Issuu on Google+

PortfoliO Agata Piecuch


Jak to jest z kryminałem? Krótka notka Proppowska Proste odpowiedzi, tak jak kiepskie powieści zaczynają się od tego, że było upalnie, albo wprost przeciwnie, lało. Upalny dzień na pierwszej stronie sygnalizuje romans, deszcz, że trup ściele się gęsto i zapewne ktoś w kapeluszu i z papierosem ( prototyp to niejaki H. Bogart) zjawi się, żeby odnaleźć mordercę. Może to być ewentualnie zbłąkana staruszka (niejaka panna M.), w kapeluszu i tendencją do przestrzegania five o’clock. Nijakość dnia, która również się zdarza określa powieść psychologiczną, lub twórczość zbuntowanego 20- latka. Celność tej metody odkrywania dalszego biegu opisanej historii określić można w stosunku procentowym na 70 %. Określanie fabuły kiepskiej, co warte podkreślenia, kiepskiej prozy jest proste. De facto, warto byłoby nakreślić schemat, idąc za mistrzem Proppem, odsłaniający wizję twórczą takiego dzieła literackiego. POWIEŚĆ DETEKTYWISTYCZNA Miejsce akcji: duże miasto Czas początku: wieczór Wilgotność powietrza: 100 %, ulewa 1) Wprowadzenie postaci. Mężczyzna, w prochowcu, ciemnym kapeluszu, typ: Bogart. Niezbyt umięśniony, ponieważ ma sprawiać wrażenieinteligentnego. Czasami z papierosem, ale niekoniecznie. Palenie przestało być modne, od kiedy prototypnaszego bohatera- H. Bogart zmarł na raka płuc. Posiada swoją sekretarkę, która się w nim a) kocha b) czuje do niego pociąg seksualny c) bądź krytą antypatię, z powodu niskich zarobków. Nasz bohater jest a) alkoholikiem b) narkomanem c) nimfomanem d) (co najgorsze) kryjącym się pod pozorem bezczelnej pewności siebie człowiekiem sfrustrowanym. Przede wszystkim jest jednak prywatnym detektywem, który posiadamało zleceń, ale wiele kochanek.

2) Wprowadzenie postaci kobiecej. Kobieta, w obcisłej sukience (krój zależny od stylizacji). Typ: Greta Garbo, ale sfrustrowana. Cech*je ją perfekcyjny makijaż. Pojawia się w biurze naszego bohatera wmawiając mu że a) jest biedna i nie ma pieniędzy na detektywa b) boi się rozgłosu c) przechodziła i coś ją tknęło. Tak naprawdę a) jest przebiegła i tylko wygląda na głupią b) ma prawdziwy problem, ale boi się rozgłosu c) wygląda na głupią i jest głupia d) chce wrobić naszego bohatera w jakąś niejasną (jeszcze) intrygę. Jest dla detektywa a) intrygująca b) dziwna. Kobieta przedstawia sprawę. Zazwyczaj chodzi o morderstwo jej a) krewnego b) kochanka c) przyjaciółki. Policja oczywiście pozostaje bierna, więc dzielna niewiasta postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Kobieta załamującym się, lecz uwodzicielskim głosem opowiada o zajściu. Detektyw po dokładnej lustracji kobiety, (przy której sprawdza czy branie się za sprawę jest opłacalne, czy też nie) postanawia podjąć sprawę. 3) Pierwszy trop. Nasz bohater wyrusza zasięgnąć języka. Posiada znajomych a) na komisariacie b) w pobliskiej spelunce c) na ulicy. Ad. A) Detektyw kiedyś pracował w policji, wyrzucili go z powodu a) niesubordynacji (patrz. Pkt. 1.-cechy bohatera: b) mieszania się w nie swoje sprawy c) sam odszedł. Jego przyjaciel, o wdzięcznym imieniu a) Jack b) John d) Phill (imiona proponowane) mówi mu o sprawie. Jest ona niejasna i nie warto się za nią zabierać. Ad. B ) Detektyw wyrusza do spelunki, siada przy barze, zamawia a) szkocką b) piwo i wypytuje siedzącego najbliżej stałego bywalca. Ten a) nie chce nic mówić, wychodzi b) opowiada, ale niejasno c) jest znajomym bohatera więcbez skrupułów objaśnia szczegóły mordu.


Ad. C) Detektyw zapoznany z działalnością pobliskich domów publicznych oraz tzw. wolnych strzelców- nierządniculicznych idzie wypytać je o szczegóły. W wyniku konwersacji a) musi zapłacić za informacje, co też robii dowiaduje się o szczegółach i plotkach b) spotyka znajomą, więc dowiaduje się wszystkiego bez dotacji pieniężnych. Wystąpić może ewentualne dowolne przemieszanie wątków. Ostatecznie detektyw wie niewiele więcej niż na początku. Postanawia udać się na miejsce zbrodni. 4) Miejsce zbrodni. Detektyw a) idzie naruszyć zapas szkockiej trzymanej w biurku b) spożywa alkohol w pobliskiej spelunce c) udaje się prosto na miejsce zbrodni. Miejsce zbrodni to a) mieszkanie w wieżowcu b) dom z ogródkiem c) knajpa. Ad.A. Nasz bohater zdziera taśmy policyjne i a) włamuje się do mieszkania tylko sobie znanym sposobem b) podaje się za krewnego ofiary, wpuszcza go sąsiad/ka c) drzwi są otwarte, więc wchodzi. Na podłodze ślady krwi (niekoniecznie). Ofiara najprawdopodobniej została a) postrzelona b) dźgnięta nożem c) uduszona d) popełniła samobójstwo. Detektyw lustruje każdy centymetr kwadratowy mieszkania. Wtem a) ostrzega cień w kącie pokoju b) dostaje znienacka w głowę tępym narzędziem c) nadjeżdża policja d) nic się nie dzieje, wychodzi. Ad. B. Bohater wchodzi do ogródka i a) zapala papierosa b) od razu przystępuje do akcji. Następnie a) włamuje się przez uchylone okienko piwniczne b) wybija szybkę

w drzwiach i przekręca klamkę/ gałkę z drugiej strony c) wchodzi, skoro drzwi są otwarte. Podobnie jak w poprzednim przypadku lustruje teren. Dalszy przebieg zdarzeń,jak w poprzednim punkcie. Ad. C. Idzie na miejsce zbrodni i a) zamawia alkohol i wypytuje barmana b) milczy i się przygląda c) spotyka znajomą- dawną miłość. W przypadku c) dowiaduje się czegoś, w poprzednich, nie. Wychodzi lub a) zostaje zauważony przez zainteresowanych sprawą b) awanturuje się z byłą kochanką c) zostaje pobity. Efektem jego działań jest niepewność względem całej sprawy, ponieważ a) ofiara najprawdopodobniej popełniła samobójstwo b) nie warto mieszać się, skoro próby skończyły się guzem c) spraw jest prosta i bez sensu (policja miała rację) . 5) Ponowne pojawienie się postaci kobiecej. Tym razem to detektyw a) idzie do kobiety b) kontaktuje się z nią. Spotykają się w a) jego biurze b) jej mieszkaniu c) ustronnym lokalu. Ona przekonuje go o wadze sytuacji. Nasz bohater, wystawiony na próbę przez kusicielskie kształty kobiety zgadza się na dalsze poprowadzenie sprawy. W między czasie pojawić się mogą a) rozterki psychiczne b) potrzeba napicia się c) dyskusja pseudointelektualna d) próby flirtu (niekiedy udana) e) rozważania o szczęśliwej/ nieszczęśliwej przeszłości. c.d.n.


Prefacja O godzinie czwartej rano zacząć pisać nową książkę. Co by dziać się, nie działo, co by stać się, nie stało, pisać. Napisać, skończyć. Dokończyć. Zapomnieć. Godzin pięć jeszcze i 34 minuty a przecież to już prawie. Temat musi zjawić się sam, jak z rękawa. Przecież pisać, być pisanym nie jest trudno, tylko temat, motyw jeden znaleźć się musi. Jakiś dzwoniący na zwiastowanie, na rezurekcję dzwoniący czajnik, kawa, krew z czajnika przemienia się, jak woda zmieniająca się w wino. Strumień cieczy przenikający przez palce, kiedy się pisze. Wiatr, który przyciska cię z mocą 4 ton do balustrady, do barierki, do mostu po którym w stronę słońca iść chcesz. A przecież czujesz wiatr tylko kiedy nad rzeką wieje i przesmyk między kciukiem a placem wskazującym daje wiatrowi miejsce na improwizację pomiędzy. Wszystko przecież pomiędzy się dzieje. Między pocałunkami, między usta, a brzeg pucharu wcisnąć, włożyć przecież można pocałunek i przez czas nieokreślony trwać tak. Miedzy wieczorną jedenastą i 36 minutami, a godziną 4. Tykanie zegarka. Miedzy jednym a drugim tyknięciem przecież tyle tyknięć. I tyle czasu na samą obserwację tyknięć, tych międzytyknięć i jeszcze mniejszych. Tyle czasu marnotrawi się patrząc na tyknięcie jedno, od którego biegnie siatka tyknięć, setnych, tysięcznych, nieskończenie pomniejszych, których usłyszeć się nie da. Pociągolada istna, różnia istna, tykająca epidemia. E. Zda się tylko czasem, że słyszy się kiedy tak monotonnie stuka. Nieskończoności nie zamyka się w bańce mydlanej, ona przelatuje właśnie tym pomiędzy. A przecież jeszcze godzin 5. I jeszcze w minucie pozapisywanych myśli tysiące. Jakby wodzić sobie palcem po betonie i trafić przypadkiem na puch miękki, jakby dotknięcie nieświadome i rzewność rozlewa się po tobie. Tak jest pisać. Jak przez okno wyglądającą zobaczyć i natychmiast zakochać się i odkochać. Pstryknięcie placem. Tak chemia przewodzi po organizmie życie drobne, wycięte placem schowanym natychmiast. Międzykomórkowe tylko życie zobaczyć w jednym momencie. Całą jaskrawość międzyrzeczy. Ale przecież międzyrzecz przechodzącą jest i idącą na wskroś, na przestrzał. Pisanie przestrzałem jest, w którym złudnie wydawać by się, że tylko w ten moment zamyka się kroplą słońce i to, co w kropli odbija się do góry

nogami. Do góry dnem odbijające się dno, padołek i podołek na którym życie się toczy. Może krąg zatacza. Jakby w tym momencie zrobić balon z worka plastikowego i na ścianie odbić przestrzeń, na przestrzeń światłoczułą. Camera obscura najświeższa. Zmysłowa całkiem przenikająca opuszkami. Przebija wtedy przez człowieka, przez osobę, jakby krajobraz przenikał przez komórki, które przecież bezbarwne w swojej budowie, takimi workami same w sobie są. W każdej więc komórce obija się wszystko. A jednak co Wszystko? Czy Wszystko to wszystko i czy pytajnik postawiony być musi na końcu. Twierdzenie, pytanie, może rozkaz. Wszystko dobre słowo, bo zamykające. Nieskończoność, złe słowo, bo zamknąć jej niepodobna, bo ona kobieta przecież tylko językoznawczo. W nagłosie, śródgłosie i wygłosie i przez ikty niedodeptane i w swojej określonej, tylko po ludzku deklinacji pierwszej. Powinno się ją raczej czasownikiem mianować, bo przecież ona dziać się, dzieje. Stać się, staje. Nieskończoność się , zwrotnie. A gdzie pierwiastki męskie ukryte, gdzie rodzaj nijaki, gdzie ta przestrzeń, której określić się nie da? Pozamykanie nieskończonego w worku z którego na ścianę przenika smużką krajwszechobraz lepszym się wydaje rozwiązaniem. Przenikając smugą na ścianę przez powietrze, pył z ulicy, naskórek i ślinę, przez wodę w powietrzu i burzowe niedokonane jeszcze chmury, na wskroś, na promień obłędnie pełzających po powierzchni powietrza fragmentów, kawałków, ułamków i ułomków z chleba tego dzielonego w Galilei, na pustynie lat temu 2 tysiące. Na ślizgające się po powierzchni tego, co bez powierzchni jest. Czy jednak nie powierzchnią jest to, co powietrznią nazwane być może, bo przecież niewidoczne. Czy definiowalne jest to, bo nazwane być nie potrafi przez tyle pokoleń teraźniejszych. Skoro nie i skończoność, nie powietrzność, nie ponadchmurność. Tuteraźniejszość tylko. Reszta chemia i fizyka w worku kościstym i obleczonym przeźroczem skóry. Przez filtr wszystko widziane jest. Tylko przez filtry chemiczne, w oczach i uszach i zmysłach, z których, do których litanie by pisać. Najbardziej chyba panem od tego co nie-i-dalej-skończo-noś-ci jest pan co pod murem na chepi end zbiera. Pan


który się zbiera, cudze zbiera i jeszcze przechodzące dodaje. Pan niski, światłoczuły, opalający się jako i inni. Pan starszy i młodszy, którego nie było. Który się staje pełnokrwisty, pełnokomórkowy, raczej wielokomórkowy, kiedy opisywany, na co dzień jest przecież tylko szary. Tylko nieistotny, a poematy by składać. Pan co nosi te ości co nie skończon-e. E wszak tylko końcówka fleksyjna. Skoro wszystko z quasifleksji i quasifonii i quasifobii, to tylko krew i woda żywa, co z boku przenika dla tych co wierzą i doświadczają. Dla stygmatyków stygnących, wietrzących swoje ciała poza domem i w domu. Wszak wszyscy my stygmatycy czasu, który wypływa z komórek, z którego włókienko każde kolagenowe wiotczeje. Jednak czy krew to, czy czerwona jest, krasa, czy tylko zaczerwieniona przez oczy usta i nos, przez zmysłowych odczuć warstwę. Gdyby odrzeć ze zmysłów zmysły. Bez twarzy, bez palców, bez naskórka z receptorami, tylko paznokcie nieczułe w nas zostać by musiały. Tylko zbitek plasteliny. Chitynowi bylibyśmy. Giętcy, a sztywni. Kiedy plasteliną swoją zmysłową dotykasz, odczuwasz, przekazujesz. Wymiana płynów ustrojowych poza ustrojem. Przez powietrzność. Przez zetknięcie członków, skóry, okien, którymi przez receptory odczuwasz. Jeśli jednak jeden zmysł tylko jest, a być może. Pisać. Zmysł jeden. Pisanie jest w głowie, układa się wersami i justuje się, w heksametryczne warstwy, kilkunastozgłoskowce, w prozę. Myśleć przecież jak pisać. Wymawiać powoli, czy szybko wniosek za wnioskiem, zaprogramowane w przestrzeni między. I znów to między wpisywane jest w kartkę, w życiorys, w przestrzeń. Z wody się wywiedliśmy, głoszą nierewolucyjni ewolucjoniści. Jeśli my z tej wody, która opada i cyrkuluje, my z ma twych. My z cmentarzy narodzeni. A inni. Inne wąsy nosić przychodzi nam i inne brody. Teraźniejsi nosimy przeszłych, jeśli o przeszłości, która wymysłem jest zaledwie i o przyszłości, którą też tworzyć nam przyszło z ości. My te ości, te naskórki, te pierwiastki na sobie, na

barkach swoich pochylonych tonami powietrza nosimy. Na twarzy, na dłoniach i na ustach. Na odcinających się włosach dalej ich mamy. Siedząc u fryzjera przychodzi nam tylko odcinać cmentarne cienie z końcówek i farbować. A farba nowa przecież też z nimi. I przyjmujemy ich jak całopalenie, jak komunię, która spoczywa na nas. I wydalamy ich fizjologicznie, pocimy się nimi i przyjmujemy z powrotem. W nas i obok nas. Na przestrzał i z wierzchu. Chodzić po nich i spać na nich i siedzieć. Wchodzić w nich, którzy w teraźniejszej przeszłości przecież a zarazem i przyszli - my. Czy my nie na podobieństwo swoje stworzyliśmy język nasz, tworzymy go wciąż? Na i śród i wy głosy przecież. A my też naskórek i śródpiersie i wydychane powietrze. Początek, środek i koniec my. Zbitek tylko. Zagmatwana plątanina żył i tętnic i pozaplatanych między, poprzez, na przemian członków i trzewi. 3 godziny. A przecież pustka. Nicość. Kiedy wymówić słowo nicość to już coś jest, a jednak nic w głowie nie świta. I pisać nie ma tematu na. A trzeba temat. Tematu, który urodzi się wymijając wszystkie te bóle porodowe, który wytryśnie. Kryształowy musi być i wolny. Prosty i trzeźwiący. Sól z soli. Jak rozmowa z nią, kiedy siedzisz i zaplatasz ręce w gest modlitewny, a ona patrzy i słucha i odpowiada na pytań tysiące, których zadajesz. Ona jest modlitwa. Staje się modlitwą wzywającą. Ja by ze swoim odbiciem pokrzywionym rozmawiać. Takim tematem być musi. Staje się. Staję się? Jeśli jednym tematem jest się, przez całość, pełny błękit przenikający przez życie. Do końca życia przez lazur i granat. Do szarości. -Ona kazała się Ciebie zapytać, czy kiedy piszesz, to czy pół Ciebie nie ucieka przez palce? -Dlaczego ona nie zapyta, tylko Ciebie najsampierw wysyła, żeby pytać o to? -Dlaczego ty nie powiesz jej tego, tylko najsamprzód wysyłasz mnie do niej żebym się jej zapytał? -Kim ona jest? -Tym, o czym piszesz, chyba. -Chyba nie, bo nie musiałbym pytać.


