Issuu on Google+

1

Filozofia po „końcu” filozofii Anna Burzyńska

№1

(250)

2

Profesora filozofii już nikt nie potrzebuje Rozmowa z Janem Hartmanem

DEKADA

Literacka Kwartalnik Kulturalny

diagnoza filozofii współczesnej

3

Co z tą filozofią? Małgorzata Kowalska

Cena 15 zł W tym 5% VAT ISSN 0867-4094 Kraków 2012

1

Edytorial

Spis treści

P

rezentujemy Państwu podwójnie odmienioną „Dekadę Lite‑ racką”. Zmieniła się bowiem zarówno makieta (mamy nadzieję,

że na bardziej przejrzystą i przyjazną), jak i zakres zainteresowań

Diagnoza filozofii

współczesnej

pisma. Do tej pory „Dekada Literacka” skupiała się przede wszyst‑ kim na literaturze, teraz – nie zapominając o najlepszych trady‑ cjach naszego czasopisma – zamierzamy poszerzyć krąg poszukiwań o inne dziedziny sztuki i szeroko pojętej humanistyki.

Diagnoza filozofii współczesnej 3

Anna Burzyńska – Filozofia po „końcu” filozofii

Uważamy, że ścisła specjalizacja jest sztuczna i szkodliwa zarówno

18

Małgorzata Kowalska – Co z tą filozofią?

jeśli chodzi o podział na podstawowe dziedziny humanistyki, jak

22

Janusz Majcherek – Filozofia dziś

i ścisłe specjalizacje w obrębie tychże wyodrębnionych dziedzin.

24

Justyna Miklaszewska – Filozofia współcześnie

26

Jan Skoczyński – Diagnoza filozofii

warstwa graficzna – ten i każdy następny numer będzie prezenta‑

32

Jacek Breczko – Stan filozofii w Polsce

cją twórczości jednego artysty. Ma temu służyć zarówno bogata

40

Jan Hartman w rozmowie z Markiem Kozickim

Pogłębiają one bezradność człowieka w rozumieniu świata i kultury. Kolejną zmianą jaka dokonuje się w „Dekadzie Literackiej” jest

jest tym, czym była od wieków

prezentacja jego prac, jak i rozmowa przybliżająca jego sylwetkę, i tajniki warsztatu.

– Profesora filozofii już nikt nie potrzebuje 54

Przedstawiając to nowe oblicze „Dekady” zapraszamy Państwa

Simon Blackburn – Słowo wstępne do książki Co to jest filozofia? przeł. Marek Kozicki

do lektury numeru poświęconego głównie filozofii a dokładnie rzecz biorąc – diagnozie filozofii współczesnej. Zapytaliśmy wybitnych

Poezja

filozofów i nie tylko filozofów o to, jak widzą stan i perspektywy roz‑

58

Agnieszka Wesołowska

woju filozofii zarówno na świecie jak i w Polsce. Pytaliśmy o to, czym

60

Tomasz Pietrzak

jest dziś filozofia, jaką pełni rolę, kim jest dziś filozof, jakie są relacje

62

Tomasz Ososiński

między filozofią a innymi naukami humanistycznymi, jakie są relacje między filozofią a naukami ścisłymi, jakie są związki i wzajemne oddziaływania między filozofią a literaturą. Na koniec zaś, jakie

Proza 64

Feliks Opolski – All inclusive

są perspektywy rozwoju filozofii w ogóle i jakie w Polsce? Otrzymaliśmy wiele interesujących diagnoz, w bardzo różnych

Recenzje/Eseje

formach – od zwięzłych odpowiedzi na zadane pytania i rozbudo‑

86

Marcin Czerwiński – Białoszewski po dzienniku

wane analizy wybranych swobodnie aspektów zagadnienia, przez

89

Kamila Sowińska – Hłasko w zwierciadle swoich

bardzo interesującą rozmowę z  „ostatnim takim filozofem”, aż

Listów

po kompleksową analizę tego, co istotnego wydarzyło się w filozofii od przełomu postmodernistycznego w końcu lat sześćdziesiątych po dzień dzisiejszy.

Sztuka 95

Marek Kozicki

Agnieszka Piksa w rozmowie z Mają Maciejewską – Wstydliwy absolutyzm

when I just think about this life, man, I mean... first, we were spermatozoids... then we enter the cell, and in a way we were not spermatozoids anymore

Dla „Dekady Literackiej” N0 1 (250) rysuje Agnieszka Piksa. Rozmowa z artystką na stronie 95.

Dekada Literacka 1 (250)

3

Diagnoza filozofii współczesnej

Filozofia po „końcu” filozofii

Anna Burzyńska

G

lecz zakwestionowała też ogólny model filozofii jako dyscypliny, odsyłając do lamusa niemal

dy w 1987 roku w Stanach Zjednoczonych

wszystkie jej odwieczne zadania i powinności.

ukazał się potężny tom After Philosophy.

Ustanowiony już u zarania dziejów refleksji filo‑

End or Transformation?1, widać było wyraź‑

zoficznej znak równości filozof‑metafizyk był

nie, że trudno jeszcze w tym momencie ocenić

w tym względzie bardzo wymowny. Jeśli więc

wszystkie konsekwencje, jakie myśli filozoficz‑

tradycja metafizyczna, a  konkretnie prowa‑

nej przyniosła tzw. krytyczna faza ponowo‑

dząca od Platona poprzez Kartezjusza, Kanta,

czesności. Wprawdzie trwała ona dość długo

Hegla aż po Husserla linia wielkich systemów

(mniej więcej od końca lat 60. do połowy 80.),

filozoficznych, dla których dualizm pojęciowy

ale w końcu lat 80. znacznie łatwiej było stwier‑

był główną zasadą konstrukcyjną wyczerpała

dzić, co już nie działa, niż wyznaczyć jakieś sen‑

– jak twierdzono – swoje możliwości innowa‑

sowne perspektywy na przyszłość. A potrzeba

cyjne, to również dewaluacji uległ dominujący

określenia nowego kształtu filozofii stała się

model filozofii, która – według ironicznego

wówczas wręcz paląca, bo ponowoczesność –

sformułowania Richarda Rorty’ego – przez

dzisiaj już dobrze o tym wiemy – nie przyniosła

dwadzieścia pięć wieków, z uporem godnym

ze sobą jedynie „rozbiórki” tradycji Metafizyki

dużo lepszej sprawy, usiłowała „wyjaśnić jak

Obecności (jak określił ją Martin Heidegger),

się rzeczy naprawdę mają”.

4 Dlatego też ponowoczesność krytyczną

przesłanie było wspólne: nie sposób dalej upra‑

zaczęło się z  czasem określać nie tylko fazą

wiać filozofii tak, jak czyniono to dotychczas.

postmetafizyczną, lecz również postfilozo‑

Powodem tej bezpardonowej oceny była nie

ficzną, w  czym właśnie kryła się sugestia,

tylko trauma, jakiej kultura i filozofia Zachod‑

że nawet jeśli nie do końca wiadomo w którą

nia doznała w czasie II wojny światowej, a którą

stronę mamy obecnie zmierzać, to  z  pewno‑

określano jednym, lecz jakże wymownym sło‑

ścią wiadomo jedno: ma być zupełnie inaczej.

wem‑symbolem: „Auschwitz”, lecz również

Podobne znaczenie miało też prowokacyjne

przekonanie, że obecny świat zmienił się tak

hasło „końca filozofii”2 – bo chociaż przeciwnicy

gruntownie, iż  nie sposób już filozofować

radykalnych zmian z upodobaniem interpreto‑

po dawnemu. I bez względu na to, jak z dzisiej‑

wali je dosłownie, zarzucając myślicielom pono‑

szej perspektywy oceniać ponowoczesny kry‑

woczesnym, że dążą do unicestwienia nie tylko

tycyzm – jego najważniejszym zadaniem stało

samej dyscypliny, lecz całego Zachodniego dzie‑

się wyzbycie się dawnych złudzeń, obnażenie

dzictwa, to jednak „koniec” ów oznaczać miał

bezsensowności intelektualnych uzurpacji oraz

jedynie schyłek dotychczasowych sposobów

nadwątlenie poznawczego optymizmu samo‑

myślenia, a  przede wszystkim utratę wiary

świadomej i pewnej swoich możliwości jaźni.

w piękne i równie pięknie skonstruowane sys‑

Bardzo ważny krok na tej drodze uczynił oczy‑

temy. Oczywiście możemy – zdawali się głosić

wiście już znacznie wcześniej Freud, wywłasz‑

Derrida, Lyotard, Foucault, Rorty, Bauman i inni

czając świadomość z jej niepodzielnego dotych‑

– stworzyć kolejny, oparty na opozycjach sys‑

czas panowania. On też – obok Nietzschego

tem, w którym wszystko będzie się zgadzało

i Kierkegaarda – szybko stał się najważniejszym

i każdy fragment bytu trafi do odpowiedniej

duchowym patronem ponowoczesności.

przegródki – tylko właściwie po  co? Opozy‑ cjonalna struktura systemów metafizycznych

„Post”, czyli filozofia na kozetce

okazała się zresztą najbardziej newralgiczną

Bardzo trafnie więc Jean‑Francois Lyotard,

kwestią, bo  nie tylko dopatrzono się w  niej

autor słynnej Kondycji ponowoczesnej (od któ‑

li tylko teoretycznej sztuczności, lecz także –

rej – ku zdziwieniu nawet jego samego – rozpo‑

w czym zwłaszcza celował Derrida, kontynu‑

częła się kariera „post‑ów”) porównał wczesną

ujący skądinąd trafne diagnozy Heideggera

ponowoczesność do seansu psychoanalitycz‑

– dostrzeżono przemoc ukrytą w metafizycz‑

nego4, jakiemu została poddana tradycyjna

nych hierarchiach, obdarzających przywilejami

filozofia. Misją ponowoczesności miało być

wszystko, co „czyste” (duchowe, idealne, racjo‑

bowiem wydobycie na powierzchnię porażek

nalne itp.), zaś materialność, ciało, zmysły, sza‑

najważniejszej Zachodniej tradycji myślowej,

leństwo i inne, podobne im „zanieczyszczenia”

zaś filozofom metafizycznym wytknięcie tyleż

bez zmrużenia oka skazujące na banicję.3

ich pychy, co uświadomienie odwiecznych kom‑

Metafizyka, a wraz z nią filozofia okazały

pleksów, jakie żywili zwłaszcza wobec nauki.

się więc nie tylko przestarzałe, zastygłe w oczy‑

Przede wszystkim zaś tradycja ta  została

wistościach i stereotypach, lecz nawet uznano

uznana za nietwórczą, pogrążającą myślenie

je za źródło zakamuflowanej opresji, wywiera‑

w  stagnacji, a  filozofii oferującą wprawdzie

jącej niekorzystny wpływ na całość naszego

możliwość bezpiecznego skrycia się w twierdzy

myślenia, a  przede wszystkim będącej przy‑

wielkich systemów, lecz jednocześnie skazu‑

czyną rozmaitych dyskryminacji i wykluczeń

jącą ją na myślową drzemkę. Nie jest nam już

wszystkiego, co inne – także w sferze społecznej

do niczego potrzebne – jak lapidarnie i nie bez

i kulturowej. I chociaż sposoby krytyki tradycji

sarkazmu określił to Whitehead – „nieustanne

metafizycznej różniły się od siebie w projektach

dopisywanie przypisów do Platona” – musimy

ponowoczesnych filozofów wieloma szczegóło‑

zatem poddać całą wcześniejszą myśl gruntow‑

wymi kwestiami, to jednak ich najważniejsze

nej rewizji i uczynić ją punktem wyjścia dla

Dekada Literacka 1 (250)

5 nowego kształtu filozofii. Dlatego też jednym

dla całej wielkosystemowej tradycji, przeciwko

z synonimów wczesnej ponowoczesności stało

ideałowi kartezjańskiego rozumu i jego kon‑

się „zwinięcie” (w znaczeniu Heideggerowskiego

cepcji tożsamej ze sobą jaźni, przeciwko Kan‑

„Verwindung”), a więc przewartościowanie tra‑

towskiej idei podziału na obiektywną wiedzę,

dycji nowoczesnej z jej podstawowym zaple‑

autonomiczną sztukę i  uniwersalistyczną

czem pojęciowym – platonizmem i najmocniej‑

etykę, przeciwko Heglowskiemu mitowi cało‑

szym akcentem – kartezjanizmem. Poddając

ści i  oczywiście przeciwko fenomenologii

metafizykę próbie wytrzymałości (którą nazwał

Husserla, skupiającej w sobie, jak w soczewce,

dekonstrukcją) Jacques Derrida nie tylko dema‑

wszystkie te metafizyczne tezy i dogmaty. Der‑

skował stagnację, w jakiej pogrążyła się przywią‑

rida dodał do tego jeszcze krytykę lingwistyki

zana do swoich teorii filozofia, lecz udowadniał,

de Saussurea’a  i  antropologii strukturalnej

że owe pozornie trwałe systemowe konstrukcje

Lèvi‑Straussa9, uznając filozoficzny struktura‑

są w istocie znacznie bardziej kruche, niż by się

lizm za ostatni mocny i szczególnie agresywny

mogło wydawać, a poddane czujnemu spojrze‑

przejaw dominacji opozycjonalnych systemów

niu dekonstruktora ujawniają liczne mistyfika‑

i uporczywe kultywowanie „przemocy rubry‑

cje i nadużycia myślowe „teoretycznych fikcji”5,

czek” – jak to, z kolei, równie zjadliwie określił

które legły u  ich podłoża. W  bezpardonowej

Wolfgang Welsh.10

ocenie ponowoczesności Metafizyka Obecno‑

Ostatecznie podważono racje wszelkich

ści (a zatem również filozofia) okazywała się

form myślenia totalizującego z jego odwiecz‑

kolosem na glinianych nogach, którego funda‑

nymi fetyszami – systemowością, jednością,

menty należało skutecznie podkopać, albo przy‑

całością, ciągłością itp., tradycyjne postacie

najmniej – jak określał to twórca dekonstrukcji

fundamentalizmu ontologicznego i epistemolo‑

– „wprawić (go) w drganie”.6

gicznego, ogólne modele rozumu i racjonalności,

U źródeł ponowoczesności tkwiło więc nie‑

arbitralne koncepcje prawdy, dobra i piękna,

wątpliwie poczucie kryzysu tradycyjnej filo‑

naczelne idee – obecności, obiektywności, uni‑

zofii, a właściwie co najmniej kilku kryzysów:

wersalności, postępu itp. Krytyce poddano

po pierwsze, była to wspomniana utrata wiary

również ideę filozoficznego reprezentacjoni‑

w eksplanacyjne możliwości myśli systemowej.

zmu i klasycznego modelu episteme jako re‑pre‑

Po drugie – rozczarowanie ideą „mocnego” pod‑

zentacji11. „Dawnej uniwersalności rozumu”

miotu metafizycznego jako niepodważalnego

– słusznie i  bodaj najwcześniej na  gruncie

(i równie „nieludzkiego”) centrum wszystkich

polskim podsumowywał Andrzej Kaniowski

tych systemów. Po trzecie – zwątpienie w oparty

– przeciwstawiono nieredukowalny pluralizm

na metafizycznych fundamentach model wie‑

gier językowych i związanych z nimi form życia,

dzy – na  mocy Kartezjańskiej idei Mathesis

a w konsekwencji „lokalny” charakter wszel‑

Universalis mającej objąć całość ludzkich mocy

kich prawd, racji i stwierdzeń; aprioryzmowi

poznawczych. Po czwarte – sceptycyzm wobec

rozumu – empiryczny charakter praktyk; dąże‑

autonomii filozofii, jako dyscypliny oddzielonej

niu do  pewności – nieuchronny fallibilizm;

od praktycznej etyki i polityki7. Po piąte – kry‑

jedności rozumu – heterogeniczność działań;

zys wiary w  językową autonomię dyskursu

bezpośredniemu byciu danemu w sposób oczy‑

filozoficznego, tzn. w możliwość wyznaczenia

wisty – nieuchronne […] zmediatyzowanie.12

ścisłej linii demarkacyjnej między językiem filo‑

Poszukiwaniom tego, co  bezwarunkowe

zofii (jako „czystym językiem pojęć”) a innymi

przeciwstawiono pogląd o  bezskuteczności

praktykami językowymi, zależnymi od pragma‑

dążeń do odkrywania ostatecznych podstaw.

tyczno‑retorycznych uwikłań (np. literaturą)8.

W  miejscu autonomicznego, racjonalnego

Krytyczne ostrze wczesnej ponowoczesności

podmiotu, wyposażonego jedynie w  „punk‑

zwróciło się przede wszystkim przeciwko duali‑

tową prostotę”13 pojawiła się idea podmiotu

stycznemu gestowi Platona – założycielskiemu

usytuowanego, zanurzonego w  rozmaitych

6

Metafizyka, a wraz z nią filozofia oka‑ zały się więc nie tylko przestarzałe, zasty‑ głe w oczywisto‑ ściach i stereotypach, lecz nawet uznano je za źródło zaka‑ muflowanej opre‑ sji, wywierającej nie‑ korzystny wpływ na całość naszego myślenia.

praktykach i  „światach

Freuda – inspiracji szukając także u  „póź‑

życia”, a  przede wszyst‑

nego” Wittgensteina czy Heideggera (z okresu

kim

po jego przełomie w Byciu i czasie) myśliciele

pozbawionego „pomnikowej

ponowocześni ogłosili zdecydowany odwrót

sztuczności”, a w zamian

od teorii i zwrócili się w stronę praktyki. Sta‑

dawnej –

„uczłowieczonego”:

nowczo odrzucając esencjalizm – zrobili pole

wyposażonego w  ciało,

pragmatyzmowi. Odrzucając postulat autono‑

zmysły, płeć, upodoba‑

mii filozofii – otworzyli furtkę nowemu rozu‑

nia seksualne, przyna‑

mieniu etyczności i  polityczności. Wreszcie

leżność etniczną, rasową,

– podważając dogmat neutralności filozoficz‑

kulturową itp. i  podda‑

nego języka – skupili uwagę na jego walorach

nego działaniu nieświa‑

retorycznych, fikcjonalnych i  narracyjnych.

domości, woli wiedzy/

Tendencje pragmatystyczne i pluralistyczne

władzy14 albo wpływom

zaowocowały ostatecznie „słabą” ideą filozofii

pożądania.

Zakwe ‑

(lub po prostu „myślą słabą” – jak chciał Gianni

stionowano przy tym

Vattimo16). Taką więc, która świadomie rezy‑

większość tradycyjnych

gnując z  dawnych wygórowanych aspiracji

opozycji – w  tym rów‑

poznawczych, misję i ethos filozofa skłonna jest

nież opozycję podmiotu

widzieć raczej w interpretowaniu złożoności

i  przedmiotu, podsta‑

aktualnego świata i jego rozmaitych praktyk,

wową dla filozoficznego

niż w ustanawianiu dla niego trwałych i uni‑

reprezentacjonizmu.

wersalnych podstaw. „Metafizyk” odejść miał

Wreszcie – podważono

w przeszłość bezpowrotnie, a na jego miejsce

koncepcję filozofii jako

– według prowokacyjnej formuły Rorty’ego –

teorii bytu, a nawet samą

wkraczała teraz pozbawiona dawnych złudzeń

starożytną ideę teorii

i kompleksów „liberalna ironistka”.

jako duchowego oglądu tego, co  niedostępne

Krajobraz po „poście”

zmysłom. Krytyce pod‑

Nie da się jednak ukryć, że po krytycznej fazie

dany został więc umysł

ponowoczesności filozofia istotnie przypomi‑

teoretyzujący (dianoia

nała pacjentkę, która dopiero co zeszła z psy‑

theoretike), który zajmo‑

choanalitycznej kozetki i wprawdzie bardzo

wał się światem w całości

dobrze wie, co  jej doskwiera, ale jeszcze nie

i jego wiecznymi porząd‑

ma dlatego pojęcia, co właściwie z tym wszyst‑

kami, a  przede wszyst‑

kim zrobić. Jeśli więc – używając dla odmiany

kim kontemplował prawdę, zachowując przy

sformułowania Derridy – uznać, że „ogranicze‑

tym „czystość”, polegającą na wyeliminowaniu

nia tego, co minęło zostały oznaczone”, to nale‑

wszelkich śladów praktycznych uwarunko‑

żało obecnie przejść do fazy konstruktywnej,

wań, to znaczy uwarunkowań wynikających

określić nowy kształt filozofii i  wyznaczyć

ze zmiennych porządków rzeczy, interesów czy

jej nowe powinności. W istocie – w późnych

wymogów aplikacji.15

latach 80. wyraźnie dało się odczuć, że  czas

Już choćby z  tego krótkiego wyliczenia

„postu” przeminął jak złowrogi sen i  teraz

widać, że z tradycyjnych ideałów filozofii tak

trzeba się uważnie przyjrzeć kondycji przeni‑

naprawdę niewiele zostało.

cowanej na wszelkie możliwe strony dyscypliny.

Pozostawiając więc w tyle dziedzictwo Pla‑

Autorzy przywoływanej na wstępie antologii

tona, Kartezjusza, Kanta i Hegla, a i – oprócz

After Philosophy, nowe perspektywy próbo‑

wspomnianych Nietzschego, Kierkegaarda,

wali dostrzec w myśli Davidsona, Dummetta,

Dekada Literacka 1 (250)

7 Putnama i innych, identyfikujących się z obo‑

amerykańskiego, jak i z samej swojej natury

zem tzw. neo‑pragmatystów, w  idei komuni‑

pragmatystycznej dekonstrukcji Derridy, czy

kacji i rozumu komunikacyjnego Habermasa,

wreszcie – paralogicznej koncepcji wiedzy

w nadal aktualnej hermeneutyce Gadamera

Lyotarda.21 Jednak szybko zdano sobie sprawę

i Ricoeura, a także w myśli MacIntyre’a, Blu‑

z tego, że ów radosny pragmatyzm (zwłaszcza

menberga i  Taylora. Z  kolei wspomniany

w wydaniu Rorty’ego) otwiera pole dla relatywi‑

Kaniowski dostrzegał wyłaniające się z krajo‑

zmu a nawet anarchizmu poznawczego i osta‑

brazu po „poście” trzy główne tendencje nowej

tecznie prowadzi do całkowitej dezynwoltury.22

filozofii – pragmatystyczną, polityczną i reto‑

W wydanej w 1988 roku książce pod wymow‑

ryczną, skądinąd uzupełniające się wzajemnie.

nym tytułem Pessimism, John Bailey bardzo

W tym okresie pojawiły się również bardziej

słusznie zwracał uwagę na fakt, że obnażając

sprecyzowane pomysły, z których warto szcze‑

złudzenia utopii nowoczesnych ponowocze‑

gólnie wymienić koncepcję Rorty’ego i jego ideę

sność zastąpiła je własnymi – w szczególności

filozofii „budującej” (edyfying), a zarazem reagu‑

utopią neoliberalną, która – jak komentował

jącej (reactive) na wszystko, co ważne w świe‑

to Bauman:„powiada o cudownych właściwo‑

cie i kulturze. 17 Zdaniem autora Konsekwencji

ściach leczniczych wolnego rynku” i „roztacza

pragmatyzmu filozof miał być odtąd interpre‑

panoramę całkowicie uwolnionej z  więzów,

tatorem – tłumaczem, jedynie podtrzymującym

kompletnie ‘zderegulowanej’ konkurencji

„proces cywilizowanej konwersacji”18, a zatem

rynkowej, odnajdującej nieomylnie najszyb‑

całkowicie rezygnującym z  dawnej pozycji

szą i  najkrótszą trasę do  szczęścia i  bogac‑

prawodawcy.19 Model esencjalistyczny ustąpić

twa”, oraz utopią technologiczną, która „kreśli

miał „konwersacyjnemu”, krytycyzm – aktywi‑

obraz świata, w jakim na wszystkie kłopoty jest

zmowi, a dogmat autonomii dyscypliny oraz

lekarstwo, i wszystkie lekarstwa dostarczane

kult jej zarówno pojęciowej, jak i językowej czy‑

są przez technonaukę”.23 Można dodać jeszcze

stości został wyparty przez wymóg czynnego

do tego utopię numer trzy – czasami nazywaną

zaangażowania w sferę publiczną – etyczną,

„komunitarystyczną” – w myśl której miejsce

polityczną i  społeczną. I  bez względu na  to,

dawnych fundamentów zająć miały regulacje

jaką orientację, kierunek, światopogląd czy

dokonywane przez określone wspólnoty, doko‑

opcję reprezentować miał filozof, pewne było

nujące wyborów nawet tak pozornie mało zna‑

jedno – jego poczynania nie mogły być dłużej

czących jak wybór najlepszej interpretacji.24

pieczołowitym budowaniem sterylnych teo‑

Wszystko to jednak okazało się niewystar‑

retycznych konstrukcji w  zaciszu duchowej

czające – idea wolnej konkurencji i ekonomiza‑

pustelni, z  perspektywy której świat istniał

cji myślenia zmierzyć się musiała z manipula‑

co najwyżej w zawieszeniu, jak jeszcze nie tak

cjami, których (podobnie jak dostarczający jej

dawno temu życzyli sobie fenomenolodzy. Filo‑

pojęciowych metafor „wolny rynek”) bynajmniej

zofia po ponowoczesności krytycznej20 musiała

nie była w  stanie się ustrzec. Wiara w  cuda

wykazać się ścisłym związkiem z byciem i świa‑

technologii okazała się złudna, zaś koncepcja

tem, a przede wszystkim uczestniczyć w życiu,

wspólnot raczej mało przekonywująca, zwłasz‑

które na powrót stało się jednym z najważniej‑

cza, że  nie bardzo było wiadomo, za  pomocą

szych filozoficznych terminów.

jakich kryteriów ustalać ich zakres i  moce decyzyjne a przede wszystkim – jakie przyjąć

Nowe perspektywy i nowe iluzje

dla nich kryteria racjonalności. Po  krótkiej,

Pierwsze lata po krytycznej fazie ponowocze‑

choć intensywnej ekstazie świeżo odzyskanej

sności upłynęły przede wszystkim pod zna‑

wolności, świat późno‑ponowoczesny pogrążył

kiem pragmatystycznej euforii i upajania się

się w kompletnym bałaganie, który Zygmunt

swobodą myślenia pozbawionego podstaw –

Bauman elegancko określił „płynnością”.25

konsekwencjami zarówno neo‑pragmatyzmu

I diagnozował: „jesteśmy nadal w ruchu, ale nie

8 wiemy już, dokąd idziemy; nie wiemy nawet, czy

na temat nowoczesności”.29 Nowa racjonalność,

postępujemy w prostej linii, czy też kręcimy się

która wyłaniała się z nostalgii za porządkiem

w kółko”.26 Moment ten okazał się jak najbardziej

miała być więc również podporządkowana

stosowny dla pojawienia się pierwszego waż‑

wymogowi użyteczności, którą teraz zaczęto

nego zwrotu filozofii po ponowoczesności kry‑

określać jako „praktyczno‑moralny sens zdol‑

tycznej, to znaczy zwrotu etycznego, który miał

ności i rzeczywistej możliwości działania w imię

przynieść – jak znów trafnie wyraził to Bauman

dobra i prawdy”.30

– „modus vivendi w warunkach stałej i nieule‑

Ów „renesans porządku wartości”31 – bar‑

czalnej niepewności bytu, recepty na egzysten‑

dzo szybko przyniósł jednak kolejne pytanie:

cję w warunkach współistnienia wielu współ‑

o jaką właściwie etykę nam chodzi? Ta trady‑

zawodniczących ze sobą form życia, z których

cyjna, dobrze znana równie tradycyjnej filo‑

żadna nie może dowieść, że opiera się na czymś

zofii, oparta przede wszystkim na wzorcach

solidniejszym i bardziej wiążącym niż jej własne,

Platońsko‑Kantowskich – była podobnie uni‑

historycznie ukształtowane konwencje.”27

wersalistyczna, a nawet fundamentalistyczna

Właśnie w etyce starano się znaleźć jakieś

jak jej matka Metafizyka. Powrót do  niej

nowe punkty oparcia – dużo „słabsze” od meta‑

oznaczałby więc cofnięcie się na nadwątlone

fizycznych „fundamentów”, lecz jednak niosące

zawczasu pozycje, a  tego zdecydowanie sta‑

ze  sobą choćby namiastkę ładu i  porządku.

rano się uniknąć. Oparcie w etyce było moż‑

Zwłaszcza, że  sama etyka w  tradycji metafi‑

liwe, a nawet – jako się rzekło – pożądane, lecz

zycznej pojawiała się zwykle w roli „dyskrymi‑

najpierw należało ją poddać analogicznej „roz‑

nowanej mniejszości” – wprawdzie stanowiła

biórce”, jakiej wcześniej doświadczyła tradycja

zawsze istotny składnik metafizycznych sys‑

metafizyczna. W krytycznej rewizji i projekto‑

temów, lecz zawsze kryła się w cieniu ontologii

waniu kształtu nowej etyki decydującą rolę

i epistemologii.

odegrali bez wątpienia Rorty, Bauman, Der‑ rida i Foucault, a ich wysiłki – choć także nie

Na niepewność – etyka

do końca zbieżne w szczegółach – znów jednak

Konstatacja, że pragmatyka pozbawiona etyki

prowadzić miały do jednego wspólnego celu:

może prowadzić tylko na  manowce nie była

odrzucenia uniwersalistycznej „etyki kodek‑

oczywiście odkryciem szczególnej wagi. Trudno

sów”, a w zamian – przejścia na stronę praktycz‑

też się dziwić, że w stronę myśli etycznej zwró‑

nej (i praktykowanej) moralności (Bauman)32,

ciły się zwłaszcza najbardziej pragmatystycznie

podważenia racji bytu etyki zasad i skupienia

ukierunkowane orientacje, jak neo‑pragmatyzm

uwagi na etyce wrażliwości (Rorty)33, odejścia

czy dekonstrukcja. Było też równie oczywiste,

od etyki Toż‑Samości na rzecz etyki Inności

że po „poście” powrót do metafizyki i esencja‑

(Derrida)34, wreszcie – wypracowania kon‑

lizmu oznaczałby krok raczej bezsensowny –

cepcji „indywidualnej moralności” i  „troski

przejście od metafizyki do etyki wydawało się

o siebie” (Foucault). Zdaniem tego ostatniego,

więc nie tylko słuszne, lecz ze wszech miar uza‑

bardzo krytycznie oceniającego tradycyjną

sadnione.28 Przejście to zadekretował niejako

myśl etyczną, powrót do moralności i jej zin‑

John Fekete, tytułem wydanej w 1988 roku Lon‑

dywidualizowanie było absolutnie konieczne,

dynie książki: Life After Postmodernism: Essays

bowiem, jak twierdził, „poszukiwanie formy

on Value and Culture. Zwracał też przy okazji

etyki do przyjęcia dla wszystkich – w tym sen‑

uwagę na rzecz niebywale istotną, a mianowicie

sie, że wszyscy mieliby się jej podporządkować

– że zwrot etyczny nie jest jakąś nieoczekiwa‑

było czymś katastrofalnym”.35

nym woltą filozofii (a wraz z nią humanistyki)

W każdym z wymienionych przypadków

– ale, że  jest on wręcz naturalną konsekwen‑

chodziło więc w gruncie rzeczy o analogiczną

cją wczesnej fazy ponowoczesności, czerpie

kwestię, co  zapewne najdobitniej wyraził

bowiem „swój impet z serii krytycznych refleksji

Zygmunt Bauman już w  Dwóch szkicach

Dekada Literacka 1 (250)

9 o  moralności ponowoczesnej: o  rezygnację

i ich funkcjonariuszy.

z etyki jako teorii nadbudowanej nad moral‑

Niewątpliwym pio‑

nością (praktyką), odrzucenie modelu podpo‑

nierem na tej drodze

rządkowanego „ekspertom etycznym” arbi‑

był znów Jacques

tralnie ustanawiającym zasady postępowania,

Derrida, dla którego

a  w  zamian – obdarzenie większym zaufa‑

„polityczność” ozna‑

niem tzw. „zwyczajnych ludzi”, zmuszonych

czała performatywne

na co dzień dokonywać wyborów moralnych,

i n te r w e n i o w a n i e

powiązanych z ich osobistą sytuacją życiową

we  wszelkie formy

i  doświadczeniem. Rorty, z  kolei, domagał

„zamrożonej rzeczy‑

się zaniechania ustalania praw etycznych,

wistości”36 (społecz‑

a w zamian – stawiania pytań, kto z powodu

nej,

ideologicznej,

tych praw cierpi i kogo one wykluczają, a więc

etycznej, filozoficznej,

– wzbogacenia refleksji etycznej o  emocjo‑

a  także politycznej)

nalność, usuniętą z jej obszaru przez Platona

opartej na  opozy‑

i Kanta. Jego koncepcja wyraźnie współgrała

cjach, stereotypach

z  propozycjami Derridy i  Foucaulta, dla któ‑

i  fiksacjach.37 Jego

rych najbardziej istotne stało się zdecydowane

myśl

przeorientowanie perspektywy: przejście

w  znacznym stop‑

polityczna

do praktyki moralnej uwzględniającej przede

niu zainspirowała

wszystkim interesy marginalizowanych lub

przesunięty

wykluczanych Innych, których prawa nie były

w czasie w stosunku

w ogóle brane pod uwagę przez etyczny uni‑

do  amerykańskiego

wersalizm nowoczesności. W ten sposób zwrot

zwrot

etyczny otworzył pole kolejnemu ważnemu

europejskiej myśli

zwrotowi filozofii – zwrotowi politycznemu.

nieco

polityczny

filozoficznej, czego

Nie da się jednak ukryć, że po krytycz‑ nej fazie ponowo‑ czesności filozofia istotnie przypomi‑ nała pacjentkę, która dopiero co zeszła z psychoanalitycz‑ nej kozetki i wpraw‑ dzie bardzo dobrze wie, co jej doskwiera, ale jeszcze nie ma bla‑ dego pojęcia, co wła‑ ściwie z tym wszyst‑ kim zrobić.

wymownym potwierdzeniem stał się opu‑

Filozoficzne, czyli: polityczne

blikowany już po śmierci filozofa tom Adieu

Nieżyjący już krytyk postkolonialny Edward

Derrida, w którym najważniejsze europejskie

Said powiedział kiedyś, że „wszystko jest poli‑

autorytety „nowej polityczności” (Alain Badiou,

tyką”, bo  nawet jeśli pijemy poranną kawę,

Etienne Balibar, Jean‑Luc Nancy, Jacques

to musimy mieć świadomość jest ona zbierana

Rancière, Sławoj Żiżek i  inni) składały hołd

przez małe, wygłodzone brazylijskie dzieci

twórcy dekonstrukcji, podkreślając jak ważne

za mniej niż pół dolara dziennie. Choć brzmi

były dla nich inspiracje jego myślą.38 Chociaż

to  nieco przesadnie, to  jednak taki sposób

wpływ Derridy mógł nie wydawać się w tym

myślenia zadomowił się w filozofii w późnych

przypadku aż tak znaczący, jak na przykład

latach 80. i  90., a  jego konsekwencje trwają

inspiracje Michela Foucaulta – desygnowanego

do dnia dzisiejszego. W największym stopniu

w Stanach Zjednoczonych na ojca zwrotu poli‑

wpłynęła na to zapewne wspomniana zmiana

tycznego – to jednak jego uporczywe atakowa‑

etosu filozofa – jego przeobrażenie się z teore‑

nie tradycji metafizycznej jako wykluczającej

tyka w aktywistę, czynnie zaangażowanego

Innych i naznaczonej ukrytą przemocą okazało

w  istotne problemy sfery publicznej. Zwrot

się ostatecznie bardzo wpływowe.39

polityczny, który rozpoczął się w Stanach Zjed‑

Z czasem nurty nowej filozofii politycznej

noczonych przyniósł też ze sobą nowe, znacz‑

rozmnożyły się znacznie, zaś sama idea „poli‑

nie szersze rozumienie „polityczności”, prze‑

tyczności” przybrała bardzo różne oblicza.

ciwstawiane tradycyjnemu pojęciu „polityki”

Ważną rolę odegrały w tym procesie również

jako ograniczonej do politycznych instytucji

opcje feministyczne, genderowe i  queerowe,

10 których dokonania zyskały w myśli filozoficz‑

tradycji i zdrowym kosmopolityzmem. Jednak

nej istotne zaplecze pojęciowe, a jednocześnie

niezależnie od poszczególnych wizji nowej poli‑

– zwrotnie – zapładniały również filozofię. Bar‑

tyczności, było dobrze widoczne, że na plan

dzo inspirujące okazało się na przykład femi‑

pierwszy wszystkich tych rozważań wysuwają

nistyczne (drugo‑falowe) uznanie polityczno‑

się problemy Inności, a szczególnie wydobywa‑

ści za sferę napięć na przecięciu prywatnego

nie na powierzchnię form opresji, których Inni

i  publicznego, genderowe badania nad kon‑

doświadczają w społeczeństwach i kulturach.

sekwencjami społecznego funkcjonowania

Z dzisiejszej perspektywy śmiało nawet można

kategorii płci i nałożonych na nią rozmaitych

by powiedzieć, że odwrót od myśli Tożsamo‑

stereotypów kulturowych czy gueerowe ana‑

ści i przesunięcie zainteresowania filozofów

lizy sposobów dyskryminowania mniejszości

w  stronę myśli Inności było najważniejszą

seksualnych w przestrzeni społecznej i kultu‑

konsekwencją wczesnej ponowoczesności,

rowej. Pojawiły się też nowe ujęcia politycz‑

a  w  latach 80. i  90. stało się ono już na  tyle

ności, jak na  przykład koncepcja Jacquesa

wyraźne, że odczytano je jako symptom rady‑

Rancière’a, dowodzącego że polityczne zaczyna

kalnej zmiany paradygmatu.

się w momencie tworzenia arbitralnych gra‑ nic między tym, co widzialne i tym, co niewi‑

Apoteoza Inności

dzialne (czyli –wykluczone)40, albo rozumienie

Być może najwcześniej dostrzegł tę zmianę Vin‑

polityczności jako konfrontacji różnych wizji

cent Descombes, który już w 1979 roku zasygna‑

w sferze społecznej według Chantal Mouffe,

lizował ją w tytule swojej książki To Samo i Inne,

autorki wydanej niedawno po polsku książki

Czterdzieści pięć lat filozofii francuskiej (1933–

Polityczność.41 Filozofia – jak określił to Rorty

1978).43 Zwracając również uwagę na  wcze‑

– przybrała więc postać „polityki kulturalnej”,

śniejsze inspiracje myśli Inności, Descombes

co prowadzić miało do zdecydowanej zmiany

podkreślał, że obecnie można ją uznać za domi‑

jej pozycji i do wyznaczenia jej nowej, bardzo

nującą tendencję współczesnej myśli filozo‑

ważnej roli we współczesnym świecie.42

ficznej. Również w jego ocenie w największym

Wspólną wypadkową wielu tych koncepcji

stopniu przyczyniły się do niej dokonania filo‑

stało się w  końcu przeświadczenie, że  „poli‑

zofów ponowoczesnych, a zwłaszcza – podjęta

tyczność” oznacza wszelkie sposoby badania,

przez nich krytyczna analiza fundamentów

opisu i prezentacji obszarów konfliktowości

myśli Tożsamości. Oczywiście problematyka

między tymi całościowymi systemami (ide‑

Inności także nie była obca tradycyjnej filozo‑

ologicznymi, politycznymi, religijnymi czy

fii, ale – jak trafnie podsumował to Emanuel

filozoficznymi) które roszczą sobie preten‑

Lèvinas (bez wątpienia najważniejszy patron

sje do uniwersalności, a zatem do dominacji

duchowy tego zwrotu) – na gruncie metafizyki

– i indywidualnymi przekonaniami i stylami

Inny myślany był zawsze przez negację: w opo‑

życia. W tej, by tak rzec, agonicznej idei poli‑

zycji „Ja”-„Inny” lub „Toż‑samy”– „Inny”44, zaś

tyczności znalazło się miejsce na takie istotne

opozycja ta i połączona z nią hierarchia skutko‑

kwestie jak np. zderzenie arbitralnych syste‑

wała najczęściej marginalizacją lub usuwaniem

mów etycznych ze wspomnianą Baumanow‑

Innych poza granicę filozoficznych systemów,

ską „praktyczną moralnością pojedynczego

dla których Tożsamość stanowiła szczególnie

człowieka”, napięcia między zdeterminowanym

uprzywilejowaną kategorię. Dostrzegał to rów‑

religijnie heteronormatywnym modelem tożsa‑

nież Derrida, pytając na przykład: „jeśli odmien‑

mości i indywidualnymi tożsamościami seksu‑

ność innego jest ustawiona, to znaczy tylko

alnymi, które się w tym modelu nie mieszczą,

ustawiona, to czy nie wraca do tego samego,

czy np. starcia fundamentalistycznej idei toż‑

np. pod postacią ‘przedmiotu ukonstytuowa‑

samości narodowej z ideą otwarcia, szukającą

nego’ lub ‘produktu ukształtowanego’, któremu

kompromisu między szacunkiem dla własnej

nadano sens?”45

Dekada Literacka 1 (250)

11 I  odpowiadał, że  „odmienność Innego”

skupiona na wykluczaniu chorych psychicznie,

w żaden sposób nie może zostać „ustawiona” –

więźniów, chorych somatycznie oraz odmien‑

to znaczy w jakikolwiek sposób zadekretowana

nych seksualnie z  dyskursu filozoficznego,

z góry – zawsze prowadzi to bowiem do jego

a w konsekwencji – ze sfery społecznej46. Przede

uprzedmiotowienia, a więc do pozbawienia go

wszystkim zaś – Derridowska krytyka tworze‑

odmienności.

nia metafizycznych opozycji/hierarchii, skutku‑

Stawiając kwestię Inności na pierwszym

jących wykluczeniami wszystkiego, „co Inne”.

planie swoich dociekań myśl późnej ponowo‑

Drugi nurt – można by  go nazwać „ekspery‑

czesności musiała zmierzyć się jednak z nieła‑

mentalnym” – przyniósł już próby pozytyw‑

twym problemem jej „pozytywnego” myślenia.

nego myślenia Inności, połączone z próbami

A było to niełatwe, bowiem o ile negatywizm

ominięcia zasygnalizowanej wcześniej aporii.

tradycji metafizycznej nieuchronnie prowa‑

Można by tu zaliczyć na przykład (znów pre‑

dził do wykluczeń, to myśl pozytywna niosła

kursorskie wobec „późnej” ponowoczesności)

ze sobą ryzyko przyswojenia, a zatem pozba‑

poglądy Lèvinasa (na przykład z książki Czas

wienia Innego – jak mówił Derrida – „niezbywal‑

i  to  co  inne47) i  jego fenomenologię „twarzy”

nego prawa do inności”. Ten pierwszy czynił go

(jako „radykalnie innej”).48 Następnie – badaną

zawsze „obcym”, w perspektywie drugiej – Inny

przez Derridę praktycznie (bo w toku czytania)

stawał się „swoim”, a tym samym (z całkiem

kwestię „inności idiomu” literackiego49. Ponadto

oczywistych względów) po prostu przestawał

– problematykę Innego w myśli Lacana czy kon‑

być „innym”. Przestrzeń tej aporii: myślenia

cepcję „abiektu” Kristevy z Potęgi obrzydzenia50

Innego albo jako „obcego”, albo jako „swojego”

itp. Wszystkie te próby te przebiegały pod zna‑

– wyznaczy teraz najważniejsze kierunki filo‑

kiem poszukiwań rozmaitych dróg wyjścia poza

zoficznych poszukiwań. A podstawowe pytanie

esencjalizm, a zatem – unikania pytań „czym

będzie brzmiało: jak pozytywnie myśleć Inność,

jest Inność”?, albo „kim jest Inny?” – a w zamian

by jednocześnie nie pozbawić jej tego, co dla

przynosiły różne sposoby „doświadczalnego”

niej niezbywalne? Wyzwanie to nada wspólny

mierzenia się z Innością, szczególnie wyraźnie

ton charakter rozmaitym projektom filozoficz‑

widoczne w pracach Kristevy (badającej specy‑

nych w ostatnich dwóch dekadach XX wieku,

ficzne doświadczenie „Innego we mnie”) oraz

w szczególności zaś stanie się bardzo istotne

Derridy (poszukującego „doświadczeń Inno‑

dla samego Derridy.

ści” w „eksperymentalnym polu” literatury).51

Z perspektywy czasu można już dostrzec

I wreszcie trzeci nurt – który najprościej można

kilka wyraźnych nurtów myśli Inności.

by  nazwać „dialogicznym”, ponieważ łączył

Pierwszy z  nich określiłabym „rewizjoni‑

on w  sobie koncepcje zrodzone na  gruncie

styczno‑emancypacyjnym”, zapoczątkowa‑

wcześniejszej filozofii dialogu i hermeneutyki

nym jeszcze we  wczesnej fazie ponowocze‑

radykalnej Derridy. Jego istotnym wyróżni‑

sności (a nawet – jak w przypadku Lèvinasa

kiem stały się próby myślenia w perspektywie

– znacznie wcześniej). Za najbardziej wyraziste

wytwarzania relacji z Innym, w taki sposób

przejawy tej tendencji posłużyć mogą wspo‑

jednak, by uniknąć jego „uprzedmiotowienia”.

mniane diagnozy autora Całości i nieskończo-

Można by tu wymienić zarówno wcześniejsze

ności, dotyczące negatywistycznego myślenia

koncepcje Lèvinasa, Bubera, Rosenzweiga czy

Innego na gruncie tradycji filozofii Zachodniej

Tischnera, jak i Derridowską ideę „diffèrance”

i „metafizycznej przemocy” stosowanej wobec

z lat 60. (również prekursorską wobec poszu‑

Innych. Następnie (również prekursorskie)

kiwań późnej ponowoczesności) czy podejmo‑

prace Michela Foucaulta, poświęcone dyskur‑

wane przez niego już w latach 80. rozważania

sowi psychiatrycznemu, penitencjarnemu, kli‑

na  temat „przyjaźni”, „daru” i  „gościnności”,

nicystycznemu (z lat 60. i początku 70.) oraz

jako istotnych aspektów filozofii „spotkania

seksuologicznemu (z lat 1976–84) i jego uwaga

z Innym”.52 Najprostszy sens wszystkich tych

12 wysiłków wyrazić można znów słowami nie‑

potrzebę wspólnoty, rozumianej jako „wielość

ocenionego Lèvinasa: „absolutnie Inne to inny

w jedności”, a przede wszystkim uwzględniają‑

człowiek” 53, a uznanie jego odmienności należy

cej prawa Innych do „bycia Innymi”. Odwołu‑

przyjąć za sprawę bezsprzecznie podstawową

jąc się do Śladu innego Lèvinasa56, stwierdzał:

dla współczesnej, pluralistycznej społeczności.

„prawdę mówiąc nie ma co pytać, czym jest owo

Warto też dodać, że już najwcześniejsze prak‑

spotkanie. Jest ono właściwym spotkaniem,

tyki dekonstrukcji, podejmowane przez Derridę

jedynym wyjściem, jedyną przygodą poza sobą,

w końcu lat 60. motywowane były jego sprze‑

ku owemu nie dającemu się przewidzieć innemu.

ciwem wobec marginalizowania i/lub wyklu‑

[…] Brak więc upojęciowienia tego spotkania:

czania Inności. Bez względu na to bowiem, czy

jest ono możliwe poprzez innego, poprzez nie‑

w konkretnym przypadku Inne było “ciałem”,

przewidywalność, „oporność wobec kategorii”.”57

„zmysłami”, “kobietą”, „materialnością”, “pismem”

Bezwarunkowe otwieranie się na Inność,

czy „zdarzeniem” – zawsze starał się wykazać,

piękne hasła gościnności i przyjaźni zdomino‑

że nie znajdowało ono miejsca w systemach

wały nie tylko późną myśl Derridy, lecz również

opartych na  „zasadzie Tożsamości”. Wypra‑

pozostałych myślicieli późnej ponowoczesności.

wiając się na  „drugą stronę” tekstów, do  ich

I faktycznie było pięknie – aż do 11 września

niejawnego głęboko ukrytego myślowego pod‑

2001 roku, czyli do ataku na World Trade Cen‑

łoża, Derrida badał zarazem opór, jaki Inność

ter w Nowym Jorku. Data ta oznaczała nie tyle

stawia wszelkiemu ujednoliceniu. Bardzo traf‑

„koniec” (w sensie faktycznym) myśli Inności,

nie komentował to Ryszard Nycz: „to bowiem,

ile jej wejście w fazę kryzysową, a konkretnie

co znajduje się “po tamtej stronie”, nie daje się

– konieczność postawienia zupełnie nowych

ująć inaczej jak negatywnie: to  znaczy albo

pytań.58 Po tym wydarzeniu bowiem, kwestią

przez sam opór, jaki stawia artykulacji i rozu‑

znacznie bardziej domagającą się przemyślenia

mieniu, albo też za  sprawą specjalnych stra‑

na gruncie filozofii stała się nie tyle problema‑

tegii analitycznych [...] których zadaniem jest

tyka Innego, ile Obcego – zwłaszcza Obcego,

doprowadzić do rozluźnienia bądź odsłonięcia

który stanowi dla nas rzeczywiste zagrożenie.59

szczelin na pozór szczelnie zamkniętej struk‑ tury i napotkania śladów jej podatności czy “wrażliwości” na nadejście Innego.”54

Obcy u bram, czyli filozofia po 11 września

Najważniejsza motywacja praktyk Derridy

Wielu ponowoczesnych filozofów zwracało

brała się więc z potrzeby gruntownego przemy‑

uwagę na „tragiczne przerwanie” nowoczesno‑

ślenia „tego, co Inne” i co, jako takie nie poddaje

ści, którego symbolem, albo – jak to określano –

się nawykowym kwalifikacjom metafizycznym.

