Page 1

8(8)/2017 GRUDZIEŃ 2017

BOBBY PREVITE


Almanach 12on14 Jazz Club

SPIS TREŚCI 4

8

Medytacje wiejskiego listonosza... jazzowego Wojciech Gogolewski Trio Gość specjalny: Andrzej Zieliński (Skaldowie)

8 KONCERTY... 8

10 13 15 16 19 19 21

21 24 2

Janczarski/McCraven Quintet „Traveling East & West Paweł Kaczmarczyk Directions in Music: Esbjörn Svensson Trio PGR Trio, feat. Marc Bernstein Krzysztof Woliński Power Trio Horacy Sextet Otwarta Scena Jazzowa Jam Session (16) PeGaPoFo Bobby Previte & The Visitors

24 31 stycznia 2016 Śmierć Janusza Muniaka 25 Pogrzeb Janusza Muniaka. „Do zobaczenia na niebieskim jam session.” - Relacja Gazety Wyborczej. 26 Wspomnienie


NOWY MAGAZYN INTERNETOWY Almanach 12on14 Jazz Club - relacje z koncertów i wydarzeń - varia wydanie specjalne: nr 1 - nr 9 / grudzień 2017 1(1)/2017 GRUDZIEŃ 2017

CAŁY TEN JAZZ...CLUB!

BRONISŁAW SUCHANEK

KAZIMIERZ JONKISZ

4(4)/2017 GRUDZIEŃ 2017

AMINA FIGAROVA

3(3)/2017 GRUDZIEŃ 2017

2(2)/2017 GRUDZIEŃ 2017

5(5)/2017 GRUDZIEŃ 2017

AGA DERLAK

6(6)/2017 GRUDZIEŃ 2017

PAWEŁ KACZMARCZYK 8(8)/2017 GRUDZIEŃ 2017

7(7)/2017 GRUDZIEŃ 2017

9(9)/2017 GRUDZIEŃ 2017

2015

JANUSZ MUNIAK

BOBBY PREVITE

ANDY SHEPPARD

prawdziwa historia powstania klubu pierwsze osiem miesięcy działalności ściągnij już teraz z naszych stron www.12on14club.com lub www.facebook.com/12on14club


15.01.2016 piątek 19:30

Medytacje wiejskiego listonosza... jazzowego Wojciech Gogolewski Trio (PL) Wojciech Gogolewski (p), Paweł Pańta (db, bg), Adam Lewandowski (dr) Gość specjalny: Andrzej Zieliński - „Skaldowie”

Obecność legendy polskiej muzyki rozrywkowej, Pana Andrzeja Zielińskiego, jednego z filarów niezwykłej grupy „Skaldowie” i twórcy niezliczonych przebojów, które na zawsze pozostaną w pamięci dzisiejszych pięćdziesięcio/sześćdziesięciolatków, jako cudowne wspomnienie beztroskiej młodości, dodała splendoru premierowemu wykonaniu najnowszego albumu Tria Wojciecha Gogolewskiego - Wojciech Gogolewski (p), Paweł Pańta (db, gb), Adam Lewandowski (dr, cajon) – zatytułowanego „Medytacje wiejskiego listonosza jazzowego”, przepięknie wydanego przez Studio Realizacji Myśli Twórczych (produkcja Piotr Semczuk, projekt okładki Lechosław Carnelli). Wojciech Gogolewski całe lata nosił w sobie projekt tej płyty,

pragnąc się zmierzyć z muzyką „Skaldów” – „naszych Skaldów”, jak mawiano w czasach wspólnej młodości – która przez całe lata wypełniała wspomnienia naszemu pokoleniu, nadając dawnym czasom niepowtarzalny czar i urok. Muzyką, z którą ten wspaniały pianista, związał – szczęśliwie dla nas – swą życiową decyzję. Jak bowiem sam przepięknie mówi we wspomnieniu pierwszego zachwytu nad piosenką „Cała jesteś w skowronkach” zamieszczonym na okładce albumu: „B-moll w pierwszym takcie skojarzony z H-dur w drugim, a potem refren w D-dur… To było coś tak innego, tak niemożliwego, że po raz pierwszy w życiu miałem naprawdę ochotę usiąść do fortepianu. […] Miałem szesnaście lat… i właśnie zdałem sobie sprawę, że muzyka jest moim życiem.” Ten zakotwiczony głęboko w osobowości Artysty projekt ujrzał wreszcie światło dzienne, a to, co zostało przedstawione zasłuchanej Publiczności, to dzieło kongenialne. Zdając sobie sprawę, że „lepsze jest wrogiem dobrego”, Wojciech Gogolewski przydał niezwykłym utworom Andrzeja Zielińskiego jedynie jazzowego rytu, nie naruszając oryginalnej składni i pisowni. A odnajdując w tych legendarnych kompozycjach prawdziwy idiom jazzu, zaaranżował je w taki sposób, że uczynił z tych cudownych piosenek jazzowe standardy o wartości uniwersalnej.

4

Standardy, które z powodzeniem można grać zarówno w Warszawie, jak i w Nowym Jorku. Samą zaś muzykę, bogatą w długie łańcuchy najprawdziwszych pereł, rozświetlił swą cudowną, delikatną jak motyli szept, pianistyką. Składając hołd u źródeł swej muzycznej fascynacji, a nadto w obecności samego kompozytora, wzbił się na wyżyny niedostępne zwykłym śmiertelnikom. W tym niezwykłym dziele towarzyszyli mu - unoszący się na skrzydłach muzyki Paweł Pańta, którego mistrzowskie kontrabasowe pizzicata, głębokie arco i niezwykłe solówki wygrywane również na przepięknej, customowej gitarze basowej dopełniały całości, współtworząc z nienaganną i operującą bogactwem faktur pracą perkusji Adama Lewandowskiego (dwukrotnie w czasie koncertu przesiadającego się na skrzynkowy instrument perkusyjny, zwany cajon, dodający niezwykłych barw wykonywanym utworom) by stworzyć rewelacyjną sekcję wzbogacającą w twórczym uniesieniu mistrzowsko zaaranżowane, legendarne utwory. Nic więc dziwnego, że nawet wśród męskiej części Publiczności pojawiły się łzy wzruszenia. Różniący się od playlisty albumu koncertowy układ piosenek, dawkował w sposób przemyślany przekazywane emocje, od naturalnego wzruszenia przy „Cała jesteś w skowronkach” do pędzącego w swoistym grand finale, radosnego „Z kopyta kulig rwie”, by w


Almanach 12on14 Jazz Club zagranej na bis organicznej dla całego konceptu piosence „Cała jesteś w skowronkach” przywrócić nutę liryczną jednego z najpiękniejszych wyznań miłości w historii muzyki. Trio Wojciecha Gogolewskiego w swym najnowszym dziele zaoferowało nam nie tylko wspaniałą podróż sentymentalną, ale także wydarzenie natury stricte jazzowej na najwyższym poziomie. A gdy już ucichła muzyka i długotrwałe owacje, głos zabrał Andrzej Zieliński, który w prawie dziesięciominutowej opowieści, pełnej anegdot i cudownych dygresji, podziękował Wojciechowi Gogolewskiemu, Pawłowi Pańcie i Adamowi Lewandowskiemu za wspaniały album i koncert. My zaś, ze swej strony, dostąpiliśmy zaszczytu złożenia najserdeczniejszych podziękowań wielkiemu kompozytorowi, którego piosenki ubarwiały naszą młodość, jak i znakomitym muzykom, którzy zaszczycili nasz klub swą niezwykłą sztuką. Playlista (wszystkie kompozycje – Andrzej Zieliński): I set: 1/. Cała jesteś w skowronkach 2/. Wspólny jest nasz świat 3/. Uciekaj, uciekaj 4/. Medytacje wiejskiego listonosza II set: 1/. Prześliczna wiolonczelistka 2/. Dopóki jesteś 3/. Piosenka dla Zielińskiej 4/. Mateusz IV 5/. Życzenia z całego serca 6/. Z kopyta kulig rwie Bis: Cała jesteś w skowronkach

Skaldowie 1965 - pierwszy skład: Andrzej Zieliński, Jacek Zieliński, Zygmunt Kaczmarski, Janusz Kaczmarski, Feliks Naglicki, Jerzy Tarsiński i Jan Budziaszek

5


Retransmisje najlepszych koncertów

w w każdą niedzielę od 22:00 do 24:00 Zapraszamy do radioodbiorników!

