszy UB podziemny polski sąd polowy skazał na śmierć. Niepodległa i  wolna Polska wciąż żyła, choć proces zakuwania jej w sowieckie kajdany dopiero się rozpoczynał. Od maja 1945 roku oporem, w miejsce zinfiltrowanej przez NKWD organizacji „Nie” (wcześniej, w marcu, przypadkowo zostaje uwięziony Fieldorf), kierować miała powołana z  rozkazu gen. Władysława Andersa Delegatura Sił Zbrojnych, choć stojący na jej czele płk Jan Rzepecki w gruncie rzeczy dążył nie tyle do zintensyfikowania walki z nowym okupantem, co jej ograniczenia, również poprzez rozformowanie oddziałów leśnych. Był to zamysł niewykonalny, bowiem sowiecki terror narastał, a  do walki z  podziemiem skierowano coraz to nowe formacje, w tym powstający właśnie od maja Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Zmęczone wojną społeczeństwo większe nadzieje, aniżeli w  zbrojnym oporze, pokładało jednak w  powstałej, po kompromisie, z  którego wyłonił się tzw. Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej, poli5


tycznej opozycji na czele z byłym premierem rządu londyńskiego, ludowcem Stanisławem Mikołajczykiem. Możliwości przeciwstawienia się sowietyzacji na tym właśnie gruncie były jednakowoż więcej aniżeli iluzoryczne. Formowanie rządu mającego legitymizować komunistyczną władzę toczyło się przecież w momencie ogłaszania wyroku w  moskiewskim procesie 16, a sama obecność polityków reprezentujących rzeczywiste siły demokratyczne był tylko, wygodnym z punktu widzenia Moskwy, ornamentem. Kluczowe funkcje w owym „kompromisowym” rządzie sprawowali przecież komuniści, co w pierwszym rzędzie odnosiło się do resortów „siłowych”. A przy tym polscy poplecznicy Stalina jasno deklarowali, że władzy raz zdobytej nie oddadzą nigdy... A jednak Polskie Stronnictwo Ludowe, które na bazie konspiracyjnych struktur ruchu uformowało się po powrocie Mikołajczyka do kraju, rosło w  siłę. W  jego szeregi napływali ci wszyscy, którzy nie zamierzali pogodzić się z zawłaszczeniem Polski przez komunistów. A ci doskonale zdawali sobie sprawę z niebezpieczeństwa, toteż ową legalną opozycję zwalczali wszelkimi dostępnymi środkami. Ograniczanie organizacyjnych możliwości było tu chlebem powszednim, cenzura związanej z PSL „Gazety Ludowej” oczywistością, a  szykany, dotykające członków, choćby takie, jak zwolnienia z pracy, swoistym standardem. Do tego dochodziły regularne rewizje w partyjnych lokalach i domach członków partii, nie wspominając o zatrzymaniach czy pobiciach. A przecież nowe władze nie wahały się posługiwać nawet skrytobójczym zamachem – w ten sposób z rąk „nieznanych sprawców” ginęli i szeregowi, i znani w całym kraju działacze, tacy jak Bolesław Ściborek czy Władysław Kojder. Teoretycznie sytuację miały ustabilizować, zapowiedziane jeszcze w Jałcie, demokratyczne, parlamentarne wybory. Polska znajdowała się jednak w sowieckiej strefie wpływów, toteż co do wyników tego aktu opinia publiczna w kraju nie żywiła złudzeń. A jednak termin wyborów – po jesiennych doświadczeniach węgierskich, gdzie zwyciężyła opozycyjna Partia Drobnych Rolników –  starano się odsuwać w  czasie. Za pretekst posłużyło tzw. referendum ludowe, mające przynieść, dzięki odpowiedniemu skonstruowaniu pytań, bodaj werbalne zwycięstwo rządzącemu „blokowi demokratycznemu”, czyli komunistom wraz z  ich organizacyjnymi przybudówkami. To właśnie podczas owej przedreferendalnej, z gruntu kłamliwej propagan6

dowej akcji, urządzano pokazowe pacyfikacje. Takie jak ta, z 2 maja 1946 r. w Wąwolnicy. Referendalną porażkę – uczestnicy głosowania zachowali się tak, jak wzywało opozycyjne PSL i podziemne organizacje – usiłowano przykryć fałszerstwem i kielecka prowokacją. Narzędziem do niszczenia społecznego oporu stał się przyjęty w czerwcu 1946 roku tzw. mały kodeks karny czyli dekret o „przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa”, gdzie karę śmierci można było orzekać za realny opór przeciwko narzuconej władzy. Sferę świadomości nadzorować miał Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i  Widowisk, a  jednym jeszcze organem powszechnych represji stała się Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym – na mocy jej decyzji skazanych kierowano do obozów pracy przymusowej. Wreszcie przed samymi wyborami rozpętała się prawdziwa orgia terroru, wymierzona głównie w  zwolenników PSL. W  tej atmosferze wynik wyborów był z  góry przesądzony, zwłaszcza że władze nie miały najmniejszych oporów przed sfingowaniem ich wyników. Oficjalny, nie odpowiadający rzeczywistości podział mandatów gwarantował obozowi władzy całkowita swobodę w modelowaniu nowej, wzorowanej na sowieckiej, rzeczywistości. Ostatnią przeszkodą pozostawali żołnierze niezłomni. To prawda, że byli również „wyklęci”, wszelako nie przez tych, w imieniu których trwali na ostatnim posterunku. Walczyli, bo w  gruncie rzeczy nie mieli wyboru. Realizowali wszak fundamentalny zapis testamentu Polski Podziemnej, zawarty w lipcowej odezwie Rady Jedności Narodowej, by naród mógł odzyskać „rzeczywistą wolność”, a tym samym zdołał też „przystąpić samodzielnie do urządzania sobie życia”. Amnestie, ogłaszane przez komunistów, służyły przecież do wyłapywania, choć nie od razu, tych, którzy byli zdolni stawić opór. Inni, już w więzieniu, zawierzali „oficerskiemu słowu honoru”, którym to hojnie szafowali funkcjonariusze bezpieki. Pociągało to za sobą kolejne wsypy i rodziło coraz to nowe tragedie. Optyka heroicznego oporu, wytrwałości i  przywiązania do sprawy niepodległości wiąże się nieodmiennie z  czasem istnienia Zrzeszenia „Wolność i  Niezawisłość”. Z  pozoru miała być to organizacja o  charakterze cywilnym i  celach wyłącznie politycznych, w rzeczywistości okazała się ona naturalną strukturą konspiracyjną o wojskowym charakterze. I nie jest w tym przypadku istotne, w jaki sposób tworzyła się zależność pomiędzy centralą WiN a oddziałami leśny-

mi, które przecież nie złożyły broni. Istotny jest sam fakt uporządkowania i ukierunkowania oporu. Trudno nie dostrzec, że zwłaszcza w 1946 roku na terenie Polski, zwłaszcza wschodniej, wciąż istniały i prowadziły skuteczne akcje silne zgrupowania partyzanckie. Bohaterowie, którzy stali na ich czele – major Hieronim Dekutowski „Zapora”, major Marian Bernaciak „Orlik”, Jerzy Jaskulski „Zagończyk”, Kapitan Zdzisław Broński „Uskok”, kapitan Kazimierz Kamieński „Huzar” – ginęli w boju bądź od „katyńskiego strzału” w kazamatach UB. Przez oddziały te, wedle najnowszych ustaleń, przewinęło się do stu tysięcy partyzantów, zaś ci, którzy wspierali ich poczynania w  terenie, stanowili grupę wielokroć liczniejszą. Był to, dodajmy, czas, kiedy w niektórych rejonach kraju „leśni” stawali się rzeczywistą władzą, by przywołać podhalański przykład majora Józefa Kurasia „Ognia” czy funkcjonujące w  łódzkim, świętokrzyskim i  śląskim, a dowodzone przez kapitana Stanisława Sojczyńskiego Konspiracyjne Wojsko Polskie. Ba, aktywność tę przenoszono i  na tereny do prowadzenia działań partyzanckich wyjątkowo trudne, o czym najdobitniej świadczy przykład odtworzonej na Pomorzu V Brygady Wileńskiej AK, dowodzonej przez majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę”. Swą obecność oddziały „leśne” (w drugiej połowie 1946 roku w blisko 350 walczyło niemal 20 tysięcy żołnierzy) zaznaczały opanowując lokalne ośrodki, również miejskie, niszcząc posterunki MO i placówki UB, a nawet atakując oddziały sowieckie. Najbardziej spektakularne akcje wiązały się jednakowoż z oswobadzaniem więźniów, tak jak miało to miejsce z rozbiciem w maju 1945 obozu NKWD w Rembertowie, wspominaną tu już akcją w Grajewie, by wymienić jeszcze choćby Piotrków Trybunalski, Tarnów, Kielce, Radom, Kępno, Radomsko, Pułtusk czy Kraków. Oczyszczano również teren z donosicieli czy komunistycznych agitatorów. Ta rzeczywista kontrola nad terenem niosła nadzieję, choć okazała się ona nadzieją złudną. W 1947 roku trwanie w podziemiu było równoznaczne z obroną otoczonej ze wszystkich stron, topniejącej w o czach niepodległościowej reduty. Broniono zatem własnego honoru i deptanego honoru Niepodległej. Okres ten w sposób symboliczny zamyka aresztowanie 27 listopada 1947 roku prezesa ostatniego, IV Zarządu WiN, majora Łukasza Cieplińskiego. I choć ostatni z partyzantów Józef Franczak „Lalek” dotrwał aż do października 1963 roku, ginąc tu, na ziemi lubelskiej, w obławie, idea, której niezłomni pozostawali

wierni – przetrwała. To dzięki nim mechanizm zniewolenia, obsługiwany przez sowiecką agenturę i  rodzimych kolaborantów, zgrzytał. To dzięki nim opór przeciwko narzuconemu systemowi, choć podskórny, trwał. To oni byli bohaterami rodzinnej czy lokalnej legendy. III Rzeczpospolita nazbyt późno przywróciła im należne miejsce w panteonie narodowych bohaterów. Walka o pamięć toczy się przecież nadal, choć od kilku lat 1 marca, w  rocznicę egzekucji na pułkowniku Cieplińskim i jego towarzyszach, obchodzimy Święto Żołnierzy Wyklętych.

Tablice pamiątkowe umieszczone na fasadzie bazyliki w Wąwolnicy.

7


Wąwolnica 2 maja 1946 r. Pacyfikacja niepokornej miejscowości Sławomir Snopek Wąwolnica jest niewielką miejscowością leżącą na zachodniej Lubelszczyźnie. Przez wieki chlubiła się posiadaniem praw miejskich nadanych jej w XIV wieku przez króla Kazimierza Wielkiego. Prawa te jednak straciła w  1870 r. w  wyniku represji władz carskich za liczny udział mieszczan wąwolnickich w powstaniu styczniowym.1 Po 1918 r., w  odrodzonej Polsce Wąwolnica stała się osadą gminną. Była również lokalnym ośrodkiem życia społecznego. Działały tu różnego rodzaju organizacje i stowarzyszenia, które wychowywały młodzież w  duchu patriotyzmu oraz aktywizowały dorosłych w  działaniach prospołecznych. Były to m.in. Związek Harcerstwa Polskiego, Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Polskiej, Sąsiedzkie Stowarzyszenie Kół Młodzieży Wiejskiej „Wici” z siedzibą w Wąwolnicy, czy też Koło Związku Zawodowego Kolejarzy. Funkcjonował

8

Drużyna Straży Pożarnej z Wąwolnicy, l. 30. XX w. W pierwszym rzędzie drugi od lewej stoi Jan Mikołaj Kossowski zamordowany w 1940 r. przez Sowietów w Katyniu. Fot. ze zbiorów autora.

tu również wąwolnicki Oddział Organizacji Syjonistycznej „Mizrachi” w Polsce skupiający w swych szeregach mieszkańców pochodzenia żydowskiego, deklarujących m.in. możliwie jak najszerszą lojalność Żydów wobec Polski. Jednak szczególne miejsce wśród organizacji społecznych międzywojennej Wąwolnicy zajmowała Straż Pożarna, która jest najstarszą organizacją społeczną działającą tu nieprzerwanie od 1913 r. aż do dziś. Misja ochrony mienia mieszkańców i niesienia pomocy poszkodowanym podczas różnych klęsk, którą spełniają strażacy, jest ponadczasowa i zawsze wzbudza szacunek. Mimo różnic wspólne i zgodne działania społeczności wąwolnickiej zaowocowały w  międzywojniu szeregiem inwestycji, z których najtrwalszym i najbardziej okazałym przykładem jest istniejący do dziś budynek Szkoły Podstawowej w Wąwolnicy oddany do użytku w 1938 r.

Wąwolnica 1938. Ze zbiorów Macieja Kossowskiego.

9


Agresja niemiecka na Polskę w dniu 1 września 1939 r. zapoczątkowała II wojnę światową, która całkowicie zburzyła dotychczasowy porządek świata. Również rzeczywistość Wąwolnicy uległa podczas tej wojny dramatycznym przemianom. Zniknęła stąd całkowicie społeczność żydowska eksterminowana przez Niemców. Dotkliwe represje dotknęły również Polaków. Publiczne egzekucje, wywózki na roboty w  głąb III Rzeszy, czy bezlitosne ściąganie kontyngentów w produktach rolnych wywoływały naturalny opór społeczności wąwolnickiej. Samorzutnie zaczęły powstawać tu struktury konspiracyjne Związku Walki Zbrojnej, przekształconego w 1942 r. na Armię Krajową i Batalionów Chłopskich. Było to charakterystyczne dla Lubelszczyzny, która w czasie okupacji niemieckiej była jednym z najaktywniejszych partyzanckich regionów Polski. Kiedy w  styczniu 1944 r. na wschodnie tereny Rzeczypospolitej wkroczyły wojska sowieckie Armia Krajowa początkowo współpracowała z  nimi podczas wyzwalania Kraju, jednak bardzo szybko okazało się, że sowieci traktowali zajęte tereny Polski jako własne dominium. Aresztowania i egzekucje polskich patriotów oraz liczne wywózki żołnierzy AK na Sybir potwierdziły tylko obawy Polaków – okupację niemiecką zastąpiła nowa, niemniej okrutna okupacja sowiecka, wspierana przez marionetki spod szyldu PKWN. W  tej sytuacji tysiące partyzantów nie ujawniło swej konspiracyjnej działalności, a po 1945 r. walczyło nadal w szeregach podziemia niepodległościowego. W tym okresie na Lubelszczyźnie działało kilkadziesiąt oddziałów partyzanckich walczących zarówno z okupantem sowieckim jak i z władzami Polski Ludowej reprezentującymi moskiewskie rządy.2 Władze te oprócz terroru policyjnego stosowanego na ogromną skalę, uruchomiły także machinę propagandową, której celem było zdyskredytowanie patriotów walczących o niepodległość i niezawisłość Polski. Nie inaczej było w  Wąwolnicy. W  początkach 1946 r. kilkudziesięciu tutejszych mieszkańców było członkami organizacji Wolność i Niezawisłość. Wielu byłych żołnierzy AK i  BCh wciąż nie ujawniało się w obawie przed represjami. Większość z nich była żołnierzami oddziałów podległych Marianowi Bernaciakowi ps. „Orlik”, część zaś walczyła pod dowództwem cichociemnego Hieronima Dekutowskiego ps. „Zapora”. Władza „ludowa” nie miała tu poparcia ze strony społeczeństwa przywiązanego do tradycji narodowych, dlatego też komuniści starali się wszelkimi sposobami zlikwidować oddziały partyzanckie i złamać ducha 10

mieszkańców czynnie wspierających żołnierzy niezłomnych. Na listach proskrypcyjnych Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Puławach znajdowali się nie tylko żołnierze podziemia, ale również członkowie ich rodzin i  inni mieszkańcy Wąwolnicy czynnie wspierający walkę o wolność i niepodległość Ojczyzny. Wśród tych osób był m.in. proboszcz miejscowej parafii ks. Ludwik Bernatt inwigilowany przez puławski UB i wymieniany w raportach, jako wspierający finansowo działalność „Orlika”.3 Próby wprowadzenia siłą kolektywizacji, ściąganie kontyngentów na rzecz komunistycznego państwa wywoływały sprzeciw społeczny, w  tym działaczy ruchu ludowego z  Polskiego Stronnictwa Ludowego. Powodowało to jednak tylko nasilenie terroru władz komunistycznych. 14 lutego 1946 r. w pobliskich Buchałowicach funkcjonariusze UB aresztowali działacza PSL –  Kazimierza Chabrosa, spalili jego gospodarstwo, a jego syna – Stanisława, rozstrzelali bez sądu na oczach zrozpaczonych rodziców.4 Również w  lutym na terenie powiatu puławskiego rozpoczął swą zbrodniczą działalność Wydział do Spraw Doraźnych Sądu Okręgowego w  Lublinie, który na sesjach wyjazdowych wydawał wyroki śmierci dla żołnierzy niezłomnych. W  odezwie do ludności powiatu puławskiego z 18 lutego 1946 r. kierownik PUBP w Puławach por. Antoni Dawidowicz ogłaszał: „…na sesji wyjazdowej w  Puławach zostali skazani na śmierć: DYRLA BOLESŁAW z Karczmisk, JUNOSZCZYK BOLESŁAW i  ZYSKA JAN z Kolczyna gminy Rybitwy, nad którymi wyrok wykonano publicznie przez rozstrzelanie.”5 W tym samym czasie starosta powiatu puławskiego Stefan Lewtak, zagorzały członek PPR, pisał do Wojewody lubelskiego w  poufnym raporcie z  28 lutego: „Donoszę, że od kilku tygodni na terenie powiatu puławskiego feruje wyroki Sąd Doraźny z Lublina na sesji wyjazdowej w Puławach. Akcja rozpoczęta przez K.B.W. przeciwko działalności band, które w ostatnich czasach przed przyjazdem wojsk, przybrały ogromne rozmiary i  zagrażały działalności administracji –  została dzięki działalności K.B.W. oraz zapadłych wyroków śmierci na notorycznych bandytach z N.S.Z. uwieńczona powodzeniem. (…) Muszę jednak podkreślić, że tymczasowo przywódcy band nie zostali ujęci. Ale po pracy Sądu Doraźnego zostaną w  mniejszej liczbie /

chwiejni odpadną/. Gdyby więc oddziały K.B.W. przebywały dłużej a przy tym działał Sąd Doraźny uchwyconymi nićmi można by dojść do sedna. Stawiam więc wniosek aby K.B.W. i Sąd Doraźny pozostał u nas dłuższy czas aby przed wyborami uspokoić powiat na dobre. Proszę u odnośnych czynników spowodować to.”6 Represje nie ustawały. 6 marca 1946 r. patrol Milicji Obywatelskiej zastrzelił w Niezabitowie trzech żołnierzy WiN w  tym mieszkańca Wąwolnicy Gabriela Lenartowicza ps. „Bebe”. Zginęła przy tym jedna osoba cywilna. Represje ze strony MO i UB oraz przypadki donosicielstwa prowokowały działania odwetowe zbrojnego podziemia. Z wyroku sądów podziemia likwidowani byli donosiciele. Rozbijano posterunki MO. 12 kwietnia 1946 r. żołnierze podziemia niepodległościowego zlikwidowali dwuosobowy patrol MO w Niezabitowie. Z kolei 16 kwietnia w nocy z Wąwolnicy uprowadzonych i rozstrzelanych zostało pięcioro mieszkańców sprzyjających władzom komunistycznym i członków PPR.7 Wśród nich był brat Edwarda Wargockiego – funkcjonariusza PUBP w Puławach, który w związku z tym zapowiedział zemstę na Wąwolnicy i jej mieszkańcach.

