Page 1

1(1)/2017 GRUDZIEŃ 2017

CAŁY TEN JAZZ...CLUB!


Almanach 12on14 Jazz Club

SPIS TREŚCI 4 OD REDAKCJI

Jeszcze będzie po co do nas przychodzić

6 PASJA ŻYCIA

6

8 KASIA I TOMEK 23 CZAS DECYZJI

8 23 2


Almanach 12on14 Jazz Club

3


Almanach 12on14 Jazz Club

OD REDAKCJI Jeszcze będzie do nas po co przychodzić...!

Zanim zdecydowaliśmy się na podjęcie zadania zatytułowanego „Almanach 12on14 Jazz Club”, nałożyliśmy na siebie obowiązek codziennego pisania relacji z wydarzeń klubowych, które natychmiast po koncercie publikowane były „na Facebooku”, i z którego to obowiązku staraliśmy się wywiązywać sumiennie. Ku naszemu zaskoczeniu doprowadziło to do nominacji Tomasza w kategorii „Dziennikarz roku” w dorocznej edycji nagrody głównej Melomanów za rok 2016. Co prawda - i słusznie przegrał wtedy z Adamem Baruchem i prawdziwą potęgą jego wieloletniej działalności - ale sam fakt docenienia tego, co robi, był dla nas niezwykle ważny i budujący. Z drugiej strony wzrastające zainteresowanie działalnością klubu powodowało coraz częś-ciej pojawiające się pytania dotyczące - w głównej mierze źródeł jego powstania. Nie było przecież tajemnicą dla nikogo, że jesteśmy ludźmi „spoza układu”, nie związanymi żadnymi dotychczasowymi działaniami ani z Polskim Stowarzyszeniem Jazzowym (jeśli nie liczyć dwuletniego epizodu z lat siedemdziesiątych, ani z żadną inną organizacją zajmującą się profesjonalnie promocją muzyki jazzowej w Polsce. Pytania te były więc jak najbardziej oczywiste i wymagały od nas odpowiedzi. Staraliśmy się na nie odpowiadać jak najlepiej, dając jednocześnie świadectwo rzeczywistym emocjom towarzyszących nam w czasie powstawania, a potem realizacji pomysłu prowadzenia klubu jazzowego. Wiele razy spotkaliśmy się też z reakcją - „to się nadaje na książkę”! „Na książkę” jest może stwierdzeniem na wyrost, jednak z pewnością

4

może zaistnieć w formule, którą pragniemy zaproponować - internetowego almanachu wydarzeń klubowych. Skoro zaś tak, to niniejszy numer ma charakter nieco ekshibicjonistyczny. Nie sposób bowiem opowiedzieć o początkach historii klubu bez sięgnięcia po sprawy na co dzień prywatne, a nawet odrobinę intymne. Część z nich odpowie na podstawowe dla wielu pytanie - skąd się wzięliśmy? oraz kilka innych podobnych pytań. Uda się pewnie również wyjaśnić, skąd się wzięło główne motto naszych działań, powtarzane do znudzenia przez każde z nas - „wolę być niezależny”. I dlaczego, pomimo oczekiwań wielu osób i części środowiska, z całą pewnością z naszej niezależności nigdy nie zrezygnujemy. Jak więc widać, postawiliśmy przed sobą dość trudne zadanie opowiedzenia możliwie najdokładniej o prehistorii i historii powstania klubu 12on14, by w kolejnych numerach móc już sobie pozwolić na relację z wydarzeń, które miały miejsce na przestrzeni lat. Mamy nadzieję doprowadzić sprawozdanie do koncertu Stanisława Soyki & Wojciech Karolak Trio, jaki odbył się w klubie 20 października 2017, jeszcze przed ponownym otwarciem, aby móc kontynuować tu podjętą pracę na bieżąco. A gwarantujemy, że będzie po co do nas przychodzić! Oddajemy więc do Państwa rąk pierwszy numer z nadzieją, że spotka się on z zainteresowaniem oraz, że stanie się w przyszłości również ważnym źródłem informacji. Zapraszamy do lektury!


Almanach 12on14 Jazz Club

Retransmisje najlepszych koncertów

w w każdą niedzielę od 22:00 do 24:00 Zapraszamy do radioodbiorników!

5


Almanach 12on14 Jazz Club

PASJA ŻYCIA Jak co roku, na wakacje wybraliśmy się do naszej ukochanej Toskanii. Spragnieni słońca, orzeźwiających powiewów mistrala, zapachu soczystej i hojnej natury, cudownych smaków prostych potraw i oszałamiającego wina, a także stęsknieni za wędrówkami wśród pomników historii i kontaktem ze sztuką obecną na każdym kroku, ruszyliśmy w drogę zaopatrzeni nie tylko w lekkie stroje, dobre buty i aparat fotograficzny, ale również w... osobiste komputery. Bo, co prawda, wakacje wakacjami, ale nasza praca zawodowa nie mogła ucierpieć. Był sierpień 2014. Gorący, pulsujący ulicznym gwarem, uwijającymi się kelnerami, korkami na autostradach, całym tym zgiełkiem działającym, jak magnes.Przemierzyliśmy prawie dwa tysiące kilometrów, by wjechać w sam środek tego tygla, którego bliska wrzenia temperatura pozostawała nam później w pamięci na cały rok. Syciliśmy się tym wspomnieniem zagonieni w obowiązkach i czerpaliśmy energię z tam naładowanych baterii. A teraz wreszcie znowu dotarliśmy na miejsce! Rozpoczęliśmy wakacje! Tym razem były to jednak wakacje, które zmieniły nasze życie... Nasza Toskania to kraina niezwykłych, prostych i uśmiechniętych ludzi, wśród których znaleźliśmy wielu wspaniałych i szczerych przyjaciół. Będąc z nimi i obserwując, jaką radość czerpią z życia, jak angażują się w swoją pracę i najbardziej fantastyczne projekty, jak umiejętnie potrafią łączyć swe obowiązki z czasem wolnym, z życiem rodzinnym, z niekończącymi się rozmowami z każdym napotkanym znajomym, jak wreszcie potrafią celebrować każdą chwilę danego im przez Stwórcę czasu, pełni serdeczności dla bliźniego, toczyliśmy wielokrotnie rozmowy zazdroszcżąc im tego wszystkiego, co sprawia, że ich życie jest pełne szczęśliwości. Oczywiście, bylibyśmy ślepcami, gdybyśmy nie potrafili dostrzec problemów, z jakimi - jak każdy z nas - borykają się na co dzień, ale z których, dzięki swemu niezwykłemu usposobieniu, potrafilą zawsze wychodzić z uśmiechem na ustach. Mówiliśmy sobie - może to dzięki słońcu i pięknu otaczającej ich natury, kształtujących charaktery i obyczaje...? Zawsze brakowało nam kontaktu z nimi, dlatego przy pierwszej nadarzającej się okazji wpadaliśmy do nich, by się powitać i świętować spotkanie przy kieliszku lokalnego wina.

6


Almanach 12on14 Jazz Club Nasz Grande Amico Romolo Domeniconi wraz z Fiorellą - jego małżonką, synem Orazio i dwoma córkami - Illarią i Valentiną przyjęli nas z otwartymi rękami, a stół szybko został zastawiony lokalnymi smakołykami i wyśmienitym winem. I choć znamy tu już prawie wszystkich, poczynając od lekarzy, adwokatów, artystów malarzy, właścicieli winnic i zamków, przez lokalnych polityków, profesorów uczelni, muzyków, bankierów, pośredników nieruchomości, pielęgniarzy, a na niebieskich ptakach kończąc, to jednak przyjaźń z Romolo Domeniconi i jego Rodziną jest dla nas najważniejsza, a jego pasja życia, którą obserwowaliśmy przez całe lata naszej przyjaźni, stała się z czasem zaczynem idei, która zrewolucjonizowała również nasze życie. Romolo był też pierwszym recenzentem naszych planów, które pojawiły się niespodziewanie w kilkanaście dni po naszym przybyciu i pewnie jego niewzruszonemu optymizmowi ostatecznie zawdzięczaliśmy wiarę w powodzenie nowego przedsięwzięcia. Zaczęliśmy od charyzmatycznego oberżysty, legendarnego mistrza grilowanej Bistecca alla Fiorentina i i innych lokalnych przysmaków, słynnego na całą Toskanię ze swego przywiązania do tradycji, rodzimej kultury i dobrego obyczaju, wielkiego miłośnika sztuki ludowej, opery włoskiej i muzyki we wszelkich jej odmianach, a także zapalonego cyklisty i organizatora wielkich rowerowych wypraw dla setek amatorów kolarstwa, a przede wszystkim niezwykle szlachetnego człowieka, na którego zaszczytnej dla nas przyjaźni nigdy się nie zawiedliśmy.

Ale zanim o tym opowiemy, wróćmy na chwilę do naszych codziennych warszawskich zajęć, które przerwaliśmy przecież jedynie na kilka tygodni, by spędzić wakacje w Toskanii. A przynajmniej tak nam się wtedy wydawało...

Jeśli więc kiedykolwiek będziecie w Grosseto koniecznie zaplanujcie kolację w niezwykłej Vineria da Romolo. Lokal położony jest w samym sercu Centro Storico - via Vinzaglio 3, tel. +39 0564 27551. Warto też zająć miejsce przy stoliku z odręcznie wymalowanym logo 12on14 Jazz Club Varsavia, a najlepiej wcześniej go zarezerwować telefonicznie, bo karczma jest naprawdę oblegana przez cały rok. Czeka Was prawdziwie magiczny wieczór!

7


Almanach 12on14 Jazz Club

KASIA I TOMEK

Toskańczycy ogarnięci są pasją życia, widoczną w pracy, miłości, jedzeniu i niezwykłych winach. Niespożytej ciekawości świata dorównuje jedynie siła ich kreatywności. Otoczeni krajobrazem, jakby wyjętym z obrazów Leonarda, idą do domów pełni entuzjazmu, szczęśliwi swym życiem i pracą. Zasypiają w poczuciu spełnienia, śniąc sny równie piękne, jak świat, w którym żyją. La dolce vita!