-A o co pytasz? -A co mi odpowiesz jeśli o to pytam? -A masz mleko? Piętnaście minut. Już tylko dwie godziny 45 minut i 30 sekund. Znowu mi tyka nad uchem zegar oszukaniec, tak jak te wróble oszukańce za oknem cykają. Czy możliwym jest to, żeby wszystko to było tylko fikcją, a to co pisać zaczynam za 2 godziny 45 minut i 15 sekund było prawdą realną i stwórczą? Tematy przez twarz, przez skroń, przez ciemię. Obuchem mi one. Już zacząć by pisać i tworzyć od nowa. Odrealnić odbitki, które mam w głowie. Tak mi tęskno do pisania teraz. Nienawiść. Zazdrość. Głód. Zaraza. A modlić się, modliłem zawsze będąc dzieckiem, od zarazy, od głodu, od nienawiści... Pisanie jest zaraza. Mór, który przez bieszczadzkie wsie potrafił chodzić w długiej sukience, czarnej, przez tą całą pstrokatość przechodził kobieco. Kocio wręcz. Pisanie nienawiść jest. Pisanie chyba stworzone było, żeby nienawiść zawierać w słowa, żeby nie zamieniać jej w czyny. Modlitwy moje nie wysłuchane zostały przez tą dziurę, która mi się wydawała pełna, kiedy chodziłem z gromnicą po domu i odganiałem burzę. Modlić się jednak nie warto do tego, co stworzone przez się, które na własne podobieństwo. Do siebie modlitwy nie wysłuchanymi zawsze są. Bo przecież z wody i ciała powstaliśmy. Z prochu, który zaistniał, pojawił się planktonem na dnie wszechmorza- wszechrzeczy rzec by można. Pisanie jest implant. Jest proces chemiczny. Jest impuls, który pozwala poruszać mięśnie w gest zapisu. Modlić się do palców, żeby pisać przestały przecież najgorszym z upokorzeń jest. Najbardziej ludzkim jest. (W Paryżu noc zaczyna się nad ranem, a kończy świtem. Zdanie. Początek względny. Dobry. Uroczy. Niezły. Tajemniczy. Bezwzględny. Nie warto. Zły. Nieszczęśliwy. Zbyt realny. Poetycki zbyt.) Proces myślowy, który chemicznym jest i fizycznym, kiedy pisać zaczynasz i kurczysz się w sobie i wymyślasz sobie odbiorcę w wielkim kapeluszu i workiem ortalionowym z czereśniami i jasnym umysłem jest nieodzowny. Skoro już na swoje podobieństwo język, to na swoje podobieństwo czytelnika. Na prośbę i na rozkaz swój. Ona będzie wysoka i będzie myśląca. Topola będzie. Albo jodła. Ona jak wierzba nachylać się będzie. Ona

przez paliczki swoje będzie chłonąć, dopłucnie wprost cały ten wszechnaskórek, który złuszczy się z mojego pisania. Ona będzie czarnowłosa. I oczy będzie miaładwa migdały- studnie bezdenne. Ona będzie ponad procesy i onomatopeje, ponad fizykę latania i przestrzenną jawność bytu. Zawieszona będzie, bo to ona będzie. Na sznurze wisieć będzie za to wszystko, jaka jest, aż sprzedadzą ją któregoś dnia. Lalka moja, z ustami czerwonymi. Czytelnik mój- kobieta. -Mam mleko przecież. Mam kawę przecież. Mam lodówkę przecież. Stoi obok tej szafki z której wszystko spada, kiedy przesuniesz ją w prawo. Mam szczęście przecież, że mi pozwolili pisać. Że mi na to zawieszenie moje, hydraulika i wady genetyczne moje pozwoliły. Ale to tylko tak do siebie. I do tych na mnie zawieszonych. U pleców wyrastających mi. Po i przedgrobowców moich. Godzina. Tylko jedna godzina zostać mi, została. Pozostało 60 minut, które w i na sekundy i na ćwiartki, ósemki, szesnastki sekundowe dzielić można. Nadal nie myśleć. Nadal nie pisać. Nadal nie tworzyć. I tyle już przeze mnie impulsów na wskroś i na przestrzał. Na czcze gadanie. Ile napisać można ile przetworzyć. Ile wymyślić można, kiedy się przemyka cień o 15 centymetrów po ścianie. O decymetr przesunął się i jeszcze 5 centymetrów zostało do początku. Do końca czekania. Nie zmuszę mięśni moich do dostania długopisu z atramentopodobnym tuszem. Ja człowiekopodobny i też suchy jak tusz ten. Ja worek. Pisać o czym. Oczy może opisać. Nos może opisać. Obudowę opisać. Kolczyki, wisiorki, świecidełka. I już w głowie pomysł. I już opowieść napisana w głowie. Patrzy się w lustro teraz. A ono odbija świetlistą dróżkę na mojej twarzy. Inną. A potem tylko kolczyk zostaje, którym sobie zapamiętać można, że ukryta w nim przeszłość i młodość kurzem pokryta od środka. A kolczyk ćwierć- złoty, zdobiony, ciężki i wlewający chłód w dłoń, w której chowa się go, żeby na chwilę wracać. I już od razu dzień srebrny, dziesiąty dzień lutego, kiedy się wydaje, że dorosłość i że przecież muszę dojść. Na urodziny dostając taki kolczyk wydaje się, że drugi, do pary się nie zgubi a złota farba nigdy nie zejdzie i kamienie nie wypadną, dopóki się im nie pozwoli. Zakłada się od razu, żeby zobaczyć czy pasuje i czy twarz do kol-


czyka odpowiednia. Dlaczego by nie, może spodoba się w szkole, może koleżanki nazwą go tak, jak ja nie będę nawet umiała, a nazwa ta będzie od tego dnia moja. I jak skarb się traktuje tą parę królewską dostaną na urodziny. I chodzi się w kolczykach bez przerwy, bo najładniejsze to są i czynią mnie starszą w oczach przewrotnych chłopców i koleżanek zazdrosnych. Kolczyk długi, złoty, oczko na nim niebieskie- szafir prawdziwy i białykryształ. Lepsza jestem w nim, w nich lepszym jestem człowiekiem. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo kiedy przychodzi pochylać się nad upadającym człowiekiem, to zawieszki te dwie mi twarz rozświetlają nienaturalnie. Jak święta z obrazka jest moja twarz. Jakby mnie z obrazka z Matką Teresą wycięli. A pewnego dnia budzę się i już bez kamienia niebieskiego. I już ma lat szesnaście. Ja mam. Niespodziewanie już tyle lat. Kolczyki noszę dalej. Trzeba, rodzinna pamiątka, ładne wciąż, a oczka nie widać, więc nie szkodzi. Tylko przykurzony trochę i farba złota schodzi trochę na końcu, tam gdzie wydłubane oczko ukazuje pusty oczodół. I już przekrzywia się zaczep i ucho pobolewa od tej krzywizny. Nosi się dalej. Staje się to niezauważalnym znakiem moim. Że to kolczyki, więc i ja jestem. Być muszę, bo one są. Tylko już nie doczepiam do końca, bo psują się stale. W życie idąc. Za lat dziesiąt przed lustrem usiądę i założę jeden pewnie kolczyk. Bez oczek już i z farbą zdartą do połowy i już nie błyszczący. I będę się zastanawiać zżarta na pół już rutyną nikotyny dlaczego taki on jest niepodobający się, a taki przecież był inny. Nawet do głowy nie przyjdzie, że to ja zmienić się mogłam, a nie to żelastwo ciążące nieustannie w dłoni pokruszonej już i pokrzywionej. I taki sam kolczyk moja babka w dłoni mając pewnie zastanawiała się, dlaczego, zanim umarła i kolczyk nawet nie został, tylko rozsypał się w proch i pył. Taki ludzki musiał być, że dosłownie wszystko odczytując rozleciał się. Przeżył okupację, a nawet rządy Gierka i rozsypał się wchodząc w stan demokracji wraz z moją babką. Chyba zrośli się tak, że nie mogli już bez siebie, ani babka bez kolczyka ani on bez niej. Niestety to ona poddała się wcześniej, dobijając połączony z nią implant- kolczyk, który anteną był jej na świat. Sypiała w nim i jadła i nawet kąpała się w tej swojej antycznej wannie w kolczyku. Jeden miała i to mnie czeka, jak z przerażeniem siebie obserwuję. A przecież taka inna miałam być, taka zmyślona przez pół i nowa. A z kolczykiem trafię na fotografie, z których moi wnukowie wydłubywać będą kolczyk i oczy. I Edyp będę, ale z kolczykiem będę. I w pamięci setki wnuków

tylko w tym kolczyku i on znów ważniejszy będzie ode mnie. Pasożyt. Zmyślny, o ile nie rozpadnie się. Lepiej już byłoby chyba zniszczyć go, ale bez niego nie ja jestem. I chwytać by kartkę i zapisywać. A jeszcze minut 15. Jeszcze 5. Zostało. Już nie napisać, bo źle. Bo nieszczęśliwie. Bo mór łapie za gardło. I wymazać by to z pamięci najchętniej. Najrychlej jak tylko można. Czwarta. Pusto. Wszędzie pusto. W głowie pusto. Tylko w drzwiach pełno. -Tato? -Co tomaszku? -Ciemno już. -Już ciemno. -Opowiesz mi bajkę? -Opowiem Ci bajkę. Kiedy skończę. -Kiedy skończysz, będzie rano? -Będzie napisane. Będzie rano. -Ale kiedy będzie rano? -Będzie rano kiedy wstanie słońce. -Słońce wschodzi? - Słońce wschodzi. -Dlaczego? -Żeby bajki opowiadać małym Tomaszkom. Nad czystą kartką pochylić się i pisać. I zasnąć. Może śnić. -Tato? -Co? -A jeśli słońce nie wstanie? -Wstanie. I wychodzi ta mała kopia mnie. I już idzie do swojego pokoju mamrocząc. A ja już pewny jestem, że pisać czas. Długopis, kartka, ręka, impuls. Tomaszek wyszedł i cicho mamrocząc idzie do swojego pokoju...


Krytyka


Literatura

To „Tutaj” - o nowym tomiku Wisławy Szymborskiej Cały tomik usiany jest pytaniami najtrudniejszymi, bo filozoficznymi. Można przewrotnie stwierdzić, że bez takich pytań Szymborska nie byłaby sobą.

W dobie kryzysu literatury, kiedy nie czyta się prozy, nie mówiąc już o poezji, Wisława Szymborska jest fenomenem. Książki są drogie, spotkania autorskie świecą pustkami, w bibliotekach już dawno minął czas oblężenia. Jednak na spotkanie z poetką promujące tomik Tutaj, które odbyło się 27 stycznia b.r. w Operze Krakowskiej, przybyły tłumy. Zaproszenia umożliwiające uczestnictwo w wieczorze autorskim rozeszły się w tempie, o którym marzą młode zespoły rockowe. Szymborska nie dąży do zaistnienia w mediach, co jest właściwie w dzisiejszych czasach niespotykane, udziela się rzadko, ale kiedy to robi, potrafi nie tylko rozbawić do łez, ale i rzucić na kolana nawet najbardziej krytyczną publiczność. Poezja autorki Wołania do Yeti jest na tyle charakterystyczna i niezmienna, że nie można jej pomylić z twórczością innego autora. Nowy tomik nie zaskakuje, ale też nie to zapewne było zamierzeniem poetki. Szymborska czaruje używając swoich starych chwytów i, trzeba przyznać, potrafi oczarować każdego. W Tutaj odnajdujemy teksty, do jakich zostaliśmy przyzwyczajeni – jasne, okrojone z wszelkich niepotrzebnych słów (można powiedzieć wypreparowane), okraszone lekką dozą ironii i zadziwienia się światem, jednym słowem (wtajemniczeni zrozumieją) teksty bardzo „szymborskie”. Tutaj to miejsca bliskie, najbliższe, to miejsca, gdzie wytwarza się krzesła i smutki, / nożyczki, skrzypce, czułość, tranzystory, / zapory wodne, żarty, filiżanki. Tytułowy wiersz – dialog, a właściwie monolog odpowiadający na zarzuty stawiane pod adresem świata wyraża opinię, którą można sparafrazować słowami: zgoda, świat nie spełnia wszystkich „norm unijnych”, ale trzeba go brać, takim jakim jest – nie jest w końcu taki zły. Na Ziemi jest sporo wszystkiego, a skoro wszystkiego, to i nie brakuje tego, co dobre. Optymistyczne spojrzenie na doczesność to jedna z najważniejszych cech całego tomiku. Teksty, które dotyczą starości, poezji, wreszcie świata, w którym żyjemy, nie starają się jednak za wszelką cenę brnąć w mit arkadyjskiego szczęścia. Bardzo mocnym tematem, przewijającym się przez


cały tomik jest bowiem kwestia zła i cierpienia. We właściwy sobie sposób, nie wartościując, poetka w tekście Zamachowcy powraca po raz kolejny do tematu terroryzmu. Ludzie, którzy całymi dnami myślą / jak zabić, żeby zabić / i ilu zabić, żeby wielu zabić, to też zwykli obywatele, którzy obok snucia planów zamachów, kupują szminki, soki, podpaski, itp. Z kolei w utworze Przykład, bezwzględna i bezwarunkowa, istniejąca w świecie przemoc „demonstruje” na przykładzie ogołoconego drzewa że owszem – / pożartować sobie czasem lubi. Szymborska po mistrzowsku sięga też po temat cierpienia, które przedstawia na przykładzie kobiety nie potrafiącej sobie uświadomić, że jej mąż zginął w katastrofie lotniczej. Tekst Identyfikacja jest jednym z najmocniejszych akcentów całego tomu. Ciekawym leitmotivem pojawiającym się w różnych częściach tomiku jest temat pisania poezji. Szymborska, z nutką autoironii pisze o wierszach, które nigdy nie powstały, o których myślała przez całe życie, a również o tych, które pisane są ze świadomością bliskości końca. Od dawna chciałam już o nich napisać, / ale to trudny temat / wciąż odkładany na potem / i chyba godny lepszego poety, / jeszcze bardziej ode mnie zdumionego światem. / Ale czas nagli. Piszę. Starość pojawia się w całym tomiku jako kolejny leitmotiv. Szymborska – starsza pani, to osoba walcząca ze wspomnieniami i chęcią zamknięcia się w ciemnym pokoju pamięci. Walkę tą jednak wygrywa: a mnie ciągle w planach słońce teraźniejsze, / obłoki aktualne, drogi na bieżąco. Wydaje się, że w wierszu Kilkunastoletnia, który jest opisem spotkania poetki ze sobą samą, ale młodszą, Szymborska dokonuje rozrachunku ze swoją przeszłością (tyle niepodobieństw między nami – stwierdza), dokładniej, z pierwszymi dwoma tomikami wydanymi w latach pięćdziesiątych, które do dziś budzą kontrowersje wśród badaczy i czytelników. Różnice między sobą teraźniejszą, a sobą przeszłą łączy jedynie wspomnienie – szalik zrobiony na drutach przez matkę. Cały tomik usiany jest pytaniami najtrudniejszymi, bo filozoficznymi. Można przewrotnie stwierdzić, że bez takich pytań Szymborska nie byłaby sobą. Jej ciągłe zdumiewanie się światem (zdumiewanie się, a nie zdumienie, bo ono trwa i ma się wrażenie, nigdy nie ustaje) pozwala na karkołomne opisy małych żyjątek – otwornic – które wyginęły dawno temu, a równocześnie na mierzenie się z zagadnieniami takimi jak metafizyka czy przestrzeń. Filozofia łączy się tu z biologią, a biologia z socjologią kultury masowej. Wiersz Myśli nawiedzające mnie na ruchliwych ulicach to rozważanie na temat tego, czy czasem na-

tura nie powiela ludzi (może zmęczona bezustanną pracą) i dziś w tłumie, mijamy kopię carycy Katarzyny, jednego z faraonów czy Konfucjusza. Z jednej strony tekst ten opiera się na koncepcie, który wywołuje uśmiech czytelnika, z drugiej prowadzi do pytań najważniejszych o to skąd pochodzimy i dokąd zmierzamy. Swoistą klamrą, a zarazem „oczkiem” puszczonym w stronę czytelnika (jest ich w tomiku więcej) są teksty dotyczące przedstawicieli czterech dziedzin sztuki: malarstwa (Vermeer), liryki (Słowacki), epiki (Proust) i muzyki (Ella Fitzgerald). Szymborska swoim nowym tomikiem nie zaskakuje. Motywy i chwyty są znane - pojawiały się w jej twórczości wielokrotnie - tu zostają powtórzone, czasem powielone. A jednak – dlaczego nie? Magdalena Miecznicka w swojej recenzji (Dziennik, 26.01.2009) właśnie wtórność uznaje za największy błąd Szymborskiej stwierdzając, że Tutaj to tomik bardzo słaby. Ja, wprost przeciwnie, uważam, że to nie wtórność, ale kontynuacja i nie słabość – ale siła. Choć może nowy tomik poetki nie zostanie książką roku, to warto zarówno te wiersze przeczytać jak i do nich wracać. Tak pozytywnej i sympatycznej (co nie znaczy płytkiej), a również bezkompromisowej poezji nie spotyka się często. Ostatnio – sześć lat temu i były to Chwile – również autorstwa noblistki. Tutaj polecam wszystkim zagorzałym fanom poezji Wisławy Szymborskiej, ale również tym, którzy mają do niej stosunek ambiwalentny. Choć tomik zawiera zaledwie dziewiętnaście tekstów, każdy może znaleźć coś dla siebie, czego sobie i Państwu życzę…


Literatura

Gargulec grubym dłutem wykuty Andrew Davidson rozpisując się w Gargulcu o miłości zapomniał, że „wykuwając” powieść, powinien włożyć w nią trochę serca.

Wincenty Kadłubek pisał Kroniki przez siedemnaście lat, Marcel Proust poświęcił ich sześć, aby powstało W poszukiwaniu straconego czasu. Siedem lat, które Andrew Davidson spędził nad pisaniem swojego debiutu, stało się marketingowym chwytem mającym potwierdzić rangę dzieła. Faktycznie, w Gargulcu widać długoletnią pracę, która przejawia się zarówno w maksymalnie pokomplikowanej fabule, jak i skrupulatnych opisach – medycznych, historycznych czy kulinarnych. Wydaje się jednak, że tak długi proces twórczy nie wpłynął na korzyść samego tekstu. Davidson stał się sławny, jego debiut przetłumaczono na 26 języków, wydawnictwa biją się o druk powieści. Pomijając te wszystkie szczegóły, Gargulec to książka zdecydowanie przereklamowana, nie mająca wyższych aspiracji, przypominająca wysokonakładowe sagi, takie jak, na przykład, Saga o ludziach lodu. Jako powieść popularna, Gargulec broni się wartką akcją, banalną, ale wciągającą opowieścią, zgrabnymi opisami średniowiecznej Europy, wreszcie – prostym, ale dosadnym stylem. Warto jednak zadać sobie pytanie – czy to wystarcza? Odpowiedzi są dwie. Tak, wystarcza, jeśli mowa o kolejnym jednosezonowym bestsellerze. Nie, nie wystarcza, jeśli ma się na myśli literaturę piękną – taką, która przetrwa bez uszczerbku przez dwieście, może trzysta lat. Ale czy potrzebujemy wielkich dzieł w dzisiejszych szalonych czasach? To już inna kwestia.