Wszystkie te okoliczności wraz z nasiloną akcją propagandową przed zbliżającym się referendum, zaplanowanym na koniec czerwca 1946 r., oraz przymusowe ściąganie świadczeń rzeczowych przez grupy operacyjne MO, powodowały narastanie oporu społecznego, co w konsekwencji doprowadziło do tragedii Wąwolnicy z 2 maja 1946 r. W tym czasie władze powiatu puławskiego prowadziły brutalną akcję ściągania kontyngentów od rolników. Szczególnie ponurą rolę odegrał w tych wydarzeniach starosta powiatu puławskiego – Stefan Lewtak, który domagał się od władz wojewódzkich, UB i KBW czynnego wsparcia w ściąganiu świadczeń rzeczowych od ludności powiatu na rzecz państwa komunistycznego. W dniu 2 maja 1946 r. w poufnym piśmie do wojewody lubelskiego pisał: „Zorganizowałem grupę [była to grupa operacyjna MO – przyp. aut.], która już trzeci tydzień jeździ po terenie i stacza wprost formalne utarczki z chłopami zabierając im świnie, aresztując i konfiskując zboże. Jednak niewiele pomaga, gdyż daje się zauważyć braki zbóż tak samo kartofli, które na wielu gminach wygniłe, jak Baranów, Żyrzyn, Gołąb, w gminie Szczekarków zniszczyła powódź. (…)

Rynek w Wąwolnicy, lata 30. XX w. Tu rozpoczął się pierwszy akt pacyfikacji w dniu 2 maja 1946 r. Fot. F. Soczko, ze zbiorów autora.

11


Wyobraźcie sobie – stoją wojska KBW – całymi dniami próżnują. Kilka razy zwracałem się do dowódcy, aby posłał ludzi w teren bardziej zagrożony, aby moja grupa mogła operować spokojnie – ten odmawia, mówi, że nie ma takiego rozkazu, a Bezpieczeństwo, które też nic nie robi mówi, że nie ma polecenia z Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa. Jeżeli się będą tak zabierać do roboty, to żebym głową o ścianę bił, nic nie poradzę. Proszę Was o natychmiastowe zwrócenie się do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa, aby ruszyli w teren.(…) Jeśli będzie miało rozkaz U.B.P. w Puławach, na pewno wykonamy.(…) Tylko jeszcze raz powiadam niech dostaną rozkaz i niech się zajmą, bo przecież co będzie z ich roboty jeśli będziemy załamywać plan. Jeszcze raz proszę Was załatwcie sprawę od góry.”8 Punktem krytycznym poprzedzającym pacyfikację Wąwolnicy była próba zorganizowania przez komunistów wiecu pierwszomajowego w Wąwolnicy. Według relacji świadków agitatorzy, którzy przybyli z  Puław z  zamiarem zorganizowania wiecu zostali wyśmiani przez mieszkańców zgromadzonych na rynku. Niektórzy ze świadków wspominali, że agitatorzy zostali schwytani przez znajdujących się w  Wąwolnicy żołnierzy podziemia niepodległościowego i wychłostani, po czym wypędzeni do Puław. Zakomunikowano im przy tym, że w Wąwolnicy świętuję się 3 Maja, a nie 1 Maja. W takiej atmosferze, 2 maja około godziny 13 na rynek w  Wąwolnicy przyjechała Grupa Operacyjna MO z  Puław w  sile ok. 25 uzbrojonych funkcjonariuszy. W tym czasie w gospodzie na rogu ul. 3 Maja i Rynku przebywało kilku partyzantów podziemia antykomunistycznego. Na widok silnie uzbrojonej grupy milicjantów wyskoczyli oni przez okna gospody i zaczęli uciekać w stronę Zarzeki – części Wąwolnicy położonej po północnej stronie rzeki Bystrej. Zauważywszy to milicjanci rozpoczęli pościg za uciekającymi, prowadząc przy tym ostrzał z  broni palnej. Według relacji świadków partyzanci nie ostrzeliwali się.9 Uciekając przez Zarzekę ukryli się w zabudowaniach gospodarstwa Wacława Łuszczyńskiego, skąd następnie zbiegli do pobliskich zalesionych wąwozów. Milicjanci prowadzący pościg obawiając się pułapki nie weszli na ten gospodarstwa Łuszczyńskich, aby schwytać ukrywających się tam partyzantów, jednak wrzucili do stodoły granat, inicjując w ten sposób pożar. Według oświadczenia Wacława Łuszczyńskiego, jak zanotował 12

Zarzeka – zwarta, drewniana zabudowa wsi sprzed pacyfikacji z 2 maja 1946 r. Fot. ze zbiorów autora.

to 3 maja 1946 r. Feliks Bitkowski, radny Gminnej Rady Narodowej w Wąwolnicy prowadzący spis strat: „pożar wybuchł o godz. 13.15 od wrzuconego granatu do stodoły przez żołnierza polskiego” 10 Warto tu zaznaczyć, że w  ówczesnym okresie funkcjonariusze MO nosili mundury łudząco podobne do wojskowych, stąd relacja pokrzywdzonego o żołnierzu podpalającym gospodarstwo. To, że w Wąwolnicy byli tylko milicjanci potwierdza Komendant Powiatowy MO z Puław por. Jan Nowak, który w swoim raporcie z 2 maja 1946 r. pisze, że do Nałęczowa i Wąwolnicy została wysłana grupa operacyjna z Komendy Powiatowej MO w Puławach, w  celu ściągania świadczeń rzeczowych od mieszkańców powiatu11. Mimo nieobecności partyzantów oraz braku jakiegokolwiek oporu ze strony mieszkańców Zarzeki,

milicjanci rozpoczęli systematyczne podpalanie kolejnych gospodarstw strzelając w tym celu pociskami zapalającymi w dachy kryte strzechą. Taką przyczynę pożaru podał m.in. pokrzywdzony Józef Łuszczyński, który tak to określił we wspominanym wyżej spisie strat: „stodoła zapaliła się od kul zapalających, strzelano do dachu słomianego.”12 Sytuację pogarszała zwarta zabudowa wsi złożona w przeważającej liczbie z drewnianych budynków krytych strzechą. Kwiecień 1946 r. był wyjątkowo suchy, a 2 maja panowała piękna słoneczna pogoda z dość silnym wiatrem. Spowodowało to, że żywioł rozniecany umyślnie w  wielu miejscach, rozprzestrzeniał się dalej samorzutnie na kolejne gospodarstwa. Według wykazu strat sporządzonego w dniu 3 maja przez Feliksa Bitkowskiego, na Zarzece pożar strawił 88 budynków w 37 gospodarstwach.13

Nie wszyscy mieszkańcy Wąwolnicy wiedzieli od razu co było przyczyną pożaru na Zarzece. Wielu z nich po zauważeniu pożaru natychmiast pobiegło w stronę Zarzeki, aby pomóc w gaszeniu ognia. Jednak w okolicach remizy strażackiej, nieopodal mostu na Bystrej czekało ich bolesne zakoczenie. Uzbrojeni funkcjonariusze UB zatrzymywali mieszkańców śpieszących na pomoc sąsiadom i pod lufami karabinów spędzali ich do remizy, gdzie byli przetrzymywani aż do opuszczenia Zarzeki przez milicjantów i ubeków.14 O godzinie 14:00 dowodzący grupą operacyjną ppor. Roman Kolczyński, obawiając się ataku ze strony partyzantów, zaalarmował komendanta powiatowego MO o  zaistniałej sytuacji, po czym wycofał się z  Wąwolnicy odjeżdżając wraz z  grupą operacyjną w stronę Puław.15 Tak pisał o tym w raporcie z 2 maja 13


1946 r. Komendant powiatowy MO z Puław – por. Jan Nowak: „W dniu 2.V.1946 r. o  godz. 14-tej zostałem zaalarmowany telefonicznie przez Grupę Operacyjną Milicji Obywatelskiej z  tut. Kom. M.O., która pojechała w  teren w  celu ściągania świadczeń rzeczowych, że została zaskoczona przez bandę w osadzie Wąwolnica. Po zorganizowaniu pomocy dla owej grupy w składzie KBW i UB i MO udałem się na miejsce, w  drodze spotkałem swą Grupę.”16 Około godziny 15:00 połączone siły grupy operacyjnej Kolczyńskiego i  oddziału Nowaka dotarły ponownie do Wąwolnicy otaczając miasteczko przez wojska KBW.17 Tak rozpoczęła się druga faza pacyfikacji Wąwolnicy, w której funkcjonariusze planowo i systematycznie podjęli dzieło zniszczenia. Uzbrojone patrole zablokowały drogi dojazdowe do Wąwolnicy, a  następnie funkcjonariusze rozlokowali na okolicznych wzgórzach gniazda karabinów maszynowych, z których ostrzeliwali pociskami zapalającymi gospodarstwa bezbronnych i niestawiających żadnego oporu mieszkańców. Z relacji świadków znamy trzy lokalizacje, z których prowadzono taki ostrzał. Pierwszym jest wzgórze przy ul. Bełżyckiej, ponad gospodarstwem państwa Kamińskich. Strzelając stąd funkcjonariusze podpalali gospodarstwa przy ulicy Bełżyckiej i Lubelskiej, co widział m.in. nastoletni wówczas Antoni Matuszewski.18 Również Wacława Partycka mieszkająca przy ul. Bełżyckiej w wykazie strat sporządzonym 3 maja 1946 r. napisała: „Przyczyna pożaru: zapalono stodołę kulą zapalającą.” 19 Drugim miejscem, z  którego komunistyczni zbrodniarze podpalali pociskami zapalającymi zabudowania wzdłuż ulic Kębelskiej i  dawnej Cmentarnej,

dziś Henryka Dulęby, było wzgórze na południe od ul. Kębelskiej ponad gospodarstwem Edwarda Lipczyńskiego. Jak relacjonował Władysław Lenartowicz mieszkający przy ul. Kębelskiej jego gospodarstwo zostało podpalone właśnie w ten sposób. W spisie strat sporządzonym w dniach 3-5 maja 1946 r. przez radnych Gminnej Rady Narodowej w Wąwolnicy Władysław Lenartowicz jako przyczynę pożaru podał: „podpalone przez Bezp.[ieczeństwo]”20 Trzecie miejsce, z którego prowadzony był ostrzał zabudowań wzdłuż ulic Cmentarnej i  Kębelskiej, wskazał Jan Niezabitowski, mieszkający w 1946 r. przy ul. Kębelskiej. Wskazał je w trakcie zeznania złożonego w 2009 r., w Komendzie Powiatowej Policji w Głubczycach dla Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Lublinie.21 Potwierdził to również w  rozmowie z  autorem niniejszego opracowania. Było to wzgórze ponad stacją kolejki wąskotorowej Wąwolnica, oddalone o kilkaset metrów od ostrzeliwanych zabudowań. Ostrzał pociskami zapalającymi nie był jednak jedyną metodą podpaleń. Część funkcjonariuszy rozbiegła się po miejscowości wrzucając granaty do budynków gospodarczych, podkładając ogień wewnątrz budynków lub też podpalając zapałkami sterty słomy składowane w bezpośrednim sąsiedztwie drewnianych zabudowań. Taki sposób podpaleń potwierdzili w spisie strat sporządzonym w dniach 3-5 maja mieszkańcy ul. Lubelskiej. Edward Głuski podał: „Przyczyna pożaru: rzucono granat do stodoły gdzie powstał ogień o godz. 15.20.” 22 Piotr Matuszewski podał: „Przyczyna – podpalone przez rzucenie gr. zapal. przez żołnierza” 23 Ogień zajmował kolejne budynki samorzutnie, ale funkcjonariusze KBW, UB i  MO w  dalszym ciągu wzniecali kolejne pożary. Jan Dębiec, sąsiad Edwarda

Fragment spisu strat sporządzony przez Wacławę Partycką, z podaniem przyczyny pożaru. Archiwum Państwowe w Lublinie.

14

Lokalizacja gniazd karabinów maszynowych i kierunki ostrzału pociskami zapalającymi, prowadzonego przez funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa publicznego. Oprac. własne. Fot. Google Earth.

Obszar Wąwolnicy i Zarzeki zniszczony podczas pacyfikacji w dn. 2 maja 1946 r. Oprac. własne. Fot. Google Earth.

15


Głuskiego podał: „Przyczyna: zapaliło się od bud. Głuskiego, a sterta ze słomy zapalona zapałką przez żołn.[nierzy]” 24 Karolina Staniszewska podała: „Przyczyna – sterta podp. przez żołnierzy.” 25 Józef Duński: „Przyczyna – zapaliło się od podpalonych budynków Staniszewskich.”26 Ceglarski Władysław: „Podpalenie”27 Ogółem na 69 przypadków, w których poszkodowani podali w dniach 3-5 maja 1946 r. przyczyny pożarów, tylko w jednym przypadku poszkodowana nie potrafiła jej określić (Jasińska Maria –  ul. Lubelska). W 38 przypadkach mieszkańcy potwierdzili, że pożary były wzniecane przez funkcjonariuszy. Określili to w następujący sposób: podpalenie przez Resort od strzału (w tym kulą zap. – 2) podpalenie przez żołnierzy wrzucenie granatu zapalającego podpalenie podpalono przez Bezp.[ieczeństwo] Razem podpalenia przez funkcjonariuszy

- - - - - - -

Od budynków sąsiadów Przyczyna nieustalona Łącznie

- 30 - 1 - 69

18 9 5 3 2 1 38

Ofiary pacyfikacji wśród komunistycznych zbrodniarzy rozpoznały dwóch funkcjonariuszy powiatowego UB z Puław –  pochodzącego z  Wąwolnicy Edwarda Wargockiego oraz Antoniego Stefaniaka z Końskowoli. Obaj czynnie uczestniczyli w akcji pacyfikacyjnej. Skala pożaru była olbrzymia, a dym widoczny był z wielu kilometrów. Straże pożarne z okolicznych miejscowości przybywały na pomoc, jednak przed wjazdem do Wąwolnicy były zatrzymywane przez uzbrojone patrole funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa. Potwierdza to w  swojej relacji Wiesław Malicki mieszkaniec Nałęczowa, który pośpieszył na pomoc płonącej Wąwolnicy wraz jednostką straży pożarnej z Nałęczowa. Zostali oni zatrzymani na wschodnich krańcach Zarzeki przez patrol UB i niedopuszczeni do rozpoczęcia akcji gaśniczej. Mogli tylko bezradnie patrzeć jak pożar pochłania kolejne kwartały miejscowości.28 W czasie, gdy pożar obejmował kolejne części miasteczka w  Wąwolnicy pojawił amerykański fotoreporter John Vachon, który 2  maja przypadkowo znalazł się w  okolicach Puław skąd zauważył słup dymu i udał się w jego kierunku. Vachon przebywał 16

w Polsce od stycznia 1946 r., by z ramienia organizacji UNRRA (United Nations Relief and Rehabilitation Administration – Administracja Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy) dokumentować pomoc tej organizacji udzielaną Polsce. Pierwszego maja 1946 roku John Vachon wraz tłumaczką i  kierowcą jeepa wyjechali z  Radomia do Lublina. Po drodze zostali zatrzymani przez patrol wojskowy, a  następnie aresztowani w Kozienicach. Następnego dnia, po uzyskaniu wyjaśnień z  Warszawy, zostali zwolnieni z aresztu i udali się w dalszą drogę do Lublina. Około 16:30, po przejechaniu mostu na Wiśle w  Puławach, Vachon zauważył w oddali olbrzymi słup dymu i skierował się w jego stronę. W liście z 4 maja 1946 r. pisał do swej żony: „Gdy docieramy na miejsce wioska stoi w płomieniach. Chciałbym być w stanie ci to opisać, ale wiem, że nigdy nie będę. Nic wcześniej nie wywołało u mnie takiego rozdarcia, ani nie sprawiło, że czułbym się tak cholernie zakłopotany co do moich wierzeń, o  ile w ogóle w coś wierzę. To był drugi maja, po wschodniej stronie Wisły, gdzie zniszczenia wojenne były niewielkie, a owa wioska składająca się z około 300 domów nie została nawet naruszona. Była to piękna okolica, piękne popołudnie, wszystkie okoliczne pola zostały już obsiane, pszenica rosła spokojnie, wzdłuż drogi zdobione kwiatami kapliczki, w powietrzu czuło się miesiąc maj, i to piękno zwyczajnego życia charakterystyczne dla takich miejsc. I nawet gdy już tam dotarłem i zobaczyłem, że to miejsce płonie, nie mogłem tego zrozumieć. Można czytać o spalonych wioskach, albo że była wojna lub oglądać zdjęcia tych wydarzeń, ale Chryste, gdy widzi się to na własne oczy…”29 John Vachon, targany sprzecznym uczuciami, to próbował pomagać mieszkańcom ratować ich mienie,

Fragment dziennika Johna Vachona ilustrujący jego podróż po Polsce na przełomie kwietnia i maja 1946 r. Pod datą 1 maja odnotowane aresztowanie w Kozienicach, a 2 maja – pożar. Archiwum Ann Vachon.

Oryginał fotografii Johna Vachona ze szczególnym opisem. Ze zbiorów autora.

to znowu chwytał za aparat, żeby uwiecznić tę tragedię. Niezauważony przez funkcjonariuszy wykonał co najmniej dwadzieścia fotografii dokumentujących pacyfikację. Zdjęcia te ukazują kolejne fazy pożaru obejmującego południowo-zachodnią część Wąwolnicy wzdłuż ulic Cmentarnej i Kębelskiej oraz mieszkańców gromadzących się na łąkach przy uratowanym dobytku. Fotografie Vachona stanowią wstrząsający dowód komunistycznej zbrodni dokonanej na bezbronnej ludności cywilnej. Są one tym cenniejsze, że zostały wykonane przez niezależnego i obiektywnego świadka. Po dwóch dniach John Vachon wrócił do Wąwolnicy, gdzie był świadkiem pogrzebów ofiar pacyfikacji.30 Wówczas rozdał mieszkańcom dziesiątki zdjęć, które zrobił 2 maja. Będąc dowodem zbrodni stwarzały one zagrożenie zdemaskowania udziału w niej aparatu bezpieczeństwa, dlatego już w kilka dni później funkcjonariusze zmuszali mieszkańców do oddania tych zdjęć. Mimo to część mieszkańców przechowała je jako pamiątkę tragicznych przeżyć. Znanych jest pięć oryginałów fotografii Johna Vachona, które pokrzywdzeni uratowali przed rekwi-

zycją w 1946 r. Jedna z nich, przedstawiająca płaczącą kilkuletnią dziewczynkę siedzącą przy uratowanym z płomieni dobytku, ma szczególny opis napisany niewprawną ręką (pisownia oryginalna): „1946 r. 2 maja paliła się Wąwolnica palił resord pod dowuctwem Stefaniaka i Wargockiego Edwar[da] [z] Zarzeki.” 31

Opis jednej z fotografii Johna Vachona zachowanych w oryginale, w Wąwolnicy. Ze zbiorów autora.