Zanim w sierpniu 2014 wyruszyliśmy po naszą kolejną toskańską przygodę, byliśmy już małżeństwem z prawie dwudziestoletnim stażem. Od początku było nam ze sobą dobrze, bo miłość i wzajemne zaufanie nieodmiennie stanowiły podstawę naszego związku. Nasz każdy dzień był wypełniony pracą i dzieleniem obowiązków domowych. Mamy dwóch wspaniałych synów - Piotra i Michała, którym staraliśmy się dać piękne dzieciństwo i beztroską młodość. Ja, absolwent warszawskiej polonistyki, zajmowałem się od 1999 roku prowadzeniem wspólnej firmy konsultingowej, działającej również w obszarze mediów i marketingu, w wolnych chwilach pisząc wciąż niedokończoną książkę albo doglądając ogrodu, a przede wszystkim kolekcjonując wybrane albumy jazzowe, których liczba przekroczyła już dawno dwa tysiące. Kasia, trzeźwo oceniająca rzezywistość magister ekonomii ze specjalnością bankowość - po latach wspólnej pracy - postanowiła zrealizować swoje marzenia i w maju 2012 roku otworzyła własną placówkę bankową zawierając umowę franczyzową z jednym z wiodących polskich banków. Pracy było coraz więcej. I choć coraz mniej czasu pozostawało dla nas nie narzekaliśmy, bo dzięki naszym wysiłkom stać nas było na spłacanie kredytu za dom, dostatnie życie, a nawet odrobinę luksusu. Chłopcy nigdy nie przysparzali nam kłopotów - wprost przeciwnie - ich postępy w nauce, wrażliwość i miłość, jaką zawsze nam okazywali, napawały nas dumą i dawały poczucie spełnienia. Dziś trzydziestoletni Piotr jest magistrem politologii ze specjalnością komunikacja społeczna i pracuje z nami w klubie pełniąc funkcję dyrektora marketingu, a młodszy o dziesięć lat Michał studiuje dziennikarstwo zaliczając z bardzo wysoką średnią kolejne semestry. Jeśli tylko czas mu na to pozwala i nie stoi to w konflikcie z nauką, również i on pomaga nam w prowadzeniu klubu, realizując potrzebne na daną chwilę zadania. Razem stanowimy cały zespół 12on14 Jazz Club, uzupełniony pięknie przez dwie niezwykle bliskie nam osoby - Karolinę Michałowską, narzeczoną Michała oraz Justynę, córkę wielkiej wokalistki jazzowej Doroty Curyłło, prowadzące kasę biletową i klubowy butik. W roku 2008 wybraliśmy się wraz z naszymi chłopcami na wakacje do Toskanii. To był nasz pierwszy raz. Zakochaliśmy się w tej cudownej krainie i postanowiliśmy spędzać tu każde kolejne lato. Rok później zakotwiczyliśmy się na dobre wynajmując dość tanie - nawet z polskiej perspektywy - mieszkanie, oferujące jednak z tarasu wspaniały widok na miasto i otaczające je góry. Znajomi Włosi mówili nam wtedy

8


Almanach 12on14 Jazz Club

„no, teraz to już jesteście prawdziwymi maremmańczykami” (Maremma to południowa część Toskanii), a Romolo nazwał mnie dla żartu „Tomasso maremmano” . Z roku na rok poznawaliśmy coraz więcej magicznych miejsc, a przede wszystkim wspaniałych ludzi, którzy z czasem stawali się naszymi przyjaciółmi. Obserwując ich życie i radość, jaką z niego czerpią, zaczynaliśmy powoli rozumieć, że pomimo sukcesów w sferze zawodowej, czegoś nam ciągle brakuje... Nie wiedzieliśmy jeszcze czego, ale intuicyjnie wskazywaliśmy w rozmowach na pasję życia naszych włoskich przyjaciół, a przede wszystkim pasję, z jaką traktują swą pracę. Byliśmy świadomi, że podobna pasja tworzenia pozwalała ich przodkom zbudować te piękne miasta, zaczarować świat

niezwykłym malarstwem i rzeźbą, onieśmielić słuchacza najpiękniejszą canzoną, ujarzmić dziką przyrodę, by - wykorzystując sprzyjający klimat wyhodować szlachetne odmiany bydła, a mieniące się kolorami wzgórza obsadzić krzewami cudownej winorośli, oliwnymi drzewkami, słodkimi owocami, pełnymi smaku warzywami i niezwykłej jakości zbożami. To właśnie ta pasja pozwala im zbierać delikatne trufle i lżejszy od wiatru szafran albo wytwarzać miesiącami słynny owczy ser - pecorino toscano. Z prawdziwą przyjemnością podglądaliśmy naszych przyjaciół, jak wracają do domu po dniu ciężkiej pracy, by w godzinę później być gotowymi do wspólnej biesiady, bo przecież “cena” (kolacja) to czas święty. Na stole pojawia się Bistecca alla Fiorentina - powo-

9

dujący wzruszenie dwukilowy stek wycinany po mistrzowsku z krów rasy Chianina - który je się wspólnie w kilka osób i genialne Morellino di Scansano lub Brunello di Montalcino - prawdziwe perły Toskanii połyskujące w wielkich kieliszkach pięknem szlachetnego rubinu, oszałamiające smakiem i złożonością zapachu. Kolacja kończy się porcją Vin Santo, w którym zamacza się chrupiące cantuccini i delikatnym limoncello wypijanym do ostatnich rozmów i pożegnania. I - pomimo zmęczenia trudami dnia - nigdy nie pojawiają się słowa skargi, narzekania, rezygnacji, przytłaczającego “mam dość!”. Idą do domów pełni entuzjazmu, szczęśliwi swym życiem, swą pracą, perspektywą kolejnego dnia, który zacznie się nieomal za chwilę. Zasypiają w poczuciu spełnienia, śniąc sny równie piękne, jak świat, w którym żyją. La dolce vita! Któregoś dnia, około połowy sierpnia, siedząc w czasie sjesty na tarasie naszego mieszkanka i wpatrując się w krajobraz ścielący się daleką perspektywą wypełnioną urokliwymi wzgórzami karmiącymi winnice i piękną, renesansową architekturą ozłoconą popołudniowym słońcem, raczyliśmy się lekkim winem słuchając cichych dźwięków „Ballads” Johna Coltrane’a dobiegających z gramofonu, gdy nagle Kasia, zwracając się w mą stronę i patrząc mi prosto w oczy, powiedziała: “Wiesz... Tak sobie myślę, że powinieneś...” zawiesiła głos na dłuższą chwilę - “...że powinieneś mieć swój własny jazz club!” W jednej chwili cały mój misterny plan, by spędzić resztę wakacji na


Almanach 12on14 Jazz Club “dolce far niente” runął jak domek z kart. “Cóż to za pomysł!” - odpowiedziałem szorstko. “Czy ty zdajesz sobie sprawę, co to znaczy, jaka to odpowiedzialność?! A poza tym, jak ty to sobie wyobrażasz?!” dodałem szczerze oburzony. Uśmiechnęła się tylko do mnie, a po chwili dodała niezwykle stanowczo: “Wiem, że to dobry pomysł...! Wcześniej czy później sam się o tym przekonasz...!” Katarzyna nie byłaby sobą, gdyby nie chciała postawić na swoim. Wiedziałem więc, że czeka mnie trudna przeprawa, a jedynymi argumentami, jakimi będę mógł szermować, będzie desperacka obrona naszego dość wygodnego status quo, co - zresztą - było również ważne dla niej.

W głębi duszy w walce o obronę naszego dość wygodnego status quo chciałem z honorem polec. Z drugiej strony walczyłem sam ze sobą, bo gdy - przyjmując konserwatywną postawę „głowy rodziny” - kurczowo trzymałem się przyjętej ”linii obrony”, to w głębi duszy chciałem w tej walce z honorem polec. Przed oczami pojawiały się wspomnienia z czasów licealnych, a więc wczesnych lat siedemdziesiątych, gdy moje pozaszkolne życie związane było z rybnickim, studenckim klubem „Ćwiek” (wcześniej „Aligator”), bo choć jestem urodzonym warszawiakiem, to część dzieciństwa i lat młodzieńczych (aż do matury w I LO im. Powstańców Śląskich - wiele lat

Fot. arch. Klasa maturalna 1975. Ja - pierwszy z lewej, trzymam „na barana” klasowego kolegę, ś.p. Adama Caputę. Pierwszy z prawej - perkusjonalista „Mark’s System Electric Band”, Jacek Smołka. W centralnej części zdjęcia basista tejże formacji, Wacław Naczyński wskazujący na klasową piękność, Iwonnę Błaszczyńską-Pricop. Krzysztof Popek, o rok młodszy ode mnie, maturę zdawał rok później, a z kolei Marek Osiecki, o dwa lata starszy, był już wówczas studentem II roku Wydziału Architerktury Politechniki Śląskiej w Gliwicach. Wszyscy jednak kończyliśmy to samo I Liceum Ogólnokształcące im.Powstańców Śląskich w Rybniku.

później to samo liceum skończy Kuba Więcek), spędziłem, ze względu na pracę Rodziców, właśnie w Rybniku. Tu też związałem się przyjaźnią z Krzysztofem Popkiem, z którym nawet grywałem duety - on na gitarze (później dopiero pojawił się flet), ja na skrzypcach (skończyłem szkołę muzyczną w klasie skrzypiec u profesora Stefana Górnika). Do grona moich bliskich znajomych zaliczał się wtedy również czołowy polski flecista, gliwiczanin mieszkający na rybnickim osiedlu Nowiny Krzysztof Zgraja oraz Jan Cichy członek legendarnej grupy Extra Ball, dzięki któremu miałem zaszczyt poznać Jarka Śmietanę i Władysława „Adzika” Sendeckiego, a także pacjent mojego ojca, legendarny animator życia muzycznego Rybnika, Czesław Gawlik, który na kilka tygodni przed śmiercią (15 marca 2017),

10

przesłał mi egzemplarz swej książki (napisanej wraz z Anną Małecką) „Jazz w Rybniku”, zaopatrzonej w miłą dedykację. Uczestniczyłem, grając na skrzypcach, w lokalnych jam-session organizowanych okazjonalnie a to przez klub studencki, a to przez dom kultury przy hucie Silesia i choć nigdy nie opanowałem instrumentu w sposób mistrzowski, to jednak muzyka jazzowa, obok literatury - na którą, w końcu, się zdecydowałem zbierając dobre recenzje za me młodzieńcze opowiadania (wydałem je później w debiutanckim zbiorku „Dojrzewanie” [PW „Iskry”, 1979] - była moją pasją. Dzieliłem ją, zresztą, ze znakomitymi animatorami ruchu muzycznego, wtedy studentami Politechniki Gliwickiej - Zbigniewem Chwastkiem, Piotrem Rotkeglem i moim wielkim przyjacielem, przyszłym