Gargulec to opowieść, a właściwie dziennik terapeutyczny głównego bohatera (jego imienia nie znajdziemy w książce), który opisuje swoje losy, począwszy od narodzin. Dzieje jego życia podzielić można na dwie części. Pierwsza z nich, to pojawiające się w kilku fragmentach przygody (tak należy o nich mówić) chłopca, później młodego mężczyzny. Nasz bohater dorabia się własnej firmy jako aktor filmów pornograficznych, umila sobie wolne chwile przygodnymi miłościami, alkoholem i narkotykami. Przełom następuje, kiedy, odurzony kokainą, powoduje wypadek samochodowy, w wyniku którego ulega nieodwracalnym oparzeniom. Autor skrupulatnie, z zacięciem studenta medycyny opisuje gehennę bohatera, jego zmagania ze śmiercią, kolejne bolesne zabiegi, myśli samobójcze, trudną rehabilitację i próbę powrotu do „normalnego” życia. Gdyby pozostać przy tym opisie, książka Davidsona byłaby trudnym świadectwem człowieka powstającego z „martwych”. Jednak między jednym a drugim zabiegiem o złowieszczej nazwie debridement, w pokoju naszego bohatera pojawia się Marianne Engel – rzeźbiarka, jak można przypuszczać, stała bywalczyni oddziału psychiatrycznego. Kobieta ta twierdzi, że poznali się i pokochali w XIV wieku, kiedy jako zakonnica opatrywała jego rany. Od tej chwili rzeczywistość zaczyna mieszać się z fikcją, współczesność z zaduchem średniowiecznego skryptorium, książki o schizofrenii z pierwszym przekładem Boskiej komedii Dantego. Gdyby Davidson zbudował taką fabułę przed dziesięcioma laty, faktycznie, mogłaby się ona wydać nowatorska i wciągająca. Jednak dziś, kiedy powieści w duchu Kodu Leonarda da Vinci i Harrego Pottera zalały rynek wydawniczy, Gargulec nie jest niczym nowym, ani ciekawym. Przeciwnie, jego przykład można potraktować jako kolejny dowód powstania gatunku łączącego powieść popularną (kryminał, romans) z historią (zazwyczaj pseudohistorycznymi teoriami spiskowymi). Niedoścignionym wzorem w tej kategorii jest wybitne Imię róży Umberto Eco. Davidson swoją „pogłębioną” symboliką, opisami czternastowiecznej klasztornej biblioteki najwyraźniej stara się dorównać mistrzowi. Progi jednak są za wysokie. Wplecenie w fabułę motywu nieznanego przekładu Boskiej komedii, wreszcie samej wizji zejścia do dantejskiego piekła, wydaje się nietrafione. W kategorii „dantejskich” powieści Davidson wypada słabo, szczególnie przy Klubie Dantego Pearla. Z kolei krótkie przypowiastki o miłości opowiadane przez Marianne, mają w sobie coś z infantylnego stylu Co-

elho, co wcale nie przyciąga, a „wionie” denerwującą naiwnością. Opisy kulinariów, szczególnie zapachów, przywodzą na myśl fragmenty Pachnidła Suskinda. Stanowią one najlepszą pod względem literackim część książki i, co ważne, wciągają bardziej, niż kolejne zwroty akcji (co nie jest wcale komplementem). Nie zamierzam zarzucać autorowi Gargulca wtórności. Każda książka jest przecież zbudowana z mozaiki cytatów zaczerpniętych z lektury książek, informacji mass mediów, wreszcie wyciągniętych z życia codziennego. Jednak w powieści Davidsona brakuje nieuchwytnej „magii”, tego czegoś, co pozwala zachłysnąć się tekstem. Innymi słowy – Gargulec to powieść słaba, nie spełniająca swoich własnych założeń, taka, którą trudno doczytać do końca. Po przebrnięciu pięciuset stron (a więc potężnego tomu) powieści Davidsona, okazuje się, że nie ma nim niczego, co mogłoby utkwić w pamięci. Gargulec jest jak wielkanocna wydmuszka – kusi barwną skorupką, ale brakuje mu serca.


Literatura

a s Ä™ i m z a n i s n a l a i e i B Dz y n y z r a t Ka


Tkanie materii z mięsa i duszy - Dzianina z mięsa Katarzyny Bielas Zbiór wywiadów przeprowadzonych przez Katarzynę Bielas przypomina o tym, że każdy człowiek ma w sobie dziecięcą ciekawość i niezgłębiony optymizm. Przeprowadzenie dobrego wywiadu jest sztuką, która udaje się tylko nielicznym. Zadawanie pytań tak, aby rozmówca otworzył się i zaczął opowiadać o sprawach dla siebie najważniejszych to kwestia nie tylko dobrego dziennikarskiego warsztatu, ale przede wszystkim umiejętności słuchania i wrodzonej intuicji. Katarzyna Bielas w Dzianinie z mięsa udowadnia, że zadawanie pytań i słuchanie odpowiedzi to nie tylko żmudne i męczące przygotowanie, przepytywanie, autoryzacja i publikacja materiału, który okaże się ciekawy wyłącznie dla pasjonatów i badaczy. Jej książka przypomina, że zadawanie pytań to domena każdego człowieka, który z wrodzoną sobie ciekawością odkrywa światy swoich rozmówców. Zasiadając przed serią wywiadów wydanych w jednym tomie, czytelnik zazwyczaj zadaje sobie pytanie o klucz, czyli o cienką nić łącząca wszystkich bohaterów. Dlaczego ci, a nie inni – skąd taki dobór sylwetek? Jaka jest teza przewodnia? Bielas w swojej książce unika grubej kreski wartościowania. Jej rozmówcy to zarówno bohaterowie pierwszych stron gazet, jak i nazwiska, które zwykłemu czytelnikowi nie powiedzą wiele. Cały tom, jak się wydaje, został podzielony na kilka części. W ten sposób pojawiają się poszeregowane wywiady: z pochodzącymi z polski artystami, którzy zdobyli sławę po wyjeździe z kraju (Małga Kubiak, Jan A.P. Kaczmarek), ludźmi teatru (Krystian Lupa, Grzegorz Jarzyna), feministkami i pisarkami (Maria Janion, Izabela Filipiak), aktorami (Janusz Gajos) itd. Jednak w pewnym momencie wszelkie podziały, które były pomocne na początku, tracą na znaczeniu, a czytelnik orientuje się, że najważniejszym przesłaniem tomu jest tolerancja. Jedną z największych zalet Bielas jest sposób, w jaki prowadzi rozmowy. Usuwając się na drugi plan, zadając mało pytań – raczej dopytując i ciągnąc wątki, niż przepytując i wymagając konkretnych odpowiedzi – dziennikarka pozwala na tera-

peutyczne, spokojnie „wygadanie się”. Nikt tu się nie spieszy, nie ma jednozdaniowych komentarzy, wszystko jest dopowiedziane, a jeśli czasem niedookreślone, to dlatego, że idzie o kwestie najważniejsze: pochodzenie, życie, umieranie, śmierć, Boga. Katarzyna Bielas pyta nie o dokonania, plany na przyszłość i krążące w środowisku artystycznym plotki. Dzięki temu zamiast „fuzji” biograficznego skrótu rodem z Wikipedii i niesmacznych anegdotek z portali plotkarskich, czytelnik otrzymuje materiał, który umożliwia mu wniknięcie w życie bohaterów, ich rozterki i historie rodzinne. Wszystko to pozwala lepiej zrozumieć nie tylko twórczość, ale również postawy, które prezentują. Co prawda, czasem ten sposób rozmowy męczy. Czytając trzeci z rzędu wywiad, w którym pojawia się opis trudnego dzieciństwa, czytelnik może być nieco znudzony. Z drugiej strony można w tym upatrywać ogromną siłę całej książki, która wymaga powolnego i dokładnego zgłębiania i poznawania, niekoniecznie po kolei, wywiad za wywiadem, ale tak, jak się ma to ochotę. Bo również o Barthesowską „przyjemność tekstu” tutaj idzie. W każdej z rozmów można się rozsmakować, każda, choć niosą ze sobą bardzo poważne treści jest godna nie tylko refleksyjnej powagi, ale i uśmiechu. Tkanina, którą tka Bielas, skonstruowana jest nie tylko z mięsa, więc słów, które można zamieniać, przestawiać i dowolnie interpretować, ale i z życiodajnej energii, która pcha nas do przodu i pozwala na kreowanie świata takiego, jakim go chcemy widzieć i stwarzać. Bo w gruncie rzeczy to jest książka o optymizmie ponad podziałami i o dzieleniu swojego własnego, prywatnego optymizmu ze światem. Polecam!


Literatura

Kobieta po rewolucji feministycznej – Teraz Agnieszki Drotkiewicz Z lektury nowej powieściAgnieszki Drotkiewicz wynosi się przekonanie, że można być szczęśliwym „pomimo” i to na wiele sposobów, ale przede wszystkim tu i teraz.

Karolina Pogorska to kobieta młoda, wykształcona, atrakcyjna, inteligentna i pracująca. Jednak pomimo wszystkich tych zalet jest do szpiku kości nieszczęśliwa. Będąc – jak sama mówi – „sztandarem”, a więc spełniając wymagania, które stawia przed nią epoka „feministyczna”, nie jest w stanie udźwignąć jej ciężaru, popadając w stany depresyjne i coraz głębszą melancholię. Jedynym wyjściem i wyzwoleniem wydaje się poszukiwanie mężczyzny swojego życia. Drotkiewicz buduje bohaterkę przypominającą nie – jakby tego chciała – współczesną panią Bovary, ale poczciwą Bridget Jones. Stanowi to, o dziwo i może wbrew założeniom autorki, jedną z największych zalet Teraz. Helen Fielding pokazała w Bridget karykaturę współczesnej singielki, której jedynym celem staje się szybkie znalezienie męża. Dorotkiewicz wychodząc z tego samego punktu, idzie dalej i pokazuje kobietę taką jaką jest, a przede wszystkim taką, jaką została stworzona przez współczesność. Bardzo mocną stronę powieści stanowi opis miasta – Warszawy, przypominający wielki „betonowy mrówkowiec” Białoszewskiego. Wszystko wydarza się zbyt szybko, żeby można to było ogarnąć, nie mówiąc już o nadążeniu za biegiem czasu i likwidacją pierwszych zmarszczek. Stąd Karolina zamyka się w swoim mieszkaniu, kontemplując proces kupowania, zjadania, wyrzucania odpadków, który jest jedynym możliwym zauważalnym zjawiskiem świadczącym o jej samotnej egzystencji. Jest przekonana o tym, że kupując odpowiednie produkty jest w stanie oszukać ludzi stojących w kolejce do kas w wielkim supermarkecie. Kupowanie soczków dla dzieci i odtłuszczonych jogurtów, a przede wszystkim chowanie na spodzie koszyka imbirowo-rabarbarowych ciastek (świadczących o staropanieństwie), tworzy, jak chciałaby Pogorska wizerunek kobiety spełnionej i szczęśliwej. Bo pomimo zamykania się w sobie i w wynajmowanym mieszkaniu, Karolina potrze-

buje zrozumienia, a przede wszystkim uwagi, dzięki której mogłaby wyzwolić się z frustracji i lęków. Takiego oparcia nie daje jej ani rodzina ani przyjaciele. Tych ostatnich bohaterka nie posiada, bojąc się, że nie zostanie zaakceptowana. Sama potrafi zaakceptować tylko ludzi, których uważa za gorszych od siebie. W ten sposób Drotkiewicz dekonstruuje mit kobiet trzymających się razem, przedstawiając prawdziwe „babskie piekiełko”. Bohaterka odnosi się do kobiet z rezerwą, traktuje je jak marionetki, które dzieli na przydatne i bezużyteczne. Jedyna przyjaciółka Karoliny – kobieta brzydka, spragniona sukcesu i nieszczęśliwa – jest jej potrzebna tylko do tego, aby się dowartościować. Nie ma więc mowy o „solidarności jajników”. Swoją drogą, zastanowić się należy, czy ten fenomen kiedykolwiek istniał, czy może został stworzony na potrzeby marketingu. Jednak po wszystkich perypetiach i w życiu Karoliny następuje przemiana na lepsze, kiedy to na horyzoncie pojawiają się trzej mężczyźni – Szymon, Ryszard i Paweł. W tej historii nie będzie szczęśliwego zakończenia, do jakiego się przyzwyczailiśmy, nikt nie wyjdzie za mąż ani nie stworzy „normalnego” związku. Bo nie o normalność tutaj idzie, ale o szczęście, które zyskuje się po prostu, bez wielkich wyzwań i wyrzeczeń. Czego sobie i Państwu życzę…


Literatura

Morderca czai się na plaży - o Różach cmentarnych Krajewskiego i Czubaja O nowej książce Marka Krajewskiego i Mariusza Czubaja trzeba powiedzieć jedno: Stężenie trupów przekroczyło w tym roku na Wybrzeżu normę.

W 2008 roku ukazała się pierwsza powieść tandemu Krajewski/Czubaj pt. Aleja samobójców. Wraz z nią na scenę kryminału wkroczył Jarosław Pater – nazwany przez współpracowników „Antypaterem” – nie pozbawiony uroku, choć burkliwy nadkomisarz o trudnym charakterze. W lutym ieżącego roku ukazały się Róże cmentarne – druga powieść biorąca pod „lupę” kryminalny światek Wybrzeża. Marka Krajewskiego nie trzeba przedstawiać. Zarówno miłośnicy suspensu, jak i zwykli zjadacze literackiego chleba znają go doskonale z serii książek, której głównym bohaterem jest przedwojenny Wrocław. Niesympatyczny bohater, klimat z najczarniejszych amerykańskich kryminałów, świetnie skonstruowana zagadka i Breslau jako miejsce zbrodni – oto wyznaczniki sukcesu Krajewskiego. Natomiast Mariusz Czubaj zadebiutował niedawno swoją pierwszą powieścią kryminalną pt. 21:37. Z zawodu antropolog kultury i badacz literatury popularnej, znany jest jako autor książki Biodra Elvisa


Presleya. Od paleoherosów do neofanów, a również współautor Krwawej Setki. 100 Najważniejszych Powieści Kryminalnych. Aleja samobójców okazała się ciekawą, choć fragmentami denerwującą powieścią. Niestety, Róże cmentarne powielają ten sam schemat. Zacząć wypada od tego, że o ile Krajewski zna Wrocław od podszewki, o tyle o Pomorzu, gdzie rozgrywa się akcja nowej powieści, wie niewiele. Ci, którzy mieli nadzieję, że Trójmiasto i okolice zostaną opisane z rozmachem godnym Wrocławia, trochę się przeliczyli. Żeby nie być gołosłownym: „falowce” – blokowisko, w którym mieszka Pater, powstało wcześniej niż opisali to autorzy kryminału, podziemne przejścia (o których mowa na początku) mają inny układ, zaś opisy Gdańska są na tyle ogólnikowe, że bez problemu można by go zamienić nazwą innego miasta. Na uwagę zasługuje świetny obrazek Władysławowa (tu widać wprawne pióro antropologa Czubaja) – miejscowości stricte turystycznej, która „wionie” zapachem kebaba, krzykiem plażowiczów i nocnym życiem klubowym. Jednak wydaje się, że tłum turystów trzymających książkę w dłoni nie wyruszy na Wybrzeże aby „zwiedzać” z Paterem, tak jak miało to miejsce w przypadku Wrocławia (nawiasem mówiąc, powieści Krajewskiego stały się marketingowym chwytem zachęcającym do przyjazdów i poznawania miasta). Z drugiej strony poprzeczka została umieszczona bardzo wysoko, a nie każdy kryminał sygnowany nazwiskiem „Krajewski” musi być od razu przewodnikiem turystycznym i kompendium historycznym. Pozostawiając za sobą kwestię zgodności opisu z rzeczywistością (dlaczego, na przykład, nikt nie rozlicza Chmielewskiej ze znajomości Warszawy?) przyjrzyjmy się temu, co stanowi clue każdego kryminału, czyli fabule. Niestety i tu pojawiają się usterki. Jedna z ofiar, którą poznajemy jako Annę, jest nazywana później Agnieszką, co nie stanowiłoby problemu, gdyby to imię nie miało znaczenia dla całości książki (a ma, i to duże). Z kolei Pater, którego trudno zaliczyć do „bystrzaków” (czytelnik mniej więcej w połowie książki domyśla się już rozwiązania – bohater nie), wpada na tropy przez olśnienia, w które trudno uwierzyć. Postać Joanny – znanej czytelnikowi z Alei samobójców opiekunki z upiornego „Edenu” – mająca z jednej strony rozpoznać podejrzanego, z drugiej wpro-

wadzić wątek romansowy do powieści, również nie stanowi mocnej strony całej książki. Bohaterka ta traktowana jest przez autorów dość instrumentalnie – jej napady złości nie są umotywowane, przez co przypomina kobiece sylwetki z prozy Hłaski czy Stasiuka. Nie zarzucam autorom szowinizmu, wiem, że kryminał to nie rozprawa o feminizmie i nie miejsce w nim na wielopoziomowe komplikowanie postaci. Jednak bohaterka – modliszka (doświadczona femme fatale po trzydziestce), która w jednej chwili ciągnie mężczyznę do łóżka, a zaraz potem chce go rozszarpać na kawałki, wyszła już z mody (i to jakieś osiemdziesiąt lat temu). Umieszczając w środku fabuły postać, która ma dużo do powiedzenia i nie pozwolenie jej na mówienie (lub wkładanie jej w usta wypowiedzi typu: ja też mam dla ciebie niespodziankę – powiedziała podciągając spódnicę. – Nie mam na sobie majtek) to zabieg ryzykowny – korzystając z terminologii kryminału można powiedzieć – samobójczy. Stężenie trupów przekroczyło w tym roku na Wybrzeżu normę – informuje nas główny bohater. Faktycznie, około piątych zwłok pogubiłam się w ich liczeniu. O gustach się nie dyskutuje, powiem więc tylko, że wolę, aby postacie nie padały jak muchy, inny czytelnik może to uznać za zaletę. Dużym walorem dzieła jest natomiast sam pomysł na całość, a również żywy i „jędrny” język, którym napisana została powieść. Pater – policjant po studiach polonistycznych – poprawiający błędy językowe swoich kolegów, nie mogący się wyzwolić od natrętnych cytatów z klasyki (pojawia się np. Modlitwa Pana Cogito – podróżnika Herberta), jest postacią sfrustrowaną, ale i sympatyczną, trzymającą rozsypującą się fabułę w „ryzach”. Jednak to za mało, żeby mówić o sukcesie. Całość denerwuje spowolnieniami akcji, stereotypowymi postaciami, w końcu sympatycznym, ale niespójnym głównym bohaterem. O ile wady Alei samobójców można było potraktować z przymrużeniem oka – mogły być spowodowane „docieraniem” się dwóch autorów, o tyle mankamentów Róż cmentarnych nie można tym usprawiedliwić. Przez całą powieść czytelnik ma wrażenie, że Paterowi przydałby się urlop. Na szczęście autorzy zapowiadają, że nadkomisarz wyjedzie teraz na wakacje. Oby wrócił w lepszej formie.