„nazwą paradygmatyczną” stało się „Auschwitz”.

A konsekwencją tych przemyśleń miało być –

Można by powiedzieć – oczywiście toutes pro-

jak sam to określał – „udzielenie Innemu pozy‑

portion gardées – że  również myśl Inności

tywnej odpowiedzi” i „otwarcie (mu) przejścia”.

doświadczyła na początku XXI wieku bolesnej

W Przemocy i metafizyce, zainspirowany poglą‑

traumy, która postawiła pod znakiem zapyta‑

dami Lèvinasa stwierdzał, że jesteśmy winni

nia wcześniejszy optymizm i rzuciła ponury

przede wszystkim głęboki szacunek dla Innego

cień na  wszystkie te  szczytne hasła i  ideały,

„jako tego kim jest: jako innego”.55 Dlatego też

które miały doprowadzić nie tylko do eman‑

postulował, by nawet „relację” z Innym zastą‑

cypacji Inności w dyskursie filozoficznym, lecz

pić „spotkaniem” i opowiadał się też po stronie

przede wszystkim do bezwarunkowej akcep‑

„tolerancji bezwarunkowej”, w której zarówno

tacji Innych w sferze społecznej i kulturowej.

„Ja”, jak i  „Inny” współistnieją zawsze na  cał‑

Temat „Obcego”, który coraz częściej zaczął się

kowicie równych prawach. Zdecydowanie

pojawiać w najnowszych przemyśleniach filo‑

sprzeciwiając się globalizacji (jako prowoku‑

zofów nie był też refleksji filozoficznej nieznany

jącej potrzebę zachowania odrębności) głosił

– istniał on już od Starożytności, choć raczej

Dekada Literacka 1 (250)

13 incydentalnie. Jednak od pewnego czasu to wła‑

doświadczenia – zarówno pojmowanej topogra‑

śnie problem Obcości, zakłócającej harmonię

ficznie, jak i w sferze doświadczeń duchowych.

naszego środowiska i prowokującej zachowa‑

I nigdy nie da się z góry zadekretować relacji,

nia, jakich sami nigdy byśmy się po sobie nie

jaka wytwarza się między nami i tym, który

spodziewali – stał się jednym z najważniejszych

wtargnął w porządek naszego świata. Doświad‑

filozoficznych tematów i problemów. A nawet

czenie Obcego – pisał Waldenfels – „od samego

być może najważniejszym, bo po ponad dwu‑

początku wykazuje też pewną ambiwalencję;

dziestu latach zajmowania się Innością – jej

jawi się zarazem jako pokusa i  zagrożenie

rozmaitymi postaciami, historią jej dyskrymi‑

i może nasilać się aż do postaci horror alieni.

nacji i opresji, a także po długim okresie praw‑

Jest zagrożeniem, ponieważ obce stwarza kon‑

dziwego kultu Inności – płciowej, seksualnej,

kurencję wobec własnego, może je pokonać; jest

etnicznej, rasowej itp. i po idącej w ślad za tym

pokusą, ponieważ obce budzi do życia możli‑

modzie na „poprawność polityczną” – a więc

wości, które w mniejszym lub większym stop‑

po bardzo długim okresie poszukiwania spo‑

niu były wykluczone przez porządki naszego

sobów pozytywnego i pozbawionego dawnych

życia […]. W obu przypadkach doświadczenie

obciążeń otwierania się na wszelką Inność –

obcego aktywizuje granicę między własnym

zrozumieliśmy, że to właśnie Obcy, a nie Inny

i obcym, i to tym bardziej, im bliżej obce do nas

stanowi dla filozofii największe wyzwanie.

podchodzi.” 60

A co więcej – nie jest to tylko problem stricte

Owo nagłe pojawienie się Obcego w naszej

filozoficzny, lecz także społeczny i polityczny.

przestrzeni wytwarza więc bardzo szczególną

Im silniejsze bowiem są tendencje globaliza‑

sytuację, domagając się od  nas – jak dopo‑

cyjne, tym bardziej radykalizuje się ich rewers

wiadał autor Topografii obcego – „duchowej

– realne zagrożenie terrorystyczne, dające się

adaptacji w doświadczeniu”.61 Być może taka

dotkliwie odczuć nie tylko w Stanach Zjedno‑

adaptacja, w którą filozof optymistycznie wie‑

czonych, ale również w Europie.

rzy – nigdy się nie powiedzie i Obcy pozostanie

Dla literatury temat ten odkrył oczywiście

na zawsze nieoswajalnym intruzem, budzącym

już dawno temu Albert Camus i w jego słynnej

tylko nasz lęk i  potrzebę zamknięcia przed

powieści również postać Mersault – obcego

nim drzwi. Jednak – i taka była jego konkluzja

w  zuniformizowanym społeczeństwie – sku‑

– mierzenie się z  tym doświadczeniem, mie‑

piała w  sobie starannie skrywane napięcia

rzenie się praktyczne, a nie teoretyczne – jest

i konflikty. Ale dla filozofii takim momentem,

absolutnie konieczne i zawsze prowadzi ono

który wręcz domagał się starannego przemy‑

do naszej wewnętrznej przemiany. Zamiesz‑

ślenia newralgicznej kwestii Obcości stała się

czone w Filozofii w czasach terroru rozmowy,

właśnie tragedia 11 września, kiedy to pojawiło

które Giovanna Borradori przeprowadziła

się kolejne palące pytanie, z którym współcze‑

z  Jurgenem Habermasem i  Jacquesem Der‑

śni filozofowie jakoś musieli sobie poradzić.

ridą niemal tuż po 11 września ujawniały jed‑

Mianowicie – co zrobić, kiedy mimo naszych

nak dotkliwą bezradność obu myślicieli wobec

usilnych wysiłków, by nie starać się na siłę przy‑

tego problemu. Wykazały też, że newralgiczny

swajać ani też wykluczać – Inny pozostaje dla

problem obcowania z Obcością nie jest moż‑

nas Obcym, który nie tylko narusza integral‑

liwy do rozwiązania za pomocą teoretycznych

ność zajmowanego przez nas terytorium, nie

rozstrzygnięć – wymaga długofalowej, bardzo

tylko zaburza naszą hierarchię wartości, ale

rozważnej polityki, której pozytywne efekty

wręcz nastaje na nasze życie. Niemiecki filo‑

– o ile w ogóle dające się osiągnąć – będą moż‑

zof Bernhard Waldenfels – jeden z tych, którzy

liwe jedynie w  dalekiej przyszłości. Rozwa‑

być może najbardziej wnikliwie eksplorują dzi‑

żania te przypomniały również wcześniejsze

siaj tę kwestię – zwrócił uwagę na to, że Obcy

spory, toczone na gruncie historiozofii – słynną

pojawia się zawsze w  przestrzeni naszego

formułę „końca historii” Francisa Fukuyamy,

14 twierdzącego, że  wobec wszechobecnego

zawierał w sobie dwuznaczność, która w ocenie

konsumpcjonizmu i nastawienia na komfort

jej redaktorów zapowiadała przyszły kierunek

życia nie grożą nam już wielkie historyczne

rozwoju myśli humanistycznej – zwłaszcza

konflikty i wydarzenia o globalnym znaczeniu

filozoficznej i teoretyczno-literackiej. Z jednej

i polemiczną wobec jego prognozy koncepcję

strony bowiem – niósł on pytanie, jak wygląda

Samuela P. Huntingtona, przewidującego już

obecnie życie po Teorii – a więc po całym długim

wówczas, że w niedalekiej przyszłości wielką

okresie rewidowania fundamentów i założeń

historię tworzył będzie konflikt cywilizacji –

teorii nowoczesnej. Z drugiej strony jednak –

starcie Zachodu i Wschodu, a w szczególności

wpisana była w niego również najogólniejsza

chrześcijaństwa i islamu.62 Te katastroficzne

odpowiedź na to pytanie: p o Teorii przyszedł

prognozy autora opublikowanego w  1996

czas na  życie – a  więc także przywrócenie

roku Zderzenia cywilizacji wielokrotnie zna‑

należnego miejsca problematyce doświad‑

lazły już swoje tragiczne potwierdzenie, a ich

czenia, również traktowanego po macoszemu

gruntowne przemyślenie stanowi niewątpliwie

przez tradycyjną filozofię.65 Bez wątpienia naj‑

jedno z najważniejszych zadań, jakie stoi dziś

ważniejszym przesłaniem tej książki stało się

przed filozofią.

bardzo stanowczo wyrażane przez wszystkich jej autorów i redaktorów przekonanie, że nie

Życie po „końcu” czyli powrót życia

ma  już powrotu do  Teorii, będącej nieprze‑

Jednak w  ostatnim dziesięcioleciu myśl filo‑

puszczalną siecią pojęć, schematów, modeli

zoficzną zdaje się nie tylko zaprzątać proble‑

czy systemów. Jedyny dopuszczalny modus

matyka polityczna, choć nadal stanowi ona

vivendi refleksji teoretycznej w czasach obec‑

jej bardzo istotny wątek. Bez wątpienia jedną

nych to  nie tyle bycie „teorią życia” – takie

z tendencji, które zainspirował ponowoczesny

koncepcje filozofia co najmniej kilka razy prze‑

odwrót od teorii i zwrot w stronę praktyki jest

rabiała już wcześniej – ile myślą skierowaną

triumfalny powrót życia i jego nobilitacja jako

w stronę „rzeczywistego życia” [real life] oraz

tematu filozoficznego. Próba odbudowania

– w stronę rozmaitych praktyk, dziejących się

owej więzi filozofii ze „światem życia”63 może

w jego przestrzeni. Otwierając tom pytaniem

wydawać się niełatwa w  realizacji, jednak

„what are we after?” („jacy jesteśmy po?”) jeden

wszystko wskazuje na to, że w chwili obecnej

z redaktorów książki, John Shad, przypominał

(na szczęście) nie ma już od niej odwrotu. I nie

słynne powiedzenie Hegla o sowie Minerwy

chodzi tutaj bynajmniej o odgrzanie starych,

wylatującej o zmierzchu i odnosił je do ogólnej

dobrze znanych haseł egzystencjalistów, w myśl

sytuacji teorii w filozofii. Filozofia jako myśl

których „egzystencja poprzedzała esencję”,

o  świecie zawsze przychodziła zbyt późno –

choć w owym przywracaniu życia (w) filozofii

gdy to, co starała się „pomyśleć” dawno prze‑

pobrzmiewa też na pewno jakieś odległe echo

minęło. Albo też – zbyt wcześnie w stosunku

ich wysiłków. Tendencję tę już jakiś czas temu

do tego, co się wydarzało, zamykając zdarzenie

sygnalizowały dwie ważne konferencje, które

i doświadczenie w sztywnych ramach pojęcio‑

odbyły się na przełomie lat 2001–2002 w Duke

wych, lub narzucając im z góry restrykcyjne

University w  Stanach Zjednoczonych, oraz

reguły. W ten sposób ustanawiała kolejne for‑

w Loughborough University w Wielkiej Bry‑

tyfikacje pomiędzy swoimi sztucznymi kon‑

tanii. Były one poświęcone aktualnemu (wów‑

ceptami, a tym co będąc „dzianiem się” z samej

czas) stanowi teorii w filozofii i teorii w wiedzy

swojej natury nie poddawało się jakimkolwiek

o literaturze, a ich wyniki zebrał i podsumował

teorematom. Jeśli więc po ponowoczesności

tom pod nieco ekscentrycznym tytułem life.

teoria miała mieć w filozofii jakieś racje bytu,

after. theory64, składający się z rozmów z Jacqu‑

to musiała służyć praktyce życiowej, mocno

es’em Derridą, Frankiem Kermode, Toril Moi

osadzić się – tak podsumowywał swój wywód

i Christopherem Norrisem. Tytuł tej publikacji

Shad – w „tu i teraz”. A więc – jeśli przypomnieć

Dekada Literacka 1 (250)

15 wcześniejsze sugestie Rorty’ego – „reagować”

wywikłać się z rutyny. A tym samym uznawane

na wszystko to co ważne w życiu oraz aktywnie

niegdyś za obrazoburcze stwierdzenia Derridy,

uczestniczyć w jego aktualnych przemianach.

Rorty’ego i innych, dla których tradycja metafi‑

Miało to również oznaczać – wyraźnie w duchu

zyczna była jedynie „sypialnią myśli” – znalazły

poglądów Derridy – usunięcie wszelkich opozy‑

rzeczywiste potwierdzenie.

cji i dualizmów, które ustanowiła teoria nowo‑ czesna, nieodrodna latorośl Metafizyki Obecno‑ ści – a także usunąć ostatecznie wspomniane kantowskie podziały na  zobiektywizowaną wiedzę, autonomiczną sztukę i  uniwersali‑ styczną etykę. Rzecz znamienna – wypowiada‑ jący się również na łamach tej książki Jacques Derrida nie mówił właściwie niczego innego, ponad to, co  głosił już od  lat 60. Najważniej‑ sze było dla niego „otwieranie się na zdarze‑ nie i doświadczenie” – one to bowiem mogły przywrócić filozofii życie, a zarazem ku życiu ją skierować. Tak czy inaczej – wydana ponad dziesięć lat temu life.after.theory była niewąt‑ pliwie jednym z pierwszych, udokumentowa‑ nych śladów kolejnej gruntownej przemiany refleksji filozoficznej, ostatecznie pokonującej własny hermetyzm i kierującej się w stronę cze‑ goś znacznie bardziej podstawowego, a nawet wręcz pierwotnego. Tego, co również wypierane przez lata z jej obszaru jako „inne” – zyskiwało

Przypisy:

teraz poważne szanse na przywrócenie należ‑

1 After Philosophy. End or Transformation?, ed. by K.

nego mu miejsca. Bardzo wyraźnym przejawem tej tendencji w ostatnich latach stały się kolejne,

Baynes, J. Bohman, T. Mc Carthy, Massachusets 1987. 2 Zob. np. B. Banasiak, Filozofia „końca filozofii”.

być może nie tak spektakularne jak wcze‑

Dekonstrukcja Jacquesa Derridy, Warszawa 1995.

śniejszy zwrot etyczny, polityczny czy zwrot

3 Zob. zwł. wczesny tekst Jacquesa Derridy, poświęcony

ku Inności, lecz równie ważne zmiany filozo‑ ficznej optyki, mające właśnie za zadanie odzy‑ skać dla niej ową utraconą więź z życiem. Warto tu wymienić na przykład zwrot empiryczny i performatyczny66, oraz sygnały nowego filozo‑ ficznego namysłu nad problematyką natury67, a z drugiej strony – nad tym, co maksymalnie od niej odległe – nad kwestiami medialności i symulacji68, a także ich wpływu na nasze życie. Na przekór więc apokaliptycznym wieszcze‑ niom tradycjonalistów, próbujących za wszelką cenę zdyskredytować krytycyzm filozofów ponowoczesnych, „koniec” filozofii bynajmniej nie przyniósł jej upadku. Wprost przeciwnie –

Lèvinasowi, pt. Przemoc i metafizyka, w tegoż Pismo i różnica, przeł. K. Kłosiński, Warszawa 2004, oraz wni‑ kliwe omówienie tego tematu w myśli Heideggera autorstwa Johna McCumbera, Metaphysics and Oppression, Heidegger’s Challenge to Western Philosophy, Bloomington 1999. 4 Zob. tegoż, Kondycja ponowoczesna. Raport o stanie wiedzy, przeł. M. Kowalska i J. Migasiński, Warszawa 1997, oraz Nota o znaczeniach przedrostka „post-„ w: Postmodernizm dla dzieci. Korespondencja z lat 1982– 1985, przeł. J. Migasiński, Warszawa 1998. 5 Sformułowanie Derridy, zob. tegoż, Różnica (diffèrance), przeł. J. Skoczylas, przekład przejrzał S. Cichowicz, w: Drogi współczesnej filozofii, wybrał i wstępem opatrzył M. Siemek. Warszawa 1978, s. 398.

ożywił ją i otworzył ją na wiele nowych albo

6 Tamże, s. 402.

zapoznanych kwestii, pomagając jej przy tym

7 Etyka, a nawet polityka stanowiły wszak istotne skła‑

16 dowe systemów metafizycznych, jednak podporządko‑ wane były zawsze ich wymogom teoretycznym, a więc ich konsekwencje dla tzw. życia i jego rozmaitych praktyk wydawały się mocno wątpliwe. 8 Zob. np. A. Kaniowski, Filozofia po „lingwistycznym zwrocie”, „Teksty Drugie” 1990/5–6, s. 94. 9 J. Derrida, O gramatologii, przeł. B. Banasiak, Warszawa 1999. 10 Zob. tegoż, Nasza postmodernistyczna moderna, przeł. R. Kubicki, A. Zeidler‑Janiszewska, Warszawa 1998. 11 Zob. zwł. R. Rorty, Filozofia i zwierciadło natury, przeł. M. Szczubiałka, Warszawa 1994. 12 Kaniowski, op. cit. s, 98. 13 Określenie Derridy, Freud i scena pisma, w: Pismo i różnica, s. 395.

17 Odwołuję się tu do reformy filozofii zaproponowa‑ nej przez Rorty’ego, która zamiast tworzyć przedsta‑ wienia świata (być jej „zwierciadłem”), miała aktywnie reagować na jego przemiany i wspomagać ich rozu‑ mienie. Zob. zwł. tegoż, Filozofia a zwierciadło natury. 18 R. Rorty, Nauka jako solidarność, przeł. A. Chmielecki, „Literatura na Świecie” 1991/5. 19 Zob. też: Z. Bauman, Prawodawcy i tłumacze, przeł. A. Ceynowa i J. Giebułtowski, red. naukowa przekładu M.

Literatury na Wydziale Polonistyki, kierow‑ nik literacki Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Zajmuje się najnowszymi nurtami wiedzy o literaturze, este‑ tyce i filozofii (zwłasz‑ cza postmodernizmem i filozofią ponowoczesną). Autorka kilkudziesięciu prac naukowych – m.in. książek: Dekonstrukcja i interpretacja (2003), Anty‑Teoria literatury (2006) a także powieści, sztuk teatralnych oraz scenariuszy filmowych i radiowych.

interpretacyjnego, „Teksty Drugie” 1997/6. 25 Por. Z. Bauman, Płynna nowoczesność, przeł. T. Kunz, Kraków 2006. 26 Dwa szkice o moralności ponowoczesnej, s. 72. 27 Prawodawcy i tłumacze, s. 10. 28 Szerzej pisałam na ten temat w rozdziale Od metafizyki do etyki w książce Anty‑Teoria literatury. Kraków 2006. 29 Cytuję za: B. Smart, Postmodernizm, przeł. M. Wasilewski. Poznań 1998, s. 106. 30 Kaniowski, op. cit., s. 99.

32 Zob. przywoływane wcześniej tegoż, Dwa szkice

na gruncie refleksji filozoficznej.

Kierownik Katedry Teorii

24 Zob. na ten temat: A. Szahaj, Granice anarchizmu

15 Kaniowski, op. cit., s. 96–97.

2004, której autor szczegółowo omawia tę tendencję

Jagiellońskiego,

postmodernizmu, przeł. P. Rymarczyk, Warszawa 1998.

31 Określenie B. Smarta, op. cit., s. 106.

A. Zawadzkiego, Literatura a myśl słaba, Kraków

Profesor Uniwersytetu

czesnej, Warszawa 1994, s. 61. Zob. też T. Eagleton, Iluzje

14 Wg słynnej zbitki Foucaulta.

16 Zob. np. wydaną stosunkowo niedawno książkę

Anna Burzyńska

Baumana, w: tegoż, Dwa szkice o moralności ponowo-

Kempny, Warszawa 1998. 20 Świadomie używam określenia „po ponowoczesności” (choć jest niezbyt zgrabne) zamiast dość często spoty‑ kanego – w „post‑ponowoczesności” – ponieważ użycie przedrostka „post” oznaczałoby krytyczną rewizję, nie zaś kontynuację fazy wcześniejszej. Rozróżnienie „po” i „post” – jest już dzisiaj również stosowane w wielu innych przypadkach – np. „po feminizmie”, czy „po teo‑ rii”. Zob. np. książkę T. Eagletona, After Theory, New

o moralności ponowoczesnej oraz Etykę ponowoczesną, przeł. J. Bauman, J. Tokarska‑Bakir, Warszawa 2006. 33 R. Rorty, Etyka zasad i etyka wrażliwości, przeł. D. Arciszewska, przekład przejrzał A. Szahaj, „Teksty Drugie” 2002 nr 1/2. 34 Derrida podejmował problematykę etyczną niemal w każdym ze swoich tekstów. Zob. także na ten temat: S. Critchley, The Ethics of Deconstruction, New York 1992 oraz: J. Gutorow, Na kresach człowieka: sześć esejów o dekonstrukcji. Opole 2001. 35 Powrót do moralności. Ostatni wywiad z Michelem Foucaultem (1926–1984), przeł. E. Radziwiłłowa. „Literatura na świecie” 1985/10, s. 335. 36 Określenie H. Cixous, zob. Z definicji sztuka to gest ratunku. Rozmowa Tomka Kitlińskiego z Hélène Cixous, „Magazyn sztuki” 1996/4. 37 Podkreślam – performatywne interweniowanie – bo mało kto dziś o tym pamięta, że Derrida wymy‑ ślił to już w latach 60., uprzednio zdekonstruowawszy teorię Austina.

York 2003, której tytuł w tłumaczeniu na język polski

38 Adieu Derrida, ed. by C. Douzinas, London 2007.

został, moim zdaniem, oddany niezgodnie z intencjami

39 Szczegółowo omawiam te problemy w książce

jej autora jako: „koniec teorii”. Zob. T. Eagleton, Koniec teorii, przeł. B. Kuźniarz. Warszawa 2012. 21 Zob. np. R. Rorty, Konsekwencje pragmatyzmu. Eseje z lat 1972–1980, przeł. Cz. Karkowski, przekład przejrzał i przedmową opatrzył A. Szahaj, Warszawa 1998. 22 Dobrym tego przykładem była najbardziej chyba anar‑ chistyczna książka J.-F. Lyotarda, Poróżnienie, przeł. B. Banasiak, Kraków 2010. 23 J. Bailey, Pessimism, London 1988. Komentarz Z.

Dekada Literacka 1 (250)

Dekonstrukcja, polityka i performatyka (w druku). 40 Zob. zwł. J. Ranci��re, Dzielenie postrzegalnego. Estetyka i polityka, przeł. M. Kropiwnicki, J. Sowa, Kraków 2007 oraz, tegoż, Na brzegach politycznego, przeł. I. Bojadżijewa, J. Sowa. Kraków 2008. 41 Ch. Mouffe, Polityczność, przeł. J. Erbel, Warszawa 2008. 42 R. Rorty, Filozofia jako polityka kulturalna, przeł. i przedmową poprzedził B. Baran, Warszawa 2009.

17 43 Przeł. B. Banasiak i K. Matuszewski, Warszawa 1975.

53 Całość i nieskończoność, s. 26.

44 Zob. zwł. E. Lèvinas, Całość i nieskończoność. Esej

54 R. Nycz, Słowo wstępne, w: Dekonstrukcja w badaniach literackich, pod red. R. Nycza, Gdańsk 2000, s. 12.

o zewnętrzności, przeł. M. Kowalska, Warszawa 2002 oraz: Ślad innego, przeł. B. Baran, w: Filozofia dialogu, pod red. B. Barana, Kraków 1991.

55 Op. cit., s. 200. 56 Por.. E. Lèvinas, Ślad innego, przeł. B. Baran, w: Filozofia dialogu, pod red. B. Barana. Kraków 1991.

45 Pozycje. Rozmowy Jacquesa Derridy z Henri Ronsem, Julią Kristevą, Jean‑Louis Houdebinem i Guy Scarpettą, przeł. A Dziadek, Bytom 1997, s. 104.

57 Tamże, s. 161–162. 58 Argumenty na potwierdzenie ważności tej daty, jako wieńczącej pewien etap w myśli Inności, znaleźć

46 Mam tu na myśli cztery ważne książki Foucaulta:

można m.in. w książce G. Borradori, Filozofia w cza-

Historia szaleństwa w dobie klasycyzmu, przeł. H.

sach terroru. Rozmowy z Jurgenem Habermasem

Kęszycka, wstępem opatrzył M. Czerwiński, Warszawa

i Jacquesem Derridą, przeł. A. Karalus, M. Kilanowski,

1987; Nadzorować i karać. Narodziny więzienia, prze‑

B. Orlewski, pod red. A. Szahaja, Warszawa 2008.

łożył i posłowiem opatrzył T. Komendant, Warszawa 1993; Narodziny kliniki, przeł. P. Pieniążek, Warszawa 1999 i Historia seksualności, przeł. B. Banasiak,

59 To kolejną zmianę optyki myśli filozoficznej prze‑ powiadała już w 1997 roku książka Bernharda

T. Komendant i K. Matuszewski, wstępem opatrzył T.

Waldenfelsa, Topografia obcego. Studia z fenomeno-

Komendant, Gdańsk 2010.

logii obcego, przeł. J. Sidorek. Warszawa 2002, któ‑ rej autor zwracał uwagę m.in. na – spowodowaną przede wszystkim zmianami przestrzeni społecz‑

47 Przeł. J. Migasiński, Warszawa 1999. Książka

nej i politycznej krajów Europy i Ameryki – palącą

ta powstała na podstawie wykładów filozofa z lat 40.,

wręcz potrzebę podjęcia właśnie kwestii Obcości,

a opublikowana została we Francji dopiero w latach 60.

a nie Inności na gruncie współczesnej myśli filozoficz‑ nej. Problematykę tę uszczegółowiała kolejna książka

48 Zwł. w Całości i nieskończoności. Na ten bardzo ważny

filozofa z 2006 roku – Podstawowe motywy feno-

temat w myśli Lévinasa zwracał uwagę Derrida już Przemocy i metafizyce, podkreślając, że Lèvinasowska

menologii obcego, przeł. J. Sidorek, Warszawa 2009.

„nagość twarzy” nie była jedynie „figurą stylistyczną” –

Temat „Obcego” został również zasygnalizowany przez

lecz przynosiła doświadczenie szczególnego rodzaju

Lèvinasa, zob. np. w Całość i nieskończoności, s. 26.

spotkania z Innym, podczas którego – jak pisał Levinas – „Inny jest absolutnie obecny w swojej twa‑ rzy. Drugi – bez żadnej metafory – stawia mi czoło”. Zob. J. Derrida, Przemoc i metafizyka, s. 171. 49 Dla Derridy temat Inności był szczególnie ważny i to nie tylko w sferze literatury, ale również z powo‑ dów osobistych, bo sam określał siebie jako „potrój‑ nie Innego” – Żyda w Algierii, i algierskiego Żyda we Francji.

60 Topografia obcego, s. 42. 61 Tamże, s. 96. 62 S. P. Huntington, Zderzenie cywilizacji i nowy kształt ładu światowego, przeł. H. Jankowska, Warszawa 2011. 63 Określenie J. Habermasa. 64 life. after. theory, ed. by M. Payne & J. Schad. London & New York 2003. 65 Zob. na temat M. Jay, Pieśni doświadczenia. Nowoczesne amerykańskie i europejskie wariacje

50 J. Kristeva, Potęga obrzydzenia. Esej o wstręcie, przeł.

na uniwersalny temat, przeł. A. Rejniak‑Majewska,

M. Falski. Kraków 2007 (pierwodruk francuski w 1980

Kraków 2008.

roku). 51 Za odwrotność tej postawy można by uznać koncep‑

66 Z braku miejsca nie omawiam już szczegółowo tych

cję Lyotarda z Poróżnienia – książki, w której zapro‑

tendencji. Zob. np. E. Domańska, „Zwrot performa-

ponował skrajnie anarchistyczną wizję świata, jako

tywny” we współczesnej humanistyce, „Teksty Drugie”

współwystępowania radykalnie odrębnych i zawsze

2007/5, A. Zeidler‑Janiszewska, Perspektywy perfor-

poróżnionych ze sobą idiomów. Ta idea radykalnego

matywizmu, „Teksty Drugie” 2007/5, R. Nycz, Od teorii nowoczesnej do poetyki doświadczenia, w: Kulturowa

„dyssensusu” (przeciwstawiona przez niego komu‑ nikacjonistycznej koncepcji „konsensusu” Jürgena

teoria literatury 2. Poetyki, problematyki, interpretacje,

Habermasa, jako zasady regulacji relacji w „świa‑

pod red. T. Walas i R. Nycza, Kraków 2012.

tach życia”) powodowana była w przypadku Lyotarda jego potężną obawą przed jakimikolwiek pokusami totalizacji Inności (co dostrzegał właśnie w myśli Habermasa). 52 Zob. zwł. na ten temat: J. Derrida, Politique de l'amitié, Paris 1994. Przekł. na j. ang.: Politics of Friendship, trans. By G. Collins, New York 1997.

67

Mam tu na myśli zwłaszcza prace B. Latoura: Nigdy nie byliśmy nowocześni. Studium z antropologii symetrycznej, przeł. M. Gdula, Warszawa 2011 oraz: Polityka natury, przeł. A. Czarnacka, wstęp M. Gdula, Warszawa 2009.

68 W szczególności w licznych rozprawach J.- F. Baudrillarda.

18

Diagnoza filozofii współczesnej

Co z tą filozofią? Małgorzata Kowalska

J

o prawdę i słuszność rozpalały jeszcze wówczas emocje. W drugiej połowie XX wieku, zwłaszcza

aka jest kondycja filozofii na początku XXI

zaś po upadku komunizmu, który przypieczęto‑

wieku? Generalnie marna. W  Polsce gor‑

wał uwiąd głównego nowoczesnego sporu ide‑

sza niż w wielu innych miejscach. Czy jest tak

owego, filozofia wycofała się do akademickich

z winy samych filozofów? Albo ludzi, którzy

nisz. Bywali jeszcze filozofowie popularni (jak

się takimi mienią lub za takich uchodzą, cho‑

Derrida), a nawet cieszący się opinią intelektu‑

ciaż często są jedynie akademickimi rzemieśl‑

alnych autorytetów (jak Habermas), ale ogólna

nikami myśli? Zapewne, do pewnego stopnia.

tendencja była już i pozostaje wyraźna: do arty‑

Przede wszystkim jednak to świat, w którym

kulacji swojej wewnętrznej „logiki”, a  także

żyjemy, stał się tak mało filozoficzny, że i filo‑

swoich oczekiwań, świat przestaje/przestał

zofię, i filozofów pozbawił istotnego znaczenia.

potrzebować filozofów – tych „myślących dyle‑

„Cóż po filozofii w czasie marnym”?

tantów”. Zastąpił ich specjalistami, „ekspertami”

Filozofia utraciła rolę kulturotwórczą. Oczy‑

od dziesiątek szczegółowych dziedzin. Przede

wiście, realistycznie rzecz ujmując, ta jej rola

wszystkim, ma się rozumieć, od rozwoju gospo‑

zawsze była ograniczona. A  jednak nie jest

darczego. A w Polsce (taka lokalna specyfika)

tylko kwestią retrospektywnego złudzenia,

dodatkowo od Prawa Bożego, utożsamionego

że wielkie epoki w historii kultury, zwłaszcza

z tak zwaną nauką Kościoła.

zachodniej, można w pewien sposób streścić,

Problemem nie jest bynajmniej to, że filozo‑

odwołując się do myśli wielkich filozofów: Pla‑

fia utraciła zdolność do tworzenia wszechogar‑

tona i Arystotelesa, Augustyna i Tomasza, Kar‑

niających syntez czy systemów, całościowych

tezjusza, Kanta, Hegla… Ostatnim europejskim

interpretacji świata. Wbrew pozorom (retro‑

filozofem, który jakoś wyrażał, a do pewnego

spektywnym złudzeniom), propozycji teore‑

stopnia kształtował swoją epokę, był może

tycznych zasługujących na  miano systemu

Sartre. W Polsce może tak zwani rewizjoniści,

było w historii filozofii niewiele. Systemu nie

z Leszkiem Kołakowskim na czele. W połowie

stworzył nawet Platon. A fortiori nie stworzył

XX wieku filozofia, choćby w  wersji bardzo

go Marks (nieredukowalny do kursu marksi‑

zwulgaryzowanej, schodziła jeszcze na ulicę,

zmu‑leninizmu). Żywiołem filozofii od czasu

interesowała i angażowała wielu. Była wręcz

jej narodzin była raczej krytyka, refleksyjny

„sprawą wagi państwowej” – w naszej części

dystans do status quo i pełen wahań namysł

świata bardziej nawet niż gdzie indziej. Spory

nad tym, co jest i dlaczego jest, oraz nad tym,

Dekada Literacka 1 (250)

19 co być by mogło lub być powinno. Taki namysł wymaga czasu i często jest niekonkluzywny. Skłania raczej do zadawania kolejnych pytań niż do  udzielania pospiesznych odpowiedzi. Raczej do dzielenia włosa na czworo niż do roz‑ cinania węzła gordyjskiego. Pragmatyzm współ‑ czesnego świata – zwanego niekiedy ponowo‑ czesnym – takiemu namysłowi zdecydowanie nie sprzyja. Albowiem, jak już w latach 70. XX wieku zauważał Jean‑François‑Lyotard, jeden z klasyków „postmodernizmu”, w tym świecie liczy się nade wszystko skuteczność, która staje/stała się synonimem prawdy i słuszności. Nieskuteczni filozofowie zostali zatem zepchnięci na margines i zmuszeni do okopania się na swoich niszowych pozycjach. Nieuchron‑ nie okroiło to również ich ambicje. Celem stało się raczej przetrwanie niż uzyskanie jakiego‑ kolwiek wpływu na  społeczeństwo czy pań‑ stwo. Strategii przetrwania jest wiele. Można zajmować się czymś społecznie i politycznie „nieszkodliwym”, a  zatem niebudzącym zin‑ stytucjonalizowanego oporu, choć postrzega‑ nym jako rodzaj wariactwa (np. erudycyjnym badaniem filozofii starożytnej lub średnio‑ wiecznej, albo zgłębianiem zagadnień czysto formalnych, logicznych). Można też, przeciwnie, wchodzić w bliskie sojusze z jakąś współcze‑ śnie promowaną formą działalności, na przy‑ kład: naukową, polityczną, ekonomiczną lub

refleksji w „wieży z kości

Uchodząca swego raźniej nie filozofowie czasu za podsta‑ decydują dziś o zakresie wowy przedmiot i  sensie swojego „zaan‑ gażowania”. Raczej wpi‑ uniwersytecki, sują się oni w role, które zostały napisane przez jeśli nie zwień‑ innych – polityków, eko‑ czenie wszelkiej nomistów, „ekspertów” – i, w których jeszcze są tole‑ nauki, za najlep‑ rowani. Przyjmują te role z całym dobrodziejstwem sze wcielenie samej inwentarza, tj. godząc się uniwersytecko‑ z  tym, że  będą – ujmu‑ jąc rzecz poglądowo ści, stała się filozo‑ na  rodzimym przykła‑ dzie – „filozofami Tuska”, fia nie tylko jedną albo „filozofami Kaczyń‑ z wielu „dyscyplin skiego”, albo „filozofami Palikota”. Prokościelni humanistycznych”, albo antykościelni, pro‑ europejscy albo antyeu‑ ale też dyscypliną ropejscy, konserwatywni lub postępowi – tak czy coraz wyraźniej owak zawsze dający się instytucjonalnie umieścić w  kontekście doraźnych sporów ide‑ dyskryminowaną. słoniowej”. Szkopuł wsze‑

lako w tym, że to najwy‑

ologiczno‑politycznych,

medialną. Niemała część filozofów zajęła się

w  których, powtórzmy, stawką jest przede

zatem analityczną dłubaniną przy osiągnię‑

wszystkim skuteczność. W  tym kontekście

ciach wiodących nowoczesnych nauk pozytyw‑

filozofia przestaje być próbą bezstronnego

nych (stąd niewątpliwie sukces kognitywistyki,

namysłu, zatraca swoją funkcję refleksyjną,

w założeniu mającej łączyć wysiłki przyrodni‑

a krytyczną sprowadza do polemiczno‑partyj‑

ków, lekarzy, psychologów, socjologów, języko‑

nej. Staje się narzędziem retorycznym w roz‑

znawców oraz filozofów w próbie wyjaśnienia

grywkach, które z powołaniem filozofii mają

natury umysłu). Inna ich część uznała, że może

coraz mniej wspólnego, a w skrajnych przypad‑

i powinna wesprzeć starania pewnych polity‑

kach zgoła nic.

ków o władzę, lub zgoła zająć się działalnością

Czy z powyższego wynika, że filozofia jest

polityczną. Albo, że można i powinno się wspie‑

dziś niepotrzebna? Bynajmniej. Sądzę nawet,

rać pewne pomysły ekonomiczne. Dwie ostat‑

że  jest wprost przeciwnie. Właśnie dlatego,

nie opcje nierzadko idą w parze z gotowością

że  świat stał się niefilozoficzny, bardziej niż

do produkowania się w mediach drukowanych

kiedykolwiek potrzebuje filozofii. Nie tylko

i elektronicznych. Co samo w sobie – uściślijmy

i nie przede wszystkim jako akademickiej dys‑

– nie oznaczałoby żadnego uszczerbku dla filo‑

cypliny, lecz jako ogólniejszego myślowego fer‑

zofii rozumianej jako coś więcej niż uprawianie

mentu, bez którego można już tylko podążać

20 raz przetartymi koleinami. Wiele zaiste wska‑

krytycyzm, refleksyjność, racjonalność, auto‑

zuje na to, że „odfilozoficznienie” świata kiepsko

nomię, kreatywność…. Bez tych cnót, powiada

mu służy. Niby się „rozwijamy’, ale jakim kosz‑

się, nie ma  liberalno‑demokratycznego oby‑

tem, a przede wszystkim – po co? Bez próby

watelstwa, sensownego uczestnictwa w życiu

odpowiedzi na  te  pytania „rozwój” staje się

publicznym. Ba, nie ma  też innowacyjnego

synonimem bezsensu.

kapitalizmu, zwłaszcza w jego obecnej – „post‑

Tezę o „odfilozoficznieniu” świata wypada

industrialnej” i „kognitywnej” – fazie. Mogłoby

zresztą zniuansować, by  nadać jej właściwy

się zatem wydawać, że decydenci powinni być

sens. Nic nie wskazuje na to, aby dziś mniej

zainteresowani rozwijaniem w społeczeństwie

niż kiedykolwiek ludzie zadawali sobie podsta‑

potencjału filozoficznego. W  rzeczywistości

wowe filozoficzne pytania: o przyczyny i sens

są znaczenie bardziej zainteresowani jego okra‑

tego, co jest, i o to, co być powinno. Filozofia

janiem i przykrajaniem do bieżących potrzeb

nigdy nie była niczym innym niż mniej lub

„systemu”, jego stabilności i  funkcjonalności.

bardziej systematycznym i wnikliwym rozwi‑

To znaczy jego rugowaniem na rzecz ideologii

nięciem tych podstawowych ludzkich pytań.

wcielonej w praktykę systemu.

Pytania nie obumarły, erozji uległa natomiast zdolność i możliwość ich rozwijania.

Doskonałym tego wyrazem jest obecna instytucjonalna pozycja filozofii. W szczegól‑

W  pewnym sensie również sam system,

ności jej miejsce na uniwersytecie. Uchodząca

który taką możliwość redukuje, nie przestał

swego czasu za podstawowy przedmiot uni‑

być „filozoficzny”. Sama jego pragmatyka opiera

wersytecki, za propedeutykę i dopełnienie, jeśli

się bowiem na  pewnych filozoficznych zało‑

nie zwieńczenie wszelkiej nauki, za najlepsze

żeniach, które z racji swojej pozornej oczywi‑

wcielenie samej uniwersyteckości (czyli uni‑

stości przekształcają się w milczące założenia

wersalności wiedzy, jej koniecznego wykracza‑

ideologiczne. Nie ma nic oczywistego w tym,

nia poza opłotki poszczególnych specjalności),

że wszyscy powinniśmy być skuteczni i kon‑

stała się filozofia nie tylko jedną z wielu „dys‑

kurencyjni – tak jak nie ma nic oczywistego

cyplin humanistycznych”, ale też dyscypliną

w  tym, że  prawdę zawiera nauka Kościoła.

coraz wyraźniej instytucjonalnie dyskrymino‑

Współczesny świat, w szczególności zaś współ‑

waną. Ponieważ kształcenie także na poziomie

czesna Polska, przyjmują bez dyskusji pewien

wyższym ma  dostarczać przede wszystkim

rodzaj quasi‑filozoficznych, ideologicznych

konkretnych umiejętności zawodowych, bez‑

odpowiedzi, a  ściślej mówiąc – bez dyskusji

pośrednio przydatnych na aktualnym rynku

przyjmują ją ci, którzy mają dziś decydujący

pracy, zajęcia z filozofii – do niedawna jeszcze

Profesor Uniwersytetu

wpływ na  kształt władzy: politycznej, ale

obowiązkowe na wszystkich kierunkach stu‑

w Białymstoku. Zajmuje

bardziej jeszcze ekonomicznej, technicznej

diów – są coraz bardziej redukowane, a nawet

Małgorzata Kowalska Filozofka, tłumaczka,

się głównie filozofią współ‑ czesną (zwłaszcza fran‑ cuską i fenomenologią) oraz filozofią społeczną i polityczną (zwłaszcza zagadnieniami związa‑ nymi z ideami demokra‑ cji i liberalizmu, a także teoretyczną refleksją na temat Europy i wschod‑ nioeuropejskiego pogra‑ nicza). Autorka, między innymi książki: Dialektyka poza dialektyką.. Od Bataille’a do Derridy, Spacja‑Aletheja, Warszawa 2000;

i  eksperckiej. Można by  rzec: pewien rodzaj

rugowane z  wydziałów „niefilozoficznych”.

filozofii, dokładniej: pewna ideologia, a jeszcze

Częściowo z przekonania, częściowo z koniecz‑

dokładniej: pewien niespójny zbiór ideologii

ności finansowej (skoro jakiemuś filozofowi

został tak dalece wcielony w instytucje i w poli‑

należałoby za poprowadzenie stosownych zajęć

tyczno‑społeczną praktykę, że nie pozostawiają

ze studentami zapłacić, to lepiej obejść się bez

już miejsca na filozofię „niewcieloną”, niezin‑

tego). A i same wydziały lub instytuty filozo‑

stytucjonalizowaną, na filozofię jako obszar

ficzne nieuchronnie się kurczą. Wykładowcy

bezinteresownego namysłu i pytań.

jeszcze zostali, ale studentów coraz mniej.

Jest to jednak sytuacja w najwyższym stop‑

Po co bowiem studiować filozofię w świecie

niu paradoksalna. Albowiem system, który filo‑

niefilozoficznym? Nawet jeśli studiowanie

zofię w ten sposób marginalizuje i tłumi, jest

ekonomii, zarządzania, stosunków międzyna‑

zarazem tym, który bardziej niż jakikolwiek inny

rodowych, europeistyki czy prawa w praktyce

w historii powołuje się na filozoficzne cnoty:

nie daje wielu szans na realnym rynku pracy,

Dekada Literacka 1 (250)

21 w punkcie wyjścia daje przynajmniej więcej złu‑

do istnienia obok biologii, informatyki czy eks‑

dzeń, że wybrało się kierunek „praktyczny” lub

perymentalnej psychologii.

„przyszłościowy”. Filozofia staje się enklawą już

Wybitni filozofowie, zdolni w  nowy spo‑

tylko dla nieprzystosowanych do świata entu‑

sób skonceptualizować świat, a przynajmniej

zjastów, maniaków, hobbystów i frustratów.

postawić nowe fundamentalne pytania, z pew‑

W ogólnych zarysach taka sytuacja stała

nością nie rodzą się na kamieniu ani na pniu.

się w dzisiejszym świecie powszechna. W Pol‑

Ale prawdopodobieństwo ich pojawienia się

sce osiągnęła jednak ostatnimi czasy stadium

jest tym większe, im większe znaczenie przy‑

niemal ekstremalne. Inaczej niż w niektórych

wiązuje się społecznie (i państwowo, i w skali

krajach, na przykład we Francji, filozofia nigdy

europejskiej, i światowej) do bezinteresownej

nie cieszyła się tu  wielką oficjalną estymą.

krytycznej refleksji, tym mniejsze zaś, im bar‑

Nigdy nie była obowiązkowym przedmiotem

dziej ogranicza się pole do takiej refleksji, im

w szkole, nie mówiąc już o tym, by mogła być

mniej taką refleksję się ceni.

obowiązkowym przedmiotem maturalnym.

Próżno oczekiwać, że do wniosku, iż filozofia

Państwo podtrzymywało jej znaczenie tylko

jest dziś „mimo wszystko”, a nawet bardziej niż

w okresie PRL, kosztem zredukowania jej roli

kiedykolwiek potrzebna, dojdą globalni, euro‑

do krzewienia oficjalnej doktryny. Nowa Polska

pejscy, a zwłaszcza polscy decydenci. O zmianę

najwyraźniej nie potrzebuje jej również w takiej

status quo powinni solidarnie zawalczyć wszy‑

roli, bo nowa ideologia wcieliła się bezpośred‑

scy, którzy uważają, że filozofia bynajmniej nie

nio w praktykę „systemu” i może się z powodze‑

umarła, że nie tylko jest „wiecznie żywa”, ale też,

niem obejść bez zawodowych ideologów (choć

co więcej, że jest dziś potrzebna bardziej niż

jeszcze ich toleruje). Ale potrzeby możliwie bez‑

kiedykolwiek. Zarówno po to, aby usprawnić

stronnej i bezinteresownej refleksji krytycz‑

„system”, jak i po to, aby stworzyć dla niego alter‑

nej nie doceniano w Polsce bodaj nigdy, a dziś

natywę. Aby myśleć teraźniejszość i przyszłość.

mniej niż kiedykolwiek. Filozofowie, którzy

Aby – poza wąskimi specjalizacjami – myśleć

nie zaprzęgli się w mechanizm polityczno‑eko‑

w ogóle.

nomiczno‑medialny, stali się tu krzyczącymi reliktami przeszłości, dinozaurami. Zwłaszcza po ostatnich reformach nauki i szkolnictwa wyższego na  samych uczelniach tolerowa‑ nymi jedynie o tyle, o ile dostarczają jakichś „punktów” w ramach „oceny parametrycznej” – za publikacje w tak zwanych punktowanych czasopismach, oczywiście najlepiej angielskoję‑ zycznych. Że nikt poza bardzo wąskim kręgiem tych publikacji nie czyta? Kogo to obchodzi? A raczej: przecież właśnie o to chodzi, aby nikt poza wąskim kręgiem tego nie czytał, bo tak czy owak nie ma to przecież żadnego społecznego czy kulturotwórczego znaczenia… W  jakiej mierze za  ten stan rzeczy odpo‑ wiedzialni są sami filozofowie lub ludzie para‑ jący się filozofią? Przede wszystkim w takiej, w jakiej bezwolnie godzą się na rolę reliktów, dinozaurów, przedstawicieli „niemodnej” i zani‑ kającej dyscypliny, a nawet w ogóle jakiejś jed‑ nej określonej „dyscypliny”, walczącej o prawo

Przyjaciele filozofii wszystkich krajów – a na dobry początek z Polski – łączcie się!