5


Almanach 12on14 Jazz Club

6


Almanach 12on14 Jazz Club

16.01.2016 sobota 19:30

Janczarski/McCraven Quintet „Traveling East & West” (PL/USA/FR) Borys Janczarski (sax), Rasul Siddik (tp, fl), Joanna Gajda (p) Adam „Szabas” Kowalewski (db), Stephen McCraven (dr) Advancement of Creative Musicians, a także (wraz z Sabu Zawadi) Black Artist Group Of Chicago czy (wespół z Tani Tabbalem) Now! Sextet. Krajową scenę jazzową reprezentował rewelacyjny Borys Janczarski, który muzyki uczył się u znakomitych francuskich saksofonistów Lionela Belmondo, Erica Barreta, Jean’a Francois-Bonnela, a nabyte umiejętności szlifował w Chorzowie, pod okiem Piotra Wojtasika oraz w zespołach Kazimierza Jonkisza i Monty Watersa, koncertując i nagrywając albumy z Billy Harperem, Ishamem „Rusty” Jonesem, Kevinem Mahoganym, Ronnie Cuberem, Januszem Muniakiem, Zbigniewem Namysłowskim, Sławomirem Kulpowiczem, Piotrem Wojtasikiem, Arturem Dutkiewiczem, Joanna Gajdą, Pavolem Bodnarem, AMC Trio i Łukaszem Korybalskim. Ten prawdziwy panteon gwiazd wczorajszego koncertu uzupełniają – niezwykła Joanna Gajda, absolwentka klasy fortepianu Wojciecha Niedzieli na Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej w Katowicach, a obecnie wykładowca Akademii Sztuki w Szczecinie, mająca na swym koncie współpracę z Urszulą Dudziak, Billy Harperem, Newmanem Taylorem Bakerem, Johnem Betschem, Kazimierzem Jonkiszem, Marcinem Jahrem, Maciejem Sikałą, Mieczysławem Szcześniakiem, Piotrem Wojtasikiem, Judy Bady, Deborą Brown, Natalią Przybysz i Natalią Niemen oraz – jeden z najwybitniejszych kontrabasistów europejskich, legendarny Adam „Szabas” Kowalewski, którego fascunujące pochody basowe wzbogacały muzykę zespołów Nigela Kennedy’ego, Janusza Muniaka, Jana „Ptaszyna” Wróblewskiego, Tomasza Szukalskiego, Tomasza Stańko, Piotra Barona, Piotra Wojtasika, Leszka Możdżera, Adama Pierończyka, Jarosława Śmietany, Eryka Kulma, Artura Dutkiewicza, Joachima Mencla, ale także Bennie Maupina, Eddiego Hendersona, Gary’ego Bartza, Johna Abercrombie, Jeffa Becka, Johna Purcella, Kevina Mahogany, Johna Grossa, Scotta Hamiltona, Duffy Jacksona, Dolpha Castellano, Karin Krog, Andy’ego Mandorffa, Wolfganga Puschniga, Dave’a Friedmana, Tuna Otenela, Rusty Jones, Lee Konitza, Dino Saluzziego i Stephena Rileya.

W pierwotnym zamyśle koncert Janczarski/McCraven Quintet „Traveling Est & West” (Borys Janczarski – sax, Stephen McCraven – dr, Rasul Siddik – tp, fl, perc., Joanna Gajda – p, Adam „Szabas” Kowalewski – db) miał się odbyć na tzw. Dużej Scenie. Z powodów natury organizacyjnej, niezależnych od nas, wszystkie zamierzone tam koncerty zmuszeni byliśmy przenieść do naszego małego klubu. Jednak – jeśli spojrzeć na wczorajszy koncert z punktu widzenia artystycznego – to z całą pewnością mieliśmy do czynienia z dużą sceną, a nawet bardzo dużą sceną! Jeśli bowiem na niej pojawia się Stephen McCraven - amerykański perkusista, mający na swoim koncie współpracę z takimi gigantami jazzu jak Sam Rivers, Yusef Lateef, Benny Golson, Mal Waldron, Ahmad Jamal, Freddie Hubbard, czy Billy Harper, który od przeszło dwudziestu lat współtworzy kwartet legendarnego saksofonisty Archie Sheppa – to nie ma żadnych wątpliwości, że mamy do czynienia z wydarzeniem jazzowym najwyższej wagi. Towarzyszący mu znakomity trębacz Rasul Siddik ma na swym koncie współpracę nie tylko z gigantami amerykańskiego jazzu, jak Bobby Few, John Betsch lub Henry Grimes, Katherine Roberts, Hamiet Bluiett, Raymond Eldridge czy Tayammum Falah, ale również z Josephem Jarmanem, Muhalem Richardem Abramsem, Henrym Threadgillem oraz legendarną, chicagowską grupą AACM - Association for the

Swój występ Janczarski/McCraven Quintet spiął klamrą dwóch znakomitych kompozycji Woody Shawa – otwierającym koncert „United”, z przepięknymi unisonami instrumentów dętych i słynnym, niezwykle energetycznym, melodyjnym i pełnym optymizmmu utworem „In My Own Sweet Way” na koniec. W repertuarze nieomal zbieżnym z najnow-

8


Almanach 12on14 Jazz Club szym albumem kwintetu („Traveling East West”, wydanym z końcem zeszłego roku nakładem niezmordowanego promotora znakomitej muzyki, wydawnictwa For Tune, z inicjatywy nieocenionego Jarosława Polita), zabrakło – co prawda – „Travelling West” i „Don’t Push That Button”, ale w zamian za to pojawiły się, wspomniane już arcydzieło Woody Shawa „In My Own Sweet Way” i świetna ballada Borysa Janczarskiego „The Spark”, który przedstawił jeszcze jedną swoją kompozycję – obecną także na płycie, piękne i odrobinę żartobliwe „ryczące czterdziestki”- „Roaring Forties”. Playlistę uzupełniły dwie rewelacyjne kompozycje Joanny Gajdy pochodzące z albumu, pełne zadumy „Love Is” i „Daddy’s Bounce” oraz mroczna, zawierająca elementy muzyki bliskowschodniej, kompozycja Rasula Siddika „Traveling East”. Niewątpliwą atrakcją wieczoru był „Hambone” pokaz swoistego „juba dance”, tradycyjnie wyklaskany i wyśpiewany przez Stephena McCravena, któremu wtórował Rasul Siddik. Ten pochodzy z czasów niewolniczych obyczaj, pozwalający czarnoskórym pracownikom plantacji na podtrzymywanie muzycznej tradycji – w warunkach zakazu posiadania instrumentów perkusyjnych (mogłyby przecież - według wszędzie węszących spisek, podstęp i niebezpieczny układ - podejrzliwych plantatorów, przekazywać tajne kody – [skąd my to znamy?!]) przetrwał do dziś i chętnie jest podejmowany – w formie zabawy – przez afro-amerykańskie dzieci, prześcigające się w umiejętnościach na swych wielkomiejskich podwórkach. Wśród okrzyków zachwyconej Publiczności muzycy płynnie przeszli do wspaniałej i radosnej kompozycji Stephena McCravena „Intertwinning Spirits”, będącej hołdem wobec światowego dziedzictwa kulturowego, gdzie tytułowe „splecione duchy” różnorodnych inspiracji tworzą jedną, cudowną całość. Multi-kulti w najlepszym wydaniu.

jak wczoraj, w szczególności. Dziękujemy piątce wspaniałych Artystów, tworzących Janczarski/McCraven Quintet, że zaszczycili nas swą sztuką. Będziemy za Wami tęsknili. Playlista: I set: 1/. United (Woody Shaw) 2/. Love Is (Joanna Gajda) 3/. Roaring Forties (Borys Janczarski) 4/. Travelling East (Rasul Siddik) II set: 1/. Daddy’s Bounce (Joanna Gajda) 2/.Hambone (Rasul Siddik/Stephen McCraven) [juba dance] 3/. Intertwinning Spirits (Stephen McCraven) 4/. The Spark (Borys Janczarski) 5/. In My Own Sweet Way (Woody Shaw)

Zachwycona Publiczność nie mogła się pogodzić z brakiem możliwości zagrania bisu. Koncert zakończył się bowiem punktualnie o 22, a po tej godzinie niezwykle przyjaźni mieszkańcy stołecznej Starówki i prokulturowo nastawione władze naszej wciąż jeszcze europejskiej stolicy (warto by może o tym przypominać), zamienają się w potwory straszące konsekwencjami, które niejeden już warszawski klub doprowadził do zamknięcia. Pomimo jednak tej niedogodności, przeżyliśmy wczoraj koncert niezwykły, z muzyką tak pełną i piękną, że wynagrodziła po stokroć wszelkie niewygody naszego maleńkiego klubu, ciasnotę i duchotę tam panującą oraz wspomnianą wyżej ciasnotę umysłów powodującą, że warszawska Starówka wciąż bardziej przypomina zatęchły skansen, jak naturalne serce wielkiego miasta. Nie możemy się więc już doczekać początku maja, kiedy w innym – starannie wybranym miejscu - nowy 12on14 Jazz Club otworzy swe podwoje, oddając swą przestrzeń tej wielkiej muzyce, jaką jest Jazz – a taki,

9


Almanach 12on14 Jazz Club

20.01.2016 środa 19:30

Paweł Kaczmarczyk Directions in Music: Esbjörn Svensson Trio (PL) Paweł Kaczmarczyk (p), Jakub Dworak (db), Dawid Fortuna (dr)

Zastanawiając się nad dziedzictwem Esbjörna Svennsona, nie sposób pominąć prostego faktu, iż swą muzyką potrafił stworzyć nieomal odrębny gatunek, który wypełniając w każdym calu idiom jazzu, stał się jednocześnie muzyką popularną i „przyjemną dla ucha”, nie rezygnując jednocześnie z intelektualnego zaawansowania zarówno w przekazywanej treści, jak i precyzyjnie dobranej formie. Międzygatunkowe wojaże stały się znakiem rozpoznawczym tria tworzonego przez trzech genialnych muzyków - Esbjörna Svenssona (p), Dana Berglunda (db) i Magnusa Öströma (dr) – zjednując im zarówno serca zagorzałych entuzjastów jazzu, rocka, dance’u, chill-out’u, a nawet muzyki elektronicznej (mimo stosowania wyłącznie instrumentów akustycznych, co najwyżej korzystających czasem ze zdobyczy tzw. gitarowej „podłogi”, czyli niewielkiego zestawu kilku przetwarzaczy dźwięku). To niezwykłe trio nie tylko na nowo zdefiniowało znaczenie jednego z podstawowych line-up’ów muzyki jazzowej, ustanawiając pełną równocenność każdego z instrumentów, ale nadało mu moc formacji nieomal ostatecznej, która stanowić by miała prawdziwie filozoficzny, wręcz arystotelesowski „aurea mediocritas” (złoty środek), pozwalający na pełny i ekspresyjny wymiar wypowiedzi przy zachowaniu formalnego umiaru, a więc zgodnie z zasadą wyrażoną potem w horacjańskiej Odzie: „Kto złoty sobie upodobał umiar, ten się

