Issuu on Google+

Historia Huby – Andrzej Niemiec

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Spis Treści Spis Treści . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 2 Huba, wstęp . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 1 Historia Wsi Huba . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 2 Okoliczności powstania . . . . . . . . . . . . . . 2 Początki . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 3 Zmierzch Starostwa Czorsztyńskiego . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 5 Uwłaszczenie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 5 Rada Gminna . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 6 Wspólnota leśna . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 10 Kościół . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 11 Strażnik lasu . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 12 Zakup polany . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 14 Marzenia o szkole . . . . . . . . . . . . . . . . . . 14 Płacz i płać! . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 18 Pomór bydła . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 19 Podział lasu . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 20 Kłopoty w Radzie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 20 Epidemia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 22 Szarwarki . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 23 Dzierżawa polan . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 25 Rekurs . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 26 Gajowi . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 27 Wójt i pisarz . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 28 Manko w kasie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 30 Pożegnanie z „Księgą” . . . . . . . . . . . . . . 30 XX wiek . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 32

Czasy się zmieniają . . . . . . . . . . . . . . . . . Za chlebem . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Pierwsze maszyny rolnicze . . . . . . . . . Stara bieda . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Edukacja . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Gmina w Czorsztynie . . . . . . . . . . . . . . . Aby ród nie zaginął . . . . . . . . . . . . . . . . . Pory roku . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Brak wody . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Wielka wojna . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Dzień, jak codzień . . . . . . . . . . . . . . . . . . II wojna światowa . . . . . . . . . . . . . . . . . . Z Huby pod Stalingrad . . . . . . . . . . . . . . Partyzantka . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Koniec wojny . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Nowy ustrój, czyli między młotem, a kowadłem . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Nauka po wojnie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Pierwszy wodociąg na Podhalu . . . . . Elektryfikacja . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Droga . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Ochotnicza Straż Pożarna . . . . . . . . . . Hubka . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Sołtysi . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Dożynki 2004 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Hubianie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Hubiańskie Pejzaże . . . . . . . . . . . . . . . . .

Copyright: © Andrzej Niemiec

Wydanie II poszerzone i poprawione przez 
Janinę Machoń–Bartulę Copyright: 2011 © Janina Machoń–Bartula Projekt graficzny i skład: Andrzej Bartula Konsultacja literacka: Anna Łabieniec Fotografie ze zbiorów prywatnych SilGraph – Toronto 2011

32 32 34 36 37 38 39 43 46 47 48 49 51 52 53 54 55 59 66 67 70 77 78 80 82 92

Andrzej Niemiec – Autor

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

SZLEMBARK

HUBA

HUBKA

DĘBNO MANIOWY

Jezioro Czorsztyńskie

NOWY TARG

ZAKOPANE

HUBA

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Andrzej Niemiec

HUBA

Wydanie II poszerzone i poprawione przez 
Janinę Machoń–Bartulę


W dawnych czasach wśród lasów iglastych i liściastych żyli ludzie, którzy przetwarzali hubę rosnącą na drzewie bukowym w materiał służący do wzniecania ognia przy użyciu krzesiwa. Grzyb drzewny zwano hubą. Ludzie ci odbijali z drzewa rosnącego grzyba i przynosili go do domu, aby gotować go około 50 godzin. Po wygotowaniu grzyb ten był suszony i tłuczony tak, aż powstał materiał miękkości waty. Tak przygotowany materiał służył do przedłużania ognia, ponieważ huba tliła się powoli. Z biegiem czasu każdy gospodarz miał tzw. krzesiwo, sporządzone ze stali, przypominające kastet bez zębów oraz kawałek skały zwanej krzemieniem. Przy uderzeniu krzesiwem o krzemień, na skutek tarcia, wyskakiwały iskry, które jedynie mogły być rozniecone i wykorzystane do rozpalania ognia przy użyciu materiału zwanego hubą. Okoliczna ludność, mieszkająca dalej od lasu nie znająca sposobu wytwarzania a właściwie przerabiania huby na środek łatwopalny, uzyskiwała go w drodze wymiany od mieszkańców tego osiedla i stąd ta wieś nosi nazwę Huba. Mieszkańcy Huby nie posiadali własnej ziemi, lecz pracowali jako pasterze i palacze węgla u pana feudalnego w Czorsztynie. Węgla wyprodukowanego z drewna używano do wytapiania żelaza i do kuźni w Maniowach zwanej Hamrami. Toteż do 1820 roku, wieś Huba należała do pana feudalnego. Część mieszkańców z czasem wykupiła sobie ziemie na własność, a wreszcie wyzwoliła się spod jarzma po zniesieniu pańszczyzny przez rząd Austrii. Wyzwolenie to nie było całkowite, ponieważ chłopi nie otrzymali lasów na własność. Drzewo na opał i budowę zawsze było potrzebne, dlatego też chłopi musieli dalej pracować na rzecz pana w zamian za pobrane drzewo lub płacić wysokie sumy. Jednak gospodarstwo pana feudalnego na skutek zmiany systemu gospodarowania zachwiało się i pan zmuszony był sprzedać kawał lasu na uzupełnienie długów. Mieszkańcy Huby w 1870 roku kupili 80 ha lasu, z czego wedle ilości danych pieniędzy podzielili między siebie 47 ha, resztę pozostawili jako dobro gromadzkie. W roku 1869 wieś Huba liczyła 22 domy i 146 mieszkańców. Życie tu nie było łatwe. Toteż budowano niewiele, a w 1952 roku stało w Hubie tylko 30 domów. Pola uprawne znajdowały się na wysokości 830 m n p m, a pól niżej położonych o ciężkiej glebie (gliniastej) nie uprawiano ze względu na brak odpowiednich narzędzi rolniczych. Narzędzia takie jak pług drewniany czy brony były używane do 1916 roku. Tak uprawiana gleba na tej wysokości dawała znikome plony. Z wysianego kwintala zboża uzyskiwano dwa do trzech kwintali plonu. Józef Bubis „Kronika”

1

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Historia Wsi Huba Okoliczności powstania Huba to jedna z najmniejszych wsi na Podhalu. Jej historia sięga początków XVII wieku, obejmuje czterysta lat i szesnaście pokoleń mieszkańców. W ustnym podaniu przetrwała informacja, że osada powstała w roku 1602 - jednak żadne źródła historyczne nie potwierdzają tej daty. Zgodnie z zachowanymi dokumentami przyjmuje się, że nastąpiło to na początku XVII wieku. Nie ulega wątpliwości, że lokacja Huby wiąże się z istniejącym tu od czternastego wieku starostwem czorsztyńskim, które u początków swego istnienia nie było zbyt rozległe i obejmowało tereny, mniej więcej, dzisiejszej gminy i wsi Grywałd i Krościenko. W ciągu następnych wieków obszar starostwa uległ znacznemu poszerzeniu i w okresie największej świetności przypadającej na końcowe lata wieku XVII, państwo czorsztyńskie liczyło 23 miejscowości między innymi Kłodne w powiecie sądeckim, Tylmanową, Szczawnicę, Ostrowsko. Pod koniec XVI wieku starostą „na Czorsztynie” był Jan Sieniński. Po jego śmierci przez kilka lat nie było formalnego starosty, a zmarłego ojca zastąpili trzej jego synowie: Jakub, Adam i Krzysztof. Żaden z nich nie mieszkał jednak na terenie majątku, a wszystkim zarządzał podskarbi Stanisław Janowski. Wiosną 1598 roku, zamek zajęły wojska starosty spiskiego Olbrachta Łaskiego znanego awanturnika i pieniacza. Rok później, po interwencji króla Łaski opuścił zamek.

W latach 1600-1610 starostwo czorsztyńskie przeszło we władanie Stanisława Cikowskiego, choć i on rzadko zaglądał do swoich włości. Rządy w jego imieniu sprawował podstarości Hieronim Stradowski. W tymże to czasie doszło do licznych sporów pomiędzy rozzuchwalonym magnatem Cikowskim, a królewskim dworem. Zwaśnionych rozsądzał sam król Zygmunt III Waza. Jest więc mało prawdopodobne by w sytuacji ostrego sporu król zezwolił Cikowskiemu na lokację nowej wsi. Po Cikowskim starostwo przejął Jan Baranowski (ojciec). Kroniki odnotowały, że był to pan o wybujałych ambicjach dążący wszelkimi sposobami do zwiększenia swych dochodów. Z chłopów chciał uczynić niewolników nakładając na nich tak wielkie ciężary, że nie mogli im podołać. Szykany i gnębienie poddanych było na porządku dziennym. Opornych wsadzano do ciemnicy lub bito dotkliwie. Kto nie mógł wytrzymać tego piekła, uciekał w góry, gdzie tworzyły się grupy zbójeckie. To właśnie za Baranowskich, gdy po ojcu Janie „nastał” jego syn, też Jan – rozpoczęła się wycinka gorczańskich lasów. Cięto całe połacie wiekowej puszczy; część spławiano Dunajcem, a potem Wisłą aż do Gdańska, w większości jednak używano drewna do wypalania węgla, który wysyłano później do hut i kuźni Rzeczypospolitej. 2

Przez cały więc rok dymiły piece u podnóży gorczańskich stoków pochłaniając setki i tysiące drzew bukowych, sosnowych, jesionów.

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

We wsi Maniowy było kilka takich pieców. Do dziś przetrwała informacja o ich lokalizacji w nazwach pól i osiedli: Węgliszczak, czy Węgliska. Dla realizacji tych przedsięwzięć potrzebni byli najemni robotnicy. Jedni ścinali drzewa i ściągali je do składów, inni zajmowali się wypalaniem węgla. Padły pod toporami całe połacie odwiecznego boru porastającego zbocza Kotelnicy. Pustkę można było zalesić albo zasiedlić, ale las nie odrasta tak szybko, jak przybywali w tamte strony ludzie potrzebni do pracy. Danina z każdego łanu wzbogacała spichrze pana starosty. Wtedy to Baranowski już bez trudu uzyskał od króla akt lokacyjny na założenie nowej wsi Huby. Na początek stanęły cztery zagrody, a każdy z osiedleńców otrzymał po ćwierci łanu czyli około 5 hektarów gruntu. Mieli gospodarzyć, orać i siać, a gdy przyjdzie czas zbiorów, oddać panu dziesiątą część plonu, a także odpracować na rzecz dworu wyznaczoną ilość darmowych dniówek. Ponadto mieli też naprawiać drogi, napędzać zwierzynę, gdy starosta zapragnie polowania w pobliskich lasach.

Początki

Nie zachował się żaden dokument pozwalający na odtworzenie listy pierwszych zagrodników, ale można wywnioskować kim byli z późniejszych wykazów. Początek dały cztery rodziny: Kubiczowie, Bednarczykowie, Plewowie i Płonkowscy. Najprawdopodobniej pochodzili z sąsiednich Maniów. Zbieżność nazwisk jest tu chyba najlepszym dowodem – rodzin o takich nazwiskach, wyjąwszy Płonkowskich, jest w Maniowach*(* utrwaliła się specyficzna odmiana nazwy Maniowy: w Maniowach, z Maniów) sporo.

Nie było łatwo tym pierwszym osadnikom, bo przecież nie zastali gotowych pól czekających na orkę i siewy. Każdy zagon trzeba było najpierw oczyścić z pni, wyrwać korzenie, spalić, a i chaszczy było sporo - jałowce i wiklina bujnie porastały teren. Na „nowinach”, (ziemia dająca pierwszy raz plon) najlepiej udaje się owies, potem jęczmień, żyto, len, karpiele, kapusta. Ziemniaki zaczęto sadzić nieco później. Z wykrotami osadnicy jakoś sobie poradzili, poważnym problemem był brak wody. Dla bydła łapało się deszczówkę, topiło śnieg, ale dla potrzeb ludzi, do mycia, gotowania, a zwłaszcza dla dzieci potrzebna była źródlana czysta woda. Próbowano kopać własne studnie, ale niewielka była z nich korzyść. W porze deszczowej owszem, uzbierało się w takim dołku nieco wody, ale nadawała się ona jedynie do wyprania bielizny, czy zmycia podłogi i naczyń gospodarczych, ale już koń krzywił się na jej smak ... Pozostawał zatem płynący w okolicy potok, beczka i nosidła. Innego sposobu nikt nie wymyślił. Przez 350 lat Hubiański Potok utrzymywał ludzi przy życiu. Gdyby wysechł osadnicy nie mieliby żadnych szans na przetrwanie.

Mijały lata, przybywało mieszkańców. Cztery zagrody rozrosły się do kilkunastu gospodarstw, a rozbudowa wsi poszła w kierunku Hubki ku granicy z Maniowami a raczej z gruntami należącymi do Maniów.

W drugiej połowie XVIII wieku w Hubie było już 17 gospodarstw skupionych wokół Pięciu Zagród. W międzyczasie przybyła nowa zagroda zwana „Maniowską”, a także niewielki przysiółek Dzielnice z dwoma gazdówkami. Spis z roku 1873 mówi wyraźnie o istnieniu Pięciu Zagród. Dokument został sporządzony przez pisarza gminnego Jana Plewę. U schyłku wieku dziewiętnastego wieś liczy 25 zagród (numerów). Poniższa tabelka ukazuje rozwój wsi na przełomie wieków.

3

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Huba

1777

1798

1824

1869

1934

domów mieszk. domów mieszk. domów mieszk. domów mieszk. domów mieszk.

12

61

17

132

18

124

22

146

26

168

Wieś Huba 1873 L.p.

Zagroda Bednarczykowska

1

Jakob Bednarczyk

4

Franciszek Bednarczyk

2 3 1 2 3 4 1 2 3 4 1 2 3 1 2 3 4

Jan Bednarczyk Jan Cyrwus

Zagroda Kubiczowska

Wojciech Kubicz Jacób Kubicz Jan Kubicz Jan Kubicz

Zagroda Plewowska

Nr. domu 11

15 4 3 2

19 1

17

Jan Plewa

13

Antoni Plewa

6

Józef Plewa Józef Plewa

Zagroda Płonkowska

Jan Plewa Jan Plewa

Józef Trybuła

Zagroda Maniowska

Jakób Plewa

Jędrzej Plewa Jan Plewa

Franciszek Plewa

7 9

10 14 8

18 16

12 21

Z przedstawionego dokumentu widać wyraźnie, że w dalszym ciągu utrzymują przewagę trzy rody: Plewowie, Kubiczowie, Bednarczykowie. Zniknęli natomiast Płonkowscy. Zapewne z tej przyczyny, że nie było w rodzie chłopców zapewniających przekazanie nazwiska. W ich miejsce pojawiły się nowe: Trybuła, Cyrwus. Wżenili się do tutejszych rodzin, co należy uznać za rzecz zupełnie naturalną.

4

Wieś nie miała jednak szans na większy rozwój, bo na przeszkodzie stały granice naturalne. Potoku Szlembarskiego nie można przekroczyć, granicy z Maniowami także. Udało się to dopiero Ślagom, którzy odkupili od Maniów kilka morgów ziemi i wybudowali tam niewielki domek.

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Zmierzch Starostwa Czorsztyńskiego Odeszli w niebyt czorsztyńscy starostowie. W roku 1811 umarła Ludwika Potocka wdowa po ostatnim staroście. Zamek i majątki przeszły w ręce rządu C.K. Austro-Węgier. Cesarz potrzebował pieniędzy; ciągłe wojny były niezwykle kosztowne. Zaczęła się wyprzedaż Galicji. W roku 1826 trzy wioski Maniowskiego „klucza”: Huba, Mizerna i Maniowy zostały wystawione na licytację i sprzedane niejakiemu Janowi Pisarzowskiemu za kwotę 170 000 złotych. Od tej chwili te trzy miejscowości będą podlegać nowemu dziedzicowi i ustanowionym przez niego prawom. Ciężką miał ponoć rękę pan Pisarzowski, a zwłaszcza jego rządcy, pisarze, gajowi nie mówiąc już o hajdukach.

Zaprzestano masowej wycinki lasów, choć niezupełnie. Istniała przecież i działała słynna na całą okolice kuźnia „Na Zobielu”, nie wygaszono też pieców w Węgliszczaku, a one potrzebowały drewna. Dymiły dalej, a chłopi ściągali drzewa, aż od ochotnickiej granicy. Przetrzebione przez starostów lasy odrastały powoli. Na wyrębach sadono młode drzewka, świerk zwany tu smrekiem i jodełki. Smrek rośnie dość szybko, ale też i łatwo łamią go wichury. Las mieszany był odporniejszy na burze i huragany.

Uwłaszczenie

W roku 1848 w całej Galicji odbyło się powszechne uwłaszczenie. Ziemia którą dotychczas chłop uprawiał była własnością dworu. Teraz ten grunt miał przejść w ręce chłopa. Przestała obowiązywać poniżająca i uciążliwa zależność oraz przeklinana przez ludzi pańszczyzna.

Chłop stał się wolny, co jednak nie oznaczało, że to automatycznie poprawiało jego sprawy bytowe. Podatki były tak uciążliwe, że włościanin uginał się pod ich ciężarem. Hubianie otrzymali ziemię na własność, ale urzędnik austriacki policzył wszystko, co rośnie w polu i stoi w obejściu. Od wszystkiego trzeba płacić podatek, nawet od... nieboszczyka.

Ziemia była w Hubie skalista, plony raczej skromne, a innych dochodów poza rolnictwem ludzie nie mieli. Aby się utrzymać trzeba szukać pracy i zarobku poza granicami ubogiego Podhala. Co roku połowa wsi wyjeżdżała „do żniw’’ na Węgry. Tam zaczynały się one wcześniej niż na Podhalu bo już w pierwszych dniach lipca. Kto więc był silny i zdrowy mógł sporo zarobić. Węgrzy płacili zbożem, ale też i dukatami. Przywozili więc ludzie po kilka korców pszenicy, żyta, kukurydzy. Także owoce z południa, których u nich nie było: pomidory, agrest, śliwki węgierki. Grosz też się przydawał bo wydatków było sporo – podatki, chrzciny czy wesele, a i pola zdało by się dokupić. Ciężkie warunki nauczyły ludzi szacunku do pracy. Aby coś mieć, trzeba było harować od świtu do nocy. Ranek wypędza, zmrok przypędza – mówi stare przysłowie ludowe. Hubianom rodziły się zdrowe i dorodne dzieci–chłopcy silni i wytrzymali, dziewczęta urodziwe i pracowite. Chętnie brali je potem na żony kawalerowie, nie tylko z rodzinnej wsi, ale i z okolicznych wiosek. Ileż to dziewczyn z Huby wyszło za chłopaków z Maniów, Ochotnicy, Szlembarku, Kluszkowiec, Mizernej, Dębna, Harklowej, Łopusznej, oraz innych bliższych i dalszych miejscowości. Także matka, piszącego te słowa, wywodzi się z Huby (dom # 19), choć urodziła się „na saksach” w dalekich Prusach, dokąd dziadkowie wyjechali za pracą.

5

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Młodzi Hubianie służyli również w wojsku – w piechocie i kawalerii. Wiemy, że Kubicz Marcin spod numeru 1 ( potem mieszkał pod numerem 24) odbywał służbę wojskową w Pułku Dragonów zwanych kirasjerami. Kirasjer – przekręcono potem na „kieleser” i taki przydomek przylgnął do tej rodziny na długie lata. Żoną „Kielesera” była Agnieszka Bednarczyk pochodząca z domu numer 15. Warto dodać, że tenże kirasjer nauczył się w wojsku pisać i czytać i po powrocie do cywila pełnił przez wiele lat funkcję pisarza gminnego. Miejscowi prześmiewcy ułożyli nawet przyśpiewkę na temat owego „kielesera”. Słyszałem ją przed laty od wiejskiego pastucha wypasającego gęsi nad Dunajcem, a zaczynała się ona tak: „Ożenił się kieleser, wziął se kieleserkę …”

Tutejsi kawalerowie brali sobie za żony najczęściej miejscowe panny. Wynikało to z prostej logiki; znali je od dziecka, wiedzieli „co która jest warta”, nie obojętne też były sprawy majątkowe - za panną szedł kawałek pola. Zdarzało się, choć niezbyt często, że kawalerowie hubiańscy przywozili sobie narzeczone z innych miejscowości, najczęściej z Maniów i Ochotnicy, ale również z Mizernej, Dębna, Kluszkowiec, Krośnicy, Harklowej, Czorsztyna, Hałuszowej, Grywałdu, Łopusznej, Szlembarku, Zubsuchego, i innych dalszych miejscowości. W jednym przypadku nawet ze Starej Wsi na Słowacji.

Rada Gminna

Huba była kiedyś... gminą. To nie żart, tylko prawda wynikająca z ówczesnej nomenklatury administracyjnej Galicji. Każda wieś była gminą i taki stan przetrwał aż do roku 1934 kiedy to – już w wolnej Polsce – powołano gminy zbiorcze. Okryte mgiełką tajemnicy dzieje wsi z XVII i XVIII wieku, w następnym stuleciu stają się bardziej przejrzyste. W latach sześćdziesiątych tegoż, już dziewiętnastego wieku, gmina w Hubie ma swego pisarza, który spisuje ważniejsze wydarzenia we wsi w specjalnej księdze noszącej dumny tytuł: „Księga Uchwał Gminy Huba”. „Księga” ta zachowała się do obecnej chwili i choć mocno podniszczona stanowi bezcenny dokument historyczny dotyczący nie tylko Huby, ale i stosunków społecznych jakie wówczas panowały. Rozpoczyna się od przedstawienia rejestru „Zagród” i działających w ich obrębie rodzin. W dalszej części tejże kroniki mamy pierwszy protokół z posiedzenia Rady Gminnej Huby datowany na 30 grudnia 1871 roku. Jest też pełny wykaz osób wchodzących w skład tejże „Zwierzchności”:

6

Antoni Plewa – wójt Wojciech Bednarczyk – zastępca Jakub Plewa – przysiężny Antoni Kubicz – radny Jan Plewa – radny Bartłomiej Plewa – radny Błażej Plewa – radny Jakub Plewa – radny

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Posiedzenie, o którym mowa, dotyczy bardzo ważkiego dla wsi problemu – chodzi mianowicie o kupno pola i lasu od pana Gerzabka dziedzica Maniów. Powierzchnia tychże gruntów to ponad 91 morgów, a więc 45,5 hektara, czyli bardzo dużo. A oto tekst posiedzenia z zachowaniem ówczesnej pisowni:

Posiedzenie Zwierzchności Rady Gminnej dnia 30 grudnia 1871. Przedmiot obrady: Przewodniczący Antoni Plewa wójt gminy czyni na temże posiedzeniu wniosek i zapytanie jakiemby sposobem i legalną drogą pokryć koszta wynikające z powodu kupna pola ornego i lasów w łącznej przestrzeni 91 morgów 1046 sążni od Wiel. P. Gerzabka Dziedzica Maniów, gdyż Gmina nie posiada żadnych funduszów, które by na ten cel przeznaczone być mogły. Członkowie Rady gminnej jednogłośnie uradzili ażeby na pokrycie kosztów wynikających w powodu kupna gruntu ornego i lasu, koszty rozłożyć na każdego gospodarza w gminie będącego, a że w gminie znajdują się także komornicy/ chałupnicy którzy nie mogą się obejść bez opału, a więc i na tych jako i na gospodarzy, według podatku który opłacają, jeżeliby zaś który gospodarz lub chałupnik temu się sprzeciwił i na niego przynależnej części nie uiścił, upraszać Świetnej C.K.Władzy do zmuszenia ich złożyć przypadającej należytości. Powyższą Uchwałę jednogłośnie przyjęto i o zatwierdzenie Świtnej Rady Powiatowej upraszamy. Podpisali: wójt Antoni Plewa i wszyscy radni.

Czy doszło wtedy do kupna owego gruntu? Otóż tak! Chociaż nie obeszło się bez kłopotów. Część należności wypłacono panu Gerzabkowi po zawarciu kontraktu, pozostałą zaś kwotę wieś zobowiązała się spłacić w ratach. Ale ustalenia wzięły w łeb, bo nie każdego stać było na wyłożenie odpowiednich sum. Po upływie dwóch lat dług dalej wisiał nad mieszkańcami wsi. Mówi o tym dokument sporządzony 24 czerwca 1873 roku. Jest to długa lista zawierająca dwadzieścia nazwisk dłużników z wyszczególnionymi kwotami, które mieli uiścić. 7

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Kwoty są dość spore; najmniejsza to 5 złotych, najwyższa 70. Wśród gazdów-dłużników jest też kobieta wymieniona po raz pierwszy w dokumentach – Agata (Brzana) Plewa (wdowa po Antonim) mieszkająca pod numerem 9., zalegająca z kwotą 55 złotych. Trzeba przyznać, że wyłożenie na zakup lasu nawet stu złotych stanowiło dla wielu rodzin nie lada wysiłek, zważywszy że koń kosztował wówczas 50 złotych, krowa 30, a np. pensja pisarza gminnego wynosiła 10 złotych rocznie.

Chłopi zaciągali pożyczki, zadłużali się u Żydów, sprzedawali inwentarz. Tak więc choć z trudem, to jednak dług został spłacony od roku 1873 i tzw. Las Gminny przeszedł na własność wsi. 8

Las ten istnieje do dziś. Stanowił i stanowi wspólne dobro, wspólne mienie. Każdy z udziałowców mógł zakupić na własne potrzeby nawet kilka kubików drewna. Gorsze szło na opał, a to

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

lepszego gatunku, na budowę. Ceny nie były zbyt wysokie, raczej symboliczne, szły na podatek i utrzymanie gajowego, któremu płacono 13 złotych reńskich na rok.