17


18

Jedna z fotografii J. Vachona uratowana przed rekwizycją UB przez mieszkankę Wąwolnicy Anielę Izdebską. Oryginał w zbiorach autora.

19


Niestety, w wyniku pacyfikacji zginęło pięcioro mieszkańców Wąwolnicy a wielu kolejnych odniosło liczne, niejednokrotnie ciężkie obrażenia w wyniku poparzeń, których doznali próbując ratować dobytek. W śledztwie prowadzonym przez prokuraturę IPN w Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Lublinie ustalono, że w dniu pacyfikacji w wyniku ciężkich poparzeń zmarli Józef Łuszczyński i Jan Wargocki.32 W ciągu kilku kolejnych dni zmarły następne trzy osoby. Wacław Karpiński, który ratując mienie doznał ataku serca, zmarł 3 maja.33 Marcjanna Łuszczyńska, ciężko poparzona podczas ratowania dobytku z pożaru, zmarła 8 maja w  szpitalu w  Opolu Lubelskim.34 Po tygodniu w  wyniku odniesionych obrażeń zmarła także Natalia Próchniak, która również uległa ciężkim poparzeniom podczas próby ratowania mienia z płonącego gospodarstwa.35 Podczas sporządzania spisów strat odnotowywano w  niektórych przypadkach obrażenia, których doznali poszkodowani w  pacyfikacji. W  wykazie strat z  ul. Lubelskiej odnotowano m.in.: „Duński Józef (…) uszkodzenie ciała – poparzona prawa ręka (…) Duński Stanisław poparzenia pr. ręki i pr. str. twarzy, pr. nogi” i dalej: „Lenartowicz Apolonia poparzone obie nogi, syn Zygmunt poparzona szyja” a także: Łuszczyńska Marcjanna, ogólne poparzenia całego ciała Łukasiewicz Tadeusz obie ręce Łukasiewicz Przemysław pr. ręka” 36 Wydaje się, że skala zniszczenia Wąwolnicy przeraziła samych zbrodniarzy, którzy w  obawie przed odpowiedzialnością za swą zbrodnię od pierwszych chwil po pacyfikacji budowali fałszywy obraz przebiegu wydarzeń, przypisując sprawstwo pożaru cywilnym bandytom. Już w raporcie datowanym na 2  maja 1946 r. ppor. Kolczyński pisał o rzekomym ataku tychże bandytów na grupę operacyjną przejeżdżającą przez Wąwolnicę w drodze do Nałęczowa.37 Ta wersja była następnie powielana przez Komendanta Powiatowego MO w Puławach Jana Nowaka i oficera śledczego tejże komendy ppor. Eugeniusza Lisa. Ten ostatni stwierdził ponadto w sprawozdaniu z 22 maja, że: „trudno jest ustalić [przebieg wydarzeń], ponieważ osada Wąwolnica jest źle ustosunkowana do obecnego ustroju tak, że nie ma człowieka, żeby dał zeznania celem ustalenia.”38 Ta uwaga Lisa odnosi się z  pewnością do próby wymuszenia na 20

mieszkańcach Wąwolnicy podpisania protokołu z dnia 3 maja 1946 r., w którym śledczy zapisali, iż Wąwolnicę spalili bandyci i to w walce z UB. W związku z tym mieszkańcy, którzy zgodnie twierdzili, że podpaleń dokonywali funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa, protokołu nie podpisali.39 Oficjalną wersję wydarzeń rozpowszechniała też prasa komunistyczna. W  lubelskim Sztandarze Ludu z  12 maja 1946 r. ukazał się artykuł pt. „Kto spowodował pożar w Wąwolnicy?” Anonimowy autor przedstawił w nim po-

Wąwolnica w kilka dni po pacyfikacji. Na pierwszym planie mieszkańcy Wąwolnicy Marta i Mieczysław Głuscy. W tle zgliszcza gospodarstw przy ul. Kębelskiej i Cmentarnej (dziś H. Dulęby). Fot. J. Z. Kolasiński, ze zbiorów Anny Paduch.

żar w Wąwolnicy jako kolejną w Lubelskiem zbrodnię bandytów z NSZ. Nie omieszkał przy tym zaznaczyć, że: „Wąwolnica jest od dawna siedzibą reakcyjnych band”. Przebieg wydarzeń jest przedstawiony w artykule identycznie jak w raportach oficerów MO z Puław, z tą tylko różnicą, że autor artykułu „zna” sprawców. Nie są to już uzbrojeni cywilni bandyci, jak okre-

ślali to milicjanci, ale zbrodniarze z NSZ. W dodatku autor wskazuje na ich ścisłe powiązania z  lokalnymi działaczami PSL, których oskarża o to, że: „rozsiewają wprost oburzające i kłamliwe wiadomości o tym, jakoby pożar wywołali funkcjonariusze Bezpieczeństwa. (…) Mamy tu do czynienia widocznie z  obmyśloną z góry współpracą między PSL, a NSZ. Jedni mordują 21


Fragment artykułu anonimowego autora, opublikowanego w komunistycznej gazecie Sztandar Ludu z 12 maja 1946 r. Archiwum Parafii Wąwolnica.

i strzelają, a drudzy zacierają ślady znaną metodą „łapaj złodzieja”, składając winę na funkcjonariuszy państwowych ofiarnie pełniących swe trudne obowiązki. Robota prowokacyjna szyta grubymi nićmi ”40 W ten sposób tragedia Wąwolniczan została w  przewrotny sposób wykorzystana przez komunistów do bieżącej walki politycznej z PSL przed zbliżającym się czerwcowym referendum. Władze PSL podjęły działania zmierzające do wyjaśnienia prawdziwych okoliczności i przyczyn masowego pożaru w Wąwolnicy. W kilka dni po pacyfikacji do Wąwolnicy przybyła komisja pod przewodnictwem Stanisława Wójcika – Sekretarza Naczelnego PSL, która udokumentowała fotograficznie ogrom zniszczeń oraz wysłuchała relacji mieszkańców i  władz gminy o przebiegu wydarzeń w dniu 2 maja. Zgromadzony materiał stał się podstawą do wystąpienia władz naczelnych PSL w dniu 11 maja z interpelacją do Prezesa Rady Ministrów Edwarda Osóbki-Morawskiego, od którego władze PSL domagały się zarządzenia dochodzenia w sprawie spalenia Wąwolnicy oraz pociągnięcia winnych pacyfikacji do odpowiedzialności karnej.41 W odpowiedzi na tę interpelację władze komunistyczne powieliły swoją wersję przebiegu wydarzeń, z tym, że teraz jako sprawców podpalenia Wąwolnicy komuniści wskazali żołnierzy WiN z oddziałów „Zagona” i „Barłoga” podległych „Orlikowi”.42 Ostatecznie interpelacja posłów PSL nie odniosła oczekiwa22

nego efektu – prawdziwi sprawcy tragedii Wąwolnicy w osobach funkcjonariuszy MO, UB i KBW – pozostali bezkarni. Równolegle do działań formalnych władze PSL próbowały nagłośnić tragedię Wąwolnicy publikując treść interpelacji w  organie prasowym PSL –  Gazecie Ludowej. W  numerze 133 Gazety Ludowej z  15 maja 1946 r. miał ukazać się tekst opatrzony tytułem ”Jak spalono Wąwolnicę – przyczynek do działalności Urzędów Bezpieczeństwa w Polsce”, jednak komunistyczna cenzura skonfiskowała przygotowany do druku materiał zakazując jego publikacji.43 Sam prezes PSL Stanisław Mikołajczyk uważał pacyfikację Wąwolnicy za szczytowy przejaw terroru komunistycznego wobec polskiej wsi. Dał temu wyraz w swojej książce pt. Polska zgwałcona (tytuł oryginału The rape of Poland), gdzie opisując represje komunistyczne wobec społeczeństwa polskiego zamieścił fotografię Wąwolnicy spalonej przez UB i  napisał: „(...) kilka dni później terror osiągnął szczytowe natężenie, kiedy to 333 gospodarstwa rolne zostały spalone w  Wąwolnicy koło Puław w ciągu jednego dnia.”44 W czasie, gdy działacze PSL zabiegali w Warszawie o prawdę, w Wąwolnicy władze gminy sporządziły „Wykaz strat poniesionych przez mieszkańców os. Wąwolnica w  czasie masowego pożaru 2  maja 1946 r.” Zawiera on 197 nazwisk poszkodowanych mieszkańców Wąwolnicy i  Zarzeki. Ponadto w  wykazie

Wykaz strat spółdzielni plantatorów tytoniu w magazynach spalonych podczas pacyfikacji Wąwolnicy. Archiwum Państwowe w Lublinie.

23


Jedno ze zdjęć wykonanych przez komisję PSL w kilka dni po pacyfikacji. Ulica Lubelska. Od lewej widoczne zgliszcza domów rodzin Niezabitowskich i Samońskich, Łuszczyńskich, Lenartowiczów, Rutkowskich.

24

Fotografia ta była opublikowana w książce St. Mikołajczyka pt. „Polska zgwałcona”. Fot. ze zbiorów Instytutu Hoovera.

25


wyszczególniono straty powstałe w spalonych maga- organizować, by jak najszybciej podjąć dzieło odbuzynach wąwolnickiego Oddziału Związku Plantatorów dowy ze zniszczeń. W dniu 12 maja na posiedzeniu Tytoniu, Spółdzielni Rolniczo – Handlowej w Opolu Gminnej Rady Narodowej zdecydowano o powołaniu Lubelskim. Gminnego Komitetu Pomocy Pogorzelcom, którego Według pisma przewodniego z  6 maja dołączo- członkowie zostali upoważnieni do czynienia starań nego do tego wykazu, podczas pacyfikacji w  dniu w  imieniu pogorzelców o  otrzymanie odszkodowań 2  maja 1946 r. spłonęło 101 domów, 106 stodół, z  tytułu ubezpieczenia, otrzymania pożyczek bu121 obór oraz 120 chlewów i  innych budynków dowlanych i  niezbędnych do odbudowy materiałów. gospodarczych. Łączne straty zostały oszacowane Niezależnie od tego Rada Gminy powołała przy tym na 70  364  800 zł. Do wymienionych strat należało- komitecie sekcję planowania robót, której przewodby dodać te, których nie zamieszczono w  ww. wy- niczył ks. Ludwik Bernatt –  proboszcz miejscowej kazie ze względu na to, iż właściciele części gospo- parafii.48 darstw i  ich spadkobiercy zginęli w czasie okupacji niemieckiej, stąd nie zostały wykazane w  spisach strat. Przykład stanowi tu drewniany dom zamordowanego przez Niemców w  publicznej egzekucji w  Wąwolnicy Chaima Kaisera przy ul. Lubelskiej 22, który stał w  sąsiedztwie spalonego w  czasie pacyfikacji domu Łukasiewiczów.45 Z  kolei część pogorzelców straciwszy wszystko opuściła Wąwolnicę i  dopiero po kilkunastu dniach przekazała do gminy indywidualne spisy strat. Dotyczy to co najmniej dwóch rodzin. Rodzina Anieli Pismo Starosty Powiatowego Stefana Lewtaka do Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Puławach z dnia 7 sierpnia 1946 r., Archiwum Państwowe w Lublinie. Wijakowskiej straciła w  pożarze dom, stodołę i oborę, a rodzina Marii Bukowskiej W kolejnych miesiącach członkowie Komitetu podom z całkowitym wyposażeniem i chlew, co zgłosiła dejmowali próby uzyskania pomocy od różnych instyna piśmie do Urzędu Gminy w dniu 15 maja 1946 r. tucji, jednak bez efektu. Mieszkańcy Wąwolnicy odczuNotatka z wykazem strat i podpisem poszkodowanej wali, że władze państwowe wręcz utrudniają im próby jest opatrzona uwagą urzędnika: „Otrzymano 15/V. nie odbudowy zniszczonej miejscowości. O tym, że akcja ujęto do wykazu”46 Tak więc łączna liczba strat według odbudowy była świadomie hamowana i  ograniczana znanych dziś dokumentów wyniosła 103 domy, 107 przez władze z  inicjatywy starosty powiatowego Stestodół, 122 obory i 121 chlewów oraz innych budyn- fana Lewtaka świadczą dokumenty odnalezione przez autora w 2014 r. w Archiwum Państwowym w Lublików. Razem 453 budynki. Wykaz strat wraz z  pismem przewodnim został nie. Jest to poufne pismo Lewtaka z 7 sierpnia 1946 wysłany w  dniu 6 maja do Starostwa Powiatowe- r. skierowane do Powiatowego UBP w Puławach oraz go w  Puławach, Powszechnego Zakładu Ubezpie- odpowiedź szefa UB wraz z  załącznikiem. Starosta czeń Wzajemnych (PZUW), do Wydziału Śledcze- pisze: „Załączając dwa wykazy oraz podanie w sprago w Puławach oraz do Naczelnika Straży Pożarnej. wie przydziału drzewa budulcowego dla mieszkańców Ponadto w dniu 15 maja kopię wykazu przesłano do Wąwolnicy, proszę o zaopiniowanie, które osoby wyWydziału Bezpieczeństwa, jednak w zachowanej kopii szczególnione w  załącznikach zasługują na poparcie nie określono, do którego.47 Mieszkańcy próbowali się z  uwagi na ich zachowanie się pod względem poli26

tycznym.”49 Warunkiem uzyskania pomocy miało być więc poprawne zachowanie poszkodowanych mieszkańców wobec władz komunistycznych. Wielkość strat nie miała znaczenia. Władza chciała umocnić swoją pozycję wspierając tych, którzy byli poprawni politycznie, a pogrążyć tych, którzy nie akceptowali nowego porządku, uniemożliwiając, a przynajmniej utrudniając im odbudowę. W pięć dni później, 12 sierpnia szef Powiatowego UB w Puławach, por. Antoni Dawidowicz odpowiada staroście: „Na pismo z dnia 7. VIII.1946 r. Nr 14/46 Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publ. w  Puławach przesyła listę mieszkańców os. Wąwol-

z którą władze te nie mogły sobie poradzić. Po zapoznaniu się z  listą sporządzoną przez UBP w  Puławach nasuwa się nieodparte wrażenie, że wybór mieszkańców, którym władze zgodziły się pomóc był kontynuacją akcji pacyfikacyjnej. Na liście tej znalazły się bowiem zarówno nazwiska mieszkańców popierających władze komunistyczne, jak i  nazwiska rodzin żołnierzy podziemia niepodległościowego. Wydaje się oczywiste, że UB zastosował tu starożytną zasadę divide et impera, czyli dosłownie: dziel i  rządź lub bardziej opisowo: siej niezgodę, byś mógł łatwiej rządzić. W obliczu totalnych zniszczeń władza próbowała poróżnić załamaną społeczność udzielając pomocy mniej niż połowie pokrzywdzonych. Niestety w  części osiągnęła zamierzony cel, gdyż wielu mieszkańców Wąwolnicy do dziś uważa, że wszelka pomoc udzielana pokrzywdzonym po 2 maja 1946 r. przez władze komunistyczne, trafiała wyłącznie do popleczników tychże władz. Mijały kolejne lata a zdecydowana większość mieszkańców Wąwolnicy wciąż nie otrzymywała zadośćuczynienia za straty poniesione w pacyfikacji. Po odwilży październikowej z 1956 r. wydawało się, Odpowiedź Szefa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Puławach por. Antoniego Dawidowicza, z 12 sierpnia 1946 r., na pismo Starosty Powiatowego że jest szansa na takie zadośćStefana Lewtaka z 7 sierpnia, Archiwum Państwowe w Lublinie. uczynienie. Niestety starania nica, którym można udzielić poparcia w  otrzymaniu podjęte w 1957 r. przez Gromadzką Radę Narodową kodrzewa budulcowego po rozpatrzeniu zachowania się lejny raz spełzły na niczym. Wprawdzie Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Lublinie, w odpowiedzi pod względem politycznym.”50 Lista załączona do pisma Dawidowicza zawiera na pismo GRN z Wąwolnicy podjęło uchwałę nr 255 tylko 84 nazwiska. Przypomnijmy, że wykaz strat spo- z 9 października 1957 r., w której postanowiło wystąpić rządzony przez mieszkańców tuż po pacyfikacji wy- do Ministra Finansów i Ministra Spraw Wewnętrznych mieniał 197 poszkodowanych rodzin. Do tego kolejne o  załatwienie sprawy odszkodowań dla mieszkańców dwie rodziny, które zgłosiły straty w  połowie maja. Wąwolnicy, jednak była to kwota wielokrotnie niższa od Wymowa przytoczonej korespondencji jest wstrzą- rzeczywistej wartości poniesionych strat. O tym, że własająca. Władza, która mieniła się „ludową” najpierw dze PRL mimo odwilży po 1956 r. wciąż nie zmieniły spaliła miasteczko, a potem utrudniała jego odbudowę swego stanowiska w sprawie przyczyn tragedii z 2 maja mieszkańcom, którzy przecież w przytłaczającej więk- 1946 r. świadczy znamienny akapit tej uchwały: „Preszości byli rolnikami. Prawie 60% poszkodowanych zydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w  Lublinie nie mogło liczyć na pomoc w odbudowie. Ale to nie przeprowadziło postępowanie wyjaśniające, w wyniwszystko. Jak już wspomniano Wąwolnica była uwa- ku którego ustalono, że w dn. 2 maja 1946 r. w czasie żana przez władze komunistyczne za siedlisko reakcji, walki z bandą faszystowską powstał pożar (…)”51 27


Ostatecznie szczątkowe odszkodowania trafiły do nielicznych mieszkańców na początku lat sześćdziesiątych XX w., co po raz kolejny wywołało falę rozgoryczenia wśród większości poszkodowanych, którzy w dalszym ciągu nie otrzymali żadnej pomocy ze strony władz. Do końca istnienia PRL władze komunistyczne nie podjęły żadnych działań prawnych mających na celu ustalenie winnych pacyfikacji i ich ukaranie, jednak nawet pod koniec lat 80. XX w. machina propagandowa wykorzystując materiały UB fałszowała historię spalenia Wąwolnicy. W maju 1987 r. w polityczno informacyjnym tygodniku Perspektywy, ukazał się obszerny, dwuczęściowy artykuł Jacka Wilamowskiego pt. „Wąwolnica 1946 (1), Pod skrzydłami „Orlika” i „Wąwolnica 1946 (2), Jaka była prawda?”.52 Autor czerpiąc garściami z tajnych wówczas archiwów UB i SB po raz kolejny fabrykuje fałszywy obraz wydarzeń z  2 maja 1946 r. Wszystko jest podporządkowane jednemu celowi –  wykazać, że odpowiedzialność za zniszczenie Wąwolnicy ponoszą reakcyjne bandy „Orlika” i „Żuka” terroryzujące okoliczną ludność oraz mordujące niewinnych milicjantów i członków PPR. Fałszując historię Wilamowski dla podniesienia dramatyzmu przenosi nawet wydarzenia w  czasie przesuwając je na dzień targowy, co jest wierutnym kłamstwem, gdyż w dniem targowym w Wąwolnicy była i jest środa, a w 1946 r. 2  maja przypadał w  czwartek. W  środę 1 maja miała miejsce nieudana próba zorganizowania przez komunistów wiecu, ale to już nie pasowało do historii tworzonej na nowo przez piewcę „ofiarnej służby” funkcjonariuszy komunistycznego państwa. Fotografie dobrane do zilustrowania artykułu też są błędnie opisane, gdyż przedstawiają miejsca w Wąwolnicy zupełnie niezwiązane z  opisywanymi wydarzeniami. Cały artykuł jest przepełniony przeinaczeniami i  cytatami z  przesłuchań członków podziemia niepodległościowego, schwytanych i  torturowanych przez śledczych UB w celu uzyskania „właściwych” informacji. Jednym zdaniem – artykuł Wilamowskiego został napisany na zamówienie komunistycznych władz w celu propagandowym. Dziś, gdy mamy dostęp do odtajnionych dokumentów, kiedy znamy faktyczny przebieg wydarzeń opisany przez samych poszkodowanych i  rzeczywiste intencje przedstawicieli ówczesnej władzy, wypada tylko zapytać pana Wilamowskiego –  to jaka była ta prawda, panie redaktorze? Po upadku systemu komunistycznego i utworzeniu Instytutu Pamięci Narodowej prokuratura IPN wszczęła 28