Almanach 12on14 Jazz Club

Fot. arch. Najlepsi przyjaciele z czasów młodości - lider “Mark’s System Electric Band” Marek Osiecki (dziś jeden z głównych architektów Rybnika) wraz z żoną Barbarą oraz Krzysztof Popek - wirtuoz fletu do dziś związany z Rybnikiem. Wspólnie oddawaliśmy się radosnemu muzykowaniu - ja na skrzypcach lub gitarze, Krzysztof na gitarze, a później flecie. Swój pierwszy flet Krzysztof odziedziczył po swoim dziadku. Poziom mistrzowski osiągnął niezwykle szybko, wprawiając w osłupienie swoich nauczycieli i wielkiego mistrza, również mieszkańca Rybnika, Krzysztofa Zgraję (na zdjęciu poniżej), rozpoznawanego na całym świecie, laureata festiwalu Jazz nad Odrą (1972), nagrywającego wtedy z Czesławem Gładkowskim album “Alter Ego” dla Polskich Nagrań w serii “Polish Jazz” (vol. 42, 1974). Od roku 1989 Krzysztof Zgraja mieszka w Niemczech.

architektem Markiem Osieckim (którego syn, Tomek aka Ragaboy, jest dzisiaj uznanym muzykiem-multiinstrumentalistą, grającym na klasycznych instrumentach hinduskich, sitarze i dilrubie). To właśnie wraz z Markiem Osieckim osiągnąłem wówczas najbardziej spektakularny sukces jako muzyk, wygrywając wojewódzki przegląd szkolnych zespołów muzycznych. Przedsięwzięcie o nazwie „Mark’s System Electric Band” pomyślane było na miarę co najmniej The Alan Parsons Project (mieliśmy profesjonalny sprzęt udostępniony przez dom kultury przy hucie Silesia - w tym pełny zestaw Ludwiga i oryginalne conga i bongosy), a zwycięz-

ką - ponad dwudziestopięciominutową suitę, skomponowaną przez lidera - wykonał na wielkiej scenie Teatru Ziemi Rybnickiej zespół długowłosych w składzie: Marek Osiecki (fortepian, wurlitzer), Krzysztof Popek (flet, aranżacja), Tomasz Pierchała (gitara prowadząca, skrzypce), Wacław Naczyński (gitara basowa), Zbigniew Zawada (znakomity perkusista „wypożyczony” do wspólnego grania z Zespołu Szkół Zawodowych) i Jacek Smołka (congas, bongosy) - przy aplauzie ponad sześciuset osobowej widowni. Nasz profesor od muzyki, pan Jan Majer, początkowo przeciwny graniu progresywnego jazz-rocka, widząc co się dzieje stał

11

się jego entuzjastą i orędownikiem, przynosząc na kolejne zajęcia Bóg jeden wie skąd wytrzaśnięte płyty czołowych przedstawicieli gatunku, oczywiście, spoza obszaru demoludów. Czuliśmy się, jak bogowie! Wracając do muzycznego środowiska rybnickiego, warto też wspomnieć o moich bliskich sąsiadach (sąsiednie budynki), wybitnych pianistach klasycznych, wzbudzających podziw swym kunsztem na całym świecie, których miałem zaszczyt znać, jako pacjentów mojego ojca pani Lidii Grychtołówny i pana Piotra Palecznego. Do moich dalszych znajomych zaliczał się również Piotr Siedlaczek, późniejszy absolwent Wydziału


Almanach 12on14 Jazz Club

Fot. arch. - Czesław Gawlik, pianista jazzowy, kompozytor i aranżer, wielki animator życia jazzowego w Rybniku, autor książki „Jazz w Rybniku”

Fot. arch. - w latach sześćdziesiątych na koncerty jazzowe moi Rodzice chodzili do Klubu „Bombaj”, założonego i prowadzonego przez Czesława Gawlika, który mieścił się w piwnicach Domu Kultury Rybnickiej Fabryki Maszyn. Klub był w stanie pomieścić 120 osób i niemal codziennie był wypełniony po brzegi. Do Bombaju zapraszano zespoły i solistów z całego kraju. To tutaj Adam Makowicz, światowej klasy muzyk, zaczynał swoją artystyczną przygodę. Był wówczas rezerwowym pianistą. Klub przestał istnieć w 1970, gdy budynek przy ulicy Młyńskiej zawalił się w wyniku błędów w remoncie.

Fot. arch. - Jan Cichy, znakomity basista jazzowy, członek legendarnego zespołu Extra Ball i wielu innych formacji jazzowych

Mieszkając w Rybniku trudno było nie zakochać się w muzyce we wszelkich jej odmianach i gatunkach, bo wszystkie one były tam mocno obecne, stanowiąc chyba nierozerwalny element krwiobiegu każdego rybniczanina.

Fot. arch. Teatr Ziemi Rybnickiej postawiony został w samym sercu miasta. Zaprojektowany przez Jerzego Gottfrieda, Henryka Buszkę i Aleksandra Frantę. O pierwszych planach budowy teatru mówiono już od 1953 r. jednak budowa ruszyła w 1958 r. i ostatecznie budynek oddano do użytku w Barbórkę 4 grudnia 1964. Duma i okno na świat kulturalnych rybniczan. Tu można było posłuchać Filharmonii ROW, Lidii Grychtołówny i Piotra Palecznego, ale również Svatoslava Richtera, Belli Davidovic, Konstantego Andrzeja Kulki, Wandy Wiłkomirskiej, Bogny Sokorskiej, a także ZespołuPieśni i Tańca „Śląsk”. Tu, wraz z Rodzicami, widziałem „Halkę” i „Straszny Dwór” Stanisława Moniuszki, wystawianą przez Operę Śląską w Katowicach oraz niezliczone ilości operetek przywiezionych przez Operetkę Śląską w Gliwicach. Tu, wreszcie, wraz z kolegami szaleliśmy na koncertach Czesława Niemena z Grupą Niemen, Niebiesko-Czarnych, Skaldów, Trubadurów, Czerwonych Gitar, Marka Grechuty z Anawa, Tadeusza Nalepy z Breakout, a nawet czeskiej supergrupy Blue Effect z nieżyjącym już, sensacyjnym gitarzystą Radimem Hladíkiem, który grał jak wszyscy najlepsi gitarzyści ówczesnego świata razem wzięci... bo tak nam się wtedy wydawało!

12


Almanach 12on14 Jazz Club Reżyserii Dźwięku Akademii Muzycznej w Warszawie, zapalony meloman i bywalec licznych imprez muzycznych, jakie odbywały się wtedy w malutkim skądinąd miasteczku, jakim w latach siedemdziesiątych był Rybnik. Niewątpliwą perłą w koronie rodzinnych spacerów po mieście, były spotkania i kurtuazyjne rozmowy z jednym lub

oboma braćmi Szafrankami. Starszy, Karol, był uznanym pianistą i kompozytorem, a młodszy Antoni skrzypkiem, który z biegiem czasu zamienił instrument na pałeczkę dyrygencką, by ze szkolnej orkiestry symfonicznej stworzyć Wielką Orkiestrę Symfoniczną Rybnickiego Okręgu Węglowego, zwaną Filharmonią ROW i uwa-

Fot. arch. - Adam Makowicz, wybitny pianista jazzowy. Absolwent Państwowej Szkoły Muzycznej im. Braci Szafranków w Rybniku Współpracował m. in. z Tomaszem Stańko, Andrzejem Kurylewiczem, Zbigniewem Namysłowskim, Janem Ptaszynem Wróblewskim, Urszulą Dudziak oraz zespołem Novi Singers i Leszkiem Możdżerem, a także z Benny Goodmanem, Herbie Hancockiem, Earlem Hinesem, Freddiem Hubbardem, Sarah Vaughan, Teddym Wilsonem, George’em Shearingiem, George’em Mrazem, Alem Fosterem, Jackiem DeJohnette’em, Charliem Hadenem. Był wielokrotnym solistą orkiestr i zespołów kameralnych: National Symphony of Washington, London Royal Philharmonic Orchestra, Moskiewska Orkiestra Symfoniczna, Filharmonii Narodowej w Warszawie, Chester String Quartet, Amici String Quartet, Orkiestry Kameralnej Amadeus z Agnieszką Duczmal, Polskiej Filharmonii Kameralnej z Wojciechem Rajskim, Kwartetu Wilanów i wielu innych.W 2011 roku ukazała się biografia Adama Makowicza pt. Grać pierwszy fortepian autorstwa Marka Strasza – menedżera artysty. Adam Makowicz od blisko czterdziestu lat mieszka w Nowym Jorku, choć ostatnio bywa często w swoim warszawskim mieszkaniu. Jest Honorowym Obywatelem Miasta Rybnika i chlubą wszystkich rybniczan.

