Issuu on Google+


NUMER 3/2012 OKŁADKA ZDJĘCIE: Karol Grygoruk WYDAWCA ABOUT PRESS Kasprzaka 4/4, 60-375 Poznań, POLAND ADRES REDAKCJI HOLE MAG Kasprzaka 4/4, 60-375 Poznań, POLAND redakcja@holemag.pl www.holemag.pl www.facebook.com/holemagpl REDAKTOR NACZELNY Piotr Szpilski STYL Michał Maliszewski KULTURA Paweł Żukowski ILUSTRACJE/GRAFIKA Dorota Dudzik EVENT Marta Marciniak SKŁAD/FOTOEDYCJA Aleksander Majewski KOREKTA/SEKRETARZ REDAKCJI Alicja Kurkowicz AUTORZY NUMERU: Łukasz Brześkiewicz, Dorota Dudzik, Fetysz, Karol Grygoruk, Mariusz Maria Guntowski, Izabela Jąderek, Piotr Kęska, Alicja Kurkowicz, Aleksander Majewski, Michał Maliszewski, Marta Marciniak, Jakub Mróz, Wojtek Nowacki, Michał Płaczek, Yoanna Polski, Marianna Prange, Timothy Saccenti, Mateusz Suda, Rafał Szakoła, Jakub Konrad Szewczyk, Paweł Żukowski Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych. Redakcja zastrzega prawo do zmian tytułów i treści przesłanych artykułów. Redakcja zastrzega prawo do odmowy i odwołania publikacji zamówionych i przesłanych artykułów. Wszelkie prawa zastrzeżone, kopiowanie, rozpowszechnianie i udostępnianie bez zgody autorów jest zastrzeżone. 8


SPIS TREŚCI

BEFORE. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 12 KULTURA. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 18 SUBURBIA. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 26 POLSKA ZŁOTA ZIMA. . . . . . . . . . . . . . . 40 PITT IS EXCELLENT?!. . . . . . . . . . . . . . 42 GEJOSTRADA . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 46 FILM. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 50 ED WOOD. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 58 MUZYKA. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 60 PUNK-RAP GENDER TERRORIST . . . 64 HOLE. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 70 KSIĄŻKA . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 72 SIKANIE ŚWIATU DO KAWY . . . . . . . . 76 KAROL GRYGORUK . . . . . . . . . . . . . . . . . 78 MARIUSZ MARIA GUTOWSKI . . . . . . . 96 IT’S ALL FUN AND GAMES UNTIL SOMEONE LOSES AN EYE. . 114 TATTOO . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 118 FETYSZ. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 122 KOMIKS. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 124 10


BEFORE

BEFORE

B

BEFORE

BEFORE BEFORE

E

BEFORE

B

BEFORE BEFORE BEFORE


BEFORE BEFORE

BEFORE

BEFORE

BEFORE BEFORE

BEFO BEFORE BEFORE

BEFORE


CURRENT VALUE Sopot, Sfinks 700, piątek 11 stycznia

Dzięki połączonym wysiłkom ekip Syndrome of Disorder, BassEnslavement oraz Yellow Label sopockiego Sfinksa odwiedzi prawdziwa legenda ciężkich odmian muzyki drum&bass Tim Eliot aka Current Value. Pochodzący z Berlina Tim Eliot przygodę z muzyką zaczynał od gry na pianinie. W 1992 poczuł fascynację muzyką elektroniczną. Po kilku latach dzięki wydawnictwom na Don Q i Position Chrome znalazł swoje miejsce na podziemnej scenie. Zaczął grywać w Europie i USA. Jego przesiąknięte hard junglem wczesne produkcje wychodziły na takich labelach jak DonQ Records (Ger), Ruff-Teck (NL), Klangkrieg (Ger), Phantom Noise (Ger), NoBreaks (Ger), Soothsayer Recordings.

MARINA AND THE DIAMONDS Warszawa, Stodoła, środa 30 stycznia

Live Nation i Klub Stodoła serdecznie zapraszają na koncert Walijki Mariny Diamandis, znanej jako Marina And The Diamonds!  Można ją było zobaczyć na żywo 19 września w Warszawie. Artystka wystąpiła jako support przed zespołem Coldplay i oczarowała publiczność zgromadzoną na Stadionie Narodowym. Zarówno dla nich wszystkich, jak i osób, które nie miały okazji podziwiać jej talentu na Stadionie Narodowym - Marina And The Diamonds powraca z koncertem do Warszawy. Marina And The Diamonds ma na swoim koncie dwa albumy - “The Family Jewels” z 2010 oraz “Electra Heart” z 2012 roku. Tematyka piosenek zawartych na “Electra Heart” to między innymi miłość, odrzucenie, nieudany romans, nadzieja. “Muzyka ma energię i agresję, a moje wokale są bardziej kontrolowane i indywidualne. Teksty są dość gorzkie, ale również śmieszne. Uwielbiam czarny humor”- mówi Marina o swojej drugiej płycie. Marina And The Diamonds udowodniła już swoją olbrzymią muzykalność i osobowość sceniczną, grając przed zespołem Coldplay w Warszawie. Czego możemy spodziewać się po jej koncercie w Stodole?

14


FRITZ KALKBRENNER: SICK TRAVELLIN’ ALBUM TOUR Poznań, SQ klub, piątek 25 stycznia

Niespełna 2 lata po pierwszej wizycie w Poznaniu, Fritz Kalkbrenner powraca! 25 stycznia wystąpi w wydaniu LIVE i promować będzie swoją nową płytę „Sick Travellin’”. Jeszcze niedawno Fritz Kalkbrenner kojarzony był głównie za sprawą numeru “Sky and Sand”, który powstał przy współpracy wraz z bratem Paulem. Utwór znalazł się na soundtrack’u “Berlin Calling” i stał się niekwestionowanym hitem, utrzymując się w czołówce najlepiej sprzedających się produkcji w większości internetowych sklepów muzycznych przez długie tygodnie. Od tamtego czasu solowa kariera Fritza nabrała dużego rozpędu. Artysta nagrał w 2010 roku bardzo ciepło przyjęty debiutancki album zatytułowany “Here Today Gone Tomorrow”, z którego pochodzą numery “Facing The Sun” oraz “Right In The Dark”. To także okres występów niemal na każdym kontynencie w najbardziej znanych klubach i największych festiwalach (m.in. Fly Bermuda, Sonar). Kolejny krążek, zatytułowany „Sick Travellin”, ukazał się w październiku 2012. Fritz zapowiada, że nowa płyta jest bardziej organiczna i dojrzała muzycznie. Zdają się to potwierdzać krytycy muzyczni i fani, którzy bardzo dobrze przyjęli nowy album. Kalkbrenner ruszył w światową trasę promującą album, a w gronie wybranych klubów znalazł się m.in. SQ!

PSYCHOCUKIER

Warszawa, Kosmos Kosmos, piątek 18 stycznia Jeśli macie ochotę na mocniejsze uderzenie, to dobrze trafiliście. PSYCHOCUKIER to niepokorne trio z Łodzi, uparcie grające swoją własną wersję rock’n’rolla. Zespół promuje “Królestwo”, trzecią płytę, uznawaną za opus magnum zespołu, ale intensywnie pracuje już nad nowym materiałem. Za brzmienie czwartego albumu o roboczym tytule “GOGO” odpowiedzialny będzie Mikołaj Bugajak, znany szerzej jako NOON.  Największa moc Psychocukru ujawnia się jednak na żywo! “Byłam na koncercie piosenkowego zespołu, który przywrócił mi wiarę w siłę rokendrola, choć myślałam, że to gatunek stracony (Psychocukier)” napisała niedawno Małgorzata Halber na portalu T-Mobile Music. „Wiadomo, że na płytach ich muzyka jest bardzo dobra, ale na żywo, przy tej dozie autoironii, dystansu i kapitalnego wykonania, staje się po prostu błyskotliwa. Brawo, chcę jeszcze” – pisał Piotr Lewandowski na łamach PopUp po innym koncercie. Po brawurowym występie podczas festiwalu Heineken Opene’er 2012 Niezal Codzienny chwalił: „Znakomicie pokazał się Psychocukier, który prawdopodobnie był najlepszym zespołem rockowym na całym festiwalu.” Nie trzeba większej zachęty.

15


SYMPTOMATIC PRESENTS: IWAN RHEON + GUESTS Londyn, Borderline, sobota 12 stycznia

Walijski muzyk i aktor, Iwan Rhedon, tworzył muzykę odkąd skończył 14 lat. Ucząc się gry na gitarze wzorował się na Beatlesach, Radiohead, inspirował się akustycznym, folkowymi graniem. Nie będąc zainteresowanym graniem oczywistej muzyki, Iwan uważa, że teksty zawsze są najtrudniejsze. Po nieco łóżkowych nutach „Tongue Tied”, zdecydował się iść bardziej w rockowe brzmienie, w numerze „Changing Times”. Teraz, pod koniec roku, wydaje następny kawałek, „Bang! Bang!”. A tymczasem można go zobaczyć w Borderline, a nie tylko na planie „Misfits”.

Thieves Like Us

Poznań, Klub Pod Minogą, piątek 18 stycznia Warszawa, Klub Powiększenie, sobota 19 stycznia Wrocław, Klub Bezssenność, niedziela 20 stycznia Zespół pojawi się w Polsce w styczniuna trzech koncertach w Polsce, w ramach promocji najnowszego albumu! Nazwa Thieves Like Us została zaczerpnięta z kultowego przeboju New Order z 1984 roku. Zespół tworzą nowojorczyk Andy Grier oraz dwóch Szwedów Bjorn Berglund i Pontus Berghe. Muzycy poznali się w 2002 roku w Berlinie, a połączyła ich fascynacja berlińską sceną taneczną. Debiutancki album “Play Mu-sic” wydany w 2008 roku zebrał świetne recenzje zarówno w Europie, jak i za Oceanem. Muzyka Thieves Like Us stawiana jest na równi z twórczością takich zespołów jak Metronomy czy We Have Band. Grupa przypomniała o sobie po dwóch latach milczenia wydając nakładem wytwórni Captured Tracks album “Bleed Bleed Bleed”. Do Polski zespół przyjedzie by promować właśnie ten krążek.

16


TRANCE XPLOSION 2013: STAY TRANCED

Poznań, Międzynarodowe Targi Poznańskie, sobota 9 lutego Tej imprezy fanom muzyki trance przedstawiać chyba nie trzeba. Za nami już łącznie 8 edycji „TX’a” – imprezy na wskroś wypełnionej transem. Zagrają min: ALY&FILA, znani z wielu zjawiskowych kawałków, takich jak „We control the sunlight”, który został wybrany utworem roku, „A State of Trance 2011”, czy „Lost Language” oraz wybitnych remixów, z których można by wymienić „Why” w oryginale stworzoną przez FKN i Jahalę. Egipski duet, występujący w jednoosobowym składzie, będzie z pewnością kilkudziesięcioma minutami wypełnionymi emocjami. Andy Moor, urodzony 16 stycznia 1980 w Stoke-on-Trent, jest jednym z najbardziej znanych trance’owych DJ-ów i producentów muzycznych. Od wielu lat w pierwszej setce DJMAG. TENISHIA - długo oczekiwany przez Was duet z Malty, który w tym roku zasłużenie znalazł się w rankingu DJMAG Top 100 na miejscu 50, wyprzedzając takie nazwiska jak Eric Prydz, Steve Angello, Paul Oakenfold czy John o’Callaghan. Na swoim koncie mają nagrody m.in. w kategoriach „Best Newcomer Award”, „Best Live Performance”.

ELECTRONIC FESTIVAL: FATIMA HAJJI Kraków, Fabryka, sobota 19 stycznia

Po wielu udanych i niezapomnianych edycjach w Fortach Kleparz, nadeszła pora na zmiany! FABRYKA, która mieści się na Zabłociu 23l, to nowe, surowsze wnętrze, które gotowe jest na przyjęcie ciężkiego, etnicznego techno, które zaprezentuje nam tym razem FATIMA HAJJI. Urodzona w 1982 roku w Salamance DJ-ka, występowała od 1998 roku na licznych imprezach, grając m.in. przed niemiecką, czeską, belgijską publiką. Jej świeże podejście, doskonalone latami umiejętności, jak i pasja pozwalają Fatimie tworzyć sety pełne energii, jak i witalności.

17


LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK LTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAK


AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU AKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTURAKULTU


Korespondencje. Sztuka nowoczesna i uniwersalizm Łódź, ms2, 14 grudnia — 30 czerwca

Tej wystawy nie powinno się właściwie dodatkowo reklamować, bo jest to wydarzenie bez precedensu na skalę polską. Do Łodzi zjeżdżają prace takich artystów jak Pablo Picasso, Andy Warhol, Piet Mondrian, Wasyl Kandiński, Louise Bourgeois i Marina Abramović. Wiele z tych prac będzie można oglądać dopiero po raz pierwszy w naszej ukochanej części Europy. A skąd nazwa KORESPONDENCJE? Otóż dzieła zagranicznej śmietanki artystów wypożyczonych z Kunstmuseum w Brnie będą skonfrontowane z polską kolekcją sztuki współczesnej Muzeum Sztuki w Łodzi, której podwaliny w 1929 roku stworzyli Katarzyna Kobro, Władysław Strzemiński i Henryk Stażewski. Mimo tego, że Łódź może nie jest dla nas ulubioną trasą wycieczkową, to jednak warto w trakcie tegorocznego Fashion Weeka wyskoczyć na Ogrodową i obejrzeć to wszystko.

20


Krzysztof Gliszczyński: Iosis et leucosis, czyli czerwienienie i bielenie Olsztyn, Galeria Sztuki BWA, 25 stycznia – 3 marca

Prace prezentowane w BWA to zarówno tzw. klasyczne obrazy, jak i obiekty powstające w związku z malarstwem i poszerzające jego spectrum. Prezentowane wraz z nimi filmy uzmysławiają procesualność powstawania poszczególnych dzieł oraz rozbudowują ich znaczeniowy kontekst. Wszystkie owe nieledwie alchemiczne procesy malarskie rozgrywają się między biegunami czerwieni i bieli. W realizacjach Gliszczyńskiego czerwień zostaje skonkretyzowana, wcielona w materię i włączona w strukturę układu, w którym dynamizowane są najrozmaitsze jej właściwości. Barwa ta, od wieków obciążona przebogatą tradycją symboliczną, zyskuje w pracach autora „Mitologii czerwieni” nowe, indywidualne, lecz nie do końca autonomiczne życie – ściśle wiąże się bowiem z kontekstami, w których się pojawia oraz z rodzajami materii, w które się wciela. W każdym obrazie, rysunku, obiekcie trzeba doznać jej od początku, odbierając tętno czerwieni całym sobą i dotykając jej wzrokiem. W kontakcie z pracami Gliszczyńskiego okazuje się bowiem, że malarstwo może być sztuką ciała; można dodać, że ta cielesność jest angażowana zarówno ze strony malarza, jak i odbiorcy.