Literatura

Dziennik małych spraw - Ostatnia Macieja Malickiego Malicki w nowej powieści kreuje świat złożony z fragmentów jak z kolorowych puzzli. Czytelnikowi pozostaje poskładać je w całość i mieć nadzieję, że wbrew tytułowi Ostatnia to dopiero początek.

Maciej Malicki lubi opisywać życie codzienne ze wszystkimi drobiazgami, które nadają mu smak, zapach i kolor. Ostatnia to „dziennik” składający się ze stu czternastu krótkich opowiadań, które skupiając się na codzienności, stają się metaforą cykliczności ludzkiego losu. Wszystkie, skrupulatnie opisane wypite kawy, piwa, wypalone papierosy, rozmowy z przyjaciółmi, wreszcie samo wstawanie rano i kładzenie się spać wieczorem urasta u Malickiego do rangi najwyższej. Wydawać by się mogło, że o ile można pisać zagłębiając się w codzienność, emablując każdy haust powietrza czy sztachetę z płotu, o tyle publikacja książki składającej się z takich zapisków prawie zawsze kończy się fiaskiem. Satysfakcja autora to jedno, a zadowolenie czytelnika to drugie. Malickiemu jednak, choć korzysta z formy trudnej – bo stylizowanej na dziennik, udaje się stworzyć tekst wciągający właśnie dzięki dbałości o szczegół. Całe uniwersum jest u niego rozłożone na czynniki pierwsze, co pozwala dostrzec, że to właśnie drobne, codzienne czynności


i posiadane przedmioty sytuują, urealniają byt jednostki w ogromnym świecie. Człowiek nie musi mówić, ponieważ jego gesty mówią za niego. Wydaje się, że Malicki nie wierzy w możliwość „dopowiedzenia” się za pomocą słów. Być może do tego właśnie potrzebne są opisywane przez niego drobiazgi. To one stwarzają nas od początku, towarzyszą przez całe życie (ich ciężar odczuwamy przy przeprowadzkach) i to one żegnają nas ostatnie. Z drugiej strony bardzo silny autotematyzm nadaje książce Malickiego perspektywę podglądania mikrokosmosu. Bohaterem Ostatniej jest bowiem pisarz – sam Malicki. Temat przewodni całości stanowi pisanie nowej powieści o tytule Ostatnia. Malicki nie ukrywa, że pisze o sobie – wszak w Ostatniej pojawiają się tytuły jego książek, znajomi, wspomnienia, a nawet fragmenty dopiero rozważanych fabuł i projektów. Jednak bohater zajmuje tu pozycję drugorzędną, niepokojąco ustępując miejsca narracji trzecioosobowej. Ostatnia napisana jest przecież w formie dziennika, skąd więc kojarzący się z powieścią realistyczną wszechwiedzący narrator? Narracja trzecioosobowa jest podświadomym gwarantem obiektywizmu, którego dziennikowi (jako gatunkowi literackiemu) brakuje. Chwyt zastosowany przez Malickiego łączący obiektywizm z subiektywizmem tworzy świat ni taki, ni owaki, przewrotny i podchwytliwy, niejednoznaczny, jednym słowem: fascynujący.

Drobiazgowe opisy sytuacji, napisów na murach (które pisarz kolekcjonuje), rozkładów jazdy pociągów oraz inne codzienne nieważne „dyrdymałki” zapełniają Ostatnią aż po brzegi. Wydawać by się mogło, że Malicki stara się obsesyjnie zapamiętywać. Jednak tak naprawdę jego książka jest swoistym pamiętnikiem celowego zapominania. Wracając do starszych wpisów, edytując je, przypominając sobie kolejne fragmenty „życiowej” układanki po czym przestawiając je w następnych notatkach, bohater rekonstruuje świat na nowo, tworzy go nie takim, jakim jest, ale takim, jakim chce go pamiętać. Pamiętnikarski reżim zapisywania, który stosuje Malicki, przypomina ironiczne zacięcie Paska, czasem groteskowość wyciągniętą z Dzienników Gombrowicza. Przede wszystkim jednak stanowi fascynujące studium ludzkiej natury, pozwalającej na zapamiętanie nie – rzeczy dla nas najważniejszych, ale szczegółu, drobiazgu, który kiełkuje w umyśle w zupełnie nową opowieść. Ale – jakby to napisał Malicki – to już zupełnie inna historia... Polecam!


Film

Vicky, Cristina i cała reszta... Vicky Cristina Barcelona to film taki jak cały Woody Allen – czasem zabawny, czasem męczący, mało kataloński, ale w gruncie rzeczy sympatyczny.


konwencję i to bez cudzysłowu. Działania bohaterów nie zawsze są umotywowane, dziwi erotyczna moc Juana Antonia (Javier Bardem nie zachwyca), który w gruncie rzeczy jest zwykłym podrywaczem. Równie blado (co zadziwiające) wypadła Scarlett Johansson, która przyzwyczaiła nas do tego, że stanowi zjawisko przykuwające całą uwagę widza. Jej Cristina, jak na złożony charakter romantyczki i awanturnicy, wydaje się za mało żywiołowa. Gorący klimat zdecydowanie jej nie służy. O wiele lepiej wypada Rebecca Hall, która choć gra postać stabilną emocjonalnie, z wyczuciem oddaje skrajne emocje towarzyszące Vicky.

Woody Allen raczy nas swoimi produkcjami często, bo średnio raz na dwa lata. Po kryminalnej trylogii (Wszystko Gra, Scoop, Sen Kasandry), której akcja rozgrywała się w Wielkiej Brytanii, Allen postanowił zmienić klimat, przenosząc akcję swojej najnowszej produkcji do słonecznej Hiszpanii. Vicky Cristina Barcelona to film, który (najprawdopodobniej) miał połączyć Allenowski humor i klimat produkcji Almodóvara. Fuzja ta, choć jadalna, nie okazała się jednak rarytasem. Ale zacznijmy od początku… Fabuła filmu to prosta (może zbyt prosta) historia dwóch przyjaciółek – rozważnej Vicky (Rebecca Hall) i romantycznej Cristiny (Scarlett Johansson), które udają się na wymarzone wakacje do Barcelony. Tam, podczas jednego z wernisaży poznają ekscentrycznego malarza Juana Antonia Gonzago (Javier Bardem), który zaprasza je na wycieczkę do Oviedo. Po krótkiej sprzeczce (Vicky na początku jest niechętna wyjazdowi) obydwie zgadzają się i razem z Juanem wyruszają w podróż, która wywróci do góry nogami nie tylko życie zwariowanej Cristiny ale i rozważnej Vicky. Dodać należy, że pikanterii i rozmachu intrydze doda neurotyczna i zwariowana była żona Juana Antonia – Maria Elena (Penélope Cruz), która wtargnie z impetem w życie trójki bohaterów. Allen, znany ze swojego ciętego humoru i zaskakującego tempa akcji, w swoim nowym filmie zwalnia, żeby zachwycać się architektonicznymi perełkami, którymi usiana jest Barcelona. Tu przyznać należy, że zdjęcia Javiera Aguirresarobe robią ogromne wrażenie. Z drugiej jednak strony, widzowie, którzy przyzwyczaili się do allenowskiego tempa, mogą być się nieco zawiedzeni. Fabuła jest prosta i schematyczna do tego stopnia, że czasami nudzi, czasem wręcz denerwuje. Podobnemu schematyzmowi podporządkowane zostały postacie. W założeniu chodziło najpewniej o grę z konwencją, w realizacji mamy (chwilami) czystą

Gdyby fabuła musiała oprzeć się na tej trójce bohaterów, film okazałby się zapewne dużą „wpadką” Allena. Jednak kiedy na scenę wkracza Penélope Cruz (Maria Ellena) akcja nabiera tempa, a temperatura rośnie. Cruz wprowadza odświeżenie, dziką kobiecość rodem z filmów Almodóvara, a przede wszystkim autoironię, która momentami bawi do łez. Maria Ellena to postać zagrana z wirtuozerią, charyzmą i humorem czyli tak, jak powinny być odtwarzane scenariusze Allena. Można powiedzieć, że to dzięki Cruz Vicky Cristinę Barcelonę da się oglądać i to z niekłamaną przyjemnością. Do wpadek Allena zaliczyć należy język, jakim posługują się bohaterowie filmu. W Barcelonie mówi się po katalońsku. Jej mieszkańcy są na ten fakt uczuleni i nie chcą zazwyczaj używać języka hiszpańskiego. Jest to kwestia o tyle ważna, o ile pozwala zauważyć, że Allen nakręcił swój film nie z chęci wniknięcia w klimat miasta, ale raczej jako turysta, korzystając z jego uroków dla urozmaicenia scenariusza. Obrazu miasta w tym filmie nie można traktować dosłownie, ale (co w zasadzie smutne) jako zgrabną widokówkę z ciepłych krajów. W tym charakterze film sprawdza się doskonale i mogę go z czystym sercem polecić.


Film

Zapach Tataraku według Andrzeja Wajdy Nowy film Andrzeja Wajdy to poruszające studium cierpienia, samotności a przede wszystkim śmierci przez małe, prozaiczne „ś”, więc śmierci najbliższej każdemu człowiekowi.


Historia powstawania Tataraku Andrzeja Wajdy jest długa i skomplikowana. Stąd też premiera obrazu była wydarzeniem wyczekiwanym, a kiedy się odbyła, wzbudziła sprzeczne komentarze. Niezaprzeczalnym faktem jest jednak to, że film nie pozostawia nikogo obojętnym, co jak się wydaje, świadczy o jego ogromnej sile. Na fabułę Tataraku składają się trzy samodzielne warstwy – nowele, które splatają się ze sobą w spójną, choć niejednolitą całość. Pierwsza to fabuła zaczerpnięta wprost z opowiadania Iwaszkiewicza: historia Marty, jej męża oraz młodego chłopca – Bogusia. Druga z kolei, to paradokument dotyczący kręcenia filmu, czytanie opowiadania przez aktorów, przygotowywanie planu, ustawianie scenografii, itd. Trzecia natomiast to monologi Krystyny Jandy opowiadającej o śmierci swojego męża Edwarda Kłosińskiego. Właśnie ta część została najpochlebniej oceniona przez krytyków. Trzy oddzielne fabuły łącząc się i przeplatając, stają się pretekstem do rozważań na temat starości, umierania i samej śmierci. Rozważania rozpocząć należy od źródła, a więc od części Iwaszkiewiczowskiej. Motywem przewodnim staje się tutaj na poły erotyczna więź łącząca starzejącą się Martę (Janda) i młodego 25-letnigo mężczyznę – Bogusia (Paweł Szajda). Dramat który rozegra się między tą parą zostaje jednak paradoksalnie przesłonięty przez epizodyczną, ale wielką rolę Jana Englerta (mąż Marty). To kwestia etycznego wyboru, między powiedzeniem żonie o jej śmiertelnej chorobie a zatajeniem tego faktu, staje się dzięki Englertowi wątkiem współczesnym i poruszającym. Całość jednak nie do końca się „klei” – jest dobra, ale zabrakło w niej spajającej magii. Druga fabuła pojawiająca się w filmie to autotematyczny, dokumentalny wtręt obrazujący kręcenie Tataraku. Widzimy tu aktorów rozprawiających z Wajdą o swoich rolach, ekipę filmową, która stoi zazwyczaj ukryta po drugiej stronie kamery. Przewrotnie Janda, Edelman czy Wajda są w tej części sobą, jednak po części odgrywają swoje role: „aktorki”, „operatora” i „reżysera”. „Film w filmie” nie jest pomysłem odkrywczym, ale to właśnie połączenie fabuły i paradokumentu – jak twierdzi Andrzej Wajda – przyniosło mu w tym roku na Festiwalu w Berlinie nagrodę im. Alfreda Bauera (przyznawana reżyserom wyznaczającym nowe perspektywy w kinematografii). Trzecia część, która spina Tatarak klamrą to trzykrotnie pojawiający się w filmie monolog Krystyny Jandy

(napisany na podstawie jej notatek). To on, a nie opowiadanie Iwaszkiewicza jest tu najważniejszy. Janda w prosty, czasem autoironiczny, zawsze bezpośredni sposób mówi o śmierci swojego męża. Jednak, ku mojemu zdziwieniu – aktorka nie wzrusza. Wydaje mi się, że w pewnym momencie filmu, w nieuchwytnej chwili jej opowiadanie staje się zbyt długie, mierżące, nie do wytrzymania. Aktorka opisuje wszystkie stadia choroby, począwszy od pierwszej wieści o niej, aż po śmierć. Znów (podobnie jak w części Iwaszkiewiczowskiej) najkoszmarniejszym momentem staje się kwestia powiedzenia współmałżonkowi o chorobie. Wajda posługuje się tu chwytem przeniesienia, odwrócenia roli swojej bohaterki: aktorka gra kobietę obciążoną tą samą chorobą, na którą zmarł jej „rzeczywisty” mąż. Tatarak to powrót Wajdy do wysokiej formy reżyserskiej. Co prawda, w filmie zauważyć można pewne niedociągnięcia fabularne (kilka słabo umotywowanych psychologicznie scen w warstwie Iwaszkiewiczowskiej) oraz techniczne, jednak trudno zaprzeczyć, że reżyser stworzył dzieło może nie mistrzowskie, ale niepowtarzalne. Świetne są, dopracowane w każdym szczególe, role Englerta i Jandy, a również nie dorównująca im, jednak ciekawa i sprawna gra młodego jeszcze Szajdy. Jednak przede wszystkim czoło chylić należy przed Krystyną Jandą, która swoją opowieścią uwspółcześniła film i uczyniła go poruszającym. Jej podwójna (w zasadzie potrójna) rola: połączenie perspektywy chorego i najbliższej mu osoby zmienia tragedię jednostki, w uniwersalną parabolę życia, które – jak pisze Iwaszkiewicz – łatwo przechodzi w śmierć. Taki film był nam potrzebny. Polecam!


Te a t r

Chichot martwej Mewy Akunin zadaje pytanie o to, kim jest mewa zabita w dramacie Czechowa. Po obejrzeniu spektaklu w reżyserii Natalii Sołtysik odpowiedź może być tylko jedna. Wychodząc z teatru po dobrym przedstawieniu, często zadajemy sobie pytanie o to, jak dalej potoczyłyby się losy bohaterów. Ten niedosyt, świadczący na korzyść spektaklu zazwyczaj pozostaje niezaspokojony. Borys Akunin (właściwie Grigorij Szałwowicz Czchartiszwili), którego Mewa gości właśnie na deskach krakowskiej PWST, rozpoczyna swoją opowieść dokładnie w momencie, w którym zakończył ją Czechow – w chwili samobójstwa Konstantego Treplewa. Widzowie przyzwyczajeni do monumentalnej tragedii w wydaniu Czechowa mogą poczuć się urażeni. Akunin niesympatycznie wyśmiewa, ironizuje, przestawia i spłaszcza, a przede wszystkim robi to, co wychodzi mu najlepiej: buduje wciągającą intrygę kryminalną. Bohaterowie dramatu, a raczej postacie kryminału obarczone zostały tymi samymi cechami, które nosiły ich pierwowzory. Subtelna różnica polega na tym, że o ile widzowie tragedii Czechowa ronili łezkę nad smutnym losem swoich faworytów, o tyle u Akunina płaczą, ale ze śmiechu. Nic więc dziwnego, że niektórzy rosyjscy recenzenci zarzucili Akuninowi sprzeniewierzenie się „rosyjskiemu duchowi”.

nekowicz), obawiając się o życie swojego kochanka – Trigorina. Sam Trigorin (Krzysztof Kwiatkowski) zastrzelił Konstantego licząc na to, że kiedy popełni morderstwo, uda mu się wreszcie napisać opowiadanie kryminalne. Z kolei matka Treplewa – Irina Nikołajewna Arkadia (Gabriela Oberbek), zabiła syna z zazdrości o męża, który niebacznie zakochał się w swoim podopiecznym. Ostatecznie, sam Dorn, nie znając ofiary, zabił z powodu swojego zamiłowania do zwierząt, kiedy dowiedział się, że Treplew zastrzelił mewę.