żaną za jedną z najlepszych orkiestr w kraju. Jak wielu rybniczan, także i ja żyłem legendą wielkiego Adama Makowicza, który - co prawda - urodził się w Gnojniku na Zaolziu, ale który muzyczną edukację rozpoczął w Rybniku, a talent, pasja, praca i konsekwencja zawiodły go na jazzowy szczyt – do Nowego Jorku. Pierwszą nauczycielką

gry na fortepianie była matka – pianistka i śpiewaczka. Pianistyczną edukację Adam Makowicz kontynuował pod okiem Karola Szafranka, jak sam wielokrotnie podkreślał, jedynego pedagoga, który miał wpływ na jego technikę i biegłość palców. Jednocześnie uczęszczał do klasy fletu rybnickiej szkoły muzycznej, której dyrektorem

13

Fot. arch. Dla Rybnika bracia Szafrankowie są niczym rodzina Straussów dla Wiednia. Byli muzykami, pedagogami i organizatorami życia muzycznego tak wybitnymi, że ich działalność jest w mieście żywa do dzisiaj. Antoni i Karol Szafrankowie byli założycielami szkoły muzycznej i orkiestry symfonicznej. W kulturalnym pejzażu Rybnika najmocniejszym akcentem zawsze była i jest do dziś muzyka. Na tym podłożu powstało Towarzystwo Muzyczne im. Braci Szafranków, które dzięki staraniom swoim oraz władz miasta reaktywowało w 1998 r. założoną przez braci Szafranków Filharmonię. Filharmonia Rybnicka działa do chwili obecnej, a na jej koncertach sale wypełnione są po brzegi.

był Antoni Szafranek. Kiedy przeniósł się do liceum w Katowicach, również tam, a później w Krakowie, kontynuował muzyczną edukację. Jednak zainteresowanie jazzem zrodziło się właśnie w Rybniku, w połowie lat pięćdziesiątych. Zawdzięczał je Czesławowi Gawlikowi, wtedy pracownikowi domu kultury Rybnickiej Fabryki Maszyn. Po raz pierwszy w życiu pana Adama Makowicza spotkałem dopiero w grudniu 2016, w sklepie muzycznym na warszawskim Placu Konstytucji. Było to dla mnie wyjątkowe przeżycie. Rozmawialiśmy ze sobą kilkanaście minut i umówiliśmy się na kolejne spotkania. Poruszyliśmy również temat koncertu w klubie 12on14. I mam nadzieję, że kiedyś jeszcze do niego dojdzie.


Almanach 12on14 Jazz Club Później, po przyjeździe do Warszawy, już jako student Polonistyki UW, związałem się na kilka lat ze środowiskiem jazzowym, dorywczo pracując (1977-1978) po zajęciach na uczelni w legendarnym klubie „Akwarium” przy Emilii Plater 49 wespół z Antonim Dębskim i kilkoma innymi osobami, których nazwisk już nie pamiętam, aż do czasów nastania rządów pani dyrektor Hanny Sarary. Wtedy to Wiesław Olko (a może Marek Olko, nie jestem pewien) „rzucił mnie na odcinek” pracy manadżerskiej i zostałem „kierownikiem trasy” (tak się to bodaj wtedy nazywało) (1978-1980) świeżo zawiązanego kwintetu Kazimierza Jonkisza, w którego składzie - poza liderem grali... Andrzej Olejniczak, Krzesimir Dębski, Janusz Skowron i Andrzej Łukasik. Organizowanie kolejnych koncertów i tak zwanej trasy nie było może w tych czasach zajęciem szczególnie trudnym. Domy kultury rozsiane po całej Polsce miały budżety, choć dla wielu lokalnych działaczy samo słowo “jazz” kojarzyło się często z czymś niebezpiecznym i ideologicznie obcym - trzeba więc ich było czasem żarliwie przekonywać, że... ilości fantazyjnych figur stylistycznych, których wtedy używałem, nie powstydziłby się nawet wytrawny demagog - ważne było, że w końcu dawali się przekonać, a ja mogłem się pochwalić przed moim przełożonym w PSJ kalendarzem koncertowym wypełnionym po brzegi. Również z frekwencją nie było kłopotu, bo jak ludzie nie chcieli przychodzić sami z siebie, to wydział kultury lokalnej organizacji partyjnej dawał przykaz i zakłady pracy

Fot. arch. Akwarium Jazz Club – pierwszy w Polsce klub jazzowy. Został założony w 1977 roku w centrum Warszawy, przy ul. Emilii Plater 49. W latach 70. XX wieku przy ul. Emilii Plater nr 49 znajdowała się kawiarnia Barbara.Wskutek działań Stanisława Cejrowskiego Polskie Stowarzyszenie Jazzowe przejęło budynek i zmieniło nazwę na Akwarium, nawiązując do jego elewacji - większość ścian zewnętrznych była ze szkła. Działalność klubu zainaugurowano we wtorek, 26 kwietnia 1977 roku koncertem zespołu Mainstream. Klub gościł głównie (choć nie tylko) krajowych jazzmanów, organizował cotygodniowe jam sessions. 27 kwietnia 2000 ten jedyny wówczas klub jazzowy w Warszawie zamknięto ze względu na planowaną budowę wieżowca. 2 lutego 2001 klub wyburzono, a na jego miejscu wybudowano wieżowiec InterContinental, oddany do użytku w listopadzie 2003.

Fot.M.Karewicz - Kazimierz Jonkisz Quintet - (od lewej) Andrzej Łukasik, Kazimierz Jonkisz, Andrzej Olejniczak, Janusz Skowron, Krzesimir Dębski

14


Almanach 12on14 Jazz Club organizowały dla swych pracowników wieczór z jazzem. Wśród tłumów niczego nie rozumiejących z tego, co się dzieje na scenie widzów zawsze jednak znalazły się pojedyncze osoby szczęśliwe, że mogą posłuchać muzyki synkopowanej. I choćby dla nich warto to było robić. Z początkiem roku 1980 weszliśmy do studia Polskich Nagrań przy ulicy Długiej, by w ciągu trzech sesji nagraniowych złożyć materiał do albumu “Tiritaka”, wydanego w 1981 roku w serii Polish Jazz, vol. 62. Zdjęcie na okładkę wykonał pan Marek Karewicz, a liners-note napisał pan Krystian Brodacki. To był pierwszy album w historii polskiej fonografii, nagrany przez formację, której liderem był perkusista. Zawierał sześć kompozycji, z których pierwszych pięć napisał Krzesimir Dębski, a ostatnią (“Dla Mareczka”) Kazimierz Jonkisz. Płyta została znakomicie przyjęta, a członkowie kwintetu rozpoczęli na dobre swoje wielkie kariery. “Tiritaki” również i dzisiaj słucha się świetnie. Brzmi ożywczo i świeżo. I zawsze przypomina mi czasy, gdy rozklekotanym “trabantem” Kazimierza Jonkisza, wyładowanym perkusją i ludź-mi, pędziliśmy na złamanie karku po ówczesnych bezdrożach, aby na czas zdążyć do kolejnego domu kultury, gdzie czekał nas koncert. Moja współpraca z zespołem zakończyła się niedługo po wydaniu albumu “Tiritaka”, choć do dzisiaj wszyscy członkowie formacji dobrze wspominają ten czas. W czasie niedawnego spotkania z Krzesimirem Dębskim i

Fot. arch. „Dojrzewanie” - mój debiutancki zbiór jedenastu opowiadań z lat 1971-1975, wydany nakładem Państwowego Wydawnictwa ISKRY w roku 1979 w nakładzie 10.000 egzemplarzy (sic!!!) - mam jeden jedyny egzemplarz tej książki w swoim księgozbiorze - zdecydował o całej reszcie życia. Na pchlim targu sprzedałem skrzypce, a za uzyskane pieniądze kupiłem tamże starą amerykańską maszynę do pisania o wdzięcznej nazwie “Underwood Standard”. Była wielkości pralki, ale stała się symbolem moich planów zajęcia się na poważnie twórczością literacką. Moja książka przegrała wtedy z Donatem Kirschem i jego „Liśćmi Croatoan” tytuł najlepszego debiutu roku, ale na otarcie łez otrzymałem Stypendium Artystyczne Ministra Kultury i Sztuki oraz m.in. dwie znakomite recenzje pióra prawdziwego patrona młodej polskiej literatury, Henryka Berezy, które zamieścił na łamach dwóch najważniejszych periodyków kulturalnych w Polsce krakowskiego „Życia Literackiego” i warszawskiej „Kultury”. W tym samym roku zdobyłem tytuł magistra na warszawskiej polonistyce, a w niedługi czas potem ogłoszono stan wojenny. Smutny pan, nie przebierając w słowach, kazał mi się pożegnać nie tylko z krajem, ale i z moimi planami zostania czynnym literatem. Nie za bardzo nawet dano mi się spakować. Mój “Underwood Standard” był niemym świadkiem wydarzenia. Zbyt ciężki, by go zabrać ze sobą, przepadł bez wieści wraz ze wszystkim, co miałem. Wiele lat później napisałem jeszcze dwie książki - zbiór opowiadań „Kukurydza dla iinnych kur”, zawierający również nowelę „Moja Siloe”, którą publikowałem w odcinkach w paryskim „La Voix Catholique” oraz powieść „Kotlina Miesjasza”. Obie były w ogólnoposkiej dystrybucji w salonach „empik” i sprzedały się w 80%. Resztę sprzedaję czasem w naszym klubowym butiku..

15


Almanach 12on14 Jazz Club samej grupie - Jackiem Kaczmarskim i Michałem Kulentym. I podczas gdy z Jackiem nasza przyjaźń bardziej realizowała się w dysputach literackich i politycznych, to z Michałem dzieliłem żarliwą pasję do jazzu, spędzając długie wieczorne godziny na słuchaniu i analizowaniu maestrii Jana Garbarka, który w tym czasie był dla Michała niedościgłym wzorem. Na szczęście, po latach znowu udalo nam się spotkać w klubie na Piwnej i powspominać stare dobre czasy. Udało mi się nawet namówić Michała na wspaniały koncert,mimo że był już bardzo chory. Potem widzieliśmy się jeszcze dwukrotnie. Towarzyszyłem Mu w ostatniej drodze. Został pochowany 9 stycznia 2017 na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach. Niestety, z Jackiem Kaczmarskim nie udało mi się już spotkać, choć byliśmy wstępnie umówieni na marzec 2004, kiedy miał otrzymać Fryderyka za całokształ twórczości. Jednak nie miał już sił odebrać go osobiście. Zmarł w niecały miesiąc później. 24 kwietnia 2004 roku jego prochy spoczęły w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.