Honza Zamojski: Nowe rysunki, portrety oraz wiersz/ New Drawings, Portraits and a Poem Białystok, Galeria Arsenał, 21 grudnia – 17 stycznia

Honza Zamojski, niczym krnąbrny uczeń, wydaje się kpić z nauczyciela, a nawet z całej klasy. W rzeczywistości jego wystawa „New Drawings, Portraits and a Poem” ukazuje z różnych perspektyw wysiłki, frustracje i nastroje towarzyszące tworzeniu sztuki. Zamojski analizuje punkty odniesienia oraz figury, z którymi wiąże się „obawa o bycie pod czyimś wpływem”. Ingeruje w historyczne i „ikoniczne” obrazy, wprowadzając do nich rysunkowe postaci czy niezdarne wizerunki. Interwencje te obejmują tematy znane zarówno z historii sztuki i religii, jak nauki, czy popkultury, jednakowo potraktowane dzięki komicznym rysunkom Zamojskiego. Idea bycia artystą może być równie istotna jak praca nad dziełem sztuki, a Zamojski sprawia, że kwestia ta staje się oczywista.

21


22


Kamil Stańczak: Obiekty strategiczne Toruń, Galeria Sztuki Wozownia, 14 grudnia - 27 stycznia

Lubelski artysta w ramach cyklu „Wielkie mi rzeczy!” zaprezentuje cykl obiektów „Peryferie”, powstający od 2008 roku. Składa się on z szeregu niewielkich, precyzyjnie wykonanych miniaturowych makiet przedstawiających zniszczone, porzucone budynki i fragmenty zdegradowanego krajobrazu. W przemyślany sposób oderwane od swojego pierwotnego kontekstu i unurzane w zastygłej farbie tworzą tajemnicze rzeczywistości, zawieszone pomiędzy różnymi trybami kreacji realności.

23


Piotr Uklański: Czterdzieści i cztery Warszawa, Galeria Sztuki Zachęta, 11 grudnia – 17 lutego

To pierwsza polska wystawa prezentująca bogaty dorobek jednego z najbardziej rozpoznawalnych za granicą polskich artystów. Tytuł „Czterdzieści i cztery” nawiązuje z jednej strony do mickiewiczowskiego mesjasza, mającego zbawić podzaborową Polskę, a z drugiej strony – bardziej przyziemna sprawa – czterdzieste czwarte urodziny artysty, który wyprawił okolicznościową imprezę korzystając z przestrzeni wystawy. Co na tej wystawie zobaczymy? Kilka prac nowych, kilka prac starych, na pewno warto przejść się, żeby zobaczyć zrekonstruowaną wersję pracy „Naziści” i mieć nadzieję, że Daniel Olbrychski znowu wpadnie z szablą by dbać o honor swojego wizerunku.

24


Magda Tothova: The word for this place is not Utopia

Bytom, CWS Kronika, 8 grudnia - 26 stycznia Wystawa „The word for this place is not Utopia” („Utopia nie jest słowem dla tego miejsca”) Magdy Tothovej składa się z trzyczęściowej instalacji wideo, powstałej podczas rezydencji artystki na Górnym Śląsku i Zagłębiu Dąbrowskim w maju i sierpniu 2012 roku, kiedy pracowała z młodzieżą z regionu. Jak komentuje artystka swoją pracę i bohaterów: „Główną ideą było dla mnie przeniesienie jednej rzeczywistości w inną, stworzenie równoległego uniwersum, udającego inne miejsce, może również kogoś innego z przyjętą tożsamością wieku i kulturowym zapleczem. Interesowało mnie ich rozumienie otaczającej rzeczywistości i codziennego życia. Czy rozumieją pojęcie przyszłości? Czy w swojej kreatywności podążają ideami utopii bądź dystopii”.

25


Garnitur: Piotr Drzał www.piotrdrzal.com


SUBURBIA ZDJĘCIA: Łukasz Brześkiewicz/Van Dorsen Talents STYLIZACJA: Marcin Dąbrowski/Style In MODEL: Anatol/Panda WŁOSY & MAKIJAŻ: Emil Zed/Van Dorsen Talents ASYSTENT FOTOGRAFA: Bartek Wileński PIES: Ozzy


Płaszcz: Ania Kuczyńska www.aniakuczynska.com Buty: Nike


Garnitur: Piotr Drzał www.piotrdrzal.com


Bluzka, płaszcz: Mariusz Przybylski www.mariuszprzybylski.com


Koszula jedwabna: Piotr Drzał www.piotrdrzal.com Spodnie: Nike


Kurtka skórzana: Mariusz Przybylski www.mariuszprzybylski.com Koszula: Piotr Drzał www.piotrdrzal.com Spodnie: ACNE Buty: Nike


Łańcuch: Anna Dello Russo dla H&M


Bluza: DreamNation www.dreamnation.eu Spodnie: AllSaints www.allsaints.com Okulary: Hackett


Available Only at Macy’s and macys.com


POLSKA ZŁ O`NEILL – PRISMA BEANIE

RIVER ISLAND – RED AZTEC GILET

TOPMAN – BLUE VERTICAL SNOWFLAKE JUMPER

BURTON PIPE – SELBU GLOVES

TECNICA – MOON BOOT QUEEN SILVER METAL RIVER ISLAND – GOLD YOUR–OWN TRACK JACKET

40

RIVER ISLAND ROLLER AZTEC


ŁOTA ZIMA TEKST: Jakub Konrad Szewczyk

Aspen, tę nazwę słyszał prawie każdy – miejsce, o którym krążą legendy. Jest zimową siedzibą gwiazd, ludzi biznesu i polityków. Swoje wille utrzymują tu Antonio Banderas, Heidi Klum, Jennifer Lopez, Jack Nicholson czy klan Kennedych. Tutaj nie są ważne twoje umiejętność narciarskie, kunszt panowania nad deską, sezony spędzone na nartach, adrenalina i szalona zabawa. To miejsce gdzie liczy się styl, klasa, czy precyzyjniej – kasa. Jesteś wart tyle, na ile wyglądasz, a to gdzie się bawisz zależy od tego, czy pasujesz by być zaproszonym. Miejsce, gdzie dziewicze porośnięte lasami szczyty Colorado mieszają się z bąbelkami Dom Perignom i wszechobecnym blichtrem rosyjskich nuworyszów

ostentacyjnie opływających złotem. Madonna wypaliła kiedyś w programie „Saturday Night Live”: „Nudy, szaliki, grzane wino i tłuste baby w norkach”. Chyba nie trafiła na odpowiedniego instruktora narciarskiego! Ale jeśli już była mowa o stylu, to obowiązuje mieszanka kombinezonu narciarskiego i wszelkich możliwych zimowych motywów – witajcie płatki śniegu, renifery i geometryczne szlaczki. Tylko nie w wydaniu romantycznej górskiej chatki! Tutaj łączy się je z metalizującym nylonem, złotem, srebrem i futrem. Na bogato! Odstawmy więc na chwilę nasze szaro-brunatne skojarzenia z Polską zimą i wnieśmy na ulicę odrobinę koloru, atmosfery kurortu narciarskiego i kasy... ekhm, przepraszam, KLASY!

MONCLER – FEDOR QUILTED COAT

BOGNER KANOA-D – JACKET

O`NEILL – THE MINI SNOW GOGGLES

BOGNER – ICE-T TROUSERS MAISON MARTIN MARGIELA – MULTI-DOT T-SHIRT

– GREY DIRTY C PRINT ONESIE

41


Pitt is excellent TEKST: Michał Maliszewski

Kojarzony z męskością, wytrwałością, opiekuńczością, wzór ojca, najdoskonalsze bożyszcze kobiet i mężczyzn. Kto jeśli nie on był, jest i zawsze będzie trendsetterem w uczesaniu. Bezapelacyjnie wygrywał w rankingach na najseksowniejszego faceta na świecie i w każdym uczesaniu wyglądał doskonale. Brad Pitt, kojarzony z rolami znakomitego kochanka, największego twardziela, czy ikony stylu, sprawiedliwości i ciepła. Jego fryzury zawsze były swoistym dookreśleniem charakteru granej postaci, a jednocześnie inspirowały tłumy męskiej publiczności – kto nie chciał w roku 1998 wyglądać jak Brad Pitt w „Meet Joe Black”?!

The dark side of the sun

Stylizacja ta kojarzy mi się z bitnikami sprzeciwiającymi się autorytetom i tradycyjnemu stylowi życia w USA w latach pięćdziesiątych XX wieku. Zapuszczone włosy, specjalnie lekko rozczochrane fale, następnie wygładzone i wycieniowany klasycznie. Trudno się w takiej fryzurze nie buntować.

Johnny Suede

Across the track

Może rok 1991 to nie czasy Elvisa, ale wysoka grzywa opowiada o latach świetności rock’n’rolla. Do tego zadziorna mina z plakatu niczym model od Dolce. Brat wciela się w postać marzyciela, który śni o karierze gwiazdy muzyki na miarę Ricky’ego Nelsona. Fryzura może trochę niewygodna, ale w tamtych czasach cukier, woda i suszarka do włosów potrafiły czynić cuda.

Mimo, że Pitt i w filmie i w rzeczywistość jest starszy niż Rick Schroders, to jednak wygląda na dużo młodszego od swojego filmowego brata. Widzę człowieka prawego i ułożonego, jak jego włosy, równo przycięte, zaciągnięte brylantyną dla naturalnego połysku. Zdolny uczeń, wybitny sportowiec, grzeczny nastolatek bez skazy.

42


excellent?!

A river runs through it

Trzymamy się jednak konwencji buntownika jakim był Brad Pitt w roli Paula Macleana. Włosy lekko mokre, zapewne od naturalnej rosy. Przedziałek jakby na środku, całość wystrzyżona na równo z lekkimi pazurkami na grzywce. Idealny look na deszczową pogodę.

Kalifornia

Seven years in Tibet

Broda uważana za aseksualną, na nim wygląda absolutnie seksownie. W stylizacji na przestępcę Pitt jest bardzo przekonujący. Zapuszczone długie włosy, bez grama żelu, brylantyny, czy lakieru. Związane w kitkę, najlepiej 3 dni by osiągnąć upragniony efekt uczesania.

Film dość patetyczny, choć momentami autentycznie wzruszający. Patrząc na scenerię i całą oprawę nie spodziewałem się aż tak “utlenionych” jeńców wojennych. Prawie białe włosy zapuszczone i ułożone na wzór chłopca z boysbandu. Pamiętam, że koniec lat 90 rzeczywiście był przełomowym momentem dla farbowanych włosów u mężczyzn.

43


Seven years in Tibet

Ocean`s eleven

Film dość patetyczny, choć momentami autentycznie wzruszający. Patrząc na scenerię i całą oprawę nie spodziewałem się aż tak “utlenionych” jeńców wojennych. Prawie białe włosy zapuszczone i ułożone na wzór chłopca z boysbandu. Pamiętam, że koniec lat 90 rzeczywiście był przełomowym momentem dla farbowanych włosów u mężczyzn.

Jak widać, na chwilę zrezygnował z długich włosów na rzecz krótkich “tlenionych”, przy czym trzeba przyznać, że jego zabawa z rozjaśniaczem wypada według mnie całkiem korzystnie. Widziałem na ekranie, jak i poza nim, całkiem zadowolonego Brada. Fryzura zarówno prosta jak i schludna.

Meet Joe Black

Troy

Zagrał śmierć, a wyglądał jak anioł. Po Tybecie chyba stwierdził, że czas na bardziej naturalną odsłonę. I mimo tego, że włosy dalej mocno rozjaśnione to wyglądające jednak na zdrowsze i mocniejsze. Mimo, że czasem sprawiał wrażenie bezlitosnego i bardzo apodyktycznego to fryzura zamieniała go w prawdziwego amanta.

Wiadomo, że w filmie wykorzystywana była peruka, ale mimo wszystko wygląd herosa ociekającego testosteronem w ciężkiej zbroi z długimi blond włosami zachwycał i wracając do filmu po latach, zachwyca dalej.

44


Inglourios Basterds Mr. & Mrs. Smith

Chyba najprostsza z fryzur Pitta. Niewyszukana jak na cały dorobek aktora, ale kiedy był młodszy, równej długości krótkie włosy idealnie podkreślały rysy jego twarzy.

Przedziałek na boku i podgolone boki idealnie odzwierciedlały charakter postaci porucznika Aldo Raine’a. Pamiętam, że poza planem pozostał w tym uczesaniu nie pozbywając się również uroczego wąsa.

Killing them softly

Płatny zabójca, człowiek od zadań specjalnych, Jackie Cogan. Idealnie pasujący image do roli, którą zagrał. Włosy cała wstecz do tylu, jakiego kosmetyku trzeba by użyć, co by nawet najlżejszy powiew wiatru nie posuł uczesania?

Jest to zaledwie kropla w morzu fryzur jakie nosił Brad Pitt w swojej karierze. Wiemy już, że włosy może zapuszczać i ścinać do woli, modelować i farbować i nic nie odbiera mu męskości i klasy. Brak zakoli i bujna czupryna to zapewne zasługa dobrych kosmetyków i stałego doglądania, ale który z nas mężczyzn nie chciał kiedyś wyglądać jak on?