śledztwo w tej sprawie. W czasie postępowania przesłuchano ponad 130 świadków oraz zgromadzono liczne dokumenty archiwalne. W wyniku przeprowadzonego śledztwa zidentyfikowano z  imienia i  nazwiska tylko pięciu funkcjonariuszy MO i UB, którzy brali czynny udział w pacyfikacji Wąwolnicy. Byli to Komendant Powiatowy MO z Puław por. Jan Nowak, dowódca grupy operacyjnej MO ppor. Roman Kolczyński i  jeden z jego podwładnych Zygmunt Piłat oraz funkcjonariusze puławskiego UB – Edward Wargocki i A ntoni Stefaniak. Wszyscy oni zmarli przed zakończeniem śledztwa i w związku z tym żaden z nich nie został postawiony w stan oskarżenia.53 Prokuratura jednoznacznie wykazała, że wydarzenia w Wąwolnicy, które miały miejsce 2 maja 1946 r., były zbrodnią komunistyczną w rozumieniu artykułu 2. ustęp 1. Ustawy o IPN oraz, że czyn ten wyczerpuje znamiona zbrodni przeciwko ludzkości, zgodnie z  artykułem 3. tej samej Ustawy.54 Niestety, to stwierdzenie prokuratury nie dotarło do wielu ofiar i świadków tej zbrodni. Wielu z nich umarło nie doczekawszy się nie tylko zadośćuczynienia materialnego, ale nawet tej moralnej satysfakcji. Współcześnie nadal dochodzi do fałszowania prawdy o pacyfikacji Wąwolnicy. W dobie „cywilizacji obrazkowej” niektórzy autorzy dopuścili się manipulacji z użyciem fotografii płonącej Wąwolnicy, którą wykorzystali do zobrazowania zupełnie innych wydarzeń. Mam tu na myśli dwie sytuacje. Otóż w 2010 r. jedna z fotografii autorstwa Johna Vachona, przedstawiająca mieszkańców Wąwolnicy ratujących dobytek z płonącego gospodarstwa została wykorzystana w Domu Spotkań z Historią w Warszawie jako ilustracja wypędzeń Niemców przez Polaków z Pomorza. Interwencja autora niniejszego opracowania nie doprowadziła niestety do wyjaśnienia, kto dopuścił się tej manipulacji. Z kolei w 2013 r. na polskim rynku księgarskim ukazała się książka autorstwa brytyjskiego pisarza Keitha Lowe’a pt. „Dziki kontynent. Europa po II wojnie światowej”, wydana przez Dom Wydawniczy REBIS z Poznania. Do zilustrowania rozdziału „Czystki etniczne na Ukrainie i  w  Polsce” Lowe wykorzystał dwie fotografie. Jedną z  nich jest ta sama fotografia Johna Vachona, która w Domu Spotkań z Historią ilustrowała wypędzenia Niemców przez Polaków. Tym razem Lowe tak opisał tę fotografię: „Polacy uciekają z Wąwolnicy po podpaleniu wioski przez ukraińskich partyzantów”.55 Jak na ironię wiemy kto podpalił wioskę i  kto jest uwieczniony na tej fotografii. Są to małżeństwa Państwa Lenartowiczów i  Lipczyńskich z  ul. Kębelskiej

oraz Maria Gede, która uciekając przed pożarem na autorów i aktorów biorących udział w rekonstrukcji za ul. Lubelskiej znalazła się u  rodziny Lenartowiczów. wierne przypomnienie tamtych tragicznych chwil. ZreTu została zaskoczona przez kolejny pożar spowodo- alizowano także dwie audycje w Polskim Radiu Lublin wany ostrzałem pociskami zapalającymi prowadzonym poświęcone wydarzeniu z 2 maja 1946 r. i jego rekonprzez funkcjonariuszy UB, MO i KBW. Fałszywy opis strukcji w  2016 r. Uroczystości były objęte Honorofotografii zamieszczonej w  książce Lowe’a jest szko- wym Patronatem Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej dliwy z  wielu powodów. Przede wszystkim dlatego, Andrzeja Dudy. Obchody 70. rocznicy pacyfikacji Wąwolnicy stały że kłamliwie interpretuje rzeczywistość, stwarzając „nowy” fakt historyczny. Ponadto może stanowić się też inspiracją do opracowania i wydania publikacji pretekst dla współczesnych nacjonalistów ukraińskich zawierającej odnalezione dokumenty i fotografie dotydo oskarżania Polaków o fałszowanie historii, co z pewnością nie wpłynęłoby na poprawę i tak już trudnych relacji polsko-ukraińskich. W wyniku interwencji autora niniejszego opracowania w  redakcji Domu Wydawniczego Rebis, w  przypadku tej manipulacji udało się sprostować ten ewidentny błąd(?). W  kolejnym wydaniu książki Lowe’a z  2014 r., podpis pod zdjęciem brzmi: „Mieszkańcy Wąwolnicy podejrzewani o  sprzyjanie antykomunistycznemu podUlotka z zaproszeniem do uczestnictwa w obchodach 70. rocznicy pacyfikacji Wąwolnicy, ze zbiorów autora. ziemiu uciekają z  wioski po podpaleniu przez UB.”56 Reasumując, w  sprawie czące pacyfikacji oraz wspomnienia osób poszkodowawspółczesnych manipulacji dotyczących pacyfikacji nych. Wysiłek opracowania i wydania publikacji wzięło na siebie Regionalne Towarzystwo Przyjaciół WąwolWąwolnicy trzeba i warto walczyć o prawdę. Przejawem dbałości o  tę prawdę i  pamięć histo- nicy, które jako jeden z priorytetów swoich działań ma ryczną było zorganizowanie przez społeczność lokalną upowszechnianie wiedzy o historii swej Małej Ojczyi  Stowarzyszenie Przeszłość Przyszłości wraz z  wła- zny. W trakcie przygotowywania publikacji do druku dzami Gminy Wąwolnica oraz Regionalnym Towarzy- RTPW zorganizowało kolejne wydarzenie upamiętstwem Przyjaciół Wąwolnicy i Sanktuarium Matki Bo- niające pacyfikację Wąwolnicy. Było to seminarium żej Kębelskiej w Wąwolnicy, obchodów 70. rocznicy z 2 maja 2017 r. pt.: „Wąwolnica w latach 1944-1947. pacyfikacji, w dniu 2 maja 2016 r. Złożyło się na nie Przykład traktowania ludności przez aparat bezpieodsłonięcie pomnika ofiar pacyfikacji, który stanął na czeństwa publicznego.” Tym razem wydarzenie to obRynku w Wąwolnicy, msza święta w intencji ofiar, po- jął Honorowym Patronatem Wojewoda Lubelski. Publikacja z  założenia ma stanowić świadectwo kaz zabytkowych pojazdów okresu II Wojny Światowej i najbardziej widowiskowa część obchodów, jaką była prawdy historycznej i  moralne zadośćuczynienie dla rekonstrukcja pacyfikacji z  udziałem kilkudziesięciu tych wszystkich mieszkańców Wąwolnicy, którzy niaktorów, opatrzona komentarzem historycznym. Wi- gdy nie doczekali się ukarania sprawców i  materialdzowie, pamiętający pacyfikację z autopsji byli wstrzą- nego zadośćuczynienia za krzywdy, których doznali śnięci spektaklem, ale też wzruszeni i pełni uznania dla w wyniku tej komunistycznej zbrodni. 29


Kazimierz Korzeniowski. Wąwolnicka Apokalipsa 2 maja 1946. Obraz olejny.

PRZYPISY 1

Dziennik Praw Nr 241, T. LXX, Warszawa 1870, s. 96-99 2 Atlas polskiego podziemia niepodległościowego 1944-1956, Warszawa-Lublin 2007, ISBN 978-83-60464-45-8, str. 113-163 3 Wykaz członków NSZ. Miasto Wąwolnica pow. Puławy, IPN Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Lublinie, sygn. S.140/01/Zk, k. 110-111 4 S. Mikołajczyk, Polska zgwałcona, wydawnictwo z  drugiego obiegu, bez daty wydania, str. 188 5 A. Dawidowicz, Do Ludności powiatu Puławskiego!, Puławy, 18.02.1946, Archiwum Państwowe w  Lublinie (dalej APL), sygn. 35/728/0/1/44, k. 230 6 S. Lewtak, Do Wojewody Lubelskiego ob. Szczepańskiego w Lublinie, Puławy 28.02.1946 r., APL, sygn. 35/728/0/1/44, k. 223 7 Wykaz ważniejszych wypadków na terenie powiatu puławskiego za czas od 15 kwietnia do 22 kwietnia 1946r. /zgłoszonych/, APL Starostwo Powiatowe Puławy, sygn. 35/728/0/1/44, k. 46 8 S. Lewtak, Do Wojewody Lubelskiego ob. Rózgi w  Lublinie, Puławy 02.05.1946 r., APL, sygn. 35/728/0/1/44, k. 203-204 9 Postanowienie o  umorzeniu śledztwa z dn. 3 sierpnia 2009 r., IPN Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Lublinie, sygn. S.140/01/Zk, k. 1075 10 Zarzeka, zestawienie strat powstałych wskutek masowego pożaru w dniu 2 maja 1946 r., rękopis, APL, sygn. 35/598/0/57, k. 20

30

Raport, por. Nowak Jan Komendant Powiatowy Milicji Obywatelskiej w Puławach, Puławy, 2.05.1946, APL, sygn. 35/728/0/1/44, k. 87 12 Zarzeka, zestawienie strat powstałych wskutek masowego pożaru w dniu 2 maja 1946 r., rękopis, APL, sygn. 35/598/0/57, k. 25 13 j.w. 14 Protokół przesłuchania świadka, Marianna Jeżyna, Lublin, 06.08.2008 r., IPN Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w  Lublinie, sygn. S.140/01/Zk, k. 874-875 15 Raport, ppor. Kolczyński Roman Z-ca Kom. Pow. Do spraw Polit-Wych M.O. Puławy, 2.05.1946, IPN Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Lublinie, sygn. S.140/01/Zk, k. 36 16 Raport, por. Nowak Jan Komendant Powiatowy Milicji Obywatelskiej w  Puławach, Puławy, 2.05.1946, APL, sygn. 35/728/0/1/44, k. 87 17 Raport, ppor. Kolczyński Roman Z-ca Kom. Pow. do spraw Polit-Wych M.O. Puławy, 2.05.1946, IPN Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Lublinie, sygn. S.140/01/Zk, k. 36 18 Relacja Antoniego Matuszewskiego, w: „A w  powietrzu czuło się maj…” film dokumentalny, scenariusz i reżyseria Grażyna Czermińska, Studio Agat dla TVP Historia, 2014 19 Partycka Wacława, wykaz strat, rękopis, APL, sygn. 35/598/0/57, k. 9 20 Władysław Lenartowicz, relacja ustna w sprawie pacyfikacji Wąwolnicy w  dniu 2  maja 1946 r., rozmowa notowana, w zbiorach autora. Także: 11

Wykaz strat poniesionych przez mieszkańców os. Wąwolnica w czasie masowego pożaru 2 maja 1946 r., rękopis, APL, sygn. 35/598/0/57, k. 2 21 Protokół przesłuchania świadka, Jan Niezabitowski, Głubczyce, 26.01.2009 r., IPN Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Lublinie, sygn. S.140/01/Zk, k. 967 22 Wykaz strat poniesionych przez mieszkańców os. Wąwolnica w  czasie masowego pożaru 2  maja 1946 r., rękopis, APL, sygn. 35/598/0/57,k. 26 23 Wykaz strat poniesionych przez mieszkańców os. Wąwolnica w czasie masowego pożaru 2 maja 1946 r., rękopis, APL, sygn. 35/598/0/57, k. 32 24 Wykaz strat poniesionych przez mieszkańców os. Wąwolnica w czasie masowego pożaru 2 maja 1946 r., rękopis, APL, sygn. 35/598/0/57, k. 28 25 j.w. 26 j.w. 27 Wykaz strat poniesionych przez mieszkańców os. Wąwolnica w czasie masowego pożaru 2 maja 1946 r., rękopis, APL, sygn. 35/598/0/57, k. 27 28 Relacja Wiesława Malickiego, w: „A w  powietrzu czuło się maj…” film dokumentalny, scenariusz i reżyseria Grażyna Czermińska, Studio Agat dla TVP Historia, 2014 29 A. Vachon, Poland, 1946. The Photographs and Letters of John Vachon, Smithsonian Institution Press, Washington 1995, s. 65-66, tłumaczenie Agit Lublin

Dar dla mieszkańców Wąwolnicy od Ryszarda Chruścickiego z Wrocławia. 30

j.w. J. Vachon, fotografia wykonana w dniu 2 maja 1946 r. w  Wąwolnicy, oryginał w zbiorach autora 32 Postanowienie o  umorzeniu śledztwa z dn. 3 sierpnia 2009 r., IPN Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w  Lublinie, sygn. S.140/01/Zk, k. 1078, także: Archiwum Parafii Wąwolnica, Księga zmarłych, rok l946, akty śmierci nr 47 i 64 33 Archiwum Parafii Wąwolnica, Księga zmarłych, rok l946, nr aktu śmierci 118 34 Archiwum Parafii Wąwolnica, Księga zmarłych, rok l946, nr aktu śmierci 63 35 Postanowienie o  umorzeniu śledztwa z  dn. 3 sierpni 2009 r., IPN Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Lublinie, sygn. S.140/01/Zk, k. 1078 36 Wykaz strat poniesionych przez mieszkańców os. Wąwolnica w czasie masowego pożaru 2 maja 1946 r., rękopis, APL, sygn. 35/598/0/57, k. 28, 30, 31 37 Raport, ppor. Kolczyński Roman Z-ca Kom. Pow. Do spraw Polit-Wych M.O. Puławy, 2.05.1946, IPN Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Lublinie, sygn. S.140/01/Zk, k. 36 38 Sprawozdanie, ppor. Lis Eugeniusz z Referatu Służby Śledczej Pow. Kom. M.O. w Puławach, 22.V.1946 r., IPN Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Lublinie, sygn. S.140/01/Zk, k. 38 39 Polskie Stronnictwo Ludowe Sekretariat Naczelny, Pismo do Prezesa Rady Ministrów, War31

szawa, 11.05.1946 r., w: Biuletyn Informacyjny NK PSL, komunikat nr 2 z dnia 15 maja 1946 r. 40 Anonim, Kto spowodował pożar w Wąwolnicy?, „Sztandar Ludu” 1946, nr 128 (394), s. 5 41 Polskie Stronnictwo Ludowe Sekretariat Naczelny, Pismo do Prezesa Rady Ministrów, Warszawa, 11.05.1946 r., w: Biuletyn Informacyjny NK PSL, komunikat nr 2 z dnia 15 maja 1946 r. 42 Odpowiedź na interpelacje Klubu Posłów Polskiego Stronnictwa Ludowego z  dnia 11 maja 1946 r. w  sprawie spalenia wsi Wąwolnica, IPN Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Lublinie, sygn. S.140/01/Zk, k. 82-84 43 Ingerencje cenzury w  publikacjach Gazety Ludowej z 1946 r., maszynopis, archiwum Wojciecha Giełżyńskiego, kopia w zbiorach autora 44 S. Mikołajczyk, Polska zgwałcona, wydawnictwo z drugiego obiegu, bez daty wydania, s. 192 45 J. Lerman, Podanie do Powiatowej Rady Narodowej powiatu puławskiego, 8.11.1944 r., APL Starostwo Powiatowe Puławy, sygn. 35/728/0/1/44, k. 27 46 Wykaz strat poniesionych przez mieszkańców os. Wąwolnica w czasie masowego pożaru 2 maja 1946 r., rękopis, APL, sygn. 35/598/0/57, k. 16 47 Wykaz strat poniesionych przez mieszkańców os. Wąwolnica w czasie masowego pożaru 2 maja 1946 r., rękopis, APL, sygn. 35/598/0/57, k. 37 48 Protokół Nr 16 z posiedzenia Gminnej Rady Narodowej Gminy Wąwolnica odbytego w  dniu 12 maja 1946 roku w  lokalu Zarządu Gmin-

nego w Wąwolnicy, APL, sygn. 35/598/0/-/8, k. 265-266 49 Starosta Powiatowy Puławski do Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w miejscu, APL Starostwo Powiatowe Puławy, sygn. 35/728/0/1/44, k. 164 50 Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w  Puławach, Do starosty Powiatowego w Puławach, APL Starostwo Powiatowe Puławy, sygn. 35/728/0/1/44, k. 165 51 Odpis Uchwały Nr 255 Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w  Lublinie z  dnia 9 października 1957 roku w sprawie przyznania mieszkańcom Wąwolnicy powiatu puławskiego odszkodowania pieniężnego za spalone zabudowania, maszynopis, kopia w zbiorach autora 52 J. Wilamowski, Wąwolnica 1946 (1) Pod skrzydłami „Orlika”, w: Perspektywy Tygodnik polityczno informacyjny, Nr 18 (913), 1987, s. 13, 28 i Wąwolnica 1946 (2) Jaka była prawda?, w: Perspektywy Tygodnik polityczno informacyjny, Nr 20 (915), 1987, s. 14, 28 53 Postanowienie o  umorzeniu śledztwa z dn. 3 sierpnia 2009 r., IPN Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Lublinie, sygn. S.140/01/Zk, k. 1083-1084 54 Postanowienie o  umorzeniu śledztwa z dn. 3 sierpnia 2009 r., IPN Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Lublinie, sygn. S.140/01/Zk, k. 1073-1087 55 K. Lowe, Dziki kontynent. Europa po II wojnie światowej, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2013 56 dz. cyt., Poznań 2014

31


„Tego wspaniałego majowego dnia (…) kilkaset osób obserwuje swoje domy i stodoły i paszę i cały swój dorobek trawiony przez ogień. Każdy podbiega po kilka razy, aby wydobyć jak najwięcej rzeczy. Rzewny płacz niektórych kobiet, mężczyźni z twarzami we łzach stojący tam i patrzący jak ogień trawi ich domy – mówią „to wszystko co mam” (…) Do diabła, ci biedni ludzie, którzy przeżyli wojnę w jednym kawałku, i którzy wciąż posiadają domy i pola, i jest maj, stoją tam i mogą tylko patrzeć jak miejsce, w którym mieszkali całe życie, tonie w ogniu.” (Fragment listu Johna Vachona)

32

Płonące zabudowania w gospodarstwach Lenartowiczów i Ostrowskich przy ul. Kębelskiej, Fot. J. Vachon.