Fot. Piotr Szajewski - ś. p. Michał Kulenty

Przez długie lata emigracji moje związki z muzyką sprowadzały się do nałogu przesiadywania w klubach jazzowych i nawiązywaniu kontaktów z muzykami z całego świata oraz kolekcjonowaniu płyt. Emigracyjną tułaczkę przerwałem raptem na półtora roku, wracając do Polski w 1989, gdy runęły mury. Z aktorką i reżyserką, Małgorzatą Potocką, założyłem firmę producencką “M.Potocta Production”, która zrealizowała dwa znaczące teledyski Grzegorza Ciechowskiego według wspólnego pomysłu - “Nie pytaj o Polskę” (reż. M. Potocka) i “Tak, tak” (reż. T. Ciesielski) oraz weszła w koprodukcję artystycznego gniota w reżyserii lidera słynnej, szwajcarskiej grupy Yello, Dietera Meiera, zatytułowanego “Snowball”, który doczekał się światowej premiery dopiero w 2001 roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Berlinale, jednak pod zmienionym na “The Lightmaker” tytułem. Przez prawie cały rok 1990 - pełen niewyobrażalnych trudności - staraliśmy się nadążyć za niezbornymi fantazjami reżysera, angażując do tego nie tylko całą Wrocławską Wytwórnię Filmów Fabularnych, ale wszystkich ludzi dobrej woli, przejętych pierwszą międzynarodową koprodukcją w historii wolnej Polski. W obsadzie pojawili się Jimmy Melville, przyjaciel Dietera Hubertus von Mayesburg, Cornelia Grolimund, ale też i Rod Steiger. W przedsięwzięcie zaangażowali sie także polscy aktorzy Mał-

Fot. arch. - ś. p. Jacek Kaczmarski

kilkoma innymi osobami, miałem zaczyt być przedstawiony przez niego słowami “mój pierwszy manadżer”. W tym samym czasie rozstałem się również z Polskim Stowarzyszeniem Jazzowym. Mając za sobą udany debiut literacki, dyplom polonisty i ministerialne stypendium bardziej niż czegokolwiek innego pragnąłem realizować się na niwie literackiej, tym bardziej, że mocno zaczął łopotać nad nami podniesiony przez “Solidarność” sztandar wolności. Muzyka wciąż jednak była mi bardzo bliska. Wszak miałem to szczęście, iż w czasie studiów przyjaźniłem się z dwoma wspaniałymi kolegami, będącymi w tej

16


Almanach 12on14 Jazz Club gorzata Potocka i Jerzy Zelnik, a Zbigniew Zamachowski zagrał główną rolę. Dieter Meier również pojawia się w filmie. Skądinąd słusznie, jako... błazen. Dietera Meiera ściągnął do polski Grzegorz Ciechowski. Spotkał go na MIDEM w Cannes, gdzie zawiózł wyprodukowane przeze mnie clipy, mając nadzieję na europejską karierę. Po powrocie przedstawił mnie Dieterowi, jako swego producenta i tak się zaczęło. Na wydanym z tej okazji przez Grzegorza i Małgorzatę przyjęciu miałem zasczyt i przyjemność poznać Korę i Stanisława Soykę, który wiele lat później dał dwa wspaniale koncerty w naszym klubie. Olgę Jackowską pamiętałem z dwóch czy trzech spotkań z ostatniego okresu okresu współpracy Milo Kurtisa z grupą Maanam. Milo, którego poznałem wcześniej w jednym z klubów studenckich dołączył wtedy do grupy Osjan, grającej muzykę ze wszech miar dla mnie wtedy fascynującą. Był rok bodaj 1976, a ja - dwudziestolatek, bardzo długowłosy i odrobinę hippizujący - starałem się nie opuścić żadnego ich koncertu, podobnie jak mocno frytowych sesji w klubie „Remont”, których sprawcami byli Tomasz Stańko i Edward Vesala. Nie bez kozery to Milo Kurtis dał pierwszy koncert w naszym klubie, prezentując nieobecną przez lata, awangardową Grupę W Składzie:. Wraz z nim pojawili się na naszej scenie Wojciech Konikiewicz i Witold Popiel. Znaliśmy się wtedy z Milem już prawie 40 lat.

Kadr z teledysku Obywatela G.C. „Nie pytaj o Polskę”, reż. Małgorzata Potocka

Kadr z teledysku Obywatela G.C. „Tak... Tak...”, reż. Tadeusz Ciesielski

Grzegorza Ciechowskiego - również absolwenta polonistyki (Uniwersytet w Toruniu) - poznałem jeszcze w roku 1980, gdy jako świeżo upieczony lider nieznanej jeszcze wtedy formacji Republika (pierwsze publiczne występy miały miejsce rok później), pojawił się w Pracowni Artystycznej Antoniego Zdebiaka, którą wraz z utalentowanym grafikiem Lucjanem Furmagą miałem przyjemność współtworzyć. To właśnie Antek Zdebiak wymyślił Grzegorzowi czarno-białą wizulizację, w pełni koherentną z ostrym brzmieniem i oryginalnymi tekstami Republiki. Z tego doskonale później rozpoznawalnego stylu Grzegorz Ciechowski już nigdy potem nie zrezygnował. Przez Pracownię Artystyczną Antoniego Zdebiaka przewijały się w tym czasie całe rzesze koryfeuszy polskiego rocka, ze Zbigniewem Hołdysem na czele. Pojawiał się również legendarny bard Jan Wołek i jego świetnie wystylizowana żona, projektantka odnosząca sukcesy na Manhattanie, Ola Laska-Wołek. Jej olbrzymi fotogram, autorstwa Antka Zdebiaka, ozdabiał

Kadr z filmu „The Lightmaker”, reż. Dieter Meier (na zdjęciu DIeter Meier, który wcielił się ponadto w rolę Błazna)

17


Almanach 12on14 Jazz Club później przez lata hall główny starego Hotelu Europejski. Często jeździliśmy do Męćmierza, małej wioski w pobliżu Kazimierza nad Wisłą, gdzie Antoni tworzył swe najsłynniejsze zdjęcia - wystawiane później na całym świecie lub stawialiśmy pierwsze kroki w dziedzinie kampanii reklamowych, jak choćby w słynnej serii zdjęć dla “Wólczanki”, z udziałem najlepszych polskich modelek Bogny Sworowskiej i Iwony Sul. Lucjan Furmaga malował ich ciała w fantazyjne wzory, Antoni fotografował, a ja wykonywałem pracę copywritera opatrując fotogramy hasłami reklamowymi. W końcówce lat 80-tych, gdy ja przeżywałem jeszcze swój pierwszy okres emigracji, Antoni wyjechał do Londynu. Zrealizował dwa filmy dokumentalne; jeden o rozpoczynającym karierę bokserską Jemeńczyku nazywanym “Prince”, drugi o wytwórni whisky w Glenfiddich. Zginął tragicznie w 1991 w wypadku samochodowym. Jego prace znajdują się w galeriach i kolekcjach prywatnych na całym świecie. Lucjan Furmaga do dziś mieszka i tworzy w stolicy Wielkiej Brytanii. Jesteśmy w stałym kontakcie.

Fot. Antoni Zdebiak - autoportret

Fot. Antoni Zdebiak - Republika, sesja fotograficzna nowej formacji, z której zdjęcia zostały wykorzystane późnej na okładkę i wkładki pierwszego albumu “Nowe Sytuacje (Polton, 1983)

18

Fot. arch. Antoni Zdebiak (pochylony) na wystawie Węgierskiej Sztuki Młodych. Pierwszy z prawej - Lucjan Furmaga. Zdjęcie wykonano w 1987 - nie było mnie wtedy w Polsce.


Almanach 12on14 Jazz Club Z Małgorzatą Potocką rozstałem się zanim skończyliśmy polską część filmu Dietera Meiera wskutek różnicy zdań zarówno wobec bieżącej produkcji, jaki planów na przyszłość. I mimo, że rozstanie przebiegło bezkonfliktowo, moje odejście wywołało niemałe oburzenie warszawskiego środowiska. Nigdy jednak nie żałowałem swojej decyzji. W kilka dni po opuszczeniu “M. Potocka Production”, w połowie roku 1990 wyjechałem wraz z żoną do Austrii, gdzie uruchomiłem dwie firmy - jedną prowadzę do dzisiaj (jednak już jako firmę polską), druga powstała w związku z nadarzającą się sposobnością zrobienia filmów instruktażowych i reklamowych “Porky” dla dużej niemieckiej kompanii produkującej pasze dla trzody chlewnej i bydła Sano Moderne Tierernährung GmbH wchodzącej na rynek austriacki. Sukces przedsięwziecia przyniósł mi kolejne zlecenia na filmy i kampanie reklamowe, w tym dostrzeżone przez Effi Austria (Austrian Chapter of the International Advertising Association (IAA)), a także współpracę producencką przy realizacji tryumfalnego comeback austriackiego gwiazdora Falco na koncercie promującym album ”Nachtflug” przed dziesięciotysięczną wiedeńską pub-licznością, oklaskującą swego idola w strugach deszczu. Małgosia po zakończeniu współpracy z Dieterem Meierem nakręciła znakomity dokument “Republika, czyli epitafium dla zagubionego poety” (1994), a później rozpoczęła prace nad popularnym sitcomem “Klasa na obcasach”, który ostatecznie zaczął być emitowany w TVP od roku 1998. Ja zaś w 1992 roku byłem

gościem francuskiego producenta Alaina Mayora na 45. Festiwalu Filmowym w Cannes, który zainteresował się moim scenariuszem “Rien Ne Va Plus”, taką trochę europejską wersją Bonnie & Clyde ze starzejącą się francuską damesą z pretensjami i polskim emigrantem-harazdzistą po politycznych przejściach w tle. W połowie 1994 rozwiodłem się. To był kosztowny rozwód, więc kompletnie spłukany wróciłem do Polski zastanawiając się nad dalszą karierą. Pół roku później poznałem Katarzynę. Wkrótce zamieszkaliśmy razem na warszawskim Starym Mieście, w wynajętym mieszkaniu na ulicy... Piwnej. Z końcem roku 1995 Alain Mayor pozyskał przychylność samego Jerzego Skolimowskiego dla realizacji filmu oraz Christophera Lamberta do roli głównej. I gdy już wydawało się, że wszystko jest

na najlepszej drodze do powstania filmu, a ja wraz z moją świeżo poślubioną w Polsce Katarzyną, przeniosłem się w 1996 do Paryża, okazało się to, co jest codziennością w tzw. przemyśle filmowym, czyli... brak pieniędzy na produkcję. Alain kupił więc ode mnie za niewielką sumkę prawa do tytułu oraz tzw. synopsis i rozstaliśmy się w pokoju. Inwestując wcześniej w nasz paryski pobyt znaczne kwoty, zaczęliśmy nagle cierpieć straszną biedę, więc pieniądze się przydały. Tym bardziej, że Katarzyna była już w ciąży. W Paryżu mieszkaliśmy kilkanaście miesięcy. 8 września 1997 urodził się nasz młodszy syn Michał. Starszego o dziesięć lat Piotra Katarzyna wcześniej wniosła do naszego małżeństwa z poprzedniego związku. W czasie naszej paryskiej niedoli znaleźliśmy źródło niewielkich dochodów w