45


46


GEJOSTRADA

TEKST: Paweł Żukowski ILUSTRACJA: Mateusz Suda

Dudesnude.com. Fellow.pl. Recon.com. Czateria. Buttmagazine.com. Cam4.com. Ten tekst nie będzie przeglądem branżowych stron internetowych. Wszyscy tam jesteśmy. Mamy profile na Romku, siedzimy na manroulette.com, a w iPhone’ach instalujemy Grindra. Dlaczego statystyczny gej spędza w sieci dużo więcej czasu niż przeciętny heteryk? I czego tam szuka? Postanowiłem zapytać znajomych i kolegów czego i gdzie szukają w internecie (wyłączając z tego pornografię). Thomas, lat 23, Berlin (ma konta na gayromeo, manhunt i fellow), pisze „Ostatnio byłem w związku, więc sporo siedziałem na gayromeo tylko po to, żeby monitorować czy mój facet też tam jest. No i zerwaliśmy w sobotę, więc teraz jestem tam 24 h na dobę”. Thomas najczęściej korzysta z gayromeo, bo, jak twierdzi, ma najprostszy interface i jest tam najwięcej facetów. Oprócz tego czasem bawi się na chatroulette.com, ale jak twierdzi, tylko dla jaj. Chociaż ma też na skype paru kolegów, z którymi się „bawi”. A co jest takiego w tym ciekawego? Radek, lat 28, Kraków, pisze „Nie wiem sam do końca. Może to, że ktoś na drugim końcu świata mnie widzi i nie chodzi nawet o sekskamerki. To bardzo dziwne uczucie na chatroulette, a jeśli chodzi o sekskamerki to jest to po prostu turbopodniecające jak się rozkręca, ale jak już ma dojść do wytrysku to emocje opadają bardzo szybko”. Inaczej sprawa wygląda jeśli chodzi o Radka, lat 29, Poznań. Radkowi internet zastępuje realną komunikację ze partnerem, który mieszka w Lublinie. I nie widzi w tym niczego wstydliwego, nawet jeśli chodzi o cyberseks. A co na to Filip, lat 28, Paryż? Filip korzysta tylko z gayromeo, ale, jak pisze, powoli zaczyna go to już denerwować,

bo to wszystko jest powierzchowne i nie może nawiązać jakiejś intymniej relacji przez internet. Natomiast Rafał, lat 23, Warszawa, ze względu na to, że jak sam przyznaje, ma za dużo czasu, korzysta z cam4.com i gayromeo. Gayromeo ze względu na kontakty, znajomości, seks, a cam4 – kontakty, znajomości, cyberseks. I spędza tam dużo czasu. Podobnie Maciek, lat 35, Warszawa, używa fellow, kumpello, gayromeo i grindr. I, jak sam pisze „Jestem wzorowym gejem w sieci”. Rekordzistą wydaje się być Marcin, lat 29, Wrocław: „Mam konto na gayromeo i fellow. Używam grindra i kumpello, a jeśli chodzi o chat z kamerką to tylko cam4.com, bo tam można popatrzeć na prawdziwych facetów. Sam też nadaję”. Maciek, lat 29, Londyn, nie korzysta z niczego. Mówi, że znalazł faceta i nie ma już takiej potrzeby. Ale wcześniej korzystał ze wszystkich dostępnych portali i aplikacji. Tak samo Marcin, lat 32, Warszawa. Od pięciu lat nie uczestniczy w gejowskiej społeczności internetowej, bo znalazł w ten sposób faceta i jest z tym bardzo szczęśliwy. Natomiast nie wyklucza, że gdyby się rozstali, pewnie znowu by się zalogował na wymienione przeze mnie w rozmowie portale. Andrzej, lat 29, Warszawa, twierdzi, że używa portali gejowskich do tych samych celów co facebooka „Gayromeo w dużej części używam do kontaktów zagranicznych, mam konto na sexfotka, żeby sobie pooglądać różne, fajne persony i to tyle. Bardzo minimal. Na gayromeo robię też jako kwalifikator zdjęć. Mój telefon jest autystyczny wiec apps nie obsługuję”. Przemek, lat 36, Poznań, ma bardziej rozbudowane zdanie. Porównuje dwie

47

wiodące strony „Na zachodzie oba portale (Gayromeo i Recon) pomagają poznać fajnych kolesi... recon jest ukierunkowany na fetysz przez duże F... GR skupia całe środowisko... w Niemczech nie wymienia się numerów telefonu... podaje się nicka na GR... tak jest ponoć szybciej... nie masz GR nie istniejesz. Recon wyszedł z internetu, robi duże imprezy fetyszowe w Berlinie, Londynie, Paryżu, Antwerpii, USA, patronuje folsomowi w Europie i USA. Gayromeo jest ciągle wirtualne, znaczy się istnieje w necie... ale obok gaydar-u to obecnie największy portal randkowy, średnio 100 000 osób online. Recon ma dodatkowo sklep fetyszowy czego nie ma GR.... choć nie wyobrażam sobie różowej koszulki z logiem GR, wolę już koszulkę grindra”. Z kolei Waldas, lat 29, Poznań, nie korzysta z portali. Pisze „Kiedyś tam miałem fellow, czy kumpello, ale już nie mam. Na facebooku raczej mnie kolesie podrywają. Mam parę zaproszeń od kolesi, których na oczy nie widziałem!”. Podobnie Jarek, lat 27, Warszawa: „Kiedyś używałem gayromeo, fellow i jeszcze jakiegoś, teraz już zupełnie z tego zrezygnowałem – myślę, że teraz świetnym narzędziem może być facebook. W zasadzie niczym nie różni się od powyższych. W zależności od zapotrzebowań można znaleźć coś dla siebie”. Paweł, 33 lata, Warszawa, nie korzysta z żadnych aplikacji ani portali. Pisze „Chyba jestem staroświecki, lubię opcje face to face, nawet gdybym musiał uciekać z randki pod pozorem wizyty w toalecie”. Marek, lat 36, Warszawa, ma podobne zdanie „Ja chyba jestem dinozaurem jakimś, wiesz, w tych sprawach, bo jeśli chodzi o kontakty towarzysko-matrymonialno-sexualne radzę sobie we własnym zakresie


bez narzędzi elektronicznych i bardziej w wersji “live” niż virtual reality!”. Szymon, 32 lata, Warszawa, nie ma kont na żadnym portalu randkowym. Pewnie dlatego, że ma faceta. Natomiast jak sam twierdzi „Czasem wchodzę na kamerki, Grindra miałem, ale skasowałem, bo pół Planu b/Charlotte na nim było”. Tomek, lat 28, Poznań, nie jest entuzjastą internetowego życia. „Mimo wszystko relacje poprzez kamerę i inne wirtualne aplikacje są bardzo spłycone, nic nie zastąpi spotkania face to face. Ale poznanie kogoś przez net jest dużo łatwiejsze i może nawet ostrożniejsze, bo siedząc przed monitorem bez obaw możesz ‘’zagadać’’ i napisać o swoich pragnieniach, fantazjach i innych dewiacjach, dużo łatwiej jest napisać, niż powiedzieć komuś w twarz: zerżnij mnie. Wtedy też możesz poznać reakcję, ale reakcję na odległość poprzez monitor”. Tak samo Piotr, lat 28, Trójmiasto: „Dla mnie na początku to była obserwacja tego portalu, a później chęć poznania kogoś, ale z tego nic nie wyszło i pod tym względem facebook działa lepiej, a już nie wspomnę o poznaniu kogoś w realu”. Adam, lat 36, Londyn, zauważa zmianę, która zaszła w ciągu kilku lat: „Odkąd założyliśmy z mamą stałe łącze w 1999 to było gejowo: zupełna nowość, piękna rzecz na tamte czasy, czat właściwie słabo nastawiony na seks, miałem wrażenie, że wtedy ludzie się umawiali jeszcze tylko po to, żeby się dopiero zacząć poznawać”. Krzysztof, lat 33, Warszawa, podsumowuje efekty długoletniego posiadania konta

na gayromeo „Jeden kolega od kilku lat, z którym nigdy nie spałem, ale z nim i jego facetem się lubimy, jedno pogotowie seksualne, kilkadziesiąt nieudanych randek, kilka znajomości, które się szybko rozwiały, jedno złamane serce, co ciekawe, chyba najmniej z tego wszystkiego miałem seksu”. Przyznaje za to, że taki profil bardzo się przydawał mu przy podróżach. „Kiedy gdzieś jechaliśmy znajdowaliśmy sobie kogoś, kto na miejscu robiła za przewodnika za darmo i miał sprawdzone informacje”. Tak samo Grzegorz, lat 35, Warszawa. „Korzystam głównie w celach turystycznych. Podpytuje lokalsów o miejsca, które warto odwiedzić, gdzie zjeść, jakie są atrakcje w okolicy - sprawdza się od Rumunii po Filipiny”. Podobnego zdania jest Antoni, lat 35, Warszawa, korzysta z gaydara, gayromeo, fellow i buttmagazine. Pisze „Nie spotkało mnie nigdy nic dobrego w sensie randkowym. Za to w sensie pracowym - o dziwo dobrze oceniam te portale. Spotkałem na nich scenografa, z którym pracowałem przez kilka lat, programistę, fryzjera, projektanta od ciuchów i aktora. Uważam, że najlepszy jest butt, bo można ćwiczyć angielski i poznawać ludzi z całego świata. Najczęściej poznaję tam cudzoziemców, których potem oprowadzam po Warszawie. Sami się odzywają. Ale seksu zero”. Ale czy dużo czasu spędzamy siedząc na portalach randkowych? Kuba, lat 31, Poznań, pisze „Trudno to wyczuć, przeglądarkę mam otwartą zawsze jak jestem w domu, ale np. teraz naparzam zombie wiosłem po łbach, za moment będę coś oglądał i tylko reaguje na dźwięk

48

wiadomości”. Jak widać w niektórych przypadkach portale randkowe traktowane są na równi z serwisami społecznościowymi. Piotr, lat 29, Warszawa, nie ma najlepszego zdania o gejowskim życiu w internecie „Uważam, że polskie gejostwo oddało się internetowi, że polski gej uważa, że inaczej się nie da, że w realu jest jakaś pożoga. Nie idzie poznać, tym bardziej porozmawiać w realu. Dlatego spotkania wywołane w wirtualu, kończą się na jednym razie w realu! Bo polski gej uznaje real jako nienaturalne środowisko funkcjonowania i bytowania”. Z innej krytycznej strony podchodzi do tego tematu Paweł, lat 31, Warszawa, „Uważam generalnie, że nasze serwisy tego typu są słabe technologicznie, mają chujowy interface, są “analogiczne” i to sie rzuca w oczy, jeśli wchodzi się na coś takiego z facebooka”. Inna sprawa to kwestia prywatności w internecie, Tomek, lat 32, Poznań, pisze „Nie wrzucam do sieci rozbieranych zdjęć przez szacunek dla samego siebie”. Podsumowując: ilu facetów tyle sposobów na funkcjonowanie w sieci, a zwłaszcza tej gejowskiej. Niektórzy korzystają z niej pełnymi garściami, inni wolą tradycyjne, bardziej ‘analogowe’ relacje i o to chyba w tym wszystkim chodzi. Ważne jest, żeby umieć wybrać dla siebie kawałek z tortu, jaki oferuje cyberprzestrzeń, nie zapominając o świecie poza monitorem.


Izabela Jąderek, magistrantka psychologii klinicznej i edukatorka seksualna Fundacji Promocji Zdrowia Seksualnego. To, co dla osób heteronormatywnych wydaje się naturalne, w tym również strategie nawiązywania kontaktów interpersonalnych, w przypadku osób homoseksualnych jest spotykane zdecydowanie rzadziej. Lokali dla gejów i lesbijek jest bardzo mało, trzeba rzec nawet, że za mało – nawet w dużych miastach, brak akceptacji przejawia się w większości sfer życia społecznego, co powoduje lęk i frustrację przed ujawnieniem się ze swoimi emocjami i potrzebami. Z uwagi na możliwy ostracyzm społeczny, internet staje się tym miejscem, gdzie bez skrępowania i bez zbędnych pytań można być sobą. Badania socjologiczne przeprowadzone w Polsce (Klimkiewicz) wskazują, że dla gejów świat wirtualny staje się niejako światem rzeczywistym – tu właśnie można kogoś poznać, porozmawiać, zbliżyć się. A dopiero z sieci znajomości te przenoszą się do tzw. reala. Z kolei przeprowadzone w USA i Wielkiej Brytanii szerokie badania z obszaru obecności osób LGBT w internecie w celu poszukiwania i poznania (Journal of Sex Research, 2005, 2007), wyraźnie wskazują, że osoby homo i biseksualne dwa razy częściej korzystają z możliwości, jakie oferuje cyberprzestrzeń.

49


FILM


52


Kanadyjskie sukienki Jak mówi Maciej Michalski, reżyser „Kanadyjskich sukienek”, jest to filmowy powrót do czasów dzieciństwa i wszystkiego, co ono za sobą niesie – zapachów, smaków, ludzi. To również tematy tabu i zamykanie ich w czterech ścianach swojego domu. To w końcu uczta kolorów i znakomite role polskich aktorek. O tym filmie jeszcze będzie głośno. Tymczasem powiedzmy tylko, że mamy do czynienia z luźno opartą na faktach niezależną produkcją, która w przewrotny sposób odkrywa sekrety pewnej rodziny. Premiera w kinach 1 lutego.

53


Z Maciejem Michalskim, reżyserem filmu „Kanadyjskie sukienki” rozmawia Jakub Mróz Jakub Mróz: 1 lutego wchodzi do kin Twój najnowszy film „Kanadyjskie sukienki”. O czym jest ten film? Maciej Michalski: Film nawiązuje

do czasów, które mi są najbliższe, do mojego dzieciństwa. To jest taka baza, która była punktem wyjścia do napisania scenariusza i zrobienia tego filmu. Postanowiłem częściowo podeprzeć się prawdziwymi wydarzeniami, które były dla mnie inspiracją. Film opowiada o tym, jak ludzie wyjeżdżali za granicę, do Kanady w tym przypadku. Tutaj cofamy się do lat 80 i 70, kiedy poznajemy prawdziwe powody tych wyjazdów. A powody były bardzo różne. Cały film jest takim splotem opowieści o ludziach, którzy tam wyjeżdżali lub chcieli wyjechać, o tym, czy się zawiedli, czy rzeczywiście udało im się dorobić. To, co jest najważniejsze w tym filmie, to sposób w jaki pokazuje on Polskę i polską wieś. To nie jest typowy powrót do czasów komuny i PRL-u, gdzie wszystko jest szare, a przed sklepami stoją kolejki. Tutaj jest zupełnie odwrotnie. Pokazuję Polskę jako moje wspomnienie z dzieciństwa, bardzo kolorową, nawet baśniową. Z drugiej strony tak rzeczywiście wtedy było. Jesteśmy w Wielkopolsce, we wsi ogrodników, którzy spędzają ze sobą bardzo dużo czasu, odwiedzają się w domach, razem śpiewają – to wszystko ma ogromną wartość. Mimo tego ludzie wyjeżdżali do Kanady, która była dla nich rajem. A oni mieli Kanadę tutaj w Polsce. Tam trafiali w przestrzeń, którą mamy u nas teraz, czyli kapitalizm, pogoń za pieniądzem. J.M.: W opisie filmu możemy przeczytać, że to jest historia oparta na faktach. Ile tam jest Ciebie i autentycznych wydarzeń, a ile filmowej fikcji? M.M.: Sam scenariusz i cały film wynikają z moich przeżyć. Zebrałem moje własne wspomnienia i opowieści różnych ludzi i tak powstała cała historia. Bazuje

to na przestrzeni, która się wydarzyła, bo osoby z mojej rodziny rzeczywiście wyjeżdżały. Natomiast to nie jest dokument, tylko ciągle film fabularny. Dlatego wprowadziłem tam różne wątki, również humorystyczne, które składają się na całość. Ludzie, którzy uczestniczyli w tamtych wydarzeniach, odnajdują w filmie siebie albo osoby, które mogliby kojarzyć. Na przykład są tam takie zabawne sceny z kucharkami wiejskimi, które pomagają przygotować urodziny głównej bohaterki. Te postaci są całkowicie autentyczne, nawet w sposobie mówienia. J.M: Jak to się stało, że zacząłeś zajmować się filmem? M.M: Zawsze, od kiedy pamiętam,

interesowała mnie kamera sama w sobie, kwestia nagrywania obrazu, przekazywania go dalej, działania światła na obiektyw. Kiedy byłem małym dzieckiem to właśnie to mnie najbardziej ciekawiło. Potem już na Akademii Sztuk Pięknych zamiast pędzla używałem po prostu kamery, żeby pokazać pewne rzeczy. Dlatego moje pierwsze filmy to były takie ruchome obrazy malarskie. Na początku była przede wszystkim wizualność, dopiero potem doszła do tego historia i teraz robię filmy fabularne. J.M.: Sam piszesz scenariusze, reżyserujesz, tworzysz muzykę, kostiumy, projektujesz scenografię, montujesz, projektujesz plakaty – trudno jest to wszystko ogarnąć? M.M.: To nie jest trudne. Zawsze, jak się za coś biorę, to mam bardzo konkretną wizję. Jeżeli mam wszystko poukładane, jeśli już na etapie scenariusza wiem, jak będzie wyglądał montaż, to siłą rzeczy przekazuję moje sugestie dotyczące kostiumów czy scenografii. Oczywiście współpracuję z bardzo wieloma osobami, natomiast moja wizja jest na tyle silna, że ma wpływ na każdy z elementów. J.M.: Skąd bierzesz pomysły na filmy?