Samobójstwo Treplewa zawsze wzbudzało kontrowersje. Skoro, parafrazując, kula wleciała lewym uchem a wyleciała prawym okiem, jak po wstępnej analizie informuje nas doktor Dorn (świetna rola Tomasza Schuchardta), o samobójstwie nie może być mowy. Dokładnie o godzinie 21:07 zaczyna się śledztwo, które odkryje przed bohaterami i widzami zaskakujący fakt rodem z powieści Agaty Christie – wszyscy mieli okazję, oraz motyw do popełnienia zbrodni. Ku uciesze widzów, każda z postaci przyznaje się do popełnienia morderstwa: sfrustrowany nauczyciel Miedwiedienko (Wojciech Kowalski) zabił z zazdrości o żonę, z kolei jego żona Masza (Dominika Kimaty) z zemsty, za nieodwzajemnione uczucie. Rodzice Maszy – Ilja Afanasjewicz Szamrajew (Filip Perkowski) i Polina Andriejewna (Anna Bugajska) – mścili się bezwzględnie za uwiedzenie córki. Piotr Nikołajewicz Sorin (Bartosz Bulanda) – podstarzały wuj, równocześnie najbardziej groteskowa postać – zabił z litości, Nina Michajłowna Zariecznaja (Katarzyna Ja-

Mewa jako pastisz komedii kryminalnej, bo tak trzeba ją nazwać, pełna jest niedociągnięć, daleko jej do Pułapki na myszy Agaty Christie. Jednak nie taki był zamysł autora sztuki; wydaje się również, że nie o to chodziło reżyserowi przedstawienia. Mewa w aranżacji Natalii Sołtysik to komedia psychoanalityczna, w której bohaterowie to przeniesione z teorii Freuda kliniczne przypadki zaburzeń libido. Postacie miotają się po scenie, wykonują autoerotyczne gesty, cały spektakl osnuty jest mrocznym „popędem”, zaczerpniętym ze Wstępu do psychoanalizy. Treplew kreowany jest nie tylko na ofiarę, ale i na autora dramatu, walczącego ze swoim mrocznym alter-ego – Dornem. Matka tego biednego, pozbawionego talentu, niekochanego chłopca to wcielenie kompleksu Jokasty. Swoją drogą, Gabriela Oberbek to najlepsza aktorka przedstawienia, bez której, jak można zaryzykować, całość poniosłaby klęskę. Zagrany z wirtuozerią monolog matki (Mój biedny, biedny chłopiec…), który pojawia się aż osiem razy, to jeden z najciekawszych

Czytelnik tej recenzji zapewne zgubił się w połowie całej wyliczanki. Podobnie jest z widzem. Około połowy przedstawienia odczuwa się zmęczenie. Coś niedobrego zaczyna się dziać na scenie, harmider zakłóca odbiór, daje się odczuć rozprężenie. Kolejne fakty, przedstawione niby szybko i zwięźle, zaczynają się gubić w umyśle odbiorcy, który najchętniej poszedłby do domu. Jednak po chwili widz znowu wchodzi w tryb pełnego skupienia. Finał spektaklu wart jest najwyższej noty.


elementów przedstawienia. Drugą podporę sztuki stanowi odtwórca roli Dorna – Tomasz Schuchardt. Upiorny doktor przywodzi na myśl postaci faustowskie; kiedy w pewnym momencie udaje mu się przejąć pałeczkę (w tym przypadku piłkę) widownia zamiera poddając się całkowicie jego paskudnemu urokowi. Najsłabsza okazała się rola Maszy w interpretacji Dominiki Kimaty, która ani nie bawi, ani nie rozczula – raczej denerwuje. Być może takie było reżyserskie założenie, jednak Masza wypada na tle całości bardzo sztucznie i mało ciekawie. Skupiając się jednak na pozytywach, nie sposób nie docenić wizualnej oprawy spektaklu. Zarówno kostiumy autorstwa Edyty Stajniak, przypominające, że każdy z bohaterów to papierowa marionetka, jak i scenografia Justyny Elminowskiej, która „upierzyła” ściany salonu, okazały się strzałem w dziesiątkę.

Mewa w reżyserii Sołtysik to wielopoziomowy dramat, którego interpretacja pozostaje otwarta. Komedia kryminalna staje się tu drwiną z psychoanalizy, ta z kolei wiedzie do postmodernistycznej refleksji nad rolą pisarza i jego miejscem w interpretacji dzieła. Całość skupia się na temacie pamięci – to o nią walczą postacie wykrzykując znamienne: To ja jestem mewą!. Mewa, którą zabił Treplew w dramacie Czechowa, urasta w sztuce Akunina do roli przeinaczonego, groteskowego symbolu. Każdy chce być mewą – czymś ponad, czymś co przetrwa i zostanie zapamiętane. Mewą chce być (i jest) każdy z nas – żeby to odkryć, wystarczy pójść do teatru. Zapraszam!


Serie artykułów


Literatura w sieci Portale literackie Tysiące młodych ludzi decyduje się na publikację swoich prac w Internecie. Badając ten fenomen warto przyjrzeć się (również ze strony technicznej) miejscom, w których rodzi się nowa polska literatura.

Nazywam się milijon – potężny digart.pl Digart jest obecnie największym polskim portalem artystycznym, zrzeszającym ponad 200 tys. użytkowników – profesjonalistów i debiutantów – w kategoriach takich jak literatura, malarstwo, grafika, fotografia, rękodzieło, itd. W dziedzinie literatury nie ma ograniczeń – digart zrzesza zarówno poetów jak i prozaików, choć trzeba przyznać, że dział poezji jest o wiele lepiej moderowany. Plusem portalu jest możliwość nawiązania bliskiego kontaktu między użytkownikami, czemu służą komentarze i oceny, forum, „shout”, na którym można porozmawiać na „żywo”, oraz zloty odbywające się w różnych miastach Polski. Z drugiej strony, często spotyka się zarzut dotyczący niemożliwej do przełamania anonimowości użytkowników oraz tworzenia się tzw. „kółek wzajemnej adoracji”, które oceniają swoje prace bardzo wysoko, bez względu na ich artystyczne walory. Największą wadę portalu widać przy publikacji długich utworów prozatorskich. Ich edycja jest czasochłonna i kłopotliwa, a czytanie męczące. Nie da się jednak ukryć, że digart jest znakomitym miejscem na umieszczenie swojego literackiego „portfolio”.

Nie do szuflady – Nieszuflada.pl Nieszuflada.pl to legendarny już i najpoważniejszy serwis dla ludzi piszących poezję. Ze Wstępu na stronie głównej wyczytać można założenie Nieszuflady głoszące: Oto jest miejsce dla tych, którzy nie chcą już swoich wierszy odkładać do szuflad, dla tych, którzy wiersze (…) chcą przeczytać i dla tych, którzy (…) chcą komentować wiersze tych, którzy ich


do szuflad nie odłożyli. W serwisie, działającym od ponad sześciu lat, można znaleźć zarówno debiutantów, jak i znanych poetów. Umieszczając swoje teksty jako użytkownik i mając szczęście, można otrzymać recenzję oraz poradę warsztatową od poetów takich jak Sosnowski, Sommer, Bonowicz, Dehnel czy Różycki oraz zmierzyć się z krytyką Karola Maliszewskiego. Ciekawostką jest możliwość dodawania do każdego publikowanego tekstu pliku w formacie mp3, co umożliwia autorowi umieszczenia utworu w formie czytanej. Wadą Nieszuflady jest interfejs, który dla początkującego użytkownika może okazać się nieczytelny oraz sam tryb umieszczania prac, których nie sposób edytować po publikacji. Nieszuflada w swoim założeniu to warsztaty poezji odbywające się 24 godziny na dobę i pomimo drobnych wad, spełnia tę funkcję bardzo dobrze.

Na dobry początek - Poezja.org Poezja.org. to nazwa myląca, ponieważ to portal zrzeszający zarówno poetów jak i prozaików, na który zarejestrowało się do tej pory ponad 60 tys. użytkowników. Znaleźć w nim można forum dla początkujących, a również dla twórców dobrze władających piórem (także tym wirtualnym). Podział ten umożliwia zarówno bezbolesny start i wyrozumiałe komentarze, a również zmierzenie się krytyką o podniesionej poprzeczce. Ciekawym pomysłem jest stworzenie działu, w którym można uzyskać pomoc w dokończeniu lub edycji tekstu, co pozwala to na ćwiczenia warsztatowe. Ze strony technicznej, Poezja.org działa na zasadach forum ze wszystkimi (technicznymi i wizualnymi) plusami i minusami tego faktu.

Wytwórnia literacka - Fabrica Librorum Kolejną propozycją, na jaką można trafić w sieci jest Fabrica Librorum – portal literacki zrzeszający prawie 10 tys. użytkowników, piszących zarówno poezję jak i prozę. Aby wysłany tekst został opublikowany, musi zostać wcześniej zaakceptowany oraz oceniony wstępnie przez moderatora. Może to trwać, jak informuje wyświetlająca się wiadomość, nawet do kilku dni. Jak wszystkie rozwiązania ma to swoje dobre i złe strony. Z jednej – teksty bardzo słabe nie „zaśmiecają” serwisu, z drugiej – wartość artystyczna jest rzeczą względną, a ocena tekstu, która wyświetla się po publikacji z góry klasyfikuje jego wartość. Dobrym pomysłem jest konkurs na najlepsze teksty miesiąca, które wyświetlają się w osobnej kolumnie, co jest zarówno wyróżnieniem dla ich autorów jak i użytecznym rozwiązaniem dla czytelników. Publi-

kacja na łamach portalu daje możliwość uzyskania rzetelnej oceny swojej twórczości. Użytkownicy to w większości ludzie poważnie podchodzący do sprawy pisania, którzy mają w swoim dorobku publikacje na różnych portalach i forach. Dlatego też Fabrica Librorum to trudne miejsce dla debiutanta, ale szkoła dobrego warsztatu dla osoby myślącej o publikacji. Wszystkie opisane powyżej strony to miejsca, w których publikują ogromne rzesze poetów i prozaików. Dla tych, którzy lubią dyskusję w małym gronie, idealnym wyjściem są prywatne fora internetowe, takie jak Plezatropia Times, Szkicownik, Amarylis, itd. Fora to miejsca, gdzie zazwyczaj wszyscy się znają, co pozwala nawiązać bliskie relacje, ale również (co jest i wadą i zaletą) prowadzi do utraty anonimowości. Na małych forach prowadzonych przez pasjonatów łatwiej o zrozumienie i pomoc. Dobrym pomysłem, do którego zachęcam, jest tworzenie własnych miejsc w sieci – forów, blogów, stron, które ,choć nie mają możliwości konkurowania z wielotysięcznymi społecznościami, pozwalają na indywidualne zaistnienia w sieci i nawiązywanie cennych kontaktów.

Forum i blog – niszowa alternatywa Internet jest potężnym medium, którego siła leży w zaspokajaniu potrzeb każdego użytkownika. Młoda polska literatura wydaje się o tym wiedzieć i korzysta z jego możliwości ze wzmożoną siłą. Portale, fora i blogi oferują młodym o wiele więcej niż dotychczasowe środki przekazu. Myślę, że można to już zapowiedzieć: czekają nas tłuste lata w literaturze. Osobiście, nie mogę się ich już doczekać.


Czytanie na okrągło, czyli o H I P E R T E K S T A C H Wielość rodzajów, technik i możliwości hipertekstu przerasta wszelkie wyobrażenia. Największą zaletą i pokusą cechującą ten gatunek jest swoista „gra” pomiędzy czytelnikiem i samym tekstem.

W 1941 roku Jorge Luis Borges wydał opowiadanie pt. Biblioteka Babel, w którym opisał miejsce gromadzące napisane i nie napisane książki świata - wszystkie możliwe wersje wszystkich możliwych tekstów. Książki, które można w niej znaleźć składają się z bełkotliwych powtórzeń ciągów znaków, pojedynczych zdań i nic nie znaczących fragmentów. Wielu ludzi próbuje odnaleźć księgę, która zawiera wszystkie informacje i dzięki której będzie można rozszyfrować działanie całej biblioteki. Budując mit „wielkiej księgi” Borges wyraża ludzką chęć poznania zasad rządzących światem. Dziś, kiedy papierowe książki zastępują e-booki, podobną tęsknotę odczytać można między wersami hipertekstów.

całości. Za każdym razem wybór należy do czytelnika, który uaktywnia kolejne części tekstu. Odsyłacze zapętają się, można wielokrotnie powrócić do tego samego fragmentu, można też nigdy na niego nie trafić. I tak bez końca. Hipertekst przyjmuje kształt kuli, jest w swoich założeniach nieskończony i „niedopisany”. W afternoon: a story bohater większości wątków - Peter - snuje opowieść o wypadku samochodowym, którego był świadkiem, zastanawiając się, czy ofiarami nie są bliskie mu osoby. Czytelnik do końca nie pozbędzie się niepewności, co naprawdę się wydarzyło. Podążając za wywodem bohatera może się okazać zarówno, że tragedia miała miejsce, jak również, że nigdy się nie wydarzyła.

Co to jest hipertekst?

Papierowy prekursor

W 1987 roku Michael Joyce stworzył pierwszą na świecie powieść hipertekstową pt.: afternoon: a story. Wychodząc z założenia, że czytelnik powinien brać czynny udział w tworzeniu literatury, a autor nie powinien zaprzepaszczać możliwości wielu fabuł wysnuwanych z pierwszego zdania, Joyce opublikował powieść, w której wszelkie decyzje pozostawia czytelnikowi.

Powieści hipertekstowe powstają zazwyczaj w środowisku hipertekstowym, tzn. w specjalistycznych programach stworzonych go generowania tego typu tekstów. Po pojawieniu się w latach osiemdziesiątych, bardzo szybko zaczęły być wydawane na płytach kompaktowych. Wraz z rozwojem Internetu, przedostały się również do sieci. Dziś można je łatwo odnaleźć za pomocą dowolnej przeglądarki internetowej. Choć hiperteksty zostały stworzone do czytania ich na ekranie komputera, można również odnaleźć takie, które funkcjonują w formie papierowej. „Hipertekstem” książkowym jest Gra w klasy Julio Cortázara, która została wydana w 1966 roku, w czasie, kiedy dopiero rodziła się idea hipertekstu.

Chciałem po prostu napisać powieść - stwierdził Joyce - która zmieniałaby się w trakcie lektury, i sprawić by te zmieniające się wersje odpowiadały powiązaniom wewnątrz tekstu, których obecność odkryłem kilkukrotnie w trakcie pisania, chciałem też by czytelnik także odkrył te powiązania. Hipertekst to zbiór krótkich fragmentów, które połączone są ze sobą odsyłaczami. To interaktywny tekst, który rozwija się wraz z chęciami i potrzebami czytelnika. W praktyce, każdy fragment hipertekstu, który wyświetla się na ekranie komputera, zawiera kilka lub nawet kilkanaście linków do kolejnych cząstek

We wstępie do Gry w klasy czytamy: Książka ta zawiera w sobie wiele książek, przede wszystkim zaś dwie książki. Pierwszą należy czytać normalnie, a kończy się ona na rozdziale 56, pod którym znajdują się trzy ozdobne gwiazdki równoznaczne ze słowem „koniec”, w konsekwencji czego czytelnik bez wyrzutów sumienia może zrezygnować z dalszego ciągu.


Drugą należy rozpocząć od rozdziału 73, czytając w dalszym ciągu według numerów, które są zaznaczone pod każdym rozdziałem w nawiasach. Tekst Cortázara nazwano pierwowzorem powieści hipertekstowej. To do niej odnosiły się pierwsze komputerowe powieści takie jak afternoon: a story Joyce’a, Portal Roba Swigarta czy pierwsza powieść hipertekstowa dla dzieci - Inigo Gets Out Amandy Goodenough.

Polskie hiperteksty z klasą Pierwszą polską powieścią hipertekstową jest Blok Sławomira Shutego stworzony w 2006 roku, dostępny pod adresem internetowym http://www.blok. art.pl/. Tekst urozmaicają charakterystyczne rysunki Marcina Maciejowskiego. Po kliknięciu na okładkę oczom czytelnika ukaże się spis lokatorów tytułowego bloku. Wędruje on przez kolejne mieszkania, historie, sytuacje, krążące plotki, które pozwalają nam poznać bohaterów bloku z wielkiej płyty. Pomimo małych wad technicznych (w niektórych fragmentach nie można wrócić do poprzedniej strony, tekst nie posiada również mapy), powieść Shutego zasługuje na uznanie. Wart opisania jest również Koniec świata według Emeryka Radosława Nowakowskiego, który został wydany przez korporację Ha! Art w 2006 roku w formie płytowej. Wytrwali poszukiwacze znajdą ją na półkach księgarń lub na stronie wydawnictwa. Fabuła powieści opiera się na legendzie Emeryka - figury pielgrzyma z Gór Świętokrzyskich, który co roku przesuwa się o jedno ziarenko piasku ku Świętemu Krzyżowi. Podanie głosi, że kiedy Emeryk dojdzie do kościoła nastąpi koniec świata. Powieść skupia się właśnie na tym, docelowym dniu, który przedstawiany jest z różnych perspektyw. Nowakowski, jako długoletni już twórca liberatury potrafi doskonale posługiwać się technikami tworzenia hipertekstu. Jego powieść charakteryzuje się co prawda skromnymi graficznie środkami, ale jako całość prezentuje się znakomicie Innymi polskimi hipertekstami godnymi uwagi są: Tramwaje w przestrzeniach zespolonych dr. Muto, Gmachy Trwonienia Czasu xnauty, czy Czary i mary Anny Kamińskiej.

Post scriptum Na początku artykułu pisałam o Bibliotece Babel. Borges najprawdopodobniej nie spodziewał się, że książki, które znajdują się w jego fikcyjnej bibliotece mogą faktycznie zaistnieć w rzeczywistości. O ile w wersji książkowej, byłoby to trudne, o tyle cyberprzestrzeń stwarza idealne warunki do takich eksperymentów. Podczas „podróżowania” w sieci odnalazłam Księgę słów wszystkich (http://www.linko.pl/ksw1/ opis.html) Józefa Żuka Piaskowskiego, która zawiera wciąż aktualizowany zbiór zawierający wszystkie możliwe słowa zapisane w alfabecie łacińskim. Moje nazwisko – Piecuch znajduje się na stronie 22576474, w rozdziale 7. Pisanie o hipertekście jest zajęciem niezmiernie trudnym. Wielość jego rodzajów, technik i możliwości przerasta wszelkie wyobrażenia. Największą zaletą i pokusą cechującą ten gatunek jest swoista „gra” pomiędzy czyetnikiem i samym tekstem. Dlatego też wydaje się, że powieści hipertekstowe i inne rodzaje cybertesktów za niedługo staną się bardzo poważną częścią polskiej literatury.