Fot.arch. rue René-Boulanger, X Arrondissement. Nasze pierwsze paryskie mieszkanie mieściło się w nowoczesnym budynku po prawej stronie. Po lewej, z balkonikami, znajdował się Théâtre du Petit-Saint-Martin słynnego mima Marcela Marceau, gdzie Roman Polański przygotowywał się do premiery “Maria Callas, La Leçon de Chant”. Wychodził na balkonik na papierosa, a my widzieliśmy go prawie codziennie. O kontakt było łatwo wystarczyło otworzyć okno. Ku naszej radości, dał się namówić na spotkanie w widocznym na zdjęciu bistro. Spotkaliśmy się tam trzykrotnie, rozmawiając przede wszystkim o filmie, scenariopisarstwie i literaturze w ogóle. W końcu odbyła się premiera, a Roman Polański wyjechał bodaj do Hiszpanii, by kręcić zdjęcia do filmu „Dziewiąte Wrota”, ze wspaniałą muzyką Wojciecha Kilara. Film miał premierę w 1999 i odniósł światowy sukces

19


Almanach 12on14 Jazz Club Polskiej Misjii Katolickiej wydającej tygodnik “La Voix Catholique” - ja publikowałem w nim powieść w odcinkach, zatytułowaną “Moja Siloe”, a Katarzyna jednoosobowo sprawowała pieczę nad redakcją techniczną. Zanim bowiem została dyplomowaną ekonomistką dysponowała średnim wykształceniem poligraficznym, ze specjalnością redaktora technicznego. Poza tym udało mi się zdobyć zlecenie na tłumaczenie dla polskojęzycznej wersji kanału “Planete” ponad trzydziestu odcinków słynnej serii “Survival”. Pomimo trudności dawaliśmy jednak radę. Piotr chodził do regularnej francuskiej szkoły oswajając się coraz bardziej z językiem, byliśmy zapraszani na spotkania paryskiego środowiska filmowego, nawet trzykrotnie spotkaliśmy się na miłej pogawędce z Romanem Polańskiem, który przygotowywał się do premiery “Maria Callas, La Leçon de Chant” w paryskim teatrze Marcela Marceau przy rue Rene Boulanger, przy której mieszkaliśmy, zanim przeprowadziliśmy się do małego mieszkanka przy rue Chapon w dzielnicy Beaubourg, dosłownie kilkadziesiąt metrów od słynnego Centre George Pompidou. Jednak prawdziwy szlag mnie trafił - i na własną głupotę i przeklęty los -, gdy w październiku 1997 na ekrany paryskich, a potem światowych kin, wszedł najnowszy film Claude’a Chabrola, wg jego własnego scenariusza, zatytułowany... “Rien Ne Va Plus” (znany w Polsce jako “Francuska ruletka”) - Betty (Isabelle Huppert), pełna uroku młoda kobieta, i Victor (François Cluzet), starszy pan o nobliwym wyglądzie, to złodziejski duet. Oboje działają

Fot. arch. Alain Mayor, niedoszły francuski producent mojego scenariusza „Rien Ne Va Plus”, którym udało się zainteresować samego Jerzego Skolimowskiego

w kasynach i na międzynarodowych kongresach, okradając samotnych zamożnych mężczyzn. Betty, zmęczona tą rutynową już działalnością, postanawia pewnego dnia wyłamać się z narzuconego przez Victora porządku. Jeszcze w tym samym roku film zdobył główną nagrodę na Festiwalu Filmowym w San Sebastian. Nie mogłem mieć do Alaina Mayora pretensji - wszak nabył prawa do kupionego ode mnie tytułu. Nie mając szans na jego produkcję odsprzedał prawa innemu francuskiemu producentowi, specjalizującemu się w kinie niezależnym, Marinowi Karmitzowi. Film został zrealizowany nakładem 60 milionów franków (ok. 30 mln złotych). Z podciętymi skrzydłami, ale szczęśliwi dwumiesięcznym synem, wróciliśmy do Polski. Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia 1997. Trzeba było budować wszystko od nowa.

20

Niemal natychmiast popowrocie otrzymałem trzymiesięczny angaż, jako dyrektor generalny powstającej właśnie nowej stacji telewizyjnej dla dzieci i młodzieży o wdzięcznej nazwie Trochę Młodsza Telewizja. Moim zadaniem było uruchomienie kanału i zapewnienie solidnej dystrybucji. Wywiązałem się z niego w terminie. 23 maja 1998 i przez pierwsze cztery lata dostępny był na platformie Cyfra+ oraz w sieciach kablowych. W szczytowym okresie działalności oferta programowa stacji była dostępna dla 12 mln widzów. Po zakończeniu współpracy z TMT chcieliśmy postawić na moje wcześniejsze doświadczenia w dziedzinie produkcji filmowej i telewizyjnej, jednak z pierwotnych planów pozostała jedynie agencja castingowa i tzw. bank twarzy. Wśród naszych “odkryć” znalazły się m.in. przyszła gwiazda telewizji, znakomita dziennikarka Anita Werner, osobowość telewizyjna Paweł Loroch oraz... aktywna już wtedy na lokalnej scenie polityczej, przyszła posłanka i Minister Sportu w rządzie Donalda Tuska, Joanna Mucha oraz kilkanaście osób w różnym wieku zaludniających emitowane w tym czasie reklamy telewizyjne. Ściśle współpracowała z nami wtedy znakomity fotografik, Jarosław Denysenko. Przypadkowe spotkanie z reżyserem filmów reklamowych Witoldem Sołowiowem (dzisiejszym bywalcem naszego klubu) i niezapomniana rozmowa pchnęły naszą agencję na szersze wody, a City Models & Media zaczęli odwiedzać skauci najlepszych agencji modelek na świecie. Kilka “naszych dziewcząt” pojawiło się na wybiegach


Almanach 12on14 Jazz Club Mediolanu, Paryża, Londynu czy Barcelony, a także zaliczyło sesje haute couture do światowych magazynów mody (Magda Laskus w hiszpańskim wydaniu Vanity Fair). Do współpracy w zakresie choreografii pozyskaliśmy także byłą supermodelkę Iwonę Sul, którą znałem jeszcze z czasów Pracowni Artystycznej Antoniego Zdebiaka, przygotowującą dziewczyny do wykonywania tego bardzo trudnego zawodu. W grudniu 1998 roku, pod patronatem Krajowej Izby Mody z Łodzi, zorganizowaliśmy w warszawskim Teatrze Polskim debiutancki pokaz siedmiu młodych talentów, w tym Macieja Zienia i Gosi Baczyńskiej. ”Wielki Bal” miał zapoczątkować zaplanowaną serię pokazów pret-a-porter w nieistniejącym już Teatrze Małym, zatytułowaną “Modne Poniedziałki”. Obecna wśród publiczności wielka Joanna Klimas publicznie zjechała nie tylko sam pokaz, ale i nasz pomysł cotygodniowych spotkań z modą, więc PLL „LOT”, który miał być sponsorem przedsięwzięcia, wycofał swą ofertę. Dopiero po czasie okazało się, że to my mieliśmy rację - zaprezentowani przez nas początkujący wtedy projektanci dziś są uznanymi kreatorami, wyznaczającymi trendy modowe także poza granicami naszego kraju. No cóż, czasem trzeba umieć spojrzeć w przyszłość... szczególnie, gdy jest się wielkim! A my powiedzieliśmy sobie - jeśli kiedykolwiek będziemy coś jeszcze robić, co będzie miało wymiar publiczny, to musimy być niezależni, inaczej nie ma to sensu. Hołdujemy tej zasadzie do dziś! Przez jakiś czas, wespół z

Pawłem Sito i Pawłem Adamskim, zajmowałem się jeszcze projektowaniem satelitarnego kanału tematycznego pn. „design.tv”, ale skończyło się na pięknie zrealizowanym projekcie. Odnowiłem więc pomysł, który zapoczątkował moją karierę w Austrii i założyłem firmę w Polsce. Działa owocnie do dzisiaj. Przez lata pracowaliśmy w niej z Katarzyną razem, dzień po dniu wypracowując miejsce na rynku. To był świetny okres uwielbiamy pracować ze sobą, a potem razem wracać do domu. Ciągle nam jest nas za mało i od dnia poznania do dzisiaj staramy się tak organizować swoje życie, aby możliwie największą jego część spędzić razem. Katarzyna po jakimś czasie rozpoczęła swe wymarzone studia ekonomiczne, a ja - poza pracą zawodową zdecydowałem się na wydanie dwóch moich książek napisanych we wcześniejszych latach. Powieść „Kotlina Mesjasza” i zbiór opowiadań „Kukurydza dla innych kur” pojawiły się na półkach „empiku” w całym kraju tego samego dnia w 2006 roku, a łączna ich sprzedaż wyniosła 80% całego nakładu, czyli nieco ponad 800 egzemplarzy. Coś się w Polsce musiało dramatycznie zmienić, bo tym razem ani jeden zawodowy krytyk nawet się nie zająknął słowem na ten temat. Szkoda, bo obie pozycje są o niebo lepsze od debiutanckiego „Dojrzewania”, które w swoim czasie odniosło artystyczny i komercyjny sukces. Pozostałe z „empikowskiej” dystrybucji egzemplarze sprzedawałem później z umiarkowanym skutkiem w naszym klubowym sklepiku. Tak oto moje młodzieńcze marzenia o byciu pisarzem skonfrontowały się z rzeczywistością

21

- gdybym miał z tego wyżyć, to zostałby już po mnie jedynie smętny napis na nagrobku. Mój dotychczasowy dorobek pisarski zamknął się więc na trzech pozycjach literackich oraz dwóch zrealizowanych scenariuszach filmowych. Obydwa powstały w Szwecji. Pierwszy „The Pay-Off” (1986) w reżyserii Jiří Tirla, z udziałem wielu


Almanach 12on14 Jazz Club polskich gwiazd (Maria Pakulnis, Iga Cembrzyńska, Dorota Staliński, Dorota Kwiatkowska-Rae, Grażyna Trela, Hanna Mikuć, Hanna Stankówna, Ewa Telega, Ewa Milde), wyprodukował dzisiejszy stały bywalec klubu, Jerzy Kasprzyk, drugi zaś średniometrażowy debiut reżyserski znanego szwedzkiego producenta Rune Hjelma - „Veronika” (1988) m. in. z Leną Nyman w jednym z epizodów, powstał na zamówienie szwedzkiej telewizji (SVT2). I choć „The Pay-Off” był emitowany zarówno w polskiej, jak i szwedzkiej telewizji oraz dostępny był na kasetach video w wypożyczalniach całej Europy, to obydwa filmy prezentowały, co najwyżej, poziom kina lokalnego i nigdy nie odniosły spektakularnego sukcesu.