54

M.M.: To jest samo życie. W przypadku

„Kanadyjskich sukienek” to głównie dzieciństwo, to co kiedyś przeżyłem. Natomiast każda historia, którą chcę przekazać, jest opowiadana z perspektywy czasu. Nie potrafię opowiadać o rzeczach, które dzieją się teraz. To wszystko musi się uleżeć, nasiąknąć jakąś legendą. Dopiero taką historię uznaję za wartą przedstawienia dlatego, że mam już do niej dystans. J.M.: Zarówno w „Kanadyjskich sukienkach”, jak i w Twoim pierwszym filmie „Królowa śniegu”, pojawiają się wątki gejowskie. Czy uważasz się za gejowskiego reżysera? M.M.: Tematy gejowskie pojawiają się w moich filmach, ponieważ uważam, że warto je poruszać. Chcę, żeby ludzie spoza tego środowiska mogli również do nich dotrzeć. Dlatego moje historie są takie uniwersalne. Nie traktują tylko o randkach gejowskich czy o seksie, ale dotyczą wielu problemów. Z drugiej strony moje filmy są o tyle atrakcyjne dla społeczności gejowskiej, że grają tam ikony gejowskie, jak Ewa Kasprzyk. To są filmy bardzo kobiece, co również może się podobać. J.M.: Określi��byś swoje filmy jako kampowe? M.M.: Na pewno. W „Kanadyjskich

sukienkach” wracam do stylistyki lat 70 i 80. Do tego dokładam swoje elementy, jak przerysowane fryzury, bardzo kolorowe stroje, wszędzie powiewające bibułki. Używam ich trochę jako moich znaków rozpoznawczych. To jest dalekie od realizmu. Kiedy ludzie idą do kina, powinni mieć możliwość zobaczenia czegoś, co wybiega poza szarą rzeczywistość. J.M.: W samym filmie „Kanadyjskie sukienki” pojawia się motyw dziecka, które opowiada o swoich wspomnieniach. Wszystko jest przerysowane. Kolory, emocje są intensywniejsze niż rzeczywiście mogły być.


M.M.: Zgadza się. Ten okres kiedy byłem bardzo mały, zanim poszedłem jeszcze do szkoły, to czas, na którym bazuję tworząc cokolwiek. W tamtych latach zdarzyły się takie sytuacje i pojawili się tacy ludzie wokół mnie, którzy mieli wpływ na to, jak dzisiaj wszystko postrzegam. „Kanadyjskie sukienki” są tego kwintesencją, ponieważ dzieją się w czasie i w miejscu mojego dzieciństwa. Na planie próbowaliśmy odtworzyć dom, który pamiętam właśnie nie tyle ze zdjęć, ale z moich wspomnień. Dlatego jest to świat nie do końca określony, ale też dzięki temu uniwersalny. Nie chcę odsyłać widza gdzieś na świecie do realiów Polski tamtego czasu. Ta historia mogła wydarzyć się wszędzie. J.M.: Twoje produkcje są szeroko komentowane w mediach między innymi dlatego, że Twoi aktorzy i aktorki nie otrzymują wynagrodzenia, tylko udział w ewentualnych zyskach. Na czym polega ten fenomen? Jak udaje Ci się ich namówić, żeby zagrali w Twoich filmach? M.M.: Wszyscy aktorzy i aktorki występujący w „Kanadyjskich sukienkach” zagrali w tym filmie dlatego, że bardzo polubili ten scenariusz, który dawał im możliwości do grania. Mówili, że dawno nie dostali tak dobrego scenariusza. Oczywiście możemy mówić o pieniądzach, których nie ma, ale my przede wszystkim chcieliśmy zrobić ten film. Gdybyśmy mieli polegać na instytucjach, które finansują produkcje filmowe, to musielibyśmy czekać bardzo długo. My zebraliśmy swoje własne siły i pieniądze od sponsorów. Natomiast gwiazdy mają udział w zyskach z filmu tak jak i ja i wszyscy z ekipy. J.M.: Czy można się do Ciebie zgłosić

i poprosić o rolę w filmie? Co byś radził młodym aktorom? M.M.: Oczywiście, że można się do mnie

zgłosić, natomiast to nie jest takie proste. Lubię wyszukiwać takie oryginały w świecie aktorskim, ale i poza nim. Czasami jest tak,

że znam kogoś jakiś czas i nagle pojawia się rola, do której ten ktoś idealnie pasuje. To nie jest tak, że robię castingi. W moim życiu pojawiają się różni ludzie i po jakimś czasie jestem w stanie wśród nich wyłowić aktorów. W „Kanadyjskich sukienkach” tak było z Ewą Gil, która gra Polę Negri. Ewa jest fenomenalną wizażystką, artystką jeśli chodzi o makijaż. Poza tym świetnie śpiewa. Pracowaliśmy razem od wielu lat. Ewa malowała wszystkie gwiazdy, którym robiłem teledyski. Natomiast jej osobowość i charyzma tak mnie uderzyły, że wiedziałem, że musi zagrać kiedyś bardzo szczególną rolę. Kiedy pojawił się pomysł wprowadzenia Poli Negri do filmu, wiedziałem, że tą postać może zagrać tylko Ewa. Kiedy wyszła na scenę, wszyscy zamarliśmy. Ona po prostu była Polą Negri. J.M.: Co robisz, kiedy nie pracujesz

nad filmem?

przeciwnie. Natomiast ja nie lubię takiego podziału. Jeżeli my jako geje chcemy, żeby społeczeństwo było tolerancyjne, to powinniśmy normalnie w nim funkcjonować, a nie zamykać się w gejowskich klubach lub wychodzić raz w roku na ulicę. To tak naprawdę nic nie zmienia. Ludzi należy przyzwyczajać w codziennych sytuacjach. J.M.: Wiem, że masz chłopaka. Możesz zdradzić, jak się poznaliście? M.M.: Poznaliśmy się właśnie w klubie, zupełnie przypadkowo. To był jeden wieczór w maju, kiedy przyjechałem do Poznania na przekór innym planom. On też pojawił się tam przypadkiem. I tak się spotkaliśmy. J.M.: Z tego, co mówisz, przypadek odgrywa dużą rolę w Twoim życiu i w Twojej twórczości.

M.M: Prawda jest taka, że głównie pracuję nad filmem. Poza tym realizuję teledyski. To są też takie drobne formy filmowe. Nie traktuję ich jak pracy, raczej jako mini historyjki, które opowiadam przy piosence jakiegoś artysty. Też nie dla każdego jestem w stanie to robić. Nie lubię mechanicznego podejścia do tego tematu, które gdzieś na naszym rynku funkcjonuje.

M.M.: Zgadza się. Wszystkiego nie da się zaplanować. Mogę zaplanować scenariusz, ale to, kto potem zagra w filmie, dzieje się właśnie przypadkiem. Możesz też nie wierzyć w przypadek i uważać, że jeśli ktoś pojawia się w moim życiu i potem gra w filmie, to właśnie tak miało być.

J.M.: Jak spędzasz wolny czas?

J.M.: Jakie masz marzenia na nowy rok?

M.M.: Mam wiele zainteresowań, dla których chciałbym mieć więcej czasu. Jeśli jestem trochę wolniejszy, to wracam do moich motyli, które zbieram od 20 lat, słucham bardzo dużo muzyki, sam też gram i komponuję i to mi sprawia dużą przyjemność. Maluję też obrazy. Wszystko zależy od tego, na co mam natchnienie. Natomiast nienawidzę marnować czasu.

M.M.: Przede wszystkim chcę, żeby dużo

osób zobaczyło w kinach film „Kanadyjskie sukienki”. To jest teraz najważniejsze i bardzo do tego zachęcam. Chciałbym też realizować już kolejny film, do którego scenariusz jest już gotowy. Jeśli to wszystko się uda, to będę bardzo szczęśliwy.

J.M.: Chodzisz do klubów gejowskich? Gdzie można Cię spotkać? M.M.: Nie chodzę do gejowskich klubów.

Nie dlatego, że mam coś do nich, wręcz

55

Film „Kanadyjskie sukienki” możecie zobaczyć w kinach od 1 lutego. Więcej na www.kanadyjskiesukienki.pl


Reżyser portretów TEKST: Jakub Mróz

“Moja praca koncentruje się głównie na idei portretu, czyli na próbie przedstawienia wewnętrznego krajobrazu indywidualnego bohatera, jego wewnętrznej przestrzeni” – Sébastien Lifshitz

Wszystkie filmy Lifshitza podejmują temat relacji homoseksualnych. To taki trochę jego znak rozpoznawczy. Dokładając do tego głęboki wgląd w psychologię postaci oraz silne osadzenie w kulturze francuskiej, powstają z tego obrazy, na które warto zwrócić uwagę. W Polsce do tej pory dwa jego filmy były wydane na DVD. „Prawie nic” z 2000 roku to portret 18 letniego Mathieu, który w czasie wakacji nad morzem poznaje lokalnego chłopaka Cédrica. Widzimy nie tylko ich gorący romans

z namiętnymi pocałunkami i nagimi tańcami na plaży, ale też obserwujemy dojrzewanie seksualne Mathieu i jego relacje z chorą matką, denerwującą młodszą siostrą i nieobecnym ojcem. Drugi film, „Wide Side” z 2004 roku, przyniósł Lifshitzowi uznanie i międzynarodową sławę, kiedy zaprezentowany został w sekcji Panorama festiwalu Berlinale i zdobył tam nagrodę Teddy. Tym razem to portret transseksualnej Stéphanie, która wyrusza z Paryża na wieś, żeby spotkać się ze swoją umierającą matką. W podróży do wczesnych lat młodości towarzyszy jej dwóch kochanków, egipski hustler Djamel oraz rosyjski nielegalny emigrant Mikhail. Od 1 stycznia w serwisie OutFilm.pl dostępny jest ostatni film fabularny Lifshitza „Na południe” (2009). Tym razem

56

reżyser portretuje 27 letniego Sama, który jedzie na spotkanie ze swoją dawno niewidzianą matką. Podobnie, jak w jego wcześniejszych filmach, tak i tutaj, relacje rodzinne przeplatają się z historiami erotycznymi. Sam zabiera ze sobą rodzeństwo autostopowiczów, Mathieu i Léę. Mathieu zakochuje się w Samie, ale Sam nie jest jeszcze gotów, żeby odwzajemnić jego namiętność. Wszyscy bohaterowie Lifshitza to postacie niebanalne, wielowymiarowe, uwikłane w skomplikowane sytuacje gdzieś między erotycznym pożądaniem a relacjami z najbliższą rodziną. Reżyser ma wyjątkową umiejętność kreowania niejednoznacznych nastrojów i trudnych do wyrażenia emocji. Ma również oko do męskiego ciała. 21 stycznia Sébastien Lifshitz kończy 45 lat.