L I B E R A T U R A czyli totalna strona Literatury Piszę ten tekst w programie Microsoft Word, czcionką rozmiaru 12 (około 90 znaków w wersie, blisko pięć tysięcy na stronie), interlinia jest pojedyncza, a tło białe. Kiedy zostanie opublikowany, wszystkie powyższe parametru ulegną zmianie. Czy będzie to miało wpływ na treść artykułu?

Może się wydawać, że takie rozważania nie mają żadnego sensu. Głęboko w naszej podświadomości tkwi przekonanie, że tekst jest ważny sam w sobie, w swojej treści, w zapisie. Kiedy wyobrażamy sobie książkę, ma ona kształt bryły – prostopadłościanu wypełnionego białymi kartkami, zadrukowanymi jednolitą czcionką, oprawionymi w twardą lub miękką okładkę zawierającą informację dotyczącą tytułu i autora. Twórcy liberatury, nowego – jak chcą niektórzy, czwartego – rodzaju literackiego, uważają, że tekst jest nierozerwalnie związany z formą, w jakiej został przedstawiony.

Liberatura totalna Liberatura (łac. liber – książka, wolny) to rodzaj literatury, w którym tekst i jego materialna forma (okładka, czcionka, rozmiar, kształt) stanowią integralną całość przekazującą znaczenie. Samo pojęcie zostało użyte po raz pierwszy w 1999 roku, podczas Wystawy Książki Niekonwencjonalnej zorganizowanej w Bibliotece Jagiellońskiej. W tym samym roku Zenon Fajfer opublikował w „Dekadzie literackiej” artykuł pt. Liberatura. Aneks do słownika terminów literackich. W swoim tekście, który został uznany za pierwszy liberacki manifest, postulował, aby zwrócić uwagę na potencjał literatury tkwiący w samej budowie książki i sposobie jej wydania. W kolejnym artykule pt. Liberatura czyli literatura totalna Fajfer zaprzeczył potrzebie budowania archetypu mitycznej „Wielkiej Księgi”: To nie musi być, jak marzyli niektórzy, Księga ogarniająca cały świat, ale niech to przynajmniej będzie Księga ogarniająca całą... księgę, w której wszystkie elementy – nie tylko tekst – będą mieć znaczenie.

Historia liberatury, jak chcą jej twórcy, sięga początków samej literatury. Nie sposób stwierdzić, kiedy powstał pierwszy tekst tego rodzaju. Uważa się, że dzieła takie jak: Rzut kośćmi S. Mallarmégo, Tristram Shandy L. Sterne’a, Małżenstwo Nieba & Piekła Blake’a, czy Finnegans Wake J. Joyce’a, a również niektóre dzieła Wyspiańskiego to teksty, które w swoim założeniu są liberackie. Wszyscy powyżsi autorzy skupiali się na formie wydania swoich utworów, która miała „podążać” za tekstem i odkrywać jego nowe sensy. Przykładowo, Rzut kośćmi Mallarmégo to poemat, w którym treści zawarte w tekście oddaje dosłownie, lub przenośnie, wielkość i rozmieszczenie czcionki (pionowe, poziome, skośne) i ilość tekstu na stronie (od stron zapełnionych drobnym maczkiem po kartek pustych). Poemat francuskiego poety przypomina tym samym słowa, które rozrzucane są po stronach jak kostki do gry.

Wybryki liberackiej natury Mając do dyspozycji nowoczesną technologię, współcześni liberaci nie tylko powtarzają gesty wcześniejszych twórców, ale idą o krok dalej. W 2000 roku, Zenon Fajfer i Katarzyna Bazarnik wydali książkę pt. Oka-leczenie, która szybko stała się sztandarowym tekstem liberackim. Fajfer w artykule zamieszczonym w „Ha!arcie” tak opisuje swoje dzieło: W książce tej istnieją dwa rodzaje tekstu: widzialny i niewidzialny. Widzialny przejawia się na kilka sposobów (…). Po odczytaniu pierwszych liter słów tekstu widzialnego (…) ukaże się tekst niewidzialny. Z niego w analogiczny sposób wyłoni się kolejna warstwa, a potem następne, aż do poziomu najniższego/najwyższego, tworzonego przez jedno słowo. Słowo to emanuje z


siebie nowy tekst (Nie(o)pisanie Literatury, „Ha!art” 2003 2 (15)). Książka duetu Fajfer/Bazarnik składa się z trzech części. To właściwie trzy książki, które połączone są jednym grzbietem. Część środkowa symbolizuje trzecie oko – dar egipskiego bóstwa Ra – tylko dzięki niej można odkryć sens całości. Nie można jednak zapomnieć, że już sam trójksiąg niesie w sobie symbol jedności i harmonii. Otwierając tę przedziwną konstrukcję znajdziemy treść przedstawioną w fascynujący sposób. Oka-leczenie wypełnia nie tylko standardowy tekst, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, ale również rebusy, kalambury, anagramy czy kaligramy (obrazy złożone ze znaków pisma). Autorzy dzięki tym zabiegom ukazują czytelnikowi (a raczej badaczowi książki) przewrotność, a przede wszystkim tekstowość (przekonanie, że świat składa się z tekstów kultury) wszystkiego co nas otacza. Kolejną książką, którą można polecić czytelnikowi mającemu ochotę na mocne liberackie wrażenia jest Ulica Sienkiewicza Radosława Nowakowskiego powstała w 2003 roku. Zaprasza ona (dosłownie i w przenośni) na przechadzkę po najdłuższej kieleckiej ulicy. Strony tej księgi posklejane są w jeden długi dziesięciometrowy pas. Po rozłożeniu po obydwu stronach ulicy wyłaniają się papierowe kamienice przypominające dziecięce bajki, w których tektura układa się w „trójwymiarowe” obrazy. Po tomie wędrujemy jak turysta, który zabłąkał się w Kielcach i przechadza się, obserwuje, bada, kojarzy budynki. Każda kamienica jest obleczona i „zawinięta” tekstem; języki (polski, angielski, japoński, itd.) plączą się ze sobą; tekst płynie, kluczy, wraca, drepcze jak stopy przypadkowego przechodnia. Z kolei Świątynię kamienia Andrzeja Bednarczyka nazwać można (za autorami strony Liberatura.pl) – liberackim skarbem. Czytelnik dostaje do rąk tekturowe pudełko skrywające książkę oprawioną w betonową okładkę. Po otwarciu księgi okazuje się, że w samym środku wcięty jest otwór, w którym umieszczono mały kamień. Książkę wypełnia papier fotograficzny – tytułowy kamień otaczają obrazy, a również krótkie wiersze (jak okruchy języka) wydrukowane na mlecznym, pergaminowym papierze. Tytuły kolejnych wierszy układają się w całość: Aniołowie / Ukryci / W gęstej mgle / Szepczą mi / Do ucha / Ciszę. Na końcu faktycznie tkwi niezmącone milczenie – kamień, centralna część poematu.

Centrum Literatury Niestety, książki liberackie krążą zazwyczaj w kilku egzemplarzach, trafiając do krewnych i znajomych ich autorów. Najlepszym sposobem, aby zobaczyć, dotknąć i doświadczyć, a przede wszystkim poczytać liberaturę, jest udanie się do krakowskiej Czytelni Liberatury (ul. Karmelicka 27). Powstała ona w 2002 roku przy Bibliotece Sztuki Małopolskiego Instytutu Kultury z inicjatywy Katarzyny Bazarnik i Zenona Fajfera. Innym, wirtualnym sposobem poznania tematu jest wizyta na stronie www.liberatura.pl, na której znaleźć można m.in. filmy przedstawiające najciekawsze teksty liberackie. Małopolski Instytut Kultury organizuje także spotkania poświęcone temu nowemu rodzajowi literatury (www.mik.krakow.pl). Na początku artykułu zadałam pytanie o zmienność tekstu w zależności od formy, w jakiej zostaje on podany. Najlepszą odpowiedź stanowi fragment tekstu Zenona Fajfera pt. Liberatura czyli literatura totalna, który jako pointa, wydaje się najlepszym określeniem idei literatury: Już raz to drukowałem, jeszcze w zeszłej dekadzie. Ale wtedy to było inną czcionką, dwuelementową. Teraz będzie czcionką jednoelementową, a więc właściwie nowy tekst. Zmiana czcionki dwuelementowej na jednoelementową to różnica niemal tak poważna jak zmiana płci. (…) Zmienił się też format, rodzaj papieru i ilustracje, tutaj te same słowa zupełnie inaczej oddychają (…), jest także sporo nowych słów, a niektórych już wcale nie ma, bądź są poprzestawiane. Tak więc, Drogi Czytelniku, jeśli nawet wydaje Ci się, że ‘już to gdzieś czytałeś’, zapewniam Cię, że nie czytałeś tego nigdy.


Poeci pokolenia „bruLionu” Marcin Świetlicki Trzeba to stwierdzić: czołowy czterdziestoletni chłopiec poezji polskiej zaczyna dorastać. Może się okazać, że przerośnie jeszcze wszelkie oczekiwania. Marcin Świetlicki to urodzony w 1961 roku poeta, pisarz, piosenkarz i performer. Z pochodzenia lubliniak, od 1980 mieszka w Krakowie. Jest laureatem licznych nagród i wyróżnień poetyckich, m.in. nagrody Fundacji im. Kościelskich (1996) i Paszportu Polityki (którego nie przyjął). Świetlicki ma to szczęście (względnie nieszczęście), że zawsze znajduje się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie. Dzięki temu stał się na początku lat dziewięćdziesiątych twarzą „bruLionu”. Również z tego powodu w szóstym roku nowego tysiąclecia został okrzyknięty nowym „Panem Cogito”. Ale zacznijmy od początku.

Debiut po fakcie ‘89 Marcin Świetlicki zadebiutował w 1978 roku w tygodniku „Radar”. Jego pierwsze teksty nie zostały zauważone. Publikacje w „Akancie” również przeszły bez echa. Za poważny początek jego kariery literackiej można uznać współpracę przy tworzeniu czasopisma „Na Głos”, oraz publikacje w „Tygodniku Literackim” i „Po prostu”. Piotr Bratkowski nazwał go debiutem literackim dwudziestolecia. Jednak prawdziwy sukces przyniosła Świetlickiemu działalność w „bruLionie”, z którym kojarzony jest do dzisiaj. Współpraca z Krzysztofem Tekielim zaowocowała w 1992 roku tomikiem Zimne kraje. Wydając książkę, trzydziestoletni Świetlicki był już rozpoznawalnym twórcą, a wręcz gwiazdą krakowskiego salonu literackiego. Kluczowy wiersz tomu: Dla Jana Polkow-

skiego stał się manifestem nowej poezji, nawołującej do odrzucenia kultu historii, polskiego mesjanizmu, a przede wszystkim wieszczyzmu i profetyzmu postawy poetyckiej. Hasło, które głosiła poezja Świetlickiego można ująć słowami: indywidualizm za wszelką cenę. Tu pojawił się paradoks, który będzie towarzyszył Świetlickiemu w jego poetyckich dokonaniach. Nawołując do indywidualizmu i będąc skrajnym indywidualistą, poeta został włożony do szufladki wieszcza nowego pokolenia – niepokornego, anarchistycznego i apolitycznego guru, otoczonego tabunem wdzięcznych „groupies”. Sam Świetlicki, po latach, w jednym z wywiadów tak mówił o swoim debiucie: Ja zadebiutowałem w czasie zmian ustrojowych, kiedy było zapotrzebowanie na nową literaturę, no więc nieszczęśliwie zapamiętano właśnie mnie. Gdybym zaistniał dziesięć lat wcześniej lub później, co mogłem zresztą zrobić, to zapewne nikt by mnie nie zauważył.

Publiczny poeta W 1992 roku do Krakowa przyjechał Czesław Miłosz. Odbyło się spotkanie, podczas którego Świetlicki z utworzonym naprędce zespołem muzycznym, śpiewał (jak sam określa „wrzeszczał”) swoje wiersze. Co prawda zarówno szacowny noblista, jak i obecna na spotkaniu przyszła noblistka – Szymborska nie byli szczególnie zachwyceni występem, trzeba zaznaczyć, że tak właśnie powstała istniejąca do dziś grupa Świetliki. Pierwszy album został wydany w 1993 roku pod kontrowersyjnym tytułem Ogród koncentracyjny. W


1994 roku Świetliki wystąpiły podczas Festiwalu w Opolu. Pozycję zespołu ugruntowała wydana w 1996 roku druga płyta pt. Cacy cacy fleischmaschine, która otrzymała nominację do nagrody Fryderyk’96 w kategoriach: muzyka alternatywna i piosenka poetycka. Przez cały czas Świetlicki pisał i wydawał nowe lub przerobione tomiki, pracował jako korektor w „Tygodniku Powszechnym”, a również, wraz z Grzegorzem Dyduchem (gitarzysta „Świetlików”) prowadził program kulturalny „Pegaz” na antenie Telewizji Polskiej. Do tak szerokiego repertuaru zajęć, Świetlicki dodał w 2002 roku pisanie powieści kryminalnych. Tu pojawił się kolejny paradoks, zauważony przez Pawła Dunina-Wąsowicza: Marcin wyznający w swoich wierszach prawo do prywatności, stał się jednym z najbardziej publicznych poetów w polskiej literaturze. Paradoksalnie, sukces materialny i rozgłos przyniósł rozczarowanie fanów. Świetlicki do tej pory był odbierany jako sympatyczny buntownik o dekadenckim sposobie bycia, nie stroniący od używek oraz kontrowersyjnych wypowiedzi. Ten wizerunek przyniósł również „Marcin” – bohater wierszy, którego czytelnicy zwykli łączyć jednoznacznie z samym poetą. Fani oczekiwali od Świetlickiego postawy skrajnego indywidualisty również w sferze kontaktu z mediami i kwestiach zarobkowych. Na tym polu powstał zgrzyt. Sam Świetlicki nigdy nie krył swojej fascynacji kulturą masową. W jednym z wywiadów powiedział: „Pisząc wiersze, jestem zawsze w kontakcie z kulturą wysoką. Jednocześnie mentalnie jestem przedstawicielem kultury niskiej i właśnie z tego spięcia robi się poezja”. „Wytwarzanie” poezji opartej na „chodnikowym” języku zaczerpniętym z ulicy i kultury popularnej to najważniejsze cechy twórczości Świetlickiego.

W sumie dekadent, ale po stronie wartości Skończyło się dzieciństwo. Baczność – mówi Pani. Napiszemy felieton do kolorowego pisemka. To doprawdy jest zajęcie dla prawdziwych mężczyzn. I poprowadzimy telewizyjny program kulturalny. Mieliśmy tonąć, jednak utrzymamy się na powierzchni. I skończyło się dzieciństwo. (M. Świetlicki, Baczność!)

Dzieciństwo skończyło się wraz z latami dziewięćdziesiątymi. Zaczęli się pojawiać młodzi poeci, którzy odnosili się w stosunku do Świetlickiego tak, jak on dziesięć lat wcześniej odniósł się do Polkowskiego. Nastąpił kres dominacji młodych spod znaku „bruLionu”. Tadeusz Dąbrowski, poeta, który niedawno pisał pod wpływem twórczości Świetlickiego, stwierdził, że jego poezja (nowy tomik) nie pozwala na konstatację, jakoby (…) skończył się jako poeta, ale nie pozwala też spodziewać się, że jeszcze się rozwinie. Wojciech Wencel przedstawił sprawę jasno: Wiem (…), że młode środowisko literackie uważa go za blednącą gwiazdę. „Świetlickość” naturalną koleją rzeczy stała się kategorią ze słownika badaczy literatury i tematem z podręczników szkolnych. Pozostając przy tym, Świetlickiego można określić jako ciekawe zjawisko, co prawda nie pozbawione wielkiego talentu, ale jednak przebrzmiałe i trącące myszką.

Świetlicki reaktywacja A jednak nastąpił fakt (właściwie artefakt), który całą sytuację wywrócił do góry nogami. W 2006 roku, Marcin Świetlicki wydał kolejny tomik, w którym ukazał się ze swojej zupełnie innej strony. W Muzyce środka poeta bierze na tapetę swoje dotychczasowe dokonania, postawy twórcze a nawet głównego bohatera poezji – „Marcina”. Poezja ta pozbawiona jest charakterystycznej dla wcześniejszego „Świetlickiego” zadziorności i buntu czy zgrywania się. Gest sprzeciwu zostaje sprowadzony do słów: I tak już można w nieskończoność, bardzo dziękuję. Wydaje się, że tomik jest zapowiedzią nowego początku. Tym śladem idzie w swojej recenzji Piotr Śliwiński, który nazywa Świetlickiego Panem Cogito nowej rzeczywistości. Może porównanie do Herberta nie jest nazbyt trafione, ale możliwe jest, że to ono wyznacza nową drogę rozwoju poety. Trzeba to stwierdzić: czołowy czterdziestoletni chłopiec poezji polskiej zaczyna dorastać. Może się okazać, że przerośnie jeszcze wszelkie oczekiwania.


Jacek Podsiadło Jacek Podsiadło: Lepiej liczyć na cud niż matematykę, liczbę popleczników, wielkość elektoratu i własną małość. Lepiej być marzycielem niż ciemiężycielem. Głodnym, ale swobodnym.

Jacek Podsiadło to urodzony w Szewnie poeta, prozaik, felietonista i tłumacz. W latach dziewięćdziesiątych współpracował z ruchem „Wolność i Pokój”, od 1991 roku publikował w „bruLionie”. Jest laureatem wielu nagród, m.in. nagrody im. Georga Trakla (1994), Nagrody Kościelskich (1998), nagrody Czesława Miłosza (2000). Trzykrotnie nominowano go do nagrody literackiej Nike.