W czasie długich lat mojej tułaczki po świecie miałem przyjemność i zaszczyt spotykać wybitnych artystów, z którymi niekiedy udawało mi się współpracować. Pozostały z tego prawdziwie piękne wspomnienia i gruby notes z kontaktami. Wśród nich dziesiątki telefonów do malarzy, pisarzy, filmowców oraz jazzmanów. To był cały mój skarb, na którym Katarzyna zbudowała pomysł prowadzenia klubu jazzowego. I choć pragnąłem tego z całego serca, to jednak przewrotnie postanowiłem postawić jej jeden warunek.

For. arch. Jerzy Kasprzyk - producent filmu fabularnego „The Pay-Off”, do którego napisałem scenariusz. Jurek mieszkał wtedy w Szwecji, a jego firma producencka nazywała się „Riki Film AB” w nawiązaniu do miejsca urodzenia (Ryki). Film powstał we współpracy z agencją „Poltel” w 1986. Dzisiaj Jerzy Kasprzyk jest częstym bywalcem naszego klubu, mieszka w Warszawie ii jest członkiem Fundacji „Dumni Polską”.

For. arch. Lena Nyman - wielka szwedzka aktorka, która zagrała znaczący epizod w telewizyjnym, średniometrażowym debiucie reżyserskim znanego szwedzkiego producenta Rune Hjelma wg mojego scenariusza. Światową sławę przyniosła Lenie rola w Jesiennej sonacie (szw. Höstsonaten) w reżyserii Ingmara Bergmana, gdzie zagrała u boku Ingrid Bergman i Liv Ullmann. Lena Zmarła w 2011 roku. Kadr z filmu „The Pay-Off” - „Wyrównanie rachunku” (bo taki tytuł film miał w Poslce). To oldskulowy film sensacyjny w stylistce lat 80. tych. Akcja filmu rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych. Lekarz psychiatra usiłuje zatrzeć ślady przestępstwa, które sam popełnił. Trafia do zakładu psychiatrycznego dla zbrodniarek, które albo udają szaleństwo lub szalone są naprawdę. Na zdjęciu Dorota Stalińska grająca Mary, niemą chłopczycę – uroczą, ale kumulującą gniew. Widzimy postać, która długo robi wrażenie niegroźnej, psotnej łobuzicy, aby niespodziewanie wybuchnąć. To niewielka rola, ale znacząca, bo jedyna w dorobku Aktorki – rola kobiety obłąkanej. A wydawałoby się, że aktorka o takiej ekspresji częściej powinna być obsadzana w rolach wariatek....

22


Almanach 12on14 Jazz Club

CZAS DECYZJI Katarzyna nie dawała za wygraną, wracając codzienie do idei ”mojego klubu jazzowego”, a ja podskórnie czułem, że coraz częściej brakuje mi argumentów. Z drugiej strony, obawiając się konsekwencji mojej zgody - oznaczającej postawienie na głowie całego naszego, bądź co bądź ustabilizowanego już od lat, życia - wygłaszałem moje tezy broniące status quo z (umiarkowanie) pełnym przekonaniem. Któregoś wieczoru Katarzyna, w odpowiedzi na moje kolejne pytanie o mocny fundament jej idei użyła argumentu, który wstrząsnął całym moim światem. „Z biegiem lat wyglądasz na coraz bardziej znużonego. Twoja firma przestała Cię już cieszyć. Widzę, jak się wypalasz, jak brakuje Ci zapału, radości...”, powiedziała, dodając po chwili „Od lat żyjesz życiem innych, ich problemami i potrzebami. Służysz ich ideom i coraz więcej w Tobie rutyny. Nie chcesz już niczego nowego, choć zawsze miałeś głowę pełną pomysłów. Na własne życzenie zaprzągłęś się w kierat problemów, z rozwiązywania których nie czerpiesz już żadnej satysfakcji... Usychasz, a ja nie chcę biernie patrzeć, jak usychasz i gaśniesz...” Tej nocy nie mogłem zasnąć. Przed oczami wyświetlał mi się film z powycieranymi kadrami, których ostrość - im bliższej dotyczyły przeszłości - zacierała się coraz bardziej. Katarzyna miała rację. Miałem 58 lat i zacząłem się starzeć. Usychałem, jak to powiedziała. Od pewnego czasu coraz mniej byłem ciekaw świata, a wszelkie rewolucje zdawały mi się coraz bardziej dziwaczne. Burzyły przecież ład i porządek, do którego zdążyłem się już przyzwyczaić, choć daleki byłem wciąż od jego polubienia. Katarzyna zawsze była uważnym obserwatorem, bezbłędnie wyciągającym wnioski. Ja również miałem rozwiniętą tę umiejętność - przez lata stanowiła fundament mojej pracy z innymi i sukcesu, który wynikał później z trafnych zaleceń i planów - choć zawsze oddawałem pierwszeństwo jej spostrzegawczości. Powstała nagle obawa, że ona również źle się czuje z tym, co robi, skierowała me myśli na najbliższą rozmowę, która musiała się odbyć jak najprędzej. Dostałem sygnał, którego nie wolno było zbagatelizować. Przez resztę nocy plułem sobie w brodę, że potrzebowałem aż tygodnia, aby go dostrzec. Obmyślałem więc

23


Almanach 12on14 Jazz Club fortel, który pozwoliłby mi wycofać się, gdybym się mylił. Z drugiej strony chciałem też dać jej szansę na podjęcie własnych decyzji bez bolesnych dywagacji i tłumaczenia się z czegokolwiek. Miałem do niej zawsze bezgraniczne zaufanie i wiedziałem, że jak by się nie zakończyła nasza rozmowa, jej wynik zawsze będzie dla nas korzystny. Zasnąłem nad ranem w przeświadczeniu, że czeka nas ważny dzień. Wstałem wcześniej. W lustrze zobaczyłem swoją twarz - wyglądałem, jak półtora nieszczęścia. Przygotowałem śniadanie. Zaparzyłem kawę. Jej aromat zbudził Katarzynę. Podeszła do mnie uśmiechnięta i piękna. Dała mi buziaka na dzień dobry. „A z tobą, co...?”, spojrzała na mnie z troską. „Myślałem...!”, odparłem ostrożnie. „No, proszę...! No i co takiego wymyśliłeś...?!”, zaczepiła z wyraźną ironią nalewając sobie kawy. Cóż było robić? Teraz, albo nigdy. „Pomyślałem sobie... Pomyślałem, że... Że ten cały... że ten jazz club, to jednak dobry pomysł...!”, wyrzuciłem wreszcie. Kasia podniosła filiżankę do ust i spojrzała na mnie wymownie, zachęcając do dalszych wynurzeń. Jakby wiedziała, że muszą nastąpić. Wolno, z rozmysłem, sięgnąłem po pieczywo i posmarowałem masłem. Potem równie metodycznie zacząłem nakładać sobie na talerz mój ulubiony twarożek. Kasia piła kawę przyglądając mi się uważnie. „No, więc...”, zachęciła mnie zniechęcona przedłużającą się ciszą. Odłożyłem sztućce i wsparłem brodę na nadgarstku - pewnie, żeby mądrzej wyglądać. „No, więc... Pomysł jest wspaniały...”,

zacząłem. „To już wiemy...!”, żachnęła się. „Dalej...!” - zabrzmiało to, jak smagnięcie biczem. „Kasieńko... jestem gotów to zrobić, ale...”, zawiesiłem dramatycznie głos. „Mam tylko jeden warunek...!”. Kasia spojrzała na mnie wymownie. „Co to za warunek?”, zapytała, choć nie zabrzmiało to jak pytanie. „Chciałbym... chciałbym, abyśmy zrobili to razem...Razem, rozumiesz...? Tak, jak kiedyś...!” Katarzyna sięgnęła po pieczywo, którego zwykle prawie nie jada, a po chwili spokojnie zaczęła rozsmarowywać masło. „Wiedziałam, że to powiesz...!”, rzuciła sięgając po jajko. Obstukała je wierzchem łyżeczki i zaczęła obierać ze skorupki. Milczałem, wpatrując się jak zahipnotyzowany w jej ruchy. „Chcesz, abym zamknęła bank...?”, tym razem w jej głosie pojawiła się nuta niepewności. „Tego chcesz...?”, powtórzyła twardo, jakby chcąc zatrzeć wahanie ukryte w pierwszym pytaniu. Nie miałem wątpliwości, że zna moją odpowiedź. „Tak, kochanie...!”, potwierdziłem. „Tak! Chcę prowadzić ten klub z Tobą...! Byłabyś jego szefową, a ja zająłbym się repertuarem, artystami i tak dalej... Mam jeszcze kilka innych pomysłów, o których myślałem w czasie ostatniego tygodnia...”, przedstawiłem naprędce zarys całościowej wizji na wypadek, gdybym miał za chwilę mieć wydrapane oczy. „W takim układzie dalsze prowadzenie banku byłoby niemożliwe... Sama rozumiesz...”, dodałem, nie mając co do tego pewności. „A Twoja firma...? Co zamierzasz z nią zrobić...?”, badała moje przygotowanie do poważnej rozmowy. „Zostawię ją... trochę zmodyfukuję system zarządzania, ale zostawię...! Musimy przecież