uchroni przed nikczemną nędzą…” (Horacy, Oda II.10,5-8; tł. Andrzej Lam). Gdy 44-letni Esbjörn Svennson 14 czerwca 2008 zginął tragiczną śmiercią, wskutek obrażeń doznanych podczas nurkowania w północnobałtyckich głębinach, świat muzyki stracił wielkiego kompozytora, który nie chcąc być przypisanym do jednego gatunku, potrafił zbudować pomost pomiędzy różnymi wrażliwościami i gustami, łącząc swych fanów we wspólnym rozumieniu niezwykłych opowieści kreowanych pozornie prostymi dźwiękami i melodiami dość łatwo wpadającymi w ucho, a jednocześnie wyznaczającymi granice kompozycyjnej koherencji i granice technicznej umiejętności dla niejednego wirtuoza. Światowy sukces został przypieczętowany okładką amerykańskiego „Downbeatu”, na której Esbjörn Svennson (wraz ze swym Trio) znalazł się, jako pierwszy Europejczyk w historii. W szczytowym okresie swej twórczości stanął w kategorii rozpoznawalności na równi z Sonnym Rollinsem, Keithem Jarrettem, Herbie Hancockiem, Milesem Davisem czy Patem Methenym. Stylistyczny eklektyzm muzyki Svennsona nie wynikał bynajmniej z zimniej kalkulacji, a był raczej wynikiem pierwszych doświadczeń i pianistycznych fascynacji. Zaczynał przecież swą niezwykłą przygodę z muzyką od rockowego duo, założonego wraz ze swym przyjacielem, perkusistą Magnusem Öströmem, by w późniejszym okresie stać się fanem Glenna Goulda, genialnego i ekscentrycznego kanadyjskiego pianisty klasycznego, obdarzonego niezwykłą wyobraźnią muzyczną i jednego z najwybitniejszych interpretatorów dzieł Jana Sebastiana Bacha. Sam Esbjörn Svennson również nie stronił od rozwiązań, które dla standardowego wyobrażenia o koncercie jazzowym musiały być szokiem. Grając swoje przepiękne piosenki bez słów, obudowywał dodatkowo unikatowy klimat swej muzyki środkami scenicznymi charak-

10


Almanach 12on14 Jazz Club terystycznymi dla rocka czy muzyki elektronicznej – rozbudowaną grą świateł scenicznych, czy snujących się dymów i mgieł podkreślających nastrój ballady. Tragiczna śmierć Esbjörna Svenssona przerwała tryumfalny pochód tego okrzykniętego przez The London Times mianem „tria dekady”, osieracając dwóch wybitnych instrumentalistów współtworzących sukces geniusza światowej pianistyki. Obydwaj, zresztą, zdecydowali się na kontynuację kariery w projektach solowych. I kiedy zespół Tonbruket Dana Berglunda skierował się w stronę dynamicznego fusion jazz (znakomity album „Dig It To The End”) , to Magnus Öström zdecydował się na kompozycje o bardziej wyciszonym charakterze, by swym debiutanckim albumem „Thread Of Life” złożyć hołd zmarłemu przyjacielowi jeszcze z okresu dzieciństwa. Przeniesiona wprost z krakowskiego „Harris Piano Bar”, fascynująca seria koncertów Paweł Kaczmarczyk – Directions in Music, zadebiutowała wczoraj na naszej scenie koncertem Esbjörn Svensson Trio. Kongenialne Paweł Kaczmarczyk Audiofeeling Trio w nowym składzie (znakomitego Macieja Adamczaka zastąpił rewelacyjny Jakub Dworak) przedstawiło muzykę Esbjörna Svennsona w sposób, który stał się wydarzeniem samym w sobie. Bo oto w modus operandi interpretacji niezwykłych kompozycji genialnego Szweda i przy wykorzystaniu tych samych środków wyrazu („podłoga” efektowa kontrabasu), Audiofeeling wzbił się na wyżyny sztuki dostępne jedynie najwybitniejszym mistrzom. Śledząc po kolei prezentowane utwory i mając w pamięci oryginalne wykonania

Esbjörn Svensson Trio: Esbjörn Svensson (p), Dan Berglund (db), Magnus Öström (dr)

Audiofeeling Trio w nowym składzie: Paweł Kaczmarczyk (p), Jakub Dworak (db), Dawid Fortuna (dr)

11


Almanach 12on14 Jazz Club słynnego EST, można było z łatwością dostrzec, jak wielką pracę interpretacyjną wykonał Paweł Kaczmarczyk, by wraz ze swymi kolegami przybliżyć oniemiałej Publiczności niezwykłą muzykę szwedzkiej formacji, tak ważnej z punktu widzenia rozwoju jazzu. Nie tracąc nic z legendarnej spójności oryginału i sięgając po oryginalne środki wyrazu, Paweł Kaczmarczyk wzbił się bardzo wysoko ponad standardowe „przedstawienie” utworu. Kapitalna i ledwo zauważalna zmiana tempa w otwierającym koncert „Seven Days Of Falling”, dyskretne uwypuklenie roli kontrabasu w cudownej balladzie „Believe, Belef, Below”, mistrzowskie poszerzenie przestrzeni w nieomal międzygwiezdnej epopei „From Gagarin’s Point Of View”, czy uplastycznienie kobiecego zawstydzenia ukrywanego za osłoną czarczafu (po turecku „yashmak”) przy jednocześnie pobudzającym pięknie uwydatnionego spojrzenia wyrazistych oczu, zawarte w cudownej kompozycji „Behind The Yashmak” kończącej koncert, to tylko niektóre z niezwykłych zabiegów, jakim Paweł Kaczmarczyk poddał oryginalny materiał, przysposabiając go tym samym do swej niezwyklej wrażliwości muzycznej i daleko wychodząc ponad zakres zwyczajowej interpretacji. Wszystko to przy udziale sensacyjnej, organicznej wręcz pianistyki, którą Paweł Kaczmarczyk uderza celnie w najdyskretniejsze zakamarki duszy wrażliwego słuchacza; genialnej gry wybitnego kontrabasisty, Jakuba Dworaka, wnoszącego nową energię i niezwykłą świeżość w dokonania Audiofeeling Trio oraz fundamentalnej roli, jaka przypada sensacyjnemu Dawidowi Fortunie, którego maestria śmiało stawia go w ścisłej czołówce europejskich perkusistów. Innymi słowy, wczorajszy Directions in Music, poprzez kongenialny modus operandi interpretacji svennsonowskich arcydzieł, stał się przyczynkiem do zachwytu nad niezwykłym potencjałem twórczym samego Pawła Kaczmarczyka i jego najważniejszego projektu Audiofeeling Trio, dokumentując w sposób aż nadto wyrazisty, że mamy do czynienia z jedną z najlepszych formacji w historii nie tylko polskiego, ale i europejskiego jazzu, gotowej zwycięsko stawić czoła nie tylko wszelkiej konkurencji, ale również legendzie Esbjörn Svensson Trio. Playlista: I set 1/. Seven Days Of Falling 2/. Good Morning Susie Soho 3/. Definition Of A Dog 4/. Believe, Beleft, Below 5/. Dolores In A Shoestand II set 1/. Mingle In The Mincing-Machine 2/. Goldhearted Miner 3/. Dodge The Dodo 4/. From Gagarin’s Point Of View 5/. Behind The Yashmak

12


Almanach 12on14 Jazz Club

21.01.2016 czwartek 19:30

PGR Trio, feat. Marc Bernstein (PL/USA) Marc Bernstein (sax), Grzegorz Rogala (tb), Mike Parker (bg), Kamil Miszewski (dr) + Amnon Ben-Shach (p) Bernsteina, którą on sam określa jako Kibrick Music łączy elementy jazzu, folku, funku, free czy soulu z tradycyjną muzyką Yiddish oraz pieśniami kantoralnymi. W tych wielobarwnych i multikulturowych eskapadach pomagało mu wczoraj świetne PGR Trio – Grzegorz Rogala (puzon), Mike Parker (gitara basowa) i Kamil Miszewski (perkusja) – zaznaczając swą obecność nie tylko wyśmienitą grą poszczególnych instrumentalistów, z których prawdziwie wirtuozerska perkusja Kamila Miszewskiego zasługuje na odrębne wyróżnienie, ale przede wszystkim bardzo ciekawymi i nasyconymi głęboko osobistym przekazem, kompozycjami stosującego unikatowe techniki gry, puzonisty Grzegorza Rogali. O klasie Mike’a Parkera nikomu nie trzeba przypominać. Ten rezydujący od jakiegoś czasu w Polsce nowojorczyk ma na swoim koncie występy z: Johnem Scofieldem, Chris Potterem, Antonio Sanchezem i Ericiem Harlandem, aktywnie wspierając lub będąc liderem takich formacji, jak: Nat Osborn Band, Arctica, Mike Parker’s Unified Theory, Mike Parker’s Trio Theory. Nic więc dziwnego, że PGR Trio dwukrotnie już otrzymało grant Berklee Collego of Music, a jego muzyki mogli wysłuchać odbiorcy brytyjskiego UK Jazz Radio, czy publiczność festiwali i scen: Jazz w Ruinach, Festiwal Jazz od Nowa, Letnia Akademia Jazzu, Flugery Lwowa, Jazz Schmiede, Teatr Agnieszki Osieckiej, Festiwal Kolory Polski, Muzeum Historii Żydów Polskich, a nawet posłowie polskiego Sejmu. Zaprezentowana porcja muzyki, śmiało przenosząca nas w różne, często odległe od siebie rejony świata (polska pieśń ludowa, żydowskie ballady, rytmy latynoamerykańskie) sprawiała jednak wrażenie lekkiej, nieomal kołyszącej, choć czasem smutnej lecz pięknej. Kończąca pierwszy set kołysanka, którą dziadek Marca Bernsteina nucił mu do snu, gdy ten był mały, niezwykle plastycznie i tkliwie opisywała smutek wiecznej żydowskiej tułaczki i znalazła swą kontynuację we wspaniałej kompozycji Johna Zorna, zagranej na zakończenie koncertu. Te znakomite utwory, proste w swoich pięknych harmoniach, znalazły świetne uzupełnienie w kompozycjach Grzegorza Rogali, tworząc razem mieniący się wieloma barwami monolityczny przekaz poruszający wszystkie struny szlachetnej wrażliwości. To było ciekawe