W maju 1876 roku wieś wybrała nową zwierzchność gminną. Wójtem został Antoni Kubicz, a jego zastępcą i zarazem przysiężnym - Jakub Plewa. Drugim przysiężnym został Wojciech Kubicz. Cała Rada łącznie z wójtem i przysiężnymi liczyła 12 osób.

Miesiąc później, dwudziestego piątego czerwca, Rada powołała pisarza gminnego. I z tej okazji sporządzono oficjalny dokument:

Kontrakt ugody Urzędu Gminnego z pisarzem gminy Huba, dnia 26 czerwca 1876 r. Zgodziliśmy Jana Plewę z Nr 13 za pisarza gminnego na trzechletnią kadencją naszego urzędowania, w przytomności wszystkich członków gminnych, do pisania wszelkich uchwalonych kawałków gminie należących i odczytania, które on będzie w stanie wykonać, zgadzamy za kwotę 10, mówiąc: dziesięć złotych reńskich.

Obecni podpisali: Jan Plewa – pisarz Antoni Kubicz – wójt Jakub Plewa Wojciech Kubicz Jan Plewa Jan Bednarczy

Jan Plewa spod numeru 13, który został pisarzem był interesującym człowiekiem - wytrawny gospodarz i cieśla, dzielnie znoszący swoje kalectwo (utykał na jedną nogę, co było pamiątką po przeżyciach wojennych). Jego nazwisko często pojawia się na kartach „Księgi”.

9

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Wspólnota leśna Po kilku latach wspólnego użytkowania lasu zaczęły się swary. Naciskany przez ludzi wójt zwołuje posiedzenie Rady w dniu 17 maja 1877 roku. W protokole spisanym na tę okoliczność czytamy: Uchwała Rady Gminnej w Hubie z dnia 17.V.1877

Zwołałem członków tj. wszystkich gospodarzy tak radnych jako i innych właścicieli mających prawo do poboru drzewa w lesie, lecz widząc że ten pobór z lasu jest w nieprzyzwoitym porządku używany, przeto napomniałem radę ażeby inny porządek zaprowadziła, co uchwalono w następujący sposób.

Ażeby każdy gospodarz, mający prawo poboru z lasu, jechał w jednym dniu przeznaczonym w tygodniu raz na ściółkę do nawozu uprawy gruntu, a drugi raz na drzewo do opału domowego, jako to sucharów, złomisk i różnych drobiazgów marnujących się w lesie co bez opłaty wolno brać. Za materialne drzewo na poprawę starych i a wybudowanie nowych budynków wyznaczone będzie przez Urząd Gminy wysokość zapłaty. Kto by się ważył ściąć bez wyznaczenia karanym będzie na 1 zł za jedną sztukę. Rada uchwaliła odpłatność za jedną sztukę drzewa mającego 8 cali do 12-tu cali po 35 centów, którą to ustawę podpisem zatwierdzamy.

Pomoc biedniejszym

10

Podpisali wszyscy radni, wójt, zastępca wójta, przysiężny. Na dokumencie widnieje także pieczęć Gminy.

Żyli też w Hubie mniej zaradni, którym gorzej się powodziło. Nie mieli własnego konia, trudno było więc wykonywać prace gospodarskie, a i zdrowie nie dopisywało, za to kłopoty dopadały z każdej strony. Jaśkowi Plewie (Nr 14) waliła się chałupa. Ściany były zgniłe, a dach przeciekał. Nie podobna było dalej mieszkać w takim domu. Jasiek rozmyślał,

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

medytował, ale nic nie mógł wymyślić - nie miał pieniędzy na kupno drzewa, ledwo wiązał koniec z końcem. Poszedł więc w końcu do wójta po radę. Ten znając sytuację zwołał Radę i wraz z innymi udał się na oględziny gospodarstwa Plewy. Chałupa stara, węgły przegniłe, nie było innej rady jak tylko ją rozebrać i postawić nową. Radni kiwając głowami udali się do kancelarii. Uradzili, że trzeba pomóc obywatelowi, który wpadł w tarapaty. Rada już w pełnym składzie zebrała się 12 czerwca i podjęła stosowną uchwałę: Przedmiot obrad Rady Gminnej w Hubie dnia 12.VI.1877 roku dotyczący potrzeby, z którą zgłosił się Jan Plewa spod numeru 14. Wspomniany Jan Plewa zaprosił wójta i kilku członków Rady do obejrzenia swojego domu, który jest spróchniały i niebezpieczny do dalszego zamieszkiwania. Cała Rada, wójt i sąsiedzi uznali, że ten dom jest niebezpieczny na mieszkanie i w tejże przytomności przyznali wszyscy wyznaczyć mu drzewa na nowy dom, w lesie gminnym i że będzie obowiązany połowę tego drzewa zapłacić, według urady gminnej z dnia 17.V.1877 roku za cenę po 35 centów, a drugą połowę wyznaczyć mu bezpłatnie z powodu tego że się sprawował dobrze, i przez dawniejsze lata lasu nie zabierał i nie psuł. Obecni podpisali się pod datą: Huba, dnia 12 czerwca 1877.

Kościół Hubianie boleli nad tym, że mieli daleko do kościoła. Do Maniów było sześć kilometrów. Latem, przy pogodzie, można było szybko zbiec z Hubki, potem równią od Lichaja do drogi i dalej już gościńcem. Wystarczyła na to godzina. Na skróty można było dojść brzegami obok Staszla i na Krzyżówki.

11

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Chodziło się boso, bo buty kosztowały i trzeba ich było oszczędzać. Buty czy kierpce noszono w rękach i zakładano dopiero przed kościołem. Boso w kościele, jakoś nie wypadało! Co by Maniowanie powiedzieli? Hubianie mieli przecież swój honor! Gorzej było zimą, bo jak nie mrozy to roztopy, albo kopiaste śniegi. Niektórzy gazdowie jechali sankami, zabierali swoich i sąsiadów, choć kobiety wolały iść pieszo, bo można było się rozgrzać.

Wiosną 1879 roku proboszcz maniowski, ksiądz Jurgowski, ogłosił z ambony, że w kościele będzie przeprowadzany remont. Prosił parafian o składki na ten cel. Także dach na stodołach plebańskich wymagał naprawy. Zebrał się Komitet Kościelny, który miał się zająć zbiórką potrzebnej na pokrycie słomy. Hubianie dostarczyli 30 czerwca 1879 r. cztery kopy snopków, co dało 240 sztuk tego cennego surowca. Zebrano też sporą sumę pieniędzy wysokości 26 złotych i 90 centów. Tę kwotę przedstawiciele wsi wręczyli księdzu proboszczowi i przewodniczącemu Komitetu Kościelnego panu Konstantemu Grzymale. Wszystko zostało skrupulatnie odnotowane w specjalnym protokole: Według uchwały z dnia 23 maja 1879 roku zebranego Komitetu Kościelnego obrachowano na gminę Huba cztery kopy snopków na pokrycie dachu stodoły plebańskiej, które to snopki odstawione zostały dnia 30 czerwca 1879 według reperkacyji komitetu kościelnego w Maniowach. Obrachowano na gminę Huba 26 złp i 90 centów na reperację kościoła parafialnego w Maniowach i takową należność doręczyli dnia 22 czerwca 1879. Podpisano: Ksiądz Tomasz Jurgowski i Konstanty Grzymała jako przewodniczący Komitetu Kościelnego.

Strażnik lasu

W listopadzie 1882 roku skończyła się druga już kadencja wójta Antoniego Kubicza. Przeprowadzono wybory i ludzie ponownie zagłosowali na niego. Ale ustawa nie przewidywała takiej możliwości i Starostwo w Nowym Targu nie uznało wyborów. Unieważniono wyniki i zalecono przeprowadzić nowe wybory. Nowym wójtem został Jan Plewa mieszkający pod numerem 13, sprawujący dotychczas funkcję pisarza gminnego. Od 14 grudnia 1882 roku Jan Plewa był i wójtem i pisarzem jednocześnie, ale tylko przez jedną skróconą kadencję bo w następnych wyborach, trzy lata później, stanowisko wójta objął już ktoś inny, a Jan Plewa wyjechał za robotą do Prus. W tym czasie lasów gminnych pilnował specjalny strażnik, któremu płacono z kasy wiejskiej 13 złotych rocznej pensji. Żaden dodatek w postaci deputatu gajowemu nie przysługiwał. Jeśli chciał kupić sobie drzewo to musiał za nie 12

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

płacić tak jak wszyscy inni członkowie wspólnoty. Jeden z leśników – czemu nie można się aż tak dziwić – ściął sobie kilka drzew na własne potrzeby i „zapomniał” za nie zapłacić. Zdarzyło się to kilka razy i ludzie donieśli władzy o postępkach strażnika. Wójt wezwał winnego przed oblicze Rady, ta zaś zdecydowała: strażnik ma niezwłocznie zapłacić za ścięte nielegalnie drzewo kwotę czterech złotych wraz z odsetkami, albo należność zostanie ściągnięta pod przymusem. Strażnik nie przejął się zbytnio wyrokiem i nie spłacał należności. Skutek był taki, że wójt wraz z zastępcą zajęli dłużnikowi krowę. Strażnik poczuł się obrażony i zwymyślał przedstawicieli Gminnej Zwierzchności od najgorszych. Ale władza też miała swój honor i po kilku upomnieniach postanowiono strażnika zwolnić. Przedmiot obrady z dnia 24 stycznia 1883 roku.

Na posiedzeniu swym uchwaliła Rada strażnikowi lasowemu potrącić w służbie za lata 1881 i 1882 cztery złote długu, który był winien za drzewo. Na tym samym posiedzeniu uchwalono zapłacić wydatki gminne jako ekwiwalent wg. dziennika ustaw z dochodu lasowego tj. wybrać od dłużnika, który winien za drzewo, jak się pokazało w księdze lasowej, a reszta z procentów od kapitału gminnego. Dług ten przyznają członkowie Rady gminnej ściągnąć w drodze przymusowej przez naczelnika Gminy Jana Plewę i Franciszka Bednarczyka do czego ich upoważnia. Huba, dnia 24 stycznia 1883 r. Obecni: Antoni Kubicz, Jędrzej Plewa, Wojciech Kubicz, Franciszek Bednarczyk, Jan Bednarczyk. Podpisałem: Jan Plewa, wójt. Na miejsce byłego strażnika powołano nowego gajowego, którym został Józef Kubicz z domu № 24. Z nim już nie było kłopotów i pełnił swoją funkcję przez dziesięć lat. 13

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Zakup polany W roku 1883 nadarzyła się hubianom okazja kupna od maniowskiego dziedzica pięknej polany. Duża to musiała być działka, bo cena jakiej zażądał była wysoka: tysiąc złotych.

Skąd wziąć tyle pieniędzy?! Polana ta stanowiła dla wsi łakomy kąsek, bo to przecież więcej siana i możliwość lepszego wypasu bydła. Takiej okazji nie wolno było przepuścić! Radzono więc i zastanawiano się skąd wziąć pieniądze. Radził wójt wraz z całą Radą, pytano mieszkańców wsi. Wiadomo było, że z własnych zasobów na pewno nie zbiorą wymaganej kwoty, a dziedzic nie będzie czekał. Pieniądze były potrzebne natychmiast. Zasięgnięto rady w powiecie i zgodnie z sugestią wieś zaciągnęła pożyczkę.

Przedstawiciele Rady z wójtem na czele udali się do Galicyjskiej Kasy Oszczędnościowej. Po wielu perturbacjach udało się uzyskać żądany kredyt, w kwocie tysiąca złotych z terminem spłaty w ciągu dziesięciu lat. Władze Banku zapewniły, że pożyczka może być umorzona w znacznej części pod warunkiem, że polana będzie odpowiednio zagospodarowana, a wieś będzie w terminie płacić należne podatki.

Zwierzchność wyznaczyła ze swego grona pełnomocników, którzy w imieniu Rady mieli podjąć z Banku całą kwotę pożyczki. Pierwszym zaufanym został wójt Jan Plewa, a wspierali go dwaj radni: Franciszek Bednarczyk i Antoni Plewa. W rekomendacji do upoważnienia o pobraniu pożyczki z dnia 3 czerwca 1883 roku napisano że są to roztropni i moralnie nienaganni gospodarze.

Marzenia o szkole

Huba nie miała szkoły. Nawet tzw. szkółki niedzielnej. Niektóre dzieci chodziły do szkoły w Maniowach. Nie było jednak obowiązkowego nauczania więc nikt nie zmuszał rodziców by posyłali potomstwo do szkoły. Do Maniów było daleko – całe sześć kilometrów. Zimą na drodze leżały zaspy, jesienią i wiosną dokuczały częste siąpawice. Jak tu wypędzać z domu dziecko na taką pogodę? Latem zaś musiały dzieci paść bydło: najpierw gęsi, potem owce i krowy. To było ich zajęcie aż do osiemnastego roku życia. A potem na naukę było już za późno...

Żyli więc nasi przodkowie w błogim przekonaniu, że posyłanie dzieci do szkoły to zbyteczna strata czasu, a policzyć do stu można się nauczyć od starszych... Ale Jasiek Plewa, wójt i pisarz gminny w jednej osobie, liznąwszy już nieco nauki znał wartość sztuki liczenia i pisania. Zaczął więc namawiać gospodarzy do budowy własnej szkółki. Widać ich przekonał, bo już w lipcu 1883 roku zebrała się Rada Gminy, na której omawiano tę sprawę i podjęto stosowną uchwałę.

14

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Przedmiot obrady z dnia 26 lipca 1883. Przewodniczący Jan Plewa, wójt, przedkłada potrzebę przy budowaniu i utrzymaniu szkółki dla swych dziatek we własnej gminie na żądanie przedłożonej potrzeby Jana Plewy wójta, Rada Gminna przyznała i uchwaliła na posiedzeniu swym wybudować nową szkołę na placu gdzie stoi gminny spichlerz, który ma być zniesiony, a na tymże placu z drzewa gminnego lasu nawiezionego, szkółkę gminnem kosztem wybudować. Huba, dnia 26 lipca 1883 roku. Jan Plewa– wójt. Obecni Radni i świadkowie. (Podpisało się 9 osób). Ale od podjęcia uchwały do jej realizacji miało upłynąć jeszcze kilka lat. Wieś miała do spłacenia dług, który zaciągnęła w Kasie Galicyjskiej na kupno polany. Spichlerz, co prawda rozebrano, ale nowy budynek wzniesiono dopiero w dwa lata później i przeznaczono na Dom Ludowy. A szkoły w Hubie, jak nie było, tak nie było. Do sprawy wrócono jesienią 1885 roku. Teraz już zupełnie serio. Został wybrany komitet, który miał się zająć dokończeniem budowy i uruchomieniem szkoły. W skład tegoż komitetu weszli:

Jan Plewa – wójt Jakub Kubicz z zagrody Kubiczów nr domu 19, Jan Plewa z zagrody Płonkowskiej nr domu 10

I na tę okoliczność sporządzono odpowiedni protokół:

15

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Posiedzenie Rady Gminnej w dniu 15 września 1885. Wniosek: Jan Plewa wójt wnosi, że C.K. Starostwo nakazuje według Świetnej Rady Szkolnej Okręgowej w Myślenicach z dnia 13 sierpnia wybrać trzech członków jako pełnomocników do uregulowania Szkoły, co jednogłośnie uchwalili i weznali na członków, a mianowicie: Jana Plewę - wójta, Jakuba Kubicza, Jana Plewę - nr domu 10. Obecni podpisują: Jędrzej Plewa, Wojciech Kubicz, Jan Bednarczyk, Antoni Plewa, Jan Plewa, Jakub Kubicz, Jan Plewa - wójt. Była uchwała Rady, był Komitet, no i w końcu budynek. Co jednak stanęło na przeszkodzie, że i wówczas nie uruchomiono szkoły? Wszystko wskazuje na to, że miało to związek z kłopotami w samej Radzie. Diabeł chyba zamieszkał w tak zgodnej dotąd społeczności. Minęło siedem lat kiedy znowu sprawa szkoły wypłynęła.

W listopadzie 1892 roku w Domu Ludowym odbyło się posiedzenie Rady z udziałem całej wsi „wszystkich członków rodzin” jak to zostało określone w protokole, na którym to zebraniu uchwalono by Domek Gminny przekazać na Szkołę. Można zatem przyjąć z całą odpowiedzialnością, że Szkołę w Hubie otwarto w początkach 1893 r. Ale dlaczego nie od września kiedy to zwyczajowo rozpoczyna się rok szkolny? Nie wiadomo. Już w styczniu 1893 r. zatrudniono nauczyciela Sebastiana Karkulę ze Szlembarku przyznając mu pensję w wysokości 14 forintów rocznie „z możliwością podwyżki za dwa lata”.

16

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Oto pełny tekst uchwały Rady Gminy dotyczący szkoły: Przedmiot obrad z dnia 15 listopada 1892.

Rada Gminna w Hubie na posiedzeniu swem zebrana w całym komplecie i obecności niemal wszystkich członków rodzin, uchwala jednogłośnie wnieść prośbę do władz szkolnych o wyłączenie związku Szkoły z Gminy Maniów, a utworzenie osobnej szkoły wsiowej w Gminie Huba, a to z powodu że do Maniów dzieci szkolne zmuszone są odbywać niemożebną drogę z narażeniem niebezpieczeństwa zdrowia i życia. Ponieważ wioska Huba jest położona w górach odległa od gościńca krajowego przeszło dwa kilometry, a gościńcem do Maniów jest trzy kilometry drogi gołymi polami, przeto w porze zimowej w czasie zamieci śnieżnej, słot jesiennych i roztopów wiosennych drogi są tak uciążliwe, że dorośli nie mogą przechodzić w żaden sposób. Również do innej gminy nie ma żadnego dostępu. Przeto chociaż będziemy narażeni na ponoszenie znacznych kosztów na utrzymanie nauczyciela i wybudowanie szkoły, to jednak na to sobie pozwalamy, a mając Domek Gminny na placu gdzie niegdyś był spichlerz gminny więc ten dom przeznaczamy na Szkółkę, a w razie istnienia jej powiększyć go lub przeistoczyć tudzież zobowiązujemy się na utrzymanie nauczyciela płacić rocznie zdwoić tj. drugie tyle kwoty płacić na utrzymanie nauczyciela jeśli by takowy był zorganizowany we własnej gminie Hubie. Huba, dnia 15 listopada 1892. Obecni podpisani. Jan Plewa, Naczelnik Gminy. Podpisy 12 obywateli gminy Huba.

17

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Płacz i płać! W obiegowej opinii starszych ludzi istniało przekonanie że „za Austrii żyło się ludziom dobrze”.

Na pewno istniało tu więcej swobód niż w zaborze rosyjskim czy pruskim, ale też przysłowiowa bieda galicyjska była tu bardziej dokuczliwa niż w innych regionach kraju. Ziemia była kamienista, lato krótkie, zimy długie i śnieżne. Owies, jęczmień i żyto to podstawowe zboża, które na górskich terenach jakoś się udawały. Życie na Podhalu zawsze było trudniejsze niż w dolinach, a obciążenia równie dokuczliwe jak w innych zaborach. Pańszczyzna, potem różnego rodzaju najwymyślniejsze podatki ciążyły ludziom niczym kamień u szyi, od narodzin po zgon. A ówcześni urzędnicy potrafili wycisnąć z chłopa ostatni grosz nakładając na niego różnorakie opłaty, od przeklinanego tzw. podatku pogłównego czyli od wszystkiego żywego, poprzez opłaty od lasu, od owsa, od lnu, wołów, gęsi, owiec, spaśnego, a nawet od ... nieboszczyka.

Tak, tak, to nie pomyłka ani kiepski żart! Nawet umierając nie sposób było uniknąć podatku! Oto pod datą 19 grudnia 1884 roku, Rada Gminy w Hubie, na wyraźne polecenie cesarsko-królewskiego starostwa w Nowym Targu podejmuje decyzję zobowiązującą każdego kto chce się pomodlić przy zwłokach bliskiego do opłacenia odpowiedniej kwoty.

18

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

A oto pełna treść rozporządzenia Rady:

W dniu 19 grudnia 1884 roku, uchwalono wskutek polecenia Świetnego Starostwa z dnia 13.XI.1884, zapłatę za oglądanie zwłok pośmiertnych, a to po 5 centów od bliższych członków rodziny, a 7 centów od dalszych, co potwierdzonym zostało przez C.K .Starostwo. Huba, dnia 19.XII.1884 r. Jan Plewa - wójt Jak widać niektórych nie stać było nawet na śmierć!

Pomór bydła Latem 1885 roku nastał na Podhalu wielki pomór bydła. Zdychały masowo krowy, świnie i zające. Było to wielkie nieszczęście dla rolników, zwłaszcza dla tych którzy mieli jedną krowę w stajni czy chudą świnkę w chlewiku.

Z zachowanych zapisów wynika, że krowy chorowały na „zapalenie i zgniłość płuc” natomiast trzoda była nękana „różycą” i „zapaleniem mózgu”. Nie pomagały żadne środki, jak okadzanie, dodawanie do żarcia węgli i piołunu, wrzucanie do chlewu naręcza pokrzyw. Padłe sztuki trzeba było zakopać i to z dala od domu, aby nie narazić zdrowych zwierząt na jakikolwiek kontakt z padliną. W tym celu wyznaczono specjalne „grzebowisko” na odległym pastwisku należącym do zagrody Bednarczykowej, tuż przy granicy ze Szlembarkiem. Oto uchwala rady gminnej z dnia 13 września 1885 roku dotycząca tej kwestii: Przedmiot uchwały z dnia 13 września 1885 roku.

Wskutek nakazu Świetnego C.K. Starostwa z dnia 10.VIII. Nr. Li. 8284 o wyznaczenie grzebowiska dla bydląt padłych na zaraźliwą chorobę uchwalono jednogłośnie plac ten na pastwisku zagrody Bednarczykowska przy granicy Ślembarski potok pod gruntem Jakuba Bednarczyka w przestrzeni 5 sąg długości i 5 szerokości. Obecni potwierdzają:

Antoni Plewa Franciszek Bednarczyk Jakub Kubicz Jan Bednarczyk Wojciech Kubicz Jan Plewa – wójt

19

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Podział lasu Burzliwe musiało być zebranie wiejskie, które odbywało się we wrześniu 1885 roku w salce Domu Ludowego. Sprawa była niezwykle ważna i drażliwa. Szło o podział wspólnego lasu. Cóż się stało, że po czternastu latach wspólnego gospodarowania doszło do zatargu i żądań podziału wspólnoty? Zachowała się krótka notatka z tego zebrania pisana w pośpiechu, zaledwie w kilku zdaniach, bez daty dziennej. Siedmiu mieszkańców Huby: Jakub Kubicz, Antoni Plewa, Wojciech Kubicz, Franciszek Bednarczyk, Józef Plewa i Jan Plewa postawiło wniosek o podział lasu.

„wnoszą o podzieleniu lasu wspólnie zakupionego, z powodu częstych i przykrych nadużyć, popełnionych przez członków obywateli swej Gminy oraz i obcych, co jednogłośnie uchwalili i uznali za słuszny zakres tego celu przy wspólnej obecności”.

Kłopoty w Radzie

20

I tu wymienieni są wszyscy, którzy głosowali za wnioskiem. Łącznie 15 osób. Tyle notatka. Skądinąd wiemy, że doszło wtedy do częściowego podziału. Spora część lasu „Na Kosorkach” przeszła w ręce prywatne, choć większość pozostała nadal we wspólnym władaniu jako tzw. Mienie Wiejskie. W kilka lat później dokupiono od dworu kilkanaście morgów polan i dołączono do tejże Wspólnoty. Z biegiem czasu polany zarosły powiększając tym samym obszar lasu. W chwili obecnej Las Gminny (wiejski) liczy 38 hektarów.

W grudniu 1885 roku odbyły się w Hubie kolejne wybory, w wyniku których wybrano wójta i ośmiu radnych, także przysiężnego. Coś się jednak zaczęło „psuć” w organizacji wiejskiej. W budżecie gminy zabrakło jedenastu złotych. Starostwo wysłało do wsi kontrolerów, którzy potwierdzili stan rzeczy. Zwierzchność tłumaczyła, że chłopi zalegają z podatkami bo nie mają z czego płacić. Susza wypaliła trawy i zboża, spadło pogłowie bydła, ale Starostwo było głuche na utyskiwania Gminy, zażądało pieniędzy i poleciło podnieść podatki w przyszłym roku o 15 procent. Ludzie zaczęli szemrać i całą winę zwalać na zwierzchność, czyli na wójta.

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Uchwała rady gminnej z dnia 11 marca 1886 roku. Wniosek: Jan Plewa – wójt wnosi, iż jest konieczna potrzeba ułożyć budżet przez Radę Gminną, przy czym jednogłośnie zeznali i według wniosku ułożony budżet przez wójta Jana Plewę, w dniu 29 listopada 1885, założenia dodatków do podatku po 15 % nałożyć zezwolili. Huba, dnia 11 marca 1886 rok. Franciszek Bednarczyk – wójt, Radni: Antoni Plewa, Józef Plewa, Jakub Kubicz, Jan Bednarczyk, Pisarz: Jan Plewa. Musiało być bardzo źle skoro ktoś zdecydował się wyrwać z „Księgi” całą kartę, na której zapisano ważniejsze wydarzenia. Brakuje dwóch stron: 27 i 28. W tym miejscu pozostał jedynie poszarpany grzbiet, a kolejna karta nosi numer 29. Pierwsza notatka z tej karty pochodzi z 9 sierpnia 1886 roku i została zapisana zupełnie innym charakterem pisma niż poprzednie strony z lat ubiegłych. Nie pisali tego ani pisarz gminny Jan Plewa, ani Sebastian Karkula. W podpisie widnieje bowiem nazwisko Michała Szala lustratora Starostwa. Winą za braki w kasie próbowano obciążyć dotychczasowego wójta Jana Plewę. Można przypuszczać, że z tej przyczyny został on zwolniony także z funkcji pisarza. Rozgoryczony wyjechał wraz z innymi do Prus na roboty. Nie było go przez całe lato, a obowiązki pisarza pełnił Sebastian Karkula ze Szlembarku. Po powrocie z Prus Jan Plewa ponownie podjął funkcję pisarza, zaś Karkuli zarzucono spore matactwa przy ustalaniu granic ze Szlembarkiem. Jan Plewa jako wójt i pisarz został całkowicie oczyszczony z zarzutów. Stało się to jednak dopiero po dwóch latach, o czym dowiadujemy się z kolejnego protokołu z dnia 27 grudnia 1889 roku, w którym napisano: Zanotowanie (notatka) z dnia 27 grudnia 1889 roku.