ED WOOD TEKST: Rafał Szakoła GRAFIKA: Dorota Dudzik

Przepis na sukces? Absolutny brak talentu połączony z kompletnym brakiem wyczucia dobrego smaku. Tak w kilku słowach można opisać dorobek artystyczny jednego z najgorszych twórców filmowych jakich Matka Ziemia nosiła. Edward D. Wood Jr, bo o nim mowa, urodził się w podłej mieścinie Poughkeepsie w stanie Nowy Jork. Od najmłodszych lat marzył o byciu wielkim hollywoodzkim reżyserem i z tym zamiarem w 1948 roku przybył do Miasta Aniołów. Filmy, które kręcił nie odniosły wielkiego sukcesu, śmiało można powiedzieć, że były to klapy, zarówno finansowe jaki i artystyczne. Dorobek Eda został „doceniony” dopiero po jego śmierci, kiedy to okrzyknięto go najgorszym reżyserem w historii kina. Swego rodzaju hołd Woodowi złożył Tim Burton kręcąc film biograficzny pod tytułem „Ed Wood”, w którym główną rolę zagrał Johnny Depp. Najważniejszym filmem w dorobku Edwarda jest „Plan 9 z kosmosu”. Główną oś fabularną tworzy historia o kosmitach, którzy wskrzeszają zmarłych i za pomocą

fal mózgowych (sic!) kontrolują ich i rozkazują zombi zgładzić ludzką rasę. Czoła im mają stawić policjanci i garstka przypadkowych ludzi. Sam mistrz Alfred H. nie byłby w stanie wymyślić równie intrygującej opowieści. Film nawiązuje do ówczesnego schematu kina si-fi, bezczelnie kopiując motywy z innych filmów, nadając im jednak edwardowego stylu. Fabuła jest często nielogiczna, motywacja psychologiczna bohaterów słaba, przebieg akcji jest przewidywalny, a zakończenie pojawia się znikąd. Poza pomysłem na film słabo wypada też jego wykonanie. Manierą Edwarda było wykorzystywanie fragmentów z innych filmów i wplatanie ich w swoje dzieła, co wyglądało śmiesznie i niepoważnie. W „Planie 9” zostały wykorzystane m.in. ścinki z wojskowych kronik filmowych. Legenda głosi, że do nakręcenia jednej z ważniejszych scen, czyli inwazji UFO na ziemię, Ed wykorzystał zawieszone na sznurku kołpaki od Cadillaca. Jest to nieprawdą, w rzeczywistości dla lepszego efektu poszły w ruch plastikowe

58

naczynia i zabawki. Obrazu miernoty reżyserskiej Wooda dopełnia sposób w jaki radził on sobie z problemami kadrowymi. Gwiazdą filmu był Bela Lugosi (znany z roli Draculi), który zmarł w trakcie kręcenia filmu w skutek powikłań związanych z uzależnieniem od morfiny. Reżyser zastąpił Bellę innym aktorem, który dla niepoznaki, w scenach zbliżeń, zakrywa twarz płaszczem i nie wypowiada ani słowa. Wprawne oko widza zauważy podmianę, ale Wood uważał to za doskonałe rozwiązanie. Inny „wielki” film pt. „Narzeczona potwora” posiada równie ciekawe rozwiązania. W finałowej scenie główny bohater walczy z potworem z kosmosu, którym jest gumowa ośmiornica. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie pewna grupa istotnych szczegółów. Z braku funduszy na film, twórcy musieli zakraść się do jednego z magazynów rekwizytów filmowych i „pożyczyć” ową ośmiornicę. Scenarzyści zapomnieli jednak o ważnej rzeczy, którą był silnik napędzający ramiona monstrum, więc podczas walki bohater musiał sam okładać się mackami,


żeby scena wyglądała bardziej realistycznie. Kuriozum dopełnia sceneria finałowej potyczki na bagnach, które bardziej przypominają płytkie bajoro, lub kałużę po ulewnym deszczu. „Plan 9 z kosmosu” oraz „Narzeczona potwora” są kwintesencją Woodowskiego stylu i poziomu artystycznego. Ciekawie na tle dwóch opisanych powyżej filmów wypada „Glen czy Glenda”. Film został nakręcony w ciągu zaledwie czterech dni w małym studio zajmującym się produkcją niskobudżetowych obrazów. Pośpiech twórcy spodowdował, że większość scen wygląda na niedokończone, braki w budżecie zmusiły Wooda do zatrudnienia „drewnianych” aktorów, a dialogi brzmią jak pisane na kolanie. Główny wątek został zainspirowany prawdziwymi wydarzeniami, które miały miejsce w 1952, kiedy to Christine Jorgensen poddała się operacji zmiany płci. Gdy Ed dowiedział się, że jego studio planuje nakręcenie filmu o transwestycie zgłosił się na ochotnika do reżyserii. Wood przyznał się

producentowi do własnego transwestytyzmu reklamując się jako idealna osoba do tego zadania, znająca doskonale problem poruszany w filmie. W tym obrazie autor zmaga się z własną seksualnością, a głównego bohatera można nazwać alter ego reżysera. Fabularnie film dzieli się na dwie części: pierwszą jest historia Glena, młodego mężczyzny, który lubi ubierać się w damskie ubrania, a drugą opowieść o mężczyźnie, który poprzez operację chirurgiczną chce stać się kobietą. Sam film warsztatowo nie odbiega daleko od innych dzieł Wooda, jest generalnie słaby. Istotniejsze jest jednak to, że jest to jeden z pierwszych filmów traktujących o problemie transwestytyzmu. Autor, co potwierdzają ludzie z nim pracujący, miał tendencję do przebierania się w trakcie zdjęć w damskie swetry z angory, które to uwielbiała jego ówczesna partnerka, często też zakładał perukę. Scena, w której bohater filmu ujawnia i przyznaje się do swoich upodobań była swoistym coming outem Wooda. „Pull the string”

59

wypowiadane przez doktora psychiatrii w jednej ze scen i następująca zaraz po niej sekwencja pędzących bizonów (kolejny „przydatny” fragment „pożyczony” z innego filmu), prawdopodobnie w zamyśle twórcy, miała być zachętą do ujawnienia się i zaakceptowaniem samego siebie. Ed Wood marnym reżyserem był, a jego twórczość została „doceniona” przez krytyków, którzy pośmiertnie przyznali Edwardowi w 1980 nagrodę Złotego Indyka dla najgorszego reżysera w historii kina. Spuścizna Wooda znalazła swoje drugie życie także w branży porno stając się inspiracją do powstania „Glena czy Glendy” w wersji dla dorosłych. Jego filmy pozostaną uwielbiane przez fanów kiczu i kina klasy B, a nawet C. Jak śpiewały Fasolki: „Bo fantazja, fantazja, bo fantazja jest od tego, aby bawić się, aby bawić się, aby bawić się na całego”. I właśnie fantazja jest najważniejsza podczas obcowania ze spuścizną Wooda. Na długie zimowe wieczory w towarzystwie ukochanego, polecam.


The Prodigy

The Fat of the Land (Expanded Edition)

Kamp!

Mogwai

wyd. Brennnessel

wyd. Rock Action

Kamp! to kolejny przykład ciekawego na polskim rynku muzycznym zjawiska wyczekiwanego debiutu, który przynieść ma rewolucję i zrównanie ze światowym poziomym. Najlepszym na to przykładem w ostatniej dekadzie były Muchy, w węższym zaś gronie choćby Jazzpospolita. Po serii koncertów, czy bardzo dobrych epek, pojawia się wreszcie upragniona pełnowymiarowa płyta i... szereg wątpliwości. Bo czy światowy poziom w polskim wykonaniu nie okazuje się tylko solidnym i mocno spóźnionym imitatorstwem? Epki Kamp! wypełniały ważną lukę, brakuje bowiem u nas przebojowej i niebanalnej elektroniki. Pójście jednak w stronę ejtisowych sentymentów, przy pomocy generalnie niezapamiętywalnych kompozycji, owocuje gorzej brzmiącą kopią (nomen omen) Cut Copy. Chillwave’owa produkcja w stylu Toro y Moi niefortunnie zaś rozmywa brzmienie, któremu daleko do wyrazistości epek. Album jest zatem tylko miły, nowej jakości tu raczej nie znajdziemy.

I o to chodzi! “A Wrenched Virile Lore” to świetny przykład płyty z remiksami, która spokojnie stanowić może autonomiczne i wartościowe wydawnictwo, a nie tylko ciekawostkę dla najzagorzalszych fanów. „Hardcore Will Never Die, But You Will” był albumem, który odświeżył odrobinę brzmienie Mogwai, pokazując, że wbrew pozorom w post-rockowej formule jest jeszcze sporo do zaprezentowania. Remiksy tylko potwierdzają to przekonanie, nie ograniczają się bowiem do nałożenia kolejnej warstwy na znane utwory. W większości są to niemal całkowicie nowe kompozycje, w których odnajdywanie śladów i nawiązań do oryginałów jest czystą przyjemnością. Całość jest niezwykle emocjonalna, w większości zdecydowanie elektroniczna, ale nie w wymuszenie modny sposób. Nie znajdziemy tu dubstepu, lecz to co najlepsze w alternatywie ostatniej dekady. Ponadto mamy tu wyeksponowany najbardziej skryty element Mogwai, mianowicie kruche wokale. Nie tylko dla fanów.

Kamp!

A Wrenched Virile Lore

wyd. XL Recordings O ile wzbogacane wersje płyt wydawane parę miesięcy po debiucie (vide recenzowana miesiąc temu Lana Del Rey) są najczęściej bezczelnym nadużyciem, o tyle nowe, rocznicowe edycje albumów należących do bezsprzecznej klasyki, mogą być nadzwyczaj ciekawe. „The Fat of the Land” to, jak każdy z trzech pierwszych albumów The Prodigy, płyta epokowa. Unikatowy miks stylistyk zjednoczył fanów pochodzących z różnych muzycznych światów, a zarazem nie wydał godnych następców, gdyż do dziś nikt nie potrafi skopiować ich kunsztu. Wydana 15 lat później reedycja nie przynosi jednak specjalnych rarytasów, dodatkowa epka „The Added Fat” to tylko sześć współczesnych remiksów, które nie wnoszą nic nowego, a przy okazji, będąc mocno osadzone choćby w dubstepie, niepotrzebnie barbaryzują wbrew pozorom wyrafinowane brzmienie The Prodigy. Najlepiej sprawdza się „Smack My Bith Up” w wersji Noisia, ale jest to zarazem remiks nieodbiegający wielce od oryginałów.

TEKST:

WOJTEK NOWACKI 62


Efterklang Piramida wyd. 4AD W miejscu niniejszej recenzji powinno się znaleźć zdjęcie topiącego się płatka śniegu, górskiego krajobrazu w drewnianej ramce, jelenia wśród mchów, brodatego drwala w poświacie poranka, czy każdy inny dowolnie wybrany instagramowo-pretensjonalny obrazek. Słowa nie są już potrzebne, gdy powiemy to otwarcie - najnowsza płyta nadal lekko niedocenianych Duńczyków z Efterklang jest po prostu piękna. Od pierwszych dźwięków „Hollow Mountain” wiemy, że obcujemy z dziełem wyjątkowym. Bogate aranżacje a jednocześnie spójność i bijąca z tej płyty niesamowita przestrzeń, sprawiają, że chce się do niej wracać i wracać. Piramidalny tytuł płyty jest zwodniczy w kontekście typowego skandynawskiego klimatu. Chłód Efterklang jest jednak ożywczy, melancholijny, ale optymistycznie witalny. Jeśli ktoś wątpi w swoje siły i zdolność do przetrwania zimy, ta płyta z pewnością mu pomoże.

Brodka LAX EP

wyd. Kayax Cieszy próba odświeżania średnio popularnego w Polsce formatu, jakim jest EP. W połowie między singlem a albumem, pozwala artyście na większą swobodę, będąc jednocześnie pełnowartościowym punktem w dyskografii. Pod względem zawartości, „LAX” bliższy jest, co prawda maksisinglowi, zawiera bowiem dwa premierowe utwory oraz cztery remiksy, dopełnia jednak wizerunek Moniki Brodki jako wokalistki elektro-popowej i anglojęzycznej. Śpiew po angielsku przekonuje mnie bardziej niż polszczyzna rodem z „Grandy”, obie piosenki to niewątpliwe przeboje, w kontekście całej epki sprawiają jednak wrażenie ledwie wstępu do doskonałych remiksów, z „Dancing Shoes” w wersji Kamp! na czele. „LAX” planowany początkowo wyłącznie jako wydawnictwo cyfrowe, ukazał się na szczęście na płycie wzbogaconej o dysk DVD z teledyskami oraz na winylu. Warto sięgnąć, nie tylko jako po kolekcjonerską ciekawostkę.

Björk

Bastards wyd. One Little Indian “Biophilia” nie była może powrotem klasycznej Björk z lat dziewięćdziesiątych, ale z pewnością najlepszym z jej ostatnich albumów. Minimalistyczne jednak kompozycje aż prosiły się wręcz o bogatsze aranżacje, stanowiły więc doskonałą bazę do remiksowania. Świadoma tego Björk zastosowała podobny manewr jak Radiohead z “The King Limbs”. Najpierw seria małych płytek z remiksami, na finał zaś pełnowymiarowa płyta z ich wyborem. Spośród tytułowych „bękartów” uznanie zdobyły już remiksy Omara Suleymana, czy Matthew Herberta. Całość brzmi jednak dość niespójnie, większość nowych wersji sprowadza się do nieznacznych i dość oczywistych modyfikacji oryginału, albo umieszczeniu wokalu na jeszcze dziwniejszym podkładzie, eksponując rozdarcie między nim a towarzyszącej mu muzyce. Jest akurat przypadłość trawiąca sama Björk w ostatnich latach, szkoda jednak, że takie perły jak „Mutual Core” nie spotkały się z bardziej efektownym potraktowaniem.

63


Punk-rap gender terrorist TEKST: Michał Maliszewski ZDJĘCIA: Timothy Saccenti

„Nastoletni żeński raper“ to najczęstsze określenie jakie pojawia w artykułach o Mykki Blanco w prasie zagranicznej. Z prawnego punktu widzenia Mykki Blanco nie istnieje – to tylko ksywa, którą posługuje się 25 letni mieszkaniec Nowego Jorku Michael David Quattlebaum Junior. W rzeczywistości sprawa jest bardziej skomplikowana. Michael w wywiadach wielokrotnie podkreślał, że Mykki nie jest ani jego wizerunkiem scenicznym, ani drag queen alter ego, ani strategią marketingową. Mykki jest integralną, żeńską częścią osobowości Michaela, a razem tworzą jedną, spójną osobę, której tożsamość płciowa płynnie fluktuuje pomiędzy pierwiastkiem męskim i żeńskim. Michael Quattlebaum Jr mówi o sobie “I’m a Renaissance man. I’m a Renaissance woman” i trudno się z nim nie zgodzić. Jest raperem – solowo, jako Mikky Blanco wydał latem płytę „Cosmic Angel: The Illuminati Prince/ss”, ale także współpracuje z ekipą The Mutant Angles. Jest artystą – prezentował między innymi swoją instalację będącą hołdem dla zmarłego Yves Saint Laurenta, a jednym z jej elementów był paragon za zakup koszulki YSL (zakup ten Michael sfinansował dzięki sprzedaży video, na którym się masturbuje). Jest modelem/inspiracją – wystąpił w świątecznej kampanii Happy Socks w obiektywie Terrego Richardsona, gdzie prezentował damską część kolekcji. Jest poetą – w 2011 roku ukazał się jego zbiór poezji „From The Silence of Duchamp to the Noise of Boys”. Jest aktorem/reżyserem/producentem – dla nowojorskiego Living Theater przygotowuje swój pierwszy musical. Wydaje się, że solowy projekt będzie tym, co w najbliższych miesiącach najpełniej pochłonie uwagę artysty. Cały czas trwa trasa promująca najnowszy album, możemy również spodziewać się kolejnych video. Osobiście bardzo mnie cieszy taki obrót spraw, bo Mikky wprowadził ogromny ruch i zamieszanie na scenę hip-hopową nie tylko swoją muzyką i tekstami, ale także oficjalnym przyznaniem się do homoseksualizmu i uprawiania seksu w swojej kobiecej postaci. Jeżeli chce się zrozumieć fenomen rozmycia tożsamości płciowej Mikky’ego najlepiej obejrzeć jego teledyski, na przykład ten do „Haze.Boogie.Life”, w którym w szybko ucinanych, kilkusekundowych ujęciach widzimy Mikky’ego raz w jego męskim, a raz w jego damskim wcieleniu. Mikky na tyle londyńskiej taksówki, w bejsbolówce, w skórzanej kurtce, w towarzystwie dwóch ciemnoskórych kumpli. Mikky w kolorowej, wzorzystej, obcisłej, błyszczącej bluzce, w pełnym, neonowym makijażu, z kolorowymi paznokciami, zmysłowo kołysze się pod ścianą pokrytą burgundową tapetą. Mikky na środku ciemnej uliczki, w saggy pants, z kijem bejsbolowym w ręce, z nagim torsem pokrytym tatuażami. Za chwilę te same tatuaże, tym razem wyłaniające się spod ramiączek czerwonej, pluszowej sukienki. Patrząc na ten klip ma się pewność, że żadne z tych wcieleń nie jest kłamstwem, żadne z nich nie jest rolą, czy grą. Mikky jest jednocześnie twardym, męskim raperem, jak i seksowną divą nocnego życia. Na początku zastanawiałem się skąd bierze się w takiej osobie siła do bycia zupełnie kimś innym i życia w dwóch odrębnych od siebie światach. Jeżeli ktoś posiada w sobie dwie dusze i ma do przekazania światu po trochu z każdej z nich to pozostaje walka o bycie dwoma osobami w jednej. Taką właśnie determinację ma w sobie Mikky. Ostatecznie ta determinacja i bezkompromiswość została doceniona. Raper w wywiadzie z Alexem Chapmanem dla „Interview magazine” wyznał: „Nie zdawałem sobie sprawy, że podążanie za głosem serca może doprowadzić do takiego poczucia spełnienia i szczęścia. Nie musiałem całować niczyich tyłków ani wspinać się po drabinie społecznej, jestem z tego bardzo dumny”.