Dziadkowie Marca Bernsteina wyemigrowali z Radomia jeszcze przed pierwszą wojną światową. Swą tułaczą podróż zakończyli w Nowym Jorku, gdzie osiedli w poszukiwaniu szansy na nowe życie. W wiele lat później młody Marc Bernstein wałęsając się po ulicach Brooklynu, wsłuchiwał się w dźwięki jazzu grane przez Afroamerykanów podkreślających na każdym kroku, że to ich muzyka. Z drugiej strony, w swym najbliższym otoczeniu, słuchał muzyków żydowskiego pochodzenia, masowo przybywających ze wschodu Europy. Któregoś dnia dziadek sprawił mu niezwykły prezent – klarnet. To miała być przepustka do lepszego życia. Tak narodził się Marc Bernstein, wybitny saksofonista amerykański, który wczoraj zagrał na naszej scenie. Ale zanim tak się stało, został absolwentem słynnego Berklee College of Music, a w swej niezwykłej karierze grał w znakomitych kapelach jazzowych: Chico Hamilton’s Band, Electric Quartet czy Klüvers Big Band, gdzie współpracował z Bobem Mintzerem, Billem Dobbinsem, Edem Neumeisterem, Larsem Janssonem, Dennisem Mackrelem czy Deborah Brown. Wielokrotnie można też było go podziwiać u boku takich sław, jak Branford Marsalis, Michael Brecker, Hal Galper, Billy Cobham i Joey Calderazzo. O jego klasie i kunszcie świadczy fakt, iż koncertował w najsłynniejszych nowojorskich klubach m.in. The Blue Note, Avery Fischer Hall, Sweet Basil, Mikells czy Apollo Theater. Obecnie aktywnie koncertuje i inspiruje młodych adeptów jazzu jako rektor prestiżowego The Southern Danish Conservatory of Music. Muzyka

13


Almanach 12on14 Jazz Club spotkanie ze znakomitą muzyką zachwycającą melodiami i emocjami w niej zawartymi. Zdarzyła się jednak również rzecz „zabawna”, którą ku przestrodze - warto tu przytoczyć. W przerwie koncertu podszedł do mnie Marc Bernstein, mówiąc: „Na sali jest pianista z Izraela i chciałby z nami zagrać bluesa na koniec koncertu…”. „Jak się nazywa?”, zapytałem. „Nie wiem”, odpowiedział Marc, „ale wiesz, co znaczy ‘pianista z Izraela’! wiesz przecież, jak oni grają…!”, dodał wyraźnie podniecony perspektywą wydarzenia. „Trzeba przebudować naprędce scenę”, pomyślałem. Ale natychmiast przez myśl przeszedł mi korowód nazwisk: Ofir Shwartz, Omri Mor, Guy Mintus, Aaron Goldberg, Aaron Diehl, Aaron Parks… „Zgoda!”, powiedziałem ucieszonemu Marc’owi. Sam nie mogąc się doczekać tej niezwykłej chwili, zapowiedziałem występ „znakomitego izraelskiego pianisty, który wystąpi wraz z PGR Trio i Marc’iem Bernsteinem na zakończenie wieczoru”. Publiczność nagrodziła zapowiedź gorącymi brawami i rozpoczęliśmy drugi set koncertu.

„Święta racja”, odpowiedziałem. Szkoda tylko, że występ „wybitnego izraelskiego pianisty” odebrał nam czas na zasłużony bis PGR Trio. Minęła właśnie 22:00.

Niecałą godzinę później Amnon Ben-Shach zasiadł za klawiaturą fortepianu. Obecni na Sali koledzy pianisty zrobili mu kilka zdjęć z rozpromienionym Marc’iem Bernsteinem w tle – co przyjęliśmy z zadowoleniem, wtórując im naszymi aparatami i kamerami. Muzycy ustalili temat i tonację. Pianista położył swe natchnione dłonie na klawiszach… One, two, one, two, three…! Kapela ruszyła z kopyta w rytmie improwizowanego bluesa. Dęciaki nadały temat. Basista zaatakował w szalonym pochodzie. Perkusista zwijał się, jak w ukropie. A pianista… wybrał pierwszy akord, jakby jeszcze badał teren, potem – cokolwiek nieśmiało – wybrał drugi, by powtórzyć go już znacznie pewniej… potem wrócił do pierwszego, a jego lico rozjaśnił uśmiech. Trzeci akord pominął w artystycznym uniesieniu, by stwierdzić, że już czas na solo! I zagrał… wprawiając w osłupienie wszystkich zgromadzonych. Zagrał bowiem… jednym palcem! W tym czasie jego prawa ręka uporczywie trzymała się odkrytego pierwszego akordu, by znacznie później niż trzeba mozolnie zastąpić go drugim. Żegnany goracą owacją swoich towarzyszy i opadniętymi szczękami pozostałych, zszedł ze sceny z tryumfalną miną – wszak jego plan się udał! W kilka chwil później rozgorycznony Marc podszedł do mnie z niewyraźną miną. „Przecież wiesz, jak oni grają…”, wymamrotał. Wybuchliśmy śmiechem rzucając się sobie w objęcia. „Nie wolno oceniać książki po okładce”, dodał.

Playlista: I set 1/. The New Life Apperance (Grzegorz Rogala) 2/. Kir And Pepper (Marc Bernstein) 3/. Hiob/Job (Grzegorz Rogala) 4/. Czerwone Jagody (trad.) 5/. Poppy Willie’s Song (trad.) II set 1/. Song For Basia (Grzegorz Rogala) 2/. Cuban Report (Grzegorz Rogala) 3/. Hear’O (Marc Bernstein) 4/. Abidan (John Zorn) (5/. Blues)

14


Almanach 12on14 Jazz Club

22.01.2016 piątek 19:30

Krzysztof Woliński Power Trio (PL) Krzysztof Woliński (gt), Mirosław Wiśniewski (bg), Grzegorz Grzyb (dr) scenie (17.09.2015), towarzysząc jako sekcja i prezentując repertuar holenderskiej trębaczkiSaskii Laroo, która wystąpiła wtedy wraz z amerykańskim pianistą Warrenem Byrdem. Było oczywiste, że w końcu muszą pojawić się u nas z pełnowymiarowym i samodzielnym koncertem. I tak stało się wczoraj. Jazzrockowe brzemienia i funkowe rytmy, rozsadzająca salę energia i świetne utwory Krzysztofa Wolińskiego, uzupełnione jedną kompozycją Jimmy’ego Van Heusena, a także oczywista w przypadku tych muzyków – Krzysztof Woliński (gt), Mirosław Wiśniewski (bg) i Grzegorz Grzyb (dr) – perfekcja wykonawcza, to tylko niektóre z aspektów wczorajszego koncertu. Pierwszy set wypełniły kompozycje pochodzące z nagranego 10 lat temu, a niestety nie wydanego, albumu formacji „Latin Goes To Blues”, na którym gościnnie zagrał partie skrzypcowe Maciej Strzelczyk. Szkoda, bo zawarte tam kompozycje „Młody Blues” i tytułowe „Latin Goes To Blues” miały szanse wtedy stać się prawdziwymi przebojami, daleko wykraczając swą strukturą, rytmem i rewelacyjnymi melodiami poza niszowy obszar jazzu. „34-ty Blues” i „Sambolea” pochodzą z późniejszego okresu i wskazują na ewolucję kompozytorskich zainteresowań Krzysztofa Wolińskiego w stronę przestrzeni zagospodarowanych przez prawdziwego guru tego gitarzysty, mistrza Johna Scofielda. Set drugi otworzyła piękna - a zadedykowana mojej Katarzynie i mnie, z dołączonymi ze sceny życzeniami dalszych sukcesów w tworzeniu klubu - ballada „Time For Duo”, by następnie zaatakować Publiczność mocnym uderzeniem kompozycji „Hi, Man”, w trakcie której Grzegorz Grzyb wykonał zapierające dech w piersiach… dziesięciominutowe (!) solo na perkusji! Po ciekawej balladzie Jimmy’ego Van Heusena „I Though About You”, pięknie zagranej solo na gitarze, Power Trio wróciło na scenę, by przedstawić premierę najnowszego utworu Krzysztofa Wolińskiego, zabawnie zatytułowanego „Take Five Back Ten” (weź piątaka oddaj dychę), nie tylko tytułem, ale i w warstwie melodyczno rytmicznej nawiązują-

Z Krzysztofem Wolińskim spotykaliśmy się w zeszłym roku wielokrotnie. Rozpoczynając bowiem w maju zeszłego roku działalność naszego klubu, organizowaliśmy Koncerty (rozumiane, jako jednorazowe wydarzenie muzyczne danego muzyka/grupy) raptem raz w tygodniu (sobota), by w pozostałe dni tygodnia zapraszać gości na Spotkania z Jazzem, czyli organizowane w innym rygorze, bardziej swobodne, czasem prawie „jamowe” koncerty dawane przez tego samego muzyka/tych samych muzyków. Wtedy to właśnie Krzysztof Woliński zachwycał coraz liczniej pojawiającą się publiczność wirtuozerią swej gitary. Wkrótce zagościł u nas również znakomity Jarosław Małys, którego pianistyka rozbrzmiewała co drugi wieczór, na przemian z gitarowymi balladami Krzysztofa Wolińskiego. W końcu obydwaj Artyści zaczęli grać razem, by do niezwykłego duetu zapraszać czasem perkusistów Grzegorza Grzyba i Adama Lewandowskiego, saksofonistę Tomasza Grzegorskiego, trębacza Roberta Murakowskiego, czy skrzypka Macieja Strzelczyka, tworząc okazjonalne tria i kwartety. Z czasem jednak Spotkania z Jazzem zaczęły być wypierane przez pęczniejący repertuar koncertowy, a coraz bardziej sporadyczne Spotkania z Jazzem przerodziły się w popularną – szczególnie wśród jazzowej młodzieży – Otwartą Scenę Jazzową, czyli pełnowymiarowe jam-session, na rzecz którego zarezerwowaliśmy środy Znakomite Power Trio już raz gościło na naszej