Ponieważ dotąd nie okazało się żadne nadużycie ani pomyłka po obrachunku z Janem Plewą, dnia 17 stycznia 1887 roku, gdzie pozostała mu należność w łącznej kwocie 9 złotych i 12 centów, przeto na tę zaległość wypłaca się mu gotówkę 7 złotych 68 centów, a pozostaje mu jeszcze dług gminny 1 złoty 44 centy podług obrachunku. Huba, dnia 27 grudnia 1889. Wojciech Kubicz, Jakub Kubicz, Józef Plewa, Franciszek Bednarczyk – wójt.

21

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Epidemia Lato roku 1873 było ciepłe i słoneczne. Ludzie cieszyli się dobrymi plonami. Zboża wyrosły dorodne, ziemniaki także, choć zazwyczaj na jałowej ziemi słabo rosły, były jakieś karłowate, w dodatku zżerały je myszy i pędraki (o stonce na szczęście, jeszcze nikt wtedy nie słyszał). Na początku lata rozeszła się wśród ludzi zatrważająca wiadomość o nadciągającej epidemii zwanej cholerą. Straszna ta choroba przywleczona ze Wschodu nawiedzała co kilkadziesiąt lat Europę nie omijając również ziem polskich, gdzie zbierała obfite żniwo.

Nikt nie znał sposobu zapobieżenia jej. Nadchodziła niczym chmura gradowa, przynosił ją wiatr, dlatego nazwano ją morowym powietrzem. Zabierała ze świata całe rodziny, z jej powodu przerzedzały się wsie i miasteczka. Dotknięci chorobą mieli wysoką gorączkę, odwodnienie organizmu, biegunkę. Umierali w straszliwych bólach i smrodzie, gdyż biegunka była tak gwałtowna, że niepodobna było jej opanować. Chorych wynoszono z domu, do stajni, do stodoły, byle jak najdalej od zdrowych. Pozostającym jeszcze przy siłach członkom rodziny nie wolno było się zbliżać, a jedzenie i wodę podawano na łopacie byle tylko nie zetknąć się z chorym, nie poczuć na sobie jego oddechu. Cholera zebrała wtedy ze świata w okolicy Huby blisko dwieście osób.

Na Hubie zmarło 12 osób. Pierwsza data zanotowana w księgach kościelnych to 19 czerwca 1873 roku. Zmarło 2 miesięczne niemowlę – Jakub Plewa w domu numer 6. Po nim przyszły następne:

Wojciech Plewa Wojciech Bednarczyk Katarzyna (Gorlicka) Plewa Józef Plewa Balbina Plewa Wojciech Bednarczyk Michał Bednarczyk Jakub Plewa Katarzyna (Grywalska) Plewa Sebastian Plewa

lat 10 lat 49 lat 41 5 m-cy lat 52 lat 29 lat 19 lat 47 lat 47 lat 49

№ 12 № 15 № 12 № 12 № 15 № 11 № 15 № 13 № 13 № 10

13.07.1873 15.07.1873 17.07.1873 18.07.1873 21.07.1873 22.07.1873 24.07.1873 11.08.1873 13.08.1873 17.08.1873

Zmarłych grzebano na istniejącym już od pół wieku specjalnym cmentarzu zwanym „cholerycznym”, który był zlokalizowany na wzniesieniu zwanym „Dzioł” pomiędzy Maniowami a potokiem Ciechorzyn. W chwili obecnej po tym cmentarzu nie pozostało śladu, a jedynym świadkiem i stróżem tego ponurego miejsca jest żelazny krzyż stojący tuż nad brzegiem pobliskiego jeziora. Władze już wcześniej ostrzegały mieszkańców poszczególnych gmin o nadciągającej klęsce. Zalecały by powoływać specjalne komisje sanitarne, które miały przygotować pomieszczenia dla chorych i opiekować się nimi.

W Hubie taka komisja sanitarna została utworzona 20 października 1886 roku, a w jej skład weszli:

22

Antoni Plewa Wojciech Kubicz

Jan Cywrus Jakub Plewa (dom nr 18)

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Na potrzeby tymczasowego szpitala przeznaczono jedną salkę w Domu Ludowym, zakupiono także niezbędny sprzęt: dwa łóżka, szafkę zamykaną na klucz, kilka prześcieradeł, świece, bańki na kwas karbolinowy, dwa urynały (nocniki) oraz kilka ręczników. Za przygotowanie szpitala odpowiedzialny był osobiście wójt. Do sprawy szpitala powrócono w pażdzierniku 1892. Musiało być we wsi wielu chorych i ciągła obawa o nawrót epidemii cholery skoro wójt zwrócił się do Starostwa o pomoc.

Na niniejszym posiedzeniu uchwalono jednogłośnie przez rade gminną ażeby na pokrycie wydatków na urządzenie szpitala z przyborami do tegoż i prowizoryczną trupiarnie na wypadek epidemiji Cholery które wynoszą blisko 25 zł ma pobrać gotówke z funduszu ubogich gminy Huba która jest złożona w Biurze Wydziału rady Powiatowej w Nowym Targu. Huba dnia 13 pażdziernika 1892 Obecni: Antoni Plewa, Jakub Kubicz, Franciszek Bednarczyk, Józef Plewa, Wojciech Kubicz, Jan Plewa – wójt. Przecież wieś co roku odprowadza tam pewne kwoty na tzw. „Fundusz dla Ubogich”. Nie było tego zbyt wiele bo tylko 25 złotych, ale na początek by wystarczyło.

Szarwarki

Drogi podhalańskie nie należały do najlepszych, ale można nimi było wszędzie dojechać. Na jarmark do Krościenka i Nowego Targu, także do Starej Wsi na Spiszu i dalej aż na Węgry.

Ale dostać się na Hubę furmanką to już był nie lada wysiłek. Od samego Dunajca, aż na Gronik, droga była wąskim, wyżłobionym przez wodę parowem. Kiedy padały deszcze zamieniała się w strumień, zimą zaś była całkiem zasypana. Trzeba było mocnego konia, aby wyciągnął w górę pusty wóz. Przy większym ładunku należało założyć drugiego kasztanka. Nawet furman musiał zejść z wozu. Drogi boczne były może nieco lepsze, ale niszczyła je często woda zwłaszcza

23

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

przy gwałtownej ulewie. Trzeba było je ciągle reperować. Robiło się to wiosną, a jeszcze lepiej jesienią po żniwach, gdy w polu sucho. Wójt zwoływał mieszkańców specjalnym ogłoszeniem zwanym „kulą” przenoszoną z domu do domu.

Ludwik Kubicz.

Kto miał konia, przyjeżdżał furmanką, pozostali przybywali pieszo z łopatą w garści. Takie wspólne naprawy dróg nazywano „szarwarkiem”.

Konieczności naprawy dróg wiejskich w Hubie poświęcono obrady Zwierzchności Gminnej w dniu 6 września 1890 roku. W protokóle z posiedzenia Rady napisano wówczas: Jan Plewa radny oraz pisarz przedkłada konieczne i nie odwołalne zarządzenie naprawy dróg gminnych, po myśli zarządzeń i ustawy, przez Świetny Wydział popierany, jako też z powodu własnych korzyści użytkownika dróg, gdyż w obecnym czasie zostały spustoszone przez ulewy i znajdują się w bardzo złym stanie.

Obecni na posiedzeniu radni gminy ustalili jednogłośnie naprawę dróg po dwa dni w tygodniu, a to 10 i 11 września br. a w drugim tygodniu 19 i 20 września 1890 r., o czym należy donieść do wiadomości Świetnemu Wydziałowi w osobnej relacji.

24

Można przypuszczać, że w ciągu tych czterech dni drogi zostały zreperowane, a szczególnie ta jedna, prowadząca ze wsi do gościńca pod Hubą. Ludzie musieli przecież jechać na jarmark. Zbliżały się też dwa odpusty w Dębnie i Harklowej.

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Dzierżawa polan We wrześniu 1891 roku władze gminy Huba ogłosiły przetarg na dzierżawę dwóch polan w rejonie Kosarzysk. Bacowie, którzy dzierżawili wspomniane polany płacili wsi odpowiednie kwoty, którymi potem spłacane były długi wobec Starostwa. Tym razem przetarg wygrał baca z Dębna i on został gospodarzem na polanach przez 21 tygodni od maja do końca września.

Hubianie mieli sporo owiec. Matki wziął na „kosor” baca, jagnięta zaś zostawały w domu, by się pasły wraz z krowami. Od każdej owcy gospodarz otrzymywał dwa kilogramy sera na własny użytek. Po przerobieniu na bryndzę i przechowany w odpowiednich warunkach zachowywał swe właściwości aż do wiosny. Bryndza to rarytas w dość monotonnym jadłospisie wiejskiego gospodarstwa. Jadło się bryndzę z chlebem i plackiem, także z ziemniakami. Zdarzało się, że dzierżawcy polan bardziej dbali o swój interes niż korzyści wsi. Bardzo często zalegali z zapłatą czynszu po kilka miesięcy, a w dwóch przypadkach nie obeszło się bez sądu. Władza w Hubie była niezwykle ugodowa. Jeśli baca nie spłacił należności w terminie to wójt wraz z przysiężnym szli do dłużnika i wzywali go do dobrowolnego uiszczenia długu. Gdy to nie pomogło sprawę kierowano na drogę postępowania karnego. Takie przypadki miały miejsce w latach 1885 i 1891. Wtedy to wójt Franciszek Bednarczyk oraz pisarz gminny Jan Plewa wnieśli sprawy do sądu. W obydwu przypadkach Sąd przyznał rację gminie i nakazał bacom spłacić dług wraz z odsetkami. Niestety wszystkie wygrane na procesie kwoty trzeba było przekazać Starostwu na poczet długu ciążącego na wsi. Sprawę dzierżaw polany ilustruje protokół:

Przedmiot obrad z dnia 6 września 1890 r.

Na niniejszym posiedzeniu uchwalono i ogłoszono publicznie licytację koszarów tj. uprawy roli na dwóch parcelach przez zebrane owce z Gminy wspólnie uskutecznione w ciągu 20-tu tygodni byłego lata. Po uskutecznieniu niniejszej sprzedaży zwierzchność gminna ma zebraną kwotę wnieść do C. K. Urzędu Podatkowego na zaspokojenie zaległego długu ekwiwalentnego, co jednak najpierw jednogłośnie uchwalamy i polecamy jako radni, aby wójt z pisarzem Janem Plewą zajęli się chociażby i za pomocą Starostwa lub Sądu ściągnąć zaległe długi, które są u kilku opieszałych dłużników na cel pokrycia długów gminnych. Huba, dnia 6 września 1890 r. Radni: Antoni Plewa, Jakub Kubicz, Wojciech Kubicz, Józef Plewa, Jan Bednarczyk. Franciszek Bednarczyk - wójt Jan Plewa - pisarz.

25

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Rekurs Kłopoty ze ściągalnością dzierżaw nie kończyły się na nierzetelnych bacach. Musiały być też inne powody, że Gmina nie była w stanie wywiązać się z narzuconych przez Starostwo zobowiązań. Rząd C.K. Austrii potrzebował pieniędzy rosły więc i podatki. Na chłopów nakładano nowe ciężary, którym trudno było sprostać. Oto w „Księdze Uchwał” pod datą 8 maja 1892 zapisano, iż Prześwietne Starostwo w Nowym Targu poleciło podnieść podatek rolny o 25%. Była to rzecz naprawdę szokująca dla mieszkańców wsi, nie tylko Huby, ale i całego Podhala, a zapewne i większych obszarów Galicji. Dotykało ono w bolesny sposób biedoty. Bogatsi gospodarze jakoś mogli sobie poradzić, ale nie biedniejsi, nie posiadający konia, gospodarujący o jednej krowinie i kilku owcach. Huba wtedy zbuntowała się przeciw tej krzywdzie! Zwołano zebranie wiejskie, w którym wzięli udział wszyscy dorośli mężczyźni (kobiety i młodzież nie uczestniczyli w takich zgromadzeniach). Na liście obecności figuruje piętnaście nazwisk: Kubiczowie, Bednarczykowie, Plewowie, Cywrus. Postanowiono wówczas by „wnieść rekurs” przeciw decyzji Starostwa i odwołać się Ministerstwa Rolnictwa w Wiedniu: Przedmiot obrad z dnia 8 maja 1892 roku.

Na posiedzeniu tegoż dnia Rada Gminna oraz niemal wszyscy członkowie zebrani uchwalają jednogłośnie ażeby wnieść „Rekurs” przeciw orzeczeniu C.K. Starostwa do C.K. Ministerstwa Rolnictwa w Wiedniu w sprawie losowej, a wydanej rezolucji C.K. Starostwa z dnia 25 marca 1892 roku do liczby 824 itd. w dowód czego się potwierdza. Huba, dnia 8 maja 1892. Obecni: Antoni Plewa, Jakub Kubicz, Franciszek Bednarczyk, Józef Plewa ( nr 9), Józef Plewa( nr 7), Wojciech Kubicz, Wojciech Plewa, Jędrzej Plewa, Jan Plewa (nr 14), Jan Bednarczyk, Jan Cyrwus, Jan Kubicz, Jakub Kubicz, Franciszek Plewa. Jan Plewa – wójt. Nie wiemy jaki był skutek owego rekursu, bowiem rząd Austrii niechętnie godził się na jakiekolwiek ustępstwa, gdy chodziło o płacenie podatków. Prawdopodobnie hubianie zmuszeni byli postąpić wedle starej dewizy „płacz i płać”, która zresztą i dzisiaj nie straciła aktualności.

26

Bardzo skrupulatnie ściągano od chłopów opłaty za użytkowanie gminnych pastwisk. Roczna opłata, w zależności od ilości stada korzystającego z pastwiska wynosiła 1-5 złotych z gospodarstwa. Pieniądze te szły na tzw. Fundusz gminny i w znacznej części przekazywane były

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

potem do Starostwa. Z każdego feniga wójt musiał się rozliczyć, a urzędnicy powiatowi już dopilnowali by płatności regulowane były w terminie.

Gajowi

Władza czyli Zwierzchność Gminy zastanawiała się skąd wziąć pieniądze na wykończenie szkoły i opłacenie nauczyciela, a powiat wyznaczył dla Huby profesjonalnego leśnika, który miał pilnować tutejszych lasów, a działo się to w roku 1892. Nie byłoby w tym nic zdrożnego bo gajowy był potrzebny, ale trzeba było mu płacić i to sporo. Starostwo samo określiło wysokość pensji w kwocie 10 centów od morga, a od całości 13 złotych rocznie. Była to niebywale wysoka suma jak na możliwości finansowe wsi. Dotychczasowy leśniczy miał o wiele mniejszą pensję. Nie wiemy skąd pochodził nowy funkcjonariusz leśny, ale władza Gminy nie miała zamiaru godzić się na warunki narzucone przez Starostwo. Zebrała się Rada i radni postanowili zgłosić protest co do tej nominacji. Pisarz sporządził pismo, pod którym podpisało się ośmiu radnych. Rekurs został wysłany gdzie trzeba, a Rada czekała na decyzję. Spór przeciągał się lecz Hubianie nie ustąpili. „Żaden obcy gajowy nie jest nam potrzebny” - oświadczyli urzędnikom Starostwa. W końcu jednak wieś musiała się ugiąć i okoliczne lasy przeszły pod nadzór narzuconego leśnika.

Żądaniu Starostwa stało się zadość o tyle, że leśnikowi nikt nie płacił. Przez dwa lata gajowy nie otrzymał pensji, a mimo to pełnił nadal swoje obowiązki. Może brak zapłaty rekompensował sobie w jakiś inny sposób np. drzewem, ale są to tylko domysły.

W końcu władza ustąpiła i zaczęła wypłacać pensje gajowemu od 1 stycznia 1895 roku poczynając, nic się jednak w dokumentach nie mówi o zaległości za dwa lata. Spór trwał i przeciągnął się aż do jesieni. Naciskana przez Starostwo, Rada zebrała się 17 listopada 1895 roku i podjęła odnośną uchwałą łagodzącą spór. Oto jak wybrnięto z tej sytuacji: Posiedzenie Rady Gminnej dnia 17 listopada 1895.

Przewodniczący jako wójt przedkłada Radzie Gminnej uchwalić płace dla leśniczego do lasów w kwocie 26 zł 40 centów za dwa lata. Rada Gminna po zrozumieniu wniosku wójta uchwala na rok 1896 płace dla powiatowego leśnika do gminnych lasów wstawić do budżetu 26 złotych 40 centów a to płace za dwa lata. Uchwalono i podpisano w Radzie Gminnej. Huba dnia 17 listopada 1895. Antoni Plewa - wójt, sześciu radnych i sekretarz S. Karkula.

27

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Wójt i pisarz W maju 1892 roku wójtem gminy Huba został ponownie Jan Plewa. Pełnił tę funkcję przez rok, do maja 1893, kiedy to został zdegradowany, pozbawiony nie tylko stanowiska wójta, ale i pisarza. O przyczynie owej degradacji możemy się dowiedzieć z protokołu spisanego w dniu 12 maja 1893 roku. Najogólniej rzecz biorąc, na Janie Plewie zawisł wyrok sądowy. Nie nam osądzać o winie czy niewinności Jana Plewy, trzeba jednak powiedzieć, że to dzięki jego staraniom powstała w Hubie szkoła. Musiał to być światły i zdolny człowiek. Służył w wojsku, umiał czytać i pisać, parał się stolarką, doskonale prowadził gospodarkę.

Wybory 12 maja 1893 roku wyłoniły nową Radę oraz wójta, który teraz zwał się już naczelnikiem. Nowym zwierzchnikiem gminy został Antoni Plewa, zaś jego zastępcą Jakub Kubicz. Radnych było zatem siedmiu, a miejsce pisarza zajął sekretarz Sebastian Karkula, z pensją 16 złotych rocznie. Protokół posiedzenia Rady Gminnej w Hubie z dnia 12 maja 1893.

Przewodniczący – Antoni Plewa, zastępca wójta, głosujący: Kubicz Jakub Plewa Józef Plewa Jędrzej Kubicz Wojciech Plewa Józef (nr 9) Bednarczyk Franciszek

Przewodniczący Antoni Plewa oznajmia zebranej Radzie Gminnej, że według rozporządzenia starostwa z 21 marca b.r. wójt Jan Plewa wskutek wyroku karnego stał się niewybieralnym i utracił godność  Naczelnika Gminy i radnego i wobec tego przewodniczący wzywa radę gminną, aby przystąpiła do wyboru uzupełniającego stosownie do par. 42 ord. wyb. oraz powołuje do komisji wyborczej radnych: Jakuba Kubicza, Józefa Plewę. Przystąpiono tedy do wyboru nowego Naczelnika Gminy – ustnie: Plewa Antoni Józef Kubicz Józef Plewa Plewa Jędrzej Plewa Wojciech Plewa Józef Bednarczyk Franciszek Kubicz Wojciech.

28

Wszyscy na Antoniego Plewę.

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Wobec tego siedmioma głosami, na ośmiu głosujących, wybrano naczelnikiem Antoniego Plewę. Antoni Plewa sprawował dotąd godność zastępcy wójta, przeto przewodniczący wzywa radę, aby wybrała innego zastępcę wójta, wskutek tego głosują:

Plewa Antoni Plewa Józef

Kubicz Jakub Plewa Jędrzej

Plewa Antoni Kubicz Jakub Plewa Jędrzej Kubicz Wojciech Bednarczyk Franciszek

Kubicz Wojciech Plewa Józef

Plewa Wojciech Bednarczyk Franciszek

Wszyscy na Jakuba Kubicza. Zatem Jakub Kubicz jednogłośnie został wybrany na zastępcę naczelnika gminy. Skoro zaś przez ten wybór opróżniona została godność przysiężnego przeto przewodniczący wzywa radę, aby wybrała nowego przysiężnego. Obecni też głosują: Plewa Wojciech Plewa Józef

Wszyscy głosują na Józefa Plewę z domu nr 9. Zatem Józef Plewa z domu nr 9 został wybrany przysiężnym. Po dokonanym wyborze Jan Plewa oddał wszystkie księgi i papiery a w szczególności książeczki Towarzystwa Zaliczkowego w Nowym Targu Nr 70 na 35 zł i nr 238 na 13 zł i 12 centów, tudzież pieczęć gminy, odznakę wójta, szafę na akta. Nowy sekretarz to osoba wykształcona. Widać to po charakterze pisma; doskonała kaligrafia z charakterystycznymi zawijasami. Protokoły wyglądają teraz zupełnie inaczej: porządnie i elegancko. Zacznijmy więc od protokołu z 29 listopada1894 roku pisanego ręką nowego pisarza, a dotyczącą tzw. oględzin. Posiedzenie Rady Gminnej z dnia 29 listopada 1894.

Przewodniczący Naczelnik Gminy Antoni Plewa, Jakub Kubicz zastępca, Józef Plewa, Wojciech Kubicz, Józef Plewa (nr 7), Wojciech Plewa, Jędrzej Plewa, Jakub Plewa, Sebastian Karkula sekretarz gminny.

Przewodniczący Naczelnik Gminy przedkłada Radzie Gminnej wybór oglądacza bydła i jego zastępcę. Rada Gminna wyrozumiawszy wniosek Naczelnika Gminy, postanowiła wybór oglądacza bydła, tudzież jego zastępcę i uchwala zarazem oglądaczym bydła Józefa Plewę , a jego zastępcą Franciszka Bednarczyka, gospodarzy godnych zaufania. Podpisano w Radzie Gminnej i na tym posiedzenie zakończono. Antoni Plewa – wójt Jakub Plewa, Wojciech Kubicz, Sebastian Karkula

29

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Sekretarz gminny Sebastian Karkula pełnił swoją funkcję do czerwca 1896 roku, a po nim już na początku roku następnego pisarzem został ponownie Jan Plewa. On też prowadził „Księgę Uchwał” aż do końca roku 1900. Tutaj bowiem kończą się wszelkie zapiski. Trudno dociec co się stało, że posiedzenia Rady nie były protokołowane jak dotychczas. Może je spisywano, tylko gdzieś zaginęły? Tej tajemnicy nikt już dzisiaj nie jest w stanie rozwikłać.

Wróćmy jednak na chwilę do dwóch ostatnich lat wieku dziewiętnastego. We wrześniu 1898 odbyły się w Hubie kolejne wybory wójta i Rady. Antoniego Plewę zastąpił teraz młody Plewa Józef. Jako radny pojawił się zupełnie nowy obywatel, Szczepan Trybunia. Ale i pisarz Jan Plewa starzeje się wyraźnie. Widać to po charakterze pisma. Ręka się trzęsie, litery już nie te same, trudno je odczytać. Nie ma się czemu dziwić, prawa natury są nieubłagane.

Manko w kasie

Uważny czytelnik zapewne zauważył, że pisząc o pieniądzach raz wymieniam złotówki, innym razem: fenigi, reńskie, czy centy. Wyjaśniam, że to nie przeoczenie, ale powtarzam dokładnie to, co zostało zapisane w „Księdze”. W jednym z ostatnich protokołów pisarz zanotował, że w budżecie na rok 1900 też wystąpiły braki i trzeba będzie nałożyć na obywateli nowe dopłaty. Tu cytuję za oryginałem: „po 35 halerzy od jednej korony” - znaczy to, że w obiegu były i inne pieniądze czyli halerze i korony.

Pożegnanie z „Księgą”

W tym miejscu musimy z żalem rozstać się z „Księgą Uchwał Gminy Huba”, na podstawie której do tej pory odtwarzaliśmy dzieje wsi.

Dwadzieścia pożółkłych, rozsypujących się od starości kart zapisanych koślawym, archaicznym pismem, nie ma kropek ani przecinków. Każdy wyraz ma jednak swoją wagę, a w każdym, prostym zdaniu zawarto całą treść, jaką piszący chciał przekazać. Polubiłem tę starą „Księgę”, jej zapisane karty, zapach starzyzny. Kiedy odwracałem karta po karcie miałem wrażenie, że znalazłem się wśród członków świetnej Rady, rozmawiam z nimi, patrzę w ich poważne, zatroskane twarze.

Oto niewielka czarna izdebka w mieszkaniu wójta z małym okienkiem i grubą belką u „sosrębu”, na której wyryto ostrzem ciesielskiego dłuta duży napis „ANNO DOMINI – 1870”. Pośrodku izby stoi stół, przykryty białym płóciennym obrusem. Po jednej stronie rozsiadł się wójt obok pisarz gminny. Naprzeciw członkowie Rady w liczbie ośmiu chłopa oraz przysięgły. W izbie panuje zaduch od ciężkich oddechów i czarnego dymu kopcącej lampy. Wójt, to chłop postawny z obwisłymi wąsami, bujnymi płowymi bokobrodami w stylu cesarza Franciszka Józefa, o długich włosach spadających na pooraną zmarszczkami szyję. Duża, ciężka fajka nabita swojską tabaką dymi niczym maniowska kuźnia, co stoi na Zobielu tuż nad Dunajcem. Wójt rzadko wyjmuje ją z ust, tylko wtedy gdy chce zabrać głos. Ale teraz mówią radni. Oni też pociągają z fajek, pykają sobie raz po raz zaciągając się dymem. Obłoczki siwego oparu płyną sobie pod sufitem zataczając kręgi, by wreszcie znaleźć ujście w otworze okapu wiszącego nad glinianym piecem.