Diagnoza filozofii współczesnej

Filozofia dziś

22 Pod tym względem szczególnie wymowne są  dzieje i  koleje filozofii analitycznej. Rezy‑ gnując z  wygórowanych ambicji tworzenia wszechogarniającego i  wszechwyjaśniają‑ cego systemu, obiecywała drobiazgowe ana‑ lizy podstawowych pojęć, mające zapewnić może niezbyt imponujące rozmachem, ale za  to  pozbawione elementarnych błędów (i w tym sensie niepodważalne) podstawowe ustalenia definicyjno‑kategorialne. Skończyło się na  neoscholastyce w  wydaniu współcze‑ snych teistów, którzy owych rzekomo czy fak‑ tycznie precyzyjnych narzędzi analitycznych użyli do  równie subtelnych co  zawikłanych definicji „wszechmocy”, „wszechwiedzy”, „bez‑ cielesnej osoby” i innych pojęć służących im do uzasadniania spójności tezy o istnieniu nie‑ materialnego stwórcy wszechrzeczy, czuwają‑ cego nad biegiem wszelkich spraw w świecie, w tym podlegających prawom przyrody. Nie wszyscy filozofowie analityczni skończyli jako teiści, niektórzy wręcz pozostali zaprzysięgłymi

Janusz A. Majcherek

F

ateistami, ale okazało się, że ów ponoć wyrafi‑ nowany formalnie i precyzyjny znaczeniowo

ilozofia robi dziś i powinna nadal robić to,

język filozofii analitycznej (a język w filozofii

co zawsze: opisywać i objaśniać świat, aby

analitycznej to rzecz najważniejsza) to jedynie

pomóc go zrozumieć. Różnica w tym, że obec‑

kolejny façon de parler, w którym można wyra‑

nie nie oznacza to już dociekania, odkrywania

zić niemal każdy pogląd znany od dawna, w tym

i dobywania istoty rzeczy, ukrytej gdzieś głę‑

wszystkie dogmaty religijne (Swinburne potrafi

boko pod powierzchnią zwykłych zjawisk i cze‑

w ten sposób wyrazić i uzasadnić dogmat stwo‑

kającej na ujawnienie, jak to sobie wyobrażali

rzenia, wcielenia, Trójcy świętej i każdy inny).

dawniejsi filozofowie. Kant stwierdził, że istota

Pojęcie Boga utraciło wszelkie funkcje opi‑

rzeczy (rzecz sama w sobie) jest niepoznawalna,

sowe, objaśniające i  uzasadniające w  nauce

a późniejsi filozofowie pozytywistyczni i neo‑

i podobnie powinno się stać w filozofii. Gdyby

pozytywistyczni uznali (a podejrzewał to już

ktoś dziś w  jakimkolwiek opracowaniu

Hume), że ona nie istnieje. Ostatnimi, którzy

z  zakresu fizyki, biologii czy chemii napo‑

usiłowali dokonać powrotu do istoty rzeczy

mknął o Bogu jako czynniku sprawczym czy

byli sto lat temu fenomenologowie, lecz ich

wyjaśniającym jakiekolwiek zjawisko, zdyskre‑

dążenia można uznać za zakończone porażką.

dytowałby ów tekst i spowodował uznanie go

Philosophia perennis, którą obiecywali i do któ‑

za nienaukowy. Włączanie Boga w dyskurs filo‑

rej dążyli, okazała się jeszcze jednym pośród

zoficzny powinno powodować podobne reakcje

wielu innych sposobem analizy i opisu, jeszcze

i skutki – uznanie tekstu za niefilozoficzny.

jedną – jak mawiamy w postmodernistycznym

To nie oznacza, że pożegnaniu z istotą rzeczy

stylu – narracją. Pluralizm stanowisk, koncep‑

musi towarzyszyć utrata poczucia sensu świata

cji, metod i wyników filozofowania okazał się

czy życia, poszukiwanego odwiecznie przez

trwałym i  być może nieusuwalnym stanem

filozofów. Radykalnie jednak osłabła ufność,

filozofii współczesnej.

że sens ów tkwi w świecie, ukryty za mgławicą

Dekada Literacka 1 (250)

23 zjawisk albo natłokiem naszych przeżyć i czeka

– podstawowego założenia newtonizmu – jako

na  ujawnienie. Nie wyrzekamy się tęsknoty

obiektywnego warunku czy podłoża zjawisk,

za poczuciem sensu, a nawet pewności jego

przyznając tym dwóm parametrom status

posiadania, ale niezbyt wierząc i  każąc wie‑

subiektywnych (choć uniwersalnych) form

rzyć, że nadaje go światu i naszemu życiu ktoś

poznania. Nieco ponad 100 lat później Ein‑

inny niż my sami i że ktoś inny może to za nas

stein unieważnił newtonowskie założenia,

zrobić. Objaśnianie świata jako nadawanie mu

a wraz z nim cały podziwiany przez dwa stu‑

sensu jest więc nadal fundamentalnie ważne

lecia system objaśniania fizycznego świata.

i  możliwe, ale bez przekonania, że  to  odkry‑

To wymowna i sugestywna przestroga przed

wanie czegoś od nas niezależnego, obiektyw‑

bezkrytycznym przyjmowaniem teorii nauko‑

nego, uniwersalnego i absolutnego. Absolutne

wych jako rozstrzygających problemy filozo‑

rozstrzygnięcia, obiektywne ustalenia i  uni‑

ficzne lub mogących dostarczać przesłanek dla

wersalne prawdy przestają być roszczeniami

takich rozstrzygnięć. Współcześnie powinni

współczesnej filozofii. Kto je zaś głosi, ten musi

to  sobie wziąć pod rozwagę zwłaszcza bez‑

się tłumaczyć ze swej uzurpacji.

krytyczni naśladowcy darwinizmu, usiłujący

To nie jest jedynie stan współczesnej filo‑

prawa doboru naturalnego traktować jako

zofii, lecz całej kultury. Pluralizm i poróżnienie

podstawę etyki, mechanizmy przystosowania

stylów, konwencji czy metod cechuje przede

filogenetycznego jako podstawę epistemolo‑

wszystkim sztukę. Dlatego niegdyś uznano,

gii, a replikację genetyczną i ontogenezę jako

że filozofia powinna być bliższa nauce, jako

klucz do natury ludzkiej (bo naturaliści akurat

rzekomo dokonującej rozstrzygających

z pojęcia natury jako istoty rezygnować nie

i powszechnie obowiązujących ustaleń. Filozo‑

zamierzają, przekonani, że to właśnie oni jej taj‑

fia naukowa – to jeszcze niedawny ideał feno‑

niki odkryli). No i wszyscy mnodzy wielbiciele

menologów, marksistów czy pozytywistów,

i kontynuatorzy psychoanalizy, której naukowy

przez każdą z tych szkół inaczej zresztą urze‑

status jest zresztą co  najmniej dyskusyjny.

czywistniany (a raczej propagowany). W dzi‑

Wmawianie ludziom, że nie wiedzą, co czynią,

siejszej nauce też jednak funkcjonują raczej

bo manipulują nimi samolubne geny czy nie‑

wykładnie i  interpretacje (np.  interpretacja

świadome popędy, to wbrew pozorom naśla‑

kopenhaska w fizyce kwantowej, odrzucana

dowanie tradycyjnej czy wręcz staroświeckiej

skądinąd przez Einsteina) niż rozstrzygnięcia

filozofii natury, istoty rzeczy i tym podobnych

i ustalenia. Te są tylko tymczasowe i doraźne.

ukrytych czynników.

Filozofia więc nie powinna ani ich przejmować,

Zwrot narratywistyczny zbliża filozofię

ani przyjmować za podstawę czy choćby inspi‑

do  literatury, ale nie powinien do  niej upo‑

rację własnych poczynań.

dabniać. To  powinny być jednak raczej opo‑

Raz już o  mało nie skończyło się to  kata‑

wieści o świecie w stylu Stephena Hawkinga,

strofą. Wkrótce po  opublikowaniu Newto‑

a nie Stephena Kinga. Używając stosowanego

nowskich Principiów zapanowało powszechne

przez anglosaskich księgarzy odróżnienia „fic‑

przekonanie, że to ostatnie słowo w zakresie

tion” i „non fiction”, opracowaniom filozoficz‑

fizyki, definitywne rozstrzygnięcie wszelkich

nym należy wciąż zapewniać miejsce w tym

niejasności i  ostateczne ustanowienie wie‑

drugim dziale. O status filozofa jako mędrca

czystych praw rządzących mechaniką świata.

muszą zaś zadbać sami filozofowie. Bywa róż‑

Kant też tak sądził, dlatego „czyste przyrodo‑

nie, bo  w  tym gronie obok geniuszy trafiają

znawstwo” uznał za wzór apriorycznej wiedzy

się pomyleńcy i uzurpatorzy. Ale ogół nigdy

o świecie, rekomendowany filozofii do naśla‑

nie traktował filozofów z przesadną estymą

dowania. Błysk geniuszu twórcy filozofii

i nabożną czcią. To może i dobrze, bo w dzisiej‑

krytycznej uchronił go jednak na  szczęście

szym świecie czyhałaby na nich pokusa prze‑

od przyjęcia absolutności czasu i przestrzeni

robienia na celebrytów.

Janusz A. Majcherek Filozof, socjolog kul‑ tury, publicysta; pro‑ fesor Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. Autor mię‑ dzy innymi książek: Źródła relatywizmu w nauce i kulturze XX wieku. Od teorii względności do postmodernizmu Kraków 2004; ostat‑ nio: Kultura, osoba, tożsamość, Kraków 2009, Etyka powinności, Warszawa 2011. Laureat Nagrody Grand Press (1999) i Nagrody Kisiela (2003)

24

Diagnoza filozofii współczesnej

Filozofia współcześnie jest tym, czym była od wieków Justyna Miklaszewska

wydobycie prawdy o  życiu dawnym i  obec‑ nym. Historia filozofii (przynajmniej od czasów

Czym jest filozofia współcześnie?

Wilhelma Diltheya) stanowi próbę rozumie‑

Filozofia współcześnie jest tym czym była

nia i interpretacji dawnych przejawów życia.

od  wieków: metodycznym poszukiwaniem

Wymaga to od badacza pokory i nie uzurpowa‑

prawdy o świecie i o człowieku. Filozofia czyni

nia sobie stanowiska kogoś wszechwiedzącego,

to w związku z naukami szczegółowymi, ale

bezpodstawnie przyjmującego, że liczy się tylko

i  niezależnie od  nich, bowiem ze  względu

ostatnie wypowiedziane słowo.

na swój przedmiot jest dziedziną interdyscy‑ tesem powtarza, że bezmyślnym życiem żyć

Relacje między filozofią a naukami społecznymi

człowiekowi nie warto, jednakże na miano filo‑

Filozofia nie jest wypierana przez socjologię

zofii zasługuje nie każdy namysł, lecz refleksja

ani psychologię, a  tym bardziej psychoana‑

plinarną. Filozofem zaś jest ten, kto za Sokra‑

prowadzona w oparciu o metodę poszukiwań

lizę, bowiem są to odrębne dziedziny i różne

i  zawierająca intersubiektywnie zrozumiałe

perspektywy epistemologiczne oraz metodo‑

uzasadnienie przedstawionych poglądów.

logiczne. Można próbować połączyć różne dzie‑ dziny poprzez zastosowanie w nich wspólnej

Kim jest filozof?

metody; takie możliwości stwarza, na przykład,

Filozof uznaje konieczność przebadania życia

teoria decyzji czy teoria racjonalnego wyboru,

indywidualnego lub zbiorowego, zarówno

która wprowadza perspektywę wyborów zbio‑

współczesnego, jak i dawnych jego przejawów,

rowych do filozofii politycznej, myśli społecznej

oraz świadectw. Czy jest on badaczem cudzych

i ekonomii. Filozofia polityczna rozwinęła się

dzieł, systemów wartości, czy twórcą nowych

ogromnie w drugiej połowie XX wieku, zwłasz‑

idei, nie ma to znaczenia, o ile interesuje go

cza na  gruncie amerykańskim, gdzie prace

Dekada Literacka 1 (250)

25 Johna Rawlsa dostarczyły właściwie nowego paradygmatu do badania społeczeństwa i poli‑ tyki. Równie znaczący jest dorobek filozofów europejskich, na  przykład: Jürgena Haber‑ masa, który w  najnowszych pracach podej‑ muje ważne współcześnie problemy etyczne, polityczne i religijne.

Relacje między filozofią a literaturą Książki filozoficzne nie są literaturą, podobnie jak książki literackie nie są filozofią. Istnieje dziś tendencja do  zacierania różnic między filozofią i  literaturą, obecna zresztą także w dawnych epokach i tradycjach kulturowych (renesans, Młoda Polska). Richard Rorty, który zwrócił uwagę na jałowość filozofii analitycznej

Książki filozoficzne nie są samo‑ uczkami, które by podpowiadały jak we współczesnym świecie żyć i jak osiągnąć sukces. Powinny one raczej skłonić czytelnika do samodzielnej refleksji nad tym, co go otacza, stawiając pyta‑ nia, problemy do dyskusji i pre‑ zentując rozmaite argumenty.

(podobnie uczynił Robert Nozick, który sam ją uprawiał), nie jest ani ostatnim filozofem,

i zmaterializowany, uczyni filozofię zbędnym

ani wyrocznią w  kwestii przyszłości filozo‑

balastem w życiu człowieka wypowiadane były

fii. Badacza literatury nie interesuje prawda

już sto lat temu, lecz okazały się nieuzasadnione.

o świecie i o człowieku, lecz sposób jej wyra‑

Człowiek zawsze będzie stawiał sobie pytania

żenia. Natomiast filozof przekazuje w swych

dotyczące sensu życia i swej obecności w świe‑

dziełach pewną prawdę o  świecie, ludziach

cie, a nie widać innej drogi, na której mógłby on

i wartościach, nawet jeśli, jak czyni to Rorty,

spróbować znaleźć na nie odpowiedź.

nie uzurpuje sobie prawa do  tego, by  była to prawda absolutna.

Jak na tle filozofii światowej rysuje się stan i perspektywy rozwoju filozofii polskiej? Filozofia w  pierwszej połowie XX wieku

Rola i pozycja filozofii w życiu współczesnego człowieka

w Polsce rozwijała się na poziomie światowym

Publikowane w XXI wieku książki z  zakresu

szawska, fenomenologia, aksjologia. W  dru‑

w kierunkach takich jak: szkoła lwowsko war‑

filozofii są czytane i mają wartość poznawczą,

giej połowie stulecia nastąpił regres, gdyż brak

a niekoniecznie literacką. Filozofia w przeci‑

wolności politycznej oraz utrudniony kontakt

wieństwie do rozmaitych ideologii nigdy nie

z nauką światową szczególnie zaszkodził filozo‑

była adresowana do masowego odbiorcy i sta‑

fii, którą każdy reżim uważa za niebezpieczną.

nowiła lekturę dla elity. Dzieje się tak dlatego,

Dzięki jednak postawie „nieposłuszeństwa

ponieważ przeczytanie książki filozoficznej

obywatelskiego” wielu uczonych tego okresu

Justyna Miklaszewska

wymaga od czytelnika wysiłku i pewnej choćby

filozofia przetrwała i w ostatnich kilkudziesię‑

Profesor, Kierownik

podstawowej wiedzy filozoficznej, oswojenia

ciu latach rozwija się dynamicznie w kilku pol‑

się ze  specyficznym językiem, terminologią

skich uniwersytetach. Receptą na jej rozwój jest

i sposobem wypowiedzi. Książki filozoficzne

utrzymanie kontaktu i związku z filozofią świa‑

kim filozofią polityczną,

nie są samouczkami, które by podpowiadały

tową, ale także i nauczanie, bowiem od czasów

historią filozofii nowożyt‑

jak we współczesnym świecie żyć i jak osiągnąć

antycznych podstawowym zadaniem filozofa,

sukces. Powinny one raczej skłonić czytelnika

oprócz poszukiwania prawdy, jest szerzenie

do samodzielnej refleksji nad tym, co go ota‑

kultury filozoficznej w społeczeństwie poprzez

cza, stawiając pytania, problemy do dyskusji

dydaktykę uniwersytecką, pisanie podręcz‑

i  prezentując rozmaite argumenty. Obawy,

ników, a nawet tekstów popularyzatorskich

że  współczesny świat, skomercjalizowany

i publicystycznych.

Zakładu Historii Filozofii w Instytucie Filozofii UJ, zajmuje się przede wszyst‑

nej i współczesnej, filozofią amerykańską (libertaria‑ nizm, public choice), histo‑ rią idei. Autorka, między innymi książki: Filozofia a ekonomia. W kręgu teorii publicznego wyboru, Kraków 2002

26

Diagnoza filozofii współczesnej

D i a g n oz

a filozofii

Jan Skoczyński

C

ieszę się, że  „Dekada Literacka” ex defi-

nitione zajmująca się literaturą piękną,

podjęła temat filozoficzny. Bez względu na to, jakie motywacje przyświecają redakcji, zainte‑ resowanie się problematyką, której tak zwane pisma fachowe nie poświęcają zbyt wiele miej‑ sca, zasługuje na uwagę. Zanim wypowiem się w przedmiotowej spra‑

wie, muszę poczynić kilka założeń. Po pierwsze, nie jestem filozofem, ale historykiem filozofii, co  nie pozostaje bez wpływu na  sposób jej widzenia jako dyscypliny, dziedziny wiedzy czy obszaru humanistyki, który wpływa na ludzkie myślenie, kształtuje światopoglądy, postawy życiowe, a nawet gusta. Jako historykowi bliż‑ sze są mi sprawy, które już się dokonały, aniżeli współczesność czy przyszłość filozofii. Po dru‑ gie – zajmuję się głównie polską myślą filozo‑ ficzną i społeczną i z tej perspektywy staram się postrzegać filozofię powszechną, której pol‑ ska myśl jest – a przynajmniej powinna starać się być – znaczącym fragmentem. Po trzecie wreszcie, wszedłem już w  wiek emerytalny, Dekada Literacka 1 (250)

27 w którym dochodzi do zmiany perspektywy widzenia wielu spraw, z  filozofią włącznie. Każde założenie jest swego rodzaju ogranicze‑ niem i z tą świadomością przystępuję do sfor‑ mułowania kilku glos (od łac. glossa) albo uwag na „zadany” temat”. Mam też pewien kłopot ze  słowem „dia‑ gnoza” (od greckiego diagnosis, czyli rozpozna‑ nie), który to termin ma u nas przede wszyst‑ kim konotację medyczną. Mówi się przecież: „zdiagnozować pacjenta”, „dobry diagnosta”. W związku z tym pytanie o „diagnozę filozofii” może, choć nie musi, sugerować, że z filozofią nie jest najlepiej, że potrzebuje rozpoznania dolegliwości, jakie ją  trapią. Dzieje filozofii europejskiej, bo o nią zapewne chodzi, to okresy wzlotów i upadków, samodzielności i podpo‑ rządkowania, czasy, które jej sprzyjały i epoki nieprzyjazne refleksji filozoficznej. Może lepsze byłoby pytanie o „kondycję filozofii”, w której jest mniej kontekstu medycznego, choć wyeli‑ minować się go nie da... Dzisiaj studia filozoficzne można rozpocząć

*

po maturze; młodzi ludzie decydują się na nie

Najpierw popatrzmy na zagadnienie od strony

pod wpływem wyobrażeń czy emocji; rzadziej

edukacji filozoficznej. Kiedy rozpoczynałem

„na  chłodno”. Efekt jest taki, że  ze  130 osób

studia, w drugiej połowie lat sześćdziesiątych

przyjętych u nas na pierwszy rok, do licencjatu

ubiegłego stulecia, kurs filozofii wyglądał

dochodzi połowa, a do magisterium zaledwie

zupełnie inaczej niż dzisiaj. Trzeba było mieć

jedna trzecia tej liczby.

za sobą zaliczone dwa lata – obojętnie na jakim kierunku (ja byłem na polonistyce). Po rozmo‑

*

wie kwalifikacyjnej kandydat podejmował

Za „moich” czasów adept filozofii mógł wybie‑

naukę w  tak zwanym trybie równoległym,

rać między dwoma specjalnościami: nauczy‑

na który decydowali się nieliczni, zaintereso‑

cielską i historyczno‑filozoficzną. Po przełomie

wani przedmiotem i godzący się na dodatkowy

ustrojowym w roku 1989 specjalności zlikwido‑

wysiłek. Mieliśmy już za sobą jakieś wyobra‑

wano, w związku z tym uczelnie wypuszczają

żenie o  studiowaniu oraz wolę poszerzenia

filozofów „czystych”, „gołych” którzy zasilają

horyzontów o nową dyscyplinę; byliśmy zde‑

szeregi bezrobotnych. Czy państwu tej wielko‑

terminowani, by studiować filozofię. Na i roku

ści, co nasze jest potrzebna armia ludzi, którzy

było nas dziesięcioro; siedmioro ukończyło

– trawestując Marksa – mają wysoką świado‑

studia w  terminie, a  troje z  nas do  dziś pra‑

mość i żadnych kwalifikacji, aby zapewnić byt:

cuje w macierzystym instytucie… Tryb ten był

sobie, życiowym partnerkom i – nie daj Boże

podobny do studium teologii w seminariach

– dzieciom, choć tych i tak rodzi się u nas coraz

duchownych (nie wiem, jak jest dzisiaj), gdzie

mniej. Armię bezrobotnych, młodych ludzi

wykładano ją dopiero na trzecim roku. Kościół

z wyższym wykształceniem tworzą nie tylko

wychodził z założenia, że do studiowania teo‑

filozofowie, ale absolwenci nadmiernie u nas

logii trzeba się odpowiednio przygotować.

rozbudowanych studiów humanistycznych:

28 socjolodzy, psycholodzy, pedagodzy, ameryka‑

czy global philosophy. Tam kierunki te mają

niści itp., którzy – nie znajdując pracy – mają

przełożenie na gospodarkę i przemysł, u nas

poczucie, że są ludźmi zbędnymi. Coraz częściej

nie. My jednak, aby nie czuć się gorszymi, z wro‑

dają oni wyraz swoim frustracjom, skrzykując

dzoną sobie skłonnością do naśladownictwa,

się na organizowane z różnych okazji demon‑

od  razu na  kilku uczelniach powołaliśmy

stracje i marsze. Zwiększająca się z roku na rok

„kognitywistykę”. Przymierzamy się do  uru‑

armia bezrobotnych humanistów to  poten‑

chomienia „filozofii globalnej”, mimo że sama

cjalna „warstwa rewolucyjna”, która – oby nie

nazwa tego kierunku ociera się o błąd logiczny

przekształciła się w „klasę”.

i uwłacza pojęciu „filozofia”. W ten sposób pod pozorem ratowania filozofii dokonuje się jej

*

parcelacja, a  następnie demontaż, ponieważ

Czas filozoficznego boom’u, jaki miał u nas miej‑

to, co  z  niej wyrasta, natychmiast stara się

sce przez ostatnie dwadzieścia lat, powoli mija.

uzyskać niezależność instytucjonalną. Skutek

Jeszcze do niedawna sporo osób studiowało filo‑

jest taki, że kiedy niedawno na jednym z lubel‑

zofię w trybie zaocznym (moim zdaniem niezbyt

skich uniwersytetów uruchomiono kognity‑

fortunnym dla tej dyscypliny); obecnie studia

wistykę, zgłosiło się 200 kandydatów, a na filo‑

zaoczne masowo się likwiduje. Powoli zanika tak

zofię – tylko 16! Zadziałała magia nieznanego

zwana „twarda filozofia”, rzetelnie uprawiana

słowa, bowiem dla młodego człowieka nie jest

na polskich uniwersytetach nawet w czasach

ważne, co się za nim kryje. Ponadto sylabusy

PRL. Nie jest w modzie historia filozofii, prak‑

tych naukowych nowinek pisane są językiem

tycznie nie uprawia się metafizyki, którą zastą‑

ezopowym, hermetycznym, atrakcyjnym dla

piono ontologią; epistemologia to dzisiaj właści‑

młodzieży, a  jednocześnie zaspokajającym

wie filozofia analityczna; wykruszają się katedry

ambicje ministerialnych urzędników, dla któ‑

i zakłady logiki, o filozofii dziejów właściwie się

rych liczą się tylko dwa słowa‑klucze, (albo

nie słyszy. Dobrze się mają: etyka, która od pew‑

raczej wytrychy): umiejętność i kompetencja.

nego czasu aspiruje do rangi samodzielnej dys‑

Menadżerowie od parcelacji filozofii świetnie

cypliny (ponieważ „konfliktów etycznych” jest

opanowali język reklamy. Dla nich ważne jest,

coraz więcej) oraz estetyka, penetrująca nowe

by się sprzedawało – nieważne, co się sprzedaje.

obszary twórczości artystycznej. Jednak znacznie gorsze od tych naturalnych

*

procesów jest bezkrytyczne naśladownictwo

Martwi mnie też proces swoistego rozmy‑

bogatych krajów zachodnich, gdzie od kilku‑

wania filozofii. Zanim wyjaśnię, o co chodzi,

nastu lat robią karierę dyscypliny para- czy

odwołam się do Hegla, który mówił, że duch

okołofilozoficzne takie jak: cognitiv science

absolutny przejawia się w sztuce, religii i filo‑

Filozofia jest zazwyczaj pro‑ duktem swoich czasów… Powoli więc zanika jej mądrościowy wymiar, albo kształt; zdecydowa‑ nie wypiera go – wywodzący się jeszcze z pozytywizmu – wymiar scjentystyczny. Dekada Literacka 1 (250)

zofii. Wprawdzie niższe postaci ducha – subiek‑ tywny i obiektywny też miały swoje „filozofie” (państwa, prawa), jednak na tym najwyższym szczeblu filozofia miała pozycję uprzywi‑ lejowaną. Tymczasem od  lat słyszę i  widzę, jak co rusz, ktoś sobie filozofią wyciera usta. Zaczęło się to dawno temu, od „filozofii rządu premiera Rakowskiego”, któremu powinna była wystarczyć: koncepcja czy pomysł… Potem wszystko poszło jak lawina. Mamy więc filo‑ zofię: handlu, pieniądza, rynku, sportu, roz‑ rywki, miłości, tańca, a nawet baletu. Innych przykładów nie będę wymieniał, bo prowadzą

29 one do ośmieszania filozofii. Kiedy otwierano u nas przewód doktorski o filozofii tańca, zapy‑ tałem, czy tańcowi potrzebna jest filozofia, i do czego? Czy doktorantce (i promotorowi) nie wystarcza, że taniec jest sztuką? Otrzyma‑ łem jakieś pokrętne wyjaśnienie, mieszczące się w satyrycznej formule typu: „Pan X mówi, żeby mówić, a nie żeby powiedzieć”. Obawiam się, że będzie coraz gorzej, ponieważ wiązanie filozofii z czymś, co do niej zupełnie nie przy‑ staje, staje się nagminne. Wszystko to dzieje

Po przełomie ustrojowym w roku 1989 specjalności zlikwido‑ wano, w związku z tym uczelnie wypuszczają filozofów „czystych”, „gołych” którzy zasilają szeregi bezrobotnych.

się w ramach powszechnego odwoływania się

na  świadomość indywidualną i  zbiorową,

do nauki. A że pasuje jak kwiat do kożucha; kto

które – od czasu do czasu – potrzebują odwo‑

się tym przejmuje?

łać się do obrazu całości. Minimalistyczna tendencja, dominująca

*

we współczesnej filozofii nie wzmacnia jej pozy‑

Filozofia jest zazwyczaj produktem swoich

cji w relacjach z innymi dyscyplinami wiedzy,

czasów… Powoli więc zanika jej mądrościowy

zwłaszcza z naukami szczegółowymi. Mają one

wymiar, albo kształt; zdecydowanie wypiera

jasno określone zadania i cele, własne metodo‑

go – wywodzący się jeszcze z  pozytywizmu

logie, a przede wszystkim wymierne sukcesy;

– wymiar scjentystyczny. Przypomina mi się

szczególnie nauki przyrodnicze. I nie bardzo

stara dystynkcja prof. W. Tatarkiewicza, który

liczą się z  partnerem, który ten brak sukce‑

mówił, że  w  dziejach filozofii można obser‑

sów nadrabia retoryką, czy zawiłą frazeologią.

wować dwie tendencje, jakim podlega ona

Z drugiej strony każdego specjalistę w jakiejś

na  przemian: maksymalistyczną i  minima‑

dziedzinie wiedzy od czasu do czasu nurtuje

listyczną. Mniej więcej od  stu lat, kiedy ofi‑

pytanie, jak wygląda byt, którego częścią on się

cjalnie ogłoszono „śmierć filozofii”, dominuje

zajmuje? Czy to, co robi, ma głębsze znaczenie,

ta druga tendencja, której wyrazem jest filozo‑

czy jest tylko „operowaniem na powierzchni”

fia analityczna we wszystkich jej narodowych

zjawiska? Jakie są granice badań naukowych?

odmianach. Kiedy jednemu z przedstawicieli

Jakie konsekwencje? W ciągu moich lat pracy

tego nurtu zwróciłem uwagę, że  są  podobni

zaobserwowałem dziwną prawidłowość,

do  scholastyków w  schyłkowej fazie tego

że  mianowicie najbardziej wiernymi słucha‑

nurtu – wcale nie oponował… Najciekawsze,

czami kursu filozofii są studenci kierunków

że  również z  perspektywy studentów rzecz

niefilozoficznych, zwłaszcza tych, których język

postrzegana jest podobnie. Pewna doktorantka

zasadniczo różni się od współczesnego języka

naszego instytutu powiedziała mi konfidencjo‑

filozoficznego. Wydaje mi się jednak, że tenden‑

nalnie: „Filozofię zdominowali u nas analityczni

cja minimalistyczna jest w odwrocie; powoli

szamani”. Młoda osoba z otwartym umysłem

do lamusa odchodzi postmodernizm, choć był

znalazła zwięzłą formułę na określenie tego,

tak głośny w II połowie XX wieku. Okazało się,

co ja opisuję w kilku zdaniach…

że mówienie dla samego mówienia do niczego

To, co  – według mnie – wyróżnia filozo‑

nie prowadzi, że  nie wszystko jest tekstem…

fię wśród innych dziedzin wiedzy czy nauki

Ludzie prawdziwie oddani nauce lubią wyra‑

sprowadza się do całościowego oglądu świata.

zistość, do której mogą się odnieść, czy odwołać.

Tymczasem dziś dominuje ogląd fragmenta‑ ryczny; widzenie wszystkiego oddzielnie,

*

by  nawiązać do  jednego ze  znanych wier‑

Dziejami filozofii zajmuję się wystarczająco

szy Tuwima. A to nie pozostaje bez wpływu

długo. Byłem świadkiem presji ideologicznej

30 wywieranej na filozofię, potem obserwowałem

na  szeroką skalę, badania filozofii średnio‑

(robię to  nadal!) jej rugowanie z  poszczegól‑

wiecznej; że zainicjowano wychodzącą do dzi‑

nych kierunków uniwersyteckich (dla przy‑

siaj epokową serię 700 lat myśli Polskiej, w któ‑

kładu – na  pewnym starym uniwersytecie

rej ukazały się podstawowe teksty filozoficzne

od 15 lat nie wykłada się filozofii na kierunku:

– od średniowiecza po pozytywizm; że w War‑

historia); patrzę jak presję ideologiczną zastę‑

szawie istniała znana w Europie i ZSRR szkoła

puje poprawność polityczna, czy towarzyska.

historyków idei, z żyjącym jeszcze Andrzejem

Martwi mnie, że  coraz mniej w  naszej dzie‑

Walickim; a w Krakowie przez kilka lat funkcjo‑

dzinie wielkich indywidualności… Jednak

nowało seminarium modernistyczne, prowa‑

żadne z tych niekorzystnych zjawisk nie zdoła

dzone przez Zbigniewa Kuderowicza; że ukazy‑

podważyć mego przekonania, że filozofia jest

wały się filozoficzne czasopisma, których część

po to, by porządkować ludzkie myślenie, a nie

potem zlikwidowano. Na KUL‑u i na wydziałach

wprowadzać do niego zamęt. Irytują mnie więc

teologicznych, wyłączonych z uniwersytetów,

filozofowie „telewizyjni”, którzy bez żenady

uprawiano myśl chrześcijańską. To tylko nie‑

i poczucia odpowiedzialności, za to z dużą pew‑

które przykłady, że filozofii nie udało się w pełni

nością siebie wygłaszają zwyczajne głupstwa

podporządkować ideologii i polityce.

typu: w przyszłości dojdzie do zrównania różnic między płciami; nie będzie wiadomo, kto jest

*

ojcem, a kto matką itp. W takich momentach

Z  satysfakcją obserwuję coraz większe

odwołuję się do starej kategorii filozoficznej,

zainteresowanie polską myślą filozoficzną

której na imię „zdrowy rozsądek”. Filozofia, bez

i społeczną, choć przez pierwsze dziesięciole‑

względu na to, co się z nią działo i nadal dzieje,

cie III RP można było odnieść wrażenie, że o niej

broniła zdrowego rozsądku. I mam nadzieję,

zapomniano. Na  uniwersytetach (tych bez‑

że tak zostanie…

przymiotnikowych!) powołano zakłady zaj‑ mujące się rodzimą myślą (aż wstyd się przy‑

*

znać, że w Krakowie zakład filozofii polskiej

Polacy mają – nie do końca zawinioną – opinię

powstał najpóźniej). Od  pięciu lat organizo‑

narodu niefilozoficznego. W  związku z  tym

wane są  doroczne, ogólnopolskie seminaria

na różne sposoby próbujemy się dopasować

badaczy filozofii polskiej, które odbywają się

do filozoficznych nowinek. Tymczasem w dzie‑

na przemian: w Warszawie, Krakowie i Lublinie.

jach myśli europejskiej mieliśmy znaczące osią‑

Ostatnie krakowskie, „jubileuszowe” zgroma‑

gnięcia. Dość wspomnieć – wcale nie odstającą

dziło rekordową liczbę 50 referentów! Semi‑

od europejskiej – scholastykę, oryginalną filo‑

naria te kończą się zawsze edycją materiałów

zofię praktyczną i polityczną czasów Odrodze‑

konferencyjnych, które już zyskały sobie rangę

nia czy Oświecenia. W wieku XIX (powszechnie

poczytnych publikacji. Powstały nowe, intere‑

kojarzonym z romantyzmem) nasi myśliciele

sujące czasopisma „Kronos”, czy „Pressje”. Coraz

studiowali u Schellinga czy Hegla – jak Karol

więcej jest magistrantów i doktorantów podej‑

Libelt, nota bene ulubiony uczeń jenajskiego

mujących zagadnienia z zakresu polskiej myśli

mistrza, który potem krytycznie wypowiadał

filozoficznej i społecznej, która mą tę specyfikę,

się o jego systemie filozoficznym. Dzięki szkole

że często trzeba jej szukać w obszarze szeroko

lwowsko‑warszawskiej zaistnieliśmy ponownie

rozumianej literatury. Przez ostatnie 10 lat poja‑

na filozoficznym forum w I połowie XX wieku.

wiło się kilka oryginalnych habilitacji, których

Potem przyszły czasy PRL‑u, powszechnie

przedmiotem jest rodzima myśl filozoficzna.

kojarzone z ideologizacją wszelkiego myślenia

Filozofia polską interesują się nią nasi sąsie‑

oraz z trudnościami nauczania filozofii na uni‑

dzi ze Wschodu i z Zachodu. W moim zakła‑

wersytetach. Nie należy wszak zapominać,

dzie stypendystka z Białorusi przygotowuje

że w tamtym czasie prowadzono, zakrojone

pracę o filozofii Rzeczypospolitej szlacheckiej,

Dekada Literacka 1 (250)

31 a Serb obronił doktorat o ruchu słowiańskim

prywatnych, indywidualnych darczyńców

w Krakowie na początku XX wieku. Rodowity

określonych przedsięwzięć, na fundacje… To,

Niemiec, adiunkt w  moim zakładzie prowa‑

czego chciałbym doczekać, odchodząc na eme‑

dzi zajęcia z  filozofii polskiej dla studentów

ryturę, sprowadza się do postulatu, aby dawną

obszaru niemieckojęzycznego, studiujących

i współczesną myśl polską – jeśli jest ona war‑

w Krakowie. Jak słyszę w Warszawie ucznio‑

tościowa – szerzej upowszechniać w świecie

wie prof. Barbary Skargi przygotowują edycję

poprzez obcojęzyczne edycje dzieł znanych

jej Dzieł wszystkich.

i  uznanych oraz poprzez publikacje świad‑

Są więc powody do umiarkowanego zado‑

czące o  naszym życiu filozoficznym. Wszak

wolenia, tym bardziej krzepiące, że w sytuacji,

nawet w  czasach zaborów informowaliśmy

kiedy państwo wycofuje się z popierania badań

świat o stanie filozofii na dawnych ziemiach

nad rodzimą spuścizną intelektualną, coraz

polskich. Znacznie łatwiej jest to robić obecnie,

częściej można liczyć na wsparcie inicjatyw

kiedy świat stoi otworem.

then how can we belive that this life is the last life and that death is really the end?

Jan Skoczyński Profesor, Kierownik Zakładu Filozofii Polskiej w Instytucie Filozofii UJ; historyk filozofii, badacz dziejów filozofii polskiej przełomu XIX/XX wieku, historyk idei. Autor, mię‑ dzy innymi, książek: Wiedza i sumienie, Kraków 2010, Historia filozofii polskiej (wraz z Janem Woleńskim), Kraków 2010

32

Diagnoza filozofii współczesnej

Stan filozofii w Polsce Jacek Breczko

N

ie będzie to  uczona analiza bazująca

na  liczbach, pokazująca, ilu mamy pra‑

cowników naukowych w dziedzinie filozofii,

ilu studentów filozofii, ile ukazuje się rocznie artykułów i  książek z  tej dziedziny, a  nawet jakie są główne ośrodki i jacy są główni profe‑ sorowie, w tych głównych ośrodkach. Mój cel jest bardziej ambitny, ale zarazem trudniej osią‑ galny (bardziej „mglisty”; trudno przekładalny na liczby, bo raczej jakościowy niż ilościowy) – dotyczy nie tyle stanu filozofii akademickiej, ile stanu „filozoficzności” w Polsce. Innymi słowy, spróbuję rozważyć, jaka jest obecnie w Polsce ranga, poziom i  perspektywy namysłu nad kwestiami zasadniczymi, nad tak zwanymi odwiecznymi pytaniami, które są składnikiem fundamentu filozofii pojętej nie minimalistycz‑ nie, jako logika i metodologia nauk, ale maksy‑ malistycznie, jako odwołująca się do intelektu – a nie tylko do wiary w księgi święte – próba rozwiązania zagadki bytu i sensu istnienia ludz‑ kości i człowieka. Spróbuję przedstawić (w wielkim skrócie) główne „składowe sytuacji”; poczynając od tych ogólnych, przechodząc stopniowo do tych bar‑ dziej szczegółowych, pomijając – o ile to moż‑ liwe – nazwiska filozofów (aby ci pominięci, albo ich spadkobiercy, nie poczuli się dotknięci). Należy zacząć od  sprawy podstawowej: filozofia polska nie należy do czołówki filozofii europejskich; nie wydała ani wielkich koncep‑ cji, ani tak zwanych wielkich filozofów (wielcy polscy filozofowie to z reguły wielkości lokalne). Wiąże się to  zapewne z  tym, na  co  wskazy‑ wali i  nad czym ubolewali – między innymi Dekada Literacka 1 (250)

33 – Brzozowski, Witkacy, Gombrowicz, Miłosz; z tym mianowicie, że Polacy to „naród niefilo‑ zoficzny”. Wskazywali zresztą na różne tego przyczyny. Gombrowicz pisał: „Tu  kultura była równinna, wiejska, pozbawiona wielkich miast, silnego mieszczaństwa, gdzie życie się skupia, komplikuje, piętrzy, nabiera rozmachu, zasila tysiącem splotów międzyludzkich. Była szlachecko‑chłopska, proboszczowska, szlach‑ cic na  folwarku siedział, chłopem poganiał, a ksiądz proboszcz był wyrocznią.” Gombrowicz akcentuje zatem brak wielkich miast i związanego z nimi „spiętrzenia myśli”, brak miejskiej agory i  dyskusji, które przy‑

Polska historia toczyła się gwałtow‑ nym nurtem również po roku 1956: wielkim wstrząsem były nie tylko wydarzenia 1968–1970, nie tylko powstanie Solidarności w 1980, ale – i chyba szczególnie – skokowa prze‑ miana ustrojowa i gospodarcza w roku 1989.

czyniają się do  „problematyzowania świata” (a zatem do rozwoju filozofii) oraz, po drugie,

wszak i  tak jest w  istocie dobry); po  drugie,

silny nacisk tradycji na  terenach wiejskich,

rodziła „słomiany zapał” i działanie zrywami;

gdzie kwestie ostateczne i  zasadnicze roz‑

po  trzecie wreszcie (i  chyba najgroźniejsze)

strzygał „ksiądz proboszcz” i nie było o czym

wzmacniała niefrasobliwość w  podejmowa‑

dyskutować. Miłosz wskazał zaś na przyczynę

niu ryzyka (skoro bowiem sprawiedliwość jest

być może głębszą; na sielskość i bukoliczność

po naszej stronie, to i tak zwyciężymy). Stąd

polskiej kultury i powiązaną z nią „zacność”,

słynne, podchwycone przez Mickiewicza, „jakoś

czyli wiarę w zasadniczą dobroć świata. Skoro

to  będzie”. To  zaś prowadzi nas do  licznych

świat jest w istocie dobry, skoro zło jest tylko

zaniechań a następnie serii klęsk w ostatnich

powierzchnią i czymś krótkotrwałym, skoro

trzech wiekach polskiej historii. Można zatem

diabeł zawsze w końcu przegrywa, a sprawie‑

bronić tezy, że to nadmiar optymizmu i sielskiej

dliwość – niczym oliwa – na wierzch wypływa,

zacności i zarazem niedostatek sofii, namysłu,

to  nie ma  co  sobie tym (całością, światem,

rozwagi, roztropności, dystansu do spraw i kry‑

bytem) głowy zawracać, lepiej skoncentrować

tycyzmu – a zatem niedostateczne nasączenie

się na sprawach drobniejszych, „taktycznych”;

elit polskich filozofią – przyczyniły się do owej

co więcej, kwestie poważne, zasadnicze, egzy‑

nieszczęsnej serii.

stencjalne, „strategiczne” są męczące i dyskusja

Nie powinno też dziwić, że okresami najbar‑

o nich ociera się o nieuprzejmość, o brak ogłady

dziej płodnymi w polskiej filozofii były dekady

i gościnności, albo o nadużywanie gościnno‑

po owych wielkich klęskach, kiedy to nokaut

ści (wszak szlachcic szlachcica gości). Czło‑

zmuszał do porzucenia odruchowej zacności

wiek zacny, uprzejmy, gościnny ogranicza się

i przemyślenia principiów: „Co tak naprawdę

do konwersacji lekkiej i niezobowiązującej (być

się stało i jak to było możliwe?”. W przypadku

może wielka popularność kabaretów w Polsce

ludzi o  skłonnościach filozoficznych klęska

jest dziedzictwem owej „szlacheckiej lekkości”).

zmuszała do przemyślenia i przebudowania

Ma  to  oczywiście swoją „jasną stronę”; owa

całej wizji świata, a nie tylko wytykania błę‑

delikatność, brak uporu w kwestiach zasadni‑

dów taktycznych. Historia Polski i  polskiej

czych, przyczyniała się do tolerancji w najlep‑

filozofii wydaje się doskonałą ilustracją sta‑

szych latach Rzeczypospolitej oraz do talen‑

rogreckiej sentencji, że „cierpienie często daje

tów mediacyjnych polskiej szlachty w owych

pouczenie”. Owe najbardziej płodne okresy

latach. Ale ma też i ciemną stronę. Po pierw‑

to  lata 40‑ste XIX wieku, po  powstaniu listo‑

sze, sprzyjała lenistwu, odkładaniu „na jutro”

padowym; reakcją na powstanie styczniowe

(bo  „co  się odwlecze, to  nie uciecze”; a  świat

był dosyć płytki i wtórny pozytywizm (moda

34 druga wojna światowa (a szczególnie powsta‑ nie warszawskie) a  następnie twardniejący stalinizm – przyczyniła się do kolejnego oży‑ wienia filozoficznego (porównywalnego, jak sądzę, co do jakości, z tym z lat 40‑stych XIX wieku). Ożywienie to występowało na emigra‑ cji – zwłaszcza w twórczości z pogranicza lite‑ ratury i filozofii – oraz w Polsce po 1956 roku. Tutaj wyróżnić można dwa ośrodki; lewicującą warszawską szkołę historyków idei oraz kato‑ licki ośrodek krakowsko‑lubelski, nawiązujący zarówno do tomizmu, jak i szukający nowych inspiracji w myśli fenomenologicznej (ujmując rzecz w błyskawicznym skrócie, stwierdźmy, że  seria kazań rekolekcyjnych Karola Woj‑ tyły – które wygłosił w 1976 roku do kardyna‑ łów na prośbę papieża Pawła VI – przyczyniła się do jego wyboru na papieża; a nie byłoby zapewne tych kazań, gdyby nie fundament filo‑ zoficzny ukształtowany w fenomenologicznej odnodze nurtu krakowsko‑lubelskiego). Należy też odnotować, że  filozofia wyra‑ stająca z klęsk to przede wszystkim filozofia dziejów i filozofia kultury powiązana z reflek‑ sją etyczną i to jest – jak się zdaje – najbardziej płodny i oryginalny obszar polskiej filozofii (nie znaczy to oczywiście, że osiągnięcia – na przy‑ ogólnoeuropejska – filozofia ostrożna i ceniąca

kład szkoły lwowsko‑warszawskiej – na polu

konkrety – współgrała bowiem z nastrojami

logiki, metodologii nauk, filozofii analitycznej,

popowstańczymi). Kolejne ożywienie filozo‑

nie zasługują na uznanie).

ficzne to przełom wieków – w tle mamy tym

Polska historia toczyła się gwałtownym nur‑

razem gwałtowne przemiany społeczne, ale

tem również po roku 1956; wielkim wstrząsem

też ożywienie nadziei na niepodległość i w tle

były nie tylko wydarzenia 1968–1970, nie tylko

tła stałe oddziaływanie klęski powstania

powstanie Solidarności w 1980, ale – i chyba

styczniowego. Co ciekawe, wyłoniły się z tego

szczególnie – skokowa przemiana ustrojowa

płodnego zacieru – ujmując rzecz w wielkim

i gospodarcza w roku 1989. Ludzie żyjący w Pol‑

skrócie – dwa nurty: minimalistyczny i mak‑

sce w latach 70‑stych i 80‑tych, przenieśli się

symalistyczny. Minimalistyczna szkoła Twar‑

nagle – nie zmieniając miejsca w przestrzeni

dowskiego – stawiająca sobie również cele prak‑

– do  zupełnie innego świata, doznali zatem

tyczne, patriotyczno‑wychowawcze: uczenie

naocznie siły i  wszechstronności oddziały‑

Polaków solidnej roboty intelektualnej i tem‑

wania momentu historycznego. Takie przepo‑

perowanie słomianego zapału i egzaltowanej

czwarzenia są bolesne, ale też uczące (kształ‑

naiwności; oraz maksymalistyczny, metafi‑

tuje się bowiem w  nich „zmysł historyczny”

zyczny a nawet mistyczny i spirytualistyczny

niezbędny do tworzenia filozofii inspirowanej

nurt młodopolski. Obydwa te nurty kształto‑

życiem, obudowanej wokół sensu istnienia).

wały potem filozofię polską w międzywojniu.

I  teraz ważna uwaga: w  połowie lat 90‑tych

Kolejna wielka, podwójna klęska – jaką była

to się kończy; owo źródło kształtujące „zmysł

Dekada Literacka 1 (250)

35 historyczny” wysycha. Sytuacja historyczna

Kiedyś indywidualność i pasje nauczycieli prze‑

(ustrojowo‑gospodarcza) Polski się stabilizuje;

kładały się na indywidualność i pasje uczniów.

są, oczywiście, drobne perturbacje, które –

Teraz nauczyciel musi zrealizować program,

nagłaśniane przez media – urastają do „wielkich

który jest tak skonstruowany, że nie pozosta‑

wstrząsów” i „wielkich wydarzeń”, ale to złudze‑

wia „luzów” (i – co więcej – jest rygorystycznie

nia perspektywiczne. Historia Polski po stule‑

sprawdzany testowo a wyniki są analizowane

ciach zawirowań wypływa na spokojne wody.

przez „centralny komputer”). Nie trzeba chyba

Nie jestem zwolennikiem koncepcji „końca

dodawać, że  ten typ kształcenia jest wręcz

historii”. Koniec historii w  skali globalnej

zabójczy dla filozoficzności (może być, co naj‑

to mrzonka, natomiast bywa tak, że obszary

wyżej, efektywny w przypadku przedmiotów

szczególnie silnych historycznych zawirowań

czysto „pamięciowych”, gdzie króluje „mecha‑

– jak na  przykład obszar między Niemcami

niczne” przyswajanie wiedzy).

a Rosją w ostatnich kilku stuleciach (trafnie

Kształcenie i  wychowywanie, mające

przez Daviesa nazwany God’s Playground) –

w sobie coś z twórczości, zostało zastąpione

stają się spokojne i stabilne, a historyczne wiry

przez produkcję. A w produkcji – jak wiadomo

atakują inne obszary. I to jest kolejna ważna

– egzemplarze wypuszczane z fabryki, powinny

składowa sytuacji „filozoficzności” w  Polsce.

(w ramach danej serii) różnić się jak najmniej.