15


Almanach 12on14 Jazz Club cego do słynnego standardu „Take Five” Paula Desmonda, a pochodzącego ze słynnego albumu (1959) „Time Out” kwartetu Dave’a Brubecka. Zagrany na bis „Funny Blues” pozostawił Publiczność w poczuciu świetnie spędzonego wieczoru. Na koniec wypada przytoczyć jeszcze pewne zdarzenie, które miało miejsce wczoraj. Otóż, gdy w przerwie koncertu wyszliśmy na papierosa, by trochę ochłonąć z emocji i zaczerpnąć świeżego i bardzo mroźnego powietrza, do klubu weszło dwóch dżentelmenów o twarzach nie muśniętych nawet cząstkowym myśleniem, by zrealizować swój plan zdefiniowany w krótkim projekcie wygłoszonym przez jednego z nich w drzwiach klubu: „walniemy browara i idziemy dalej”. Rozsiedli się zatem przy jednym ze stolików i zamówili piwo. W międzyczasie rozpoczęła się druga część koncertu, co spowodowało, że ich powolna dotąd konsumpcja szlachetnego skądinąd trunku, nabrała znacząco tempa. I wreszcie – i po to przytaczam tę historię – regulując rachunek, jednemu z nich udało się wykrztusić filozoficzną sentencję, która à rebours jest wymarzoną recenzją naszej działalności: „Idziemy! Chujowo tu jest…!” Święta prawda, drodzy panowie! Tak właśnie – dla was – miało tu być! Udało się!!! Trzeba tylko było przewietrzyć lokal… Playlista: I set 1/. Młody Blues (Krzysztof Woliński) 2/. 34-ty Blues (Krzysztof Woliński) 3/. Latin Goes To Blues (Krzysztof Woliński) 4/. Sambolea (Krzysztof Woliński) II set 1/. Time For Duo (Krzysztof Woliński) 2/. Hi, Man (Krzysztof Woliński) 3/. I Though About You (Jimmy Van Heusen) 4/. Take Five Back Ten (Krzysztof Woliński) Bis: Funny Blues (Krzysztof Woliński)

23.01.2016 sobota 19:30

Horacy Sextet (PL) Piotr Zawada (tb), Paweł Kamiński (sax), Paweł Południak (tp), Bartosz Kalicki (p), Adam Tadel (db), Piotr Budniak (dr)

Można się spierać co do istoty jazzu nowoczesnego, wskazując na różnice pomiędzy bebopem, hardbopem a cooljazzem. Jedno jest jednak pewne – w tych trzech odmianach tkwi jądro cudownej muzyki, która wielu – tak, jak nas – pochłonęła bez reszty; muzyki, która zachwyca energią, ekspresją, intensywną pulsacją rytmiczną, swobodą interpretacyjną, improwizacją i zmiennością frazy, a wreszcie i niezwykłymi dla wielu klasycznych instrumentów fakturami barw, paletą kolorów i artykulacją. Słuchając jazzu od dziesiątków lat i doznając co jakiś czas nowych olśnień, wracam – bo wracać muszę – do wielkich albumów Cannonballa Adderleya, Arta Blakey’a, Clifforda Browna, Donalda Byrda, Sonny’ego Clarka, Johna Coltrane’a, Lou Donaldsona, Milesa Davisa, Kenny Drewa, Benny Golsona, Dextera Gordona, Joe Hendersona, Andrew Hilla, Freddie Hubbarda, Jackie’go McLean, Charlesa Mingusa, Blue Mitchella, Hanka Mobley’a, Lee Morgana, Theloniousa Monka, Charlie’go Parkera, Sonny Rollins’a czy Horace Silver’a - to właśnie w ich nagraniach odnajduję wszystko to, czego oczekuję od jazzu i czego oczekiwał będę zawsze, nawet jeśli poszukiwania wiodą mnie czasem po nowych drogach i stylistycznych odmianach. Wtedy, dla równowagi, najchętniej sięgam po eksplodujące energią albumy Arta Blakey’a i jego The Jazz Messengers, szczególnie zaś te zawierające zapis koncertów w słynnym nowojorskim klubie „Birdland” – nagranym w

16


Almanach 12on14 Jazz Club 1954 roku (jeszcze jako The Art Blakey Quintet) „Night At Birdland” (to na nim pojawia się kompozycja „Jazz Messengers” Horace Silvera), czy rok późniejszym (już pod słynną nazwą) „At The Cafe Bohemia”. Jeśli czasem niektórzy zadają mi pytanie, dlaczego w naszym klubie tak chętnie sięgamy po młodych muzyków – domniemując odpowiedzi natury ekonomicznej – to zamiast cytować słynne zawołanie z wiersza „Daremne żale” Adama Asnyka: „Trzeba z żywymi naprzód iść / Po życie sięgać nowe…”, odpowiadam krótkimi słowami Arta Blakey’a (słynącego z częstego „odświeżania” składów swego zespołu), które usłyszeć można na pierwszej z wymienionych wyżej płyt: "Zawsze będę z młodymi. A kiedy dorosną – poszukam sobie młodszych. To zapewnia sprawność umysłu". Rozmawiając jednak z młodymi muzykami, często przywołuję zwrotki innego, słynnego wiersz naszego poety („Do młodych”): ”Szukajcie prawdy jasnego płomienia! / Szukajcie nowych, nie odkrytych dróg... […] Każda epoka ma swe własne cele / I zapomina o wczorajszych snach... […] Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy, / Choć macie sami doskonalsze wznieść; / Na nich się jeszcze święty ogień żarzy / I miłość ludzka stoi tam na straży, / I wy winniście im cześć!” Dlaczego piszę o tym wszystkim? Bo oto wczoraj, na małej scenie naszego klubu, pojawiła się grupa młodych muzyków - Piotr Zawada (tb), Paweł Kamiński (sax), Paweł Południak (tp), Bartosz Kalicki (p), Adam Tadel (db), Piotr Budniak (dr) – zgromadzonych pod wezwaniem

„Horacy Sextet” by w ciągu ponad dwugodzinnego koncertu, jaki dała przed oszalałą ze szczęścia Publicznością, nie tylko wypełnić wszystkie możliwe oczekiwania, jakie stawiam przed jazzem, ale również pozwolić mi spokojnie myśleć o przyszłości tej muzyki, choćby widząc szacunek, z jakim ci młodzi Artyści odnoszą się do przeszłości i wielkiej jazzowej tradycji. Nie wiem, dlaczego nazwali swą grupę „Horacy Sextet”, ale ilekroć o tym myślę, skojarzenia prowadzą mnie do rzeczy pięknych, bo albo do wielkiej poezji Quintusa Horatiusa Flaccusa, zwanego u nas Horacym i jej cudownych uniesień, jak choćby w słynnej pieśni I, 11 „Ad Leuconoen”: „Tu ne quaesieris, scire nefas, quem mihi, quem tibi…” („Nie pytaj próżno, bo nikt się nie dowie, / Jaki nam koniec zgotują bogowie […] Więc łap dzień każdy, a nie wierz ni trochę / W złudnej przyszłości obietnice płoche.”, tłum. H. Sienkiewicz), albo do wielkiej muzyki Horace Silvera, którego współpraca z Artem Blakey’em zaowocowała powstaniem The Jazz Messengers, grupy z której wywodzą się również dwaj inni koryfeusze współczesnego jazzu – Wayne Shorter (zaczynający jednak swą karierę u boku Horace’go Silvera), czy – później, bo od roku 1980, wielki Wynton Marsalis, który od Arta Blakey’a przejął koncepcję banleadingu. I jeśli mam wybierać pomiędzy źródłosłowem nazwy młodej grupy pomiędzy Quintusem Horatiusem Flaccusem a Horace Silverem, to jednak wskażę na tego drugiego, jednego z pionierów hard bop’u, niezwykle energetycznej odmiany jazzu, umiejętnie łączącej w sobie rhythm and

17

blues i gospel, i będącej odpowiedzią afroamerykańskich muzyków wschodniego wybrzeża na nieco uładzony i czasem przeintelektualizowany cool jazz, który zapoczątkował z kolei współczesną muzykę improwizowaną, w jej amerykańskiej i europejskiej postaci. „Horacy Sextet” zamienił wczoraj nasz klub w nowojorski „Birdland”. Gdy po powrocie do domu nastawiłem słynny album Messengerów „Ugetsu: Art Blakey's Jazz Messengers at Birdland” z 1963 roku, a zrobiłem to, by potwierdzić „nausznie” swe wrażenia, to poczułem się tak, jakbym dalej był w naszym klubie. A przecież słuchałem już wtedy Freddie’go Hubbarda (tp), Curtisa Fullera (tb), Wayne’a Shortera (sax), Cedara Waltona (p), Reggie Workmana (db) i Arta Blakey’a (dr)!!! I przy całym szacunku dla tu wymienionych i nabożeństwie, z jakim odnosiłem się zawsze do ich dokonań, powiedzieć chcę tak: jeśli dostrzec można różnice, a że wciąż są jeszcze to oczywiste, to są to różnice… niewielkie! Trąbce Pawła Południaka niewiele można zarzucić – słychać olbrzymi talent, wielką pracę włożoną w techniczne umiejętności, muzykalność i… troskliwą opiekę Piotra Wojtasika (którego serdecznie pozdrawiamy), mentora i nauczyciela młodego muzyka. Saksofon Pawła Kamińskiego jest pewny i dojrzały, a jego solówki niosą wszelkie znamiona wielkości. Fortepian Bartosza Kalickiego przywołuje na myśl te same wrażenia, co gra – słyszanej u nas przed tygodniem (wraz z Janczarski/McCraven Quintet) – Joanny Gajdy. Podobnie, jak u tej wybitnej szczeciń-