33


Relacja z 2 maja 1946 roku Nareszcie próbuję znaleźć trochę czasu potrzebnego do spisania dziejów, które wiążą się ze spaleniem naszej Kochanej Wąwolnicy przez zbirów z  „Resortu puławskiego” w  dniu 2  maja 1946 roku. Dla mnie osobiście to był ciąg dziejów wojennych od września 1939 roku. Spisując to, co pamiętam o spaleniu Wąwolnicy, nie mogę nie opisać, z czym ten fakt jest związany w mojej pamięci. W dniu, w którym palono Wąwolnicę, miałem 15 lat, 3 miesiące i  14 dni życia (urodziłem się 18 stycznia 1931). We wrześniu 1939 roku, gdy Niemcy napadli na Polskę, bez wypowiedzenia wojny, nasz Tata rotmistrz rezerwy Jan Mikołaj Kossowski został zmobilizowany i pełnił w Wąwolnicy funkcję Komendanta Wojskowego dla rejonu Gmina Wąwolnica. Obowiązkiem takiego komendanta było organizowanie lazaretów dla rannych żołnierzy, zapewnienie kwater dla wojska, opieka nad żołnierzami z rozbitych przez Niemców oddziałów wojskowych itp.

34

Jako Komendant Wojskowy otrzymywał dokładne informacje o sytuacji na frontach wojny. Wiedział dokładnie o mordach dokonywanych przez hordy hitlerowskie wśród cywilów w  Polsce, o  mordowaniu młodzieży harcerskiej w Katowicach, młodzieży i dorosłych, którzy uczestniczyli w obronie Bydgoszczy. Kiedy Niemcy przerwali polską obronę na Wiśle, Tata otrzymał rozkaz likwidacji komendantury wojennej w  Wąwolnicy i  wraz z  cofającymi się od Wisły na wschód polskimi oddziałami wojska miał się udać do Chełma Lubelskiego, bo w tym rejonie rozkazem generała Rydza Śmigłego, pełniącego stanowisko Naczelnego Wodza Armii Polskiej, miały się koncentrować wszystkie oddziały wycofujące się na wschód Polski. Zadaniem skoncentrowanych tam wojsk Polski miało być przejście za rzekę Bug i  utworzenie tam drugiej głównej linii obrony przed Niemcami. Tata wiedząc, co czynią Niemcy z młodymi Polakami, zabrał ze sobą dwóch najstarszych synów: Bogumiła, mającego lat 17, i Zdzisława, lat 15. Wierzył,

Widok na płonące zabudowania przy ul, Kębelskiej i Cmentarnej (dziś H. Dulęby). Fot. J. Vachon.

że wojna może potrwać 3 do 4 tygodni i potem będą mogli wrócić do domu!! Chełmskie zgrupowanie wojska otrzymało rozkaz dojść do Kowla. Było to około 18-19 września. Zanim ta grupa polska dotarła do Kowla, Kowel był już zajęty przez armię bolszewicką. Grupa wojska polskiego otrzymała nowy rozkaz, by zamiast iść dalej do Kowla, skierować się na południe przez Włodzimierz Wołyński do Rumunii. W drodze marszu przed Włodzimierzem Wołyńskim we wsi Werba, w odległości 10 kilometrów przed Włodzimierzem, w nocy z 19 na 20 września polska kolumna natknęła się na maszerujące oddziały i  czołgi sowieckie, kierujące się z  Włodzimierza do Kowla. Po całonocnym boju polskie oddziały, słabo uzbrojone, zostały rozbite przez wojsko pancerne sowieckie i wszyscy dostali się do niewoli. Tata ze starszym synem Bogumiłem znaleźli się w obozie jenieckim w  Kozielsku. Młodszy syn Zdzisław z  jednym ułanem mieli szczęście zbiec przed niewolą i wrócił do domu do Wąwolnicy pod koniec listopada 1939 roku. Bogumił, jako żołnierz szeregowy i małoletni, był przekazany wraz z innymi szeregowcami, pochodzącymi z terenów zajętych przez Niemców – Niemcom. Zdzisław w Wąwolnicy w 1942 roku wstąpił do organizacji podziemnej ZWZ (późniejszej AK), a od roku 1943 walczył w oddziale partyzanckim na Lubelszczyźnie – był żołnierzem w 3. Oddziale Partyzanckim, będącym częścią 15 PP AK. Dowódcami tego oddziału byli „Hektor”, który od początku 1943 roku organizował ten oddział, potem dowódcą został „Turnus”. Oddział ten i inne zostały rozwiązane po niedopuszczeniu ich w  sierpniu 1944 przez wojska sowieckie do marszu na pomoc walczącej Warszawie. W połowie sierpnia 1944 roku w  nocy bolszewickie NKWD aresztowało w domach Mariana Siwca i  Zdzisława Skulimowskiego, a  u Siwców pytali o  mego brata Zdzisława. Wszyscy trzej byli w  polskim oddziale partyzanckim. Zanim NKWD przyszło do naszego domu po Zdzisława, rodzina Siwców powiadomiła naszą Mamę, żeby ukryć go przed aresztowaniem. Mama dała Zdzichowi metrykę urodzenia starszego syna Bogumiła, który w  tym czasie był jeszcze w Niemczech. Z tą metryką Zdzisław zgłosił się w Lublinie do tworzonej na Majdanku „drugiej” armii polskiej i w ten sposób się uratował. NKWD szukało Zdzisława, a Zdzisław pod imieniem Bogumiła był już w Wojsku Polskim i wyruszył na front do wal-

ki z Niemcami. Rodzeństwo Wojciech i Dobrosława byli wcześniej przez Mamę wywiezieni do jej rodziny na wsi, by uchronić ich przed wywózką na roboty do Niemiec, i jeszcze nie wrócili do Wąwolnicy. W roku 1946, gdy palono Wąwolnicę, byliśmy w niej tylko Mama i ja, bo ktoś musiał być z Mamą w  domu. Była bieda. Mieliśmy 2,5ha ziemi, ale nie było komu jej uprawiać i nie było czym tego robić. Przed wybuchem wojny, w 1939 roku, Tato był początkującym emerytem po latach służby w  wojsku, w  straży celnej na granicy z  Prusami Wschodnimi, i po służbie w straży więziennej do 1935 roku. Od 1936 roku otrzymywał emeryturę. W roku 1940 został zamordowany w Katyniu, o czym dowiedzieliśmy się w 1943 roku. Po wojnie za nowej władzy ludowej w Polsce o tym jednak nie wolno było mówić, a tym bardziej starać się o rentę wdowią i sierocą po Tacie. O spaleniu Wąwolnicy zapamiętałem niewiele faktów. Dzień 2  maja 1946 roku zaczął się od rana ładną pogodą. W roku szkolnym 1944/1945, w dniu 4 lipca 1945, poddałem się przed Państwową Komisję egzaminów nadzwyczajnych egzaminowi nadzwyczajnemu z  zakresu nauk objętych programem nauczania klasy VII publicznej szkoły powszechnej 7-klasowej i  otrzymałem świadectwo szkoły powszechnej. W  tym samym roku mój wujek, prowadzący warsztat rzeźniczo-wędliniarski, przyjął mnie do nauki tego zawodu w Wąwolnicy. 2 maja 1946 roku jak zwykle szykowałem się wyjść do warsztatu wujka. Dzień wcześniej były w  Wąwolnicy zamieszki z  powodu nieudanego wiecu 1-majowego. Wszyscy byliśmy niespokojni, co będzie 2  maja, ponieważ często dochodziło do prowokacji ze strony „resorciarzy” z  Puław. Organizowali różne imprezy niby-kulturalne w  remizie straży pożarnej i w trakcie takiej imprezy zjawiali się samochodami, otaczali remizę żołdakami i od czasu do czasu aresztowali młodych ludzi podejrzewanych o działalność podziemną. Jednego razu przy takiej prowokacyjnej imprezie złapali młodego człowieka z  rewolwerem. Podczas próby aresztowania go wyrwał się z rąk bezpieki i uciekał przez rzekę w stronę dzielnicy Zarzeka. Dowódca bezpieki w randze kapitana, małego wzrostu, wyrwał jednemu ze swoich żołdaków karabin i jednym strzałem zabił uciekającego. Wszyscy spodziewaliśmy się, że po incydencie z  1 maja nie będzie spokoju w  dni następne. I  tak się stało. Przed południem przyjechało kilka samochodów od strony Puław (nie wiem ile). Zaczęła 35


się strzelanina. W takiej sytuacji nikt nie miał ochoty przyglądać się na ulicy. Ale jak zaczęło się palić najpierw w  Zarzece, każdy zaczął pilnować swego mieszkania. Krótko po południu dojechało więcej samochodów (nie wiem ile). Pamiętam, że żołdaki latali po podwórkach i  podpalali przede wszystkim zabudowania gospodarcze, bo były kryte słomą. Dziś mogę myśleć, że to celowo było pomyślane, aby ludzi pozbawić środków do życia, bo w  stodołach było zboże, a  w  oborach, stajniach i  chlewach dobytek ludzi, który dawał pokarmy. Natomiast domy mieszkalne były palone głównie przy tych ulicach, które sąsiadowały z polami i zalesieniami, jak np. ulica znana jako Świni Dół, ulica Bełżycka, dolna część ulicy Lubelskiej i inne. Podczas pożaru nie biegłem do naszych zabudowań gospodarczych przy ulicy Cmentarnej. Bo co mogłem w  nich uratować, jak w  nich nic nie było, a gasić ogień? Jak i czym? Z moją Mamą ładowaliśmy w  mieszkaniu to, co według Mamy było ważne i możliwe do zabrania. Mieliśmy duży, z wikliny pleciony, kosz do bielizny. Mama jednak nie ładowała takich rzeczy, jak ubrania, poście czy dokumenty, ale w szoku ładowała to, co

Od lewej: Zygmunt Siwiec, Tadeusz Skulimowski, Maciej Kossowski, Henryk Mucha. Wąwolnica, grudzień 1947 r., fot. ze zbiorów M. Kossowskiego.

36

zdaniem gospodyni domu jest najważniejsze i trudne w naszej sytuacji do odkupienia – garnki żeliwne, żelazka do prasowania, fajerki i inne. To wszystko było mało objętościowe, ale bardzo ciężkie. Ten załadowany kosz moja Mama, drobna, szczupła i niedożywiona, i ja wynieśliśmy z domu do – naszym zdaniem – bezpiecznego miejsca, to jest do figury Matki Bożej usytuowanej między czterema starymi lipami na boisku nowej, dużej szkoły powszechnej. We dwoje dźwigaliśmy ten ciężki kosz, ale po zakończeniu akcji palenia Wąwolnicy, gdy nasze mieszkanie szczęśliwie nie było spalone, żeby przynieść ten kosz do domu, musieliśmy prosić sąsiadów o  pomoc, bo sami nie dawaliśmy sobie z Mamą rady. Spalenie naszych zabudowań gospodarczych, które w jakiś sposób pomagały nam żyć, oraz brak innych środków do życia, na przykład renty po naszym Tacie, zmusiły mnie do wyjazdu z Wąwolnicy, co uczyniłem w drugiej połowie czerwca 1946 roku. Wyjechałem na Wybrzeże Gdańskie z  nadzieją, że może dostanę się za chłopca okrętowego na statek, albo może uda mi się dostać do Szkoły Morskiej w Gdyni. Do Szkoły Morskiej w  Gdyni było za późno i za wcześnie, bo rok szkolny się zakończył, kursanci byli już na „Darze Pomorza” na praktyce i  musiałbym czekać do września, aż rozpocznie się nowy rok szkolny. Ale był i drugi szkopuł – aby się dostać do Szkoły Morskiej, trzeba było mieć małą maturę, a ja miałem ukończoną tylko szkołę podstawową. Los mi jednak sprzyjał, mimo wielu bied. Dowiedziałem się, że w Sopocie są Państwowe Domy Dziecka dla sierot i półsierot wojennych. Spróbowałem tej drogi. Ludzie mi pomogli. W  Kuratorium Oświaty spotkałem osoby, które mnie zrozumiały, gdy opowiedziałem o  swojej sytuacji, że mój Tata zginął w  Katyniu. Zaraz po wyzwoleniu jeszcze gdzieniegdzie można było wspomnieć. Zostałem przyjęty do takiego domu w  Sopocie. Otrzymałem pełną opiekę, to jest spanie, wikt, ogólne utrzymanie i możliwość podjęcia nauki w gimnazjum, abym mógł zdobyć choćby małą maturę. To były dobrego początki. Mogłem się uczyć, po nauce rozpocząć dobrą pracę w przemyśle okrętowym i  ukończyć –  pracując –  wyższe studia na Politechnice Gdańskiej w studium wieczorowym dla pracujących. Maciej Kossowski Gdańsk, 28 marca 2015 roku

Ratowanie dobytku. W głębi płonące zabudowania przy ul. Kębelskiej. Fot. J. Vachon.

Nie było ratunku… Podczas spalenia Wąwolnicy 2 maja 1946 roku ucierpiała także rodzina państwa Walencików. Justyna Stasiak (z domu Walencik) była wówczas dziewiętnastoletnią dziewczyną. Pożar Wąwolnicy zniszczył niemal cały dorobek jej rodziny. O tragicznych wydarzeniach 1946 roku, jakie spotkały ją oraz mieszkańców ulic Kębelskiej i Dulęby, opowiada w rozmowie z Wiesławą Dybałą. W.D. Kiedy zaczęło się tu palić – na ulicach Kębelskiej i Dulęby? J.S. Wpierw zapaliło się u  Bukowskiego na Zarzece. Na Dulęby zaczęło palić się później niż u nas. W naszej ulicy jako pierwsze zapaliły się budynki Jana Ostrowskiego (ojca Andrzeja Ostrowskiego) i  nasze. Nasz sąsiad Jan Wargocki, po tym jak dowiedział się, że pali się w  naszej ulicy, wyniósł ze swojego domu pościel pod dąb, który jest pomnikiem przyrody. Kiedy ubecy pojawili się koło naszych zabudowań, wpierw strzelili w  tę pościel, którą wyniósł z  domu, a  zaraz potem w nasze budynki i w dach naszego mieszkania. Zaczęło palić się na strychu. Dawniej na strych sypało się plewy. Czasem ludzie kupowali naftę lub od kogoś ją dostawali (a brakowało jej podczas wojny) i wynosili ją później w bańkach na górę, na strych. A wie Pani, jak ogień dostanie się tam, gdzie jest dużo plew lub trzyma się naftę, to pożar wejdzie wszędzie. Więc spalił się nam strych, a sufit zapadł ze wszystkim. Nie było gdzie mieszkać. Ja w  tę porę wyszłam z  mieszkania.

Widziałam też tego ubeka Wargockiego z Zarzeki na samochodzie. Poznałam go. W.D. A gdzie stali ci ubecy, kiedy, jak Pani mówi, strzelali w Pani budynki? J.S. Proszę Pani, oni nie stali. Oni pojechali w Ziembiną Drogę i  wrócili. Strzelili nam w  dach, kiedy wyszłam z domu. Myślałam, że będą strzelać we mnie. Było ich pięciu czy czterech. Z tego strachu nie zapamiętałam, ilu dokładnie. Wjechali w  tę drogę, a  potem zawrócili i odjechali. Równocześnie zaczęły się palić dom i wszystkie budynki. Sąsiedzi chcieli ratować wszystkie. Później paliło się tu, paliło się tam, a każdy szedł ratować swoje. I w końcu nic nie uratowano. To był straszny pożar. Mój tatuś nie zdążył uciec na łąkę i położył się tu na szosie. Pod pachę tatusiowi weszła wtedy jakaś kura. Dawniej tutaj po ulicy chodziły kury i to była jedna z tych kur. I tatuś tak leży i słyszy, że ktoś jęczy. Przysłuchuje się…, a to Jaś Wargocki. A on wyniósł pościel (nie zdążył już niczego więcej wynieść z mieszkania) i zaczął uciekać na łąkę. Uciekał i upadł w agrest, tutaj na ogrodzie. Upadł i jęczał okropnie, bo już się palił. Paliły się rękawy i koszula, ciało się paliło. I  mój tatuś usłyszał wtedy ojca Tadka Rzeźnika –  Julka. I  woła tak: Julek! Julek! Jak możesz, to chodź tutaj. Tamten pyta: A po co? A tatuś : Tu jest Jaś Wargocki. Pali się na nim ubranie. Trzeba go ratować i wynieść na łąkę! I proszę Pani, zabrali go. Mój tatuś razem z tym Julkiem wynieśli go stamtąd. 37


W.D. I uratowali go? J.S. Nie. Zmarł. Był chory na astmę, a  astma i duszności nienawidzą pożaru i dymu. Po prostu udusił się, a ciało się paliło. W pożarze zginął też ojciec Marii Partyckiej – Łuszczyński. Spalił się żywcem. W.D. Jakie jeszcze straty poniosła Pani rodzina w wyniku pożaru? J.S. Spaliły się nam dwa wozy krojonych kartofli. Dwa pełne wozy. Jeden stał na klepisku, a  drugi na podwórzu. Mieliśmy dwa podwórka i podwójne zabudowanie. Pierwsze zabudowanie było po siostrze tatusia – cioci Rybinie. Ciocia miała tylko jedno dziecko, które zmarło. Później nie miała już więcej dzieci i dlatego jej zabudowanie przeszło na nas. Drugie podwórko było nowe – stały na nim nasze budynki. W naszych budynkach trzymaliśmy świnie. W  trakcie pożaru wszystkie powyskakiwały i popaliły się na podwórku. W.D. Dużo było tych świń? J.S. Szesnaście sztuk. To były chyba trzy maciory z  prosiętami. To była, proszę Pani, masa świń. Tatuś dużo chował tego stworzenia. I  wszystko się popaliło. Jedną z  tych świń oprawiliśmy, mimo że mięso śmierdziało dymem i trudno było je jeść. Ta świnia nie była jeszcze cała spalona i mogliśmy choć trochę mięsa uratować. A nie mieliśmy co jeść. Ta świnia śmierdziała dymem i  była niezdatna do ruszenia, ale człowiek z  głodu to wszystko zje po kawałku, co by nie było. Z pożaru ocalały nam dwie krowy, bo były na pastwisku. Oprócz tych krów zostały jeszcze dwa konie, którymi pojechał w pole bronować nasz pracownik. I tylko tyle się uratowało. W.D. I nie było czym obsiać i obsadzić ziemi? J.S. Nie było. W ogóle jej nie obsadzaliśmy. Zostało nam tylko ze sześć metrów kartofli w piwnicy. Te kartofle braliśmy pod motykę i rzadko sadziliśmy zaraz za tym wąwozem, żeby choć trochę było w kartoflisku. Nie sadziliśmy daleko pod pługiem, żeby móc blisko trochę ukopać. A reszta kartofli się nam spaliła. Kartofle mieliśmy wyniesione z piwnicy. Jedne stały na klepisku, bo tam mieliśmy piwnice, a drugie pod stodołą. I tak spaliły się nam dwa wozy krojonych kartofli. Na jednym wozie było pewnie z piętnaście metrów kartofli. To była masa kartofli. Zostaliśmy bez niczego. Wszystko się spaliło! I brony, i  radło, i  rozmaite siewniczki do siania buraków, i młynki: i rafkowy i wiejak taki. Spaliły się wszystkie sprzęty, jakie miał tatuś. Zostaliśmy z niczym. Jak to mówią, tylko w koszuli na grzbiecie. Spaliło się wszystko, co było w mieszkaniu i w szafach. I bielizna, i ubranie, wszystko. Straszna bieda była. Straszna. To, co przeszliśmy w tę noc po ogniu, było straszne. Głow38

nie dymiły się jeszcze, więc dolewało się trochę wody, żeby to wszystko prędzej podogasało. Ale dawniej jedna studnia była koło Maciągów, a druga u  Kałdunka na podwórku. To kto miał siłę tyle wody donosić? Nikt nie miał siły zalewać nawet tych spalonych belek. I tak się tliło. Tak się paliło. Nie dopuścili nawet straży pożarnej do Wąwolnicy, chociaż jechało w naszym kierunku kilka wozów strażackich. Wszystko się spaliło! U nas było potrójne zabudowanie. Tu podwójne, a tam, gdzie syn mieszka, mieliśmy zabudowanie po dziadziu Dobraczyńskim. Spłonęły wszystkie zabudowania, oprócz murowanych ścian naszego mieszkania, bo wszystko było z  bali: tu dwa mieszkania z  bali, tu było z  bali, gdzie szklarnia teraz stoi, a murowany był ten, co tutaj stoi, gdzie teraz jest mój dom. Ten gruz po spaleniu później był poprawiony, bo nie było nas stać na nowe mieszanie. Teraz to wszystko się rozsypuje. Przecież ten dom ma już blisko sto lat, proszę Pani. W.D. A co Pani najbardziej utkwiło w  pamięci z tamtego czasu?