Ostatnie roczniki, które doświadczyły prawdzi‑

Owo wyjściowe bogactwo zainteresowań,

wych „wstrząsów historycznych”, to ludzie uro‑

talentów, osobowości, jest – w  tak pojętym

dzeni pod koniec lat 70‑tych (pamiętający zatem

procesie kształcenia – unifikowane, przycinane

starą Ludową Polskę i Polskę nową). Ludzie

(nie tylko po stronie uczniów, ale też nauczy‑

urodzeni w latach 80‑tych, zwłaszcza w dru‑

cieli; nauczyciele niekonwencjonalni, z silną

giej połowie dekady, przeżyli te wstrząsy jako

indywidualnością, z jakąś naukową pasją, owa

małe dzieci i niewiele pamiętają. Mamy zatem

niegdyś sól zawodu nauczycielskiego, muszą

wyraźne cięcie pokoleniowe, które będzie silnie

albo sami się dopasować do  szablonu, albo

wpływać na sposób postrzegania świata. Do tego dochodzą kolejne elementy osła‑

są przez system usuwani). Króluje zatem funk‑ cjonalność, wizja użyteczności i służebności

biające – i  to  znacznie – potencjał filozoficz‑ ności w  pokoleniach urodzonych po  roku 1980. Należy podkreślić niezwykle szkodliwą, w moim przekonaniu, reformę edukacji z roku 1999, dokonaną przez ministra Mirosława Handkego (wprowadzenie gimnazjów, nowych programów i  parametryzacji – ilościowego, testowego mierzenia efektów nauczania). Nie jest to miejsce na dokładną analizę, zauważę tylko, że  doprowadziło to  do  królowania „szablonów”, uśrednienia kształcenia i  zara‑ zem do „równania w dół”. Reforma obrodziła wypuszczeniem ze szkół zupełnie innej mło‑ dzieży (obserwowałem tę  gwałtowną, jako‑ ściową zmianę na zajęciach); indywidualność, pasję poznawczą, poczucie humoru związane z „zabawą intelektualną”, z „grą myślową”, której trzeba się długo uczyć, zastąpiły równe szeregi „przyczajonej” młodzieży, zainteresowanej głów‑ nie, jakim typem testu skończy się przedmiot.

Reforma obrodziła wypuszcze‑ niem ze szkół zupełnie innej mło‑ dzieży; indywidualność, pasję poznawczą, poczucie humoru związane z „zabawą intelektu‑ alną”, z „grą myślową”, której trzeba się długo uczyć, zastąpiły równe szeregi „przyczajonej” mło‑ dzieży; zainteresowanej głównie, jakim typem testu skończy się przedmiot.

36 człowieka potrzebom

Jestem przekonany, że źródła bezrobocia

rynku (uczeń powinien,

nie tkwią w  źle „funkcjonującym” szkolnic‑

kiedy dorośnie, zamienić

twie wyższym, ale gdzie indziej. I próba uza‑

się funkcjonalną śrubkę

wodowienia uczelni wyższych nie doprowadzi

zajmującą odpowiednie

do  zmniejszenia bezrobocia, ale przeciwnie,

miejsce w  mechanizmie

będzie – poprzez ogłupienie młodzieży (założe‑

rynkowym i  społecz‑

nie jej profesjonalnych klapek na oczy) – dzia‑

nym). Narzuca się wręcz

łała „przeciwskutecznie”. Rynek jest bowiem

analogia: podporządko‑

ściśle powiązany ze zmianami technologicz‑

wanie (służba) jednostki

nymi, a te zmieniają się tak szybko, że szkolnic‑

społeczeństwu w socjali‑

two wąsko zawodowe produkuje specjalistów

zmie została zastąpiona

od reperowania powozów i parowozów. Można

podporządkowaniem

też zaobserwować zjawisko charakterystyczne

jednostki

potrzebom

dla różnych reform i rewolucji: otóż reforma‑

rynkowej

torzy i rewolucjoniści natykając się na bariery,

i  mnożeniu się pienią‑

na opór rzeczywistości, uważają, że niedocią‑

gospodarki

dza. Nastąpiło zatem coś,

gnięcia, wzmaganie się zjawisk chorobowych,

co  można określić jako

kłopoty i klęski są związane nie z kierunkiem

pragmatyzację kultury.

reformy‑rewolucji (zawsze słusznym), ale z nie‑

Kolejnym logicznym

dostatkiem zmian; i w związku z tym postulują

krokiem – wedle tej funk‑

szybsze kroczenie –przyśpieszanie i uskrajnia‑

cjonalistycznej ideologii

nie. Takim krokiem w kierunku jeszcze więk‑

– stała się reforma szkol‑

szej funkcjonalizacji kształcenia jest wprowa‑

nictwa wyższego. Ude‑

dzenie odpłatności za każdy (poza pierwszym)

rza ona w filozoficzność

kierunek studiów oraz pomysł ograniczenia

i – konkretnie – w studia

liczby kierunków ogólnych (mówi się na razie

filozoficzne z  jeszcze chyba większą mocą.

o  socjologii i  psychologii), będących jakoby

Kształcenie ogólne – opierające się na bezinte‑

wylęgarnią bezrobotnych (chyba że dostosują

resownej pasji poznawczej – odchodzi w cień,

się do wymagań rynku). Szczególnie bolesnym

celem staje się kształcenie zawodowe; uniwer‑

ciosem – dla akademickiej filozofii – może

sytety zamieniają się z wolna w wyższe szkoły

okazać się ta  pierwsza korekta; młodzież –

zawodowe (siłą rzeczy również w  szkołach

mając świadomość, że będzie studiować tylko

politechnicznych i medycznych okrajany jest

na  jednym kierunku (drugi kierunek tylko

moduł przedmiotów ogólnych). Celem najwyż‑

dla zamożnych) – będzie wybierała (w duchu

szym kształcenia uniwersyteckiego nie jest już

spragmatyzowanej kultury) kierunki dające

człowiek wszechstronnie wykształcony, „kul‑

największe, w danym momencie, szanse pracy.

turalny”, a  przy okazji specjalista w  pewnej

Wydaje się, że filozofia jako odrębny kierunek

dziedzinie wiedzy; nie jest już również zapozna‑

– z wyjątkiem może dwóch, trzech głównych

wanie z prawdą i dążenie do prawdy, ale dopaso‑

ośrodków – ma szansę przetrwać jako studia

wanie absolwentów do ewoluujących potrzeb

uzupełniające, studia dodatkowe. Odpłatność

rynku pracy i konkurencji na tym rynku – szyb‑

drugiego kierunku uderza zatem, powtórzmy,

kość, przebojowość, elastyczność, efektywność,

w akademickie kształcenie filozofów ze szcze‑

ale za cenę powierzchowności („zakuj i zapo‑

gólną mocą. Nic dziwnego, że  filozofowie

mnij, nie wgłębiaj się”). Pracodawcy stają się

kształcący filozofów bronią się jak mogą.

niejako zwierzchnikami rektorów; rektorom

Takim działaniem obronnym jest tworzenie

sen z powiek spędza studiowanie tabelek z pro‑

na bazie filozofii nowych kierunków, bardziej

centami bezrobotnych absolwentów.

modnych, „nowoczesnych” – niekiedy celowo

Dekada Literacka 1 (250)

37 unikających w programach i broszurach archa‑ icznie brzmiącego słowa „filozofia”. Na kilku uniwersytetach (przy wydziałach czy insty‑ tutach tradycyjnej filozofii) powstały zatem – cieszące się sporym zainteresowanie – studia quasi‑filozoficzne: kognitywistyka, europe‑ istyka i – cokolwiek to znaczy – filozofia glo‑ balna. Podejrzewam jednak, że jest to taktyka skuteczna w krótkim czasie – tak jak nastąpił gwałtowny przypływ studentów skuszonych iluzorycznymi nadziejami na jakieś „naukowe nadzwyczajności”, tak też nastąpi ich gwał‑ towny odpływ, kiedy nadzieje te zostaną zawie‑

Postmodernizm „rozlewa się” po filozofii polskiej niszcząc nie tylko wiarę w prawdę („wszystko przejdzie”, teksty rodzą teksty, każda interpretacja jest równie uprawniona), ale też uszkadzając polszczyznę elit.

dzone i humbug wyjdzie na jaw. Wydaje mi się, że dużo bardziej roztropnym rozwiązaniem, byłoby uczynienie dla kilku

(między innymi na dworze w Syrakuzach) – bły‑ skotliwy Arystyp z Cyreny.

kierunków ogólnych – na  przykład filozofii,

Do tego należy dodać zanik czytelnictwa

kulturoznawstwa, historii sztuki – wyjątku

i  rozprzestrzenianie się kultury obrazkowej

i zniesienia odpłatności, jeśli student wybiera

(która spłyca wyobraźnię i uszkadza umiejęt‑

je jako drugi kierunek w celu „pogłębienia wie‑

ność abstrakcyjnego myślenia). Nie byłoby

dzy” i „rozszerzenia horyzontów” a nie zdobycia

filozofii bez wynalazku pisma, nie byłoby też

„fachu”. To jednak temat na odrębną rozprawkę.

ekspansji filozofii (zwłaszcza w  oświeceniu

Na koniec jeszcze trzy składowe sytuacji,

i nowoczesności) bez wynalazku druku – koniec

trzy elementy wpływające na poziom i jakość

ery Gutenberga (jeśli ta  przepowiednia się

filozoficzności (dwa ulokowane w  kulturze

spełni) byłby potężnym ciosem w  filozoficz‑

masowej, trzeci w kulturze wysokiej).

ność. Co więcej, owa kultura obrazkowa jest

W kulturze masowej dominuje obecnie coś,

coraz bardziej jaskrawa; prawo konkurencji

co Kołakowski nazwał „fazą żarłoczności nie‑

powoduje, że  obrazki migają coraz szybciej

poskromionej”, a co bywa określane – w spo‑

i są coraz bardziej nasączone „bulwersującą”,

sób bardziej opisowy – jako konsumpcjonizm.

„porażającą” treścią. Nie trzeba chyba dowo‑

Otóż konsumpcjonizm posiada swoją nadbu‑

dzić, że „cały ten zgiełk” działa antyrefleksyjnie

dowę ideologiczną, płytką minireligię upatru‑

i antyfilozoficznie.

jącą szczęście w kupowaniu coraz to nowych

Dodajmy do tego groźną tendencję umiej‑

gadżetów, które stają się minimesjaszsmi, mają‑

scowioną w kulturze wysokiej – jest nią roz‑

cymi odmienić świat i życie konsumenta. Owa

przestrzeniający się wśród twórców i filozofów

ideologia, zwana konsumeryzmem, świetnie

postmodernizm. Jest to odmiana anty‑filozo‑

współgra z „pragmatyzacją” kultury; liczy się

fii, czyli filozofii wieszczącej koniec filozofii;

bowiem tylko to, co przynosi pożytek, czyli służy

wieszczącej koniec wielkich filozoficznych prób

zwiększeniu konsumpcji. Jest oczywiste, że taki

pojęcia świata jako całości i dotarcia do istoty;

typ myślenia jest jak najdalszy od klasycznej

koniec – zatem – metafizyki. Nie idzie jednak

postawy filozoficznej, która opiera się na pew‑

tylko – w duchu pozytywizmu – o ograniczenie

nym rysie ascetycznym: zadumie i kontempla‑

ambicji i zajęcie się sprawami drobniejszymi,

cji, oderwaniu od spraw bieżących i myślenia

analizami filozoficznymi wybranych zagad‑

wąsko‑praktycznego. Nawiasem mówiąc, patro‑

nień, ale o odrzucenie wiary w istnienie obiek‑

nem obecnej fazy w kulturze masowej mógłby

tywnej rzeczywistości (my jej nie rekonstru‑

być nieco zapomniany – a konkurujący za życia

ujemy, my ją konstruujemy), a zatem również

z Platonem o sławę najwybitniejszego filozofa

o odrzucenie wiary w prawdę, czyli o dogłębny

38 relatywizm epistemologiczny. Tendencja do relatywizacji i odrzucenia prawdy, zatrata „intuicji prawdy” (związana z ekspansją histo‑ rycyzmu i psychologizmu) – którą dostrzegł Husserl na początku XX wieku i którą uważał za niezwykle groźną, bo uderzającą w funda‑ ment kultury europejskiej – w postmoderni‑ zmie uzyskuje nadzwyczajne nasilenie i, by tak rzec, swoje zwieńczenie; albowiem już dalej chyba – w tę stronę – iść nie sposób. Postmodernizm „rozlewa się” po  filozofii polskiej niszcząc nie tylko wiarę w  prawdę („wszystko przejdzie”, teksty rodzą teksty, każda interpretacja jest równie uprawniona), ale też uszkadzając polszczyznę elit. Główny nurt postmodernizmu cechuje bowiem złożoność i mętność stylu (konteksty, dyskursy, narracje i metanarracje mieszają się ze sobą, a im bardziej są zmieszane, tym mądrzej – a, zacytujmy Gom‑ browicza, „im mądrzej tym głupiej”). Pojawia się też swoista neoscholastyka – klasycy postmo‑ dernizmu są  cytowani i  ich skomplikowane i  mętne cytaty są  uzupełniane przez jeszcze bardziej skomplikowane i mętne komentarze i komentarze do komentarzy. W ten sposób nie‑ znane jest tłumaczone przez nieznane, niezro‑ zumiałe przez niezrozumiałe i powstaje z tego jakiś zadziwiający, lawinowo rozrastający się patchwork.

Ideologia, zwana konsumery‑ zmem, świetnie współgra z „prag‑ matyzacją” kultury, liczy się bowiem tylko to, co przynosi pożytek, czyli służy zwiększe‑ niu konsumpcji. Jest oczywiste, że taki typ myślenia jest jak naj‑ dalszy od klasycznej postawy filozoficznej, która opiera się na pewnym rysie ascetycznym. Dekada Literacka 1 (250)

Intencje postmodernistów są zresztą czę‑ sto – jak to nieraz bywa przy złych skutkach – szlachetne. Postmoderniści bowiem – w imię obrony przed tyranią kapłanów i ideologów, którzy głoszą „swoją prawdę” – wylewają dziecko z  kąpielą i  twierdzą, że  prawdy nie ma. Kiedy jednak prawdy nie ma, człowiek (jednostka) staje bezbronny wobec mniemań większości lub wobec potęgi państwa, które wyrokuje, co  prawdą jest. Fanatyczna wiara w prawdę bywa groźna, ale niewiara w prawdę, w dłuższym czasie, jest – jak się zdaje – wręcz zabójcza. Dlatego też z  wielkim niepokojem patrzę na  polską myśl filozoficzną zainfeko‑ waną postmodernizmem. Zarówno w  przypadku kultury masowej, konsumpcjonizmu i obrazkowości, jak i w przy‑ padku kultury wysokiej daje się zauważyć

39 pewna polska wada uchwycona przez Słowac‑

wybitne. Prawie każdy bowiem filozof z powo‑

kiego: Polska mianowicie jest „papugą naro‑

łania (przynajmniej za młodu), nosi w swoim

dów”. Wszystkie te  modne strumienie wle‑

tornistrze buławę marszałka, czyli mędrca,

wają się do Polski z wielkim impetem i zyskują

który wszystko wszystkim wyjaśni.

postać wyjątkowo marną. Biorąc pod uwagę owe wszystkie wymie‑ nione wyżej „składowe sytuacji” przypuszczam, że  nadchodzi w  filozofii polskiej czas „wiel‑ kiej jałowości”. Spodziewam się jeszcze kilku wybitnych książek po pokoleniu urodzonym we wczesnych latach osiemdziesiątych, kiedy jednak za kilka dekad i ono zamilknie, praw‑ dopodobne wydaje mi się spełnienie (ale tylko w ograniczonym miejscu i czasie) przepowiedni Witkacego o zaniku „metafizycznego poczucia dziwności istnienia” i zamieraniu filozofii. Nie znaczy to oczywiście, że zniknie filozofia aka‑ demicka, przeciwnie, akademicka produkcja filozoficzna będzie się rozwijała niezwykle dynamicznie (ilość zatem będzie dążyć do nie‑ skończoności, a jakość do zera). Nie chciałbym być jednak przesadnie czarno widzący – przyszłość jest nieznana i może nas zaskoczyć, poza tym nawet na jałowym grun‑ cie mogą wyrosnąć piękne rośliny. Pojawienie się wielkiego pisarza, albo wielkiego filozofa, ma w sobie coś – jak ktoś słusznie zauważył – ze zjawisk cudownych. Nie sposób zatem ani tego przewidzieć, ani wykluczyć. Mój pesymizm jest związany z przekonaniem, że opisane „skła‑ dowe sytuacji”, wyjaławiające grunt filozoficz‑ ności w Polsce, zmniejszają prawdopodobień‑ stwa takiego cudu. Powyższe wywody mają w tle następujące przekonanie: w filozofii i filozoficzności liczy się tylko wierzchołek i  podstawa. Wierzcho‑ łek to dzieła i koncepcje wybitne, które wra‑ stają w kulturę i trwale rzeźbią ludzkie umysły i „serca”; podstawa to „mądrość ludu”, narodu, społeczeństwa (ujmijmy to jako trójcę: połącze‑

Jacek Breczko

nie szerokich horyzontów, roztropności i cnoty).

Filozof, dr. hab., pra‑

Średnie obszary filozofii (w tym filozofia aka‑

cuje w Studium Filozofii i Psychologii

demicka) – znajdujące się pomiędzy owym

Uniwersytetu Medycznego

wierzchołkiem i podstawą – mają wartość o tyle,

w Białymstoku. Autor

o ile służą jako pas transmisyjny przekazujący w dół treści z owych wyżyn oraz jako płodny grunt, z którego mogą wyrastać kolejne dzieła

książki: Poglądy historiozoficzne pisarzy z kręgu Kultury paryskiej, Lublin 2010

40

Diagnoza filozofii współczesnej

Profesora filozofii już nikt nie potrzebuje Rozmowa z profesorem Janem Hartmanem Marek Kozicki: Czym dla ciebie jest filozofia? Jan Hartman: Jestem tak wrośnięty w filo‑

z tego retorycznego narzędzia, jakim jest nazy‑ wanie czegoś tam filozofią, czy siebie filozofem, czy kogoś tam innego filozofem, to już wyci‑

zofię, że nie jest dla mnie niczym, jest po pro‑

snęliśmy. Retoryczny potencjał słowa filozofia

stu jak powietrze. Ja po prostu się z tym uro‑

został już do cna wykorzystany. Na przykład

dziłem. Wszystko się zaczęło od może nieco

w Stanach Zjednoczonych słowo philosopher

neurotycznych ambicji dziecka, które chciało

nie znaczy nic poza ogólnymi rozważaniami

mieć jakieś pole, w którym ma przewagę nad

na jakikolwiek właściwie temat, bądź jakimiś

innymi. Chciało także mieć narzędzie, żeby

deklaracjami o charakterze mniej praktycznym.

sobie samemu dokuczać i karać się za jakieś

To słowo jest po prostu przerywnikiem, wytry‑

wyimaginowane winy, wobec czego od małego

chem. I tak samo będzie w Europie, aczkolwiek

ćwiczyło się w myśleniu abstrakcyjnym, teo‑

w Niemczech czy Francji kategoria filozoficzno‑

retycznym, spekulatywnym. Jestem głęboko,

ści ma jeszcze przed sobą kilkudziesięcioletnie

osobowościowo filozofem, więc dla mnie

życie po życiu. Ale tak czy inaczej musimy się

to jest żywioł, w którym żyję. Natomiast znam

przygotować na świat, który będzie się dobrze

wszystkie publiczne wizerunki, awatary filo‑

obywał bez tej kategorii, bez tego słowa.

zofii, a także wszelkie projekty, które tworzono

MK: Mówisz, że  filozofia jest dla ciebie

na  użytek filozofów. Projekty filozofii jako

powietrzem, którym oddychałeś od  dziecka,

chwalebnej, niezbędnej działalności. Jestem

i  że  nadal działasz, pracujesz w  filozofii.

wobec wszystkich tych projektów, zarówno

To  co  powiedziałeś wcześniej można byłoby

starożytnych jak i  dziewiętnastowiecznych,

uważać za uznanie własnej działalności za bez‑

sceptyczny. To, co dzisiaj publicznie uchodzi

sensowną. Czy może to tylko mniejsze aspiracje

za filozofię, to są jakieś pogłosy, zniekształcenia,

związane z oczekiwaniami jeżeli chodzi o wła‑

echa programów dekretowania czy instalowa‑

sne produkty?

nia filozofii w przestrzeni publicznej przez roz‑

JH: Ja jestem w wyjątkowej sytuacji, ponie‑

maite odłamy dziewiętnastowiecznej filozofii.

waż jeszcze jestem po tamtej stronie. Wywodzę

To wszystko ma znaczenie historyczne. Wize‑

się ze świata, w którym jeszcze pełnymi gar‑

runki publiczne filozofii są pochodną wyobra‑

ściami czerpaliśmy z honorów i splendorów,

żeń filozofów o  tym, jak chcieliby być wraz

z którymi się wiązała filozoficzność, akcesja

ze swoją działalnością postrzegani. To są w tej

do  filozofii. Jeszcze dwadzieścia, trzydzieści

chwili fakty kulturowe z przeszłości. Dzisiaj

lat temu świetnie funkcjonował taki magiczny

to już nie ma prawie żadnego znaczenia – słowo

dyskurs filozoficzny, że my oto jesteśmy straż‑

filozofia już nie jest ani nośnikiem jakichś

nikami rozmaitych wielkich myślicieli, ze szcze‑

wyraźnych postulatów czy wyrazistych zna‑

gólnym uwzględnieniem dziewiętnastowiecz‑

czeń, ani przedmiotem jakiejś szczególnej uwagi

nych, którzy nas ukształtowali i uprawomocnili

czy sporów. Wszystko, co mogliśmy wycisnąć

jako humanistów. Mogę sobie jeszcze robić

Dekada Literacka 1 (250)

41 karierę jako filozof i tylko filozof. I to jest ostat‑

Nie przeszkadza mi, że się tej tożsamości już

nia taka kariera. Nie będzie po mnie, w Polsce

nie będzie drążyć i budować wciąż na nowo,

w każdym razie, żadnego klasycznego profe‑

i odbudowywać, i tracić czasu i energii na zasta‑

sora filozofii, który się po prostu tylko na filo‑

nawianie się, co to jest filozofia i co to znaczy

zofii zna i na niczym innym. Wszyscy następni

być filozofem. Wszystko to jest dosyć nudne

będą robić kariery i funkcjonować publicznie

i żałosne. I mówię to ja, który jest wyspecjali‑

jako znający się na  czymś, czyli nie będący

zowany w metafilozofii, czyli właśnie teorii filo‑

tylko filozofami, czy w ogóle nie będący filozo‑

zofii. Wcale tego nie żałuję, nie uwiera mnie to,

fami. To ma też dwie strony, dlatego że filozofia

że się rozstaniemy z tymi uzurpacjami związa‑

jest w tej chwili jak prostytutka – kompletnie

nymi z nazywaniem się filozofami. Żałuję tylko,

do wzięcia. Każdy się może ogłosić filozofem.

że nieuniknionym elementem końca filozofii

Pewna część huma‑ nistów, którzy funk‑ cjonują publicznie, zamarzyła

sobie

i  sobie zakaprysiła, że  oni się będą pre‑ zentować jako filo‑ zofowie. I  nikt nie protestuje. To  jest zupełnie porzucona kategoria. Ja  mam bardzo uprzywilejo‑ waną pozycją, nato‑ miast jestem tym, który gasi światło, ostatnim filozofem. I  nie mam na  myśli śmierci teoretycznej.

jest śmierć instytu‑

To co dzisiaj publicz‑ cji, które filozofię zawierają w  nazwie. nie uchodzi za filozo‑ Forma instytucjo‑ nalna pod nazwą fię, to są jakieś pogłosy, Instytut Filozofii roz‑ pada się na  naszych zniekształcenia, echa oczach. Ta  organi‑ programów dekretowa‑ zacja akademicka, trzeba nazwać nia czy instalowania którą środowiskiem filo‑ filozofii w przestrzeni zoficznym, na moich oczach gnije. To  jest publicznej przez rozma‑ oczywiście bardzo proces ite odłamy dziewiętna‑ zasmucający i  muszę go oglądać. stowiecznej filozofii. Sam będąc młody

To nie znaczy, że problemy filozoficzne prze‑

i  naiwny

bardzo

wiele energii zużyłem na  to, żeby ratować

staną być problematyczne, czy że przestaną

to środowisko, żeby je konsolidować, ożywiać.

kogokolwiek interesować. To się kończy jako

Pracowałem na jego rzecz właściwie bezintere‑

pewna formacja kulturowa, formacja kultu‑

sownie przez bardzo wiele lat i nie przyniosło

rowa zdefiniowana przez afirmację czy przez

to żadnego efektu. Właściwie tego środowiska

akcesję do  tego znaku firmowego, którym

już nie było wtedy, kiedy ja próbowałem je ani‑

jest filozofia. To się kończy, ja jestem ostatni,

mować. Nie dostrzegałem tego. A dzisiaj każdy

a ostatni jest uprzywilejowany – sprząta, gasi

wie już, że go nie ma. Nie ma żadnego środowi‑

światło, zjada resztki ze  stołu. Mam bardzo

ska filozoficznego. Instytuty filozofii są relik‑

dobrą pozycję i cieszę się tym. Ostatni zawsze

tami i będą zamierać, są skazane na wymarcie.

jest historyczny. Tak się składa, że jestem naj‑

I to nie jest niczyja wina. Myślałem dawniej,

młodszy i nikt młodszy ode mnie nie robi tego

że to jest wina rozkładająca się na wiele mier‑

typu kariery w Polsce. Więc można powiedzieć,

not i wiele błędów. Dzisiaj rozumiem, że jest

że mam zagwarantowane, że jestem tym ostat‑

to znacznie głębszy proces, którego nikt, nawet

nim profesorem filozofii i tylko filozofii i to jest

najbardziej aktywni inteligentni, kompetentni

bardzo przyjemna uprzywilejowana pozycja.

ludzie, w dużej liczbie, nie mogli powstrzymać.

W związku z tym ja absolutnie nie mam poczu‑

Ta formuła się wyczerpała historycznie. Trzeba

cia frustracji. Nie boleję nad końcem filozofii.

szukać innej. Niestety przyszli filozofowie będą

42 musieli sobie poradzić bez tego szyldu filozofii,

MK: Ale ta zmiana pozycji filozofii współ‑

A także do pewnego stopnia, bez pewnego, choć

cześnie w sposób oczywisty wiąże się na przy‑

bardzo wątłego, ale jednak, kanonu wiedzy

kład ze zwiększoną płynnością świata, czego

filozoficznej. Kanonu związanego z konkret‑

konsekwencją jest brak możliwości racjonal‑

nymi nazwiskami wybitnych filozofów. Tutaj

nej rekonstrukcji rzeczywistości. Coś, co było

może być przejściowo pewna strata kulturowa.

ideałem i zadaniem filozofii i czego próby były

Liczba czytelników wielkich dzieł filozoficznych

podejmowane jeszcze na początku XX wieku.

ze szczątkowej spadnie prawie do zera. Może

Świat się zmienił, filozofia też się zmienia. Z dru‑

to  być przejściowo jakaś strata, ale pewnie

giej strony w tym zagubieniu jest coraz większa

w przyszłości to się wyrówna. I będzie znowu

potrzeba filozofii w starym stylu. Ona jest już

tak: w Polsce Krytykę czystego rozumu miało

całkowicie niemożliwa Twoim zdaniem?

przeczytanych ze zrozumieniem powiedzmy

JH: Nie. Niegdyś do stylu życia zamożnego

dwieście osób, potem może sto. W przyszłości

mieszczanina, a nawet niekoniecznie zamoż‑

pięćdziesiąt. Potem może znowu będzie sto,

nego, mającego aspiracje intelektualne, nale‑

a potem może znowu będzie kiedyś dwieście.

żało czytanie grubych książek. Indywidualizm

To są sprawy tak naprawdę nieistotne.

takich projektów intelektualnych i ich szeroki zakrój był czymś zupełnie naturalnym, ponie‑ waż generalnie nauka miała charakter ama‑ torski. Więc nikogo nie dziwiło, że ktoś chce napisać bardzo grubą książkę, gdzie będzie wyłożona spójna teoria wszystkiego, czyli sys‑ tem. Dzisiaj to jest śmieszne. Nikt nie ma czasu ani ochoty czytać takich książek, nie ma więc mowy o  tym, żeby jakieś jednostki karmiły świat swoimi systemami i znajdowały jakąś większą publiczność. Struktura obrotu społecz‑ nego się zmieniła i trochę się zracjonalizowała, więc to już jest przeszłość. MK: Ale na  poziomie osobistym, każdy, nawet, jeśli nie jest filozofem, ma  potrzebę uświadomienia sobie, zbudowania własnej tożsamości. JH: Ale nie musi posiłkować się w tym czy‑ taniem grubych książek, tylko może przeczytać sto krótkich tekstów i obejrzeć kilka filmów. Najchętniej szuka sobie jakiegoś światopoglądu czytając jednak literaturę, bo jest łatwiejsza, niż teksty teoretyczne. A już na pewno nie jakieś profesjonalne. Bo w tej chwili dużo jest produk‑ cji filozoficznych o charakterze profesjonalnym, jakichś artykułów w czasopismach filozoficz‑ nych anglosaskich. To w ogóle nikogo nie inte‑ resuje, bo jest potwornie nudne, kompletnie się rozjechało. Natomiast ci inteligentni ludzie, którzy mają wiele do powiedzenia, dawno już nie mają wykształcenia filozoficznego i sami sobie są  wystarczająco filozofami. Świat

Dekada Literacka 1 (250)

43 akademicki nie potrzebuje już kurateli pro‑ fesorów filozofii, żeby nadrobić deficyty inte‑ lektualne. Jeszcze niedawno było tak, że jakiś fizyk czy biolog był naiwny i czasami wiedział, że  jest naiwny, więc potrzebował wsparcia filozofów i  tęsknił za  czymś ogólnym i  głęb‑ szym. Dzisiaj to, co ogólne, głębsze, bardziej krytyczne doskonale sobie funkcjonuje poza organizacyjnymi strukturami filozofii. Także poza językiem filozoficznym, poza tradycją filozoficzną. Myśl filozoficzna, spekulatywna czy ogólnie teoretyczna odradza się na  róż‑

To się kończy jako pewna forma‑ cja kulturowa, formacja kultu‑ rowa zdefiniowana przez afir‑ mację czy przez akcesję do tego znaku firmowego, którym jest filozofia. JH: Bierze się z idei zjednoczenia Niemiec,

nych polach kultury, bardzo czasem daleko

do której potrzebna była ideologia. I ta ideolo‑

od uniwersytetu. Te dziedziny kultury, na czele

gia została dostarczona przez filozofów. Filo‑

z nauką, robią się coraz bardziej inteligentne,

zofowie wymyślili państwo pruskie, wymyślili

coraz bardziej teoretycznie czyli filozoficznie

nowoczesny etos państwotwórczy, taki nowo‑

samowystarczalne. Profesora filozofii już nikt

czesny republikanizm demokratyczny. Byli

nie potrzebuje. On się może tylko przydać cza‑

autorami koncepcji uniwersytetu jako central‑

sem jako retor. Zamówienia publiczne, jakie

nej instytucji dla ducha państwowego i mieli

mamy my, filozofowie, mają charakter wyłącz‑

bardzo uprzywilejowaną pozycję. A  potem

nie retoryczny – przemów na pogrzebie, otwórz

to się powoli zdegenerowało i przyjęli drugą

konferencję, wygłoś okolicznościowy wykład.

pozycję, schodek niżej, komentatorów nauki.

Te  oczekiwania mają charakter wyłącznie

A wreszcie jeszcze jeden schodek niżej – strażni‑

rozrywkowy. Powiedz coś ładnego. Jedynym

ków dziedzictwa kulturowego ze szczególnym

w tej chwili na świecie tradycyjnym filozofem,

uwzględnieniem humanistyki dziewiętnasto‑

który jest mentorem publicznym i który jest

wiecznej. Czyli zeszli na  taką pozycję filolo‑

ostatnim filozofem w wymiarze światowym,

giczno‑historyczną. No i tak sobie tam jeszcze

bo o sobie mówiłem w wymiarze Polski, jest

dożywają do emerytury, ale oczywiście są słabi

Jurgen Habermas i nikt ani trochę nie posu‑

w porównaniu z profesjonalnymi historykami

nął się na  tej ścieżce. To  jest zdecydowanie

i filologami. Mogę podać przykład, jak to funk‑

ostatni filozof. A  i  on musi mieć podpórkę,

cjonuje. Można być całe życie profesorem opo‑

niestety. Nie jest tylko filozofem, jest także

wiadającym, jaki wspaniały był Platon, i ucho‑

co najmniej w takim samym stopniu socjolo‑

dzić za  starożytnika. Ale potem przychodzi

giem. Bez tego nie udałoby mu się absolutnie

ktoś, kto jest profesjonalnym historykiem i robi

tej pozycji osiągnąć. Nie uzyskałby autorytetu,

jakąś konkretną robotę historyka i wyprzedza

gdyby nie był profesorem czegoś bardziej kon‑

tego szacownego profesora o dziesięć długo‑

kretnego. Mimo to można uznać, że to jest taki

ści. W  Polsce takim przykładem jest Maria

ostatni filozof w wymiarze globalnym. Niemcy

Dzielska, która po  prostu zrobiła normalną

są ostatnim krajem, w którym jeszcze filozofia

robotę historyczną pisząc monografię Hypa‑

pełni tradycyjną, dziewiętnastowieczną rolę

tii z Aleksandrii, która stała się bestsellerem.

mentora i rolę państwotwórczą. To się skoń‑

Dzielska nie potrzebowała do tego ani statusu

czy w ciągu kilkunastu lat. Życzę Habermasowi

filozofa, ani związku z instytutem filozofii. Nie

długiego życia, ale tak czy inaczej jest u kresu.

ma nic wspólnego z filozofami, a nikt się nie

Za chwilę nawet w Niemczech będzie, że tak

może z nią w Polsce równać pod względem zna‑

powiem, posprzątane po filozofii.

czenia naukowego w tej dziedzinie. To znaczy

MK: A  skąd się bierze ta  rola filozofii w Niemczech?

nikt nie może z pozycji hermeneuty, strażnika dziedzictwa ducha greckiego i filozofii greckiej,

44

Właściwie tego środowiska już nie było wtedy, kiedy ja próbowałem je animować. Nie dostrzegałem tego. A dzisiaj każdy wie już, że go nie ma. konkurować z profesjonalnymi historykami,

jadłodajnia w postaci pięknoduchowskich opo‑ wiastek o tym, jakie mamy wspaniałe korze‑ nie, jak cudny był Platon. Jest też oczywiście coś dla wytrawnych koneserów. Można sobie przeczytać dzisiejsze wersje dziewiętnasto‑ wiecznej literatury erudycyjnej, one się mają jak nowoczesny samochód do  kolaski, tak, że jest w czym wybierać. Niemniej jednak, jak człowiek ma jakieś psychologiczne skłonności do chandry i wyizolowania, i musi koniecznie

starożytnikami. To się po prostu kompletnie

być poszukujący i depresyjny, no to dalej taki

zdeprofesjonalizowało. Jeszcze w XIX wieku nie

będzie, na to nie ma rady. Terapeutyczny poten‑

było idei profesjonalizmu i takiego wyraźnego

cjał oferty kulturowej jest dość ograniczony.

podziału na profesjonalistów i pięknoduchów.

Bo oczywiście lepiej dla zdrowia psychicznego

No a dzisiaj widać, kto jest pięknoduchem, a kto

jest urodzić się w buszu, biegać za antylopami,

jest zawodowym historykiem. Nawet ci straż‑

niż żyć w  tak skomplikowanym świecie jak

nicy, pięknomówcy, jak na przykład Stróżewski,

współczesny. Nie zamkniemy internetu, nie

są już kompletnie niepotrzebni. Jest jeszcze

zamkniemy bibliotek.

może grupa egzaltowanych inteligentów, którzy

MK: A  czy poza metafilozofią, którą się

bardzo potrzebują szacownych pięknoduchów,

zajmowałeś i  zajmujesz (zajmujesz się też

żeby posłuchać coś o Platonie i wartościach.

aktywnie bioetyką i z racji miejsca, w którym

Ale ta klientela, ta publiczność, jest zdecydowa‑

pracujesz i  z  racji zainteresowań).... Dostrze‑

nie wymierająca. Ten ostatni szaniec filozofii,

gasz przyszłość jakichś innych poddziedzin czy

czyli pięknoduchostwo i piękne opowiadanie

specjalizacji filozofii?

o klasycznych myślach i klasycznych toposach

JH: Bioetyka nie ma nic wspólnego z filo‑

kultury, stanie się niepotrzebne i nieatrakcyjne.

zofią, poza jakimś sztafażem, jako że  trochę

A profesjonaliści mają się świetnie i dalej się

filozofów brało udział w tworzeniu bioetyki.

będą mieli świetnie i do niczego kompletnie im

No bo każdy filozof musi sobie znaleźć jakąś

słowo filozofia jest niepotrzebne.

działkę, ja też poniekąd, ale u mnie to jest coś

MK: Ale funkcje, które utraciła filozofia

ubocznego. Teoria literatury, polityka, teoria

nadal są  potrzebne. Są  potrzeby, które tego

polityki, teoria nauki – tych pól może być wiele.

typu funkcje powinny zaspakajać. Tradycyjnie

Bioetyka to jest jedna z odskoczni dla filozofów,

mówiło się, że to jest albo filozofia albo religia,

którzy nie mają co ze sobą zrobić. Nie, bioetyka

albo sztuka. Sądzisz, że religia i sztuka mają się

nie ma  nic wspólnego z  filozofią, poza tym,

lepiej i że przejmują tą rolę?

że było tam paru filozofów, lub starano się ich

JH: Akurat podaż ducha jest ogromna,

cytować na zasadzie retorycznego ozdobnika.

jest to, można powiedzieć, nadpodaż. Ostat‑

Bioetyka jest całkowicie praktyczna i nawet

nio można otworzyć internet i  zrobić sobie

z  etyką ma  niewiele wspólnego. To  są  kon‑

wycieczkę po wielkich ideach, wielkich myślach,

kretne problemy do rozwiązania.

wielkich przeżyciach, które sobie ktoś arty‑

MK: Bioetykę tworzą lekarze?

kułuje na różnych polach na przykład sztuki,

JH: Pół na pół – lekarze i rozmaici huma‑

nauki, religii czy filozofii. Dla każdego stosow‑

niści. Ale tam filozofia nie ma nic do gadania,

nie do jego możliwości umysłowych znajdzie

bo  jak bym zaczął coś filozofować przy pro‑

się odpowiedni pokarm duchowy. Pokarm

blemie równego dostępu do organów do prze‑

duchowy jest dziś bardzo łatwo dostępny.

szczepów, no to  pomyślano by, że  marnuję

Można powiedzieć, że jest i fast food w postaci

czas, że się wymądrzam, już nie mówiąc o tym,

jakiejś tam ludowej religijności. I jest taka tania

że najzwyczajniej w świecie nikt by mnie nie

Dekada Literacka 1 (250)

45 rozumiał. To jest zresztą środowisko profesjo‑

dziedzinach. Wytworzyli znaczące pola pro‑

nalistów a nie jakichś tam filozofów spekula‑

fesjonalności, pośród których najważniejsza

tywnych. Więc z filozofią wbrew pozorom nie

jest teoria nauki. Ludzkość uprawia naukę bar‑

ma to nic wspólnego, natomiast są działy filo‑

dzo intensywnie, coraz intensywniej, dobrze

zofii, i to jest wiedza profesjonalna, które mają

by było, żeby byli tacy, którzy się znają na tym,

się w pewnym sensie dobrze. Projekt z połowy

jak ta nauka funkcjonuje. Co nią jest i dlaczego,

dwudziestego wieku, żeby uciec do  przodu,

jaka jest jej dynamika i logika. No i powstała

to znaczy porzucić całą tą męczącą dziewięt‑

taka dyscyplina naukowa, metanauka, którą

nastowieczną tradycję, i zacząć od zera, w dużej

można nazwać filozofią nauki. Częściej jednak

przyjaźni z logiką i z naukami przyrodniczymi,

mówi się o teorii nauki, ponieważ słowo filozo‑

czyli projekt filozofii analitycznej, właściwie

fia już specjalnie nikogo nie podnieca. I tu jest

się do pewnego stopnia powiódł. Chodzi o to,

świetnie. To  jest nadal w  rękach filozofów,

że zaakceptowano go. Zaakceptowano facetów,

departamentów filozofii. Jak ktoś się tym zaj‑

którzy się na każdym uniwersytecie zajmują

muje, to jeszcze się to kojarzy z filozofią. Nato‑

jakimiś abstrakcyjnymi dyskusjami, choć pro‑

miast drugim takim polem jest teoria języka

wadzonymi w języku zbliżonym do potocznego,

i tutaj przez pewien czas filozofowie byli z lin‑

gdzie jakieś zagadnienia poznawcze, jakoś tam

gwistami partnerami dla siebie. W dużej mierze

zrozumiałe dla każdego, są kontynuowane. Jest

No więc nikogo nie dziwiło, że ktoś chce napisać bardzo grubą książkę, gdzie będzie wyłożona spójna teo‑ ria wszystkiego, czyli system. Dzisiaj to jest śmieszne.

pewna akceptacja dla takiego stylu i dla ludzi, którzy zajmują się tym, czyli argumentologią, używaniem zrozumiałych powszechnie argu‑ mentów w odniesieniu do problemów, które każdy mniej więcej może rozumieć jako cie‑ kawe. Kultura przeniesionej na wyższy poziom profesjonalnej dyskusji dobrze się właściwie utrwaliła i  filozofia analityczna całkiem nie‑ źle funkcjonuje. I jeszcze pewnie będzie sobie funkcjonować, ale za bardzo wysoką cenę. Musi

jest to zasługa Wittgensteina, który sam nie był

po prostu spełniać warunek, o którym mówi‑

bardzo profesjonalny ale zainicjował profesjo‑

łem – mimo całej precyzji, której się niektórzy

nalną filozofię języka, która nawiązała kontakt

filozofowie analityczni dopracowali, precyzji

z językoznawstwem. Dziś już może słowo filo‑

sposobu mówienia, pewnego nawet własnego

zofia języka brzmi ekscentrycznie, ale jeszcze

języka, są to i muszą być bardzo proste, rozsąd‑

niektórzy filozofowie mogą się porozumiewać

kowe, argumenty. Jakieś neooświecenie. Istotą

z profesjonalistami, rozmaitymi przedstawicie‑

filozofii analitycznej jest to, że  jest ciągiem

lami dyscyplin lingwistyki.

dobrze wyrażonych, logicznych argumentów.

Dalej mamy też coś takiego jak taka ogólna

Jest taką sobie rozmową, przerzucaniem się

teoria polityki. Tutaj jakaś tożsamość filozo‑

argumentami, pomysłami, paradoksami, ale

ficzna jeszcze się zachowała. Jakiś szacunek

pod warunkiem, że  to  jest wszystko bardzo

dla tych filozofów, którzy nie uprawiają poli‑

jasne, dla każdego zrozumiałe, a więc się gene‑

tologii technicznej, tylko bardziej romantyczną

ralnie trzyma tego, co się w filozofii nazywa

teorię polityki czy filozofię dziejów. I  tutaj

rozsądkiem i ponad co się zawsze filozofia pró‑

są  duże osiągnięcia ludzi którzy wywodzą

bowała troszeczkę wspiąć. Więc to jest taka

się z filozofii‑filozofii. Czyli z departamentów

formuła połowiczna. Natomiast w tej formule

czysto filozoficznych, bo pamiętajmy, że słowo

udało się osiągnąć bardzo wiele profesjonal‑

filozofia ma niesamowicie szerokie zastosowa‑

nych odkryć. Filozofowie mają wielki sukces

nie. Jest parę osiągnięć, ale te osiągnięcia, przez

w  ostatnich dziesięcioleciach w  wybranych

to, że się filozofia profesjonalizuje w jakichś

46 tam punktach, są bardzo szybko przejmowane

prawie, żeby filozofować. Po prostu zależnie

przez ogólną strukturę świata nauki i  odry‑

od  tego, jaką pozycję społeczną ma  ten, kto

wane od tej tożsamości filozofii‑filozofii. Słowo

sobie filozofuje (dobrze czy źle), taką pozycję

filozofia zaczęło w  pewnym momencie zna‑

mają też jego produkcje. Jak ktoś jest profeso‑

czyć wszystko. W XVIII wieku słowem filozofia

rem filozofii i napisze książkę o tym, jaki jest

zaczęto nazywać wszystko, co nie jest matema‑

świat, no to nikt tego nie czyta. Na przykład,

tyką i filologią. Nie było jeszcze wtedy zróżni‑

jeśli ja napiszę taką książkę. Napisałem ostat‑

cowanych za bardzo nauk, wobec czego filozo‑

nio traktat Wiedza – Byt – Człowiek o bardzo

fia była totalnością wiedzy i to jeszcze trwało

ogólnym zakroju. Przeczyta go, powiedzmy,

do XX w. Mój ojciec był profesorem matematyki,

dwieście osób w ciągu dziesięciu lat. Gdybym

a przedwojenny doktorat z matematyki nazy‑

natomiast był na przykład księdzem, przeczyta‑

wał się doktoratem z filozofii. To pokazuje jaką

łoby dwa tysiące osób, gdybym jeszcze do tego

dziwką od dawna filozofia jest. Każdy może się

był fizykiem, czyli miał te dodatkowe honory,

nazwać filozofem. Do dzisiaj doktor nie prawa

które budują autorytet, to przeczytałoby dzie‑

i nie medycyny po angielsku jest philospher.

sięć tysięcy. To tak funkcjonuje. Oczywiście,

To jest słowo kompletnie pozbawione znacze‑

że ludzie wolą czytać wynurzenia filozoficzne

nia od dawna, ale do niedawna była wyraźna

profesora fizyki, niż profesora filozofii. Trak‑

tożsamość filozof‑filozof, filozof prawdziwy,

tują je nieporównanie bardziej poważnie, nawet

filozof‑tylko‑filozof. Ona w ten sposób się wła‑

choćby lekarza. W Polsce, słabe zresztą eseje

śnie kończy, że jak coś dobrego filozofowie dla

filozoficzne jednego z profesorów medycyny

świata zrobią, to są identyfikowani jako profe‑

osiągają przynajmniej dziesięciokrotnie więk‑

sjonaliści i przyłączani do jakiejś konkretnej

szą sprzedaż niż dobre książki filozoficzne,

dyscypliny. A osiągnięcia są ogromne, zwłasz‑

łącznie z  tymi łatwymi, to  znaczy eseistycz‑

cza w takich rzeczach jak teoria języka, teoria

nymi. To pokazuje, jaka jest pozycja filozofów.

umysłu czy teoria polityki. Jednak, jak ktoś się

Twierdzę przy tym, że z biegiem czasu ci, któ‑

tym zajmuje, to  natychmiast jest wysysany

rzy byli do niedawna kompletnymi amatorami

do innego środowiska.

i profanami, którzy nadużywali swojej pozycji

MK: Ale z jednej strony mówiłeś, że fizykowi,

profesorów fizyki do wypisywania jakichś tam

który jest już wyrafinowany intelektualnie, nie

swoich rojeń i wyważania wielokrotnie otwar‑

tylko jest specjalistą, filozof jest niepotrzebny,

tych drzwi, jeszcze przy pomocy prymitywnego

a z drugiej, że jednak filozofia nauki funkcjo‑

łomu, że ci ludzie są teraz na znacznie wyższym

nuje i filozofowie nauki mają...

poziomie. Nie będę wytykał palcami, ale niepro‑

JH: Ale to rzecz normalna, nie tam takie opowiastki o świecie...

fesjonalne książki filozoficzne dzisiaj, jeśli ich autorami są ludzie z cenzusem, są coraz mniej

MK: To oczywiste. Tylko czy filozofia jako

rażące. Teraz większy jest dostęp do wiedzy filo‑

metodologia nauk albo czy filozofia jako episte‑

zoficznej w takiej czy innej formie, tak więc ci,

mologia rzeczywiście jest jeszcze potrzebna?

którzy to robią nieprofesjonalnie, są coraz mniej

Bo  ja  obserwuję inny proces, który polega

niezgrabni, niesprawni i coraz mniej potrzebują

na tym, iż naukowcy na pewnym etapie swo‑

prawdziwych wykształconych filozofów, żeby

jego rozwoju zaczynają spekulacje filozoficzne

im mówili, że są naiwni. Ta samowystarczal‑

albo uogólnianie swoich wyników.

ność bardzo postępuje i należy się cieszyć.

