Issuu on Google+

Informować czy imputować?

O stanie prasy w dobie zaniku krytycznego myślenia i technizacji życia społecznego Człowiek, będący istotą społeczną, nie może nie komunikować – ten dość naturalny wniosek został wyartykułowany przez polskiego medioznawcę oraz socjologa Tomasza Gobana-Klasa. Właściwie w każdym momencie życia uczestniczymy w kulturalnym, politycznym czy religijnym dialogu – komunikujemy i chcemy „się” komunikować. Nikt z nas nie jest, jak chciał tego poeta John Donne, samotną wyspą: „Każdy człowiek jest częścią mnie, a ja jestem częścią jego”. Gorzej jednak, kiedy „chcenie” uzewnętrzniania opinii jest zamierzonym efektem manipulacji tzw. mistrzów prostych recept; czyli tabloidów, określanych zwykle pejoratywnie „brukowcami” czy „rewolwerówkami”.

Bombardowani informacjami Informacyjne kanały telewizyjne wyrastają – nie tylko w Polsce – jak grzyby po deszczu; i nic w tym dziwnego. Wszystkiemu winna jest sprzyjająca koniunktura, która stanowi swoistą odpowiedź na wzmożone życie gospodarczo-ekonomiczne kraju. Swój wdowi grosz dorzucą skondensowane i skomercjonalizowane społeczeństwa, które nie grzeszą, raczej, myśleniem. Niestety (ale niekoniecznie), ale konsumpcjonizm oraz komercja idzie w parze z konkurencją, a ta wymusza na mass mediach działania, których celem jest zaskarbienie sympatii możliwie najliczniejszej grupy (masy?) odbiorców. Prasa przypomina dzisiaj sieć pajęczą, w którą wpadają mniej krytyczni i naiwni czytelnicy – przy tym media łupią jak nigdy i zaglądają do naszej kieszeni (wyślij wiadomość SMS na nr 79*** a otrzymasz wiadomość zwrotną z odpowiedzią… której tak naprawdę oczekujesz). Pozostaje pytanie: Czy My, Polacy, jesteśmy narodem dobrze poinformowanym? Albo: Czy chcemy być informowani? Współczesne media doskonale zdają sobie sprawę, że przeciętny obywatel nie rozumie, o co chodzi – pół biedy, jeżeli idzie o politykę, bo ci znają bolączki potencjalnych wyborców i szastają populistycznymi obietnicami na „prawo” i „lewo”. Będą wiedzieć tylko ci, którzy wykazują zainteresowanie (np. polityką czy ekonomią) i sięgają po tygodniki z opiniami oraz analizami. Dla pozostałych media z chęcią przygotują informacje skrótowe, a gloryfikuje się te o charakterze melodramatycznym, skandalicznym i sensacyjnym, gdzie nie uraczysz krytycznej analizy, opinii czy komentarza. Dyskusja toczy się na ulicy, w tramwaju i sklepie spożywczym „U Jadzi” – przygotowanie poważnej i merytorycznej debaty publicznej to dla prasy nie tylko twardy orzech do zgryzienia, żmudna i niekiedy syzyfowa praca, ale zajęcie, które mija się z interesem, czyli finansowym zyskiem. Medioznawcy nie mają wątpliwości, że Polacy nie wykazują zainteresowania wydarzeniami z kraju oraz ze świata, a jeżeli już cokolwiek zachęca do włączenia telewizora lub przekartkowania gazety to tematy, które mogą być użyteczne (np. informacje o podwyżkach, a te wraz z nowym rokiem będą naprawdę w cenie). Tworzony przez mass media klimat strachu „supercen” nie gra, mimo że nas bezpośrednio dotyczy, pierwszych skrzypiec – katastrofy różnej maści (lotnicze, kolejowe, trzęsienia ziemi itp.), wzruszające historie samotnych matek (bo mąż pijak, sparaliżowany albo zginął tragicznie) i sensacyjne doniesienia ze świata show biznesu i polityki (niestety, ale Berlusconi już odszedł). Interesuje

nas życie wyglancowanych narcyzów i słodkich eclebrytek – bo żyjemy w XXI wieku; wieku rozpasanej, kiczowatej rozrywki i zaniku krytycznego myślenia.