Mieszkańcy Wąwolnicy przy uratowanym dobytku. W głębi widoczne dogasające budynki przy ul. Kębelskiej. Fot. J. Vachon.

J.S. Najbardziej utkwiło mi to, jak ci ubecy wjechali na samochodach i z  karabinami w  rękach. Myślałam, że będą strzelać do mnie. Ale strzelili z tamtej strony, z południa w dach i w stodołę w strzechę, bo tam mieliśmy wszystko pod strzechą. I od razu pożar! Nie było ratunku, proszę Pani. Nie było ratunku! Takie życie było. Nikt nic nie dał. Absolutnie nic. W.D. A jak radziliście sobie po tym spaleniu? Jak żyliście? Gdzie mieszkaliście i co jedliście? J.S. To był maj. Jedliśmy tę opaloną świnię, którą oprawiliśmy. Mieliśmy też jeszcze troszkę kartofli w  piwnicy. I  tak przeżyliśmy do żniw. Nikt nam nic nie dawał. Nie było żadnych datków. Rozdawali słomę pod ściółkę dla zwierząt, ale zanim dowiedzieliśmy się o tym, że jest rozdawana, inni już ją zabrali. W.D. Mówi Pani, że tak żyło się do żniw. A później? Jak przetrwaliście zimę? J.S. Po żniwach mieliśmy zebrane zboże. Zboże było w stertach. Na lato przyjęła nas do siebie pani Siwcowa i tam u niej mieszkaliśmy w suterynie. A w zimie

tatuś pokrył dom spaloną blachą, zrobił prowizoryczny sufit z desek i schroniliśmy się u siebie w tym nieodremontowanym domu. Wszystko zboże powynosiliśmy na strych. I dopiero później jeździło się do młyna, robiło się mąkę i piekło się chleb. Wsadziliśmy też te kartofle co się nie spaliły, te sześć metrów. Z tych dwóch krów, które ocalały w pożarze, została nam tylko jedna, bo druga zachorowała i padła. Było więc trochę mleka. I tak się żyło. Biednie się żyło, proszę Pani. Biednie. Pamiętam jeszcze, jak za tych komuchów chodzili i robili kontrole, bo trzeba było obowiązkowo odstawiać mleko do mleczarni. Przyszedł raz do nas taki Janek Ostrowski, urzędnik. Mieszał nam w garnku i mówił, że jest w nim za dużo mleka. A mamusia mu mówi: to zobacz, ile jest wody. Może odmierzyłbyś, ile wody dolane jest do tego mleka, bo nas nie stać na samym mleku gotować jedzenia. A to była tylko taka zabielona bawarka, nie mleko! Tak biednie żyliśmy. Wąwolnica, 2 stycznia 2016 roku Rozmowa przeprowadzona przez Wiesławę Dybałę

39


Wspomnienie z dzieciństwa

Co widział mały Julek

Ja, Zofia Kubacka z domu Lenartowicz, urodzona w  Wąwolnicy, mam koszmarne wspomnienie z dzieciństwa. Był rok 1946, miałam wtedy 6 lat. Pamiętam ogromny pożar, paliły się domy, obory, stodoły. Z rodzicami mieszkaliśmy w Rynku w Wąwolnicy. Mamusia, aby chronić swoje dzieci, a było nas pięcioro, zaprzęgła konie do wozu i po usadowieniu nas ruszyła w stronę Kębła. Dojeżdżajac do ulicy Kębelskiej, napotkaliśmy ogromny pożar tworzący tunel, w  którym leżał człowiek. Mamusia, mimo ogromnego zagrożenia, pokonała ten tunel, dowożąc nas do bezpiecznego miejsca w Kęble. Pamiętam wygląd naszej spalonej obory, a w niej spalone zwierzęta. Zofia Kubacka

Zapis relacji, jaką usłyszałam od lekarza weterynarii pana Juliusza Kuźmy, który dzieciństwo i wczesną młodość spędził w Wąwolnicy, a po ukończeniu studiów przez wiele lat pracował w Lecznicy Weterynaryjnej w Wąwolnicy. Pan Juliusz Kuźma jako dziecko mieszkał z rodzicami przy ulicy Rynek 10. W roku 1946 był ośmioletnim chłopcem. 2 maja 1946 roku wracał około południa z wyprawy do tzw. Świniego Dołu. U wylotu wąwozu, w miejscu, gdzie dzisiaj mieszkają państwo Łuszczyńscy, niespodziewanie natknął się na grupę umundurowanych i uzbrojonych ludzi. Pan Juliusz dokładnie nie pamięta, ale była to grupa kilku lub kilkunastu osób. „Nakazali mi szybko uciekać do domu”. Mały Julek wystraszył się, ale mimo strachu zdołał ocenić, że kierują się oni ścieżką w stronę działek Gabriela Kolibskiego. Gdy dobiegł do posesji cioci Kolibskiej na ulicy Bełżyckiej, zabudowania krewnej już się paliły. Wypędzano krowy z obory. Pan Juliusz powiedział: Zatrudnili mnie do przepędzenia krów. Popędziłem je w kierunku Kolonii Wąwolnica. Będąc już na tzw. wygonie, widziałem dym, czuć było okropny smród, do góry leciały płonące żagwie nadpalonej słomy.

Wąwolnica, 13 września 2015 roku

Relację spisała Wiesława Dybała Wąwolnica, 5 września 2015 roku

40

Widok z łąki na płonące zabudowania wzdłuż ul. Kębelskiej i Cmentarnej (dziś H. Dulęby). Fot. J. Vachon.

41


2 maja na ulicy Bełżyckiej 11 Mama moja, Wacława Zubrzycka wyszła za mąż za wąwolniczanina Antoniego Partyckiego w 1930 roku. W latach 30. małżonkowie wybudowali przy ulicy Bełżyckiej zabudowania gospodarcze, a drewniany dom został zakupiony i przewieziony do Wąwolnicy. Ganek wykonał i dobudował do domu pracownik sąsiada, aptekarza Stefana Janiszewskiego – pan Kuszyk (imienia nie pamiętam). Antoni Partycki zmarł 28 września 1943 roku na tyfus (zaraził się, według relacji Mamy, od osób wysiedlonych). Tak więc w 1946 roku Wacława Partycka była wdową. Pamięć moja przywraca wypowiedzi Mamy (bardzo lakoniczne) dotyczące dramatycznych wydarzeń z 2 maja 1946 roku: „Nawet psa nie zdążyłam spuścić z łańcucha – spalił się” i „Ocalały tylko konie wyprowadzone ze stajni, reszta zwierząt się spaliła razem z zabudowaniami gospodarczymi”. Natomiast dom, według Mamy, został uratowany dzięki panu Glijerowi, który był pracownikiem Urzędu Gminy Wąwolnica. Czekał na żonę, która została zesłana na Wschód. Właśnie pan Glijer dowodził akcją gaśniczą. Ciągnięto wodę ze studni z kołowrotem, położonej mniej więcej w połowie ulicy Bełżyckiej (studnia zachowała się do dziś). Pan ten polewał dach domu wodą, którą uprzednio wlewano do miednicy. Dom był pokryty blachą i został uratowany. Powyższy przekaz pragnę uzupełnić o pozyskaną w 2006 roku relacją naocznego świadka tych wydarzeń, sąsiada z ulicy Bełżyckiej, którego posesja jest położona po drugiej stronie ulicy, prawie naprzeciw posesji Mamy. Oto co powiedział mi nieżyjący już dziś pan Jan Kamiński. Jako trzynastoletni chłopiec, ciekawski i wszędobylski, aby lepiej widzieć, co się będzie działo, wszedł na dach zabudowań gospodarczych swoich rodziców. Powyżej tych zabudowań, mniej więcej na granicy posesji państwa Kamińskich i  Jasińskich, był ustawiony karabin maszynowy. Pan Jan widział z dachu stodoły człowieka, który strzelał z  karabinu maszynowego kulami zapalającymi w  kierunku gospodarstw położonych poniżej wzniesienia terenu. Po projekcji filmu dokumentalnego pod tytułem „A w  powietrzu czuć było maj” odżyły wspomnienia. Rozmowa w  mojej rodzinie zaowocowała uszczegółowieniem zdarzeń. Siostra moja Łucja w trakcie spotkania w gronie rodzinnym stwierdziła, że domu nie udałoby się ocalić,

gdyby nie postawa naszej Mamy, która w trakcie, gdy płonęło gospodarstwo, poszła do ubeka, który strzelał, i  powiedziała: „Zanim spalisz mi dom, mnie zastrzel”. Ta wypowiedź Mamy mojej siostrze bardzo głęboko zapadła w pamięć. Ubek nie strzelił. Siostra przytoczyła także zapamiętaną wypowiedź naszej sąsiadki, pani Władzi Lipczyńskiej: „Partycka chodziła na górę do ubeka”. Potwierdza to fakt, iż Mama z determinacją broniła dachu nad głową. I dopowiedzenie: Dzisiaj już wiem, jakie imię nosił pan Glijer. W  Państwowym Archiwum w  Lublinie w  teczce „Urząd Gminy Wąwolnica, 1946 rok” znajduje się informacja, że pracownikiem tego Urzędu był Paweł Glijer. W teczce tej zachowała się również kartka z odręcznym opisem przyczyny pożaru, wyliczeniem spalonych zabudowań, łącznie z oceną ich wartości. Opis dotyczy gospodarstwa mojej Mamy.

Kopia kartki z opisem strat, Archiwum Państwowe w Lublinie.

42

Fotografia przedstawia Wacławę Partycką (pierwsza z prawej) i sąsiadki na ganku uratowanego domu, fot. ze zbiorów W. Dybały.

Wiesława Dybała Wąwolnica, 3 listopada 2015 roku 43


„Kiedy stałem na tym polu, nie mogłem powstrzymać łez, bez względu na to czym byłem zajęty. Przez dwie godziny patrzyłem jak ogień pochłania całkowicie część miasta, w której się znajdowałem. Dopóki nie dotarł do ich domów, co i tak wydawało się nieuniknione, ludzie skupieni byli na wynoszeniu rzeczy i nie słychać było ani płaczu ani emocji. Potem jednak załamywali się i szlochali wpatrując się w płonący dobytek.” (Fragment listu Johna Vachona)

44

Płoną zabudowania przy ul. Kębelskiej i Cmentarnej (dziś H. Dulęby). Fot. J. Vachon.

45


Smutny Maj Maj piękny to miesiąc, Lecz w Wąwolnicy smutna w nim rocznica. Starsi pamiętają tę straszną tragedię, Jak w ogniu stanęła cała Wąwolnica. I dzwony na trwogę nie biły w kościele, I syrena także się nie odezwała, Tylko płacz i krzyki słychać było wszędzie, A grupa ubowców bezkarnie szalała. W kilku miejscach razem ogień podłożono, Płonęły stodoły, obory i domy, A o pomoc tylko Boga wciąż wzywano, Bo inny ratunek był niedozwolony. Jednej matce został tylko klucz na palcu Od swojego mieszkania, trzy córeczki miała. Ściskała go w ręce jak świętą relikwię, Lecz już więcej domu nim nie otwierała. Wieczorem w kaplicy „Pod Twoją obronę …” Śpiewali skrzywdzeni, choć smutno im było.

To nie fantazja poetycka, ale rzeczywistość Historia, którą postaram się przedstawić jak najdokładniej, brzmi wręcz nieprawdopodobnie. Otóż w końcu roku 2014 pani Grażyna Czermińska zrealizowała dla kanału TVP Historia film dokumentalny „A w powietrzu czuło się maj”. W filmie została przypomniana pacyfikacja Wąwolnicy z 2 maja 1946 roku. Przy okazji pracy nad filmem zostały odkryte nieznane dotąd fakty i dokumenty. Pani Edyta Łuka (członkini Zarządu RTP Wąwolnicy) przekazała płytkę z wymienionym filmem oraz wiersz opisujący pacyfikację Wąwolnicy, napisany przez poetkę ludową Janinę Rusek, panu Januszowi Sadowskiemu z Kanady. Pan Sadowski przyjeżdża każdego roku do Nałęczowa. Podczas pobytu w Nałęczowie pan Janusz odwiedza Sanktuarium Maryjne w Wąwolnicy. Pan Sadowski po powrocie do Kanady zaprezentował otrzymany film i wiersz Polce pochodzącej z Wąwolnicy, pani Barbarze Sadowskiej (przypadkowa zbieżność nazwisk). I co się okazało? Ogromne wzruszenie. Sytuacja opisana w wierszu to nie fantazja poetycka, ale rzeczywistość, którą pani Rusek utrwaliła w  poetyckim przekazie. Pani Barbara odszukała i  zaprezentowała zdumionemu panu Januszowi klucz, o  którym mowa w  wierszu. Pani Sadowska wyjeżdżając z  Polski, zabrała klucz od spalonego podczas majowej pacyfikacji domu, jako bardzo cenną pamiątkę łączącą ją z utraconym domem rodzinnym i Ojczyzną. Wiesława Dybała Wąwolnica, dnia 8 sierpnia 2015 roku

Upraszali Boga i Matkę Najświętszą, Aby to już więcej się nie powtórzyło. Przeminęły lata, czas zabliźnił rany, Lecz w pamięci tego nikt zatrzeć nie zdoła.

Młodym trza przypomnieć, że tu w Wąwolnicy była ta tragedia. Któż im o tym powie? My – starsi lub szkoła.

Janina Rusek

Klucz od spalonego domu, który przechowuje pani Barbara Sadowska w swoim kanadyjskim domu, fot. ze zbiorów B. Sadowskiej. Po lewej: rękopis wiersza.

46

47


Nie spotyka się takiego ognia Rozmawiam z panem Wiesławem Malickim, szanowanym nałęczowianinem i cenionym fotografem. W.D. Wiem, że 2  maja 1946 roku spieszył Pan z  sekcją Ochotniczej Straży Pożarnej z Nałęczowa na ratunek ogarniętej pożarem Wąwolnicy. Czy może Pan przywołać przebieg zdarzeń z tego dnia? W.M. Mieszkam blisko straży. Na dźwięk syreny człowiek rozgląda się. Spojrzałem w kierunku Chruszczowa, ogromny słup dymu. Pobiegłem do straży, potrzebna pomoc. Straż dysponowała starymi pompami, które uruchamiano siłą mięśni strażaków –  6 osób musiało pracować z  jednej strony, 6 osób z  drugiej strony. Pracowało się na zmiany (jedna zmiana nie dała rady zbyt długo pracować). Konie ze Strzelec na dźwięk syreny same przybiegły do straży. Zaprzęgnięto te konie. Wskoczyłem na stopień pompy ręcznej i jedziemy w kierunku Chruszczowa. Wyjechaliśmy na górę. Okazuje się, że pożar jest dalej (nie było przecież wtedy telefonów, aby zawiadomić, gdzie się pali). Dotarliśmy do Wąwolnicy od strony północnej. Podjechaliśmy do rzeki, aby zanurzyć węża w najgłębszym miejscu. Przybyli do nas inni strażacy, którzy powiedzieli, że nie puszczają przez most. Strona południowa Wąwolnicy płonęła niesamowicie. Nie spotyka się takiego ognia. Słychać było strzały i wybuchy. Pochodziły one najprawdopodobniej od amunicji przechowywanej w budynkach. W.D. Jak przebiegała i jak zakończyła się akcja ratunkowa? W.M. Oddalaliśmy się najwyżej na 20-30 metrów od pompy. Sądziliśmy, że uda się nam w którymś momencie włączyć do gaszenia pożaru. Niestety. Akcja zakończyła się po 2-2,5 godzinach postoju i niemożnością gaszenia pożaru. Wiem, że do płonącej Wąwolnicy dotarła druga sekcja straży pożarnej z Nałęczowa. Im także nie udało się włączyć do akcji ratunkowej. W.D. Jeszcze jedno pytanie. Ile lat miał Pan, spiesząc do gaszenia pożaru? W.M. Urodziłem się w lutym 1931 roku, a więc miałem 15 lat. I dwa dopowiedzenia Pana Wiesława: • Broni po wojnie było dużo, ponieważ uciekający Niemcy i Ukraińcy zostawiali amunicję i broń ciężką. Ukraińcy, bojąc się partyzantów, pozostawiali broń, gdzie się dało i uciekali po cywilnemu. • Po 1946 roku widywałem Stefaniaka w Nałęczowie. Był kierownikiem objazdowego kina. Potem pracował w Czesławicach w Ośrodku Doświadczalnym. Nie bał się zemsty mieszkańców Wąwolnicy. Wobec tego wydaje się, że spalenie Wąwolnicy to nie była jego inicjatywa. Rozmowę przeprowadziła Wiesława Dybała Wąwolnica, dnia 10 stycznia 2016 roku 48 Ratowanie inwentarza, w głębi dogasające budynki gospodarcze wzdłuż ul. Cmentarnej (dziś H. Dulęby). Fot. J. Vachon.

49


50

Ul. Kębelska, widok od strony wąwozu Ziębina Droga. Fot. ze zbiorów Instytutu Hoovera.