JH: Zawsze to  robili. Nigdy nie udało się

MK. A  jeżeli chodzi o  rolę społeczną filo‑

osiągnąć poczucia, że filozofowanie wymaga

zofii? Ty masz duże doświadczenie medialne.

pewnych kompetencji, że nie należy się wymą‑

Traktując Cię jako przykład można by powie‑

drzać, że to jest wchodzenie w czyjeś kompe‑

dzieć, że  filozofowie nadal mają autorytet,

tencje. Czegoś takiego filozofom nie udało się

bo  wypowiadasz się zarówno w  sprawach

osiągnąć. Wszyscy zawsze czuli się w dobrym

etycznych, bioetycznych jak i  na  tematy

Dekada Literacka 1 (250)

47 polityczne, komentujesz je. To świadczyłoby o tym, że filozofowie jeszcze posiadają auto‑ rytet. Są proszeni o opinie obok politologów, socjologów, psychologów społecznych. JH: To prawda, ale to raczej wiąże się ze sta‑ tusem profesora, a nie jakiegoś tam humani‑ sty ani filozofa. Ja jestem w mediach dlatego, że dobrze dosyć mówię i jestem dyspozycyjny, łatwo mnie zaprosić, no i po prostu działa zasada inercji. Jak już jesteś raz, drugi, setny, to potem łatwo być i tysięczny. Media działają na zasa‑ dzie korzystania z tego, co jest sprawdzone, nie poszukują tak bardzo namiętnie nowych twarzy, nie eksperymentują, często idą po najmniejszej linii oporu. Więc to, że jestem w mediach o tyle ma związek z tym, że jestem filozofem, że filo‑ zof profesjonalny jest przeciętnie biorąc inte‑ ligentniejszy. Znacznie lepiej sobie radzi z poję‑ ciami, z wprowadzaniem porządku logicznego do  dyskursu, rozdzielaniem jego płaszczyzn, organizowaniem go. Znacznie łatwiej mu pora‑ dzić sobie z warsztatem krytycznym w zakre‑ sie tego, o czym jest mowa i co kto mówi. Jest po prostu sprawniejszy intelektualnie i reto‑ rycznie, bo zajmowanie się filozofią daje takie kompetencje. W związku z tym mogę w wielu kontekstach być mądrzejszy od  swoich roz‑ mówców. I to jest też powód, dla którego mnie zapraszają. Natomiast ja tam żadnej filozofii nie uprawiam, chociaż czasem mogę przywołać jakąś myśl filozoficzną, która z punktu widzenia takiej potocznej konfekcji dyskursywnej może być egzotyczna i interesująca. Jakieś bonusy i profity z tej filozofii mam, ale to nie jest tak, że pełnię rolę publiczną jako filozof. Po prostu dostałem się do obiegu publicznego z racji tego, że jestem profesorem UJ. MK: Oczywiście to  jest sposób na  samo‑ obronę przed znikaniem pozycji filozofii i filo‑ zofa. Wiadomo natomiast, że media nie tylko filozofów, ale wszystkich, są w stanie przemielić i tutaj te sprawności retoryczne i zalety inte‑ lektu filozofa są traktowane tylko i wyłącznie przedmiotowo. Nawet w  programach, gdzie odbywają się dyskusje, tnie się i skraca rozbu‑ dowane wypowiedzi. Nie mówiąc już o takich wypowiedziach, komentarzach w  telewizji,

Inteligentni ludzie, którzy mają wiele do powiedzenia, dawno już nie mają wykształcenia filozoficz‑ nego i sami sobie są wystarcza‑ jąco filozofami. Świat akademicki nie potrzebuje już kurateli pro‑ fesorów filozofii, żeby nadrobić deficyty intelektualne.

48

Profesora filozofii już nikt nie potrzebuje. On się może tylko przydać czasem jako retor. Zamówienia publiczne, jakie mamy my, filozofowie, mają cha‑ rakter wyłącznie retoryczny – przemów na pogrzebie, otwórz konferencję, wygłoś okoliczno‑ ściowy wykład. Te oczekiwa‑ nia mają charakter wyłącznie rozrywkowy.

i za swój sukces w tym drugim zawodzie. Jeśli ponoszę porażki, to sam siebie obwiniam. Ale to  wszystko z  filozofią ma  tyle wspólnego, że mam pewne kompetencje, warsztat, dzięki temu, że jestem filozofem. To mi trochę pomaga być oryginalnym publicystą, trochę innym niż wszyscy. Ale to nie jest moje główne zajęcie. Moje główne zajęcie to jest pisanie tych książek, których nikt nie czyta. MK: A czy udział w projektach politycznych to jest poszerzanie pola walki, tego zawężonego przez świat i kulturę? Czy filozof powinien się angażować w politykę? JH: Musi sobie coś znaleźć, ponieważ nie ma  nic do  roboty, a  jedną z  możliwości jest właśnie polityka. Polityka ma z filozofią tyle wspólnego, że z zasady to nie jest nazwa żadnej profesji. To znaczy polityk jest nieprofesjonalny, nieprofesjonalny jest filozof i nieprofesjonalny jest też dziennikarz. To jest taki krąg. Ja sobie

których sam miałem przyjemność w różnych

działam w filozofii, mówię sobie tak ogólnie

okolicznościach wygłaszać. Z tych wypowiedzi

o różnych rzeczach, czyli uprawiam filozofię.

kilkuminutowych pojawiało się pół zdania naj‑

Wypowiadam swoje opinie, czyli funkcjonuję

częściej. I tak to jest, tak kończy się referowanie

w  mediach i  uczestniczę w  grze politycznej.

wypowiedzi każdego komentatora w mediach.

W tym wypadku skrajnie amatorsko i na bar‑

Czy takie są media i już? Czy w związku z tym

dzo niskim poziomie, bo dopiero zaczynam. Ale

filozof powinien się w nich udzielać?

tam też się to robi nieprofesjonalnie. Politycy

JH: Nie wiem, różne są te programy. Cza‑

się na  niczym nie znają na  ogół i  po  prostu

sem jesteś na żywo i możesz mówić przez kilka

sobie robią coś w tych partiach i na tych sta‑

minut. Mnie nie przeszkadza, że nagrywa się

nowiskach, które dostają, ale to nie jest żadna

ze mną piętnaście minut, a potem z tego idzie

działalność profesjonalna. Niezwykłość demo‑

piętnaście sekund. Ja to po prostu wiem i sta‑

kracji na tym polega, że generalnie państwo jest

ram się tak mówić, żeby każde piętnaście

w rękach nieprofesjonalnych, czyli w rękach

sekund miało sens. Czasem trzy zdania mogą

ludu. Politycy przez swój nieprofesjonalizm,

być bardzo mądre. To jest pewne wyzwanie.

brak określonych kompetencji, są  właśnie

Jak ktoś nie ma doświadczenia, to sobie mówi

reprezentantami ogółu społeczeństwa, które

i nie kontroluje tego, co z tego wytną i potem

też nie ma jakichś określonych kompetencji.

przeżywa rozczarowanie czy frustrację. A jeśli

I to jest bardzo naturalne dla filozofa, że się

umie mówić wyłącznie zdania, które sam

kręci pośród innych nieuków, czyli pośród

akceptuje, to  mu zupełnie nie przeszkadza,

innych nieprofesjonalistów. Dziennikarze

że mu akurat wybiorą najmniej interesujące,

są nieprofesjonalistami, nie znają się na niczym

bo to jedno i tak będzie wystarczająco dobre.

określonym, konkretnym. Politycy są niepro‑

Inna jest pozycja kogoś, kto zawodowo funkcjo‑

fesjonalistami, nie znają się jakoś specjalnie

nuje w mediach, a inna kogoś, kto okazjonalnie

na polityce, na państwie i na innych istotnych

się tam pojawia. Ja po prostu czuję się człowie‑

rzeczach. Filozof też nie ma jakichś określonych

kiem mediów, medialnym. Jestem publicystą

kompetencji, czasem jest trochę historykiem,

zawodowym i odpowiadam za swój wizerunek

ale rzadko. Na ogół nikim określonym, niczym

Dekada Literacka 1 (250)

49 specjalnym. Ja jako profesjonalny filozof, czyli

coś banalnego o sytuacji politycznej. Ludzie

nieprofesjonalista, bo jako profesjonalny filozof

myślą tak: jako że jest profesorem, ma prawo

się właściwie za bardzo na niczym nie znam,

i się troszkę powymądrzać, i być troszkę naiwny,

doskonale się czuję pośród innych nieprofe‑

troszkę nie z tego świata. Ale także być wysłu‑

sjonalistów. Czyli właśnie w  takiej nieprofe‑

chany wtedy, gdy mówi coś, co gdyby powie‑

sjonalnej przestrzeni, jak media, gdzie jedyny

dzieli inni, to byłoby uznane za banalne. To jest

profesjonalista na ogół to jest facet, który się

bardzo dobra sytuacja, bo gdybym miał 28 lat

zna na kamerze, albo zna się na wydawaniu

i był rzutkim doktorantem z Krytyki Politycz‑

pisma, bo to jest pewna profesja, pewien biz‑

nej i mówił tak banalne rzeczy, które mówię,

nes. A  ci, którzy piszą, to  sobie piszą, co  im

to  w  ogóle nikt by  mnie nie słuchał. Ale jak

się wydaje interesujące lub ważne. Więc ja się

znany profesor filozofii UJ mówi proste rzeczy,

świetnie czuję w  takim nieprofesjonalnym

w rodzaju że trzeba się kochać, to ma to zupeł‑

świecie i  w  naturalny sposób lgnę do  niego.

nie inny ciężar gatunkowy. Ja to świadomie

Poza tym lubię, jak mnie widać, lubię się kręcić,

wykorzystuję, pełnię tą rolę i mam z tego dużo

lubię jak coś się dzieje. Taki mam temperament

satysfakcji. Jestem też przekonany, że  jeżeli

i stąd ta moja akcesja do polityki. Nie kryje się

uda mi się zrobić karierę polityczną, co ozna‑

w tym żadna filozofia, że filozof ma powinność,

cza objęcie jakiegoś konkretnego stanowiska,

żeby służyć społeczeństwu i tak dalej. Mnie

to będę pełnił tą funkcję dobrze. Przypuszczam,

wystarczy tylko to, że jestem odrobinę mądrzej‑

że lepiej, niż przeciętnie.

szy od tych, którzy się w to wszystko bawią. A z tego i tak wynoszę jakąś wartość dodaną.

MK: Co w naukach humanistycznych, inte‑ resuje nas tu głównie filozofia, dzieje się z dys‑

MK: A  interesuje cię kariera polityczna?

kusją? Czy dyskusja jest już niemożliwa, bo nikt

Słyszałem, że jesteś zaangażowany w projekty

nikogo nie słucha i nie czyta? Czy są już tylko

(think tanki), które w Polsce pewnie miałyby

recenzje wydawnicze, i te związane ze zdoby‑

szansę powodzenia, gdyby istniały od bardzo

waniem stopni naukowych lub parametryza‑

dawna, choć kiedyś trzeba zacząć. Znalazłby

cją? Co myślisz o braku sporu i dyskusji, czy

się potencjał intelektualny i ludzie z nim, którzy

o wzajemnym nie‑czytaniu.

mogliby niezależnie od partii politycznych, albo

JH: To  jest pięta achillesowa, dotkną‑

na ich zamówienie, ale długofalowo, pracować.

łeś bardzo drażliwego problemu. Z  powodu

Ale właśnie – interesuje cię polityczna dzia‑

Jak ktoś jest profesorem filozo‑ fii i napisze książkę o tym, jaki jest świat, no to nikt tego nie czyta. Na przykład, jeśli ja napi‑ szę taką książkę. Napisałem ostatnio traktat „Wiedza – Byt – Człowiek” o bardzo ogól‑ nym zakroju. Przeczyta go, powiedzmy, dwieście osób w ciągu dziesięciu lat.

łalność, czy interesuje cię wsparcie, (do czego jak ustaliliśmy jednak filozof by  się nada‑ wał) w związku z zainteresowaniem filozofią polityki? JH: Interesuje mnie bycie w środku, bycie blisko wydarzeń, posiadanie na coś wpływu. Po prostu gra polityczna mnie interesuje i robię to dla przyjemności. Te think tanki są oczywi‑ ście wirtualne, to jest tylko pobożne życzenie, żeby one istniały. Chodzi o to, że jestem w bli‑ skim kontakcie z pewną grupą polityków, czy to z SLD, czy to z Ruchu Palikota, ale nie tylko. Widuję się z nimi i czasem do czegoś próbuję ich przekonać, np. Palikota albo Millera. No i staram się być kimś naiwnym i koncyliacyjnym, który nawołuje wszystkich do zgody, to jest taka moja misja. I jeszcze czasem może powiem do tego

50 inny, jeżeli tylko troszeczkę wychodzi to poza przewidywalne i proste treści. Nie mówiąc już o nawiązaniu jakiejś rzeczowej rozmowy czy dyskusji. Jest jakiś straszny deficyt, przynaj‑ mniej w Polsce, i ja nie wiem, naprawdę nie wiem, co można z tym zrobić. Albo mamy do czynienia z ludźmi, którzy słuchają i potakują, bo taką mają postawę, albo przeczą, bo  taką mają postawę. Natomiast prawie się nie spotykam z tym, że jak coś mówię, wydaje mi się w sposób jasny, to potem się okazuje, że to zostało zro‑ zumiane. Właśnie w tej chwili wracam z radia, gdzie mówiliśmy o współczesnej sytuacji religii. Nie mówiłem jakichś szczególnych mądrości. To były rzeczy standardowe mimo wszystko, o relacji między światem nowoczesnym a trady‑ cyjnym, o przenikaniu się tych rzeczywistości, i o skutkach tego przenikania. Jednak okazało się, że rozmówcy, którzy byli w studiu w War‑ szawie, w ogóle nie wiedzieli, o czym ja mówię. To znaczy kod, którym się posłużyłem, był dla nich jakby obcy, jakby w ogóle nie wiedzieli, o czym mówię. Nawet nie byli w stanie się sku‑ pić. Zapamiętali pojedyncze słowa i wokół tych słów tworzyli polemikę, która w ogóle nie doty‑ kała tego, co mówiłem. To jest sytuacja zupeł‑ nie normalna. Tak po prostu w tej chwili jest. Następuje tak nieprawdopodobna solipsycyza‑ cja życia umysłowego i kulturowego, która jest drugą stroną ogólnej neurotyczności kultury, pospolitacji życia akademickiego, demokraty‑

że aż strach. Ludzie inteligentni, którzy potra‑

zacji, w związku z tym, że masy ludowe weszły

fią rozumieć to, co mówi ktoś inny, muszą się

w świat akademicki, w świat kultury wnosząc

nawoływać – hu! hu! – przez cały świat. Bardzo

swoje obyczaje. Umiejętność skupienia uwagi,

trudno im się odnaleźć.

wyjścia poza własne pragnienie ekspresji,

Te  pół procenta najinteligentniejszych

a  więc zdolność do  analizy, dyskusji, rozwa‑

w narodzie musi się gdzieś po tych facebookach

żania, argumentów, zdolność rozumienia bar‑

szukać. Normalna masa ludzi inteligentnych,

dziej skomplikowanych treści, dłuższych cią‑

wykształconych itd., okazuje się przy bliższym

gów myślowych, bardziej wielowarstwowych

wejrzeniu nie do życia. Nie można z nimi nawią‑

wypowiedzi, jest w zaniku. I to jest przeraża‑

zać kontaktu, nie rozumieją, co się do nich mówi.

jące. Ja jako człowiek cały czas będący w jakiejś

To jest zupełnie przerażające. Nie wiem, czy

komunikacji, jako autor tekstów, uczestnik pro‑

dawniej też tak było, czy po prostu była bardzo

gramów telewizyjnych, radiowych, interlokutor

wąska elita i w naturalny sposób śmietanka

rozmaitych dziennikarzy, generalnie obcujący

wypływała na wierzch, czy to jest coś głębszego.

z ludźmi wykształconymi, często z cenzusem,

W każdym razie stwierdzam, że żyjemy w kom‑

jestem przerażony kompletną niezdolnością

pletnym solipsyzmie. Cały czas się publicznie

do słuchania, rozumienia tego, co mówi ktoś

wypowiadam, ale rzadko kiedy ktoś rozumie to,

Dekada Literacka 1 (250)

51 co mówię, mimo że dokładam wszelkich starań, żeby to było proste i jasne. MK: To jest tak naprawdę bardzo ważny problem społeczny, natomiast mnie chodziło o coś, co wydawałoby się łatwiejsze. Mówiłeś o  braku środowiska filozoficznego, ale moje pytanie dotyczyło np. recenzji twoich książek, poważnej dyskusji na temat twoich książek, czy dyskusji z twoim udziałem na temat książki innego filozofa. JH: Nigdy nie splamiłem się taką dyskusją, ani nikt się nie splamił dyskusją na temat mojej książki. MK: A dlaczego? To jest przerażające, ponie‑ waż te środowiska powinny tylko i wyłącznie tym się zajmować, tym żyć…. Większość auto‑ rów anglosaskich, pisze w przedmowach z kim to oni nie wypracowywali swoich idei – z kole‑

Jak bym zaczął coś filozofować przy problemie równego dostępu do organów do przeszczepów, no to pomyślano by, że marnuję czas, że się wymądrzam, już nie mówiąc o tym, że najzwyczajniej w świecie nikt by mnie nie rozu‑ miał. To jest zresztą środowisko profesjonalistów a nie jakichś tam filozofów spekulatywnych.

gami filozofami, ze studentami na seminariach itd. To nie jest tylko obrona przed posądzeniem o  plagiat lub żądaniem udziału w  zyskach

jako tylko sługa obsługujący cudzą myśl, daję

z publikacji – to jest inna kultura życia inte‑

wyraz świadomości własnej służalczości w ten

lektualnego, u nas nieobecna, choć wydaje się

sposób, że pogardzam innymi, ignoruję innych,

taka oczywista, naturalna.

którzy są takimi samymi sługusami i nienawi‑

JH: Ale nie żyją, ponieważ nie ma środowi‑ ska. Tak się działo w XVIII wieku...

dzę takich, którzy chcieliby być kimś więcej, niż takimi sługusami. W związku z tym nie ma żad‑

MK: Ale ja myślę, że Polska jest pod tym

nych warunków po temu, żeby ludzie nawiązy‑

względem bardzo specyficzna. To  znaczy

wali ze sobą jakiekolwiek kontakty. Jeśli trafi

są ludzie, którzy są zainteresowani tylko kon‑

się jakaś książka, to nie ma mowy o tym, żeby

kretnymi aspektami filozofii i  nie są  zdolni

profesor filozofii tę książkę przeczytał, przemy‑

do  dyskusji, nie są  zainteresowani dyskusją

ślał, coś o niej napisał.

z innymi. Czy to się bierze z braku podstawo‑

MK: I nawet bardzo ją skrytykował.

wego poziomu kompetencji ogólnofilozoficz‑

JH: Nie, to jest w ogóle niemożliwe.

nych, z nadmiernej pseudospecjalizacji, czy też

MK: Ignorowanie, to jest ta postawa.

z uzasadnionej poniekąd frustracji działania

JH: To absolutnie nie wchodzi w grę. Książki

w  martwiejącej dziedzinie? Zdesperowany,

adresuje się wyłącznie do młodszych. One uwo‑

sfrustrowany filozof mógłby chociaż chcieć

dzą młodszych. Tylko po to się je pisze. Stajesz

siać zamęt odsądzaniem od czci i wiary czyjejś

się nauczycielem filozofii przez tą  książkę

tezy zawartej w książce?

wyłącznie dla młodszych. Tylko oni mogą mieć

JH: Jesteśmy krajem kolonialnym. Każdy

powód, żeby czegoś się z tej książki nauczyć.

jest zainteresowany jakimś autorem zachod‑

Są chłonni i chętni, żeby sięgnąć po tę książkę.

nim, żyjącym lub nieżyjącym, jest całkowicie

Natomiast nigdy nie będziesz szanowany przez

ku niemu zwrócony i całkowicie ignoruje swo‑

tych, którzy mają podobny do ciebie status aka‑

ich kolegów, chyba że należą do jego paczki,

demicki. To by znaczyło, że się wzajemnie uzna‑

czyli interesują się tym samym. Natomiast

jemy a zatem uzyskujemy jakąś wspólnotową

wśród tych skolonizowanych akademików

podmiotowość, a tym samym zaprzeczamy isto‑

panuje pogarda. To znaczy ja będąc w poniżeniu,

cie swojej działalności, którą jest podpięcie się

52 pod coś, co się dzieje w tym wyższym, obcym,

Filozofowie mogliby pomóc sobie sami, ale

zagranicznym świecie.

szanse są małe.

MK: Ale to też jest twój sposób działania.

MK: Ale ostatnia odpowiedź minister

Nie jesteś zainteresowany napisaniem recenzji

Kudryckiej na list otwarty profesora Adama

z ostatniej książki Agaty Bielik‑Robson?

Płaźnika, który pisał na temat nauki polskiej

JH: Nie jestem zainteresowany, bo nie mam

stojącej nad grobem, mówi o tych procesach,

nic do powiedzenia na ten temat, nie mam też

które mają miejsce od pięciu lat, o próbie pobu‑

kompetencji, żeby to recenzować. Akurat chęt‑

dzenia, wzmagania konkurencji, obcinania

nie bym to zrobił, bo akurat czytam, ale nie.

środków na działalność statutową i przenosze‑

Zresztą Agata jest jeszcze bardziej niż ja wyob‑

nie ich do puli konkursów grantowych.

cowana ze środowiska i ani myśli w ogóle żeby,

JH: To filozofii nie dotyczy.

nie wiem, moją książkę przeczytać i coś o niej

MK: Ale filozofia istnieje, póki co istnieją

powiedzieć. Nie, to jest już zamknięty rozdział,

wydziały filozoficzne. Nieważne w jakiej jest

tu nie ma żadnej szansy. My możemy się per‑

kondycji. To  jest potencjalny i  realny spo‑

sonalnie znać i  lubić z  paroma profesorami

sób na  rozruszanie dokładnie wszystkiego,

filozofii, ale nikt się nie splami tym, żeby czy‑

zarówno fizyki jak i filozofii. Oczywiście jest

tać wzajemnie swoje książki. To byłby rodzaj

problem ograniczonej puli środków, ale trzeba

zdrady samego siebie. To jest niemożliwe.

racjonalnie gospodarować tym co się ma.

MK: (śmiech) To jest po prostu przerażające.

JH: Nie, nikt nie rozrusza tego w ten sposób.

Natomiast wiem, że uczestniczysz w ciałach

MK: Ale chodzi mi o samą praktykę, o spo‑

doradczych w Ministerstwie Nauki i Szkolnic‑

sób przyznawania pieniędzy. To sprawi, że albo

twa Wyższego. Czy planowane zmiany mają

również filozofia się ruszy, albo nie będą przy‑

szanse poprawić tą sytuację? Myślę na przykład

znawane jej granty.

o recenzjach, o punktacji za nie. Z tego co wiem,

JH: Nie, skutki będą takie, że  te  etaty

recenzja w piśmie naukowym innej książki nie

zostaną przejęte przez rzutkich trzydziesto‑

była i nie jest punktowana, jak innego rodzaju

latków, którzy umieją wymyślać sobie tematy

publikacje w określonych czasopismach. Czy

grantów, a potem te granty realizować. Będą się

tutaj jest jakaś szansa na zmianę? Na zwiększe‑

zajmować różnymi rzeczami pod szyldem filo‑

na Wydziale Nauk

nie konkurencyjności nauki w ogóle i filozofii

zofii a potem z tego szyldu też zrezygnują. Taka

o Zdrowiu Collegium

również.

jest, że tak powiem, technologia umierania filo‑

Jan Hartman Profesor, kieruje Zakładem Filozofii i Bioetyki

Medicum UJ. Jest auto‑

JH: Ministerstwo nie może nic zrobić

zofii. Natomiast na profesorów filozofii, na lide‑

dla środowiska filozoficznego, które zrobiło

rów tego byłego środowiska filozoficznego, nie

to Heurystyka filozoficzna

wszystko, żeby popełnić samobójstwo. Zresztą

ma mocnych. Nic ich nie zmusi do tego, żeby

(1997) oraz Techniki meta-

być może musiało, było do  tego zmuszone

czytali coś innego, niż czytają, albo lubili kogoś

rem dwunastu książek, z których najważniejsze

filozofii (2001). Zajmuje się

historyczną koniecznością. Jestem przewod‑

innego, niż lubią, szanowali kogoś innego, niż

etyką i filozofią polityki.

niczącym zespołu do spraw. dobrych praktyk

szanują i pisali coś innego, niż piszą. Na to nie

Konsekwentnie buduje

akademickich i zajmujemy się na prośbę mini‑

ma siły, muszą być wolnymi ludźmi. I są. I nikt

stra różnymi skandalicznymi wybrykami, które

nie może niczego odgórnie zmajstrować

metafilozofią, etyką, bio‑

program uprawiania filo‑ zofii za pomocą narzę‑

są zgłaszane jako skargi do ministra. To jest

w środowisku filozoficznym, które zresztą już

nej, pozwalającej sprawnie

czysta, praktyczna robota. Wytwarzamy doku‑

jakby nie istnieje. Bardzo się cieszę, że te etaty

rekonstruować całokształt

menty, rekomendacje dobrych praktyk. Jedna

są przejmowane przez pragmatyków, bo to jest

z nich dotyczy zresztą recenzowania, w znacze‑

najlepsze, co  można z  tymi etatami zrobić.

niu recenzji awansowych. Druga książeczka,

Ja na przykład zatrudniam filozofów, bardzo

dzi analizy metafilozoficz‑

możliwości teoretycz‑ nych, jakie wchodzą w grę w związku z danym pro‑ blemem poznawczym. W filozofii politycznej oraz w licznych tekstach publi‑ cystycznych broni postaw liberalnych.

którą napisaliśmy, dotyczy fałszerstw i posza‑

zdolnych, w  swoim zakładzie i  oni bardzo

nowania własności intelektualnej, a więc mię‑

szybko zmieniają się w coś innego, na przykład

dzy innymi plagiatów. To jest praktyczna zupeł‑

w bioetyków. Ostatni przykład, doktor Jan Pia‑

nie działalność, ministerstwu nic do filozofii.

secki, bardzo dobry filozof, ale skończył karierę

Dekada Literacka 1 (250)

53 filozoficzną na doktoracie i będzie się zajmował

być wykładana w szkole, i to jako przedmiot

bioetyką. Marcin Waligóra, dokładnie ten sam

obowiązkowy, gdyby filozofowie złożyli nale‑

model. Piotr Laskowski zrobił habilitację z filo‑

żyte hołdy biskupom w odpowiednim czasie.

zofii, ale bardzo wątpliwe, żeby się dalej filozofią

Zachowali autonomię i chwała im za to. No ale

zajmował. Po prostu te etaty są kolonizowane

w związku z tym są kompletnie ignorowani. Nie

powoli przez różnych specjalistów. I w taki spo‑

ma żadnej szansy na zmianę tej sytuacji. Trupa

sób odbędzie się rozbiór tego świata. I bardzo

nie można reanimować. Po prostu to już umarło,

dobrze, bo to jest przecież banda, jakieś tysiąc

do widzenia, koniec, sprzątamy.

sześćset osób. To jest masa darmozjadów. Filo‑ zofów jakichś tam poważnych jest powiedzmy setka. Z trzysta, czterysta osób wie, o co cho‑ dzi. Pozostałe grube setki osób to są kompletne darmozjady. To są ludzie, którzy na niczym się nie znają, żadnych nie mają kompetencji i naj‑ zwyczajniej marnują pieniądze i  czas. Zale‑ gają po prostu na uniwersytecie. Jeśli te etaty zostaną przejęte przez specjalistów, którzy się czymś tam zajmują, to tym lepiej. MK: Pamiętasz, na którymś Zjeździe Filo‑ zoficznym, chyba VII, w  Szczecinie, powta‑ rzało się tą starą śpiewkę, żeby filozofia trafiła do liceów. Nawet zbierano podpisy pod pety‑ cją do  ministra edukacji. Teraz się okazuje, że znika nawet z uniwersytetów, z kierunków humanistycznych. JH: Filozofia mogłaby trafić do liceów, gdyby wjechała tam na  koniu kościelnym. To  był jedyny sposób, bo z punktu widzenia państwa, filozofia to jest michałek, czyli takie obciąże‑ nie kulturowe. Taka jakaś zaszłość sentymen‑ talna z XIX wieku. Tak jak kościół – muszą mieć te swoje działki, bo inaczej zrobią jakąś rozróbę. Trzeba im coś oddać. No niech mają jakieś tam lekcje religii. Albo niech mają, że będą mówić, co jest dobre, a co złe w medycynie. Albo niech mają, że  będą mówić na  czym polega dobre wychowanie. Z punktu widzenia pragmatycz‑ nego rządu, to są takie po prostu anachronizmy, za którymi stoi pewna siła społeczna. Filozofia jest kompletnym anachronizmem, jest zupełnie niepotrzebna i bez sensu, i w ogóle nie wiadomo, co to jest. W każdym razie jakiś relikt. Ten relikt nie ma żadnej mocy, siły przebicia, wobec tego sami filozofowie nigdy nic nie mogli zrobić, mogli tylko się pod coś podwiązać. I bardzo dobrze, że się nie podwiązali pod kościół. Filo‑ zofia mogłaby już dawno w bogobojnej postaci

I w taki sposób odbędzie się roz‑ biór tego świata. I bardzo dobrze, bo to jest przecież banda, jakieś tysiąc sześćset osób. To jest masa darmozjadów. Filozofów poważ‑ nych jest powiedzmy setka.

54

Diagnoza filozofii współczesnej

What Philosophy Is? What Philosophy Is? Contemporary Philosophy in Action, Continuum, London, New York, 2004 Edited by Havi Carel and David Gamez With a Foreword by Simon Blackburn Słowo wstępne do książki Co to jest filozofia? przełożył Marek Kozicki

N

awet na pierwszy rzut oka można zoba‑ czyć, że  każda z  tych czterech teorii

otwiera dalsze pytania. Problem z  pierwszą

polega na tym, iż zasada podobieństwa to zbyt mało. Każdy tekst jest podobny do Państwa Platona w wielu aspektach, musimy więc wie‑ dzieć, które aspekty są ważne. Problem z drugą polega na tym, że nie ma dwóch filozofów, któ‑ rzy zgodziliby się co do natury czy też statusu niezmiennych granic. Problem z teorią instytu‑ cjonalną polega zaś na tym, iż musimy wiedzieć co ludzie muszą zrobić aby dostać się do pracy na wydział uniwersytecki. Wydziały dokonują wyboru w  oparciu o  prezentowaną kompe‑ tencję, ale żadna „stara” kompetencja tego nie zapewnia. A więc, jaka jest ważna (jaka decy‑ duje)? Problem z kolejnym modelem – odbioru W odpowiedzi na pytanie czym jest filozofia, filozofia sama sugeruje

czytelniczego, polega na tym, że nie wiadomo,

cały asortyment teoretycznych ujęć. Są  teorie prototypowe i  teo-

co to znaczy czytać tekst jako filozoficzny? Jako

rie podobieństwa rodzinnego, za pomocą których wszystko, co jest

różny od naukowego, literackiego (czytanego

wystarczająco podobne do pewnego wzorca, jak na przykład Państwa

dla rozrywki) czy religijnego.

Platona czy Medytacji Kartezjusza uznaje się za filozofię. Są teorie

Może każdy z  poglądów sugeruje tylko

esencjalistyczne, zmierzające do budowania definicji, poprzez okre-

część odpowiedzi? Pogląd o rodzinnym podo‑

ślenie niezmiennych granic, które wskażą, że to co leży wewnątrz

bieństwie przypomina nam, iż możemy się spo‑

jest filozofią, a to, co poza nimi – nie jest. Na przeciwległym biegunie

dziewać czegoś na kształt krzywizny dzwonu –

znaleźć można odpowiedź w postaci instytucjonalnej teorii: filozofią

zdania i myśli raczej zawężają się, stają się coraz

jest to, cokolwiek wytworzą ludzie, którzy są opłacani jako filozofowie

mniej filozoficzne, a nie radykalnie (jak za ude‑

na wydziałach uniwersyteckich. Równie odczarowującej odpowiedzi

rzeniem siekiery) odcinają od innych rodzajów

dostarczana teoria odbioru czytelniczego: każdy tekst, który daje się

myślenia klarowną granicą. Pogląd esencjali‑

czytać jako filozofię, od Shakespeara po Darwina – jest filozofią. Filo-

styczny przypomina nam, że  jest wachlarz

zofia jest tam gdzie widzi ją odbiorca.

pytań i  refleksji na  temat wiedzy, percepcji

Dekada Literacka 1 (250)

55 czy etyki, które pozostają na przestrzeni wie‑

bądź też – na bazie tych szacownych antena‑

ków dość stabilne. Każde pokolenie konfron‑

tów wypracowywane są  lepsze. Rozum nie

tuje się z nimi na nowo. „Filozofia”, która nie

działa w żadnym określonym kierunku, działa

ma nic do powiedzenia na temat percepcji czy

długofalowo, koncentrując się na zwiększaniu

wiedzy, myśli i rozumie, doświadczeniu i „ja” jest

poczucia pewności i powszechnej akceptacji.

w najlepszym razie nieistotna a w najgorszym

Niektórzy powiedzieliby to  samo o  filozofii.

kłamliwa. Teoria instytucjonalna przypomina

Hume nie rozwijał swojej myśli kontynuując

nam o socjologii zawodu, ze szczególnymi spo‑

dorobek Kartezjusza czy Leibniza lecz odrzu‑

sobami uświęcania, czy też odrzucania wcze‑

cając ich dokonania. Typowym zachowaniem

śniejszych filozofii, z ich szczególnymi inercjami

filozofów jest zabijanie zarówno rodziców jak

tradycji i stylów, co ciągle zagraża możliwości

i rodzeństwa.

wzajemnego rozumienia. Teoria odbiorcy uwy‑

Jedną z reakcji na przekonanie, że filozo‑

datnia, że filozofia to coś, co przede wszystkim

fia jest częścią przedsięwzięcia poszukiwania

wydarza się w zaangażowanym umyśle. Jest

prawdy, jest lekceważenie. Może jest raczej tak,

to bardziej kwestia procesu niż produktu. Czy proces ten jest chociaż wartościowy?

iż filozofia to malowanie obrazu, zapraszanie ludzi do dzielenia się metaforą, dawanie lite‑

Może refleksja jako taka jest słabością? Późny

rackiego wyrazu rozumieniu naszych czasów.

Bernard Williams mówił o sytuacjach, w któ‑

Filozofia staje się czymś takim jak religia, tak

rych refleksja niszczy wiedzę, podczas gdy

jak rozumieją ją nowocześni teologowie, któ‑

z odmiennej perspektywy David Lewis sugero‑

rzy podkreślają emocje i poezję, rytuał i psy‑

wał, że w sytuacji kiedy nie ma filozofa możemy

chologiczny efekt, traktując przy tym pytania

pewne rzeczy wiedzieć, ale kiedy próg przekro‑

o historyczną czy metafizyczną prawdę jako

czy wątpiący czy też sceptyk, wiedzy już nie

staroświeckie i  naiwne. Ale analogia z  tak

mamy. Być może czynimy najlepiej kiedy ope‑

rozumianą religią jest kulawa. Jakkolwiek jest

rujemy rzeczami i nie myślimy o nich zbyt wiele

z religią, myślę, że nie dotyczy to filozofii, której

– część ludzkich tragedii zdarzyła się, dlatego

aspiracje poszukiwania prawdy są z pewnością

że nie zawsze kierowano się tą radą. Tragedia

fundamentalne – jeśli cokolwiek jest funda‑

mogła się nawet pogłębić, odkąd istnieje coś,

mentalne dla jej tożsamości.

co filozofowie nauki nazywają pesymistyczną

Innym rodzajem odpowiedzi na  pytanie,

metaindukcją – coś, co  rzuca cień na  nas

czym jest filozofia jest próba ustawienia się filo‑

wszystkich. Indukcja owa mówi, że wszystkie

zofii za istniejącą nauką. Filozofowie wykrzy‑

teorie naukowe okazały się śmiertelne i zostały

kują słowa zachęty i patrzą na tył odjeżdżającego

zastąpione przez inne, prawdopodobnie też taki

pociągu nauki. I tak jak kiedyś kampusy były

sam los czeka nawet nasze aktualne najbardziej

pełne dobrze zarabiających profesorów w śred‑

hołubione teorie. Stosując tę tezę do filozofii

nim wieku, identyfikujących się z trzecim świa‑

możemy powiedzieć, że nawet słowa tych, któ‑

tem czy też z proletariatem, tak teraz są pełne

rzy stoją na samym szczycie filozofii nie oka‑

filozofów noszących pod pachą stosy tekstów

zały się akceptowalne dla więcej, niż znikomej

z fizyki kwantowej i biologii, mających nadzieję,

mniejszości tych, którzy je rozumieli. Możliwe

że ich umiejętności cheerleaderek, ukryją fakt,

też, że ten sam los czeka nasze najlepsze filo‑

iż sami nie tworzą nauki. Niekoniecznie oferują

zoficzne dokonania. Jeśli tak jest, musimy wie‑

przy tym bardziej głębokie interpretacje nauki,

rzyć raczej w wartość procesu niż w trwałość

niż naukowcy i dziennikarze naukowi zdolni

wytworu, produkt filozoficznej myśli topnieje

są to czynić sami (czy rozwiązanie problemu

na naszych oczach.

relacji między umysłem a ciałem posunęło się

W nauce racjonalnie jest napotykać pesy‑

naprzód od czasów Leibniza).

mistyczną metaindukcję – jako dobrą nowinę

Trudność filozofii obecnie polega na tym,

postępu. Wcześniejsze teorie są  wypierane,

iż  refleksja potrzebuje bodźca lub inaczej

56 mówiąc źródła podrażnień. Średniowieczny

prawicowych komentatorów, jest znamienny

problem pogodzenia wiary chrześcijańskiej

dla filozofii ostatnich lat zanik ducha konfron‑

z arystotelesowskim rozumem nie jest tym

tacji. Filozofowie, czy to tak zwani „analityczni”

co nas nadal pobudza. Kiedy nastąpił kryzys

czy też „kontynentalni”, kultywowali różnicę,

epistemologiczny – nowoczesna nauka skon‑

flirtowali z relatywizmem, szydzili z autorytetu

frontowała się z  tradycyjnym autorytetem

doświadczenia, zaprzeczali autonomii rozumu,

religii, dostarczył takiego bodźca wybitnym

wątpili w ideę postępu, podważali obiektyw‑

filozofom siedemnastego i  osiemnastego

ność i zdegradowali prawdę do zwiewnego nic.

wieku. Bodziec, w postaci odkrycia przez Rus‑

W miejsce rozumu mamy perswazję, a w miej‑

sella sprzeczności w pracach Fregego stymu‑

sce wiedzy konsensus. A zamiast cywilizowanej

lował wielką falę metamatematyki w począt‑

władzy rozumu nasz wiek dał nam brutalny

kach XX wieku. Może w najbliższym czasie taką

pragmatyzm przewagi. Nasi myśliciele są tro‑

funkcję spełni coś, co jest dostrzegalne tylko

chę lepsi niż nasi politycy ale z pewnością nie‑

przez nielicznych wyspecjalizowanych filozo‑

zdolni są do stworzenia zestawu narzędzi, które

fów – załamanie paradygmatu racjonalnego

uzasadnią, choćby dla naszej własnej satysfak‑

wyboru w ekonomii, jako ponure zmaganie

cji, naukowy i świecki sposób życia, który bez

się nauki z aktualnym skomplikowaniem ludz‑

wątpliwości wybralibyśmy dla każdego, kto

kich motywacji.

chciałby go wprowadzić.

Filozofia jest kulturowo najbardziej

Wydaje się uczciwe aby powiedzieć,

widoczna wtedy kiedy odnosi się do polityki

że zdrowa filozoficzna refleksja potrzebuje nie

i etyki. Podczas kiedy różne koncepcje życiowe

tylko bodźców, ale także efektywnej metodolo‑

rywalizują pojawiają się nowe bodźce, a ponie‑

gii, pewnego lub choć autorytatywnego zestawu

waż każdy potrzebuje ideologii, tworzymy zbiór

narzędzi, którymi mogłaby na te bodźce reago‑

refleksji na temat tego kim jesteśmy i co robimy,

wać. I czy to czytamy Wittgensteina, Kuhna,

co umożliwia i usprawiedliwia preferowaną

Sellersa, Quina czy Goodmana z  tradycji

koncepcję życia. Kiedy czasy politycznie

analitycznej, czy też Nietzschego, Freuda czy

są spokojne lub kiedy aspekty moralne są tak

Foucaulta z  tradycji kontynentalnej, ciągle

jasne, że nie wymagają dyskusji, nie ma pilnej

potykamy się o fakt, że nie ma takiego auto‑

potrzeby refleksji. W  latach pięćdziesiątych

rytatywnego zestawu narzędzi. Zastąpiły

i  sześćdziesiątych pisano o  śmierci filozofii

je albo wątpliwości albo głęboki sceptycyzm,

polityki. John Rawls właśnie w  tym czasie

czy w ogóle taki zestaw narzędzi może istnieć.

pisał, że rewolucja studencka i wojna w Wiet‑

Quine i  jego wielu następców powiedzieli,

namie pokazała, że nie było to prawdą. Pokazy‑

że nie ma czegoś takiego, jak pierwsza filozofia,

wał jak bogobojna, demokratyczna, kochająca

co znaczyło, że niezależnie od tego, jak solidną

wolność, idealnie działająca Ameryka mogła

teorię ogłosimy jeśli chodzi o prawdę, wiedzę,

zachowywać się tak okrutnie jak operetkowe

obiektywność, rozum, prawdopodobieństwo

dyktatury. Ludzie wtedy właśnie potrzebowali

i doświadczenie, nie możemy wykluczyć możli‑

zbioru wartości, których mogliby się chwycić,

wości, że choćby niewielka zmiana ducha epoki

i Rawls dobrze spełnił te oczekiwania.

może oznaczać, że to wszystko trafi w próżnię.

Dzisiaj, jak wielu to  dostrzega, dobrym

Być może z tego właśnie powodu taki los spo‑

bodźcem dla filozofii jest potrzeba „konfron‑

tkał ich tezę, która stała się jedynie etykietą,

tacji” z problemem islamskiego ekstremizmu

naklejaną na nasze poglądy i nasze cele.

i  fundamentalizmu. Nie mam wątpliwości,

Nie ma pewniejszego twierdzenia w takiej

że  jest to  zadanie wymagające podjęcia, ale

dziedzinie jak filozofia, jak to, że nikt nie może

jestem ostrożny co do sugestii, że filozofowie

przewidzieć dalszego kierunku jej rozwoju.

są  właściwymi ludźmi, żeby to  zrobić. Jed‑

Dzieje się tak dlatego, że  wielcy filozofowie

nym z problemów, nad czym ubolewa wielu

nie przewidują kierunku, ale go wyznaczają.

Dekada Literacka 1 (250)

57 Czeladnik w filozoficznym fachu nie potrafi przewidzieć tego co wyznacza, dopóki sam tego nie przemyśli ale wtedy przestaje już być cze‑ ladnikiem. Z przewidywaniem przyszłości filo‑ zofii jest nawet jeszcze gorzej. Zawsze wskazuje się na fakt, iż możemy dokonać obliczeń orbity planet tylko przy założeniu, że system jest izo‑ lowany a nasze przewidywania są prawdziwe tylko o tyle o ile to założenie jest wyrażone. Ale ta paralela, jest w przypadku filozofii absur‑ dalna. Nauka rodzi odkrycia, polityka rodzi konfrontacje, matematyka rodzi sprzeczno‑ ści, zaś trwała obecność ludzkiej łatwowier‑ ności rodzi stały strumień bardziej lub mniej dziwacznych idei (filozof Daniel Dennett z upodobaniem przytacza prawo Sturgeona, które mówi, że  95% wszystkiego to  śmieci). To są stymulatory, lub mówiąc inaczej, to gene‑ ruje atmosferę, w której ludzka refleksja się rozwija, i nie mamy pojęcia, czym nasi następcy będą oddychać, czy też, jak nauczą się reagować na to, co ich będzie otaczało. Czy powinniśmy popadać w depresję? Opto‑ wałbym za  tym aby nie. Może nie być ostat‑ niego słowa w filozofii, ale nie ma go przecież także w dramacie czy literaturze. Nikt nie opła‑ kuje braku „postępu” w sztukach teatralnych czy w  powieściach. Ludzie odbierają je  jako reakcje na ludzkie istotności czasu i miejsca, w którym żyją, i jeśli te okoliczności się zmie‑ nią, to zmieniają się także sposoby reagowa‑ nia na nie. Czy to wystarczające uzasadnienie by proklamować, że filozofia dąży do prawdy – inaczej niż sztuki teatralne i powieści? Jak długo mamy do czynienia ze sztuką lub lite‑ raturą raczej niż z rozrywką, uważam, że nie. Poważna praca fikcji dąży do ukazania prawdy tego, czego dotyczy. Nie byłoby zniewagą dla filozofii, gdyby porównywano jej oddziaływa‑ nie do oddziaływania dzieł Shakespeare. Simon Blackburn Profesor filozofii na Uniwersytecie w Cambridge. Zajmuje się przede wszystkim etyką, epistemologią oraz seman‑ tyką. Opublikował między innymi: Being Good: An Introduction to Ethics, Think, Ruling Passions, Essays in Quasi‑Realism, Knowledge, Truth and Reliability oraz Spreading the Word: Groundings in the Philosophy of Language.

Nic nie jest pewniejszym twier‑ dzeniem w takiej dziedzinie jak filozofia, jak to, że nikt nie może przewidzieć dalszego kierunku jej rozwoju. Jest tak dlatego, iż wielcy filozofowie nie przewi‑ dują kierunku, ale go wyznaczają.

58

Poezja Agnieszka Wesołowska

***

***

Pamiętasz jak wrzesień przemieniał się

Pamiętasz co było dokładnie

w październik

z tą historią w miesiącu anthesteria

trwało to bardzo krótko

w porze misteriów nawet ja zaczynałam

na poddaszu w sąsiedztwie

ufać w przyjazny śmiech bogini

rozbłysło na chwilę światło bawiła cię ta ufność mówiłeś nie potrzebowaliśmy innych znaków

że nie ma nic w życiu że nie przychodzi nic nigdy

prócz tego co zostało z ubiegłej jesieni

powtarzałeś to ciągle

miłość nietoperzy nabrała barw poturlała się z wiecznie zielonej góry

ale ja otrzymałam już wiele

jak owoc żywota

obfitych dni choć trzymałam się ledwo pokładów świętości we mnie

listopadowy chrust

małych rozklekotanych stateczków

bujnie porastał wyludnioną ziemię

pełnych martwych ryb o przyjaznych oczach

słońce bez litości one śmieją się wszystkie tak samo

piękniało nad nami

a ja próbowałam wyrazić wdzięczność bez litości zmiłował się

za to że wyłowiłeś je dla mnie

nad nami sam Bóg

umarłe ze śmiechu

gdy zimą zjeżdżaliśmy na sankach i że mimo to pozwoliłeś mi ufać

z Golgoty

choć cię ta ufność bawiła jak Eurykleja piastunka Odysa przez którą nie ma powrotu innego niż jasny i szczery która zawsze na pierwszy rzut rozpozna w tobie syna ziemi zastanawiam się właśnie powrócić jako Demeter czy udać niewiniątko odżegnać się od pól rozpasanych bruzdami mojej trzody ukojonych kamieni dać sobie spokój Dekada Literacka 1 (250)

59

*** Moja niedziela z połamanymi żebrami kościółka (bo mu się dzieci rzuciły na szyję niby jakaś zgraja)

Agnieszka Wesołowska Ur. w 1984, przez długi czas związana z pismem lite‑ rackim „Łabuź”. Mieszkała w Łobzie, Szczecinie, teraz w Krakowie. Autorka tomików poetyckich:

z wieżą odstającą jak ucho igielne

Zgubić pytania (Żebracza

przez które przeciska się szeptanie

Inicjatywa Wydawcznia

leśnej zwierzyny coś mnie kaleczy w trzewiach może to witraże w małych bystrych okienkach za którymi ktoś wie że dzwony biją na placek z wiśniami i na kompot z malin i na ich podniesienie do rozgadanych ust skąd mi się to wzięło że ja tak prosto pod koła garncarskie się rzucam może stąd że jestem z gliny i co że nawet rybacy zastawiają sidła na jeziora rzeki i morza ziemia wszystko przyjmie przecież mówią że wszystko wchłonie podobnie jak nasze piaszczyste aorty jajowody przełyki jedyne drogi które prowadzą do celu

Łabuź, Łobez 1999) Dwuznaczny (Książnica Pomorska, Szczecin 2000) oraz Ars vitae. Listy do nieszczęśliwych (Oficyna Wydawnicza Atut, Wrocław 2008).

60

Poezja

Dzień Szybciej, bo zaraz nam zamkną dzień! – zawołał tata. Pokrywa była już rzeczywiście bardzo nisko nad horyzontem. A kiedy dzień jest zamknięty, nie ma już wiele do roboty: można wtedy właściwie już tylko siedzieć w domu, spać.

Tomasz Ososiński Księżyc Zobacz, znów ktoś ci złoty księżyc oskrobał!

Bajki

Jak on teraz wygląda! Już nigdy nikomu nie pożyczaj księżyca!

Gwiazdy Gwiazdy – powiedział tata – to  takie ognie sztuczne, po których nie zostają żadne śmieci na chodnikach.

Tomasz Ososiński Ur. 1975, nauczyciel akademicki, adiunkt w Zakładzie Starych Druków Biblioteki Narodowej oraz w Lingwistycznej Szkole Wyższej w Warszawie. Autor przekładów z literatury łacińskiej i niemieckiej, m.in. Friedricha Schlegla, Johanna Georga Hamanna, Rainera Marii Rilkego, Judith Hermann, Jana Wagnera, Gottfrieda Benna i Elfriede Jelinek. Założyciel i pierwszy prezes Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury. Laureat licznych konkursów poetyckich, publikował m.in. w „Tyglu Kultury”, „Akcencie”, „Cegle”, „Akancie”, „Zeszytach Literackich”. Jego wiersze były tłumaczone na język angielski oraz niemiecki.