30

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Tylko pisarz nie pali. Całą uwagę skupił na tym co mówią członkowie Rady. Przed pisarzem rozłożona księga, w ręku cienkie długie pióro, misternie zaostrzone specjalnym kozikiem, obok szklany kałamarz napełniony atramentem. Tych piór do pisania ma pisarz kilka do wyboru, a gdy tylko jedno się stępi bierze do ręki inne, sprawdza paznokciem ostrość i macza w czarnym inkauście. Radni jeden po drugim podchodzą do stołu, gdzie leży rozłożona księga. Pisarz wtyka każdemu do ręki pióro i wskazuje palcem, gdzie mają się podpisać. Na liście radni znaczą swą obecność krzyżykiem stawianym przy swoim nazwisku, nakreślonym przez pisarza. Taki sam znak stawia wójt. Potem siadają na swoich miejscach, wieszając kapelusze na kołkach tkwiących w ścianie. Radni przybrali się na tę okazję w odświętny przyodziewek: sukniane portki, białe koszule z cienkiego bielonego płótna i obowiązkowe serdaki bez rękawów. Latem i zimą noszą te półkożuszki. Zimą licem na wierch, latem odwracają włosem do góry. Szczególnym sentymentem darzę pisarza gminnego. Ten rosły, podstarzały mężczyzna o dużych wyrazistych oczach osadzonych pod krzaczastymi brwiami niczym nie wyróżnia się od pozostałych uczestników zebrania. Może tylko tym, że lekko utyka – to pozostałość po jednej z potyczek, w której brał udział. Służył w wojsku i losy rzuciły go na Bałkany. Serbowie urządzili zasadzkę na przełęczy. Kilku z cesarskich żołnierzy zginęło, Polak został postrzelony. „Wylizał” się, ale ślad pozostał.

Nie wiadomo, gdzie nauczył się trudnej sztuki pisania. Może w wojsku, być może wcześniej służył za parobka we dworze i tam podpatrzył uczące się dzieci zamożnych kmieci, może pomagał organiście i ten zabierał go na lekcje do szkółki niedzielnej. Pisarz – bo tak go we wsi nazywali – był także doskonałym cieślą–budarzem. Wznosił kaplice, krył gontem kościoły, budował wille i pensjonaty dla możnych. Opowiadają, że zgodził budowę dużej plebani, nie wypłacił jednak robotników. Popadł w kłopoty, musiał sprzedać cały swój majątek, aby wyrównać długi. Pod koniec życia kupił na maniowskiej części, niewielką działkę i tam wybudował sobie chatynkę, gdzie żył kilka lat ze swoją drugą żoną. Zmarł w biedzie.

Pozostawmy jednak dostojne grono radnych z Huby i zamknijmy „Księgę”, którą przez 30 lat pisał Jan Plewa, pisarz gminny. Czas przekroczyć magiczny próg wieku dwudziestego. I tu będę odwoływał się do źródeł i zapisów nowszych, a między nimi do kroniki spisanej przez Józefa Bubisa, sięgnę także do ludzkiej pamięci. Zbierając materiały do niniejszej książki rozmawiałem z osobami które pamiętały „dawne czasy” jak chociażby Karolina Pawlikowska-Kubicz, Ludwik Kubicz, Andrzej Bednarczyk, Zofia Pawlikowska-Machoń i Antoni Rzegotka.

31

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

XX wiek Czasy się zmieniają Wiek dwudziesty zaczął się na Podhalu całkiem zwyczajnie. Niczym się nie różnił od lat kończącego się wieku XIX, choć wielu ludzi przepowiadało nadejście niezwykłych wydarzeń i zjawisk nadprzyrodzonych. Jedni wieścili rychły koniec świata, starsze kobiety przebąkiwały o nadejściu Antychrysta, a jeszcze inni przewidywali wybuch wielkiej wojny. Trzeba przyznać, że ta ostatnia przepowiednia ziściła się w całej rozciągłości, ze straszliwymi skutkami i to dwa razy! Ale nie wybiegajmy zbytnio w przyszłość. Jak żyło się ludziom w tamtych latach, u progu nowego wieku? Józef Bubis, świętej już pamięci, tak to opisał w swojej kronice:

Życie tu (w Hubie) nie było łatwe. Pola uprawne znajdowały się na wysokości 830 metrów nad poziomem morza, a pól niżej położonych, o ciężkiej glebie, nie uprawiano ze względu na brak odpowiednich narzędzi rolniczych. Narzędzia: jak pług drewniany, brony były używane do 1916 roku. Tak uprawiana gleba na tej wysokości dawała znikome plony, a wysiany kwintal zboża dawał 2 do 3 metrów plonu. Każdy gospodarz dążył do tego, aby wyżywić rodzinę. Wielu ludzi wyjeżdżało na akcje żniwną na Węgry lub do Prus Zachodnich, skąd przywożono zboże. Wyjeżdżali tam nawet ci, którzy mieli po „ćwiertce” pola tj. 18 hektarów, jak Błaskowie, Plewowie, bo życie było trudne ze względu na znikome urodzaje. Inni zaś biedniejsi ciągle znajdowali się na „kośbach”. Dorośli szukali pracy stałej. W Galicji jej nie otrzymywali. Za pośrednictwem i namową agentów wyjeżdżali do Ameryki, aby zarobić na kawałek chleba. W przeciągu 20-tu lat, przed I wojną światową wyjechało stąd do Ameryki ponad 50 osób. Warunki życia we wsi były bardzo ciężkie, a bieda zmuszała ludzi do wyjazdów i szukania pracy poza krajem. Chłopaki po odbyciu służby wojskowej wracali i szli na służbę do bogatych gazdów aby zapracować na utrzymanie i jakie takie ubranie. Takich we wsi było bardzo wielu. Wyjazdy na Węgry „do żniw” stały się możliwe dopiero po uwłaszczeniu, co nastąpiło w połowie XIX wieku. Z całego niemal Podhala wyjeżdżali ludzie furmankami lub szli pieszo do pobliskich rejonów po stronie węgierskiej, a zapuszczali się nawet w okolice Pesztu. Tak o tym pisze Józef Bubis:

Przywiezione z Węgier zboże suszyli w piecach, później mleli go w młynku a z mąki tej gotowali bryję lub pieczone placki, a resztę jedzenia uzupełniali ziemniakami.

Za chlebem Niska produkcja rolna, brak pieniędzy, wysokie podatki były przyczyną szukania dodatkowych zajęć zarówno w kraju, jak i za granicą.  Hubianie wyjeżdżali sezonowo do prac rolnych na Węgry i do Prus. Cel zarobkowy miała również emigracja do Stanów Zjednoczonych. Na Podhalu rozpoczęła się w latach siedemdziesiątych XIX wieku po epidemii cholery. Efektem emigracji było zarówno zmniejszenie panującego przeludnienia, jak też przypływ gotówki, co zaczęło korzystnie zmieniać sytuację mieszkańców wsi. Na większą skalę wyjazdy do Ameryki rozpoczęły się tak naprawdę dopiero po uruchomieniu linii kolejowej z Krakowa do Chabówki a potem do Zakopanego, co stało się w roku 1898. Teraz już można

32

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

było wyjeżdżać do Bremen czy Hamburga w Niemczech, a potem „sifem” do Nowego Jorku. Nie wiadomo, kto pierwszy wyjechał z Huby do Stanów Zjednoczonych. W 1884 roku była w Stanach Katarzyna Plewa, w 1885 roku Andrzej Kubicz, a w roku 1886 Katarzyna Kubicz i Maria Kubicz, które do Stanów wyjechały po raz drugi w 1901 roku. W marcu 1900 roku przyjechały do Stanów do siostry Maria i Zofia Bednarczyk. Głównym celem był Passaic w stanie New Jersey. Passaic założone w 1679 roku przez Holenderskich osadników w XIX wieku był prężnym ośrodkiem przemysłowym. Od 1890 roku  dominował przemysł włókienniczy, produkcja cygar, przemysł papierniczy, produkowano siedzenia do samochodów, różnego typu maszyny i przetwory mięsne. Większość emigrantów zatrudnionych w tych gałęziach przemysłu pochodziła z Galicji. Ludzie przyjeżdżający do pracy byli bezpośrednio zabierani z Ellis Island w Nowym Yorku do Passaic przez właścicieli fabryk, głównie w tym czasie niemieckich.

Spis ludności z 1870 roku zarejestrował około 279 osób z Polski, natomiast w 1890 roku zarejestrowano w stanie New Jersey już 3 615 Polaków a w 1910 roku 69 244, większość z nich z Galicji. Głównym przemysłem zatrudniającym kobiety było włókiennictwo. Warto zaznaczyć, że kobiety zarabiały znacznie więcej niż mężczyźni – tygodniowo między 30 a 35 dolarów, natomiast mężczyźni średnio 23 dolary. Warunki pracy były bardzo ciężkie, ale ludzie wychowani w trudnych warunkach i zaprawieni do ciężkiej pracy dawali sobie dobrze radę.

W latach 1900–1914 wyjechało z Huby do Stanów Zjednoczonych ponad 70 osób. Niektórzy dwa lub trzy razy. Jan Janczak był w Stanach trzy razy (w 1900, w 1905 i 1906 roku). Trzy razy w Stanach był również Michał Smaciarz (w 1904, w 1907  i 1910 roku). Pracował w fabryce. W wypadku urwało mu rękę, za co otrzymał dość wysokie odszkodowanie. Wrócił do kraju nie ukrywając, że ma pieniądze. Pożyczał ludziom licząc, że zarobi na procentach. Gorzej było ze ściąganiem długu.

Pewnego dnia wracając od dłużnika, który był mu winien sporą sumę pieniędzy, zasłabł i zmarł na drodze tuż za karczmą Bergiera pod Hubą. Różnie potem ludzie opowiadali o tej śmierci, ale nie było świadka, sekcji zwłok też nie przeprowadzono. Po śmierci ojca dzieci próbowały odzyskać chociaż część pieniędzy, ale dłużnicy się wyparli, że cokolwiek pożyczali, a kwitów żadnych ojciec nie pozostawił. W miejscu gdzie zmarł, przez długie lata stał żelazny krzyż upamiętniający ten wypadek, usunięto go podczas niwelacji pod zaporę na Dunajcu. Jakub Pawlikowski wyjeżdżał do Stanów dwa razy. Była w Stanach również jego żona (Anna Plewa). W 1906 roku urodziła się w Ameryce ich pierwsza córka Albina, z którą wrócili na Hubę. Brat Anny Jan nie poprzestał na wyjeździe do Stanów. Był również w Argentynie i Brazylii. Po kilku latach wrócił do kraju, na Hubę. Przywiózł sporo zarobionych pieniędzy, które ulokował w banku. Wybuchła wojna i pieniądze przepadły. Jasiek do końca życia pozostał kawalerem i mieszkał najpierw u siostry Anny a potem u siostrzenicy Albiny.

W 1903 roku wyjechała do Stanów do męża Sebastiana Skupnia Rozalia Kubicz-Skupień. Wyjechała z dwójką dzieci, dwuletnim Józefem i czteroletnim Andrzejem. W Stanach pozostali na zawsze. Ilu jeszcze Hubian nie wróciło do kraju – nie wiadomo. Ci którzy pozostali, nie zrywali kontaktu z ojczyzną. Przysyłali paczki krewnym, czasem przychodził list z „zielonymi”, przyjeżdżali też do rodzinnej wsi w odwiedziny. Na ślub kogoś bliskiego, na chrzciny bądź z innej okazji. Taki „Amerykon” był zawsze przyjmowany z wielkimi honorami i był traktowany jak

33

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

prawdziwy gość. Takiego gościa pokazywało się sasiadom, oprowadzało po polach, sadzano na honorowym miejscu. Było to święto dla całej rodziny, okrapiane rzecz jasna obficie „okowitą”

Anna Kubicz (Baboń), Wojciech Kubicz, Walter Gach (wnuk – syn Marii), Rosalia i Jakub Kubicz

Siedzą: Agnieszka Kubicz i Maria Kubicz

Pierwsze maszyny rolnicze Opisując okres przed II wojną światową kronikarz wskazuje m.in. stare problemy, które nie zostały rozwiązane. Skarży się na rabunkową wycinkę lasów, choć przyznaje, że taka była konieczność, chłop musiał sprzedać drzewo, aby zapłacić podatek i załatać dziury w budżecie domowym. Las dla hubian stanowił wtedy pokaźne źródło dochodów, można powiedzieć że jedyne.

Zboże z własnego zbioru ledwie wystarczało na potrzeby gospodarstwa, mąkę, pęczak i otręby dla trzody. Często na wiosenne siewy trzeba było zboża dokupić. Krowę czy jałówkę też niełatwo było spieniężyć, bo jarmarki były przepełnione bydłem a kupców niewielu. Przebierali, wybierali i płacili licho. Starsi gospodarze pamiętają jak z jedną krową trzeba było chodzić po kilka razy na jarmark: do Krościenka, Nowego Targu, nawet do Łącka.

34

Drewno woziło się do Nowego Targu na skład mieszczący się obok stacji PKP. Najwyższą cenę miał buk, ale musiał być zdrowy i bez sęków, nieco tańsza była jodła i świerk. Właściciel składu płacił należność „od ręki”. Tak to już bywało w góralskim światku, że dobry interes należało „oblać”. A było ku temu wiele sposobności i okazji. Jak ominąć jedną czy drugą karczmę stojącą przy samym gościńcu, w Ostrowsku, Harklowej nie mówiąc już o zajeździe pod Hubą u Bergiera ? Także z jarmarków nie

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

wracało się na „suchą gębę”. Karczmy stały otworem, zapraszały. Nikt pijanego furmana nie zatrzymywał, policjanta na drodze nie uświadczył, a koń mądre zwierzę - sam trafił do domu. Żali się kronikarz (J. Bubis) na chudobę mieszkańców. Może nieco przesadza pisząc:

„Ludzie tutejsi nie kupowali odzieży ani obuwia bo nie mieli za co. Wyrabiali je w domu sposobem chałupniczym - przędli wełnę, len i konopie, tkali na krosnach płótno, garbowali skóry własnym pomysłem na kierpce i kożuchy. Każdy chłop ubierał portki sukniane, kożuch barani, za obuwie zaś służyły mu całymi latami kierpce.” Ubolewa też nad trudnościami w dostępie do mechanizacji:

„Życie tu było bardzo ciężkie, ponieważ wszystkie prace rolnicze wykonywano ręcznie. Zboże siano na specjalnym sicie rękami, bo wialni przed I wojną światową nikt nie posiadał. Chłopi lub kobiety brali na szufelkę zboże wraz z plewami i rzucali je kilka metrów przed siebie. Zboże cięższe od plew fruwało nieco dalej, zaś plewy tuż pod nogi. Sieczka dla bydła była rżnięta na tzw. ładzie za pomocą ręki i nogi, co było bardzo uciążliwe. Jednak mieszkańcy Huby chcieli sobie ulżyć w pracy gospodarczej i w roku 1910 kupili 9 sieczkarni ręcznych. W roku 1913 Wojciech Plewa i Mateusz Kubicz zakupili dwie ręczne młocarnie. Ludzie coraz częściej wyjeżdżali poza region wsi i powiatu. Tu i ówdzie pojawiły się pierwsze maszyny i urządzenia rolnicze wspomagające chłopa w jego ciężkiej pracy. Nowością były ręczne młocarnie, kieraty i wialnie. Ale niewielu gazdów z Huby mogło sobie pozwolić na zakup jakiegoś sprzętu. Maszyny rolnicze były drogie. Gospodarz chcący kupić młocarnię rolniczą musiał sprzedać trzy krowy, a o kieratach i silnikach spalinowych nie mógł nawet pomarzyć.” Pierwszy drewniany kierat we wsi pojawił się w roku 1934, a wybudował go Andrzej Bubis, który przed laty wżenił się w Hubę, gdyż pochodził z Lasku koło Nowego Targu. Konstrukcję podpatrzył we Włoszech, w Alpach gdzie w czasie I wojny stacjonował ze swoim pułkiem. Podpatrzyli sąsiedzi Bubisa zazdroszcząc mu poKierat u Bubisa myślunku. Kilku co bogatszych też chciało mieć taki sprzęt, a że Bubis miał własną kuźnię i spryt więc wymajstrował dla chętnych kilka takich kieratów. Podpatrzył też w czorsztyńskim dworze wialnię do czyszczenia zboża. To urządzenie też mu się spodobało, mogło zastąpić sita i przetaki, na których przez całe wieki czyszczono zboże. Podpatrzył i wykonał podobną w swojej kuźni. Wypożyczał ją potem krewnym i sąsiadom. Taką wialnię nabył w niedługim czasie Jan Bednarczyk z Karczmy. 35

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Stara bieda Nie mieli ludzie w Hubie lekkiego życia, oj nie. Trudno było wyżyć z własnego gospodarstwa. Bogatsi jakoś sobie radzili, stać ich było na służącego, dziewczynę czy chłopaka do posług, ale biedniejsi, a byli tacy w Hubie, musieli rozglądać się za jakimś zarobkiem. Latem szło się na jagody i borówki, sprzedawane za kilka groszy mieszczkom z Nowego Targu albo przygodnym panom. Grzyby suszono na własny użytek bo komuż było je sprzedać. Karmiono nimi nawet bydło. Późną jesienią chłopi najmowali się do młocki. Stało się na nowotarskim rynku z cepami na plecach i czekało aż ktoś się zlituje i weźmie z sobą na dzień lub dwa. We dworze maniowskim też można było okazyjnie zarobić przy żniwach, młocce i kopaniu ziemniaków. Opowiada Karolina Kubicz:

„Młode, silne kobiety chętnie przyjmowano do kopania. Trzeba było przyjść wcześnie rano z motyką i własnym wiktem. Oj, różnie to z tym bywało. Niektóre biedaczki nawet suchego placka nie miały, a cóż dopiero mówić o chlebie. Pomagało się takim komornicom wedle możności. Co odważniejsze rozpalały ognisko niby dla rozgrzania rąk, a w rzeczywistości by upiec kilka ziemniaków dla tych głodnych. Jeśli fornal nadzorujący kopaczki miał odrobinę serca to przymykał oczy na takie praktyki, co się zresztą często zdarzało, bo w większości byli to miejscowi chłopi i znali sytuację biedoty. Ludzie mieli wtedy więcej serca dla siebie niż dzisiaj. Biedaków chętnie wspomagano kromką chleba czy kawałkiem placka. Żebraków było dużo, ale nikt nie umarł z głodu.” Silni i sprytni „gramotni” mogli się nająć do sezonowej pracy w nowotarskim tartaku, przy struganiu klocków tzw. papierówki. Zanim jednak chłopak został przyjęty musiał przejść próbę, taki swoisty egzamin. Opowiada o tym Antoni Rzegotka:

„Majster najpierw pooglądał kandydata ze wszystkich stron potem prowadził na plac założony sągami świerkowych klocków, każdy długi na metr. Ale nie zaczynałeś od tych pięknych, ułożonych w stosie, tylko trzeba było pozbierać te rozrzucone po placu, upaplane w śniegu i błocie, znieść w jedno miejsce i od nich zacząć pracę. Kubik drewna to była dzienna norma. Jeśli tyle ostrugałeś, to mogłeś mieć nadzieję, że zostaniesz przyjęty. Jeśli zrobiłeś mniej to odchodziłeś z kwitkiem, bo na twoje miejsce było dziesięciu chętnych. Za dzień pracy płacono 2 złote, równowartość dwóch bochenków chleba.” W pamięci starszych ludzi tlą się jeszcze wspomnienia o sposobach leczenia na podhalańskiej wsi. W powszechnej świadomości istniało przekonanie, że większość chorób bierze się z czarów. Ktoś ma złe oczy, wystarczy że popatrzy na ciebie i już uroki gotowe: a więc gorączka, wymioty, zawroty głowy. Jedynym panaceum na takie przypadłości było odczynienie, czy inaczej mówiąc odpędzenie uroków. Zajmowały się tymi praktykami starsze kobiety, których było po kilka w każdej wsi. Powszechne było też podawanie choremu wywarów z ziół i kwiatów. Zioła na pewno miały właściwości lecznicze i odpowiednio dobrane mogły pomóc. Inne sposoby były mocno naciągane, uciekano się też do byle „świństw” w myśl tezy: czym się strułeś tym się wyleczysz.

36

Aż trudno dziś uwierzyć że np. chłopu którego kopnął koń dawano do picia koński mocz, a spitemu do nieprzytomności należało nasikać do ust i najlepiej jeśli zrobiła to kobieta. W powszechnym użytku jako panaceum na wszelkie dolegliwości był eter. Miał jakoby pomagać na gorączkę, bóle brzucha, głowy, na przeziębienie. Eter kupowało się u Żyda, rozcieńczano go wodą i podawano choremu po kilka łyżek. Śmierdziało to okropnie, ale ludzie nie przejmowali się tym, wierząc że pomaga.

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Edukacja Szkółka istniała, ale nie było nauczyciela. Ministerstwo Oświaty zupełnie nie interesowało się takimi placówkami jak w Hubie, a cały ciężar utrzymania szkoły spoczywał na barkach wsi. Jak tak niewielka miejscowość mogła sobie pozwolić na utrzymanie stałego nauczyciela. Z konieczności rolę pedagoga spełniał ktoś z miejscowych, potrafiący czytać i pisać. Płacono mu darami natury: ziemniakami, zbożem, jajkami.

Taka sytuacja trwała do roku 1938 kiedy to zatrudniono na pełny etat kwalifikowaną nauczycielkę pannę Babczakównę wynajmując jej lokum u jednego z gospodarzy. Niestety działalność szkółki została brutalnie przerwana po roku, dokładnie 1 września 1939 r. W pamięci ludzkiej zachowały się obrazki z tamtych lat. Tak wspominały Karolina Pawlikowska-Kubicz i Zofia Pawlikowska-Machoń, które chodziły do tutejszej szkoły.

„Do szkoły chodziłyśmy przez trzy zimy, od października do marca, potem na wiosnę gdy się ociepliło trzeba było paść owce. Mnie - mówi Zofia - to nawet brat wyciągnął z ławki i zabrał w pole by mu poganiać konia przy orce. Pisało się rysikiem na małej, czarnej tabliczce. Później były już zeszyty i ołówki, ale jak to się pisało! Mój Boże! Ławki szkolne były tak rozklekotane, że lepiej się pisało leżąc na podłodze. Uczniowie kładli się na deski, głowami ku sobie i gryzmolili niczym kura pazurem, czego w żaden sposób nie dało się potem odczytać. Książek do oddzielnych przedmiotów też nie było, tak jak dziś. Jaką ta kto przyniósł z domu książkę, z takiej się uczył”. Nauczycielami byli miejscowi, umiejący jako tako poskładać litery. W latach dwudziestych uczył Antoni Plewa (brat Jakuba, ojciec Stanisława), który wrócił z wojny bez nogi. Szkoła funkcjonowała jedynie zimą, latem była zamknięta, a dzieci pasły bydło. Uczono pisać, czytać, rachować i religii. Przez kilka zim uczył w szkole także Jakub Pawlikowski, później Mikołaj Rapacz z Maniów. Ale dyscyplina była nie byle jaka. Za drobne uchybienie trzeba było klęczeć na grochu albo na kanciastej sajcie (kawałku drewna). Nauczyciel nie żałował też linijki waląc „po łapie” aż do czerwoności. Często używał także sękatego kijka, co już było bardziej bolesne. Za większe przewinienia, co zdarzało się chłopakom, pan nauczyciel dawał takiemu nicponiowi po tyłku 10-20 uderzeń lagą lub tym co miał pod ręką. Były to dość drakońskie metody wdrażania dyscypliny. Podobno skuteczne, ale krótkotrwałe.

Mikołaj Rapacz z uczniami

37

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Gmina w Czorsztynie W roku 1934, po reformie administracyjnej kraju, dotychczasowych wójtów wsi zastąpili sołtysi. Powstały wówczas gminy zbiorcze z wójtami na czele. Nowa Gmina obejmowała - co trwa dotychczas - siedem miejscowości, a siedzibą stał się Czorsztyn. Kancelaria gminna mieściła się w niewielkim, drewnianym budynku tuż za potokiem Kluszkowianka (późniejsza poczta), a pierwszym wójtem został hrabia Stanisław Drohojowski z Czorsztyna, podwójcim Albin Kastyak, kierownik szkoły w Maniowach, ławnikami zaś Jakub Greczek z Kluszkowiec i Maciej Sukiennik z Maniów. W Hubie dokonano wyboru nowych władz i na sołtysa obrano Jana Bednarczyka mieszkającego pod numerem 3, zaś jego zastępcą został też Bednarczyk, tyle że Antoni. Wybrano też jedenastu radnych i sześciu zastępców - tak że prawie cała wieś była u władzy. Oto nazwiska ośmiu radnych z 1934 roku, tylu bowiem podpisało się na liście obecności I Sesji: Tadeusz Kubicz, Andrzej Kubicz, Józef Pietraś, Tadeusz Szmaciarz , Jan Plewa, Franciszek Pawlikowski, Józef Kubicz.