51


To trzeba by na baraniej skórze spisać Mam 17 lat i mieszkam w osadzie Wąwolnica. Razem ze moimi przyjaciółmi miło spędzam tu czas. Dzisiejsi mieszkańcy wydają się być szczęśliwi. Jednakże 53 lata temu zdarzyło się w Wąwolnicy coś, co odmieniło życie wielu mieszkańców. W 1946 roku doszło do pożaru spowodowanego przez …, no właśnie, przez kogo? Dzisiaj już nie mówi się o spaleniu osady. Mieszkańcy uznali to zdarzenie za przeszłość, której nie warto wspominać, za coś, co się stało i już się nie odstanie. O pożarze dowiedziałam się od swoich najbliższych, nie byli oni jednak w stanie opowiedzieć mi całej prawdy, gdyż krążyło kilka wersji tego wydarzenia. Zaciekawił mnie sam temat, dlatego postanowiłam we własnym zakresie zdobyć wszelkie informacje, by móc w miarę możliwości naświetlić prawdziwy obraz dnia 2 maja 1946 roku. Dotarcie do źródeł było jednak trudne. Publikacje, które dotyczą tego tematu i do których dotarłam, zawierają często sprzeczne informacje. W różny sposób przedstawiane są przyczyny pożaru Wąwolnicy, jego przebieg i epilog. Postanowiłam więc poszukać świadków tych wydarzeń. Ale osoby, u których byłam z prośbą o udzielenie wywiadu, często odmawiały mi, tłumacząc, że niewiele pamiętają lub że brak im czasu. Ci do których dotarłam, prosili o anonimowość.

Bić bandytów i palić żywcem Według relacji osoby (M.G.), która poprosiła o  anonimowość, strzelanina rozpoczęła się około godziny 10. M.G. Zaczęła się strzelanina na rynku. Nikt nie wiedział, o co chodzi. I zaczęła się palić Zarzeka. Lecieli ludzie i straż pożarna – ratować. Nawet mój brat tam był. Moja mama nakazała nam, żebyśmy nie szli do ognia. Było tam Wojsko Polskie. Odjechali, ale po południu wrócili z większą siłą. Rozjechali się po całej Wąwolnicy i strzelali w stodoły. A to wszystko było pod strzechą. I tych młodych ganiali, bo to wszystko uciekało, każdy się bał. Pożar trwał do wieczora, bo tam było dużo budynków zapalonych. Każdy uciekał, gdzie tylko mógł. Nie wiem, kto to strzelał – jedni mówią, że to byli partyzanci, a inni że normalni bandyci. Ale był to rok 1946 i nikt dobrze nie wie, czy to partyzanci czy ubowcy. Tego nikt nie wie… Milicja zabraniała gasić pożar i ubowcy – ci, którzy podpalali, nie dawali gasić. I spaliły się dookoła domy. Ludzie nocowali na łąkach, pod torami. W jeden dzień straciliśmy cały swój dobytek. E.R. Czy ludzie otrzymali odszkodowania? M.G. Nie wszyscy. Niektórym dawali zasiłki, ale tylko niektórym, ale to bardzo mało. Inna mieszkanka Wąwolnicy (pani M.P.) tak oto przedstawia przebieg wydarzeń z 2 maja 1946 roku: M.P. To było przedpołudnie. A nas spalili o godzinie 2 po południu. UB stało po górach i strzelało w  domy. Ja szłam drogą i  prosiłam: „Panowie, nie palcie nas”. A on mówi: „Bić bandytów i palić żywcem”. 52

I stodoła się zapaliła, strasznie się paliło. Uciekaliśmy. A tatuś ubrany był i wyprowadzony na drogę. Tatuś się spalił tu na drodze. My żeśmy uciekali. Ja zostałam boso, nie miałam nic, aby tylko gołe nogi, bez chustki na głowie i dziecko było nagie, bo spało. Na rynku staliśmy przy studni. I  czekaliśmy, aż się spali. E.R. Czy milicja robiła coś, żeby ugasić pożar? M.P. UB i  milicja nie dawali ratować dobytku. A tu dużo straży się nazjeżdżało. To nie dali gasić. Kazali straży stać na wozach i mówili: „Niech się wypalą wszystkie”. Poszliśmy do siostry, a ona się martwiła, że nas nie było, żeśmy się wszyscy wypalili. Przyszedł mój brat. A tatuś był uduszony, na drodze leżał. I tylko płacz. Nic nie pomogło. Płakaliśmy. Po całkowitym spaleniu odjechali. Wszystkie ludzie biedne, każdy był bosy, nagi, głodny, chłodny i do dom daleko. Odszkodowania nie dostałam. Czekamy 50 lat i nie ma pieniędzy dla nas. Odszkodowanie otrzymali tylko partyjni, a  chłopi zostali bez grosza. Na drugi dzień po pożarze (3 maja 1946) przyjechał starosta z orkiestrą pod kościół. Po mszy świętej zganiano ludzi na miejsce spotkania. Wszyscy płakali, ale płacz i lament zagłuszała orkiestra. E.R. A czy byli tu jacyś partyzanci przed pożarem? M.P. Nie było tu nic, tylko ubowcy byli. Broń mieli – takie taśmy i od razu strzelali w stodołę. Już się stodoła pali, a my przez ogród poszliśmy na rynek, bo byśmy się spalili, był taki straszny ogień. Wszystko tu było drewniane. Jak się paliło, to był jeden szum. Kartofle mieliśmy sadzić przed południem. E.R. Czy ubowcy kogoś szukali?

M.P. A tak. Oni byli chyba partyzanci. Ale czy oni (partyzanci – E.R.) strzelali? Ostatnim już moim rozmówcą (W.K.) był świadek, który śledził te wydarzenia z rynku, centrum Wąwolnicy: W.K. Godzina gdzieś około drugiej po południu, przyjechał samochód z  UB. Popatrzyli minutę, może dwie, jak nawrócili i pojechali. Nie minęło 20 minut, są dwa samochody z powrotem. Dokąd oni pojechali, jak jechali, to nie wiem. W każdym razie za dwie godziny już są z powrotem. No i gdzie jaki tam partyzant, uciekali na Zarzekę, to zaczęli strzelać kulami samozapalającymi. I się to paliło. I tak palili całą Wąwolnicę i nikogo wtedy nie zabili, bo wszystko uciekło w Zarzekę, ale spalić, to spalili doszczętnie. Same kominy sterczały, tylko budynki piętrowe zostały na rynku. A tu więcej było chałup drzewianych jak murowanych. Ale jak straże zajechały, to wszystko do remizy zaganiali. Nie wolno gasić było. I to tak się działo, pokąd nie spalili całości. Jak spalili, odjechali. Kto jak mógł, to wynosił, póki mu się nie paliło. Każdy ratował, co mógł. Do piwnic rzucali pościel. E.R. Czy ludzie dostali odszkodowanie? W.K. Gdzie tam! Dostali może tylko ci partyjni. Mój ojciec nie dostał ani złotówki. Spaliła mu się

stodoła, drewno na opał. Zostały tylko mury zrobione na chałupinę, no i komin. I nic więcej. Pościel to szczęście, że zdążyli złapać i  do piwnicy rzucić. To tyle im się uratowało. Żołnierz leciał, czy strzelił z tej zapalającej kuli czy wlazł do stodoły, moment i już się paliło. To trwało 3 godziny, a nie więcej, bo to 2 maja, ciepluteńko, 2 godzina po południu. Po pożarze panował zakaz mówienia o tym zdarzeniu. Najbardziej poszkodowani czuli się mieszkańcy neutralni, którzy nie zajmowali się działalnością konspiracyjną. Przeważnie ci, co nie byli w  partyzantce, to byli pospalani. Po katastrofie nie mieliśmy środków, aby odbudować zniszczone domy i  zabudowania gospodarcze. Ludzie jeździli po wsiach i zbierali pieniądze. I to nie jeden tak robił. Ludzie nie mieli nic, to jak mogli przeżyć? E.R. Czy zna Pan główny powód spalenia Wąwolnicy? W.K. Według mnie, napaści dokonano w jednym celu: żeby zrobić porządek w osadzie, bo byli i partyzanci, i bandyci. Mówiło się, że UB nas spaliło, że Edek Wargocki ze Stefaniakiem. Elżbieta Rzeźnik Wąwolnica, 1999

Obszar u zbiegu ulic Kębelskej, Cmentarnej i Kazimierskiej. Fot. ze zbiorów Instytutu Hoovera.

53


Ul. Bełżycka, w głębi po lewej widoczny budynek apteki. Fot. ze zbiorów Instytutu Hoovera.

Wakacje w lecie 1947 Wakacje w lecie 1947 spędziłem w Wąwolnicy. Miałem wtedy 13,5 roku. Pobyt tam, tj. mojej Mamy, mojej siostry (10 lat) i mój trwał około 5 tygodni – mniej więcej od połowy lipca do około 20 sierpnia. Przywiózł nas koleją i kolejką nasz Ojciec, który po około 2-3 dniach pobytu wrócił do Warszawy. Zamieszkaliśmy w  wynajętym pokoju w  budynku drewnianym czy drewniano-murowanym, znajdującym się na południowo-zachodnim narożniku rynku i obecnej ulicy Gosławskiego. Do budynku wchodziło się z  parteru, ale już sam pokój był na poziomie pierwszego piętra względem ulicy. Obecny tam teraz dom jest zupełnie nowy i  inny. Okna wychodziły na południe, właśnie na obecną ulicę Gosławskiego i na ogród po przeciwnej stronie ulicy, należący do pana Ewarysta Ratajewskiego. Do naszego pokoju przechodziło się przez inny pokój, zamieszkały przez dwie starsze osoby. Wejście było od wąskiej, o szerokości około 2 metrów, uliczki idącej od rynku do obecnej ulicy Dulęby. Przy tej wąskiej uliczce był dom, gdzie mieszkał brat mojego Ojca Jerzego, Józef Kossowski z żoną Julią i córeczką Teresą (później Łubkowską). Marysi (obecnie Sztuki) nie było wtedy jeszcze na świecie. Uliczka ta trafiała na ulicy Dulęby w pobliże obecnego domu Marysi i Mariana Sztuków. Wtedy, w roku 1947, mieszkał tam inny brat Ojca – Jacenty z żoną Władysławą i dziećmi Zbysz54

kiem, Antosiem i Krysią. Mieszkali oni tam w jakichś komórkach, bo było to miejsce po spalonym domu rodziny Kossowskich. Spalona była obecna ulica Dulęby i zachodnia część Wąwolnicy oraz domy na ulicy, której przedłużeniem jest wąwóz Lipinki. Budynki przy ulicy Dulęby były spalone, ale dom przy tej uliczce, w którym mieszkał mój stryj Józef, ocalał, a także nie były spalone domy na rynku, również i na stronie zachodniej. O ile pamiętam, rynek był nietknięty przez ogień. Na zachodniej stronie rynku działał zakład fotograficzny pana Wieteski, gdzie oddawałem do wywołania wykonywane przeze mnie zdjęcia. Na środku rynku znajdowała się pompa, skąd przynosiłem do mieszkania wodę w wiadrze. Czasem po wodę chodziłem do źródła poniżej kościoła, przy szosie do Kazimierza. Raz w tygodniu odbywał się jarmark. Cały rynek był wówczas zastawiony furmankami. Przez ścianę z naszym pokojem, od strony rynku, było mieszkanie (chyba dwupokojowe) rodziny Gosławskich. Mieszkała tam, pani Anna Elert (z domu Gosławska), jej siostra Aleksandra, jej brat Józef, znany rzeźbiarz, i brat Stanisław, też rzeźbiarz. W Wąwolnicy mieliśmy sporo rodziny i znajomych, toteż nieraz były różne spotkania i  rozmowy. Często chodziliśmy z Mamą na spacery po okolicy, najczęściej do jaru o  nazwie Świni Dół, a  także Kościelny Dół,

Ziembina Droga, do kapliczki na Kęble oraz na pola na południe od Wąwolnicy. Któregoś dnia poszedłem ze Stanisławem Gosławskim do Nałęczowa do jakiegoś zakładu rzeźbiarskiego. Z rodziną Gosławskich mieliśmy częste kontakty, a  ja najczęściej rozmawiałem ze Stanisławem, który nieodmiennie zachwycał się starożytną sztuką grecką. Ze stacji kolejowej Nałęczów do Opola jeździła kolejka wąskotorowa, kursująca według rozkładu. Był budynek stacyjny z tablicą „Wąwolnica” z normalną kasą biletową i  poczekalnią. Stacja miała kilka torów, gdzie nieraz stały rezerwowe wagony. Pociąg ze stacji Warszawa Wschodnia do stacji Nałęczów jechał wtedy około 5-6 godzin. W Wąwolnicy istniały prywatne warsztaty rzemieślnicze. O fotografie już wspomniałem. Na południowej stronie rynku obok ogrodu Ewarysta Ratajewskiego była kuźnia. Skorzystałem też z fryzjera, który był chyba na zachodnim odcinku obecnej ulicy Lubelskiej. Działała także prywatna piwiarnia pana Undziły, gdzie czasem towarzyszyłem Ojcu. O jednym z księży z parafii mówiono, że wygłasza bardzo antykomunistyczne kazania. Jednakże słuchając go, nic szczególnego nie zauważyłem. Tu zwrócę uwagę, że choć miałem zaledwie 13,5 roku, to podobnie jak moi rówieśnicy byłem politycznie i historycznie dobrze uświadomiony. Zaliczyłem bowiem bezpośrednio oblężenie Warszawy we wrześniu 1939, lata okupacji

w Warszawie, powstanie warszawskie, wysiedlenie, spalenie domu, toteż w sprawach państwowych wiedziałem, o co chodzi. W Wąwolnicy krążyła wówczas wiadomość, że podczas palenia Wąwolnicy przejeżdżała przypadkiem jakaś delegacja amerykańska, która zainteresowała się pożarem i z tego powodu UB przestało podpalać dalsze obszary miejscowości. Wiadomości tej trzymałem się przez ponad 50 lat. Dopiero około roku 2007 Maciej Kossowski, przebywający podczas pożaru w Wąwolnicy, powiedział, że nic takiego nie było, że to nieprawda. Musiałem się więc pożegnać z  tym interesującym ujęciem. Jednakże w lecie roku 2014 na wystawie fotografii amerykańskiego reportera Johna Vachona w  warszawskim Domu Spotkań z Historią zobaczyłem trzy zdjęcia płonącej Wąwolnicy i aż podskoczyłem z wrażenia, bo to oznaczało, że ta pierwotna wieloletnia wiedza nie była zmyśleniem. Zatelefonowałem od razu do Macieja, który wobec niepodważalnego faktu uznał, że może się tam jakiś amerykański reporter zaplątał. Prawda jest więc po środku. Mianowicie zamiast całej delegacji amerykańskiej był tylko jeden Amerykanin, ale raczej nie ujawniał się, bo dzień wcześniej w Kozienicach był aresztowany przez UB jako szpieg i po prostu jego życie byłoby teraz zagrożone. A więc tylko fotografował, ale poszkodowani mieszkańcy zdążyli go zauważyć i zapamiętać, UB zaś szczęśliwie – nie. W ostatnią niedzielę naszego pobytu przyjechało kino objazdowe i  w  sali szkoły (która nie była spalona) wyświetlano amerykański film wojenny „Pięciu zuchów”. Widzowie stali, a  ponieważ byłem niższy od dorosłych, to często przesłaniali mi ekran. Od dwunastego roku życia miałem aparat fotograficzny, ale nikt z dorosłych nie zwrócił mi uwagi, żeby fotografować okolicę, bo wtedy czy w  Warszawie, czy w Wąwolnicy działa się historia. Fotografowałem więc osoby z rodziny i znajomych, a każde zdjęcie otoczenia miałoby teraz wartość historyczną. Poczta w Wąwolnicy mieściła się wówczas w drewnianym schludnym budynku przy szosie do Kazimierza, prawie naprzeciw źródła wypływającego spod kościoła. Było to trochę zaskakujące, bo ta część Wąwolnicy znajdowała się w obszarze pożaru, a ten budynek ocalał i chyba w oryginale istnieje do dziś. Kierownikiem placówki był pan Turski. Mój stryj Józef, później przez wiele lat był listonoszem zatrudnionym na tej poczcie. Były to jedne z najlepszych, jeśli nie najlepsze, moje wakacje w życiu. Lubomir Kossowski Warszawa, 25 października 2015 55


56

Obszar pomiędzy ul. Bełżycką i południową pierzeją Rynku. Fot. ze zbiorów Instytutu Hoovera.

57


DOKUMENTY

58

59


60

61


62

63


64

65


66

67


68

69


70

71


72

73


74

75


76

77


Kopie materiałów archiwalnych z zespołu 35/598/0 Akta Gminy w Wąwolnicy, sygn. 57 s. 9,37-58 oraz z zespołu 35/728/0 Starostwo Powiatowe w Puławach, sygn. 167 s. 83,87 zostały udostępnione przez Archiwum Państwowe w Lublinie.

78

79


Odręczny spis strat rodziny Bukowskich, dostarczony do Urzędu Gminy w Wąwolnicy 15 maja 1946 r. - nie uwzględniony w wykazie sporządzonym przez Urząd Gminy.

80

81


Biografia Johna Vachona John Vachon – amerykański fotograf, urodzony 19 maja 1914 roku w  St. Paul, stolicy stanu Minnesota, tworzącej aglomerację miejską z największym miastem tego stanu, Minneapolis. Nosił nazwisko francusko-kanadyjskich przodków, ale matka była pół-Irlandką i John zawsze mówił o  sobie jako Amerykaninie irlandzkiego pochodzenia. Otrzymał katolickie wychowanie, w  wieku chłopięcym był ministrantem. Po skończeniu szkoły wstąpił na katolicki Uniwersytet św. Tomasza w  swoim rodzinnym mieście, gdzie w  1934 roku uzyskał licencjat z  literatury angielskiej. Rok później przeniósł się do Waszyngtonu, by kontynuować studia, przede wszystkim z zakresu literatury okresu elżbietańskiego, na Katolickim Uniwersytecie Ameryki. Swoją pierwszą pracę podjął w  Waszyngtonie jako urzędnik amerykańskiej instytucji rządowej – Farm Security Administration (FSA). Został archiwistą katalogującym zdjęcia nadsyłane przez fotografów pracujących na zlecenie FSA. Z czasem John zainteresował się tym, co oglądał. Bez wątpienia trafiały do niego prace wykonane przez znakomitych fachowców, specjalistów fotografii prasowej, prawdziwych artystów fotografii. Zapragnął sam fotografować. Roy Stryker, dyrektor FSA, dał mu szansę. Jesienią 1938 roku John wyruszył na Środkowy Zachód, do Nebraski, realizować swoje pierwsze samodzielne zadanie fotoreporterskie dla FSA. W ciągu prawie czterech lat John zjeździł Stany Zjednoczone wzdłuż i  wszerz. John fotografował elewatory zbożowe, ganki, zaśnieżone płoty farm, bilbordy reklamowe, skrzynki pocztowe, słupy linii telefonicznych, żony farmerów robiące przetwory domowe, bezrobotnych drzemiących na ławkach w parku, dzieci brnące w śniegu do szkoły, śpiewaków w nocnych klubach, robotników stalowni stojących w kolejce po wypłatę, osoby różnego wieku, zawodu czy usposobienia. Większość ludzi na zdjęciach Vachona wygląda na zadowolonych, nawet jeśli są nędznie

82

ubrani. Najwyraźniej John nie specjalizował się w fotografowaniu przegranych. Współpraca z Royem Strykerem zaowocowała kolejnymi projektami, m.in. dla Biura Informacji Wojennej – amerykańskiej agencji rządowej, utworzonej w 1942 roku, której zadaniem było wspieranie wysiłku wojennego państwa. W  roku 1944 John został zaangażowany przez United Nations Relief and Rehabilitation Administration (UNRRA; Administracja Narodów Zjednoczonych do spraw Pomocy i Odbudowy). Było wiadomo, że działalność tej organizacji, finansowanej przede wszystkim z  pieniędzy amerykańskich podatników, będzie musiała być odpowiednio relacjonowana w  mediach amerykańskich i  doświadczenie Vachona było tu niezwykle przydatne. Jesienią 1945 roku John przyleciał do Londynu, by tam przygotować się do wyjazdu do jednego z  krajów objętych programem pomocy UNRRA. Wkrótce okazało się, że będzie to Polska. Przybył tu 8 stycznia 1946 roku – pierwszy list do żony pisany z Warszawy jest datowany w czwartek, 10 stycznia.