Dekada Literacka 1 (250)

61

Zima Spadają kasztany – ciemne łzy, którymi drzewa opłakują odejście lata. Teraz zawiesili na drzewach takie białe plandeki –robią remont. Kiedy je potem zdejmą, wiosną, wszystkie liście będą znów pięknie wyma‑ lowane na zielono.

Słowa Nie zamykaj słów w  buzi! Wypuść je na wolność! I nawet, jak ci się ich tam zalęgnie bardzo wiele – nie wstydź się!

Antek Antek to chłopiec, który jest chory. Nie może często wychodzić i bawić się z dziećmi. Łapie więc piękne chwile i zamyka je w kanciastych pudełkach w kolorze bzu.

62

Poezja

Tomasz Pietrzak

O tym rozmawia się w Sienie A czy ty, siedząc na tym parnym placu, wiesz, że patrzysz na Sienę z dachu piekła? Pięknie tu, nieprawdaż? Miasto i wzgórza wdzięczą się, ptaki dziobią ufnie z ręki, no i ci ludzie – zdziwieni, że to wciąż jest. A może to wcale nie jest dach piekła, lecz samo dno nieba? – nagle odezwał się spod parasola. Im wyżej siadasz, tym więcej tego – mnogość, mnogość, a tu – to tylko zajawka, rąbek, coś uchylone i 

Vecchio

żegnaj? Tako rzekł bogobojny vecchio przy Piazza

Co dalej, nie zdradza nam siebie.

della Signoria: auta rdzewieją i zamierają,

Wiemy, że wyżej jest zimny kosmos,

my bledniemy i też zamieramy w chorobach, sad traci owoce i drzewa stają się ziemią,

ale z gorącymi planetami i mądrzejsi spierają się o to – czy to niebo już,

a Pan – na wieki!

czy to piekło wciąż?

– Dla nas, Signore – odparłem. – Tylko dla nas. Sądzę, że triceratopsy, co były przed nami i to, co wyrośnie po nas, z głową lub ogonem, by się z tym nie zgodziło. Ale to się zobaczy.

Dekada Literacka 1 (250)

63

Gruzinka O mojej matce mówiono – Gruzinka, Dżugaszwilijka – włosy miała po kruku, oczy duże, obiecujące. Ale jej przeszło, zmysiała, jak każda kobieta po dziecku. Te za stołem – na zdjęciu, co przyszło w lutym z Baku – są dorodne, owocują, a oni piją za nie i za to, co one im dadzą – dzieci i wojnę, większą wojnę i dużo dzieci, po których długie stoły już nigdy nie będą pełne. Czasem wyobrażam sobie, że za nim, z innymi siedzi moja matka,

MEM

ma z dwadzieścia jeden lat, karmi jeszcze, Dziwne imprezy mają na gwarnym Śląsku. a oni piją za mnie, za Gruzję, za wojnę.

Trupek w trumnie, a oni mu cykają zdjęcia,

I z każdym haustem siność pokrywa ją.

doświetlają mordkę. I jest gładki, jak ta lala.

Ona już wie, te płuca, w wątłym ciałku,

W tle też cuda – jakieś travesti, trzy ciotki

co tak pragną powietrza, kiedyś wzniosą

jak Mojry. Nawet okno  z widokiem się załapało

krzyk, po którym nie będzie już głodu.

– upalnym, owocującym. Żywi za to w roztopie,   ze szreniem na twarzy. I to, fotograf wprawny w martwej naturze, obejdzie. Gdzie trzeba zgasi, tam pojaśni wuja, resztę  postawi do pionu, przefiltruje, co paprochem się w kąt wkradło.

Tomasz Pietrzak (ur. 1982), autor tomów wierszy Stany Skupienia (KIT Stowarzyszenie Żywych Poetów, seria Pisma Literackiego RED, 2008) i „REKORDY” (MaMiKo, 2012). Publikował m.in. w „Toposie”, „Gazecie Wyborczej”, „Odrze”, „Kresach”, „Wyspie”, „Rita Baum”, „Red”, „fo:pa”, „Portrecie”, „Kwartalniku Literackim BLIZA”, „Kwartalniku Literackim WYSPA”, „ARTeriach”, „Kwartalniku sZAFa”, „Migotaniach” i „artPapierze”. Jego wiersze znalazły się m.in. w antologii Amnesty International Daj Słowo, a także w słoweńskiej antologii „Moral Bi Spet Priti” autorstwa Brane Mozetica. W przygotowaniu trzeci tom – Widzenia. Jego wiersze były tłumaczone na angielski, słoweński, czeski. Mieszka w Katowicach. Kontakt: mail. tomasz.pietrzak@guarcom.pl, tel. 509 106 256

Tylko tego mema, co leża trudno zgumować. On się rozłazi  wiralem, wychodzi wywołany. Przychodzi na skrzynkę poleconym i  w bąblach, z życzeniami zdrowia i słojem letniej konfitury.

64

Proza

„All inclusive!“ „Kein Pfad mehr! Abgrund rings und Totenstille!“ So wolltest du`s! Vom Pfade wich dein Wille! Nun, Wanderer, gilt`s! Nun blicke kalt und klar! Verloren bist du, glaubst du – an Gefahr. Friedrich Wilhelm Nietzsche

Dekada Literacka 1 (250)

65

Feliks Opolski

Brig w kantonie Valais 200 Franków za raki dla debiutującej alpinistki Emilii? Nie, tyle nie chcieli wydać na spontaniczną wyprawę na lodowiec. Tym bardziej, jeśli lot Wizzairem z Gdańska do Bergamo kosztował ich zaledwie 45 Franków. „A może ma pani raki do wynajęcia?”, zapytał po niemiecku ekspedientkę z „Inter‑sportu”. „Nie, nie mam”, odpowiedziała, ale tak ociągała się z odpowiedzią, że zaczy‑ nał się zastanawiać, czy chce mu dać coś do zrozumienia – może trzeba dać jej w łapę? Jednak natychmiast odrzucił tę niestosowną myśl. Byli w Szwajcarii, u nich trwa trochę dłużej, zdaje się, że myślą zanim odpowiedzą, a powiedzenie, że czas to pieniądz, interpretują inaczej niż Amerykanie. „Wynajęliśmy wszystkie raki grupom”, dodała kobieta po intensywnym namyśle. Psia mać, w Gdańsku Marek założył, że raków w Brig będzie tyle, co piachu na sopockiej plaży, zżymał się na własną naiwność. „Ale, zaraz...”, rozpoczęła rodzić w bólu sprzedawczyni. Ledwie mógł się powstrzymać, żeby z niej nie wytrząsnąć tej reszty zdania, która znowu utkwiła na dłużej w szwajcarskim systemie kontroli jakości. „Mam tu jeszcze jedną parę”, dodała takim tonem, jakby te raki leżały gdzieś trzy dni końmi stąd, a nie pod ręką. Boże drogi, skąd oni wzięli Rogera Federera, najszybszego tenisistę świata. Przy okazji zrozumiał, dlaczego nie zatrudniają Szwajcarów w call‑cen‑ ters. Wyrwał jej podsuwane w zwolnionym tempie w jego kierunku raki, mając nadzieję, że nie uzna tego za napad. Spojrzał na sprzęt, sprawdził palcem ostrza; 40 Franków za tydzień – bierzemy. Uff! kamień spadł mu z serca; bez raków zamiar chodzenia po najwiekszym lodowcu Alp Aletschgletscher byłby skazany na fiasko. To jego pomysł i Emilii ciekawość skłoniły ich do ekstrawaganckiej podróży latem w świat lodów. W żartach mówiła co prawda, że najchętniej pojechałaby na urlop typu „all inclusive”, czyli byczenie się pod parasolem przy trywial‑ nej lekturze, ale jego opowieści o tajemnym uroku lodowców przekonały ją. Jednak opowiadając jej o „cudzie” lodowców, zapomniał powiedzieć o czymś niezmiernie ważnym:

66 Stał przegięty przez balkonową balustradę i patrząc z dziesiątego piętra w dół, rozważał: „dwie, trzy sekundy i skończy się ten koszmar”; jakież to wyda‑ wało się łatwe. Od wtedy zaczął mylić strach przed śmiercią z ulgą, a na dnie zwątpienia ujrzał kiełkujące ziarno wolności. Przeniósł wzrok na  leżące na skraju doliny winnice. Musiał przymrużyć oczy, aby przebić się przez sło‑ neczny blask. W tle, za jasnozielonymi szpalerami winorośli wparły się w błę‑ kit ciemne wzgórza Schwarzwaldu. Nie chcieć żyć, właśnie tu, wydawało się czymś sprzecznym, a co najmniej niestosownym. Jak poczułby się Hausmeister, pielęgnujący codziennie z oddaniem przydomowy trawnik? Ale jednocześnie właśnie wszechobecna tu idylla uzmysławiała mu dotkliwie, w jakiej psychicznej otchłani przebywał. I znowu poddał się ssącemu obiecująco działaniu wysokości. Upadek, czy lot? zatracał się między zbędnością życia i nieuchronnością śmierci... Któregoś zimowego dnia, w przebłysku chęci powrotu do świata przyczepił do poręczy balkonu kulę ziaren sklejonych tłuszczem. Siedział ukryty w głębi pokoju i pełen nadziei czekał – siedem długich dni...! Nie przyleciał żaden ptak; kruszynka radosnego oczekiwania zgasła jak dopalona zapałka. Podjął jeszcze jedną próbę. Przymocował do poręczy bezlistną gałąź, a do niej ptasi pokarm i znowu czekał... trzy lata! – nie przyleciał żaden ptak. Wtedy zrozumiał, że w idylli nikt nie szuka miłosierdzia. Nie życie do siebie trzeba wabić, ale iść do życia. Odpowiedzią na trzy lata „czarnego terroru” były Alpy, a później Gletscher, czyli lodowce, zjawisko w Polsce raczej nie znane; tam odnalazł zerwaną nić. Idąc w góry we flanelowej koszuli i dżinsach przekraczał kolejne poziomice pór roku. Kiedy mijał lato, było przepięknie, jednak czując powierzchowne mrowienie zmysłów, w sobie odnalazł tylko martwotę. Więc wspinał się wyżej, z każdym krokiem życie wokół marniało, kuliło się. Robiło mu się nieswojo, tym bardziej, że już nie spotykał nikogo w trampkach i dżinsach, a jemu przyglądano się z coraz większym zdziwieniem. Ale jednocześnie zwietrzył w powietrzu ten stan, tak mu znany – jak wtedy nad balustradą! Nie życie zdawało się być tu hegemonem, to była zaledwie mniej prawdopodobna możliwość... Potem wszedł w kamień i lód, przepadły kolory, przepadli ludzie – zawiało śmiercią... Nie, z braku pokarmu jakim jest życie umarła i śmierć. Marek poczuł się u siebie! Już nie odstawał, był w dziwnej zgodzie z tym niechętnym życiu pejzażem. Kiedy gospodarz górskiego schroniska ujrzał go w całej jego wyso‑ kogórskiej niezaradności, puknął się ukradkiem w czoło. A następnego dnia, słysząc, że wybiera się w lodową pustynię, powiedział, na poły nagannie, na poły bezradnie: „tu vais mourir”. Marek uśmiechnął się do siebie, bo kołatający w nim okruszek woli życia, tu w tej mroźnej pustce błyszczał najjaśniej od lat, niczym samotna gwiazda na tle czarnej próżni, choć może już nieistniejąca... Tego Emilia nie wiedziała. Pod koniec sierpnia wyłączyła komputer, upo‑ rządkowała biurko i wyruszyła na zasłużony urlop. Choć wiedziała, że nie będzie to leżakowanie pod parasolem, cieszyła się na wspólne wakacje. Cztery miesiące po ślubie była pełna optymizmu i ufności. Poza tym była dobrym piechurem. Jeszcze nie wiedzieli, że wkrótce „all inclusive” nabierze całkiem nowego znaczenia. I tak jechali teraz lokalnym pociągiem z Brig do niedalekiego Mörel. Stamtąd dali się wwieźć kolejką linową na 1188m n.p.m. do Ried‑Mörel. Lekki wyrzut sumienia, że wzorem niedzielnych turystów podawali sobie Alpy na talerzu Dekada Literacka 1 (250)

67 szwajcarskiej infrastruktury, uspokajała świadomość, iż ich ciężkie, wypełnione prowiantem, namiotem i innym biwakowym sprzętem plecaki były dostatecz‑ nym dowodem rzetelnej chęci poznania Alp od podszewki.

Massaschlucht Ruszyli oznaczonym szlakiem w kierunku Massaschlucht, kanionu wyżłobio‑ nego wodami topiących się, niewidocznych stąd jeszcze lodowców. Wymijali śliczne do bólu alpejskie chatki zazdroszcząc Szwajcarom ich zarazem dzikiej, jak i wypielęgnowanej ojczyzny. Lecz nie ma raju bez węża... Trach!!! Dźgnęło w plecach. „Tylko nie teraz!”, jęknął Marek, bardziej z obawy niż z bólu. Znał ten sygnał – lumbago! Zatrzymał się w pół kroku, jakby mu właśnie w ciele gips tężał i powoli opuścił plecak na ziemię. Nie zmieniając o milimetr pozycji kręgosłupa, położył się ostrożnie na przydrożnym murku. Zemściło się. Wieczorem w przeddzień wyjazdu, nie odmówił sobie dwóch godzin tenisa. A nazajutrz, ciągle sztywny jak kołek, wrzucał na plecy ciężki plecak. Ćwiczeniami yogi próbował rozciągnąć mięśnie kręgosłupa, czuł jak kręgi „łaskoczą” nerwy, jeden fałszywy ruch i kwicząc z boleści zalegnie tu na drodze. Kątem oka obserwował Emilię, kurza twarz, nie mogę jej tego zrobić, tyle czasu planowali wspólny urlop. I jak zwykle w takich momentach, myślał, a może to już pieprzona starość? I budził się się w nim okrutny żal do wehikułu, który zdradzał go właśnie wtedy, kiedy duch uwolniony dojrzałością od lęków i dogma‑ tów najbardziej potrzebował durnej pychy mięśni i trwonienia ciała. Rodziła się w nim chęć, aby to niechętne ciało schłostać, przymusić, wydrzeć zeń więcej ochoty. Batem silniejszej od ciała woli wyjaśnić, że nie opuszcza się ducha, gdy ów wznosi się ponad siebie. Pół godziny później szli znowu, w plecach ćmił głuchy ból. Modlił się, żeby się nie pogorszyło, tylko z trudem docierał do niego urokliwy nastrój szlaku wiodą‑ cego zboczem doliny Massa. Emilia też jakaś zwarzona – martwiła się o niego? Żółwim tempem osiągnęli Graaghütte. Choć był dopiero koniec sierpnia, domek, w którym turyści mogli zwykle zaspokoić pragnienie i lekki głód był już zamknięty. Zaczynało mżyć, urządzili więc na małej werandzie pod okapem polową kuchnię. Na pobliskiej łączce niefrasobliwy świstak wyjadał co smacz‑ niejsze ziółka. Twarz Emilii rozjaśniła się na chwilę, kiedy podglądała tłuścio‑ cha przez lornetkę. Niedaleko domku stała opustoszała, trzyścienna obórka. Zwierzęta sprowadzono już w dolinę, ale nad żłobem wisiał duży obraz święty. Zapachniało Polską, ale może to tylko zaduch obórki... Spali w namiocie, jednak nie sami. Razem spała troska i niepokój; gdzież podziała się radość wspólnego urlopu? Przed zaśnięciem nie wytrzymał i zga‑ nił Emilię za pasywność, za brak... radości?! Czuł absurd takich pretensji, ale nie mógł się opanować. Kiedy on pod powierzchnią niewygody domyślał się świata nowych doznań i radości, ona trzymała się kurczowo tego, co pewne, co sprawdzone; piękno jej świata było ciepłe, syte i jasne. Ale czyż zgadzając się na niewygodę, nie poszerzamy pola zmysłowości, a ta „nowa” zmysłowość nie rodzi ukrytego dotąd piękna? A czyż to „inne” piękno nie jest remedium na lęki, właśnie te najgłębsze, pasożytujące na cieple, sytości i jasności? Następnego dnia siąpiło od rana. Skwaszeni ruszyli do Riederfurki, gdzie zaczyna się obszar zaliczony przez UNESCO do Światowego Dziedzictwa Przyrody

68 Jungfrau‑Aletsch. Emilia wzięła sobie do serca jego wczorajszy wyrzut – cieszyła się... Bardzo było to wystudiowane, ale czyniła to tak wdzięcznie, że go rozbro‑ iła. W takich sytuacjach męczyło go podejrzenie, czy nie była aby mądrzejsza od niego. Ale może tak muszą czuć się mężczyźni, jeśli mają właściwe towa‑ rzyszki: w zasadzie przekonani o swojej przewadze – w zasadzie. Do  Riederfurki dotarli nieźle sfatygowani; osiągnęli już 2066m n.p.m. i powietrze było tu rzadsze, a plecaki pieruńsko ciężkie. Przed podróżą ćwiczyli co prawda podchodzenie na bałtyckich morenach Trójmiasta, jednak są one ciut niższe od tych alpejskich. W przytulnej, rustykalnej restauracji podsuszyli się i zamówili przyjemnie rozgrzewające zupki. Na deser kazał Emilii zamknąć oczy i postawił przed nią na stole świstaka, którego pożyczył od obsługujących ich kelnerek. Naciśnięty w stopę elektryczny wesołek podrygiwał i jodłował bez pamięci. Emilia po raz pierwszy od przyjazdu wybuchnęła niepohamowanym śmiechem. Lubił, kiedy tak się śmiała; on tak nie umiał, tak do krańca, bez tego marginesu, gdzie czuwa cenzor samowiedzy. Ona była jego niedokończonym śmiechem, on, jej niedokoń‑ czoną odwagą. Więc się uzupełniali? Nie był pewien. Tak mało mówiła o swoich oczekiwaniach, wystarczało jej, że była z nim. Miłe było to bezkrytyczne przy‑ wiązanie, ten kredyt zaufania zwany potocznie miłością, jednak nie był pewien, czy za nadmiarem podporządkowania nie kryje się brak indywidualności. A jed‑ nak była w niej kusząca żywotność, o której zdawała się nie wiedzieć, a którą on spijał jak spękana pustynia. Była jego fatamorganą, a on nie miał powodu i odwagi, aby w nią wątpić.

Aletschwald i tajemnicza woń W końcu trzeba było pożegnać rozochoconego świstaka i wyjść z ciepłej sztuby w mgłę i mżawkę. Skierowali się do Aletschwaldu. Zaledwie odgadywali we mgle szlak i z wisielczym humorem zapewniali się nawzajem, że z Alp najbardziej lubią oszałamiające panoramy. Lecz tak naprawdę złościła go podła pogoda. Jego scenariusz przewidywał łagodne przejście od detalicznych Alp à la Milka Kuh w rozdzielczości HD, do monumentalnego, zrytego szczytami horyzontu, którego przejrzysta rozpiętość ujawni zaokrąglenie globu. Zgoda, może wymagał zbyt wiele na raz, ale wiedział, że ze zboczy Moosfluh można zobaczyć w całej druzgoczącej wspaniałości największy lodowiec Alp‑Aletschgletscher. To wła‑ śnie tu miało zabrzmieć przysłowiowe „Kurtyna w górę!”, miało odebrać Emilii oddech z podziwu i grozy. I co?... figa z makiem! Naciągnęli kaptury głębiej na, i tak zbędne, oczy i deptali sfrustrowani mokrą ścieżką. Gdzie wspaniałość, gdzie patos, no gdzie..? Mgła – z  brudno‑białych oparów wyłaniały się zmory koślawych limb i modrzewi. Krzywe, okaleczone, trwały na przekór, wsparte blizną, wzmocnione raną. Bez skargi, milczały szpetną urodą, w zaklętym czarze tego, co odstaje, co odbiega od normy... Marek pomyślał o sobie, o życiu na bliźnie, o życiu na fel‑ gach. Kiedy widział ten organiczny upór, coś zaczynało w nim łkać, chwytało za gardło; niespełnione domagało się rewizji, ukarania sprawców, lecz w tej samej chwili rozsądek, ów bękart pragmatycznej pokory wołał: ceń spełnione. Przyglądał się Emilii – milczała. Czy dostrzegła jego wewnętrzny spór? Czy też każde z nich szło z osobna? Dekada Literacka 1 (250)

69 Siąpiło, bździło, polewało nieustannie, wiatr przyklejał zimne szmaty mgły do twarzy. Od dawna przestali oczekiwać spektakularnych widowisk natury. Było już dobrze, kiedy schowali się pod potężny skalny okap i usiedli na niezmo‑ czonym kamieniu. Suchy tyłek i brak brzemienia na grzbiecie zastępowały zna‑ komicie nienasycone pragnienia wzniosłej duszy. Zjedli po dwie garści „Futra”, tak ochrzcili „Studenten Futter”, mieszankę orzechów i suszonych owoców, i podając sobie tubkę na przemian wysysali z niej gęste, słodkie mleko skon‑ densowane. A kiedy pożywna papka roznieciła w żołądku pulsujące energią zarzewie, nagle dostrzegł, że właśnie tu pod chroniącym ich głazem rozkwita niepozorny pączek wielkich metafor alpejskich, że łaknąc fantasmagorii, oślepł doszczętnie na filuterny czar kozich bobków leżących u jego stóp niczym błysz‑ czące ziarna palonej kawy, że pomylił, chcieć z być, czyli chimerę z substancją. Zawstydził się, spojrzał na Emilię, szukając usprawiedliwiającej przyczyny – przecież nie dla siebie pragnął, lecz dla niej! I zawstydził się jeszcze mocniej, bo próbował ukryć swoją słabość za jej słabością, a przecież i ona była prapo‑ czątkiem wielkich metafor... Nietypowy posiłek wyzwolił twórczą energię przewodu pokarmowego. Marek poleciał pod limbę. Wracając utyskiwał, że  złośliwy wiatr przynosi woń. Emilia przyglądnęła się czujnie jego ręce. Nic nie powiedziała, ale bardzo wymownie. Więc i on spojrzał dokładniej... O, rany! Narobił sobie na rękę!!! Jak postrzelony świstak latał po łące, tarł się o mchy i trawy. Emilia pokładała się ze śmiechu. „No poczekaj, ja ci się odwdzięczę za te drwiny”, odgrażał się, choć nie na serio. Był niemal wdzięczny losowi za tę małą wpadkę, dzięki której, choć jego kosztem, mogli zapomnieć na chwilę o niegodziwościach klimatycznej aury. Szli bardzo wolno. Mijane szlakowskazy drwiły z ich tempa, dałby głowę, że słyszał za plecami szyderczy chichot. Na dobrą sprawę musieliby podwajać ilość podanych na nich godzin. Planując wędrówkę wliczył co prawda rezerwę, ale nie aż taką. A co będzie na lodowcu? Zaczynał się martwić. Pogoda, że psa nie wypuścisz, więc nie dziwota, że nie napotykali żywego ducha. No niezupełnie: najpierw jedna, potem druga i trzecia, wreszcie osiem kozic wyłoniło się z mglistej zasłony na zboczu powyżej ścieżki. A i poniżej małe stadko skubało mech i filigranowe kwiatki. Zachwycona Emilia psykała na niego i pokazywała coraz to nowe zwierzę. Niekoniecznie zgrabnie, a jednak nonszalancko zwierzęta przeskakiwały ze skały na skałę i, zdziwione, że przy tej pogodzie ktoś pęta się po bezdrożach, śledziły ich, pociesznie niezręcznych, z wyraźną dezaprobatą. Wolniutko, jakby ślamazarność turystów wyzwoliła je z wszelkiej obawy, rozpływały się kolejno w mglistym niebycie. Tu wystawał jeszcze z mlecznego oparu zamyślony łeb, tam oberwany zad na dwóch nogach odszedł donikąd. Emilię cieszył każdy przejaw życia, czy to patrolujący świ‑ stak, czy hoże kozice. Jakby się bała penetrującej ciszy, mglistego bezwidnia. Jego również cieszył żywego wdzięk, ale bardziej imponował martwy majestat. Bo żywe, to egoizm, to strach, to hipokryzja. W nieruchomej skale tkwiła nato‑ miast moc, moc bez celu, przez to łagodna, choć groźna. W lodowych rzekach drzemał odwieczny ruch, pełen zagęszczonych wspomnień, jego powolność była uwerturą wieczności. Marek wiedział, że całym własnym życiem wypełni zaled‑ wie pół lodowcowego kroku, lecz wspólne pół kroku wzdłuż wieczności napeł‑ niało go niewytłumaczalną radością. Nawet mgła, choć najbliższa człowiekowi,

70 bo nietrwała i zmienna, ileż miała w sobie płodnej fantazji, fantastycznych projektów, jednak bez usilnego uporu „wcielania ich w życie”... Doszli do krzyżówki szlaków Alte Stafel. Pochmurne niebo sprzyjało zapada‑ jącemu szybko zmrokowi, więc zaczęli szukać miejsca na biwak. I tu potwierdził się ów zadziwiający paradoks Alp: w zdawałoby się niezmiernej przestrzeni, ograniczonej tylko wierchami i niebem, fakt że tego dnia niskim, często nie sposób znaleźć czterech metrów kwadratowych płaskiego terenu pod namiot. Wraz z zapadającą szybko ciemnością z rosnącą niecierpliwością przeszukiwali teren. Po mozolnym dniu zapragnęli choć namiastki wygody. Wreszcie znaleźli dwa miejsca: jedno z lekkim spadkiem, więc w nocy on będzie wtaczał na Emi‑ lię; drugie, rodzaj niecki, gwarantowało im sprawiedliwą, choć wymuszoną przytulność w centrum namiotu. Mniej lub bardziej przypadkowo wybrali to pierwsze. Na szczęście. Całą noc lało, a zgrabna niecka nazajutrz okazała się małym jeziorkiem! Nieustanny gruchot deszczu w dach namiotu niepokoił Emilię, długo nie mogła zasnąć. Marek lubił kiedy żywioły natury były blisko, tuż tuż, a jednak nie krzywdziły. Krople pluskały, terkotały, widać je było wręcz, gdy wgniatały się w płócienko, pachniały dojrzałym niebem. Niesiony deszczową dorożką na obrzeża nieistnienia zasnął – szczęśliwy!

Märjelensee Rankiem już nie padało, ale było mgliście i szaro. Na śniadanie pogryzali smaczne, polskie kabanosy, do nich szwajcarskie: cebulę, chleb, ementaler i kawę. Nie‑ mrawo ruszyli zboczem Bettmerhornu do Märjelensee. Ciągnęli nogę za nogą i zrezygnowanym niby‑uśmiechem dodawali sobie ducha. Było mu przykro, z dnia na dzień bardziej. Nie chciał wymuszać na Emilii urlopu wyrzeczeń, a jak do tej pory pasmo uciążliwości nie miało końca. W czasie tych pierwszych dni miała przecież tankować bajeczne, letnie krajobrazy, aby sprostać potem próbie najwyższej: okrutnej wspaniałości lodowców... Obrócił się do idącej za nim Emilii i szukał w jej twarzy należnej mu goryczy. Zbliżyła się i bez słowa pocałowała go zziębniętymi ustami. Był jej wdzięczny za cierpliwą wielkoduszność, lecz czuł się winny bardziej niż przedtem. Jeszcze chwilę próbował wyminąć zasłonę jej oczu, lecz tych oczu nie można było wyminąć, zbyt trzeźwe, wbrew pozorom były to oczy drapieżnie władcze. Nie odezwała się i tylko wzrokiem wskazała, że ma iść dalej – o czym myślała: „All inclusive”? Posłusznie tłamsił ścieżkę, aż nagle..?! Wpił wzrok w  mgłę z  taką siłą, że musiało ją boleć... „Emilio! Tam!”, prawie krzyknął, lecz skończył szeptem, by zjawy nie spłoszyć. Po lewej stronie, w głębinie doliny mgła była jakby biel‑ sza, twardsza... To On! To On!... mamrotał Marek półgłosem jak nawiedzony. I rozdarła się nagle mleczna zawiesina, bo czy mogła ukryć ten przepych, ten ogrom, nieme parcie mas potwornie znieruchomiałych... W rozdarcie zabłąkał się promyk oderwany od ukrytego za kurtyną mgieł słońca, dotknął lodu, poślizgnął, fiknął kozła, rozbryznął i zagmatwał w tysiącach szczelin, rozlał świetliście, zastygł złotym werniksem, utrwalił. Markowi zaparło dech, choć widział Go nie po raz pierwszy. Pierwotny majestat lodowej bestii miażdżącej od niechcenia wymijane wierchy wymuszał pokorę. Szczyty sterczące nad ogłuszającą ciszą lodowego wiecznopływu przypominały topielców rozpaczliwie czepiających się Dekada Literacka 1 (250)

71 nieuchwytnie‑obojętnego nieba, a nieprzemijająca męka maltretowała zmysły nieprzywykłe do zmagań w bezczasie. Słońce, jak niewidoczny za linią frontu wódz kierowało kanonadą promie‑ nistych salw, wystrzeliwało w szarym całunie chmuromgieł nowe, poszarpane wyrwy. Brudno‑mleczny kłąb biesił się, dźgany i deptał promienne ogniska kolumnami rozchwianych wirów, lecz parzył stopy, odskakiwał, znowu przy‑ siadał, doduszał, wreszcie w gorejącym blasku czezł, nikł... O, piękno, nienazwane są twoje granice! Marek mógłby bez końca patrzeć na te cudowne zmagania, do ekstazy, do śmierci. Przypomniał sobie wers: „das Schöne ist nichts, als des Schrecklichen Anfang, den wir noch grade ertragen…“ (piękno jest niczym innym, niż początkiem grozy, którą jeszcze potrafimy znieść...). O, tak! O, tak … westchnął zachwycony, Rilke miał rację. Spojrzał ukradkiem na Emilię, o której niemalże zapomniał. Jej twarz nie mówiła nic, to źle. Wystraszył się, bo odkrył w niej jedynie obawę. To niemożliwe, żeby istniał lęk większy niż ta niedościgła feeria zmysłowości, myślał; jaki biedny, kaleki jest człowiek, który ucieka pod ochronę strachu, zanim „das Schöne... nie‑ frasobliwie wzgardzi nas zniszczyć...” Może nie miała dostępu do tych „pięknych strasznych”, ona, dziecko z dobrego domu; zbyt ułożona, praktyczna, zaradna, nie miała w sobie tej skazy, co rozszerza granice – pola dzikie... Będąc z najbliższą, był jednak sam – zaczął padać śnieg!

Gletscherstube i kiełbasa pełna niespodzianek Zmęczeni, mokrzy i zmarznięci zeszli w dół do dolinki Märjelensee. Plano‑ wali dotrzeć jeszcze dzisiaj do Konkordiahütte, schroniska wiszącego jak orle gniazdo na skalnym występie w krainie lodowców, więc Marek rozważał, czy wejść z rozpędu na Aletschgletscher, którym należało dalej iść, czy też najpierw rozgrzać się i wzmocnić w górskiej chatce Gletscherstube. Bał się, że Emilia straci „rozpęd”, że zacznie zanadto rozmyślać. Wydawało mu się, że im bliżej lodowca, tym powolniejsze są jej ruchy, tym poważniejszą ma minę. Nie chciał jej „łamać”, bo co, jeśli Go znienawidzi? W nim wystartował już modus „walka”, tu wyrzeczenie i ból zaczynają smakować jak opium. Resztką trzeźwego rozumu próbował wczuć się w Emilię i postanawił regenerację. W Gletscherstubie przywitały ich rozleniwiające ciepło, jasne, miłe w dotyku drewno i zalotny zapach jedzenia; z kontuaru uśmiechały się orzechowe rożki okapujące słodką glazurą. W przeciwnym kącie sali czteroosobowa grupka turystów kończyła popołudniowy deser. Pewnie przyszli tu tunelem z sąsied‑ niej doliny, żeby „powąchać” lodowiec. W Märjelensee niczym w zoologicznym ogrodzie, można było spojrzeć z bezpiecznej odległości na „Bestię”, a nawet jej dotknąć; dla wielu finał gier wyobraźni i dopuszczalnych doznań, dalej roz‑ poczynała się perwersja, niszczenie iluzji, patologia rozkoszy. Właściwie mieli być tu krótko, ale Marek odgadywał, że trzeba odpuścić. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że mogą nie zdążyć dziś do Konkordii. Sta‑ rał się stworzyć atmosferę swobodnego odprężenia, ale po cichu kontrolował czas. Zamówili gorącą herbate z cytryną i „Bratwurst mit Käse und Tomaten”. Niebawem gospodarz postawił przed nimi białe, estetycznie niewymagające talerze. Marek spojrzał na ślicznie usmażoną, ale cokolwiek samotną kiełbasę i poirytowany zapytał: „a gdzie ser i pomidory?”. W szwajcarskim niemieckim

72 gospodarz wyjaśnił: „w środku, w kiełbasie”. Robiąc duże zdziwione oczy Marek powtórzył: „aha, w środku”. Pyszną kiełbasę czuć było prawdziwym i niezwykle kruchym mięsem, co nie każdej jest dane. Następnie dogodzili sobie kawą, ciastkiem z morelami i orze‑ chowym rożkiem. Zerknął na Emilię: czy wejdzie teraz na lodowiec? Nie dał jej czasu do namysłu. Dnem dolinki poszli ku krawędzi zamarzniętego kolosa. Nie było to podejście dodające śmiałości. Przeciwnie, w miarę zbliżania się do stalowo‑szarej bryły pociętej szramami pęknięć, jak razami gigantycznej szabli, ponury wał spiętrzający się u ujścia dolinki zdawał się wznosić wyżej i wyżej; ponad głowę, ponad odwagę. U jego dołu otwierały się przeraźliwe, gulgoczące pieczary, ziejące paszcze ociekające wodą jak śliną. Emilia skuliła się mimowolnie i – w każdym innym terenie mistrzyni szybkiego chodu – ledwie przesuwała do przodu ołowiane nogi. „Muszę za potrzebą” wyrzuciła z siebie dogasającym głosem i zniknęła za skałą. Biedna, pomyślał, wątpił, że naprawdę chce iść dalej. Cierpi dla mnie? Czy na  tym ma  polegać nasza wspólnota? Na czym polega w ogóle? Kobiety i mężczyźni... Wzrastamy i wychowujemy się oddzielnie, z posmakiem lekkiej dla siebie pogardy i pewnego dnia, pędzeni podświadomym nurtem, stapiamy się w eksplozji uniesień i pragnień w jedno, uzależniamy od siebie wydani na pastwę rozkosznej słabości, która wyzwala w nas niespożyte pokłady energii samopalenia. A jednak... jednak nigdy nie rozumiemy się do końca. I dobrze, szepnął do siebie, dociągając silniej paski raków, ci, co sądzili rozu‑ mieć wszystko, stawali się zwykle wielkimi draniami. Wróciła. Spojrzała na niego beznamiętnym wzrokiem osoby zniewolonej, następnie rzuciła długie spojrzenie w kierunku Gletscherstube. „Wkładamy raki”, powiedział stanowczym tonem, rwąc na strzępy tę pajęczą nić nadziei. Emilia usiadła i usiłowała włożyć lewego raka na prawy but. Marek tracił cierpliwość, jednak w sposób wyrachowany wykorzystał zniecierpliwienie, aby wiarygod‑ nie Emilię zbesztać. „Skup się na tym, co robisz”, domagał się naglącym tonem i czuł się przy tym podle, bo własnoręcznie przekuwał romantyzm przygody w psychologiczną skuteczność.

Aletschgletscher Wąską lodową półeczką weszli na mocarny grzbiet Lewiatana – ten nie drgnął. Marka ogarnął podniosły nastrój. Czasem czuł się podobnie wchodząc do wiel‑ kich domów bożych, choć jako niewierzący jedynie domniemał istnienia w nich owych nostalgii skrojonych na miarę człowieka. Tu, w katedrze opartej na wier‑ chach rzecz była oczywista, bez aktów wstępnych, bez przewodników, bez liturgii. Jakież murowane sklepienie mogło pomieścić ów bez mała obsceniczny patos zalewający rozszerzone zachwytem źrenice, jakiż udręczony męczennik w(y)zywający Wszechwładnego łzą z olejnej farby mógł dorównać niemej męce niebotycznych gór startych przez wieki na miał. Nie było tu gładzi marmurów, nie było złoconych aniołów, wielkich słów zmielonych na proszek, wywyższeń i pochwalnych chorałów, ale, kto szukał do tej pory Boga bezskutecznie, miał Go tutaj przed sobą; przerażającego, milczącego, bezczynnego – po prostu Boga...! A poza tym, było tu... bardzo cicho... Pod stopami zachrzęścił kąsany rakami lód. Marek szedł zdecydowanym krokiem i  tylko z  rzadka udzielał Emilii Dekada Literacka 1 (250)

73 obcesowo krótkich wskazówek. Chciał ją szybko wciągnąć w sfałdowany odmęt, odebrać nadzieję ratującego brzegu; jeśli teraz zwątpi, nie wróci już na lodo‑ wiec. A przecież nadszedł moment, kiedy strach cudowną metamorfozą zamie‑ nia się w euforię wszechmocy. Usiadłszy okrakiem na karku Bestii czeka się na furię, straszny wstrząs, podniebną woltyżerię. A tu cisza... tylko raki nuciły waflowo‑szklisty rytm. Pod nimi, spał miliard ton maszerującego w dolinę lodu. Gdzież, jeśli nie, tu można było poczuć niepokorną dumę kłębuszka ścięgien i mięśni podsycanych odrobiną cukrowego metabolizmu. Ale co czuła kobieta, kiedy on spełniał sny o potędze? Co będzie, jak zobaczy zachłanne rozpadliny, ssące bezdenne szczeliny? Przecięli na skos obłą flankę lodowego grzbietu i zbliżali się do labiryntu zapadlisk wzburzonych jak morskie fale. Sine grzywacze zastygły w ciągłym zawieszeniu, sparaliżowane w pół zwału nad głębokim rowem, w którym dyszał skulony z przerażenia człowiek, bo groźba nie mija, lecz jak w nocnym kosz‑ marze czyha i trwa. Ile trzeba siły woli, aby zapomnieć spiętrzone za plecami fale, gdy wyobraźnia zwala wciąż na nowo zmętniałe pagóry. Nie odzywał się do Emilii. Bał się, że w każdej chwili może wybuchnąć histerycznym protestem. Nie miałby jej tego za złe, on dużo dłużej oswajał swój pierwszy lodowiec. Lecz on go szukał i chciał, ją – wpędzono?! Emilia milczała i szła, szła zdecydowanie, może nienawistnie. Zaczęli kluczyć w szalonych meandrach lodowych wybrzuszeń i zapadlisk, szukali pomostów, przeskakiwali szczeliny. Kroczyli po coraz węższych graniach. Zaczynał ją podzi‑ wiać, była taka opanowana. Zarazem bał się tej jej odwagi, czy wiedziała, co robi? Dotarli do pierwszej wewnętrznej moreny, czarnego lampasa skalnego gruzu zdobiącego białą rzekę lodu. Dzikość lodowych konwulsji osłabła, lecz im nie było łatwiej. Zerwał się wiatr i zaczął padać śnieg. Szarość zmierzchu połknęła wszelki półcień, a wraz z nim zniknęła struktura podłoża. Nie sposób było odczytać w lodzie alfabetu niebezpieczeństw. Porzucili myśl o dotarciu przed zmrokiem do Konkordii, to byłoby samobójstwem. Postanowili – to eufemizm, nie mieli wyboru – nocować na lodowcu! Łatwo powiedzieć, nadżarta gorącym dłutem słońca powierzchnia usiana była ostrymi lodowymi igłami, następnego dnia możnaby podziurawiony jak sito namiot wrzucić do pierwszej z brzegu szczeliny. Przez moment kręcili się bezradnie w kółko, lecz wzmagająca się zadymka domagała się natychmiastowej decyzji. W siekącym wietrze, ośle‑ pieni drobnym, twardym śniegiem rozdeptywali żmudnie, stopa przy stopie, lodowe ostrza. Dla pewności Marek „zheblował” podłoże czekanem. Odfru‑ wający namiot lgnął do nich, przewracał, linki pętały nogi. Emilia trzymała kurczowo tę spłoszoną namiastkę schronienia, kiedy on z zaciśniętymi zębami wbijał czekanem szpilki, które wyślizgiwały się natychmiast z otworów. Pobiegł w zadymkę szukać kamieni, lecz akurat tu było ich mało. Odbiegł jeszcze dalej w panicznej obawie, że straci z oczu Emilię i namiot. Walił wściekle czeka‑ nem w przymarznięte głazy, wyrywał, targał do namiotu i przywalał nimi linki. Wreszcie, z pękającym z bólu krzyżem, nie czując zmarzniętych rąk wczołgał się do namiotu. Namiot, model letni z moskitierą i otwartym z dołu tropikiem, chwytał wiatr jak dobry żagiel i łopocząc próbował odlecieć, śnieżny pył przenikał do wewnątrz. Czy wytrzymają kamienie, martwił się Marek. Kompletnie ubrani, w czapkach,

74 zasznurowali się w śpiworach. U niego nadal modus „walka”, czyli radość prze‑ trwania, ale Emilia..? Troska o nią zakłócała jego radość, troska ta unicestwiała uczucie wolności – więc to jest cena, którą płacił za jej miłość, za oddanie? Udrę‑ czony zasnął. Świt wsączył się do namiotu chorobliwie bladym blaskiem. Marek spojrzał w bok: Emilia leżała nieruchoma, przypudrowana kryształkami śniegu, od jej strony wiało bardziej. Na szczęście w którymś momencie śnieg domknął szparę między powierzchnią lodu i tropikiem, i przytłumił wiatr. Przez moment nie był pewien, czy przez noc lodowiec nie wyssał z nich wszelkiej żywotności i nie przywłaszczył oszronionych ciał na wieczne wędrowanie. Kiedyś, na innym lodowcu, natknął się na pozostałości po nieznajomym wędrowcu. Było tam wszystko: staromodny plecak z rzemykami, ubranie, tubki, fiolki, latarka z lat sześćdziesiątych i inne akcesoria, tylko człowieka brakowało. Tamten obraz bardzo go przejął, do dzisiaj nie umiał rozwiązać dziwnej zagadki. Jednocześnie przypomniała mu się historia, którą opowiadał znajomy Niemiec: Przed laty jego brat pojechał kamperem w Alpy, chciał wędrować samotnie lodowcem. Już nie wrócił, znaleziono tylko pusty samochód. Marek wzdrygnął się nieprzyjemnie i na wszelki wypadek poruszył ręką, jakby się upewniał, czy ciągle należał do tego świata. Nagły ból w dłoni pocieszył go, że nie opuścił jeszcze tego padołu. Prawa dłoń była mocno spuchnięta. Musiał ją wczoraj nadwyrężyć wbijając bez rękawiczek szpilki i rwąc kamienie. Kiedy poruszał palcem wskazującym, coś w niej skrzypiało. Zadał sobie pytanie, czy powinien w tym stanie podjąć ryzyko dalszej wędrówki. Zagłuszył wątpliwości, choć czuł, że lawirował na granicy lekkomyślności. Napędzani perspektywą szybkiego śniadania w  Konkordii, zapomnieli o zmęczeniu, wykopali się ze śniegu i ruszyli w drogę – przecież już blisko... Zabrało im to sześć godzin!!! Nie znając dokładnie dojścia do schroniska, a miały być dwa, wybrali trasę optycznie najkrótszą, czyli wprost na chatę, którą widzieli od dawna na wynio‑ słym progu skalnym. I, jak to często w Alpach bywa, okazała się ona dłuższą. Zbliżając się do skraju lodowca, wplątali się w niekończący się labirynt szcze‑ lin. Aby zyskać sto metrów do do celu, musieli przejść kilometr w poprzek. Co znaczy przejść?! Świeży śnieg maskował trudności i zasłonił ewentualne ślady poprzedników. Kanty szczelin utraciły jednoznaczność, kamienie stały się oślizgłe. Upragnione śniadanie przesuwali kolejno na godzinę dziesiątą, jedenastą, dwunastą, pierwszą... W końcu dotarli do ostatniej hałdy pogruchotanych skał, a słynne stupięć‑ dziesięciometrowe metalowe schody, pnące się ostrymi zygzakami po pionowej ścianie, wydawały się być w zasięgu ręki. Znowu zaczął padać śnieg. Zaatako‑ wali hałdę frontalnie, ale te czterdzieści metrów wspinaczki okazało się dia‑ belsko podstępne. Wielkie i małe głazy, usypane stromo, przysypane mokrym śniegiem spoczywały jedne na drugich tylko na słowo honoru. Kiedy mniejsze usuwały się spod stóp, pół biedy, już pogodzili się z tym, że Alpy, to znój i ból, lecz co, gdy ruszą większe? Niektóre ważyły z pół tony. Z duszą na ramieniu przemykali między uśpionymi kamlotami. Choć do cna strudzeni, starali się iść zwiewnie jak baletnice. Najchętniej by ich w ogóle nie dotykali, ale na czymś trzeba było się oprzeć – gra w budzenie kamieni... Emilia mogła tylko marzyć, Dekada Literacka 1 (250)

75 żeby Marek okazał jej kiedyś tyle tkliwej czułości, z jaką pieścił szorstkość ponurych głazów. Niczym rozbitkowie uchwycili się zimnej poręczy schodków wiodących do schroniska, jeszcze żadna nie obudziła w nich tyle ciepłych uczuć. Marek z chorobliwym natręctwem naciskał i próbował ją we wszystkie strony, nie ulegała... te wspaniałe śruby i spawy...!

Konkordiahütte – „Matko na wysokościach...” Weszli do Konkordii. W przedsionku głucha cisza. „A mówiłeś, że tu aż gęsto od ludzi”, przypomniała mu Emilia. Marek rozglądał się niedowierzająco, był tu już dwa razy, ale czegoś takiego jeszcze nie widział. Za pierwszym razem zabrakło dla niego laczków na zmianę, które były tu obuwiem obowiązkowym. Teraz ponad setka wychylała bezczynnie gumowe nosy z regałów. Zapach pozo‑ stawionych w przedsionku górskich butów mógł słabszego obalić. Powietrze w sali głównej można było kroić nożem. Gwar, tumult, brak miejsc. Spał pod stołem. Teraz – cmentarny spokój. Otworzyli drzwi do sali, żywego ducha... Marek rozglądnął się za dzwonkiem. Wtem z bocznych drzwi wsunęła się bezszelestnie szczupła postać, na ręku zawiniątko. Była to gospodyni, a zawi‑ niątko, okazało się niemowlęciem. Marek, zbity z fasonu – nastawił się na prze‑ pychanki i przekrzykiwanie harmideru – zagaił: „O, jakie maleństwo, pewnie z dwa miesiące.” „Dwa tygodnie”, odpowiedziała kobieta. „Dwa tygodnie...”, powtórzył trochę durnie, „ale jak...?” „Tu się urodziło.” „Jak to, a lekarz...?„ „Bez lekarza. Z pierwszym mi dobrze poszło, to drugie sama urodziłam”, odpowiedziała kobieta rezolutnie, kiedy on dukał jak sztubak. „Tu, na prawie trzech tysiącach metrów?!” „Mąż był. Pogoda była dobra, w razie czego wezwalibyśmy helikopter.” „Urodzona w Konkordii,” – dowiedział się już, że dziewczynka – „fajny począ‑ tek biografii”, żartował. „Pewnie jedyna w Szwajcarii.” Matka uśmiechnęła się ciepło i zarazem po szwajcarsku wstrzęmięźliwie. Nie chciał wierzyć w to, co słyszał. Tu w Szwajcarii, taka cyganeria. Z nie‑ ukrywanym podziwem przyglądał się niewieście, która żonglując maleństwem jednocześnie rozpaliła dla nich kominek, a następnie w tej samej akrobatycznej manierze zaczęła przyrządzać herbatę. Jakby czując nasze zaskoczenie niezwy‑ kłą tu pustką, wyjaśniła, że w związku z pogorszeniem pogody siedemdziesiąt osób anulowało pobyt, zatem możemy sobie dowolnie wybrać zarówno pokój, jak i legowisko. Pogorszenie pogody – tak, coś o tym wiedzieli, ale w zadymce, zagmatwani na lodowym ugorze nie bardzo mogli cokolwiek odwołać. Zresztą Marek nie żałował noclegu na zastygłym nurcie, po cichu cieszył się jak mały chłopiec, to był jego powrót do dzieciństwa, do... życia na przekór, wstrzymanego w biegu zmarzliną uczuć. Tu zamykało się koło; a koło musi się domknąć, bez względu na to, jak i gdzie się poczęło. Lecz czy nie domykał go przedwcześnie, przecież Emilia... Czy nie krzywdził jej, czy czegoś nie zatajał? Czy nie czynił planetą, wokół świecącej, a nie istniejącej już gwiazdy?