W latach międzywojennych mieszkańcy Huby wybudowali niewielką kapliczkę z kamienia, krytą gontem. Wnętrze przyozdobiono obrazem Matki Boskiej. Dawniejszymi laty w maju, przy kapliczce zbierali się ludzie i wspólnie odprawiano „majówki”(majowe nabożeństwa). Dzisiaj ten zwyczaj zaginął, a ludzie mają samochody i każdy może się wybrać do kościoła. Co by nie powiedzieć o ciężkich warunkach życia w Hubie, także i w swerze religijnej nie było lekko. Do kościoła w Maniowach pełne sześć kilometrów, do Dębna nieco mniej, ale przecież Huba należała do maniowskiej parafii. Trzeba też wiedzieć, że w pewnych okresach także ludzie z Dębna chodzili do kościoła w Maniowach, nie tylko zresztą oni bo i z Krośnicy, Czorsztyna i Kluszkowiec. Latem łatwiej było – ścieżkami na przełaj, ale zimą to już wyprawa na cały dzień. A jednak ludzie chodzili do kościoła, chrzcili dzieci, brali śluby, odprawiali pogrzeby. Latem szło się całą drogę boso, zwłaszcza kobiety, a buty czy kierpce zakładało się dopiero przed wejściem do świątyni. I nic dziwnego, bo buty były drogie i kupowało się je raz na kilka lat. Każdy dorosły mieszkaniec parafii miał obowiązek przynajmniej raz w roku przystąpić do spowiedzi i komunii św. Najważniejsza była spowiedź wielkanocna, dlatego tuż przed tymi świętami maniowski kościelny przychodził do Huby z karteczkami zapowiadającymi spowiedź. Każdy kto taką karteczkę otrzymał miał obowiązek zwrócić ją księdzu spowiednikowi. Opowiadają starsi ludzie, że w dniu spowiedzi przy konfesjonale był nieraz taki ścisk, że przesuwano go wraz z księdzem na środek kościoła. Widząc co się dzieje, ksiądz musiał wyjść z konfesjonału, a chłopi dopiero ustawiali go na poprzednim miejscu.

38

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Aby ród nie zaginął Ciężkie warunki hartują ludzi, kształtują charaktery, a hubianie nigdy nie ugięli się przed przeciwnościami. Uprawiali swą ziemię i zbierali z niej plony. Trwali na swojej ziemi jak te wysmukłe jodły i buki otaczające szeroką ławą wieś rodzinną. A że życie nie znosi pustki, naturalną koleją rzeczy przybywało Hubie nowych obywateli. Przychodziły na świat dzieci, wyrastały nowe pokolenia. Nie dla wszystkich starczyło ojcowskiego gruntu, a że rodziło się więcej dziewcząt, tedy i o partnera było coRok 1945 – Wesele Marii Pawlikowskiej (Huba 21) z Franciszraz trudniej. Od czegoż jednak sąsiedzi? kiem Pietrasiem z Maniów, drugi z lewej Józef Pawlikowski, Maniowscy kawalerzy aż drobili nogaczwarty Ludwik Kubicz mi patrząc na młode hubianki.A okazji nie brakowało. Chodziły przecież dziewczęta do kościoła drogą przez wieś, można się było napatrzyć, także z chóru, bo wszystkie panny stały w przodzie w równych rzędach. Szła też maniowska kawalerka do Huby na posiady, na darcie pierza i z innych okazji. Potem „nieśli się” ze śpiewem i pohukiwaniami, a słychać ich było w Dębnie i całych Maniowach. Hubianki były nie tylko urodziwe ale i pracowite, brano je więc chętnie na żony. Były, jak to się kiedyś mówiło, do tańca i do różańca. Wiele dziewczyn wybrało sobie mężów z innych miejscowości. Oto niektóre z nich: Maria z Kubiczów, córka Mateusza wydała się za Franciszka Niemca.

Rok 1936 – Wesele Andrzeja Pawlikowskiego

39

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Aż cztery córki Kubiczów – Kieleserów powydawały się do innych miejscowości: Antonina – za Franciszka Łukaszczyka do Maniów, Stefania – za Franciszka Palarczyka do Czorsztyna, Anna – za Jana Gila do Leśnicy, Maria wyjechała do USA i tam pozostała.
Agnieszka Kubicz – wyszła za mąż za Józefa Wójcika i wyprowadziła się z nim do Czorsztyna, Maria Pawlikowska (21) poślubiła Józefa Pietrasia z Maniów, Zofia Pawlikowska (21) poślubiła Jana Machonia i wyjechała do Zakopanego. Do Zakopanego wyjechała również Agnieszka Pawlikowska (Huba 22) z mężem Tadeuszem Pawlikowskim (Huba 13) a po jego śmierci wyszła za mąż za Stanisława Rzadkosza z Maniów. Zofia Pawlikowski mieszkająca pod numerem 22 – przeniosła się Rok 1945 – Ślub Agnieszki Pawlikowskiej (Huba 22) i Stanislawa jako żona Michała Adamczyka Rzadkosza do Maniów, Zofia Plewa – siostra Bubisowej za Józefa Firka (Wincka) także osiedliła się po ślubie w Maniowach. Katarzyna Bednarczyk wyszła za Franciszka Janczego mieszkającego pod Hubą, Albina Bednarczyk wyszła za Marka Aksamit z Suchej Beskidzkiej, Katarzyna Plewa (z Dzielnic) zamieszkała w Nowym Targu, Katarzyna Kubicz spod numeru 19 za mężem, Tadeuszem Rudakiem powędrowała do Kłodzka, Stanisława Smaciarz (od Francigi) za Janem Orawcem do Maniów, Ludwika Kubicz z Gronika za Stanisławem Sado do Łętkowic koło Miechowa. Stefania Plewa wyszła za Wojciecha Bańkę z Kluszczowiec. Helena Smaciarz za Ryszarda Słowika ze Szczawnicy, Krystyna Smaciarz za Andrzeja Mrożka z Klikuszowej, Wiesława Ściurka za Tadeusza Jarząbka z Maniów. Kawalerzy którzy poAgnieszka Pawlikowska i Stanisław Rzadkosz żenili się poza Hubą lub wyjechali: Władysław Kubicz brat Ludwika wyjechał do Kłodzka i tam się ożenił. Stefan Szmaciarz syn Andrzeja wyjechał do Radułowa na Śląsku. Stanisław Szmaciarz wyjechał także na Śląsk.

40

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Franciszek Plewa ożenił się i przeniósł do Maniów. Andrzej Plewa ożenił się z panną z Czorsztyna. Józef Bednarczyk (od Francigi) ożenił się i przeniósł do Maniów. Józef Plewa spod numeru 9 ożenił się z dziewczyną z Kluszkowiec, a Władysław Plewa poślubił pannę od Motyki mieszkającą pod Hubą.

Żeni się Andrzej Kubicz z Bronislawą Smaciarz

Filip Skupień żeni się z Marią Cebulą. Od lewej: druga, Maria Bednarczyk, czwarta Julia Bednarczyk ze Studzionek, Władysław Pietrzak, Katarzyna z Lipowca, Andrzej Kubicz, Maria Cebula, Filip Skupień, Maria Skupień, Jan Pawlikowski, Bronisława Smaciarz-Kubicz

41

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Od lewej: Jakub Plewa z Kluszkowiec, Anna Pawlikowska–Plewa, Jakub Plewa, Maria Plewa, Antoni Plewa, Antonina Plewa z Czorsztyna, Andrzej Plewa, Karolina Pawlikowska, Franciszek Pawlikowski, siedzą: Antonina Plewa z Kluszkowiec, Jan Plewa

Żeni się Józef Pawlikowski. Drugi z lewej Józef Pawlikowski (ojciec), Elżbieta Gorlicka, Józef Pawlikowski (syn), Katarzyna Trybunia-Pawlikowska

42

Było ich sporo, nie sposób w tym miejscu wszystkich wymienić. Trzeba też napisać kilka zdań o tutejszych kawalerach z tamtych lat. Nie byli zabijakami, co to zaczepiają na drodze i szukają „guza”, ale mieli swoją fantazję. Potrafili np. iść na piechotę do Zakopanego na zabawę by spotkać się ze swoją sympatią. Kilka dziewczyn z Huby pracowało (służyło) w zakopiańskich domach i sanatoriach. Biegli więc chłopcy na skróty przez Gronków, Groń i Biały Dunajec, potem do Zakopanego. Wychodzili z domu pod wieczór i po 3-4 godzinach byli

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

w Zakopanem. Po zabawie wracali tą samą drogą. Rano byli w domu, szli kosić i zwozić zboże. Młodszych czytelników pragnę zapewnić, że to nie bajka, lecz najprawdziwsza prawda! Słyszałem ją od Zofii Pawlikowskiej-Machoń, naocznego świadka. W latach trzydziestych pracowała ona jako jedna z wielu hubianek w Zakopanem. Nie kryje, że takimi upartymi zalotnikami byli wtedy: Ludwik Kubicz i Andrzej Plewa.

Pory roku

Znam dobrze hubian nie tylko z racji powinowactwa. Bywałem w Hubie często jeszcze w latach dziecięcych, ale i nieco później jako pracownik Gminnej Spółdzielni. Mój wujek Ludwik Kubicz nie należał do ludzi zbyt wylewnych, ale lubił opowiadać o tym i owym. Przy tym nigdy nie narzekał, był pogodny i życzliwy. Miał dobra pamięć, a już na gospodarce znał się doskonale. Zapewniał, że gdyby go obudzono w środku nocy, opowiadał by bez zająknięcia, gdzie posiał owies i ile wysiał korców jęczmienia.

Sianokosy – Ludwik Kubicz

„Najwcześniej siało się owies, po koniczynie albo na tłoku. Po owsie, kiedy ziemia była już mocno wyjałowiona, ściernisko trzeba było jesienią zaorać, a zimą nawozić obornika. Na takiej, dobrze wyrobionej roli sadziło się ziemniaki (grule), „amerykany”, „rajtany”, odmiany jakie tam kto miał. W następnym roku na grudlisku siało się jęczmień (jarzec) albo żyto. Jak była piękna, sucha zima to i żyto było piękne, gorzej kiedy ziemia nie zamarzła i przyszły śniegi, ziarno wtedy wymarzło. Bardzo szkodliwa byłą też zaraza zbożowa, bo kłosy jeszcze nim zdążyły dojrzeć czerniały i zamieniały się w popiół. Dawniejszymi czasy ludzie siali dużo grochu, wykę i bób. Kiedy się zamierzało siać groch, trzeba było patrzeć, żeby miesiącek nie był w nowiu, bo wtedy groch bez przerwy kwitnął i późno dojrzewał. To samo dotyczyło bobu. W połowie kwietnia zaczynało się „krajanie okrawków”, czyli wycinanie 43

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

z całego ziemniaka oczek, które potem wrzucało się pod skibę. Ziemniaki sadziło się, kiedy było ciepło, a więc w początkach maja. Potem było siekanie skib, bronowanie, plewienie i oborywanie. Cała procedura! Trzeba było dużo sadzić, aby było dla ludzi i dla bydła, a grule jadało się przez cały rok na różne sposoby: z kapustą, z kwaśnym mlekiem, z rosołem, no i do kołacza. Na ziemniakach bardzo dobrze chowały się wieprzki. Rosły szybko, a i tłuszczu przybywało. Dobrze utuczona świnia musiała mieć słoninę na cztery palce. Dużo sadzono też kapusty, karpieli i buraków. Ale przy tej zieleninie to już najwięcej było roboty. Trzeba było rozsadzać, plewić, okopywać, potem zbierać pędraki i gąsienice, żeby nie zeżarły wszystkiego do imentu. Łąki zaczynało się kosić po świętym Janie (25 czerwca). Po łąkach przychodziła kolej na polany, które kosiło się tylko raz w roku, w lipcu około świętego Jakuba (25 lipca). Wychodziło się z domu bardzo wcześnie, równo ze świtem, bo kosić można było tylko „za rosy”. Gdy trawa obeschła to już jej nawet najlepsza kosa nie poradziła. Z polan to się nawet nie schodziło na noc do domu, kawał drogi szkoda było nóg, a przecież trzeba było „psiorę” suszyć, składać do „babek” to zajmowało sporo czasu. I co ci powiem, to ci powiem, ale na tych polanach to było dużo uciechy... Jak chłopi skosili to przychodziły baby i dziewczęta, żeby roztrzepać pokosy, potem przewracać. Kiedy siano schło, dziewki wraz z parobkami dużo śpiewali, aże się echo niosło po lesie. Hej, było wesoło!”

Kosiorze-Wladyslaw Pietrzak, Staszek Smaciarz, Józef Kubicz, Józef Pawlikowski, Jan Kubicz, Józef Pawlikowski, Józef Pietrzak, Ludwik Kubicz, Andrzej Szmaciarz, Andrzej Kubicz, Andrzej Bednarczyk, Jan Bednarczyk, Siedzą: Stanisława Bednarczyk, Władysława Bednarczyk, Maria Firek, Karolina Kubicz

„Kiedy skończyło się z polanami to za niedługo trzeba się było brać za zbiór żyta. Chłopi kosili, a baby podbierały i wiązały w snopki, potem stawiało się kopy nadziewając snopki na tyczki wkopane do ziemi. Ledwo skończyło się ze żytem a już jarzec czekał i trzeba było brać się za niego. I znowu to samo: koszenie, suszenie, grobanie.” 44

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

„Po „suchych dniach” (14 września) zaczynało się kopanie ziemniaków. Naciny (łodyg) nikt nie kosił. rwało się ją rękami i układało w kopy, a potem zwoziło ku domowi. Z tymi wykopkami to bywało różnie. Jak była pogoda to łaska boska, ale często polewało i trzeba było worki zakładać na głowę. Bywało, że i śnieg pokurzył - wtedy trzeba się było brać za miotły. Tak, tak to wej bywało. Ledwie skończyli ludzie kopać, a tu już trzeba jechać do lasu na soske do ścielenio. Grobało się liście bukowe i zeschłą paproć, co tam było pod drzewami. Słomą się wtedy nie ścieliło bo siana brakowało i trzeba było bydełko dokarmiać słomą owsianą.”

Lata 70-te – Zbiórki przy „Okrązku”, Karolina Pawlikowska–Kubicz i Ludwik Kubicz

Dużo ciekawych rzeczy mógłby jeszcze „ujek” opowiedzieć, ale kto tam chciałby dziś o tym słuchać, albo czytać. Odszedł już wuj Ludwik do lepszego ze światów, odeszli jego rówieśnicy. „Minął się” i Andrzej Bednarczyk, który też miał kiedyś w Hubie wiele do powiedzenia. Dziś już nikt z Huby nie jeździ na soskę.

45

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Brak wody Było w odwiecznym zwyczaju, że ludzie osiedlali się w pobliżu źródeł i potoków. Wiadomo, bez wody nie da się żyć. Huba znalazła się w wyjątkowej sytuacji, wieś pobudowano na zboczach z dala od jedynego potoku i tak już zostało na setki lat - wodę nadal noszono w rękach wiadrami lub przywożono w beczkach. Ludzie, zwłaszcza młodzi z zazdrością przyglądali się sąsiadom, którym wody nigdy nie brakowało, była na wyciągnięcie ręki. Maniowy miały jej aż nadto, zwłaszcza w czasie powodzi. W kronice Bubisa czytamy: „Mieszkańcy Huby odczuwali zawsze brak wody, bo wieś rozciągała się na wzgórzu o południowym nachyleniu. Z jednej i drugiej strony płyną strumyki wpadające do Dunajca. Przy tym układzie występuje bardzo głęAndrzej Smaciarz z beczką, którą przez lata dowoził wodę boko warstwa wodonośna. Kopanie studni do poziomu Dunajca było niemożliwe przy takich urządzeniach jakimi wieś dysponowała. Dźwiganie wiader na nosidłach lub w beczkach po stromej drodze było bardzo męczące i uciążliwe. Potrzeba zmuszała mieszkańców do myślenia w jaki sposób doprowadzić wodę do wsi ze źródła, które daje początek jednemu z potoków.

Babcia od Kubiczów (Kieleserka) z nosidłami

Skierowanie tego źródełka w przeciwną stronę i doprowadzenie wody w trudnym terenie nie było łatwą sprawą. Pracy tej podjął się mieszkaniec Huby, Wojciech Chałupnik w roku 1901. Chałupnik miał swój domek na ustroniu za wsią zwanym Chałpczyskiem. Zaczął kopać motyką rów chcąc doprowadzić wodę do wsi, ale niestety nie starczyło mu sił na tę robotę, by pokazać ludziom prawdę, a pomocy państwa nie miał. Mieszkańców Huby nie stać było na opodatkowanie się, a drzewa z lasu nie miał kto kupić. Zniechęcony trudnościami Chałupnik zaprzestał kopania i wyjechał do Ameryki.”

Smutną refleksją o poczynaniach Chałupnika Bubis tak ripostuje: „Marzenia o wodzie były w Hubie przekazywane z pokolenia na pokolenie. Wszystkie projekty kończyły się na niczym, ponieważ nikomu nie zależało na podniesieniu stopy życiowej, tylko na surowcach wytwarzanych przez wieś i na rekrutach.” 46

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

W latach trzydziestych Huba rozpoczęła starania o doprowadzenie wody do wsi. Istnieją zapiski o działaniach w tej sprawie w starostwie nowotarskim. Delegacja z sołtysem Janem Bednarczykiem na czele udała się do ówczesnego starosty Głuta i przedstawiła mu swoje plany. Starosta wysłuchał chłopów, podobno coś tam przyobiecał, ale i na obietnicach się skończyło. Powiat był biedny, a na przedsięwzięcie tej miary potrzeba było sporych funduszy. Podobno starosta miał jakieś rady dla Hubian, ale na czym one polegały trudno dziś dociec, bo notatka z tej rozmowy jest krótka i zwięzła. Mieszkańcy wsi z byłym sołtysem Janem Bednarczykiem (z Karczmy) odrzucili projekt starosty pana Głuta. Ludzie dalej szemrali – tyle lat czekali, a tu żadnej pomocy nie ma, lecz nadal stara nędza galicyjska.

Wielka wojna

W czerwcu 1914 roku serbski student zastrzelił w Sarajewie austriackiego następcę tronu Ferdynanda i jego żonę. W następstwie tego wybuchła I wojna światowa. Rząd Austrii ogłosił mobilizację. Wezwania do stawienia się w wyznaczonych miejscach otrzymało także kilkunastu mężczyzn z Huby. Niektórzy służyli już w wojsku od paru lat.

Na początku wzywani byli młodzi mężczyźni w wieku 20-40 lat, ale później gdy będą ważyły się losy Austrii wezwano wszystkich zdolnych utrzymać karabin w rękach. Z Huby do armii zostało powołanych kolejnych 20 mężczyzn. Z biegiem czasu do wsi nadeszły smutne zawiadomienia o poległych. W tej wojnie zginęło pięciu hubian, a sześciu zostało rannych. Ale wzorem pobratymców z Podhala mieszkańcy Huby nie zamierzali trwać przy cesarzu do końca wojny, a klęska Austrii była już widoczna. Do polskich żołnierzy dotarły apele Piłsudskiego i Hallera. Wojacy nie ociągali się dłużej, chcieli służyć w polskiej armii. Walczący w dalekich Włoszech starszy szeregowy Andrzej Bubis przechodził wraz z całą kompanią pod dowództwo polskich oficerów, a potem dostał się do armii generała Hallera. Podobnie uczynili inni żołnierze – hubianie, wielu trafiło do oddziałów Piłsudskiego. Walczyli dalej ale już w szeregach Armii Polskiej. Zapisali piękną kartę w walkach o wolność swojej ojczyzny. Wielu przywiozło z tej wojny rany, ale też i wysokie odznaczenia bojowe. Dwudziestu pięciu młodych zdrowych mężczyzn poszło na wojnę. To duży ubytek dla wsi liczącej wtedy niespełna 150 mieszkańców. W domu pozostali tylko starsi, kobiety i dzieci. Kto miał pracować na gospodarstwie: orać, siać, kosić, młócić zboże? Dla Huby nastały bardzo ciężkie czasy. Tak o tym pisze kronikarz Józef Bubis:

„Rząd Austrii powołał wszystkich chłopów wsi Huba w liczbie 25 pod broń, z czego zginęło pięciu, a sześciu zostało rannych. Czasy wojenne były bardzo ciężkie, bo zboża brakowało, ponieważ z Węgier za roboty przy żniwach zboża nie przywożono. Nastał głód, bo i ziemi na Hubie nie było komu ani czym obsiać. I od tego czasu ziemia ta leżała odłogiem, która z kolei naturalnie się zalesiła. Były to: Jednostronni, Krzenowiska, Pustki, Cyrle, Wilczy Groń.” Można śmiało powiedzieć, że był to najgorszy okres w historii wsi. Po kilku latach wojennej tułaczki zaczęli powracać zdemobilizowani żołnierze; mężowie, bracia, synowie. Nie czekały ich jednak ciepłe pielesze. Ugory porosłe zielskiem i cierniem, jałowce i zmarniałe gospodarstwa. Trzeba było zakasać rękawy, aby to wszystko przywrócić do jakiego takiego porządku. Ale hubianie to twardy „naród” i tym razem poradzili sobie z przeciwnością losu. Niektórzy młodzi ludzie powrócili z tej wojny inwalidami: bez nóg, kulawi, okaleczeni. Byli to cisi, skromni bohaterowie, wpędzeni w wir wojny wbrew woli, walczący nie za swoją sprawę. Poznajmy ich nazwiska: Jan Bednarczyk z Karczmy wrócił bez nogi, Józef Bednarczyk - kulawy, Antoni Bednarczyk (od Tereski) jako inwalida, Antoni Plewa bez nogi.

47

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Dzień, jak codzień W Hubie życie nikogo nie rozpieszczało. Aby przeżyć trzeba było ciężko pracować przez cały rok, latem i zimą. Wszyscy mieli zajęcie. Mężczyźni wykonywali najcięższe roboty, ale i kobiety nie próżnowały. Wstawało się równo ze świtem. Gospodynie doiły krowy, przygotowywały śniadanie. Pieczony na liściu kapusty własny chleb, albo placek. Do placka piło się ciepłe mleko prosto od krowy. Na obiad były ziemniaki z kapustą okraszone skwarkami. W niedziele i święta było drugie danie: pęcaki ze skwarkami lub kluski, czasem pierogi. Jesienią zabijało się barany na mięso i skóry, zaś przed świętami Bożego Narodzenia – wieprzka. Taki wieprzek musiał mieć co najmniej 150 kg żywej wagi, zaś słoninę grubą na 3-4 palce. Mniejszych sztuk nie „kłuto”, bo to źle świadczyłoby o gospodarzu. Mięsem dzielono się ze znajomymi i krewniakami, na zasadzie: ja dziś dam tobie, a ty mnie jutro.

Mięsa, nawet schabu nie pieczono jak dziś - kto tam wiedział, co to kotlety albo pieczeń? Gotowało się to wszystko – był rosół i kość do ogryzienia. Wieczerza należała do najprostszych posiłków. Przed snem nie wolno było się objadać bo to powodowało zaburzenia żołądkowe i nadmierne „wiatry”. Bryja z mąki jęczmiennej z mlekiem lub kwaśnicą zupełnie wystarczyły na noc. Były i inne dania jak ziemniaki z kwaśnicą, karpiele gotowane, żur ze szczawiem i maślanką itp. Trudno dziś uwierzyć, że dawniejszymi laty zwyczajne jajko od własnej kury było rarytasem i jadało się je tylko od wielkiego święta. Tak było! Każde bowiem jajeczko było warte kilka groszy. Gospodyni skrzętnie je zbierała przechowując w koszyku, a w czwartek szła pieszo do Nowego Targu, by je sprzedać na jarmarku. Każdy grosz był potrzebny, a to na kupno nafty, cukru, czy soli. A przecież należało jeszcze zapłacić podatek, opłacić gajowego, wykupić drzewo w gminnym lesie...

Posiłki jadało się wspólnie, całą rodziną; dziadkowie, rodzice i dzieci. Gospodyni stawiała na dużej ławie glinianą misę i każdy po kolei do niej sięgał. Gospodarz pilnie baczył, by jedzenie odbywało się w należytym porządku. Nie daj Boże, by któryś z domowników sięgnął do miski nie przeżegnawszy się wcześniej, albo wybierał skwarki z kaszy. Ojciec tłukł takiego łyżką po ręce, a gdy to nie pomogło kręcił za uszy. Nie dopuszczalne było też „kidanie”, czyli gubienie jedzenia w drodze z miski do ust. Zdarzało się to często dzieciom, które nie miały należytej wprawy we władaniu łyżką. Mięso dzielił zawsze ojciec według starszeństwa, na końcu dzieciom. Po obiedzie każdy obowiązkowo musiał napić się wody. Czerpano chochlą wprost z wiadra stojącego w kącie, obcierano rękawem usta i wtedy dopiero można było opuścić izbę. Ktoś może spytać: po co ta woda? Dla lepszego trawienia? Bynajmniej! Po prostu trzeba było zapełnić czymś żołądek. Rzadko bowiem jadało się do syta, a woda działała jako wypełniacz. Jadło chłopskie nie miało zbyt wielu kalorii. W godzinę lub dwie po posiłku znowu chciało się jeść. Latem można było oszukać głód zjadając np. liście szczawiu, owoce dzikiej poziomki, czy inne zielska porastające łąki. Sporo witamin miały młode karpiele, które wyrywano z grzędy i po opłukaniu zjadano na surowo. Zrywano także dojrzewające kłosy żyta (pszenica jest lepsza, ale jej nie było) kruszono w dłoniach, a miękkie jeszcze ziarna zjadano popijając wodą.