Zabawić się na śmierć

Rozrywka nie jest niczym niezdrowym, można powiedzieć, że to „coś” bardzo ludzkiego. Żyjemy coraz szybciej, dlatego od czasu do czasu dobrze jest zrehabilitować ciało i rozbiegany umysł przyjemnościami. Gorzej jednak, kiedy wartości materialistyczne i aspekt cielesny przysłaniają oczy i, zabrzmi naiwnie oraz trywialnie, duszę i serce. Nie bez kozery amerykański medioznawca, filozof i krytyk kultury Neil Postman (zm. 2003) wyprowadził z obserwacji wniosek, że współczesność chce zabawić się na śmierć. Nie łudźmy się, że nas ten problem nie dotyczy – Szwedzi uważają, że Polacy to bardzo egzotyczny(!) naród. Ten „egzotyczny” odbiór w oczach Skandynawów nie jest efektem rodzimej, ludowej tradycji oraz kultury. Na mapie Europy jesteśmy krajem, który lubi się bawić, i trudno z tym polemizować. Warto wspomnieć również o wymownym wideoklipie niemieckiej grupy „Oomph!” – „Gott ist ein Popstar” („Bóg jest gwiazdą pop”); z kolei Krzysztof Kieślowski w „Dekalogu I” przypomina: „Nie będziesz mieć bogów cudzych przede mną”. Trudno wskazać drugi film w historii europejskiego kina, który w tak błyskotliwy sposób zdemaskował naiwną i bezgraniczną wiarę w osiągnięcia współczesnej techniki. Bez wątpienia K. Kieślowski jest naszym rodzimym posłańcem złej nowiny; naszą Kasandrą, która przewidziała nowy rodzaj ludzki – technokratyczne i elektroniczne społeczeństwa, za których myślą komputery i media. Wychowani i wciąż edukowani do rozrywki (wszystko musi być lekkie, przyjemne, a najlepiej, żeby studenci i uczniowie w ogóle się nie uczyli, tylko przyszli, zobaczyli i kupili uczelnie) media dostarczają nam tego, czego chcemy. Pytanie, dlaczego chcemy tego, czego chcemy? Czy to media kreują, redukują i mistyfikują rzeczywistość, czy też sami zaklinamy nasz świat i interpretujemy na nowo? Zanik krytycznego myślenia, umiejętności odróżnienia fałszu od prawdy to już nasza wcale niemała Apokalipsa – wielki smutek świata, sukces wielu ojców, w tym między innymi rozrywkowej, pseudoedukacyjnej i nibyinformacyjnej prasy, która stworzyła sobie podatny grunt do manipulacji. Mam piękny wniosek – manipulować Przykład idzie, niestety, z góry: mass media tylko na pozór są „wolne”. Największe media w Polsce (TVN24, Polsat News, Superstacja, Fakt, Super Express, Gazeta Wyborcza, Rzeczpospolita i in. ) to nie sztuka dla sztuki – to linia programowa, czyli jakiś biznes, interes, świato-pogląd. Nie inaczej wygląda stan prasy lokalnej na naszej ziemi gryfickiej. Regionalni pisarze dwoją się i troją jak tu zachęcić do lektury. Przy czym dziwny, bo nieprofesjonalny i naiwny jest ich cud-proszek, a oto jego składniki: 1. wymagane wykształcenie – minimum zawodowe, ewentualnie średnie (ale to już chyba za dużo… wiedzy); 2. umiejętności – znużenie życiowe oraz elastyczność; 3. kompetencje – znajomość funkcji poprawy błędów w programie M. Word; 4. doświadczenie zawodowe – niewymagane. Żadna praca ponoć nie hańbi – nie do zniesienia jednak jest widok gazet, które (chcąc świecić przykładem) kierują się takimi złotymi myślami, jak: nie ma informacji, są tylko

interpretacje; dziennikarz nie musi mieć ukończonych studiów, bo każdy może nim zostać (piekarz, fryzjer, kolejarz i etc.); zamiast myślenia – substytut myślenia. Kreowanie nowej rzeczywistości przez media nie jest żadną nowością – to tak zwana czwarta władza, która nie zbliża się do rzeczywistości obiektywnie istniejącej, ale ukazuje odbiorcom świat w krzywym zwierciadle, na własną modłę i wyświechtany komunał. Kondycja współczesnej prasy, w szczególności lokalnej, oparta jest bodajże na filarach myśli T. Hobbesa, który wyprowadził pesymistyczny wniosek o naturalnym stanie człowieka, gdzie każdy walczy z każdym wszelkimi dostępnymi środkami. M. Rakoski


Infromowac czy imputowac?