76 W międzyczasie pokazało się słońce, więc wyszli na taras i z lotu ptaka oglądali oślepiający bielą Konkordiaplatz. W orgii szczelin i rumowisk odgadli szlak, którym przyszli. Z wysokości wszystko wydawało się prostsze, a przecież ciągle czuli w kościach mordęgę i pamiętali maltretujące serce uczucie osaczenia w pajęczynie pęknięć podbiegających błękitnymi mackami do ich stóp. Nawet tu, przykuci tak pewnie inżynierskim kunsztem do skalnego klifu, poza zasięgiem rozpościerającego się poniżej niewinnie, wręcz zalotnie odmętu, zdobnego prąż‑ kowaną tkaniną połysków i lśnień, czuli się raczej wpędzeni, zaszczuci, zaledwie odroczeni; wiedzieli, że po nabraniu oddechu trzeba wrócić w to brylantowe szaleństwo ukrywające pod niewinną bielą śmiercionośne upodobania. Marek odganiał natrętne wątpliwości i wierny maksymie, że nawet naj‑ trudniejszy szlak jest jedynie sumą małych kroków, próbował rozszyfrować jutrzejszą marszrutę do przełęczy Lötschenlücke i królującego nad nią schro‑ niska Hollandiahütte. Przez lornetkę dostrzegł słaby ślad w śniegu; gospo‑ dyni powiedziała, że wczoraj poszły dwie grupy. Nie szedł jeszcze tamtędy, lecz z daleka wyglądało to niegroźnie. Lodowiec sprawiał wrażenie zwartego, bez wielu rozstępów, długi język leżał jednak wyżej, był zatem przykryty zarówno starym, jak i nowym śniegiem, a pod nim... Żachnął się, będzie dobrze, pocieszał się, jednak niepokój pozostał. Całą tę wyprawę planował sumiennie i drobiazgowo: odcinki, czas, noclegi, prowiant, ekwipunek; bo jeśli nie własne życie, które los wyrwał mu z ręki zaraz na wstępie, to przynajmniej urlop. A jednak, im dokładniej planował, tym więk‑ szą czuł odrazę do wyliczonej nazbyt drobiazgowo eskapady. Zaczął łapać się na tym, że półświadomie dopuszczał niedokładność, ukrywał w planie niewia‑ domą. A przecież teraz był odpowiedzialny za Emilię, więc się szarpał, gryzł uzdę. Był z nią tutaj, żeby ją lepiej poznać, ale czy należało napinać cięciwę wspól‑ nych doświadczeń do wysokiego C – a jeśli pęknie? Ile można w ogóle o czło‑ wieku wiedzieć? Ile powinien, ile wolno mu było o niej wiedzieć? Czy nadmiar wiedzy nie kończy się zobojętnieniem, później chaosem? Raz już próbował wiedzieć o kobiecie wszystko – zostały: doświadczenie, cynizm i... zgliszcza! Na  obiadokolację dostali zupkę jarzynową, potem Rösti – rodzaj zapie‑ kanki/placka z wiórków ziemniaczanych, szwajcarską potrawę narodową, oraz białą kiełbasę i blanszowaną marchewkę. Na deser czareczkę budynio‑kremu karmelowego. Pojawił się również gospodarz, który do tej pory ćwiczył na zapleczu grę na akordeonie, pomógł żonie podać do stołu. Na przemian żonglowali dziec‑ kiem. A że chłop miał z metr dziewięćdziesiąt, więc wyglądał z niemowlęciem przezabawnie, jakby mu chrabąszcz po ręku chodził. Po obfitym posiłku, przynaglony naturalnym odruchem Marek wybiegł na zewnątrz do domku sanitarnego. Tam szok – obezwładniający fetor chwycił go dławiącym chwytem za gardło! Zimny smród, pozbawiony naturalnego ciepła, stał się żrący, a w kontraście do przeczystego powietrza wokół, walił maczugą w łeb. Wtem zatkało go po raz drugi. W tym zabójczym otoczeniu dostrzegł materacyk do przewijania niemowląt..! Coś tu się nie zgadzało. Przypomniał sobie dziwną, smutną powagę obojga. A ten awanturniczy poród, czy aby tylko antytrend? Złe przeczucie kazało mu zapytać: czy na pewno panowała concordia na wysokościach...? Dekada Literacka 1 (250)

77 W przytłaczającej ciszy szykowali się do snu, w chacie, którą pamiętał chra‑ piącą stugłosem, sapiącą, stękającą, pierdzącą, duszną, walczącą nocą o okno: zamknięte, czy otwarte; chacie skrzypiącej, stukającej nocnym wstawaniem do sikania, do wierchów zdobywania. Marek zgasił mdłe światło i natychmiast przez ciemne szyby zaczęła wśli‑ zgiwać się do pustego wnętrza ogromna noc, cichcem układała się obok nich na wolnych legowiskach, niewidoczna, a przecież czuł jak parła, wypełniała przestrzeń od podłogi do sufitu z oleistą dokładnością, omywając ich chłodnym powiewem, jakby przestały istnieć ściany, ów przelotny znak ludzkiej tu bytno‑ ści. Absolutna ciemność połączyła się niebawem z milczącym jadem bezdźwięku, tworząc kwas wszystkożrący, więc wkrótce przepadł i sufit i podłoga, a oni, pod‑ ciągając odruchowo pod brodę ciężkie, szorstkie koce, zawiśli gdzieś, ani ziemscy, ani gwiezdni; i nagle przywarli do siebie, jedyni uchwytni, a każde dotknięcie zwielokrotniało się echem oślepionych zmysłów i malowało w wyobraźni ciał spojonych zwoje, i było ich tak mnóstwo w zatratnym pomnożeniu, że choć chwytali na oślep, nie chybiali celu... Rankiem przywitała ich obezwładniająca cisza, każdy odgłos był zawsze tylko ich własnym. Było w tym coś niesamowitego, jakaś nieludzka nagość, przeradzająca się w boleśnie odczuwaną własną obecność. W jadalni, na dużym, owalnym stole czekało już, jak z ducha ręki, skromne śniadanie. Z ostrożną nieśmiałością napoczęli posiłek; był na pewno dla nich, a jednak tkwiła w nim czyjaś niezawiniona obojętność. Przez okna wdzierał się do sali oślepiający blask, jego przenikliwa natrętność budziła w nich dreszcz niepokoju; już nie tylko cisza pozbawiała ich wszelkiej osłony, na zewnątrz dybała na nich raniąca oczy żarłoczna światłość rozzuchwalonej przestrzeni, oni byli dzisiaj jej jedyną rozrywką, igraszką. Jeszcze jeden łyk z pustego kubka, palec szukał na talerzu niewidocznego okruszka. Mimowolnie przedłużali posiłek, ale skąd czerpać odwagę, gdy przy pustym stole brak wspólnoty lęków...?

Konkordiaplatz, czyli wspólnota serc Znowu czterysta metalowych stopni, których monotonnie‑niezawodna regu‑ larność dysonowała z monotonnie‑zawodną harmonią szczelin oczekujących ich na dole. Schody do Konkordii były brzydkie, lecz pewne, harmonia szczelin była piękna, lecz zdradliwa. Życie może być pewne, albo piękne; na końcu jest raczej szczelina niż stopień... Byli wypoczęci i syci, więc myślał, że pełni energii i ochoty przetną rozległy, przyprószony świeżym śniegiem Konkordiaplatz, a potem zaatakują Grosser Aletschfirn, który wspinał się długim, jasnym i coraz węższym dywanem do sio‑ dłowatej przełęczy, dosiadanej przez rzadkie obłoki, będące jednak nieporad‑ nymi jeźdźcami, więc siodło najczęściej świeciło błękitną pustką podkreślającą jego niedostępność. Jednak ledwie zeszli ze schodków i uczynili parę kroków na chybotliwych kamieniach skalnego usypiska, dzielącego niczym wał obronny stromy klif Konkordii od płaskiej areny, na której spotykały się spływające zewsząd lodowce, kiedy Emilia pośliznąwszy się nieszkodliwie raz i drugi nagle powiedziała: „Ja dalej nie idę”...! Marek stanął jak wryty i patrzył na nią zdumiony, nie poznawał tej, która jesz‑ cze wczoraj zdawała się nie znać bólu i nerwów. Nagle zmatowiał wewnętrznie,

78 wszelkie radosne napięcie ustąpiło poczuciu zawodu i straconego czasu. Nie rozumiał, przecież obdarzona przez naturę ciałem atlety była silna jak tur, przecież doszła aż tutaj, zapewne nieraz walcząc ze sobą, ale czyż odniesione zwycięstwo nie uskrzydla...? Skąd to nagłe spiętrzenie strachu i obaw? Prawda, że biały puch oblekł zwalisko głazów śnieżnym obrusem, który łączył sąsiadu‑ jące kamienie i nie pozwalał dojrzeć, jak głęboka jest luka między nimi. Tu nie oko, tu noga musiała „patrzeć”, a tułów, jak czujny sejsmograf, musiał reagować narciarskim zwodem, baletowym bez mała balansem rąk. Wściekły i bezradny zapytał: „Chcesz tu usiąść i czekać? Chcesz wracać? droga powrotna nie będzie łatwiejsza”. Milczała zawzięcie. „To, że głaz się poto‑ czył, obsunął jest normalne. Trzeba »pojechać« z głazem, czasem przysiąść, znowu wstać. Oprzeć się ręką, to nie wstyd, to tylko inna technika »chodzenia«”, tłumaczył. „Przecież mówiłaś, że chodziłaś po górach...?”, pytał z retorycznym wyrzutem. Wiedział, że grał tanią dialektyką, ale moment, w którym „wierzgnęła” usprawiedliwiał grę znaczonym kartami. Spostrzegł, że spina się w sobie, zrobiła ostrożny krok, jeszcze jeden, poszli. Martwiło go, że w takich sytuacjach nic nie wyjaśniała, nie mówiła, co czuje. Można by sądzić się, że jak zwierzęta, nie umiała mówić o swoich uczuciach; gdyby umierała, nie rzekłaby słowa, a on poznałby jej cierpienie po samotnej łzie spływającej z kącika oka. W tym momencie przypomniało mu się, jak kiedyś matka po wspólnej wizycie w kinie próbowała wymóc na nim – miał wtedy może dziewięć lat – aby opowiedział, co sądzi o filmie. Nie wydusił z siebie jednego słowa, milczał jak zaklęty mimo natarczywych ponagleń. Wprawiło ją to w złość i uznała chyba wówczas, że ma durne dziecko. A on rzeczywiście nie umiał. Ale nawet gdyby potrafił, nie zrobiłby tego, film wstrząsnął nim tak głęboko, że wie‑ dziony instynktowną mądrością, uznał, że nie ma sensu tracić słów, które być może mogły opisać film, ale nigdy przepełniających go właśnie uczuć. Czuł się wtedy tak okrutnie i niesprawiedliwie niezrozumiany, jednocześnie uświadomił sobie po raz pierwszy, że milczenie może być skuteczną bronią. Jednak Emilia nie miała dziewięciu lat – broniła się...? Przed kim? I nagle stało się namacalnie jasne: ten mroźny świat, tak ociężale i niechęt‑ nie staczający się ku ludzkim siedzibom; poczęty miękkim, wrażliwym płat‑ kiem śniegu, twardniejący z biegiem czasu, pękający mozołem przebytej drogi, wreszcie dogorywający brudnym ochłapem w przeczuciu ludzi, świat, który przywrócił Marka do żywych, był jej obcy, i nie mógł być inny. Marek rozejrzał się po niebotycznych wodospadach lodołomów spływających z różnych kierunków do Konkordiaplatz, lubieżny dreszcz ostatecznego unicestwienia wstrząsnął nim do głębi. Jest, jest sposób, pomyślał, trzeba... trzeba ją... „zabić”! Zabić tę docze‑ sną radość istnienia, ten śmiech, który tak lubił, te piosneczki, te pląsy ni stąd ni zowąd. A co zamiast? Zaduma...? Kosmiczny niedosyt...? Własne wnętrze... a jeśli puste? To straszne, westchnął zrezygnowany... W tej chwili był jednak dumny, że zapanował nad tym nie do końca mu znanym stworzeniem. Jak trener, który rozpoznał ukryty w uczennicy talent, czuł się zobowiązany go ujawnić i nie zaprzepaścić. Sama uczennica, jak wielu uzdolnionych, pełna była przeczuć, niepewności i zwątpień. Dziesięć minut później zostawili za sobą zwały kamieni, Emilia już znowu suwerenna. Usiedli obok wielgachnego „stołu lodowcowego”, czyli wielotonowej Dekada Literacka 1 (250)

79 płyty skalnej leżącej na metrowej kolumnie z lodu; słońce topiąc lód wokół niesionej przez lodowiec płyty „dorabia” jej z czasem rodzaj kruchej nogi. Zakładając raki Marek mrugnął filuternie do Emilii i opowiedział jej o pew‑ nym „stoliku”, który, podczas gdy on opalał się na sąsiednim, ześlizgnął się ze swojej nóżki i kilkusetkilowym ciężarem przygniótł położony obok sprzęt, i jak z największym trudem przy odrobinie szczęścia udało mu się ekwipunek odzyskać. Emilia spojrzała spode łba najpierw na Marka potem na przewyższa‑ jący ją o dobre dwa metry głaz i nie gwałtownie, ale z szybkością, która pozwalała podejrzewać silną motywację do zmiany jej aktualnego położenia, usunęła się z zasięgu szarego kolosa. Wkrótce wtopili się w wielką lśniącą misę Konkordiaplatz. Kiedyś pewien Anglik zauroczony widokiem splecionych w tym miejscu w jedno ciało lodow‑ ców nazwał to miejsce Concordia, dosłownie: with (one) heart, miejscem pojed‑ nania, zgody. Czy ich też połączy nierozłącznie magiczna siła tego miejsca? Od kilku dni wędrowali wspólnie, ale dopiero teraz uświadomił sobie, że spę‑ dzali dwadzieścia cztery godziny na dobę wyłącznie ze sobą, co nie zdarzyło się od dnia ślubu jeszcze nigdy. Jednocześnie, im ściślej byli spojeni, tym bardziej dostrzegał, że, jak i lodowiec pod nimi, dzieliła ich, kobietę i mężczyznę, żonę i męża wewnętrzna morena, miejsce najbardziej wspólne, ale też blizna po nie‑ zależności, wstęga usiana kamieniami wspomnień z czasu, kiedy każde z nich płynęło jeszcze własną doliną.

Grosser Aletschfirn i czas wstrzymany Przecięli w  poprzek kolejne moreny, które zaznaczały granice poszczegól‑ nych lodowców w jednolitej masie lodu na Konkordiaplatz. Szło im się łatwo, bo odkryli ślad kogoś, kto przeszedł wczoraj. Niebawem dotarli do języka Grosser Aletschfirn. Okazało się, że wczorajsze oględziny lodowca przez lornetkę były mylące. Choć nie było na nim tak przerażających zapadlin i gigantycznych lodowych grzywaczy, jak na Aletschgletscher, to był on jednak bardziej podły i podstępny. Szczeliny były tu węższe, zatem śnieg, zarówno zeszłoroczny, jak i ten wczorajszy, ukrywał je lepiej, czyniąc z nich wstrętne zasadzki. Na domiar złego świeży śnieg zawiał ślad z poprzedniego dnia i wkrótce zgubili go zupełnie. Buty, które nie miały kiedy wyschnąć, ocierały, więc mieli oboje na piętach, ale także, o dziwo, pod dużymi palcami tętniące pęcherze. Zaczęła się uporczywa walka ze zmęczeniem i bólem. Jeszcze stać go było na żart i siusiając „wydziergał” w śniegu dla Emilii „złote” serduszko. Starał się, żeby nie myślała bez przerwy o mozole i niebezpieczeństwie. Lecz ostatnia iskierka humoru gwałtownie zga‑ sła, kiedy nieco dalej nagle stracił oparcie i zapadł się w otchłań. Zza pleców dogo‑ nił go krzyk: „uważaj!!!” Odruchowo rozcapierzył ramiona i będąc już do piersi w gładkościennej zapadni odnalazł oparcie na jej krawędziach. Rozpaczliwym zrywem wczołgał się na lód. Wstał szybko z kamienną twarzą, nie wolno mu było wystraszyć Emilii. Ukradkiem zajrzał do wygniecionej ciałem dziury – czarna czeluść bez dna, poczuł mdłości. Starał się nie patrzeć Emilii w oczy. Szedł dalej, pozornie skupiony tylko na badaniu drogi, ale mógł przysiąc, że czarna czeluść przywarła kleiście do jego stóp, wlókł ją za sobą, a kiedy chciał stanąć, już tam była. Gdyby nie obecność Emilii, zacząłby strzepywać z nóg obrzydliwą narośl. Od teraz już nie tylko nakłuwał, ale zaciekle dźgał kijkami śnieżną pokrywę,

80 z taką siłą, jakby chciał dobić każdą czarną zapaść, zanim ta znowu rozewrze pod nim swoją śliską gardziel. Była to mordercza praca: dziesięć centymetrów – łup! łup! krok, następne dziesięć centymetrów – łup! łup! krok... a przed nimi jeszcze kilometry białej tortury, pomnożone zygzakami przymusowych obejść. Mijały długie godziny cierpliwego obmacywania zaśnieżonych krawędzi szczelin, szukania pomostów, przekłuwania śniegu. Stopy wyły z bólu, plecaki obrywały ramiona, przygoda przeobraziła się w okrutną katorgę. Przez cały czas widzieli powyżej przełęczy Lötschenlücke schronisko Hollandiahütte. Ten widok najpierw przynosił otuchę, ale z czasem złuda optycznej bliskości nabrała cierpkiego posmaku niedostępnej fatamorgany. Z braku innych drogowskazów, szli prosto na schronisko. To był błąd. Jak się później okazało, łatwiejsza droga prowadziła wyżej, prawą stroną firnu. Emilia podążała za nim jak cień, starała się trafić stopą w odcisk jego butów. Nie kontrolował, jak idzie, wiedział, że potrafi być bardzo dokładna i sumienna, czasem drwił z niej mówiąc, że jest bardziej niemiecka, niż Niemcy, których znał i pytał, czy nie ma pruskiej krwi w żyłach. Teraz cenił tę jej cierpliwą dokładność, bo wiedział, że ona nie popełni błędu, może jedynie skopiować jego własny. Co jakiś czas ostrzegał ją: „uważaj, dziura”, robił dłuższy krok, parę metrów dalej znowu: „uważaj, dziura”... Dziur były setki! Jeszcze dwa razy tracił grunt pod nogami, tym razem szczeliny były wąskie, więc wpadał tylko jedną nogą. Wbrew pozorom, było to niebezpieczne, gdyby noga utknęła w ciasnym uchwy‑ cie, można ją było, padając, złamać na twardej, ostrej krawędzi. W górnej części firnu trafili na dziwną formację śniegu usianego jasno‑bru‑ natnymi plamami, miejsca te były dziwnie miękkie, można rzec bagienne. Nogi zapadały się w nich wolno, ale zda się bez przerwy, wbijany kijek nie znajdo‑ wał zdecydowanego oparcia. W popłochu przeskakiwali z nogi na nogę, chcąc wyrwać się z obrzydliwego uścisku. Marek wyciągnął z kieszeni pomiętą kartkę z krótką informację o tym obszarze, z internetu. Przeczytał: „Gletschersumpf” (bagno lodowcowe), może to tu? Zaczęła ogarniać ich panika, byli w matni, wyda‑ wało się, że natura sprzysięgła się przeciwko nim, że lodowiec zebrał wszystkie niecne środki, aby ich zatrzymać: ukryte szczeliny, śnieżne trzęsawisko, nawiewy świeżego śniegu, w których zapadali się po kolana. Zbliżała się ósma godzina marszu, byli wyniszczeni fizycznie i psychicznie, mimo to... Marek robił zdjęcia! Ręka do kieszeni, klik, gotowe. Ta czynność dawała mu świadomość, że jest do pewnego stopnia panem sytuacji; miał nadzieję, że i Emilia w to wierzy. Był to też akt wiary, wiary w to, że te zdjęcia będą na pewno jeszcze razem oglądać; niczym kotwica rzucona w przyszłość, w której niewidzialnym łańcuchu domy‑ ślał się irracjonalnej odsieczy, przywoływanej przez niego nader niechętnie, lecz teraz, kiedy siły podległe jego świadomości wyczerpywały się, był gotów podpisać cyrograf, choćby krwią – nie dla siebie, dla niej! Na własny użytek sądził, że życie, jako wyłącznie chęć przetrwania, niegodne jest człowieka doj‑ rzałego, nie może być złotym cielcem, przed którym truchleją tylko słabsi lub wygodni. Jednak rozumiał, że było mu łatwiej, był już po tamtej stronie granicy, choć nie dokończył... Wiedzieli, że  zbliżają się do  schroniska, lecz paradoksalnie nie widzieli go już od dłuższego czasu, skryło się za wypiętrzeniem lodowca, który piął się szeregiem przegięć ku przełęczy Lötschenlücke. Za każdym następnym Dekada Literacka 1 (250)

81 wybrzuszeniem spodziewali się je zobaczyć. Marek obiecywał Emilii, że już teraz na pewno i za każdym razem spotykał ich zawód. A że zmęczenie było potworne, mnożące się jak głowa Hydry podejścia przyjmował jak skazujący wyrok. Do tej pory martwił się głównie o Emilię, lecz teraz zaczął obawiać się o siebie. Wiedział, że nauczony pokonywać własny ból, mógł wydrzeć ciału więcej, ale zmniejszał też margines fizjologicznego bezpieczeństwa, jak hartowana stal mógł złamać się bez ostrzeżenia. Zresztą Emilia nie szła już z nim, szedł wyrzut, szło milczenie. Osaczony ponurymi myślami zaczął wręcz przypuszczać, że w niewytłuma‑ czalny sposób wyminęli zbawienną chatę. Aż nagle...!!! Wychynęła spoza garbu jak wypchnięta teatralną maszynerią spod sceny, najwyżej sto metrów od nich, zbyt wyraźna, aby wątpić, jednak zbyt wyraźna, aby nie czuć się w jakiś szcze‑ gólny sposób upokorzonym. Och, gdyby można było usłyszeć ten głaz, który spadł mu z serca! Na tarasie stało kilka osób, nie patrzyły w ich stronę. Marek chciał biec, lecz zastygł w pół ruchu jak trafiony kulą żołnierz... przed nimi ziała błękitnym tchem ogromna szczelina!!! Marek uniósł głowę i przez zaciśnięte zęby cisnął w opalizujący metalicznie, gasnący już nieboskłon paskudną klątwę. W głębokim, osuwającym się spod nóg śniegu brnęli stromo do góry wzdłuż niewidocznej krawędzi, w udach wrzał ukrop i niebezpieczna wściekłość, wście‑ kłość desperacka, oślepiająca; tak bardzo chcieli mieć to już za sobą. Przepastna gardziel towarzyszyła im po lewej, czekając na ich finalny błąd. Zmęczenie mamiło: bliżej krawędzi, będzie szybciej; tlący się zaledwie ogarek rozsądku ostrzegał: nie, bo zginiesz! W kopnym śniegu nie sposób było „dokłuć” się do twar‑ dego, więc odwalali lepką masę wstecz rękami jak wioślarze i przepychali się do góry w nadziei, że widoczny z lewej rozstęp nie zmieni, już ukryty pod białym płaszczem, kierunku i nie wchłonie ich znienacka razem z toną śniegu. Doszczętnie skonani dotarli do szczytu muldy i ominęli łukiem nienawistny rozstęp. Zawołał wstecz, do Milczenia: „widzę ścieżkę!!!” – Ileż było otuchy w sło‑ wie „ścieżka”, które oznaczało: ktoś przeszedł, sprawdził i doszedł...! Czuł wielką ulgę podszytą poczuciem winy: „all inclusive” inaczej. Ale przede wszystkim wspaniałą, kojącą i uskrzydlającą ulgę. Przyśpieszył kroku, jeszcze ostatnie trzydzieści metrów do ścieżki, do chaty, do... Pod stopami pustka, nieważkość...!!! Niedowierzący jęk: „Nie!!!” W mózgu: uciekaj!!! Skręt przepadającego gdzieś tuło‑ wia, wtem szarpnięcie – „wrócił” plecak! bo potencjalna w kinetyczną... ocala, czy gubi...?! Dopadł krawędzi, w pysku przynęta przeżycia, nie wypuszczał, twarzą w śnieg, zębami...!!! I wtedy...! W pół śmierci, w pół ratunku, skręcony w niemoż‑ liwym dla ludzkich ciał wygięciu zobaczył w jakimś szkaradnym zwolnieniu:... trzy metry za nim Emilia pogrążała się – bezgłośnie – ukośnie przechylona znikała bezszelestnie – w jej twarzy już tylko niema zgoda...!!!!! Nie miał wyboru, złamał reguły gry, wstrzymując bieg serca wstrzymał czas i... wstrzymał wszystko! – później spierali się, co się wówczas stało – Marek wiedział: poświęcił jedno swoje życie, skrócił koło powrotów. Emilia twierdziła, że czuła jego rękę na łokciu, lecz zbyt lekko, aby mógł jej pomóc. On był pewien – wierzył? – że trzymał ją mocno za rękę. Nierozłączni, zostali tam na zawsze – wrócili inni... „Ręce szeroko!!!”, krzyknął do niej. Nie mógł jej dosięgnąć, czołgał się, miotał, plecak nie puszczał, po twarzy bimbały połamane okulary, rozpaczliwie wycią‑ gnął rękę. Splotły się dłonie... tak! tak! Pamiętasz, jak zakładaliśmy sobie obrączki...? – Dokonało się...

82 Hollandiahütte Siedzieli bezwładni i sami na ławce pod ścianą schroniska – już nic się nie zdarzy... Ich nogi – bezczynne, ich głowy – opustoszałe, ich serca – niesłyszalnie ciche, ich oczy – na tamtym wciąż wstrzymane... Chrzęst zrzuconych na kamień raków:... taki czysty, taki nowy, pełen półtonów, przydźwięków, słyszał, jak atom ocierał o atom... jak wówczas, kiedy świat był zupełnie nowy... albo – jak już potem. Weszli do sali. Zza kontuaru dziewczyna spytała, czy chcą kolację, bo zaraz nakrywa. Marek rozglądnął się bezradnie, kolacja...? ona mówi o kolacji? słu‑ chał i dziwił się. Powtórzył w myślach jej pytanie, rozumiał je, widział je przed sobą, jak szereg klocków; teraz on miał dostawić obok własne. Uśmiechnął się zakłopotany, czy nie dostrzegła, że był już duży? Chciał się sprzeciwić: bo wie pani, my właśnie... szczelina, trwoga... śmierć może... Wie pani, taka pustka w piersi... Przyglądała mu się uważnie i czekała; znała takie twarze? znała takie „wstrzymane na tamtym” oczy?... „Tak, jemy kolację”, przytaknął, przynaglony odjeżdżającym z przystanku życiem, lecz pozostał czujny, bo miał wrażenie, że jedzie na gapę... Zamyśleni i nieswoi chodzili po schronisku. Później, ramię przy ramieniu, a przecież trochę sobie obcy spoglądali z okien w sąsiednią dolinę, gdzie lato, pomniejszone odległością, zwinęło się w kłębek do snu wokół migoczących światełek. Czy można tak po prostu wrócić, myślał Marek. Czuł, że „czegoś” było mniej..., jakiś ubytek cielesności. A stało się to „tam”, kiedy przez jeden długi moment oderwani od siebie, żałośnie samotni – kiedy ustąpiło dno... w dusze zawiało wiecznością, bezradnością, mroźnym przeczuciem. Wsparci o siebie milczeli, tylko milczenie pozwalało objąć niewyobrażalne. Przygarnął ją. Poddała się, lecz pozostała daleka. I nagle zmartwiał! Więc udało się... „zabił” ją! Już będzie wiedziała, gdzie go szukać, kiedy zmrozi ją pustym spojrzeniem, kiedy przytłoczy niespodziewanym milczeniem. Tak, zrozumie go, ale czy ogrzeje, czy rozśmieszy, bo jeśli dwa lodowce...? Przed spaniem, w sypialni, ciągle to zawieszenie, jakby nadal tkwił w szcze‑ linie. Nie wytrzymał. Przyzwolił. Z gardła wyrwał się spazmatyczny krzyk nie‑ zgody, wbił go jak nóż w spowijającą go bezkrwistość. Emilia spojrzała spłoszona. Nie wyjaśniał, musiała wiedzieć, że właśnie dotarł do schroniska.

Powrót Po śniadaniu Marek zapytał dziewczynę współkierującą schroniskiem, jak zejść do Fafleralp; Emilii przy tym nie było. Są dwie drogi, wyjaśniła, krótsza – Via Ferrata, czyli w skałach, stromo w dół, ze stalowymi uchwytami lub liną i dłuż‑ sza – przez lodowiec. Via Ferrata jest jednak oblodzona, dodała i zapytała, czy mają uprzęże. Zaprzeczył. Spytała, czy mają linę. Zaprzeczył. Więc jak przyszli z Konkordii, rzuciła ostatnim pytaniem, lecz już bardziej jak sędzia wymierzający wyrok. Ot tak, odpowiedział i pokazał ręką linię lotu ptaka. Widział, że z naj‑ wyższym trudem ukrywała dezaprobatę i jednocześnie próbowała odgadnąć, kimże, u diabła, jest ten typ. Zaczął tłumaczyć, że ma co prawda lekką linkę, ale uznał, że mogłaby im na lodowcu więcej zaszkodzić niż pomóc. Że on idzie przodem, bo zna lodowce, zatem sprawdza drogę, a jego towarzyszka podąża jego śladem. Gdyby nawet wpadł do szczeliny, i tak nie mogłaby mu pomóc, bo nie Dekada Literacka 1 (250)

83 umie; jeszcze i ją by wciągnął. Zaś przodem iść nie może, bo nie zna lodowców. Dziewczyna umilkła zdezorientowana. Musicie porozmawiać z Egonem, on jest przewodnikiem, dodała. Egona znalazł na zapleczu chaty, wypróżniał z pomocnikiem silos z odcho‑ dami gości. Marek zagadną�� pracujących. „Moment”, odpowiedział Egon i pokazał wiecznie uśmiechniętemu, bodajże Tybetańczykowi, jak wgarniać skomposto‑ wane odpady na taczkę. Marek zapytał go o to samo, co dziewczynę, a przebieg rozmowy był niemal bliźniaczy. Na koniec zapytał szefa schroniska, która z obu dróg jest łatwiejsza. Ten odpowiedział: „Żadna, dla was jest tylko helikopter”...! Marek przełknął ślinę, czuł, że trafił na skałę. „Nie pytałem, czy możliwa, tylko, która łatwiejsza?”, podkreślił z naciskiem. „Co mam panu powiedzieć, już wszystko powiedziałem”, odburknął Egon znad sterty wydalin. „A może być pan bardziej konkretny?” „Jestem”, odpowiedział zniecierpliwiony przewodnik. „Przecież szliście wczoraj, jeszcze widać wasze ślady...”, próbował ostatni raz, lecz Egon uważał rozmowę za zakończoną. Marek nie znosił typów, którzy nakładali mu chomąto urzędowego bez‑ pieczeństwa, typów, którzy zawiadywali faktami, statystykami wypadków i kombinacjami węzłów, przewodników, którzy bez wahania pozostawiali bez pomocy każdego, kto ośmielił się zlekceważyć ich jedynie słuszny sposób obco‑ wania z naturą. Dla nich tylko żywy turysta był dobrym turystą, egzystencjalny romantyzm nie napełniał im kasy. Byli kastą i chronili świętego grala przed barbarzyńcami. Pal cię licho, Egon, powiedział do siebie Marek, i dokończył: Anglicy „odkryli” Szwajcarom Alpy, niech Polak im pokaże, jak smakują „Alpy a la Rilke”. Z tarasu raz jeszcze obejrzał lodowiec Langgletscher. Wydawał się być nie‑ groźny i nawet ślad był wyraźnie widoczny. Autorytet i nieugiętość przewodnika nadgryzały jednak jego odwagę. Musiał podjąć decyzję – ciężko; wczorajszy dzień rzucał swój mroczny cień. Postanawił iść – lodowcem; bał się, że w oblodzonej skale Emilia odmówi mu posłuszeństa. Wrócił do niej i zapytał, którędy woli iść, chciał, żeby sama podjęła decyzję, sądził, że to ją wzmocni; nie wspomniał o szczegółach rozmowy z Egonem. Zasugerował zejście lodowcem, a Emilia, zgodnie z oczekiwaniem, przystała na propozycję. Co powiedziałaby, gdyby usłyszała Egona? Tego Marek wolał nie sprawdzać.

„Na kłach” „Klątwa” Egona spełniła się szybciej niż myślał. Tuż za chatą mocno oblodzony firn spadał stromo do przełęczy Lötschenlücke; na ten przydomowy odcinek Marek nie zwrócił przedtem uwagi. Na domiar złego dwadzieścia metrów poniżej stromizny rozwierała swój ponury pysk szeroka, poprzeczna szczelina. Jeden chybiony krok, jedno poślizgnięcie... Marek pokonał pierwsze pięć metrów spadku pokrytego twardym szkli‑ wem, po czym wydziobał rakami stanowisko i czekał. Wyżej Emilia drobiła niezdecydowanie w miejscu, parę razy wysunęła nogę poza wyoblony skraj, jakby sprawdzała, czy w jeziorze woda zimna, w rozbieganych oczach kłębki strachu. „Ja tu nie zejdę”, powiedziała i patrzyła na niego bezradnie. Wydawało

84 mu się, że jest zawstydzona swoją nieudolnością, może przypomniała sobie Konkordię, gdzie przeceniła niebezpieczeństwo, bo nagle zaczęła iść, w pełnym wyproście. Krzyknął: „stój, nie tak!” i pokazał, że nie plecami do stoku ma iść, lecz na czworaka, brzuchem do śniegu, na szpicach raków. Wiedział, że to niełatwa technika, a ona nigdy jej nie ćwiczyła. Bał się, że jeśli się pośliźnie, staranuje go i oboje skończą w szczelinie. Wbił się tak mocno jak tylko mógł w niepewny, obsuwający się śnieg i polecił jej iść, mówiąc: „będę cię asekurował”. Nie był pewien, czy nie obiecuje zbyt wiele. Emilia obrociła się twarzą do spadku, przy‑ kucnęła i wysuniętą w tył nogą obmacywała śliską powierzchnię. Lekcja techniki schodzenia po lodzie musiała odbyć się w warunkach bojowych. Instruował ją na bieżąco, a Emilia w zwolnionym tempie, kosztem ogromnego wysiłku trzymała się wskazówek. Pomagały jej w tym jej pruski charakter i pedagogiczne wykształcenie. Kazał jej wbijać kły raków dwa, trzy razy w to samo miejsce, aż będą siedziały. Trwało wieczność zanim drżąc z wysiłku pokonała pierwszy metr. „Kijki na zewnątrz, bo nadepniesz!” wołał. Szamotała się chwilę, wreszcie odkopnęła feralny kijek. Marek zaczął się pocić. Zszedł kolejne dwa metry, „teraz ty”, zawołał. Emilia szła, powoli, ale zadziwiająco pewnie, była silna, wierzył w nią, a jeszcze bardziej właśnie w tę siłę, której rozmiarów sama nie znała. Przyłapał się na tym, że z niezupełnie adekwatnym do sytuacji zaintere‑ sowaniem wpatrywał się w jej kształtny i właśnie teraz szczególnie wyekspo‑ nowany tyłeczek. Gdyby się pośliznęła, ta pełna wytężonej ekspresji i cichych obietnic część ciała przypieczętowałaby jego los. Daj spokój, sztorcował się bez przekonania, tu jest naprawdę niebezpiecznie. Przypomniały mu się doniesie‑ nia naukowców, którzy odkryli, że osoby poddane niebezpiecznym próbom wykazywały podwyższoną aktywność erotyczną. W końcu pokonali oblodzone wybrzuszenie i mogli stanąć na wyprostowa‑ nych nogach. Dużo później dowiedział się, że Emilia, skupiona na pierwszych pięciu metrach, nic nie wiedziała o czyhającej poniżej szczelinie; może to wyja‑ śniało jej opanowanie i... brak erotycznej wzajemności. Ciągle czujni, bo nadal nad szczeliną, trawersowali strome zbocze w mokrym śniegu. Kiedyś w podobnych warunkach idąc zbyt pośpiesznie zaczepił rakiem o nogawkę i stoczył się wiele metrów w dół, a kiedy z trudem wyhamował, miał w podudziu ośmiocentymetrową ranę zadaną własnym rakiem. Niebawem stanęli na zgrabnym profilu przełęczy, wydawało się, że najpodlej‑ sze z tego dnia mieli za sobą. Z pewną satysfakcją, choć wiedział, że nie do końca usprawiedliwioną spoglądał w milczące okna „Hollandii”, obserwowałeś nas, Egon? pytał w duchu. Przed nimi rozciągał się stosunkowo równy „Langgletscher”, a na nim dobrze widoczny ślad. Droga wiodła w dół, więc już nie tak męcząca. Wydłużyli krok i nabierali tempa. Z minuty na minutę robiło się cieplej, zmieniali klimaty jak rękawiczki. Szli środkiem doliny po długim skalnym wybrzuszeniu dzielącym i tak już wąską dolinę na dwie równolegle biegnące części. Po lewej stronie topniejący lodowiec ścigał ich w połamańczych konwulsjach, chciał do nich doskoczyć, chwycić za stopy, lecz osłabiony ran bezlikiem, dyszał tylko jak w gorączce i owiewał ich ciepłym oparem. Po prawej inny, równie słońcem poraniony, wybrzuszył się na zboczu ponad ich głowami jak monstrualny Quasi‑ modo i też chciałby ich dopaść, tę zdobycz, co już pewna, jednak zbiegła, lecz Dekada Literacka 1 (250)

85 nie dosięgał, więc darł gniewnie skały bezsilnym szarym pazurem, niegdyś przeczyście błękitnym i już tylko śledził ich okiem tęsknym i łzawym – ich: pląsających w radosnym zmęczeniu, nurzających się w bezmiarze odzyskanego lata, uciekinierów, ocalonych, oczyszczonych, zrzucających w biegu wszelki waleczny opór ostatnich dni... Ale po co tam szliście? pytali przy herbacie, przy winie wstrząśnięci znajomi, przyjaciele. Emilia milczała zmieszana tym pytaniem mroczniejszym od szczelin, jeszcze nie znała odpowiedzi. Popatrzyła na niego szukając odsieczy. Marek zignorował pytanie i dolał do kieliszków. Kiedy tamci roztrząsali sens takich ryzykownych przedsięwzięć, wziął Emilię za rękę i ścisnął mocno... jak „TAM”

86

Recenzje /Eseje

Osobność pogłębiona do samego końca Białoszewski po dzienniku Marcin Czerwiński

J

aki jest Miron Białoszewski po  Tajnym dzienniku (przypomnijmy: prowadzonym

w  latach 1975–83)? Wydaje się, że  wciąż ten sam, a  zarazem jeszcze pełniejszy. W  moim przeświadczeniu absolutnie nie pojawia się przed naszymi oczami nowy wizerunek poety, tak jak chociażby w przypadku Marii Dąbrow‑ skiej, której dzienniki ukazały autentyczne przekonania polityczne pisarki, wcześniej zawoalowane i nieznane szerzej. Nie są to też dzienniki Mariana Brandysa, przynoszące dokładny opis represji wobec społeczeństwa, stosowanych przez władze w czasach PRL‑u. Co możemy powiedzieć o Człowieku‑Mironie na tle państwa socjalistycznego? Białoszewski podpisuje na przykład listy w obronie opozycjo‑ nistów, ale w jego dziennikach takie akty zda‑ rzają się niezwykle rzadko, jeden czy dwa razy.

Dziennik snuty na ich podstawie obraz poety ukazuje nam właściwie artystę apolitycznego, nie potrafiącego kalkulować, pozbawionego dodatkowo zmysłu praktycznego i społecznego. Nawet czas pierwszej Solidarności brzmi tam specyficznie, opisany z perspektywy outsidera i samotnika. Wiadomości docierają do niego głównie z drugiej ręki: „Był Jot. Powiedział, że...” albo: „Podobno »Wolna Europa« orzekła...”, albo: „Opowiadała, że  Norwegowie […] życzą sobie, żeby Polacy już nie robili żadnych strajków...”). Rzecz jasna, tak wtedy dowiadywano się o real‑ nych wydarzeniach. Poza przekazem pogłosek i  plotek nie znajdziemy jednak w  dzienniku Dekada Literacka 1 (250)

87 analiz sytuacji politycznej. Nawet gdy poeta

stracił w latach 50. pracę w redakcji „Świata

ma bezpośrednią możliwość obserwacji zda‑

Młodych” rzekomo za kontakty homoseksualne.

rzeń. Gdy bywa w Gdańsku, a bywa tam regu‑

Ta represja również mogła spowodować jego

larnie, nie porusza tematu stoczni i strajków,

dobrowolną ekskluzję ze świata polityki.

jakby to nie był pamiętny rok 1980. Znajdziemy

Może więc nie powinniśmy żałować braku

za to refleksje, które mogą nieco dziwić, zwłasz‑

kilku zeszytów zapisywanych od grudnia 1981/

cza z dzisiejszej perspektywy: „Wielka anarchia

stycznia 1982 do maja roku 1982, chociaż świa‑

jest w Polsce. W tej czeluści teraźniejszej nędzy

dectwo stanu wojennego wydawałoby się nie

ukazała się możliwość niepodległości z nędzą. //

do przecenienia. Jak podaje wydawca, zeszyty,

Sarkało się na tajenie prawdy. Teraz ciężko zno‑

będące w posiadaniu Leszka Solińskiego, naj‑

sić mówienie prawdy i słuchać jej we wszyst‑

prawdopodobniej zostały zniszczone. Możemy

kich żmudnych i przykrych szczegółach”. Albo

tylko mieć nadzieję, że jakimś cudem ktoś kie‑

też kwestia polityczna ogranicza się właściwie

dyś je odnajdzie.

do plotki, jak w zapiskach z kwietnia 1978, gdzie czy‑ tamy, że  podczas zjazdu Związku Literatów Pol‑ skich na Śląsku Andrzej Braun otwarcie kryty‑ kuje instytucję cenzury, a  w  odpowiedzi zostaje nazwany przez jednego z przedstawicieli władzy wrogiem. Trudno odpowiedzieć na pytanie, czy apolitycz‑ ność Białoszewskiego jest naiwna i infantylna, czy też jest rodzajem programu

artystycz‑

nego, jego programowej

Trzeba czekać aż na ostatnią część dziennika – opis pobytu w Nowym Jorku, by poeta zaczął tam jaw‑ nie i pełnym gło‑ sem przemawiać na temat swojego homoseksualizmu.

Wróćmy do  treści dziennika.

Czy

tro‑

szeczkę więcej wiemy o życiu jego autora? Też niezupełnie. Tajny dziennik czyta się jak na poły autobiograficzną twór‑ czość autora Rozkurzu. Znajdujemy te  same wątki, ludzi i zdarzenia. Te  same relacje. Zupeł‑ nie tak jak w Zawale czy Chamowie. Przypomina to  telenowelę z  tymi samymi aktorami gra‑ jącymi te same postaci. Czy więc nie dzieje się tam na  pewno nic

osobności, outsiderstwa. Tak czy inaczej, nie

„ponadto”? Zdarzają się lakonicznie określane

pragnęlibyśmy chyba zaangażowanego Biało‑

przygody, jeśli chodzi o życie osobiste autora,

szewskiego. Trudno oczekiwać zapisków poli‑

a my możemy się tylko domyślać, o jakie przy‑

tycznych twórcy o  tak odrębnej wyobraźni.

gody chodzi. Trzeba czekać aż na  ostatnią

Chyba więc cenniejszy jest ten osobniejszy, nie

część dziennika – opis pobytu w Nowym Jorku,

zwulgaryzowany polityką, nawet w czasach,

by poeta zaczął tam jawnie i pełnym głosem

w których trudno od niej uciec.

przemawiać na temat swojego homoseksuali‑

Trzeba ponadto pamiętać o życiowej trau‑

zmu. Można mniemać, że to liberalne, czyniące

mie poety, jaką było Powstanie Warszawskie.

jednostkę w pełni anonimową i kipiące nocnym

To trauma, która – jak wynika z wielu zapisków

życiem miasto pociągnęło za sobą radykalnie

w dzienniku – towarzyszyła Białoszewskiemu

szczery coming out Białoszewskiego, który

przez całe życie i od której nie mógł się uwol‑

to coming out nie był możliwy w siermiężnej

nić. Jest prawdopodobne, że mogła wpływać

obyczajowo i zachowawczej Polsce.

na izolację autora Pamiętnika... od bieżących

Liczy się też osobowość piszącego, jego

spraw politycznych. Jest też zapewne druga

przyjemność w budowaniu niedopowiedzeń,

przyczyna, natury osobistej. Białoszewski

dwuznaczności i niuansów. Całe życie pisarskie

88 w Polsce pozostawał Białoszewski wierny sub‑ telności gier lingwistycznych, nawet gdy mówił

ność” zasługują, powtarzane skwapliwie przez

o swoim prywatnym życiu. Dlatego tak zaska‑

Białoszewskiego, opinie jednych bohaterów

kuje zmiana w jego opisie, gdy artysta trafia

o drugich w tym wielkim klanie przyjaciół poety.

do Nowego Jorku. W jednym momencie zdania

Nie brak wśród nich uszczypliwości, ironii i zło‑

pełne metafor i przemilczeń stają się brutalnie

śliwości. Gdyby nie cezura roku 2010 wstrzymu‑

dosłowne – dosłowne, jakby takiej deskrypcji

jąca publikację, może by się poobrażali?

wymagał nowy (odarty z poetyckości?) świat za oceanem. kiem intymnym. Nie tyle tajnym, co  intym‑

cji w szpitalu na Grochowie, jakby powtórka z Zawału, jego milknące długo i powoli echo;

nowojorską) – zbyt wiele tajemnic „wyciekło”

wzruszająco brzmią pisane z  rehabilitacji

we  wcześniejszej prozie autobiograficznej

w Aninie Listy do Eumenid, czyli listy do pro‑

Białoszewskiego. Zapewne tym, co charakte‑

fesor Janion i Żmigrodzkiej oraz do Małgorzaty

rystyczne dla dziennika, są prywatne oceny

Baranowskiej, próbki wierszy z tamtego czasu,

bliskich poecie osób. Zja‑

Pogorszenia. Ale wciąż z rozbrajającym poczu‑

wiają się więc w nim notatki

ciem humoru: „Od  zawału /Do  zawału /Raz

na temat m.in. Jadwigi Stań‑

za prędko /Raz pomału (...)”. I wreszcie ostatnie

czakowej, jej zdrowia, stanu

słowa z ostatniego listu w zbiorze, pochodzące

psychicznego, w  miarę ser‑

z końca maja tego samego roku – trzy tygodnie

deczne i łagodne, ale czasami

później poeta nie będzie już żył. Przejmująca

ironiczne, zwłaszcza gdy

jest ich treść w obliczu nadchodzącego kresu,

chodzi o jej stosunek do wła‑

przejmuje świadomość katastrofy: „Dwa płaty

snej twórczości i różne tego

(w lewym i prawym płucu) nieczynne. Serca

celebracje. Są  szczere, jak

tylko część. No, dobra jest. Co się da, to się da.”

o  rodzinie niewidomej przy‑

stencję, chociaż jest tak blisko niej, mimo że wiemy, jak figury tego języka oddalają nas

pisarzach i  artystach, nie

od człowieka, który ich użył, jak oddalają nas

należy jednak spodziewać

od jego intencji, to nieodległe tło śmierci nadaje

się rewelacji albo skandali.

słowom nimb wierności jego ostatnim myślom.

Pełno tam natomiast najróżniejszych sub‑

Uwzniośla całość i  sprzyja naszym hołdom,

telności i językowych, zasłyszanych perełek,

nam jako świadkom.

języka, jego żywiołem ulicznym. Tak jak w całej twórczości Białoszewskiego. Są  zapisy snów. Przenika z  nich czasem potężne, traumatyzujące widmo Powstania,

ur. 1971; adiunkt

grają w  nich swoje role piwnice i  korytarze

w Instytucie Filologii

odsyłaj��ce do tamtego czasu, ale są też inne

naczelny kwartalnika „Rita Baum”. W tym roku ukaże się jego książka o gno‑ zie w polskiej literatu‑ rze współczesnej. Mieszka we Wrocławiu.