48

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

II wojna światowa Dla Huby II wojna światowa zaczęła się 2 września 1939 roku wkroczeniem do wsi niewielkiego oddziału żołnierzy Wehrmachtu. Niemcy przeszli przez wieś, a potem udali się do sołtysa. Bez żadnych wstępów oświadczyli mu, że zajmują wieś i od tej chwili ludność będzie podlegać nowej władzy, która już instaluje się w Maniowach. Polecili też sołtysowi, aby zebrał broń, jeśli taka znajduje się we wsi i odstawił ją na placówkę gestapo. Zarekwirowali także radia, mundury i pasy wojskowe. Za niezastosowanie się do polecenia miała grozić kara śmierci.

Hubianie nie byli zaskoczeni wkroczeniem Niemców. O tym, że wybuchła wojna wiedzieli już od poprzedniego dnia. Ktoś doniósł, że wojska niemieckie przekroczyły granicę, że toczą się walki z polskimi oddziałami KOP-u (Korpus Obrony Pogranicza) w okolicach Niedzicy, że Polskie Wojsko próbuje zatrzymać Niemców, że wysadzono w powietrze most na Kapuśnicy. Ale słaby to był opór i jeszcze tego samego dnia, czyli pierwszego września po południu, Niemcy wkroczyli do Czorsztyna a potem do Maniów. Wycofujące się na Nowy Targ oddziały zdążyły jeszcze zniszczyć most pod Hubą, co jednak nie powstrzymało okupantów, bo wody w Dunajcu było niewiele. Szybko też wyremontowali most ściągając do pomocy okoliczną ludność. Sołtys zgłosił się na posterunek w Maniowach ale bez broni i mundurów, bo i skąd miał je wziąć. Oznajmiono mu teraz, że szkoła w Hubie ma być zamknięta, zabrania się też organizowania wieców i zgromadzeń. Potem nadeszły inne zarządzenia, dotkliwe i bolesne.

Wspomina Zofia Pawlikowska-Machoń: „Na początku września z każdego domu wytyczony był jeden człowiek żeby wieźć żołnierzy. U Antoniego Plewy (u Wójtki) nie miał kto jechać bo dzieci były małe. Uprosili Karola Plewę żeby pojechał za nich. Chłopi dowieźli żołnierzy do Nowego Targu i stamtąd się wrócili. Karol zniknął na siedem lat. Nie wiadomo gdzie był i co robił ale wrócił tym samym wozem i tym samym koniem”. Każdy gospodarz posiadający własnego konia miał jeździć do ochotnickich lasów i ściągać drzewo na składy. Na początek wyznaczono po 16 kubików na jednego konia, dla pary 32 m3. Do ścinki spędzono chłopów z Ochotnicy, oni byli w tym najlepsi, ale musieli też pracować po 12 godzin, w śniegu i na mrozie. Wszystkich zaś, drwali i furmanów pilnowała policja leśna tzw. Forstschutz. Za tą wtórną pańszczyzną poszły następne restrykcje. Każdy z chłopów, właścicieli lasu musiał odstawić darmowo po 4 kubiki drewna, zaś cała wieś 800 kilogramów zboża i prawie 400 kg żywca wołowego, ponadto len, jaja, wełnę. Co młodszych hubian zabrano na przymusowe roboty tzw. Baudienst, po polsku zwanych junakami. Kilku z nich pracowało w ciężkich kamieniołomach w Płaszowie koło Krakowa oraz na kolei. Jeden z młodych, Józek Plewa, zginął tam w niewyjaśnionych okolicznościach. Może zmarł z przemęczenia, może próbował ucieczki. Staszek Pawlikowski (spod Nr.21) miał więcej szczęścia, przeżył nie tylko Baudienst ale i roboty przymusowe w Rzeszy, także Front Zachodni. Tak swego brata wspomina Zofia Pawlikowska-Machoń:

„Staszek (rocznik 1923) został wywieziony do Płaszowa. Akurat było to zimą w ciężkie mrozy, a miał na karku ropiejący wrzód. Nie było żadnej wymówki musiał pracować. Przenosił wraz z całą grupą podobnych mu niewolników jakieś elementy kolejowe, rzecz jasna bez rękawic. W skostniałych dłoniach trudno było utrzymać metalową sztabę, spadła do śniegu. Pochylił się, aby ją podnieść, ale dozorca był szybszy. Uderzył Staszka w miejsce gdzie akurat był ropiejący wrzód. Strasz49

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

ny to musiał być ból. Drań uderzył jeszcze kilkakrotnie. Po tym pobiciu brat postanowił, że ucieknie za wszelką cenę. Szukał sposobu, oglądał okienka przez które mógłby się przecisnąć, ale wszystkie były zakratowane. Zdecydował się wreszcie na sforsowanie wysokiego muru otaczającego obóz. Mur był wysoki, z tłuczonym szkłem na wierzchu, ponad murem był kolczasty drut pod napięciem. Staszek jakoś tam wdrapał się na mur, przeczołgał pod drutami potem skoczył w dół. Omal nie złamał nogi. Była noc, ominął warty i wyszedł na drogę, a potem popędził wprost na stację kolejową. Poprosił kasjerkę o bilet, ale nie miał czym zapłacić. Kobieta widząc zmizerowanego człowieka dała mu ten bilet nie żądając pieniędzy. Przemarznięty do szpiku kości rozgrzał się dopiero w ciepłym wagonie. Obawiając się Niemców większość podróży przesiedział w ubikacji. Dojechał jednak szczęśliwie do Nowego Targu i stąd już na piechotę powędrował dalej. Zatrzymał się na chwilę w Dębnie w tartaku u stryja. Tu też miał wyjątkowe szczęście, bo krewniak powiedział mu, że przed chwilą byli tam gestapowcy. Gdyby na nich trafił to już byłoby po nim. Stryjna poczęstowała Staszka plackiem i ciepłą herbatą, a gdy nieco odpoczął, poszedł dalej przez most w Knurowie i przez Szlembark. Śniegi były wtedy ogromne, ale jakoś dotarł do domu, brudny, wycieńczony, zawszony. Robactwa było tyle, że lichą bieliznę trzeba było zaraz spalić. Na drugi dzień przyszli Niemcy, przeszukali dom, wyszli na strych. Staszek zdążył skryć się w stajni, wczołgał się pod żłób między króliki. Niemcy poszukiwali go nadal, rozpytywali sąsiadów. Wiedzieliśmy, że gdyby go schwytali to grozi mu Oświęcim. Tak się złożyło że w tym samym czasie starszy brat Staszka, Ludwik dostał wezwanie na przymusowe roboty w Niemczech. Staszek postanowił wyjechać tam za brata. Uparł się twierdząc, że tak będzie lepiej, bo uniknie łapanki i Oświęcimia. Kiedy już szedł z tym skierowaniem na Placówkę w Maniowach spotkał go po drodze patrol. Pokazał wezwanie więc go przepuścili. Wywieźli go do Niemiec i tam przez jakiś czas pracował w fabryce, potem zaś został przeniesiony na zachód, blisko francuskiej granicy do kopania umocnień i okopów. To już musiało być pod koniec 1944 roku bo alianci atakowali Niemców od tamtej strony. Kopali te okopy pod bardzo silnym obstrzałem artyleryjskim i ciągłymi nalotami bombowców. Brat, niespokojny duch, znowu zdecydował się na ucieczkę. Z kilkoma innymi Polakami przeszli na stronę francuską i dotarli do aliantów. Przystał do Polskiego Wojska. Przez długi czas rodzina nie wiedziała co się z nim dzieje. Zginął czy żyje? Modlić się i opłakiwać, czy też czekać? W kilka miesięcy po zakończeniu wojny napisaliśmy do Czerwonego Krzyża ale list się wrócił i dalej żyliśmy w niepewności. Latem 1946 roku Staszek zjawił się w Hubie, w rok później otrzymał wezwanie do wojska. Odsłużył całe dwa lata, głównie przy odgruzowywaniu Warszawy. Ja wtedy mieszkałam w Zakopanem, gdzie wyszłam za mąż - kończy swą opowieść pani Zofia. Ściągnęłam Staszka do Zakopanego, a mój mąż znalazł mu pracę w Sanatorium Nauczycielskim.”

50

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Z Huby pod Stalingrad Ta przygoda spotkała dwóch mieszkańców gminy - Andrzeja Bednarczyka z Huby i Kazimierza Batora z Maniów. Przygoda, która w każdej chwili mogła się skończyć śmiercią, niewolą i nie wiadomo czym jeszcze. Z małej Huby pod Staliningrad jest kilka tysięcy kilometrów, a oni przemierzali tę drogę w słocie i trzaskających mrozach, pod gradem kul, bombami, w kopiastym śniegu. Opowiada Andrzej Bednarczyk: „W marcu 1941 roku Niemcy zarządzili przegląd wszystkich koni w gminie. Wybrali ładne, młode jeszcze źrebaki, oznakowali je specjalnym tatuażem wypalonym na skórze i zapisali w rejestrze. Na początku marca dostałem wezwanie by zgłosić się z koniem i wozem w Krościenku. Tu oznajmiono, że pojedziemy do Przemyśla, tam dostaniemy robotę i dobrą zapłatę. Wyjechaliśmy z Krościenka w grupie kilkunastu furmanek, a był też z nami Kazek Bator z Maniów. Do Przemyśla kawał drogi, ale jakoś tam po paru dniach dojechaliśmy. Tu kazano nam odpocząć i dobrze nakarmić konie. W nocy kiedy spaliśmy, nasze wozy zostały załadowane wielkimi skrzyniami, a gdy rano pytaliśmy co to jest, odpowiedziano że amunicja do armat. Odpoczywaliśmy jeszcze jeden dzień, a potem kazano nam jechać dalej. Wiedzieliśmy tylko tyle, że jedziemy na wschód. Tego co się potem działo, trudno opowiedzieć. Po lipcowych upałach nadeszły zimne noce, słoty, potem przymrozki. Im dalej tym zimniej. W listopadzie spadły ogromne śniegi i przyszły siarczyste mrozy do 50 stopni. Niektórzy z Polaków chcieli zawrócić, ale Niemcy pilnowali. Zapowiedzieli, że za próbę ucieczki grozi śmierć. Rosjanie atakowali z ziemi i powietrza. Ciągłe naloty, bomby, ostrzał artyleryjski. Kryliśmy się pod wozami, my jakoś tam uniknęliśmy śmierci, ale konie ginęły. Padały też z zimna. Ludzie też nie wytrzymywali, wielu zmarło po drodze. W czasie mojej wędrówki w głąb Rosji zmieniałem konie aż sześciokrotnie. Samego Stalingradu nie widziałem, ale byliśmy już blisko chyba 60 kilometrów od miasta. Rozwoziliśmy żywność aż do okopów, amunicję, różny sprzęt wojskowy, co kazano. A wszystko w nocy, bo za dnia Rosjanie atakowali, zrzucali bomby. Do kraju wróciłem w maju 1942 roku, wtedy też wrócił Kazek Bator. W całym tym chaosie jaki tam panował pogubiliśmy się z Kazimierzem, przez dłuższy czas nie wiedzieliśmy nic o sobie. Przeżyłem dzięki Bogu - wzdycha pan Andrzej - ale tego co tam się działo nie zapomnę do śmierci. Gdy Rosjanie weszli do Polski w 1945 roku miałem sporo kłopotów. Ktoś doniósł, że wysługiwałem się Niemcom. Za karę Ruscy zabrali ojcu krowę i sukniane portki.” Tyle wspomnień, świętej już pamięci Andrzeja, który zmarł w lutym 2005 roku. Nie oszczędzano chłopów i tu na miejscu. Kiedy byli Niemcom potrzebni wzywano ich przez sołtysa i musieli się stawić wraz z zaprzęgiem do ich dyspozycji. Takie przymusowe wyjazdy ludzie miejscowi nazywali „foszpontami”. Nikt się nie mógł wymówić, pod żadnym pozorem. Za niewielkie uchybienia trzeba było myć świnie we dworze, albo piłować drewno tępą piłą i to w dzień świąteczny, gdy ludzie szli do kościoła. Na pewne ulgi, iluzoryczne zresztą, mogli liczyć jedynie ci, co dali się zwieść niemieckiej propagandzie i wstąpili do tzw. Goralenvolk. Ale takich było niewielu. Nie dali się nabrać na piękną gadkę „wodza górali” Wacka Krzeptowskeigo. Gorliwy Wacuś trafił też na Hubę. Przyjechał tu w marcu 1941 roku i zaczął namawiać ludzi by wstępowali do jego organizacji. Obiecywał przy tym złote góry, różne ulgi, przychylność władz itp. bzdury, ale chłopi nie dali się ogłupić. Kiedy powiedział, że górale podhalańscy wywodzą się z rasy germańskiej odparli: My tam jesteśmy Polakami! I nikt się z Huby do „Goralenvolku” nie zapisał.

51

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Partyzantka Już na początku 1943 roku do mieszkańców Huby zaczęły docierać wieści o tym , że w Gorcach organizują się oddziały partyzanckie. Jeszcze wszystko otoczone było tajemnicą, a partyzantka była w powijakach. Gdzieś w październiku tegoż samego roku w Hubie pojawił się nie znany tu wcześniej oficer Wojska Polskiego o pseudonimie „Lampart”. Tylko wtajemniczeni znali jego prawdziwe nazwisko: Julian Zapała. Pochodził z Niedźwiedzia, gorczańskiej wsi w pobliżu Mszany. Od 1939 roku ukrywał się przed Niemcami, a zagrożony aresztowaniem zbiegł w góry i ukrył się w lasach ochotnickich. Schronienia użyczył mu Stanisław Giblak z Ochotnicy Górnej, z którym znali się sprzed wojny. Potem gdy zaczęli się o niego dopytywać Niemcy, przeniósł się na Studzianki. Pomieszkał tam jakiś czas, a gdy nawiązał znajomość z hubianami, przeszedł najpierw do Andrzeja Szmaciarza na Groniku, potem do Pawlikowskich. Zaczął organizować oddział partyzancki, a chętnych nie brakowało. Wielu młodych ludzi zagrożonych więzieniem lub wywozem do Rzeszy szukało schronienia w lesie. Do „Lamparta” przystali wówczas ukrywający się przed Niemcami dwaj hubianie: Jan Plewa pseudonim: „Sokół” i tegoż samego nazwiska Ludwik pseudonim: „Buczek”. W pierwszym okresie tworzenia partyzantki „Sokół” pełnił funkcję zastępcy „Lamparta”.

Pierwszą akcją „Lamparta” było zdobycie broni. Urządzono zasadzkę na partol niemiecki tuż za Maniowami. Zaskoczeni Niemcy nie stawiali oporu, oddali broń. Partyzanci zdobyli wtedy trzy automaty, jeden karabin, granaty, naboje. Rozpoczęła się epopeja partyzancka. Gorce pociągały ludzi, którzy nie chcieli pogodzić się z ponurą rzeczywistością i ładem zaprowadzonym przez okupanta. Nie zamierzali przyglądać się biernie panoszeniu się Niemców, nie chcieli „gnić” w więzieniach, umierać w Oświęcimiu, jeść niewolniczego chleba u „bauerów”. Duch zbrojnego oporu wzrastał z każdym miesiącem, tworzyły się nowe oddziały. Oddział AK którym dowodził „Lampart” wzrastał w siłę. Pod koniec 1944 roku stan osobowy oddziałów wynosił już ponad tysiąc ludzi. Powstały także inne grupy. W ochotnickie lasy trafili także Rosjanie. Major Zołotar, który nimi dowodził, zorganizował wspólnie z „Lampartem” wypady na posterunki niemieckie. W październiku 1944 roku w gorczańskich lasach działał zbrojny oddział AL „Za Wolną Ojczyznę”. Wcześniej, bo we wrześniu jeden z oddziałów „Lamparta” rozbił mleczarnię w Kluszkowcach. Przez kilka dni ludzie mogli odetchnąć – Niemcy już nie czuli się tak pewni siebie. Kilka dni później partyzanci zaatakowali konwój ciężarówek na Snozce. Zginęło kilku żołnierzy Wermachtu. Partyzanci przecięli druty linii telefonicznej przerywając łączność pomiędzy posterunkami. 12 października 1944 roku „Lampart” przeprowadził udaną akcję dywersyjną na most pod Hubą, ważny obiekt na trasie Krościenko – Nowy Targ. Tędy co dnia przejeżdżały całe kolumny ciężarówek wywożących zagrabione Polakom mienie. Wartownicy pilnujący mostu na widok partyzantów uciekli. Saperzy założyli ładunki wybuchowe. Most wyleciał w powietrze. Łunę ognia z płonącego mostu widać było w odległości kilkunastu kilometrów. Słusznie zwykło się uważać Ochotnicę za swoistą republikę partyzancką, ale i Huba miała swój znaczący udział w zmaganiach z okupantem. Warto wspomnieć chociaż w paru słowach o dwóch Plewach, partyzantach „Lamparta”. Ich niezwykle powikłane losy mogłyby stanowić kanwę niezłej opowieści, po cóż jednak rozsupływać i wypuszczać z worka historii, demony?!

52

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Jan Plewa tuż po I wojnie światowej wyjechał wraz z siostrą na Kresy. Osiadł we wsi Raków w powiecie Podhajce, gdzie nabył 20 hektarowe gospodarstwo. Ożenił się, założył rodzinę. Gdy tereny wschodniej Polski zajęli bolszewicy, zaczął się ukrywać wraz z innymi Polakami. On sam uniknął represji, ale cała jego rodzina została wywieziona w głąb Rosji. Nie czekając aż go dopadną Rosjanie, wywędrował do Polski. Dniem i nocą przez dwa tygodnie szedł bezdrożami by wreszcie dotrzeć do Huby. Zamieszkał u rodziny, w tajemnicy spotykał się z kapitanem Zapałą. Przeżył wojnę walcząc z okupantem, potem w roku 1955 wyjechał w okolice Bielska, gdzie nabył spore gospodarstwo. Jego trzej synowie wywiezieni wraz z matką i dwiema siostrami na Syberię wstąpili do Polskiej Armii. Jeden dosłużył się stopnia pułkownika drugi kapitana, trzeci zginął tuż po wojnie na terenie Polski. Sam Jan też skończył tragicznie. Zmarł w samotności. Ludwika także „ciągnęło do lasu”, szukał swego miejsca w różnych grupach partyzanckich, przystał wreszcie do „Lamparta”, przez pewien czas służył u „Ognia”. W roku 1947 wyjechał na Śląsk i tam zmarł. Huba musiała składać okupantowi – zboże, mięso, drzewo, nawet len, ale i partyzanci też musieli coś jeść. Dzielili się więc hubianie z „leśnymi” tym co mieli, tym co urosło w polu, co wyhodowano w stajni. Tak trzeba było. Także kobiety miały w tym swój udział oddając na potrzeby partyzantów po kilka łokci białego płótna utkanego na domowych krosnach, bądź kawałek sukna. Nawet derki na posłania.

Opowiadał Andrzej Sukiennik, który w czasie okupacji pracował w Maniowach w piekarni u Baki, jak to nocą wynosili z zakładu chleb w koszykach, który potem „chłopcy z lasu” ładowali do plecaków i nieśli w góry. Także właściciel masarni Jakub Kubicz zaopatrywał partyzantów w mięso i wyroby. Oczywiście w tajemnicy przez Niemcami. Ktoś powie: to nie to co walka z karabinem w ręku! Na pewno, ale odjęcie sobie od ust i podzielenie się z innymi to też ofiara. A tak było. Opowiada Karolina Pawlikowska-Kubicz: „Po chleb jeździło się pociągiem do Krakowa. Na Rynku Kleparskim można było kupić wszystko. Myśmy kupowały chleb. Po 12 bochenków razowca, bo tyle można było zmieścić w plecaku. Chleb był czarny jak ta ziemia, stary i kwaśny, że aż gębą kręciło. Mleko się ścinało, gdy go pokruszył i wsypał do garnuszka.”

Wojna nikogo nie oszczędzała – a żyć trzeba było. Do lasu nie wszyscy mogli iść. Rodzina Kubiczów z Gronika już na początku okupacji znalazła się w wyjątkowo ciężkiej sytuacji. Jesienią 1941 roku, zapalił się suszony na piecu len, od lnu zajął się dom. W kilka chwil spłonął dom i budynki gospodarcze. Z dymem poszedł cały dobytek i inwentarz.

Koniec wojny

Już od dłuższego czasu ludzie szeptali między sobą o zbliżającym się końcu wojny. Skąd przychodziły owe wieści nie wiadomo. Partyzanci mieli swoją radiostację, która odbierała komunikaty z Londynu i Moskwy. Front zbliżał się do granic Podhala. Niemcy stawiali opór, próbowali odwrócić bieg historii, ale walec Krasnej Armii toczył się nieubłaganie miażdżąc żelazne dywizje Wehrmachtu. Front zbliżał się od wschodu – od Gorlic i Nowego Sącza. Już słychać było odgłosy dalekiej kanonady. Pomruk niósł się ponad wierzchołkami Lubania i ośnieżonych Gorców. Niemcy jeszcze wierzyli w swojego wodza, stawiali zapory, mobilizowali siły. Żandarmi nie53

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

mieccy do kopania rowów strzeleckich i okopów przeciwczołgowych codziennie spędzali setki ludzi z całego Podhala. Linia obrony miała przebiegać na przedpolach Łopusznej od zboczy Gorców po wzgórza Spiskich Pienin na południu.

Każdego dnia, bez względu na pogodę, a był to przecież mroźny styczeń, ciężarówki dowoziły ludzi do Łopusznej. Spędzano wszystkich, którzy mogli nieść kilof i łopatę – młodych, starszych nawet podrostków. Ale okopy na niewiele się zdały. Rosjanie zaatakowali z lewej flanki. Przeszli Ochotnicką Przełęczą i zaskoczyli Niemców. Hitlerowcy nie stawiali oporu lecz wycofywali się w kierunku Nowego Targu i Czarnego Dunajca. Do Huby żołnierze radzieccy przybyli 26 stycznia 1945 roku. Przyjechali konno i przyszli pieszo. A wieś niczym twierdza spowita była w śniegu. Od trzech dni tak sypało. Zaspy sięgały okien a nawet dachów. Ale wojskowe, frontowe konie poradziły sobie z kopiastym śniegiem. Torowały drogę pieszym. Ludzie wspominają, że Rosjanie wyglądali marnie: głodni, zziębnięci, karabiny na sznurkach, węzełki na plecach. Dowódca patrolu poszedł do sołtysa żądając jedzenia dla swoich żołnierzy, potem oznajmił, że będą potrzebne podwody. Każdy kto miał konia miał się zgłosić w dniu następnym w Maniowach do dyspozycji wojska. Pojechano w kilkanaście sań. Załadowano im do pełna różnego sprzętu i kazano wieźć do Nowego Targu. Pod wieczór wszyscy powrócili choć nie obyło się bez drobnych incydentów. Oto Józef Pawlikowski po rozładowaniu sań chciał zawrócić wraz z innymi, ale kazano mu jechać dalej, do Czarnego Dunajca. Gdy odmówił, żołnierz pchnął go na śnieg. Nie pytając więcej zabrano mu sanie wraz z koniem, których już nie odzyskał.

Nowy ustrój, czyli między młotem, a kowadłem

Rosjanie odeszli pozostawiając leżącą na uboczu Hubę w spokoju. Do zasypanej śniegiem wsi niełatwo było się teraz dostać. Jedyna droga od mostu tonęła w śniegu. Nikt jej nie odśnieżał bo i po co. W długie zimowe wieczory deliberowano po domach zastanawiają się co teraz nastanie. Radia nikt nie miał, o gazetach dawno zapomniano. Jedyne wiadomości jakie można było zdobyć pochodziły od znajomych w Maniowach.

Wydeptanym w śniegu chodniczkiem ludzie szli w niedzielę do kościoła, rozpytywali krewnych, wdawali się w długie pogawędki. Nie rozsiadali się jednak zbytnio, bacząc by wrócić do domu przed zmrokiem. W pamięci ludzi nie zatarły się jeszcze wspomnienia represji na jakie można się było narazić za naruszenie godziny policyjnej. Ciężką dłoń mieli żandarmi niemieccy z placówki w Maniowach, kopniaków też nie szczędzili. Niemców już co prawda nie było, ale lepiej mieć się na baczności – licho nie śpi. Kobiety szły też czasem do sklepu by kupić soli czy cukru. Najczęściej jednak kawę zbożową słodzono sacharyną – była tańsza niż cukier, a przemycano ją z pobliskiej Słowacji. Drogocennym towarem była też nafta, którą teraz w dwójnasób oszczędzano zapalając lampkę dopiero o późnym zmroku.

54

Jadła musiało wystarczyć z tego, co zdołano zgromadzić jesienią. Nie było tego zbyt wiele: ziemniaki, kapusta w beczce, jęczmień i owies. No i karpiele - gotowano je aż do miałkości i podawano z mlekiem lub cukrem. Jęczmień i żyto mielono na ręcznych młynkach (żarnach), a z mąki wypiekano chleb i placki. Własne mleko też się liczyło, w zasadzie stanowiło ono dodatek do każdego niemal dania, pominąwszy kapustę. Większość mieszkańców Huby hodowała świnki, karmiono je otrębami, a gdy osiągnęły wagę sięgającą 200 kilogramów urządzano świniobicie. Mięsem

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

dzielono się z krewniakami i sąsiadami, słoninę i sadło wędzono, wieszano u krokwi wysoko na strychu. Najlepsza była słonina (spyrka), która miała grubość „na cztery palce”, i świadczyła o zamożności gospodarza. Cieńsza się nie liczyła. Tak doczekano wiosny. Rok 1945 przyniósł nie tylko wyzwolenie spod niemieckiej okupacji, ale i ustrój narzucony Polsce przez Wielkich Tego Świata. Dla mieszkańców Huby ten rok powojenny, a także następny był czasem rozterki, swoistego zawieszenia pomiędzy wojną, a tym na co wszyscy czekali – normalnym życiem. W lasach działali partyzanci „Ognia” zapowiadający III wojnę światową. W dole, w Maniowach i Czorsztynie urzędowały nowe władze wyznaczając kontyngenty, zsypki – od zboża poczynając, poprzez żywiec, mleko, wełnę, len kończąc.