Almanach 12on14 Jazz Club skiej pianistki, funkcja fortepianu zaczerpnięta jest wprost z najlepszych wzorców amerykańskich sidemanów, stanowiąc niewymienialny fundament harmoniczny, potrafiąc jednak zaskoczyć perlącą się cudownymi pasażami wirtuozerią solówek. Adam Tadel jest przykładem kontrbasisty, którego miłość do jazzu eksploduje w jasnych i punktualnych pochodach basowych budujących kręgosłup sekstetu w sposób doskonały. Jego gotowość i umiejętność tworzenia akompaniamentu dla pozostałych instrumentalistów jest imponująca, a zagrane solówki urzekają melodyką i perfekcyjną techniką. I wreszcie Piotr Budniak, którego nie trzeba już przedstawiać szerszej publiczności. To niezwykły perkusista fascynujący każdorazowo swą wielobarwną gra na instrumencie, którego jest absolutnym mistrzem. Bez żadnych wątpliwości to jeden z najlepszych polskich bębniarzy i to nie tylko w ramach młodego pokolenia. Perfekcyjna technika, niewybywałe wyczucie rytmu, unikatowe i zindywidualizowane rozwiązania formalne, a przy tym energia tej gry przy jednoczesnym skupieniu na każdym detalu, czynią z Piotra Budniaka artystę doskonałego, którego obecność zaszczycać powinna każdy, nie tylko polski, band. Świadomie pominąłem tu lidera „Horacy Sextet”, puzonistę Piotra Zawadę. Zasługuje on bowiem na wyróżnienie szczególne! To nie tylko fascynat, który zaszczepił w pozostałych miłość do hard bopu, świetny, charyzmatyczny wręcz bandleader, trzymający sekstet mocną ręką w ryzach zasad tej pięknej muzyki, znakomity puzonista o tonie czystym i

klarownym, ale również rewelacyjny aranżer – jego interpretacji „Dear Old Stockholm” należy oddać królewski hołd, choć tę szwedzką melodię ludową mieli w swych repertuarach i John Coltrane i Miles Davis -, a przede wszystkim kompozytor. Dla jego „Be A Man”, „After Short Break”, „Sto Dwa” czy „Persji” powinien natychmiast znaleźć się wydawca – świat hard bopu zyskał bowiem cztery rewelacyjne standardy, które w niczym nie ustępują pozostałym przedstawionym wczoraj utworom, choć wyszły spod pióra tak wielkich postaci jazzu, jak Horace Silver, Kenny Garrett, Benny Golson czy Bobby Watson. Zaskakujące dojrzałością, oferują świeżość i niezwykłą energię naznaczoną indywidualnym rytem osobowości tego wspaniałego kompozytora. Jestem gotów postawić każde pieniądze przeciwko orzeszkom, że nazwiska muzyków tworzących „Horacy Sextet” będą w niedługim czasie na ustach wszystkich fanów jazzu w Polsce i na świecie. Powstała grupa, która już dzisiaj nieomal nie ma sobie równych. To był w krótkiej historii naszego klubu 81-y koncert. Publiczność oszalała. „Horacy Sextet” zagrał dwa bisy i gdyby nie przeklęta godzina 22 nie zostałby wypuszczony ze sceny jeszcze przez długi czas. A ja, po raz pierwszy od ośmiu koncertowych miesięcy, doznałem olśnienia. To właśnie taki jazz jest sednem tej muzyki, właśnie taki porusza mnie najbardziej i ten właśnie wstrzykuje w nas emocje dające siły do snucia klubowych planów na przyszłość. Właśnie ten jazz – gdy skrzypiący już trochę ze starości dobywa się spod igły gramofonu, czy tryskający młodością wulkan energii rozsadzający ściany klubu. Zegar historii zatoczył wielkie koło – bo z jednej strony młodzi, raptem trzydziestokilkuletni wtedy muzycy tworzyli „Art Blakey & The Jazz Messengers”, a z drugiej równie młodzi dzisiaj artyści tworzą „Horacy Sextet”. I grają tę samą, choć nie taką samą, wspaniałą muzykę. Moją muzykę. Mój cudowny Jazz…! Dziękuję z całego serca! To był wielki wieczór! Jeden z największych i najwspanialszych, jakie udało mi się przeżyć w niekrótkim już życiu! Playlista: I set 1/. Split Kick (Horace Silver) 2/. Feeling Good (Kenny Garrett) 3/. Mary Lou (Horace Silver) 4/. Park Avenue Petite (Benny Golson) 5/. Be A Man (Piotr Zawada) II set 1/. After Short Break (Piotr Zawada) 2/. Fuller Love (Bobby Watson) 3/. Sto Dwa (Piotr Zawada) 4/. Dear Old Stockholm (szwedzka mel. lud.; ar. Piotr Zawada) 5/. Persja (Piotr Zawada) Bis 1/. In Case Of Emergency (Slide Hampton) 2/. Hardbop Grandpop (Horace Silver)

18


Almanach 12on14 Jazz Club

23.01.2016 sobota 19:30

Otwarta Scena Jazzowa - Jam Session (16) Rozgrywający: Jakub Paulski (gt), Jan Wierzbicki (db), Filip Janowski (dr)

Trzecią w tym roku edycję Otwartej Sceny Jazzowej rozgrywający Jakub Paulski (gt), Jan Wierzbicki (db) i Filip Janowski (dr) rozpoczęli dwoma świetnymi kompozycjami Jakuba Paulskiego, witając wchodzącą falę publiczności doskonałą grą całej trójki instrumentalistów i wyrafinowanym klimatem wybrzmiewającej muzyki. Nic więc dziwnego, że gdy tylko rozgrywający otworzyli scenę dla innych, chętnych do wspólnego grania nie brakowało. Mieliśmy więc okazję podziwiać znakomite występy Rafała Dubickiego, Michała Łuki, Michała Załęskiego, Michała Skwierczyńskiego, Michała Mościskiego, Michała Aftyka i Radosława Mysłka, których już nie raz mieliśmy przyjemność gościć na naszej scenie, ale także młodego amerykańskiego saksofonisty Kevina Millera, czy kanadyjki polskiego pochodzenia Katie Krawczyk. Atmosfera spotkania była znakomita, a przybyli goście pozostali w klubie długo jeszcze po zakończeniu wspólnego grania.

28.01.2016 czwartek 19:30

PeGaPoFo (PL) Sławomir Pezda (sax), Mateusz Gawęda (p), Piotr Południak (db), Grzegorz Pałka (dr)

Gdy w notatce 28.08.2015 roku napisałem tu o koncercie PeGaPoFo: „Młodzi. Kipiący energią. Cholernie utalentowani! Diablo skomplikowani! A jednak porywający otwartością, mega emocją i piekielną precyzją! Potężne brzmienie, interferujący z sercem groove, labirynt harmonii i rytmu, znakomite unisona, sensacyjne solówki, zniewalający urok kompozycji i swobodnej improwizacji - wszystko to w pędzącym wehikule nadzwyczajnej kreacji jednego z najciekawszych zespołów polskiej awangardy jazzowej ostatnich lat!”, to czwartkowy koncert stał się nie tylko całkowitym potwierdzeniem pierwszych impresji, na nowo wzbudzając niegdysiejsze emocje, ale i konieczność dopowiedzenia kilku poniższych słów. Bo PeGaPoFo - czy to w składzie z ubiegłego lata z Kubą Dworakiem w miejsce Piotra Południaka, czy - jak w czwartkowy wieczór – z Grzegorzem Pałką w miejsce Dawida Fortuny - przedstawia muzykę tak potężną i niezwykłą, że winny jej jestem coś więcej, niż tylko kilka zdań koncertowego wspomnienia. W stosunku do sierpniowej prezentacji playlista została nieco zmodyfikowana. Muzycy wyraźnie odeszli od hitchcockowskiej zasady rozpoczynania od trzęsienia ziemi, by później wzmagać napięcie, co charakteryzował o playlistę albumu, z otwierającym go utworem tytułowym, i playlistę poprzedniego koncertu. Tym razem tytułowa „Świeżość” przesunięta została do drugiej części koncertu, a oprawienie jej w ramach

19


Almanach 12on14 Jazz Club dwóch pozostałych utworów – otwierającego drugi set rzadko granego standardu Boba Montgomery’ego „A Song for Nicholas” i zamykającej koncert, niezwykłej kompozycji Mateusza Gawędy „Jazz Drama” – stworzyło dla przestrzeni „Świeżości” nowy kontekst i raz jeszcze pozwoliło zabrzmieć pełnią glosu tego nieomal pokoleniowego manifestu, jakim kompozycja stała się niewiątpiliwie przed rokiem dla młodego środowiska krakowskich muzyków, szturmem zdobywających wszystkie szczyty możliwe do zdobycia. Rozpoczęcie koncertu od wspólnej kompozycji zatytułowanej „Zejście Smoka” pozwoliło budować napięcie bardziej linearnie. I może właśnie dzięki temu zabiegowi zdecydowanie bardziej czytelnie ujawniają się wszelkie bogactwa tej niezwykłej muzyki. Bo oto, nie znokautowani od pierwszego uderzenia zbliżonym do gustafssonowskiego oburęcznym sierpowym saksofonu Sławka Pezdy, mamy szansę na jakkąkolwiek trzeźwość umysłu i przynajmniej chwilową analizę źródeł i inspiracji genialnie przetwarzanych w unikatową i zupełnie niezwykłą jakość kompozycji Mateusza Gawędy. Jednak i tak, zanim odnajdziemy cały rejestr skojarzeń - obejmujący intensywnie rasowy blues, uderzający idiomatycznym groovem mainstream, hard bopowy drive, estetycznie i z dbałością o każdy szczegół przywołane szaleństwo free jazzu, niespokojne zakątki liryczne o cooljazzowym rodowodzie („My Funny Ballantine’s”), folkowe zaśpiewy współgrające z wagnerowskimi akordami mrocznych harmonii i pozostały inwentarz nieprawdopodobnych rytmów i dźwięków – wcześniej czy później wpadamy w zachwycający wszystkie zmysły trans, by pchnięci nieomal w oko szaleją-