Mimo że  wiemy, jak język maskuje egzy‑

jaciółki i o wielu innych, także

tego co można by nazwać potocznym życiem

Wrocławskiego; redaktor

zeszyty, prowadzone na  oddziale reanima‑

nym (poza ekshibicjonistyczną wręcz częścią

można mniemać*, uwagi

Polskiej Uniwersytetu

I wreszcie ostatnie notatki z wiosny roku 1983, roku śmierci poety. Wzruszają ostatnie

Jest niewątpliwie Tajny dziennik dzienni‑

Marcin Czerwiński

podglądów, obserwacji. Może najbardziej na „taj‑

sny, układające się w swoistą taksonomię tema‑ tów i nastrojów. Zwyczajne są te sny, „niezro‑ bione” literacko (można by nawet rzec: nudne), tak jak są „niezrobione” anegdoty o ludziach, plotki i nasłuchy [rzeczywistości], a wszystko to jak najbliżej surowej refleksji, podsłuchań, Dekada Literacka 1 (250)

„jeszcze coś z czegoś wybieram //jeszcze się czają niemożliwości”. (Choroba, 26 maja 1983) Miron Białoszewski, Tajny dziennik, ze wstępem Tadeusza Sobolewskiego pt. Człowiek Miron i indeksem osób, Kraków 2012, ss. 944. * W zgodzie z tezami Philippe'a Lejeune'a i jego paktem autobiograficznym. Wierzymy: w szczerość i bezpo‑ średniość zapisu, jego adekwatność do refleksji pod‑ miotu. Zapominamy: o zawłaszczającej mocy języka, o figurach kreacji i „wizerunku” podmiotu w najtaj‑ niejszych nawet dziennikach, najbardziej intymnych i tych o klauzuli „niepublikowalności”.

89

Recenzje /Eseje

Hłasko w zwierciadle swoich Listów Listy Marka Hłaski, oprac. Andrzej Czyżewski, Agora, Warszawa 2012

opracowane przez kuzyna i spadkobiercę pisa‑ rza, Andrzeja Czyżewskiego. Książka wydana w formie e‑booka zawiera 363 listów, do matki, rodziny, ukochanych, znajomych, redaktorów i innych pisarzy. Pierwszy list Marek Hłasko napisał w wieku dziesięciu lat, 21 grudnia 1944 roku, ostatni, na krótko przed śmiercią 28 maja 1969 roku. Korespondencja dokumentuje dwadzieścia pięć lat życia pisarza, ukazując ewolucję jego języka, sposobu pisania, koleje życiowe, a także okoliczności pracy nad kolejnymi utworami. Listy zostały opatrzone obszernymi przypi‑ sami komentującymi liczne podróże i znajo‑ mości pisarza. Kamila Sowińska

M

To lektura obowiązkowa nie tylko dla zago‑ rzałych fanów twórczości Hłaski, ale także dla

arek Hłasko to ikona polskiej literatury,

osób dopiero poznających twórczość prozaika.

pisarz zmarły ponad 40 lat temu, nadal

Listy pozwalają na obalenie fałszywej legendy

cieszy się niesłabnącą popularnością wśród

pisarza postrzeganego jako alkoholika, uwiel‑

czytelników.

biającego spotkania towarzyskie, niesłownego

W 1984 roku Jerzy Jarzębski napisał, że: „Coś nie‑

nieuporządkowanego, samobójcę i uciekiniera

dobrego stało się z Hłaską: legenda biograficzna

z Polski. Relacja Hłaski z matką, to ważny wątek

przyniosła mu po śmierci zysk mniejszy, niżby

Listów, ukazujący wrażliwego, tęskniącego

można oczekiwać [ jednak wyraził nadzieję,

za domem i nieustannie zamartwiającego się

że:] młode roczniki krytyków chwycą za pióro,

jej zdrowiem syna, któremu ciągle brakowało

by dać własną próbę egzegezy jego twórczości”1.

miłości ze strony najbliższej osoby: „Mamucha!

Niestety, jak dotychczas, a mamy już rok 2013,

(…) I ja tęsknię bardzo za Tobą i ciągle myślę.

żadna znacząca synteza twórczości pisarza nie

Nawet nie wiesz, ile mi taki list od Ciebie spra‑

powstała, przybywa za to kolejnych publikacji

wił radości. Bardzo Cię proszę: pisz jak najczę‑

poświęconych biografii pisarza, w większości

ściej. W ten sposób dodajesz mi sił do pracy,

powielających kolejne legendy dotyczące Hłaski.

nabieram jakieś wytrwałości”2. W listach pisa‑

We wrześniu 2012 roku nakładem wydawnic‑

rza do matki, pojawiają się pierwsze elementy

twa „Agora” ukazały się Listy, Marka Hłaski,

tworzenia legendy przez przyszłego pisarza:

90 zdawkowych kartek czy kilkuzdaniowych listów, czego powodem są konflikty z matką. Od czasu do czasu, chcąc zirytować matkę, Hła‑ sko przesyłał jej wiadomości, iż zostanie babcią, które jak pisze Andrzej Czyżewski, nie potwier‑ dziły się: „Zdaje się, że  zostanę szczęśliwym ojcem. Matka – Irlandka. Będę musiał płacić ali‑ menty, co w moim życiu stanowić będzie pewną godną odnotowania nowość. Zresztą nie jednej. Wczoraj dostałem list z Ameryki, że tam rów‑ nież oczekują na nowego Hłaskę. Trzeba będzie również płacić albo uciec gdzieś, zapuścić brodę i  zmienić nazwisko. Bardzo zabawne”5. Jest to oczywiście, jeden ze świadomych zabiegów autokreacyjnych pisarza. Do  Jerzego Andrzejewskiego, Wilhelma Macha, od których pisarz często otrzymywał listy z  wyznaniami miłosnymi, Hłasko pisał bardzo wylewne, choć nie do końca prawdziwe, odpowiedzi. Chcąc uspokoić adresata i wytłu‑ maczyć swoją nieobecność, kolejny wyjazd, czy „(…) Chodze stale głodny. Mamo przyślij mi tro‑

też aby móc swobodnie pracować, wspominał

che pieniędzy na szewca i doktora. Ostatnio

o walce z nałogiem alkoholowym, czy też z cho‑

bardzo źle się czuje. Chciałbym żebyś przy‑

robą: „Ponieważ nie mamy tutaj żadnych możli‑

jechała i poszła ze mną do jakiegoś dobrego

wości na leczenie – ani nawet solidnego zbada‑

doktora. Na przykład zauważyłem, że na lewe

nia, obmyśliłem sobie, że przyjadę do Wrocławia,

ucho nic nie słyszę a prawe mnie ciągle boli.

gdzie mam wielu lekarzy znajomych włącznie

Mamo nie wiem co to jest ale co dzień po parę

ze znakomitym prof. Falkiewiczem”6. Zdarzało

razy mam torsje. Co tylko zjem to zaraz spo‑

się też prozaikowi, prosić najbliższych znajo‑

wrotem. Po  nocach nie moge sypiać. Mamo

mych o pomoc w usprawiedliwieniu jego mil‑

zęby. Codziennie biore po  pare proszków

czenia, spowodowanego rzekomą chorobą, gdyż

bo nie mam pieniędzy na dentyste. Mamo nie

nadmiar pracy przy scenariuszach filmowych,

opuszczaj mnie w biedzie”3. Marek Hłasko nie‑

nie pozwalał mu na pisanie powieści: „Proszę

ustannie musiał tłumaczyć się matce, z wysy‑

Cię więc, napisz w moim imieniu z podaniem

łanych listów, prezentów, podjętych decyzji:

swego adresu i pięknie im wytłumacz, że jestem

„Jest mi  bardzo przykro, że  znów napisałaś

w tej chwili kupą łachmanów w agonii”7.

do  Ciotki list, że  jestem we  Wrocławiu, pod‑

Autokreacja służyła również zatuszowaniu

czas gdy ja pisałem że jadę do Baligrodu. Zro‑

ogromnego poczucia samotności, jakie towa‑

biłem tak jak mi było wygodniej, lepiej, gdzie

rzyszyło Hłasce po wyjeździe z kraju: „Myśla‑

miałem lepsze warunki do pracy i zawsze będę

łem również, że napiszesz do mnie – zawsze

tak robić”4.

poznaję, a właściwie poznawałem Twój charak‑

W całej korespondencji uderza zmienność

ter pisma wśród stosu innych kopert – ale nie

tonu, w jakim Hłasko pisał swoje listy. Szcze‑

napisałaś. Ani Ty, ani Adela, ani Henryk, ani

gólnie jest to widoczne w listach kierowanych

matka. Mimo wszystko, chyba zbyt wcześnie

do matki i rodziny – od uległości i pokory, wiel‑

dla Was umarłem.”8 Podobny zmienny ton, mają

kiej miłości do matki przechodzi do długotrwa‑

listy kierowane do  matki, która nieustająco

łych przerw w korespondencji lub wysyłania

komentowała decyzję syna, dopominała się

Dekada Literacka 1 (250)

91 o pieniądze: „Wasze obrzydliwe listy rozzłościły mnie do tego stopnia, że kończę i tym razem bez miłości, którą we mnie zabiliście.”9 Marek Hłasko świadomie budował swój mit, w listach podpisując się jako: Szofer Generała10, Tadek11, wprowadzając do  korespon‑ dencji jawne komentarze sugerujące kolejne „prawdziwe zmyślenie”: „Jeśli nie wrócę do Cie‑ bie, to chyba umrę, a Ty wiesz, że jestem spe‑ cjalistą w reżyserowaniu nieszczęścia”12, czy pisząc o nieludzkich warunkach swojej pracy: „Idę do pracy polem pełnym węży – naprawdę – i szakali, pożyczam zawsze od kolegi rewolwer i czuję się trochę pewnie”13. W liście do Sonji

Listy pozwalają na obale‑ nie fałszywej legendy pisarza postrzeganego jako alkoholika, uwielbiającego spotkania towa‑ rzyskie, (...) niesłownego, nie‑ uporządkowanego, samobójcę i uciekiniera z Polski.

z więzienia napisał: „Jestem absolutnie pewny,

który był przypisywany Hłasce już od wczesnej

że jest to kara Boża. Życie w więzieniu jest bar‑

młodości; „pił dniami i nocami, czasem całymi

dzo trudne – trudniejsze niż myślałem”14.

tygodniami”18, jest fałszywy. W świetle opinii

List do Henryka Berezy informujący o uzy‑

jego biografa Andrzeja Czyżewskiego, który

skaniu przez Marka Hłaskę azylu politycznego,

wspominając pobyt Marka we  Wrocławiu,

również wyolbrzymia nieco jego sytuację: „Sie‑

stwierdza, że na pewno próbował też alkoholu:

działem przez jakiś czas w lagrze. Jugosłowia‑

„(…) ale nie w takim stopniu jak wiele lat póź‑

nie, Czesi, Polacy – wszyscy marzą, aby wró‑

niej wmawiał zaprzyjaźnionemu z nim Henry‑

cić, aby im zostało zapomniane, i tylko strach

kowi Rozpędowskiemu”19. W liście do ojczyma

jest ich prawdziwym paszportem. Na sali sto

Kazimierza Gryczkiewicza, stwierdza: „Masso,

trzydzieści osób – za drutami z drugiej strony,

(…) Nie wiesz nawet w jaki sposób odpokuto‑

kobiety. Wrzaski, pijaństwo, pokazywanie foto‑

wałem swoje ostatnie pijaństwo.(…) Dopiero

grafii żon i dzieci”15.

teraz widzę, jak naprawdę mało wart jestem.

Jerzy Jarzębski, pisząc o autokreacji zwraca

Nie wiesz, jaka to jest bolesna świadomość i jak

uwagę na  ukształtowanie podmiotu wypo‑

mnie to boli. Postaram się jednak być innym.

wiedzi w  pisarstwie autokreacyjnym, które

To  jednak będzie bardzo trudno. Ale trzeba

obrazuje: „niepewność twórcy do  tego, czy

spróbować. Potem chyba będzie łatwiej żyć”20.

świadome kształtowanie własnego życia i oso‑

Kolejnym dość często powtarzanym mitem

bowości jest w ogóle możliwe”16, najpopularniej‑

jest stwierdzenie, że  Marek Hłasko i  Sonja

szą metodą takiej kreacji jest narracja mieszana.

Ziemann rozstali się w gniewie, skłóceni. Jest

U Hłaski jest to szczególnie widoczne w listach

to kolejna legenda, Hłasko po rozwodzie pisał

kierowanych do Jerzego Giedroyca, w których

do Sonji długie listy, pomagał jej w poszukiwa‑

często przechodził od oficjalnego tonu, do mniej

niu lekarzy dla chorego syna aktorki, wspierał:

oficjalnego: „Ale będę potrzebował czasu, żeby

„Dziecko jest teraz jedyną sprawą, na  której

to rozkręcić. Żeby zamotać coś z telewizją albo

powinnaś być skupiona. Dzięki Bogu chłopiec

z filmem – muszę mieć najpierw niemiecki tekst.

jest dość odważny i inteligentny, żeby współ‑

No, zobaczymy. Chciałbym bardzo <popchać>

pracować. Mam nadzieję, że lekarz w Berlinie

Leo Lipskiego”17. Jednak zawsze jest to bardzo

dobrze się spisał. Byłoby dobrze, żeby odwie‑

rzeczowa i  uprzejma korespondencja, która

dził Pierre’a po operacji. Sonju – wszystkie moje

pozwala na ukazanie Hłaski jako osoby skru‑

myśli, cała moja wiara, są teraz z Tobą i Twoim

pulatnej i odpowiedzialnej.

dzieckiem”21.

Listy to źródło prawdziwej wiedzy na temat

W tekstach z ostatnich lat, Hłasko pojawia się

życia i twórczości pisarza. Rzekomy alkoholizm,

często jako pisarz/człowiek nieuporządkowany,

92 (…) i  to  z  założeniem, że  uniemożliwi mu się

„Zdaje się, że zostanę szczęśliwym ojcem. Matka – Irlandka. Będę musiał płacić alimenty, co w moim życiu stanowić będzie pewną godną odnotowania nowość. Zresztą nie jednej. Wczoraj dosta‑ łem list z Ameryki, że tam również oczekują na nowego Hłaskę.”

powrót”26. Świadectwem podejmowania przez Hłaskę kolejnych prób powrotu do kraju są listy kierowane do Ministra Antoniego Bidy, Mini‑ sterstwa Spraw Zagranicznych, Marii Dąbrow‑ skiej, a  także do  matki, Agnieszki Osieckiej i kilku innych osób. Starania te nie przyniosły rezultatu, z czym Hłasko pogodził się pisząc do Agnieszki Osieckiej: „Nie chcę, nie pozwa‑ lam na to, aby moja matka cokolwiek robiła w mojej sprawie. Pod tym względem nigdy się nie zmienię”27. Pisarz ogromnie tęsknił za Polską, o czym wielokrotnie wspominał w listach: „Najszczę‑ śliwszy byłem w  Polsce – kiedy nie miałem co jeść, co palić, kiedy chodziłem w podartych

niesłowny, który większość czasu spędzał

portkach i  kiedy wierzyłem, że  jakoś ułożę

w nocnych lokalach. Przeczy temu list pisarza

swoje życie”28.

skierowany do Jana Nowaka‑Jeziorańskiego:

Kolejnym bardzo często przywoływanym

„Wiem, że  ludzie uważają mnie za  człowieka

faktem, jest rzekoma samobójcza śmierć Hła‑

niezdolnego do narzucenia sobie dyscypliny;

ski, która doskonale wpisuje się w mit twórcy

za improwizatora i ciągle – ku mojemu zdumie‑

przeklętego. Jednakże relacje bliskich znajo‑

niu – za nieznośne dziecko. Ale – zaufajmy fak‑

mych i rodziny pisarza wykluczają samobój‑

tom. Wróciłem z Izraela do Europy w roku 1960.

stwo: „Ciągle mówi się o tajemniczej śmierci.

W Izraelu pisać nie mogłem. Teraz policzmy, ile

[…] Matka zawsze energiczne temu zaprzeczała.

ja w ciągu tych pięciu lat, zmieniając ze względu

[…] Wykluczali samobójstwo ci którzy dobrze

na swoją żonę bezustannie miejsce zamieszka‑

go znali: Zofia Hertz, znajomi i  przyjaciele

nia – napisałem:

z  Izraela”29. W  ostatnim liście skierowanym

1. W  dzień śmierci jego. 2. Brudne czyny.

do  Esther, Hłasko napisał: „[Proszę] – módl,

3. Wszyscy byli odwróceni. 4. Drugie zabi‑

módl się za  mnie, za  moją pracę – módl się

cie psa. 5. Sowa, córka piekarza – (to ta nowa

za  nas obojga. Wkrótce będę z  powrotem;

książka). 6. Miesiąc Matki Boskiej. 7. Amor 43.

żeby Cię ucałować i zostać z Tobą. Tym razem

8. Stacja. 9. Powiedz im kim byłem. 10. Piękni

na zawsze”30. Z kolei do matki pisał o swoich

dwudziestoletni.

kolejnych planach: „Jestem w Izraelu, w prze‑

Do tego: jeden scenariusz telewizyjny. Dwa

jeździe do Niemiec i Szwajcarii. Stamtąd napi‑

scenariusze filmowe. (…) Jeśli ja pójdę raz na mie‑

szę obszerniej. W  Europie pozostanę nieco

siąc, czy raz na tydzień zabawić się do nocnego

dłużej, do końca roku”31, w styczniu 1969 roku,

lokalu – widzi mnie przy tym 50 osób. Ale nikt

w jednym z listów skierowanych do Marii Hła‑

mnie nie widzi w czasie tych godzin, w których

sko, stwierdził: „Skończyłem wczoraj trzydzie‑

samotnie siedzę i usiłuję pracować”22.

ści pięć lat. Byłem sam i cieszyłem się, że tak

Kolejne kontrowersje budzi wyjazd pisa‑

jest”32. Stąd też, teoria rzekomej samobójczej

rza z kraju, nazywany ucieczką, odyseją emi-

śmierci pisarza, zupełnie nie zgadza się z przy‑

gracyjną23, a  także wygnaniem24. W  świetle

toczonymi faktami.

najnowszych dokumentów25 pisarz starał się

Listy Hłaski, to  także źródło informacji

wrócić do  kraju: „Hłasko nie uciekł, oszuku‑

na  temat jego pracy twórczej, bogata kore‑

jąc władze, lecz odwrotnie: jego wyjazd został

spondencja z wydawcami dotycząca szczegó‑

sprowokowany i  sztucznie przyspieszony,

łów powstawania kolejnych książek, ewolucji

Dekada Literacka 1 (250)

93 ich koncepcji, tytułów czy drobnych fragmen‑ tów. Dzięki temu możemy poszerzyć wiedzę na temat autora Pięknych dwudziestoletnich: „Tytuł nie jest sprawą łatwą. Najlepszym tytu‑ łem jest zawsze jedno słowo, o  co  najciężej. Dobrze jest także, jeśli tytuł jest kontrower‑ syjny w  stosunku do  tematu.(…) Ja  sam nie mam jakiejś specjalnej idei, jeśli chodzi o tytuł; lecz staram się zawsze, aby tytuł był w tekście opowiadania, czy też w dialogu, jak np. <Pętla>, <Wszyscy byli odwróceni> i tak dalej. Zazwy‑ czaj, kiedy mi  się chce coś pisać, tytuł mam już od razu w móżdżku i rzadko zmieniam33. W listach skierowanych do Jerzego Giedroyca, Hłasko szczegółowo opisywał kolejne koncep‑ cje swoich utworów: Pisze Pan, że nie lubi Pan drastycznych słów. Będzie to brzmiało trochę dziwnie, ale ja także za nimi nie przepadam. Jednak pisząc opowiadanie o rozbitkach sta‑ jących na głowie aby zdobyć kawałek chleba – mam prawo przypuszczać (nie powołując się przy tym nawet na własne przeżycia), że ludzie tacy używają takich słów, jeśli, oczywiście utwór literacki traktować jako syntezę”34. W  zbiorze Listów można odnaleźć wiele podobnych relacji: „Ze straszliwym wysiłkiem wziąłem się do  roboty. Z  początku nie szło mi nic; straciłem z oczu wszystkie postacie (…)

do  czego jawnie się przyznawał, zarówno

wątki, wypadłem zupełnie z atmosfery i byłem

w utworach, jak i w listach. Tworzył ją jednak

zrozpaczony tak, że nie masz pojęcia. W końcu

na użytek chwili, sytuacji, w celu przypodoba‑

– mniej więcej przed tygodniem – napisałem

nia się jej odbiorcy, lub przemilczenia powodów

pierwszą scenę (siedząc w chacie).Teraz mam

odmowy.

już napisane kilka kartek”35.

Hłasko zawsze odżegnywał się od dosłow‑

Lektura Listów Hłaski pozwala na  dotar‑

nej interpretacji swojej twórczości, łączenia

cie do prawdziwego obrazu twórcy, ogromnie

jej z biografią. Takie właśnie połączenia stały

pracowitego, samotnego, tęskniącego za Polską

się źródłem późniejszych legend i mitów, funk‑

pisarza.

cjonujących do dziś w sensacyjnych publika‑

Legenda pisarza ma  dwa oblicza: dobre,

cjach na temat prozaika. Sylwetka Hłaski jest

stworzone przez niego samego, swoiste „praw‑

stale obecna w  kulturze w  charakterze cele‑

dziwe zmyślenie”, które nie zakłada tożsamości

bryty od pióra, twórcy, który stał się legendą

autora i narratora36 i złe, tworzone na użytek

ze względu na swój styl życia i anegdoty o nim,

plotkarskich pism, doszukujące się w  twór‑

a nie twórczość37.

czości prozaika realizacji paktu autobiogra‑

W jednym z wywiadów Hłasko powiedział:

ficznego; czyli tożsamości: autora, bohatera

„Mnie można zarzucić wszystko, ale ja nie piszę

i narratora.

nieprawdy, nie pisałem jej nigdy, wręcz prze‑

Legenda Marka Hłaski powstała podczas

ciwnie. A to, że prawdę w jakiś sposób wyja‑

jego życia, a on sam był jednym z jej twórców,

skrawiam, to już jest sprawa rodzaju talentu”38.

94 Przypisy: 1 J. Jarzębski, Hłasko- retoryka grzechu i nawrócenia, [w:] Powieść jako autokreacja, Kraków 1984, s. 275. 2 List z 22.05.1953, [w:] M. Hłasko, Listy, Warszawa 2012,

chciał dotrzymać. W momencie śmierci, w Wiesbaden w nocy z 13 na 14 czerwca, miał ważną wizę izraelską oraz bilet lotniczy do Tel‑Avivu. Jedno i drugie zała‑ twił 11 czerwca”, List z 28.05.1969,[w:] dz.cyt. 31 List z maja 1969, [w:] dz.cyt.

(pisownia oryginalna).

32 List z 15.01.1969, [w:] tamże.

3 List z 09.06.1946,[w:] tamże.

33 List z 29.04.1966, [w:] tamże.

4 List, 18.09.1953, [w:] tamże.

34 List z 05.05.1962, [w:] tamże.

5 List z 29.08.1965,[w:] tamże.

35 List z lutego 1955, [w:] tamże.

6 List z marca 1956, [w:] tamże.

36 Zgodnie z teorią Gerard Genettego ten rodzaj autobio‑

7 List do H. Berezy z marca 1957, [w:] tamże. 8 List z marca 1958, [w:] tamże. 9 List z 8.05.1958, [w:] tamże. 10 Komentarz A. Czyżewskiego: W jednym ze swoich

grafizmu zakłada następująco:”Ja, autor, opowiem historię, której jestem bohaterem, ale która nigdy się nie wydarzyła", cyt. za: T. Komendant, Ciemnica, „Twórczość” 2007, nr 6, s. 35. 37 Wybrane publikacje:K. Troszczyńska, Zagniewani,

listów Jerzy Giedroyc poinformował Marka o krążą‑

„Pani” 2007, nr 6, s. 52; J. Kobus, Popyt na buntowników,

cych o nim plotkach – że wrócił do Polski, a jako zawo‑

„Wprost” 2001, nr 28; M. Cieślik, Celebryta Tyrmand,

dowy kierowca jest szoferem jakiegoś generała, List

„Newsweek”, 21–27.11.2011, s. 15.

z 16.08.1958, [w:] tamże. 11 Komentarz A. Czyżewskiego: Na listach i kartkach z tego okresu Marek podpisywał się: Tadeusz Marek

38 Rozmowa Barbary Czekałowej z Markiem Hłaską, PR, audycja "Muzyka i aktualności", emisja 14.02.1958.

Hłasko, List 14.03. 1949, [w:] tamże. 12 List z 22.03.1959, [w:] tamże. 13 List z Tel- Avivu,22.09.1959, [w:] tamże. 14 List z 09.11.1963, [w:] tamże. 15 List z 20.10.1958, [w:] tamże. 16 J. Jarzębski, Kariera autentyku, [w:] dz. cyt., s. 426. 17 List z 22.11.1962, [w:] dz.cyt. 18 S. Julicki (H.Rozpędowski), Oto Hłasko mało znany, „Tygiel Kultury” 1996, nr 5, s. 61. 19 A. Czyżewski, Piękny dwudziestoletni. Biografia Marka Hłaski, Warszawa 2012, s. 52. 20 Dopisek A. Czyżewskiego: W Warszawie, podobnie jak w ostatnich miesiącach mieszkania we Wrocławiu, Marek pracował w firmach transportowych jako kie‑ rowca. Dla 18- letniego chłopca było to nie najlepsze środowisko. Kontakt z alkoholem był powszechny, odmowa picia podejrzana, List z 12.04.1952, [w:] dz.cyt. 21 List z kwietnia 1968,[w:] dz.cyt. 22 List z 9.11.1965,[w:] tamże. 23 S. Tomala, Nad legendą Marka Hłaski (w dwudziestolecie śmierci pisarza), „Kultura i Życie” 1989, nr 12, s.3. 24 J. Galant, Marek Hłasko, Poznań 1996, s.76. 25 Szczegółowe omówienie tej kwestii:A. Czyżewski, Życie po życiu, [w:]Piękny dwudziestoletni, dz.cyt, s.522–534. 26 Tamże, s. 524. 27 List z 22.09.1959, [w:] dz.cyt. 28 List z kwietnia 1958, [w:] tamże.

Kamila Sowińska absolwentka Filologii Polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim, studiów edytorskich i bibliotekoznawstwa. Mieszka i pracuje we Wrocławiu. Obecnie przygotowuje pracę doktorską na temat „Recepcji twórczości poko‑ lenia 1956” na Wydziale Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego.Od kilku lat prowadzi stronę internetową Marka Hłaski: http://www. marekhlasko.republika.pl/. Zorganizowała kilka spotkań, wystaw, dotyczących tego prozaika. Interesuje się współ‑ czesną polską prozą i poezją, medycyną, a także fotogra‑ fią. Autorka tekstów publikowanych, m.in. w „Wyspie”,

29 A. Czyżewski, dz. cyt.,s. 497- 498.

„Kwartalniku Opolskim”, „Arkadii”, „Książce i Czytelniku”,

30 Dopisek A. Czyżewskiego: „Tej obietnicy Marek Hłasko

„Paper mincie”.

Dekada Literacka 1 (250)

95

Sztuka

Wstydliwy absolutyzm Z Agnieszką Piksą rozmawia Maja Maciejewska Maja Maciejewska: Cześć, herbatka przygotowana? Agnieszka Piksa: Kawsko
…już rozlałam.
 MM: Ja mam czekoladę na gorąco, nieroz‑ laną. Jak byłam w kościele to cały czas marzy‑ łam o gorącej czekoladzie.



 AP: A to
gorzka?? Ha ha… straszyli piekłem dzisiaj?



 MM: 
Nie, a  właściwie to  trochę tak, bo o małżeństwie
było. Więc temat z piekłem powiązany, niewątpliwie.


 
AP: Chcesz powiedzieć, że  małżeństwo to śliska sprawa? Że lepiej tropem św Teresy? MM: Teraz inny wątek został podjęty…roz‑ pad rodziny i jej laicyzacja,to jest bardziej palące. Kościół szuka poprawy sytuacji poprzez
sakra‑ mentalne małżeństwo oraz wspólną modli‑ twę co najmniej dwa razy w tygodniu. Mówią o przyjęciu Boga w małżeństwo.
 AP: O, z całą pewnością. Ignoruje się udział Stwórcy – czynny w pożyciu… taki
Trójkąt!Nie ma co udawać że się jest w dwójkę, skoro On wszystko widzi.



 MM: No, może On być nie tylko świadkiem ale jakby negocjatorem, terapeutą,może nawet sędzią – rozmawiasz z nim o swoim współmał‑ żonku bo z małżonkiem jakby trudniej. Może też tak?


 
AP:
 Czyli… brakuje jakby wentyla?


 MM: To ładne co powiedziałaś‑wentyl
czyli

i wiesz wszystko jest jakoś trójdzielne.
Trójca

ulga, a nie szukanie sprawiedliwości lub co gor‑

Święta; człowiek, diabeł, anioł; id, ego, superego;

sza ochrony przed drugim.
Kaznodzieja ratunku

szkielet, mięśnie, skóra?




upatrywał w czynnym włączeniu Boga do rela‑

AP: Faktycznie…trójka jest liczbą dyna‑

cji małżeńskiej, no to faktycznie trójkącik z tego

miczną,
znosi

wychodzi
ale może w tym jest coś, że we dwoje

i są „wobec”. Ach... może czasem trzeba tego

jest wciąż samotnie, jakby kogoś brakuje, no

diabła lub tego anioła upostacio‑wio‑nego

napięcia.
Że  jest

dwoje

96 MM:
 
Ta  dosłowność, czyli posłucham słów i spróbuję zobaczyć to od początku, lub tak, jak to  robią dzieci‑bez bagażu wiedzy i  przeniesienia opowieści w  świat symbolu.


 AP:
 
Jakby mi to opowiadał ktoś jako pierw‑ szej osobie na świecie, i jakbym wobec tego była odpowiedzialna za te historie. MM:
 To  trochę opis sztuki naiwnej, ale u Ciebie
naiwnej przewrotnie, bo nie wiążesz tej naiwności z formą; nią się bawisz jak praw‑ dziwy esteta. I chodzi o treść. AP:
 Forma naiwna o  tyle, że  niby wiem o anatomii, uczyłam się, ale muszę o tej anato‑ mii zapomnieć, żeby brzmieć wiarygodnie. Żeby nie rysować z pamięci, tylko uchwycić tę jedyną sytuację. Czyli żeby znaleźć swoistą anatomię dla danej chwili
–
podporządkować się. MM: 
Formę podporządkować opowieści?



 
AP:
 Tak, no właśnie, nie zagalopować się tylko ostrożnie dobierać gest… Hahaha… nie na  zewnątrz osoby zobaczyć, po  to,  żeby jej

robić nic z  odruchu lub z  przyzwyczajenia –

z tym nie utożsamiać? Zapędziłam się w kom‑

to jest chyba najtrudniej.

binatoryce ale przez chwilę już to widziałam.


 
MM: W to się można zapędzić, ja mam też jakieś takie niejasne widzenie tej powtarzającej się troistości, czasem bardzo obrazowe.



 AP:

 Przy pewnych ekstremach?
Jak jest za dobrze na przykład!





MM:
 To jest jakiś straszny front zmagań! Cały czas kontrolować formę. Tyrania!


 AP:

 Brzmi okrutnie!



 MM:
 
Bo dla większości z nas to by było zbyt okrutne,wciąż wracać do niewiedzy.


 AP: Mam teraz taki cykl, który nazwałam

MM: Za dobrze? Za dobrze to dopiero jest

„bazgroły”, z wyglądu niechlujny, ale to kwestia

jakoś nieludzko! No w czymś takim to musi być

chwytu, zmieniłam narzędzie i tyle.… Bazgroł

ktoś jeszcze. Ale „gęsto” weszłyśmy w tę roz‑

też wymaga koncentracji
 po to, żeby nie stał się

mowę, początek o napojach rozgrzewających

arabeską,
taką jazdą „powierzchniową”
tylko

a później bach… ale wątek religii przy niedzieli

utrzymał połączenie z  powodem swojego

siedzi. I fakt, że tak czy siak myślimy w tym

powstania czyli raczej z myślą, odczuciem, niż

dniu o kościele czy do niego chodzimy czy nie‑

z jakimś wyglądem.

,jakoś mi się to wiąże z twoimi pracami.



 AP:

 Serio.

A
ja taki niewierny człowiek.Ale trochę mnie ciągnie do ikon!

 

MM:
 Nikt inny nie podjąłby tak zgrabnie tematu świętej z  brodą
lub upadku Szawła

MM:
 Nie chce Ci się czasem machnąć ręką i  powiedzieć „a  co  tam, pierdolę, jestem cho‑ lernie wykształcona, mam niesamowitą wie‑ dzę i  super umiejętności, zaraz zabawię się w Rembrandta!”



z  konia.
Zgrabnie nie tylko w  formie ale też


AP: Rembrandt z  bliska, to  dopiero  jest

w treści. Ta twoja próba zrozumienia tematu,

chaos, jakby on właśnie raczej zgadywał

zobaczenia żywotów świętych w sposób bardzo

wewnętrzną strukturę niż „robił co  widzi”.

osobisty.




To jest jakieś takie nieporadne właściwie. No,

AP:
 
Hm… może pogodzenie z nie rozumie‑

ja czasem się czuję geniuszem. To jest bardzo

niem tego, co się przedstawia? Trochę mi impo‑

pomocne uczucie, chyba niezbędne? Łapię

nują malarze naiwni takim podejściem.





wiatr i  jestem pierwsza na  świecie, i  już‑już

Dekada Literacka 1 (250)

97 rozumiem co robię i robię to co chcę, a nawet

się najpierw research rynku czy temat „leży”

więcej…
hahaha!





ludziom czy nie! Serbia, no naprawdę?! Od cza‑

MM: Rembrandt jednak coś tam rzuca

sów zabicia arcyksięcia i innych mniej lub bar‑

nam, hołocie – jakąś rączkę dziewczynki, która

dziej odległych morderstw niewiele wiemy

trzyma ramę i już postać wychodzi nam naprze‑

o Serbii?
dlaczego Cię tak ciągnie na Bałkany?

ciw. To tak jakby puszczał oczko do oglądają‑

Strasznie dziwny kierunek, przyznasz.




cych, którzy są troszkę, no jakby to powiedzieć?

AP: Nie było researchu. Siedzieliśmy nad

Którzy potrzebują tego typu łatwych chwytów.

krótkimi ćwiczeniami budowania narracji, i on

Ty  tego nie robisz… ty  nas nie obłaskawiasz

je puentował w taki sposób, że musiałam się

prostym żartem. Muszę myśleć przy twoich

nagłowić żeby trzymać żart.
Poza tym trochę

rzeczach a to boli, no i wiesz, nie zawsze Cię

było to w stylu Edgara Hilsenratha, jego „rezy‑

za to lubię. To tak właśnie jest, że ja czuję jak

gnacji”,
a  trochę Wiktora Pielewina, na  któ‑

ty tak lecisz… i że jesteś taki geniusz… i czasem

rego teksty na razie tylko się czaję, ale może

mam ci to za złe. Dlatego po raz setny w rozmo‑

już za długo? No i zaryzykowałam, i właściwie

wie z tobą odwołuję się do moich ulubionych

to się cieszę że nikt się nie porwał na solidna

obrazków na  szkle,które zrobiłaś dla ludzi‑

formę, kolubrynę. Ja  mam ograniczoną cier‑

,to był taki numer jak z Rembrandtem i rączką

pliwość, a Vladimir to raczej nie pisze powieści

z obrazu, taki element dla gawiedzi.





tylko gagi, skecze, biały wiersz.

AP: Ahaha… ale ja  też jestem gawiedzią!

MM: Kontekst osobisty jest dla każdego

Rysuję to co bym sama chciała zobaczyć, jakieś

z nas istotny, wbrew pozorom wcale nie jest

swoje marzenie o obrazie, to nie jest bardzo

łatwo znaleźć scenarzystę z którym się fajnie

przewrotne!
Choć jest tam jakaś autoironia,

sprzęgniemy. Mam ten sam nierozwiązany

czy napięcie między zupełną tandetą i kiczem.


problem od  lat, ale ja  chcę Cię jeszcze popy‑

MM: Przysłałaś do „Dekady” bardzo dużo nowych cyklów rysunkowych, powiedz nam

tać o  te  Bałkany. Jeździsz tam często? Jak te wyjazdy wpływają na twoją twórczość?


dlaczego piszesz w nich głównie po angielsku,

AP: Pojechałam do Rumunii na stypendium,

przecież mieszkasz tu w Polsce? Dlaczego wypo‑

ale wcześniej czytałam Ciorana i wtedy zaczę‑

wiadasz się w innym języku, uważasz że „po pol‑

łam w ogóle o tych krajach myśleć, moja rodzina

sku nie wszystko się da”, czy po prostu masz

też pochodzi z południa i wschodu, może dla‑

już innego odbiorcą i łatwiej pracować od razu

tego czuję się tam znajomo?
Może jakoś lepiej

w języku w którym ktoś to będzie czytał?


 AP: Wolałabym słowiańszczyznę, nawet

pojmuję tamtą „aranżację przestrzeni”, sposób w jaki się bałagani i jak się sprząta.

serbski którego nie znam a którego bardziej

MM: Inne tempo życia?

się domyślam, on jest jak archaiczny polski.

AP: Tam nie trzeba mieć internetu… hahaha…

Oryginały tych tekstów są serbskie. MM: To są rysunki do gotowych tekstów? Czyich?
 AP: Vladimira Palibrka, scenarzysta z Comi‑

no może? Nie wiem, masz wrażenie że  cały świat jest na miejscu, mikrokosmos. Nic waż‑ nego się nie dzieje gdzie indziej! MM: A  oni nie chcą być, tak jak my  bar‑

xiade. Poprosiłam go o  scenariusz, wyobra‑

dziej, no wiesz światowi? Zmyć z siebie pamięć

żałam sobie całkiem inaczej jego odpowiedź,

o przeszłości?

prawdę mówiąc miałam taką idee fixe, że zrobię

AP:
 Do  niedawna Serbowie w  ramach

jakiś longplay, a nie etiudki jak dotąd, na parę

sankcji nie mieli paszportów i to skutkuje gło‑

obrazków. Z linią wydarzeniową, bohaterem.

dem świata. Ale właściwie to świat przyjeżdża

MM: Ale dlaczego on? Jest przecież wielu

do Panceva.
Jest tanio, nie szaleje kapitalizm,

świetnych autorów polskich albo jakichś tek‑

ale to  nie o  ceny chyba chodzi;
taki Zograf –

stów z  bardziej kulturalnych i  lepiej rozwi‑

mógłby wyjechać za sławą, przecież najpierw

niętych krajów anglojęzycznych, gdzie robi

go publikowano w Stanach,
ale został w swojej

98 ze wsi,
zaangażowane w kwestie uprawy roli i  problemy wsi, współczesnej. Pamiętam, że  w  jednej z  pierwszych naszych rozmów nazwałaś mnie zaczepnie liberałką z  czego musiałam się jakoś wybronić, choć w zasadzie to jakoś jestem liberałką. Ty tak lubisz stawiać kwestie polityczno‑światopoglądowe na ostrzu noża, w twojej twórczości też to widzę. Albo patrzę już na nią poprzez tę wiedzę. AP: Hahaha… ja  mam chyba bardzo dzi‑ waczne i  sprzeczne poglądy. Był kiedyś taki „Latarnik polityczny” – test na poglądy, wyszła mi Unia Wolności z Samoobroną!



 MM: Wstydliwy liberalizm?



 AP: Absolutyzm oświecony, tylko że  już nie wypada. Uważam, że to jest trochę granda, że każdy ma to samo prawo głosu,że w ogóle sprawy ekonomii są  poddawane emocjom tłumu, albo że organizacja państwa bezczelnie wiosce. Robi festiwal GRRR, oparty nie na han‑

przeczy tej ekonomii – czekaj co  ja  o  ekono‑

dlu i „pokazywaniu się wśród sławnych ludzi”

mii,
aż tyle!





tylko np. na miejscowych fenomenach, które wynajduje. MM: Trochę to wszystko razem brzmi, jak opowieść o kraju, w którym udało się zreali‑ zować jedną z  oświeceniowych utopii. Czy to możliwe?


Maja Maciejewska Rysuje, opowiada histo‑ rie, maluje, rzeźbi. Wzięła

MM:
 Może aż tyle, bo nas boleśnie dotyczy! I dlatego, że jako artyści, nie mamy w obecnej ekonomii absolutnie żadnego prawa bytu.


 AP: Więcej się wydaje na  prowadzenie wojny, wiadomo!


 MM: Tak było zawsze, ale teraz artyści

AP: Utopię anarchistyczną, być może...

i  w  ogóle humaniści stali się zbędni
w  spo‑

Ludzie nauczyli się współpracować niezależ‑

łeczeństwie ukierunkowanym wyłącznie

nie lub nawet wbrew systemowi i państwu!

na ekonomię.



Naprawdę. W  autobusie miejskim zaraz

AP:
 To wszystko się wywali! Przepraszam,

ktoś mi doradził jak nabrać kanara, w ogóle

mówię to  bez satysfakcji, no trochę z... Nie

w różnych opresjach można liczyć na pomoc

ma postępu tak naprawdę – jeszcze zabraknie

„cywilów”.







prądu, odetną telefony i co zostanie? Opowia‑

MM: Czy nie jest tak, że  Ty  osobiście poczułaś, że osiągnęliśmy taki poziom kultu‑

danie bajek i niestworzone fantazje… jak się ropa skończy.




udział w wielu wysta‑

rowy, cywilizacyjny, że trzeba już odkryć nowe

MM: I twój komentarz.





wach, zilustrowała kilka

światy żeby się nimi żywić? Wytyczyć nową

AP:
 Ognisko! To bardzo ważne, żeby mieć

wydawnictw i zadruko‑ wała mnóstwo koszu‑

trasę do Indii, omijając Amerykę, jak Magellan?

ognisko!




AP: Może trzeba odkryć stare światy, które

MM: Ja  też uważam,że  trzeba zamonto‑

wydawniczo‑artystyczną

nauczyliśmy się ignorować? A  nawet nimi

wać sobie kominek! Ale wiesz pomimo naszej

“gili gili” oraz “Trzy oczy”,

pogardzać?
Trzeba wrócić na ziemię.

zbędności to właśnie my komentujemy rzeczy‑

lek. Współtworzy grupę

absolwentka krakowskiej

MM: Ale to  nie przypadek, że  to  są  post‑

wistość choć czasem w próżnię, ale w twoim

w Zdzieszowicach. Obecnie

komunistyczne stare światy? Twoje poglądy

wypadku zaczyna to wyglądać inaczej. Twój

mieszka w Krakowie.

polityczne z  całą pewnością objawiły mi  się

przekaz zaczyna intrygować coraz więcej osób

jako ostre choć niejednoznaczne. Zawsze

i  mimo trudnej, trochę hermetycznej formy

komunikowałyśmy się ze sobą, jako dziewczyny

coraz więcej widzów chce obejrzeć twoje prace

ASP urodzona w 1972 roku

http//panimaja.blogspot. com/

Dekada Literacka 1 (250)

99 i  wysłuchać opowieści. Te  plansze są  druko‑

w sytuacjach „konfliktu racji równorzędnych”.

Agnieszka Piksa

wane, choćby w ostatniej publikacji o komiksie

Ale oglądam to i szybko zapominam. Filmów

Urodzona w 1983

kobiecym Polish female comics pod egidą cen‑

„własnych” mam kilka i oglądam je wiele razy

trali. Opowieści, które oglądamy w „Dekadzie”

i to chyba nie dla rozrywki ani dla zabicia czasu.

też wejdą w świeżutką publikację. Gdzie i kiedy

To już jest poważna sprawa! Z czytaniem mam

czytelnicy mogą je dostać, zobaczyć?

za to tak, że czytam jedna książkę po parę razy

AP: Najnowsze rzeczy będą zebrane

i ona jest dobra, nie może być zła. Nie wiem

w jednym albumie, zatytułowanym Gvozden.

do końca, jak to jest z osobistym charakterem

Wydawcą jest Centrala z Poznania. Na razie

wypowiedzi. Jak taki Stanley Kubrick mówi coś

został wydany mały zin, Am I gay? to jakby

osobistego tak, że jest to jednocześnie o całym

zapowiedź
większej całości 300 egzemplarzy

świecie? To jest zagadka.





składanych po domach przez ekipę Elektriki Pancevo. MM: Większość twoich prac jest w czerni

MM: Jaka książka jest na tyle interesująca, żeby przeczytać ją kilka razy?



 AP: Peter Esterhazy Harmonia caelestis.


w Warszawie. W 2009 ukończyła Wydział Grafiki ASP w Krakowie w pra‑ cowni rysunku Joanny Kaiser. Mieszka i pra‑ cuje w Krakowie. Autorka dwóch wystaw indywidu‑ alnych: Dylatacje w galerii Floriańska 22 w Krakowie (festiwal Orbis Pictus 2009) i Chmury pojęciowe w poznańskim Arsenale, w ramach festiwalu Ligatura 2011. Ważniejsze wystawy zbiorowe: Oczy szukają głowy do zamiesz-

i bieli, tak właśnie najczęściej pracujesz po pro‑

MM: Nie znam, to jest proza czy poezja?





kania MS w Łodzi, 2011.

stu czernią. Ale ja uwielbiam, kiedy dołączasz

AP: Jest to dla mnie nie do przeniknięcia;

Wszystko będzie dobrze

kolor, nawet jeśli jest to tylko niebieski, to on

to jest mowa trzeciego oka... nadjęzyk, metaopo‑

dźwięczy całą skalą barwną! Na okładce mamy

wieść, która dzieje się teraz i zawsze. Anegdoty

jedną z twoich namalowanych na szkle, kolo‑

są lokalne i niby‑dokumentalne, to jakby kro‑

rowych „ikon” na  niej trójka ludzi w  łódce,

nika rodziny arystokratycznej
pisana na pod‑

którą zacumowali przy kamiennym postu‑

stawie rzeczywistych zapisków, wspomnień, ale

mencie z  napisem a.r. a  w  oddali coś jakby

gdzieś tam przeszłość też jest zmyśleniem i
 nie‑

wieża kościelna lub ratuszowa. O co im chodzi

istotne jest, co zdarzyło się naprawdę, a co nie.

i gdzie zmierzają?

To jest jakby destylat w coś jeszcze innego.





AP: Ach.…to grupa a.r., – artyści rewolucyjni, na tułaczce ze swoja kolekcją najnowszej sztuki. Wieża na  horyzoncie to  jest ratusz w  Łodzi, który zgodził się przyjąć tę kolekcję na jakiś czas. Tak wyglądały początki Muzeum Sztuki w Łodzi! MM: Więc to ojcowie‑założyciele polskiej awangardy, stąd ten biblijny nastrój! A właści‑ wie to mityczni rodzice: Strzemiński z Kobro oraz Stażewski! AP: Tak, właśnie. MM: W doborze historii, które cię inspirują oraz osób z którymi współpracujesz posługu‑ jesz się bardzo osobistym kontekstem. Język, który towarzyszy Twoim rysunkom jest bardzo wewnętrzny. Czy jako odbiorca poszukujesz też tego samego, bardzo osobistej wypowiedzi?
Czy lubisz uciec w świat opowieści klasy B, np. Bat‑ man lub inne popowe klimaty?

 AP: Dużo chodzi u mnie telewizor, podoba mi się styl Ukrytej Prawdy, to jest jakby ogląda‑ nie antycznej tragedii, z chórem starców, mono‑ logami wewnętrznymi herosów w  rozterce,

MM: Ooo…to chyba warto przeczytać choć raz, dziękuje Ci za rozmowę.

BWA Studio, Wrocław. Komiks – legendy miejskie Mocak. Sen jest drugim życiem BWA Tarnów 2012. Laureatka I nagrody w kategorii Eksperyment (Ligatura 2011) Publikacje: Polish female comics http://www.centrala.org. pl/, Piksa www.gili‑gili. com. W kwietniu ukaże się Gvozden – najnowszy album Agnieszki do tek‑ stów Vladimira Palibruka nakładem Centrali. www.agapixa.blogspot.com piksaa@gmail.com

100

DEKADA Literacka

Wydawca:

KWARTALNIK KULTURALNY

Fundacja na Rzecz

ISSN 0867–4094 nr indeksu 356–875

Głębokiej Integracji DYNAMIS

Redaguje zespół:

ul. Św. Krzyża 5/9

Marek Kozicki – redaktor naczelny

31-028 Kraków

Maja Maciejewska – redaktor graficzny Marek Drwięga

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówio‑

Piotr Gruszczyński

nych i zastrzega sobie prawo skrótów.

Rada redakcyjna:

Nakład:

Agata Bielik‑Robson

200 egz. + 200 egz. gratisowych

Jerzy Jarzębski

Numer zamknięto 25 listopada 2012 roku

Szymon Wróbel Redaktor prowadzący: Marek Kozicki Zrealizowano ze środków Ministerstwa Kultury Na okładce wykorzystano prace

i Dziedzictwa Narodowego

Agnieszki Piksy

w ramach programu operacyjnego: Promocja Literatury i Czytelnictwa

Layout, projekt i skład:

Priorytet: Czasopisma

Michał Bratko, Kinga Nowak ISSN 0867–4094 Adres redakcji:

Nr indeksu 356–875

ul. Św. Krzyża 5/9, 31-028 Kraków

Warunki prenumeraty:

www.dekadaliteracka.pl,

Dostępne na stronie:

e‑mail: dekadaliteracka@dynamis.pl

www.dekadaliteracka.pl

Dekada Literacka 1 (250)

www.dekadaliteracka.pl


Dekada Literacka