24

mieć twarde zabezpieczenie. Dam radę... Nie muszę przecież tam być codziennie... Ty... ty nie możesz nie być w placówce”, ostatnie zdanie powiedziałem tak, jakbym chciał zaprzeczyć wszystkim my wcześniejszym słowom. Katarzyna przełknęła pierwszy kęs pieczywa, po czym zaczęła jeść jajko. „Pyszne...”, stwierdziła po chwili. „Podasz mi sok, proszę...” Usłużnie nalałem jej soku do szklanki. „Zjedz też coś...”, dodała. „Zimne jajko na miękko jest bez sensu...” Posłusznie sięgnąłem po jajko. „Tak... Bez sensu...”, wymamrotałem. Przez chwilę jedliśmy w milczeniu. „Dobrze...!”, powiedziała nagle. Mało się nie zakrztusiłem kawą,którą właśnie piłem. „Co dobrze...?”, zapytałem odstawiając filiżankę. „Wrócimy do Polski... zamknę kwartał i wypowiem umowę. Za pół roku będę mogła...” Nie słyszałem już dalszych słów. Podszedłem do niej i mocno przytuliłem. „Nie będziesz żałować...? Nie będziesz miała mi za złe...?”, pytałem rozgorączkowany. „Udusisz mnie, wariacie! Nie martw się...! Będzie dobrze...!”, odpowiedziała, próbując wyrwać się z uścisków. Spojrzałem jej prosto w oczy „To będzie kiedyś najlepszy klub na świecie! Za to, co dziś zrobiłaś... Obiecuję Ci To!”, wyszeptałem uroczyście. Pocałowała mnie czule i odpowiedziała ciepłym spojrzeniem. „Wiem... wiem to, kochanie...!”, odpowiedziała, a ja poczułem się tak, jak dwadzieścia lat wcześniej w dniu moich oświadczyn, jakby mi znowu powiedziała najpiękniejsze „tak”. „Dziękuję Ci, skarbie... Jesteś cudowna...!”, nie potrafiłem ukryć wzruszenia, zresztą, po co miałbym je ukrywać. „Mnie to też było potrzebne, kocha-


Almanach 12on14 Jazz Club nie...”’ wyszeptała. „Ja też Ci dziękuję...” Oboje w tej chwili byliśmy najszczęśliwszymi ludź-mi na świecie. Rozświetlony złotem porannego słońca toskański krajobraz trwał przed nami w swym dostojnym pięknie, a my przytuleni do siebie, wpatrywaliśmy się w odległą perspektywę, czerpiąc z niej sekretną i potężną energię wystarczającą na całą resztę życia.

Postanowiliśmy wszystko wymyślić od nowa, nawet gdybyśmy mieli wyważać dawno już otwarte drzwi. Chcieliśmy, aby nasz klub był naprawdę nasz. Ta rozmowa trwa do dziś. Jednak co do dwóch punktów byliśmy absolutnie przekonani od samego początku: najwyższa jakość i pełna niezależność.

Kilka dni później wakacje dobiegły końca i wróciliśmy do Polski. Nasze rozmowy nieomal w całości dotyczyły podjętej wspólnie decyzji, a pomysły na nasz klub sypały się, jak z rękawa. W końcu wspólnie ustalilismy, że dopóty dopóki nie ustalimy wszystkiego do końca, nie będziemy bywać w klubach jazzowych. Mieliśmy świadomość zmiany perspektywy - dotąd byliśmy jedynie odbiorcami zdarzeń. Przychodziliśmy gdzieś na koncert, a o klubie mieliśmy sobie raptem do powiedzenia „fajny” albo „niefajny”, „atmosferyczny” albo „zimny, bez ducha”, etc. Nie zastanawialiśmy się nad żadną z tych rzeczy, nad którą teraz musieliśmy się zastanowić. Mieliśmy świadomość, że nawet jeśli będziemy „wyważać otwarte drzwi” i „odkrywać Amerykę na nowo”, to musimy spróbować ułożyć wszystko po swojemu. Tylko wtedy będzie to naprawdę nasz klub. Już wtedy powinniśmy byli przypuszczać, że ta rozmowa się nigdy nie skończy, bo ważny jest każdy, najdrobniejszy nawet, szczegół i codziennie będzie ich coraz więcej do omówienia. Stare porzekadło mówi „im dalej w las, tym więcej drzew”. Nic bardziej oczywistego nie można powiedzieć i dotyczy to każdej działalności. Istotny jednak jest mocny fundament, na którym zbudujemy swój pomysł, a potem konsekwencja w jego realizacji oraz gotowość do nieustannego doskonalenia wcześniej podjętego zadania. Na szczęście każde z nas potrafiło powiedzieć „okej, to nie tak, trzeba to zmienić... nie ma konieczności trzymania się tego rozwiązania, mimo że to ja je wymyśliłem”. Powszechnie spotykane kurczowe trzymanie się własnych idei uśmierciło już niejedno przedsięwzięcie. Od samego początku byliśmy jednak zgodni co do dwóch punktów po pierwsze najwyższa jakość artystycznej produkcji oraz wszystkiego tego, z czym kojarzyć się ma odwiedzającym nasz klub Gościom, a po drugie - pełna niezależność przedsięwzięcia, niezależność rozumiana w każdym tego słowa znaczeniu. Musieliśmy więc bardzo precyzyjnie zmierzyć „zamiar podług sił” i zrobić - jak to dzisiaj szykownie jest powiedzieć - „due dilligence” poprzedzając tym procesem „biznes-plan”, „swap”, „cash-flow” i całą resztę anglojęzycznych, modnych zaklęć. A mówiąc po polsku - musieliśmy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy nas w ogóle stać na ten pomysł. Odpowiedź wcale nie była łatwa, bo aby stała się możliwa, trzeba było obmyślić całą wieloletnią strategię. A do tego brakowało nam jeszcze odpowiedzi na wiele podstawowych pytań. I to bez żadnej gwarancji, że je prawidłowo stawiamy. Nie prowadziliśmy bowiem dotąd ani jazz clubu, ani tym bardziej nie byliśmy restauratorami. W obu dziedzinach byliśmy zieloni, jak wiosenne liście. Z końcem listopada udało się wreszcie znaleźć lokal odpowiadający naszym wstępnym założeniom. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że życie bardzo szybko zweryfikuje nasze plany. Wybierając bowiem lokalizację, kierowaliśmy się sentymentem do historycznych centr włoskich miast, do tętniących życiem uliczek tamtejszych starówek, do kafejek i klubików wypełnionych gośćmi od rana do późnej nocy. Kierowaliśmy się również sentymentem naszego pierwszego wspólnego mieszkania. Wnętrze kamienicy wymagało całkowitego remontu i oferowało niewielką salkę koncertową na górze i jeszcze mniejszą przestrzeń na dole. Nad klubem i obok, w sąsiedniej kamienicy, były

25


Almanach 12on14 Jazz Club mieszkania zamieszkałe przez osoby w podeszłym wieku, a vis a vis Kościół pod wezwaniem Św. Marcina. Warszawskie Stare Miasto okazało się być wymarłym miejscem, odwiedzanym nieomal wyłącznie przez zorganizowane grupy turystyczne; miejscem nieomal zapomnianym nawet przez rodowitych warszawiaków. To był nasz bardzo kosztowny błąd. Ale mimo to osiągnęliśmy tam kilka sukcesów. Udało się jakoś przebić do świadomości jazz-fanów hasłem „najmniejszy klub jazzowy świata”. Ulica Piwna 12/14 była naszą pierwszą przystanią i dała pierwotną nazwę klubowi. Do dzisiaj niektórzy tak nazywają nasz klub: „12/14”. W pewnym sensie jest to dowód sukcesu.

Nasza pierwsza wizualizacja klubu na Piwnej oddawała, po części, wszystkie pomysły powstające w naszych głowach. Przez pamięć dla naszych toskańskich wspomnień nazwaliśmy firmę Vera Maremma Toscana - tę nazwę ma do dziś. Ale jak nazwać klub jazzowy?! Nagle, w niewiadomych okolicznościach, pojawiła się idea, aby wykorzystać numer domu „12/14” i tak nazwać klub. To było zupełnie od czapy i nie kojarzyliśmy ani jednego klubu na świecie, który nazywałby się podobnie. Ostatecznie przeważył argument muzyczny - wszak rytm 12/14 (czyli 6/7) jest prawie nie do zagrania (jeszcze nie mogliśmy nawet przypuszczać, że Michał Tokaj skomponuje utwór „12on14” właśnie w tym rytmie, który stanie się naszym hymnem). W ciągu późniejszych kilku dni powstało logo. Również i ono zawierało sobie toskańskie tropy - zieleń roślinności i czerwień słońca. Dodatkowa informacja sytuowała, co prawda, klub jazzowy na pierwszym miejscu, ale wskazywała również na pozostałe aktywności. Miała to być bowiem jednocześnie galeria sztuki współczesnej oraz rodzaj restauracji, który powstawał mgliście w naszych głowach. Nie muszę dodawać, że wszystko miało być toskańskie, najchętniej sprowadzane przez nas bezpośrednio od wytwórców, których znamy osobiście. Dopiero później zdaliśmy sobie sprawę, że taki pomysł może obrócić w pył każdą ideę ze względu, choćby, na koszty. Pomijając konieczną - w takim przypadku - ludzką wydolność fizyczną. Trzeba byłoby bowiem jeżdzić co najmniej raz na dwa tygodnie samochodem po świeże produkty, gdzie - pomijając bezpośredni dystans tam i z powrotem (ok. 4000km) - to jeszcze po samej Toskanii wypadało około tysiąca dodatkowych kilometrów. A przecież - w przypadku sukcesu przedsięwzięcia - takie „wycieczki” mogłyby być częstsze. Na szczęście, w porę oprzytomnieliśmy wybierając firmy profesjonalnych dostawców oryginalnych włoskich produktów działające w Polsce. To tylko jeden z przykładów, jak z początkowych wyobrażeń wykluwał się realny obraz możliwej działalności. Póki co, należało przeprowadzić gruntowną przebudowę lokalu... Ale o tym (i nie tylko) w kolejnym numerze Almanachu 12on14 Jazz Club. Zapraszamy do lektury!

26


Format 1/1 - 500,- zł brutto / numer 25% rabatu przy wielokrotności

Format 1/2 - 350,- zł brutto / numer 20% rabatu przy wielokrotności

Format 1/4 - 250,- zł brutto / numer 15% rabatu przy wielokrotności

Format 1/8 - 150,- zł brutto / numer 10% rabatu przy wielokrotności


online player: www.chillizet.pl

Nr 1(1) - 2017 Almanach 12on14 Jazz Club  
Nr 1(1) - 2017 Almanach 12on14 Jazz Club