Życie przez pisanie

Podsiadło spędził swoje młode lata w niewielkiej miejscowości o nazwie Szewno położonej koło Ostrowca Świętokrzyskiego. Początkowo nic nie zapowiadało, że stanie się on jednym z najważniejszych twórców pokolenia „bruLionu”. Z powodu kłopotów ze szkołą (spowodowanego raczej opuszczaniem lekcji niż brakiem zdolności) Podsiadło zakończył edukację na drugiej klasie liceum. Zaczął pracę w ostrowieckiej hucie, jednak już w połowie lat 80-tych wyruszył na włóczęgę po Polsce, imając się dorywczych zajęć (bywał m.in. stróżem nocnym na budowach). W latach dziewięćdziesiątych rozpoczął współpracę z anarchistyczno-pacyfistycznym ruchem „Wolność i Pokój”. Obrona praw człowieka i działalność proekologiczna szerzona przez organizację ugruntowały światopogląd poety. Tematy te pojawiają się w jego twórczości po dziś dzień. Pierwsze tomiki pt. Nieszczęście doskonałe i W lunaparkach smutny, w lupanarach śmieszny przyniosły Podsiadle względne uznanie, które w 1991 roku zaowocowały publikacjami w najważniejszym w tamtych czasach czasopiśmie młodych - „bruLionie”. W bibliotece tego czasopisma poeta wydał tomy pt. Wiersze wybrane


1985-1990, Arytmia, Języki ognia oraz Niczyje, boskie. Podsiadło rozpoczynał współpracę z Tekielim, kiedy „bruLion” propagował hasła anarchistyczne. Jednak już około 1992 roku pismo zaczęło zmieniać front – stając się konserwatywnym medium katolickim. „BruLion” rozpoczął akcję wytykania grzechów polskim literatom, która dotknęła również Podsiadłę. Wojciech Wencel recenzując jeden z tomów poety apelował: Spytajcie Jacka Podsiadły, co zrobił swoim bliskim. Policzcie mu żony i sprawdźcie, co robią jego dzieci. W 1994 roku poeci urodził się syn – Dawid. Przyszedł czas na zmiany, zarówno te życiowe jak i poetyckie. Z niezależnego włóczęgi, Podsiadło stał się ojcem samotnie wychowującym dziecko. W 2000 roku Podsiadło został felietonistą „Tygodnika Powszechnego”. Napisał również przewodnik po Wilnie wydany przez wydawnictwo Pascal. Obecnie mieszka w Opolu, gdzie prowadzi (z przerwami) audycję „Studnia” w Opolskim Radiu. Pisanie przez życie Poezja Jacka Podsiadły utkana jest z cytatów, które czerpie zarówno z poetyki swoich poprzedników, jak i z obserwacji życia codziennego. Najważniejszymi źródłami inspiracji Podsiadły wydają się: poetyka szkoły nowojorskiej (m. in. O’Hara), barokowość, twórczość pokolenia ’68 (w szczególności lingwizm Stanisława Barańczaka) i „życiopisanie” Edwarda Stachury. Jak pisze w swoim szkicu Karol Maliszewski, Podsiadło w swojej poezji zapożycza się na prawo i lewo – od Wojaczka do Miłosza (…) – karmi się

wtrętami, cytatami i różnego rodzaju aluzjami kulturowymi (…) lecz nie czyni tego dla popisu i kpiny, ale żeby przez tę mozaikową strukturę (…) wypowiedzieć prawdę czasu, własną prawdę, prawdę świata w strzępach. Siła tej poezji tkwi właśnie w mozaikowatości, w wyważaniu domieszek, w bilansowaniu słów. Podstawy światopoglądu poety stanowią „rzeczy” najważniejsze, zapisywane w jego wierszach zawsze z dużej litery: Ojciec, Matka, Miłość, Chleb, Droga. Bardzo mocno odbija się w nich podobieństwo do stachurowego „życiopisania” - wędrowania i pisania przez życie. Z drugiej strony poezję Podsiadły cechuje niepewność współczesności i afirmacja skrajnego indywidualizmu, która wydającego się być jedynym remedium na świat. Sam poeta pisał: „nie rozumiem tego, że ludzie się wstydzą swojej prywatności”. Właśnie prywatność i częściowa samotność daje schronienie i zapewnia spokój. Nie chodzi tu jednak o ukrywanie podmiotu autorskiego i alienację. Podsiadło bardzo mocno akcentuje „swojość” bohatera poezji, w której trudno o mówieniu o podmiocie lirycznym do tego stopnia, że postacią występującą w jego wierszach wydaje się być on sam - JacPo (poeta używa tego skrótu). Zaproszenie do „świata” autora jest gestem terapeutycznym, a sama „wizyta” to terapia, której nie można się oprzeć.


Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki to urodzony w 1962 roku poeta i felietonista. Studiował w Lublinie, obecnie mieszka w Warszawie. Laureat m.in Nagrody im. Kazimiery Iłłakowiczówny, a w roku 2006 Nagrody Literackiej Gdyni za tomik Dzieje rodzin polskich. Wielokrotnie nominowany do Paszportu Polityki. Przygoda z poezją zaczęła się dla Tkaczyszyna podczas studiów (polonistyka w Lublinie), kiedy wraz z Andrzejem Niewiadomskim założył grupę literacką „Kresy”. Jej działalność polegała na początku na wzajemnym wspieraniu się w drodze ku poważnemu debiutowi. Faktycznie, obydwaj zaczęli rozsyłać swoje teksty, doczekali się również pierwszych publikacji. Później grupa, zrzeszająca już kilku członków, postanowiła wydać czasopismo. Pierwszy numer ukazał się w 1989 roku. Arkadiusz Bagłajewski – redaktor naczelny „Kresów” tak wspomina współpracę z poetą: kiedy jeszcze mieszkał w Lublinie, chyba do 1991 roku,(…) przychodził na zebrania, dostarczał teksty, pomagał w (…) pracach redakcyjnych. To właśnie „kresowym” sumptem, w 1990 roku został wydany pierwszy tomik poety pt. Nenia i inne wiersze. Po opuszczeniu Lublina, Tkaczyszyn dalej utrzymywał kontakt z redakcją, przesyłając do niej listy, umieszczane w rubryce „Poczta kresowa”. Zostały one złożone w całość i pojawiły się jako książka pt. Zaplecze w 2002 roku. Kolejne tomiki poetyckie Dyckiego pojawiały się średnio raz na dwa lata (ostatni w 2008 roku). ugruntowując jego pozycję na rynku wydawniczym. Krytyka uznaje, że on jednym z najbardziej utalentowanych, poetów urodzonych w latach sześćdziesiątych. Dycki urodził się w Wólce Krowickiej, koło Lubaczowa, blisko granicy polsko-ukraińskiej. Dorastanie w na pograniczu kultur (i języków) bardzo mocno zaważyło na jego twórczości poetyckiej. Pierwszą książkę w języku polskim przeczytał dopiero w wieku 16 lat. Jego twórczość bardzo mocno wiąże się z tematem kresowości, jak stwierdził Karol Maliszewski z „regionalizacją”. Czytając jego wiersze jak mapę, można pojechać „w ciemno” w okolice Lubaczowa i bez trudności odnaleźć wszystkie miejsca, które opisał, a raczej którymi posługuje się w opisywaniu swojego świata. Paradoksalnie, mieszkając w Warszawie, Dycki wciąż wraca w swojej twórczości do miejsc, w których dorastał, jakby nie potrafił „opowiadać” o niczym innym. Mały- wielki dramat zwany życiem,

odbywa się właśnie tam, wśród znajomych domów, przyrody i ludzi. Kolejną dominantą tej poezji jest choroba i śmierć, która dotyka rodzinę i przyjaciół poety. Wspominani w wierszach: chora psychicznie, umierająca matka i zmarły przyjaciel - Leszek, pojawiają się w poezji Dyckiego jako temat obsesyjny. Dla ich powolnej agonii, upokorzenia i bezsilności poeta nie znajduje łagodnych słów pocieszenia. Opisy są brutalne, wręcz turpistycznie, czasem nawet przerażające, bardzo mocno oddziałują na wyobraźnię czytelnika. Przerażony jest, obok czytelnika, sam podmiot liryczny, który najbardziej w swoim życiu obawia się właśnie śmierci i poprzedzającego ją upadku (zarówno fizycznego jak i psychicznego). Wierząc w życie pozagrobowe a zarazem mając świadomość swojej grzeszności (z którą nie potrafi walczyć) obawia się potępienia. Świadomość podmiotu zostaje rozdarta (podobnie jak to miało miejsce w poezji barokowej) na dwie części: wiarę w Boga miłosiernego i karę Boga sprawiedliwego. Ludowe przesądy, mieszają się w poezji Dyckiego z pogłębioną filozofią wiary. Czytelnik nie otrzymuje żadnej pomocy w rozwikłaniu gordyjskiego węzła splątanych pytań. Rola podmiotu polega na zasianiu niepewności. Dalej każdy człowiek, musi wybierać i odpowiadać sobie sam. Twórczość Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego trudno połączyć z którąkolwiek z grup literackich. Wiekowo przynależy do „brulionowców”, wśród nich zazwyczaj jest wymieniany. Sam jednak nie czuje się z nimi związany. Trudno też dopasować jego poezję do podziału barbarzyńcy-klasycyści, który stworzył na początku lat dziewięćdziesiątych Karol Maliszewskiego. Tkaczyszyn wymyka się wszelkim osądom i szufladkom. Obsesyjnym tematem staje się śmierć, przemijanie, choroba psychiczna, grzech. To wszystko poeta doprawia nutką barokowej niepewności. Pomimo to, że Dycki porusza kwestie ontologiczne, nie można powiedzieć, że jego poezja jest religijna, w znaczeniu, jakim określenie to przynależy się twórczości na przykład Wojciecha Wencla. „Religijność” tej poezji polega na ciągłym spieraniu się z Absolutem, które można porównać do walki Jakuba z Aniołem. Wiadomo z góry, że zostanie ona przegrana. Z drugiej strony wartością staje się nie bliski kontakt z Bogiem, ale sama próba zbliżenia się do kwestii najważniejszych.


Andrzej Sosnowski

Interpretacja poezji Andrzeja Sosnowskiego to jedno z najtrudniejszych zadań dla krytyka. Niewielu wyichodzi z tego starcia zwycięsko, ponieważ pisać o Sosnowskim, to jak „tańczyć o architekturze”. Andrzej Sosnowski to poeta, tłumacz, redaktor „Literatury na świecie”. Urodził się w 1959 roku w Warszawie, tam też ukończył studia - filologię angielską (Uniwersytet Warszawski). Jest laureatem m.in. Nagrody Kościelskich (1997), nagrody miesięcznika Odra (1997) oraz Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius (2008), za swój ostatni tomik „Po tęczy”. Początek problemów Andrzej Sosnowski zadebiutował tomikiem Życie na Korei w 1992 i od tego momentu polska literatura zyskała trudny orzech do zgryzienia. Karol Maliszewski, recenzując pierwszy tomik poety, nie krył zdumienia i bezradności: Jeszcze nigdy nie napotkałem takich trudności. Chciałem coś o tych wierszach, a nie mogłem. Choć od debiutu minęło blisko dwadzieścia lat, krytycy interpretując tę poezję napotykają na mur nie do przebycia. Sosnowski kpi, ironizuje, udowadnia wszechobecność intertekstualności, demontuje język, a przede wszystkim wytrąca pióro z rąk krytyków. Początek lat dziewięćdziesiątych – a więc boom na rynku literackim, działalność „bruLionu” i innych nowych grup literackich – przepełniała chęć stworzenia nowego modelu literatury. Powoli, z opóźnieniem docierały hasła feminizmu i poststrukturalizmu, rozgorzały dyskusje o wadze tych zjawisk w kraju nad Wisłą. Debiut Sosnowskiego, który już w swoim pierwszym tomiku zasygnalizował skrajną zmianę dykcji poetyckiej, okazał się przełomem w całej literaturze. Okazało się, że czytelnicy (profesjonaliści oraz laicy) nie posiadają narzędzi do interpretacji nowej poezji. Stąd też historia twórczości Andrzeja Sosnowskiego stała się po części historią krytyków, którzy starali się znaleźć odpowiedni język, którym o tej twórczości można mówić. Słowo (nie)rozbrojone Dwa lata po Życiu na Korei przyszedł moment na kolejny tomik – Sezon na Helu (1994) Pojawia się w nim, tak charakterystyczny dla Sosnowskiego, temat zawieszenia człowieka – podmiotu lirycznego w bezmiarze czasu. Uprawiając „herezję parafrazy” można stwierdzić, że poecie idzie o oddanie sprzeczności – z jednej strony czas ogranicza człowieka, wkłada go w sztywne ramy – z drugiej, sam czas jest zjawiskiem nieuchwytnym i niemierzalnym, a więc nieograniczonym. Poezja Sosnowskiego usiana jest takimi paradoksami, które mają za zadanie wytrącić czytelnika z rutyny. Ten

gest, znany zresztą już od starożytności, to podstawowa zasada konstrukcyjna liryki – funkcja poetycka. Jednak Sosnowski idzie w swoich tekstach o krok dalej, bowiem przełamuje granice języka, deszyfruje kod, którym się posługujemy, w końcu rozbraja nie tylko składnię, ale i pojedyncze słowo, a czasem nawet poszczególne morfemy. Stąd też, pojawiająca się już od początku jego twórczości dyskusja z poezją Arthura Rimbauda – dziewiętnastowiecznego reformatora języka poetyckiego. Kolejne tomiki: Oceany (1996), Cover (1997), Stancje (1997), Zoom (2000), Wiersze (2001), Taxi (2003), Gdzie koniec tęczy nie dotyka ziemi (2005) i Po tęczy (2007), stanowią dramatyczną walkę o uwolnienie słowa, albo, jak chcą niektórzy krytycy, o spętaniu go na nowo i umieszczenie w nowym więzieniu. Jest to najbardziej widoczne w poemacie „Zoom”, w którym, jak w kołowrotku wciąż pojawiają się te same zwroty, które przez powtórzenie uwalniają (lub więżą) kolejne, niezliczone sensy. Postmoderna Sosnowski w pewnym momencie swojej twórczości został zaszufladkowany jako poeta postmodernistyczny. Faktycznie, jego poezja spełnia wszystkie wyznaczniki, których wymaga się przy postmodernistycznej klasyfikacji: łączy intertesktualność z lingwizmem, korzysta z różnych tradycji literackich, rozpoczyna grę z czytelnikiem oraz z konwencjami. Sam poeta jednak, nie uważa się za postmodernistę, odrzuca wszelkie podziały, które, same w sobie nie są zgodne z jego programem artystycznym. Stąd też kolejne trudności dla krytyki, która na oślep stara się dotrzeć do sensu i założeń tej poezji. Najciekawszą próbę interpretacji twórczości Sosnowskiego stanowi książka pt. „Lekcja żywego języka. O poezji Andrzeja Sosnowskiego” pod redakcją Grzegorza Jankowicza. Jednak i tu nie ma mowy o dokładnych interpretacjach, mocnych sądach i pewności. „Lekcja żywego języka” staje się nie tyle świadectwem siły poezji warszawskiego poety, ale raczej bezsilnego uporu krytyki, dążącej do znalezienia skrzynki narzędzi, którymi można „rozbroić” Sosnowskiego. Czytanie poezji Andrzeja Sosnowskiego jest podobne do rozwiązywania zagadki kryminalnej. Jednak „śledztwo” nie zakończy się rozwiązaniem sprawy, a czytelnik nigdy nie odkryje sensu „zdarzanego się” słowa.


Działalno MINES


ość Grupy STREAM


M I N E S T R E A M Z LITERATURĄ NIE JEST ŹLE -Chodzi o to, żeby czerpać z literatury radość, żeby cieszyć się faktem czytania i pisania, bez względu na rzemiosło i genetycznie obciążoną mesjanizmem polską tradycję literacką. Skoro Barthes już dawno zabił autora i kazał nam cieszyć się z pisania, dlaczego nie zacząć od dziś i nie urządzić sobie małego danse macabre? – pyta Jakub Minestream, twórca projektu awangardy zaangażowanej – MINESTREAM.