Seks, Budda i maszyny do pisania

Jack Kerouac, Allen Ginsberg “Listy”, tłumaczenie Krzysztof Majer, Wydawnictwo Czarne

Ponoć gdyby Maria Dąbrowska więcej pisała o swoich nocach, a mniej o dniach, dostałaby Nagrodę Nobla. Osobiście szczerze wątpię w to, czy erotyczne wynurzenia zezowatej i kipiącej nienawiścią do ludzi Dąbrowskiej są warte laurów, ale niewątpliwie ten zarzut jest bardzo cenny, bo można go łatwo odnieść do innych pisarzy, w tym wypadku – Ginsberga i Kerouaca. Dwóch pisarzy, dwie ikony beat generation. Kerouac, autor legendarnej powieści „W drodze” czy kultowych „Włóczęgów Dharmy” wymienił z Allenem Ginsbergiem, autorem „Skowytu”, poematu-manifestu buntu lat 60, kilkaset listów, z których większość napisanych w latach 1944-1963 możemy przeczytać na ponad siedmiuset stronach tego tomu. O czym są te listy? W zasadzie to niewłaściwie zadane pytanie, należałoby raczej zapytać, czym są. A są mozaiką, z której wyłania się w pełnej krasie świat buntowników w znoszonych płaszczach, palących trawę na potęgę i promujących otwieranie świadomości, seksualną wolność i nowe formy duchowości. Mozaiką bardzo chaotyczną, co nie stanowi wady, przeciwnie – wydaje się, że ten jazgot pourywanych historii, nie zawsze rozsądnie snutych poglądów, pół-mistycyzmu, pół-idiotyzmu, seksualnych przygód, infantylizmu z przepiciem i tak dalej, tworzy sugestywnie, bo nieumyślnie przecież, cały świat. Wielu młodych, aspirujących literatów w rozwianych szalach, z kiepskimi wierszami w kieszeniach i słabością do prowadzania się ogonkiem

za uznanymi kolegami po piórze ucieszy się, czytając, jak rozkosznie naiwnie i pretensjonalnie przerzucali się uwagami o przeczytanych książkach młodzi Ginsberg i Kerouac. Niektórym dane będzie szczęśliwie wyrosnąć z gówniarskiej grafomanii, inni, na szczęście mniejsza część, nigdy z niej nie wyrośnie, co poniekąd stanowi casus duetu naszych protagonistów. Z czasem listy coraz rzadziej dotyczą problemów artystycznych, a coraz częściej wydawniczych. Obok tego coraz mniej w nich seksu, a coraz więcej totalnie nieznośnych rozważań o buddyjskich ścieżkach do doskonałości. Ginsberg ostatecznie istotnie przyjął rozmiary przeciętnego posągu Buddy, dobrej literatury niestety nigdy nie nauczył się pisać. Kerouac jest do dzisiaj utożsamiany z takimi przymiotnikami jak „kultowy”

74

czy „alternatywny”, ale kiedy przyjrzeć się jego literackiemu dorobkowi z bliska okazuje się, że fakt, że od powstania tych utworów dzieli nas ponad pół wieku daje się wyczuć niemal na każdej stronie. Naiwne, nudne, dobre dla czternastolatków – takie są dzisiaj ówczesne skandale. Trochę to smutne, bo ze skandalami do historii przeszły też tamte ideały i nadzieje. Najwyraźniej jednak coś z naiwności i niewinności mitycznych sixties oparło się dewaluacji, skoro ukazanie się tego tomu już wywołało pewne zamieszanie, podobnie, jak miało to miejsce w przypadku poprzedniego tytułu w tej serii wydawniczej, recenzowanych dwa numery temu „Poniedziałkowych dzieci” Patti Smith. Wygląda na to, że to zapowiedź większego projektu. Ciekawe, co z niego wyniknie.


Ten niesamowity Mossad

Michael Bar-Zohar, Nissim Mishal „Mossad. Najważniejsze misje izraelskich tajnych służb”, tłumaczenie Katarzyna Bażyńska-Chojnacka i Piotr Chojnacki, Dom Wydawniczy Rebis

Oto książka dla tych spośród naszych czytelników, którzy marzyli o dostaniu pod choinkę Action Mana nie tylko po to, żeby sprawdzać, co ma on w spodniach. Ponieważ nie zaliczam się do tej grupy (a Action Mana nie miałem, bo był za drogi), tym entuzjastyczniej piszę o tej książce. „Mossad. Najważniejsze misje izraelskich tajnych służb” Michaela Bar-Zohara i Nissima Mishala to opowieść znacznie atrakcyjniejsza niż wszystkie ultimata Bourne’a i strzelające mikropociskami z automatycznym namierzaniem celu za pomocą nano-kamery termowizyjnej, długopisy Bonda razem wzięte. W dniach, kiedy polski wannabe symbol seksu tzw. Agent Tomek, prezentuje swój lejący się, strzaskany samoopalaczem z Tesco tors w większości tytułów prasowych, warto poczytać sobie o prawdziwych agentach i prawdziwych tajnych służbach. To o wiele ciekawsze niż lokalni, zakompleksieni kolesie tropiący koperty wędrujące po szpitalach, a w przypadku braku pracy wymyślający nieistniejące afery. Bar-Zohar i Mishal opisują dzieje Mossadu w sposób plastyczny i spektakularny, dbając jednocześnie o detale, oddając uwarunkowania polityczne, które nie zawsze są dla czytelnika łatwe do rozpoznania bez nudy. Przeczytamy tu o tym, w jaki sposób Mossad od lat sabotuje irański program atomowy; jak uprowadzenie sześcioletniego chłopca przez jego religijnie fundamentalistycznego dziadka zatrzęsło w posadach całym porządkiem politycznym Izraela; jak często przypadek albo świetna intuicja pozwalały na realizację najbardziej niemożliwych operacji takich,

jak uprowadzenie (z Argentyny) i doprowadzenie (przed oblicze sprawiedliwości) nazistowskiego kata zza biurka Adolfa Eichmanna oraz ujawnienie światowej opinii publicznej treści supertajnego referatu Chruszczowa (tego, w którym po raz pierwszy po imieniu nazwane zostały główne zbrodnie stalinizmu). Mossad, mała tajna służba małego państwa, okazuje się na kartach tej książki znacznie skuteczniejsza niż wiele innych, lepiej wyposażonych wywiadowczych armii. Może jest tak dlatego, że jest to wywiad kraju pozostającego od samego początku w stanie zagrożenia albo otwartej wojny, a jego agenci są niezwykle zdeterminowani.

TEKST:

Ta determinacja może przerażać albo imponować, ale trzeba pamiętać, że to dzięki niej niektórzy obłąkani faceci o dziwnych poglądach na seks i życie po śmierci nie dysponują bronią mającą moc zmiecenia z powierzchni Ziemi całego miasta i pozbawienia życia naraz kilkuset tysięcy ludzi oraz nieodwracalnej dewastacji ekosystemu. Starannie wydana, starannie przetłumaczona (nie licząc małych wpadek w hebraizmach, ale możemy je tu wspaniałomyślnie przemilczeć) książka stanowi inwestycję w kilka naprawdę udanych wieczorów. Suspens i zjawiskowe akcje lepsze niż w filmach gwarantowane.

MICHAŁ PŁACZEK 75


sikanie do kawy O najnowszej książce Doroty Masłowskiej “Kochanie, zabiłam nasze koty”, rozmawiali Michał Płaczek i Paweł Żukowski

Ż: Mam takie niejasne wrażenie…

To jednak jest dość odległa ode mnie historia. Przy „Pawiu Królowej” zrywałem boki ze śmiechu, bo to niejako opisywało moje środowisko pracy w Warszawie. W wypadku „Kochanie, zabiłam nasze koty” mam jednak dość odległą perspektywę. Teoretycznie akcja dzieje się gdzieś w USA, ale praktycznie mogłaby się toczyć wszędzie, gdzie jest tylko Starbucks i kluby dla sexy joginek. P: Dokładnie. Ci, których „Paw” nie dotykał

jakoś bezpośrednio mogli się jednocześnie cieszyć faktem, że istnieje jakaś wartość dodatkowa, że jednak nad tym wszystkim jest możliwość artystycznej wypowiedzi, że Masłowska ma zdolność do odebrania rzeczom dziejącym się z idiotycznie śmiertelną powagą sakry, nasikania temu światu do kawy z automatu na kapsułki.

Michał Płaczek: No więc dobrze: niby

wszystko jest na swoim miejscu. Potrzaskany język. Metafizyka oparta na horror vacui. Mnóstwo smagającego sarkazmu. Ale jednak mam poczucie, że tak naprawdę nie ma się tu czego chwycić. Paweł Żukowski: Tak myślisz?

Ja się chwyciłem, jest wszystko na miejscu. P: Powiedz więcej, może czegoś nie widzę.

Ż: A widziałeś „Dwoje biednych rumunów”? Ja ominąłem, ale bardzo mi sie podobała ta następna sztuka gdzie grała Szaflarska, „Między nami dobrze jest”. Myślę, że Masłowska jako pisarka się rozwija. P: Jestem jednak rozczarowany –

to w ogóle nie jest dotkliwe. „Wojna” i „Paw” pozostawały w relacji zwrotnej z rzeczywistością, która jest bardzo żenująca, taka, o której chce się zapomnieć, bo z niej się właśnie przychodzi do tego tekturowego pałacu wielkiego miasta. Paradoksalnie, Doris pisała o tym wszystkim kompletnie bez kompleksów.

76

A co do dramatów, to widzisz, o ile ta pierwsza rzecz wydawała mi się uroczym dramatem repertuarowym bez zbędnych pretensji, o tyle w przypadku tego drugiego byłem negatywnie zaskoczony. Jak gdyby Masłowska uwierzyła, że pewnego rodzaju interwencjonizm, zniesienie dystansu dzielącego jej pisarstwo od publicystyki, było czymś, czego się od niej oczekuje. I nie wyszło to jakoś przekonująco, bo poglądy Doroty są niestety wzięte z tego samego źródła, z którego bierze się jej ironia. Czyli z mediów, z telewizji śniadaniowej i kolorowych pisemek. Ż: Uważasz, że to się kłóci? Mnie jej światopogląd zawsze wydawał się dość kompaktowy, wszystko do siebie pasowało. To, co zmieniała w poszczególnych utworach, to punkty odniesienia. P: No, ale jestem zmieszany, bo dostałem

do ręki całość, w której każdy może być każdym, postaci to jedynie takie naczynia na tandetne propozycje tożsamości albo wspólnoty… No i dobrze, tylko, że ja te piosenki już słyszałem. To są, niestety truizmy. Ż: Może Masłowska musi zabrać głos

na ten temat? P: Do tego zobacz, co z tak pisanego

świata wynika. Wizja jest w gruncie rzeczy bardzo konserwatywna. Troszkę


światu kawy technofobii, trochę tęsknoty za kategorią obecności. Sztuczność jest tu tak wszechogarniająca, że musimy się jakoś z tej antyutopii wykaraskać, a odpowiedzi na to, jak to zrobić, Masłowska daje w wywiadach ze sobą. Trzeba by wrócić do pana Boga, jak się urodzi dziecko, to wszystko nabiera nowego znaczenia. Pisała o tym Kinga Dunin, zarzucając Doris koniunkturalizm. Ja jednak widzę przede wszystkim odruchowy konserwatyzm.

trzeciorzędnego, do tego właśnie konserwatywnego do bólu – bo co niby mówi „Tango”? Mówi, że jakakolwiek aktywność skierowana wobec świata jest pozbawiona sensu, to dziecinada. To jest wielka pochwała konformizmu przebrana w teatr absurdu i skórzaną kurtkę buntownika. Co jeżeli Mrożek dopadł Masłowską? Boże jedyny, może on wysysa z niej krew albo inne soki życiowe, tym samym utrzymując młody i zdrowy wygląd?

nie rozmawialiśmy o literaturze, tylko o tzw. rynku książki? No, to dobrze – branding na poziomie, wywiady w wiodących magazynach, twarda oprawa i przystępna cena zachęcają do nabycia nowej powieści Doroty Masłowskiej. Tak byśmy wtedy rozmawiali.

Ż: Wiesz, ona ma prawo być

Ż: Myślę, że to nie są jej jedyne źródła

P: Szczęśliwie hasło „sprzedawać się”

konserwatywna. Naprawdę uważasz, że to jest tak bardzo widoczne w tym, co pisze?

wiedzy o świecie. Wydaje mi się, że tak plus-minus rozumiem, dlaczego to jest dla niej inspiracją. Przepracowałem 10 lat z okładem w kolorowych magazynach doświadczając ich bezdennej głupoty i okurwiającego poziomu. Ten magazyn YOGA LIFE przewijający sie przez książkę mógłby istnieć naprawdę. I psychotesty, i inne zabawy mogły naprawdę zostać spłodzone przez jakiegoś redaktora bądź redaktorkę. To nie jest dalekie od tego, co serwują nam codziennie kioski ruchu.

cały czas brzmi trochę brudno. Mnie ani ta perspektywa, ani taki sens pisania nie odpowiadają. I nie odpowiadają na żadne pytania. Tobie to wystarczy? Same ornamenty i zachowawcza wizja świata, z takim żałośnie samotnym człowiekiem bez właściwości?