Były to trudne czasy. Ale ludzie tu byli uparci, zaprawieni do ciężkiego życia i codziennej harówki. Z tego co urosło na kamienistej ziemi po wywiązaniu się z obowiązkowych dostaw, jeszcze coś pozostawało. Prawie w każdym gospodarstwie był koń, dwie krowy, owce, wieprzek. Z krową szło się najczęściej na jarmark do Krościenka lub Nowego Targu jeśli się udało dobrze sprzedać, to były pieniądze na najpilniejsze potrzeby – podatek, nowe ubranie, przyodziewek dla dzieci. W roku 1948 założono w Hubie Koło Samopomocy Chłopskiej. Chłopi mogli od tej chwili kontraktować wyhodowane przez siebie bydło i trzodę, a po odstawieniu do punktu skupu w Czorsztynie otrzymywali zapłatę. To już było znaczące udogodnienie, a dochód choć skromny był pewniejszy od przypadkowych transakcji z pośrednikiem. W tym też roku otwarto we wsi sklep pod patronatem Gminnej Spółdzielni. Mieścił się ten pierwszy sklepik w domu Andrzeja Bubisa, który też został sprzedawcą. Sklep mieścił się w jednej izbie z płazów, z lampą u sufitu i ledwo oheblowanymi półkami. Wybór towarów też niewielki; szwarc, mydło i powidło – jak to się wtedy mówiło. Ale to już było coś. Nie trzeba już było po lada drobiazg biegać do sklepu w Maniowach czy pod Hubkę do Wildfeuera.

Nauka po wojnie

We wrześniu 1945 roku przywrócono po kilkuletniej przerwie naukę w miejscowej szkółce. Ale budynek trzeba było remontować. Przeciekał dach, więc wymieniono przegniłe gonty, sprawiono nowe okna, wyremontowano drzwi, podłogę i schody. Wszystkie dzieci od siedmiu do szesnastu lat podlegały obowiązkowemu nauczaniu, a że klasy były tylko dwie więc i trudności było sporo.

Szkoła

Pierwszą nauczycielką w tym okresie była Sławomira Majerczyk mieszkająca czasowo u Anny i Jakuba Plewów. Kiedy wyremontowano niewielką oficynę (dobudówkę) przy szkole kolejni nauczyciele już tam mieli swoje lokum. Ta pierwsza po wojnie nauczycielka nie zagrzała długo miejsca w Hubie bo zaledwie półtora roku. Po niej nastał były kleryk, Józef Babicz z Bańskiej. Kiedy i ten odszedł zatrudniono nową nauczycielkę Adelę Krąpiec, która po roku pracy z dziećmi poznała tutejszego kawalera Jakuba Bednarczyka i wkrótce obydwoje wyjechali z Huby. Kolejna nauczycielka

55

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Krystyna Kołodziejska też oczarowała jednego z tutejszych kawalerów Władysława Pawlikowskiego – wzięli ślub i wyjechali do Krakowa. Następną nauczycielką została Wiktoria Szczupak, a po niej Janina Górska z Jabłonki. Kiedy i one opuściły Hubę, w 1965 roku stanowisko nauczycielki objęła Anna Ochotnicka z Boru koło Szaflar. Anna wyszła za mąż za Jana Kubicza i zamieszkała w Hubie na stałe. A tak wspomina lata kiedy rozpoczynała pracę: „Były cztery klasy, od pierwszej do czwartej, a dzieci 12-14. Wszystkie uczyłam jednocześnie, starsze i młodsze. Te najmniejsze trzeba było uczyć od podstaw znajomości alfabetu i z nimi nie było większego kłopotu, ale ci starsi, którzy już umieli czytać i pisać udawali wielkich ważniaków, wyśmiewali tych młodszych. Trzeba było pilnować, aby maluchom nie stała się jakaś krzywda.

Kiedy prowadziłam zajęcia np. z klasą trzecią i czwartą jednocześnie, to jednym kazałam pisać wypracowanie, a ci z innej klasy odpowiadali głośno na zadawane im pytania. Po lekcjach salka szkolna zamieniała się w świetlicę. Dzieciaki przychodziły tutaj na pozaobowiązkowe zajęcia: grali w warcaby, młodsze dzieci uczyły się śpiewu, organizowaliśmy przedstawienia. Przychodzili też starsi: matki, ojcowie, przyglądali się swoim pociechom, słuchali jak recytują wiersze. Potem kiedy mieliśmy już własny szkolny pierwszy we wsi telewizor, to do szkoły ściągały całe tłumy mieszkańców. Każdy chciał oglądać filmy, mecze i co tam jeszcze było w programie.” Szkółka w Hubie istniała do czerwca 1982 roku. Po likwidacji, już od nowego roku szkolnego dzieci były przewożone do szkoły w starych Maniowach. Ochotnicka-Kubicz także znalazła tutaj zatrudnienie jako nauczycielka. W chwili obecnej wszystkie dzieciaki z Huby są przewożone wygodnym busikiem do Maniów. Można się zżymać i kręcić nosem na owo dowożenie siedmiolatków do odległych Maniów, zwłaszcza zimą, ale trzeba na problem spojrzeć i z innej strony. Dziecko powinno się od najmłodszych lat wdrażać do pewnej samodzielności, uczyć życia w zbiorowości, przyzwyczajać do integracji z rówieśnikami. Tego maleńka szkółka licząca kilkoro dzieci nie nauczy. W Maniowach, gdzie uczy się 200 dzieci w samej tylko podstawówce, taka możliwość integracji istnieje. Dzieci mogą nauczyć się więcej, lepiej przystosować do życia. I o tym powinni pamiętać zatroskani rodzice narzekający na niedogodności 56

Rozpoczął się nowy rok szkolny

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Adela Bednarczyk z uczniami

Stanisław Kubicz, Władysław Kubicz, Władysław Pawlikowski, Jakub Plewa, Jan Pawlikowski, Bronisława Smaciarz, Maria Skupień, Władysława Pawlikowska, Karolina Plewa, Helena Pawlikowska, Mikołaj Rapacz – nauczyciel

Anna Ochotnicka–Kubicz z uczniami

Szkołę odwiedzili nauczyciele z sąsiedztwa

57

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Anna Ochotnicka-Kubicz z uczniami

Anna Ochotnicka-Kubicz z uczniami

Jutro zaczynają się wakacje

58

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Pierwszy wodociąg na Podhalu Marzenia o wodzie nie opuszczały mieszkańców Huby od początków osiedlenia. Młodzi ludzie z zazdrością patrzyli na sąsiadów, którym wody nigdy nie brakowało – była na wyciągnięcie ręki.Już w latach trzydziestych Huba czyniła starania o doprowadzenie wody do wsi. Jeździli delegaci do powiatu, prosili, czapkowali. Przyjął ich nawet ówczesny starosta Michał Głut, ale niewiele z tego wynikło, skończyło się na obietnicach, Tymczasem była połowa XX wieku, a w Hubie wodę nosiło się na własnych barkach jak za czasów feudalnych. Dowożenie beczkami też było udręką. Latem, pół biedy – jakoś tam można sobie było poradzić, ale gdy przyszła zima i wieś zawiało -był poważny problem. Dojechać było trudno, potem wyrąbywać lód i czerpać wiadrem do beczki. Sto czy dwieście litrów – miał co koń ciągnąć! Co światlejsi mieszkańcy wsi, a tych było już sporo, bo powracali z przymusowych robót w Niemczech czy Francji, rozpowiadali o tym, że wodę można sprowadzić do wsi rurami. Trzeba tylko sposobu, trochę ochoty, no i sporo pieniędzy. Zastanawiano się, radzono, spoglądano ku władzom powiatu oczekując pomocy.

Zbiornik. Stąd spływa woda dla całej wsi

Wspomina były sołtys Andrzej Bednarczyk:

„Byłem wówczas sołtysem. Na jedno z zebrań wiejskich, zimą 1955 roku przyjechał ówczesny dyrektor PKS w Nowym Targu inżynier Snopek. Był to doskonały fachowiec od wodociągów. Całe niemal zebranie było poświęcone jednemu problemowi - wodzie. Dyrektor Snopek słuchał z zainteresowaniem wypowiedzi mieszkańców. Obiecał pomoc. Wiosną przyjechał ponownie do Huby. Poszliśmy całą gromadą do lasu, pokazaliśmy źródła „Na Krzoniowiskach”. Po tygodniu przyjechali specjaliści od ujęć wodnych. Zbadali wydajność źródeł, stwierdzili, że wody powinno wystarczyć dla całej wsi. Potem wytyczyliśmy przez las trasę, którą miał przebiegać kolektor czyli główna nitka przyszłego wodociągu. Miał mieć długość ponad dwóch kilometrów. Na całej długości wycięto drzewa potem zniwelowano teren. Wybraliśmy Społeczny Komitet, który miał się

Gorące powitanie

Stół prezydialny

59

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Przewodniczący PRN w Nowym Targu T. Timofiejczyk

Andrzej Bednarczyk sołtys

Andrzej Bubis

60

zająć organizacją całego przedsięwzięcia. W skład Komitetu weszło kilkunastu statecznych gospodarzy, poważanych we wsi. Komitetowi przewodniczył sołtys, a był nim Andrzej Bednarczyk, zastępcą zaś Andrzej Bubis, który przed laty będąc w austriackim wojsku widział takie wodociągi w północnych Włoszech. Dyrektor Snopek załatwił nam w hucie rury, które potem przywiozły na miejsce samochody z PKS. W sierpniu, po żniwach, zaczęliśmy drążyć wykopy. Każda z rodzin miała do wykopania wymierzony odcinek. Norma dzienna to pięć metrów długości i 1,6 metra głębokości. Nikt się nie sprzeciwiał choć zdarzały się pojedyncze przypadki odmowy przystąpienia do tego jakże zbożnego dzieła. W tych dwóch przypadkach ludzie po prostu żyli jeszcze poglądami sprzed stu lat. Gdy wykopy były już gotowe przystąpiono do układania rur. Wpierw jednak każda rura była owijana szmatami, co miało je chronić przed korozją. W miejscu gdzie biły źródła wybraliśmy ogromny dół potem go zabetonowano. Był to zbiornik mogący pomieścić setki metrów sześciennych wody. W czerwcu 1956 roku sieć wodociągowa dla całego osiedla na Groniku była gotowa. Co było radości trudno dziś opowiedzieć. Wystarczyło odkręcić kran by zaczerpnąć wody. Starsi ludzie nie wierzyli własnym oczom, bali się dotknąć kranu, a nuż woda zaraz ucieknie. 22 lipca 1956 r. obyła wielka uroczystość, w której wzięli udział wszyscy mieszkańcy wsi, starzy i młodzi, kobiety i mężczyźni. Zaproszono przedstawicieli okolicznych miejscowości także władze powiatu, a nawet województwa. Dużo by o tym mówić, radość była powszechna.” Oto na oczach zgromadzonej publiczności 94-letnia babcia od Kubiczów (Kieleserka) złamała drewniane nosidła, a gazda Szmaciarz podjechał wozem do stołu prezydialnego i rozbił siekierą beczkę drewnianą, której już nie będzie potrzebował.

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Nie będziemy tu opisywać całej uroczystości. Żadne pióro nie jest w stanie opisać atmosfery jaka wtedy towarzyszyła ludziom. Każdy chciał dotknąć kranu, odkręcić kurek, napić się świeżej wody, o którą tak było dotąd trudno. Bawiła się hucznie cała wieś, wypito też sporo samogonu, który wcześniej przygotowano specjalnie na tę uroczystość. Widać to na fotografiach, których kilkanaście się zachowało. Jest także kronika, w której opisano tamte wydarzenia. Spisał je nieżyjący już Józef Bubis, naoczny świadek tamtych wydarzeń, inicjator wielu przedsięwzięć, które miały przybliżyć małą gorczańską wieś do świata. Powiedzmy i to, że w roku następnym czyli w 1958, wybudowano dalszy odcinek kolektora i do sieci została podłączona reszta wsi, poniżej Gronika. Wodę bieżącą miała już cała wieś, spełniły się marzenia kilku pokoleń mieszkańców Huby. Wieś stała się słynna na całą okolicę, ba na całą Polskę. W roku 1982 ujęcie wody zostało wpisane do katastru, (Urzędowego rejestru gruntów i budynków zawierającego m.in. dane o powierzchni gruntu, urodzajności gleby, dochodowości, służącego za podstawę do sporządzania planów, zakładania ksiąg gruntowych oraz wymiaru podatków). Stosownie do obowiązującego wtedy prawa, nadzór nad wodociągami miał przejąć Urząd Gminny. Oczywiście każde gospodarstwo płaciłoby wtedy za każdy litr zużytej wody. Decyzja ta wywołała prawdziwą burzę we wsi, żeby nie powiedzieć rewolucję. Krzyk poszedł na całą gminę i do powiatu! Jak to może być ? – krzyczano – My tu całymi rodzinami harowaliśmy całymi dniami, a ktoś chce nam zabrać nasz dorobek. Nie pozwolimy !!! Poszły pisma do władz i do radia. Po tej fali protestów gmina odstąpiła od tego niefortunnego pomysłu. Wodociąg pozostał nadal we władaniu wsi. Dodajmy jeszcze, że w roku 1992 wieś zarejestrowała Spółkę Wodno-Wodociągową przejmując prawnie opiekę nad wodociągami. W ciągu ostatnich 10 lat rozbudowano sieć o następne cztery ujęcia wody i tym samym przyłączając kolejne gospodarstwa.

Jan Bednarczyk

Zabrał głos jeden z gości

„Sto lat“ dla dyrektora Snopka

61

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Goście

Władza z ludem

Babcia od Kubiczów po raz ostatni dżwiga wiadra

Pożegnanie z wiadrami

62

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Babcia od Kubiczów aż się popłakała

Estrada i występy zespołów regionalnych

Teofan Timofiejczyk

Przewodniczący Powiatowej Rady Teofan Timofiejczyk pierwszy odkręcił kurek

63

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Hubianki

Siostry Pawlikowskie

Uroczystość uświetniały zespoły góralskie

Tańczą flisacy

64

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Zbójnicki

Występ hubianek

Przygrywa Orkiestra Flisacka ze Sromowiec Niżnych

Hubianki

65

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

W cieniu najlepiej

Elektryfikacja

Wieś ma wodę - jak się nie cieszyć

Z Huby roztacza się rozległy widok, aż po wierzchołki Tatr. Ale hubianie nie tyle patrząc w dal zachwycali się pięknym widokiem, ile mieli w głowie co innego. Kiedy wieczorem wychodzili z domu z zazdrością spoglądali na rozbłyskujące wśród ciemności dalekie światła innych wsi.

Maniowy, Frydman, Dębno miały już prąd elektryczny, a Huba wciąż musiała poprzestać na lampach naftowych. Trzeba było to zmienić! Młody sołtys Wincenty Budz, który przejął sołtysowanie od Andrzeja Bednarczyka był pełen zapału. Przekonał ludzi, nachodził władze gromadzkie, szukał sprzymierzeńców. Pomogli mu członkowie Rady Sołeckiej, przyłączyła się cała wieś. Po wielu staraniach i wydeptywaniu gabinetów w powiecie, wieś włączono do planu elektryfikacji, ale ludzie zdali sobie sprawę, że „elektryki” nie dostaje się za darmo.

66

Trzeba było się dołożyć pieniędzmi i robocizną. Dawali więc własne drewno na słupy, wykopy, zapewnili stołowanie monterom, każdego dnia kto inny. Były chęci to i robota postępowała. Po roku od rozpoczęcia robót jesienią 1960 r. w domach zabłysły żarówki. Na razie po jednej słabej żaróweczce, aby nie męczyć zbytnio wzroku no i dla oszczędności. Potem podłączyło się stajnie i inne pomieszczenia. Pojawiły się pierwsze radioodbiorniki „Pionier” w ebonitowej oprawie. To już było coś! Ludzie przykładali uszy do głośników, regulowali, słuchali zaciekawieni gadającej skrzynki. Życie nabrało rumieńców!

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Droga Kiedy hubianie mieli już wymarzoną wodę i światło, zaczęli myśleć o drodze. Takiej z prawdziwego zdarzenia, asfaltowej, szerokiej, po której mogły by jeździć ciągniki i samochody. Aut jeszcze w Hubie nie było, ale kilka ciągników, owszem. Istniejąca od stuleci droga to półtora kilometra kamienistej perci, żłobionej przez deszcze i roztopy. Zaczynała się tuż za mostem na Dunajcu, obok karczmy Bergiera i biegła wprost pod górę jak biczem strzelił, bez żadnych zakrętów, zakoli czy serpentyn. Z miejsca stromizna, aż do samej góry czyli na Gronik.

Z pustą furką jakoś koń sobie poradził, ale przy większym ładunku trzeba było doprzęgać drugiego kasztanka. Nie było mowy, aby furman z gaździną siedzieli sobie wygodnie w półkoszkach. Trzeba było zejść z wozu i dreptać obok, a nawet pomóc koniowi i popchać wóz. Innej drogi do Huby nie było. Istniała wprawdzie polna dróżka biegnąca przez maniowskie grunta na Hubce, ale ta kończyła się ponad brzegami Hubnego Brzyzka. W dół można było zejść tylko na piechotę, krętym chodnikiem pomiędzy krzakami tarniny i jałowcami. O tej drodze zaczęto myśleć w latach 1959-60 i znowu zaczęły się narady, deliberacje, główkowanie. Teraz motorem napędowym wszystkich poczynań stał się Józef Bubis syn Andrzeja. Obok niego stali murem: Andrzej Bednarczyk i Wincenty Budz. Ten ostatni pochodził ze Szlembarku i ożenił się z Kubiczanką mieszkającą pod numerem 1. We trzech jednak nic by nie zdziałali, gdyby nie porwali za sobą innych. Wnet przyłączyli się do nich Kubiczowie, Bednarczykowie, Pawlikowscy, Plewowie. Wkrótce entuzjazm porwał całą wieś. Zawiązał się Społeczny Komitet Budowy Drogi, poszły pisma do powiatu i województwa. Coś się zaczęło dziać. Późną wiosną 1961 roku rozpoczęto pierwsze kopanie. Zaczęto od gościńca pod Hubą. Wystarano się o spychacz, który przysłało wojsko, ale pomagali też mieszkańcy, z kilofami, łopatami. Zaczęli od drążenia skarpy tuż za budynkiem Szpulerów. Buldożer wdzierał się w kamieniste zbocze, sapał, postękiwał, ale skała w końcu musiała ustąpić. Za spychaczem szli ludzie profilujący skarpę, furmanki zwoziły kamienie i żwir.

Rok, dwa i drogi przybywało, ale Budowę drogi rozpoczęto od zniwelowania zbocza pod Hubą pozostało jeszcze sporo do zrobienia. Trzeba było kilku lat, aby dzieło doprowadzić do końca. W międzyczasie zmienił się sołtys. W roku 1963 został nim Ludwik Kubicz, a po nim w 1966 jego syn Jan. Ten będzie włodarzył Hubą najdłużej w historii wsi bo aż 37 lat, do wiosny 2003 roku. Powróćmy jednak do drogi. Nie obyło się całkiem bez zgrzytów i oporów. Dopóki droga przebiega przez grunta należące do Maniów wszystko było dobrze, ale te kończyły się na granicy wsi.

67

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Teraz spychacze musiały wejść na hubiańskie pola. A były to grunty orne, ziemia, matka żywicielka ! Zaczęły się protesty. Sporadyczne, ale jednak. Celowały w nich starsze kobiety. Zacietrzewienie wzięło górę nad rozsądkiem. Tu ci się powieszę! – krzyczała jedna z kobiet pod oknami sołtysa. Inna kładła się pod gąsienice spychacza. Trzeba było sporej cierpliwości, aby załagodzić antagonizmy. Z pomocą przyszedł maniowski sołtys, Kazimierz Bator. Przełamywał

Z łopatą na zbocze

opornych, rozmawiał z ludźmi. Ten łagodny z natury człowiek, który wiele przeszedł w życiu (był pod Stalingradem) potrafi przekonywać. Pomagali mu też co rozsądniejsi gospodarze. W końcu oporni ustąpili, choć przyglądali się z dala poczynaniom drogowców. Roboty trwały kilka lat. Na początku powstała droga żwirowa, potem odcinkami nakładano asfalt, wreszcie na całej długości była prawdziwa szosa, która do dziś pnie się pod górę kilkoma zakrętami, zakolami i serpentynami. Hubiańską szosą można dziś wygodnie dojechać o każdej porze roku aż do podnóży Gronika. Całość ma 2,5 kilometra. Jest się czym poszczycić.

Budowa drogi pod Niemcem

68

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Andrzej Bubis prezes Kółka Rolniczego

Traktor „Ursus“ Kółka Rolniczego w Hubie

Przy drodze pracowały również kobiety

Układanie nawierzchni

69

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Ochotnicza Straż Pożarna Przyszła kolej na budowę remizy. Takiej z prawdziwego zdarzenia, gdzie można urządzić wesele czy zabawę strażacką, zwołać zebranie wiejskie, odprawić mszę świętą. I te plany w końcu się ziściły, bowiem ludzie nabrali już doświadczenia i wiedzieli, że wspólnym wysiłkiem można wiele zdziałać. Pierwsze starania o zorganizowanie we wsi Ochotniczej Straży Pożarnej poczynił w roku 1956 ówczesny sołtys wsi Andrzej Bednarczyk. Podpatrzył, że w Maniowach i okolicznych wioskach istnieją Straże, dlaczego by i w Hubie nie powołać OSP. Znalazło się kilkunastu chętnych, starszych i młodszych, wybrano więc zarząd i zarejestrowano organizację. W skład pierwszego zarządu weszli:

Andrzej Bednarczyk – Prezes Jakub Pawlikowski – Komendant Michał Jabłoński – Sekretarz Andrzej Szmaciarz – Skarbnik

Na początku strażacy otrzymali z powiatu 3 odcinki węży (kiszek) parcianych, które można było podłączyć w razie pożaru do hydrantów w istniejącej już sieci wodociągowej. Przeszkolono też strażaków – ochotników, do obsługi tychże hydrantów. Zakupiono nieco drobnego sprzętu i kilka mundurów. Ochotnicy przeszli przeszkolenie podstawowe w zakresie pożarnictwa. Z upływem lat powstała myśl o nabyciu nowego sprzętu, także budowie własnej remizy, ale możliwości finansowe wsi były ograniczone. Czekała przecież na realizację budowa nowej drogi. To też był wysiłek na miarę epoki. W roku 1959 zrezygnował z funkcji komendant Jakub Pawlikowski, a jego miejsce strażacy wybrali Józefa Bednarczyka. Przychylny budowie remizy był prezes Andrzej Bednarczyk. Miał on pośrodku wsi pole, tuż za drogą - w sam raz pod remizę. Zaproponował strażakom odstąpienie 5-cio arowej działki. Transakcja doszła do skutku w roku 1966 za kadencji sołtysa Ludwika Kubicza. Straż mając nieco uciułanego grosza odkupiła od Bednarczyka wspomnianą działkę, na której w dość odległej przyszłości stanęła remiza OSP. W roku 1970 w OSP przeprowadzono nowe wybory. Prezesem wybrano ponownie Andrzeja Bednarczyka, komendantem Józefa Bednarczyka, zaś skarbnikiem Jana Kubicza. Straż miała już własną motopompę oraz kilka odcinków węży. Do pożarów wyjeżdżali na ogumionym wozie, parą koni wynajętych od gospodarzy. Strażacy mieli też nowe mundury i hełmy.

W roku 1976 – po siedemnastu latach sprawowania funkcji komendanta Józef Bednarczyk zrezygnował ze stanowiska. Wiek i stan zdrowia nie pozwoliły dłużej zajmować się pracą społeczną. Komendantem został Józef Janczak.

Strażacy już nie chcieli czekać z założonymi rękami na bieg wydarzeń. Latem przystąpili do wyrobu pustaków żużlowych, zwieźli drzewo z lasu. W ciągu dwóch kolejnych sezonów letnich zrobili 1500 pustaków, zgromadzili kilka kubików desek. W roku 1978 rezygnację złożył długoletni prezes OPS Andrzej Bednarczyk. Poczuł już ciężar 22 lat przewodzenia Straży i chciał przekazać pałeczkę młodszemu pokoleniu. Strażacy podziękowali swemu prezesowi życząc mu długich lat życia. Podziękowania złożyli też przedstawiciele Gminy i władze powiatowe OPS. Nowym prezesem OPS w Hubie został Stanisław Janczak. Na tymże samym zebraniu dokonano zmiany komendanta OSP. Po rezygnacji Józefa Janczaka wybrano w jego miejsce Mieczysława

70

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Bednarczyka. Do zarządu weszli: Jan Kubicz, Kazimierz Ściurka i Jan Pawlikowski. Przyjęto też kilku nowych członków. Straż hubiańska liczyła dwunastu członków.