Wszystko zaczęło się 30 stycznia 2009 roku, kiedy podczas towarzyskiego spotkania padł pomysł stworzenia czegoś nowego w literaturze. Zaczęło się od zabawy: – Rozmawialiśmy o poezji i prozie po ’89 i nagle uderzył nas (tzn. mnie i K.) fakt, że przecież Internet wchłania wszystko i bez problemu można stworzyć nowy manifest, wrzucić go do sieci i czekać na rezultaty. – mówi Jakub – Jako że manifesty zazwyczaj opierają się na mocnych słowach, wymagają od twórców określonej poetyki i tematu, postanowiliśmy zrobić na przekór i napisać taki, który będzie propagował skrajny indywidualizm, jednak bez futurystycznego przyklejania Bogu winnych znajomych do krzeseł (śmiech). Wtedy właśnie pojawiła się nazwa Minestream. Awangarda, język pod lupą, to coś, co zawsze nas interesowało, a teraz powstała możliwość zrobienia czegoś na własny użytek. Bo Minestream, to mój prywatny kierunek, ale i prywatny kierunek każdej osoby, która tworzy. Uważam, że każdy ma swój kierunek, nikt przecież nie mówił, że musimy iść wszyscy w jedną stronę. Dlatego też nasza grupa jest bardzo otwarta. Wciąż czekamy na twórców, którzy będą chcieli z nami współpracować, zgodnie z tekstem Castingu na poetę: Szukam ludzi / Którzy będą pisać / Jak ja / Pisz jak / Ja / Jakub Minestream. (śmiech). Po stworzeniu zarysu projektu, Minestream bardzo szybko pojawił się w sieci. Początkowo jako użytkownik portali literackich, a już po kilku dniach jako strona http://minestream.pl. - I wtedy właśnie nawiązałem kontakty z kilkoma osobami, które zgodziły się publikować na stronie. – mówi J. - Tak do Minestreamu przyłączyli się: Gotuj-


sie, S.J.K., Khazoslav, Umiensniony16 i Fastasleep. Za kilka dni, zadebiutują u nas jeszcze dwie, trzy osoby. W planach mamy również rozruszanie raczkującego jeszcze forum, stworzenie fotobloga, jesteśmy w trakcie składania gazety w wersji on-line…. Wiele by opowiadać. W każdym razie przed nami co najmniej kilka miesięcy wytężonej pracy. – dopowiada. Na pytanie o to, dlaczego nie publikują pod swoimi prawdziwymi imionami i nazwiskami J. odpowiada: -To nie ma znaczenia. Dziś jestem Jakubem Minestreamem i tylko to się liczy. Każdy zmienia się na tyle, na ile może, czasem, na ile potrafi. Zresztą to, że nazywałbym się Karakuliambro nie zmieniłoby mojego pisania. Podobnie, gdyby S.J.K. rozszyfrowałby swoje inicjały, nie wpłynąłby na rozumienie słownych instalacji graficznych które tworzy. Jesteśmy dziećmi anonimowego Internetu stąd też pozostajemy w pewien sposób anonimowi. W tym tkwi nasza siła. Nazwiska nie mają znaczenia. Chodzi o to, żeby czerpać z literatury radość, żeby cieszyć się faktem czytania i pisania, bez względu na rzemiosło i genetycznie obciążoną mesjanizmem polską tradycją literacką. Skoro Barthes już dawno zabił autora i kazał nam cieszyć się z pisania, dlaczego nie zacząć od dziś i nie urządzić sobie małego danse macabre? Na oficjalnej stronie projektu czytamy: Minestream to inicjatywa awangardy zaangażowanej w życie. Pisanie o świecie i dla świata. To wpadanie w radosne objęcia fabulacji. Pisanie tak jak się chce i o tym, o czym się chce. To zabawa, ale i życie. To idea ‘życiopisania’ wpisana w nową

formułę awangardową, opierającą się na przeświadczeniu o tekstowości świata. Proza i poezja, dramat i performance. Wszystko na co masz ochotę i wszystko, na co ochoty nie masz. Faktycznie, przeglądając zawartość strony okazuje się, że Minestream to wiele sposobów pisania. Intertekstualne zabawy z Wikipedią mieszają się tu z poezją, prozą, grafiką i fotografią. Teksty poważne stoją obok lingwistycznych zabaw językiem. Każdy tu może pozwolić sobie na bycie sobą. Strona przypomina brikolażowe – zrób to sam – potnij, poskładaj, posklejaj. Efekt końcowy nie jest wiadomy, bo całość jest w trakcie tworzenia. Stąd też ciekawi jeszcze bardziej. -Właśnie o taki „handmade” nam chodzi. Żeby stworzyć coś, co cieszy. Z założeniem, że cieszyć ma nie tylko nas. Myślę, że Twoi czytelnicy jeszcze o nas usłyszą (śmiech). Być może całkiem prędko. Z Jakubem Minestreamem rozmawiała Agata Piecuch


ruszyli! Manifest MANIFEST Pospolici artystyczny grupy pod

skrzydłami Jakuba Minestreama!

Casting na poetę! Szukam ludzi Którzy będą pisać Jak ja Pisz jak Ja Jakub Minestream

Wi

Sława? Nie wiem Czy jestem Na to gotowy Świetli się

Tak dla Jana Polkowskiego Wyrobnilu narobnilu Ty nasz biedny Polofilu

*

Biedny Polkowski Z ziemi Włoskiej Do wolski

Fa la

Nowa fala Mydło fa Fa la la la La la la

Ubytek

Ślepe głuche nieme Był Barańczak Był Krynicki Zagajewski

*

Tutaj Sens Bierze górę

Analnie w banał Nowe trądy Prądy Przypływy Odpływy Wezbrania

Wzbraniam się Och! Jak cudownie

*

Maśli się Maso Słowska Słowi się Sławi się Polska

*

Lustrujmy się Zaangażujmy się Zmarnujmy się Jak ci co szli przez pustynię Utknijmy w piasku Przyj.


Bidusie.pl Gdyby wszystko wrzucić do jednego worka i opowiedzieć historię o jednym niespełnieniu i trzech kobietach, można by dostać nawet Paszport Polityki, nie mówiąc wcale o Nike (czytanej przez długą jotę- najjki). Jednak takiej historii nie będzie. Lepiej pisać o samotnym mężczyźnie. Co rano trzeba się golić i brnąć na uczelnię, tak w tą i nazad (jak mówią w mojej podkarpackiej wiosce). Trzeba się witać z tłumem kobiet, które i tak mają Cię za nic, a potem znowu do domu i do książek i Ulisses niedokończony od trzech lat. Banalność tych sytuacji, kiedy się wstaje i pisze z samego rana jest okrutny w swojej wymowie, a jednak wielu już o nim pisało, nawet Na lipę Kochanowskiego owładnięta jest tym przeczuciem banalnej beznadziei, która się rozwija jak strumień świadomości, strumień moczu, trzy razy dziennie w toaletach prywatnych i miejskich. Prawdziwym darem jest opisywanie dnia, chwalenie go przed zachodem i wchodzenie coraz głębiej w mrok z przeświadczeniem o tym, że przecież żyje się niezgorzej, że brnięcie Gołębią i Bracką w brei gołębi ma sens, i że pisać o tym nie tyle warto, ile trzeba, i że to się przecież należy szanownej stolycy małopolski. Więc gdybym napisał książkę, a przecież nie jest to wykluczone (tu wszyscy piszą albo śpiewają), to powinna być ona o Krakowie. O takich małych lepkich sprawach, wchodzeniach i wychodzeniach z siebie i z mieszkania, o opuszczeniach drobnych chwil, przez które, jak pisał Tołstoj, zapominamy, że jesteśmy sobą. Od takiej chwili, która świadczy o tym, że to, że jesteśmy nie jest wcale pewne, zależy cała powieść, którą widzę już - okładka różowa (trzeba być w klimacie ha!artu), mały bazgroł na wierzchu i znamienny tytuł - bidusie.pl


Jagodzianka Najlepsze jagodzianki zawsze pochodziły z Brzozowa. Nie wiem dokładnie jak oni je robią, jak je pieką i co dodają - oprócz maku, którego kilka ziarenek zawsze umaja drożdżówkę - że jedzenie staje się nagle astralną przyjemnością, przeżywaniem swojego własnego podniebienia i poszukiwanie smaku szczęścia. Jagodzianki przemieniają wytwórstwo pieczywa w magiczny świat alchemii, w poszukiwanie przepisu zmiany powietrza w złoto. Można powiedzieć, że jagodzianki stanowią kamień filozoficzny, który pozwala odpowiedzieć na wszystkie pytania - a może posunąłem się za daleko... Jednak nie sposób żyć bez jagodzianek, jeśli się ich już spóbowało. Można je jeść na wiele sposobów: na szybko, w pogoni do autobusu do Krakowa, albo też powoli, siadając na plastikowym tronie przy ladzie i smakując każdy kęs. Każdy sposób jedzenia jest dobry. Można prowadzić ten proces w pozycji stojącej albo siedzącej. Można leżeć na kocu albo na trawie. Można w końcu przeżuwać jagodziankę w chwili niemiłej,żeby poprawić sobie humor. Można również taką właśnie jagodzianką przypieczętowywać pakt na mocy któego osiągnęliśmy orgiastyczne szczęście. Jagodzianki podróżują daleko. Nie tylko do Wary, HUmnisk i Turzego Pola. Można je wypakować w dworcu w Krakowie albo Warszawie. Znam kilka okazów tego gatunku, które dobrnęły do Berlina oraz jedną, bardzo wytrwałą jagodziankę, która zobaczyła Londyn.

Z takich zdjęć nie można niczego wyczytać. Ci, którzy przyzywczaili się do podróży przez zwijające się w ruloniki stare zdjęcia, w poszukiwaniu sensu i historii, tu muszą stanąć bezronni wobec niej. Ona - przykurczone ramiona, biała koszulka, podkulone kolana - siedzi na krześle. Najbardziej podoba mi się w niej to kolano, które spływa delikatnie i rozmazuje się w szarość, zmusza do pogłaskania, jednym, tylko jednym palcem. Zastygnięta, jak mucha, pająk, ważka w bursztynowej otoczce materii światłoczułej. I patrzy. To w całym zdjęciu jest najtrudniejsze do zniesienia. Ona patrzy. I nie wiadomo na co. Nic nie odbija się w oczach, sprawdzałem, mam na dnie zagraconej szuflady szkło powiększające. Ale tu przydałby się najpewniej mikroskop. Popod kliszą a potem papierem, a potem rysą, a potem zagięciem musi tkwić coś, TO COŚ, czego nie widać na pierwszy rzut oka, ani po długim przyglądaniu się. I pewnie jest to coś wielkiego, to coś, na co patrzy bez mrugnięcia okiem już tak długo, aż do przetarcia rogów. I wcale jej nie męczy, że trzeba patrzeć, a wzrok odwracać można tylko wtedy, kiedy inni odwracają wzrok od niej. *

Zdjęcie A jednak to musi być straszna sprawa tak tkwić z tym kolanem do głaskania i nie móc się samej pogłaskać. I stąd chyba to zmęczenie. Tam musi być, tkwić zmęczenie. Nie prawda, że zdjęcia się nie męczą. Ona po prostu trwają dłużej w tej samej pozie, stąd wydaje się nam, że to bez wysiłkowa praca mięśni zbudowanych pod powiększalnikiem. Patrzę na to zdjęcie co dzień. Myślę że utkwione w lewym (ona patrzy w prawo, więc w prawym) rogu spojrzenie odtwarza się, powiela, blednie. Czekam. Może przyjdzie taki dzień że ona spojrzy w inną stronę, zastygnie w pozie, w której głaskałbym jej ramię, albo pstrykał w nos. To byłaby niepokojąca odmiana.


Powolne wygotowywanie, potem, płatek, po płatku, odsłanianie białego sedna sprawy, utrwalanie, lakierowanie, stawianie na półce. Nie mogę się pomylić, bo wtedy pracę trzeba będzie zacząć od nowa, na nowym już materiale. Preparowaniem zwierząt zajmuję się od dawna. Hobby jak każde inne. Szkielety

E

S

I

Z

E

N

E

G

N

T

O

R

W

D

O

wpływają na mnie kojąco, a prepar wanie ich przypomina o tym, że rządzi nami wspaniała równowaga, jing i jang, materia i powietrze. Powolne odzyskwanie ich wapiennej, pierwotnej konstrukcji przypomina renowację starego obrazu. Na początku należy zdjąć warstwę, która przez zaniedbanie uskładała się na zewnąrz, potem delikatnie oddzielić jej pozostałości (zawsze zostaje jakiś uporczywy brud) od czystego aktu stworzenia - początkowego szkieletu, zamysłu malarza stwórcy. Teraz następuje moment kluczowy. Trzeba, zdając się na własną wiedzę i wskazówki, któe podsuwa nam dzieło, odbudować nadwątlone nitki, na nowo połączyć chrząstki kolorów, stworzyć wrażenie nieśmiertelności, niezniszczalności, które będzie towarzyszyć naszemu eksponatowi. Rama, podobnie jak podstawa musi być tworzona oddzielnnie, ma oddawać nastrój dzieła, ale również stwarzać go, oprawiać dzieło w nastrój. Poszczególne etapy mojej pracy traktuję jak odtwarzanie dzieła stworzenia. Posuwam się od końca, żeby skończyć na początku. Lubię czasem mówić, że zajmuję się sztuką odwrotnego genezis, jednak to tylko w podniosłych chwilach. Normalnie wołają na mnie trupiarz i ta ksywka na codzień wystarcza.


ORIGAMI

Mam znajomego, który tworzy origami. Małe żurawie pokrywają stoły i krzesła w jego mieszkaniu, piętrzą się na parapecie wyglądając przez okno. Idąc z nim nie sposób nie patrzeć na jego ręce, długie palce, obgryzione paznokcie, które przez cały czas ze spokojem wykonują zadaną robotę. Najpierw powoli wycinam kwadrat. Symbolizuje on pełnię, jedność, szczęście. Tak piszą w podręcznikach feng shui oraz Wikipedii. Bezspornie wierzę tylko temu drugiemu źródłu. Kwadrat magiczny jest tak skonstruowany, że suma liczb w każdym wierszu, w każdej kolumnie i w każdej przekątnej jest taka sama. Zginam go, ideał na tym świecie nigdy nie jest doskonały, jak chciałoby mi wmówić przeglądane wczoraj Glamour. Składam, powstaje mały kwadrat, miętlę między palcami, zastanawiam się co dalej. Już wiem. Przy składaniu zazwyczaj pogwizduję piosenkę, której uczyła mnie kiedyś matka. Myślę o cieście francuskim, odginam rogi do góry. To skomplikowany proces. W między czasie przeglądam stronę internetową, tak, żeby jednym palcem lewej ręki nadal nadginać kartkę, a kciukiem prawej wstukiwać na klawiaturze nazwę wyszukiwarki. Udało się. Czytam. „jedną z nich zaginamy pod odpowiednim kątem (tak jest pokazane na zdjęciu)”. Poznałem M. kiedy wysiadając z tramwaju zostawił na siedzeniu takiego właśnie żurawia. Wysiadłem więc za nim, myślałem, cenna rzecz, może pamiatka, zapytałem czy nie zapomniał . Zaśmiał się, otworzył torbę. Na ulicę wysypały się żurawie, wszystkie stworzone z ulotek,Pizza Hut, tani kredyt, Klub Kulturalny, gazetka Rossman, promocja Sony, debiut Nahacza, mecz Rugby, Metro, Wesela - tanio, premiera Wesela zaprasza Zadara, Żaczek - rozpiska wrzesień 2007, catering, hostel Trzy Kafki, serdecznie, Aster, Lampa dodatek, konwent PiS, Ikea, mega klopsiki, Karmelicka 52 zdjęcia, komórki nowe i nie tylko, bezbolesny dentysta,żer dla skner, Strażnica, babcia Malina, fine... (Da capo al fine)

Ciotka Sławińska Czasami, kiedy siadam przy okrągłym stole - co zdarza mi się nieczęsto, powiedzmy raz na jakiś czas, lepiej brzmi rzadko - myślę o ciemnym pokoju ciotki Sławińskiej, w którym przeżywałem prawdziwie mroczną inicjację w kobiecość. Nie, nie idzie mi tu o fizjologię; Bogu winna, wówczas już siedemdziesięcioletnia ciotka nie miała w sobie kobiecości, jakiej szukałem, nacierając się starymi perfumami i kurzem z pudeł po kapeluszach. Jedynym jej przewinieniem było to, że widząc moją fascynację stryszkiem, zbyt łatwo ulegała moim namowom i pozwalała mi się zagłębiać w jego erotycznych zakamarkach, półcieniach ukrytych za starym, spłowiałym tapczanem i pokrzywionej toaletce. Największe wrażenie sprawiało ogromne na ówczesne czasy lustro, w którym odbijałem cały, ale nie dokładnie, tylko przez siatkę małych rdzawych pajęczyn popękanej rtęci. Wierzyłem wtedy, że naczynkowa, usiana podskórną siatką cera mojej ciotki powstała w skutek zbyt nachalnego wpatrywania się w swoje odbicie, co jak się później okazało, mijało się z prawdą tylko połowicznie. Obwijałem sobie szyję starymi szmatkami - przedwojenne - mawiała ciotka - kiedy byłam młodą, wszystkie marzyły o takich - i sama oblekała się w cekinowy szal, wyglądając przy tym jak wielki nietoperz, który budził mnie, całego zlanego potem, w trakcie najgorszych sennych erotycznych koszmarów. Na środku strychu stał stół, raczej stolik, pokryty plamami z wszystkich przedwojennych szampanów, kaw i ciast. A ja, wtulając się w blat, którego drzazgi wbijały się boleśnie w szyję i policzki, myślałem o tych wszystkich kobietach, których ręce niewinnie błądziły pod stołem ku kolanom wąsatych byłych piłsudczyków i rumieńcach, które odbiły się tłusto w drewnie, czekając, aż je odkryję.


Majówki Pierwszym wspomnieniem mojego ojca był pochód pierwszomajowy. Jechał w wózku, popychany nerwowo przez swoją matkę, a moją babcię (której nigdy nie poznałem), przez tłum r botników i studentów wygnanych z akademików i hoteli robotniczych. Z jego perspektywy (ok 60 cm nad powierzchnią chodnika) nie było widać ani słychać niczego, co okazałoby się w perspektywie ciekawym. Tak, zostało mu to też i potem, kiedy z perspektywy 60 cm nad powierzchnią parkietu (materace w akademikach tkwiły w blaszanych ramach znajdujących się na tej właśnie wysokości) przepisywał z Jolą (moja obecną matką) solidarnościowe ulotki rozrzucane po wydziałach. Ale wróćmy do tej chwili, kiedy jako dziecko tkwił w wózku, ciągnięty coraz głębiej w mrowie manifestujących przywiązanie do stachanowskiej pracy. Tuż przy rączce, wzdłuż boku połyskującego pręta okalającego materiał podtrzymujący ojca, przypięty był papierowy gołąbek - symbol pokoju i jedności z sojuszniczym narodem. Swoją drogą, papierowy gołąb, twór mego dziadka (przesiąknięt go ideologią partyjnego), kołysał się, to w górę, to w dół, imitując perfekcyjnie biblijnego ptaka. W dziobie trzymał nawet gałązkę (z tymże nie oliwną, ale bukszpanową).

Mój ojciec zapamiętał tylko ten moment, w którym skrzydła gołąbka znalazły się tuż nad jego twarzą, żeby przysłonić słońce, dając mu jednocześnie przeświecać kokieteryjnie między jednym a drugim załamaniem. Bardzo dobrze pamiętam ten moment, bo i ja będąc małym doświadczałemco roku tego szcześcia. Kiedy w swoim 24 roku życia matka postanowiła wyjść za ojca, nie przypuszczała, że przyjdzie im na mnie czekać aż 5 lat, potem kolejne 2, żeby umieścić na moim wózku papierowego, przykurzonego gołębia, przypominającego w tym czasie wronę - albinosa. Teraz Paweł odziedziczył ptaka, który przydawał się jako dekoracja na trzeciego maja. Ania (moja żona) nie akceptuje ani świąt kościelnych ani patriotycznych manifestacji. Paweł z kolei (mój pierworodny) zdradza coraz większe zainteresowanie gołębiem (którego przezornie zakopałem pod zwałami zabawek) oraz anarchizmem, którego nikt w naszej rodzinie jeszcze nie przejawiał.


Agata Piecuch - Portfolio