P: Może nie jestem całkiem fair, oczekując,

że ktoś tak utalentowany będzie jednocześnie dysponować najwyższą kulturą intelektualną, ą, ę, paradygmat i perseweracja. Ale jednak denerwuje mnie to, że Masłowska opowiadająca banały w wywiadach i Masłowska pisząca genialną literaturę złączyły się w mistycznej unii i napisały powieść. Jak gdyby te wszystkie kanały tv, tańce z gwiazdami, pisma o noszeniu obuwia – jak gdyby to właśnie było jedyne jej źródło wiedzy o świecie. Bardzo to prostoduszne, za bardzo. Mam jeszcze jedno straszliwe przeczucie. Mianowicie martwi mnie ten patronat Sławomira Mrożka. Fenomenu czci, jaką się go otacza nie rozumiałem nigdy i do dziś nie rozumiem, uważam go bowiem za pisarza raczej

P: N i e twie rdz ę , ż e to j e s t nieprawdopodobne. Pytam tylko, jak długo można o tym pisać. I o niczym więcej. Ż: Może znalazła na siebie taki patent?

Coehlo też jakiś znalazł. P: O boże. Więc ani przez chwilę

77

Ż: Chyba nie ma od tego ucieczki.

Swoją drogą podejrzewam, że sprzeda się mniej egzemplarzy, niż „Wojny” czy „Pawia”.

Ż: Na moje pytania niestety żadna

literatura nie odpowie, więc tego od niej nie oczekuję. P: Podrzuć chociaż jedno! Ż: Obawiam się, że to zbyt osobiste.

Nie mam z tą konwencją większego problemu. Ta książka i dotychczasowa twórczość Masłowskiej bardzo mi pasują. Chociaż nie wieszczę tej książce, że się stanie jakimś hitem.


KAROL GRYGORUK


Z Karolem Grygorukiem ro

Paweł Żukowski: Poznałem Cię kiedy biegałeś po klubach warszawskich i fotografowałeś imprezy. Dużo się od tej pory zmieniło. Pracujesz teraz dla uznanych tytułów i uznanych marek. Ciężka to była droga? Karol Grygoruk: Hahahahahaha, nigdy

nie uwolnię się od przeszłości w knajpach! Ż: Wiesz, jak na warszawską skalę, to było działanie bardzo spektakularne. Byłeś we wszystkich miejscach na raz! G: Byłem gruby, to dlatego. Wypełniałem każdą przestrzeń. A serio to stało się samo. Chyba rzeczy przychodzą z czasem. Studia dużo zmieniły, ale też obycie z ludźmi pracując na bramkach. Ja mam ogólnie mówiąc w życiu z górki. Nie wiem czy to kwestia szczęścia, czy nastawienia. Ogólnie mało rzeczy i spraw mnie w życiu denerwuje, nie mam dołów. Jest zbyt wiele rzeczy do zrobienia by mieć czas na gnicie. Ż: Świetne podejście. To Twoja dewiza

jako na fotografa? G: Nie wyobrażam sobie robienia zdjęć bez studiów na socjologii. Ż: Dlaczego? G: One rozwinęły zainteresowanie światem, otoczeniem, poszerzyły mi pole widzenia na zachowania innych ludzi, na problemy, na ich reakcje, itd. A sama fotografia to fascynacja człowiekiem jako takim, wytworami jego kultury, no może poza fotografią przyrodniczą. Ż: A Opawa? Wpłynęła jakoś na Ciebie? G: Na pewno, poznałem ogromnie dużo fajnych ludzi, cholernie zdolnych, co zawsze działa motywująco. Zmusiła mnie też do systematycznej pracy. Rozwijanie projektów i częste wykonywanie kretyńskich ćwiczeń, po pewnym czasie okazało się bardzo pomocne. Nigdy bym się nie spodziewał, że kiedyś przyda mi się w pracy fotografowanie cegieł.

się wstydzę. Ogólnie chodziło o to, że zawsze chciałem mieć zajawkę, jakąkolwiek, być w czymś dobrym. W ogólniaku wszystkie laski biegały z zenitami i robiły odbitki w domach kultury, więc ja łapałem się innych rzeczy, nie przyznam się publicznie jakich. Dopiero na studiach stwierdziłem, że chcę być reporterem wojennym po zobaczeniu „Spy Games” z Robertem Redfordem i Bradem Pittem. Pitt gra tam szpiega, który w Libanie udaje fotografa. Miał fajną czapkę z daszkiem, niebieską, znalazłem taką samą i przy okazji aparat. Potem zacząłem łazić po squatach za starszym bratem, jeździć na alterglobalistyczne szczyty i zadymy z policją by to wszystko łapać na zdjęciach. Trzeba było z czegoś żyć, więc pracowałem na bramkach w klubach. Stąd wzięły się zdjęcia na zamówienie klubów i ekip DJ-skich. Potem Sławek Belina dał mi szansę zrobić pierwsze foty do fajnego magazynu, do Machiny. Ż: A potem poleciało? Bo droga

od alterglobalistów do lookbooka Ani Kuczyńskiej może być zaskakująca.

życiowa?

Ż: Cegieł?

G: Jedna z dwóch.

G: Jedno ze słynnych opavskich ćwiczeń.

Ż: A jaka jest druga?

Ż: A na czym ono polega?

G: Family comes first.

G: Fotografujesz dużym lub średnim formatem cegłę tak, by były widoczne trzy boki cegły. Ekspozycja na bokach musi być w odpowiednich proporcjach: 75%, 50%, 25%. Dla niektórych to łatwizna, ale ja bym nie przetrwał tych zajęć bez pomocy kumpla.

G: Hahahahaha. To prawda, choć bardzo lubię fotografować pięknych ludzi, a przebywanie wśród tych wszystkich osób strasznie wciąga, to jednak tęsknię też za robieniem fajnych społecznych akcji. Właśnie pracuję nad tym, by trochę wrócić do korzeni nie zawalając przy tym w pracy komercyjnej. Plus lubię chodzić na pokaz w tenisówkach z Decathlonu za 39 pln i zeszmaconej kurtce z demobilu.

Ż: Ciężko mi sobie to wyobrazić.

Ż: Inspirujesz się jakimiś fotografami?

A jak się to wszystko zaczęło? Dostałeś Zenita na piętnaste urodziny i dalej poleciało?

Kto jest Ci w jakiś sposób szczególnie bliski?

Ż: A mówiąc „rodzina” masz na myśli

rodzinę w sensie biologicznym, czy tę miejską rodzinę? G: Nie wiem czy miejską, ale tą sztuczną, wybraną. Ż: Opowiesz mi coś o Twoich studiach?

Studiowałeś fotografię w Opawie, studiowałeś socjologię w Warszawie, jakoś to na Ciebie wpłynęło

G: To jest tak kwaśna historia, że czasem

90

G: Kiedyś inspirowałem się starszymi kolegami, którzy inspirowali się


ozmawiał Paweł Żukowski

zagranicznymi fotografami. Potem inspirowałem się własnymi odkryciami, które już każdy wcześniej znał oczywiście. Zawsze odkrywałem z dużym opóźnieniem. Terry, Nan Goldin, Arbus, Clark, ale też dużo młodych dzieciaków z aparatami. Skończyło się na tym, że już prawie nie oglądam cudzych prac przypisanych do nazwiska, za to spędzam całe godziny dziennie przeglądając internet. Tumblry, blogi i przypadkowe zdjęcia. To daje względnie obiektywną internetową wizję kierunku, w którym rozwija się kultura wizualna, oczywiście ta popularna.

G: W założeniu są to osoby, które spotkałem gdzieś po drodze, bliższa rodzina, dalsza rodzina, znajomi, czasem obcy. W większości jednak bliskie mi osoby, z którymi wiąże się historia.

i narkotyki historii. Oczywiście uświadomiłem to sobie po latach, ogólnie miałem super dzieciństwo z łażeniem po drzewach i strzelaniem z procy w szyby na okolicznej budowie.

Ż: Czyli to taki naprawdę album rodzinny?

Ż: Rozmawiałem z kilkoma znajomymi

Ż: Rozumiem. A poruszasz się w jakichś

całkiem obcego i prosić o pozowanie?

innych mediach niż fotografia? Na przykład taki popularny ostatnio wśród fotografów film? G: Czasem serfuję po kablówce jak jestem

u mamy na obiedzie. No i zawsze w wannie czytam Wyborczą. A serio, mam takie wrażenie, że jest w fotografii jeszcze tyle do zrobienia, że kręcenie filmów nawet nie przeszło mi przez myśl. Ż: Alina Szapocznikow, będąc uznaną

rzeźbiarką, powiedziała, że korzenie jej zawodu leżą w korzeniach zawodu rzeźbiarza, jednocześnie się od tego zawodu dystansując. A Ty? Określasz się jako fotoreporter? Fotograf modowy? Dokumentalny? Któreś z tych określeń jest Ci najbliższe?

G: Coś w tym stylu. To często

zdjęcia, które chciałem gdzieś zachować, a trzymanie ich na dysku wydaje mi się być bezcelowe. Ż: A zdarzyło Ci się podbić do kogoś

G: No pewnie, że tak. Choć długo

miałem z tym ogromy problem. Chyba każdy ma blokadę, ale ona z czasem znika. Kiedyś obiecałem sobie, że będę to ćwiczyć, a mam taką idiotyczną naturę, że jak się uprę to trudno mi zrezygnować. Ż: I ćwiczysz? G: Bardzo wiele rzeczy. Dużo ćwiczeń, odżywki i zdrowa dieta hahahahaha. Ż: Nie do końca o takie ćwiczenia

mi chodziło, ale o to też chciałem spytać. Masz dość niepopularny styl życia. Jesteś wegetarianinem. Straight edgem. Jakoś to wpływa na Twoją twórczość?

G: Chyba po prostu fotograf. Ja bardzo

G: Wpływa na mnie, więc na pewno

długo uciekałem od wciąż prześladującej mnie łatki fotografa imprezowego, także wolałbym już nowych na siebie nie nakładać. Mówimy nie dla siedzenia w szafach i szufladach.

wpływa też na to, co robię. Jestem weganinem od 8 lat, a mięsa nie jem od 13 roku życia. A straight edge trzyma mnie w pionie. Ja mam uzależnieniową naturę. Gdybym pił, pewnie byłbym już alkoholikiem na początku studiów. Wychowałem sie na blokowisku, podobno bardzo niebezpiecznym. Widziałem dużo przejebanych przez alkohol

Ż: Opowiesz nam coś o Twoim portfolio, które prezentujemy? Kim są dla Ciebie ci ludzie?

91

o tym, że chcemy Cię publikować. Usłyszałem „o wow, to jest super gejowskie”. Spotkałeś się z takimi opiniami o swoich pracach? G: Chyba nie, ale to całkiem możliwe. Może jeszcze wyjdę z szafy po siedemdziesiątce jak w „Debiutantach”. Ż: Pracujesz teraz nad jakimś projektem?

Mam na myśli coś niekomercyjnego. G: Zamykamy jedną kampanię i mam kilka pomysłów na najbliższy czas. Niestety praca komercyjna ogranicza mój wolny czas, marzenia o własnym mieszkaniu trzeba jakoś spłacić. Ale wracam do gry od 2013. Nie zdradzę czym, ale będzie fajnie. Przynajmniej ja będę sie dobrze bawić. Ż: A będzie można to gdzieś zobaczyć? G: Mam nadzieję że nawet kupić jako prezent na Dzień Babci. Ż: Czyli już niedługo! G: Kurde... nie wiem kiedy jest dzień babci...fuck, lipa trochę. Ż: W styczniu, dwudziestego któregoś G: Dobra, to raczej na dzień matki,

lub dzień dziecka, jeśli zrobię autocenzurę.


JEŚLI CHCESZ OTRZYMAĆ DARMOWĄ PRENUMERATĘ MAGAZYNU WEJDŹ NA STRONĘ

WWW.HOLEMAG.PL


www.galerianowa.pl


MARIUSZ MARIA GUTOWSKI


Piotr Szpilski: Mariusz czy Maria? Mariusz Maria Gutowski: Mariusz Maria Gutowski. S: Czego boi się Gutowski? G: Jednej rzeczy: głupków, a właściwie to dwóch, bo dodatkowo nie cierpię tłumu ludzi. S: Świat w Twoich pracach jest odrealniony, zawieszony gdzieś obok rzeczywistości. A gdzie Ty w nim jesteś? G: Jestem jeszcze dalej, w takim jeszcze bardziej nieokreślonym, trudnym do zdefiniowania miejscu i to jest fascynujące. S: Czy Twoje hybrydy, są wytworem Twojej wyobraźni, czy korzystasz z legend, baśni? G: Od początku do końca ma to być moje, staram się robić to szczerze i naturalnie. Ubóstwiam niewyjaśnione historie, filmy,

science fiction, czy niesamowite horrory. To pozwala mi budować swoje własne historie. S: Czy Gutowski zrobi w końcu coś co przestanie nas straszyć? G: Nie robię niczego takiego aby straszyć. Dużo osób zadaje mi to pytanie - jak wspominam powyżej - te obrazy to fascynująca

opowieść z mojego świata, niekoniecznie się z tym identyfikuję. www.galerianowa.pl

112


IT’S ALL FUN UNTIL SOMEO AN EYE TEKST: Alicja Kurkowicz

20 listopada krakowska prokuratura podczas konferencji prasowej poinformowała, że przy współpracy z ABW zatrzymała Brunona K., który planował atak zbrojny na najwyższe władze państwowe. Aresztowany adiunkt Uniwersytetu Przyrodniczego planował zdetonować ładunki wybuchowe w budynku sejmu w momencie kiedy przebywałaby w nim jak największa liczba osób. Zależało mu szczególnie na wysadzeniu Premiera, Prezydenta, Rady Ministrów i Posłów, ale nie pogardziłby i Senatorami. Oprócz ataku na budynek przy ulicy Wiejskiej, niedoszły terrorysta planował także, w sposób bardziej osobisty, bo przy pomocy pistoletu, zakończyć smutne egzystencje jeszcze dwóch osób: Prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz i dziennikarki Moniki Olejnik. Trzy tygodnie później w warszawskiej siedzibie wydawnictwa „Magnum X” doszło do dziwnego zdarzenia: prezes wydawnictwa Cezary S. podczas spotkania redakcyjnego najpierw zdetonował