Zamieszkał w hotelu „Central” tuż obok hotelu „Polonia” w Alejach Jerozolimskich. Były to jedne z nielicznych ocalałych budynków w mieście, które nadawały się do zakwaterowania przybywających z zagranicy gości. W Polsce niezaspokojona ciekawość Johna Vachona szybko dała o  sobie znać i  kazała mu docierać do istoty rzeczy dziejących się w  tragicznie doświadczonym przez wojnę kraju. Choć nie do końca rozumiał ówczesną sytuację i nie zawsze stawiał dobrą diagnozę tego czy innego zjawiska, to obraz dumnych ludzi powracających z tułaczki wojennej, obozów koncentracyjnych, sowieckich łagrów i  syberyjskiej zsyłki, by odbudować zniszczony kraj i  zacząć życie od nowa, przywołał w nim wspomnienia amerykańskiej prowincji po wielkim kryzysie. Znowu ludzie w  łachmanach, ale podobny błysk w  oczach wyrażający nadzieję na lepszą przyszłość, znów budząca się radość życia, widoczna w uśmiechu, gestach, dumnym spojrzeniu. Dla artysty tej miary Polska objawiła się jako niepowtarzalne zjawisko. W listach do żony, pisanych przez cały okres pobytu w Polsce, John Vachon relacjonuje swoją rosnącą fascynację krajem i narodem tak straszliwie doświadczonym przez wojnę. Podkreśla wolę życia, determinację w  przywracaniu do użytku domów i  infrastruktury miasta, przedsiębiorczość i  zaradność. Chwali jakość polskiego jedzenia, podkreśla radość Polaków i  ich zamiłowanie do zabawy, zwłaszcza muzyki i  tańca. Docenia to tym bardziej, że podczas swoich podróży po Polsce widzi, jak bardzo wojna zniszczyła nasz kraj i jak okrutnie obeszła się z losem milionów Polaków. W ciągu nieco ponad półrocznego pobytu – ostatni list z  Warszawy datowany jest w  poniedziałek, 8 lipca 1946 roku –  John Vachon wykonał w  całym kraju setki zdjęć dokumentujących pomoc, jaką Polacy otrzymywali w  ramach programu UNRRA. Dziś to ważny dokument tamtego okresu w historii Polski. Jednak najważniejszą częścią prac wykonanych w 1946 roku były zdjęcia ludzi – ciężko doświadczonych, okaleczonych fizycznie i psychicznie, ale z energią i entuzjazmem odradzających się do życia w wyzwolonym spod okupacji niemieckiej kraju. John Vachon fotografował ludzi urządzających w  ruinach miast i  wsi swoje domy i warsztaty pracy, powracających z robót przymusowych w  Niemczech lub z  zesłania na Syberii. Był także świadkiem zmian, jakie Polska zaczęła już wówczas przechodzić, i  dokumentował atmosferę kraju w  warunkach rodzącego się nowego reżimu. Takim wydarzeniem uwiecznionym w kadrze aparatu fotograficznego Vachona był m.in. pożar Wąwolnicy 2 maja 1946 roku. Nieświado-

my przyczyn tej tragedii Amerykanin stał się przypadkowym świadkiem metod, jakimi nowa władza walczyła ze swoimi przeciwnikami politycznymi i przez terror podporządkowywała sobie naród. Nowy rozdział w  życiu i  twórczości Johna Vachona nastąpił wkrótce po powrocie z Europy. W 1947 roku dołączył do zespołu wychodzącego w  Nowym Jorku magazynu ilustrowanego „Look”, którego członkiem był aż do chwili zamknięcia pisma w  1971 roku. Kolejne dwie wizyty Vachona w  Polsce, w  1956 i  1963 roku, wiązały się z  jego pracą dla magazynu „Look”, a  ich wynikiem były artykuły przedstawiające amerykańskim czytelnikom realia naszego kraju w tamtym okresie. Vachon ponownie fotografował zwykłych ludzi, sceny z ich życia w domach, na ulicach, przy pracy i w chwilach odpoczynku. Podczas tych wizyt, dziesięć i siedemnaście lat po pierwszym pobycie, obiektyw jego aparatu uwiecznił kraj odradzający się po zniszczeniach wojennych i  naród starający się, mimo narzuconego systemu politycznego, funkcjonować normalnie, twórczo we wszystkich aspektach życia społecznego. Powstała ciekawa kolekcja, w tym unikatowe kolorowe slajdy z 1963 roku. Po 1971 roku John pracował indywidualnie, m.in. dla „Vermont Life”, gdzie przez pewien czas redaktorem był jego syn, Brian. W 1973 roku otrzymał stypendium Fundacji Guggenheima w  uznaniu „wyjątkowych zdolności kreacji artystycznych”, a w rodzinnej Minnesocie otrzymał angaż jako profesor wizytujący w  Minneapolis Institute of Arts. Choć John Vachon odniósł sukces, sława i  pieniądze nie były jego udziałem. Do końca życia był znany bardziej jako fotograf FSA niż jedna z gwiazd magazynu „Look”. Był człowiekiem skromnym i  cichym, wręcz chorobliwie nieśmiałym. Nie umiał się promować. Również z  tego względu oferowano mu niewygórowane stawki i  zwykle pomijano przy podwyżkach. Otrzymywane gaże były więc niskie i do końca życia John borykał się z kłopotami finansowymi. John Vachon miał troje dzieci z pierwszą żoną, Millicent „Penny” Leeper – Ann, Briana i Gail. Po samobójczej śmierci Penny w  1959 roku ożenił się po raz drugi – w 1961 roku poślubił Marie Françoise Fourestier, z którą miał córkę Christine i syna Michaela. Pod koniec życia walczył z  chorobą nowotworową. Zmarł w Nowym Jorku w 1975 roku. Opracował: Sławomir Rybałtowski

83


Z listu Johna Vachona do żony Sobota, 4 maja Kochana Penny V. (...) A więc w czwartek jeszcze zmierzamy w stronę Lublina. Przeprawiamy się przez rzekę. Około 4:30 po południu widzimy przed sobą ogromny słup dymu, jakby płonął szyb odwiertu ropy. Kiedy tam docieramy, dostrzegamy płonącą wioskę. Chciałbym Ci to móc opisać, ale wiem, że nigdy nie będę w stanie. Nigdy w życiu nic mną tak nie wstrząsnęło i nie spowodowało tak strasznego zwątpienia w to, co wierzę… o ile. To było drugiego maja, wschodnia strona Wisły nie uległa zbytniemu zniszczeniu podczas wojny, była to miejscowość składająca się z 300 domów, która nie doznała żadnego uszczerbku. Okolica była przepiękna, popołudnie wspaniałe, wszystkie pola obsiane, pszenica ładnie się wznosiła, przydrożne kapliczki przyozdobione kwiatami, można było poczuć klimat typowego majowego dnia, uosobienie swoistego uroku życia w takim miejscu. Nawet gdy tam dotarłem i zobaczyłem pożogę, nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Czasami czyta się o spalonej wiosce lub o wojnie albo zobaczy się zdjęcia, ale, Jezu, kiedy jesteś świadkiem takich wydarzeń… Udałem się na skraj pola, taki jak ten [rysunek – dalsza część narracji stanowi jego częściowy opis – (tłum.)]. To były drewniane domki pokryte strzechą, od prawej szalał ogień przenoszony na kolejne budynki wraz z  podmuchem wiatru. Iksy to ludzie, którzy szaleń-

84

czo wyciągają na pola kolejne rzeczy; ubrania, sprzęty domowe, świnie itd. zanim ogień dosięgnie ich własności. W ten piękny majowy dzień, w otoczeniu dobrze zapowiadających się upraw, kilka setek ludzi było świadkami, jak ogień trawi wszystko to, co posiadali; domy, stodoły i zwierzęta. Wszyscy starali się wydrzeć ogniu jeszcze coś. Żałosny lament niektórych kobiet, łzy spływające po twarzach mężczyzn obserwujących jak ogień pochłania ich domostwa –  mówiących „to wszystko, co posiadam”, czteroletnie dzieci stojące obok uratowanej własności i  patrzący nieuroniwszy ani jednej łzy, ośmiolatkowie zawodzący histerycznie, kobieta odkładająca maleńkiego trzylatka na skrzynię, którą udało jej się wywlec chwilę wcześniej i pędząca, by ratować kolejne rzeczy, ten sam trzylatek zdrapujący się ze skrzyni i biegający wkoło, matka wracająca i  krzykiem nawołująca swoje dziecko –  świnie są okropne podczas pożarów, nie mogą ustać w miejscu, mieszają się ze świniami innych właścicieli, którzy w akompaniamencie ich kwiku próbują je rozdzielić, by te z powrotem uciekły w ogień. Ci cholernie biedni ludzie, którym udało się przetrwać wojnę, którzy jeszcze mają domy i pola, i ten maj, wpatrują się jak miejsce, w którym przeżyli całe swoje dotychczasowe życie idzie z dymem. Stara schorowana kobieta wynoszona na zewnątrz – pomagałem, prawdopodobnie nie opuściła swojego domu od kilku ładnych lat – stęchlizna, która jej towarzyszyła była okropna, a ona sama

drżała i modliła się –  ale w  większości to normalni ludzie, może trochę bardziej uczuciowi niż Amerykanie, z łatwością płaczący i padający na kolana w geście modlitwy – nie wiem nawet jak Ci to opisać, Penny. Dla Ciebie zapewne zabrzmi to jak zwykły pożar, ale ja nie potrafię nawet o tym spokojnie pomyśleć. Kiedy tam byłem, nie mogłem powstrzymać łez, nieważne, co robiłem. Zostałem tam przez dwie godziny i obserwowałem, jak ogień pochłania kompletnie tę stronę miejscowości, w której się znajdowałem. Ludzie wynosili kolejne rzeczy, nie płakali, nie rozsypywali się emocjonalnie, aż do momentu, w  którym ogień dosięgał ich domy, co było i tak nieuniknione. Dopiero wtedy, obserwując ogień, ulegali załamaniu i zachodzili szlochem. Duży kościół wznoszący się na wzgórzu był bezpieczny [kolejny rysunek], taki spoglądający w dół na osadę. Można było spekulować, z której części zostaną zgliszcza, a która ocaleje, ale jednego można było być pewnym – kościół ocaleje. W ostatnim momencie mężczyźni wskakiwali do napoczynanych przez ogień stodół, by ratować wozy. Widziałem dwóch mężczyzn, którzy tak zrobili, ubrani w białe koszule [brakuje strony 67, ale patrząc na ciągłość narracji widać, że musiały być na niej zdjęcia, a nie tekst listu], jeden koniec stodoły już gorzał – stałem daleko, ale mogłem to spostrzec, nie wiem, czy oni wiedzieli – zastanawiałem się, czy by ich nie zawołać albo samemu pobiec, czy może wyjdą sami – wnet ogień podsycony podmuchem wiatru przeniósł się na drugi koniec, mężczyźni przyodziani w białe koszule już nigdy z niej nie wyszyli. Chciałbym, żeby istniały słowa, którymi mógłbym Ci to opisać, ale żadnych nie znajduję. Moja bezradność i głupota… Mężczyzna obładował wóz dobytkiem, a zaprzężony do niego koń wyciągnął go ze stodoły, koń się zerwał i uciekł, a kobieta z mężczyzną usiłowali wóz wypchnąć dalej, lecz ten ani drgnął, zawołali mnie tonem, którego nigdy nie zapomnę, odszedłem –  to było wszystko, co wtedy zrobiłem. Nawet nie mogłem popchnąć tego wozu. Poszedłem z aparatem na pola i robiłem zdjęcia. Na początku kilka planów ogólnych ludzi na polach, a  w  tle płonąca wioska, oraz samego ognia i  kilka zbliżeń kobiet ciągnących świnie. Ale nie jestem Weegee’im [właściwie Arthur Fellig, amerykański fotograf i  dziennikarz reportażysta XX wieku (tłum.)]. Nie mógłbym podejść do każdej z  osób i  robić jej zdjęcia. Ale zrobiłem jedno, małej dziewczynki, której twarz pozostanie w mojej pamięci. Miała około ośmiu

lat, siedziała na kilku poduszkach, płacząc i trzymając na udzie małe dziecko – podszedłem do niej bardzo blisko i sfotografowałem jej twarz – przestała płakać, powiedziała coś po polsku i obdarzyła mnie najwspanialszym uśmiechem.

Tego samego wieczoru wróciliśmy do Lublina. Bardzo ładne miasto. Następnego dnia udaliśmy się odrobinę na południe, w górę rzeki, to samo, i wróciliśmy do spalonej miejscowości około 5.30. Spłonęło mniej, niż mi się wydawało, jedna trzecia została nietknięta. Zatrzymaliśmy się na placu, a  ludzie, którzy się wokół nas zebrali, opowiedzieli nam kilka historii. Obeszliśmy miasto i  usłyszeliśmy kolejne, porozmawialiśmy z  żołnierzami i  poznaliśmy kolejne. Nie wiem. Poprzedniego dnia wydawało mi się, że pożar to pożar, wypadek. Teraz wiem, że to nie był wypadek, lecz nadal nie znam jego przyczyny. Zrobili to bandyci, sekretna policja, żołnierze etc., na pewno żołnierze walczyli z domniemanymi bandytami, którzy ukryli się w tej miejscowości. Konsekwencje tego ponieśli ludzie, którzy nawet nie wiedzieli, kim są bandyci. Kiedy tam dotarliśmy, kościelny dzwon bił nieprzerwanie, orszak żałobny poniósł dwie trumny w stronę cmentarza, śpiewając pieśni pogrzebowe. To był ten sam rodzaj miłego majowego popołudnia, zupełnie jak dzień wcześniej, nikt już nie płakał, ludzie żyli na polach w otoczeniu sczerniałych szkieletów domów, a ten przeklęty kościelny dzwon nie przestawał bić. Idę na obiad. Kochający John Tłumaczenie Irene Green Quintana i Jakub Struzik

85


„(…) małe czterolatki jedynie stoją przy ocalonych rzeczach i przyglądają się bez płaczu, ośmiolatki szlochają histerycznie, kobieta sadza małego trzylatka na kufrze, który sama przytaskała, po czym biegnie z powrotem po więcej, a dzieciak schodzi z niego i biegnie dookoła pola, kobieta wraca i woła swoje dziecko (…)” (Fragment listu Johna Vachona)

86

Mieszkańcy Wąwolnicy przy uratowanym dobytku. W głębi dogasające zabudowania przy ul. Cmentarnej (dziś H. Dulęby) i Kębelskiej. Fot. J. Vachon.

87


Wąwolnica 2 maja 2016 r. 2 maja 2016 r. Wąwolnica przeżywała niezwykłe wydarzenie. W 70. rocznicę pacyfikacji miasteczka przez zbrodniarzy komunistycznych lokalna społeczność uczciła pamięć ofiar tej zbrodni. Inicjatorami tego wydarzenia było Regionalne Towarzystwo Przyjaciół Wąwolnicy i Stowarzyszenie Przeszłość Przyszłości z Puław. Na wąwolnickim rynku odsłonięto i poświęcono tablicę pamiątkową upamiętniającą to wydarzenie. Następnie po mszy świętej w intencji ofiar, odprawio-

nej w Bazylice Mniejszej, zgromadzeni tłumnie mieszkańcy Wąwolnicy i przybyli goście mogli obejrzeć rekonstrukcję historyczną mającą przybliżyć widzom wydarzenia poprzedzające pacyfikację oraz jej przebieg. Autorem scenariusza do tego widowiska był Grzegorz Filipek z Puław, a komentarz historyczny przygotował i poprowadził Sławomir Snopek z Wąwolnicy. Realistyczny przebieg rekonstrukcji zawdzięczamy jej uczestnikom – członkom grup rekonstrukcji historycznych, którzy wiernie odegrali role partyzantów pod-

ziemia niepodległościowego i funkcjonariuszy państwa komunistycznego oraz mieszkańcom Wąwolnicy i okolic, którzy wcielili się w role swoich przodków prześladowanych przez komunistyczny reżim. Dużą grupę aktorów rekonstrukcji stanowiła młodzież i dzieci z Zespołu Tańca Ludowego Bystrzacy działającego przy Gminnym Domu Kultury w Wąwolnicy. Realia powojennej, militarnej rzeczywistości profesjonalnie odtworzyli członkowie następujących grup rekonstrukcyjnych: Przemyskiego Stowarzyszenia Rekonstrukcji Historycznej „X D.O.K.”, Stowarzyszenia Lubelska Grupa Rekonstrukcji Historycznych FRONT, Grupy Historycznej „Zgrupowanie Radosław” z Warszawy

i Grupy Rekonstrukcji Historycznej GREGOR z Puław. W widowisku brał również udział scenarzysta – Grzegorz Filipek – jako dowódca oddziału partyzanckiego oraz fotograf i wydawca z Puław – Dariusz Malinowski, który profesjonalnie wcielił się w rolę amerykańskiego fotografa Johna Vachona, upamiętniającego na kliszach tragedię Wąwolnicy. Wyrazem uznania dla wszystkich organizatorów, autorów i aktorów tej inscenizacji były nie tylko brawa widzów, ale przede wszystkim słowa naocznych świadków pacyfikacji z 2 maja 1946 r., którzy w rozmowach potwierdzali zgodność historyczną przebiegu wydarzeń z zaprezentowanym widowiskiem. Sławomir Snopek

88

89


90

91


92

93


94

95


96


Wąwolnica 2 maja 1946  

WĄWOLNICA 2 maja 1946 – relacje, dokumenty – wydawnictwo z 2017 r. które ukazało się pod honorowym patronatem Prezydenta Rzeczypospolitej Po...

Wąwolnica 2 maja 1946  

WĄWOLNICA 2 maja 1946 – relacje, dokumenty – wydawnictwo z 2017 r. które ukazało się pod honorowym patronatem Prezydenta Rzeczypospolitej Po...

Advertisement