cego wokół cyklonu pianistycznej perfekcji sensacyjnego Mateusza Gawędy, stać się już tylko rozedgranym kamertonem emocji czułym na każdy, najdrobniejszy nawet sygnał wychodzący spod palców tego Wielkiego Maga fortepianu. Jednak, pomimo repertuaru zbudowanego wokół kompozycji pianisty, PeGaPoFo jest dziełem wspólnym, w pełni demokratycznym i gwarantującym każdemu z muzyków pełną autonomię. Ta zaś przekazywana jest sobie wzajemnie dla osiągnięcia wspólnego celu. Gigantyczne solówki Sławka Pezdy, wykrzykujące w niekończących się frazach najwyższy poziom ekstazy, połączone z nieoczekiwanym, głębokim piano melacholijnej i pełnej liryzmu ballady, wymagają od saksofonisty nie tylko wirtuozerskich umiejętności, ale i rzeczywiście gigantycznie muzycznej wyobraźni. Muzyczna pasja, bezkompromisowa perfekcja i mierzące ponad szczyty ambicje cechują również muzyków sekcji – Piotra Południaka na kontrabasie i Grzegorza Pałkę na perkusji. Wszystko to złożyło się na niezwykły spektakl, w którym dojrzałość splata się z młodzieńczą zadziornością, a wyrazistość z nieprzywidywalnością; speklakl, w którym „świeżość” nie pojawia się w wyniku przeklejenia etykiety z nowym terminem przydatności do spożycia, ale jest „świeżością” prawdziwą, uzyskaną na nowo i w pełni, „świeżością” ożywczą. PeGaPoFo zaszczyciło nas koncertem, który w każdym miejscu świata byłby sensacją. Bo też PeGaPoFo zagrało sensacyjny koncert, któremu wypada dać wyłącznie najwyższą ocenę. Playlista: I Set 1/. Zejście Smoka (PeGaPoFo) 2/. My Funny Ballantine’s (Mateusz Gawęda) 3/. MarzecKwiecień Blues (Mateusz Gawęda) 4/. Powrót Do Gruzji (Mateusz Gawęda) II Set 1/. A Song For Nicolas (Bob Montgomery) 2/. Świeżość (Mateusz Gawęda) 3/. Jazz Drama (Mateusz Gawęda) Bis: 26-2 (John Coltrane)

20


Almanach 12on14 Jazz Club

29.01.2016 piątek 19:30

Bobby Previte & The Visitors (USA) Michael Kammers (sax, org, p), Mike Gamble (gt), Kurt Kotheimer (db), Bobby Previte (dr)

Gdy w 1996 Bobby Previte odwiedził Europę ze swą grupą „Weather Clear, Track Fast” przedstawiając nową generację nowojorskich muzyków, stało się jasne, że dla Jamie’go Safta, Cuonga Vu i Andrew D’Angelo światowa kariera stanęła otworem. Dzisiaj, dwadzieścia lat później, Bobby Previte ponownie odwiedza Europę, zabierając ze sobą przyszłe gwiazdy światowej sceny, pochodzących z Brooklynu – gitarzystę Mike’a Gamble, saksofonistę i pianistę Michael’a Kammersa i basistę Kurta Kotheimera – by pod hasłem „Bobby Previte & The Visitors” znokautować Europę koncertami w raptem sześciu starannie wybranych klubach („Moods”-Zurich/Szwajcaria, „Eremitage”-Schwaz/Austria, „12on14 Jazz Club”-Warszawa, „Domicil”-Dortmund/Niemcy, „Schuttershofcafe”-Middelburg/Holandia i „Cafe Wilhelmina”-Eindehoven/Holandia), wśród których mieliśmy przyjemność się znaleźć. Najnowsze „wunderwaffe” Previte’a wystartowało jednak do ataku na Europę w trzech nowojorskich klubach („The Half Moon”-Hudson/NY, „Quinn’s”-Beacon/NY i „Parish House”-Albany/NY), zdobywając pewność, że ta jest bez szans. Parafrazując jeden z komentarzy Jarosława Polita (wiceprezesa ForTune) pod piękną fotografią (fot. Robert Wierzbicki) grupy „Bobby Previte & The Visitors” zamieszczoną na Facebooku po koncercie w naszym klu

bie, należy powiedzieć – „jeńców nie wzięli! Odpalili bombę atomową i podziękowali!” I rzeczywiście tak było! Na wszelki wypadek wytwórnia ForTune postanowiła udokumentować ten barbarzyński atak rozstawiając na scenie mnóstwo mikrofonów, a za sprzętem nagrywającym sadzając mistrza wielośladu Michała Kupicza, by – mamy nadzieję – w najkrótszym czasie wydać koncertowy album „wizytatorów” zatytułowany – po prostu – „Bobby Previte & The Visitors Live At 12on14 Jazz Club Warsaw”, będącą

21


Almanach 12on14 Jazz Club jedną z nielicznych „europejskich” płyt w potężnej dyskografii Bobby’ego Previte’a (ponad 50 pozycji) i z całą pewnością pierwszą w historii jego nowej, niezwykłej grupy. Już dzisiaj można powiedzieć, że album ten będzie wydarzeniem nie mniejszym niż koncert, który przyprawiał co chwila oszalałą ze szczęścia Publiczność o zbiorowe palpitacje serca przeradzające się miejscami w ciężki i rozległy zawał pokrętnie połączony z obrzękiem gardeł i spuchlizną dłoni! Póki co, w przerwie koncertu, Publiczność rzuciła się do zakupu kilku przywiezionych przez Bobby’ego swoich albumów, pustosząc całą dostępną kolekcję sygnowaną nazwiskiem Artysty („Just Add Water”, „Weather Clear, Track Fast”, „Doom Jazz”, „The Coalition Of The Willing”, „Big Guns” i „Come In Red Dog”), by opatrzyć zdobycz jego autografem. Przed naciśnięciem nokautującego „czerwonego guzika” Bobby Previte & The Visitors wymalowali twarze wojennymi barwami („Tight Lipstick”), a zwarci w bojowym szyku wykrzyczeli kilka zagrzewających haseł (saksofonowe szaleństwo Michaela Kammersa), by unieść zaciśnięte pięści w akcie zapowiadającym totalną zagładę. Grzmiące bębny przerodziły ich marsz w potężny galop niszczący każdą napotkaną przeszkodę. Jak czterej jeźdźcy apokalipsy zostawili za sobą jedynie puste, wypalone pole („Aurophobia”), by dźwiękami z piekła rodem wymalować przerażający obraz pustki, nicości i strachu. I gdy pierwsza odsłona to nic innego, jak potężne uderzenie niemal jazzrockowej grupy, to drugi utwór wskazuje

na korzenie previte’owskiego eksperymentu, nawiązując stylistycznie do pierwszych dokonań czynionych wraz z Johnem Zornem, Waynem Horvitz’em i Elliottem Sharp’em, czy tych trochę późniejszych z okresu współpracy z Zeeną Parkins, Gregiem Osby, Nelsem Cline’m czy Johnem Medeskim. W tej symfonii uporządkowanego chaosu Bobby Previte daje się poznać nie tylko, jako genialny perkusista, ale i niezwykły melodyk nadający kompozycji quasi-harmoniczny kształt wysmakowanymi uderzeniami w bębny i czynele. W tym krajobrazie