ładunek wybuchowy raniąc wszystkie trzy obecne na zebraniu osoby (w tym siebie), a następnie zadał wiceprezesowi Krzysztofowi K. kilkanaście ciosów nożem. Rany wiceprezesa okazały się śmiertelne, drugi z poszkodowanych w wybuchu – Leszek E. – został przewieziony do szpitala, gdzie pod czujnym okiem lekarzy wraca do zdrowia. Szczęście Leszka E. nie trwało jednak długo, ponieważ podczas oględzin miejsca przestępstwa policja natrafiła na szafę pancerną, w której znajdował się osobisty, i nie wcale taki mały, arsenał rannego. Brunon K. do zamachu przygotowywał się bardzo starannie. Gromadził materiały wybuchowe, amunicję, ubiór ochronny, czytał fachową literaturę, a nawet przeprowadzał próbne detonacje, które filmował – na jednym z filmów można zobaczyć eksplozję ładunku o wadze 250 kg. Brunon K. głupi nie jest, w końcu to pracownik naukowy uniwersytetu, i wiedział, że jego plan jest zbyt szeroko zakrojony, aby mógł go zrealizować samodzielnie – szukał

114

więc sobie kolegów, jak każdy inny świr w obecnych czasach, przez internet. I choć ABW oficjalnie tego nie potwierdza, to najwyraźniej internetowymi publikacjami, postami i pluciem jadem w komentarzach zwrócił na siebie uwagę służby porządkowych. Po aresztowaniu w domu Brunona K. znaleziono gotowe do odpalenia materiały takie jak: heksogen, pentryt, trotyl, proch, ale także zapalniki, ponad 1100 sztuk amunicji różnych kalibrów i oczywiście dla zabezpieczenie dla siebie i innych „uczestników zabawy”, czyli kamizelki kuloodporne, chełmy kewlarowe, snajperskie stroje maskujące. Fakt, że adiunktowi udało się położyć łapy na 250 kg materiałów będących w Polsce substancjami podlegającymi ścisłemu monitorowaniu wzbudza uznanie, ale dopiero zawartość szafy Leszka E. zapiera dech w piersiach. Choć pracownik wydawnictwa „Magnum X” twierdzi, że nigdy nie zamierzał wykorzystywać zawartości pancernej skrytki i jest to jedynie zbiór kolekcjonerski, to jednak jakoś trudno jest postrzegać te zasoby na równi


N AND GAMES ONE LOSES

z klaserem pełnym znaczków, czy monet, albo gablotą przyszpilkowanych do korka motyli. I nic nie pomogą tłumaczenia, że Pan Leszek bronią zajmował się profesjonalnie, że jest wydawcą magazynów takich jak „Poligon”, „Technika wojskowa”, „Strzał”. Na nic wszelkie tłumaczenia jeśli trzymasz sobie w swoim biurze w szafce za plecami kałasznikowa. Wiadomo, kałasz sprzęt ruski, jak jego rosyjscy twórcy facet towarzyski. Co by sam w ołowianej trumience nie siedział Pan Leszek załatwił mu kumpli: dwa pistolety, ciężki karabin maszynowy, materiały wybuchowe, granaty i spory zapas broni kolekcjonerskiej (piękna nazwa na sprzęt leciwy i już niedziałający, ale przecież Pan Leszek jako specjalista naprawić pewnie go umie). Myślę jednak, że klejnotem koronnym tej kolekcji jest RPG – ręczna wyrzutnia granatników przeciwpancernych, czyli słabszy brat bazooki. Czytając w gazetach i na portalach internetowych o arsenałach obu Panów zastanawia mnie tylko jedno: skąd oni to biorą?! I nie chodzi mi o stronę

finansową przedsięwzięcia, choć gratuluję Brunonowi K. umiejętności oszczędzania, bo z pensji doktora uniwersyteckiego nie tylko potrafił się utrzymać, ale i jeszcze przyoszczędzić na dość kosztowne zakupy (podobno dorabiał sobie na boku konstruując ładunku wybuchowe dla lokalnych oprychów). Chodzi mi o proste pytanie: gdzie, u kogo oni to kupili? Polska to nie USA. Na poznańskiej Wildzie, warszawskiej Pradze, szczecińskim Niebuszewie, w krakowskiej Nowej Hucie, czy we wrocławskim trójkącie bermudzkim nie stoją auta z bagażnikami wypchanymi „hot guns” w obniżonej cenie. (Hot gun – pistolet już raz wykorzystany w przestępstwie, najczęściej ze skutkiem śmiertelnym, dlatego właściciel chce się go jak najszybciej pozbyć, ale jednocześnie żal mu go wrzucić do rzeki. Na takiej spluwie coś można jeszcze zarobić oddając go za niewielką kwotę lub trochę kryształów „pośrednikowi”) Polskie dresy z bram to nie członkowie 18th Street, Bloods, czy Crips, ani nawet Hells Angels – nie mają przy sobie po dwóch pistoletów każdy i nie można

115

u nich złożyć zamówienia na uzi z zeskrobanym numerem seryjnym. W kraju, w którym policjanci muszą się rozliczać z każdego wystrzelonego, nawet przypadkowo, pocisku, w którym legalnie broń posiada mniej niż jeden obywatel na stu (a co czwarty z nich to i tak policjant), gdzie jest problem z zakupieniem paralizatora, bo „po co to Pani, proszę sobie gaz pieprzowy kupić, albo lakier do włosów nosić w torebce”, gdzie, jak zawsze mi się wydawało, broń palną posiadają tylko najbardziej zwyrodniali przestępcy i to tylko ci związani ze zorganizowana przestępczością, właśnie w takim kraju pytam się, gdzie Pan Leszek kupił RPG?! Bo przecież Brunon K. trotylu, czy 1100 sztuk amunicji nie wylicytował na internecie! Czy oni faktycznie mają dojścia do tych najgroźniejszych polskich grup przestępczych, chodzą na kawę z wołomińskimi bossami, czy to tylko ja okazałam się tak cholernie naiwna wierząc, że Polska to mimo wszystko spokojny kraj.


Tommy gun – pistolet maszynowy Thompson to coś dla fanów stylu vintage. Jego najbardziej stylowa i rozpoznawalna część to okrągły magazynek mieszczący do 100 naboi kalibru 11,43 mm. Łączymy go z marynarką lub długim płaszczem i KONIECZNIE kapeluszem. Podczas użytkowania trzymamy w półuśmiechniętych, ozdobionych szelmowskim wąsikiem wargach, tlącą się cygaretkę.

Uzi – kompaktowy, szybkostrzelny, niezawodny pistolet maszynowi. Szczyty

popularności osiągnął w latach 90. Szczególnie chętnie użytkowany przez latynoskie środowisko przestępcze z LA. Idealnie sprawdza się jeśli chcesz bez zatrzymywania, z okna swojego auta, ostrzelać stojąca na chodniku grupę członków rywalizującego gangu.

CornertShot – akcesorium strzeleckie dla gadżeciarzy. Dziecko izraelskiego

twórcy i amerykańskiego kapitału. Umożliwia strzelanie zza rogu, czyli zza tak zwanego „winkla”, bez wystawiania się na linię strzału przeciwnika. Istnieje kilka wersji i w zależności od potrzeby można do niego podłączyć pistolet, sprzęt taktyczny lub mały karabinek na gumowe kule. My na zdjęciu prezentujemy wersję z wyrzutnikiem granatów.

Kałasznikow – absolutna klasyka. Pochodzi z Rosji, ale obecnie posiada niezliczoną ilość wersji. Niezawodny, prosty, intuicyjny w obsłudze, zazwyczaj posiada możliwość doczepienia do niego bagnetu. Jest „małą czarną” przemysłu zbrojeniowego – pasuje na każdą okazję.

Desert eagle – nikt nie wie po co go wymyślono. Strzelający pociskami rewolwerowymi magnum nawet do kalibru 12,7 mm jest tragicznie niepraktyczny. Potrafi ważyć ponad 2 kg bez naboi i mieć do 26 cm długości. Spory odrzut unosi lufę po strzale wysoko w górę co utrudnia celowanie i wykonanie kolejnego strzału. Dodatkowo często się zacina. Opuszczaniu lufy przez pocisk towarzyszy ogłuszający huk i jasny płomień wylotowy, który w półmroku skutecznie oślepia strzelca. Desert eagle, zwłaszcza w wersji pozłacanej lub z perłową rączką jest palnym odpowiednikiem samochodów Hammer – świadczy o małym penisie właściciela.

Bazooka – ręczna wyrzutnia niekierowanych przeciwpancernych pocisków

rakietowych natychmiastowo niweluje przewagę liczebną przeciwnika. W zależności od wersji jej pociski dolatują do celu oddalonego nawet o 900 m, przebijają pancerz o grubości do 280 mm i anihilują wszystko w promieniu 10 metrów od miejsca impaktu. Można ją obsługiwać samodzielnie, ale najlepsze efekty osiąga się przy pracy w parach.

Wather PPK – ulubiona broń Jamesa Bonda – niemiecka niezawodność

na usługach Tajnej Służby Jej Królewskiej Mości. Niewielkie rozmiary ułatwiają ukrycie broni pod dopasowaną marynarką, a bezpieczna konstrukcja zamka umożliwia noszenie broni z dodatkowym nabojem w komorze. Nawet jeśli przeciwnik rozbroi cię i wyciągnie z Wathera magazynek możesz oddać jeszcze jeden śmiertelnie celny strzał.

116


TATTOO

JAZZ TATTOO

ul.Zielona 5/4 61-851 Poznań tel. 61 222 49 20 www.facebook.com/jazztattoo.poznan TATUTOWAŁ: Piotr Kęska ZDJĘCIA: Marianna Prange


NA PIESKA TEKST: Fetysz ILUSTRACJA: Yoanna Polski

Mężczyźni są jak psy. Naprawdę. Ślinią się na widok kutasa, merdają kutasem, a jak ściągasz majtki i widzą Twoją erekcję to aportują. Idealna komenda dla faceta powinna brzmieć: APORT. Ponoć pies jest najlepszym przyjacielem człowieka. Może to prawda, choć nie wiem czy facet jest najlepszym przyjacielem faceta. Nawet jeśli go dyma. O co tak naprawdę chodzi w gejowskich związkach? O seks. Damy czy nie damy, bawmy się jak damy. Ja nie wierzę w miłość pomiędzy mężczyznami, a adopcja doprowadza mnie do spazmów. Owszem, walczmy o równouprawnienie, ale dlaczego na paradach gejowskich wszyscy wyglądają jak psy? Te łańcuchy, kokardy, smycze. Dlaczego geje w Polsce muszą być tacy tani jak Dodron? Bo królowa jest tylko jedna. Królowa czego? Łona? Przecież nawet królowa szuka wciąż króla i rozkłada swoje nogi co miesiąc na okładkach “Gali”. Doda to dziwka, mężczyźni to dziwki i wszyscy uskuteczniają to w pozycji na pieska.

Każdy facet jest trochę pojebany. Sam jestem pojebany. My wszyscy szukamy związków, jakiś dziwności, złamań serca, potem żałujemy, ale sami się na to piszemy. Krótka historia. Poznałem kogoś, kto miał przyjaciółkę. I ta przyjaciółka była jak pies. W sumie jest, bo wciąż suka żyje. Za każdym razem jak prosiłem o randkę to słyszałem: “Nie mogę, nie mogę zostawić mojej przyjaciółki o wdzięcznym imieniu Rita samej”. Rita, Ty suko, żremy z tego samego koryta. I to taka opowieść o tym, że dziewuchy są też jak psy. Przywiązane do geja smyczą, pejczem, czymkolwiek. A teraz wymień mi ile znasz lasek, które kumplują się z gejami tylko dlatego, że są w nich zakochane. Mogę wymienić dwadzieścia z biegu. Przykład? Moje 24 urodziny. Znajomi w prezencie dają mi “chłopaka”. Dosłownie. Przyjeżdża, ale z “przyjaciółką”. Całujemy się, ona wchodzi i jest dziwna sytuacja. I nagle, ku mojemu zdziwieniu, ona się kładzie na niego, kiedy on leży obok mnie i go obejmuje. Nie na pieska,

122


ale po misjonarsku. I ja sobie myślę, kurwa co to za Matka Teresa obok mnie? Ulecza mojego mężczyznę? Nie, ona po prostu jest zazdrosną suką. Psem. Hau. Nie wierzę w nic. Ani w mężczyzn, ani w kobiety. Związki są dla ludzi, którzy nie potrafią znaleźć dobrego porno online. Miłość jest przereklamowana, a wszyscy cierpimy. Wszyscy jesteśmy swoimi pasterzami, choć nikt z nas nie potrafi upilnować swojego łoża, terenu, farmy. Wszyscy dajemy się życiu rozjechać jak traktorem. Jesteśmy psami, farmerami, dziwkami. Czytasz dalej. Wierzysz w związki między gejami? Kiedy? Kiedy rozkładasz nogi i czekasz na soczystą kiełbasę? Kiedy? Kiedy wypinasz się jak pies i czekasz na masaż prostaty? Kiedy? Kiedy mówisz, że kochasz i dostajesz po ryju kością z fiuta? Kiedy? Kiedy on się wypina i mówi, wyliż mi Nesquika? Nie mam bzika na punkcie Nesquika. Mam bzika na punkcie miłości. Tej prawdziwej, nie na pieska, ale z całusami

123

po czwartej randce, z dużymi kutasami, z marzeniami. Bądźmy szczerzy, obraźmy 50% Czytających. Mężczyzna zaczyna się od 180 cm w górę. Reszta to takie szczeniaki, hobbity, władcy pierścieni, a ja się boję kurdupli. Pies. Smycz. Komenda. Machanie ogonem. Erekcja na zawołanie. Szczekanie. Aport. Przemyśl te komendy i porównaj je do facetów. Poczekaj. Nie, ja się nie mylę. Faceci są jak psy, niektórzy może niekoniecznie, bo mają wydymane nadgarstki, tunning ramiona i oczojebnięcie. Ale cała reszta potrzebuje smyczy, kagańca i zwrotu “STÓJ”. Naucz tego swojego faceta i będzie Ci wierny do końca życia. A jak nie masz faceta, a kogoś lubisz to go olej. Wtedy przyjdzie jak pies, wylizać Ci palce. A jak już zacznie palce to wyliże Ci i fiuta.


124


125

KOMIKS: Dorota Dudzik


YOUAREIN INSIDE JOB - SINCE 2008

YOUAREIN INSIDE JOB

NEED SOLUTION? WWW.YOUAREINSTUDIO.COM


INTERIOR DESIGN STUDIO

NEED SOLUTION? WWW.YOUAREINSTUDIO.COM


| 34 | 36 | 38 | 40 | 42 | 34 | 36 | 38 | 40 | 42 | 34 | 36 | 3

ADHD USE IT IN SELF-DIFFERENCE


38 | 40 | 34 | 36 | 38 | 40 | 42 | 34 | 36 | 38 | 40 | 42 |

FASHION& JEWELRY

WWW.FACEBOOK.COM/ADHD.DESIGN



HOLE MAG 03