Jesienią 1978 roku strażacy wraz z mieszkańcami wsi rozpoczęli budowę szopo-garażu. Zabudowana część miała być wykorzystana na sprzęt strażacki (motopompę, węże, drabiny, toporki itp.) zaś pod dachem miały się znaleźć materiały budowlane. Lata 1983-84 to okres intensywnych starań o nową remizę. Strażnicy z prawdziwego zdarzenia, obiektu, który mógłby służyć całej wsi. Inicjatywa wyszła od strażaków, ale poparła ją całą wieś. Bardzo przychylny zamysłowi był także Urząd Gminy w Czorsztynie z naczelnikiem Urzędu Andrzejem Dębskim. Przygotowano dokumentacje, plany, zatwierdzono formalności prawne, uzgodniono szczegóły. Nie spali też członkowie zarządu OSP, ani sołtys. Z pomocą pospieszyła Komenda Wojewódzka Straży w Nowym Sączu w osobach komendanta, pułkownika Józefa Strojnego i jego zastępcy Marka Aksamita. Pułkownik Aksamit miał żonę z Huby - Albinę Bednarczyk, interesował się więc problemami, przyjechał do wsi, radził, pytał, pomagał. Wiosną 1985 roku ruszyła budowa. Epokowy zryw, podobny temu który towarzyszył powstaniu wodociągu i drogi. Wykopy ziemne, zalewanie ław fundamentowych, roboty murarskie potem pierwsza płyta. Niemal w całości wykonywane w czynie społecznym. Ludzie sami przychodzili „na porzędówkę” - pracowali od rana do wieczora. Stanął garaż i parter. W roku następnym wybudowano I piętro, postawiono więźby, pokryto blachą dach. Kolejny rok, to dalsze prace wykończeniowe, instalacja elektryczna, tynki. Pomagała cała wieś, najczęściej robocizną. Tych darmowych dniówek zebrało się sporo. Gdyby je przeliczyć na gotówkę to uzbierało by się wiele tysięcy. Nie będziemy tu wyliczać kwot, są one zapisane w kronice budowy, podajemy tylko imienną listę tych mieszkańców, którzy najbardziej przyczynili się do budowy. Kubicz Jan – sołtys wsi Huba № 2 Gil Jan – Huba № 9 Bednarczyk Jan – Huba № 3 Bednarczyk Jan – Huba № 11 Janczak Józef – Huba № 12 Trybunia Grzegorz – Huba № 29 Kwiecień Kazimierz – Huba № 10 Waksmundzki Józef – Hubka № 198 Skupień Filip – Huba № 8 Pietrzak Andrzej – Huba № 7 Pawlikowski Jan – Huba № 22 Plewa Jan – Huba № 14 Kubicz Zdzisław – Hubka № 278 Firek Józef – Huba № 26 Zoń Franciszek – Hubka № 160 Mulet Jerzy – Huba № 27a Jandura Kazimierz – Hubka № 41 Bednarczyk Eugeniusz – Hubka № 133

Janczak Stanisław – Huba № 27 Bednarczyk Mieczysław – Huba № 19 Bednarczyk Eugeniusz – Huba № 11 Bubis Józef – Huba № 10 Gołdyn Józef – Huba № 25 Plewa Stanisław – Hubka № 403 Trybunia Józef – Hubka № 118 Ściurka Kazimierz – Huba № 13 Plewa Jan – Huba № 30 Plewa Stanisław – Huba № 6 Pyclik Jan – Huba № 1 Kubicz Bronisława – Huba № 15 Pawlikowski Jakub – Hubka № 410 Pietrzak Józef – Huba № 4 Kubicz Jan – Hubka № 74 Berska Zofia – Huba № 24 Kalmus Marek – Huba № 17 Mikołajczyk Zofia – Hubka № 6

71

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

31 lipca 1988 roku to wielkie święto dla Huby – otwarcie i poświęcenie nowej remizy. W uroczystości wzięła udział cała wieś, były także delegacje sąsiednich miejscowości, władze gminy i województwa. Żadne pióro nie jest w stanie oddać w pełni atmosfery tego wydarzenia. Zdjęcia z tamtej uroczystości wzbudzają wspomnienia. Dla większej jasności stanu rzeczy godzi się wspomnieć o pomocy jakiej udzieliło Hubie kilka instytucji. Kwotę 250 tysięcy złotych wyasygnował Urząd Gminy, 350 tysięcy złotych Państwowy Zakład Ubezpieczeń. Wartość pracy miejscowego społeczeństwa oszacowano najwyżej bo aż na 400 tysięcy. Z pomocą pospieszyła również SZEK czyli popularna Żwirownia w Maniowach. Setki kubików żwiru i piasku, oczywiście bezpłatnie, przywiozły wywrotki na plac budowy remizy. Warto tu wspomnieć o dyrektorze SZEK-u, Janie Warcholiku i kierownictwu Żwirowni z Kazimierzem Ziębą na czele, bardzo przychylnym hubianom. Dyrektor KPRD w Nowym Targu robił asfalt. Niestrudzenie pomagał Kapital Straży Kazimierz Cepuch.Także ówczesny naczelnik gminy Andrzej Dębski odnosił się z dużą życzliwością do sprawy i pomagał przy budowie jak mógł. Byłoby wielkim nietaktem, pominąć zasługi miejscowych działaczy, a przede wszystkim sołtysa Jana Kubicza i Stanisława Janczaka prezesa OSP. Strażakom w owym pamiętnym roku 1988 marzyło się jeszcze wiele innych rzeczy. Oto co napisano o tym w kronice:

„Jak by się marzyło, żeby w takiej remizie stał samochód bojowy, żeby nie trzeba było chodzić i prosić o wynajęcie ciągnika, czy to do pożaru czy na zawody lub manewry”.

72

Marzenie strażaków miało się ziścić już za rok, bowiem w maju 1989 roku, tutejsze OSP otrzymało samochód pożarniczy marki Żuk. Z tej okazji odbyła się skromna uroczystość przy udziale strażaków i społeczeństwa wsi. Dodajmy jeszcze, że w tamtym okresie wieś liczyła 23 numery, a do Straży należało trzydziestu młodych ludzi.

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Z biegiem lat straż stawała się coraz bogatsza. Przybyło sprzętu: były już trzy motopompy, pełen stan węży ssawnych i tłocznych. Sekcja bojowa miała buty półsaperki, hełmy, pasy, ubrania Moro. Były także na terenie wsi trzy zbiorniki wodne, z których można było czerpać wodę w przypadku pożaru. Aby zachować chronologię zdarzeń, odnotujmy, że w roku 1990 zmienił się częściowo zarząd OSP. Z funkcji komendanta zrezygnował Mieczysław Bednarczyk, a na jego miejsce wybrano Józefa Janczaka. W tym to okresie dokonano modernizacji pomieszczeń I piętra remizy adoptując kilka sal na pokoje hotelowo-kolonijne. Pomysł godny odnotowania. Po co remiza miała stać pustką, a pokoje nie wykorzystane. Koszty były spore, ale na pewno się zwróciły. Pokoje zostały wynajęte na kolonie dla dzieci z innych regionów Polski. W roku 1996 zrezygnował z funkcji komendanta Józef Janczak. W jego miejsce powołano Bronisława Łukasika. Pozostali członkowie zarządu pozostali ci sami: Stanisław Janczak - prezes i Jan Kubicz - skarbnik. Za kadencji tego zarządu straż ufundowała sobie sztandar, zakupiono także nową już czwartą motopompę. Uroczystego poświęcenia motopompy i sztandaru dokonał w dniu 30 maja 1999 roku proboszcz parafii Maniowy ksiądz Tadeusz Dybeł.

OSP Huba – 30.VIII.1988

Przy okazji odbyła się w Hubie uroczysta zabawa i występy Maniowskiej Orkiestry Strażackiej. W końcu 2005 roku, Ochotnicza Straż Pożarna w Hubie liczyła ponad trzydziestu członków.

Przedstawiciele całej gminy

73

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Głos zabrał Naczelnik UG w Czorsztynie Andrzej Dębski

Wśród gości był pułkownik straży Józef Strojny i prezes PZU w Nowym Targu Stanisław Kowalczyk

Gościna

74

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Na początku wszyscy byli jacyś sztywni

I ja tam byłem, orenżadę i … piłem

Strażacy i cywile na wspólnej biesiadzie

Krystyna Bubis-Kwiecień usługiwała strażakom

75

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Od lewej: Józef Bednarczyk, Wiesław Mrowca, Piotr Plewa

Poczet sztandarowy – 10.V.1999

Sztandar przekazuje pułkownik K.Cepuch. Odebrał Komendant OSP Bronisław Łukasik

Władza OSP ze sztandarem - Stanisław Janczak, Bronisław Łukasik, Jan Kubicz

76

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Od lewej: Cz. Janczak, R. Gołdyn, St. Waksmundzki, P.Bodziuch, P.Plewa, E.Bednarczyk, W.Mrowca, J.Pawlikowski, J.Bednarczyk, St.Plewa, St.Janczak, K.Jandura, B.Łukasik, J.Kubicz

Motopompę poświęcił ks. Dybiel – 10.V.1999

Orkiestra OSP z Maniów. Dyryguje Stanisław Wojtaszek

Hubka Właściwa historyczna Huba to (i tu posłużymy się danymi z licznych przewodników historycznych) najmniejsza z gorczańskich wiosek. Dzieli się na trzy przysiółki: Niżną Hubę leżącą na wysokości 590 metrów nad poziomem morza, Hubę Pośrednią 680-740 m.n.p.m. i Hubę Wyżną 800-850 m.n.p.m. Posiadłości 244 hektarów, w tym 55% lasów, 21% łąk i pastwisk oraz 28% ziemi ornej. Mieszkańców liczy sobie 130.

Hubka to przysiółek a może po prostu młodsza siostra Huby. Zrodziła się z potrzeby, jak wiele większych i mniejszych osiedli wokół skupisk ludzkich. Administracyjnie nie należy do Huby, bowiem tereny na których została pobudowana są własnością Maniów jako tzw. „Grunty Gromadzkie”. Pierwsi osiedlili się tu jeszcze w latach sześćdziesiątych maniowianie, którym nie zezwolono budować się w Maniowach przeznaczonych pod zalew. Przenieśli się więc tu Jaworscy, Rzegotkowie, Mikołajczykowie, Krzystoniowie. Potem zaczęli budować domy także hubianie: Pawlikowski, Bednarczyk, Plewa, Gil. „Zeszli z gór” - jakbyśmy to dziś określili. Po co wspinać

77

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

się na Gronik czy Łazy, skoro na dole łatwiej gospodarzyć, teren dogodniejszy, słabsze wichury.

Dziś Hubka liczy sobie kilkanaście gospodarstw. Solidnie, przytulne domki rozłożone na pełnych słońca zboczach, z przecudnymi widokami na jezioro i całą dolinę aż po Tatry i Nowy Targ. Tę wyjątkowość klimatyczną hubiańskich stoków objawiających się w pełnych barwach zieleni przepięknej wiosny, ciepłego, pełnego słońca lata i złotej jesieni, dostrzegli też „miastowi” odwiedzający te strony. Słońce, las, zieleń; bujna nie skażona przyroda okalają Hubę ze wszystkich stron. Nawet niebo ma tutaj więcej błękitu niż nad dolinami. Wielu przybyszów z zasmrodzonych spalinami miast, którzy przyjeżdżają tu po słońce i świeże powietrze wraca ponownie na hubiańskie łono przyrody. Co roku przybywa turystów i wczasowiczów przemierzających ukwiecone ostoje tutejszych łąk i pachnących żywicą lasów. Jakże tu nie wspomnieć i o tych co „jedną nogą mieszkają w Krakowie a drugą w Hubie”? Pobudowali sobie na stokach drewniane domki, przyjeżdżają co roku na wakacje. Całymi rodzinami, z przyjaciółmi, krewnymi. Hubianie przywykli do owych „mieszczuchów” jak do dobrych sąsiadów, może nawet więcej – jak do współ-krajowców. Ta symbioza to znak nowych czasów, zasypywanie granic, które jeszcze tak niedawno dzieliły.

Sołtysi

Ważną rolę w rozwoju wsi odegrali na przestrzeni lat kolejni sołtysi. Ludzie rozumieli doskonale, że być sołtysem to zaszczyt ale i odpowiedzialność. Kadencja sołtysa w zasadzie trwa cztery lata, jeśli jednak mieszkańcy wsi wyrażali taką wolę i obdarzyli gospodarza zaufaniem, to ten mógł on sołtysować i przez kilka kadencji. Widać to na przykładzie Jana Kubicza, którego wybierano na to stanowisko aż dziesięciokrotnie poczynając od 1966 roku, czyli łącznie przez 36 lat. Aby nie wybiegać zbytnio do przodu podajemy niżej wykaz sołtysów Huby od roku 1934 po dzień dzisiejszy, według kolejności sprawowania funkcji:

Jakub Plewa – nr domu 7 Jan Bednarczyk – nr domu 3 Józef Kubicz – nr domu 27 Andrzej Bednarczyk – nr domu 7 Wincenty Budz – nr domu 1 Ludwik Kubicz – nr domu 19 Jan Kubicz – nr domu 2 Wiesław Janczak – nr domu 22

Nie ulega wątpliwości, że każdy ze sołtysów starał się jak najlepiej służyć swojej społeczności. Rzecz jasna w ramach swoich kompetencji, a przede wszystkim możliwości. W latach okupacji te możliwości były mocno ograniczone zarządzeniami i wymogami władz okupacyjnych. Po wojnie sytuacja uległa diametralnej zmianie i Huba „nie przespała” swej szansy.

78

Tuż po wyzwoleniu kiedy trzeba było otwierać szkołę, okazało się że budynek wymaga remontu. Wszystko się rozsypywało, drzwi, okna, dziurawy dach. A gdzie umieścić nauczyciela? Na stancji? Domki przecież były małe, ciasne, ledwo starczyły dla domowników. Sołtys Józef Kubicz zakasał rękawy i wziął się mocno za robotę. Nie tylko wyremontowano budynek szkolny, ale i przystawiono niewielką dobudówkę - pokoik z kuchnią wystarczający dla jednego nauczyciela. To był już znaczny postęp. Nauczyciel miał wygodne lokum, a dzieci mogły się uczyć.

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Kolejny sołtys Andrzej Bednarczyk stanął przed bardzo trudnym problemem: budowa wodociągu grawitacyjnego. Też kosztowało to sporo zachodu i starań, ale młody sołtys dobrał sobie do pomocy dwóch Bubisów, starszego Andrzeja i młodszego Józefa. Razem jeździli, pukali gdzie trzeba, szukali sponsorów. Za tą grupką stanęła cała wieś, mieli więc solidne wsparcie i doprowadzili dzieło „woda dla Huby” do szczęśliwego końca. Na długie lata Huba stała się synonimem zgody i solidarności. Sołtys Wincenty Budz rozpoczynał swoją kadencję od starań o zelektryfikowanie wsi. Wspólnie z Bubisem i Bednarczykiem jeździli, przekonywali, prosili o pomoc. Brakowało funduszy, ale jakoś sobie poradzili. Wybrano najprostszy wariant: system gospodarczy. Wieś dała prawie wszystko: słupy, robociznę (wykopy), zapewniła stołowanie elektrykom montującym przewody. W roku 1961 w Hubie zabłysło światło elektryczne. Wybrany na sołtysa w roku 1963 Ludwik Kubicz, jako jeden z zamożniejszych gospodarzy, nie miał zbyt wiele czasu, aby zająć się sprawami społecznymi. Po trzech latach sprawowania urzędu przekazał go synowi.

Jan Kubicz był sołtysem od 1966 do 2003 roku, czyli przez trzydzieści siedem lat. Najdłużej ze wszystkich sołtysów nie tylko w regionie ale w całej Małopolsce. To swoisty rekord! I ten nie „przespał” swego czasu. Zaczął od drogi. Ile trzeba było wysiłku, gardłowania, wycierania klamek w urzędach, przekonywania. I ludzi też nie łatwo było przekonać. Większość pomagała, ale znaleźli się i tacy co rzucali kłody pod nogi. Ale młody sołtys nie dał się łatwo zrazić. Ta inwestycja dla Huby była prawdziwym oknem na świat. Trzy kilometry pięknej asfaltowej promenady pozwalały dojechać furmanką, autobusem i karetką pogotowia.

Potem przyszedł czas na remizę. Straż Pożarna bez remizy to przecież jak gazda bez domu. Sołtys stanął na czele Komitetu Budowy. I znowu trzeba było jeździć, przekonywać, prosić. Darmo nic nie przychodzi. Gmina pomagała na ile mogła, spore sumy wyłożyło także PZU, ale to wszystko było mało, musiała pomóc cała wieś. I ludzie to zrozumieli. Gdyby zliczyć darmowe dniówki, które przepracowali mieszkańcy Huby przy tej inwestycji, zebrałoby się tego na kilka setek dni i tysiące godzin. Sołtys dawał przykład. Nie tylko jeździł i załatwiał sprawy, ale kiedy trzeba było, sam siadał na ciągnik, jechał do lasu po drzewo, zwoził cegłę, pustaki. Asystował pracom od wykopów i zalewania ławic po przekazanie do użytku i poświęcenie budynku. Jak widać – przykład i zgoda budują.

Z biegiem lat hubianom zamarzyło się oświetlenie ulic. Jakżeby inaczej skoro inni wokoło mają nawet nocą widno, dlaczego by i Huba miała tonąć w ciemnościach? I znowu sołtys zaczął „stukać i pukać” u władz, zabiegać o fundusze. Znalazły się pieniądze i od kilku lat Huba już rzęsiście oświetlona widoczna jest nocą z najodleglejszych zakątków Podhala. Na konto gospodarskich poczynań sołtysa Kubicza trzeba jeszcze zapisać rozbudowę (przedłużenie) sieci wodociągowej, wybudowanie dwóch zbiorników przeciwpożarowych a także modernizację i remonty dróg dojazdowych do lasu i pól. Długa to byłą kadencja, trudna chyba do pobicia, ale owocna i wypełniana z całą rzetelnością i odpowiedzialnością. Tego nikt nie zaprzeczy. W roku 2003 hubianie wybrali nowego sołtysa. Został nim Wiesław Janczak. Młody i ambitny. Należy przypuszczać, że i on zasłuży sobie u potomnych na miano dobrego gospodarza.

79

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Dożynki 2004 29 sierpnia 2004 roku po raz pierwszy w historii zorganizowano w Hubie Gminne Dożynki. W pracach organizacyjnych, przygotowawczych i przy obsłudze uczestników brała udział niemal cała wieś: gospodynie i gazdowie, także młodzież zarówno z Huby jak i bliźniaczej Hubki. W remizie OSP przygotowano ołtarz, a drogę od placu dożynkowego do remizy przystrojono snopami zboża i zebranymi nad brzegami jeziora kwiatami. Plac przed budynkiem OSP udekorowano wiązankami kwiatów, wśród których wyróżniały się przepiękne słoneczniki, malwy, dalie, które poprzynosiły gospodynie. Były także koszyki pełne pachnących ziół. Gospodynie przygotowały smaczne jadło, swojski chleb, ciasta, kołacze, smalec ze skwarkami oraz wspaniały bigos. Barwny korowód dożynkowy wyruszył z placu wprost do Remizy. Na czele pochodu szły orkiestry dęte z Maniów i Szczawy, potem delegacje ze wszystkich sołectw gminy, poczty sztandarowe OSP, przedstawicielki Kół Gospodyń Wiejskich, radni, sołtysi, zespoły muzyczne,wczasowicze, sąsiedzi z okolicznych wiosek, a przede wszystkim ludność Huby oraz Hubki. W remizie została odprawiona msza św. koncelebrowana przez kilku księży.

80

Pogoda dopisała. Nad Gorcami świeciło jasne, złociste słoneczko uśmiechając się do ludzi. Aby było radośniej, uczestnikom dożynek przygrywały orkiestry dęte OSP z Maniów i ze Szczawy. Śpiewali i tańczyli młodzi artyści zespołów regionalnych „Maniowianie”, „Małe Flisoki” i „Sromowianie”, Wystąpił również znany na Podhalu zespół muzyczny „Trutnie”. Organizatorzy przygotowali ciekawe konkursy, a wszyscy mogli się bawić przy dźwiękach wspaniałej orkiestry „Hubianie”.

Dożynki 2004

Delegacja z Czorsztyna

Kluszkowianki i hubianki

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

A tak całe uroczystości skomentowała prasa:

„Najpiękniejsze widoki nie dorównywały gościnności z jaką mieszkańcy Huby przyjęli wszystkich przybyłych gości, mając dla każdego miłe słowo i częstując przez cały dzień wspaniałymi przysmakami.”

Maniowianki

Nie ma w tym stwierdzeniu żadnej kurtuazji. Takiej gościnności trudno nie docenić. Duża w tym zasługa przemiłych gaździn, które wręcz zmuszały do poczęstunku. Jakże było przy takiej okazji nie skorzystać.

Wieńce dożynkowe poświęcił ksiądz Dębski

Jola Bodziuch i Beata Kubicz

Uczestnicy dożynek

81

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Hubianie

Rok 1921 – od lewej – Karolina Pawlikowska, Jan Plewa, Albina Pawlikowska, Jan Bednarczyk, siedzą – Anna Plewa–Pawlikowska, Franciszek Plewa ojciec), Wiktoria Plewa–Bednarczyk, Maria Pawlikowska, Ludwik Pawlikowski, Zofia Pawlikowska, Katarzyna Bednarczyk, Maria Pawlikowska

Rok 1927 – od lewej – Jozef Kubicz, Andrzej Plewa, Antonina Kubicz, Albina Pawlikowska Od lewej – Antonina Kubicz–Skupień, Albina Pawlikowska (Kubicz), Anna Plewa (od Marynki)

Ślub 1928 – Albina Pawlikowska i Józef Kubicz

82

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Od lewej stoją – Agnieszka Pawlikowska, Anna Pawlikowska

Rok 1935 – Agnieszka i Tadeusz Pawlikowski

Od lewej – Filip Janczak, Andrzej Janczak, Jakub Plewa, siedzą Agnieszka i Anna Pawlikowskie

Pierwszy z prawej – Tadeusz Pawlikowski (Huba 13), Agnieszka Pawlikowska (Huba 22)

83

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Rok 1938 – ślub Anny Pawlikowskiej i Jakuba Plewy

Rok 1988 – 50-ta rocznica ślubu, Jakub Plewa i Anna Pawlikowska-Plewa

Rok 1935 – Teresa Bednarczyk (Jędrol), Albina Bednarczyk, Katarzyna Bednarczyk, Antoni Bednarczyk, Wiktoria Bednarczyk (Plewa), Jan Bednarczyk, Maria Bednarczyk

84

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Od lewej–Tadeusz Pawlikowski i Agnieszka Pawlikowska

Rok 1938 – Ludwik Kubicz, Karolina Pawlikowska– Kubicz, Zofia Pawlikowska

Rok 1941 – trzecia z lewej Zofia Pawlikowska (Huba 21)

Rok 1944 – Maria Pawlikowska (Huba 21), Aniela Pawlikowska (Huba 22), Maria Bednarczyk (Huba 11), Zofia Pawlikowska (Huba 21), Katarzyna Bednarczyk – Janczy (Huba 11)

Rok 1942 – Zofia Pawlikowska, Stanisław Ptaszek z  Ochotnicy, Maria Bednarczyk (od Tereski), Katarzyna Kubicz ( od Tadeusa)

85

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Rok 1942–Maria Bednarczyk (od Tereski), Katarzyna Plewa (z Dzielnic), Zofia Pawlikowska (Huba 21)

Rok 1958 – Zofia Pawlikowska i Bolesław Włodek

86

Aniela i Agnieszka Pawlikowskie

Rok 1953 – Wladyslawa Pawlikowska (Huba 21) i Jan Bednarczyk (Huba 11)

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Trzeci z lewej Jan Pawlikowski

Od lewej-Maria Kubicz, dziewczyna z Krakowa, Anna Pawlikowska, siedzą-Maria Palikowska, Zofia Plewa

Rodzina Kubicz (Huba 19) – Ludwina, Ludwik, Karolina, Jan, Maria, oraz Jan Kubicz (od Józefki) i Janina Smaciarz

Od lewej–Maria Skupień (Firek), Helena Pawlikowska, (Pawlikowska), Milka Szpuler, Władysława Pawlikowska (Bednarczyk), Karolina Plewa (od Wojtki), Jakub Plewa (od Leśnego), Wladyslaw Kubicz

87

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Józef Bubis, pani z Warszawy, Józef Kubicz , Ludwik Kubicz

Rok 1952 – bierzmowanie w Starych Maniowach – Ludwina Kubicz, Albina PawlikowskaKubicz, Anna Skupień, Antonina KubiczSkupień, Agnieszka Bednarczyk-Janczak, Antonina Janczak, Aniela Plewa-Gil

Ludwik Kubicz z koniem Kaśtanem Pierwszy z prawej Wladyslaw Kubicz ( Huba 27) w Junakach

88

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Rok 1962 – 1 maja w Nowym Targu

Rok 1967 – na zakończenie kursu gotowania zjechali przedstawiciele gminy i powiatu

Rok 1967 – po kursie gotowania. Do pamiątkowego zdjęcia pozują nie tylko kursantki ale i goście, a także miejscowe dzieci

89

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Andrzej Bednarczyk z hubą Stanisław Plewa

Rok 2001 – Zofia Pawlikowska-Machoń i Karolina Pawlikowska-Kubicz

90

Rok 2001 – Janina Machoń-Bartula z dziećmi z Hubki

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

Trzy pokolenia Plewów i Karolina Kubicz

Karolina Pawlikowska i Stanisław Plewa

Rok 2001, Jan Kubicz, Maria Bednarczyk-Kubicz i Janina Machoń-Bartula

91

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

Hubiańskie Pejzaże

92

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

93

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

94

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

95

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

96

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

97

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

98

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

99

ANDRZEJ NIEMIEC • HUBA

100

HUBA • ANDRZEJ NIEMIEC

101

HU BA

SilGraph – Toronto 2011


Huba