22


Almanach 12on14 Jazz Club dźwięków malowanych czasem chwilami pełnej napięcia ciszy, znakomicie odnajduje się Michael Kammers, którego saksofonowe peregrynacje przywodzą na myśl wielkiego Pharoaha Sandersa z najlepszych awangardowych i freejazzowych dokonań. Podobne wrażenie towarzyszyło nam w czasie kolejnej odsłony („Cruise”), zbudowanej jednak na mocnym i jednorodnym rytmie. W tle tego utworu pojawia się poraz pierwszy w sposób znaczący gitara Mike’a Gamble, obudowując przestrzeń niezwykłymi riffami. Kolejna odsłona to połączone kompozycje „Figure/Ground”, gdzie gitara Gamble’a wychodząc z barw utożsamianych z indierockowym „Arctic Monkeys”, przeradza się w heavymetalową broń używaną dotychczas przez Tony’ego Iommi’ego, genialnie doładowaną przez Kurta Kotheimera głębokimi i ciemnymi uderzeniami gitary basowej jak z Geezera Butlera, dając wrażenie uczestnictwa w czarnym sabacie czarownic. Organowe wtręty Kammersa oscylują tymczasem pomiędzy pompatyczną makabrą Keitha Emersona a modalnymi klawiszami słyszanymi na davisowskiej „Bitches Brew”. Niezwykle wysmakowana w pierwszej części podwójnego utworu gra Bobby’ego Previte’a na pięknie zestrojonych bębnach, przekształca się w miarowe, choć wypełnione szlachetną gęstwą, proste i potężne uderzenia, budując granitowy fundament kompozycji kończącej pierwszą część koncertu. To już drugi z utworów zdradzających rockowe korzenie wielkiego perkusisty (ur. 1951), który swe pierwsze kroki (wtedy, jako gitarzysta) stawiał w nowojorskich półamatorskich kapelach rockowych, z których najjaśnieszym blaskiem zaświeciła na krótko „Devils Disciples” (tu, już na bębnach), a dozgonną miłość do muzyki dały mu dwudniowe (17i18.01.1970) nowojorskie koncerty „The Doors” i perkusja Johna Densmore’a (cokolwiek by nie powiedzieć, jednak perkusisty jazzowego) oraz przypadkowe spotkanie oko w oko z Jimi Hendrixem, gdy pewnego dnia będąc w East Village i czekając na światłach jednego ze skrzyżowań, spojrzał w okno stojącej obok limuzyny, by dostrzec w nim uśmiechniętą twarz swego boga. Mając przy sobie nabyty właśnie plakat z portretem wielkiego gitarzysty, szybkim ruchem rozpostarł go w stronę Hendrixa, by ten – zanim zmieniło się światło – obdarzył go uśmiechem przekazując znak pokoju. Gdy wniebowzięty dojechał do domu wiedział już, że nie ma odrotu z raz obranej drogi, a wspomniany plakat do dzisiaj traktuje, jak najświętszą relikwię. W osiem miesięcy później zarówno The Doors, jak i Jimi Hendrix zagrali wspaniały koncert na Isle of Wight Festival w Anglii, gromadząc przeszło 600 tysięcy widzów, wśród których nie mogło zabraknąć odwiedzającego po raz pierwszy Europę, Bobby’ego Previta. Obok swych bogów mógł wysłuchać także The Who, Procol Harum, The Moody Blues, Joni Mitchell, Ten Years After, Sly And The Family Stone, Emerson Like And Palmer, Jethro Tull, Free, a także… Milesa Davisa. Czyż trzeba więcej inspiracji? Był to także jeden z ostatnich koncertów Jimi’ego Henrixa, który zmarł 18 dni później (18.09.1970). Druga część koncertu to precyzyjnie wymierzony prosto w najczulszy punkt oburęczny prosty kładący na deski. I gdy „I-5” jest chwilą uderzenia, a „She’s The Yoda” bezpowrotną utratą przytomności, to „The Inexorable March Of Brutality” jest bestialskim rozjechaniem znokautowanej ofiary do poziomu bebechów roztartych na miazgę. Kończąca koncert „California 17” jest w tym kontekście pogodną piosenką zwycięzcy po udanym dniu. Zagrany na bis „Tie Goes To The Runner” raz jeszcze pokazał potencjał „wizytatorów” i zachwycił niezwykłą solówką lidera. W sumie dobrze, że musieliśmy skończyć o 22:00, bo jeszcze kilka takich kawałków i Starówka wymagałaby ponownej odbudowy. W czasie dwugodzinnego koncertu zobaczyliśmy w akcji chyba jedną z najbardziej progresywnych grup muzycznych świata. Perfekcyjna mieszanina wszystkich możliwych stylów dostępnych w nieskończonych zasobach dźwięków podana przez czwórkę bezkompromisowych wirtuozów dysponujących energią zdolną rozsadzić najgrubsze mury. Nie wiem ile w tym było jazzu. Pewnie dużo. Tak samo dużo, jak rocka, heavy metalu, ale i awangardy i freejazzu i eksperymentu i bluesa i wszystkiego jeszcze po trochu. Wiem jednak, że takiego koncertu jeszcze w naszym klubie nie było! I pewnie długo nie będzie! Wielkie dzięki, Bobby, że przyjechałeś i odpaliłeś tę bombę. To było coś! Na co dzień nasz klub od strony nie jest jeszcze przygotowany do takich koncertów. Dlatego pragniemy tą drogą serdecznie podziękować za bezinteresowną pomoc wielkich polskich Artystów, którzy użyczyli nam swego sprzętu, by sprostać wymaganiom „technical rider” amerykańskiej grupy: Adamowi Lewandowskiemu za wspaniały zestaw perkusyjny Sonor, Janowi Smoczyńskiemu za organy Hammonda i

23


Almanach 12on14 Jazz Club wzmaczniacz organowy Leslie, Krzysztofowi Ścierańskiemu za wzmacniacz lampowy do gitary basowej i Jakubowi Paulskiemu za wzmacniacz do gitary prowadzącej. Bez Waszej pomocy ten koncert nie miał szans by się odbyć. Raz jeszcze dziękujemy i pozdrawiamy serdecznie. Playlista (wszystkie kompozycje – Bobby Previte): I set 1/. Tight Lipstick 2/. Aurophobia 3/. Cruise 4/. Figure/Ground II set 1/. I-5 2/. The Saint 3/. She’s The Yoda 4/. The Inexorable March Of Brutality 5/. California 17 Bis: Tie Goes To The Runner

Post scriptum: Jakby nam było mało cudownych przeżyć związanych z koncertem, swoją porcję wielkich emocji dołożył nam Redaktor Naczelny Paweł Brodowski, który w krótkich słowach obwieścił „urbi et orbi” wynik corocznej ankiety czytelników magazynu „Jazz Forum” - Top Jazz 2015, gdzie w kategorii „Kluby jazzowe” zajęliśmy… pierwsze miejsce, jako „najlepszy klub jazzowy w Polsce”. Publiczność nagrodziła nas brawami, a my zostaliśmy prawie bez słów, wzruszeni i szczęśliwi! Dziękujemy wszystkim za tak wspaniałe wyróżnienie obiecując, że za rok będzie jeszcze lepiej!

Śmierć Janusza Muniaka 31 stycznia z Krakowa dotarła do nas wieść, której nigdy nie chcieliśmy usłyszeć! Po ciężkim i rozległym zawale serca i blisko miesięcznym pobycie w szpitalu, o godzinie 13:10 zmarł JANUSZ MUNIAK! Świat jazzu poniósł straszną stratę! Odszedł od nas nie tylko wielki saksofonista i improwizator, muzyczny geniusz i legenda polskiego jazzu, niestrudzony nauczyciel całych pokoleń wielkich muzyków! Odszedł od nas Wielki Człowiek, któremu jesteśmy wdzięczni za każdy dzień, którym nas obdarzył, za każde spojrzenie, które skierował w naszą stronę i każde słowo, które tak oszczędnie wypowiadał, a które pamiętało się potem przez lata. Mieliśmy zaszczyt gościć Go w naszym klubie 19 grudnia 2015 roku, na Jego przedostanim koncercie, który dał przed zachwyconą publicznością. Niech spoczywa w pokoju! 24


Almanach 12on14 Jazz Club Gazeta Wyborcza/Kraków 05.02.2016 Wiadomości z Krakowa

Pogrzeb Janusza Muniaka. "Do zobaczenia na niebieskim jam session" Janusza Muniaka, wybitnego jazzmana, kompozytora, aranżera, saksofonistę, żegnali w piątek 5 lutego na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie jego przyjaciele, fani, miłośnicy jazzu, wychowankowie. Przyjechali z całej Polski, z zagranicy. Muzyk zmarł 31 stycznia. Na Cmentarzu Rakowickim byli m.in. muzycy, z którymi Janusz Muniak grał: Waldemar Kurpiński, Michał Tokaj, Marcin Wasielewski, Mariusz Bogdanowicz, Andrzej Święs, Sebastian Frankiewicz, Michał Jaros, Artur Dutkiewicz, redaktor naczelny Jazz Forum Paweł Brodowski, Leszek Kułakowski, Janusz Mackiewicz, Piotr Nadolski, Grzegorz Sycz, Jerzy Główczewski, Grzegorz Nagórski, Jarosław Botur, Marcin Żupański, Kuba Stankiewicz...

jazzowego. Stałeś się mistrzem i przewodnikiem dla młodych. Nigdy już nie wrócimy razem ze wspólnego grania, a tyle po drodze rozmawialiśmy. Żegnaj, Jasiu, dołącz do Jarka Śmietany, ty i on stworzycie duet gigantów jazzu - żegnał muzyka Witold Wnuk, jego przyjaciel. Zagrali dla Janusza Muniaka Było o niebieskim jam session, nieśmiertelnych dźwiękach, dzieleniu się talentem i jazzie, który podoba się Bogu. A potem dla Muniaka zagrali jego przyjaciele i wychowankowie. Popłynęły jazzowe standardy - "Just Friends", "Alone Toegheter". Dla mistrza wykonali je: Marcin Ślusarczyk, Tomasz Grzegorski, Przemysław Dyjakowski, Zbigniew Namysłowski, Marian Pawlik, Łukasz Żyta, Piotr Nadolski i Joachim Mencel.

Drogi Jasiu, byłeś legendą Krakowa Kraków żegnał muzyka, który w nim się przecież urodził i w nim umarł, osobistymi słowami, jazzowymi standardami. Janusz Muniak spoczął w Alei Zasłużonych, przez prezydenta RP został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Orodzenia Polski, Kraków przyznał muzykowi odznakę Honoris Gratia. - Drogi Jasiu, byłeś legendą Krakowa. Zawsze walczyłeś z tandetą w sztuce, prostactwem w muzyce; walczyłeś o godność muzyka

25


Almanach 12on14 Jazz Club

WSPOMNIENIE 19 grudnia 2015, Janusz Muniak zagrał w 12on14 Jazz Club swój ostatni warszawski koncert. Już na zawsze pozostanie w naszej wdzięcznej pamięci. Jakub Płużek, wspominając swe spotkania z Mistrzem, skomponował piękną „Balladę dla Muniaka”, którą nagraliśmy w naszym klubie, i którą zamieściliśmy na naszym klubowym soundcloudzie - można posłuchać klikając w poniższy link: https://soundcloud.com/12on14jazzclub/kuba-pluzek-ballada-dla-muniaka-live-at-12on14-jazz-club

Pod poniższym linkiem można posłuchać „Alone Together” Arthura Schwartza w wykonaniu Janusza Muniaka w czasie koncertu 19.12.2015 roku w naszym klubie: https://soundcloud.com/12on14jazzclub/alone-together-arthur-schwartz-by-janusz-muniak-quartet-at-12on14-jazz-club-dec-19th-2015

26


Format 1/1 - 500,- zł brutto / numer 25% rabatu przy wielokrotności

Format 1/2 - 350,- zł brutto / numer 20% rabatu przy wielokrotności

Format 1/4 - 250,- zł brutto / numer 15% rabatu przy wielokrotności

Format 1/8 - 150,- zł brutto / numer 10% rabatu przy wielokrotności


online player: www.chillizet.pl

Nr 8(8) - 2017 Almanach 12on14 Jazz Club  
Nr 8(8) - 2017 Almanach 12on14 Jazz Club